czwartek, Listopad 23, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "obligacje skarbowe"

obligacje skarbowe

Październik był pierwszym miesiącem sprzedaży przez Ministerstwo Finansów nowych obligacji o zaledwie trzymiesięcznym terminie wykupu. Mimo skromnego, wynoszącego 1,5 proc. oprocentowania, posiadacze oszczędności wydali na zakup tych papierów aż 313,5 mln zł.

Bardzo udany debiut nowych, nietypowych ze względu na krótki termin wykupu obligacji skarbowych, pokazuje jak bardzo posiadacze oszczędności nie lubią zamrażać pieniędzy na dłużej, godząc się nawet na niezbyt atrakcyjne oprocentowanie w przypadku krótkoterminowych okazji. Tak jest w przypadku lokat bankowych i te preferencje potwierdziły się w przypadku obligacji. Oprocentowanie obligacji trzymiesięcznych wynosi 1,5 proc. w skali rocznej, co przy inflacji przekraczającej 2 proc. powoduje, że odsetki nie kompensują utraty realnej wartości oszczędności, tym bardziej jeśli uwzględnić podatek od dochodów kapitałowych. Okazuje się jednak, że nie zraziło to aż tak bardzo klientów, którzy doszli do wniosku, że dobre i to. Spora część oferty banków nie oferuje nawet tyle, a wielu posiadaczy wolnych środków nie decyduje się na „polowanie” na promocje lub wyszukiwanie bardziej atrakcyjnego oprocentowania, proponowanego przez nieliczne instytucje finansowe, najczęściej te mniejsze i mniej znane.

W efekcie w październiku Ministerstwo Finansów sprzedało obligacje o wartości 902,4 mln zł, co jest jednym z najlepszych miesięcznych wyników w historii (poprzednio więcej papierów sprzedano w listopadzie 2015 r., także wówczas zaoferowano jednorazowo dodatkową pulę obligacji o krótszym, jedenastomiesięcznym terminie wykupu). Aż 34,7 proc. z tej kwoty przypadło na obligacje trzymiesięczne, co dało im niekwestionowane pierwsze miejsce na podium. Udział najbardziej dotąd popularnych papierów dwuletnich wyniósł 29,1 proc.

Od początku roku oszczędzający kupili obligacje skarbowe o wartości ponad 5,4 mld zł i jeśli zainteresowanie papierami trzymiesięcznymi utrzyma się w kolejnych miesiącach, niemal na pewno zostanie pobity dotychczasowy rekord z 2009 r., gdy Polacy na obligacje skarbowe wydali prawie 6,2 mld zł.

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Opinie ekspertów na temat tego, czy garaż jest dobrą inwestycją, są dość mocno podzielone. Niektórzy wskazują na niepewny popyt i nierozbudowany rynek w Polsce. Inni przewidują, że duże zapotrzebowanie na miejsca parkingowe nie obniży się w ciągu 3-5 lat. Szacują też, że stopa zwrotu może wynosić od 5% do 10% rocznie. To zwykle więcej, niż w przypadku inwestycji w rynek mieszkań, gdzie ta wartość jest na poziomie 3-5%. Ale to i tak niewielki zysk w porównaniu z USA czy Europą Zachodnią, gdzie wynajmem garaży zajmują się wyspecjalizowane firmy. Zarabiają one nawet 2 razy więcej od właścicieli lokali mieszkaniowych.

Jak zauważa Łukasz Sęktas, Prezes Zarządu TIARA Development, przeciętny garaż w dużym polskim mieście kosztuje blisko 25 tys. zł. Później można go wynajmować za około 250 do 300 zł miesięcznie. Na przedmieściu zakup garażu wiąże się z kwotą ok. 10 tys. zł, a w śródmieściu, np. Warszawy, to zwykle 30-40 tys. złotych. Skrajnie wysokie ceny wynoszą powyżej 50-60 tys. zł. Tyle kosztują garaże znajdujące np. pod rewitalizowanymi kamienicami lub pod bardzo luksusowymi apartamentowcami. Generalnie im bardziej zatłoczone jest miasto, tym większe staje się zapotrzebowanie na parkingi i garaże. Dotyczy to też mniejszych miejscowości, ale gęsto zaludnionych, np. Legionowa, Piastowa czy Świętochłowic. Na obrzeżach czynsze mogą wahać się od 100 do 500 zł za miesiąc, przy czym w dużej aglomeracji najczęściej występują widełki w kwotach 200-300 złotych.

– Jeżeli kupimy garaż tanio w gorszej lokalizacji, to oczywiście będziemy mieli niskie zwroty. Generalnie to nie jest łatwa inwestycja. Charakteryzuje się średnim i podwyższonym ryzykiem, dlatego że trudno jest przewidzieć popyt. A od niego zależy wysokość czynszu, jaką ostatecznie sobie zażyczymy. Ludzie mogą chcieć wynająć od nas garaż tylko z dwóch powodów. Pierwszy to brak miejsc parkingowych w danej lokalizacji. Druga szansa jest taka, że kierowcy ekskluzywnych aut, przeważnie służbowych, będą skłonni zapłacić więcej za bezpieczne miejsce dla samochodu. Ale nie jesteśmy w stanie ustalić z nimi tej kwoty przed dokonaniem zakupu – mówi prof. Jacek Łaszek ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Według Prezesa Sęktasa, w dużych miastach dosyć łatwo jest wynająć garaż. Ale trzeba pamiętać, że posiadanie go wiąże się z czynszem, płaconym spółdzielni lub wspólnocie mieszkaniowej. Kształtuje się on zwykle na poziomie 30-100 zł miesięcznie. Składa się na niego sprzątanie i oświetlenie, naprawy eksploatacyjne, amortyzacja bramy wjazdowej itp. Garaże przeciętnie mają od 12-20 mkw. Jednak podatek od nieruchomości może być zbliżony lub nawet wyższy, niż w przypadku mieszkania, wynosząc np. 100 zł rocznie. Większe mogą być też opłaty za użytkowanie wieczyste. Oczywiście należy też zapłacić podatek dochodowy. Można wybrać albo ryczałt 8,5% albo zasady ogólne, tj. 18% lub 32%. Niemniej, biorąc pod uwagę wszystkie koszty, ekspert ocenia garaż jako opłacalną inwestycję. Jego zdaniem, w skali roku stopa zwrotu może osiągnąć od 5 do 10%, czyli więcej, niż w przypadku mieszkań, gdzie wynosi zwykle 3-5%.

– Można wybrać znacznie prostsze inwestycje, niż garaż, który trudno nam będzie sprzedać, jeśli nie znajdziemy najemcy lub zwyczajnie trafimy na nieuczciwe osoby. Wówczas zmęczeni trudnościami, będziemy chcieli szybko pozbyć się nietrafionego zakupu, ale napotkamy na kłopot. Skoro wynajem nie będzie cieszył się zainteresowaniem, to ze sprzedażą może być podobnie. Tymczasem, instrumenty rynku finansowego dają sporo możliwości na spokojny zarobek. Dla przykładu, obligacje skarbowe czy papiery wartościowe emitowane przez duże firmy nie wymagają większego zachodu i są bardziej opłacalne, niż lokaty bankowe. Dlatego, raczej nie polecałbym kupowania garażu w celu wynajmowania go. Ale, jak wiadomo, bez ryzyka nie ma zysku – stwierdza prof. Łaszek.

Natomiast Łukasz Sęktas podaje przykład zakupu garażu w dużym mieście za 25 tys. zł, który wynajmiemy za ok. 250 zł miesięcznie. Od tego musimy odjąć opłaty na rzecz wspólnoty mieszkaniowej lub spółdzielni, podatek od nieruchomości i gruntowy. W sumie to może być ok. 70 zł w skali miesiąca. Zostaje wtedy 180 zł miesięcznie, czyli 2160 zł rocznie. Trzeba to jeszcze pomniejszyć o podatek, który w przypadku ryczałtu wynosi 8,5%. Zostaje więc niecałe 2000 zł, co daje 8% zwrot w skali roku. Według eksperta, Polacy mogą zorientować się, że garaż to de facto niewielka inwestycja, na której da się dobrze i szybko zarobić. Ale to nie znaczy, że zaczną masowo wybierać ten biznes. Wynajem jednego mieszkania potrafi przynieść ok. 2-3 tys. zł przychodu miesięcznie, ale żeby tyle samo zarobić na garażach, trzeba mieć ich ok. 10. Znalezienie tylu chętnych jest bardziej skomplikowane i czasochłonne.

– Na światowym rynku zwroty z tej inwestycji są znacznie większe, niż w Polsce. W USA i w Europie Zachodniej ten biznes jest inaczej zorganizowany. Zajmują się nim wyspecjalizowane firmy o sporej sile przebicia. Często naciskają na władze lokalne, aby w planach przestrzennego zagospodarowania tworzone było miejsce na budowę takich obiektów. Jednocześnie wielopiętrowe garaże minimalizują koszty zakupu ziemi i samej konstrukcji. W związku z tym, zyski z ich wynajmu są nawet dwa razy większe, niż w przypadku mieszkań. Nie jestem przekonany, czy my będziemy powielać ten wzorzec, z uwagi na mniejszą popularność samochodów, niż np. w USA – dodaje prof. Jacek Łaszek.

W ostatnim czasie w Polsce pojawiły się jednak inicjatywy zmierzające do budowy tzw. modułowych smart parkingów. Zdaniem Łukasza Sęktasa, można je stawiać szybko na działkach, które często do niczego innego się nie nadają. To znaczy, są wąskie lub znajdują się np. pod liniami energetycznymi. Na tym etapie trudno jeszcze ocenić, jak dużym zainteresowaniem będą się cieszyły tego typu inwestycje, ale przykłady krajów Zachodniej Europy i Stanów Zjednoczonych wyznaczają kierunki rozwoju dla takiego biznesu, również na naszym rynku.

– Pamiętajmy, że nie żyjemy w USA. Tam opłaca się inwestować w garaże, ponieważ prawie każdy, nawet uczeń średniej szkoły, ma swój samochód. Komunikacja miejska bywa często bardzo ograniczona i w zasadzie trudno nią się poruszać, a dochody Amerykanów są znacznie wyższe, niż nasze. I trzeba przyznać, że oni częściej mają dużo droższe i lepszej jakości pojazdy od tych, które poruszają się po polskich drogach. W niektórych stanach bywają też bardzo restrykcyjne przepisy dotyczące parkowania. Zatem brak własnego garażu albo miejsca parkingowego oznacza, że kierowca nie ma gdzie trzymać samochodu – stwierdza prof. Łaszek z SGH.

Tymczasem, Łukasz Sęktas podkreśla, że przez ostatnie 10 lat liczba samochodów w Polsce zwiększyła się prawie o 50%. W poprzedniej dekadzie 400 aut posiadało 1000 mieszkańców, a obecnie taka liczba pojazdów przypada na około 600 osób. To oczywiście zwiększyło zainteresowanie miejscami postojowymi. Ten trend jednak powinien wyhamować, ponieważ mamy już więcej samochodów na 1000 Polaków, niż Francuzi, Szwajcarzy czy Hiszpanie. Natomiast zapotrzebowanie na garaże jest nadal wysokie. Ekspert przewiduje, że w ciągu najbliższych 3-5 lat to się raczej nie zmieni.

