piątek, Maj 25, 2018
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "Marcin Lipka"

Marcin Lipka

Donald Trump zdobył ponad 270 głosów elektorskich, co oznacza, że powinien zostać prezydentem USA. Jednak już w nocy rosnące szanse na zwycięstwo kandydata Republikanów powodowały spadki na giełdach w okolicach 5 proc., osłabienie meksykańskiego peso o ponad 10 proc. i ogólne obniżenie wartości dolara amerykańskiego. W tym kontekście bardzo stabilnie zachowuje się złoty.

Jak zareagowały rynki w pierwszych godzinach po zamknięciu lokali wyborczych – wyjaśnia Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Po godzinie trzeciej w nocy polskiego czasu, gdy coraz więcej wskazywało, że kluczowe „wahające się” stany zostały zdobyte przez Donalda Trumpa, rynek zaczął wyceniać zwycięstwo kandydata Republikanów. Praktycznie od razu meksykańskie peso straciło 6-7 proc. wartości do dolara, a po kolejnych kilkudziesięciu minutach przecena sięgnęła ponad 10 proc.  Strach było widać także na giełdach. Kontrakty terminowe na amerykańskie indeksy traciły 5 proc. wartości, co spowodowało uruchomienie czasowego ograniczenia ich handlu na chicagowskiej giełdzie CME. Podobna skala spadków dotknęła również giełdę japońską.

Wygranymi na rynku były euro i jen, które zyskiwały do dolara odpowiednio 2 i 3 proc. wartości. Pewnym zaskoczeniem jest natomiast bardzo stabilne zachowanie się franka, a nawet jego niewielkie osłabienie w stosunku do euro. Co prawda Szwajcarski Bank Narodowy ostrzegał, że będzie interweniował, gdyby zaszła taka potrzeba, ale jednak pamiętając o doświadczeniach z Brexitu można było oczekiwać przynajmniej chwilowego wzrostu wartości tej waluty.

Dramatyczne spadki liry i spokój na złotym

Wśród walut rynków wschodzących nie tylko na meksykańskim peso widać było paniczną reakcję i spadek do historycznych minimów. Turecka lira traciła w pewnym momencie 5 proc. wartości w relacji do dolara i prawie 7 proc. w stosunku do euro. Są to najniższe poziomy tej waluty w historii. Bardzo podobnie zachowywał się także południowoafrykański rand. Znacznie mniejsza przecena dotknęła natomiast koreańskiego wona, choć w tym przypadku, według doniesień Reutersa, mogło dojść do interwencji banku centralnego, co mogło zmniejszyć chęć sprzedaży tej waluty.

Na tle światowych rynków bardzo spokojnie zachowuje się polski złoty. Co prawda za euro trzeba płacić rano ponad 4.35 zł, czyli najwięcej od połowy września, ale biorąc pod uwagę notowania innych walut krajów rozwijających się, można powiedzieć, że złoty jest bardzo stabilny. Ograniczone globalne zmiany na franku powodują również, że kosztuje on niewiele ponad 4 zł.

Nieznaczne zmiany złotego w relacji do euro i silna przecena dolara w porównaniu do europejskiej waluty powodują, że kurs dolara spadał w nocy do ok. 3.85 zł. Później nastąpiło odreagowanie tego ruchu i teraz jest blisko wczorajszych notowań.

Jak mogą wyglądać następne dni?

 Reakcja rynku na wygraną Trumpa nie jest zaskakująca. Największa przecena dotknęła te waluty, których kraje mogą wyraźnie stracić na bardziej protekcjonistycznym podejściu Stanów Zjednoczonych. Można było natomiast oczekiwać minimalnie większego osłabienia się złotego w relacji do euro i przynajmniej krótkoterminowego wzmocnienia się franka.

Zgodnie z naszymi wcześniejszymi szacunkami, złoty jest zdecydowanie bardziej stabilny, niż inne waluty krajów rozwijających się. Wydaje się, że ta sytuacja nie powinna ulec drastycznej zmianie. Przemawiają za tym przede wszystkim ograniczone kontakty handlowe z USA. Zagadką natomiast pozostaje polityka monetarna. Pierwsze reakcje rynku potwierdziły przypuszczenia, że może ona być łagodniejsza, niż w sytuacji, gdyby wybory wygrała Clinton. Z drugiej strony silny nacisk w zwycięskim przemówieniu Trumpa na wydatki infrastrukturalne może zwiększyć ryzyko wyższej inflacji. To z kolei spowodowałoby wzrost oczekiwań dotyczących podwyżki stóp procentowych w USA i jednak mniejsze prawdopodobieństwo spadku dolara.

Zagrożeniem dla stabilizacji złotego może być natomiast pogłębienie spadków na zagranicznych giełdach. Gdyby do nich doszło, to prawdopodobnie polska waluta również zacznie tracić na wartości. Wciąż jednak oczekiwane zmiany powinny być znacznie mniejsze, niż w przypadku wielu innych walut gospodarek rozwijających się.

 

Marcin_LipkaMarcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

 

 

fot. absfreepic.com

Informacja o tym, że wyższe wykształcenie zapewnia lepsze zarobki, jest na świecie dość powszechna. W jakim stopniu jednak poprawi się nasza przyszła sytuacja finansowa, jeżeli zdecydujemy się na kilka dodatkowych lat nauki? 

 

Według danych OECD, poziom edukacji wpływa na wiele aspektów naszego życia. Statystycznie osoby mające dyplom wyższej uczelni łatwiej znajdują pracę i mają wyższe wynagrodzenie. Dodatkowo charakteryzują się lepszym zdrowiem, chętniej angażują się w wolontariat, a także maja większe zaufanie do ludzi.

Z drugiej strony dłuższa o kilka lat nauka to także koszty. Decydując się na studia, często zaczynamy pracę na pełen etat znacznie później niż nasi rówieśnicy, którzy wybrali inną ścieżkę kariery. Czy więc rzeczywiście dyplom uczelni wyższej to przepustka do sukcesu finansowego?

Łatwiej o pracę

Według badania aktywności ekonomicznej ludności Polski, przeprowadzonego przez GUS w pierwszym kwartale 2016 r., stopa bezrobocia mierzona metodą BAEL wśród osób z wykształceniem wyższym wyniosła 3.4 proc. W przypadku osób, które zakończyły naukę na poziomie gimnazjalnym lub niższym, wynosiła ona 16.4 proc.

Należy jednak zwrócić uwagę, że jeśli podjęliśmy decyzję o rozpoczęciu studiów, to warto je skończyć. Osoby, które legitymują się wykształceniem średnim zawodowym czy policealnym mają mniejsze problemy ze znalezieniem pracy niż te, które zakończyły edukację na poziomie liceum ogólnokształcącego. W pierwszych dwóch przypadkach stopa bezrobocia wynosi odpowiednio 6.1 proc i 7.5 proc. W trzecim natomiast jest to 10.6 proc.

Również jeżeli spojrzymy na wskaźnik zatrudnienia w stosunku do populacji w wieku produkcyjnym (tutaj dla osób starszych niż 15 lat), jest on zdecydowanie wyższy wśród osób z dyplomem uczelni (77.5 proc.) niż w pozostałych grupach, gdzie wynosi od 14.1 proc. (gimnazjum i poniżej) do 61 proc. (średnie zawodowe).

Powyższe statystyki wyglądają bardzo podobnie również w krajach OECD. Poziom bezrobocia osób z wyższym wykształceniem wynosi 4.5 proc. (magisterskie), a gimnazjalnym lub niższym – 14.8 proc.

Ile jest wart dyplom uczelni wyższej na świecie?

OECD w opracowaniu „Education at a Glance” przedstawia koszty i zyski kontynuowania edukacji. Dokument analizuje aspekt finansowy dla różnej liczby lat nauki. Jednak najbardziej wartościowe w obecnych czasach jest  porównanie zarobków tych, którzy legitymują się dyplomem uczelni wyższej z tymi, którzy zakończyli naukę na poziomie policealnym lub średnim zawodowym.

Warto także zauważyć, że wszystkie wyliczenia są przeprowadzone w jednostce USD PPP (ang. purchasing power parity), czyli parytecie siły nabywczej. Daje nam to informację, jak różnica wykształcenia w danym kraju zwiększyłaby nasze realne możliwości zakupu dóbr i usług, gdybyśmy mieszkali Stanach Zjednoczonych. Oczywiście tę wartość można przeliczyć potem na walutę lokalną. W przypadku Polski każdy 1 USD PPP to nominalnie ok. 50 centów amerykańskich, czyli 2 zł.

