czwartek, Listopad 15, 2018
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "NBP"

NBP

Wzrost ryzyka kredytowania małego biznesu

Z najnowszej ankiety Narodowego Banku Polskiego (NBP) wynika, że w drugim kwartale tego roku zaostrzeniu uległy warunki udzielania krótkoterminowych pożyczek dla małych i średnich przedsiębiorstw. Z jednej strony wzrosły pozaodsetkowe koszty kredytu, a z drugiej skróceniu uległ maksymalny możliwy czas kredytowania. Banki zaostrzenie wymagań tłumaczą wzrostem ryzyka związanego z kredytowaniem małego biznesu, w szczególności kilku branż. Tradycyjnie do tych szczególnie mocno prześwietlanych przez instytucje finansowe należą budowlanka, transport, ostatnio także IT. Zawieszanie działalności, księgowość prowadzona w formule ryczałtu, a przede wszystkim strata na koniec roku zazwyczaj dyskwalifikują w oczach bankowców przedsiębiorców starających się o finansowanie.

Gdzie bank nie może…

Z tej samej ankiety NBP wynika, że banki odczuły zwiększenie się popytu na kredyty dla firm. Korzystają na tym inne instytucje finansowe, do których przedsiębiorcy zwracają się po środki na bieżącą działalność lub inwestycje. Niepokoju wyrażonego przez banki w ankiecie nie odczuwa branża faktoringowa, również zajmująca się finansowaniem działalności MSP.

– Nie podzielam obaw banków, my aktualnie nie wprowadzamy żadnych zaostrzeń warunków finansowania przedsiębiorstw. Oczywiście spośród zgłaszających się do nas są firmy mniej i bardziej stabilne, ale przy rzetelnej ocenie można zminimalizować ryzyko i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy finansowanie takiego podmiotu będzie rodziło problemy. Niezależnie od reakcji banków na bieżącą sytuację, firmy faktoringowe, takie jak nasza, zawsze w większym stopniu zwracają uwagę na kontrahentów naszego klienta i zawarte kontrakty, niż na bieżące zadłużenie w ZUS lub US, czy też krótki okres działalności przedsiębiorstwa – mówi Piotr Gąsiorowski z eFaktor S.A.

Pieniądze pożyczone vs własne zarobione

Inny system oceny czy przedsiębiorca zasługuje na finansowanie i czy jego wsparcie nie niesie ryzyka, przynosi korzyści branży faktoringowej, która z roku na roku ma większy udział w finansowaniu firm. Jeszcze 10 lat temu udział był śladowy i niemal niezauważalny. Obecnie z takiej formy finansowania korzysta nawet 10% przedsiębiorców, a wzrost obrotów branży faktoringowej osiąga dwucyfrowe wskaźniki. Od stycznia do czerwca 2017 branża faktoringowa sfinansowała wierzytelności przedsiębiorców o łącznej wartości 83,6 mld zł. To wzrost o 13,6% w stosunku do analogicznego okresu 2016 roku (dane Polski Związek Faktorów – PZF).

– Obawy banków przed finansowaniem MSP zmuszają przedsiębiorców do poszukiwania innych źródeł finansowania. Naturalnym wyborem stają się firmy faktoringowe, które są relatywnie tańsze od firm pożyczkowych, a jednocześnie bardziej elastyczne w analizie, oczekiwanych zabezpieczeniach, a także już na etapie wykonywania umowy (finansowania konkretnych faktur). Właśnie elastyczność na każdym etapie współpracy z klientem uważam za nasz największy atut. Jednocześnie ciągle pracujemy nad tym, aby nasza oferta była jeszcze lepiej dopasowana do potrzeb i możliwości MSP. Od kilku lat intensywnie rozwijamy również siły sprzedażowe i analityczne, żeby nadążyć za potrzebami przedsiębiorców z grupy MSP – Piotr Gąsiorowski z eFaktor S.A.

W przypadku finansowania za pomocą faktoringu wypłacane są środki, które przedsiębiorca już zarobił i wystawił na nie niekwestionowaną przez odbiorcę fakturę, jednak zmuszony jest długo czekać na przelew. Faktoring zmniejsza ten czas do kilkudziesięciu godzin.

Wrześniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej nie przyniosło zaskoczenia – stopy procentowe pozostały bez zmian. Polski rynek mieszkaniowy nadal będzie więc napędzany gotówką. Jakie będą konsekwencje decyzji RPP dla rynku? – komentuje Jakub Nieckarz, prezes deweloperskiej firmy PVI.

W obliczu spływających komunikatów makroekonomicznych i znajomości stanowiska RPP, nie sposób było oczekiwać, że poziom stóp procentowych zostanie nagle zmieniony. Pozostają one wciąż na rekordowo niskim poziomie. To, co dla jednych jest pozytywną informacją, dla innych może być powodem ponownego przemyślenia dotychczasowej strategii lokowania nadwyżek finansowych.

Niskie stopy procentowe to realne oszczędności dla osób spłacających kredyty mieszkaniowe. Rata przeciętnego kredytu jest dziś o około 400 złotych niższa niż jeszcze pięć lat temu. Z wyliczeń Open Finance wynika, iż gdyby stopy procentowe były dzisiaj na poziomie z połowy 2012 r., to łączne odsetki od zaciągniętych kredytów byłyby wyższe o około 7,6 mld zł rocznie. To również zachęta do zaciągania nowych zobowiązań, co pokazują najnowsze dane. Pomimo obowiązkowego wkładu własnego na poziomie 20%, od początku roku rośnie wartość zaciąganych kredytów mieszkaniowych. Po danych o akcji kredytowej w II kwartale Związek Banków Polskich podwyższył swoją wcześniejszą prognozę udzielonych kredytów hipotecznych w całym 2017 r. Obecnie przewiduje on, że ich wartość przekroczy 40 mld zł.

Jest jednak druga strona medalu. Niskie stopy procentowe to równocześnie niskie oprocentowanie depozytów. Sytuacja nie byłaby specjalnie dotkliwa dla oszczędzających w bankach, gdybyśmy mieli do czynienia ze zjawiskiem przejściowym, bądź z deflacją lub praktycznie zerową inflacją.

A jak to wygląda obecnie w Polsce? Ostatnia zmiana stóp procentowych miała miejsce w marcu 2015 r. To zdecydowanie najdłuższy w historii okres stabilizacji. Niestety w tym czasie można było obserwować trend spadkowy w zakresie oprocentowania depozytów. W lipcu – według danych NBP – założenie depozytu o zapadalności powyżej roku daje już średnio mniej niż 1,2 proc. To rekordowo niski poziom. Na domiar złego inflacja przyspieszyła (w sierpniu wyniosła 1,8% r/r), a jej prognozy wskazują na dalszy wzrost. To oznacza, iż realne oprocentowanie depozytów jest ujemne. Tak więc w rzeczywistości na lokacie bankowej nie tylko nic nie zyskamy, ale nawet nie ochronimy siły nabywczej naszego kapitału. Nic nie wskazuje także, by w najbliższej przyszłości miało się coś zmienić na lepsze dla deponentów. Przewodniczący RPP, Adam Glapiński, spodziewa się, że stopy procentowe nie ulegną zmianie przynajmniej do końca przyszłego roku.

Trudno w tej sytuacji dziwić się, że coraz mniej Polaków satysfakcjonuje oferta banków, czemu dają wyraz masowo wycofując z nich swoje oszczędności. W czerwcu br. suma depozytów terminowych osób prywatnych spadła już do najniższego poziomu od dwóch lat (dane NBP). Przypomnijmy, iż dokonało się to w warunkach poprawiającej się sytuacji gospodarczej.

Gdzie trafiają wycofywane pieniądze? W poszukiwaniu bardziej intratnych możliwości – zwłaszcza zamożni Polacy – masowo zaczęli analizować dostępne alternatywy. Jednak bardziej zyskowne produkty inwestycyjne wiążą się z większym ryzykiem. Właśnie z tego powodu dla wielu oszczędzających najbardziej atrakcyjną relacją zysk/ryzyko stały się inwestycje w nieruchomości. Pomimo wysokiego progu wejścia zdecydowali się więc na inwestycje w mieszkania, apartamenty i aparthotele, co w efekcie spowodowało napływ szerokiego strumienia gotówki na rynek. Potencjalne stopy zwrotu z wynajmu mieszkania (4-6%) pozostawiają daleko w tyle nawet najbardziej promocyjne lokaty bankowe.

Według danych NBP jeszcze nigdy Polacy nie wydawali tak dużo gotówki na zakup mieszkań. W samym I kw. 2017 r. – w zaledwie 6 miastach i to tylko w biurach sprzedaży deweloperów – wydali oni na nowe lokale około 4,4 mld złotych (co stanowiło około 67% transakcji). Na rosnące zapotrzebowanie elastycznie reaguje branża nieruchomości. Dzięki temu na rynku można znaleźć propozycje odpowiadające na bardzo zróżnicowane preferencje, oczekiwania i możliwości nabywcze klientów. Poczynając od typowych mieszkań w popularnym budownictwie, po bardziej wysublimowane propozycje, jak luksusowe apartamenty w centrach największych miast. Wciąż przybywa również propozycji skierowanych do osób szukających możliwości bezobsługowej inwestycji, co wyraźnie widać na przykładzie wciąż stosunkowo nowego na polskim rynku condo. W samych miastach w budowie i planach jest ponad 2 500 jednostek condo (raport „Aparthotele w dużych miastach”, InwestycjewKurortach.pl). W zamian za współfinansowanie budowy obiektu hotelowego, kupujący uzyskuje własność pokoju wraz z kilkuletnią gwarantowaną stopą zwrotu (najczęściej 6-9%).

Dziś trudno dokładnie przewidzieć jak długo będzie trwał boom w tym sektorze. Plany inwestycyjne deweloperów na najbliższe 2-3 lata zdają się wskazywać, że dzięki niskim stopom procentowym rynek condo będzie się w tym czasie dalej szybko rozwijał.

 

Źródło: JAKUB NIECKARZ, PREZES PVI – PROPERTY VALUE INVESTMENTS

Rada Polityki Pieniężnej (RPP) pozostawiła stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Oznacza to, że w dalszym ciągu możemy cieszyć się z historycznie niskich stóp procentowych, co jest szczególnie ważne dla wszystkich kredytobiorców zadłużonych w naszej walucie. Jednak już za kilka miesięcy, gdy stopy procentowe wzrosną, rata może być wyższa nawet o kilkanaście procent.

Spośród stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego (NBP) najważniejsza z punktu widzenia osób spłacających kredyty jest stopa referencyjna, która od marca 2015 roku wynosi 1,50 proc. To właśnie od jej poziomu w pośredni sposób zależy poziom stopy Wibor i oprocentowanie kredytów detalicznych. Najczęściej używana przez banki stawka 3-miesięczna utrzymuje się od wielu miesięcy na poziomie 1,70-1,73  proc., co w wymierny sposób przekłada się na portfele kredytobiorców. Przykładowo osoba, która w 2008 roku zaciągnęła kredyt na 30 lat rozpoczynała spłatę zobowiązania z ratą około 710 złotych na każde 100 tys. kredytu, natomiast dzisiaj rata jest niższa o prawie 40 proc. i wynosi około 430 złotych. Również osoby, które zaciągnęły kredyty kilka lat później także zyskują dzięki niższemu oprocentowaniu. W przypadku kredytu zaciągniętego we wrześniu 2013 roku rata uległa obniżeniu o około 10 proc. Cztery lata temu pierwsza rata wynosiła 460 złotych na 100 tys. zadłużenia, a dzisiaj co miesiąc należy płacić około 410 złotych.

Wyższe stopy, wyższe raty

Tak niskie stopy procentowe będą się utrzymywać jeszcze co najmniej przez kilka miesięcy. Podwyższenia stóp przez RPP można najwcześniej spodziewać się  pod koniec 2018 roku, chociaż coraz więcej czynników wskazuje na to, że może to nastąpić nie wcześniej niż w 2019 roku. Inflacja pozostaje na stabilnym poziomie poniżej celu inflacyjnego NBP, presja płacowa nie wzrasta, a ostatnie umocnienie złotego także nie przemawia za podwyżką stóp procentowych. Również wypowiedzi członków RPP wskazują na to, że stopy procentowe nie będą w najbliższym czasie podwyższane. Warto jednak już dzisiaj mieć świadomość, że prędzej czy później stopy procentowe wzrosną i raty kredytu ulegną podwyższeniu. Czy wszyscy kredytobiorcy są świadomi jak bardzo mogą wzrosnąć miesięczne koszty kredytu?

Jak widać wzrost rat może być bardzo znaczący, szczególnie jeśli wybraliśmy długi okres kredytowania. W takim przypadku poziom oprocentowania w większym stopniu wpływa na wysokość raty, niż w sytuacji gdy kredyt spłacamy w krótszym terminie. W przypadku kredytu na 35 lat, powrót stóp procentowych do poziomu sprzed zaledwie 5 lat będzie oznaczał wzrost miesięcznej raty nawet o 50 procent. Dla 200 tysięcy zadłużenia nominalnie będzie to rata wyższa o 438 złotych, jednak dla kredytu w kwocie 500 tys. złotych rata wzrośnie o prawie 1100 złotych, co może już spowodować pewne perturbacje w budżecie domowym. Oczywiście wzrost raty do tego poziomu nie będzie skokowy, nie wzrośnie ona z dnia na dzień, ale zaciągając dzisiaj kredyt trzeba mieć koniecznie świadomość tak dużego ryzyka.

Czy przed wzrostem rat można się zabezpieczyć?