 

Źródło: MondayNews

W lipcu klienci detaliczni na zakup obligacji skarbowych wydali 492,4 mln zł, o prawie 18 mln zł więcej niż miesiąc wcześniej i o 85 mln zł więcej niż w lipcu ubiegłego roku. Zainteresowanie tą formą oszczędzania rośnie, w przeciwieństwie do lokat. Od początku roku stan depozytów terminowych w bankach zmniejszył się o ponad 16 mld zł.

Nie słabnie popularność obligacji skarbowych jako formy lokowania oszczędności. Ich oprocentowanie co prawda od wielu miesięcy pozostaje na niemienionym poziomie od 2,1 do 2,7 proc., w zależności od terminu wykupu, jednak i tak jest konkurencyjne w porównaniu do wciąż obniżanych odsetek w przypadku lokat bankowych. Trudno się więc dziwić, że część pieniędzy przepływa z banków do obligacji.

W czerwcu wartość depozytów terminowych osób fizycznych nieznacznie przekraczała 275 mld zł i była o 3,6 mld zł niższa niż miesiąc wcześniej. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy klienci indywidualni wycofali z banków ponad 17 mld zł, jednak z tego aż 16 mld zł ubyło tylko od początku obecnego roku. Świadczy to o tym, że tendencja ta przybiera na sile, a jej źródłem jest z jednej strony ciągle obniżające się średnie oprocentowanie lokat, a z drugiej odradzająca się inflacja, której skutków nie kompensują symboliczne odsetki.

W czerwcu przeciętna lokata bankowa dawała 1,4 proc. odsetek w skali rocznej, podczas gdy inflacja sięgała w tym miesiącu 1,5 proc. Możliwe do uzyskania 2,1 proc. przy zakupie dwuletnich obligacji skarbowych o stałym oprocentowaniu, jest więc opcją o wiele bardziej atrakcyjną. Te papiery cieszą się wśród nabywców największym powodzeniem. Spośród lipcowych zakupów obligacji, sięgających 492,4 mln zł, stanowiły one aż 56,5 proc. Oszczędzających przyciągają do nich dwie cechy: najkrótszy spośród wszystkich obligacji okres zamrożenia kapitału oraz prosty sposób naliczania odsetek i w pełni przewidywalna ich wysokość. Kupujący ma pewność, że w każdym roku otrzyma 2,1 proc. Inna rzecz, na którą nie wszyscy zwracają uwagę, to ocena opłacalności takiego zakupu w porównaniu do inflacji. O ile bieżące porównanie wypada na korzyść obligacji, to liczy się wynik końcowy, czyli odniesienie oprocentowania do inflacji po 24 miesiącach od kupna papieru.

Choć trudno przewidzieć, jak wysoka będzie inflacja w tak długim czasie, to jednak istnieje spore ryzyko, że okaże się wyższa nie tylko niż obecne 1,5 proc., ale także przewyższy poziom oprocentowania obligacji. Przed skutkami takiego scenariusza skutecznie chroni kupno obligacji czteroletniej o oprocentowaniu zmiennym, indeksowanym wskaźnikiem wzrostu cen. Zainteresowanie nimi zaczęło się wyraźnie zwiększać wraz z nasileniem się inflacji w poprzednich miesiącach. W marcu i kwietniu, gdy inflacja sięgała 2 proc., oszczędzający kupili tych obligacji więcej niż papierów dwuletnich. Tymczasem w maju i czerwcu, gdy tylko tempo wzrostu cen się zmniejszyło, na sprzedażowe podium wróciły obligacje dwuletnie.

Od początku roku posiadacze oszczędności kupili obligacje skarbowe o łącznej wartości prawie 3,5 mld zł (3 mld 472 mln zł), o ponad 900 mln zł, czyli o 36 proc. więcej niż w tym samym czasie w 2016 r. Wszystko więc wskazuje, że ubiegłoroczny poziom, wynoszący 4,6 mld zł, zostanie w kolejnych miesiącach przekroczony. Oznaczałoby to zakupy obligacji największe od rekordowych 6,2 mld zł, osiągniętych w kryzysowym na rynkach finansowych 2008 r.

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Oprocentowanie depozytów bankowych nie przestaje spadać. Banki wyznaczyły kolejne historyczne minimum. Odkładając na rok 1000 złotych można liczyć jedynie na 11,10 zł odsetek – wynika z szacunków Open Finance. To za mało, aby uchronić pieniądze przed inflacją.

Jeśli ktoś myślał, że banki nie mogą już zaoferować gorzej oprocentowanych lokat, był w błędzie. W czerwcu przeciętne oprocentowanie depozytów opiewało na zaledwie 1,37% – wynika z danych NBP. Niestety, tak skromnym procentem trzeba się jeszcze podzielić z fiskusem. Po potrąceniu tzw. podatku Belki możemy liczyć jedynie na wynik na poziomie 11,10 zł netto za każde 1000 zł zostawione w banku na rok – wynika z szacunków Open Finance.

Lepiej oprocentowane są lokaty roczne i kwartalne, choć i tu nie ma co liczyć na kokosy. Oba rodzaje depozytów pozwalają zarobić około 1,5 – 1,6%. Po uwzględnieniu podatku daje to niecałe 1,3% zysku w skali roku. Niestety nawet takie oferty są zbyt słabe, aby ochronić kapitał przed utratą wartości. Pamiętajmy, że zgodnie z prognozami NBP inflacja w 2017 roku może opiewać na 1,9%, a w latach kolejnych odpowiednio 2 i 2,5%. Aby uchronić kapitał przed inflacją za pomocą bankowych depozytów trzeba poświęcić niemało czasu na studiowanie ofert promocyjnych – dla nowych klientów i ich nowych środków. Nawet jednak wtedy nie ma co liczyć na jakiś solidny zysk. Stawką jest walka o to, aby pokonać inflację.

Gotówka pali w ręce

Efekt? Fundusze inwestycyjne, rynek akcji, obligacje skarbowe i nieruchomości  – słowem wszystkie popularne rozwiązania, które pozwalają ulokować nadwyżki finansowe – cieszą się dziś sporym zainteresowaniem Polaków.

Rezygnujemy z lokat

Obecna – niekorzystna dla deponentów sytuacja ma swoje konkretne konsekwencje. Polacy likwidują lokaty. Maj był pod tym względem rekordowy (saldo lokat i depozytów stopniało bez mała o 5,3 mld zł – najwięcej w historii). Czerwiec był mniej niepokojący. Co prawda z lokat wyparowały 3,7 mld zł, ale w tym samym czasie na kontach oszczędnościowych i bieżących przybyło o miliard więcej.

Każdy posiadacz kapitału musi mieć świadomość, że obecnie inflacja przeważnie szybciej pochłania siłę nabywczą pieniędzy, niż banki są w stanie dopisywać do nich odsetki. Jeśli więc ktoś zakłada lokatę, to najpewniej realnie na niej traci. Po prostu za wyjęte z banku za rok pieniądze będzie można kupić mniej niż dziś. Pewnym pocieszeniem może być fakt, że okresy realnych strat i zysków na bankowych depozytach przeplatają się. Te pierwsze nie trwają przeważnie dłużej niż rok czy dwa.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Dlaczego nagle inwestorzy odwrócili się od waluty, której siła zaskakiwała przez ostatnie lata? Od 24 lipca frank szwajcarski (CHF) jest najsłabszą walutą na świecie wśród 31 gospodarek krajów rozwiniętych oraz rozwijających się – pisze 

W kilkanaście dni frank bardzo wyraźnie stracił na wartości: 4 proc. w relacji do euro oraz do złotego, 5 proc. do forinta. Jakie są przyczyny tendencji spadkowej i czy to już kres obniżek?

Specyficzna pozycja

Szwajcarska waluta od lat uchodziła za „bezpieczną przystań”, a takie określenie wynikało z mocnej pozycji gospodarczej alpejskiego kraju, widzianej głównie poprzez bilans rachunku obrotów bieżących. Szwajcarską gospodarkę praktycznie co roku cechowała nadwyżka w wymianie towarów i usług oraz w bilansie zysków z inwestycji zagranicznych.

W ciągu ostatnich 20 lat owa nadwyżka wynosiła średnio ok. 10 proc. PKB rocznie, co z jednej strony oznacza najwyższe poziomy na świecie, a z drugiej stałą, fundamentalną przewagę popytu na franka nad jego podażą.

Minione dwie dekady składały się jednak nie tylko z samych wzrostów szwajcarskiej waluty. Na początku bieżącego millenium kończył się bowiem 6-letni trend słabego franka, gdy przez sześć lat CHF stracił do dolara aż 40 proc. wartości, a w połowie 2001 r. kosztował zaledwie 2,2 zł.

Drugi, już szerzej znany, trend osłabiający franka zbiegł się w czasie z wysypem kredytów denominowanych w szwajcarskiej walucie i sprowadził CHF z ponad 3 zł do 2 zł. Ponieważ jednak w tym czasie nadwyżka na rachunku obrotów bieżących Szwajcarii była nadal bardzo wysoka, nasuwa się wniosek, że dużo większy wpływ na walutę wywierają inne czynniki niż wymiana handlowa czy zyski przedsiębiorstw osiągane za granicą.

Przepływu kapitału uzależnione od koniunktury

Skoro saldo rachunku bieżącego nie tłumaczy w pełni zachowania się waluty, warto zwrócić uwagę na przepływy finansowe. Zyski wypracowane przez szwajcarskie przedsiębiorstwa albo wracają do kraju, albo są reinwestowane zagranicą. Ten drugi przypadek zachodzi wtedy, gdy koniunktura globalna jest względnie dobra. Dlatego właśnie w latach 1996-2001 oraz 2004-2008 frank się osłabiał – zgromadzony wcześniej kapitał wypływał wtedy z kraju.

Po światowym kryzysie finansowym z końca minionej dekady do wcześniejszych przepływów szwajcarskiego kapitału dołączyły również te związane z obawami o kondycję strefy euro. Przez kilka lat nie tylko zagraniczne inwestycje Szwajcarii zostały ograniczone, ale również napłynął obcy kapitał (także spekulacyjny). To ten element stał się główną przyczyną rezygnacji SNB z utrzymywania stałego kursu wymiany EUR/CHF – w połowie stycznia 2015 r.

Jednak SNB nie skapitulował całkowicie. Władze monetarne zdecydowały się obniżyć stopy procentowe do minus 0,75 proc., by zniechęcać do nabywania franka. Nadal trwały także interwencje walutowe w olbrzymiej skali, które zmniejszały presję wzrostową na CHF.

W ciągu ostatnich siedmiu lat rezerwy walutowe Szwajcarii zwiększyły się o ponad 600 mld franków (ze 100 do 720 mld). W tym samym okresie udało się wygenerować nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących na poziomie w sumie 450 mld franków. W rezultacie, aktywa nabywane przez SNB za granicą (obligacje oraz akcje) niwelowały nie tylko dodatni rachunek obrotów bieżących, ale również przynajmniej częściowo napływ kapitału z zagranicy.

Teraz już nikt nie chce franka?

Połączenie interwencji walutowych z ujemnymi stopami procentowymi w Szwajcarii oraz malejące zagrożenie poważniejszymi problemami strefy euro po wyborach we Francji przyczyniły się do osłabienia franka pod koniec pierwszej połowy roku.

Silne spadki kursu CHF w minionych dwóch tygodniach to już jednak efekt rosnącego strachu. Zgromadzony w franku kapitał wyraźnie zaczął tracić na wartości. Tworzy się sytuacja, w której inwestorzy lokujący środki w szwajcarskiej walucie nie tylko ponoszą straty na ujemnym oprocentowaniu, ale wartość ich aktywów staje się coraz niższa ze względu na słabszego franka.