Średni bezpośredni koszt nauki w krajach OECD to 13.2 tys. USD PPP. Do tego dochodzi koszt utraconych zarobków w wysokości 43.5 tys. USD PPP. W sumie po studiach jesteśmy „na minusie” ponad 55 tys. USD PPP. Bardzo podobne wyliczenia przedstawiane są dla średniej z 21 krajów Unii Europejskiej. Przeciętnie jednak obywatele krajów OECD, którzy mają wykształcenie wyższe, zarobią w ciągu swojego życia o 405 tys. USD PPP (mężczyźni – 477 tys., kobiety – 332 tys.) więcej, niż ci, którzy nie zdecydowali się studia. Od tej kwoty jednak należy odjąć „efekt podatkowy”, a także „składki socjalne”. W rezultacie biorąc również pod uwagę koszt edukacji i utraconych na początku zarobków, jesteśmy do przodu ok. 187 tys. USD PPP netto (mężczyźni – 229 tys. kobiety – 145 tys.).

Należy jednak zauważyć, że nasze finansowe zyski związane z wykształceniem znacznie różnią się w poszczególnych krajach. I tak w Korei Południowej i Nowej Zelandii wynoszą one odpowiednio jedynie 72 tys. i 92 tys. USD PPP. Stosunkowo niewiele da nam dłuższa edukacja w Hiszpanii – nieco ponad 115 tys. USD PPP (u kobiet o 30 tys. więcej niż u mężczyzn). Blisko średnich poziomów OECD wart jest dyplom uczelni wyższej w Niemczech (160 tys. USD PPP) oraz w Holandii (197 tys. USD PPP). Zdecydowanie najbardziej opłacalna jest dłuższa nauka w Stanach Zjednoczonych (366 tys. USD) oraz w Chile (400 tys. USD PPP). A jak na tym tle wygląda sytuacja w Polsce?

Wyższe wykształcenie to ponad pół mln zł zysku netto

Średnio bezpośrednie koszty studiów w Polsce to 6 tys. USD PPP. Do tego musimy dodać utracone zarobki w kwocie 18 tys. USD PPP.  Ta kwota jednak jest niewielka gdy zobaczymy, że mając wyższe wykształcenie zarobimy w ciągu naszego zawodowego życia o ponad 400 tys. USD PPP brutto więcej w porównaniu do tych osób, które na studia się nie zdecydowały.

Oczywiście podobnie jak to miało miejsce w przypadku krajów OECD, należy od tego odjąć jeszcze efekt wyższych podatków (36 tys. USD PPP) oraz składek społecznych (72 tys. USD PPP). Netto nasz zysk wynosi więc 274 tys. USD PPP (mężczyźni – 338 tys., kobiety – 210 tys.). Przeliczając tę kwotę na złote, zgodnie z zasadą przedstawioną wcześniej, możemy ocenić, że średnio dyplom w Polsce jest wart netto nieco ponad 500 tys. zł.

Podobne, choć nieco niższe wartości, są obserwowane w innych krajach naszego regionu. Na Węgrzech jest to 227 tys. USD PPP, a w Czechach 230 tys. PPP. Należy także podkreślić, że wartość dyplomu uczelni wyższej w Polsce jest trzecią najwyższą wśród krajów badanych przez OECD.

Podsumowując, nawet biorąc pod uwagę zastosowane uproszczenia polegające na wrzuceniu wszystkich dyplomów do jednego worka i wyciągnięciu z nich średniej, zyski z posiadania wyższego wykształcenia są bezdyskusyjne. Ponieważ są one również obserwowane w innych krajach, w których gospodarka rynkowa ma dłuższą historię, można oczekiwać, że za kilkanaście lat będą równie aktualne jak obecnie.

 

Marcin_Lipka (1) Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

Według danych Eurostat tylko 7 z 28 krajów Unii Europejskiej ma niższy poziom bezrobocia niż Polska. Teoretycznie to bardzo dobra informacja. W praktyce jednak sytuacja wygląda znacznie gorzej i realnie zdecydowanie bliżej nam do zadłużonych krajów południa niż wiodących państw północy Europy.  

Z miesiąca na miesiąc słyszymy o tym, jak poprawia się sytuacja na polskim rynku pracy. Ostatnio stopa bezrobocia spadła do najniższych poziomów od początku lat 90 i w czerwcu, według danych Eurostat i GUS, wynosiła 6.2 proc. Wskaźnik ten wygląda korzystnie również na tle krajów Unii Europejskiej, gdzie niższy poziom bezrobocia jest notowany jedynie przez siedem krajów, a średnia wynosi 8.6 proc.

Rzeczywistość jest jednak znacznie gorsza niż nam się wydaje. Faktyczna sytuacja na rynku pracy plasuje nas blisko krajów, w których poziom bezrobocia znajduje się powyżej 10 proc., czyli Portugalii lub Cypru. Niektóre dane wskazują nawet, że w statystykach rynku pracy jesteśmy za Hiszpanią, której oficjalny wskaźnik bezrobocia znajduje się na poziomie 20 proc.

Mylący wskaźnik, czyli kilka słów o stopie bezrobocia

 Ogólnie przyjęło się, że miarą kondycji rynku pracy jest stopa bezrobocia. Wskaźnik ten obliczany jest jako stosunek bezrobotnych do aktywnych zawodowo (mających pracę lub jej szukających). Według danych GUS i Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (podobna metodologia we wszystkich krajach Unii Europejskiej) za drugi kwartał br., liczba pracujących w Polsce wynosiła prawie 16.2 mln osób, a liczba osób bezrobotnych przekraczała nieco 1 mln. Pytaniem jest jednak, gdzie „ukryło się” pozostałe 20 mln Polaków?

Część z nich, bo ok. 7 mln, to ludzie poniżej 15 roku życia. Co oczywiste, osoby te nie pracują oraz nie szukają płatnego zajęcia, bo są jeszcze zbyt młode. Cały czas pozostaje jednak ponad 13 mln osób, które są wyłączone z oficjalnych statystyk bezrobocia. Zgodnie z definicją, są to ludzie bierni zawodowo, czyli tacy, którzy w wieku powyżej 15 roku życia nie mają pracy oraz jej nie szukają.

Z grupy biernych zawodowo warto wyłączyć osoby starsze oraz te, które kontynuują naukę do 18 roku życia. Jednak nawet, gdy to zrobimy, to i tak liczba biernych zawodowo w wieku produkcyjnym 18-64 (dla kobiet 18-59) wynosi ponad 5.5 mln osób. W rezultacie, gdy połączymy ich z bezrobotnymi, otrzymamy 6.6 mln ludzi, którzy nie pracują.

Bardziej miarodajny wskaźnik, czyli “stopa zatrudnienia”

 Wskaźnikiem obejmującym znacznie większą grupę osób niż “poziom bezrobocia”, jest “stopa zatrudnienia”. Jest to stosunek liczby osób mających pracę, do tych, którzy są w wieku produkcyjnych (Eurostat określa go jako przedział wiekowy 20-64 lata). Ten indeks wydaje się zdecydowanie bardziej miarodajny niż stopa bezrobocia, gdyż realnie pokazuje, jaki procent społeczeństwa rzeczywiście pracuje.

W Polsce, na koniec 2015 r., stopa zatrudnienia według danych Eurostat wynosiła 67.8 proc. Dało nam to 19 miejsce w Unii Europejskiej. W tej klasyfikacji lepszy od Polski jest Cypr (67.9 proc.), Portugalia (69.1 proc.), Francja (69.5 proc.), czy Łotwa (73.3 proc). Warto przy tym zauważyć, że oficjalna stopa bezrobocia w tych krajach wynosi odpowiednio 11.7 proc., 11.2 proc., 9.9 proc. oraz 9.8 proc. W Polsce natomiast jest to 6.2 proc.

Z czego więc wynikają tak znaczne różnice? W Polsce jest dość duża liczba osób, która nie dość, że nie ma pracy, to nawet jej nie szuka. Idealnie obrazuje to rozdźwięk pomiędzy stopą bezrobocia i zatrudnienia w przedziale wiekowym 55-64 lata. Ta pierwsza wynosiła zaledwie 4.9 proc. w pierwszym kwartale, przy zatrudnieniu na poziomie 45.7 proc. Częściowo może za to odpowiadać fakt, że według GUS ponad 650 tys. osób będących w wieku produkcyjnym, faktycznie przebywa już na emeryturze oraz 1.33 mln jest zakwalifikowanych do grupy „Choroba, niepełnosprawność”.

Zatrudnienie w przedziale wiekowym 55-64, jest według danych OECD trzecim najniższym w UE. W tej klasyfikacji wyprzedza nas m. in. Hiszpania (48.7 proc.) czy Włochy (49.7 proc.). W Szwecji natomiast ten odsetek kształtuje się na poziomie 74.8 proc., czyli o ponad 30 pkt procentowych więcej niż w Polsce.

