poniedziałek, Styczeń 22, 2018
Home Tagi Wpis otagowany "oszczędności"

oszczędności

Ile pensji potrzebujemy żeby spać spokojnie? 20 średnich krajowych. Minimalny poziom oszczędności, jaki uważamy za konieczny dla naszego poczucia bezpieczeństwa to średnio 69 tys. zł. Czy to wystarczy gdy np.  stracimy pracę? To zależy od naszej sytuacji. Ile pieniędzy rzeczywiście potrzebujemy?

Przyjęło się, że każdy powinien mieć odłożone minimum trzy pensje na tzw. czarną godzinę, czyli na poczet nagłych i nieprzewidzianych wydatków. Natomiast za minimalny poziom rezerwy finansowej uważa się oszczędności pozwalające pokryć koszty życia przez 6 miesięcy, w razie utraty źródła utrzymania. To efekt założenia, że szukanie pracy zajmuje przeciętnie pół roku. Sześciomiesięczna poduszka to pakiet żelazny, czyli pieniądze na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Co jednak z wydatkami na pokrycie kosztów leczenia i wypadków losowych?

BGŻOptima zapytała Polaków jak gruba powinna być poduszka finansowa, aby zapewnić im poczucie bezpieczeństwa. Odpowiedzi są dość zaskakujące, bo niezależnie od poziomu wynagrodzenia wśród badanych przeważa pogląd, że minimalne poczucie bezpieczeństwa dają tylko duże oszczędności. Trzy czwarte ankietowanych wskazało, że 100 tys. zł mogłoby zapewnić im w miarę spokojny sen. Natomiast, co piąty Polak uważa, że jego minimum bezpieczeństwa to 150 tys. zł. Średnia wynosi aż 69 tys. zł.

Dalsze badania pokazują, że daleko nam do wyznaczonego pułapu pożądanych oszczędności. W całej populacji badanych, tylko co trzeci uzbierał sumę, która jego zdaniem daje mu poczucie bezpieczeństwa. Z tym, że jest to odczucie bardzo subiektywne. Dla niektórych 5 tys. zł odłożone na wszelki wypadek to już jest wystarczająca poduszka. W tej grupie niemal wszyscy mają odłożony taki kapitał. Dla innych granica spokojnego sumienia znajduje się powyżej 150 tys. zł. A tutaj bezpiecznie może się czuć 23 proc. ankietowanych.

Jak wynika z analizy ekspertów poczucie bezpieczeństwa finansowego zależy w dużej mierze od wysokości wynagrodzenia. Dla osób z pensją 1750 zł miesięcznie poduszka finansowa wynosi 48 tys. zł, a dla zarabiających 5 tys. zł, aż 105 tys. zł. Dobra wiadomość jest taka, że 70 proc. biorących udział w badaniu ma odłożone co najmniej trzy wypłaty. Nie zmienia to faktu, że Polacy uważają taką kwotę za daleko niewystarczającą. Tylko co piąty ankietowany czułby się bezpiecznie posiadając takie pieniądze.

Łatwo jest wskazać próg bezpieczeństwa finansowego, ale trudniej go osiągnąć. Z analizy wynika, że zgromadzenie odpowiednich oszczędności wymaga czasu. W grupie najniżej zarabiających na zgromadzenie oczekiwanych 48 tys. zł potrzeba aż 27 pensji. Osoby zarabiające średnią krajową wymieniły kwotę 78 tys. zł, jako sumę którą trzeba odłożyć. Jest to równowartość 21 pensji, po 3,5 tys. zł w tej grupie badanych. Podobny dystans od pożądanego poziomu oszczędności dzieli najlepiej zarabiających. Tu poduszka uważana za bezpieczną ma wartość 105 tys. zł.

Wydawać by się mogło, że dwa lata na zebranie bezpiecznej poduszki finansowej to nie jest długo. Jednak z tego samego badania wynika, że oszczędzający najczęściej odkładają na przyszłość maksymalnie 10 proc. swoich miesięcznych dochodów. Przy takim scenariuszu, na swoje minimum bezpieczeństwa zbieramy nie przez 20 miesięcy, a nawet 20 lat. Z tego płynie prosty wniosek – jeśli nie oszacujemy precyzyjnie naszych oczekiwań wobec poduszki albo nie zmienimy strategii oszczędzania czeka nas wiele lat finansowej frustracji.

Czy 100 tys. zł, które wskazuje duży odsetek badanych, to suma gwarantująca spokojny sen? Czy może trzeba zaoszczędzić więcej? Odpowiedź na te pytania zależy od naszych potrzeb. Wielkość poduszki bezpieczeństwa jest kwestią bardzo indywidualną i zależy od wielu parametrów. Jednak fundusz ratunkowy powinien być na tyle duży, żeby pokryć koszty utrzymania przez okres całkowitego lub częściowego braku przychodów. Ale trzeba też wziąć pod uwagę ekstra wydatki z tytułu choroby, wypadku, czy poważnej operacji.

Jak gruba powinna być zatem poduszka? Głównym parametrem są koszty utrzymania, a szerzej, koszty życia. Nie wystarczy zsumować wszystkich wydatków miesięcznych, bo w ten sposób uzyskamy tylko obraz bieżących kosztów. Nie obejmują one dodatkowych wydatków, takich jak np. ubezpieczenia domu, samochodu, remontów, awarii. Dopiero po dodaniu wszystkiego i podzieleniu sumy przez 12 miesięcy można uzyskać kompletny obraz obciążeń finansowych ponoszonych co miesiąc.

 

Wypowiedź: Piotr Marciniak, ekspert BGŻ Optima

Powrót kursu franka do poziomu sprzed trzech lat, czyli pamiętnego skoku ze stycznia 2015 r., nie tylko cieszy posiadaczy kredytu w tej walucie, ale także skłania do zastanawiania się nad tym, co zrobić z pozostałą do spłaty resztą.

Przewalutowanie po obecnym kursie franka zdjęłoby z zadłużonego ryzyko ponownego jego wzrostu, ale jednocześnie wiązałoby się z wyższymi kosztami odsetek z tytułu kredytu w złotych oraz rosnącym zagrożeniem ich dalszego wzrostu, gdy stopy procentowe w Polsce pójdą w górę. Tak radykalna zmiana nie byłaby więc prawdopodobnie ani zbyt korzystna, ani tym bardziej bezpieczna, z punktu widzenia możliwości spłaty zobowiązania zamienionego na złote. Według różnych szacunków, operacja taka prowadziłaby do natychmiastowego zwiększenia obciążenia posiadacza kredytu o kwotę od stu kilkudziesięciu do kilkuset złotych miesięcznie, w zależności od daty zaciągnięcia kredytu we frankach. Dodatkowo wiązałaby się z ryzykiem wzrostu wysokości raty w perspektywie najbliższych kilkunastu miesięcy, przyjmując za dobrą monetę obecne deklaracje Rady Polityki Pieniężnej, mówiące o tym, że stopy procentowe w Polsce pozostaną na dotychczasowym, rekordowo niskim poziomie prawdopodobnie jeszcze co najmniej do końca 2018 r. W rzeczywistości raty mogą wzrosnąć wcześniej, gdyż stawki WIBOR, od których zależy wysokość odsetek, mogą zacząć iść w górę na długo przed samą decyzją o podwyżce stóp przez RPP, wystarczy że uczestnicy rynku finansowego będą się spodziewać takiego ruchu.

Sytuacja posiadaczy kredytów we franku nie jest jednak zero-jedynkowa i wbrew pozorom, nie znajdują się oni między przysłowiowym młotem (możliwy wzrost kursu franka) a kowadłem (wzrost obciążeń w złotych). Dobrym wyjściem, zmniejszającym ryzyko przy niezbyt wielkim wzroście kosztów, jest nadpłacanie frankowych rat, w momencie gdy szwajcarska waluta tanieje. Dodatkową zaletą takiego rozwiązania jest pozostawienie „otwartej szansy” na scenariusz, w którym frank okaże się jeszcze tańszy, którą stracilibyśmy bezpowrotnie w przypadku całkowitego przewalutowania kredytu. Pomijając skrajną i raczej mało prawdopodobną sytuację, że osoba, której do spłaty zostało na przykład 50 tys. franków, ma jednocześnie 180 tys. zł oszczędności, a więc mogłaby w każdej chwili pozbyć się walutowego kredytu, pozostaje pytanie, jak zdobyć pieniądze na częściową spłatę frankowego zobowiązania i czy taka skala spłaty byłaby opłacalna. To oczywiście zależy od indywidualnej sytuacji każdego zadłużonego. Opłaca się wykorzystanie do tego celu każdej pojawiającej się nadwyżki finansowej w domowym budżecie, a sytuacja na rynku pracy zdecydowanie sprzyja możliwości jej wygospodarowania. Wydaje się, że w większości przypadków mógłby być realny plan minimum w postaci przeznaczania na ten cel około 360 zł miesięcznie, co przekłada się na 100 franków, czyli 1200 franków rocznie. W tym przypadku „kosztem” jest ograniczenie bieżących wydatków lub ich nie zwiększanie w przypadku wzrostu przychodów (podwyżka płacy, premia, zwrot podatku z rocznego rozliczenia PIT, itp.). Porównując kurs franka, wynoszący 4,08 zł w styczniu 2017 r., z obecnym, sięgającym 3,53 zł, oznaczałoby to oszczędność rzędu 55 groszy na każdym franku, czyli ponad 13 proc., nie licząc korzyści wynikających z obniżenia wartości kapitału, będącego podstawą obliczania kolejnych rat.

Spora część zadłużonych prawdopodobnie ma możliwość korzystania z mniejszego lub większego limitu kredytowego w rachunku bieżącym lub mogłaby z takiego rozwiązania skorzystać. Nierzadko jest to kwota rzędu kilku tysięcy złotych, umożliwiająca kupno 1-2 tys. franków jednorazowo, w przypadku takiej „okazji” z jaką mamy obecnie do czynienia na rynku walutowym, czyli spadku kursu franka lub rozłożenia takiej operacji w czasie, licząc na dalszy jego spadek. Podobnych sposobów można by wymienić więcej, w zależności od możliwości i pomysłowości oraz determinacji każdego posiadacza kredytu, a z pewnością każdy z nich warto wykorzystać. Rzecz jasna byłoby idealnie, gdyby zadłużeni we frankach mogli w tego typu inicjatywach liczyć na wsparcie swoich banków. Choć trudno na to liczyć, dopóki nie zostaną one zmuszone do takich działań, przez odpowiednie regulacje, to jednak warto także próbować negocjacji na własną rękę, licząc choćby na zwiększenie wspomnianego limitu w rachunku bieżącym, pod warunkiem przeznaczenia uzyskanych środków na nadpłatę frankowego zobowiązania.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

 

Blisko 40% przebadanych pracowników w Polsce, miało przerwę w zatrudnieniu w ciągu ostatnich
3 lat. Utrata pracy jest częstym powodem zadłużenia. Są jednak grupy zawodowe, które radzą sobie w takich sytuacjach.    