Jednym z zabezpieczeń, z którego może skorzystać osoba zaciągająca dzisiaj kredyt jest wybranie oferty ze stałą stopą procentową. Praktyka rynkowa pokazuje jednak, że jest to zabezpieczenie tylko teoretyczne. Dzisiaj kredyt ze stałą stopą procentową mają w swojej ofercie tylko 4 banki i są to oferty, które gwarantują klientowi stałe oprocentowanie przez maksymalnie 5-7 lat. Po upływie tego okresu następuje ponowne ustalenie stałej stopy na kolejny okres lub następuje zmiana sposobu ustalania oprocentowania i od tego momentu jest ono zmienne, tak jak w przypadku innych kredytów. Nie ma zatem ofert, które zagwarantują stałe oprocentowanie na cały okres kredytowania. Co prawda stała rata np. na 5 lat daje pewną stabilizację finansową, jednak nie zabezpiecza w całości przed ryzykiem stopy procentowej. Ponadto, decydując się na taką ofertę musimy liczyć się z tym, że rata kredytu będzie wyższa, niż rata kredytu ze zmienną stopą procentową. Także po zakończeniu okresu stałej stopy procentowej marża do ustalenia zmiennej stopy może być wyższa, niż w sytuacji gdy od początku zdecydujemy się na zmienną stopę.

W ostatnich latach obserwowaliśmy głównie spadek stóp procentowych i obniżające się w konsekwencji raty kredytów złotowych. Dzięki zmiennemu oprocentowaniu obniżenie stóp procentowych wpływało w pozytywny sposób na portfele kredytobiorców. W perspektywie najbliższych kilku lat trzeba jednak przygotować się na odwrócenie tego zjawiska. Wzrost stóp procentowych, niezależnie od skali podwyżek, przełoży się tym razem w negatywny sposób na finanse gospodarstw domowych. Warto mieć świadomość tego zjawiska i rzetelnie przeanalizować wszelkie ryzyka i swoje możliwości w chwili, gdy podejmujemy decyzję o zaciągnięciu kredytu. Należy bowiem pamiętać, że niska rata jaką dzisiaj płacimy nie będzie obowiązywać do końca spłaty kredytu i trzeba będzie zmierzyć się z wyższymi comiesięcznymi opłatami.

Autor:  Michał Krajkowski, Główny Analityk, NOTUS Finanse S.A.

Rekordowe wyniki aktywności i sprzedaży deweloperów musiały w końcu odbić się na cenach mieszkań. Systematyczne wzrosty doprowadziły do tego, że aktualnie Indeks Cen Transakcyjnych znajduje się najwyżej od dokładnie sześciu lat.

Mimo realnej wizji pojawienia się na rynku tysięcy tanich mieszkań na wynajem pochodzących z programu Mieszkanie Plus, Polacy nie przestają kupować nieruchomości. 859,84 pkt – najnowszy odczyt Indeksu Cen Transakcyjnych Home Brokera i Open Finance ma wartość najwyższą od sierpnia 2011 roku. Ceny mieszkań w głównych ośrodkach miejskich wzrosły w ciągu roku o 3,4 proc. Warto jednak zwrócić uwagę na dynamikę w ostatnich miesiącach, przez ostatnie pół roku stawki wzrosły o 5,7 proc.

Główny Urząd Statystyczny regularnie informuje o kolejnych rekordach w działalności deweloperów. W okresie styczeń-lipiec tego roku wystąpili oni o ponad 80 tys. pozwoleń na budowę mieszkań, o prawie 40 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Imponują także wzrosty liczby rozpoczętych budów (28 proc. r/r) i lokali oddanych do użytkowania (10 proc. r/r). Tak wysoka aktywność firm jest pochodną zainteresowania ze strony kupujących.

Indeks Cen Transakcyjnych Home Broker i Open Finance

We wszystkich najważniejszych miastach ceny mieszkań w ostatnim roku wzrosły – wynika z obliczeń Home Brokera. Na szczególną uwagę zasługują Gdańsk i Łódź, gdzie roczna zmiana jest największa. W pierwszym mieście wzrost wyniósł 11,5 proc., a w drugim 28,1 proc. Szokować może dynamika zmiany w Łodzi, acz trzeba pamiętać, że historycznie przeciętna cena metra kwadratowego w tym mieście cechuje się dużą zmiennością, a rok temu mediana ceny była wyjątkowo niska (poniżej 3,6 tys. zł za mkw.) i obecny odczyt porównywany jest do tej niskiej bazy. To nie jest jednak tak, że inwestorzy rzucili się na lokale w Łodzi i ceny poszybowały w kosmos. Za taką zmianą stoi raczej zmiana struktury kupowanych nieruchomości. Gdy sprzedaje się mniej mieszkań starszych, a więcej nowych, w lepszych lokalizacjach, przeciętna cena transakcyjna rośnie. Nie znaczy to jednak, że rosną wyceny konkretnych lokali.

 

Drożej w wielu miastach

Mediana (to ona służy nam do wyliczeń) ceny metra kwadratowego wzrosła w większości miast, jedynymi dużymi miastami z obniżkami są w tym tygodniu Białystok, Gdynia i Katowice. Poza wspomnianymi Gdańskiem i Łodzią, po stronie wzrostów warto zauważyć Poznań (+7,5 proc.), Kraków (+4,3 proc.), Warszawę (+3,5 proc.) i Wrocław (+1,6 proc.). To największe rynki w kraju i skala zmian podobna do średniej dla całości nie powinna dziwić.

Piąty miesiąc z rzędu w górę poszła przeciętna cena w Warszawie, na początku roku było to poniżej 7 tys. zł za mkw., aktualnie zaś wartość ta przekracza 7350 zł za mkw. Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że w ostatnim roku ceny transakcyjne na stołecznym rynku pierwotnym najbardziej wzrosły na Bemowie, Bielanach, Ochocie i Wilanowie (5-6 proc.). Z kolei na rynku wtórnym jedyną dzielnicą, gdzie wzrost przekroczył 5 proc. była Praga Południe , za to na Ochocie i Włochach przeciętne stawki obniżyły się o ponad 6 proc. Aktywności kupujących sprzyja duże zróżnicowanie oferty, co dotyczy zarówno lokalizacji, jak i standardu i wielkości mieszkań.

Co stoi za wzrostami cen mieszkań w Polsce?

W ostatnich miesiącach mieszkania kupują zarówno osoby dysponujące gotówką jak i ci, którzy posługują się kredytem bankowym. Jeśli chodzi o rynek kredytowy, to rośnie zarówno przeciętna kwota, jak i liczba pożyczek. Jest to efektem korzystnej sytuacji gospodarczej, w której przy niskich stopach procentowych spada bezrobocie, rosną pensje, a pracownicy czują się bezpieczniej na swoich stanowiskach. Są więc skłonni do podejmowania takich decyzji jak zakup mieszkania. Dotyczy to zarówno osób inwestujących w lokal pod wynajem, jak i tych, którzy kupują nieruchomość dla siebie.

Z obliczeń Open Finance wynika, że trzyosobowa rodzina o zarobkach w wysokości dwukrotności średniej krajowej, chcąca dziś kupić mieszkanie, może pożyczyć na 30 lat około 480 tys. zł, co jest kwotą o ok. 70 tys. wyższą niż rok temu.

Dokąd zmierzamy?

Sytuacja na rynku mieszkaniowym poprawia się już od ponad czterech lat. Początkowo o trendzie decydował rosnący popyt gotówkowy, ale od początku 2017 roku rośnie też popyt na kredyty mieszkaniowe. Ten przez siedem miesięcy bieżącego roku wzrósł o około 16 proc. – wynika z szacunków BIK. Sytuacja jest o tyle zaskakująca, że o kredyt jest trudniej. Banki wymagają przecież 20-proc. wkładu własnego, a marże kredytowe rosną. Dążenie to ułatwia dobra sytuacja na rynku pracy, która skutkuje rosnącymi wynagrodzeniami i poziomem zatrudnienia.

Eldorado trwa też dzięki rekordowo niskiemu poziomowi stóp procentowych. To skutkuje niskim oprocentowaniem kredytów i lokat. Szczególnie dzięki słabej ofercie dla oszczędzających Polacy szukają alternatywy dla swoich pieniędzy, znajdując ją na rynku mieszkań na wynajem. Póki co nie powinni obawiać się braku najemców biorąc pod uwagę jak wielu Ukraińców przyjechało do Polski w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Rzadko kupują oni mieszkania (w 2016 r. niewiele ponad tysiąc), częściej stają się najemcami. Z szacunków Open Finance wynika, że zajmują przynajmniej 100-200 tys. mieszkań, a pamiętajmy, że w Polsce wynajmowanych jest oficjalnie ok. 650-700 tys. lokali.

Prezydent wpłynie na wzrost cen?

Dane Home Broker i Open Finance, ale też NBP czy REAS pokazują, że w takim otoczeniu ceny mieszkań rosną. Diagnoza jest prosta – popyt przewyższa podaż i to pomimo rekordowej aktywności deweloperów. Nie sposób ocenić jak długo sytuacja ta będzie jeszcze trwała. Oprócz przytoczonych wyżej motorów wzrostu warto też zwrócić uwagę na inicjatywę, którą niedawno zgłosił Prezydent.

Chodzi o projekt nowelizacji ustawy o funduszu wsparcia kredytobiorców. Paradoksalnie może on przynieść ulgę nie tylko kredytobiorcom walutowym, ale też doprowadzić do wzrostu popytu na mieszkania. Jak? Nowe prawo to dodatkowe koszty dla banków – nawet 3,2 mld zł rocznie. Podobnym obciążeniem był tzw. „podatek bankowy”, a wiązać można go ze spadkiem oprocentowania lokat o około 0,4 – 0,5 pkt. proc. To znowu zmotywowało wiele osób do zakupu mieszkania na wynajem, co pozwala dziś zarobić nawet ponad cztery razy więcej niż przeciętny bankowy depozyt. Problem w tym, że najświeższe dane NBP sugerują, że kwota trafiająca na rynek mieszkaniowy, wraz ze spadkiem oprocentowania, zaczyna rosnąć w sposób wykładniczy.

Przykład? W 2012 roku oprocentowanie rocznych lokat było na poziomie około 4,5 proc., a do biur sprzedaży deweloperów z siedmiu miast trafiali nabywcy, którzy co kwartał wydawali około 1,5 mld zł na mieszkania. W 2014 roku oprocentowanie depozytów spadło do poziomu około 2,5 proc., a zakupy gotówkowe opiewały na około 2,1 mld zł kwartalnie. Spójrzmy jednak co dzieje się dalej. W 2016 roku oprocentowanie spadło już nieznacznie – do poziomu około 1,8 proc., a zakupy gotówkowe wzrosły do średniego poziomu prawie 3,5 mld zł kwartalnie. Zaskakujący był natomiast pierwszy kwartał br. Oprocentowanie na poziomie około 1,65 proc. było na tyle nieatrakcyjne, że Polacy zanieśli do biur sprzedaży deweloperów aż 4,4 mld złotych gotówki. Jeśli sytuacja dalej tak będzie się rozwijać, to nawet niewielki spadek oprocentowania może skutkować znacznym wzrostem popularności zakupów mieszkań na wynajem, a pokonanie bariery 6, 7 czy nawet 8 mld złotych trafiających co kwartał na rynek wydaje się w świetle dostępnych dziś danych prawdopodobne.

Nie jest jednak tak, że przed rynkiem nie ma zagrożeń, które mogą doprowadzić do bolesnej korekty. Wielkimi krokami zbliża się koniec programu dopłat do kredytów. Lada moment na rynek zaczną trafiać też mieszkania budowane w ramach programu Mieszkanie Plus, a jeśli wierzyć zapowiedziom, to stawki czynszu mieszkań oferowanych w jego ramach mogą być nawet trzykrotnie niższe niż na rynku. To może doprowadzić do spadku popytu na mieszkania. Do tego z każdym dniem coraz bliższa staje się perspektywa podwyżek stóp procentowych, przez które kredyty mogą zdrożeć, a oprocentowanie lokat wzrosnąć stając się znowu realną alternatywą dla inwestowania w mieszkania. Takie ruchy z łatwością mogą schłodzić rozgrzany rynek mieszkaniowy.

 

Źródło: Home Broker

W lipcu doszło do kosmetycznej podwyżki oprocentowania lokat bankowych. Jest to pierwsza pozytywna dla deponentów zmiana od 6 miesięcy. Do zmian mogły zachęcić umykające z bankowych kont pieniądze. W ciągu ostatnich 3 miesięcy Polacy wycofali z nich bowiem 5,9 miliardów – wynika z danych NBP.

Odpływ depozytów z systemu bankowego powoli staje się faktem. Już nie tylko niskie oprocentowanie lokat skłania do przenoszenia pieniędzy na rachunki ROR i oszczędnościowe, skąd łatwiej nimi dysponować. W ostatnich miesiącach dane sugerują też, że już nawet trzymanie pieniędzy na bankowych rachunkach przestaje być dla Polaków rozwiązaniem. Oszczędności wolą zainwestować bardziej ryzykownie – licząc na wyższy zysk, albo po prostu wydać na przyjemności. Ze statystyk publikowanych przez NBP wynika bowiem, że w lipcu Polacy trzymali w sumie 609,3 mld na złotowych rachunkach i lokatach w banku. To o 1,6 mld zł mniej niż w czerwcu i aż o 5,9 mld zł mniej niż trzy miesiące wcześniej (w kwietniu było to 615,2 mld zł).

