czwartek, Luty 22, 2018
Home Tagi Wpis otagowany "NBP"

NBP

Zły czasy dla deponentów trwa już od ponad roku. Niestety wszystko wskazuje na to, że przeciętna lokata bankowa nie da realnie zarobić także w 2018 i 2019 roku. 

Znamy już komplet danych na temat lokat zakładanych przez Polaków w 2017 roku. Najnowsze statystyki udostępnione przez NBP nie napawają optymizmem. Wynika z nich bowiem, że roczne lokaty zakładane w poszczególnych miesiącach ubiegłego roku dadzą realne straty na poziomie od 0,5 do ponad 1%. Rok 2017 nie był pod tym względem ewenementem, bo straty dawały też depozyty zakładane w 2016 roku.

Chodzi o to, że inflacja pochłania wartość oszczędności dwa razy szybciej niż banki dopisują do nich odsetki. Wszystko przez to, że dziś przeciętna nowo założona lokata roczna była w grudniu 2017 roku oprocentowana na niewiele ponad 1,6% (dane NBP), a od tego wyniku należy odjąć podatek (19%), co daje odsetki „na rękę” na poziomie niewiele ponad 1,3%. Efekt jest więc zbyt mizerny, aby pokonać inflację, która zgodnie z ostatnią projekcją inflacji NBP ma być pod koniec 2018 roku na poziomie około 2,4%.

Niestety w 2018 roku szanse na poprawienie tego bilansu są bardzo nikłe. Co prawda oprocentowanie lokat ma w najbliższym czasie rosnąć, ale najpewniej zwyżki nie będą miały takiej skali, aby deponent wyszedł na realny plus. Z szacunków Open Finance wynika bowiem, że lokaty zakładane w grudniu 2018 roku mogą być oprocentowane na około 1,8%. Wciąż po potrąceniu podatku od zysków kapitałowych będzie to za mało, aby pokonać inflację wynoszącą 2-3%.

Symulacje te dotyczą statystycznego Kowalskiego zakładającego przeciętną roczną lokatę. I choć polowanie na dobrze oprocentowany depozyt jest obecnie nie lada sztuką, to nawet dziś dokładne przeanalizowanie bankowych ofert pozwala wyłuskać takie, które dają szansę na pokonanie inflacji przy pomocy lokat lub kont oszczędnościowych.

Trzy lata strat na lokatach

Dostępne dane i prognozy pokazują, że bieżący okres realnych strat na lokatach może trwać przynajmniej trzy lata. Dotyczy to rocznych lokat zakładanych w latach 2016-2018, a więc tych, z których deponenci będą mogli podjąć pieniądze w latach 2017-2019. Tym samym możemy mieć do czynienia z najdłuższym okresem nieatrakcyjnych depozytów od przynajmniej 2005 roku. Efekt? rachityczne oprocentowanie lokat i inflacja coraz mocniej drenująca oszczędności Polaków skłaniają do coraz bardziej ryzykownych inwestycji. Zyskują na tym niemal wszystkie inne aktywa. Polacy chętnie kupują nieruchomości na wynajem, akcje, obligacje czy certyfikaty funduszy inwestycyjnych.

 

Według danych Narodowego Banku Polskiego w trzecim kwartale 2017 r. z tytułu pracy Polaków za granicą do kraju trafiło 4,3 mld złotych. Kwota ta była o 0,1 mld PLN niższa niż w trzecim kwartale 2016 r. „Na odnotowany spadek wpłynęły zarówno niższe przekazy od pracowników krótkookresowych, jak i długookresowych” czytamy w raporcie.

Według autorów raportu mniej środków napłynęło także od osób pracujących krótkookresowo w Niemczech, został on jednak  zrównoważony wyższymi niż przed rokiem transferami od osób pracujących w tym kraju długookresowo. Wzrosty przekazów odnotowano także w przypadku innych państw w tym Holandii i Norwegii.

NBP dodał, że trzeci kwartał 2017 roku jest drugim z rzędu, kiedy odnotowano spadek transferów.

Czy mogą zaskoczyć rynki w 2018 roku? To pytanie sobie niemal każdy inwestor. Solidne fundamenty polskiej gospodarki, które wyłaniają się z bieżących danych, pozwalają patrzeć z optymizmem na nadchodzące kwartały. W 2018 roku średnie tempo wzrostu PKB powinno wynieść 3,9 proc. Będzie to mniej niż 4,4 proc. zakładane na ten rok, ale wciąż świadczy o bardzo dobrej sytuacji. Wzrost konsumpcji może spowolnić, gdyż utracimy efekt różnicy w pełnym oddziaływaniu programów polityki społecznej, ale systematyczna poprawa sytuacji na rynku pracy zapewni dopływ dodatkowego dochodu rozporządzalnego dla gospodarstw domowych.

– W inwestycjach możemy spodziewać się umiarkowanego przyspieszenia, choć głównie po stronie aktywności samorządów przed jesiennymi wyborami. Dalej z inwestycjami ociąga się sektor prywatny, nawet pomimo możliwości posiłkowania się środkami unijnymi. Bez wyraźnych zmian lub zachęt po stronie polityki gospodarczej, które przebudziłyby kapitał prywatny, spodziewamy się wzrostu inwestycji w tym segmencie poniżej przeciętnej – mówi Konrad Białas, Główny Ekonomista DM TMS Brokers S.A.

Bezrobocie dalej powinno maleć, a stopa bezrobocia powinna spaść do 6,1 proc., co byłoby najlepszym wynikiem od 1990 r. Pomimo tego nie przewidujemy eksplozji w dynamice wynagrodzeń. Nasze obawy krążą wokół wydatków przedsiębiorstw na środki trwałe, które jeśli pozostaną na niskim poziomie, będą hamować przyrost nowych miejsc pracy, a zatem i popyt na pracę może być słabszy. W rezultacie przy braku przebudzenia presji płacowej oczekujemy stabilizacji inflacji blisko celu inflacyjnego NBP, tj. 2,5 proc. Prognozujemy, że średnioroczna inflacja CPI wyniesie 2,1 proc., co jednak pozostanie pokłosiem drożejącej żywności oraz paliw na rynkach światowych – mówi Konrad Białas, Główny Ekonomista z DM TMS Brokers S.A.

Najsilniejszy skok cen konsumenta powinien być obserwowany pod koniec drugiego kwartału do 3 proc. Ogólnie jednak trendy inflacyjne nie powinny niepokoić Rady Polityki Pieniężnej i nie zakłócać strategii forsowanej przez prezesa NBP Adama Glapińskiego, że stopy procentowe nie zostaną podwyższone do końca 2018 r.

Silne fundamenty polskiej gospodarki pozornie powinny dawać siłę polskiemu złotemu w nadchodzących kwartałach. Czynnikiem równoważącym, jeśli nie chwilami przeważającym, będzie bierna postawa RPP w dobie podwyżek stóp procentowych za granicą. Pogorszenie relatywnej atrakcyjności odsetkowej inwestycji w złotym może zagrażać stabilności waluty. Zakładamy osłabienie złotego do 4,30 w 2018 r.

 

Wypowiedź: Konrad Białas, główny ekonomista DM TMS Brokers.

 

Polacy uważają, że inwestycja w nieruchomości zawsze jest opłacalna, tymczasem dzisiejsze ceny mieszkań nadal są niższe niż w 2007 r.  Zyski z najmu też wcale nie są duże. W długim okresie rentowność z najmu wynosi 3-3,5 proc., czyli niewiele więcej niż zyskowność bankowej lokaty.

W ciągu ostatnich 10 lat liczba osób zarabiających na wynajmie mieszkań wzrosła 5-krotnie – do przeszło pół miliona. Na koniec 2016 r., jak podaje NBP, 505 tys. Polaków płaciło podatek z tytułu dochodu z najmu nieruchomości. W stosunku do 2015 r. liczba podatników wzrosła aż o 11 proc. Dekadę wcześniej z fiskusem rozliczało się natomiast tylko 100 tys. wynajmujących. Wszystko wskazuje na to, że trend wzrostowy utrzyma się.

W „Raporcie o sytuacji na rynku nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych w Polsce w 2016 r.” z września tego roku, przygotowanym przez NBP czytamy:  „Wzrosły średnie stawki najmu (ofertowe i transakcyjne) metra kwadratowego mieszkań́. Może to stanowić́ czynnik skłaniający zamożniejsze gospodarstwa domowe do inwestycyjnego zakupu mieszkania na wynajem”. Bank centralny wyjaśnia dalej, że poziom czynszów zapewnia wyższe stopy zwrotu niż obligacje lub depozyty bankowe oraz podobny jak inwestycji w nieruchomości komercyjne. „Należy jednak podkreślić istotną różnicę płynności, kosztów transakcyjnych, a także ryzyka lokaty w banku czy obligacji i inwestycji w mieszkanie na wynajem” – stwierdza raport. Bank centralny nie wspomina o jeszcze jednym ryzyku inwestowania w nieruchomości: dużej zmienności cen.

Inwestycja pierwszego wyboru

Nieruchomość to jedno z aktywów niemal intuicyjnie wskazywanych przez Polaków, jako optymalny sposób inwestowania. Według badań Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami 51 proc. społeczeństwa uważa rynek nieruchomości za najlepsze miejsce do lokowania kapitału. Dalej są kruszce 24 proc. i waluty 14 proc.

Zestaw tych trzech aktywów wpisuje się w stereotypowe wyobrażenie Polaków o sposobach nie tyle inwestowania, co zachowania kapitału: ziemia, złoto, dolary. Potwierdza to najnowszy raport BGŻOptima „Polak Oszczędny 2017. Dlaczego przechodzimy obojętnie obok zysków?”. Z badania przeprowadzonego na osobach posiadających oszczędności, wynika, że najskuteczniejszym i najbezpieczniejszym sposobem pomnażania oszczędności jest ulokowanie ich w aktywach materialnych. Jeśli zejdziemy z poziomu deklaracji na grunt praktyczny to okaże się, że rozmijają się one z rzeczywistością.

Według Diagnozy Społecznej z 2015 r. kapitał ulokowany w nieruchomościach miało 6,9 proc. ankietowanych. Odsetek ten jest stosunkowo niewielki, jednak należy podkreślić fakt, że nieruchomości znajdują się najwyżej na liście inwestycji, jeśli pominąć lokaty bankowe, konta oszczędnościowe i rachunki osobiste oraz gotówkę (w tej ostatniej formie swoje oszczędności przechowuje według Diagnozy 12 proc. społeczeństwa).

Bez ochrony kapitału

Zainteresowanie nieruchomościami świadczy o coraz większej dojrzałości tego rynku. Staje się on coraz bardziej głęboki dla inwestorów dywersyfikujących kapitał, przerzucających wolne środki w aktywa o mniejszej płynności. Migracji kapitału sprzyjają niskie stopy procentowe i spadek zysku z lokat bankowych, będący efektem utrzymujących się niskich stóp procentowych w połączeniu z inflacją.

