sobota, Listopad 25, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "NBP"

NBP

Gdzie jest bankomat? – Takie pytanie może padać coraz częściej. Jak wynika z danych NBP w II kwartale liczba bankomatów w Polsce spadła o 223 maszyny. Jednocześnie, gwałtownie rośnie liczba sklepów akceptujących płatności kartami i dokonywanych kartami transakcji. Bankomaty będą więc cieszyły się coraz mniejszą popularnością i będzie ich zapewne coraz mniej.

Z bankomatów najchętniej korzystaliśmy w 2013 r. kiedy wykonaliśmy w nich aż 778 mln operacji. Od tego czasu zainteresowanie systematycznie spada. Mimo tego, liczba takich urządzeń dotychczas rosła o 1-2 tysiące rocznie. Najnowsze dane NBP pokazują jednak, że w II kwartale w Polsce zainstalowane były 23 528 bankomaty, czyli o 223 mniej niż w I kwartale. Spadek jest więc niewielki, ale w połączeniu z innymi informacjami sugeruje, że właśnie obserwujemy początek istotnych zmianami na naszym rynku.

W najbliższych kilku latach na korzyść bankomatów będzie działało wprowadzanie nowoczesnych maszyn, które potrafią nie tylko wypłacać pieniądze, ale także przyjmować wpłaty. Ta druga funkcja szybko zyskuje na popularności. Jeszcze w 2014 r. wartość wpłat stanowiła zaledwie 3,5% wszystkich operacji. W pierwszej połowie tego roku było to już 19%, co oznacza że Polacy zdeponowali w bankach za pośrednictwem bankomatów aż 105 mld zł.

Mimo upowszechniania się nowej funkcji bankomatów, w dłuższej perspektywie ich liczba będzie spadała. Gotówka, w coraz większym stopniu jest bowiem zastępowana przez płatności bezgotówkowe. Łączna wartość wypłat z bankomatów w pierwszym półroczu 2017 r. to 156 mld zł, a płatności kartą wykonaliśmy w tym okresie na kwotę 122 mld zł. Wciąż króluje więc fizyczna waluta, ale to już nie potrwa długo. Wartość płatności kartą przyrasta bowiem w tempie około 20% rocznie. Wartość wypłat również rośnie, ale znacznie wolniej – o ok. 7% rocznie. Jeśli taki stan się utrzyma, to w 2021 r. wartość dokonanych płatności kartą przewyższy wypłaty gotówki. Później gotówka będzie systematycznie traciła na znaczeniu. W rezultacie bankomaty, nawet te z funkcją wpłat, będą coraz rzadziej wykorzystywane i duża ich część będzie musiało zniknąć z naszych ulic.

 

Wypowiedź: Jarosław Sadowski, główny analityk firmy Expander.

Już w 2025 r. 4 na 10 Polaków będzie miało ponad 50 lat. Z kolei w 2050 r. 1/3 społeczeństwa będzie mieć więcej niż 65 lat. W dobie starzenia się populacji, seniorzy, nazywani także pokoleniem Silver będą stanowić ważną grupę zawodową. Wymusza to na pracodawcach obowiązek zadbania o potrzeby starszej generacji pracowników, a te nie są mniejsze niż potrzeby Millenialsów czy Zetek. Zachowanie work-life balance, by móc łączyć pracę z rozwijaniem nowych zainteresowań, podnoszeniem kompetencji, opieką nad wnukami czy chęć pracy według elastycznego grafiku to coraz częściej wymieniane przez pracowników 50+ potrzeby.

 Senior znaczy aktywny

Polacy nie tylko coraz dłużej żyją, ale także znacznie dłużej pozostają aktywni zawodowo i prywatnie. Jak podaje GUS, bezrobocie w grupie wiekowej 55-64 lat na koniec 2016 roku wynosiło tylko 4,3 proc. Każde następujące po sobie pokolenie seniorów będzie się starzeć w zupełnie inny sposób, znacznie dłużej pozostając aktywnym zawodowo, a co za tym idzie – będzie miało inne potrzeby i wymagania związane między innymi z wykonywaną pracą.

Jak szacują eksperci NBP, w nadchodzących latach polski rynek pracy będzie borykał się z luką kadrową, którą mogą zapełnić m.in. seniorzy. Już teraz pracodawcy widzą potrzebę zatrudniania osób starszych. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Work Service, na początku 2016 r. 76 proc. firm zatrudniało pracowników w wieku 50+. Obecnie jest to już aż 86 proc. i wiele wskazuje na to, że ta liczba będzie wzrastać. 27 proc. firm zapowiada, że na przestrzeni 12 miesięcy będzie zwiększać zatrudnienie w tej grupie wiekowej. Co więcej, jak podaje Eurostat, w ciągu dekady odsetek zatrudnionych seniorów zwiększył się w naszym kraju z 28,5 proc. do 47,4 proc. Pod względem dynamiki wzrostu daje to Polsce 2. miejsce wśród innych państw Unii Europejskiej.

 Powyższe statystyki motywują coraz większą grupę pracodawców do przyjrzenia się potrzebom pracowników z grupy wiekowej 50+.

– Wiele się mówi o wymaganiach i potrzebach pracowników z pokolenia Y. Tymczasem, jak pokazują najnowsze analizy na temat demografii, firmy nie powinny zapominać o potrzebach starszego pokolenia. Osoby w wieku 50+ już teraz są ważną grupą pracujących, a za dziesięć, dwadzieścia lat ich rola dodatkowo wzrośnie. Dlatego też, przy współpracy z ABSL przygotowujemy raport na temat potrzeb i wymagań pracowników biurowych 50+, który pozwoli lepiej przygotować miejsce pracy do oczekiwań tej grupy zawodowej – mówi Filip Szklarz, Smart Workplace Consultant, Mikomax Smart Office.

Praca na elastycznych warunkach

Wśród wielu rozwiązań, z których mogą skorzystać pracodawcy, by nadążyć za zmianami na rynku pracy jest smart working, czyli model pracy, który dopasowuje się do potrzeb pracowników różnych generacji. Zakłada m.in. ewaluację zatrudnionego nie przez pryzmat godzin spędzonych w biurze, ale osiągniętych efektów. To z kolei otwiera drogę do umożliwienia pracownikom wykonywania części obowiązków poza biurem, np. w zaciszu domowym. Pracy zdalnej sprzyja obecnie rozwój nowoczesnych technologii, a także takie miejsca jak przestrzenie co-workingowe, które mogą stanowić alternatywę dla biur bardziej tradycyjnych.

Założenia smart workingu doskonale wpisują się w wymagania osób po 50. roku życia, które są gotowe pozostać dłużej na rynku pracy, ale na własnych warunkach. Z danych Hays Poland wynika, że wśród dodatkowych korzyści, którą chcę zyskać pracownicy w wieku 50+ w zamian za przesunięcie w czasie momentu przejścia na emeryturę, na pierwszym miejscu pojawia się praca elastyczna, czyli taka, która nie zakłada konieczności spędzania całego dnia pracy za biurkiem.

­­– Mimo że o zaletach płynących z większej elastyczności w miejscu pracy najwięcej mówi się zazwyczaj w kontekście młodszej generacji pracowników, to smart working daje także wiele korzyści pokoleniu Silver. Najważniejsza z nich to zachowanie równowagi między pracą a sferą prywatną. To, że osoby po 50. roku życia zazwyczaj nie są już ograniczone obowiązkami domowymi w takim stopniu jak 30-latkowie, nie znaczy, że chcą poświęcić swój wolny czas obowiązkom zawodowym. Wręcz przeciwnie, dla wielu z nich to pierwszy moment w życiu, kiedy mogą zająć się w pełni rozwijaniem własnych pasji, czy nauką nowych rzeczy. Smart working daje pracownikom większą autonomię w zakresie organizacji pracy. Z doświadczenia firm, z którymi współpracował Mikomax Smart Office wynika, że taką samodzielność bardzo cenią sobie także osoby z pokolenia Silver. Co więcej, jak pokazują wyniki naszego raportu ‘Smart Working Guidebook for Poland’, na wdrożeniu smart workingu korzysta także druga strona, czyli pracodawcy. Ci, którzy postawili na takie rozwiązanie, zaobserwowali wzrost zaangażowania pracowników w wykonywanie obowiązków, co przyczyniło się do ogólnego wzrostu ich efektywności oraz kreatywności – zaznacza Zuzanna Mikołajczyk, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu, Członek Zarządu Mikomax Smart Office.

 

Nowy rok przyniesie kolejną podwyżkę kar za brak ubezpieczenia OC dla kierowców. Warto sprawdzić, dla kogo ta zmiana będzie najbardziej odczuwalna. 

Podstawowa kara dla kierowców wzrośnie o 200 zł

Od początku 2012 r. kary za brak obowiązkowego ubezpieczenia dla kierowców są ustawowo powiązane z wysokością płacy minimalnej. Taka konstrukcja przepisów skutkuje podwyżką stawek karnych przy każdorazowym wzroście „najniższej krajowej”.

Presja pracowników i związków zawodowych na wzrost minimalnego wynagrodzenia, oznacza zatem większe kłopoty finansowe dla kierowców przyłapanych na braku obowiązkowej polisy – mówi Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Wzrost opłat karnych Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego jest już przesądzony, bo rząd podał wysokość „najniższej krajowej” na 2018 rok. Zmiana tego minimalnego wynagrodzenia (z 2000 zł brutto do 2100 zł brutto), będzie oznaczała podwyżkę głównej kary dla posiadaczy nieubezpieczonych samochodów osobowych. Wspomniana kara wzrośnie z 4000 zł (2017 r.) do 4200 zł (2018 r.). O 5% wzrosną również wszystkie pozostałe opłaty naliczane przez UFG. Kierowca samochodu osobowego z przerwą w okresie ubezpieczenia wynoszącą do 3 dni włącznie, od stycznia 2018 r. zapłaci 840 zł zamiast 800 zł. W przypadku takiej przerwy wynoszącej od 4 dni do 14 dni, stawka karna wzrośnie z 2000 zł do 2100 zł.

–  Warto pamiętać, że brak dokumentów kierowcy poświadczających długość przerwy w okresie ubezpieczenia (poniżej 15 dni), będzie skutkował naliczeniem najwyższej stawki karnej. Taka sama zasada dotyczy również właścicieli motocykli, samochodów ciężarowych oraz innych pojazdów – zwraca uwagę Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Przez lata kary za brak OC rosły szybciej niż inflacja

Warto wspomnieć, że pięcioprocentowy wzrost karnych opłat UFG wraz z początkiem 2018 roku, nie będzie najbardziej dotkliwą taką zmianą. W bieżącej dekadzie nieubezpieczeni kierowcy mogli już odczuć większe wzrosty. Według historycznych danych, podstawowa stawka karna (100%) dla właściciela samochodu osobowego wynosiła: w  2011 rok – 500 euro (ok. 2059 zł – suma przeliczona po średnim rocznym kursie NBP), a w 2017 rok – 4000 zł, natomiast w w 2018 roku – 4200 zł.

Zmiana podstawowej stawki karnej w 2012 r. (z 500 euro do 200% „najniższej krajowej”), skutkowała wzrostem aż o 941 zł. W kolejnych latach podwyżki nie były już tak drastyczne. Warto jednak zwrócić uwagę, że kary dla nieubezpieczonych kierowców rosły znacznie szybciej niż inflacja.

Podstawowa stawka karna dotycząca samochodów osobowych, od początku 2011 r. do początku 2017 r. wzrosła o mniej więcej 94%. W tym samym okresie, łączna inflacja wyniosła zaledwie 7,5%. Taki wynik oznacza, że sankcje finansowe dla nieubezpieczonych kierowców szybko rosły również w ujęciu realnym – dodaje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

 

 

W ostatnim komunikacie po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej zabrakło ważnego stwierdzenia: że jej członkowie nie widzą zagrożenia przekroczenia celu inflacyjnego NBP – przedziału, w którym powinien mieścić się wzrost cen dóbr i usług w gospodarce. I chociaż RPP utrzymuje, że w 2018 roku nie będzie podnosiła stóp procentowych, inwestorzy podchodzą do tych zapowiedzi z rezerwą.

Obawy inwestorów o silniejszy wzrost inflacji w Polsce nie są bezpodstawne. Wystarczy spojrzeć, w jakim tempie rozwija się polska gospodarka. Na wzrost cen ropy naftowej, podwyżki płac (rzędu 6-7% rok do roku) i rosnące wykorzystanie mocy produkcyjnych. Pytanie o to, kiedy to wszystko przełoży się na wzrost cen, samo ciśnie się na usta.