Niespełna 12 złotych odsetek od odłożonego na rok tysiąca

Sytuacja taka może oznaczać, że wcale nie jest przypadkiem to, że lipiec był też pierwszym od pół roku miesiącem, w którym oprocentowanie depozytów wzrosło. Różnica była jednak kosmetyczna. Podczas gdy w czerwcu statystyczny deponent zadowalał się oprocentowaniem na poziomie 1,37% w skali roku, to w miesiąc później było to już 143% – wynika z danych NBP. Wciąż pozostają to więc stawki bardzo niskie. Zanosząc do banku 1000 złotych można bowiem przeciętnie liczyć na 14,3 zł odsetek w skali roku. Po potrąceniu podatku daje to zaledwie 11,58 zł rocznego zysku na rękę.

Na tyle można liczyć na przeciętnej lokacie, ale banki skłonne są dawać odrobinę więcej na lokatach trzymiesięcznych i rocznych – odpowiednio 1,58% i 1,6%. Wciąż jest to jednak za mało, aby pokonać inflację. Z pomocą mogą wtedy przyjść oferty promocyjne. Kierowane są one do nowych klientów lub ich nowych środków, choć nie jest to regułą. Dzięki nim można przeważnie liczyć na 2-3% w skali roku. W niektórych przypadkach możliwe jest też osiągnięcie nawet około 5% odsetek w skali roku, co już jest bardzo solidnym zyskiem. Ale uwaga! Promocyjne oferty limitują zazwyczaj górną granice kwot, którą można odłożyć na korzystnych warunkach.

Prezydent może ściąć stawki

Jest ponadto o wiele za wcześnie, aby doszukiwać się w pierwszej od miesięcy podwyżce oprocentowania początku jakiegoś trendu. Istnieje raczej poważne zagrożenie, że depozyty będą za jakiś czas jeszcze mniej atrakcyjne. Taki może mieć wpływ wprowadzenie w życie prezydenckiej propozycji nowelizacji ustawy o funduszu wsparcia kredytobiorców. Nowe prawo niosłoby pomoc kredytobiorcom z problemami i ułatwiłoby pozbycie się z systemu bankowego kredytów walutowych, ale to kosztuje, a banki gdzieś te dodatkowe pieniądze będą musiały znaleźć. Mogą obniżyć oprocentowanie depozytów, podmieść opłaty, marże kredytowe lub zadowolić się niższym zyskiem.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

 

 

Ponad 4 lata trwa ożywienie na rynku mieszkaniowym. Deweloperzy wyznaczają kolejne rekordy i budują najwięcej od lat. W tym roku wystąpili już o pozwolenia na budowę ponad 80 tys. mieszkań – o 39% więcej niż w analogicznym okresie 2016 roku.

Deweloperzy nie zasypiają gruszek w popiele – Polacy chcą kupować mieszkania na potęgę, a więc firmy dostarczają ich najwięcej w historii. Nawet jednak rekordowo duża podaż lokali nie jest w stanie zaspokoić potrzeb popytu. Efekt? Zarówno nowe jak i używane mieszkania drożeją. Z lipcowego odczytu indeksu cen Open Finance i Home Broker wynika wzrost o 3,5% w ciągu roku. Bank centralny idzie dalej i szacuje, że używane mieszkania w największych miastach zdrożały w ciągu roku o 5% – wynika ze wstępnych danych NBP za 2 kwartał br. Wszystko wskazuje na to, że pomimo rekordowej produkcji nowych nieruchomości deweloperzy nie nadążają za potrzebami.

Deweloperzy biją kolejne rekordy

Przez 7 miesięcy br. deweloperzy wystąpili o pozwolenia na budowę aż 80,2 tysięcy mieszkań – wynika z danych GUS. To o 39% wyższy wynik niż w analogicznym okresie rok wcześniej i najwięcej w historii. Poprzedni rekord przypadał na rok 2007 i był o prawie 20 tysięcy lokali niższy. Nienotowane nigdy wcześniej w historii osiągnięcia sugerują też dane o liczbie rozpoczętych budów. W tym wypadku od stycznia do lipca mowa jest o prawie 63 tys. mieszkań deweloperskich, czyli o 28% więcej niż przez 7 miesięcy 2016 roku.

Rekordowe są też dane o liczbie mieszkań oddawanych do użytkowania. Tu GUS od prawie 2 lat pokazuje coraz lepsze wyniki, co nie dziwi biorąc pod uwagę, że ożywienie na tym rynku obserwujemy od ponad 4 lat. Po prostu coraz liczniejsze budowy rozpoczynane w okresie polepszającej się koniunktury zaczynają mieć swój finał. Efekt? Przez 7 miesięcy do użytkowania oddano 45,2 tys. mieszkań deweloperskich. To o 10% więcej niż przed rokiem. W całej historii rodzimych firm deweloperskich ze zbliżonym wynikiem mieliśmy do czynienia jedynie w 2009 roku, kiedy to w okresie od stycznia do lipca oddano klucze do 43,7 tys. mieszkań deweloperskich – wynika z danych GUS.

Tak dobrze jeszcze nie było

Dotychczas ożywienie stymulowali nabywcy dysponujący gotówką na zakup. Skala ich aktywności jest dziś na poziomach nienotowanych w historii. W ciągu zaledwie 3 miesięcy br., w zaledwie 6 miastach i tylko w biurach sprzedaży deweloperów, wydali oni na nowe lokale około 4,4 mld złotych – wynika z danych NBP. Jest to kwota, która wystarczy na zakup 12,5 tys. mieszkań. Skala zakupów dokonanych bez użycia kredytu jest więc obecnie trzy razy wyższa niż w 2012 roku. Póki ożywienie opierało się na takich kupujących, sytuacja była względnie bezpieczna. Jak jednak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej od początku roku popyt na kredyty poważnie wzrósł. Przez 7 miesięcy progres wyniósł około 16% w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej. Jest to o tyle zaskakujące, że banki wymagają nawet 20-proc. wkładu własnego przy zaciąganiu kredytów hipotecznych, a gdyby tego było mało, to długi takie drożeją w związku z podwyżkami bankowych marż.

W gąszczu informacji o biciu kolejnych rekordów każdy powinien mieć jednak świadomość, że paliwo potrzebne do wzrostów pewnego dnia się wyczerpie. Z dużym prawdopodobieństwem hamowanie rozpocznie Rada Polityki Pieniężnej, która decyduje o poziomie stóp procentowych w Polsce. Jeśli w końcu Rada zdecyduje się podnieść stopy procentowe, powinno to spowodować wzrost oprocentowania depozytów (alternatywy dla zakupu mieszkania na wynajem), wzrost rat kredytowych, spadek liczby sprzedawanych mieszkań, a niewykluczone są także spadki ich cen – wszystko zależy od tego jak bardzo i jak szybko podniesiony zostanie koszt pieniądza w gospodarce.

 

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Oprocentowanie depozytów bankowych nie przestaje spadać. Banki wyznaczyły kolejne historyczne minimum. Odkładając na rok 1000 złotych można liczyć jedynie na 11,10 zł odsetek – wynika z szacunków Open Finance. To za mało, aby uchronić pieniądze przed inflacją.

Jeśli ktoś myślał, że banki nie mogą już zaoferować gorzej oprocentowanych lokat, był w błędzie. W czerwcu przeciętne oprocentowanie depozytów opiewało na zaledwie 1,37% – wynika z danych NBP. Niestety, tak skromnym procentem trzeba się jeszcze podzielić z fiskusem. Po potrąceniu tzw. podatku Belki możemy liczyć jedynie na wynik na poziomie 11,10 zł netto za każde 1000 zł zostawione w banku na rok – wynika z szacunków Open Finance.

Lepiej oprocentowane są lokaty roczne i kwartalne, choć i tu nie ma co liczyć na kokosy. Oba rodzaje depozytów pozwalają zarobić około 1,5 – 1,6%. Po uwzględnieniu podatku daje to niecałe 1,3% zysku w skali roku. Niestety nawet takie oferty są zbyt słabe, aby ochronić kapitał przed utratą wartości. Pamiętajmy, że zgodnie z prognozami NBP inflacja w 2017 roku może opiewać na 1,9%, a w latach kolejnych odpowiednio 2 i 2,5%. Aby uchronić kapitał przed inflacją za pomocą bankowych depozytów trzeba poświęcić niemało czasu na studiowanie ofert promocyjnych – dla nowych klientów i ich nowych środków. Nawet jednak wtedy nie ma co liczyć na jakiś solidny zysk. Stawką jest walka o to, aby pokonać inflację.

Gotówka pali w ręce

Efekt? Fundusze inwestycyjne, rynek akcji, obligacje skarbowe i nieruchomości  – słowem wszystkie popularne rozwiązania, które pozwalają ulokować nadwyżki finansowe – cieszą się dziś sporym zainteresowaniem Polaków.

Rezygnujemy z lokat

Obecna – niekorzystna dla deponentów sytuacja ma swoje konkretne konsekwencje. Polacy likwidują lokaty. Maj był pod tym względem rekordowy (saldo lokat i depozytów stopniało bez mała o 5,3 mld zł – najwięcej w historii). Czerwiec był mniej niepokojący. Co prawda z lokat wyparowały 3,7 mld zł, ale w tym samym czasie na kontach oszczędnościowych i bieżących przybyło o miliard więcej.

Każdy posiadacz kapitału musi mieć świadomość, że obecnie inflacja przeważnie szybciej pochłania siłę nabywczą pieniędzy, niż banki są w stanie dopisywać do nich odsetki. Jeśli więc ktoś zakłada lokatę, to najpewniej realnie na niej traci. Po prostu za wyjęte z banku za rok pieniądze będzie można kupić mniej niż dziś. Pewnym pocieszeniem może być fakt, że okresy realnych strat i zysków na bankowych depozytach przeplatają się. Te pierwsze nie trwają przeważnie dłużej niż rok czy dwa.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Zgodnie z projektem zgłoszonym przez Kancelarię Prezydenta RP, banki sfinansowałyby nowy subfundusz pomocy dla frankowiczów. Raz na kwartał płaciłyby składki nie większe, niż 0,5% wartości swoich kredytów walutowych. Według eksperta, to podniosłoby koszty usług bankowych. Byłoby tak, jak w przypadku podatku bankowego, gdy widocznie wzrosły opłaty za prowadzenie konta i wydanie karty kredytowej. Z drugiej strony, szacowana suma 100 mln rocznie od wszystkich banków, które mają w swoich aktywach portfele kredytów frankowych, raczej nie rozwiąże problemu.

Prace nad tzw. ustawą frankową wciąż trwają. Ostateczny projekt powinien być poprzedzony konsultacjami z Komitetem Stabilności Finansowej i środowiskiem bankowym. Krzysztof Michrowski z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office uważa, że nowe przepisy najwcześniej wejdą w życie w przyszłym roku. Jak podkreśla analityk i makler papierów wartościowych, ich bezpośrednim skutkiem będzie podniesienie opłat i prowizji bankowych oraz marży od udzielanych kredytów. Ponadto, jeszcze mocniej obniży się oprocentowanie depozytów, które już dziś zbliża się do poziomu 1%. Tymi sposobami, banki będą chciały zrekompensować sobie wydatki związane ze składkami na nowy subfundusz pomocy dla frankowiczów.

– Oczywiście nie uważam tego za słuszne, żeby wszyscy klienci banków mieli ponosić ciężar zobowiązań frankowiczów. Ale przewiduję, że wszelkie koszty, związane z wejściem w życie nowej ustawy frankowej, instytucje finansowe i tak przeniosą na konsumentów. Dlatego, należy opracować optymalną wysokość składek płaconych przez banki. Oczywiście instytucje finansowe, mające największe portfele kredytów walutowych, powinny wpłacać do funduszu najwięcej. Natomiast, banki, które nominalnie udzieliły mniej kredytów we frankach, takie jak Alior Bank, ING Bank Śląski, BOŚ Bank czy Citi Bank, należy obciążyć niższymi zobowiązaniami – zwraca uwagę Krzysztof Michrowski.

Według danych NBP, niespłacane walutowe kredyty mieszkaniowe były warte na koniec maja tego roku ok. 5,1 mld zł. Zgodnie z projektem prezydenckim, przy 0,5% składce kwartalnej, do subfunduszu trafiałoby niewiele ponad 100 mln zł rocznie od wszystkich banków, które udzielały kredytów we frankach. Zdaniem eksperta, to nie jest wystarczająca kwota, żeby faktycznie i wydatnie im pomóc. Liczba kredytobiorców frankowych to przecież ok. 700 tys. Polaków. Natomiast, wartość zaciągniętych przez nich kredytów sięga blisko 150 mld złotych.

– Działający już Fundusz Wsparcia Kredytobiorców przy BGK nie jest w pełni wykorzystywany. Od lutego 2016 do lipca 2017 roku, czyli przez prawie półtora roku skorzystało z niego około 600 zadłużonych osób, nie tylko we frankach. W sumie wypłacono wszystkim niecałe 15 mln zł. W związku z tym, rezerwa wynosi ok. 600 mln zł. Te środki, które nie są wykorzystywane, BGK mógłby pomnażać. Zachowując najwyższą staranność, ma prawo inwestować w papiery gwarantowane bądź emitowane przez Skarb Państwa, NBP, względnie wpuszczane do obiegu przez rządy lub banki centralne państw należących do OECD. Ewentualnie, może kupować lokaty w bankach – zaznacza Krzysztof Michrowski.