W Polsce 32 proc. osób nie ma zatrudnienia

Podsumowując, realna sytuacja na rynku pracy jest wyraźnie gorsza niż przedstawia to popularna stopa bezrobocia. Wynika to z faktu, że znaczna liczba osób w wieku produkcyjnym nie tylko nie ma pracy, ale również jej nie szuka. Z tego powodu nie jest wliczana do najczęściej omawianych statystyk.

W rezultacie, aby lepiej zobrazować sytuację na krajowym rynku pracy, można łatwo zmodyfikować wskaźnik zatrudnienia. Skoro według danych Eurostat 67.8 proc. Polaków w przedziale 20-64 lata znajduje zatrudnienie, to tego zatrudnienia nie ma ponad 32 proc. osób w wieku produkcyjnym.

I choć ta miara nie jest pozbawiona wad, to z pewnością lepiej oddaje faktyczną sytuację na rynku pracy, niż informacja, że bezrobocie wynosi 6.2 proc.

 

Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

Wiele funduszy zajmujących się lokowaniem środków klientów na rynku obligacji skarbowych w Europie osiąga w tym roku dwucyfrowe stopy zwrotu. Również zyski z ostatnich lat są imponujące. Jak to możliwe skoro w wielu krajach mamy ujemne stopy procentowe i w którym momencie ten bezprecedensowy rajd się skończy? 

Rynek obligacji skarbowych można podzielić na dwa światy. W tym pierwszym, zdecydowanie prostszym, inwestor nabywa obligację i czeka do momentu jej wykupu przez emitenta. Zysk dla inwestora w tym wypadku jest z góry znany i zwykle wypłacany w konkretnych odstępach czasowych np. co roku. Jeżeli więc pożyczymy państwu 100 zł, na okres 10 lat, to przy kuponie obligacji 3 proc., co 12 miesięcy dostaniemy 3 zł, a na końcu otrzymamy zwrot kapitału. W sumie w roku 2026 z całej inwestycji powinniśmy mieć 130 zł.

Zupełnie innymi zasadami rządzą się instrumenty dłużne, od których uzależniona jest stopa zwrotu funduszy inwestycyjnych, a więc zysk czy strata klienta. Wynika to z faktu, że obligacje skarbowe są notowane na rynku i ich wartość zmienia się głównie w zależności od bieżących stóp procentowych, zakładając oczywiście, że wiarygodność dłużnika, czyli w tym wypadku kraju, nie uległa w międzyczasie zmianie. Ważnym elementem jest również kwestia popytu i podaży, która także wpływa na bieżący zwrot z inwestycji.

 Kluczowa cena obligacji

Na rynku wtórnym obligacji inwestorzy głównie operują ceną. Jest ona uzależniona od kuponu instrumentu dłużnego w momencie emisji (przyjmijmy, że jest to 3 proc.), ceny emisji (np. 100 zł), terminu wykupu (np. 10 lat) oraz wysokości przyszłych stóp procentowych. Dla uproszczenia pomijamy w tym momencie wiarygodność kredytową emitenta.

Co więc się dzieje z wyemitowaną wcześniej 10-letnią obligacją o kuponie 3 proc. i cenie emisji/wykupu 100 zł, gdy stopy procentowe na rynku spadają i skarb państwa może już wyemitować nową obligację o kuponie 2 proc. i cenie sprzedaży/wykupu 100 zł? Jej cena rośnie do poziomu około 110 zł. Dlaczego? Wynika to z faktu, że jej przyszła stopa zwrotu musi być tożsama z bieżącymi warunkami rynkowymi i przynosić mniej więcej rentowność na poziomie 2 proc. rocznie, mimo że została wyemitowana z kuponem 3 proc. To dostosowanie zapewnia nam właśnie cena obligacji. W uproszczeniu warunki obu inwestycji są więc takie same.

Jednak dla tych, którzy nabyli 10-letnią obligację z kuponem 3 proc., nagły spadek bieżących stóp procentowych do poziomu 2 proc. jest fantastyczną informacją, gdyż cena naszego papieru wartościowego wzrosła ze 100 zł do 110 zł. Możemy więc go sprzedać i nie czekając na moment wykupu i zainkasować zysk w wysokości 10 proc.

Oczywiście sytuacja jest odwrotna, gdy rynkowe stopy procentowych rosną np. do 4 proc. Wtedy nasza wcześniej wyemitowana obligacja o analogicznych parametrach traci na wartości i jej cena wynosi ok. 90 zł. Warto także zwrócić uwagę, że im dłuższy lub krótszy termin zapadalności, tym skala zmiany ceny jest większa lub mniejsza przy jednostkowej zmianie oprocentowania, gdyż cena musi „wyrównać” zmiany wpłaty pochodzące z kuponu. Przykładowo 20-letnia obligacja wyemitowana po cenie 100 zł z kuponem 2 proc. po spadku rynkowych stóp procentowych do 1 proc. ma wartość prawie 120 zł. Ale już w przypadku 5-letniego papieru wartościowego analogiczna zmiana stóp procentowych spowoduje wzrost ceny do ok. 105 zł.

Bezprecedensowe zyski

W tym momencie zaczynamy więc dochodzić do sedna sprawy. Zakładamy, że mamy fundusz obligacji, którego portfel w połowie 2013 r. równomiernie podzieliśmy na obligacje skarbowe Hiszpanii, Włoch Niemiec oraz Francji, gdy ich 10-letnie rentowności (lub kupon w momencie emisji) wynosiły odpowiednio 5 proc., 4 proc., 2.5 proc. oraz 2 proc. (średnio 3.38 proc).

Obecne rentowności obligacji tych krajów są zdecydowanie niższe. Wynika to przede wszystkim z niższej oczekiwanej inflacji, ujemnych stóp procentowych i programów skupu aktywów z rynku przeprowadzanych przez Europejski Bank Centralny (EBC). Wszystkie te informacje są jednak niezwykle korzystne dla posiadacza takiego portfela. Rentowności tych obligacji znacznie spadły i w przypadku Hiszpanii i Włoch wynoszą ok. 1 proc, francuskie są blisko zera, a niemieckie mają wartość ujemną. Ich średnia rentowność wynosi ok. 0.5 proc.

Gdyby spadek rentowności był natychmiastowy, to na takim portfelu zyskalibyśmy prawie 30 proc. w zawiązku ze zmianą samej ceny. Po trzech latach cena już nie jest taka wysoka, ale nasz zysk jest podobny, gdyż do tej pory otrzymaliśmy wypłatę 3 kuponów.

Problem polega na tym, że powtórzenie obecnej sytuacji jest praktycznie niemożliwe, gdyż wymagałoby, żeby rentowności obligacji dalej spadały i osiągały poziomy głęboko poniżej zera. Już teraz jednak napływają sygnały od EBC, że dalsze obniżanie stóp procentowych (obecnie na poziomie minus 0.4 proc.) raczej nie będzie kontynuowane, a nawet gdyby takie obniżki się pojawiły to ich skala będzie minimalna.

To oznacza, że obecnie nabywane instrumenty dłużne i to niezależnie od rozwoju sytuacji praktycznie nie mają szans na dalszy wzrost wartości, który co warto dodatkowo podkreślić, jest spowodowany również przez program luzowania ilościowego EBC. Powoduje on, że cena obligacji jest wyższa, a ich rentowność niższa niż w przypadku, gdyby bank centralny nie był aktywny na rynku.

Kiedy bańka pęknie?

Określenie konkretnego czasu wzrostu rentowności obligacji skarbowych, a zatem spadku ich ceny i obniżenia wartości portfela instrumentów dłużnych jest praktycznie niemożliwe. Warto jednak zauważyć, że gdy kupon obligacji ma wartość „zero”, to potencjał na wzrost ceny tego instrumentu jest ograniczony, gdyż rynkowe stopy procentowe musiałyby schodzić coraz głębiej poniżej zera.

Ujemne stopy procentowe kreują jednak szereg problemów. Od kosztów dla samych instytucji finansowych, które przetrzymują pieniądze gospodarstw domowych oraz przedsiębiorstw, po ryzyko, że alokacja funduszy rynkowych będzie zmierzać w kierunku zdecydowanie bardziej ryzykownych aktywów, co jeszcze bardziej będzie zwiększać rosnącą bańkę.

Warto także zwrócić uwagę, że w gronie bankierów centralnych odbywa się coraz szersza dyskusja, wokół stymulującej roli polityki pieniężnej, która zaczyna dochodzić do obiektywnego limitu. To oznacza, że dalsze obniżanie stóp procentowych czy zwiększanie skupu obligacji niekoniecznie musi zwiększać popyt na kredyt w realnej gospodarce, a staje się coraz większym obciążeniem dla oszczędzających. Coraz głośniej natomiast mówi się o zwiększeniu roli polityki fiskalnej, zwłaszcza że przecież bieżące koszty emisji długu są rekordowo niskie, a nawet w przypadku niektórych krajów ujemne. Gdyby ta koncepcja zaczęła przeważać, a bank centralny zacząłby powoli zmniejszać swoje działanie stymulujące, wtedy rentowności obligacji zaczęłyby rosnąć i dochodzić do względnie realnych poziomów.