Stopa bezrobocia na koniec 2017 roku wynosiła 6,5% (wg danych GUS). To nie oznacza jednak braku przerw w zatrudnieniu – szczególnie w przypadku niektórych grup zawodowych.

Badanie „Zachowania finansowe przedstawicieli różnych zawodów w Polsce i w innych krajach Europy”, przeprowadzone przez Grupę KRUK, pokazało, że przerwy w zatrudnieniu najczęściej mieli pracownicy branży handlowej. Aż 55% ankietowanych z tej grupy zawodowej odpowiedziało, że w ciągu ostatnich 3 lat zmagało się z takim problemem. Z czego 36% już pracuje, a co piąta osoba nadal nie znalazła zatrudnienia. Dla porównania wśród pracowników branży IT 31% ankietowanych miało przerwę w zatrudnieniu w ciągu ostatnich 3 lat. Spośród nich 25% znalazło już pracę, a bez niej pozostało jedynie 6%.

– Utrata pracy jest niewątpliwie trudnym doświadczeniem. Sytuacja na rynku dynamicznie się zmienia – w niektórych branżach bez problemu można znaleźć nowe zajęcie, w innych poszukiwania mogą zająć dużo czasu. A wtedy nasz domowy budżet może tego nie udźwignąć komentuje Agnieszka Salach z Grupy KRUK.   

Jak z utratą pracy radzą sobie przedstawiciele różnych grup zawodowych? Z badania wynika, że większość osób, bez względu na reprezentowaną branżę, deklaruje, że ograniczyłaby swoje codzienne wydatki i zrezygnowała z inwestowania w przyjemności. Z kolei dla pracowników branż, których sytuacja materialna jest na wysokim poziomie (np. informatycy, finansiści) dużym wsparciem byłyby oszczędności.

Z naszego badania wynika, że z oszczędności najkrócej – bo jedynie 5 miesięcy  – będą mogli utrzymać się handlowcy, którzy zostali bez pracy. A przecież odłożone pieniądze to często jedyny ratunek, gdy tracimy zatrudnienie. Warto o tym pamiętać, planując domowy budżetkomentuje Agnieszka Salach z Grupy KRUK.

Choć większość przebadanych branż deklaruje oszczędzanie i rezygnację ze spontanicznych wydatków, to w rzeczywistości jest już inaczej. Prawie 72% przedstawicieli branży mundurowej, mających stabilne zatrudnienie, deklaruje możliwość rezygnacji z wydatków na przyjemności. Jednak tylko 56% z nich w czasie przerwy w zatrudnieniu rzeczywiście ograniczyło takie wydatki. Różnicę w deklaracjach i stanie faktycznym widać również na przykładzie nauczycieli. Niewiele ponad połowa (55%) pracowników edukacji ograniczyła wydatki po utracie pracy, choć deklarowało to aż 71% z nich. 57% handlowców przyznaje się do wydawania ponad stan, ale w sytuacjach kryzysowych to ta grupa radzi sobie najlepiej. Aż 74% zrezygnowało z wydatków na przyjemności po utracie pracy.

Porównując przedstawicieli różnych zawodów, to właśnie polscy handlowcy mieli jednak najmniej stabilne zatrudnienie w ciągu ostatnich 3 lat (55%). Z kolei najbardziej stabilnym mogli pochwalić się  pracownicy sektora edukacji i służb mundurowych. U tych ostatnich takie bezpieczeństwo nie przekłada się jednak na planowanie. 38% ankietowanych z tej grupy wydaje więcej, niż zarabia.

Minimalny poziom oszczędności, jaki uważamy za konieczny dla naszego poczucia bezpieczeństwa to średnio 69 tys. zł – czyli równowartość prawie 20 średnich krajowych. Czy to wystarczająco gruba poduszka bezpieczeństwa? Gdzie lokować pieniądze, aby jak najlepiej zarabiały dla nas? Start nowego roku to świetny moment, żeby rzetelnie zabrać się za zbudowanie bezpiecznego zasobu finansowego na przyszłość.

Przyjęło się, że każdy powinien mieć odłożone minimum trzy pensje na tzw. czarną godzinę, czyli na poczet nagłych i nieprzewidzianych wydatków. Natomiast za minimalny poziom rezerwy finansowej uważa się oszczędności pozwalające pokryć koszty życia przez 6 miesięcy, w razie utraty źródła utrzymania. To efekt założenia, że szukanie pracy zajmuje przeciętnie pół roku. Sześciomiesięczna poduszka to pakiet żelazny, czyli pieniądze na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Co jednak z wydatkami na pokrycie kosztów leczenia i wypadków losowych?

Gromadzenie oszczędności jest czasochłonne

Łatwo jest wskazać próg bezpieczeństwa finansowego, ale trudniej go osiągnąć. Z analizy BGŻOptima wynika, że zgromadzenie odpowiednich oszczędności wymaga czasu. W grupie najniżej zarabiających na zgromadzenie oczekiwanych 48 tys. zł potrzeba aż 27 pensji. Osoby zarabiające średnią krajową wymieniły kwotę 78 tys. zł, jako sumę którą trzeba odłożyć. Jest to równowartość 21 pensji, po 3,5 tys. zł w tej grupie badanych. Podobny dystans od pożądanego poziomu oszczędności dzieli najlepiej zarabiających. Tu poduszka uważana za bezpieczną ma wartość 105 tys. zł.

Wydawać by się mogło, że dwa lata na zebranie bezpiecznej poduszki finansowej to nie jest długo. Jednak z tego samego badania wynika, że oszczędzający najczęściej odkładają na przyszłość maksymalnie 10 proc. swoich miesięcznych dochodów. Przy takim scenariuszu, na swoje minimum bezpieczeństwa zbieramy nie przez 20 miesięcy, a nawet 20 lat! Z tego płynie prosty wniosek – jeśli nie oszacujemy precyzyjnie naszych oczekiwań wobec poduszki albo nie zmienimy strategii oszczędzania czeka nas wiele lat finansowej frustracji.

Kilka zasad budowania buforu bezpieczeństwa

Czy 100 tys. zł, które wskazuje duży odsetek badanych, to suma gwarantująca spokojny sen? Czy może trzeba zaoszczędzić więcej? Odpowiedź na te pytania zależy od naszych potrzeb. Wielkość poduszki bezpieczeństwa jest kwestią bardzo indywidualną i zależy od wielu parametrów. Jednak fundusz ratunkowy powinien być na tyle duży, żeby pokryć koszty utrzymania przez okres całkowitego lub częściowego braku przychodów. Ale trzeba też wziąć pod uwagę ekstra wydatki z tytułu choroby, wypadku, czy poważnej operacji.

Jak gruba powinna być zatem poduszka? Głównym parametrem są koszty utrzymania, a szerzej, koszty życia. Nie wystarczy zsumować wszystkich wydatków miesięcznych, bo w ten sposób uzyskamy tylko obraz bieżących kosztów. Nie obejmują one dodatkowych wydatków, takich jak np. ubezpieczenia domu, samochodu, remontów, awarii. Dopiero po dodaniu wszystkiego i podzieleniu sumy przez 12 miesięcy można uzyskać kompletny obraz obciążeń finansowych ponoszonych co miesiąc.

Dla kogo grubsza poduszka

Takie planowanie to dopiero początek. Teraz można zacząć szacować ile oszczędności potrzebujemy, żeby przeżyć w kryzysowej sytuacji. Tu znowu odpowiedzi zależą od sytuacji oszczędzającego.

Jeśli ktoś samodzielnie prowadzi gospodarstwo domowe musi zaoszczędzić więcej pieniędzy. Gdy w domu są zwierzęta, w budżecie trzeba przewidzieć środki na opiekę nad nimi np. w czasie choroby właściciela. W podobnej sytuacji są rodziny z dziećmi. W tym przypadku koszty są znacząco wyższe i rosną wraz z dorastaniem potomstwa, co również warto wziąć pod uwagę w naszych kalkulacjach. Inaczej poduszkę planują związki, w których jedna osoba pracuje, a inaczej gdy zarabiają dwie osoby.

Po pierwsze hipoteka

Niezwykle ważnym czynnikiem wpływającym na kształt planów finansowych jest kredyt mieszkaniowy. Jeśli ktoś spłaca hipotekę powinien uzbierać taką poduszkę finansową, żeby, w razie utraty źródła utrzymania mieć pieniądze na comiesięczną ratę i życie co najmniej przez 6 miesięcy. Najlepiej jednak mieć pieniądze na pokrycie kosztów co najmniej przez rok. Jeśli nie znajdziemy zajęcia możemy być zmuszeni do sprzedaży mieszkania, a to standardowo może potrwać co najmniej pół roku.

Jak rozpocząć efektywne oszczędzanie

Najprostszym sposobem jest ustalenie zlecenia stałego przelewu na wskazane konto, zaraz po otrzymaniu wypłaty. Po oszacowaniu pełnych kosztów życia w ciągu miesiąca i roku, będzie wiadomo ile wynosi nadwyżka. Jeśli nie mamy jeszcze poduszki finansowej, całość warto przeznaczyć na budowę buforu finansowego bezpieczeństwa.

Gdy poduszka jest już dobrze napompowana, wolne środki można przeznaczyć na inwestycje. Wtedy warto rozpocząć od kont oszczędnościowych oraz lokat terminowych. To strategia, którą jak pokazało badanie BGŻOptima, wybiera dziś większość oszczędzających. Kiedy poduszka finansowa daje nam już minimum komfortu należy pomyśleć o bezpiecznych, a dających większy zysk produktach: lokatach z funduszami, obligacjach, funduszach obligacji i rynku pieniężnego. Są to instrumenty bardzo płynne, umożliwiające wyjście z inwestycji w dowolnym momencie. Charakteryzują się przy tym wysokim poziomem bezpieczeństwa.

Pozwól pieniądzom pracować

Kiedy poduszka bezpieczeństwa jest już solidnie napęczniała można pomyśleć o poważniejszych inwestycjach. Każdy kto budował bufor bezpieczeństwa finansowego wie, jak mozolny i długotrwały jest to proces. Dlatego w pewnym momencie oszczędzania warto pozwolić pieniądzom, by zaczęły wypracowywać zysk. Na rynku jest mnóstwo produktów kuszących perspektywą ponadprzeciętnego zysku: fundusze, obligacje korporacyjne, akcje. Wbrew powszechnemu przekonaniu nie wszystkie muszą być niebezpieczne. Każdy klient znajdzie na rynku kapitałowym produkt, który pasuje do jego apetytu na zysk, a jednocześnie nie przekracza poziomu tolerowanego ryzyka.

 

 

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wyniósł 5,4. Także Wskaźnik Wyprzedzający był najwyższy w historii (3,4) – podał GUS.