Tylko 15 proc. respondentów biorących udział w badaniu na zlecenie BGŻOptima zakupiło nieruchomości z przeznaczeniem na wynajem. Mimo to jest to rodzaj inwestycji powszechnie uznawany za bardzo bezpieczny i najzyskowniejszy.

– Jeśli ktoś jednak liczy na bardzo wysoki zwrot z inwestycji nieruchomościowych może mocno się rozczarować. Co więcej, kupno mieszkania z przeznaczeniem na wynajem wcale nie musi przynieść zysku, a może wygenerować straty – mówi Dotota Seń, BGŻOptima. – Wbrew dość powszechnemu przekonaniu, że na inwestowaniu w nieruchomość się nie traci, nie jest to inwestycja pewna, a spadki cen, czasem głębokie, są na tym rynku czymś naturalnym – dodaje.

Lokalizacja, lokalizacja i jeszcze raz lokalizacja

Eksperci BGŻOptima przeanalizowali zachowanie rynku nieruchomości w największych polskich miastach w ostatniej dekadzie, żeby sprawdzić jak tego rodzaju inwestycja zabezpiecza kapitał i jaką przynosi rentowność. Wyniki są dość zaskakujące.

Po pierwsze zysk z kupna nieruchomości wcale nie jest gwarantowany. Spośród siedmiu największych aglomeracji w kraju, tylko w Łodzi ceny transakcyjne w 2017 r. są wyższe od ofert sprzed 10 lat (dane za I kwartał 2007 i 2017 r.). Wzrost na łódzkim rynku jest zresztą symboliczny i wynosi 2,85 proc. Nabywcy mieszkań w pozostałych dużych miastach wciąż są pod kreską. Najwięcej stracili inwestorzy w Krakowie, którzy w 2007 r. płacili 7 883 zł za metr. Obecnie mogą liczyć na 6 647 zł, czyli o 15,67 proc. mniej niż przed dekadą.

Spora przecena dotknęła rynek wrocławski. Sprzedawcy liczą sobie dzisiaj 6 390 zł z metra – 8,38 proc. mniej niż przed dekadą. O 5,75 proc. spadły ceny w Gdyni, podobnie w Warszawie – 5,31 proc. W Gdańsku korekta była jeszcze mniejsza i wyniosła 3,2 proc. Najmniej potaniały mieszkania w Poznaniu – o 2,17 proc.

Mimo upływu 10 lat ceny nie wróciły do poziomu sprzed kryzysu. Różnice są jeszcze większe jeśli weźmiemy pod uwagę ceny transakcyjne z 2008 r., kiedy osiągnęły historycznie najwyższy poziom. Z danych NBP wynika, że dopiero nieruchomości nabyte w latach 2011-12, kiedy rynek mieszkaniowy (pierwotny i wtórny) osiągnęły swój dołek przyniosły nabywcom realny wzrost wartości.

Kupno nieruchomości zalicza się do inwestycji o długim horyzoncie w związku z czym nawet 10 lat trudno uznać za okres referencyjny dla ostatecznego rezultatu. Niemniej, zachowanie rynku w minionej dekadzie pokazuje, że w nieruchomościach, jak w każdej innej inwestycji niezwykle ważny jest moment wejścia.

Rentowność na poziomie lokaty

Drugie zaskakujące spostrzeżeniem z naszej analizy dotyczy rentowności nieruchomościowych inwestycji. Jak pokazują dane Home Broker z kwietnia br. zyski z najmu wahały się w Polsce między 4,06 proc. (Poznań) a 6,61 proc. (Tychy). Dość wysoką rentowność generują mieszkania w Katowicach (6,58 proc.) i Gdańsku (5,92 proc.). Warszawa z 5,64 proc. znajduje się w środku stawki.

Obecne stawki są historycznie najwyższe. Opłacalności najmu sprzyja też stosunkowo niska inflacja. W perspektywie długoterminowej, krzywa zysku zdecydowanie się spłaszcza. Według naszych obliczeń rentowność najmu wynosi przeciętnie 3-3,5 proc., czyli tylko nieznacznie więcej niż wynosiła zyskowność lokat w ostatnich latach.

Inwestowanie w nieruchomości z zyskiem jest sztuką – wymaga wiedzy i czasu. Pod względem zyskowności niekoniecznie jest to również lepsze rozwiązanie od tradycyjnej lokaty. Pieniądze z banku można wypłacić niemal w każdej chwili. Wyjście z inwestycji nieruchomościowej wymaga natomiast czasu.

Posiedzenie RPP nie przyniosło niespodzianek, a prezes NBP Glapiński powtórzył swoje przekonanie o utrzymaniu stóp procentowych bez zmian do końca 2018 r. Dla złotego to kolejny powód, by tkwić w miejscu zapatrzonym na sytuację na zewnątrz, gdzie także niewiele się dzieje. Dolar czeka na ustawę podatkową i rynek pracy, zamrażając w miejscu EUR/USD. W centrum uwagi jest funt targany brexitową sagą. Dziś w centrum uwagi decyzja Banku Kanady.

Rada Polityki Pieniężnej pozostawiła stopę referencyjną na 1,50 proc., a jedyną zmianą było obniżenie wysokości oprocentowania środków rezerwy obowiązkowej do 0,5 proc. z 1,35 proc. począwszy od 1 stycznia 2018 r. Rada tłumaczyła decyzję dalszym porządkowaniem narzędzi polityki pieniężnej. Obniżka po za tym, że jest niewielkim obciążeniem dla banków komercyjnych i poprawi zysk NBP o ok. 0,4 mld zł, nic nie zmienia w interpretacji nastawienia RPP. Jak oczekiwaliśmy, prezes Glapiński stwierdził, że ostatni zestaw danych z Polski (wysoki PKB, inflacja przy celu) w ogóle nie zmienił jego nastawienia i dalej spodziewa się on, że stopy nie będą zmieniane do końca 2018 r. Ryzyka przestrzelenia celu inflacyjnego zostały oddalone, gdyż za główny czynnik podwyższający inflację uznaje się wysokie ceny żywności i energii, za to inflacja bazowa pozostaje słaba. W rezultacie trudno oczekiwać, aby na rynku prędko obudziły się jastrzębie oczekiwania, które mogłyby wpłynąć na rynek walutowy i długu. EUR/PLN pozostaje zakotwiczony w przedziale 4,20-4,22 pozostawiony na pastwę czynników zewnętrznych. Trzymamy się zdania, że po ostatnich spadkach EUR/PLN jest wyprzedany bez siły do sforsowania na dobre 4,20 i z ryzykiem technicznego odejścia w stronę 4,23.

Brexitowa saga trwa i tym razem nie daje powodów do zadowolenia dla kupujących funta. W nocy artykuł The Telegraph uderzył w GBP wskazując na niestabilność rządu brytyjskiego. Boris Johnson i Michael Gove mają przewodzić rewolcie w rządzie Theresy May w obawie, że dąży ona do tzw. „łagodnego Brexitu”. Nie jest to pierwszy raz, kiedy nazwiska Johnsona i Gove’a pojawiają się w temacie sprzeciwu polityce May, to jednak informacja zyskuje na istotności na finiszu rozmów zamykających tegoroczną fazę negocjacji z UE. Od wczoraj nierozwiązanym problemem jest kwestia granic na wyspie Irlandii. Bruksela wyznaczyła koniec tego tygodnia jako ostateczny termin wykrystalizowania porozumienia, co daje nam jeszcze trzy dni na komunikaty, wypowiedzi, zwroty akcji itd. Rynek powoli traci cierpliwość do GBP.

Dziś po południu mamy decyzje Banku Kanady. Oczekujemy, że Bank Kanady poprzestanie w tym roku na dwóch podwyżkach stopy procentowej i dziś utrzyma stopę overnight na 1 proc. Choć kluczowe dane z gospodarki pozostają solidne, to jednak brak oznak przyspieszenia inflacji sugeruje ostrożny ton w odniesieniu do zmian polityki monetarnej. Ostatnio prezes Poloz twierdził, że potrzebuje czasu na ocenę wpływu dotychczasowych podwyżek na gospodarkę i powtórzenie tego w grudniowym komunikacie może zabrzmieć zbyt neutralnie dla jastrzębio nastawionego rynku. Rynek już wycenia pełną podwyżkę o 25 pb do marca 2018 r., co w mojej ocenie wydaje się za dużo. Podkreślenie w komunikacie czynników ryzyka (silna waluta, zadłużenie gospodarstw domowych, NAFTA) dla perspektyw gospodarczych byłoby kubłem zimnej wody na głowy posiadaczy długich pozycji w CAD, przynosząc silny odwrót po ostatnim rajdzie.

 

Opracował Konrad Białas, Główny Ekonomista, DM TMS

Mimo niespodziewanie wysokiej dynamiki gospodarki oraz równie nieoczekiwanie silnego wzrostu inflacji, Rada Polityki Pieniężnej na grudniowym posiedzeniu nie zmieni dotychczasowej retoryki. Co najwyżej lekko zmodyfikuje komunikat, sygnalizując możliwość bardziej elastycznego reagowania, gdyby wspomniane zjawiska nadal się utrzymywały.

Najnowsze dane dotyczące polskiej gospodarki, z pewnością staną się impulsem ożywiającym dyskusję w trakcie grudniowego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej. Sięgająca 4,9 proc, a więc najwyższa od końca 2011 r. dynamika wzrostu PKB w trzecim kwartale, zdecydowanie w górę przesuwa oczekiwany wynik całego mijającego roku i stanowi pozytywną niespodziankę. Nie będzie jednak wystarczającym argumentem do przybliżenia perspektywy podwyżki stóp procentowych z trzech powodów. Po pierwsze, jest bardzo prawdopodobne, że był to najlepszy wynik w obecnym cyklu koniunktury i jego powtórzenie będzie bardzo trudne. Po drugie, istnieje duże ryzyko, że tempo wzrostu w całym przyszłym roku będzie niższe niż w 2017 r. Trudno więc będzie znaleźć przekonujące argumenty za podwyżką stóp procentowych w warunkach słabnącej dynamiki PKB. Po trzecie, choć dynamika wzrostu była w trzecim kwartale imponująca, to jego struktura pozostawia wiele do życzenia, przede wszystkim ze względu na rozczarowujące tempo inwestycji. To właśnie słabość inwestycji będzie jedną z kluczowych przesłanek za pozostawieniem stóp procentowych na obecnym, rekordowo niskim poziomie jak długo się da.