W sytuacji ich wzrostu do przedziałów obserwowanych w połowie 2015 r. nasz wcześniej określony portfel obligacji straciłby kilkanaście procent w porównaniu do obecnych wartości.

Wpływ na polski rynek długu

Mogłoby się wydawać, że polskie obligacje skarbowe są w niewielkim stopniu narażone na powyższe zmiany. Rynek jest jednak globalny i mimo krajowej polityki pieniężnej i własnej waluty rentowności krajowych instrumentów dłużnych zmieniają się w tym samym kierunku co europejskich.

Jeżeli więc za granicą nastąpi zmniejszenie się aktywności EBC, a perspektywy inflacji wzrosną, w związku z bardziej stymulującą rolą polityki fiskalnej, można oczekiwać, że również ceny polskich obligacji stracą na wartości. Ten ruch prawdopodobnie będzie jednak mniej spektakularny, chociażby ze względu na fakt, że NBP nie skupuje obecnie obligacji z rynku.

Podsumowując, jest praktycznie pewne, że zyski osiągnięte w ostatnich latach na obligacjach skarbowych już się nie powtórzą. Za scenariusz optymistyczny należy uznać, że przez kolejne kwartały utrzymają one swoje bieżące poziomy. Z kolei coraz bardziej prawdopodobny staje się scenariusz, że portfele europejskich obligacji zaczną przynosić zauważalne straty, które w zależności od ich struktury mogą wynieść kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt procent.

 

Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

Według danych Eurostat mamy w Polsce bezrobocie na poziomie 6.9 proc. To zdecydowanie mniej niż średnia unijna, wynosząca 8.9 proc. i przeciętna wartość w strefie euro, wynosząca 10.3 proc. Czy jednak te informacje rzeczywiście oznaczają, że pozostałe kraje Unii mogą nam zazdrościć? Niekoniecznie. 

Patrząc na ostatnie dane statystyczne z krajowego rynku pracy, może się wydawać, że w Polsce mamy praktycznie pełne zatrudnienie. Stopa bezrobocia mierzona według BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności), stosowana przez GUS i Eurostat spadła od końca 2013 r. aż o trzy punkty procentowe i wynosi obecnie 6.9 proc. To najniższe poziomy od czasu przemian gospodarczych z początku lat 90. Dodatkowo porównując te wartości z innymi gospodarkami Unii Europejskiej, można odnieść wrażenie, że nasz kraj odniósł prawdziwy sukces w kontekście rynku pracy. Według danych Eurostat na koniec stycznia, Polska ma niższe bezrobocie niż Szwecja (7.0 proc.), Belgia (7.9 proc.) czy Irlandia (8.6 proc.). Teoretycznie jeszcze gorzej wygląda sytuacja w Finlandii (9.4 proc.) czy Francji (10.2 proc.). Gdy jednak spojrzymy na inne parametry rynku pracy, sytuacja wygląda już zupełnie inaczej.

Wskaźnik zatrudnienia, czyli stosunek liczby pracujących do liczby osób w wieku produkcyjnym (15-64 lata), wynosił na koniec 2015 r. 63.7 proc. To mniej niż we Francji (64.3 proc., dane Insee na koniec 2015 r. ), gdzie stopa bezrobocia jest o połowę wyższa niż nad Wisłą. Z kolei w Szwecji wskaźnik zatrudnienia wynosi 76.8 proc. przy tym samym poziomie bezrobocia co w Polsce.

Niskie bezrobocie i niewielkie zatrudnienie. Jak to możliwe?

Szukając przyczyn tak niskiego wskaźnika zatrudnienia, dość szybko dostrzegamy, że wyraźnie zaniżają go osoby w przedziale wieku 55-64 lata. W tym przedziale wiekowym wynosi on, według danych GUS, 45.8 proc. Co ciekawe, akurat w tej grupie stopa bezrobocia jest bardzo niska. To jedynie 4.9 proc. Co to oznacza? Ponad 2.8 mln ludzi, którzy nie tylko nie pracują, ale także pracy nie szukają.

Dodatkowo, według danych Eurostat na koniec 2014 r., jedynie 32.9 proc. kobiet w Polsce w przedziale wiekowym 55-64 ma zatrudnienie. Warto zwrócić na to uwagę, ponieważ średnia dla całej Unii, wynosi dla tej grupy 45.2 proc. W przypadku Szwecji czy Irlandii ten współczynnik sięga odpowiednio 71.5 proc. i 44.7 proc.. Interesujący jest również fakt, że w tej kategorii wyprzedza nas również Hiszpania (37.8 proc.), a w tym kraju oficjalne bezrobocie jest trzy razy wyższe niż w Polsce i wynosi 20.5 proc.

Polski rynek pracy ma również poważny problem z wchłonięciem osób z niższymi kwalifikacjami. Według danych OECD, odsetek zatrudnionych w wieku produkcyjnym z wykształceniem poniżej średniego, wynosił pod koniec 2013 r. jedynie 38.5 proc. i był to drugi najniższy wynik wśród 34 członków OECD. Wyprzedzała nas w tej klasyfikacji m.in. Grecja (45.1 proc.), Francja (54.5 proc.) oraz Szwecja (62.5 proc.).

Statystyki wyraźnie poprawiają się, gdy spojrzymy na analogiczną grupę osób z wyższym wykształceniem. Tutaj wskaźnik zatrudnienia dla obu płci w Polsce wynosi według OECD 84.8 proc. To plasuje nas wyżej niż Francję (84.4 proc.) i na tym samym poziomie co Wielką Brytanię (84.8 proc.). Wysoki wskaźnik zatrudnienia potwierdzony jest również niskim poziomem bezrobocia. Według danych Eurostat na koniec 2014 r. wskaźnik ten wynosił dla osób legitymujących się dyplomem uczelni wyższej jedyne 4.1 proc. Jest to praktycznie tyle samo ile w Szwecji (4.0 proc.) i zdecydowanie mniej niż we Francji (5.8 proc.), Irlandii (6.1 proc.) oraz Hiszpanii (13.8 proc.).

Co zrobić by było lepiej?

Co więc jest kluczem, by sytuacja na krajowym rynku pracy rzeczywiście się poprawiła? Dane pokazują, że przede wszystkim powinien rosnąć odsetek osób z wyższym wykształceniem, co również będzie determinować dłuższą pracę. Potwierdzają to badania OECD, zamieszczone w raporcie „Education at a Glance 2015”. Wskaźnik zatrudnienia Polaków w przedziale wieku 55-64 lata, legitymujących się wyższym wykształceniem, wynosi 66 proc. przy wartości 45.8 proc. dla całej populacji i jedynie 25 proc. dla tych, którzy edukację zakończyli na szkole podstawowej. Pozwoli to wyraźnie podnieść ogólny poziom zatrudnienia w naszym kraju, co zbliży Polskę do średnich wartości obserwowanych w krajach rozwiniętych.

Komentarz Marcina Lipki, analityka Cinkciarz.pl

Ostatnio pojawiło się wiele analiz dotyczących hipotetycznego wpływu Brexitu na wycenę funta, kondycji brytyjskiej gospodarki czy polityki monetarnej Banku Anglii. Jak może zachować się złoty w sytuacji opuszczenia UE przez Wielką Brytanię? 

W Wielkiej Brytanii od miesięcy trwa dyskusja na temat możliwości opuszczenia przez ten kraj struktur Unii Europejskiej. W ostatnich tygodniach nabrała ona tempa, ze względu na ogłoszenie daty referendum przez premiera Davida Camerona. Wpływ na to miało także rozpoczęcie kampanii na rzecz Brexitu, przez Borisa Johnsona, wiodącego polityka partii konserwatywnej.

Polityczna dyskusja na Wyspach i niezdecydowanie obywateli w sondażach, kreują również ryzyka gospodarcze dość szybko przekładające się na wycenę funta. W lutym brytyjska waluta spadła w relacji do amerykańskiego dolara do najniższych poziomów od 2009 r. Dlaczego jednak Brexit jest tak niekorzystny dla brytyjskiej gospodarki?

Niezbilansowana gospodarka

 „Financial Times” przeprowadził badania wśród reprezentatywnej grupy ponad stu ekonomistów. Jak się okazało, zdecydowanie przeważają negatywne opinie, na temat konsekwencji możliwego Brexitu dla brytyjskiej gospodarki. Żaden z badanych nie uważa, że opuszczenie Unii poprawiłoby tegorocznej sytuacji ekonomicznej kraju, a aż 72 proc. respondentów sądzi, że pogorszy się ona w średnim terminie, czyli w ciągu kilku lat.