Niepewność inwestorów doskonale widać w zachowaniu cen obligacji Skarbu Państwa. O ile rentowność naszych 2-letnich obligacji oscylują w okolicach 1,5 – 1,6%, to w przypadku 10-letnich wzrosły do ok. 3,4 – 3,5%. To wyżej niż w najlepszych momentach tego roku, gdy polskie skarbówki były chętnie kupowane przez inwestorów. Wniosek jest prosty: im dłuższe papiery, tym mniejszy apetyt inwestorów na ryzyko.

Czy faktycznie należy się bać podwyżek stóp procentowych w Polsce?

To, że prędzej czy później do nich dojdzie, nie ulega wątpliwości. Za tym, że może to nastąpić później przemawia to, że w czasach gdy inflacja spadła znacznie poniżej zera, RPP nie dokonała radykalnych obniżek stóp procentowych, podczas gdy inne banki centralne na świecie pobudzały gospodarkę zerowymi, a nawet ujemnymi stopami. Jeśli nawet w najbliższych miesiącach inflacja przekroczy pożądany poziom, Rada jeszcze przez jakiś czas pozostanie w strefie komfortu i będzie w stanie przetrzymać presję ze strony cen. Dopóki to się nie zmieni, stopy procentowe pozostaną na obecnych poziomach.

 

Autor: Krzysztof Izdebski, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI.

Według danych NBP w II kwartale liczba bankomatów w Polsce spadła o 223 maszyny. Expander zwraca uwagę, że jest to o tyle niezwykłe, że od wielu lat ich liczba rosła. Przestało ich przybywać zapewne dlatego, że coraz rzadziej z nich korzystamy – już od 2014 r. spada liczby dokonywanych z nich wypłat. Jednocześnie, gwałtownie rośnie liczba sklepów akceptujących płatności kartami i dokonywanych kartami transakcji. Bankomaty będą więc  cieszyły się coraz mniejszą popularnością i będzie ich zapewne coraz mniej.

Z bankomatów najchętniej korzystaliśmy w 2013 r. kiedy wykonaliśmy w nich aż 778 mln operacji.  Od tego czasu zainteresowanie systematycznie spada.  Mimo tego, ilość  takich urządzeń dotychczas rosła o 1-2 tysiące rocznie. Najnowsze dane NBP pokazują jednak, że w II kwartale w Polsce zainstalowane były 23 528 bankomaty, czyli o 223 mniej niż w I kwartale. Spadek jest więc niewielki, ale w połączeniu z innymi informacjami sugeruje, że właśnie obserwujemy początek istotnych zmianami na naszym rynku.

Bankomat coraz częściej jest też wpłatomatem

W najbliższych kilku latach na korzyść bankomatów będzie działało wprowadzanie nowoczesnych maszyn, które potrafią nie tylko wypłacać pieniądze, ale także przyjmować wpłaty.  Ta druga funkcja szybko zyskuje na popularności. Jeszcze w 2014 r. wartość wpłat stanowiła zaledwie 3,5% wszystkich operacji. W pierwszej połowie tego roku było to już 19%, co oznacza że Polacy zdeponowali w bankach za pośrednictwem bankomatów aż 105 mld zł.

Bankomatów będzie coraz mniej

Mimo upowszechniania się nowej funkcji bankomatów, w dłuższej perspektywie ich liczba będzie spadała. Gotówka, w coraz większym stopniu jest bowiem zastępowana przez płatności bezgotówkowe. Łączna wartość wypłat z bankomatów w pierwszym półroczu 2017 r. to 156 mld zł, a płatności kartą wykonaliśmy w tym okresie na kwotę 122 mld zł. Wciąż króluje więc fizyczna waluta, ale to już nie potrwa długo.  Wartość płatności kartą przyrasta bowiem w tempie około 20% rocznie. Wartość wypłat również rośnie, ale znacznie wolniej – o ok. 7% rocznie. Jeśli taki stan się utrzyma, to w 2021 r. wartość dokonanych płatności kartą przewyższy wypłaty gotówki. Później gotówka będzie systematycznie traciła na znaczeniu. W rezultacie bankomaty, nawet te z funkcją wpłat, będą coraz rzadziej wykorzystywane i duża ich część będzie musiało zniknąć  z naszych ulic.

 

 

 

Autor: Jarosław Sadowski, Główny analityk Expander Advisors

Mimo bardzo dobrej sytuacji w gospodarce i na rynku pracy oraz deklaracji RPP utrzymania stóp procentowych na niezmienionym, rekordowo niskim poziomie, banki zapowiadają zaostrzenie swej polityki kredytowej. Ta ostrożność wskazuje na lekki wzrost obaw bankowców dotyczących rozwoju sytuacji.

Z okresowego badania sytuacji na rynku kredytowym przeprowadzanego przez NBP wynika, że doskonała koniunktura gospodarcza, wzrost dochodów gospodarstw domowych oraz rekordowo niskie stopy procentowe nie usypiają czujności bankowców w kwestii kryteriów i warunków udzielania kredytów. Dotyczy to zarówno przedsiębiorców, jak i konsumentów. Ostrożna postawa wynika częściowo z obaw związanych z rozwojem sytuacji w gospodarce, a przynajmniej w niektórych jej sektorach, po części zaś z chęci ustrzeżenia się przed konsekwencjami nadmiernego optymizmu kredytobiorców, choć jednocześnie ankietowani bankowcy nie dostrzegają niebezpiecznego wzrostu popytu na kredyty.

Banki po raz pierwszy od ponad półtora roku dostrzegły poprawę koniunktury w gospodarce jako bodziec do nieznacznego złagodzenia kryteriów udzielania kredytów firmom, ale jednocześnie znalazły powody, by nadmiernie nie zachęcać przedsiębiorców do zadłużania się. O ile deklarowane przez część banków zwiększanie wysokości marży można uznać za działanie podyktowane chęcią zwiększenia swoich zysków, o tyle podwyższone wymogi dotyczące wkładu własnego, czy skracanie okresu kredytowania, to wyraźne przejawy ostrożności w finansowaniu. Można przypuszczać, że podyktowana jest ona niepewnością w kwestii utrzymania się dobrej koniunktury i możliwości pojawienia się kłopotów, szczególnie w niektórych branżach. Dość wspomnieć o widocznych już wzroście kosztów, czy trudnościach w pozyskiwaniu przez firmy pracowników, a więc i ograniczonych możliwościach wzrostu produkcji, a nawet realizacji bieżących zamówień. Pod tym względem szczególne obawy bankowców dotyczą przedsiębiorstw budowlanych, najbardziej wrażliwych na tego typu zjawiska. Co więcej, przewidują oni dalsze zaostrzenie polityki kredytowej w kolejnych miesiącach, głównie wobec małych i średnich przedsiębiorstw. Może to mieć również związek z oczekiwaniem wcześniejszego niż dotąd zapowiadanego podwyższenia stóp przez Radę Polityki Pieniężnej, co spowodowałoby zwiększenie kosztów finansowania i mogłoby niekorzystnie odbić się na zdolności części firm do jego spłaty.

Już w trzecim kwartale część banków zaostrzyła kryteria udzielania kredytów mieszkaniowych, ale jednocześnie złagodziła niektóre warunki klientom, spełniającym stawiane wymagania, między innymi obniżając poza odsetkowe koszty finansowania. Bardzo podobnie postępowały wobec najbardziej wiarygodnych klientów ubiegających się o kredyt konsumpcyjny, obniżając także marże, godząc się na dłuższy okres kredytowania i wyższe kwoty zobowiązań. O ile bankowcy nie zamierzają w najbliższej przyszłości podwyższać wymagań dla kredytów hipotecznych, to planują zaostrzenie polityki w przypadku finansowania potrzeb konsumpcyjnych, najwyraźniej dostrzegając w tej kwestii pewne ryzyko, związane z rosnącym prawdopodobieństwem wcześniejszej podwyżki stóp procentowych.

 

 

Komentarz: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Komiksy, zabawki, monety, trunki czy zabytkowe auta – sposobów na alternatywne inwestycje jest cała masa. Moda na nie potrafi jednak przemijać, a obietnica dwu-trzycyfrowych zysków może zostać przekuta w stratę – ostrzega Open Finance. Poznaj 5 niecodziennych sposobów na inwestycję

W ciągu roku klasyczne auta zdrożały przeciętnie o 6,5%, a kolekcjonerskie butelki „szkockiej” aż o 18,5% – wynika ze statystyk portali HAGI i Rare Whisky 101. Takie wyniki rozbudzają chciwość inwestorów – szczególnie jeśli bankowe lokaty z trudem pokonują inflację.

Co warto podkreślić, niezmiennie klasyczne inwestycje – akcje, obligacje, nieruchomości czy złoto – pozostają w centrum zainteresowania przeciętnego inwestora (pisaliśmy o nich więcej 5 października w materiale pt. „5 sposobów na emeryturę „na własną rękę”). Nie zmienia to jednak faktu, że alternatywne sposoby lokowania kapitału zyskują na popularności – szczególnie kusząc potencjalnymi zyskami w otoczeniu niskich stóp procentowych. Wiele źródeł podkreśla też, że inwestycje alternatywne (znaczki pocztowe, stare samochody czy trunki) nie tanieją, gdy na rynek giełdowy przychodzi bessa, czyli są antycykliczne. W ostatnich latach takie przypadki się zdarzały, ale nie jest to reguła. Z drugiej strony minusem inwestycji alternatywnych jest to, że moda na nie także może przeminąć, a wtedy kupione przez inwestorów przedmioty mogą okazać się znacznie mniej warte lub nawet bezwartościowe. Jak zawsze niezbędne są więc rozwaga, wiedza i ostrożność.

Polska motoryzacja w cenie

Jak wcześniej wspomniano wyraźnie zdrożały w ostatnim czasie auta klasyczne – o 6,5% w ciągu roku – wynika z indeksu HAGI TOP. Przygotowuje go firma Historic Automobile Group International, która popularyzuje wiedzę o autach klasycznych i zmianach ich cen. Indeks HAGI TOP ma za zadanie badanie cen transakcyjnych najrzadszych klasycznych aut zbudowanych na przestrzeni całej historii motoryzacji. Znajdziemy w nim zarówno samochody zbudowane przed wojną jak i w XXI wieku. Rodzimy rynek aut klasycznych nie dorównuje zachodnioeuropejskim, co nie znaczy, że Polakom obce jest lokowanie pieniędzy na tym rynku. Co więcej, zainteresowaniem cieszą się nie tylko stare Mercedesy, Ferrari, Porsche czy Jaguary, ale mamy też rynek rodzimych ikon motoryzacji.

Trzeba mieć przy tym świadomość, że utrzymanie auta w nienagannej kondycji sporo kosztuje. W przypadku ikon PRL-u istnieje poważne zagrożenie, że ewentualny wzrost wartości czterech kółek może nie pokryć wspomnianych kosztów. Ten trzeba szacować na kilka-kilkanaście tysięcy złotych rocznie. Spójrzmy więc na konkretny przykład. W pierwszej dekadzie XXI wieku „duży fiat” w dobrym stanie kosztował około 2-3 tys. zł, a egzemplarze zaniedbane wyceniane były na zaledwie kilkaset złotych. Podobnie było z „małymi fiatami”. Aut tych jest jednak coraz mniej, a sentyment na nie wraca. Efekt jest taki, że ceny za auta w idealnym stanie przyprawiają o zawrót głowy. Zdarza się, że sprzedający żądają za nie 30-50 tys. złotych i więcej. Głośny był przypadek ponad 30-letniego malucha, który „mieszkał” na piętrze domu jednorodzinnego. Właściciel wycenił go na 65 tys. złotych.

Potężne zyski na komiksach

Imponujące są też wzrosty cen komiksów. Ikoną jest tu pierwsze wydanie Action Comics z 1938 roku. 79 lat temu kosztowało ono 10 centów. Dziś za egzemplarz w idealnym stanie trzeba zapłacić nawet 3,2 mln dolarów – jest to najwyższa w historii cena zapłacona za komiks. To oznacza, że ten egzemplarz co roku drożał przeciętnie o ponad 24% i działo się tak przez prawie 8 dekad. Kolejne numery z tej serii nie są już aż tak drogie. Maksymalną cena jaką osiągnął piąty numer było „zaledwie” 7,5 tys. dolarów. Uśredniając wzrosty cen dla pierwszych 10 numerów tej serii osiągamy wynik na poziomie ponad 18%. Aż o tyle przeciętnie drożały co roku te komiksy.