W rezultacie, doprowadziło to do paniki, która przeceniła franka o ponad 4 proc. w ciągu ledwie dwóch tygodni. Do bieżących trendów również może dołączyć większa chęć sprzedaży franka i inwestycji poza granicami Szwajcarii przez lokalne przedsiębiorstwa. One także mogą się bać, że przy dalszym osłabieniu się CHF przyszłe zagraniczne inwestycje staną się droższe.

Obecny trend może być także wspomagany przez zachowanie się kapitału portfelowego. Więksi inwestorzy mogą w pewnym momencie uznać, że frank stanie się jeszcze słabszy niż obecnie. W powiązaniu z utrzymaniem ujemnych stóp procentowych będzie to wspierać strategię carry trade, gdzie pożyczone i wymienione na lokalne waluty franki będą inwestowane w obligacje skarbowe krajów rozwijających się. Konsekwencją takiego podejścia będzie dalsze obniżenie się wartości CHF.

Utrzymanie się bieżących tendencji oraz zwiększenie się popularności carry trade finansowanego we franku może doprowadzić do scenariusza, w którym szwajcarska waluta zmieni status z bezpiecznej przystani, oferującej ochronę kapitału, na gorącego kartofla, którego nikt nie będzie chciał trzymać ze względu na spodziewane straty. Mogłoby to również doprowadzić do sytuacji, że frank w relacji do złotego będzie notowany w kolejnych kwartałach bliżej granicy 3 niż 4 zł.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Stoisz przed koniecznością wymiany waluty i chcesz wybrać właściwy moment? Niezwykle trudno przewidzieć, kiedy i jak zmienią się kursy. Warto jednak poznać czynniki, które znacząco wpływają na wahania notowań. Wprawdzie wiedza nie gwarantuje zysku, ale chroni przed popełnieniem błędów – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Przez siedem kolejnych miesięcy złoty zyskał do dolara aż 12 proc., a od grudnia 2015 r. funt stracił w relacji do polskiej waluty ok. 21 proc. Te przykłady pokazują, że zmiany bywają istotne, a wartość jednej z walut wyrażamy zwykle w zestawieniu z inną. Dlatego na początek przydatna staje się wiedza, jak układa się relacja inflacji (wzrostu poziomu cen w gospodarce) obu krajów. Wyższy poziom w jednym kraju w stosunku do drugiego wpływa, biorąc pod uwagę tylko ten czynnik, na deprecjację, czyli obniżenie wartości waluty.

Inflacja nie zawsze bywa groźna

Trzeba jednak zaznaczyć, że inflacja sama w sobie nie musi być zła, o ile utrzymuje się na stabilnym i oczekiwanym poziomie. Inflacja nie zawsze musi być też spowodowana czynnikami wewnętrznymi. Na wzrost cen mogą wpływać również czynniki spoza granic kraju. Zewnętrznym źródłem inflacji bywają np. wyższe ceny surowców energetycznych, w szczególności ropy. Ceny surowców energetycznych podlegają historycznie sporym wahaniom, podobnie jak ceny żywności. Dlatego też, aby móc lepiej ocenić zmianę poziomu cen w gospodarce, wyróżnia się inflację bazową, z której wyłączone są ceny produktów energetycznych oraz żywności.

Obecnie przyjmuje się, że inflacja ok. 2 proc. (plus/minus 1 proc.) jest zdrowa dla rozwoju gospodarki, pozwalając osiągać wyższe tempo wzrostu, bliskie potencjalnemu. W ostatnich latach jednak kraje rozwinięte (i nie tylko) borykały się z odwrotnym problemem – spadkiem inflacji, czyli deflacją. Ma ona o tyle negatywny wpływ, że ogranicza rozwój gospodarczy, powodując spadek tempa wzrostu PKB, a gorsza kondycja danego kraju to w efekcie słabsza waluta.

Banki centralne rozdają karty

Aby uniknąć negatywnego wpływu zbyt wysokiej inflacji lub deflacji, banki centralne krajów operują poziomem stóp procentowych w gospodarce. Wyższe stopy procentowe w danym kraju w stosunku do innego mogą powodować wzrost rentowności obligacji skarbowych.

Zachęca to inwestorów do lokowania kapitału w kraju o wyższych stopach procentowych. Efektem tego jest większy popyt na walutę kraju, do którego kapitał ten przypływa. Z podstawowych zasad ekonomii wiemy, że wyższy popyt wiąże się z wyższą ceną, stąd waluta w takim przypadku ulega aprecjacji, czyli wzrostowi wartości. Z kolei zbyt wysoki poziom stóp procentowych może negatywnie wpływać na gospodarkę.

Koszty kredytów stają się wyższe, ograniczając tym samym konsumpcję i inwestycje, a inflacja może być niższa od założonej (w Polsce 2,5 proc. plus/minus 1 proc.), co razem wpływa na ograniczenie rozwoju gospodarki. Z podobnym przypadkiem spotykamy się obecnie na świecie. Kryzys finansowy z 2007/2008 r. z USA spowodował, że tamtejszy bank centralny (Rezerwa Federalna) obniżył stopy procentowe do zera i rozpoczął program skupu obligacji, co w efekcie oznaczało po prostu „wpompowywanie” dolarów, by stymulować gospodarkę i wzrost cen. Obecnie program został zaniechany, a stopy procentowe zostały już dwa razy poniesione.

Ujemne stopy procentowe wprowadziły też bank centralny Japonii oraz Europejski Bank Centralny (EBC), odpowiedzialny za strefę euro i wspólną walutę. Ten drugi zareagował na kryzys kredytowy w strefie euro, który spowodował deflację i załamanie wzrostu gospodarczego. Obserwujemy już pozytywne efekty w postaci wyższej inflacji w strefie euro oraz przyspieszającego tempa wzrostu. Jednak ciągle ujemne stopy procentowe (banki muszą płacić za możliwość pożyczania pieniędzy EBC) oraz łagodna polityka monetarna w postaci programu skupu obligacji, wynoszącym kilkadziesiąt miliardów euro co miesiąc, powodują osłabienie się euro. Ujemne stopy procentowe w strefie euro najprawdopodobniej będą utrzymane do końca 2017 r.

Jaki jest tego efekt? Więcej euro na rynku i większa podaż wywierają presję na spadek wartości waluty. Stąd np. w stosunku do złotego, gdzie stopy procentowe w Polsce są relatywnie wyższe i wynoszą obecnie 1,5 proc., można domniemywać, że euro nie podrożeje w sposób znaczny.

Ważne, na co czekają znawcy rynku

Na wycenę waluty wpływają także oczekiwania co do jej przyszłej wartości. Eksperci opierają się w tej materii na aspektach politycznych i gospodarczych, uwzględniają zapowiedzi o zmianach stóp procentowych czy poziomu inflacji. W krótkim okresie to właśnie ten czynnik może decydować o znacznych wahaniach kursów walut.

Przykład z ostatnich miesięcy: wahania kursu dolara po wyborach prezydenckich w USA. Rynki wiązały z wyborem Donalda Trumpa nadzieje na obniżenie podatków, zwiększenie wydatków infrastrukturalnych czy uproszczenie systemu finansowego. Zanim odbyło się zaprzysiężenie nowego prezydenta, nie mówiąc o jakichkolwiek decyzjach, dolar osiągnął 13-letnie szczyty wartości wobec euro oraz 15-letnie w relacji do złotego.

Podobną sytuację można zaobserwować w strefie euro. Europejski Bank Centralny utrzymuje i prawdopodobnie utrzyma przez cały 2017 r. ujemne stopy procentowe oraz łagodną politykę monetarną. To samo w sobie osłabia euro, ale niska oczekiwana inflacja w bieżącym roku oraz kolejnym (poniżej dwuprocentowego celu EBC) uzasadnia rynkowe założenia, że EBC nie zaostrzy polityki monetarnej, gdyż nie będzie ku temu warunków. W efekcie powoduje to, że popyt na euro i potencjał aprecjacyjny są ograniczane.

Wiedza pomaga, gdy ryzyko kusi

Czy to wszystkie czynniki? Odpowiedź brzmi: nie. Istotny jest jeszcze np. bilans handlowy – różnica pomiędzy eksportem a importem. Ew. nadwyżka bilansu powoduje większy popyt na walutę – podmioty zagraniczne (konsumenci i przedsiębiorcy) kupują więcej dóbr w danym kraju. Stąd wynika konieczność wymiany waluty i wpływ na jej aprecjację. Nie mniej ważny wydaje się także dług publiczny państwa – im wyższy, tym większa niepewność inwestorów co do możliwości jego spłaty przez państwo.

Efektem tego może być wyprzedawanie aktywów danego kraju, w tym waluty, której wartość będzie spadała. Z długiem kraju wiąże się także rating nadawany przez agencje ratingowe. Daje on inwestorom pogląd na to, jak ryzykowny może być dług danego kraju, czyli jaką premię za ryzyko należy żądać. Odbija się to również na walucie, której wartość jest zmniejszana, aby uwzględnić większe ryzyko.

Składników wpływających na waluty można by znaleźć o wiele więcej, choć ich wpływ na kursy wymiany prawdopodobnie byłyby już nieco mniej istotny. To, jakie czynniki akurat w największym stopniu decydują o wartości danej waluty, może ulegać zmianie, zwłaszcza w krótkim okresie czasu. Dlatego ważne wydaje się przeanalizowanie wymienionych elementów nie tylko w przypadku dwóch krajów, których waluty zamierzamy wymieniać, ale także zapoznanie się ze stanem największych gospodarek na świecie, ponieważ mogą one decydować o globalnej sytuacji na rynkach.

Świadomość czynników, które w największym stopniu mogą wpływać na kursy walut, nie da gwarancji wymiany po najkorzystniejszym kursie. Jednakże, uwzględniając ostatnie wydarzenia na rynkach światowych i wahania kursów walut, znajomość tych elementów może pomóc podjęciu optymalnej decyzji o wyborze momentu wymiany waluty, a tym samym ograniczyć ryzyko straty.

 

Autor: Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl

 

Z badań przeprowadzonych przez Izbę Zarządzających Funduszami i Aktywami wynika, że Polacy najchętniej inwestowaliby w nieruchomości (53 proc.), kruszce (32 proc.) i waluty (15 proc.). Rozwiązania te często wymagają jednak posiadania znacznego kapitału i nierzadko obarczone są również wysokim ryzykiem. Jak wskazują eksperci Związku Firm Doradztwa Finansowego (ZFDF), alternatywnym i stosunkowo dostępnym sposobem pomnażania pieniędzy, są jednostki udziału funduszy inwestycyjnych. Podpowiadają, co warto wiedzieć, włączając te produkty do swojej strategii oszczędzania.

Otwarte czy zamknięte?