Z kolei w ankiecie przygotowanej przez agencję Bloomberg, 20 z 34 bankierów inwestycyjnych zakłada, że w tydzień po Brexicie funt może być wart 1.30 dolara lub mniej. To oznaczałoby przynajmniej dziesięcioprocentową przecenę brytyjskiej waluty, w porównaniu do bieżących notowań. Siedmiu ankietowanych z tej grupy oczekuje, że para GBP/USD może spaść poniżej granicy 1.20, czyli do najniższego poziomu od 30 lat.

Nawet jeżeli założymy, że obawy ekspertów są przesadzone, a średnioterminowe skutki nie są tak oczywiste, to wciąż warto zwrócić uwagę na brak równowagi w brytyjskiej gospodarce. Przede wszystkim Brytyjczycy borykają się z wysokim deficytem rachunku obrotów bieżących, który waha się w ostatnich kwartałach w granicach 4-5 proc. PKB, czyli około 150 mld dolarów rocznie.

Do tej pory ta nierównowaga zewnętrzna była głównie finansowana przez bezpośredni napływ inwestycji zagranicznych (FDI). Jednak w scenariuszu Brexitu można oczekiwać, że nastąpi znaczne ograniczenie FDI ze względu na niepewność gospodarczą. To oznaczałoby, że ten deficyt stałby się mało stabilny i jego zmniejszenie zostałoby prawdopodobnie wymuszone przez osłabienie waluty i zmniejszenie importu.

Warto także zwrócić uwagę na brytyjski sektor finansowy. Generuje on ok. połowę nadwyżki w zagranicznym bilansie usług. Gdyby jednak Wielka Brytania opuściła Unię, to prawdopodobnie Bruksela znacznie ograniczyłaby działalność tego sektora na swoim terenie. To również wpływałoby negatywnie na rachunek obrotów bieżących.

Osłabienie funta i niepewność gospodarcza mogłaby wyraźnie pogorszyć nastroje konsumentów i chęć do inwestowania. Nawet jeżeli ta reakcja byłaby względnie krótkotrwała , to i tak mogłaby zwiększyć oczekiwania obniżenia stóp procentowych przez bank centralny. To byłby kolejny cios dla funta. W rezultacie szacunki banku HSBC zakładające, że funt osłabi się do dolara o 15-20 proc. w przypadku Brexitu, nie muszą być wcale przesadzone.

Niejednoznaczne sondaże

 Elementem zwiększającym niepewność dotyczącą wyniku referendum jest również podział społeczny, obserwowany w badaniach opinii publicznej. Średnia z ostatnich sześciu sondaży publikowana przez portal Whatukthinks.org pokazuje, że 51 proc. ankietowanych jest za pozostaniem w strukturach Unii, a 49 proc. popiera Brexit.

Warto jednak zauważyć, że w badaniach opinii publicznej w Wielkiej Brytanii przeważają sondaże typu online, gdzie zarejestrowana grupa użytkowników wybierana jest przez dany ośrodek do konkretnej próby. Miedzy innymi YouGov pisze na swojej stronie, że w swojej bazie danych ma 360 tys. użytkowników. Ogólnie w sondażach online wynik jest najczęściej remisowy.

Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w przypadku głosowego kontaktu z respondentem. W jednym z ostatnich sondaży telefonicznych, przeprowadzonych przez ComRes 22 lutego, przewaga zwolenników pozostania w Unii nad przeciwnikami wyniosła 12 punktów procentowych. W analogicznym badaniu Survation z 20 lutego oraz Ipsos Mori z 16 lutego, przewaga przeciwników Brexitu nad jego zwolennikami wyniosła odpowiednio 15 oraz 18 punktów procentowych. To może sugerować, że biorąc pod uwagę zarówno sondaże telefoniczne, jak i online, rozkład wyników jest jednak nieco przesunięty w stronę pozostania Wielkiej Brytanii w strukturach Unii.

Jednak powyższa koncepcja również zaczyna słabnąć. Opublikowany 15 marca telefoniczny sondaż, przeprowadzony przez „The Telegraph” oraz ORB pokazuje, że zwolennicy Brexitu mają dwuprocentową przewagę nad jego przeciwnikami. Rośnie więc ryzyko, że do dnia głosowania żadna ze stron nie będzie miała przewagi, a to potęguje niepewność rynkową oraz gospodarczą.

Wpływ na złotego i polską gospodarkę

 Jeżeli dojdzie do Brexitu, największy ciężar tego wydarzenia zostanie przyjęty przez funta. Jego przecena może wynieść od 10-20 proc. w relacji do dolara. Warto jednak zauważyć, że brytyjska waluta prawdopodobnie straci znacznie mniej do jej europejskiego odpowiednika. Po pierwsze dlatego, że opuszczenie struktur Unii przez jednego z jej członków, będzie oznaczać ogólną słabość tego ekonomiczno-politycznego bloku. Po drugie, beneficjentem tych wydarzeń będzie najprawdopodobniej dolar. Stąd para EUR/GBP nie powinna wzrosnąć więcej niż 10 proc.

Jeszcze mniej może stracić funt w relacji do złotego. Ogólny wzrost napięcia na europejskim rynku finansowym oraz ryzyko dalszych rozłamów wewnątrz Unii, może spowodować, że negatywne skutki dość szybko odczują beneficjenci wspólnego budżetu. Wówczas inwestorzy dość szybko sobie przypomną o ostatnim cięciu ratingu Polski oraz napiętym planie wydatków na 2017 r. Przez to złoty może szybko stać się ofiarą odpływu kapitału. W rezultacie, mimo ogólnego osłabienia funta, jego cena nie spadnie poniżej 5 zł, a za euro, dolara czy franka, będziemy musieli prawdopodobnie płacić więcej niż obecnie.

Brexit może negatywnie wpłynąć również na gospodarkę poprzez kanał handlu zagranicznego. Wielka Brytania jest naszym drugim największym partnerem eksportowym. Wg danych GUS, w 2015 r. wysłaliśmy na Wyspy towary o wartości 50 mld zł. Natomiast import z tego kraju wyniósł jedynie 19 mld. zł. Oznacza to nadwyżkę przekraczającą 30 mld zł, czyli 4 proc. całego polskiego eksportu.

Z dużym prawdopodobieństwem Londyn nie dogadałby się szybko w kwestii nowych umów handlowych z Brukselą, co spowodowałoby prawdopodobnie zaburzenia w wymianie towarowej i ryzyko utraty rynków przez polskich przedsiębiorców. Hipotetyczne zmniejszenie nadwyżki handlowej oznacza ryzyko fundamentalnej presji spadkowej na polską walutę.

Co ciekawe, nawet jeżeli cała operacja Brexitu zostanie przeprowadzana względnie łagodnie, to i tak zagrożenia dla Polski pozostaną. Kolejne, bogatsze kraje, mogą w takim scenariuszu także dążyć do opuszczenia Unii. To może oznaczać presję na mniejsze wsparcie finansowe takich państw jak Polska, a w skrajnym przypadku nawet całkowite zatrzymanie napływu środków pomocowych z UE. Warto przypomnieć, że według danych Komisji Europejskiej, tylko w 2014 r. Polska otrzymała z budżetu unijnego 13.7 mld. euro netto, czyli 3.3 proc. PKB.

Komentarz Marcina Lipki, analityka Cinkciarz.pl

Ceny paliwa na świecie są najtańsze od kilkunastu lat. Amerykanie w niektórych stanach płacą poniżej 1.5 zł za litr benzyny. W Polsce natomiast koszt bezołowiówki nadal kształtuje się w granicach 4 zł, mimo że na europejskim rynku ARA popularna 95 kosztuje jedynie ok. 75 gr za litr.

W miniony wtorek (9 lutego) cena tony benzyny 95, notowanej na europejskim rynku ARA (Amsterdam-Rotterdam-Antwerpia) spadła poniżej 1 tys. zł (ok. 75 gr za litr). Pomijając klika dni pod koniec 2008 r., kiedy PB 95 była wyceniana na ok. 60 gr, są to najniższe poziomy od 2003 r. Ceny były zbliżone również do tych z końcówki lat 90.

Polscy kierowcy jednak w niewielkim stopniu odczuwają zmiany cen paliw. Według danych Komisji Europejskiej, na początku lutego średnia cena popularnej „95” wynosiła dokładnie 4 zł za litr. To 27 gr mniej niż rok temu. Warto jednak zauważyć, że przez ten czas koszt benzyny na rynku ARA w złotych spadł o połowę.

Pomijając fakt, że w cenie paliwa zawartych jest wiele podatków (VAT, akcyza, opłata paliwowa, opłata zapasowa), obserwujemy rekordową w historii różnicę pomiędzy ceną hurtową w naszym kraju i na rynku ARA. Wynosi ona ok. 60 gr netto za litr, mimo że przez ostatnią dekadę kształtowała się w granicach 20-30 gr.