Na rodzimym rynku próżno szukać takich spektakularnych przykładów. Niemniej poważne ceny osiągają komiksy wydawane w okresie PRL. W 2016 roku głośny był na przykład wynik licytacji, w wyniku której plansza komiksowa z 1971 roku z Tytusa, Romka i A’Tomka sprzedana została za 20,6 tys. zł. Drogie są też dziś komiksy z serii Kapitan Kloss, Kapitan Żbik czy Kajko i Kokosz. Oczywiście takie ceny osiągają tylko komiksy prawdziwie unikatowe – najlepiej niepublikowane i w idealnym stanie.

Krocie za marzenia z dzieciństwa

Podobne przypadki – szalonych wzrostów cen – znaleźć można w przypadku zabawek z dzieciństwa. Nawet jednak Barbie, „resoraki” czy figurki bohaterów z młodych lat nie osiągają milionowych wycen. Prawdziwe unikaty kosztują przeważnie nie więcej niż 100-300 tysięcy dolarów, co i tak jest kwotą przyprawiającą o zawrót głowy. Spójrzmy jednak na bardziej przyziemne przypadki. Figurka płatnego zabójcy (Boba Fetta), którą wprowadzono do sprzedaży w 1997 roku przy okazji premiery filmu Gwiezdne Wojny: Imperium Kontratakuje, została w 2015 roku sprzedana za 18 tysięcy funtów. Taką cenę osiągnęła zabawka w oryginalnym nieotwieranym pudełku. Jak informuje portal Daily Mail w 1980 roku w sklepie figurkę tę można było kupić za 1,5 funta. Kto mógł jednak wtedy przewidzieć jakim hitem i ikoną popkultury zostanie seria Gwiezdnych Wojen?

To jest też największy problem z alternatywnymi inwestycjami. Jest to po prostu bardzo ryzykowny sposób na pomnażanie kapitału. Jeśli łatwo byłoby wytypować rzeczy, które dziś są relatywnie tanie, a za lat kilkadziesiąt będą warte majątek, to nie oszukujmy się – wszyscy by je kupowali i za kilkadziesiąt lat podaż byłaby wciąż wyższa niż popyt. Rynek, na którym chcemy działać musimy znać jak własną kieszeń, mieć tzw. „nosa” i szczyptę szczęścia. W przeciwnym przypadku pieniądze stracimy lub przynajmniej nie zarobimy zbyt wiele. Gwarancji zysku nie daje też zakup przedmiotów, które dziś są pożądanymi unikatami. Nawet zakup komiksu wycenianego dziś na setki tysięcy czy miliony dolarów nie daje gwarancji zysku, bo moda może minąć.

Wysoki procent zaklęty w szkle

I tak na przykład w modzie jest obecnie lokowanie kapitału w kolekcjonerskich egzemplarzach szkockich trunków. Jak informuje portal Rare Whisky sto najbardziej pożądanych butelek zdrożało w ostatnim roku o 18,5%. Od początku publikacji indeksu badającego zmiany ich cen (koniec 2008 r.) zanotowano już prawie 400-proc. wzrost.

W tym wypadku największą popularnością cieszą się oczywiście także butelki unikalne. Ważny jest więc wiek trunku, jego jakość i długość okresu, przez który leżakował. Dobrze gdy jest to seria limitowana, a jeszcze lepiej gdy gorzelnia, w której powstał dany destylat, zamknęła już swe podwoje.

Moda zmienną jest

Skoro o modzie mowa, to warto dla przestrogi przytoczyć przykład całkiem niedawny – tym bardziej ciekawy, że z rodzimego podwórka. Dokładnie 10 lat temu boom przeżywał rynek współczesnych monet kolekcjonerskich i obiegowych emitowanych przez NBP. Regularnie – w dniach kolejnych emisji – przed oddziałami banku centralnego ustawiały się kolejki osób chcących kupić nowe monety, które często z kilkukrotnym przebiciem sprzedawano z pomocą portali aukcyjnych. W tym samym czasie mocno drożały też inne monety emitowane po denominacji.

Doskonałym przykładem jest moneta obiegowa o nominalne 2 złote wyemitowana przez NBP w 1996 roku, a upamiętniająca Zygmunta II Augusta. W 2007 roku jej cena wzrosła nawet do ponad 1000 złotych (500 razy więcej niż cena emisyjna). Szał na monety emitowane przez NBP osiągnął jednak szczyt na przełomie 2007/08. Potem zainteresowanie malało wraz z cenami. Trudno powiedzieć czy powodem był kryzys finansowy, czy fakt, że NBP widząc potężne zainteresowanie emitowanymi monetami, po prostu zwiększał ich nakłady (podaż). Teraz za dwuzłotówkę Zygmunta Augusta trzeba zapłacić mniej więcej 300-400 złotych, co i tak oznacza mocne przebicie ponad cenę emisyjną, ale również sporą stratę dla kogoś kto kupił „na górce”. Oczywiście trzeba dodać, że w 1996 roku dwuzłotówkę z Zygmuntem można było po prostu dostać zostawiając w kasie NBP zwykłe 2 złote. Gdyby tego było mało, każdy mógł wymienić dowolną kwotę na okolicznościowe monety.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

19 października b.r. po raz pierwszy obchodziliśmy Dzień Płatności Bezgotówkowych, mający na celu upowszechnianie obrotu bezgotówkowego w Polsce. Według ekspertów Polskich ePłatności i Ingenico, Polacy coraz chętniej korzystają z płatności kartą, choć jednocześnie całkowity udział transakcji gotówkowych w obrocie gospodarczym nadal pozostaje na relatywnie wysokim poziomie.  

Najnowszy raport Narodowego Banku Polskiego podaje, że w czerwcu 2017 r. na rynku znajdowało się już niemal 38 mln kart płatniczych, co stanowi wzrost o 5,6 proc. w stosunku do roku poprzedniego.
O tym, że Polacy coraz chętniej sięgają po wygodne i bezpieczne sposoby płatności, świadczą również dane udostępnione w ramach Dnia Płatności Bezgotówkowych, przez jednego z czołowych agentów rozliczeniowych – Polskie ePłatności S.A. Z tej okazji zestawiono ze sobą liczbę transakcji wykonanych w dniach 16-20 października, a więc w tygodniu w którym wypada tegoroczne święto, z analogicznymi okresami w poprzednich latach.

Według danych Polskich ePłatności S.A., w 2014 r. liczba transakcji wykonywanych na terminalach obsługiwanych przez agenta rozliczeniowego wynosiła 1 694 503, w 2015 – 2 196 388, w 2016 – 2 581 524, natomiast w 2017 aż 3 201 388. Oznacza to, że tylko na przestrzeni trzech lat klienci Polskich ePłatności S.A. zintensyfikowali częstotliwość korzystania z karty niemal dwukrotnie. Zdaniem ekspertów PeP i Ingenico, rosnąca popularność transakcji bezgotówkowych związana jest z coraz większą dostępnością nowoczesnych terminali, ułatwiających bezproblemowe płatności. Z informacji opublikowanych przez NBP w lipcu b.r. wynika, że ich ogólna liczba w pierwszym kwartale 2017 r. to 563 374.

„Rosnąca liczba terminali to dla nas sygnał, że Polacy oczekują szybkich oraz bezproblemowych płatności kartą. Ingenico od lat wspiera ich w tej dziedzinie, udostępniając najnowocześniejsze i jednocześnie bezpieczne rozwiązania technologiczne.” – mówi Piotr Waś, Dyrektor Zarządzający na Europę Wschodnią z Ingenico, lidera na rynku terminali płatniczych w dziedzinie bezproblemowych płatności.

Główną ideą Dnia Płatności Bezgotówkowych jest przede wszystkim ugruntowanie pozytywnego nastawienia społeczeństwa do obrotu bezgotówkowego. Według raportu NBP z lutego 2017, co piąty Polak nadal nie ma konta w banku, a 28 proc. respondentów wybiera płatność gotówką jako preferencyjną. Tymczasem wybór karty płatniczej lub coraz popularniejszych płatności mobilnych, pozwala nie tylko na skrócenie czasu, ale także na maksymalne uproszczenie całego procesu transakcji.

„Polskie ePłatności od lat przyczyniają się do dynamicznego rozwoju obrotu bezgotówkowego w kraju. Aby sprostać oczekiwaniom zarówno przedsiębiorców, jak i ich klientów, dbamy o innowacyjność oraz niezawodność naszych usług. Korzyści, jakie płyną z wykorzystania ich potencjału, to dowód na to, że zdecydowanie warto otworzyć się na nowe technologie w zakresie transakcji bezgotówkowych.” – dodaje Janusz Diemko, Prezes Zarządu CRE Polskie ePłatności S.A.

Dzień Płatności Bezgotówkowych zainicjowany został przez Koalicję na Rzecz Obrotu Bezgotówkowego i Mikropłatności. Po raz pierwszy obchodzony był 19 października b.r.

 

Źródło: Grupa  Ingenico

Rosnące ceny mieszkań, to jeden z czynników, który przeważnie skłania Polaków do budowy własnych domów – sugerują dane zebrane przez Open Finance. Nie inaczej jest i tym razem. Huraoptymizmowi panującemu na rynku mieszkaniowym towarzyszy dziś też najwyższa od ponad 8 lat liczba domów, które Polacy zaczęli budować na własne potrzeby.

Co leży u zarania decyzji o budowie domu? Potrzeba to rzecz jasna, ale zanim zdecydujemy się kupić działkę, zdobyć pozwolenia i rozpocząć inwestycję, potrzebne jest finansowanie i motywacja. Bez wątpienia łatwiej podjąć decyzję o budowie własnego „dachu nad głową”, gdy rosną wynagrodzenia, spada ryzyko utraty pracy, a banki chętnie pożyczą brakujące pieniądze na materiały i opłacenie murarzy, dekarzy i stolarzy.

Drożejące mieszkania przekonują do domu

Dane dostępne za ostatnie lata pokazują też inną ciekawą korelację. Okazuje się bowiem, że Polacy w 1-2 lata od momentu, w którym zaczynają drożeć mieszkania, chętniej rozpoczynają budowy domów. Było tak w latach 2005-2008, kiedy mieszkania bardzo szybko drożały, a liczba budów rozpoczynanych przez inwestorów indywidualnych wzrosła o ponad połowę.

Podobnie sytuacja rozwijała się w okresie bieżącego ożywienia. Na początku ceny mieszkań rosły bardzo powoli. Początek tego procesu przypada na połowę 2013 roku. Przyspieszenie notujemy dopiero od 2016 roku. Jak zmieniała się w tym czasie liczba rozpoczynanych budów przez osoby fizyczne? Do 2014 roku skala inwestycji była stabilna. Potem nastąpiło ożywienie, a już od drugiej połowy 2016 roku mamy do czynienia z prawdziwym boomem.

Domy rosną gdy mieszkania drożeją

Nie powinno więc dziwić, że dziś – gdy na rynku mieszkaniowym trwa nienotowane nigdy wcześniej ożywienie – dobra koniunktura na poważnie wkroczyła też w sektor budownictwa indywidualnego. Bez wątpienia sprzyja temu poprawiająca się kondycja finansowa gospodarstw domowych. Rosną przecież wynagrodzenia i zatrudnienie, a i program 500+ ma dla wielu rodzin niebagatelne znaczenie. W efekcie, gdyby zsumować dane na temat liczby rozpoczynanych przez Polaków inwestycji za ostatnie 12 miesięcy, otrzymalibyśmy w sierpniu wynik na poziomie 93,7 tysięcy. Są to przede wszystkim domy jednorodzinne budowane na własne potrzeby. Jest to najwyższy wynik od ponad 8 lat. Odpowiednie dane GUS publikuje od 2005 roku. Poprzedni historyczny rekord przypadł na rok 2008. Wtedy gdyby we wrześniu zsumować domy, których budowę rozpoczęły osoby fizyczne, otrzymalibyśmy wynik na poziomie 97 tysięcy – niewiele więcej niż wynika z aktualnych statystyk. Warto dodać, że rekord roku 2008 wypadł w rok po trzecim kwartale 2007 roku, kiedy wg. NBP ceny mieszkań w największych miastach osiągnęły szczyt.