Pierwszym dylematem, z którym spotykają się często inwestorzy chcący ulokować pieniądze w fundusze, jest wybór pomiędzy rodzajem tych produktów, czyli funduszami otwartymi i zamkniętymi. Oba pojęcia określają formy uczestnictwa w produkcie i wpływają na zasady przystępowania do takiej inwestycji. – Jeżeli chodzi o fundusze inwestycyjne zamknięte (FIZ), liczba inwestorów, którzy mogą do nich przystąpić, jest ograniczona – tłumaczy Bartłomiej Marzec, ekspert ZFDF, Open Finance.
Dzieje się tak, bowiem liczba certyfikatów uczestnictwa jest stała, a jej zwiększenie może odbyć się wyłącznie w drodze dodatkowej emisji. W przypadku funduszy inwestycyjnych otwartych (FIO), to ograniczenie nie występuje, bowiem kierowane są one właściwie do każdego inwestora. Wystarczy, że ten wpłaci pieniądze do funduszu tego rodzaju, otrzymując w zamian tytuł (jednostkę) uczestnictwa. Istotnym elementem może być to, że FIO muszą być wyceniane codziennie oraz można je nabyć już od 50 zł. Natomiast FIZ mogą być wycenianie znacznie rzadziej, nawet raz na kwartał, a minimalna kwota ich nabycia może sięgać równowartość 40 tys. euro – mówi Marzec, ZFDF.

Także proces umarzania jednostek funduszu inwestycyjnego, czyli odkupienie od uczestnika przez fundusz określonej liczby jednostek, różni się w przypadku FIO i FIZ-u. Certyfikaty funduszy zamkniętych mogą być zgłaszane do umorzenia tylko w terminach ustalonych przez fundusz, np. co miesiąc lub kwartał. Jeżeli chodzi o FIO, fundusz dokonuje wykupu jednostek uczestnictwa na żądanie inwestora, uczestnika funduszu.

Pokaż funduszu, co masz w portfelu

Fundusze inwestycyjne można także klasyfikować w zależności od instrumentów finansowych, w które inwestowane są pieniądze. Możemy wymienić fundusze pieniężne, które inwestują w instrumenty rynku pieniężnego, takie jak np. bony skarbowe, pieniężne, certyfikaty depozytowe oraz bony komercyjne. Fundusze dłużne zainteresowane są natomiast głównie obligacjami, o stałym bądź zmiennym oprocentowaniu. Z kolei większość portfela funduszu akcji stanowią właśnie akcje.
Można wymienić również fundusze inwestycyjne mieszane, inwestujące zarówno w akcje, jak i obligacje. – Znajomość instrumentu finansowego, w który inwestuje dany fundusz jest o tyle istotna, że określa poziom ryzyka danej inwestycji – wskazuje Bartłomiej Marzec, ekspert ZFDF, Open Finance. – Przykładowo, fundusze rynku pieniężnego czy obligacji (dłużne) należą do tych najbezpieczniejszych, inwestują bowiem – co o zasady – np. w bony skarbowe czy obligacje skarbowe, czyli w papiery wartościowe, których emitentem jest m.in. Skarb Państwa. Choć taka inwestycja nie przyniesie spektakularnych zysków, dzięki niej będziemy mogli stosunkowo bezpiecznie pomnożyć nasz kapitał.

Ci, którzy liczą na większy zysk, mogą wybrać fundusze akcji. Warto jednak pamiętać o tym, że w przypadku tych produktów znacznie wzrasta także ryzyko inwestycyjne. – Fundusze akcyjne MiŚS (Małych i Średnik Spółek), są jednymi z najbardziej ryzykownych spośród wszystkich funduszy akcyjnych – wskazuje Bartłomiej Marzec, ekspert ZFDF, Open Finance. – Lokują one środki w instrumentach o bardzo zmiennej wartości, np. akcjach nowych spółek czy przedsiębiorstw znajdujących się aktualnie w gorszej kondycji biznesowej, ale też tych rokujących poprawę, tzw. spółek wzrostowych. Ponieważ ich wycena może się zmienić znacząco w bardzo krótkim czasie, musimy być przygotowani na to, że podobnie będą wyglądać wyniki naszej inwestycji. Dlatego tego rodzaju fundusze akcyjne, powinny być wybierane jedynie przez doświadczonych, znających rynek inwestorów, a przede wszystkim przez osoby znające i rozumiejące strategię inwestycyjną takiego funduszu, które są świadome ich ryzyka.

Co zrobić, by inwestycja była bezpieczna?

Bez względu na to, na jaki fundusz inwestycyjny się zdecydujemy, powinniśmy pamiętać, że każda inwestycja wiąże się z ryzykiem ewentualnej utraty środków. Odpowiednie przygotowanie się może jednak pomóc ograniczyć możliwość straty. – Przed wyborem konkretnego funduszu warto przyjrzeć się jego strategii inwestycyjnej, ryzyku oraz historycznym wynikom – po nich możemy oceniać, jak „zachowywał się” w przeszłości, w szczególności, w okresie złej koniunktury, jaką miał zmienność oraz czego można spodziewać się po nim w przyszłości – radzi Piotr Nowak, ekspert ZFDF, Expander Advisors. – Analizując wyniki i zmienność, należy jednak patrzeć w dłuższej perspektywie, minimum dwóch, trzech lat. Jeżeli nie czujemy się na siłach, aby odpowiednio ocenić produkt, warto udać się do sprawdzonego doradcy, który znajdzie korzystne dla nas fundusze.

Rozwiązaniem, które pozwoli nam ograniczyć ryzyko portfela, jest przed wszystkim dywersyfikacja, czyli ulokowanie kapitału w kilku niezależnych od siebie produktach. Warto, by różniły się one wysokością możliwego do osiągnięcia zysku i ponoszonego ryzyka. – Jeśli część produktów przyniesie nam stratę, inne będą mogły ją nadrobić – wyjaśnia Piotr Nowak, ekspert ZFDF, Expander Advisors – Aby  jednak było to możliwe, portfel musi składać się instrumentów, które nie są ze sobą skorelowane. Dzięki temu ograniczymy prawdopodobieństwo, że wzrost lub spadek wartości tych instrumentów będzie następował w tym samym czasie. Dodatkowo, w celu ograniczenia ryzyka inwestycji, warto stosować proces alokacji skorygowany o ryzyko, a nie alokację równą, czyli rozkładać środki pomiędzy produkty uwzględniając stopień ryzyka, z jakim wiąże się dana inwestycja. Przykładowo, mając portfel składający się z dwóch elementów tj. funduszy akcji polskich i obligacji skarbowych, można podzielić je w proporcji 20:80 lub 40:60 zamiast równego podziału 50:50.

Decyzja o inwestowaniu zawsze powinna być podejmowania świadomie i wedle przyjętej, przemyślanej strategii. Każdy inwestor, szczególnie ten początkujący, przed wyborem funduszu powinien poznać jego budowę, czyli dowiedzieć się, w jakie instrumenty finansowe fundusz lokuje pieniądze. Znając te informacje, może jednocześnie ocenić poziom ryzyka i wysokość możliwych zwrotów z inwestycji. Po przejściu tych kroków, łatwiej mu będzie wybrać fundusz odpowiadający jego potrzebom.

 

Źródło: Związek Firm Doradztwa Finansowego (ZFDF)

Sentyment do bezpiecznego schronienia na rynkach jest obecnie wyraźny. Inwestorzy z całego świata wytężają wzrok na swoje portfele indywidualne, ponieważ obawiają się politycznego chaosu. Fajerwerki pojawiły się wczorajszego ranka w Brazylii. Państwo, którym wstrząsają polityczne skandale, uderzyło wczoraj w rynki w wielkim stylu. Notowania indeksu Ibovespa spadły o 10% na otwarciu a brazylijski real spadł o 8,5% w stosunku do dolara amerykańskiego.

Centrum zainteresowań rynkowych skupi się dzisiaj na Bliskim Wschodzie. W Iranie odbywają się wybory. Piastujący do tej pory urząd prezydent Rouhani posiada niewielką przewagę nad swoim rywalem. Ponieważ Irańczycy idą dzisiaj do urn, tematem rozważań będzie wybór pomiędzy Wschodem a Zachodem. Rouhani chce zbliżyć się do Europy i Ameryki. Jego przeciwnik jest bardziej islamistycznym idealistą. Jako były sędzia, osobiście skazał setki osób na karę śmierci i bardzo prawdopodobnym jest, że nie byłby dobrym sprzymierzeńcem Zachodu. Walka wyborcza może doprowadzić do drugiej tury, która rozstrzygnie się pomiędzy tymi dwoma faworytami.

W międzyczasie na Bliskim Wchodzie. Donald Trump rozpoczyna swoją podróż do Arabii Saudyjskiej, przez Izrael, Rzym aż do Belgii. Prawdopodobnie będzie pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych w historii, który wyrusza odwiedzić Bliski Wschód, aby uniknąć politycznego zamieszania. Amerykańskiemu rynkowi udało się zamknąć wczorajszą sesję na plusie po Trumpowych zawirowaniach ze środy. Wielkim sprawdzianem będzie, co się stanie dzisiaj. Czy inwestorzy stchórzą czy nie ustąpią? Dowiemy się wkrótce. Przez ostatnie dwa tygodnie, bezpieczna przystań handlu znajdowała się pewnie na swoim miejscu. Złoto poszło w górę razem z japońskim jenem, a amerykańskie obligacje skarbowe wzrosły gwałtownie.

 

Autor: Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Poszukujący zysków posiadacze oszczędności coraz wyraźniej kierują swoje zainteresowanie na rynek obligacji. Oprócz papierów skarbowych, dostrzegają zalety obligacji firm, oferujących znacznie wyższe oprocentowania, ale także i zdecydowanie większe możliwości wyboru.

Wszystko wskazuje na to, że coraz większe grono posiadaczy oszczędności skłania się do poszukiwania lepszych możliwości niż oferowane przez banki na lokatach. Najbardziej odważni szukają szansy na giełdzie, dysponujący większymi zasobami korzystają z rynku nieruchomości, ale dynamicznie rośnie także zainteresowanie rynkiem papierów dłużnych. W ciągu pierwszych trzech miesięcy roku Polacy kupili obligacje skarbowe za prawie 1,4 mld zł, co stanowi wynik najwyższy od 2008 r. Zachęca do nich niskie ryzyko, ale odsetki są niewiele wyższe niż w przypadku bankowej oferty. O tym, że oczekiwania są większe, świadczy sięgający w pierwszym kwartale aż 1,2 mld zł napływ kapitału do funduszy inwestycyjnych, specjalizujących się w obligacjach przedsiębiorstw. Według Analiz Online, firmy monitorującej rynek funduszy, to o 100 mln zł więcej niż w całym ubiegłym roku. Tak duża dynamika z pewnością nie jest dziełem przypadku i wskazuje na wzrost aktywności oszczędzających, zniecierpliwionych utrzymującymi się na rekordowo niskim poziomie stopami procentowymi i symbolicznymi odsetkami w bankach, które nie są w stanie ochronić kapitału przed powracającą inflacją. Najlepsze fundusze papierów korporacyjnych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy osiągnęły stopy zwrotu przekraczające 4 proc., a wyniki powyżej 3 proc. to bardziej reguła niż wyjątek. Wartość aktywów zgromadzonych w tego typu funduszach sięgała na koniec marca prawie 19 mld zł, a w ciągu dwunastu miesięcy zwiększyły się one o blisko 19 proc. Na tę kwotę składają się także kapitały instytucji finansowych, ale do tej formy przekonują się coraz liczniej także posiadacze oszczędności. Fundusze mają znacznie większe niż inwestorzy indywidualni możliwości skonstruowania zdywersyfikowanego portfela papierów dłużnych oraz zarządzania nim, odpowiednio do zmian warunków rynkowych. Ich zaletą jest obniżenie poziomu ryzyka, ale odbywa się to kosztem ograniczenia wysokości osiąganych zysków. Wynika to także z faktu, że fundusze dysponujące znacznymi kapitałami nie interesują się z reguły emisjami wysokodochodowych obligacji mniejszych firm, choć w tym gronie można znaleźć wiele interesujących możliwości. Na rynku ofert publicznych dominują obligacje deweloperów, firm windykacyjnych oraz banków i instytucji świadczących usługi finansowe (firmy pożyczkowe, zajmujące się faktoringiem itp.). Wbrew pozorom, indywidualni inwestorzy także mają spore możliwości samodzielnego skonstruowania zróżnicowanego portfela obligacji korporacyjnych, nie posiadając ograniczeń typowych dla funduszy. To właśnie wśród małych ofert można znaleźć firmy z różnych branż i o różnym profilu ryzyka. Ograniczając się tylko do ostatnich miesięcy, można wymienić choćby emisję Uniserv-Piecbud, specjalistycznej firmy budowlanej, producenta i dystrybutora gier komputerowych Vivid Games, Columbus Energy, specjalizującą się w montaży ogniw fotowoltaicznych, dystrybutora sprzętu sportowego Bikershop, czy świadczącej usługi kadrowe i outsourcingu procesów biznesowych spółki Loyd. W przypadku każdej z nich można liczyć na odsetki sięgające 8-9 proc. Tego typu ofert z pewnością nie zabraknie w przyszłości i mogą cieszyć się dużą popularnością, tym bardziej, że wciąż brakuje dużych ofert publicznych.