Zdaniem eksperta, jeśli zmienią się warunki korzystania z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców, zainteresowanie nim na pewno zwiększy się wśród frankowiczów. Obecnie zadłużony może otrzymać pomoc np. jeśli w dniu złożenia wniosku o wsparcie ma status bezrobotnego. W innej sytuacji, możliwe jest to, gdy ponosi miesięczne koszty obsługi kredytu mieszkaniowego w wysokości przekraczającej 60% dochodów, jakie w miesiącu osiąga jego gospodarstwo domowe. Jak wyjaśnia analityk, chcąc obliczyć, czy spełniamy ten wymóg, należy podzielić kwotę miesięcznej raty kapitałowo-odsetkowej, z miesiąca poprzedzającego dzień złożenia wniosku o udzielenie wsparcia, przez dochód gospodarstwa domowego w rozumieniu ustawy o pomocy społecznej.

– Pomoc jest udzielana też wówczas, gdy miesięczny dochód gospodarstwa jednoosobowego, pomniejszony o miesięczne koszty obsługi kredytu mieszkaniowego, nie przekracza zwaloryzowanej, zgodnie z przepisami ustawy o pomocy społecznej, kwoty wskazanej w art. 8 ust. 1 pkt 1 tej ustawy. Aktualnie wynosi ona 634 zł. Natomiast, w przypadku gospodarstwa wieloosobowego, miesięczny dochód pomniejszony o koszty obsługi kredytu mieszkaniowego, nie może być wyższy od iloczynu liczby członków gospodarstwa domowego kredytobiorcy i zwaloryzowanej, zgodnie z przepisami ustawy o pomocy społecznej, kwoty wskazanej w art. 8 ust. 1 pkt 2 tej ustawy. Ta kwota z kolei jest równa obecnie 514 zł – dodaje analityk z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.

Maksymalna wielkość pomocy, którą może uzyskać frankowicz z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców, wynosi 1500 zł miesięcznie. Zadłużony ma prawo otrzymywać ją nie dłużej, niż przez półtora roku. Po upływie 24 miesięcy od momentu zakończenia przekazywania wsparcia, kredytobiorca zobowiązany jest do oddania otrzymanej kwoty w ciągu 8 lat. Zwrot dokonywany jest w nieoprocentowanych ratach miesięcznych. Kredytobiorca jest informowany listownie przez BGK o harmonogramie spłat, kwotach rat oraz numerze rachunku do zwrotu wsparcia.

– Oferowana suma powinna być większa i uzależniona od wysokości raty kredytu lub salda zadłużenia. 1500 zł nieoprocentowanej pożyczki nie rozwiązuje problemu osoby, która utraciła stałe źródło dochodu i spłaca kredyt z 2007 roku np. w kwocie 260 tys. złotych. W związku z tym, że rata tego zobowiązana wzrosła już o 60-70%, frankowicz może płacić miesięcznie np. 2500 zł. Ponadto, okres pomocy powinien zostać wydłużony z obecnych 18 miesięcy do minimum 2 lub 3 lat – podsumowuje Krzysztof Michrowski.

 

Źródło: mondaynews.pl

Tylko 2,7 proc. oszczędności w bankach stanowią depozyty dłuższe niż dwa lata. I stale ich ubywa. Generalnie lokaty są w odwrocie. Z analizy ekspertów BGŻOptima wynika, że na rachunkach bieżących klienci trzymają już ponad 58 proc. swoich pieniędzy. 10 lat temu odsetek ten wynosił 49,2 proc.

W maju średnie oprocentowanie depozytów w Irlandii spadło do najniższego poziomu w całej strefie euro. Od 10 000 EUR banki gotowe były zapłacić po roku 10 EUR odsetek. Średnia w strefie euro wynosi natomiast 42 euro. Na największy zysk mogą liczyć oszczędzający na Słowacji – 176 euro. W Holandii oprocentowanie jest tylko nieznacznie niższe i wynosi 1,45 proc. rocznie co przekłada się na 145 EUR oszczędności w ciągu 12 miesięcy.

Pomimo rekordowo niskich stawek – 0,01 proc. – Irlandczycy gremialnie zanoszą do banków pieniądze. Oszczędności rosną szybciej niż w latach tuż po kryzysie, kiedy przeciętne oprocentowanie na wyspie wynosiło 3 proc. W maju wartość depozytów bankowych przekroczyła 98 mld EUR i jest to najwyższy poziom od 2010 r.

W Polsce w tym czasie saldo depozytów zmniejszyło się z 723 mld zł w marcu do 719 mld zł w maju. To pierwszy ubytek oszczędności bankowych od marca 2015 r.

Długie depozyty w odwrocie

Takie zachowanie klientów banków to skutek obniżenia wartości lokat z długim terminem zapadalności. Na rachunkach bieżących pieniędzy od wielu miesięcy stale przybywa. Spadek zainteresowania lokatami długoterminowymi jest coraz mocniej zauważalny. Z raportu „Sytuacja gospodarstw domowych w IV kwartale 2016 r.”, opublikowanym przez NBP w czerwcu br. wynika, że proces odwracania się klientów od depozytów terminowych zaczął się w połowie 2015 r. Wtedy osłabła dynamika napływu nowych środków do banków. W ostatnich trzech kwartałach 2016 r. po raz pierwszy saldo wypłat przekraczało saldo wpłat na depozyty.

Równocześnie banki zaczęły raportować rekordowe napływy środków na rachunki bieżące. Według NBP, w IV kwartale ubiegłego roku wartość gotówki i lokat a vista osiągnęła najwyższą dynamikę od kiedy prowadzone są badania, czyli od 2004 r. – 17,2 proc.

Analiza danych miesięcznych wskazuje, że w maju na depozytach bieżących Polacy trzymali już 58,2 proc. dostępnych pieniędzy. Rok wcześniej odsetek ten wynosił 51,7 proc., a dziesięć lat temu 49,2 proc.

Za mały procent

Zdaniem autorów raportu „Sytuacja gospodarstw domowych”, odwrót od długoterminowych lokat może wynikać z niewielkich różnic w oprocentowaniu w porównaniu do tych o kilkumiesięcznym terminie zapadalności. W IV kwartale ubiegłego roku na lokacie o ponad rocznym terminie zapadalności można było zarobić 1,7 proc. w skali roku, a na wszystkich innych rodzajach lokat – 1,5 proc.

To jednak nie tłumaczy dlaczego coraz więcej posiadaczy wolnych pieniędzy trzyma je na nieoprocentowanych rachunkach bieżących. Być może jest to skutek utrzymującej się od lat niechęci do lokowania pieniędzy na dłuższe okresy. W Polsce za długoterminowe depozyty uznaje się lokaty o terminie zapadalności do 2 lat, podczas gdy na rozwiniętych rynkach pod tym pojęciem rozumiane są lokaty pięcio- i dziesięcioletnie.

U nas depozyty dłuższe niż 24 miesiące stanowią margines całego portfela oszczędności. Z danych NBP wynika, że w maju Polacy zachomikowali na nich 20 053 mld zł, to zaledwie 2,75 proc. wszystkich bankowych depozytów bieżących i terminowych. Sytuacja nie zmienia się od lat. Dziesięć lat temu odsetek długich lokat stanowił 1,86 proc. portfela, 20 lat temu – 2,75 proc. Tylko na początku 2000 r. w bankach było nieco więcej depozytów o terminie zapadalności powyżej 2 lat, bo 5,86 proc. (w maju 2004 r.).

Przyczyny niewielkiego udziału lokat o długim terminie zapadalności są złożone. Wynikają m.in. ze struktury oferty bankowej, jak też przyzwyczajeń samych klientów, którzy chcą mieć dostęp do swoich oszczędności i nie są zainteresowani „zamrożeniem” kapitału na dłuższe okresy. Tym bardziej, że na rynku stale pojawiają się oferty depozytów na 3-6 miesięcy relatywnie atrakcyjnie oprocentowanych. Spadek zainteresowania lokatami wynika też częściowo z rosnącego popytu na inne produkty finansowe, oferujące potencjalnie wyższe stopy zwrotu, jak fundusze inwestycyjne, które notują dobre wyniki.

 

Autor: Piotr Marciniak, dyrektor zarządzający BGŻOptima

Czy niespotykane dotąd tempo sprzedaży mieszkań deweloperskich pociągnie za sobą podwyżki cen? Co za tym przemawia?

Sprzedaż nowych mieszkań nigdy jeszcze w Polsce nie szła tak dobrze. Kolejne raporty mówią o sukcesach firm i przynoszą następne rekordy. Popyt na mieszkania jest tak duży, że pomimo rekordowo wysokiej ilości wprowadzanych na rynek mieszkań i rozpoczynanych inwestycji, oferta deweloperów w sześciu największych miastach w Polsce w ostatnim kwartale, nie tylko nie wzrosła, ale jeszcze się skurczyła. Sprzedaż przerosła nową podaż. I już dziś prognozowany jest najlepszy, roczny wynik pod względem ilości sprzedanych mieszkań w całej historii rynku deweloperskiego.

Utrzymujący się od dawna duży apetyt na nowe mieszkania sprawia, że w ostatnich latach mogliśmy obserwować zjawisko powolnego, ale wyraźnego wzrostu cen. Najnowsze raporty mówią, że średnia cena mieszkań wprowadzonych do sprzedaży na sześciu głównych rynkach nieruchomości w kraju w drugim kwartale br. była o ponad 8 proc. wyższa niż lokali, które trafiły do oferty w poprzednich trzech miesiącach i o prawie 6 proc. wyższa od stawek ofertowych sprzed roku. Czy możemy się spodziewać dalszych wzrostów cen? Jakie czynniki mogą o tym zdecydować?

Zmiana struktury oferty mieszkaniowej

Obecny wzrost cen ofertowych mieszkań może być wynikiem zmiany struktury lokali, które w ostatnich miesiącach weszły do oferty. Dobra sytuacja gospodarcza w kraju i wzrost dochodów Polaków powoduje, że większym zainteresowaniem cieszą się mieszkania w wyższym standardzie, dlatego deweloperzy wprowadzają teraz więcej takich inwestycji. Poza tym, w nowej ofercie pojawiło się mniej mieszkań z segmentu popularnego, co można czytać jako odpowiedź firm na wyczerpujące się źródło dopłat w programie MdM i spadek popularności najtańszych ofert.

W najbliższym czasie możemy jednak być świadkami kolejnych wzrostów cen, na które wpływ będzie miała, już nie tylko jakość rozpoczynanych projektów, ale wyższe koszty budowy. W związku z przygotowywanymi na szeroką skalę inwestycjami infrastrukturalnymi w przyszłym roku najwyższe wzrosty mogą notować przede wszystkim koszty robocizny. Ponadto, jak informują deweloperzy, stale rosną ceny gruntów i zmniejsza się dostępność atrakcyjnych działek inwestycyjnych. Do tego dojdą jeszcze wyższe koszty finansowania projektów z uwagi na obciążenia nakładane na banki.

Lokata w nieruchomości

Ponadto, niezwykle znaczący wpływ na rozwój sytuacji na rynku mieszkaniowym, jak zauważa Tomasza Sadłocha z firmy Ochnik Development, ma poziom stóp procentowych. – Stopy referencyjne NBP utrzymują się obecnie na bardzo niskim poziomie 1,5 proc., a inflacja ustabilizowała się w granicach 2 proc. Oznacza to że mamy teraz ujemne realne stopy procentowe. To właśnie powód dla, którego kapitał gromadzony przez Polaków nie trafia na lokaty do banków, ale na rynek mieszkaniowy – informuje Tomasz Sadłocha. – Nic nie wskazuje jednak na to, żeby w najbliższym czasie miało się coś w tym względzie zmienić i spowodować osłabienie aktywności inwestorów indywidualnych – dodaje. Zdaniem przedstawiciela Ochnik Development, utrzymujący się na tak dużym poziomie popyt na mieszkania może stymulować wzrost cen w dłuższej perspektywie czasu.

Względne ryzyko dla komercyjnego rynku mieszkań niesie natomiast rządowy program Mieszkanie Plus. Projekt zakłada budowę tanich lokali z przeznaczeniem na wynajem, które mają powstawać także na terenach należących do PKP. Przedsięwzięcie jest jednak dopiero przygotowywane do realizacji, pierwsze budynki staną nie wcześniej niż pod koniec przyszłego roku, a w zaawansowaną fazę projekt ma wejść dopiero za kilka lat. Ponadto, program skierowany jest do grupy osób, które nie mogą sobie pozwolić na zakup mieszkań oferowanych na rynku.

Warszawskie mieszkania o 10 proc. droższe niż przed rokiem

Na największym rynku deweloperskim w kraju ceny ofertowe w ostatnich miesiącach wzrosły bardzo wyraźnie. Mieszkania wprowadzone do sprzedaży w Warszawie w drugim kwartale tego roku były o prawie 5 proc. droższe od tych, które weszły na rynek w poprzednich trzech miesiącach, a w porównaniu z lokalami oferowanymi przed rokiem zdrożały niemal o 10 proc. Według danych Reas, między kwietniem a czerwcem br. na warszawskim rynku nowych mieszkań wzrosła też o kilka procent średnia cena transakcyjna.

Przyczynę zwyżki cen transakcyjnych Tomasz Sadłocha upatruje w rosnącej fali zakupów inwestycyjnych, którą można obserwować również w inwestycjach Studio Centrum i Dzielna 64 prowadzonych przez Ochnik Development na warszawskim Muranowie. – Znaczący wpływ na kształtowanie się cen mają preferencje zakupowe nabywców mieszkań. Potęgujące się zainteresowanie zakupem dobrze zlokalizowanych, niewielkich mieszkań ze strony inwestorów indywidualnych przynosi wzrost średniej ceny sprzedawanych mieszkań, ponieważ stawka za metr w przypadku lokali kompaktowych jest wyższa. Podobne oddziaływanie na statystyki ma zakup mieszkań o podwyższonym standardzie i apartamentów, które także pozostają w sferze zainteresowania klientów inwestycyjnych – informuje Tomasz Sadłocha.