Polacy uwierzyli, że gospodarka będzie rosła cały czas, bezrobocie będzie spadało, a ich sytuacja finansowa będzie się już tylko poprawiać. Lepsze oceny sytuacji na rynku pracy były tylko w 2007 r.,  czyli przed kryzysem finansowym.

Poczuliśmy się pewnie, dlatego wydajemy zarobione i otrzymane z puli publicznej pieniądze, co wpływa na spadek (na szczęście nieznaczny) oceny możliwości przyszłego oszczędzania pieniędzy.

A oszczędności są polskiej gospodarce potrzebne, bo potrzebne są inwestycje, które kapitału z oszczędności potrzebują. Warto też Polakom uzmysławiać, że koniunktura ma to do siebie, że po dobrej wcześniej czy później przychodzi gorsza i chociażby z tego powodu powinni zwiększyć skłonność do oszczędzania. Bez tego lądowanie – tak gospodarstw domowych, jak i całej gospodarki – może być dość twarde.

 

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej- Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Program Rodzina na Swoim pomógł prawie 200 tys. kredytobiorców w tańszym zakupie mieszkania lub budowie domu. Sposób jego działania może być jednak zdradliwą pułapką – z dniem ustania dopłat rata kredytu nagle wzrośnie, w dzisiejszych warunkach o ponad 30 proc.

W latach 2007-2013 kupujący mieszkanie mogli skorzystać z rządowego dofinansowania w postaci programu Rodzina na Swoim. Polegał on na tym, że przez osiem lat BGK spłacał zamiast kredytobiorcy połowę raty odsetkowej. W praktyce, każdego miesiąca rata była niższa o kilkaset złotych, a rodzina, która zaciągnęła pożyczkę na 200 tys. zł mogła w tym czasie zaoszczędzić 30-40 tys. zł. (zależnie od okresu kredytowania i chwili powstania zadłużenia).

Ale konstrukcja programu jest taka, że w chwili ustania dopłat kredytobiorca musi pogodzić się ze skokowym wzrostem raty. Osoba, która 30-letni kredyt preferencyjny z dopłatami RnS zaciągnęła na przełomie 2009 i 2010, powinna być świadoma tego, że w ciągu kilku miesięcy z dnia na dzień rata będzie wyższa o ponad 30 proc. Przykładowo jeśli ktoś zadłużył się na 200 tys. zł, to aktualnie płaci miesięcznie 715 zł, a w nowej rzeczywistości będzie to ok. 940 zł, o 225 zł więcej. Dla niektórych domowych budżetów taka zmiana może być trudna do udźwignięcia.

Początkowo Rodzina na Swoim nie była bardzo popularna, w ciągu pierwszych dwóch lat (2007-2008) udzielono mniej niż 11 tys. kredytów z dofinansowaniem, potem zaczęła się rozpędzać. W 2009 było to już 31 tys. kredytów, a rok później 43 tys. Szczyt popularności dopłat przypadł na 2011 r. kiedy to banki udzieliły 51 tys. pożyczek z dopłatami. 2012 był równie dobry, BGK rozliczył 46 tys. preferencyjnych kredytów.

Te liczby oznaczają, że w ciągu najbliższych trzech lat (2018-2020) ponad 140 tys. polskich rodzin, które łącznie zadłużyły się na prawie 27 mld zł, będzie musiało poradzić sobie ze wzrostem raty kredytowej o kilkadziesiąt procent. Zasada działania programu jest taka, że im wyższe oprocentowanie, tym wyższe dopłaty (bo stanowią one połowę odsetek), zatem przy oczekiwanym wzroście stóp procentowych (ma on nastąpić w przyszłym roku) odczuwalny wzrost raty po wygaśnięciu dopłat MdM będzie wyższy. Po wzroście stóp o 1,5 pkt proc. będzie to już ponad 40 proc.

Co mogą zrobić osoby, które czeka wygaśnięcie programu RnS? Cóż, książkowo należałoby zaoszczędzone co miesiąc pieniądze odkładać, a te kilkadziesiąt tysięcy złotych (a do tego odsetki, bo powinny one lądować na lokacie) dałoby spokój na wiele lat podwyższonej raty. Mało kto tak jednak robi, większość zaoszczędzone pieniądze po prostu „przejada”. Te osoby mogą ratować się jedynie próbą zrefinansowania kredytu (ma to sens jeśli marża w umowie jest wyższa od obecnie obowiązujących, a kredytobiorca nadal ma dobrą zdolność kredytową).

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w październiku 2017 r. o 2,1 proc. r/r, a w stosunku do września br. o 0,5 proc. – podał GUS prezentując szybki szacunek wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych.

We wrześniu i w październiku 2017 r. wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych był wyraźnie wyższy niż w ostatnich miesiącach – odpowiednio 2,2 proc. i 2,1 proc. r/r. Inflację na takim poziomie obserwowaliśmy ostatnio w lutym br. (2,2 proc.), a wcześniej – w końcu 2012 r/ (2,4 proc.). Nie jesteśmy zatem przyzwyczajeni do takich wzrostów cen. Szczególnie, że są one w ponad 50 proc. generowane przez wzrosty cen żywności. We wrześniu br. wkład żywności  we wzrost CPI wyniósł 1,16 punktu procentowego, sierpniu – 1 punkt procentowy (przy inflacji 1,8 proc.), w lipcu 1,04 pp (przy inflacji 1,7 proc.), w czerwcu 0,86 (przy inflacji 1,5 proc.).

To ciekawe zjawisko, bowiem zbiory zboża, ziemniaków, buraków cukrowych były nieco  wyższe niż w 2016 r., zbiory warzyw pozostały na podobnym do zeszłorocznego poziomie. Spadek dotyczył jedynie zbiorów owoców – owoców z drzew aż o 30-35 proc., a z krzewów o ok. 15 proc. (GUS). Do tego doszły silnie rosnące ceny masła, ale to już zasługa cen na rynkach światowych. W październiku swój udział mają zapewne też ceny jaj.  Nie mogło to pozostać bez wpływu na ceny żywności, ale nie w tak dużym stopniu jak obserwujemy to od początku 2017 r., a szczególnie w ostatnich miesiącach.

Wydaje się, że sprawa jest oczywista. Żywność to produkt podstawowy, a tym samym jego elastyczność cenowa jest niska, czyli wzrost cen nie zmniejsza lub w niewielkim stopniu zmniejsza popyt na produkty żywnościowe. Prędzej wzrost cen żywności wpłynie na spadek popytu na inne produkty. Producenci i sprzedawcy produktów żywnościowych wiedzą o tym i korzystają z dobrej koniunktury gospodarczej oraz dosypywania co miesiąc ok. 2 mld zł z budżetu państwa do portfeli części gospodarstw domowych (500+). Podnoszą ceny, wiedzą bowiem, że jeśli będzie trzeba, po prostu mniej będziemy oszczędzać. A przy niższych dochodach rozporządzalnych mniej będziemy kupować np. dóbr trwałego użytku.

W największym stopniu silnie rosnące ceny żywności uderzają w gospodarstwa domowe o niskich dochodach. Żywność w ich wydatkach ma bowiem dominujący udział.

Ale są też beneficjenci ponad 2-procentowej inflacji – budżet państwa, do którego wpływa więcej dochodów z podatków pośrednich, głównie z VAT. I w wyniku wzrostu konsumpcji, i dlatego że rosną ceny.

Ciekawe jak to utrwalanie się wyższego poziomu inflacji, w tym szczególnie silnego wzrostu cen żywności skomentują członkowie Rady Polityki Pieniężnej. Skomentują, bo decyzji o niepodnoszeniu stóp procentowych na pewno nie zmienią. Przynajmniej do połowy, a może nawet końca przyszłego roku.

 

Komentarz: dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

Auta, sprzęty domowego użytku, a nawet ubrania – wszystkim tym można się podzielić i zaoszczędzić znaczną ilość pieniędzy. Nierzadko, gdy pożyczający oszczędza, użyczający zarabia, coraz popularniejszy bowiem staje się room i flat sharing, czyli krótkoterminowy wynajem lokali. Usługa tego typu może okazać się świetnym pomysłem na dodatkowe zyski, wystarczy tylko poznać kilka czynników przyciągających najemców.

Ekonomia współpracy coraz gorętszym trendem

Na Zachodzie i w Polsce coraz bardziej rozpowszechnia się trend sharing economy. Styl życia pozwalający na oszczędności, a także przyjazny środowisku naturalnemu i stanowiący alternatywną formę konsumpcji jest zjawiskiem społecznym i ekonomicznym, zauważalnym przede wszystkim w dużych miastach. Ekonomia współpracy opiera się o fundamentalną zmianę myślenia w zakresie konsumpcji. Funkcjonuje dzięki sieci połączonych ze sobą jednostek i społeczności, bezpośrednio świadczących sobie usługi (np. udzielenie noclegu), ale oznacza również współużytkowanie, umożliwiające radykalne zwiększenie efektywności posiadanych zasobów (np. wspólna jazda samochodem).

Co daje dzielenie?

Poza walorami czysto ekonomicznymi oraz ekologicznymi (np. wspólny przejazd to mniejsza emisja spalin do atmosfery), ekonomia współpracy oferuje coś jeszcze. Możliwość poznania nowych ludzi, wspólnej zabawy, a w przypadku wynajmu krótkoterminowego – szansa na nocleg w mniej standardowym miejscu niż tradycyjny hotel, w przytulnej atmosferze mieszkania i na takich warunkach, na jakie przystanie najemca i wynajmujący. Dla tego drugiego to także doskonały sposób na przyjemny biznes.

– Moda na krótkoterminowy wynajem mieszkań narodziła się w Stanach Zjednoczonych. Teraz, gdy dotarła do Polski, coraz więcej kupujących lokale rozważa przeznaczanie ich na takie cele inwestycyjne. Flat sharing pozwala na poznanie ludzi z całego świata, szlifowanie umiejętności komunikacyjnych i językowych, a przy okazji na szybki zarobek, na własnych warunkach. Miejsca szczególnie atrakcyjne z punktu widzenia turystów, wynajmowane każdej doby, zarabiają na siebie w sezonie nawet kilka – kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie – mówi Kuba Karliński z Magmillon.

Publikując ofertę w specjalnym serwisie sharingowym, możesz zaznaczyć, na jakich warunkach chciałbyś użyczyć lokalu najemcy. Opcja takiego zarobku jest dosyć łatwa i dochodowa, warto zatem wiedzieć, jak zainteresować turystę na tyle, by zrezygnował z hotelu właśnie na rzecz Twojego mieszkania.