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Skokowy powrót inflacji radykalnie zmienia sytuację na rynku detalicznych obligacji skarbowych. Oszczędzający coraz chętniej kupują papiery indeksowane wskaźnikiem inflacji kosztem tych o stałym oprocentowaniu.

Obserwacja tego, co dzieje się na rynku obligacji skarbowych, prowadzi do dwóch bardzo jednoznacznych wniosków. Po pierwsze, dynamicznie rośnie zainteresowanie oszczędzających zakupami tych papierów, po drugie, zdecydowanie zwiększa się popyt na obligacje chroniące przed inflacją, przy malejącym udziale papierów o stałym oprocentowaniu. W pierwszym kwartale Ministerstwo Finansów sprzedało na rynku detalicznym obligacje skarbowe o wartości prawie 1,4 mld zł. Gdyby taka dynamika utrzymała się w kolejnych miesiącach, zdecydowanie przekroczony zostałby ubiegłoroczny wynik, zamykający się kwotą 4,6 mld zł, najwyższy od zanotowanego w 2008 r., gdy w reakcji na kryzys finansowy, kapitał przenoszony był do najbardziej bezpiecznych instrumentów finansowych. Obecnie wzmożony popyt na obligacje nie wynika jednak z obaw przed kolejnym kryzysem, lecz powodowany jest poszukiwaniem bardziej atrakcyjnych niż lokaty bankowe, możliwości lokowania oszczędności. Przy wynoszącym 1,5 proc. średnim oprocentowaniu lokat, sięgające od 2,1 do 2,7 proc. odsetki oferowane przez papiery skarbowe, są w stanie zachęcić wiele osób do skorzystania z tej okazji. Oprócz tego argumentu, jest jeszcze jeden powód zwiększonego zainteresowania oszczędzający zakupem obligacji, czyli rosnąca skokowo inflacja.

Od kilku lat, aż do października ubiegłego roku, największym zainteresowaniem oszczędzających cieszyły się dwuletnie papiery o stałym oprocentowaniu. Ich udział w sprzedaży obligacji detalicznych ogółem, sięgał w ciągu ostatnich dwóch lat od 60 do 83 proc. Warto zauważyć, że spośród wszystkich rodzajów obligacji skarbowych, dwulatki charakteryzowały się jednocześnie najniższym oprocentowaniem. Magnesem przyciągającym nabywców był krótki okres zaangażowania kapitału (pozostałe wymagają zamrożenia kapitału na okres od 3 do 10 lat) oraz niezmienna w całym okresie wysokość odsetek. Te dwie cechy przesądzały o ich atrakcyjności, nawet kosztem nieco niższego oprocentowania.

Wybór tych obligacji był najbardziej racjonalną decyzją w warunkach spadających stóp procentowych, które osiągnęły poziom najniższy w historii, a wiele wskazywało na to, że mogą jeszcze bardziej pójść w dół. Dodatkowym czynnikiem, przemawiającym za tymi papierami, była obniżająca się inflacja. Rada Polityki Pieniężnej rozpoczęła cykl obniżek stóp procentowych jesienią 2012 r. W tym samym czasie zaczęła się spadkowa tendencja inflacji. I od tego momentu rosła popularność obligacji dwuletnich. W 2012 r. udział dwulatek i papierów czteroletnich indeksowanych wskaźnikiem inflacji był niemal identyczny i sięgał po około 30 proc. sprzedaży ogółem. Rok później sprzedaż tych ostatnich zmniejszyła się do niespełna 17 proc., a dwulatek wzrosła do prawie 37 proc. W kolejnych latach różnica ta przechylała się jeszcze mocniej na korzyść obligacji dwuletnich. Działo się tak aż do października 2016 r., gdy można już było spodziewać się, że Rada Polityki Pieniężnej stóp nie obniży i raczej będzie się zastawiać nad ich podwyższeniem, a powrót inflacji był niemal pewny. Styczniowy skok wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych do 1,8 proc. i lutowa poprawka do 2,2 proc., przesądziły sprawę i udział w sprzedaży obligacji indeksowanych inflacją dynamicznie się zwiększył, przekraczając w marcu 45 proc., podczas gdy jeszcze w listopadzie 2016 r. sięgał zaledwie 17 proc. Perspektywa utrzymywania się inflacji w okolicach 2 proc. z prawdopodobną tendencją zwyżkową w kolejnych latach, będzie powodowała spadek atrakcyjności obligacji dwuletnich o stałym oprocentowaniu (obecnie odsetki w ich przypadku wynoszą 2,1 proc. w skali roku) i wzmacniała zainteresowanie papierami czteroletnimi, indeksowanymi wskaźnikiem inflacji (zapewniają one 1,25 punktu procentowego powyżej inflacji).

Presja inflacyjna jest jeszcze zbyt słaba, by wpłynąć na sytuację na rynku obligacji korporacyjnych. Oprocentowanie dominujących na nim papierów o oprocentowaniu zmiennym, opierającym się na stawkach WIBOR, wynosi 4-5 proc. skutecznie chroniąc przed inflacją, zaś odsetki w przypadku papierów o stałym oprocentowaniu sięgają 7-9 proc., dając jeszcze większy bufor.

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Gdańsk i Warszawa oferują nie tylko wysokie zyski z inwestycji w mieszkanie na wynajem, ale i wysoką płynność rynku. Po stronie minusów należy zaś wpisać wysoką jak na polskie warunki barierę wejścia – nie każdego stać na to, by kupić atrakcyjne mieszkanie w tych miastach.

Przeciętna rentowność inwestycji w mieszkanie na wynajem wynosi dla największych miast 5,35 proc. netto – wynika z obliczeń Home Brokera i Domiporta.pl. Na tę chwilę najlepiej wróży zakup lokalu w Gdańsku, Warszawie i Tychach. Nawet najmniej pod tym względem atrakcyjne Kielce, Poznań i Kraków oferują średnio znacznie wyższe odsetki niż najlepsze lokaty czy obligacje skarbowe.

Przeciętna rentowność najmu netto w okresie maj 2010 – czerwiec 2015

Z raportu Narodowego Banku Polskiego wynika, że trzy- i dwunastomiesięczne lokaty są obecnie najniżej oprocentowane w historii, więcej niż 2 proc. netto to rzadkość. Przeciętna dostępna dziś na rynku lokata nie wystarczy nawet na to, by pokryć inflację, co de facto oznacza, że zdeponowane w banku pieniądze tracą na wartości. W tym świetle nie dziwi zainteresowanie inwestorów zakupem mieszkania i wynajęciem go. Coraz więcej kupujących nieruchomości to inwestorzy, czyli osoby, które kupują lokal, by na nim zarabiać – np. wynajmując go. Dane NBP mówią wprost: jeszcze nigdy Polacy nie kupowali tylu mieszkań za gotówkę, w 2016 r. w siedmiu najważniejszych miastach na zakup nowych mieszkań za gotówkę przeznaczono 14,2 mld zł.

Rentowność inwestycji w mieszkanie zależy od kilku czynników. Równie istotna jak uzyskany od najemców czynsz jest cena zakupu. To z kalkulacji tych dwóch wartości można wyliczyć zysk. Pod warunkiem oczywiście, że lokal uda się szybko wynająć. Mieszkanie stojące puste nie przynosi żadnych dochodów, jego rentowność wynosi 0 proc. Pamiętać też należy o kosztach przygotowania do wynajmu oraz ewentualnych remontach, doposażeniu i innych inwestycjach.

Gdzie kupić mieszkanie na wynajem?

Home Broker i Domiporta.pl przeanalizowały rentowność najmu w 15 dużych miastach by sprawdzić, gdzie najbardziej opłaca się kupić mieszkanie na wynajem. Okazuje się, że najlepiej wróży taka inwestycja w Gdańsku, Tychach i Warszawie. W każdej z tych lokalizacji oczekiwana rentowność netto przekracza 6 proc. Pomiędzy 5 i 5,5 proc. rocznie zarobić można w Katowicach, Lublinie, Łodzi, Wrocławiu i Białymstoku. Najmniej, bo 4,42 proc. rocznie powinno przynieść mieszkanie w Kielcach. Nadal jest to jednak sporo więcej niż oferują lokaty czy obligacje skarbowe

Rynek wynajmu rośnie

– Analizując dane popytowe z serwisu Domiporta.pl zauważyć można trendy w zachowaniu użytkowników, które potwierdzają opinie o coraz większym zainteresowaniu inwestorów  lokowaniem kapitału w mieszkania na wynajem – zauważa Maciej Górka z Domiporta.pl. – Od początku 2016 roku liczba użytkowników, którzy przeglądają serwis w poszukiwaniu lokali o potencjale inwestycyjnym wzrosła o 12 proc., a liczba ofert lokali do wynajęcia o 6 proc. względem całego 2015 roku – wylicza Górka.

Jakie mieszkanie kupić na wynajem?

Każde miasto ma swoją specyfikę. W Lublinie czy Toruniu dużo jest studentów, a w Warszawie istotną grupę klientów stanowią klienci „biznesowi”, choć i studentów nie brakuje. Na obszarze danego miasta, czy danej dzielnicy też są różne osiedla i każde może pasować do innego klienta. Nawet w danym bloku są przecież zróżnicowane mieszkania i każde pasuje do innego odbiorcy. Dla grupy studentów liczyć będą się oddzielne sypialnie, by możliwe było zbudowanie odrobiny prywatności oraz sprawny dojazd do uczelni, klient biznesowy wymagać będzie miejsca garażowego i bliskości centrum biurowego, a rodzina z dziećmi zwróci uwagę na bezpieczeństwo osiedla oraz bliskość przedszkola, szkoły czy placu zabaw.

– Szczególnie wyraźny trend rosnący wśród poszukujących mieszkań na wynajem zauważyć można w kategorii lokali dwupokojowych, niezależnie od tego, czy pochodzą one z rynku wtórnego czy pierwotnego. Obecnie prawie 44 proc. wszystkich zapytań o mieszkania stanowią właśnie zapytania o lokale dwupokojowe – wskazuje Maciej Górka z Domiporta.pl.