Rekordowe niskie ceny w USA

Zupełnie inaczej wygląda to w Stanach Zjednoczonych. Tam średnia detaliczna cena galona benzyny w drugim tygodniu lutego spadła według EIA (Departamentu Energii) do poziomu 1.75 dol. za galon (1.81 zł za litr). To oznacza, że Amerykanie płacą o 30 proc. mniej niż rok temu. Jeszcze taniej jest w regionach od Zatoki Meksykańskiej po Środkowy Zachód, gdzie galon, według EIA, jest najtańszy od połowy 2004 r. i kosztuje średnio 1.51 USD (1.56 zł za litr).

O rekordowo niskich cenach pisze również The Wall Street Journal w artykule z 9 lutego (WSJ). Wg amerykańskiego dziennika niektóre stacje w stanie Missouri sprzedają paliwo po 1.22 USD za galon (1.27 zł/litr). Najtaniej jest na stacji 7-Eleven w Oklahoma City. Tutaj, według danych (WSJ), za litr benzyny należy zapłacić jedynie 1.11 USD za galon, czyli 1.15 zł za litr.

 Amerykanie pracują na litr paliwa tylko przez minutę

Powyższe porównania wypadają jeszcze ciekawiej, gdy zestawimy je z zarobkami w Polsce oraz w USA. Wg styczniowego raportu Biura Statystki Amerykańskiego Departamentu Pracy (BLS), średnia stawka godzinowa w USA wynosi 25.39 dol. (około 100 zł). Wg GUS przeciętne wynagrodzenie miesięczne w polskiej gospodarce wyniosło 3899 zł. w 2015 r. Oznacza to, że Polacy średnio zarabiają 23.2 zł na godzinę.

W rezultacie zestawiając średni koszt paliw i zarobki w obu krajach widzimy, że w USA za godzinę pracy kupimy 55 l. benzyny (nieco ponad 1 minuta pracy/litr) a w Polsce 5.8 l paliwa. To oznacza, że Polacy na benzynę bezołowiową muszą pracować prawie dziesięć razy dłużej (dokładnie 9.5) niż Amerykanie.

Na koniec warto również zwrócić uwagę na dobrą informację. Biorąc pod uwagę kursy walut i ceny hurtowe paliw, przez najbliższy tydzień lub dwa ceny „bezołowiówki” z dużym prawdopodobieństwem spadną na krajowych stacjach o ok. 10-20 gr. Jeżeli sprawdzą się prognozy EIA dotyczące przyszłych kosztów ropy naftowej, zarówno diesel, jak i benzyna powinny utrzymać się w okolicach 4 zł przynajmniej przez pierwszą połowę roku.

 

Komentarz Marcina Lipki, analityka Cinkciarz.pl

Przez Grecję przetacza się fala protestów. Ludzie obawiają się redukcji przywilejów i wyższych podatków. Nie pomaga bardzo trudna sytuacja gospodarczą kraju i spodziewany konflikt z wierzycielami. Czy to oznacza, że wraca ryzyko opuszczenia przez Grecję strefy euro? 

Uzgodniony latem 2015 r. pakiet pomocy dla Grecji był związany z szerokim planem reform. W zamian za 86 mld euro rząd zobowiązał się naprawić system podatkowy, rozwiązać problemy administracji centralnej, a także przeprowadzić szeroki program prywatyzacji i liberalizacji rynku. Ważnym punktem ustaleń były też konieczne ograniczenia wydatków emerytalnych.

Z całej kwoty Grecja natychmiast dostała 13 mld euro. Zdecydowana większość z tych pieniędzy została przeznaczona na spłatę zobowiązań w stosunku do wierzycieli. Do końca ub. r. w stosunku do EBC i MFW zostało zrealizowanych prawie 11 mld euro zaległych i bieżących płatności.

Jak idzie Grekom wprowadzanie zmian?

Do tej pory w ramach reform zostały podniesione obciążenia VAT dla wysp i zredukowane zwolnienia podatkowe dla rolników. Stosunkowo wolno, ale realizowany jest także program prywatyzacji. Trudno jednak wyobrazić sobie, by z tytułu prywatyzacji kiedykolwiek został spełniony plan zdobycia 50 mld euro. Połowa tych pieniędzy miała zostać zwrócona wierzycielom, którzy dokapitalizowali banki. Kolejne 25 proc. na spłatę zadłużenia, a pozostała część na specjalny fundusz finansujący inwestycje publiczne.

Według informacji funduszu zajmującego się sprzedażą państwowego majątku HRADF, Grecy uzgodnili kontrakt na koncesję 14 regionalnych portów lotniczych. Ma on przynieść natychmiastowy przychód w wysokości 1.23 mld euro oraz 22.9 mln euro rocznie przez kolejne 40 lat. Dodatkowo 20 stycznia 2016 r. została podpisana umowa na sprzedaż 67 proc. udziałów w Porcie Pireus. Wartość tej transakcji to 368 mln euro. Warto jednak zauważyć, że powyższe transakcje były planowane już przed ubiegłorocznym porozumieniem z wierzycielami.

W pierwszym programie pomocowym z 2010 r. także założono, że w ciągu 10 lat Grecja sprywatyzuje majątek o wartości 50 mld euro. W maju 2014 r. Reuters pisał, że plan prywatyzacji na lata 2010-2020 został zrewidowany do 22.4 mld euro, a przez pierwsze cztery lata zrealizowano sprzedaż na poziomie 4.9 mld euro, mimo że pierwotnie zakładano, że od 2010 do 2013 r. przychody z prywatyzacji wyniosą 22 mld euro.

Emerytury kością niezgody

Jednym z podstawowych warunków otrzymania pomocy dla Grecji była obietnica reformy systemu emerytalnego. To zobowiązanie budzi najwięcej kontrowersji. Nadal jednak nie została przeprowadzona reforma emerytur. Brytyjski think tank CPS na podstawie danych greckiego urzędu statystycznego (ELSTAT) za lipiec 2015 r. zauważa, że na świadczenia emerytalne dla 2 mln obywateli wydawane jest niespełna 2 mld euro miesięcznie. Z prostej kalkulacji wynika, że średnia emerytura wynosi ok. 1 tys. euro.

Według najnowszych danych Eurostatu (dostępne za 2012 r.), Grecja wydaje aż 14 proc. PKB na świadczenia emerytalne, czyli najwięcej w całej Unii Europejskiej. W Polsce jest to około 8 proc. Dodatkowo, wg danych Eurostatu z 2014 r., w tym kraju jedynie 34 proc. osób w wieku 55-64 lat pracuje. Po części jest to oczywiście spowodowane wysokim bezrobociem, choć w Hiszpanii, która w 2014 r. również borykała się z podobną do greckiej stopą bezrobocia, ten stosunek wynosił 44.3 proc.

Konieczność przeprowadzenia zmian w systemie emerytalnym widzi również premier Tsipras. Podczas obrad parlamentu (26 stycznia 2016 r.) ostrzegał, że bez reform grecki system upadnie. Jego rząd zakłada jednak, że reforma będzie polegała przede wszystkim na zwiększeniu składek płaconych przez pracodawców i pracowników. Wierzyciele, a zwłaszcza MFW, który ma być włączony do wypłaty kolejnych transz pomocy, chcą natomiast również redukcji wydatków. To oznaczałoby m.in. zmniejszenie świadczeń dla obecnych i przyszłych emerytów.

Sytuację komplikuje również niepewna sytuacja polityczna w Grecji. Od czasu wrześniowych wyborów parlamentarna większość Syrizy i eurosceptycznej partii ANEL stopniała do trzech głosów. Dodatkowo, wg przeprowadzonych w styczniu br. sondaży cytowanych przez agencję Bloomberg, opozycyjna Nowa Demokracja ma 3-4 proc. przewagi nad Syrizą. To istotna zmiana. W wyborach cztery miesiące temu partia Tsiprasa miała przecież 7 proc. przewagi nad główną siłą opozycyjną.

Od początku stycznia przez kraj przetaczają się protesty wielu grup społecznych. Grecy obawiają się redukcji świadczeń i wyższych podatków. W połączeniu z wciąż bardzo trudną sytuacją gospodarczą państwa i spodziewanym konfliktem z wierzycielami można przypuszczać, że ryzyko opuszczenia przez Grecję strefy euro znowu będzie przedmiotem dyskusji na rynku finansowym. Natomiast sytuacja w Atenach w ciągu najbliższych kilku tygodni ponownie wróci na nagłówki światowej prasy.

Co działo się w Grecji w ostatnich miesiącach?