Walory krótkoterminowych mieszkań

Turysta poszukujący mieszkania na okres swojego pobytu w obcym mieście, najczęściej kieruje się odległością lokalu od zabytków, atrakcji turystycznych, lotniska czy dworca oraz ceną za dobę wynajmu. Nie bez znaczenia jest także liczba osób i/lub zwierząt, które mogą spędzić noc w danym lokalu. Niezależnie od jego wielkości i standardu, posiadacz może bowiem wprowadzić obostrzenia dotyczące maksymalnej liczby gości, zakazu wprowadzania zwierząt czy dzieci.

W Warszawie ceny wynajmu krótkoterminowego startują już od kilkudziesięciu złotych. Designerskie mieszkania czy domy wyższym standardzie potrafią kosztować 3500 zł za noc. Całe lofty czy piętra kamienic mogące pomieścić więcej osób to wydatek nawet kilkunastu tysięcy złotych.

Wyszukiwarki dostępne na serwisach internetowych z ofertami mieszkań na wynajem krótkoterminowy pozwalają na zaznaczenie preferowanej odległości od centrum miasta i precyzyjne oznaczenie Twojej nieruchomości na mapie.

Istotnym udogodnieniem dla najemcy jest możliwość wynajęcia całego mieszkania, a także dostępność bezprzewodowego internetu czy opcja zjedzenia śniadania na miejscu. Poza lokalizacją, ceną i dodatkowymi benefitami, potencjalni najemcy zwracają także uwagę na rodzaj budynku, w którym oferowany jest nocleg. Obcokrajowców często pociągają miejsca, które wyglądem odbiegają od standardowych hoteli lub apartamentowców. Małe, przytulne kamienice z wysokimi mieszkaniami, np. na Starym Mieście czy klimatycznej Pradze, działają na nich jak magnes. Część z najemców, zwłaszcza, gdy decydują się oni na nieco dłuższy okres najmu, zwraca także uwagę na widok z mieszkania. Chętnie decydują się na lokal z tarasem, balkonem lub oknem na zabytki, ładne podwórko czy z wyjściem do ogródka.

W zależności od Twoich możliwości finansowych, jesteś w stanie dostosować swoją ofertę do konkretnego najemcy lub najemców. Niezależnie od tego, czy masz ochotę wynająć swój apartament na dzień, tydzień, czy miesiąc, specjalne serwisy internetowe (np. Airbnb), za pomocą których ogłaszasz swój lokal pozwalają Ci zaprezentować swój lokal. To świetny sposób na dotarcie do olbrzymiej, wielomilionowej publiczności. Pamiętaj o dokładnym i przyciągającym wzrok opisie. Używaj słów i przymiotników, które mogą przyciągnąć potencjalnego lokatora, np. „przytulny”, „luksusowy”, „wygodny”, „przestronny” czy „blisko centrum”.

 

 

Źródło:  Magmillon

Odpowiednie zachowanie na drodze ratuje ludzkie życie i zdrowie, a kulturalne prowadzenie pojazdu chroni nasz portfel przed niezaplanowanymi wydatkami. Jak pokazuje badanie Santander Consumer Banku „Polak w drodze 2.0 – wydatki kierowców”* – 33 proc. mandatów zmotoryzowani płacą właśnie za niestosowne zachowania, m.in. nieprawidłowe manewry, niewłaściwe parkowanie, czy nieustępowanie pierwszeństwa. Poniżej prezentujemy podstawowe zasady drogowej etykiety, które powinien znać każdy kulturalny kierowca.

  1. Nie myśl tylko o sobie

Jak wynika z raportu Komendy Głównej Policji, w minionym roku na polskich drogach doszło do ponad 33 tys. wypadków i ponad 400 tys. kolizji. Ich głównymi przyczynami było niedostosowanie prędkości do warunków, nieudzielenie pierwszeństwa i  nieprawidłowe zachowanie wobec pieszego. Część z tych zdarzeń udałoby się uniknąć, gdyby uczestnicy ruchu drogowego myśleli o sobie nawzajem – sygnalizowali zamiary, przewidywali zachowania innych, ustępowali pierwszeństwa. Widzisz korek? Użyj świateł awaryjnych, aby dać znać jadącym za tobą. Jedziesz autostradą? Przy wjazdach zajmuj lewy pas, aby umożliwić innym bezpieczne włączenie się do jazdy. Zauważyłeś stojący przy bocznej uliczce samochód, który próbuje włączyć się do ruchu? Bądź tym, który mu to umożliwi. Podczas wymieniania drogowych uprzejmości, pamiętaj, jednak o tym, aby zawsze kierować się zasadą ograniczonego zaufania.

  1. Nie pozwól, aby prowadziły emocje

Złe emocje i kierownica to śmiertelni wrogowie. Według danych TNS OBOP r., co czwarty kierowca przyznaje, że przynajmniej raz w tygodniu spotyka się z  sytuacją użycia klaksonu w celu przyspieszenia wykonania manewru. Co trzeci badany za to deklaruje, że jego reakcją na niekulturalnego lub agresywnego kierowcę jest przeklinanie (31 proc.) lub wykonywanie obraźliwych gestów (27 proc.). Nadużywanie sygnałów dźwiękowych, wysiadanie z auta, złośliwe hamowanie, czy zajeżdżanie drogi to nie tylko przejawy braku kultury, ale zachowania, które są niebezpieczne. Dobre maniery na drodze powinny być normą, ale warto doceniać je także u innych kierowców. Wdzięczność można wyrazić podnosząc dłoń do góry lub używając naprzemiennie sygnalizatorów świetlnych, np. kierunkowskazów.

  1. Nie wstrzymuj ruchu

Próba spopularyzowania w naszym kraju „jazdy na suwak” nie odniosła takiego sukcesu jak na zachodzie Europy. Nie wszyscy kierowcy zdają sobie sprawę z tego, że w miejscu, gdzie droga dwujezdniowa zwęża się do jednego pasa, najszybszą metodą jazdy jest naprzemienne zjeżdżanie aut. Zajęcie odpowiedniego pasa na kilkaset metrów przed zwężeniem wcale nie upłynnia ruchu. Z kolei wciskanie się na siłę w ostatniej chwili po prostu go wstrzymuje. Pamiętaj – czasem ułatwienie przejazdu jednemu samochodowi może usprawnić podróż pozostałym kierującym. Pilnuj również tego, aby samemu nie opóźniać jazdy. Przykładowo, stojąc na czerwonym, bądź gotowy do ruszenia. W końcu płynny start spod świateł pozwoli przejechać maksymalnej liczbie kierowców. Dobrym nawykiem jest także czytelne sygnalizowanie drogowych planów. Kieruj się przy tym zasadą, że kierunkowskaz pokazuje zamiar, nie fakt. Dlatego stosuj go wystarczająco wcześnie. Dzięki temu manewr nie będzie zaskoczeniem dla innych. Pamiętaj również o tym, że niektórzy potrzebują kilka sekund więcej na reakcję. Kulturalni kierowcy nie wywierają presji klaksonem i nie pospieszają kierującego.

  1. Jedź spokojnie i oszczędzaj

Santander Consumer Bank, wydawca karty Visa TurboKARTA, zbadał wydatki polskich kierowców. Okazuje się, że najwięcej wydajemy na paliwo. Kierowców dużo kosztują także naprawy (przyznało tak 64 proc. ankietowanych) oraz serwis opon (43 proc. wskazań). Niemal co czwarty zmotoryzowany przyznał, że finansowo odczuwa również zakup materiałów eksploatacyjnych. Spokojna i płynna jazda jest nie tylko bezpieczniejsza, ale również bardziej opłacalna. Jak oceniają eksperci, stosując zasadę „ekodrivingu” rocznie można zaoszczędzić nawet do 20 proc. kosztów samego tankowania. Ponadto, ekonomiczne prowadzenie auta obniża również koszty związane z jego eksploatacją. Dodatkowe oszczędności można także wygenerować płacąc za zakupy kartami z funkcją moneyback.

Dobry kierowca nie tylko odpowiednio zachowuje się na drodze i przestrzega przepisów. Potrafi również kulturalnie prowadzić samochód i szanować pozostałych uczestników ruchu. W każdej sytuacji warto traktować innych w należyty sposób, jednak przestrzeganie savoir vivre na drodze opłaca się podwójnie – oszczędza nie tylko emocje, ale również pieniądze.

Nota metodologiczna:

*Badanie „Polak w drodze 2.0 – wydatki kierowców” zostało zrealizowane na zlecenie Santander Consumer Banku z siedzibą we Wrocławiu, ul. Strzegomska 42c, oferującego Visa TurboKARTA. W ankiecie telefonicznej, przeprowadzonej przez Instytut IBRIS w dniach 23-24 września 2016 r. wzięło udział 628 aktywnych kierowców z całej Polski.

 

Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że deficyt sektora finansów publicznych w przyszłym roku nie wyniesie 2,7 proc. PKB tylko mniej – poinformował we wtorek podczas pierwszego czytania projektu budżetu na 2018 r. wiceminister finansów Leszek Skiba.

Przed zakończeniem trwającej około osiem godzin debaty na pytania posłów odpowiadał m.in. wiceminister finansów Leszek Skiba. Mówił, że w przyszłym roku poziom długu do PKB pozostanie na poziomie 51,7 proc., czyli takim samym, jak w roku 2017, a w kolejnych latach będzie się obniżał. „Jest to możliwe dzięki temu, że obniża się deficyt” – powiedział wiceminister.

Poinformował, że przewidziany w uzasadnieniu do budżetu szacunek deficytu sektora finansów publicznych w 2018 r. w wysokości 2,7 proc. PKB wynika z założenia, iż wszyscy wydadzą 100 procent tego, co jest zapisane w ustawie budżetowej.

„Naturalne oszczędności, które zawsze pojawiają się w wykonaniu (budżetu – PAP) oznaczają, że realnie ten deficyt można oceniać niżej. Czyli tak naprawdę, jeśli poziom naturalnych oszczędności wyniesie np. 6 mld zł, to ten deficyt sektora finansów publicznych może wynieść 2,4 proc. PKB. Czyli istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że deficyt sektora finansów publicznych w roku przyszłym nie wyniesie 2,7 proc. PKB tylko mniej” – powiedział Skiba.

„To jest możliwe dzięki rosnącym dochodom z podatku VAT i innym podatkom” – dodał. Przypomniał, że w 2015 r. dochody z VAT wynosiły 6,4 proc. PKB, w 2016 r. – 6,8 proc. PKB. „Szacujemy, że w roku 2017 mogą wynieść 7,9 proc. PKB, a w roku 2018 prawdopodobnie mogą przekroczyć 8 proc. PKB” – wyjaśnił. „Czyli tak naprawdę mamy do czynienia z istotnym wzrostem dochodów podatkowych nominalnie, realnie i także w odniesieniu do produktu krajowego brutto. To oznacza, że państwo polskie w coraz mniejszym stopniu potrzebuje dywidend” – mówił.