Uwaga na ryzyka

Możliwe zyski dużo wyższe niż z lokaty nie są oczywiście pozbawione ryzyka. Zakładając zwykłą lokatę dokładnie wiemy kiedy się ona zakończy i jakie odsetki otrzymamy, tymczasem kupując mieszkanie wiemy tylko, ile za nie zapłaciliśmy, a dwa ważne parametry pozostają zagadką. To od tego, jak szybko uda się znaleźć najemcę oraz jaki czynsz wynegocjujemy, zależy rzeczywista rentowność. Najlepiej wypada długoletnia umowa, nie ma wówczas okresów przejściowych, a i koszty remontów można ograniczyć do minimum.

Nie bez znaczenia jest także płynność inwestycji. Lokatę można zerwać, w razie czego utracimy część lub całość odsetek. Tymczasem spieniężenie nieruchomości nie jest takie łatwe, trochę trwa, a uzyskanie satysfakcjonującej stawki może być trudne. Ale różnice w płynności występują także na rynku nieruchomości i są zależne od specyfikacji danego miasta i nie musi to być wcale zależne od jego wielkości. Tam gdzie mieszkań brakuje, chętni zawsze się znajdą.

– Potencjalni inwestorzy powinni mieć na uwadze, że rynek najmu zbliża się do momentu swego rodzaju przesytu. Dodatkowo, za chwilę pojawią się konkurenci w postaci instytucjonalnych projektów takich jak Mieszkanie Plus, gdzie stawki czynszów będą niższe od rynkowych i mogą wpłynąć na lokalne rynki. Dlatego inwestor , który zamierza posiłkować się kredytem hipotecznym powinien przygotować symulacje różnych scenariuszy – podsumowuje Maciej Górka.

Należy też pamiętać, że takie badania jak rentowność najmu opierają się tylko na statystyce. Trzeba zwrócić uwagę np. na fakt, że nie wszystkie mieszkania są kupowane na wynajem, a nie każde wynajmowane mieszkanie jest kupowane (niektóre są np. otrzymywane w spadku). Należałoby więc każdy przypadek rozpatrywać oddzielnie.

 

Źródło: Home Broker SA

Choć polski rynek obligacji zasługuje na słowa uznania za dynamiczny rozwój, wciąż jest zbyt mały nie tylko by zaspokoić apetyt budżetu państwa, ale także potrzeby pożyczkowe większych firm. Po duży kapitał trzeba sięgać za granicę.

Choć od czasu do czasu pojawiają się opinie ostrzegające przed nadmiernym uzależnieniem od zagranicznego kapitału oraz głosy krytycznie oceniające jego udział w finansowaniu polskiego budżetu i gospodarki, a w Planie na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju wprost mówi się, że nie może być kontynuowany model, w którym Polska jest winna zagranicznym inwestorom 2 bln zł, a uzależnienie od kapitału zagranicznego kosztuje nas około 95 mld zł rocznie, gdy przychodzi do konkretów, hasła ustępują miejsca kalkulacjom. Dotyczy to zarówno finansów publicznych, jak i dużych firm, w tym także tych ze znaczącym udziałem Skarbu Państwa.

Według danych Ministerstwa Finansów, na koniec grudnia ubiegłego roku udział długu zagranicznego wynosił 34,4 proc., a więc był nieznacznie niższy niż w 2015 r., gdy sięgał 34,9 proc. Nie wiadomo jeszcze, jak te proporcje wyglądają po pierwszych miesiącach obecnego roku, jednak z informacji o przebiegu kilku przetargów na obligacje skarbowe, w trakcie których zanotowano rekordowo wysoki popyt na nasze papiery, można wnioskować, że sytuacja nie uległa poprawie. Resort skwapliwie korzystał z dużego zainteresowania ze strony inwestorów zagranicznych, zapewniając dzięki sprzedaży obligacji sporą część finansowania budżetu na cały rok. To działanie jak najbardziej racjonalne, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę ryzyko pogorszenia się warunków na rynkach finansowych w kolejnych miesiącach, wynikające zarówno z rozkręcającego się cyklu zaostrzania polityki pieniężnej przez Fed i sygnałów zbliżającego się zwrotu w polityce Europejskiego Banku Centralnego, jak również możliwość perturbacji związanych z wydarzeniami politycznymi we Francji i Niemczech, czy trudnych do przewidzenia konsekwencji zapowiedzi administracji Donalda Trumpa w kwestii światowego handlu.

Co więcej, Ministerstwo Finansów chętnie sięga też po dług nominowany w walutach. W marcu sprzedało obligacje 10- i 20-letnie o łącznej wartości 1,5 mld euro. Według zapowiedzi resortu, kolejne operacje tego typu będą miały wartość nie przekraczającą poziomu niezbędnego do refinansowania potrzeb walutowych budżetu. Podczas konferencji po spotkaniu członków G20, wicepremier Mateusz Morawiecki poinformował, że prawdopodobnie dojdzie w tym roku do kolejnej emisji obligacji w juanach. W 2016 r. Polska sprzedała tego typu papiery o wartości 3 mld juanów, przy popycie dwukrotnie przewyższającym ofertę podaży, obligacje  o wartości 4,75 mld euro i 1,75 mld dolarów.

Od emisji na zagranicznych rynkach nie stronią także duże polskie firmy. W ostatnich dniach o zamiarze wyemitowania papierów o wartości 0,5 mld euro poinformowali przedstawiciele Tauronu. Do końca 2020 r. spółka będzie potrzebowała około 10 mld zł na zrefinansowanie i spłatę zadłużenia. Zdobycie takich środków wyłącznie na krajowym rynku mogłoby być niełatwe. Na początku marca o zakończeniu procesu sprzedaży dziesięcioletnich obligacji za 300 mln euro poinformowała Energa. Papiery będą notowane na giełdzie w Luksemburgu. Spółka pracuje też nad emisją obligacji hybrydowych, które objąć miałby Europejski Bank Inwestycyjny. W tym roku 3 mld zł z emisji obligacji zamierza uzyskać PZU i nie jest wykluczone, że częściowo odbędzie się to poprzez sprzedaż papierów nominowanych w walutach na rynku zagranicznym. Emisji euroobligacji, z których środki przeznaczone byłyby na potrzeby Krajowego Funduszu Drogowego, nie wyklucza też Bank Gospodarstwa Krajowego. Resort infrastruktury szacuje łączne potrzeby pożyczkowe Funduszu na ten rok na ponad 8 mld zł. Wcześniej palny zagranicznej emisji sygnalizowała też obuwnicza firma CCC.

Poszukiwanie kapitału na rynkach zagranicznych w przypadku dużych spółek wiąże się nie tylko ze skalą emisji, którą na krajowym podwórku trudno byłoby uplasować, czy niższymi kosztami finansowania w dolarach i euro, ale także z możliwością pożyczania na dłuższe okresy, sięgające 10 lat przy stałej stopie oprocentowania. Do akceptacji takich warunków rodzimi inwestorzy nie są jeszcze przyzwyczajeni.

Źródło: Roman Przasnyski, Główny Analityk Gerda Broker

Na bankowych rachunkach odłogiem leży 401 mld zł, które dają symboliczne odsetki lub w ogóle są nieoprocentowane. Wygląda na to, że Polacy nie chcą wpłacać pieniędzy na lokaty terminowe, bo zapewniają one niewielki zysk, a boją się inwestować w inne instrumenty. Ignorują jednocześnie instrumenty rynku kapitałowego, które mogłyby pomnożyć ich oszczędności w sposób bezpieczny, a jednocześnie bardziej efektywny.

Z danych NBP wynika, że przeciętne oprocentowanie lokat krótkoterminowych wyniosło w III kwartale 2016 r. 1,7 proc. Depozyty o dłuższym terminie zapadalności dawały odsetki w wysokości 1,4 proc. Dla porównania, jak podaje GUS, inflacja w styczniu tego roku wzrosła do 1,8 proc. Oznacza to, że standardowa lokata nie jest już w stanie ochronić oszczędności zgromadzonych w bankach i po wygaśnięciu lokaty realna wartość pieniędzy jest niższa niż na początku.

Jeszcze większy uszczerbek ponoszą środki przechowywane na nieoprocentowanych rachunkach bieżących. Mimo to od dziewięciu kwartałów Polacy więcej pieniędzy zostawiają na kontach niż lokują na lokatach terminowych. Na koniec 2016 r. wartość oszczędności na depozytach bieżących wyniosła 401 mld zł, a depozytów z terminem zapadalności 322 mld zł.

Utrzymujące się od 2015 r. wysokie saldo wpływów na depozyty bieżące świadczy o tym, że Polacy nie mają pomysłu co zrobić z wolnymi środkami. Stosunkowo niskie oprocentowanie lokat nie zachęca do zakładania depozytów. Statystyczny klient nie zna natomiast innych instrumentów pomnażania oszczędności. Albo się ich boi – mówi Konrad Grzelec, ekspert BGŻOptima.

Dlatego najlepiej przygodę z alternatywnymi wobec depozytów instrumentami inwestycyjnymi zacząć od najbardziej bezpiecznych. Do tej kategorii zaliczają się fundusze rynku pieniężnego.

Nie jedno imię

Znane są pod różnymi nazwami: fundusz pieniężny, gotówkowy, depozytowy, lokacyjny, rynku pieniężnego i wiele innych. Jednak za każdym razem chodzi o jedną grupę funduszy, które zgodnie z przepisami mogą inwestować w aktywa charakteryzujące się: krótkim terminem wykupu (do 1 roku), wysokim poziomem bezpieczeństwa, wysoką płynnością oraz niską zmiennością ceny.

W praktyce fundusze pieniężne inwestują w:

  • bony skarbowe emitowane przez Skarb Państwa ;
  • obligacje skarbowe o krótkim terminie zapadalności;
  • bony pieniężne, emitentem jest Narodowy Bank Polski;
  • certyfikaty depozytowe – emitowane przez banki;
  • krótkoterminowe papiery dłużne przedsiębiorstw;
  • depozyty bankowe o krótkim okresie zapadalności;

Dodatkowo w ich portfelach znajdziemy:

  • obligacje komunalne;
  • zagraniczne obligacje skarbowe;
  • obligacje korporacyjne.

Są to więc w instrumenty o najwyższej wiarygodności, jak papiery dłużne skarbu państwa czy NBP oraz instrumenty o bardzo wysokim poziomie bezpieczeństwa, jakimi są bony i obligacje emitowane przez banki i firmy o wysokim ratingu.

Bezpieczeństwo ma swoją cenę

Bezpieczeństwo oraz płynność, czyli możliwość wyjścia z inwestycji praktycznie w dowolnym momencie mają swoją cenę. Otóż fundusze pieniężne chronią kapitał, jednak nie przynoszą ponadprzeciętnych zysków. W ubiegłym roku średni wynik w tym segmencie wyniósł 2,3 proc., czyli w granicach odsetek uzyskiwanych z lokaty bankowej.

Ostateczny rezultat funduszu zależy w dużym stopniu od przyjętej strategii inwestycyjnej i kalkulacji ryzyka. Jeśli fundusz inwestuje w niskooprocentowane bony pieniężne i depozyty siłą rzeczy nie wypracuje wysokich zwrotów. Gdy natomiast polityka inwestycyjna oparta jest w większym stopniu na obligacjach korporacyjnych, które oprocentowane są w granicach 4-5 proc. powyżej WIBOR (chodzi oczywiście o firmy stabilne, które nie muszą przepłacać za emitowany dług) wówczas szansa na wyższy zysk rośnie.