Powiązanie między cenami mieszkań i liczbą domów, których budowę rozpoczynają osoby fizyczne, wydaje się to w pełni uzasadnione. Jeśli bowiem ktoś, odstraszony wysokimi cenami mieszkań podejmuje decyzję o budowie domu, to najpierw musi kupić ziemię, wybrać projekt i budowniczych, a potem uzyskać jeszcze pozwolenie na budowę. To wszystko trwa. Nie powinno więc dziwić, że dopiero kilkanaście miesięcy po wzrostach cen mieszkań materializują się decyzje o budowie domów.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

W ocenie Barbary Bugaj z firmy Cenatorium, do końca 2018 roku inwestowanie w mieszkanie nadal będzie opłacalne. Jednak później prawdopodobnie wzrosną stopy procentowe, a wraz z nimi koszt ewentualnie zaciągniętego kredytu. To spowoduje spadek rentowności najmu. Ten sam skutek wywoła podwyższenie cen nieruchomości. W Warszawie rosną one od 2013 roku, w tempie 1-3% w skali roku. W pozostałych miastach od początku br. zauważalny jest lekki trend wzrostowy na poziomie kilku procent. Zdaniem eksperta, obecnie największą dochodowość można uzyskać w Katowicach, na poziomie 6,5%, następnie w Łodzi – 5,9%. Na 3. miejscu jest Gdańsk – 5,6%, a dopiero potem stolica – 5,5%.

Największe ryzyko istnieje wtedy, gdy inwestycję w nieruchomość opieramy na kredycie mieszkaniowym. Stopy procentowe wciąż jeszcze są rekordowo niskie, ale należy obawiać się, że na początku 2019 roku wzrosną. Starszy analityk ds. nieruchomości w firmie Cenatorium podkreśla, że tak właśnie dzieje się teraz na zagranicznych rynkach. Przykładowo, Narodowy Bank Czeski podwyższył stopy procentowe w sierpniu br. z 0,05% do 0,25%. W USA zostały one podniesione już kilka miesięcy temu. Ostatnia podwyżka miała tam miejsce w czerwcu. Stopa funduszy federalnych wzrosła wówczas z 0,75-1% do 1-1,25%.

– Globalizacja gospodarcza sprawia, że zmiany na poszczególnych rynkach krajowych odbywają się falowo. Dlatego jesteśmy pewni tego, że stopy procentowe wzrosną również w Polsce. Nie możemy tylko podać dokładnej daty. Gdyby powróciło u nas oprocentowanie sprzed 5 lat w wysokości 4,5%, to koszt zadłużenia klienta podniósłby się aż o ok. 30%. To byłoby możliwe po podwyżce stóp procentowych o 3 p.p. Wówczas rata zaciągniętego kredytu wzrosłaby o jedną trzecią. Takie ryzyko istnieje zawsze, ponieważ wynika z naturalnych cyklów koniunkturalnych – przewiduje Barbara Bugaj.

Na podstawie wszystkich zjawisk gospodarczych, NBP podejmuje decyzję o ewentualnym podniesieniu stóp procentowych. Jednak, jak zapewnia ekspert, nigdy te zmiany nie są drastyczne. Taki wzrost jedynie może nastąpić z czasem. Zaciągając kredyt hipoteczny, musimy liczyć się z tym, że będzie on miał zmienne oprocentowanie. Jeżeli w danym momencie stopy procentowe są niskie, to należy brać pod uwagę ryzyko ich wzrostu w przyszłości.

– Zawsze warto policzyć, czy będzie nas stać na kredyt, gdyby jego oprocentowanie wzrosło o ok. 2%. Brak przygotowania do takiej sytuacji może wywołać problemy z budżetem gospodarstwa domowego lub znacznie obniżyć komfort życia. Narażone są na to zwłaszcza osoby, dla których rata kredytu stanowi przykładowo 40% dochodów. Co miesiąc wydają bowiem prawie połowę swojej pensji na spłatę należności – tłumaczy Barbara Bugaj.

Trzeba też zwrócić uwagę na konkurencję, która systematycznie rośnie. Jest coraz więcej inwestorów indywidualnych i w najbliższym czasie pojawią się nowe instrumenty wynajmu nieruchomości, m.in. Mieszkanie Plus czy fundusz inwestycyjny Real Estate Investment Trust. Niektóre spółki deweloperskie deklarują już teraz gotowość stworzenia REIT’u dla mieszkań. Ponadto, wchodzą na nasz rynek firmy z innych krajów, które kupują od deweloperów całościowe projekty. Należy do nich np. holenderski inwestor instytucjonalny Bouwfonds European Residential Fund lub międzynarodowy fundusz Catella, który kupił 72 apartamenty w wieżowcu w samym centrum Warszawy. Mieszkania, nabywane w ramach zagranicznych funduszy inwestycyjnych, również będą przeznaczane na wynajem.

– Korzystność inwestycji nie wynika z podziału na rynek pierwotny i wtórny. Nie można niczego generalizować, ponieważ najważniejsza jest rentowność wynajmu. Jedyna uwaga jest taka, że ceny nowych mieszkań są nieco wyższe, niż tych starszych. W związku z tym, teoretycznie opłacalność zakupu nieruchomości od dewelopera mogłaby być niższa. Ale z drugiej strony, konkurencja na rynku najmu ciągle rośnie. Dlatego, wybierając pomiędzy niemodnym lokalem z meblościanką a nowym mieszkaniem o zbliżonej wysokości czynszu, wygramy, stawiając na to drugie – podkreśla Bugaj.

Opłacalność inwestycji określa stosunek ceny zakupu mieszkania do wysokości umownej odpłatności za używanie lokalu. Niemal w całej Polsce czynsz najmu sięga trzydziestu kilku złotych za mkw. Wyjątkiem jest stolica, gdzie wynosi około ok. 51 zł. W Gdańsku to około 41 zł za mkw. A w Krakowie – 40 złotych. Zdaniem eksperta, najwyższa rentowność wynajmowanych nieruchomości występuje w Katowicach. Tam przeciętny czynsz ma wartość 36 zł za mkw. Natomiast średnia cena zakupu mieszkania za mkw. jest na poziomie 4,5 tys. zł. Rentowność najmu dochodzi tam więc do 6,5%. W Łodzi cena transakcyjna lokalu wynosi 3 800 zł za mkw. Typowa stawka czynszu plasuje się na poziomie 29-30 zł za mkw. Tam dochodowość sięga 5,9%. Dla porównania, w Gdańsku wynosi  5,6%, w Warszawie – 5,5% i w  Krakowie – 4,7%.

– Zwykle indywidualni inwestorzy optymistycznie zawyżają rentowność najmu, ponieważ zapominają o tym, że nie są w stanie dokładnie policzyć niektórych kosztów dodatkowych. Mogą to być np. usterki czy też niespodziewane zniszczenia w mieszkaniu. Właściciele biorą pod uwagę ryzyko pustostanów, jednak czasami jest ono niedoszacowane. Dlatego, zawsze trzeba obliczać średnią dochodowość danego lokalu. Faktycznie może ona okazać się nieco niższa, niż zakładamy, na przykład minus 2% – zwraca uwagę Barbara Bugaj.

W opinii specjalisty, inwestowanie w nieruchomości premium może nie być na tyle rentowne, co kupowanie lokali z tzw. segmentu popularnego. Wynika to z bardzo wysokiej ceny zakupu apartamentu. Inwestycji na poziomie kilku milionów złotych nie zwrócą nam lokatorzy. Trzeba też mieć na uwadze to, że poziom pustostanów jest dużo wyższy wśród luksusowych mieszkań, ponieważ z reguły nie wynajmuje się ich zbyt często i szybko. Należy liczyć się także z tym, że możemy nie znaleźć klienta przez klika miesięcy, a nawet przez rok.

Jeżeli już zdecydowaliśmy się na zakup mieszkania pod wynajem, to powinniśmy właściwie ocenić, czy nasz produkt jest atrakcyjny na tle innych mieszkań w okolicy. Chodzi przede wszystkim o standard wykończenia i wysokość czynszu najmu. Należy przeanalizować lokalny rynek pod kątem konkurencji, chociażby na podstawie ofert zamieszczonych w serwisach internetowych. Najważniejsze jest to, aby proponowana przez nas odpłatność za używanie lokalu była rynkowa i dopasowana do warunków, jakie oferujemy klientowi – podsumowuje ekspert.

 

Rewolucja technologiczna w świecie finansów rozgościła się na dobre. Internet i nowe formy zdalnego dostępu do rachunku sprawiły, że klient nie odwiedza już placówki banku tak często jak kiedyś. Ten trend potwierdzają statystyki – według danych Komisji Nadzoru Bankowego liczba fizycznych placówek instytucji finansowych jest obecnie najniższa od 2012 roku. Co będzie dalej z oddziałami instytucji finansowych i dokąd zmierza bankowość? O tym opowiada Sławomir Pawlik, Dyrektor Wykonawczy Profi Credit, firmy będącej wiceliderem polskiego rynku pożyczkowego.

Z roku na rok jesteśmy coraz bardziej cyfrowi – to jednak nie znaczy, że przenieśliśmy się całkowicie do wirtualnej rzeczywistości, a oddziały instytucji finansowych przestają być potrzebne. Według danych NBP ponad jedna trzecia klientów woli bezpośredni kontakt z doradcą finansowym. Cenimy oczywiście szybkość i wygodę jaką daje korzystanie z usług finansowych online, jednak bankowość mobilna służy nam przede wszystkim do realizacji prostych spraw, jak sprawdzenie salda czy wykonanie przelewu. Bardziej skomplikowane operacje – otwarcie lub zamknięcie konta czy założenie lokaty – nadal wolimy wykonać w oddziale, który stanowi dla nas potwierdzenie wiarygodności danej instytucji.

Jak wynika z badania KPMG „Bankowanie i klikanie” odwiedzając przedstawicielstwo banku czy firmy pożyczkowej liczymy przede wszystkim na fachową poradę oraz ofertę skrojoną na miarę. I to właśnie dostajemy – instytucje finansowe „premiują” tych, którzy przychodzą do oddziałów. Takie osoby mogą na przykład liczyć na lepsze warunki pożyczki: wyższą kwotę czy dłuższy okres kredytowania. Dodatkowe finansowanie w wysokości 100 tys. dużo łatwiej uzyskać wybierając się do fizycznej placówki banku czy firmy pożyczkowej – dotyczy to zarówno osób prywatnych jak i przedsiębiorców. Dlaczego tak się dzieje? Bo bardziej ufamy tym, których znamy, a nasza wizyta w oddziale jest jednym z elementów potwierdzającym naszą wiarygodność.

Przy okazji rozważań na temat konieczności istnienia placówek instytucji finansowych nie można zapomnieć  o osobach, które z różnych powodów, nie mogą korzystać z nowych technologii. Tzw. wykluczenie cyfrowe jest według Kancelarii Senatu udziałem niemal jednej czwartej Polaków! Są to przeważnie osoby powyżej 65 roku życia. Nie sprawdzą one salda w aplikacji mobilnej i nie wykonają przelewu za pośrednictwem bankowości internetowej. Dla nich oddział to jedyna możliwość kontaktu z instytucją finansową!

Otaczający nas świat nijak przypomina ten z 1998 roku, gdy Powszechny Bank Gospodarczy udostępnił swoim klientom pierwsze w kraju konto dostępne za pośrednictwem internetu. Dziś Polska jest jednym z liderów w zaawansowanej bankowości. Pod względem korzystania z technologii, takich jak płatności zbliżeniowe, rozwiązania typu pay-by-link czy przelewy typu BLIK, jesteśmy w europejskiej czołówce. To właśnie dlatego Google zdecydował, że będziemy jednym z dwóch europejskich krajów testujących płatności mobilne Android Pay. Z tego również powodu Profi Credit kończy właśnie projekt związany z uruchomieniem nowoczesnej platformy online, dzięki której w prosty i wygodny sposób można będzie pozyskać dodatkowe finansowanie.

Wirtualna rzeczywistość odgrywa coraz większą rolę w świecie finansów, jednak miną dziesiątki lat nim online zastąpi offline. Czynnik ludzki jest nie do przeskoczenia, a zarówno klienci jak i banki czy firmy pożyczkowe większym zaufaniem darzą to, co namacalne.  Instytucje finansowe jak najlepiej starają się dostosować swoją ofertę do wymagań rynku – łączyć zalety obu kanałów sprzedaży. Jak wynika z badania The Digital Banking Expert Survey jedynie 5 procent planuje całkowitą rezygnację z tradycyjnych oddziałów. Większość w najbliższych latach postawi na placówki łączące tradycyjną obsługę z najnowszymi technologiami, które będą pełniły rolę centrów doradczych.