Drugą będzie kształtowanie się procesów inflacyjnych. Listopadowy skok inflacji do 2,5 proc., czyli poziomu najwyższego od pięciu lat i jednocześnie stanowiącego środek celu inflacyjnego NBP, niewątpliwie można traktować jako sygnał ostrzegawczy, przemawiający za wzmożoną czujnością za strony RPP. Jego znaczenia nie można jednak przeceniać. Po pierwsze, wynikał on prawdopodobnie z utrzymania się wysokiego tempa wzrostu cen żywności oraz paliwa, a więc czynników, które pozostają poza wpływem narzędzi polityki pieniężnej. Po drugie, biorąc pod uwagę punkt odniesienia zarówno w przypadku żywności (w grudniu 2016 r. podrożała o 2,5 proc., a w następnych miesiącach jej ceny rosły o 3,1-3,9 proc. więc osiągnięcie wysokiej dynamiki będzie w najbliższym czasie mało prawdopodobne), jak i notowań ropy naftowej, od grudnia obecnego roku do marca 2018 r. można spodziewać się znacznie niższego tempa inflacji, zbliżonego prawdopodobnie do 2 proc., czyli poniżej celu inflacyjnego. Kluczową przesłanką w ocenie zjawisk inflacyjnych dla RPP będzie więc dopiero marcowa projekcja inflacyjna. Jeśli po raz kolejny z analiz ekonomistów banku centralnego wynikać będzie przyspieszenie ścieżki inflacji w dłuższym terminie, będzie mogła pojawić się „poważna” dyskusja dotycząca podwyżki stóp procentowych, mogąca zakończyć się skutecznym przegłosowaniem takiej decyzji. W marcu będzie też można znacznie więcej powiedzieć w kwestii inwestycji oraz perspektyw koniunktury gospodarczej w 2018 r. Wszystko więc wskazuje na to, że do marca sprawa podwyżki stóp procentowych pozostanie jedynie w sferze domysłów, zmieniających się w rytm napływających danych.

autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Według najnowszych danych NBP, transakcyjne ceny używanych mieszkań w Łodzi, Trójmieście, Wrocławiu i Katowicach wzrosły w ciągu minionych 12 miesięcy aż o ok. 10%.  Nowe mieszkania najbardziej zdrożały w Szczecinie (prawie 12%), a także Trójmieście, Krakowie, Opolu i Bydgoszczy (o ok. 8%). Nie powinno to dziwić, biorąc pod uwagę rekordowo niski poziom stóp procentowych i bezrobocia. Expander zwraca jednak uwagę na to, że ceny lokali w największych miastach są wciąż o ok. 15% niższe niż w szczycie poprzedniego boomu na rynku nieruchomości.

Mieszkania drożeją przede wszystkim przez rekordowo niskie stopy procentowe. Te zniechęcają do oszczędzania na lokatach bankowych. Od lutego 2016 r. ich saldo dla gospodarstw domowych zmniejszyło się aż o 28,7 mld zł. Znaczna część tych pieniędzy prawdopodobnie trafiło na rynek nieruchomości. Kupno mieszkania na wynajem przynosi bowiem zdecydowanie wyższe zyski niż trzymanie pieniędzy w banku. Poza tym, niskie stopy procentowe sprawiają, że tanie są kredyty hipoteczne. W połączeniu z wyjątkowo niskim bezrobociem powoduje to, że Polacy nie boją się zadłużać. W tym roku (do września) wartość udzielonych kredytów wzrosła aż o 12% (o 3,8 mld zł).

Czy mieszkania są już drogie?

Rosnące ceny mieszkań wcale nie oznaczają, że nieruchomości są już drogie. Co ciekawe, nadal są one o ok. 15% tańsze niż pod koniec 2007 r. Poza tym, obecnie płacimy znacznie niższe odsetki od kredytów. Średnie oprocentowanie nowo przyznanego kredytu hipotecznego to 4,43%, a w 2007 r. było to 6,71%. W rezultacie, rata kredytu na mieszkanie w dużym mieście o powierzchni 50 m2 wynosi obecnie 1 557 zł, a 10 lat temu było to 2 344 zł. Warto też dodać, że obecnie zarabiamy o 55% więcej. To powoduje, że taka rata pochłania obecnie 24% dochodu pary o miesięcznych wpływach równych dwóm średnim pensjom. W 2007 r. było to aż 59%. Można więc powiedzieć, że mimo wzrostów, ceny wciąż są na rozsądnych poziomach, pozwalających przeciętnemu Polakowi na zakup własnego mieszkania z pomocą kredytu. Dobrą informacją jest również to, że wydaje się mało prawdopodobne, aby ceny nieruchomości nadal rosły w takim tempie.

Do wyliczeń przyjęliśmy średnią cenę transakcyjną na rynku pierwotnym dla 7 największych miast wg. NBP. Obecnie jest to 6 885 zł, a w IV kw. 2007 r. było to 8 064 zł. Przyjęliśmy 10% wkładu własnego i okres spłaty 30 lat.

Gdzie jest bankomat? – Takie pytanie może padać coraz częściej. Jak wynika z danych NBP w II kwartale liczba bankomatów w Polsce spadła o 223 maszyny. Jednocześnie, gwałtownie rośnie liczba sklepów akceptujących płatności kartami i dokonywanych kartami transakcji. Bankomaty będą więc cieszyły się coraz mniejszą popularnością i będzie ich zapewne coraz mniej.

Z bankomatów najchętniej korzystaliśmy w 2013 r. kiedy wykonaliśmy w nich aż 778 mln operacji. Od tego czasu zainteresowanie systematycznie spada. Mimo tego, liczba takich urządzeń dotychczas rosła o 1-2 tysiące rocznie. Najnowsze dane NBP pokazują jednak, że w II kwartale w Polsce zainstalowane były 23 528 bankomaty, czyli o 223 mniej niż w I kwartale. Spadek jest więc niewielki, ale w połączeniu z innymi informacjami sugeruje, że właśnie obserwujemy początek istotnych zmianami na naszym rynku.

W najbliższych kilku latach na korzyść bankomatów będzie działało wprowadzanie nowoczesnych maszyn, które potrafią nie tylko wypłacać pieniądze, ale także przyjmować wpłaty. Ta druga funkcja szybko zyskuje na popularności. Jeszcze w 2014 r. wartość wpłat stanowiła zaledwie 3,5% wszystkich operacji. W pierwszej połowie tego roku było to już 19%, co oznacza że Polacy zdeponowali w bankach za pośrednictwem bankomatów aż 105 mld zł.

Mimo upowszechniania się nowej funkcji bankomatów, w dłuższej perspektywie ich liczba będzie spadała. Gotówka, w coraz większym stopniu jest bowiem zastępowana przez płatności bezgotówkowe. Łączna wartość wypłat z bankomatów w pierwszym półroczu 2017 r. to 156 mld zł, a płatności kartą wykonaliśmy w tym okresie na kwotę 122 mld zł. Wciąż króluje więc fizyczna waluta, ale to już nie potrwa długo. Wartość płatności kartą przyrasta bowiem w tempie około 20% rocznie. Wartość wypłat również rośnie, ale znacznie wolniej – o ok. 7% rocznie. Jeśli taki stan się utrzyma, to w 2021 r. wartość dokonanych płatności kartą przewyższy wypłaty gotówki. Później gotówka będzie systematycznie traciła na znaczeniu. W rezultacie bankomaty, nawet te z funkcją wpłat, będą coraz rzadziej wykorzystywane i duża ich część będzie musiało zniknąć z naszych ulic.

 

Wypowiedź: Jarosław Sadowski, główny analityk firmy Expander.

Już w 2025 r. 4 na 10 Polaków będzie miało ponad 50 lat. Z kolei w 2050 r. 1/3 społeczeństwa będzie mieć więcej niż 65 lat. W dobie starzenia się populacji, seniorzy, nazywani także pokoleniem Silver będą stanowić ważną grupę zawodową. Wymusza to na pracodawcach obowiązek zadbania o potrzeby starszej generacji pracowników, a te nie są mniejsze niż potrzeby Millenialsów czy Zetek. Zachowanie work-life balance, by móc łączyć pracę z rozwijaniem nowych zainteresowań, podnoszeniem kompetencji, opieką nad wnukami czy chęć pracy według elastycznego grafiku to coraz częściej wymieniane przez pracowników 50+ potrzeby.

 Senior znaczy aktywny

Polacy nie tylko coraz dłużej żyją, ale także znacznie dłużej pozostają aktywni zawodowo i prywatnie. Jak podaje GUS, bezrobocie w grupie wiekowej 55-64 lat na koniec 2016 roku wynosiło tylko 4,3 proc. Każde następujące po sobie pokolenie seniorów będzie się starzeć w zupełnie inny sposób, znacznie dłużej pozostając aktywnym zawodowo, a co za tym idzie – będzie miało inne potrzeby i wymagania związane między innymi z wykonywaną pracą.

Jak szacują eksperci NBP, w nadchodzących latach polski rynek pracy będzie borykał się z luką kadrową, którą mogą zapełnić m.in. seniorzy. Już teraz pracodawcy widzą potrzebę zatrudniania osób starszych. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Work Service, na początku 2016 r. 76 proc. firm zatrudniało pracowników w wieku 50+. Obecnie jest to już aż 86 proc. i wiele wskazuje na to, że ta liczba będzie wzrastać. 27 proc. firm zapowiada, że na przestrzeni 12 miesięcy będzie zwiększać zatrudnienie w tej grupie wiekowej. Co więcej, jak podaje Eurostat, w ciągu dekady odsetek zatrudnionych seniorów zwiększył się w naszym kraju z 28,5 proc. do 47,4 proc. Pod względem dynamiki wzrostu daje to Polsce 2. miejsce wśród innych państw Unii Europejskiej.

 Powyższe statystyki motywują coraz większą grupę pracodawców do przyjrzenia się potrzebom pracowników z grupy wiekowej 50+.

– Wiele się mówi o wymaganiach i potrzebach pracowników z pokolenia Y. Tymczasem, jak pokazują najnowsze analizy na temat demografii, firmy nie powinny zapominać o potrzebach starszego pokolenia. Osoby w wieku 50+ już teraz są ważną grupą pracujących, a za dziesięć, dwadzieścia lat ich rola dodatkowo wzrośnie. Dlatego też, przy współpracy z ABSL przygotowujemy raport na temat potrzeb i wymagań pracowników biurowych 50+, który pozwoli lepiej przygotować miejsce pracy do oczekiwań tej grupy zawodowej – mówi Filip Szklarz, Smart Workplace Consultant, Mikomax Smart Office.

Praca na elastycznych warunkach

Wśród wielu rozwiązań, z których mogą skorzystać pracodawcy, by nadążyć za zmianami na rynku pracy jest smart working, czyli model pracy, który dopasowuje się do potrzeb pracowników różnych generacji. Zakłada m.in. ewaluację zatrudnionego nie przez pryzmat godzin spędzonych w biurze, ale osiągniętych efektów. To z kolei otwiera drogę do umożliwienia pracownikom wykonywania części obowiązków poza biurem, np. w zaciszu domowym. Pracy zdalnej sprzyja obecnie rozwój nowoczesnych technologii, a także takie miejsca jak przestrzenie co-workingowe, które mogą stanowić alternatywę dla biur bardziej tradycyjnych.

Założenia smart workingu doskonale wpisują się w wymagania osób po 50. roku życia, które są gotowe pozostać dłużej na rynku pracy, ale na własnych warunkach. Z danych Hays Poland wynika, że wśród dodatkowych korzyści, którą chcę zyskać pracownicy w wieku 50+ w zamian za przesunięcie w czasie momentu przejścia na emeryturę, na pierwszym miejscu pojawia się praca elastyczna, czyli taka, która nie zakłada konieczności spędzania całego dnia pracy za biurkiem.