Trzeba pamiętać, że fundusze pieniężne nie służą aktywnemu pomnażaniu kapitału, gdyż ich rola jest inna – pomagają ochronić kapitał – mówi Konrad Grzelec z BGŻOptima.

Dla kogo ten fundusz

Stosunkowo bezpieczne i płynne fundusze pieniężne to bardzo dobry produkt dla początkujących inwestorów, którzy dotąd oszczędzali tylko na lokatach. Sytuacja na rynku, przy niskim średnim oprocentowaniu depozytów, wyjątkowo sprzyja podjęciu decyzji o rozpoczęciu nauki inwestowania w fundusze. Są to instrumenty o niewielkiej zmienności wycen – spadek o 1 proc. można uznać za duże wahnięcie – łatwo zbywalne i przejrzyste w sposobie inwestowania. Dodatkowo środki można w dowolnym momencie wycofać z funduszu zachowując wypracowany zysk.

Fundusze pieniężne to także doskonały sposób na zaparkowanie pieniędzy w bezpiecznym miejscu na czas potrzebny na przemyślenie oraz wybór nowej strategii inwestycyjnej. Mogą także posłużyć do budowy bardziej konserwatywnej części portfela inwestycyjnego.

Oprocentowanie depozytów jeszcze długo nie będzie wyższe niż teraz, a wręcz niewykluczone jest, że w kolejnych miesiącach banki będą jeszcze je obniżać. W nadpłynnym systemie bankowym (czyli dysponującym nadwyżką depozytów), przy umiarkowanym popycie na kredyt, zapotrzebowanie na depozyty, nie będzie rosło. Należy przy tym pamiętać, że choć fundusze pieniężne obarczone są minimalnym ryzykiem straty, to nie można stawiać go na równi z depozytem, który objęty jest pełną gwarancją ochrony kapitału.

Autor: Konrad Grzelec, eksperta BGŻOptima

Rosnąca skokowo inflacja dobitnie przypomniała o swym istnieniu, skłaniając posiadaczy oszczędności do zwrócenia baczniejszej uwagi na to, co w takich warunkach dzieje się z ich pieniędzmi i w jaki sposób działać, by uchronić kapitał przed erozją. Pierwsze efekty widać już w styczniowych danych o sprzedaży obligacji skarbowych.

Wzrost inflacji, która w styczniu sięgnęła już 1,8 proc., a w kolejnych miesiącach podskoczy z pewnością powyżej 2 proc., powoduje że nawet nie uwzględniając podatku od dochodów kapitałowych, zdecydowana większość posiadaczy lokat bakowych poniesie realną stratę, wynikającą z erozji wartości kapitału. Średnie oprocentowanie lokat według wyliczeń NPB wynosi 1,5 proc., czyli tyle samo co stopa referencyjna banku centralnego, a najbardziej popularnych lokat na okres od 1 do 3 miesięcy sięga 1,7 proc. Dla porównania, 3-miesięcza stawka WIBOR, obowiązująca na rynku międzybankowym (według niej banki pożyczają sobie nawzajem pieniądze na taki okres), wynosi 1,73 proc. W przypadku lokat średni poziom wynoszący 1,7 proc. oznacza, że na tę wartość składają się oferty bardziej i mniej atrakcyjne. Oprocentowanie tych pierwszych, zdecydowanie mniej licznych, oferowanych najczęściej przez niewielkie banki i obwarowanych licznymi ograniczeniami oraz związanych z obowiązkiem skorzystania z innych produktów banku, może w najlepszym wypadku zbliżać się do 3 proc. Nie brakuje za to tych zwykłych, „nieuprzywilejowanych”, które dominują w bankowej ofercie, szczególnie największych instytucji finansowych, mających dostęp do najliczniejszej grupy klientów. W tej grupie odsetki poniżej 1 proc. nie należą do rzadkości, a zdarzają się też często oferty sięgające 0,1-0,5 proc. Popularność lokat, jako najprostszej i najbardziej bezpiecznej formy oszczędzania powoduje, że mimo tak mało atrakcyjnych warunków, Polacy trzymają na nich ponad 710 mld zł, z czego połowę w formie w większości nieoprocentowanych depozytów bieżących.

W porównaniu z tymi imponującymi wartościami, zdecydowanie skromniej wygląda zainteresowanie obligacjami oszczędnościowymi, choć ich konstrukcja jest równie prosta, a oprocentowanie konkurencyjne wobec lokat bankowych. Polacy w swych portfelach posiadają obligacje skarbowe o wartości nieco ponad 11 mld zł. Ta kwota stanowi zaledwie 1,3 proc. całkowitego zadłużenia Skarbu Państwa z tytułu obligacji i rośnie w dość wolnym tempie. W ubiegłym roku powiększyła się o około 900 mln zł, mimo, że ministerstwo finansów sprzedało papiery o wartości 4,6 mld zł, czyli najwięcej od 2008 r. Trzeba bowiem pamiętać, że obligacje mają swój „czas życia” i po jego upływie podlegają wykupowi. Nie wszystkie uzyskane w ten sposób środki oszczędzający decydują się ponownie ulokować w obligacjach. W ubiegłym roku do Skarbu Państwa „wróciło” w ten sposób nieco ponad 2 mld zł, licząc transakcje zamiany obligacji na nowe. Pod względem napływu nowych środków bardzo dobrze prezentują się dane za styczeń obecnego roku. Oszczędzający kupili obligacje o wartości 486,6 mln zł, a więc najwyższej od października 2016 r., gdy wydali aż 870 mln zł. Jeśli jednak od obu tych wielkości odejmiemy wartość transakcji zamiany, okaże się że styczeń był najlepszym od dwóch lat miesiącem pod względem napływu nowych pieniędzy na rynek obligacji skarbowych.

Ten wzrost zainteresowania obligacjami ze strony oszczędzających może wynikać z kilku przyczyn. Po pierwsze, od grudnia ubiegłego roku resort finansów podwyższył oprocentowanie papierów o wszystkich terminach wykupu, poza najbardziej popularnymi obligacjami dwuletnimi. Od stycznia 2017 r. zdecydował się jednak i w ich przypadku zwiększyć wysokość odsetek z 2 do 2,1 proc. Szczegółowe dane o sprzedaży wskazują jednak na inny powód. Warto bowiem zwrócić uwagę, że bardzo wysoki dotąd udział w sprzedaży obligacji dwuletnich, sięgający w ubiegłym roku średnio aż 75 proc., w styczniu obniżył się do rekordowo niskiego poziomu niespełna 55 proc. Mimo podwyższenia oprocentowania tych papierów, popyt przeniósł się na obligacje czteroletnie. Ich udział w sprzedaży podskoczył do ponad 28 proc. W ciągu ostatnich dziesięciu lat tak dużym zainteresowaniem nabywców cieszyły się one jedynie w 2012 r. Ich oprocentowanie w pierwszym okresie odsetkowym sięga obecnie 2,4 proc., a więc jest wyraźnie wyższe niż w przypadku papierów dwuletnich, ale różnica na korzyść tych pierwszych utrzymuje się już od dawna. Mają one jednak bardzo istotną z punktu widzenia obecnych tendencji na rynku finansowym cechę, którą inwestorzy niewątpliwie dostrzegli. Ich oprocentowanie w kolejnych rocznych okresach odsetkowych zmienia się w zależności od wskaźnika inflacji, zaś w przypadku dwuletnich nie zmienia się w całym okresie ich życia. A skoro już wiadomo, że obecny rok będzie stał pod znakiem wysokiej inflacji, to nabywcy czteroletnich papierów mogą liczyć na bardziej atrakcyjne oprocentowanie, chroniące realną wartość ich kapitału. Zakładając, że w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy wskaźnik  inflacji wyniesie 2 proc., za przyszły rok otrzymają odsetki w wysokości 3,25 proc., dzięki dodatkowej, wynoszącej 1,25 punktu procentowego marży, podczas gdy właściciele dwulatek będą wciąż musieli zadowolić się oprocentowaniem wynoszącym 2,1 proc.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk Gerda Broker

W 2016 r. wiele rzeczy nie poszło tak, jak zakładano. O ile w USA ożywienie gospodarcze ma się bardzo dobrze, o tyle w innych miejscach globu problemów było sporo. Ze względu na wojnę w Syrii, Europa zmagała się z falą uchodźców, co ma szereg konsekwencji, nie tyle nawet ekonomicznych, co społeczno-politycznych. Nasilenie się zamachów terrorystycznych i radykalizacja nastrojów społecznych to jedne z powodów coraz większej popularności ruchów i partii promujących nacjonalizm. Osłabia to struktury UE, czego przykładem był bardzo niespodziewany wynik głosowania nad wyjściem Wielkiej Brytanii z UE. W Polsce seria kryzysów politycznych i wymiany kadrowe spowodowały dalsze przesunięcie startu inwestycji z nowej perspektywy unijnej, co przede wszystkim uderzyło w dane o produkcji budowlano-montażowej. Do tego także słabszy niż oczekiwano był pozytywny wpływ programu 500+ na wzrost konsumpcji. Postrzeganie Polski przez zagraniczny kapitał jest słabe, co skutkuje niską wyceną złotego.

Końcówka 2016 r. daje jednak już nadzieje na poprawę sytuacji. Coraz więcej przetargów na inwestycje infrastrukturalne jest rozstrzyganych. Dane makro uległy natomiast wyraźnej poprawie, nie tylko w Polsce, ale także w Europie. Inflacja zaczyna odbijać. Grudniowy, póki co wstępny odczyt GUS, pokazał dynamikę CPI w Polsce rzędu 0,8% r/r. Przy niskiej bazie, wzroście cen paliw i żywności, a także rosnącym dochodzie rozporządzalnym, założenie zmierzania inflacji do celu w kolejnych kwartałach jest całkiem realne. Może to zmierzać nawet do rozpoczęcia dyskusji o podwyżkach stóp procentowych w Polsce, wpływając pozytywnie na złotego. Póki co jednak retoryka RPP premiuje wciąż bazowy scenariusz braku zmian stóp procentowych. Warto zauważyć, że nie tylko inflacja odbija. W listopadzie pozytywnie zaskoczyła i sprzedaż detaliczna, i produkcja przemysłowa. Czekamy na grudniowe dane, ale indeks PMI dla polskiego przemysłu wskazuje na kontynuację pozytywnych tendencji. W grudniu skoczył on do 54,3 pkt, co można interpretować jako zakończenie fazy stagnacji w pobliżu bariery 50 pkt, przy czym duże wzrosty były zasługą wszystkich trzech składowych – nowych zamówień, produkcji oraz zatrudnienia. Tym samym są podstawy do optymistycznego spojrzenia na kondycję gospodarki w pierwszych miesiącach nowego roku.