Według Skiby poziom dywidend jest w projekcie istotnie mniejszy niż w latach poprzednich, aby spółki skarbu państwa miały jak najwięcej środków na inwestycje. „Państwo nie drenuje spółek tak, jak miało to miejsce w czasach PO, zyski pozostają w firmach (…) dzięki temu mogą być przeznaczane na inwestycje” – wyjaśnił.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Około 2,5 tys. zł wydaje w ciągu roku na ogrzewanie rodzina mieszkająca w bloku z wielkiej płyty, którego nie poddano termomodernizacji. Trudno, by na własną rękę ociepliła blok, ale istnieją inne sposoby na obniżenie rachunków i nie wymagają wcale wielkich nakładów.

Rodzina zamieszkująca w 50-metrowym mieszkaniu średnio każdego miesiąca ponosi z tytułu ogrzewania koszt na poziomie 1200-2500 zł, a wszystko zależy od tego, w jakim budynku mieszka. Koszty ogrzewania zależą od wielu czynników. Wpływ na pogodę mamy żaden, na termomodernizację budynku ograniczony (to spora inwestycja i nie każdą wspólnotę czy spółdzielnię na to stać), ale można zmienić kilka nawyków, poczynić drobne inwestycje i zaoszczędzić realne pieniądze, bo obniżenie przeciętnego rachunku za ogrzewanie o 30 proc. to ponad 600-700 zł oszczędności w skali roku.

  • Zatrzymaj ciepło w środku

Największym problemem wielu budynków jest słaba termoizolacja ścian i okien. Nawet jeśli jest wydajny system grzewczy, to ciepłe powietrze bardzo szybko miesza się z zimnym z zewnątrz i efektywność jego działania grzejników jest niska.

Energia cieplna ucieka przez nieszczelne okna, drzwi oraz słabo zaizolowany dach i ściany, ze szczególnym uwzględnieniem styków powierzchni (kątów, narożników). Niskim kosztem można zaradzić nieszczelności okien czy drzwi – wymiana uszczelek potrafi uczynić cuda, a nakłady nie powinny przekroczyć kilkunastu złotych. Trzeba pamiętać, że poprawa szczelności okien to nie tylko obniżenie rachunków za ogrzewanie, ale i podniesienie komfortu życia mieszkańców. Zlokalizowanie największych nieszczelności nie powinno być trudne, wystarczy przyłożyć rękę.

  • Kup dobre okna

Przez okna domu ucieka 25 do 40 proc. ciepła. W mieszkaniu współczynnik ten jest naturalnie mniejszy (m.in. dlatego, że rzadko występują np. okna dachowe), co nie zmienia faktu, że ich jakość ma ogromny wpływ na temperaturę w lokalu. Producenci okien promują parametry szyb, ale trzeba pamiętać, że okna to cały system, a ten jest tak silny, jak silny jest jego najsłabszy element. Należy zatem zwrócić uwagę także na ramę, profile, okucia, a także sposób montażu. Błąd w sztuce może wiele kosztować.

Oczywiście wymiana okien to nie jest inwestycja, której dokonuje się z dnia na dzień, ale w przypadku poważnego remontu, czy budowy domu, warto zwracać na to uwagę.

  • Dbaj o sprawne kaloryfery

Kiedy już zabezpieczymy wnętrze mieszkania tak, by nie uciekało z niego ciepło, trzeba to ciepło wyprodukować i rozprowadzić. Wydajna praca systemu grzewczego bierze się z jego stanu technicznego. Podstawowym działaniem, które można wykonać na własną rękę jest dbanie o to, by grzejniki nie były zapowietrzone. Sygnałem świadczącym o takim stanie jest nierównomierna temperatura powierzchni kaloryfera. Jeśli grzejnik wydaje z siebie dźwięki podobne do bulgotania lub jest ciepły u dołu, a zimny na górze, to można być pewnym, że jest zapowietrzony. Należy zlokalizować zawór, upuścić niepotrzebne powietrze i wszystko powinno wrócić do normy.

Poważniejszym kłopotem jest zakamienienie kaloryfera, gdyż zwykle odkamienienia wymagać będzie cała instalacja i lepiej by operacja ta została przeprowadzona przez fachowca.

  • Pozwól na poprawną cyrkulację

Ale samo wytworzenie ciepła to nie wszystko, trzeba jeszcze rozprowadzić je po mieszkaniu, a zaburzenia cyrkulacji powietrza są w polskich domach nadal powszechne. Długa gruba zasłona czy drewniana zabudowa nie pozwolą wykorzystać pracy grzejnika. Podobnie jak zastawienie go meblami. Aby ciepło z grzejnika wypłynęło na pokój, musi być on odsłonięty od frontu, a najlepiej, by od góry i od dołu miał około 10 cm przestrzeni. Umiejscowiony nad grzejnikiem parapet będzie kierował ogrzane powietrze w stronę wnętrza.

Dodatkową poprawę efektywności działania grzejnika uzyskać można montując pomiędzy nim a ścianą ekran odbijający ciepło. To prostu arkusz folii aluminiowej przyklejony na styropianie. Da to dodatkową izolację ściany zewnętrznej, ciepło pozostanie w mieszkaniu.

  • Wietrz pomieszczenia

Szczelnie zamknięte pomieszczenie jest niezdrowe dla mieszkańców. Do dobrego samopoczucia i zdrowia potrzebujemy świeżego powietrza. To w szczelnym i niewietrzonym mieszkaniu ma coraz więcej dwutlenku węgla (powstaje przy oddychaniu) i nienaturalnie podniesioną wilgotność (może prowadzić do powstawania grzybów i pleśni).

Jak na wszystko, tak i na wietrzenie mieszkania są lepsze i gorsze sposoby. Celem nie jest wychłodzenie mieszkania, tylko wymiana powietrza na świeże. Najlepiej robić to szybko, intensywnie i przy zakręconych grzejnikach. Dzięki temu powietrze zostanie sprawnie wymienione, a przy tym grzejniki nie będą niepotrzebnie pracować. Wietrzyć powinno się od kilku do kilkudziesięciu minut i powtarzać operację kilka razy dziennie.

  • Pilnuj odpowiedniej temperatury

Naturalnym jest, że im wyższa temperatura w mieszkaniu, tym wyższe opłaty za ogrzewanie. Na dodatek przegrzewanie jest niezdrowe i prowadzi do częstszych przeziębień, warto więc rozsądnie podnosić temperaturę oraz różnicować ją w pomieszczeniach.

Najcieplej powinno być w łazience, byśmy nie marzli np. po ciepłej kąpieli. Wskazane jest tam 22-23 stopnie Celsjusza. W pokojach dziennych powinno się utrzymywać 20-21 stopni, w kuchni 18-20, a najchłodniejsze pomieszczenie to sypialnia. Według naukowców, spanie w 17-19 stopniach jest najzdrowsze i najbardziej efektywne.

  • Oszczędzaj podczas nieobecności

Dodatkową oszczędność na ogrzewaniu odnotować można pilnując zużycia ciepła podczas nieobecności w domu. Z jednej strony można trochę przykręcać grzejniki w ciągu dnia, gdy mieszkanie stoi puste, ale przede wszystkim chodzi o dłuższe wyjazdy. Tygodniowy wypad na narty to nie czas, gdy w domu musi być bardzo ciepło, a podczas srogiej zimy oszczędzić można nawet i 100 złotych. Przykręcić grzejniki powinno się nawet wyjeżdżając na weekend.

Najskuteczniejszym sposobem obniżenia rachunków za ogrzewanie jest termomodernizacja. Jest to jednak bardzo poważna inwestycja. Łatwiej skupić się na drobnych krokach, których koszt będzie niewielki lub wręcz zerowy. Dobre nawyki mieszkańców i zmiana kilku przyzwyczajeń mogą doprowadzić do sporych oszczędności, w zależności od stanu początkowego, rachunki można obniżyć nawet o 30 procent, co w skali roku przełoży się na co najmniej 600-700 zł.

 

Źródło; Home Broker

Najnowsze dane GUS pokazują, że inflacja wzrosła do 2,2%. Przy takim poziomie zdecydowana większość lokat bankowych przynosi straty w ujęciu realnym. Z wyliczeń Expandera wynika, że aby zarabiać, ich oprocentowanie musi wynieść przynajmniej 2,72%. Tymczasem banki oferują średnio 1,47%. Nie powinno więc dziwić, że Polacy wypłacili z banków już 9% (26 mld zł) swoich oszczędności, a firmy aż 17% (16 mld zł).

Ze wstępnych danych GUS wynika, że wyraźnie przyspieszył wzrost cen w Polsce – we wrześniu były one 2,2% wyższe niż przed rokiem. To nie tylko oznacza, że musimy wydawać więcej na życie. Dodatkową konsekwencją jest również to, że pieniądze, które nie pracują, szybciej tracą na wartości. Przy wyższej inflacji rosną również wymagania w stosunku do lokat bankowych. Ich oprocentowanie musi wynieść teraz przynajmniej 2,72%, żeby zapewnić nam choćby utrzymanie realnej wartości posiadanych oszczędności.

Na przeciętnej lokacie tracimy 100 zł

Wzrost cen sprawia, że co prawda po zakończeniu lokaty otrzymujemy więcej pieniędzy niż na nią wpłaciliśmy, ale i tak możemy za te środki kupić mniej niż na początku. Dla przykładu, deponując 10 000 na lokacie rocznej z oprocentowaniem 1,5%, po roku otrzymamy 10 122 zł (odliczając podatek). Jednak ze względu na wzrost cen, za towary, które wcześniej kosztowały 10 000 zł, trzeba będzie zapłacić 10 220 zł. W rezultacie, tak naprawdę zakładając taką lokatę tracimy w ujęciu realnym prawie 100 zł.

Nie powinno więc dziwić, że Polacy wypłacają pieniądze z lokat. W sierpniu wycofali kolejny już miliard złotych, a od lutego 2016 r. – 26,6 mld zł. Firmy wypłaciły natomiast 16,2 mld zł. W ich przypadku relatywne wypłaty były jednak nawet większe w porównaniu do gospodarstw domowych, gdyż 16,2 mld zł oznacza spadek aż o 17%. Warto jednak dodać, że nie ma w tym nic złego, jeśli ktoś wypłaca pieniądze z lokaty i inwestuje je efektywniej. Niestety w wielu przypadkach zniechęcenie do lokat objawia się tym, że oszczędności trzymane są na zwykłych, nieoprocentowanych rachunkach bankowych. W takiej sytuacji tracą na wartości jeszcze bardziej.

Nowe obligacje skarbowe na 1,5%

Co ciekawe, mimo że Polacy zniechęcili się do niskiego oprocentowania, Ministerstwo Finansów zdecydowało się wprowadzić 3-miesięczne obligacje skarbowe z oprocentowaniem 1,5% w skali roku. Taki poziom jest zbliżony do przeciętnego oprocentowania w bankowych i również nie daje szansy na zysk wyższy od inflacji. Na tą ofertę powinni jednak zwrócić uwagę klienci PKO BP. Bank ten na 3-miesiecznej lokacie oferuje im bowiem 0,5%-0,8% zysku. Tymczasem, za pośrednictwem jego systemu obsługi elektronicznej, w kilka chwil można skorzystać z obligacji dającej 1,5% zarobku. Oczywiście obligacje te bez problemu mogą kupić także klienci innych banków.