­­– Mimo że o zaletach płynących z większej elastyczności w miejscu pracy najwięcej mówi się zazwyczaj w kontekście młodszej generacji pracowników, to smart working daje także wiele korzyści pokoleniu Silver. Najważniejsza z nich to zachowanie równowagi między pracą a sferą prywatną. To, że osoby po 50. roku życia zazwyczaj nie są już ograniczone obowiązkami domowymi w takim stopniu jak 30-latkowie, nie znaczy, że chcą poświęcić swój wolny czas obowiązkom zawodowym. Wręcz przeciwnie, dla wielu z nich to pierwszy moment w życiu, kiedy mogą zająć się w pełni rozwijaniem własnych pasji, czy nauką nowych rzeczy. Smart working daje pracownikom większą autonomię w zakresie organizacji pracy. Z doświadczenia firm, z którymi współpracował Mikomax Smart Office wynika, że taką samodzielność bardzo cenią sobie także osoby z pokolenia Silver. Co więcej, jak pokazują wyniki naszego raportu ‘Smart Working Guidebook for Poland’, na wdrożeniu smart workingu korzysta także druga strona, czyli pracodawcy. Ci, którzy postawili na takie rozwiązanie, zaobserwowali wzrost zaangażowania pracowników w wykonywanie obowiązków, co przyczyniło się do ogólnego wzrostu ich efektywności oraz kreatywności – zaznacza Zuzanna Mikołajczyk, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu, Członek Zarządu Mikomax Smart Office.

 

Nowy rok przyniesie kolejną podwyżkę kar za brak ubezpieczenia OC dla kierowców. Warto sprawdzić, dla kogo ta zmiana będzie najbardziej odczuwalna. 

Podstawowa kara dla kierowców wzrośnie o 200 zł

Od początku 2012 r. kary za brak obowiązkowego ubezpieczenia dla kierowców są ustawowo powiązane z wysokością płacy minimalnej. Taka konstrukcja przepisów skutkuje podwyżką stawek karnych przy każdorazowym wzroście „najniższej krajowej”.

Presja pracowników i związków zawodowych na wzrost minimalnego wynagrodzenia, oznacza zatem większe kłopoty finansowe dla kierowców przyłapanych na braku obowiązkowej polisy – mówi Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Wzrost opłat karnych Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego jest już przesądzony, bo rząd podał wysokość „najniższej krajowej” na 2018 rok. Zmiana tego minimalnego wynagrodzenia (z 2000 zł brutto do 2100 zł brutto), będzie oznaczała podwyżkę głównej kary dla posiadaczy nieubezpieczonych samochodów osobowych. Wspomniana kara wzrośnie z 4000 zł (2017 r.) do 4200 zł (2018 r.). O 5% wzrosną również wszystkie pozostałe opłaty naliczane przez UFG. Kierowca samochodu osobowego z przerwą w okresie ubezpieczenia wynoszącą do 3 dni włącznie, od stycznia 2018 r. zapłaci 840 zł zamiast 800 zł. W przypadku takiej przerwy wynoszącej od 4 dni do 14 dni, stawka karna wzrośnie z 2000 zł do 2100 zł.

–  Warto pamiętać, że brak dokumentów kierowcy poświadczających długość przerwy w okresie ubezpieczenia (poniżej 15 dni), będzie skutkował naliczeniem najwyższej stawki karnej. Taka sama zasada dotyczy również właścicieli motocykli, samochodów ciężarowych oraz innych pojazdów – zwraca uwagę Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Przez lata kary za brak OC rosły szybciej niż inflacja

Warto wspomnieć, że pięcioprocentowy wzrost karnych opłat UFG wraz z początkiem 2018 roku, nie będzie najbardziej dotkliwą taką zmianą. W bieżącej dekadzie nieubezpieczeni kierowcy mogli już odczuć większe wzrosty. Według historycznych danych, podstawowa stawka karna (100%) dla właściciela samochodu osobowego wynosiła: w  2011 rok – 500 euro (ok. 2059 zł – suma przeliczona po średnim rocznym kursie NBP), a w 2017 rok – 4000 zł, natomiast w w 2018 roku – 4200 zł.

Zmiana podstawowej stawki karnej w 2012 r. (z 500 euro do 200% „najniższej krajowej”), skutkowała wzrostem aż o 941 zł. W kolejnych latach podwyżki nie były już tak drastyczne. Warto jednak zwrócić uwagę, że kary dla nieubezpieczonych kierowców rosły znacznie szybciej niż inflacja.

Podstawowa stawka karna dotycząca samochodów osobowych, od początku 2011 r. do początku 2017 r. wzrosła o mniej więcej 94%. W tym samym okresie, łączna inflacja wyniosła zaledwie 7,5%. Taki wynik oznacza, że sankcje finansowe dla nieubezpieczonych kierowców szybko rosły również w ujęciu realnym – dodaje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

 

 

W ostatnim komunikacie po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej zabrakło ważnego stwierdzenia: że jej członkowie nie widzą zagrożenia przekroczenia celu inflacyjnego NBP – przedziału, w którym powinien mieścić się wzrost cen dóbr i usług w gospodarce. I chociaż RPP utrzymuje, że w 2018 roku nie będzie podnosiła stóp procentowych, inwestorzy podchodzą do tych zapowiedzi z rezerwą.

Obawy inwestorów o silniejszy wzrost inflacji w Polsce nie są bezpodstawne. Wystarczy spojrzeć, w jakim tempie rozwija się polska gospodarka. Na wzrost cen ropy naftowej, podwyżki płac (rzędu 6-7% rok do roku) i rosnące wykorzystanie mocy produkcyjnych. Pytanie o to, kiedy to wszystko przełoży się na wzrost cen, samo ciśnie się na usta.

Niepewność inwestorów doskonale widać w zachowaniu cen obligacji Skarbu Państwa. O ile rentowność naszych 2-letnich obligacji oscylują w okolicach 1,5 – 1,6%, to w przypadku 10-letnich wzrosły do ok. 3,4 – 3,5%. To wyżej niż w najlepszych momentach tego roku, gdy polskie skarbówki były chętnie kupowane przez inwestorów. Wniosek jest prosty: im dłuższe papiery, tym mniejszy apetyt inwestorów na ryzyko.

Czy faktycznie należy się bać podwyżek stóp procentowych w Polsce?

To, że prędzej czy później do nich dojdzie, nie ulega wątpliwości. Za tym, że może to nastąpić później przemawia to, że w czasach gdy inflacja spadła znacznie poniżej zera, RPP nie dokonała radykalnych obniżek stóp procentowych, podczas gdy inne banki centralne na świecie pobudzały gospodarkę zerowymi, a nawet ujemnymi stopami. Jeśli nawet w najbliższych miesiącach inflacja przekroczy pożądany poziom, Rada jeszcze przez jakiś czas pozostanie w strefie komfortu i będzie w stanie przetrzymać presję ze strony cen. Dopóki to się nie zmieni, stopy procentowe pozostaną na obecnych poziomach.

 

Autor: Krzysztof Izdebski, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI.

Według danych NBP w II kwartale liczba bankomatów w Polsce spadła o 223 maszyny. Expander zwraca uwagę, że jest to o tyle niezwykłe, że od wielu lat ich liczba rosła. Przestało ich przybywać zapewne dlatego, że coraz rzadziej z nich korzystamy – już od 2014 r. spada liczby dokonywanych z nich wypłat. Jednocześnie, gwałtownie rośnie liczba sklepów akceptujących płatności kartami i dokonywanych kartami transakcji. Bankomaty będą więc  cieszyły się coraz mniejszą popularnością i będzie ich zapewne coraz mniej.

Z bankomatów najchętniej korzystaliśmy w 2013 r. kiedy wykonaliśmy w nich aż 778 mln operacji.  Od tego czasu zainteresowanie systematycznie spada.  Mimo tego, ilość  takich urządzeń dotychczas rosła o 1-2 tysiące rocznie. Najnowsze dane NBP pokazują jednak, że w II kwartale w Polsce zainstalowane były 23 528 bankomaty, czyli o 223 mniej niż w I kwartale. Spadek jest więc niewielki, ale w połączeniu z innymi informacjami sugeruje, że właśnie obserwujemy początek istotnych zmianami na naszym rynku.

Bankomat coraz częściej jest też wpłatomatem

W najbliższych kilku latach na korzyść bankomatów będzie działało wprowadzanie nowoczesnych maszyn, które potrafią nie tylko wypłacać pieniądze, ale także przyjmować wpłaty.  Ta druga funkcja szybko zyskuje na popularności. Jeszcze w 2014 r. wartość wpłat stanowiła zaledwie 3,5% wszystkich operacji. W pierwszej połowie tego roku było to już 19%, co oznacza że Polacy zdeponowali w bankach za pośrednictwem bankomatów aż 105 mld zł.

Bankomatów będzie coraz mniej

Mimo upowszechniania się nowej funkcji bankomatów, w dłuższej perspektywie ich liczba będzie spadała. Gotówka, w coraz większym stopniu jest bowiem zastępowana przez płatności bezgotówkowe. Łączna wartość wypłat z bankomatów w pierwszym półroczu 2017 r. to 156 mld zł, a płatności kartą wykonaliśmy w tym okresie na kwotę 122 mld zł. Wciąż króluje więc fizyczna waluta, ale to już nie potrwa długo.  Wartość płatności kartą przyrasta bowiem w tempie około 20% rocznie. Wartość wypłat również rośnie, ale znacznie wolniej – o ok. 7% rocznie. Jeśli taki stan się utrzyma, to w 2021 r. wartość dokonanych płatności kartą przewyższy wypłaty gotówki. Później gotówka będzie systematycznie traciła na znaczeniu. W rezultacie bankomaty, nawet te z funkcją wpłat, będą coraz rzadziej wykorzystywane i duża ich część będzie musiało zniknąć  z naszych ulic.

 

 

 

Autor: Jarosław Sadowski, Główny analityk Expander Advisors

Mimo bardzo dobrej sytuacji w gospodarce i na rynku pracy oraz deklaracji RPP utrzymania stóp procentowych na niezmienionym, rekordowo niskim poziomie, banki zapowiadają zaostrzenie swej polityki kredytowej. Ta ostrożność wskazuje na lekki wzrost obaw bankowców dotyczących rozwoju sytuacji.

Z okresowego badania sytuacji na rynku kredytowym przeprowadzanego przez NBP wynika, że doskonała koniunktura gospodarcza, wzrost dochodów gospodarstw domowych oraz rekordowo niskie stopy procentowe nie usypiają czujności bankowców w kwestii kryteriów i warunków udzielania kredytów. Dotyczy to zarówno przedsiębiorców, jak i konsumentów. Ostrożna postawa wynika częściowo z obaw związanych z rozwojem sytuacji w gospodarce, a przynajmniej w niektórych jej sektorach, po części zaś z chęci ustrzeżenia się przed konsekwencjami nadmiernego optymizmu kredytobiorców, choć jednocześnie ankietowani bankowcy nie dostrzegają niebezpiecznego wzrostu popytu na kredyty.