Wzrost ryzyka kredytowania małego biznesu

Z najnowszej ankiety Narodowego Banku Polskiego (NBP) wynika, że w drugim kwartale tego roku zaostrzeniu uległy warunki udzielania krótkoterminowych pożyczek dla małych i średnich przedsiębiorstw. Z jednej strony wzrosły pozaodsetkowe koszty kredytu, a z drugiej skróceniu uległ maksymalny możliwy czas kredytowania. Banki zaostrzenie wymagań tłumaczą wzrostem ryzyka związanego z kredytowaniem małego biznesu, w szczególności kilku branż. Tradycyjnie do tych szczególnie mocno prześwietlanych przez instytucje finansowe należą budowlanka, transport, ostatnio także IT. Zawieszanie działalności, księgowość prowadzona w formule ryczałtu, a przede wszystkim strata na koniec roku zazwyczaj dyskwalifikują w oczach bankowców przedsiębiorców starających się o finansowanie.

Gdzie bank nie może…

Z tej samej ankiety NBP wynika, że banki odczuły zwiększenie się popytu na kredyty dla firm. Korzystają na tym inne instytucje finansowe, do których przedsiębiorcy zwracają się po środki na bieżącą działalność lub inwestycje. Niepokoju wyrażonego przez banki w ankiecie nie odczuwa branża faktoringowa, również zajmująca się finansowaniem działalności MSP.

– Nie podzielam obaw banków, my aktualnie nie wprowadzamy żadnych zaostrzeń warunków finansowania przedsiębiorstw. Oczywiście spośród zgłaszających się do nas są firmy mniej i bardziej stabilne, ale przy rzetelnej ocenie można zminimalizować ryzyko i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy finansowanie takiego podmiotu będzie rodziło problemy. Niezależnie od reakcji banków na bieżącą sytuację, firmy faktoringowe, takie jak nasza, zawsze w większym stopniu zwracają uwagę na kontrahentów naszego klienta i zawarte kontrakty, niż na bieżące zadłużenie w ZUS lub US, czy też krótki okres działalności przedsiębiorstwa – mówi Piotr Gąsiorowski z eFaktor S.A.

Pieniądze pożyczone vs własne zarobione

Inny system oceny czy przedsiębiorca zasługuje na finansowanie i czy jego wsparcie nie niesie ryzyka, przynosi korzyści branży faktoringowej, która z roku na roku ma większy udział w finansowaniu firm. Jeszcze 10 lat temu udział był śladowy i niemal niezauważalny. Obecnie z takiej formy finansowania korzysta nawet 10% przedsiębiorców, a wzrost obrotów branży faktoringowej osiąga dwucyfrowe wskaźniki. Od stycznia do czerwca 2017 branża faktoringowa sfinansowała wierzytelności przedsiębiorców o łącznej wartości 83,6 mld zł. To wzrost o 13,6% w stosunku do analogicznego okresu 2016 roku (dane Polski Związek Faktorów – PZF).

– Obawy banków przed finansowaniem MSP zmuszają przedsiębiorców do poszukiwania innych źródeł finansowania. Naturalnym wyborem stają się firmy faktoringowe, które są relatywnie tańsze od firm pożyczkowych, a jednocześnie bardziej elastyczne w analizie, oczekiwanych zabezpieczeniach, a także już na etapie wykonywania umowy (finansowania konkretnych faktur). Właśnie elastyczność na każdym etapie współpracy z klientem uważam za nasz największy atut. Jednocześnie ciągle pracujemy nad tym, aby nasza oferta była jeszcze lepiej dopasowana do potrzeb i możliwości MSP. Od kilku lat intensywnie rozwijamy również siły sprzedażowe i analityczne, żeby nadążyć za potrzebami przedsiębiorców z grupy MSP – Piotr Gąsiorowski z eFaktor S.A.

W przypadku finansowania za pomocą faktoringu wypłacane są środki, które przedsiębiorca już zarobił i wystawił na nie niekwestionowaną przez odbiorcę fakturę, jednak zmuszony jest długo czekać na przelew. Faktoring zmniejsza ten czas do kilkudziesięciu godzin.

Wrześniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej nie przyniosło zaskoczenia – stopy procentowe pozostały bez zmian. Polski rynek mieszkaniowy nadal będzie więc napędzany gotówką. Jakie będą konsekwencje decyzji RPP dla rynku? – komentuje Jakub Nieckarz, prezes deweloperskiej firmy PVI.

W obliczu spływających komunikatów makroekonomicznych i znajomości stanowiska RPP, nie sposób było oczekiwać, że poziom stóp procentowych zostanie nagle zmieniony. Pozostają one wciąż na rekordowo niskim poziomie. To, co dla jednych jest pozytywną informacją, dla innych może być powodem ponownego przemyślenia dotychczasowej strategii lokowania nadwyżek finansowych.

Niskie stopy procentowe to realne oszczędności dla osób spłacających kredyty mieszkaniowe. Rata przeciętnego kredytu jest dziś o około 400 złotych niższa niż jeszcze pięć lat temu. Z wyliczeń Open Finance wynika, iż gdyby stopy procentowe były dzisiaj na poziomie z połowy 2012 r., to łączne odsetki od zaciągniętych kredytów byłyby wyższe o około 7,6 mld zł rocznie. To również zachęta do zaciągania nowych zobowiązań, co pokazują najnowsze dane. Pomimo obowiązkowego wkładu własnego na poziomie 20%, od początku roku rośnie wartość zaciąganych kredytów mieszkaniowych. Po danych o akcji kredytowej w II kwartale Związek Banków Polskich podwyższył swoją wcześniejszą prognozę udzielonych kredytów hipotecznych w całym 2017 r. Obecnie przewiduje on, że ich wartość przekroczy 40 mld zł.

Jest jednak druga strona medalu. Niskie stopy procentowe to równocześnie niskie oprocentowanie depozytów. Sytuacja nie byłaby specjalnie dotkliwa dla oszczędzających w bankach, gdybyśmy mieli do czynienia ze zjawiskiem przejściowym, bądź z deflacją lub praktycznie zerową inflacją.

A jak to wygląda obecnie w Polsce? Ostatnia zmiana stóp procentowych miała miejsce w marcu 2015 r. To zdecydowanie najdłuższy w historii okres stabilizacji. Niestety w tym czasie można było obserwować trend spadkowy w zakresie oprocentowania depozytów. W lipcu – według danych NBP – założenie depozytu o zapadalności powyżej roku daje już średnio mniej niż 1,2 proc. To rekordowo niski poziom. Na domiar złego inflacja przyspieszyła (w sierpniu wyniosła 1,8% r/r), a jej prognozy wskazują na dalszy wzrost. To oznacza, iż realne oprocentowanie depozytów jest ujemne. Tak więc w rzeczywistości na lokacie bankowej nie tylko nic nie zyskamy, ale nawet nie ochronimy siły nabywczej naszego kapitału. Nic nie wskazuje także, by w najbliższej przyszłości miało się coś zmienić na lepsze dla deponentów. Przewodniczący RPP, Adam Glapiński, spodziewa się, że stopy procentowe nie ulegną zmianie przynajmniej do końca przyszłego roku.

Trudno w tej sytuacji dziwić się, że coraz mniej Polaków satysfakcjonuje oferta banków, czemu dają wyraz masowo wycofując z nich swoje oszczędności. W czerwcu br. suma depozytów terminowych osób prywatnych spadła już do najniższego poziomu od dwóch lat (dane NBP). Przypomnijmy, iż dokonało się to w warunkach poprawiającej się sytuacji gospodarczej.

Gdzie trafiają wycofywane pieniądze? W poszukiwaniu bardziej intratnych możliwości – zwłaszcza zamożni Polacy – masowo zaczęli analizować dostępne alternatywy. Jednak bardziej zyskowne produkty inwestycyjne wiążą się z większym ryzykiem. Właśnie z tego powodu dla wielu oszczędzających najbardziej atrakcyjną relacją zysk/ryzyko stały się inwestycje w nieruchomości. Pomimo wysokiego progu wejścia zdecydowali się więc na inwestycje w mieszkania, apartamenty i aparthotele, co w efekcie spowodowało napływ szerokiego strumienia gotówki na rynek. Potencjalne stopy zwrotu z wynajmu mieszkania (4-6%) pozostawiają daleko w tyle nawet najbardziej promocyjne lokaty bankowe.

Według danych NBP jeszcze nigdy Polacy nie wydawali tak dużo gotówki na zakup mieszkań. W samym I kw. 2017 r. – w zaledwie 6 miastach i to tylko w biurach sprzedaży deweloperów – wydali oni na nowe lokale około 4,4 mld złotych (co stanowiło około 67% transakcji). Na rosnące zapotrzebowanie elastycznie reaguje branża nieruchomości. Dzięki temu na rynku można znaleźć propozycje odpowiadające na bardzo zróżnicowane preferencje, oczekiwania i możliwości nabywcze klientów. Poczynając od typowych mieszkań w popularnym budownictwie, po bardziej wysublimowane propozycje, jak luksusowe apartamenty w centrach największych miast. Wciąż przybywa również propozycji skierowanych do osób szukających możliwości bezobsługowej inwestycji, co wyraźnie widać na przykładzie wciąż stosunkowo nowego na polskim rynku condo. W samych miastach w budowie i planach jest ponad 2 500 jednostek condo (raport „Aparthotele w dużych miastach”, InwestycjewKurortach.pl). W zamian za współfinansowanie budowy obiektu hotelowego, kupujący uzyskuje własność pokoju wraz z kilkuletnią gwarantowaną stopą zwrotu (najczęściej 6-9%).

Dziś trudno dokładnie przewidzieć jak długo będzie trwał boom w tym sektorze. Plany inwestycyjne deweloperów na najbliższe 2-3 lata zdają się wskazywać, że dzięki niskim stopom procentowym rynek condo będzie się w tym czasie dalej szybko rozwijał.

 

Źródło: JAKUB NIECKARZ, PREZES PVI – PROPERTY VALUE INVESTMENTS

Rada Polityki Pieniężnej (RPP) pozostawiła stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Oznacza to, że w dalszym ciągu możemy cieszyć się z historycznie niskich stóp procentowych, co jest szczególnie ważne dla wszystkich kredytobiorców zadłużonych w naszej walucie. Jednak już za kilka miesięcy, gdy stopy procentowe wzrosną, rata może być wyższa nawet o kilkanaście procent.

Spośród stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego (NBP) najważniejsza z punktu widzenia osób spłacających kredyty jest stopa referencyjna, która od marca 2015 roku wynosi 1,50 proc. To właśnie od jej poziomu w pośredni sposób zależy poziom stopy Wibor i oprocentowanie kredytów detalicznych. Najczęściej używana przez banki stawka 3-miesięczna utrzymuje się od wielu miesięcy na poziomie 1,70-1,73  proc., co w wymierny sposób przekłada się na portfele kredytobiorców. Przykładowo osoba, która w 2008 roku zaciągnęła kredyt na 30 lat rozpoczynała spłatę zobowiązania z ratą około 710 złotych na każde 100 tys. kredytu, natomiast dzisiaj rata jest niższa o prawie 40 proc. i wynosi około 430 złotych. Również osoby, które zaciągnęły kredyty kilka lat później także zyskują dzięki niższemu oprocentowaniu. W przypadku kredytu zaciągniętego we wrześniu 2013 roku rata uległa obniżeniu o około 10 proc. Cztery lata temu pierwsza rata wynosiła 460 złotych na 100 tys. zadłużenia, a dzisiaj co miesiąc należy płacić około 410 złotych.

Wyższe stopy, wyższe raty

Tak niskie stopy procentowe będą się utrzymywać jeszcze co najmniej przez kilka miesięcy. Podwyższenia stóp przez RPP można najwcześniej spodziewać się  pod koniec 2018 roku, chociaż coraz więcej czynników wskazuje na to, że może to nastąpić nie wcześniej niż w 2019 roku. Inflacja pozostaje na stabilnym poziomie poniżej celu inflacyjnego NBP, presja płacowa nie wzrasta, a ostatnie umocnienie złotego także nie przemawia za podwyżką stóp procentowych. Również wypowiedzi członków RPP wskazują na to, że stopy procentowe nie będą w najbliższym czasie podwyższane. Warto jednak już dzisiaj mieć świadomość, że prędzej czy później stopy procentowe wzrosną i raty kredytu ulegną podwyższeniu. Czy wszyscy kredytobiorcy są świadomi jak bardzo mogą wzrosnąć miesięczne koszty kredytu?