Warto też dodać, że dużo wyższe oprocentowanie uzyskamy inwestując w obligacje przedsiębiorstw. Dla przykładu PKN Orlen niedawno oferował 2,81% w skali roku. Bez problemu znajdziemy też inne firmy zachęcające do swoich obligacji z oprocentowaniem 5%-6%. W przypadku tego rodzaju inwestycji trzeba jednak pamiętać, że ryzyko jest znacznie większe niż w przypadku lokat bankowych czy obligacji skarbowych. W sytuacji upadłości przedsiębiorstwa oferującego swoje obligacje, możemy nie odzyskać części lub nawet całości zainwestowanej kwoty.

 

Źródło : Jarosław SadowskiGłówny analityk Expander Advisors

Eko-żywność, produkty rzemieślnicze, wsparcie młodych artystów… Na co Polacy coraz chętniej wydają swoje oszczędności? Zdecydowanie częściej przy zakupach biorą pod uwagę dobro środowiska i swoje zdrowie oraz szukają produktów dobrych jakościowo. Sprawdź, na co nie szkoda nam gotówki – niektóre wybory mogą okazać się zaskoczeniem!

Poniżej prezentujemy listę 5 grup produktów i usług, na które nasi rodacy nie żałują pieniędzy.

Domowe przetwórstwo

Domowe przetwory z owoców i warzyw znów stały się modne. Polacy coraz chętniej decydują się na wekowanie czy pasteryzację owoców, warzyw oraz gotowych potraw. W tym celu zaopatrują się w sezonowe produkty, z których później przygotowują kompoty, dżemy czy sałatki. Wszystko to po to, aby móc cieszyć się smakiem rodzimych przetworów przez cały rok.

Żywność ekologiczna

Polacy coraz większą wagę przykładają do jakości żywności. Zależy im, aby warzywa, owoce czy produkty odzwierzęce pochodziły ze sprawdzonego źródła, a ich produkcja przebiegała naturalnie i ekologicznie. Dlatego też coraz chętniej sięgają po żywność organiczną – produkty bez dodatków chemicznych, czyli pestycydów i nawozów sztucznych.

Produkty regionalne i dzieła rzemieślników

Na fali ekologii, fair trade, ruchów zero waste i powrotu do tradycji Polacy doceniają także polskie, rzemieślnicze produkty. Ubrania od projektantów w całości wyprodukowane w Polsce, meble i sprzęty wykonane na zamówienie przez regionalnych rzemieślników są unikatowe, wytrzymałe i dobrej jakości, a ich zakup wspiera krajową gospodarkę i pomaga w rozwoju rodzimego designu.

Crowdfunding

Wspieranie projektów młodych artystów, wynalazców czy inżynierów pozwala odkryć nowatorskie rozwiązania oraz rozpowszechnić unikatowe dzieła sztuki. Wszystko to za sprawą działań crowdfundingowych – czyli finansowego wsparcia danego pomysłu przez internautów w zamian za określone korzyści. Polacy chętnie pomagają artystom (coraz częściej także blogerom) w realizacji ich projektów, a dzięki temu sami stają się współtwórcami danej inicjatywy.

Akcje charytatywne

Wspieranie akcji charytatywnych staje się coraz bardziej powszechne wśród Polaków. Mowa tutaj nie tylko o wpłatach finansowych, ale również udziale w maratonach, wolontariatach, zbiórkach czy organizowaniu własnych inicjatyw. Polacy dbają o promowanie takich akcji i aktywnie zachęcają znajomych i rodzinę do pomocy.

 

Źródło; HRS

Giełda, lokata, konto oszczędnościowe a może złoto? Wybór sposobu na pomnożenie swoich oszczędności nie jest prosty. Analitycy radzą dzielić środki i wskazują, że np. dodanie złota inwestycyjnego do swojego portfela powoduje jego stabilizację. Kiedy jest najlepszy czas na zakup złota?

– Kiedy warto kupić złoto? Odpowiedź na to pytanie jest tożsama z odpowiedzią na pytanie: „kiedy warto oszczędzać”. Co do zasady zawsze warto oszczędzać. Każdy z nas powinien myśleć o swojej finansowej przyszłości. Liczenie na pomoc państwa w przypadku emerytury nie jest najlepszym rozwiązaniem. Tutaj złoto fizyczne, kupowane regularnie, nawet w niewielkie ilości np. w postaci monet, sztabek jest bardzo dobrym narzędziem do oszczędzania – dr Wojciech Kaźmierczak, prezes Goldenmark SA.

Kruszec jest także narzędziem do inwestowania. Analitycy wskazują, że dodanie złota inwestycyjnego do swojego portfela powoduje jego stabilizację. – Jeżeli byśmy inwestowali wszystkie środki tylko w akcje, to możemy się spodziewać w niektórych latach spektakularnych zysków, w innych spektakularnych strat. Dodanie złota do swojego portfela sprawia, że te wyniki się spłaszczają. Jeżeli chodzi o rentowność to dużych różnic nie ma, natomiast jeżeli chodzi o stabilność to zdecydowanie mamy tutaj lepszą sytuację. Dlatego warto rozważyć dodanie złota inwestycyjnego do swojego portfela – opowiada dr Wojciech Kaźmierczak.

Ciężko jest przewidzieć jak cena złota będzie wyglądała w perspektywie przyszłych tygodni, miesięcy, czy w kolejnych latach. Na rynku można dostrzec też pewne wskazówki jak rynek może się zachować. Gdy mamy niskie stopy procentowe typowe sposoby na inwestowanie jak np. lokaty bankowe przynoszą mniejsze zyski. W tym czasie uwaga inwestora częściej koncentruje się wokół innych źródeł np. złota. Należy też pamiętać, że wycena surowców może się zmieniać i ma na nią wpływ wiele elementów. Przykład? Wzrost wartości dolara amerykańskiego, często pokrywa się ze spadkiem notowań na rynku złota.

– Kiedy warto kupować złoto?Jeżeli jesteśmy inwestorem i nie mamy złota lub mamy go mało, to warto rozważyć kupienie kruszcu. Dzięki niemu w średniej i długookresowej perspektywie nasz portfel inwestycyjny zyska stabilność – mówi dr Wojciech Kaźmierczak i dodaje – Moim zdaniem najważniejszą funkcją złota, szczególnie fizycznego w postaci sztabek czy monet to oszczędzanie. Każdego na to stać.

Wypowiedź: dr Wojciech Kaźmierczak, prezes Goldenmark SA.

Belgowie mają powiedzenie: „Jedno dziecko to jeden dom”. Wrzesień to jeden z najtrudniejszych okresów w życiu każdego rodzica. Nie tylko muszą zadbać o logistykę przedszkolno-szkolną, ale jeszcze w tym czasie ich portfele znacznie się uszczuplają. Wyprawka szkolna, ubezpieczenie, opłaty za zajęcia dodatkowe – wydatków naprawdę nie brakuje. W takich sytuacjach rodzicom mają pomóc pieniądze z programu „Rodzina 500+”. Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że 62 proc. Polaków przeznacza je właśnie na bieżące wydatki. Tylko nieco ponad jedna trzecia odkłada pieniądze otrzymywane z tego świadczenia na przyszłość.

Wsparciem rządowego programu „Rodzina 500+” w czerwcu 2017 roku objęto ponad 3,98 mln dzieci do 18 lat, czyli 58 proc. Do ponad 2,6 mln rodzin trafiło już ponad 29,2 mld zł. Na co Polacy wydają te pieniądze? Aż 62 proc. osób biorących udział w badaniu Nationale-Nederlanden przyznało, że przeznacza je na codzienne potrzeby rodziny. Z kolei 36 proc. traktuje te środki jak oszczędności.

Słodka, ale i kosztowna inwestycja

Wychowanie dziecka, to czasochłonny, ale też kosztowny proces. Według wyliczeń Centrum im. Adama Smitha koszt wychowania jednego dziecka w Polsce (do osiągnięcia 19. roku życia) mieści się w przedziale od 176 tys. do 190 tys. zł, a dwójki dzieci – od 317 tys. do 350 tys. zł. Według szacunków ekonomistów w przypadku rodzin z trójką dzieci koszty te wynoszą przeciętnie od 421 do 460 tys. zł. Z wyliczeń OECD wynika, że koszty wychowania i utrzymania dziecka są stosunkowo wysokie i sięgają przeciętnie od 15 do 30 proc. budżetu rodzinnego. – Nic więc dziwnego, że większość rodzin przeznacza zarabiane i otrzymywane środki przede wszystkim na bieżące, codzienne potrzeby. Jeżeli jednak naprawdę chcemy pomóc naszym dzieciom i zapewnić im dobry start w przyszłość, najpierw musimy zadbać o siebie i pomyśleć czy nasze finanse są w dobrej kondycji. W praktyce oznacza to minimalizowanie zadłużenia i posiadanie oszczędności – mówi Martyna Kucicka-Witek, Menedżer ds. Produktów Ochronnych i Majątkowych w Nationale-Nederlanden.

Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że blisko dwie trzecie Polaków deklaruje, że posiada jakiekolwiek oszczędności odłożone z myślą o przyszłości. Jednocześnie 40 proc. badanych deklaruje, że trudno im oszczędzać, ponieważ codzienne wydatki pochłaniają ich całe dochody. Blisko 20 proc.  respondentów przyznaje, że nie myśli jeszcze o oszczędzaniu, a kolejne 15 proc. woli wydać pieniądze na przyjemności.

Bezpieczne i regularne oszczędzanie

Polacy zazwyczaj rozpoczynają oszczędzać z myślą o przyszłości dzieci już od momentu ich urodzenia. Prawie 40 proc. rodziców, którzy dotąd nie oszczędzali na ten cel, deklaruje, że w ciągu najbliższego roku zaczną to robić. Takich planów nie ma co piąty rodzic, a deklarowanym powodem takiej decyzji jest brak odpowiednich funduszy.

Jaką formę oszczędzania wybierają ci Polacy, którzy decydują się odkładać otrzymywane w ramach programu „Rodzina 500+”? Badanie Nationale-Nederlanden pokazuje, że są to przede wszystkim produkty bankowe: konto oszczędnościowe (62 proc.), zwykłe konto bankowe (24 proc.) i lokata (18 proc.). Jedynie 4 proc. wybiera fundusze inwestycyjne, a 3 proc. polisę ubezpieczeniową. – Możliwości inwestycji jest naprawdę wiele i można je dostosować do własnych potrzeb. Jedną z wartych zainteresowania form są na pewno polisy ubezpieczeniowe, które zapewniają jednocześnie ochronę całej rodzinie i oferują lokatę kapitału – mówi Martyna Kucicka-Witek.