Banki po raz pierwszy od ponad półtora roku dostrzegły poprawę koniunktury w gospodarce jako bodziec do nieznacznego złagodzenia kryteriów udzielania kredytów firmom, ale jednocześnie znalazły powody, by nadmiernie nie zachęcać przedsiębiorców do zadłużania się. O ile deklarowane przez część banków zwiększanie wysokości marży można uznać za działanie podyktowane chęcią zwiększenia swoich zysków, o tyle podwyższone wymogi dotyczące wkładu własnego, czy skracanie okresu kredytowania, to wyraźne przejawy ostrożności w finansowaniu. Można przypuszczać, że podyktowana jest ona niepewnością w kwestii utrzymania się dobrej koniunktury i możliwości pojawienia się kłopotów, szczególnie w niektórych branżach. Dość wspomnieć o widocznych już wzroście kosztów, czy trudnościach w pozyskiwaniu przez firmy pracowników, a więc i ograniczonych możliwościach wzrostu produkcji, a nawet realizacji bieżących zamówień. Pod tym względem szczególne obawy bankowców dotyczą przedsiębiorstw budowlanych, najbardziej wrażliwych na tego typu zjawiska. Co więcej, przewidują oni dalsze zaostrzenie polityki kredytowej w kolejnych miesiącach, głównie wobec małych i średnich przedsiębiorstw. Może to mieć również związek z oczekiwaniem wcześniejszego niż dotąd zapowiadanego podwyższenia stóp przez Radę Polityki Pieniężnej, co spowodowałoby zwiększenie kosztów finansowania i mogłoby niekorzystnie odbić się na zdolności części firm do jego spłaty.

Już w trzecim kwartale część banków zaostrzyła kryteria udzielania kredytów mieszkaniowych, ale jednocześnie złagodziła niektóre warunki klientom, spełniającym stawiane wymagania, między innymi obniżając poza odsetkowe koszty finansowania. Bardzo podobnie postępowały wobec najbardziej wiarygodnych klientów ubiegających się o kredyt konsumpcyjny, obniżając także marże, godząc się na dłuższy okres kredytowania i wyższe kwoty zobowiązań. O ile bankowcy nie zamierzają w najbliższej przyszłości podwyższać wymagań dla kredytów hipotecznych, to planują zaostrzenie polityki w przypadku finansowania potrzeb konsumpcyjnych, najwyraźniej dostrzegając w tej kwestii pewne ryzyko, związane z rosnącym prawdopodobieństwem wcześniejszej podwyżki stóp procentowych.

 

 

Komentarz: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Komiksy, zabawki, monety, trunki czy zabytkowe auta – sposobów na alternatywne inwestycje jest cała masa. Moda na nie potrafi jednak przemijać, a obietnica dwu-trzycyfrowych zysków może zostać przekuta w stratę – ostrzega Open Finance. Poznaj 5 niecodziennych sposobów na inwestycję

W ciągu roku klasyczne auta zdrożały przeciętnie o 6,5%, a kolekcjonerskie butelki „szkockiej” aż o 18,5% – wynika ze statystyk portali HAGI i Rare Whisky 101. Takie wyniki rozbudzają chciwość inwestorów – szczególnie jeśli bankowe lokaty z trudem pokonują inflację.

Co warto podkreślić, niezmiennie klasyczne inwestycje – akcje, obligacje, nieruchomości czy złoto – pozostają w centrum zainteresowania przeciętnego inwestora (pisaliśmy o nich więcej 5 października w materiale pt. „5 sposobów na emeryturę „na własną rękę”). Nie zmienia to jednak faktu, że alternatywne sposoby lokowania kapitału zyskują na popularności – szczególnie kusząc potencjalnymi zyskami w otoczeniu niskich stóp procentowych. Wiele źródeł podkreśla też, że inwestycje alternatywne (znaczki pocztowe, stare samochody czy trunki) nie tanieją, gdy na rynek giełdowy przychodzi bessa, czyli są antycykliczne. W ostatnich latach takie przypadki się zdarzały, ale nie jest to reguła. Z drugiej strony minusem inwestycji alternatywnych jest to, że moda na nie także może przeminąć, a wtedy kupione przez inwestorów przedmioty mogą okazać się znacznie mniej warte lub nawet bezwartościowe. Jak zawsze niezbędne są więc rozwaga, wiedza i ostrożność.

Polska motoryzacja w cenie

Jak wcześniej wspomniano wyraźnie zdrożały w ostatnim czasie auta klasyczne – o 6,5% w ciągu roku – wynika z indeksu HAGI TOP. Przygotowuje go firma Historic Automobile Group International, która popularyzuje wiedzę o autach klasycznych i zmianach ich cen. Indeks HAGI TOP ma za zadanie badanie cen transakcyjnych najrzadszych klasycznych aut zbudowanych na przestrzeni całej historii motoryzacji. Znajdziemy w nim zarówno samochody zbudowane przed wojną jak i w XXI wieku. Rodzimy rynek aut klasycznych nie dorównuje zachodnioeuropejskim, co nie znaczy, że Polakom obce jest lokowanie pieniędzy na tym rynku. Co więcej, zainteresowaniem cieszą się nie tylko stare Mercedesy, Ferrari, Porsche czy Jaguary, ale mamy też rynek rodzimych ikon motoryzacji.

Trzeba mieć przy tym świadomość, że utrzymanie auta w nienagannej kondycji sporo kosztuje. W przypadku ikon PRL-u istnieje poważne zagrożenie, że ewentualny wzrost wartości czterech kółek może nie pokryć wspomnianych kosztów. Ten trzeba szacować na kilka-kilkanaście tysięcy złotych rocznie. Spójrzmy więc na konkretny przykład. W pierwszej dekadzie XXI wieku „duży fiat” w dobrym stanie kosztował około 2-3 tys. zł, a egzemplarze zaniedbane wyceniane były na zaledwie kilkaset złotych. Podobnie było z „małymi fiatami”. Aut tych jest jednak coraz mniej, a sentyment na nie wraca. Efekt jest taki, że ceny za auta w idealnym stanie przyprawiają o zawrót głowy. Zdarza się, że sprzedający żądają za nie 30-50 tys. złotych i więcej. Głośny był przypadek ponad 30-letniego malucha, który „mieszkał” na piętrze domu jednorodzinnego. Właściciel wycenił go na 65 tys. złotych.

Potężne zyski na komiksach

Imponujące są też wzrosty cen komiksów. Ikoną jest tu pierwsze wydanie Action Comics z 1938 roku. 79 lat temu kosztowało ono 10 centów. Dziś za egzemplarz w idealnym stanie trzeba zapłacić nawet 3,2 mln dolarów – jest to najwyższa w historii cena zapłacona za komiks. To oznacza, że ten egzemplarz co roku drożał przeciętnie o ponad 24% i działo się tak przez prawie 8 dekad. Kolejne numery z tej serii nie są już aż tak drogie. Maksymalną cena jaką osiągnął piąty numer było „zaledwie” 7,5 tys. dolarów. Uśredniając wzrosty cen dla pierwszych 10 numerów tej serii osiągamy wynik na poziomie ponad 18%. Aż o tyle przeciętnie drożały co roku te komiksy.

Na rodzimym rynku próżno szukać takich spektakularnych przykładów. Niemniej poważne ceny osiągają komiksy wydawane w okresie PRL. W 2016 roku głośny był na przykład wynik licytacji, w wyniku której plansza komiksowa z 1971 roku z Tytusa, Romka i A’Tomka sprzedana została za 20,6 tys. zł. Drogie są też dziś komiksy z serii Kapitan Kloss, Kapitan Żbik czy Kajko i Kokosz. Oczywiście takie ceny osiągają tylko komiksy prawdziwie unikatowe – najlepiej niepublikowane i w idealnym stanie.

Krocie za marzenia z dzieciństwa

Podobne przypadki – szalonych wzrostów cen – znaleźć można w przypadku zabawek z dzieciństwa. Nawet jednak Barbie, „resoraki” czy figurki bohaterów z młodych lat nie osiągają milionowych wycen. Prawdziwe unikaty kosztują przeważnie nie więcej niż 100-300 tysięcy dolarów, co i tak jest kwotą przyprawiającą o zawrót głowy. Spójrzmy jednak na bardziej przyziemne przypadki. Figurka płatnego zabójcy (Boba Fetta), którą wprowadzono do sprzedaży w 1997 roku przy okazji premiery filmu Gwiezdne Wojny: Imperium Kontratakuje, została w 2015 roku sprzedana za 18 tysięcy funtów. Taką cenę osiągnęła zabawka w oryginalnym nieotwieranym pudełku. Jak informuje portal Daily Mail w 1980 roku w sklepie figurkę tę można było kupić za 1,5 funta. Kto mógł jednak wtedy przewidzieć jakim hitem i ikoną popkultury zostanie seria Gwiezdnych Wojen?

To jest też największy problem z alternatywnymi inwestycjami. Jest to po prostu bardzo ryzykowny sposób na pomnażanie kapitału. Jeśli łatwo byłoby wytypować rzeczy, które dziś są relatywnie tanie, a za lat kilkadziesiąt będą warte majątek, to nie oszukujmy się – wszyscy by je kupowali i za kilkadziesiąt lat podaż byłaby wciąż wyższa niż popyt. Rynek, na którym chcemy działać musimy znać jak własną kieszeń, mieć tzw. „nosa” i szczyptę szczęścia. W przeciwnym przypadku pieniądze stracimy lub przynajmniej nie zarobimy zbyt wiele. Gwarancji zysku nie daje też zakup przedmiotów, które dziś są pożądanymi unikatami. Nawet zakup komiksu wycenianego dziś na setki tysięcy czy miliony dolarów nie daje gwarancji zysku, bo moda może minąć.

Wysoki procent zaklęty w szkle

I tak na przykład w modzie jest obecnie lokowanie kapitału w kolekcjonerskich egzemplarzach szkockich trunków. Jak informuje portal Rare Whisky sto najbardziej pożądanych butelek zdrożało w ostatnim roku o 18,5%. Od początku publikacji indeksu badającego zmiany ich cen (koniec 2008 r.) zanotowano już prawie 400-proc. wzrost.

W tym wypadku największą popularnością cieszą się oczywiście także butelki unikalne. Ważny jest więc wiek trunku, jego jakość i długość okresu, przez który leżakował. Dobrze gdy jest to seria limitowana, a jeszcze lepiej gdy gorzelnia, w której powstał dany destylat, zamknęła już swe podwoje.

Moda zmienną jest

Skoro o modzie mowa, to warto dla przestrogi przytoczyć przykład całkiem niedawny – tym bardziej ciekawy, że z rodzimego podwórka. Dokładnie 10 lat temu boom przeżywał rynek współczesnych monet kolekcjonerskich i obiegowych emitowanych przez NBP. Regularnie – w dniach kolejnych emisji – przed oddziałami banku centralnego ustawiały się kolejki osób chcących kupić nowe monety, które często z kilkukrotnym przebiciem sprzedawano z pomocą portali aukcyjnych. W tym samym czasie mocno drożały też inne monety emitowane po denominacji.