Jak widać wzrost rat może być bardzo znaczący, szczególnie jeśli wybraliśmy długi okres kredytowania. W takim przypadku poziom oprocentowania w większym stopniu wpływa na wysokość raty, niż w sytuacji gdy kredyt spłacamy w krótszym terminie. W przypadku kredytu na 35 lat, powrót stóp procentowych do poziomu sprzed zaledwie 5 lat będzie oznaczał wzrost miesięcznej raty nawet o 50 procent. Dla 200 tysięcy zadłużenia nominalnie będzie to rata wyższa o 438 złotych, jednak dla kredytu w kwocie 500 tys. złotych rata wzrośnie o prawie 1100 złotych, co może już spowodować pewne perturbacje w budżecie domowym. Oczywiście wzrost raty do tego poziomu nie będzie skokowy, nie wzrośnie ona z dnia na dzień, ale zaciągając dzisiaj kredyt trzeba mieć koniecznie świadomość tak dużego ryzyka.

Czy przed wzrostem rat można się zabezpieczyć?

Jednym z zabezpieczeń, z którego może skorzystać osoba zaciągająca dzisiaj kredyt jest wybranie oferty ze stałą stopą procentową. Praktyka rynkowa pokazuje jednak, że jest to zabezpieczenie tylko teoretyczne. Dzisiaj kredyt ze stałą stopą procentową mają w swojej ofercie tylko 4 banki i są to oferty, które gwarantują klientowi stałe oprocentowanie przez maksymalnie 5-7 lat. Po upływie tego okresu następuje ponowne ustalenie stałej stopy na kolejny okres lub następuje zmiana sposobu ustalania oprocentowania i od tego momentu jest ono zmienne, tak jak w przypadku innych kredytów. Nie ma zatem ofert, które zagwarantują stałe oprocentowanie na cały okres kredytowania. Co prawda stała rata np. na 5 lat daje pewną stabilizację finansową, jednak nie zabezpiecza w całości przed ryzykiem stopy procentowej. Ponadto, decydując się na taką ofertę musimy liczyć się z tym, że rata kredytu będzie wyższa, niż rata kredytu ze zmienną stopą procentową. Także po zakończeniu okresu stałej stopy procentowej marża do ustalenia zmiennej stopy może być wyższa, niż w sytuacji gdy od początku zdecydujemy się na zmienną stopę.

W ostatnich latach obserwowaliśmy głównie spadek stóp procentowych i obniżające się w konsekwencji raty kredytów złotowych. Dzięki zmiennemu oprocentowaniu obniżenie stóp procentowych wpływało w pozytywny sposób na portfele kredytobiorców. W perspektywie najbliższych kilku lat trzeba jednak przygotować się na odwrócenie tego zjawiska. Wzrost stóp procentowych, niezależnie od skali podwyżek, przełoży się tym razem w negatywny sposób na finanse gospodarstw domowych. Warto mieć świadomość tego zjawiska i rzetelnie przeanalizować wszelkie ryzyka i swoje możliwości w chwili, gdy podejmujemy decyzję o zaciągnięciu kredytu. Należy bowiem pamiętać, że niska rata jaką dzisiaj płacimy nie będzie obowiązywać do końca spłaty kredytu i trzeba będzie zmierzyć się z wyższymi comiesięcznymi opłatami.

Autor:  Michał Krajkowski, Główny Analityk, NOTUS Finanse S.A.

Rekordowe wyniki aktywności i sprzedaży deweloperów musiały w końcu odbić się na cenach mieszkań. Systematyczne wzrosty doprowadziły do tego, że aktualnie Indeks Cen Transakcyjnych znajduje się najwyżej od dokładnie sześciu lat.

Mimo realnej wizji pojawienia się na rynku tysięcy tanich mieszkań na wynajem pochodzących z programu Mieszkanie Plus, Polacy nie przestają kupować nieruchomości. 859,84 pkt – najnowszy odczyt Indeksu Cen Transakcyjnych Home Brokera i Open Finance ma wartość najwyższą od sierpnia 2011 roku. Ceny mieszkań w głównych ośrodkach miejskich wzrosły w ciągu roku o 3,4 proc. Warto jednak zwrócić uwagę na dynamikę w ostatnich miesiącach, przez ostatnie pół roku stawki wzrosły o 5,7 proc.

Główny Urząd Statystyczny regularnie informuje o kolejnych rekordach w działalności deweloperów. W okresie styczeń-lipiec tego roku wystąpili oni o ponad 80 tys. pozwoleń na budowę mieszkań, o prawie 40 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Imponują także wzrosty liczby rozpoczętych budów (28 proc. r/r) i lokali oddanych do użytkowania (10 proc. r/r). Tak wysoka aktywność firm jest pochodną zainteresowania ze strony kupujących.

Indeks Cen Transakcyjnych Home Broker i Open Finance

We wszystkich najważniejszych miastach ceny mieszkań w ostatnim roku wzrosły – wynika z obliczeń Home Brokera. Na szczególną uwagę zasługują Gdańsk i Łódź, gdzie roczna zmiana jest największa. W pierwszym mieście wzrost wyniósł 11,5 proc., a w drugim 28,1 proc. Szokować może dynamika zmiany w Łodzi, acz trzeba pamiętać, że historycznie przeciętna cena metra kwadratowego w tym mieście cechuje się dużą zmiennością, a rok temu mediana ceny była wyjątkowo niska (poniżej 3,6 tys. zł za mkw.) i obecny odczyt porównywany jest do tej niskiej bazy. To nie jest jednak tak, że inwestorzy rzucili się na lokale w Łodzi i ceny poszybowały w kosmos. Za taką zmianą stoi raczej zmiana struktury kupowanych nieruchomości. Gdy sprzedaje się mniej mieszkań starszych, a więcej nowych, w lepszych lokalizacjach, przeciętna cena transakcyjna rośnie. Nie znaczy to jednak, że rosną wyceny konkretnych lokali.

 

Drożej w wielu miastach

Mediana (to ona służy nam do wyliczeń) ceny metra kwadratowego wzrosła w większości miast, jedynymi dużymi miastami z obniżkami są w tym tygodniu Białystok, Gdynia i Katowice. Poza wspomnianymi Gdańskiem i Łodzią, po stronie wzrostów warto zauważyć Poznań (+7,5 proc.), Kraków (+4,3 proc.), Warszawę (+3,5 proc.) i Wrocław (+1,6 proc.). To największe rynki w kraju i skala zmian podobna do średniej dla całości nie powinna dziwić.

Piąty miesiąc z rzędu w górę poszła przeciętna cena w Warszawie, na początku roku było to poniżej 7 tys. zł za mkw., aktualnie zaś wartość ta przekracza 7350 zł za mkw. Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że w ostatnim roku ceny transakcyjne na stołecznym rynku pierwotnym najbardziej wzrosły na Bemowie, Bielanach, Ochocie i Wilanowie (5-6 proc.). Z kolei na rynku wtórnym jedyną dzielnicą, gdzie wzrost przekroczył 5 proc. była Praga Południe , za to na Ochocie i Włochach przeciętne stawki obniżyły się o ponad 6 proc. Aktywności kupujących sprzyja duże zróżnicowanie oferty, co dotyczy zarówno lokalizacji, jak i standardu i wielkości mieszkań.

Co stoi za wzrostami cen mieszkań w Polsce?

W ostatnich miesiącach mieszkania kupują zarówno osoby dysponujące gotówką jak i ci, którzy posługują się kredytem bankowym. Jeśli chodzi o rynek kredytowy, to rośnie zarówno przeciętna kwota, jak i liczba pożyczek. Jest to efektem korzystnej sytuacji gospodarczej, w której przy niskich stopach procentowych spada bezrobocie, rosną pensje, a pracownicy czują się bezpieczniej na swoich stanowiskach. Są więc skłonni do podejmowania takich decyzji jak zakup mieszkania. Dotyczy to zarówno osób inwestujących w lokal pod wynajem, jak i tych, którzy kupują nieruchomość dla siebie.

Z obliczeń Open Finance wynika, że trzyosobowa rodzina o zarobkach w wysokości dwukrotności średniej krajowej, chcąca dziś kupić mieszkanie, może pożyczyć na 30 lat około 480 tys. zł, co jest kwotą o ok. 70 tys. wyższą niż rok temu.

Dokąd zmierzamy?

Sytuacja na rynku mieszkaniowym poprawia się już od ponad czterech lat. Początkowo o trendzie decydował rosnący popyt gotówkowy, ale od początku 2017 roku rośnie też popyt na kredyty mieszkaniowe. Ten przez siedem miesięcy bieżącego roku wzrósł o około 16 proc. – wynika z szacunków BIK. Sytuacja jest o tyle zaskakująca, że o kredyt jest trudniej. Banki wymagają przecież 20-proc. wkładu własnego, a marże kredytowe rosną. Dążenie to ułatwia dobra sytuacja na rynku pracy, która skutkuje rosnącymi wynagrodzeniami i poziomem zatrudnienia.

Eldorado trwa też dzięki rekordowo niskiemu poziomowi stóp procentowych. To skutkuje niskim oprocentowaniem kredytów i lokat. Szczególnie dzięki słabej ofercie dla oszczędzających Polacy szukają alternatywy dla swoich pieniędzy, znajdując ją na rynku mieszkań na wynajem. Póki co nie powinni obawiać się braku najemców biorąc pod uwagę jak wielu Ukraińców przyjechało do Polski w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Rzadko kupują oni mieszkania (w 2016 r. niewiele ponad tysiąc), częściej stają się najemcami. Z szacunków Open Finance wynika, że zajmują przynajmniej 100-200 tys. mieszkań, a pamiętajmy, że w Polsce wynajmowanych jest oficjalnie ok. 650-700 tys. lokali.

Prezydent wpłynie na wzrost cen?

Dane Home Broker i Open Finance, ale też NBP czy REAS pokazują, że w takim otoczeniu ceny mieszkań rosną. Diagnoza jest prosta – popyt przewyższa podaż i to pomimo rekordowej aktywności deweloperów. Nie sposób ocenić jak długo sytuacja ta będzie jeszcze trwała. Oprócz przytoczonych wyżej motorów wzrostu warto też zwrócić uwagę na inicjatywę, którą niedawno zgłosił Prezydent.

Chodzi o projekt nowelizacji ustawy o funduszu wsparcia kredytobiorców. Paradoksalnie może on przynieść ulgę nie tylko kredytobiorcom walutowym, ale też doprowadzić do wzrostu popytu na mieszkania. Jak? Nowe prawo to dodatkowe koszty dla banków – nawet 3,2 mld zł rocznie. Podobnym obciążeniem był tzw. „podatek bankowy”, a wiązać można go ze spadkiem oprocentowania lokat o około 0,4 – 0,5 pkt. proc. To znowu zmotywowało wiele osób do zakupu mieszkania na wynajem, co pozwala dziś zarobić nawet ponad cztery razy więcej niż przeciętny bankowy depozyt. Problem w tym, że najświeższe dane NBP sugerują, że kwota trafiająca na rynek mieszkaniowy, wraz ze spadkiem oprocentowania, zaczyna rosnąć w sposób wykładniczy.

Przykład? W 2012 roku oprocentowanie rocznych lokat było na poziomie około 4,5 proc., a do biur sprzedaży deweloperów z siedmiu miast trafiali nabywcy, którzy co kwartał wydawali około 1,5 mld zł na mieszkania. W 2014 roku oprocentowanie depozytów spadło do poziomu około 2,5 proc., a zakupy gotówkowe opiewały na około 2,1 mld zł kwartalnie. Spójrzmy jednak co dzieje się dalej. W 2016 roku oprocentowanie spadło już nieznacznie – do poziomu około 1,8 proc., a zakupy gotówkowe wzrosły do średniego poziomu prawie 3,5 mld zł kwartalnie. Zaskakujący był natomiast pierwszy kwartał br. Oprocentowanie na poziomie około 1,65 proc. było na tyle nieatrakcyjne, że Polacy zanieśli do biur sprzedaży deweloperów aż 4,4 mld złotych gotówki. Jeśli sytuacja dalej tak będzie się rozwijać, to nawet niewielki spadek oprocentowania może skutkować znacznym wzrostem popularności zakupów mieszkań na wynajem, a pokonanie bariery 6, 7 czy nawet 8 mld złotych trafiających co kwartał na rynek wydaje się w świetle dostępnych dziś danych prawdopodobne.