Ostatnie analizy dotyczące warszawskiego rynku wtórnego także mówią o wzroście średnich cen transakcyjnych. W połowie bieżącego roku przeciętna cena kupowanych w Warszawie mieszkań z drugiej ręki wzrosła do ponad 7700 zł za mkw. Analitycy przyznają, że z takimi cenami zakupu nie spotykali się w stolicy już od dawna, w ostatnich kilkunastu miesiącach średnie stawki wahały się od 7200 zł do 7500 zł/mkw.

 

 

Autor: Ochnik Development

Na początku br. sytuacja przedsiębiorstw poprawiła się i pozostała wyraźnie powyżej swojej długookresowej średniej – wynika z kwietniowej analizy sytuacji polskich przedsiębiorstw przeprowadzonej przez ekspertów NBP.

Źródłem wzrostu optymizmu było zwiększenie sprzedaży, w efekcie rosnącej konsumpcji. Z kolei wzrost konsumpcji powiązany był z rosnącymi płacami, malejącym bezrobociem i działaniem programu „Rodzina 500 plus”.

Za ważny czynnik poprawy kondycji firm należy uznać ponadto oczekiwania na rozpoczęcie inwestycji finansowanych środkami pomocowymi UE z nowej perspektywy finansowej 2014-20 – stwierdzają analitycy banku centralnego.

Wiele międzynarodowych organizacji, które dotychczas wstrzemięźliwie oceniały potencjał wzrostu PKB Polski, podwyższyło swoje prognozy. Wszystko wskazuje na to, że tegoroczny wzrost PKB Polski będzie wyraźnie wyższy niż przewidywane wcześniej 3,6 proc.

Przypomnijmy, że wzrost gospodarczy to powiększanie się zdolności danego społeczeństwa do produkcji dóbr i usług zaspokajających ludzkie potrzeby. PKB, czyli produkt krajowy brutto wzrósł w Polsce w 2016 roku w relacji do roku 2015 o 2,8 procent. Tegoroczne przyspieszenie do powyżej 3,6 proc byłoby więc znakomitym wynikiem.

PKB jest sumą wartości dóbr i usług wytworzonych w ciągu roku w danym kraju, jest też więc miernikiem zamożności zamieszkującego w tym kraju społeczeństwa. Tempo wzrostu PKB pośrednio świadczy więc o wzroście dobrobytu.

Czynnikami pobudzającymi aktywność gospodarki są – na krótszą metę – popyt konsumpcyjny i inwestycyjny. W dłuższym czasie wzrost PKB zapewniają dostateczna podaż i efektywność bazy wytwórczej. Na tempo zmian PKB oddziaływają poziom zatrudnienia oraz wydajność pracy. Z kolei źródłem wzrostu wydajności jest postęp techniczny oraz inwestycje.

Korzyścią ze wzrostu gospodarczego i rozwoju gospodarczego jest podwyższenie standardu życia, lepsza sytuacja socjalna, większe bezpieczeństwo publiczne. Jednak sam wzrost PKB nie gwarantuje wzrostu stopy życiowej czy dobrobytu społeczeństwa.

Należy bowiem pamiętać, że PKB jest tylko pewną konwencją liczenia wartości produkcji. W uproszczeniu jest to suma wartości wszystkich dóbr i usług, wartość jest zaś iloczynem ilości i ceny. Dlatego też możliwy jest wzrost PKB przy niezmienionej produkcji a jedynie przy rosnących cenach. Doświadczać mogą tego, na przykład, kraje-producenci ropy naftowej przy rosnących cenach tego surowca.

Ekonomiści posługują się następującymi miernikami wzrostu gospodarczego:

– produkt krajowy brutto (PKB) – całkowita wartość dóbr i usług wytworzonych przez społeczeństwo w ciągu danego roku na terenie danego kraju (kiedy rośnie PKB społeczeństwo staje się bogatsze),

– produkt narodowy brutto (PNB) – całkowita wartość wyrobów i usług wytworzonych przez obywateli danego kraju w ciągu jednego roku,

– wielkość produktu brutto przypadająca na jednego mieszkańca (PKB per capita).

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Większość Polaków jest w swoich deklaracjach zgodna – nieruchomości to najbardziej opłacalna forma inwestycji. W ciągu ostatnich 8 lat rok w rok na takie przekonanie wskazywały sondaże Deutsche Bank. Jest ono powszechne, niezależne od płci, miejsca zamieszkania, czy poziomu zarobków. Im osoba bardziej zamożna, tym zakup nieruchomości w celach inwestycyjnych bardziej popularny. Co ciekawe osoby majętne wolą kupować mieszkania na kredyt, niż za gotówkę.

Posiadanie nieruchomości na własność jest marzeniem większości Polaków. Wynajem mieszkania często traktujemy jedynie jako przejściowy i krótkotrwały stan na drodze do własnego M. – Taka postawa nie powinna jednak dziwić. Wystarczy, że przypatrzymy się cenom wynajmu mieszkań w większości dużych miast w Polsce – komentuje Paweł Sienkiewicz, Dyrektor Departamentu Produktów Kredytowych, Deutsche Bank Polska. – Niestety, rynek najmu w Polsce w porównaniu do innych europejskich krajów jest nadal słabo rozwinięty, a koszty relatywnie do poziomu zarobków są zazwyczaj bardzo wysokie.

Z kolei zdaniem prof. Małgorzaty Bombol ze Szkoły Głównej Handlowej,  Polacy ze względów historycznych i kulturowych utożsamiają posiadanie na własność nieruchomości z poczuciem stabilizacji i bezpieczeństwa.

Wygrywa chłodna kalkulacja

Wysoki koszt wynajmu to duży problem dla tych, którzy muszą co miesiąc przelewać na rachunek właściciela pokaźną sumę. Równocześnie stan ten powoduje, że wiele osób kupuje mieszkania w celach inwestycyjnych, licząc na spory zarobek. Badanie Deutsche Bank, którego wyniki zostały ujęte w wydanym właśnie raporcie „Portret zamożnego Polaka – Klienta Premium”, pokazuje, że zakup mieszkania w celach zarobkowych to praktyka stosowana częściej przez osoby zamożniejsze, choć także w tej grupie nie jest to regułą. Taki cel zakupu nieruchomości deklarują przede wszystkim osoby w średnim i dojrzałym wieku. Młodzi, nawet jeśli ich zarobki są wysokie, zazwyczaj kupują nieruchomości po to, aby w nich zamieszkać.  Co drugi zamożny Polak do 34. roku życia uznał, że za pożyczone od banku pieniądze kupiłby mieszkanie na własne potrzeby. Natomiast wśród osób w wieku 45 – 54 lat, co piąty zaciągnąłby kredyt, aby zakupić mieszkanie na wynajem.

– Osoby zamożne w dojrzalszym wieku najczęściej posiadają już jakąś nieruchomość na własny użytek.  Najczęściej zgromadziły już też określony majątek, więc teraz ich celem jest jego pomnażanie właśnie poprzez odpowiednie inwestycje, np. na rynku nieruchomościmówi Paweł Sienkiewicz.Jeśli osiągamy regularne, wysokie zarobki,  duża rentowność inwestycji w nieruchomości, przy równoczesnym tanim kredycie i rosnących od lat nieprzerwanie cenach lokali, wydaje się być kusząca ocenia. Nie bez znaczenia jest też, jak podkreśla ekspert, opinia, że nieruchomości są najbardziej bezpieczną inwestycją w dłuższej perspektywie.

Zamożny kupuje na kredyt

Jak pokazuje badanie Deutsche Bank, wysokie zarobki zwiększają skłonność do sięgnięcia po kredyt mieszkaniowy. Tylko co dziesiąty zamożny Polak zdecydowałby się na zakup nieruchomości za gotówkę. Co czwarty uważa, że kredyt mieszkaniowy to przydatne rozwiązanie. W gronie zamożnych Polaków odsetek osób skłonnych skorzystać z kredytu hipotecznego jest ponad trzykrotnie większy od preferujących zakup lokalu za gotówkę.

– Obecne warunki rynkowe sprzyjają zaciąganiu kredytów. Nadal utrzymują się rekordowo niskie stopy procentowe, co wpływa na relatywnie niski koszt zewnętrznego finansowania. Co więcej, zgodnie z zapowiedziami prezesa NBP, można liczyć, że do końca przyszłego roku nie będzie potrzeby podwyższania stóp procentowych – mówi Paweł Sienkiewicz. – Jednak warto pamiętać, że w perspektywie kolejnych lat podwyżki stóp są bardzo prawdopodobne. Dlatego nawet jeśli mamy wystarczająco stabilne, wysokie dochody, pozwalające na komfortową spłatę kredytu zaciągniętego np. na zakup mieszkania w celach inwestycyjnych, trzeba to ryzyko zmiany stóp procentowych wziąć pod uwagę – podsumowuje.

 

Źródło: Deutsche Bank

Pięć lat temu Polacy uzyskali możliwość wykonywania natychmiastowych przelewów. Stało się to możliwe dzięki uruchomieniu przez KIR systemu Express Elixir. Dziś to najpopularniejszy w kraju system pozwalający przekazać pieniądze do odbiorcy w czasie liczonym w sekundach. W każdym miesiącu za jego pośrednictwem rozliczane są kwoty przekraczające miliard złotych. Operator systemu nie zwalnia tempa. Trwają właśnie prace nad usługą, dzięki której klienci banków prowadzących działalność w Polsce będą mogli zlecać przelewy natychmiastowe w euro.

Dla wielu z nas fakt, że istnieje możliwość przelewania pieniędzy z banku do banku w dowolnym momencie i to zaledwie w kilka sekund, jest dziś oczywistością. Jak pokazują statystyki systemu Express Elixir, coraz chętniej z takiej opcji korzystamy i to nie tylko w awaryjnych sytuacjach.

Start systemu Express Elixir w czerwcu 2012 r. można bez wątpienia uznać za jeden z kamieni milowych rozwoju polskiego sektora płatniczego – komentuje Grzegorz Leńkowski, dyrektor Linii biznesowej płatności natychmiastowe w KIR. – Dostępność przelewów natychmiastowych plasuje nas wśród najbardziej nowoczesnych i innowacyjnych gospodarek, jeśli chodzi o rozwój bankowości. Uruchomienie Express Elixir było reakcją na dynamicznie zmieniające się pod wpływem cyfrowej transformacji otoczenie. Sektor bankowy bardzo silnie odczuwał tę zmianę. Można powiedzieć, że jest do dziś w awangardzie digitalizacji. Polacy są otwarci na innowacje i oczekują praktycznych, szybkich i wygodnych rozwiązań, także w obszarze płatności i rozliczeń – mówi Grzegorz Leńkowski.

Płatności natychmiastowe – komfort dostępny nadal dla nielicznych

Prawdziwym światowym pionierem, jeśli chodzi o przelewy, których rozrachunek odbywa się w czasie zbliżonym do rzeczywistego była Szwajcaria. Już w 1987 r. bank centralny wdrożył system Swiss Interbank Clearing (SIC). Z oczywistych względów system ten, działający na zasadzie RTGS (real-time gross settlement), różni się jednak od projektowanych dla klienta detalicznego i bardziej nowoczesnych rozwiązań, które powstawały dwie dekady później w innych krajach, w tym w Polsce.

Faster Payments Service (FPS) – pierwszy europejski, nowoczesny i działający on-line system służący realizacji przelewów natychmiastowych został uruchomiony w maju 2008 r. w Wielkiej Brytanii z inicjatywy dziesięciu banków. Za obsługę systemu, podobnie jak w Polsce, odpowiada lokalna izba rozliczeniowa – VocaLink. Identycznie jak w przypadku Express Elixir, FPS umożliwia wykonywanie przelewów w trybie 24/7/365, a faktyczny czas realizacji transakcji jest liczony w sekundach. Z danych VocaLink wynika, że tylko w maju br. Brytyjczycy wykonali 141 mln przelewów w systemie FPS na kwotę 115 mld funtów.

W listopadzie 2012 r. system płatności natychmiastowych uruchomiła szwedzka izba rozliczeniowa Bankgirot, a jego pierwsze wykorzystanie dotyczyło cieszącego się obecnie ogromnym powodzeniem systemu płatności mobilnych Swish. W założeniach operatora Bankgirot, system płatności natychmiastowych ma być podstawą do rozwoju kolejnych, nowoczesnych usług związanych np. z płatnościami w e-commerce. Islandczycy z kolei mogą zlecać przelewy natychmiastowe w swoim systemie Greiðsluveitan tylko w określonych godzinach, a nie całodobowo, jak ma to miejsce w Polsce. Obecnie trwają już tam prace nad nowym, bardziej nowoczesnym rozwiązaniem. System płatności natychmiastowych został wdrożony z powodzeniem także w Danii, a jego operatorem jest izba rozliczeniowa Nets. Poza Europą własne systemy tego typu wprowadziły m.in. Brazylia, Meksyk, RPA, Indie, Japonia czy Singapur. W wielu krajach trwają obecnie prace mające na celu uruchomienie takich płatności, jak np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie za projekt odpowiedzialna jest izba rozliczeniowa – The Clearing House.

Polacy polubili przelewy natychmiastowe

W momencie startu usługi w 2012 r., uczestnikami systemu Express Elixir były trzy banki: Bank Millennium, BRE Bank (obecnie mBank) i Meritum Bank (przejęty przez Alior Bank). Dziś możliwość realizowania przelewów za pośrednictwem systemu oferuje większość komercyjnych banków oraz blisko 70 banków spółdzielczych funkcjonujących w ramach stowarzyszeń SGB i BPS.