Doskonałym przykładem jest moneta obiegowa o nominalne 2 złote wyemitowana przez NBP w 1996 roku, a upamiętniająca Zygmunta II Augusta. W 2007 roku jej cena wzrosła nawet do ponad 1000 złotych (500 razy więcej niż cena emisyjna). Szał na monety emitowane przez NBP osiągnął jednak szczyt na przełomie 2007/08. Potem zainteresowanie malało wraz z cenami. Trudno powiedzieć czy powodem był kryzys finansowy, czy fakt, że NBP widząc potężne zainteresowanie emitowanymi monetami, po prostu zwiększał ich nakłady (podaż). Teraz za dwuzłotówkę Zygmunta Augusta trzeba zapłacić mniej więcej 300-400 złotych, co i tak oznacza mocne przebicie ponad cenę emisyjną, ale również sporą stratę dla kogoś kto kupił „na górce”. Oczywiście trzeba dodać, że w 1996 roku dwuzłotówkę z Zygmuntem można było po prostu dostać zostawiając w kasie NBP zwykłe 2 złote. Gdyby tego było mało, każdy mógł wymienić dowolną kwotę na okolicznościowe monety.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

19 października b.r. po raz pierwszy obchodziliśmy Dzień Płatności Bezgotówkowych, mający na celu upowszechnianie obrotu bezgotówkowego w Polsce. Według ekspertów Polskich ePłatności i Ingenico, Polacy coraz chętniej korzystają z płatności kartą, choć jednocześnie całkowity udział transakcji gotówkowych w obrocie gospodarczym nadal pozostaje na relatywnie wysokim poziomie.  

Najnowszy raport Narodowego Banku Polskiego podaje, że w czerwcu 2017 r. na rynku znajdowało się już niemal 38 mln kart płatniczych, co stanowi wzrost o 5,6 proc. w stosunku do roku poprzedniego.
O tym, że Polacy coraz chętniej sięgają po wygodne i bezpieczne sposoby płatności, świadczą również dane udostępnione w ramach Dnia Płatności Bezgotówkowych, przez jednego z czołowych agentów rozliczeniowych – Polskie ePłatności S.A. Z tej okazji zestawiono ze sobą liczbę transakcji wykonanych w dniach 16-20 października, a więc w tygodniu w którym wypada tegoroczne święto, z analogicznymi okresami w poprzednich latach.

Według danych Polskich ePłatności S.A., w 2014 r. liczba transakcji wykonywanych na terminalach obsługiwanych przez agenta rozliczeniowego wynosiła 1 694 503, w 2015 – 2 196 388, w 2016 – 2 581 524, natomiast w 2017 aż 3 201 388. Oznacza to, że tylko na przestrzeni trzech lat klienci Polskich ePłatności S.A. zintensyfikowali częstotliwość korzystania z karty niemal dwukrotnie. Zdaniem ekspertów PeP i Ingenico, rosnąca popularność transakcji bezgotówkowych związana jest z coraz większą dostępnością nowoczesnych terminali, ułatwiających bezproblemowe płatności. Z informacji opublikowanych przez NBP w lipcu b.r. wynika, że ich ogólna liczba w pierwszym kwartale 2017 r. to 563 374.

„Rosnąca liczba terminali to dla nas sygnał, że Polacy oczekują szybkich oraz bezproblemowych płatności kartą. Ingenico od lat wspiera ich w tej dziedzinie, udostępniając najnowocześniejsze i jednocześnie bezpieczne rozwiązania technologiczne.” – mówi Piotr Waś, Dyrektor Zarządzający na Europę Wschodnią z Ingenico, lidera na rynku terminali płatniczych w dziedzinie bezproblemowych płatności.

Główną ideą Dnia Płatności Bezgotówkowych jest przede wszystkim ugruntowanie pozytywnego nastawienia społeczeństwa do obrotu bezgotówkowego. Według raportu NBP z lutego 2017, co piąty Polak nadal nie ma konta w banku, a 28 proc. respondentów wybiera płatność gotówką jako preferencyjną. Tymczasem wybór karty płatniczej lub coraz popularniejszych płatności mobilnych, pozwala nie tylko na skrócenie czasu, ale także na maksymalne uproszczenie całego procesu transakcji.

„Polskie ePłatności od lat przyczyniają się do dynamicznego rozwoju obrotu bezgotówkowego w kraju. Aby sprostać oczekiwaniom zarówno przedsiębiorców, jak i ich klientów, dbamy o innowacyjność oraz niezawodność naszych usług. Korzyści, jakie płyną z wykorzystania ich potencjału, to dowód na to, że zdecydowanie warto otworzyć się na nowe technologie w zakresie transakcji bezgotówkowych.” – dodaje Janusz Diemko, Prezes Zarządu CRE Polskie ePłatności S.A.

Dzień Płatności Bezgotówkowych zainicjowany został przez Koalicję na Rzecz Obrotu Bezgotówkowego i Mikropłatności. Po raz pierwszy obchodzony był 19 października b.r.

 

Źródło: Grupa  Ingenico

Rosnące ceny mieszkań, to jeden z czynników, który przeważnie skłania Polaków do budowy własnych domów – sugerują dane zebrane przez Open Finance. Nie inaczej jest i tym razem. Huraoptymizmowi panującemu na rynku mieszkaniowym towarzyszy dziś też najwyższa od ponad 8 lat liczba domów, które Polacy zaczęli budować na własne potrzeby.

Co leży u zarania decyzji o budowie domu? Potrzeba to rzecz jasna, ale zanim zdecydujemy się kupić działkę, zdobyć pozwolenia i rozpocząć inwestycję, potrzebne jest finansowanie i motywacja. Bez wątpienia łatwiej podjąć decyzję o budowie własnego „dachu nad głową”, gdy rosną wynagrodzenia, spada ryzyko utraty pracy, a banki chętnie pożyczą brakujące pieniądze na materiały i opłacenie murarzy, dekarzy i stolarzy.

Drożejące mieszkania przekonują do domu

Dane dostępne za ostatnie lata pokazują też inną ciekawą korelację. Okazuje się bowiem, że Polacy w 1-2 lata od momentu, w którym zaczynają drożeć mieszkania, chętniej rozpoczynają budowy domów. Było tak w latach 2005-2008, kiedy mieszkania bardzo szybko drożały, a liczba budów rozpoczynanych przez inwestorów indywidualnych wzrosła o ponad połowę.

Podobnie sytuacja rozwijała się w okresie bieżącego ożywienia. Na początku ceny mieszkań rosły bardzo powoli. Początek tego procesu przypada na połowę 2013 roku. Przyspieszenie notujemy dopiero od 2016 roku. Jak zmieniała się w tym czasie liczba rozpoczynanych budów przez osoby fizyczne? Do 2014 roku skala inwestycji była stabilna. Potem nastąpiło ożywienie, a już od drugiej połowy 2016 roku mamy do czynienia z prawdziwym boomem.

Domy rosną gdy mieszkania drożeją

Nie powinno więc dziwić, że dziś – gdy na rynku mieszkaniowym trwa nienotowane nigdy wcześniej ożywienie – dobra koniunktura na poważnie wkroczyła też w sektor budownictwa indywidualnego. Bez wątpienia sprzyja temu poprawiająca się kondycja finansowa gospodarstw domowych. Rosną przecież wynagrodzenia i zatrudnienie, a i program 500+ ma dla wielu rodzin niebagatelne znaczenie. W efekcie, gdyby zsumować dane na temat liczby rozpoczynanych przez Polaków inwestycji za ostatnie 12 miesięcy, otrzymalibyśmy w sierpniu wynik na poziomie 93,7 tysięcy. Są to przede wszystkim domy jednorodzinne budowane na własne potrzeby. Jest to najwyższy wynik od ponad 8 lat. Odpowiednie dane GUS publikuje od 2005 roku. Poprzedni historyczny rekord przypadł na rok 2008. Wtedy gdyby we wrześniu zsumować domy, których budowę rozpoczęły osoby fizyczne, otrzymalibyśmy wynik na poziomie 97 tysięcy – niewiele więcej niż wynika z aktualnych statystyk. Warto dodać, że rekord roku 2008 wypadł w rok po trzecim kwartale 2007 roku, kiedy wg. NBP ceny mieszkań w największych miastach osiągnęły szczyt.

Powiązanie między cenami mieszkań i liczbą domów, których budowę rozpoczynają osoby fizyczne, wydaje się to w pełni uzasadnione. Jeśli bowiem ktoś, odstraszony wysokimi cenami mieszkań podejmuje decyzję o budowie domu, to najpierw musi kupić ziemię, wybrać projekt i budowniczych, a potem uzyskać jeszcze pozwolenie na budowę. To wszystko trwa. Nie powinno więc dziwić, że dopiero kilkanaście miesięcy po wzrostach cen mieszkań materializują się decyzje o budowie domów.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

W ocenie Barbary Bugaj z firmy Cenatorium, do końca 2018 roku inwestowanie w mieszkanie nadal będzie opłacalne. Jednak później prawdopodobnie wzrosną stopy procentowe, a wraz z nimi koszt ewentualnie zaciągniętego kredytu. To spowoduje spadek rentowności najmu. Ten sam skutek wywoła podwyższenie cen nieruchomości. W Warszawie rosną one od 2013 roku, w tempie 1-3% w skali roku. W pozostałych miastach od początku br. zauważalny jest lekki trend wzrostowy na poziomie kilku procent. Zdaniem eksperta, obecnie największą dochodowość można uzyskać w Katowicach, na poziomie 6,5%, następnie w Łodzi – 5,9%. Na 3. miejscu jest Gdańsk – 5,6%, a dopiero potem stolica – 5,5%.

Największe ryzyko istnieje wtedy, gdy inwestycję w nieruchomość opieramy na kredycie mieszkaniowym. Stopy procentowe wciąż jeszcze są rekordowo niskie, ale należy obawiać się, że na początku 2019 roku wzrosną. Starszy analityk ds. nieruchomości w firmie Cenatorium podkreśla, że tak właśnie dzieje się teraz na zagranicznych rynkach. Przykładowo, Narodowy Bank Czeski podwyższył stopy procentowe w sierpniu br. z 0,05% do 0,25%. W USA zostały one podniesione już kilka miesięcy temu. Ostatnia podwyżka miała tam miejsce w czerwcu. Stopa funduszy federalnych wzrosła wówczas z 0,75-1% do 1-1,25%.

– Globalizacja gospodarcza sprawia, że zmiany na poszczególnych rynkach krajowych odbywają się falowo. Dlatego jesteśmy pewni tego, że stopy procentowe wzrosną również w Polsce. Nie możemy tylko podać dokładnej daty. Gdyby powróciło u nas oprocentowanie sprzed 5 lat w wysokości 4,5%, to koszt zadłużenia klienta podniósłby się aż o ok. 30%. To byłoby możliwe po podwyżce stóp procentowych o 3 p.p. Wówczas rata zaciągniętego kredytu wzrosłaby o jedną trzecią. Takie ryzyko istnieje zawsze, ponieważ wynika z naturalnych cyklów koniunkturalnych – przewiduje Barbara Bugaj.