Nie jest jednak tak, że przed rynkiem nie ma zagrożeń, które mogą doprowadzić do bolesnej korekty. Wielkimi krokami zbliża się koniec programu dopłat do kredytów. Lada moment na rynek zaczną trafiać też mieszkania budowane w ramach programu Mieszkanie Plus, a jeśli wierzyć zapowiedziom, to stawki czynszu mieszkań oferowanych w jego ramach mogą być nawet trzykrotnie niższe niż na rynku. To może doprowadzić do spadku popytu na mieszkania. Do tego z każdym dniem coraz bliższa staje się perspektywa podwyżek stóp procentowych, przez które kredyty mogą zdrożeć, a oprocentowanie lokat wzrosnąć stając się znowu realną alternatywą dla inwestowania w mieszkania. Takie ruchy z łatwością mogą schłodzić rozgrzany rynek mieszkaniowy.

 

Źródło: Home Broker

W lipcu doszło do kosmetycznej podwyżki oprocentowania lokat bankowych. Jest to pierwsza pozytywna dla deponentów zmiana od 6 miesięcy. Do zmian mogły zachęcić umykające z bankowych kont pieniądze. W ciągu ostatnich 3 miesięcy Polacy wycofali z nich bowiem 5,9 miliardów – wynika z danych NBP.

Odpływ depozytów z systemu bankowego powoli staje się faktem. Już nie tylko niskie oprocentowanie lokat skłania do przenoszenia pieniędzy na rachunki ROR i oszczędnościowe, skąd łatwiej nimi dysponować. W ostatnich miesiącach dane sugerują też, że już nawet trzymanie pieniędzy na bankowych rachunkach przestaje być dla Polaków rozwiązaniem. Oszczędności wolą zainwestować bardziej ryzykownie – licząc na wyższy zysk, albo po prostu wydać na przyjemności. Ze statystyk publikowanych przez NBP wynika bowiem, że w lipcu Polacy trzymali w sumie 609,3 mld na złotowych rachunkach i lokatach w banku. To o 1,6 mld zł mniej niż w czerwcu i aż o 5,9 mld zł mniej niż trzy miesiące wcześniej (w kwietniu było to 615,2 mld zł).

Niespełna 12 złotych odsetek od odłożonego na rok tysiąca

Sytuacja taka może oznaczać, że wcale nie jest przypadkiem to, że lipiec był też pierwszym od pół roku miesiącem, w którym oprocentowanie depozytów wzrosło. Różnica była jednak kosmetyczna. Podczas gdy w czerwcu statystyczny deponent zadowalał się oprocentowaniem na poziomie 1,37% w skali roku, to w miesiąc później było to już 143% – wynika z danych NBP. Wciąż pozostają to więc stawki bardzo niskie. Zanosząc do banku 1000 złotych można bowiem przeciętnie liczyć na 14,3 zł odsetek w skali roku. Po potrąceniu podatku daje to zaledwie 11,58 zł rocznego zysku na rękę.

Na tyle można liczyć na przeciętnej lokacie, ale banki skłonne są dawać odrobinę więcej na lokatach trzymiesięcznych i rocznych – odpowiednio 1,58% i 1,6%. Wciąż jest to jednak za mało, aby pokonać inflację. Z pomocą mogą wtedy przyjść oferty promocyjne. Kierowane są one do nowych klientów lub ich nowych środków, choć nie jest to regułą. Dzięki nim można przeważnie liczyć na 2-3% w skali roku. W niektórych przypadkach możliwe jest też osiągnięcie nawet około 5% odsetek w skali roku, co już jest bardzo solidnym zyskiem. Ale uwaga! Promocyjne oferty limitują zazwyczaj górną granice kwot, którą można odłożyć na korzystnych warunkach.

Prezydent może ściąć stawki

Jest ponadto o wiele za wcześnie, aby doszukiwać się w pierwszej od miesięcy podwyżce oprocentowania początku jakiegoś trendu. Istnieje raczej poważne zagrożenie, że depozyty będą za jakiś czas jeszcze mniej atrakcyjne. Taki może mieć wpływ wprowadzenie w życie prezydenckiej propozycji nowelizacji ustawy o funduszu wsparcia kredytobiorców. Nowe prawo niosłoby pomoc kredytobiorcom z problemami i ułatwiłoby pozbycie się z systemu bankowego kredytów walutowych, ale to kosztuje, a banki gdzieś te dodatkowe pieniądze będą musiały znaleźć. Mogą obniżyć oprocentowanie depozytów, podmieść opłaty, marże kredytowe lub zadowolić się niższym zyskiem.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

 

 

Ponad 4 lata trwa ożywienie na rynku mieszkaniowym. Deweloperzy wyznaczają kolejne rekordy i budują najwięcej od lat. W tym roku wystąpili już o pozwolenia na budowę ponad 80 tys. mieszkań – o 39% więcej niż w analogicznym okresie 2016 roku.

Deweloperzy nie zasypiają gruszek w popiele – Polacy chcą kupować mieszkania na potęgę, a więc firmy dostarczają ich najwięcej w historii. Nawet jednak rekordowo duża podaż lokali nie jest w stanie zaspokoić potrzeb popytu. Efekt? Zarówno nowe jak i używane mieszkania drożeją. Z lipcowego odczytu indeksu cen Open Finance i Home Broker wynika wzrost o 3,5% w ciągu roku. Bank centralny idzie dalej i szacuje, że używane mieszkania w największych miastach zdrożały w ciągu roku o 5% – wynika ze wstępnych danych NBP za 2 kwartał br. Wszystko wskazuje na to, że pomimo rekordowej produkcji nowych nieruchomości deweloperzy nie nadążają za potrzebami.

Deweloperzy biją kolejne rekordy

Przez 7 miesięcy br. deweloperzy wystąpili o pozwolenia na budowę aż 80,2 tysięcy mieszkań – wynika z danych GUS. To o 39% wyższy wynik niż w analogicznym okresie rok wcześniej i najwięcej w historii. Poprzedni rekord przypadał na rok 2007 i był o prawie 20 tysięcy lokali niższy. Nienotowane nigdy wcześniej w historii osiągnięcia sugerują też dane o liczbie rozpoczętych budów. W tym wypadku od stycznia do lipca mowa jest o prawie 63 tys. mieszkań deweloperskich, czyli o 28% więcej niż przez 7 miesięcy 2016 roku.

Rekordowe są też dane o liczbie mieszkań oddawanych do użytkowania. Tu GUS od prawie 2 lat pokazuje coraz lepsze wyniki, co nie dziwi biorąc pod uwagę, że ożywienie na tym rynku obserwujemy od ponad 4 lat. Po prostu coraz liczniejsze budowy rozpoczynane w okresie polepszającej się koniunktury zaczynają mieć swój finał. Efekt? Przez 7 miesięcy do użytkowania oddano 45,2 tys. mieszkań deweloperskich. To o 10% więcej niż przed rokiem. W całej historii rodzimych firm deweloperskich ze zbliżonym wynikiem mieliśmy do czynienia jedynie w 2009 roku, kiedy to w okresie od stycznia do lipca oddano klucze do 43,7 tys. mieszkań deweloperskich – wynika z danych GUS.

Tak dobrze jeszcze nie było

Dotychczas ożywienie stymulowali nabywcy dysponujący gotówką na zakup. Skala ich aktywności jest dziś na poziomach nienotowanych w historii. W ciągu zaledwie 3 miesięcy br., w zaledwie 6 miastach i tylko w biurach sprzedaży deweloperów, wydali oni na nowe lokale około 4,4 mld złotych – wynika z danych NBP. Jest to kwota, która wystarczy na zakup 12,5 tys. mieszkań. Skala zakupów dokonanych bez użycia kredytu jest więc obecnie trzy razy wyższa niż w 2012 roku. Póki ożywienie opierało się na takich kupujących, sytuacja była względnie bezpieczna. Jak jednak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej od początku roku popyt na kredyty poważnie wzrósł. Przez 7 miesięcy progres wyniósł około 16% w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej. Jest to o tyle zaskakujące, że banki wymagają nawet 20-proc. wkładu własnego przy zaciąganiu kredytów hipotecznych, a gdyby tego było mało, to długi takie drożeją w związku z podwyżkami bankowych marż.

W gąszczu informacji o biciu kolejnych rekordów każdy powinien mieć jednak świadomość, że paliwo potrzebne do wzrostów pewnego dnia się wyczerpie. Z dużym prawdopodobieństwem hamowanie rozpocznie Rada Polityki Pieniężnej, która decyduje o poziomie stóp procentowych w Polsce. Jeśli w końcu Rada zdecyduje się podnieść stopy procentowe, powinno to spowodować wzrost oprocentowania depozytów (alternatywy dla zakupu mieszkania na wynajem), wzrost rat kredytowych, spadek liczby sprzedawanych mieszkań, a niewykluczone są także spadki ich cen – wszystko zależy od tego jak bardzo i jak szybko podniesiony zostanie koszt pieniądza w gospodarce.

 

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Oprocentowanie depozytów bankowych nie przestaje spadać. Banki wyznaczyły kolejne historyczne minimum. Odkładając na rok 1000 złotych można liczyć jedynie na 11,10 zł odsetek – wynika z szacunków Open Finance. To za mało, aby uchronić pieniądze przed inflacją.

Jeśli ktoś myślał, że banki nie mogą już zaoferować gorzej oprocentowanych lokat, był w błędzie. W czerwcu przeciętne oprocentowanie depozytów opiewało na zaledwie 1,37% – wynika z danych NBP. Niestety, tak skromnym procentem trzeba się jeszcze podzielić z fiskusem. Po potrąceniu tzw. podatku Belki możemy liczyć jedynie na wynik na poziomie 11,10 zł netto za każde 1000 zł zostawione w banku na rok – wynika z szacunków Open Finance.

Lepiej oprocentowane są lokaty roczne i kwartalne, choć i tu nie ma co liczyć na kokosy. Oba rodzaje depozytów pozwalają zarobić około 1,5 – 1,6%. Po uwzględnieniu podatku daje to niecałe 1,3% zysku w skali roku. Niestety nawet takie oferty są zbyt słabe, aby ochronić kapitał przed utratą wartości. Pamiętajmy, że zgodnie z prognozami NBP inflacja w 2017 roku może opiewać na 1,9%, a w latach kolejnych odpowiednio 2 i 2,5%. Aby uchronić kapitał przed inflacją za pomocą bankowych depozytów trzeba poświęcić niemało czasu na studiowanie ofert promocyjnych – dla nowych klientów i ich nowych środków. Nawet jednak wtedy nie ma co liczyć na jakiś solidny zysk. Stawką jest walka o to, aby pokonać inflację.

Gotówka pali w ręce

Efekt? Fundusze inwestycyjne, rynek akcji, obligacje skarbowe i nieruchomości  – słowem wszystkie popularne rozwiązania, które pozwalają ulokować nadwyżki finansowe – cieszą się dziś sporym zainteresowaniem Polaków.

Rezygnujemy z lokat

Obecna – niekorzystna dla deponentów sytuacja ma swoje konkretne konsekwencje. Polacy likwidują lokaty. Maj był pod tym względem rekordowy (saldo lokat i depozytów stopniało bez mała o 5,3 mld zł – najwięcej w historii). Czerwiec był mniej niepokojący. Co prawda z lokat wyparowały 3,7 mld zł, ale w tym samym czasie na kontach oszczędnościowych i bieżących przybyło o miliard więcej.