Dane z Polski korespondują także z odbiciem w Europie. Najnowsze odczyty potwierdzają pozytywne tendencje. Seria indeksów PMI dla przemysłu w krajach strefy euro pokazała, że grudzień przyniósł solidne odbicie, nie tylko w Niemczech (wysoki PMI na poziomie 55,6 pkt), ale także w krajach południa Europy – Hiszpanii (55,3 pkt) oraz Włoszech (53,2 pkt). Odbicie napędzać może wciąż bardzo luźna polityka EBC, jednak powoli trzeba też patrzeć w kierunku jej potencjalnego zaostrzania, na horyzoncie bowiem pojawia się inflacja. Zwiastunem tego może być spore zaskoczenie w postaci wstępnych danych o inflacji HICP w Niemczech, która w grudniu wzrosła do 1,7% r/r, przy oczekiwaniach ustawionych na 1,3%. Zakładając, że akurat ścieżka podwyżek stóp procentowych w USA jest już w dużej mierze przez rynek zdyskontowana, a w przypadku EBC rynek nie zakładał tak dużego przyspieszenia procesów inflacyjnych, to eurodolar powinien szukać swojego dna jednak powyżej poziomu parytetu.

Faktem póki co są sygnały ożywienia w polskiej i europejskiej gospodarce, przy wyraźnie rosnących indeksach, które najwyraźniej dyskontują kolejne udane miesiące w gospodarce. Wchodzimy z optymizmem w 2017 r. Trendy wzrostowe na indeksach giełdowych i odwrót z rynku obligacji skarbowych mają spore szanse się utrzymać.

 

Łukasz Rozbicki

MM Prime TFI

Wiele funduszy zajmujących się lokowaniem środków klientów na rynku obligacji skarbowych w Europie osiąga w tym roku dwucyfrowe stopy zwrotu. Również zyski z ostatnich lat są imponujące. Jak to możliwe skoro w wielu krajach mamy ujemne stopy procentowe i w którym momencie ten bezprecedensowy rajd się skończy? 

Rynek obligacji skarbowych można podzielić na dwa światy. W tym pierwszym, zdecydowanie prostszym, inwestor nabywa obligację i czeka do momentu jej wykupu przez emitenta. Zysk dla inwestora w tym wypadku jest z góry znany i zwykle wypłacany w konkretnych odstępach czasowych np. co roku. Jeżeli więc pożyczymy państwu 100 zł, na okres 10 lat, to przy kuponie obligacji 3 proc., co 12 miesięcy dostaniemy 3 zł, a na końcu otrzymamy zwrot kapitału. W sumie w roku 2026 z całej inwestycji powinniśmy mieć 130 zł.

Zupełnie innymi zasadami rządzą się instrumenty dłużne, od których uzależniona jest stopa zwrotu funduszy inwestycyjnych, a więc zysk czy strata klienta. Wynika to z faktu, że obligacje skarbowe są notowane na rynku i ich wartość zmienia się głównie w zależności od bieżących stóp procentowych, zakładając oczywiście, że wiarygodność dłużnika, czyli w tym wypadku kraju, nie uległa w międzyczasie zmianie. Ważnym elementem jest również kwestia popytu i podaży, która także wpływa na bieżący zwrot z inwestycji.

 Kluczowa cena obligacji

Na rynku wtórnym obligacji inwestorzy głównie operują ceną. Jest ona uzależniona od kuponu instrumentu dłużnego w momencie emisji (przyjmijmy, że jest to 3 proc.), ceny emisji (np. 100 zł), terminu wykupu (np. 10 lat) oraz wysokości przyszłych stóp procentowych. Dla uproszczenia pomijamy w tym momencie wiarygodność kredytową emitenta.

Co więc się dzieje z wyemitowaną wcześniej 10-letnią obligacją o kuponie 3 proc. i cenie emisji/wykupu 100 zł, gdy stopy procentowe na rynku spadają i skarb państwa może już wyemitować nową obligację o kuponie 2 proc. i cenie sprzedaży/wykupu 100 zł? Jej cena rośnie do poziomu około 110 zł. Dlaczego? Wynika to z faktu, że jej przyszła stopa zwrotu musi być tożsama z bieżącymi warunkami rynkowymi i przynosić mniej więcej rentowność na poziomie 2 proc. rocznie, mimo że została wyemitowana z kuponem 3 proc. To dostosowanie zapewnia nam właśnie cena obligacji. W uproszczeniu warunki obu inwestycji są więc takie same.

Jednak dla tych, którzy nabyli 10-letnią obligację z kuponem 3 proc., nagły spadek bieżących stóp procentowych do poziomu 2 proc. jest fantastyczną informacją, gdyż cena naszego papieru wartościowego wzrosła ze 100 zł do 110 zł. Możemy więc go sprzedać i nie czekając na moment wykupu i zainkasować zysk w wysokości 10 proc.

Oczywiście sytuacja jest odwrotna, gdy rynkowe stopy procentowych rosną np. do 4 proc. Wtedy nasza wcześniej wyemitowana obligacja o analogicznych parametrach traci na wartości i jej cena wynosi ok. 90 zł. Warto także zwrócić uwagę, że im dłuższy lub krótszy termin zapadalności, tym skala zmiany ceny jest większa lub mniejsza przy jednostkowej zmianie oprocentowania, gdyż cena musi „wyrównać” zmiany wpłaty pochodzące z kuponu. Przykładowo 20-letnia obligacja wyemitowana po cenie 100 zł z kuponem 2 proc. po spadku rynkowych stóp procentowych do 1 proc. ma wartość prawie 120 zł. Ale już w przypadku 5-letniego papieru wartościowego analogiczna zmiana stóp procentowych spowoduje wzrost ceny do ok. 105 zł.

Bezprecedensowe zyski

W tym momencie zaczynamy więc dochodzić do sedna sprawy. Zakładamy, że mamy fundusz obligacji, którego portfel w połowie 2013 r. równomiernie podzieliśmy na obligacje skarbowe Hiszpanii, Włoch Niemiec oraz Francji, gdy ich 10-letnie rentowności (lub kupon w momencie emisji) wynosiły odpowiednio 5 proc., 4 proc., 2.5 proc. oraz 2 proc. (średnio 3.38 proc).

Obecne rentowności obligacji tych krajów są zdecydowanie niższe. Wynika to przede wszystkim z niższej oczekiwanej inflacji, ujemnych stóp procentowych i programów skupu aktywów z rynku przeprowadzanych przez Europejski Bank Centralny (EBC). Wszystkie te informacje są jednak niezwykle korzystne dla posiadacza takiego portfela. Rentowności tych obligacji znacznie spadły i w przypadku Hiszpanii i Włoch wynoszą ok. 1 proc, francuskie są blisko zera, a niemieckie mają wartość ujemną. Ich średnia rentowność wynosi ok. 0.5 proc.

Gdyby spadek rentowności był natychmiastowy, to na takim portfelu zyskalibyśmy prawie 30 proc. w zawiązku ze zmianą samej ceny. Po trzech latach cena już nie jest taka wysoka, ale nasz zysk jest podobny, gdyż do tej pory otrzymaliśmy wypłatę 3 kuponów.

Problem polega na tym, że powtórzenie obecnej sytuacji jest praktycznie niemożliwe, gdyż wymagałoby, żeby rentowności obligacji dalej spadały i osiągały poziomy głęboko poniżej zera. Już teraz jednak napływają sygnały od EBC, że dalsze obniżanie stóp procentowych (obecnie na poziomie minus 0.4 proc.) raczej nie będzie kontynuowane, a nawet gdyby takie obniżki się pojawiły to ich skala będzie minimalna.

To oznacza, że obecnie nabywane instrumenty dłużne i to niezależnie od rozwoju sytuacji praktycznie nie mają szans na dalszy wzrost wartości, który co warto dodatkowo podkreślić, jest spowodowany również przez program luzowania ilościowego EBC. Powoduje on, że cena obligacji jest wyższa, a ich rentowność niższa niż w przypadku, gdyby bank centralny nie był aktywny na rynku.

Kiedy bańka pęknie?

Określenie konkretnego czasu wzrostu rentowności obligacji skarbowych, a zatem spadku ich ceny i obniżenia wartości portfela instrumentów dłużnych jest praktycznie niemożliwe. Warto jednak zauważyć, że gdy kupon obligacji ma wartość „zero”, to potencjał na wzrost ceny tego instrumentu jest ograniczony, gdyż rynkowe stopy procentowe musiałyby schodzić coraz głębiej poniżej zera.

Ujemne stopy procentowe kreują jednak szereg problemów. Od kosztów dla samych instytucji finansowych, które przetrzymują pieniądze gospodarstw domowych oraz przedsiębiorstw, po ryzyko, że alokacja funduszy rynkowych będzie zmierzać w kierunku zdecydowanie bardziej ryzykownych aktywów, co jeszcze bardziej będzie zwiększać rosnącą bańkę.

Warto także zwrócić uwagę, że w gronie bankierów centralnych odbywa się coraz szersza dyskusja, wokół stymulującej roli polityki pieniężnej, która zaczyna dochodzić do obiektywnego limitu. To oznacza, że dalsze obniżanie stóp procentowych czy zwiększanie skupu obligacji niekoniecznie musi zwiększać popyt na kredyt w realnej gospodarce, a staje się coraz większym obciążeniem dla oszczędzających. Coraz głośniej natomiast mówi się o zwiększeniu roli polityki fiskalnej, zwłaszcza że przecież bieżące koszty emisji długu są rekordowo niskie, a nawet w przypadku niektórych krajów ujemne. Gdyby ta koncepcja zaczęła przeważać, a bank centralny zacząłby powoli zmniejszać swoje działanie stymulujące, wtedy rentowności obligacji zaczęłyby rosnąć i dochodzić do względnie realnych poziomów.

W sytuacji ich wzrostu do przedziałów obserwowanych w połowie 2015 r. nasz wcześniej określony portfel obligacji straciłby kilkanaście procent w porównaniu do obecnych wartości.

Wpływ na polski rynek długu

Mogłoby się wydawać, że polskie obligacje skarbowe są w niewielkim stopniu narażone na powyższe zmiany. Rynek jest jednak globalny i mimo krajowej polityki pieniężnej i własnej waluty rentowności krajowych instrumentów dłużnych zmieniają się w tym samym kierunku co europejskich.

Jeżeli więc za granicą nastąpi zmniejszenie się aktywności EBC, a perspektywy inflacji wzrosną, w związku z bardziej stymulującą rolą polityki fiskalnej, można oczekiwać, że również ceny polskich obligacji stracą na wartości. Ten ruch prawdopodobnie będzie jednak mniej spektakularny, chociażby ze względu na fakt, że NBP nie skupuje obecnie obligacji z rynku.

Podsumowując, jest praktycznie pewne, że zyski osiągnięte w ostatnich latach na obligacjach skarbowych już się nie powtórzą. Za scenariusz optymistyczny należy uznać, że przez kolejne kwartały utrzymają one swoje bieżące poziomy. Z kolei coraz bardziej prawdopodobny staje się scenariusz, że portfele europejskich obligacji zaczną przynosić zauważalne straty, które w zależności od ich struktury mogą wynieść kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt procent.

 

Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

Eksperci

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

Starczewska-Krzysztoszek: Dorośli Polacy nie kształcą się

Komisja Europejska opublikowała szóstą edycję Monitora Kształcenia i Szkolenia przedstawiając  m.in....

AKTUALNOŚCI

Konsumpcja dalej będzie ciągnęła gospodarkę

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wy...

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...

Związkowcy, pracodawcy, Rada ZUS przeciwni zniesieniu limitu składek

Pracodawcy i związkowcy, członkowie Rady Dialogu Społecznego, krytykują sposób procedowania ustawy d...

Kolejnych 50 zmian dla biznesu

Przedsiębiorca, któremu kontrahent nie płaci na czas, odzyska zapłacony podatek dochodowy, a dłużnik...