Usługa z roku na rok zdobywa coraz większe uznanie. Jak wynika z badania ARC Rynek i Opinia „Przelewy ekspresowe i P2P” zrealizowanego w marcu 2017 r. na zlecenie KIR, 79 proc. osób aktywnie korzystających z bankowości internetowej zna choćby ze słyszenia pojęcie przelewy natychmiastowe. Natomiast 38 proc. ocenia tę usługę jako bardzo przydatną.

Imponujący rozwój systemu potwierdzają również stale notowane wzrosty liczby i wartości transakcji. Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że w I kwartale 2017 r. system po raz kolejny powiększył udział rynkowy. W tym okresie za pośrednictwem Express Elixir rozliczono 950 tys. przelewów, czyli niemal o 490 tys. więcej niż w I kw. 2016 roku na łączną kwotę 3,34 mld zł.

W listopadzie ubiegłego roku wartość przelewów wykonanych w systemie Express Elixir po raz pierwszy osiągnęła miliard złotych i od tego czasu miesięczna wartość przelewów każdorazowo przekracza tę kwotę. W samym tylko czerwcu br. wartość transakcji zrealizowanych za pośrednictwem systemu wyniosła 1,39 mld zł, czyli o 59 proc. więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku.

Wysoko cenimy możliwość realizacji przelewów natychmiastowych. Dane z badań, jakie przeprowadziliśmy pokazują, że ponad połowa użytkowników bankowości on-line sięga po to rozwiązanie w sytuacji, gdy chce mieć pewność, że przesyłane pieniądze trafią od razu na rachunek odbiorcy. Klienci banków często również zlecają przelewy natychmiastowe przy okazji robienia zakupów w sklepach internetowych czy opłacania rachunków w ostatniej chwili – dodaje Grzegorz Leńkowski. Część przelewów w systemie stanowią te, realizowane przez przedsiębiorstwa. Firmy chętnie wykorzystują to narzędzie i doceniają wysoki limit kwoty transakcji, wynoszący jednorazowo 100 tys. zł. Przy czym warto zaznaczyć, że system nie ogranicza liczby takich transakcji w ciągu doby.

Stały rozwój systemu

Co ważne, pojawiają się nowe, ciekawe rozwiązania, których funkcjonowanie opiera się na  infrastrukturze Express Elixir. Przykładem tego typu usługi są przelewy natychmiastowe na numer telefonu (płatności mobilne P2P). W celu przesłania pieniędzy z wykorzystaniem telefonu pomiędzy rachunkami, nie trzeba znać numeru konta odbiorcy, a jedynie jego numer telefonu. Jest to rozwiązanie łączące w sobie szybkość i wygodę. Z usługi w pełnym zakresie mogą skorzystać w tej chwili klienci pięciu banków, w ramach ich aplikacji mobilnych. Przelewy na numer telefonu są realizowane za pośrednictwem systemu BLIK.

W marcu tego roku do systemu Express Elixir przyłączony został Narodowy Bank Polski. Dzięki przystąpieniu NBP do systemu Express Elixir przelewy m.in. do ZUS i organów administracji celno-podatkowej mogą być księgowane w czasie liczonym w sekundach.

– Uruchomienie przelewów natychmiastowych w NBP to ważne wydarzenie dla nas jako twórców Express Elixir, ale przede wszystkim dla gospodarki. Jestem przekonany, że w przyszłości, aby sprostać wymogom konsumentów i globalnej konkurencji, niemal wszystkie transakcje międzybankowe będą dokonywane w sposób natychmiastowy – mówi Grzegorz Leńkowski.

Jak podkreśla ekspert, to nie koniec innowacji. Europejski Bank Centralny zamierza uruchomić pod koniec przyszłego roku ogólnoeuropejski system na potrzeby rozrachunku przelewów natychmiastowych (Target Instant Payments Settlement – TIPS). Paneuropejski węzeł, który umożliwi uzyskanie interoperacyjności w zakresie płatności natychmiastowych w euro, buduje także EBA Clearing, czyli spółka należąca do 53 europejskich banków. Obszar płatności natychmiastowych jest także przedmiotem prac innych instytucji funkcjonujących na rynku rozliczeń, takich jak SWIFT czy EACHA. W efekcie tych działań KIR wkrótce umożliwi bankom działającym na polskim rynku realizację przelewów natychmiastowych w euro. W tym zakresie KIR prowadzi obecnie prace nad nowym rozwiązaniem o roboczej nazwie Euro Express Elixir.

Kolejnym etapem prac nad przelewami ekspresowymi w euro ma być utworzenie paneuropejskiej bazy umożliwiającej komunikację z lokalnymi bazami numerów telefonów komórkowych powiązanych z numerami rachunków bankowych. Umożliwi to szybkie przesyłanie pieniędzy na numery telefonów pomiędzy osobami w ramach SEPA (Single Euro Payments Area).

 

Źródło: KIR

 

 

 

W najnowszej projekcji inflacji, analitycy Narodowego Banku Polskiego skorygowali prognozę wzrostu gospodarczego z 3,7 do 4 proc. na obecny rok, a w przypadku inflacji obniżyli z 2 do 1,9 proc. W projekcji nie pojawiły się żadne nowe sygnały, mogące wpłynąć na zmianę nastawienia Rady Polityki Pieniężnej, nadal więc należy zakładać, że stopy procentowe pozostaną na niezmienionym poziomie prawdopodobnie do końca 2018 r.

NBP ocenia, że inflacja będzie stopniowo rosła, osiągając przyjęty przez bank centralny cel (2,5 proc. +/- 1 punkt procentowy) w 2019 r. W porównaniu do poprzedniej, marcowej projekcji, zaobserwowano wzrost presji inflacyjnej, wynikający z wyższej dynamiki wzrostu gospodarczego oraz prognozowanej większej skali poprawy sytuacji na rynku pracy. Jej efekty widoczne będą mocniej dopiero od 2018 r. Nieznacznie z 1,6-2,5 proc. do 1,6-2,3 proc. obniżona została prognoza rocznej dynamiki cen konsumpcyjnych na 2017 r. Na rok 2018 szacuje się ją na 1,1-2,9 proc. wobec poprzednio 0,9-2,9 proc., a na 2019 r. na 1,3-3,6 proc. przy wcześniejszym 1,2-3,5 proc. Najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada 1,9 proc. inflacji w tym roku, 2 proc. w przyszłym i 2,5 proc. w 2019 r.

Roczne tempo wzrostu PKB z 50 proc. prawdopodobieństwem znajdzie się w przedziale 3,4-4,7 proc. (poprzednio 3,4-4 proc.), w 2018 r. 2,5-4,5 proc., poprzednio 2,4-4,5 proc.) oraz 2,3-4,3 proc. w 2019 r. poprzednio 2,3-4,4 proc. Prognoza centralna zakłada 4 proc. wzrost PKB w obecnym roku oraz 3,5 proc. (poprzednia prognoza 3,3 proc.) w 2018 r. i 3,3 proc. w 2019 r. (poprzednio 3,2 proc.). Jednym z głównych źródeł niepewności realizacji tego scenariusza jest przyszła sytuacja na świecie, w tym kondycja gospodarki amerykańskiej oraz trudny jeszcze do określenie kształt polityki fiskalnej i pieniężnej w USA, zaś spośród czynników krajowych, elementem ryzyka może być niedostateczna podaż pracy, ograniczająca możliwości zwiększenia produkcji. Na razie głównym założeniem jest kontynuacja pozytywnych tendencji w gospodarce strefy euro i Stanach Zjednoczonych.

Analitycy NBP oceniają, że ustabilizowaniu inflacji towarzyszył wzrost inflacji bazowej, wynikający z poprawy koniunktury w kraju i wyższej dynamiki cen żywności, a dynamika kosztów pracy pozostała na umiarkowanym poziomie, zbliżonym do średniej z lat poprzednich. Poziom inflacji bazowej jest oceniany jako wciąż niski, a oczekiwania inflacyjne analityków i ekonomistów ustabilizowały się (na obecnym poziomie).

Głównym czynnikiem przyspieszenia wzrostu gospodarczego w pierwszym kwartale był rosnący popyt konsumpcyjny, wspierany przez wzrost płac i zatrudnienia, bardzo dobre nastroje konsumentów oraz wypłaty świadczeń. Jednocześnie dynamika inwestycji była zbliżona do zera (-0,4 proc. po -7,9 w 2016 r.), a wkład eksportu netto był także neutralny, przy jednoczesnym szybkim wzroście eksportu i importu. Dane wskazują, że w II kwartale dynamika PKB była zbliżona do tej z pierwszych trzech miesięcy roku, a głównym czynnikiem wzrostu w 2017 r. będzie nadal spożycie indywidualne, przy stopniowo rosnącej dynamice inwestycji. W kolejnych latach spodziewane jest spowolnienie tempa wzrostu spowodowane obniżeniem się napływu środków z Unii Europejskiej, zanikiem dynamiki związanej z oddziaływaniem programu 500+ oraz spodziewanym osłabieniem dynamiki wzrostu w strefie euro.

Do wyhamowania spadku inwestycji przyczyniło się zmniejszenie spadku inwestycji przedsiębiorstw i jednoczesny niewielki wzrost inwestycji publicznych oraz wyraźne zwiększenie inwestycji mieszkaniowych. Pozytywnie oddziaływało wykorzystywanie środków unijnych (w obu sektorach). Dodatnia była dynamika inwestycji w sektorze usług, handlu i przemysłu, w związku ze wzrostem popytu i zwiększeniem wykorzystania mocy produkcyjnych. Nadal ograniczająco na inwestycje firm wpływa niepewność oraz wyższe koszty pracy i ceny surowców.

 

Autor: Roman Przasnyski Główny Analityk GERDA BROKER

REITy i pośrednie inwestowanie w nieruchomości to temat, który rozgrzewa cały sektor. Wejdą czy nie wejdą? Jeśli tak, to na jakich zasadach? Te pytania zadają sobie analitycy, inwestorzy i… politycy. Tymczasem mechanizmy pozwalające na inwestowanie w nieruchomości bez olbrzymich środków własnych już w Polsce istnieją, a firmy, które je oferują, dobrze prosperują. Czym się różnią i czy będą konkurencyjne wobec REITów, kiedy te już zawitają do Polski?

REIT, czyli Real Estate Investment Trust to rodzaj funduszu inwestycyjnego. W założeniu znacząco zwiększa inkluzywność inwestycji w nieruchomości. W krajach, w których działają REITy, pozwalają one lokować pieniądze w nieruchomościach również tym, których nie stać na kupno mieszkania czy powierzchni biurowej pod wynajem.

Pomimo obecności na wielu rynkach, w Polsce REITów wciąż nie ma. Rząd zapowiadał odpowiednią ustawę już w ubiegłym roku. Prace legislacyjne wciąż trwają i trudno ocenić kiedy dobiegną końca.

Dlaczego to tak długo trwa? Pierwsza przyczyna to skomplikowane mechanizmy prawne, które towarzyszą REITom. W innych krajach fundusze tego typu są notowane na giełdach, a zyski dla inwestorów wypłaca się w postaci dywidendy. Najczęściej są one zwolnione z części obciążeń podatkowych. Podobnie miałoby to wyglądać w Polsce. Jedna z propozycji zakłada zwolnienie z CIT w przypadku rokrocznego przekazywania akcjonariuszom określonej części zysków. Inną, dość niespodziewaną, przeszkodą może okazać się głos części środowiska bankowego. Swoje wątpliwości co do ustawy wyraził niedawno Adam Glapiński – prezes NBP. Z opinii przekazanej Ministerstwu Finansów wynika, że choć sama idea REITów nie jest zła, to kluczowy jest moment wejścia w życie ustawy. Zdaniem ekspertów banku centralnego dominacja na rynku inwestorów zagranicznych może doprowadzić do problemów przyszłych REITów (a tym samym również drobnych inwestorów), które przegrają wojnę cenową z gigantami.

– Rynek nieruchomości pozwala na bardzo atrakcyjne lokowanie kapitału, również teraz, kiedy jeszcze kwestia REITów pozostaje nieuregulowana. Oferuje wiele możliwości, które łatwo dopasować do indywidualnego poziomu akceptowalnego ryzyka. To może być wynajem, na którym najczęściej zarabiają REITy, ale też działalność deweloperska czy sprzedaż mieszkań w odnawianych kamienicach. Potencjalne zyski są zazwyczaj wyższe niż w przypadku instrumentów oferowanych przez banki lub fundusze inwestycyjne, które charakteryzuje podobny stopień bezpieczeństwa – tłumaczy Kuba Karliński, członek zarządu Magmillon, firmy oferującej grupowe inwestowanie w nieruchomości.

Co niezmiernie istotne, popularne przekonanie o wysokim progu wejścia jest błędne. Na polskim rynku z powodzeniem funkcjonują firmy, które pozwalają na kolektywne inwestowanie w nieruchomości. Nie trzeba być bogaczem, by zainwestować w nieruchomość wartą kilka czy nawet kilkanaście milionów złotych. Podobnie jak w przypadku REITów, takie rozwiązanie pozwala również na oszczędność czasu – całym procesem inwestycyjnym, od analizy rynku, po drobne formalności – zajmują się profesjonaliści.

Co upodabnia, a co różni ofertę REITów od możliwości, które obecnie oferuje rynek?

Podobieństwa

Przedmiot inwestycji – w większości krajów, w których funkcjonują, REITy inwestują zarówno w mieszkania, jak i powierzchnie komercyjne. Bez wątpienia w Polsce będzie podobnie, jednak na dokładne informacje musimy poczekać do publikacji treści ustawy.