W styczniu ub. r. rządy w Grecji objęła Syriza, czyli Koalicja Radykalnej Lewicy pod przewodnictwem Alexisa Tsiprasa. Jego wyborców przekonały głównie narzucone Grecji przez wierzycieli obietnice zakończenia polityki oszczędności. Aby uzyskać większość konieczną do sprawowania władzy, Syriza połączyła siły z niewielką, eurosceptyczną partią ANEL.

Od tego momentu rozpoczęła się walka pomiędzy Grecją a jej wierzycielami o złagodzenie polityki oszczędności. Trojka, czyli przedstawiciele Komisji Europejskiej, Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Europejskiego Banku Centralnego, nie chcieli zgodzić się ani na redukcję zadłużenia, ani na złagodzenie polityki „zaciskania pasa”. Premier Tsipras wykorzystał przeciągające się negocjacje z wierzycielami jako pretekst do ogłoszenia ogólnokrajowego referendum. W głosowaniu 5 lipca ponad 60 proc. Greków odrzuciło w referendum politykę cięć wydatków, co praktycznie spowodowało paraliż państwa. Ludzie w obawie przed rychłym wyjściem kraju ze strefy euro oraz osłabieniem przyszłej waluty masowo wypłacali pieniądze z kont. W konsekwencji Europejski Bank Centralny wprowadził kontrolę przepływu kapitału i limit dziennych transakcji gotówkowych. Efekt? Poważne ograniczenie działalności gospodarczej i kolejki przed bankomatami. System utrzymała awaryjna płynność z EBC w wysokości ok. 90 mld euro. Po historycznych, siedemnastogodzinnych negocjacjach, 12 lipca, Grecja doszła do wstępnego porozumienia z wierzycielami. Kiedy miesiąc później Komisja Europejska opublikowała tekst oficjalnego porozumienia, świat dowiedział się, że w związku z pogorszeniem sytuacji gospodarczej Grecji, program oszczędności będzie jeszcze bardziej wymagający niż wcześniejsze propozycje.

Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

Piątkowe obniżenie wiarygodności kredytowej Polski przez amerykańską agencję ratingową Standard & Poor’s było prawdziwym zaskoczeniem, zwłaszcza że główną przyczyną są obawy o stabilność instytucjonalną państwa. Jak w tej sytuacji w najbliższych dniach oraz w kolejnych miesiącach może zachowywać się złoty?

Zaskoczenie, szok, niedowierzanie czy – jak napisało w oficjalnym komunikacie polskie Ministerstwo Finansów – „niezrozumiała decyzja”. Takie uczucia towarzyszyły w piątkowe popołudnie wielu ekonomistom i uczestnikom rynku, prawdopodobnie nie tylko w kraju, ale i za granicą. Agencja Standard & Poor’s (S&P) ogłosiła obniżenie polskiego ratingu z A- do BBB+. Zrewidowała przy tym również perspektywę: z pozytywnej na negatywną.

Wielu rynkowym obserwatorom uczucie zdziwienia towarzyszy z kilku powodów. Pierwszym jest skala obniżki. Z wiarygodności kredytowej na poziomie A- (perspektywa pozytywna) zmiana mogła polegać na obniżeniu samej perspektywy do neutralnej czy dalej do negatywnej. Gdyby natomiast zdecydowano się na cięcie całego ratingu, to przynajmniej sugestia kolejnego ruchu mogłaby być neutralna. Wybrano jednak rozwiązanie, które zakłada większe prawdopodobieństwo dalszej redukcji wiarygodności kredytowej, niż jej podniesienia, czyli perspektywę negatywną.

Po drugie, od 1995 r. agencje jedynie podwyższały rating Polski i nie było przypadku, by ta wiarygodność była redukowana. To prawdopodobnie jedna z przyczyn silnej reakcji na rynku walutowym.

Kolejnym zaskakującym elementem jest samo uzasadnienie decyzji. S&P twierdzi, że (cyt. za PAP) „od wygrania wyborów w październiku 2015 r., nowy polski rząd zainicjował różne działania legislacyjne, które naszym zdaniem osłabiają niezależność i efektywność kluczowych instytucji, jak wynika z naszej oceny instytucjonalnej”.

Pewnego zdziwienia również nie kryje również wielu ekonomistów za granicą. – To jest nowa era ratingów, gdzie agencje ratingowe mówią nam, że coraz bardziej obawiają się wydarzeń politycznych oraz perspektywy reform, niż pozytywnych fundamentów gospodarczych, które mogą podtrzymywać wiarygodność kraju – mówi Simon Quijano-Evans, ekonomista Commerzbank AG w Londynie, cytowany przez agencję Bloomberg. Dalej jednak dodaje, że będzie on rekomendował redukcję ekspozycji na polski dług swoim klientom.

Nie tylko polski przykład

Z drugiej jednak strony warto zauważyć, że S&P zwraca uwagę na kwestie związane z ogólną stabilnością polityczną od dłuższego czasu. W dokumencie datowanym na 6 listopada 2015 r. – “Dlaczego polityka ma znaczenie dla ratingów”, wymienia między innymi przypadek Stanów Zjednoczonych z 2011 r., kiedy wiarygodność została obcięta z AAA do AA+, z perspektywą negatywną ze względów „ryzyka politycznego i rosnącego długu”.

Podobna sytuacja dotyczy obecnie również Wielkiej Brytanii, dla której, według S&P, rządowa decyzja dotycząca referendum na temat członkostwa w EU pokazuje, że „polityka gospodarcza może być narażona na większe ryzyko polityki partyjnej, niż wcześniej oczekiwaliśmy”. Perspektywa ratingu Wysp Brytyjskich została obniżona w dniu 12 czerwca 2015 r. do negatywnej.

Agencja również przypominała w listopadzie obniżenie w styczniu 2012 r. ratingu dziewięciu krajów strefy euro. S&P podawało wtedy, że „nasz pogląd, dotyczący efektywności stabilności oraz przewidywalności europejskich władz i politycznych instytucji, nie jest tak silny, jak wcześniej tego oczekiwaliśmy”.

Przyczyny ekonomiczne i dalsze skutki

Prócz kwestii instytucjonalnych, S&P oczekuje wzrostu deficytu sektora finansów publicznych do 3.2 proc. PKB w 2016 r. Agencja jako elementy wzrostu wydatków wymienia ogłoszone lub planowane zmiany obejmujące (cyt. za PAP) „cofnięcie reformy emerytalnej, która obniży wiek emerytalny dla kobiet z powrotem do 60 lat, a mężczyzn do 65 lat; wyższe zasiłki dla dzieci za sprawą programu 500+; wyższą kwotę wolną od podatku oraz płacę minimalną i darmowe leki dla osób starszych”.

Bloomberg z kolei donosi, że agencja „może dalej obniżyć rating, jeżeli uzna, że nastąpiło dalsze osłabienie niezależności, wiarygodności oraz efektywności kluczowych instytucji, a zwłaszcza NBP”. „Dodatkowo możemy obniżyć rating, jeżeli finanse publiczne pogorszą się poza nasz scenariusz bazowy, a bilans przychodów i wydatków stanie się bardziej ujemny”.

Jeżeli zaś chodzi o skutki decyzji S&P, to biorąc pod uwagę złożoność sytuacji, najważniejszy prawdopodobnie będzie ten przytoczony przez Magdalenę Polan. Cytowana przez Bloomberg ekonomistka Goldman Sachs twierdzi, że „obniżenie wiarygodności kredytowej może zredukować popyt na polskie aktywa od bardziej konserwatywnych inwestorów z bardziej surowymi kryteriami ratingu, takich jak banki centralne”.

Polan również uważa, że decyzja agencji „zredukuje portfel obligacji trzymanych przez długoterminowych inwestorów oraz zwiększy wrażliwość polskiego długu oraz rynku walutowego na zewnętrzny sentyment oraz poziom stóp procentowych za granicą”.

Hipotetyczna reakcja na złotym

Już wczoraj, tuż po ogłoszeniu decyzji o obcięciu ratingu przez S&P, złoty osłabł o niespełna 10 gr do podstawowych walut. Za euro trzeba już płacić prawie 4.50 zł, co jest najwyższym poziomem od czterech lat. Dolar natomiast już kosztuje 4.11 zł, co oznacza, że amerykańska waluta jest warta najwięcej od ponad 13 lat.

Na rynku można znaleźć wiele analogii związanych z obniżeniem wiarygodności kredytowej kraju. Są to chociażby ostatnie przykłady cięcia ratingów w krajach rozwijających się, takich jak Brazylia czy Republika Południowej Afryki, gdzie lokalne waluty cały czas tracą na wartości. Z drugiej strony, powyższe przykłady nie oddają sytuacji w Polsce. W Ameryce Łacińskiej czy RPA sytuacja gospodarcza jest znacznie gorsza niż w naszym kraju, a te państwa są w znacznym stopniu uzależnione od eksportu taniejących surowców.