Na podstawie wszystkich zjawisk gospodarczych, NBP podejmuje decyzję o ewentualnym podniesieniu stóp procentowych. Jednak, jak zapewnia ekspert, nigdy te zmiany nie są drastyczne. Taki wzrost jedynie może nastąpić z czasem. Zaciągając kredyt hipoteczny, musimy liczyć się z tym, że będzie on miał zmienne oprocentowanie. Jeżeli w danym momencie stopy procentowe są niskie, to należy brać pod uwagę ryzyko ich wzrostu w przyszłości.

– Zawsze warto policzyć, czy będzie nas stać na kredyt, gdyby jego oprocentowanie wzrosło o ok. 2%. Brak przygotowania do takiej sytuacji może wywołać problemy z budżetem gospodarstwa domowego lub znacznie obniżyć komfort życia. Narażone są na to zwłaszcza osoby, dla których rata kredytu stanowi przykładowo 40% dochodów. Co miesiąc wydają bowiem prawie połowę swojej pensji na spłatę należności – tłumaczy Barbara Bugaj.

Trzeba też zwrócić uwagę na konkurencję, która systematycznie rośnie. Jest coraz więcej inwestorów indywidualnych i w najbliższym czasie pojawią się nowe instrumenty wynajmu nieruchomości, m.in. Mieszkanie Plus czy fundusz inwestycyjny Real Estate Investment Trust. Niektóre spółki deweloperskie deklarują już teraz gotowość stworzenia REIT’u dla mieszkań. Ponadto, wchodzą na nasz rynek firmy z innych krajów, które kupują od deweloperów całościowe projekty. Należy do nich np. holenderski inwestor instytucjonalny Bouwfonds European Residential Fund lub międzynarodowy fundusz Catella, który kupił 72 apartamenty w wieżowcu w samym centrum Warszawy. Mieszkania, nabywane w ramach zagranicznych funduszy inwestycyjnych, również będą przeznaczane na wynajem.

– Korzystność inwestycji nie wynika z podziału na rynek pierwotny i wtórny. Nie można niczego generalizować, ponieważ najważniejsza jest rentowność wynajmu. Jedyna uwaga jest taka, że ceny nowych mieszkań są nieco wyższe, niż tych starszych. W związku z tym, teoretycznie opłacalność zakupu nieruchomości od dewelopera mogłaby być niższa. Ale z drugiej strony, konkurencja na rynku najmu ciągle rośnie. Dlatego, wybierając pomiędzy niemodnym lokalem z meblościanką a nowym mieszkaniem o zbliżonej wysokości czynszu, wygramy, stawiając na to drugie – podkreśla Bugaj.

Opłacalność inwestycji określa stosunek ceny zakupu mieszkania do wysokości umownej odpłatności za używanie lokalu. Niemal w całej Polsce czynsz najmu sięga trzydziestu kilku złotych za mkw. Wyjątkiem jest stolica, gdzie wynosi około ok. 51 zł. W Gdańsku to około 41 zł za mkw. A w Krakowie – 40 złotych. Zdaniem eksperta, najwyższa rentowność wynajmowanych nieruchomości występuje w Katowicach. Tam przeciętny czynsz ma wartość 36 zł za mkw. Natomiast średnia cena zakupu mieszkania za mkw. jest na poziomie 4,5 tys. zł. Rentowność najmu dochodzi tam więc do 6,5%. W Łodzi cena transakcyjna lokalu wynosi 3 800 zł za mkw. Typowa stawka czynszu plasuje się na poziomie 29-30 zł za mkw. Tam dochodowość sięga 5,9%. Dla porównania, w Gdańsku wynosi  5,6%, w Warszawie – 5,5% i w  Krakowie – 4,7%.

– Zwykle indywidualni inwestorzy optymistycznie zawyżają rentowność najmu, ponieważ zapominają o tym, że nie są w stanie dokładnie policzyć niektórych kosztów dodatkowych. Mogą to być np. usterki czy też niespodziewane zniszczenia w mieszkaniu. Właściciele biorą pod uwagę ryzyko pustostanów, jednak czasami jest ono niedoszacowane. Dlatego, zawsze trzeba obliczać średnią dochodowość danego lokalu. Faktycznie może ona okazać się nieco niższa, niż zakładamy, na przykład minus 2% – zwraca uwagę Barbara Bugaj.

W opinii specjalisty, inwestowanie w nieruchomości premium może nie być na tyle rentowne, co kupowanie lokali z tzw. segmentu popularnego. Wynika to z bardzo wysokiej ceny zakupu apartamentu. Inwestycji na poziomie kilku milionów złotych nie zwrócą nam lokatorzy. Trzeba też mieć na uwadze to, że poziom pustostanów jest dużo wyższy wśród luksusowych mieszkań, ponieważ z reguły nie wynajmuje się ich zbyt często i szybko. Należy liczyć się także z tym, że możemy nie znaleźć klienta przez klika miesięcy, a nawet przez rok.

Jeżeli już zdecydowaliśmy się na zakup mieszkania pod wynajem, to powinniśmy właściwie ocenić, czy nasz produkt jest atrakcyjny na tle innych mieszkań w okolicy. Chodzi przede wszystkim o standard wykończenia i wysokość czynszu najmu. Należy przeanalizować lokalny rynek pod kątem konkurencji, chociażby na podstawie ofert zamieszczonych w serwisach internetowych. Najważniejsze jest to, aby proponowana przez nas odpłatność za używanie lokalu była rynkowa i dopasowana do warunków, jakie oferujemy klientowi – podsumowuje ekspert.

 

Rewolucja technologiczna w świecie finansów rozgościła się na dobre. Internet i nowe formy zdalnego dostępu do rachunku sprawiły, że klient nie odwiedza już placówki banku tak często jak kiedyś. Ten trend potwierdzają statystyki – według danych Komisji Nadzoru Bankowego liczba fizycznych placówek instytucji finansowych jest obecnie najniższa od 2012 roku. Co będzie dalej z oddziałami instytucji finansowych i dokąd zmierza bankowość? O tym opowiada Sławomir Pawlik, Dyrektor Wykonawczy Profi Credit, firmy będącej wiceliderem polskiego rynku pożyczkowego.

Z roku na rok jesteśmy coraz bardziej cyfrowi – to jednak nie znaczy, że przenieśliśmy się całkowicie do wirtualnej rzeczywistości, a oddziały instytucji finansowych przestają być potrzebne. Według danych NBP ponad jedna trzecia klientów woli bezpośredni kontakt z doradcą finansowym. Cenimy oczywiście szybkość i wygodę jaką daje korzystanie z usług finansowych online, jednak bankowość mobilna służy nam przede wszystkim do realizacji prostych spraw, jak sprawdzenie salda czy wykonanie przelewu. Bardziej skomplikowane operacje – otwarcie lub zamknięcie konta czy założenie lokaty – nadal wolimy wykonać w oddziale, który stanowi dla nas potwierdzenie wiarygodności danej instytucji.

Jak wynika z badania KPMG „Bankowanie i klikanie” odwiedzając przedstawicielstwo banku czy firmy pożyczkowej liczymy przede wszystkim na fachową poradę oraz ofertę skrojoną na miarę. I to właśnie dostajemy – instytucje finansowe „premiują” tych, którzy przychodzą do oddziałów. Takie osoby mogą na przykład liczyć na lepsze warunki pożyczki: wyższą kwotę czy dłuższy okres kredytowania. Dodatkowe finansowanie w wysokości 100 tys. dużo łatwiej uzyskać wybierając się do fizycznej placówki banku czy firmy pożyczkowej – dotyczy to zarówno osób prywatnych jak i przedsiębiorców. Dlaczego tak się dzieje? Bo bardziej ufamy tym, których znamy, a nasza wizyta w oddziale jest jednym z elementów potwierdzającym naszą wiarygodność.

Przy okazji rozważań na temat konieczności istnienia placówek instytucji finansowych nie można zapomnieć  o osobach, które z różnych powodów, nie mogą korzystać z nowych technologii. Tzw. wykluczenie cyfrowe jest według Kancelarii Senatu udziałem niemal jednej czwartej Polaków! Są to przeważnie osoby powyżej 65 roku życia. Nie sprawdzą one salda w aplikacji mobilnej i nie wykonają przelewu za pośrednictwem bankowości internetowej. Dla nich oddział to jedyna możliwość kontaktu z instytucją finansową!

Otaczający nas świat nijak przypomina ten z 1998 roku, gdy Powszechny Bank Gospodarczy udostępnił swoim klientom pierwsze w kraju konto dostępne za pośrednictwem internetu. Dziś Polska jest jednym z liderów w zaawansowanej bankowości. Pod względem korzystania z technologii, takich jak płatności zbliżeniowe, rozwiązania typu pay-by-link czy przelewy typu BLIK, jesteśmy w europejskiej czołówce. To właśnie dlatego Google zdecydował, że będziemy jednym z dwóch europejskich krajów testujących płatności mobilne Android Pay. Z tego również powodu Profi Credit kończy właśnie projekt związany z uruchomieniem nowoczesnej platformy online, dzięki której w prosty i wygodny sposób można będzie pozyskać dodatkowe finansowanie.

Wirtualna rzeczywistość odgrywa coraz większą rolę w świecie finansów, jednak miną dziesiątki lat nim online zastąpi offline. Czynnik ludzki jest nie do przeskoczenia, a zarówno klienci jak i banki czy firmy pożyczkowe większym zaufaniem darzą to, co namacalne.  Instytucje finansowe jak najlepiej starają się dostosować swoją ofertę do wymagań rynku – łączyć zalety obu kanałów sprzedaży. Jak wynika z badania The Digital Banking Expert Survey jedynie 5 procent planuje całkowitą rezygnację z tradycyjnych oddziałów. Większość w najbliższych latach postawi na placówki łączące tradycyjną obsługę z najnowszymi technologiami, które będą pełniły rolę centrów doradczych.

Wzrost ryzyka kredytowania małego biznesu

Z najnowszej ankiety Narodowego Banku Polskiego (NBP) wynika, że w drugim kwartale tego roku zaostrzeniu uległy warunki udzielania krótkoterminowych pożyczek dla małych i średnich przedsiębiorstw. Z jednej strony wzrosły pozaodsetkowe koszty kredytu, a z drugiej skróceniu uległ maksymalny możliwy czas kredytowania. Banki zaostrzenie wymagań tłumaczą wzrostem ryzyka związanego z kredytowaniem małego biznesu, w szczególności kilku branż. Tradycyjnie do tych szczególnie mocno prześwietlanych przez instytucje finansowe należą budowlanka, transport, ostatnio także IT. Zawieszanie działalności, księgowość prowadzona w formule ryczałtu, a przede wszystkim strata na koniec roku zazwyczaj dyskwalifikują w oczach bankowców przedsiębiorców starających się o finansowanie.