Niska bariera wejścia – firmy takie jak Magmillon, podobnie jak REITy oferują inwestorom możliwość zostania współwłaścicielem nieruchomości, nawet jeśli ci dysponują zaledwie ułamkiem ich wartości.

Mała czasochłonność – jednym z założeń pośredniego inwestowania w nieruchomości jest zdjęcie z udziałowców ciężaru obsługi inwestycji. Zarówno REITy jak i firmy, które już istnieją na naszym rynku opierają się o modele pasywnego inwestowania.

Różnice

Stan prawny – REITów jeszcze nie ma. Dziś nie jesteśmy w stanie przewidzieć kiedy będą mogły powstać i na jakich zasadach będą funkcjonowały. Kluczowe pytania dotyczą ewentualnego zwolnienia z podatku oraz ograniczeń w doborze nieruchomości. Alternatywa w postaci spółek o innych formach prawnych jest na tę chwilę jedyną o tak zbliżonym charakterze działania.

Zyski i ich podział – szczególna forma prawna pozwala REITom na wypłacanie dywidendy. Taka forma podziału zyska wynika jednak również z ich pochodzenia. REITy zarabiają głównie na wynajmie. W przypadku innych firm inwestujących w nieruchomości wszystko zależy od modelu biznesowego.

– Magmillon jest spółką komandytową i w takiej formie działa już od kilku lat. Brak obecności na giełdzie wymusza inny mechanizm dzielenia się zyskami z inwestorami niż dywidenda. Naszą praktyką jest wypłacanie zysku po zakończeniu inwestycji. To co odróżnia firmy takie jak nasza to również dywersyfikacja źródeł przychodów. Może to być wzrost wartości nieruchomości, jak w przypadku remontu kamienicy przy Brzeskiej 18 w Warszawie, ale też działalność czysto deweloperska. Tego typu projekt realizujemy na Woli, przy ul. Długosza 22a. – tłumaczy Kuba Karliński, członek zarządu spółki.

Potencjalna wysokość zysku – w obu przypadkach zależy od wielu czynników rynkowych i nie da się jej dokładnie przewidzieć. Na rynku amerykańskim REITy osiągające wyniki na poziomie 7-9 proc. rocznie uznawane są za bardzo efektywne. Eksperci Magmillon szacują potencjalny zysk z nowego projektu deweloperskiego na co najmniej 10 proc. Oczywiście bardzo wiele zależy od rynku, na którym funkcjonuje inwestor. W przypadku załamania, zarabiać będzie trudniej. Potencjalną przewagą mniejszych firm może okazać się w takim przypadku większa zdolność do szybkiego przemodelowania biznesu.

 

 

Najnowsze dane NBP pokazują, że maj był kolejnym miesiącem, w którym wypłacaliśmy pieniądze z lokat bankowych. Polacy wycofali z nich 4 mld zł, a łącznie od lutego 2016 r. już ponad 20 mld zł. Expander zwraca uwagę, że obniżki oprocentowania lokat i wywołana nią fala wypłat dokładnie pokrywają się z momentem wprowadzenia podatku bankowego.

Choć ustawa zakazuje przerzucania kosztów podatku bankowego na klientów to w rzeczywistości pośrednio ich jednak dotyka. Istotne podwyżki marż kredytów hipotecznych banki wprowadziły już pod koniec 2015 r., czyli tuż przed wejściem ustawy w życie. Jeśli chodzi o lokaty, to obserwujemy natomiast powolny proces pogarszania się oferty. Do lutego 2016 r., czyli momentu wejścia w życie przepisów o podatku, średnie oprocentowanie wynosiło 1,7%-1,8%. Później systematycznie spadało i obecnie jest to ok. 1,4%. Należy też dodać, że w największych bankach ta wartość często nie przekracza 1%. Oprocentowanie jest więc już tak niskie, że cześć osób przenosi oszczędności z banków do funduszy inwestycyjnych czy na obligacje przedsiębiorstw. Inni po prostu trzymają pieniądze na podstawowym, nieoprocentowanym koncie bankowym.

Warto też zwrócić uwagę, że choć spadek oprocentowania nie jest bardzo duży, to suma wypłat (20 mld zł) już niemal dorównała tej z 2013 r., kiedy wypłacono prawie 24 mld zł. Wtedy jednak NBP obniżył stopy procentowe z  4,25% do 2,5%, a średnie oprocentowanie lokat z 3,5% do 2,3%. Tym razem efekt zniechęcenia potęguje jednak inflacja, która sprawia, że niemal wszystkie oferowane nam produkty przynoszą straty w ujęciu realnym. Przy prognozowanej inflacji na poziomie 2% i uwzględnieniu podatku od odsetek, oprocentowanie musiałby wynieść przynajmniej 2,47%, aby utrzymać realną wartość oszczędności. Tymczasem takich lokat już prawie się nie spotyka, nie licząc jednorazowych promocji dla nowych klientów.

W kontekście inflacji warto jednak pamiętać, że rezygnując z lokat i trzymając pieniądze na zwykłym, nieoprocentowanym rachunku tracimy jeszcze więcej. Najlepszym rozwiązaniem w obecnej sytuacji wydaje się więc polowanie na lokaty promocyjne lub korzystanie z innych rozwiązań, które pozwalają uzyskać wyższe zyski. Niekoniecznie muszą to jednak być inwestycje obarczone wysokim ryzykiem jak np. akcje czy fundusze akcji. Dla przykładu obligacje przedsiębiorstw będących w dobrej sytuacji finansowej mogą przynosić odsetki wynoszące 4% – 6% w skali roku.

 

Źródło: Lightscape

Wzorowo wypadło majowe podsumowanie rejestru REGON. W stosunku do poprzedniego miesiąca zostało zarejestrowanych więcej nowych jednoosobowych działalności gospodarczych, a ich ogólna liczba wzrosła o 7 tys., w rezultacie dając 2,975 mln. Mamy też rekordowo niską liczbę wyrejestrowań. To najlepsze wyniki od czerwca 2016 r. Dobra passa dla mikroprzedsiębiorców może potrwać dłużej, biorąc pod uwagę pozytywne dane płynące z rynku.

NBP zakładał w marcu, że motorem pobudzającym polską gospodarkę w tym roku będzie przed wszystkim spożycie indywidualne zasilane transferami, a także dobra sytuacja na rynku pracy. Ostatnie dane GUS na temat stanu polskiej gospodarki za pierwszy kwartał zdają się to potwierdzać – PKB urósł o 4 proc. wobec analogicznego okresu ubiegłego roku. GUS szacuje też, że siłą napędową są właśnie zakupy Polaków, a to powinno pozytywnie wpływać na sytuację na lokalnych rynkach, a zatem i na sytuację najmniejszych firm. Wydaje się prawdopodobne, że poprawa sytuacji gospodarczej w naszym kraju może stymulować wzrost liczby jednoosobowych firm.

Na rynku działa najwięcej firm na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy

Jak wynika z rejestru REGON, ogólna liczba jednoosobowych działalności gospodarczych wpisanych do rejestru na koniec maja wyniosła 2,975 mln. To nie tylko trzeci z rzędu wzrost w tym roku, o 7 tys. więcej niż miesiąc wcześniej oraz aż o 16 tys. więcej niż na początku tego roku. To także najwyższy poziom od czerwca 2016 r., kiedy to odnotowano 2,963 mln jednoosobowych firm. W dodatku, uwzględniając dwa lata wstecz, tylko sześć razy liczba jednoosobowych firm była wyższa niż obecnie.

Rekordowo mało zamkniętych biznesów

Rekord padł też po drugiej stronie rejestru REGON, bowiem w maju wyrejestrowało się jedynie 19,1 tys. firm. Ten miesiąc przyniósł nie tylko najniższy poziom wyrejestrowań odnotowany w tym roku, ale i najniższy, patrząc przez pryzmat ostatnich dwunastu miesięcy. Natomiast na przestrzeni ostatnich 24 miesięcy, jedynie 5 razy zanotowano wynik niższy od obecnego. Cieszyć może też fakt, że od stycznia br. liczba wyrejestrowanych firm maleje regularnie – z miesiąca na miesiąc średnio zamyka się prawie o 4 tys. firm mniej.

Pełnia sezonu wśród mikrofirm jeszcze przed nimi?

Obserwowane od początku tego roku wzrostowa tendencja ogólnej liczby jednoosobowych firm i spadkowy trend wyrejestrowań mają spore szanse utrzymać się również w kolejnych miesiącach. Zgodnie z marcowymi prognozami NBP, w drugim i trzecim kwartale br. poza konsumpcją włączyć powinien się też drugi silnik gospodarki, jakim są inwestycje prywatne. W maju na rynek wkroczyło 25,7 tys. nowych jednoosobowych działalności gospodarczych – o kilkaset więcej niż miesiąc temu, a także o 1,3 tys. więcej niż wynika to ze średniej za pierwszy kwartał br.

Optymizm widać też w uśrednionym wskaźniku pokazującym chęć do pracy „na swoim”, który trzeci miesiąc z rzędu wypada na przyzwoitym poziomie, w porównaniu do słabszej końcówki zeszłego roku. Biorąc pod uwagę ostatnie 12 miesięcy, aktualnie średnio w miesiącu przybywa 23,4 tys. nowych jednoosobowych firm. Dokładnie na takim samym poziomie wskaźnik ten kształtował się w marcu i na bardzo zbliżonym w kwietniu tego roku.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy podał w maju, że oczekuje kontynuacji silnego przyspieszenia wzrostu gospodarczego w naszym kraju, o ile dojdzie do wzrostu produktywności, silniejszych inwestycji prywatnych oraz wzrostu aktywności zawodowej. Możliwe, że nowych firm nadal będzie przybywać, ale trzeba mieć też na uwadze, ile z nich się utrzyma. Informacje płynące z rejestru REGON warto uzupełniać np. o dane ZUS dotyczące liczby przedsiębiorców aktywnie opłacających składkę na ubezpieczenie społeczne. Wynika z nich, że w pierwszym kwartale br. liczba aktywnych płatników składek, którzy prowadzą działalność jako osoby fizyczne, zmalała o niecałe 8 tys. w stosunku do czwartego kwartału 2016 r., wynosząc 2,109 mln. Taki spadek obserwujemy rokrocznie właśnie w pierwszych kwartałach.

 

Źródło: Tax Care

Coraz lepsze nastroje polskich konsumentów przekładają się na rosnące zapotrzebowanie na kredyty konsumpcyjne.

Raport o inflacji NBP odnotowuje stabilny wzrost kredytów dla gospodarstw domowych. Jak piszą autorzy Raportu, dynamika akcji kredytowej dla gospodarstw domowych od kilku lat utrzymuje się na poziomie zbliżonym do 4,5 proc w relacji rok do roku. Sprzyja tej dynamice dobra sytuacja na rynku pracy oraz rosnące dochody do dyspozycji. Dzięki zwiększeniu zdolności kredytowej gospodarstw domowych wzrost łącznego kredytu konsumpcyjnego ustabilizował się w ostatnim okresie na najwyższym od 2010 r. poziomie, tzn. 8,5% proc. w relacji rok do roku w IV kwartale ub. roku.

W lutym 2017 r wartość udzielonych przez banki kredytów konsumpcyjnych ogółem wzrosła w porównaniu ze styczniem o 301,7 mln zł i wyniosła 165 047,2 mln zł. Jak wynika z danych NBP, coraz chętniej zaciągamy kredyty w złotych niż w walutach. W lutym wartość kredytów konsumpcyjnych w walutach obcych spadła od stycznia o 69,1 mln zł i wyniosła 6 013,3 mln zł., w tym samym czasie wartość kredytów konsumpcyjnych w złotych wzrosła 370,9 mln zł i wyniosła 159 034,0 mln zł.

Przypomnijmy przy okazji, że kredyt konsumpcyjny jest udzielany na cele prywatne, tj. nie związane z działalnością gospodarczą i zawodową. Spłata jest indywidualnie ustalana z bankiem. Zabezpieczenia kredytu stanowią najczęściej dochody kredytobiorcy lub poręczenia innych osób, a wysokość kredytu zależy od możliwości spłaty przez zaciągającego kredyt.

Głównym motywem zaciągania tego typu zobowiązań potrzeba (lub po prostu chęć) szybkiego dostępu do środków finansowych na opłacenie zakupów na potrzeby gospodarstwa domowego lub bieżących wydatków wynikających z nagłej decyzji o zakupie czegoś wcześniej nieplanowanego.

Można wyróżnić – między innymi – następujące rodzaje kredytu udzielanego na cele konsumpcyjne:
Kredyt gotówkowy jak sama nazwa wskazuje jest wypłacany w gotówce. Może być udzielony na dowolny cel Jest to najczęściej udzielany kredyt możliwy do zaciągnięcia w bankach również on-line.

Kredyt konsolidacyjny jest zwykle wyjściem z sytuacji, kiedy klient banku ma kilka kredytów i nie radzi sobie z ich spłatą. Konsolidacja oznacza spłatę jednej zsumowanej raty. Jest ona niższa, ale na ogół łączy się to z wydłużeniem okresu spłaty i tym samym poniesieniem większych całkowitych kosztów niż gdyby spłacać każdy kredyt z osobna.

Kredyt w rachunku oszczędnościowo-rozliczeniowym (ROR) zwany często debetem. Na mocy umowy bank umożliwia konsumentowi dysponowanie środkami pieniężnymi w wysokości przekraczającej stan środków na koncie w każdym dowolnym czasie do wysokości przyznanego limitu.