Każdy posiadacz kapitału musi mieć świadomość, że obecnie inflacja przeważnie szybciej pochłania siłę nabywczą pieniędzy, niż banki są w stanie dopisywać do nich odsetki. Jeśli więc ktoś zakłada lokatę, to najpewniej realnie na niej traci. Po prostu za wyjęte z banku za rok pieniądze będzie można kupić mniej niż dziś. Pewnym pocieszeniem może być fakt, że okresy realnych strat i zysków na bankowych depozytach przeplatają się. Te pierwsze nie trwają przeważnie dłużej niż rok czy dwa.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Zgodnie z projektem zgłoszonym przez Kancelarię Prezydenta RP, banki sfinansowałyby nowy subfundusz pomocy dla frankowiczów. Raz na kwartał płaciłyby składki nie większe, niż 0,5% wartości swoich kredytów walutowych. Według eksperta, to podniosłoby koszty usług bankowych. Byłoby tak, jak w przypadku podatku bankowego, gdy widocznie wzrosły opłaty za prowadzenie konta i wydanie karty kredytowej. Z drugiej strony, szacowana suma 100 mln rocznie od wszystkich banków, które mają w swoich aktywach portfele kredytów frankowych, raczej nie rozwiąże problemu.

Prace nad tzw. ustawą frankową wciąż trwają. Ostateczny projekt powinien być poprzedzony konsultacjami z Komitetem Stabilności Finansowej i środowiskiem bankowym. Krzysztof Michrowski z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office uważa, że nowe przepisy najwcześniej wejdą w życie w przyszłym roku. Jak podkreśla analityk i makler papierów wartościowych, ich bezpośrednim skutkiem będzie podniesienie opłat i prowizji bankowych oraz marży od udzielanych kredytów. Ponadto, jeszcze mocniej obniży się oprocentowanie depozytów, które już dziś zbliża się do poziomu 1%. Tymi sposobami, banki będą chciały zrekompensować sobie wydatki związane ze składkami na nowy subfundusz pomocy dla frankowiczów.

– Oczywiście nie uważam tego za słuszne, żeby wszyscy klienci banków mieli ponosić ciężar zobowiązań frankowiczów. Ale przewiduję, że wszelkie koszty, związane z wejściem w życie nowej ustawy frankowej, instytucje finansowe i tak przeniosą na konsumentów. Dlatego, należy opracować optymalną wysokość składek płaconych przez banki. Oczywiście instytucje finansowe, mające największe portfele kredytów walutowych, powinny wpłacać do funduszu najwięcej. Natomiast, banki, które nominalnie udzieliły mniej kredytów we frankach, takie jak Alior Bank, ING Bank Śląski, BOŚ Bank czy Citi Bank, należy obciążyć niższymi zobowiązaniami – zwraca uwagę Krzysztof Michrowski.

Według danych NBP, niespłacane walutowe kredyty mieszkaniowe były warte na koniec maja tego roku ok. 5,1 mld zł. Zgodnie z projektem prezydenckim, przy 0,5% składce kwartalnej, do subfunduszu trafiałoby niewiele ponad 100 mln zł rocznie od wszystkich banków, które udzielały kredytów we frankach. Zdaniem eksperta, to nie jest wystarczająca kwota, żeby faktycznie i wydatnie im pomóc. Liczba kredytobiorców frankowych to przecież ok. 700 tys. Polaków. Natomiast, wartość zaciągniętych przez nich kredytów sięga blisko 150 mld złotych.

– Działający już Fundusz Wsparcia Kredytobiorców przy BGK nie jest w pełni wykorzystywany. Od lutego 2016 do lipca 2017 roku, czyli przez prawie półtora roku skorzystało z niego około 600 zadłużonych osób, nie tylko we frankach. W sumie wypłacono wszystkim niecałe 15 mln zł. W związku z tym, rezerwa wynosi ok. 600 mln zł. Te środki, które nie są wykorzystywane, BGK mógłby pomnażać. Zachowując najwyższą staranność, ma prawo inwestować w papiery gwarantowane bądź emitowane przez Skarb Państwa, NBP, względnie wpuszczane do obiegu przez rządy lub banki centralne państw należących do OECD. Ewentualnie, może kupować lokaty w bankach – zaznacza Krzysztof Michrowski.

Zdaniem eksperta, jeśli zmienią się warunki korzystania z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców, zainteresowanie nim na pewno zwiększy się wśród frankowiczów. Obecnie zadłużony może otrzymać pomoc np. jeśli w dniu złożenia wniosku o wsparcie ma status bezrobotnego. W innej sytuacji, możliwe jest to, gdy ponosi miesięczne koszty obsługi kredytu mieszkaniowego w wysokości przekraczającej 60% dochodów, jakie w miesiącu osiąga jego gospodarstwo domowe. Jak wyjaśnia analityk, chcąc obliczyć, czy spełniamy ten wymóg, należy podzielić kwotę miesięcznej raty kapitałowo-odsetkowej, z miesiąca poprzedzającego dzień złożenia wniosku o udzielenie wsparcia, przez dochód gospodarstwa domowego w rozumieniu ustawy o pomocy społecznej.

– Pomoc jest udzielana też wówczas, gdy miesięczny dochód gospodarstwa jednoosobowego, pomniejszony o miesięczne koszty obsługi kredytu mieszkaniowego, nie przekracza zwaloryzowanej, zgodnie z przepisami ustawy o pomocy społecznej, kwoty wskazanej w art. 8 ust. 1 pkt 1 tej ustawy. Aktualnie wynosi ona 634 zł. Natomiast, w przypadku gospodarstwa wieloosobowego, miesięczny dochód pomniejszony o koszty obsługi kredytu mieszkaniowego, nie może być wyższy od iloczynu liczby członków gospodarstwa domowego kredytobiorcy i zwaloryzowanej, zgodnie z przepisami ustawy o pomocy społecznej, kwoty wskazanej w art. 8 ust. 1 pkt 2 tej ustawy. Ta kwota z kolei jest równa obecnie 514 zł – dodaje analityk z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.

Maksymalna wielkość pomocy, którą może uzyskać frankowicz z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców, wynosi 1500 zł miesięcznie. Zadłużony ma prawo otrzymywać ją nie dłużej, niż przez półtora roku. Po upływie 24 miesięcy od momentu zakończenia przekazywania wsparcia, kredytobiorca zobowiązany jest do oddania otrzymanej kwoty w ciągu 8 lat. Zwrot dokonywany jest w nieoprocentowanych ratach miesięcznych. Kredytobiorca jest informowany listownie przez BGK o harmonogramie spłat, kwotach rat oraz numerze rachunku do zwrotu wsparcia.

– Oferowana suma powinna być większa i uzależniona od wysokości raty kredytu lub salda zadłużenia. 1500 zł nieoprocentowanej pożyczki nie rozwiązuje problemu osoby, która utraciła stałe źródło dochodu i spłaca kredyt z 2007 roku np. w kwocie 260 tys. złotych. W związku z tym, że rata tego zobowiązana wzrosła już o 60-70%, frankowicz może płacić miesięcznie np. 2500 zł. Ponadto, okres pomocy powinien zostać wydłużony z obecnych 18 miesięcy do minimum 2 lub 3 lat – podsumowuje Krzysztof Michrowski.

 

Źródło: mondaynews.pl

Tylko 2,7 proc. oszczędności w bankach stanowią depozyty dłuższe niż dwa lata. I stale ich ubywa. Generalnie lokaty są w odwrocie. Z analizy ekspertów BGŻOptima wynika, że na rachunkach bieżących klienci trzymają już ponad 58 proc. swoich pieniędzy. 10 lat temu odsetek ten wynosił 49,2 proc.

W maju średnie oprocentowanie depozytów w Irlandii spadło do najniższego poziomu w całej strefie euro. Od 10 000 EUR banki gotowe były zapłacić po roku 10 EUR odsetek. Średnia w strefie euro wynosi natomiast 42 euro. Na największy zysk mogą liczyć oszczędzający na Słowacji – 176 euro. W Holandii oprocentowanie jest tylko nieznacznie niższe i wynosi 1,45 proc. rocznie co przekłada się na 145 EUR oszczędności w ciągu 12 miesięcy.

Pomimo rekordowo niskich stawek – 0,01 proc. – Irlandczycy gremialnie zanoszą do banków pieniądze. Oszczędności rosną szybciej niż w latach tuż po kryzysie, kiedy przeciętne oprocentowanie na wyspie wynosiło 3 proc. W maju wartość depozytów bankowych przekroczyła 98 mld EUR i jest to najwyższy poziom od 2010 r.

W Polsce w tym czasie saldo depozytów zmniejszyło się z 723 mld zł w marcu do 719 mld zł w maju. To pierwszy ubytek oszczędności bankowych od marca 2015 r.

Długie depozyty w odwrocie

Takie zachowanie klientów banków to skutek obniżenia wartości lokat z długim terminem zapadalności. Na rachunkach bieżących pieniędzy od wielu miesięcy stale przybywa. Spadek zainteresowania lokatami długoterminowymi jest coraz mocniej zauważalny. Z raportu „Sytuacja gospodarstw domowych w IV kwartale 2016 r.”, opublikowanym przez NBP w czerwcu br. wynika, że proces odwracania się klientów od depozytów terminowych zaczął się w połowie 2015 r. Wtedy osłabła dynamika napływu nowych środków do banków. W ostatnich trzech kwartałach 2016 r. po raz pierwszy saldo wypłat przekraczało saldo wpłat na depozyty.

Równocześnie banki zaczęły raportować rekordowe napływy środków na rachunki bieżące. Według NBP, w IV kwartale ubiegłego roku wartość gotówki i lokat a vista osiągnęła najwyższą dynamikę od kiedy prowadzone są badania, czyli od 2004 r. – 17,2 proc.

Analiza danych miesięcznych wskazuje, że w maju na depozytach bieżących Polacy trzymali już 58,2 proc. dostępnych pieniędzy. Rok wcześniej odsetek ten wynosił 51,7 proc., a dziesięć lat temu 49,2 proc.

Za mały procent

Zdaniem autorów raportu „Sytuacja gospodarstw domowych”, odwrót od długoterminowych lokat może wynikać z niewielkich różnic w oprocentowaniu w porównaniu do tych o kilkumiesięcznym terminie zapadalności. W IV kwartale ubiegłego roku na lokacie o ponad rocznym terminie zapadalności można było zarobić 1,7 proc. w skali roku, a na wszystkich innych rodzajach lokat – 1,5 proc.

To jednak nie tłumaczy dlaczego coraz więcej posiadaczy wolnych pieniędzy trzyma je na nieoprocentowanych rachunkach bieżących. Być może jest to skutek utrzymującej się od lat niechęci do lokowania pieniędzy na dłuższe okresy. W Polsce za długoterminowe depozyty uznaje się lokaty o terminie zapadalności do 2 lat, podczas gdy na rozwiniętych rynkach pod tym pojęciem rozumiane są lokaty pięcio- i dziesięcioletnie.

U nas depozyty dłuższe niż 24 miesiące stanowią margines całego portfela oszczędności. Z danych NBP wynika, że w maju Polacy zachomikowali na nich 20 053 mld zł, to zaledwie 2,75 proc. wszystkich bankowych depozytów bieżących i terminowych. Sytuacja nie zmienia się od lat. Dziesięć lat temu odsetek długich lokat stanowił 1,86 proc. portfela, 20 lat temu – 2,75 proc. Tylko na początku 2000 r. w bankach było nieco więcej depozytów o terminie zapadalności powyżej 2 lat, bo 5,86 proc. (w maju 2004 r.).

Przyczyny niewielkiego udziału lokat o długim terminie zapadalności są złożone. Wynikają m.in. ze struktury oferty bankowej, jak też przyzwyczajeń samych klientów, którzy chcą mieć dostęp do swoich oszczędności i nie są zainteresowani „zamrożeniem” kapitału na dłuższe okresy. Tym bardziej, że na rynku stale pojawiają się oferty depozytów na 3-6 miesięcy relatywnie atrakcyjnie oprocentowanych. Spadek zainteresowania lokatami wynika też częściowo z rosnącego popytu na inne produkty finansowe, oferujące potencjalnie wyższe stopy zwrotu, jak fundusze inwestycyjne, które notują dobre wyniki.

 

Autor: Piotr Marciniak, dyrektor zarządzający BGŻOptima

Eksperci

Lipka: Młodzi Polacy nie garną się do pracy. To problem

Tylko 10 procent młodych Polaków, którzy kształcą się po 18. roku życia, decyduje się na łączenie na...

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

AKTUALNOŚCI

Firmy szkoleniowe apelują o VAT bez wad

Firmy muszą pokrywać koszty VAT na usługi doradcze finansowane z funduszy europejskich. Tracą na tym...

Apel do Szydło i Kaczyńskiego w sprawie limitu składek na ZUS

Konfederacja Lewiatan w listach do premier Beaty Szydło i prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego apeluje...

Konsumpcja dalej będzie ciągnęła gospodarkę

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wy...

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...