Blisko połowa rodziców, którzy otrzymują świadczenie „Rodzina 500+”, ale do tej pory nie oszczędzali pieniędzy z tego źródła, deklaruje, że w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy zacznie to robić. Co mniej optymistyczne, blisko jedna czwarta (23 proc.) ankietowanych nie ma jednak zamiaru w najbliższym czasie odkładać tych pieniędzy. – Tymczasem regularne oszczędzanie nawet części tej sumy da naszej rodzinie poduszkę bezpieczeństwa finansowego, która pozwoli nam przygotować się na nieprzewidziane sytuacje, chociażby takie jak ciężka choroba czy trwała lub czasowa niezdolność do pracy i zapewnić najmłodszym dobry start w dorosłość – mówi Martyna Kucicka-Witek z Nationale-Nederlanden.

 

Wypowiedź: Martyna Kucicka-Witek z Nationale-Nederlanden

Młodzi, którzy obecnie dopiero zaczynają swoją karierę zawodową, w przyszłości otrzymają emeryturę równą ok. 30% ich ostatniego wynagrodzenia. Expander sprawdził, co musieliby zrobić, aby zrekompensować sobie taki spadek dochodów własnymi oszczędnościami. Okazuje się, że emerytura równa ostatniej pensji to niestety „mission impossible”. Realne, choć nadal dość trudne, będzie uzyskanie świadczenia na poziomie 70% pensji. Wymagać to będzie jednak odkładania przynajmniej 18% dochodu miesięcznie.

Co może zrobić młody człowiek wiedząc, że jego emerytura z publicznego systemu wyniesie zaledwie 30% ostatniego wynagrodzenia otrzymanego tuż przed przejściem na emeryturę? Oczywiście powinien jak najszybciej zacząć oszczędzać, aby zgromadzić pieniądze, które pozwolą mu samodzielnie wypłacić sobie 70% ostatniego wynagrodzenia, co razem z emeryturą państwową da 100%. Żeby przez 25 lat wypłacać sobie 70% pensji musiałby jednak przez 40 lat odkładać aż 32% swojego wynagrodzenia i to przy założeniu, że inwestowałby oszczędności przy stopie zwrotu wynoszącej aż 6% w skali roku. W przypadku krótszego okresu lub niższej stopy zwrotu, trzeba odkładać jeszcze więcej. Żadna z tych wartości nie wydaje się jednak realna do osiągnięcia. Szacuje się bowiem, że przeciętny Polak jest w stanie dodatkowo odkładać na emeryturę 10%-20% wynagrodzenia.

Odłożenie odpowiednio wysokiej kwoty jest tak trudne w dużej mierze dlatego, że nasze wynagrodzenia systematycznie rosną. Dla przykładu, dziś są o ok. 60% wyższe niż 10 lat temu. To oznacza, że po 40 latach możemy zarabiać już 6,5 razy więcej niż w momencie, gdy zaczynamy swoją karierę zawodową. Pieniądze odłożone na początku mają więc bardzo niewielką wartość w stosunku do naszego wynagrodzenia, które otrzymamy tuż przed emeryturą.

 Wystarczy nam emerytura wynosząca 70% pensji

Na szczęście, będąc na emeryturze nie musimy już mieć aż tak wysokich dochodów jak w okresie, kiedy jeszcze pracujemy. Zwykle mamy już bowiem spłacony kredyt na dom czy mieszkanie. Nie ponosimy też kosztów wychowania dzieci. Oczywiście nie musimy już wtedy odkładać kilkunastu czy kilkudziesięciu procent dochodu na emeryturę, bo już na niej jesteśmy. Dlatego w rzeczywistości, aby żyć na poziomie do jakiego się przyzwyczailiśmy podczas pracy, wystarczy nam świadczenie
w wysokości 70% – 80% ostatniego dochodu. Jeśli przyjmiemy, że wystarczy nam 70%, to sami musimy uzbierać tyle, aby sfinansować 40%, gdyż 30% pokryje publiczny system emerytalny.

Osiągnięcie takiej wysokości emerytury jest już bardziej realne, ale nadal wymagające. Nawet przy założeniu 40 lat oszczędzania i stopy zwrotu 6% i tak trzeba odkładać 18% dochodu. W przypadku stopy zwrotu 1,5% lub 3% trzeba odkładać 31%-46%, co jest poziomem nierealnym do osiągnięcia.

Z powyższych wyliczeń płyną dwa wnioski. Po pierwsze, młodzi nie powinni zwlekać z rozpoczęciem oszczędzania na emeryturę. Nawet rozpoczęcie tego procesu nie na 40, lecz na 30 lat przez przed emeryturą spowoduje, że np. zamiast 18% dochodu będą musieli odkładać aż 26%. Jeśli zaczną jeszcze później to trudno może im być zapewnić sobie emeryturę nawet na poziomie 50% dochodu. Drugi wniosek jest taki, że jeśli ktoś chce uzyskać przyzwoitą emeryturę to nie może oszczędzać na przeciętnych lokatach bankowych. Ich oprocentowanie jest obecnie tak niskie, że aby zebrać odpowiednio wysoką kwotę trzeba byłoby odkładać 39%-46% dochodu.

Na koniec warto zwrócić uwagę, że wspomniane 18% pensji, to nieco mniej niż wysokość łącznej składki emerytalnej w publicznym systemie. Odkładając tyle samodzielnie, zyskamy świadczenie wynoszące 40% dochodu. Państwo za podobne pieniądze ma nam zapewnić 30%. Zanim zaczniemy się na to denerwować warto zwrócić uwagę, że emerytura państwowa jest dożywotnia. Nasza prywatna wystarczy (według przyjętych założeń) na 25 lat. Jeśli więc dożyjemy 100 lat, to nadal będziemy otrzymywali pieniądze z ZUS, a własne oszczędności już dawno nam się skończą. Jeśli chcemy, żeby wystarczyło ich np. na 35 lat, to trzeba odkładać w najlepszym przypadku aż 24% dochodu. Z drugiej strony, jeśli umrzemy wcześniej, to oszczędności odziedziczą nasze dzieci, a pieniądze wpłacone do ZUS przepadną. Oba rozwiązania mają więc inne wady i zalety.

 

Autor: Jarosław Sadowski, Główny analityk Expander Advisors

 

W 2013 roku chiński prezydent Xi Jinping zapowiedział utworzenie Nowego Jedwabnego Szlaku, łączącego Chiny z europejskimi wybrzeżami Atlantyku. Wrota do Europy Zachodniej mają znajdować się w Polsce. Polska ma być jednym z kluczowych węzłów Nowego Jedwabnego Szlaku. To szansa dla  przedsiębiorstw, nie tylko tych największych. Tym bardziej, że jeszcze we wrześniu zostanie uruchomiony korytarz, umożliwiający im dokonywanie szybkich, bezpiecznych przelewów z Krajem Środka.

Chińskie produkty już nie tylko na Allegro

Gigantyczne, międzynarodowe przedsięwzięcie, o łącznym budżecie setek miliardów dolarów. Chiny stają się coraz bardziej dostępne, już nie tylko dla dużych koncernów, ale także dla drobnych przedsiębiorców. Do tej pory, ci najmniejsi skupiali się głównie na sprowadzaniu pochodzącego z Azji towaru, który następnie sprzedawali chociażby na Allegro. Coraz większa liczba polskich przedsiębiorców znajduje dostawców towarów i półproduktów.

Niewątpliwie, Chiny odciskają swoje piętno w biznesowym krajobrazie Europy. Już teraz produkty produkowane w tym kraju stanowią największe źródło importowanych dóbr dla Unii Europejskiej. Są ważne także dla Polski: zajmują drugie, po Niemczech, miejsce na liście źródeł importu (24 mld dolarów w 2016) – niestety – pierwsze pod względem deficytu w handlu zagranicznym. Nowy Jedwabny Szlak może jednak już wkrótce zrównoważyć te proporcje. Z pewnością nie stanie się to jednak z dnia na dzień.

Będzie taniej

Konkurencyjność wiąże się z jak najbardziej bezpośrednim sposobem dotarcia na nowy rynek. Aby zwiększyć konkurencyjność cenową swojej oferty należy omijać pośredników  – dotyczy to także przelewów międzynarodowych.

Zacieśnianie biznesowych relacji i wzrost liczby transakcji niesie ze sobą konieczność ich bezproblemowej obsługi. Zwiększenie się wolumenu transakcji finansowych pomiędzy polskimi i chińskimi przedsiębiorcami to wyzwanie, dlatego tak ważne jest wsparcie oraz wprowadzenie różnego rodzaju ułatwień. To się już dzieje. Kolejny krok w tym kierunku, pod koniec września, wykona TransferGo. Firma zajmuje się dostarczaniem rozwiązań technologicznych wspierającym usługi finansowe w 45 krajach na świecie. Dla przedsiębiorców wykonujących zagraniczne operacje oznacza to spore oszczędności

Chiny to kolejny kraj w którym uruchamiamy usługę szybkich i bezpiecznych przelewów transgranicznych. Dla przedsiębiorców oznacza to duże oszczędności, bowiem w przypadku firm zajmujących się eksportem i importem towarów, koszt przewalutowania transakcji może znacząco wpłynąć na rentowność przedsięwzięcia. Nasza propozycja to koszty zdecydowanie niższe niż usługi świadczone za pośrednictwem banków. Ponadto, cały koszt operacji znany jest na samym początku – nie ma ukrytych kosztów – Magdalena Gołębiewska, country manager TransferGo

Rosnąca wymiana handlowa to pole do zagospodarowania dla firm i instytucji oferujących usługi finansowe, chociażby te najbardziej podstawowe – przelewy międzynarodowe. TransferGo ostatnio pojawił się w Indiach – ogromnym rynku rozwijającym się w tempie ponad 7% rocznie. Teraz przyszedł czas na Chiny. Z możliwości dokonywania tanich połączeń, przedsiębiorcy, prowadzący interesy w Państwie Środka będą mogli skorzystać pod koniec września.

Źródło: transfergo

Zniechęcenie Polaków do lokat nie ustaje. W lipcu wypłacili z nich 1,6 mld zł, a od lutego 2016 r. łącznie już 25,6 mld zł. Co prawda, część tych pieniędzy pozostała w bankach np. na nieoprocentowanych rachunkach. Z wyliczeń Expandera wynika jednak, że w ostatnich latach coraz chętniej trzymamy oszczędności w gotówce. Przyczyną tego zjawiska jest oczywiście niskie oprocentowanie lokat, które w dużych bankach nierzadko wynosi zaledwie 0,5%.