Gdzie bank nie może…

Z tej samej ankiety NBP wynika, że banki odczuły zwiększenie się popytu na kredyty dla firm. Korzystają na tym inne instytucje finansowe, do których przedsiębiorcy zwracają się po środki na bieżącą działalność lub inwestycje. Niepokoju wyrażonego przez banki w ankiecie nie odczuwa branża faktoringowa, również zajmująca się finansowaniem działalności MSP.

– Nie podzielam obaw banków, my aktualnie nie wprowadzamy żadnych zaostrzeń warunków finansowania przedsiębiorstw. Oczywiście spośród zgłaszających się do nas są firmy mniej i bardziej stabilne, ale przy rzetelnej ocenie można zminimalizować ryzyko i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy finansowanie takiego podmiotu będzie rodziło problemy. Niezależnie od reakcji banków na bieżącą sytuację, firmy faktoringowe, takie jak nasza, zawsze w większym stopniu zwracają uwagę na kontrahentów naszego klienta i zawarte kontrakty, niż na bieżące zadłużenie w ZUS lub US, czy też krótki okres działalności przedsiębiorstwa – mówi Piotr Gąsiorowski z eFaktor S.A.

Pieniądze pożyczone vs własne zarobione

Inny system oceny czy przedsiębiorca zasługuje na finansowanie i czy jego wsparcie nie niesie ryzyka, przynosi korzyści branży faktoringowej, która z roku na roku ma większy udział w finansowaniu firm. Jeszcze 10 lat temu udział był śladowy i niemal niezauważalny. Obecnie z takiej formy finansowania korzysta nawet 10% przedsiębiorców, a wzrost obrotów branży faktoringowej osiąga dwucyfrowe wskaźniki. Od stycznia do czerwca 2017 branża faktoringowa sfinansowała wierzytelności przedsiębiorców o łącznej wartości 83,6 mld zł. To wzrost o 13,6% w stosunku do analogicznego okresu 2016 roku (dane Polski Związek Faktorów – PZF).

– Obawy banków przed finansowaniem MSP zmuszają przedsiębiorców do poszukiwania innych źródeł finansowania. Naturalnym wyborem stają się firmy faktoringowe, które są relatywnie tańsze od firm pożyczkowych, a jednocześnie bardziej elastyczne w analizie, oczekiwanych zabezpieczeniach, a także już na etapie wykonywania umowy (finansowania konkretnych faktur). Właśnie elastyczność na każdym etapie współpracy z klientem uważam za nasz największy atut. Jednocześnie ciągle pracujemy nad tym, aby nasza oferta była jeszcze lepiej dopasowana do potrzeb i możliwości MSP. Od kilku lat intensywnie rozwijamy również siły sprzedażowe i analityczne, żeby nadążyć za potrzebami przedsiębiorców z grupy MSP – Piotr Gąsiorowski z eFaktor S.A.

W przypadku finansowania za pomocą faktoringu wypłacane są środki, które przedsiębiorca już zarobił i wystawił na nie niekwestionowaną przez odbiorcę fakturę, jednak zmuszony jest długo czekać na przelew. Faktoring zmniejsza ten czas do kilkudziesięciu godzin.

Wrześniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej nie przyniosło zaskoczenia – stopy procentowe pozostały bez zmian. Polski rynek mieszkaniowy nadal będzie więc napędzany gotówką. Jakie będą konsekwencje decyzji RPP dla rynku? – komentuje Jakub Nieckarz, prezes deweloperskiej firmy PVI.

W obliczu spływających komunikatów makroekonomicznych i znajomości stanowiska RPP, nie sposób było oczekiwać, że poziom stóp procentowych zostanie nagle zmieniony. Pozostają one wciąż na rekordowo niskim poziomie. To, co dla jednych jest pozytywną informacją, dla innych może być powodem ponownego przemyślenia dotychczasowej strategii lokowania nadwyżek finansowych.

Niskie stopy procentowe to realne oszczędności dla osób spłacających kredyty mieszkaniowe. Rata przeciętnego kredytu jest dziś o około 400 złotych niższa niż jeszcze pięć lat temu. Z wyliczeń Open Finance wynika, iż gdyby stopy procentowe były dzisiaj na poziomie z połowy 2012 r., to łączne odsetki od zaciągniętych kredytów byłyby wyższe o około 7,6 mld zł rocznie. To również zachęta do zaciągania nowych zobowiązań, co pokazują najnowsze dane. Pomimo obowiązkowego wkładu własnego na poziomie 20%, od początku roku rośnie wartość zaciąganych kredytów mieszkaniowych. Po danych o akcji kredytowej w II kwartale Związek Banków Polskich podwyższył swoją wcześniejszą prognozę udzielonych kredytów hipotecznych w całym 2017 r. Obecnie przewiduje on, że ich wartość przekroczy 40 mld zł.

Jest jednak druga strona medalu. Niskie stopy procentowe to równocześnie niskie oprocentowanie depozytów. Sytuacja nie byłaby specjalnie dotkliwa dla oszczędzających w bankach, gdybyśmy mieli do czynienia ze zjawiskiem przejściowym, bądź z deflacją lub praktycznie zerową inflacją.

A jak to wygląda obecnie w Polsce? Ostatnia zmiana stóp procentowych miała miejsce w marcu 2015 r. To zdecydowanie najdłuższy w historii okres stabilizacji. Niestety w tym czasie można było obserwować trend spadkowy w zakresie oprocentowania depozytów. W lipcu – według danych NBP – założenie depozytu o zapadalności powyżej roku daje już średnio mniej niż 1,2 proc. To rekordowo niski poziom. Na domiar złego inflacja przyspieszyła (w sierpniu wyniosła 1,8% r/r), a jej prognozy wskazują na dalszy wzrost. To oznacza, iż realne oprocentowanie depozytów jest ujemne. Tak więc w rzeczywistości na lokacie bankowej nie tylko nic nie zyskamy, ale nawet nie ochronimy siły nabywczej naszego kapitału. Nic nie wskazuje także, by w najbliższej przyszłości miało się coś zmienić na lepsze dla deponentów. Przewodniczący RPP, Adam Glapiński, spodziewa się, że stopy procentowe nie ulegną zmianie przynajmniej do końca przyszłego roku.

Trudno w tej sytuacji dziwić się, że coraz mniej Polaków satysfakcjonuje oferta banków, czemu dają wyraz masowo wycofując z nich swoje oszczędności. W czerwcu br. suma depozytów terminowych osób prywatnych spadła już do najniższego poziomu od dwóch lat (dane NBP). Przypomnijmy, iż dokonało się to w warunkach poprawiającej się sytuacji gospodarczej.

Gdzie trafiają wycofywane pieniądze? W poszukiwaniu bardziej intratnych możliwości – zwłaszcza zamożni Polacy – masowo zaczęli analizować dostępne alternatywy. Jednak bardziej zyskowne produkty inwestycyjne wiążą się z większym ryzykiem. Właśnie z tego powodu dla wielu oszczędzających najbardziej atrakcyjną relacją zysk/ryzyko stały się inwestycje w nieruchomości. Pomimo wysokiego progu wejścia zdecydowali się więc na inwestycje w mieszkania, apartamenty i aparthotele, co w efekcie spowodowało napływ szerokiego strumienia gotówki na rynek. Potencjalne stopy zwrotu z wynajmu mieszkania (4-6%) pozostawiają daleko w tyle nawet najbardziej promocyjne lokaty bankowe.

Według danych NBP jeszcze nigdy Polacy nie wydawali tak dużo gotówki na zakup mieszkań. W samym I kw. 2017 r. – w zaledwie 6 miastach i to tylko w biurach sprzedaży deweloperów – wydali oni na nowe lokale około 4,4 mld złotych (co stanowiło około 67% transakcji). Na rosnące zapotrzebowanie elastycznie reaguje branża nieruchomości. Dzięki temu na rynku można znaleźć propozycje odpowiadające na bardzo zróżnicowane preferencje, oczekiwania i możliwości nabywcze klientów. Poczynając od typowych mieszkań w popularnym budownictwie, po bardziej wysublimowane propozycje, jak luksusowe apartamenty w centrach największych miast. Wciąż przybywa również propozycji skierowanych do osób szukających możliwości bezobsługowej inwestycji, co wyraźnie widać na przykładzie wciąż stosunkowo nowego na polskim rynku condo. W samych miastach w budowie i planach jest ponad 2 500 jednostek condo (raport „Aparthotele w dużych miastach”, InwestycjewKurortach.pl). W zamian za współfinansowanie budowy obiektu hotelowego, kupujący uzyskuje własność pokoju wraz z kilkuletnią gwarantowaną stopą zwrotu (najczęściej 6-9%).

Dziś trudno dokładnie przewidzieć jak długo będzie trwał boom w tym sektorze. Plany inwestycyjne deweloperów na najbliższe 2-3 lata zdają się wskazywać, że dzięki niskim stopom procentowym rynek condo będzie się w tym czasie dalej szybko rozwijał.

 

Źródło: JAKUB NIECKARZ, PREZES PVI – PROPERTY VALUE INVESTMENTS

Eksperci

Starczewska-Krzysztoszek: Konsumenci w doskonałych nastrojach

Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej ukształtował się na poziomie 6,2, a wskaźnik wyprzedzający na...

Przasnyski: Bardzo dobry początek roku w przemyśle i budownictwie, konsumenci także dopisują

Po lekkiej grudniowej zadyszce, styczeń przyniósł bardzo wysoką dynamikę produkcji przemysłowej i bu...

Lipka: Gospodarcza potyczka Warszawy i Berlina. Wygrywamy!

Porównaliśmy PKB europejskich stolic, bezrobocie i wynagrodzenia. Z zestawienia wynika, że Warszawa ...

Grejner: Obcy kontra Bitcoin

Kryptowaluty odbijają się od dna, bitcoin odzyskał poziom 10 tys. dolarów. Jednak szał na kryptowalu...

Mordasewicz: Warto wykorzystać potencjał powszechnych towarzystw emerytalnych

W tym tygodniu rząd ma zaprezentować projekt ustawy o pracowniczych programach kapitałowych. Warto w...

AKTUALNOŚCI

Zapytaj o fundusze – czat z ekspertem od unijnych dotacji

W piątek, 23 lutego odbędzie się drugi z cyklu 4 czatów z ekspertami sieci Punktów Informacyjnych Fu...

Trybunał UE: Polskie władze naruszyły unijne przepisy dotyczące norm jakości powietrza

Stwierdził ponadto, że wartości dopuszczalne dla stężenia pyłów PM10 były w Polsce przekraczane w sp...

Polski eksport otwiera się na nowe, egzotyczne kierunki

Rok 2017 był najlepszym rokiem w ponad 25-letniej historii Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportow...

Leo Express złożył wnioski o nowe trasy z Pragi do Berlina, Wiednia i Wrocławia

Na stronie czeskiego urzędu pojawiły się wnioski Leo Express o przydzielenie nowych tras międzynarod...

Jesteśmy jednym z najbardziej nieufnych narodów na świecie

W ciągu ostatniego roku wzrósł poziom zaufania Polaków wobec rządu (+5 p.p.), mediów (+3 p.p.), bizn...