Kredyt odnawialny podobny do kredytu w rachunku oszczędnościowo-rozliczeniowym. Polega na tym, że odnawia się on za każdym razem gdy nastąpi spłata. Z kredytu można korzystać do wysokości kwoty ustalonej przez bank. Znanym kredytem odnawialnym jest kredyt na karcie kredytowej.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Wzrost PKB – produktu krajowego brutto – Polski w 2017 r. przyspieszy i wyniesie 3,7 proc. w efekcie m.in. wzrostu inwestycji i napływu funduszy z UE – podano w projekcji NBP. Dodano, że inflacja wzrośnie, ale do końca 2019 r. nie przekroczy 2,5 proc.

Projekcja inflacji oraz PKB opracowywana jest przez Narodowy Bank Polski i przedstawia prognozowany rozwój sytuacji w gospodarce. Projekcja stanowi jedną z przesłanek, na podstawie których Rada Polityki Pieniężnej podejmuje decyzje o poziomie stóp procentowych NBP.

Projekcja przygotowywana jest trzy razy w roku i publikowana w marcu, lipcu i listopadzie.
Zdaniem autorów tegorocznego (marzec 2017) opracowania po przejściowym spowolnieniu wzrostu PKB w ubiegłym roku dynamika PKB wyraźnie przyspieszy. Przyczyni się do tego wzrost nakładów na środki trwałe, zarówno publicznych, jak i przedsiębiorstw, wspierany napływem środków z budżetu UE z nowej perspektywy finansowej na lata 2014 – 2020.

W projekcji podano też, że w 2017 r. zwiększy się dynamika konsumpcji prywatnej finansowanej rosnącymi dochodami gospodarstw domowych w efekcie poprawy sytuacji na rynku pracy oraz wdrożenia programu Rodzina 500 plus.

Z projekcji wynika, że rosnące ceny surowców energetycznych, energii elektrycznej oraz żywności przyczynią się do wzrostu inflacji, ale do końca 2019 roku nie przekroczy ona poziomu 2,5 proc. Zdaniem autorów jej wzrost będą ograniczać niska inflacja w strefie euro oraz aprecjacja złotego.

Podkreślono, że w 2017 r. wzrosną ceny żywności. Jak napisano, przyczyni się do tego głównie wzrost cen hurtowych warzyw na skutek znacznego spadku ich importu z Hiszpanii i Włoch w konsekwencji bardzo niekorzystnych warunków pogodowych w tych krajach.

Jednocześnie autorzy opracowania uspokajają, że wzrost cen żywności jest ograniczany silną konkurencją.
Przypomnijmy przy okazji, że PKB – produkt krajowy brutto to w ekonomii, jeden z podstawowych mierników efektów pracy społeczeństwa danego kraju stosowany w rachunkach narodowych. PKB opisuje łączną wartość dóbr i usług finalnych wytworzonych przez narodowe i zagraniczne czynniki produkcji na terenie danego kraju w określonej jednostce czasu.

Wzrost lub spadek realnego PKB oraz dynamika tych ruchów stanowi miarę wzrostu gospodarczego.
PKB jest wyznacznikiem wielkości gospodarki – jednak jest nie najlepszą miarą zamożności społeczeństwa, ponieważ nie uwzględnia liczby ludności. Z tego powodu jako miarę dobrobytu powszechnie używa się innego wskaźnika, którym jest PKB w przeliczeniu na jednego mieszkańca.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

W ciągu dekady Polacy podwoili kwotę swoich oszczędności do 1,2 bln zł. Aż 59 proc. tych środków ulokowanych jest w bankach. Pomimo bardzo niskiego oprocentowania depozytów, Polacy nadal stronią od produktów inwestycyjnych. Czy to wciąż konsekwencja kryzysu sprzed dziewięciu lat? Już czas, aby pozwolić pieniądzom zarabiać. Rynek jest dzisiaj w zupełnie innym miejscu niż w 2008 r.

Historia rynku funduszy inwestycyjnych zatoczyła koło. Na koniec 2016 r. towarzystwa funduszy inwestycyjnych (TFI) zarządzały aktywami o wartości  147,4 mld zł. To niemal tyle samo co w grudniu 2007 r. Pod względem wartości napływów do TFI ubiegły rok był najlepszy w całej 25-letniej historii branży inwestycyjnej w Polsce.

Na koniec 2007 r. Polacy trzymali w funduszach 16 proc.  swoich środków. Na depozytach procentowało wówczas 38,6 proc. wszystkich oszczędności. Potem przyszedł kryzysowy 2008 r. niemalże demolując rynek TFI. Wartość aktywów w ciągu roku skurczyła się aż o 45 proc. do 73,7 mld zł, głównie przez spadek cen aktywów na rynkach finansowych, ale w dużej mierze również wskutek gwałtownej ucieczki klientów z funduszy, którzy umorzyli jednostki uczestnictwa o wartości 25,8 mld zł.

Inflacja zjada oszczędności

Mówi się, że pamięć inwestora wynosi 5 lat. Po tym czasie zapomina on o poniesionych wcześniej stratach i powraca do aktywnej gry na rynku. Czy w Polsce okres rekonwalescencji będzie trwał  dużo dłużej? – Rynek funduszy powoli odbudowuje się, ale szok kryzysu sprzed blisko dekady wciąż skutecznie powstrzymuje wielu przed odważniejszym inwestowaniem pieniędzy, od lat wybierają oni wyłącznie bezpieczne depozyty – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej w Deutsche Bank. Na koniec 2008 r. udział funduszy w oszczędnościach gospodarstw domowych wyniósł tylko 6,3 proc., a depozytów 49 proc. Łączna wartość wolnych środków do dyspozycji (gotówka, rachunki bieżące, terminowe, fundusze krajowe i zagraniczne, bony oraz obligacje) wyniosła wówczas 680 mld zł.- W ciągu dziewięciu lat Polacy podwoili swoje oszczędności. Szybciej jednak rosła wartość depozytów niż środków wpłaconych do funduszy inwestycyjnych – wyjaśnia Monika Szlosek.

Na koniec III kwartału 2016 r. oszczędności miały wartość 1 228 mld zł. Ich struktura zmieniła się tylko nieznacznie. W funduszach trzymamy 10,6 proc. kapitału. Na lokatach spoczywa aż 59 proc. oszczędności. Przy czym, jak pokazują dane NBP, mniej niż połowa z nich faktycznie pracuje. 322 mld zł Polacy wpłacili na lokaty terminowe. 401 mld zł znajduje się na depozytach bieżących, symbolicznie oprocentowanych lub nieoprocentowanych w ogóle.

Zresztą odsetki od terminowych lokat również spadły do bardzo niskich poziomów i w III kwartale 2016 r. wyniosły 1,4 proc. Przy tak niskich zyskach depozyt przestał pełnić funkcję, jaką z powodzeniem pełnił od czasu kryzysu: ochrony kapitału przed inflacją. W tym roku po raz pierwszy od lat inflacja wyprzedziła odsetki z lokat. W styczniu ceny wzrosły do 1,8 proc., czyli powyżej średniej oprocentowania dla lokat na krótkie terminy, które według NBP wnosi 1,7 proc. (więcej niż dla lokat o dłuższym terminie zapadalności).

Mówiąc obrazowo, jeśli ktoś trzyma w gotówce 1000 zł, to realna wartość pieniędzy jest o 18 zł mniejsza niż przed rokiem. Jeśli ktoś wpłacił środki na lokatę, to przyniosła mu ona około 15 zł odsetek. Zatem pieniądze na lokacie również nie zachowały wartości sprzed roku – mówi Monika Szlosek, ekspertka Deutsche Bank.

Lepiej z inflacją radzą sobie fundusze inwestycyjne, choć nie wszystkie. Według serwisu analizy.pl wszystkie fundusze polskie (publiczne i niepubliczne) wypracowały w 2016 r. zwroty w wysokości 6,7 proc. Najlepiej zachowywały się aktywa niepubliczne, gdzie wzrosty wyniosły 5,6 proc. O 2,9 proc. wzrosła wartość funduszy absolutnej stopy zwrotu, a funduszy obligacji o 2,2 proc. Fundusze gotówkowe zyskały 2,2 proc., pod kreską znalazły się fundusze akcji: -14 proc. oraz mieszane -7,8 proc.

Dobór właściwego miksu

Są to jednak dane uśrednione, mocno spłaszczające obraz rynku. Obecnie dobre fundusze osiągają wyniki często lepsze niż w 2006 r., kiedy fundusze akcyjne, uniwersalnej strategii osiągały 40-procentowe dynamiki, a fundusze akcji małych i średnich firm +70 proc. Najlepsze krajowe fundusze surowcowe osiągnęły w ostatnich 12 miesiącach wzrosty rzędu 80 proc. a najlepsze strategie inwestycji w krajowe „MiŚ-ie” przyniosły zwroty w wysokości 46 proc.

Po przeciwnej stronie mamy oczywiście fundusze osiągające niższe lub nawet ujemne dynamiki. Obraz rynku jest złożony, oferta jest jednak bardzo bogata, a historia inwestycji na tyle długa, że można wybrać produkt o najbardziej satysfakcjonujących nas parametrach, pamiętając o odpowiedniej dywersyfikacji portfela i takim doborze aktywów, który w przypadku strat w jednej kategorii, może pozwolić na zysk w innej – mówi Monika Szlosek. – Pomocna może być platforma db Navi, która ułatwia porównanie i selekcję funduszy, a następnie budowę portfela zgodnie z indywidualnymi oczekiwaniami inwestora. Informacje na temat poszczególnych funduszy, przejrzyste kryteria porównywania i prezentacja w formie wykresów pomagają dokonać świadomego wyboru – wyjaśnia ekspertka Deutsche Bank.

Główna obawa związana z inwestowaniem w fundusze wynika z lęku przed powtórką z 2008 r., kiedy jednostki funduszy straciły blisko połowę wartości. – Trzeba jednak pamiętać, że inwestorzy lokowali wówczas pieniądze głównie na niebywale rosnącym rynku akcyjnym. Dzisiaj oferta funduszy jest bez porównania bogatsza i obejmuje wiele różnorodnych aktywów, zachowujących się odmiennie w tych samych warunkach ekonomicznych – tłumaczy Monika Szlosek.

Strategia inwestowania w jedno aktywo obarczona jest dużym ryzykiem poniesienia straty. Jeśli np. ktoś na fali „gorączki złota” zainwestował w instrumenty rynku metali szlachetnych pod koniec ubiegłego roku, naraził się na niemały stres, bo wyniki wcale nie były tak oczywiste jak na początku roku. Jeśli ktoś wybrał i złoto i aktywa firm surowcowych, których ceny poszły w ostatnich miesiącach istotnie w górę, zbudował bardziej zrównoważony portfel.

Aktywne zarządzanie portfelem i dywersyfikacja inwestycji jest podstawą sukcesu indywidualnego inwestora. Dzięki szerokiej ofercie i dużemu wyborowi funduszy, nie tylko krajowych,  ale także zagranicznych oferujących inwestycje w polskiej walucie oraz euro czy dolarze, nasi klienci mają możliwość  zbudowania  portfela najlepiej dopasowanego do ich potrzeb – komentuje Monika Szlosek z Deutsche Bank.

Z danych Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami wynika, że największą popularnością wśród inwestorów na początku tego roku cieszą się fundusze absolutnej stopy zwrotu: trafiła do nich co trzecia złotówka z 1,5 mld zł jakie w lutym trafiło na rynek funduszy, 300 mln zł pozyskały fundusze akcyjne. To dwa razy większa suma niż w styczniu. Fundusze dłużne przyciągnęły 400 mln zł dodatkowych środków. Pieniądze płynął do funduszy na fali hossy, która ogarnęła polski rynek akcyjny. W lutym WIG zyskał 5,6 proc. i był to najlepszy wynik ze wszystkich indeksów na świecie.

Komentarz:  Monika Szlosek z Deutsche Bank

Eksperci

Patorska: 100 lat pogoni za bogactwem europejskich gospodarek

Setna rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości, to dobry moment na podsumowanie nie tylko wyd...

Co łączy Włochy, Turcję i Rumunię?

Coraz gorsze perspektywy dla włoskiej gospodarki wyłaniają się z jesiennych prognoz Komisji Europejs...

Ten tydzień pod znakiem USA, Wielkiej Brytanii oraz Chin

W przyszłym tygodniu uwaga rynków najpierw skupi się na wynikach wyborów do Kongresu USA, gdzie wiel...

Niewiele potrzeba, by zburzyć spokój

Rynkowi z łatwością przychodzą zmiany kierunku, co podkreśla, z jak niskim przekonaniem odbywa się h...

Inflacja nie odpuszcza

We wrześniu wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych wzrósł o 1,9 proc., a więc tylko minimalnie ...

AKTUALNOŚCI

Zniesienia górnego limitu składek na ZUS nie będzie

14 listopada 2018 r. Trybunał Konstytucyjny wydał długo oczekiwany wyrok w zakresie zgodności z Kons...

Wtorek, 12 listopada w PE: debata o wieloletnich ramach finansowych, wystąpienie kanclerz Niemiec A

We wtorek 12 listopada w Parlamencie Europejskim odbędzie się debata na temat wieloletnich ram finan...

Przedsiębiorcy przeciwni zmianom w ordynacji podatkowej

W dniu 23 października 2018 roku Sejm RP przegłosował rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o poda...

Eksport to jeden z motorów polskiej gospodarki

Po I półroczu 2018 r. eksport osiągnął wartość 107,6 mld EUR, poziom o 5,7% wyższy niż przed rokiem ...

Tauron i KGHM łączą siły na rzecz rozwoju elektromobilności

TAURON i KGHM Polska Miedź rozpoczną współpracę w obszarze budowania infrastruktury ładowania pojazd...