Mamy coraz mniej pieniędzy na lokatach. Rosną natomiast kwoty zgromadzone na rachunkach bankowych i wartość gotówki. Tej ostatniej przybywa najszybciej. W lipcu poza kasami banków było aż 190 mld zł. Dla porównania, suma pieniędzy zgromadzonych przez gospodarstwa domowe i firmy na kontach i lokatach wynosiła 851 mld zł. Udział gotówki w łącznym portfelu sięgał więc 18%. Jeszcze niedawno, bo w 2013 r. było to 15%. Powoli zmierzamy natomiast w kierunku 20%, które po raz ostatni obserwowaliśmy 9 lat temu.

Gotówka w stosunku do depozytów gospodarstw domowych i firm

Gotówka zyskuje na znaczeniu m. in.  ze względu na bardzo niskie oprocentowanie lokat. Sprawdziliśmy oferty depozytów bez gwiazdek na okres 3 miesięcy w pięciu największych bankach, które mają łącznie aż 25,7 mln klientów indywidualnych. Okazało się, że najczęściej oferowana jest obecnie stawka 0,5%. To oznacza, że wpłacając 5000 zł na 3 miesiące otrzymujemy jedynie 5 zł odsetek. Nie powinno więc dziwić, że Polakom lokaty wydają się zbędne.

Oprocentowanie lokat 3-miesięcznych w 5 największych bankach

Należy jednak zaznaczyć, że trzymając pieniądze w gotówce czy na nieoprocentowanym rachunku tak naprawdę ponosimy straty. Oszczędności w takiej sytuacji tracą na wartości ze względu na inflację, która według prognoz ma wynosić ok. 2%. To oznacza, że aby choćby utrzymać realną wartość oszczędności trzeba znaleźć produkt z oprocentowaniem nie niższym niż 2,47% (więcej niż wspomniane 2% ze względu na podatek).

Nie jest to oczywiście proste, ale można znaleźć oferty lokat dające nawet 3% – 4% w skali roku. To jednak zwykle promocje kierowane przede wszystkim do nowych klientów. Często warunkiem koniecznym do założenia lokaty jest wymóg otwarcia konta. Uzyskanie wyższego oprocentowania wymaga więc nieco zachodu. Trzymając się wyłącznie jednego banku trzeba się pogodzić z bardzo niskimi stawkami.

 

Źródło: Expander

Różnorodność pokoleń w firmach może przyprawić o zawrót głowy. Jest generacja X, Z, Y, a ostatnio dużo mówi się o „Henrykach”. Mają odmienne wizje świata, cele, potrzeby  i oczekiwania, także wobec pracodawców. Jak motywować wszystkie te grupy?

Dla najmłodszych pracowników (generacja Z), którzy dopiero wkraczają do firm, praca musi być celowa i ciekawa. Według przyjętych stereotypów są niecierpliwi i nastawieni na szybki feedback. Chcą być doceniani i motywowani przez przełożonych. Z kolei pokolenie X uchodzi za odpowiedzialne i lojalne, a najważniejsze są dla nich stabilizacja, dobra płaca oraz uznanie. To zupełnie inaczej niż Igreki, zwani również Millenialsami, którzy zamiast stabilizacji poszukują samorozwoju, a zamiast bezpieczeństwa finansowego – szczęścia. Bardzo ważna jest dla nich również równowaga między życiem prywatnym a zawodowym. Część Millenialsów określa się jako Henryków z ang. High Earner Not Rich Yet, którzy nastawieni są na wygodne życie z rozmachem, w przeważającej części posiadają wyższe wykształcenie, cenią sobie niezależność i indywidualność.

Wszyscy jesteśmy indywidualistami

W praktyce okazuje się jednak, że znacznie ważniejszy niż pesel i przynależność do określonego pokolenia jest fakt, że każdy z nas jest inny – ma inne potrzeby i oczekiwania, również w stosunku do swojego pracodawcy. Dlatego tak trudno jest dotrzeć do każdego pracownika, szczególnie gdy firma liczy ponad 100 osób, i zmotywować go do efektywnej pracy. Jak pracodawcy mają sobie poradzić z tak dużą różnorodnością pokoleniową? Czy skuteczne może być motywowanie wszystkich zatrudnionych w ten sam sposób?

”Dawanie wszystkim pracownikom tych samych motywatorów, jest z pewnością wygodne dla firm, ale efekt motywacyjny takiego działania jest mocno wątpliwy. Dlatego warto pracownikom dać prawo wyboru świadczeń pozapłacowych i nagród, które  zaspokajają ważną dla nas wszystkich potrzebę indywidualizmu, zauważenia i docenienia naszych odmiennościpowiedziała Magdalena Słomczewska – Klimiuk, Marketing Manager, Sodexo Benefits and Rewards Services.  

Własne kompozycje

Aby skutecznie zmotywować przedstawicieli każdego pokolenia, warto wdrożyć motywatory, które odpowiedzą na ich indywidualne potrzeby. Dobrym rozwiązaniem może okazać się tzw. system kafeteryjny, który pozwala pracownikom samodzielnie wybierać świadczenia pozapłacowe. W ramach określonego budżetu pracownik sam komponuje swój indywidualny system świadczeń. Dzięki temu pracodawca nie uszczęśliwia go na siłę rozwiązaniami, które są niedopasowane do jego oczekiwań, a przez to często niewykorzystywane. To generuje dla pracodawcy realne oszczędności, bo płaci tylko za te benefity, z których pracownicy faktycznie korzystają. Dzięki nowoczesnym narzędziom wykorzystywanym w HR, takim jak platforma Sodexo Select, można taki system kafeteryjny uszyć na miarę i wdrożyć w organizacji.

W tym skomplikowanym równaniu pokoleniowych różnic i potrzeb wspólnym mianownikiem okazuje się być wolny wybór świadczeń. To on pozytywnie wpływa na postrzeganie firmy jako tej, dla której indywidualne potrzeby pracowników są ważne. Dzięki temu pracodawcy łatwiej jest przyciągnąć i zatrzymać talenty oraz wzmacniać kulturę organizacyjną. Ponieważ świadczenia pozapłacowe stają się coraz częściej czynnikiem decydującym o wyborze konkretnego pracodawcy, warto sięgać po ciekawe i niestandardowe rozwiązania. Bez względu na to, do której litery pokoleniowego alfabetu pracodawca adresuje swoją ofertę.

 

Źródło; Sodexo Benefits and Rewards Services Polska

Start-up to niezwykle popularne słowo. Co się za nim kryje? Wspaniały pomysł na biznes i grupa zdeterminowanych osób… Czyżby? Praca w dopiero raczkującym biznesie to tyle samo przyjemności, ile przykrości.

Plusów jest wiele! Przede wszystkim:

Zmiany, zmiany, zmiany…

Wszystko ciągle się zmienia – jeśli nie lubisz monotonnej pracy ani rutynowych zadań, praca w dopiero rozwijającym się miejscu brzmi jak marzenie. Przed tobą wciąż nowe wyzwania w dopiero powstającym środowisku. Nigdy nie będziesz się nudzić, bo nic nie będzie jeszcze w 100 proc. wypracowane.

Nauka w trybie natychmiastowym

Nauka poprzez skok na głęboką wodę – najlepszy możliwy sposób. W start-upie nie ma miejsca na opiekuna, nie ma też miejsca na zbyt długie zastanawianie się – trzeba działać szybko, a czasem też popełniać błędy – tylko po to, by mieć nauczkę. Start-up to żywy organizm, który dojrzewa w taki sposób, jak ludzie nim zarządzający.

Stworzysz coś wielkiego

Zwrot pełen patosu, jednak w dużym stopniu dość prawdziwy. Start-upy nie są powtarzalne, często skoncentrowane są na nowych ideach, pomysłach biznesach… A ty jesteś tego częścią! I choć będą trudne chwile, a biznes nie będzie się „zwracał” – to gdy wszystko wskoczy na właściwe tory, poczujesz dumę, że przyczyniłeś się do powstania tego czegoś wyjątkowego.

Oczywiście, patrząc z ultra-praktycznej strony na kwestię pracy w start-upie, pojawiają się minusy:

Wynagrodzenie

Niestety, często przy początkowym stadium rozwoju biznesu (a czasem też jeszcze dłużej…) inwestycja się nie zwraca i na siebie nie zarabia. Jeśli nie wierzysz bezgranicznie w szanse na powodzenie tegoż interesu i nie masz znaczących oszczędności – nie pracuj w start-upie. Może jeszcze przyjdzie dla ciebie czas na pracę do portfolio lub dla idei.

X, Y, Z – i inne niewiadome

Praca w start-upie dopiero wymaga dopracowania i dogrania. Dopasowania się zespołu, zasad, hierarchii – i wielu, wielu innych rzeczy. Jeśli świetnie czujesz się w jasno określonych regułach oraz względnym porządku w miejscu pracy – w start-upie ich nie zaznasz. Prawda jest taka, że i ty, i inni współpracownicy, i właściciele – dopiero się uczycie wspólnego funkcjonowania.

 

Źródło: fashionbiznes.pl

Eksperci

Gontarek: Trzy dobre pomysły KE jak rozwijać kompetencje cyfrowe

15 stycznia Komisja Europejska przyjęła nowe inicjatywy mające na celu poprawę kluczowych kompetencj...

Grejner: Koniec silnego złotego może być bliski

Chociaż polska gospodarka utrzymuje się w znakomitej kondycji, na wzrost wartości złotego wpływają p...

Bugaj: Dobre złego początki

Jedno ze słynnych powiedzeń Warrena Buffetta głosi, że inwestorzy powinni być bojaźliwi, gdy inni są...

Kowalski: Interpretacja MF w sprawie VAT rozstrzyga wątpliwości prawne

Interpretacja ogólna Ministra Finansów w sprawie VAT od usług ściśle związanych z profilaktyką, zach...

Przasnyski: Rozbieżne prognozy dla stóp procentowych

Środowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej z pewnością nie przyniesie zmiany stóp procentowych, a ...

AKTUALNOŚCI

Gdańskie lotnisko obsłużyło pół miliona pasażerów

W 2017 roku Port Lotniczy Gdańsk im. Lecha Wałęsy obsłużył 4.611.714 pasażerów, co oznacza wzrost na...

GUS przygotował informacje o polskich seniorach

Prawie jedna czwarta ludności Polski to osoby po sześćdziesiątym roku życia. Przeciętne świadczenie ...

Mieszkanie plus priorytetem. Rząd „zmieni otoczenie prawne dla inwestycji”

Program Mieszkanie plus będzie priorytetem rządu na najbliższe miesiące - mówił w piątek minister in...

Odpowiedź Apple po fali krytyki

Szef koncernu Apple, Tim Cook, zapowiedział,  że nowa aktualizacja systemu operacyjnego iOS 11 pozwo...

W Polsce powstanie elektrownia jądrowa

Elektrownia jądrowa będzie w Polsce budowana – to jest mój pogląd i ja go podtrzymuję - powiedział  ...