Podobnym, choć cały czas nie idealnym przykładem, jest obcięcie ratingu Węgrom przez S&P z poziomu A- do BBB+ z perspektywą negatywną, 15 czerwca 2006 r. Skala ruchu była więc podobna, a dodatkowo gospodarka węgierska ma przybliżone parametry do polskiej. Forint przez lata jest także silnie dodatnio skorelowany ze złotym, co jest dowodem na podobne traktowanie go przez inwestorów.

Wówczas forint w ciągu dwóch tygodni osłabł do euro ok. 5 proc., jednak ten ruch względnie szybko został odwrócony i już w połowie lipca węgierska waluta wróciła do poziomów sprzed obniżki. Było to prawdopodobnie spowodowane względnie dobrym nastawieniem do regionu (w tym samym czasie złoty zyskał niespełna 4 proc.).

Pewnym zagrożeniem dla złotego może być rynek długu, którego zmienność będzie w najbliższych dniach prawdopodobnie wysoka. Część inwestorów może redukować pozycje, a część zachęcona niższą wyceną PLN i wyższymi rentownościami obligacji może szukać okazji rynkowych. To prawdopodobnie jeszcze bardziej zwiększy poziom wahań złotego oraz prawdopodobieństwo wyjścia przez euro czy dolara wyraźnie ponad poziomy odpowiednio 4.50 zł i 4.10 zł.

Podsumowanie

Decyzja S&P ma negatywny wpływ na postrzeganie Polski, a także wycenę obligacji oraz złotego. Za klika tygodni będzie ona jednak prawdopodobnie tracić bezpośredni wpływ na rynek długu czy krajową walutę, gdyż rynek zacznie skupiać się na wydarzeniach globalnych oraz bieżących publikacjach makro z kraju.

Z drugiej jednak strony, gdy sytuacja na świecie bądź w Polsce będzie się pogarszać, reakcja inwestorów na złotym i obligacjach prawdopodobnie będzie znacznie bardziej nerwowa, niż to miało miejsce dotychczas. Może mieć to także wpływ realną gospodarkę w postaci wyższych kosztów dla przedsiębiorstw, związanych z wahaniami na rynku walutowym. Przy globalnym zamieszaniu również inwestorzy zagraniczni mogą oczekiwać wyższych stóp zwrotu z polskich obligacji, co zwiększyłoby koszt obsługi długu zagranicznego.

Odbudowa poprzedniej pozycji może być więc trudna i czasochłonna, a jeżeli sytuacja nie ulegnie poprawie, inwestorzy zapewne szybko przypomną sobie przykład Węgier, których wiarygodność kredytowa od pierwszego cięcia ratingu z poziomu A- do BBB+ spadła w trzy lata do BBB-, a po kolejnych dwóch do poziomu spekulacyjnego potocznie nazywanego śmieciowym. Do tej pory ocena wszystkich agencji ratingowych dla Węgier jest poniżej poziomu inwestycyjnego.

 

Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl

 

Dziś mija rocznica gwałtownego wzrostu ceny franka. To pamiętna data nie tylko dla kredytobiorców, ale również analityków. Jak się okazuje, był to największy jednodniowy ruch waluty kraju rozwiniętego od czasu wprowadzenia płynnych kursów w latach 70. Chwilami rósł o 40 proc. Jak bardzo dziś przewartościowany jest frank? 

Od roku ekonomiści dyskutują na temat tego, o ile frank szwajcarski (CHF) może być przewartościowany. Podpowiedzią, która pomaga rozwiązać ten problem, jest ostatnie wystąpienie wiceprzewodniczącego Szwajcarskiego Banku Narodowego (SNB), Fritza Zurbrügga, . W ub. środę (13 stycznia) przedstawił on dokument o konkurencyjności szwajcarskiej gospodarki, publikując przy tym ważną ilustrację zmian. Pokazuje ona skalę przewartościowania franka.

Przez ostatnie 25 lat kurs franka w relacji do walut 27 największych partnerów handlowych Szwajcarii z uwzględnieniem inflacji (REER) kształtował się w granicach od 10 proc. niedowartościowania do 20 proc. przewartościowania. Niedowartościowanie zostało obliczone na podstawie odchylenia od średniego kursu REER z ostatniego ćwierćwiecza. To dobra metoda zastosowana przez wiceszefa SNB, gdyż pozwala w kursie walutowym ująć nie tylko zmiany nominalne oraz inflację w kraju i za granicą, ale także zmiany konkurencyjności danych obszarów walutowych. Ten ostatni element jest jednym z głównych czynników kształtujących wartość waluty w długim terminie.

Realny efektywny kurs franka szwajcarskiego:

Wykres_Frank

Źródło: Szwajcarski Bank Narodowy. Linia niebieska: realny efektywny kurs CHF. Linia czerwona: średni kursu REER  od 1990 roku. Obszar żółty pokazuje skalę oraz długość okresu przewartościowania lub niedowartościowania.

Odchylenie franka o 15 proc. od średniego kursu REER pokazuje, że szwajcarska waluta jest przewartościowana, biorąc pod uwagę zarówno niższą inflację w Szwajcarii niż poza jej granicami, a także fakt wyższej konkurencyjności helweckiej gospodarki. Jak szybko jednak możemy powrócić do poziomu równowagi?

To zależy przede wszystkim od dwóch czynników. Po pierwsze od tego, jak będzie wyglądać sytuacja światowej gospodarki oraz jak długo SNB będzie obniżać kurs walutowy stosując interwencje na rynku, a także utrzymując ujemne oprocentowanie depozytów w wysokości minus 0.75 proc. w stosunku rocznym. Gdyby w najbliższych kwartałach okazało się, że sytuacja na świecie się poprawia, wtedy można oczekiwać odpływu kapitału ze Szwajcarii i to zarówno jeżeli chodzi o inwestorów lokalnych, jak i zagranicznych. Będą oni po prostu szukali wyższych stóp zwrotu poza alpejskim krajem.

Odpływ kapitału wraz z działaniami SNB pozwoliłby na powrót franka do poziomu równowagi i spadek jego wartości o ok. 15 proc. w relacji do walut głównych partnerów handlowych. To także prawdopodobnie pozwoliłby na podobny procentowo spadek kursu franka. W takim scenariuszu można oczekiwać, że będzie kosztował ok. 3.4 zł.

 

Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl

Europejska ropa Brent kosztuje obecnie ok. 90 gr za litr. Podstawowe paliwa używane do transportu wyceniane są w europejskich i amerykańskich portach w granicach 1.0-1.3 zł za litr. Jak to możliwe, że na polskich stacjach średnia cena popularnej bezołowiówki czy diesla nadal przekracza 4 zł? 

4 grudnia państwa kartelu OPEC zdecydowały o zniesieniu konkretnego limitu wydobycia. Cena ropy Brent spadła od tego momentu o 13 proc. i kosztuje teraz niewiele ponad 36 dol. amerykańskich (USD) za baryłkę (90 gr/litr). Jest to najniższy poziom od połowy 2004 r.

Wieloletnie minima osiągają również paliwa na świecie. Tona benzyny bezołowiowej 95 na rynku ARA (Amsterdam-Rotterdam-Antwerpia) kosztuje obecnie 345 dol, czyli 1.03 zł/litr. Jeszcze ciekawiej wygląda sytuacja diesla. Jego cena spadła przez trzy tygodnie o prawie 20 proc. i na rynku ARA jest wyceniany w granicach 337 dol za tonę (1.14 zł/litr). Wartości dla oleju napędowego (ON), także wyrażone w dolarach amerykańskich, są najniższe od połowy 2004 r.

Również ON w złotówkach jest rekordowo tani. Pomijając grudzień 2008 r., kiedy diesel chwilowo kosztował tylko nieco ponad 1 zł, są to najniższe poziomy od prawie 11 lat. Warto również zauważyć, że nie są to tylko lokalne zaburzenia cen. W związku z nadprodukcją ropy naftowej i ciepłą zimą na półkuli północnej, cena oleju napędowego w amerykańskich portach Zatoki Meksykańskiej, według danych Departamentu Energii USA (EIA), spadła w ub. tyg. poniżej 1 dol. za galon (1.04 zł/litr).

Na polskich stacjach daleko od 10-letnich minimów

Wg EIA, 14 grudnia w USA średnia cena detaliczna paliwa bezołowiowego wynosiła 2.03 dol za galon (ok. 2.12 zł za litr, w tym około 50 gr wynoszą podatki). Są to najniższe wartości od ponad 10 lat, pomijając przełom 2008/2009, czyli szczyt kryzysu finansowego. Dodatkowo w Stanach Zatoki Meksykańskiej (od Nowego Meksyku do Alabamy), gdzie jest duże zagęszczenie rafinerii, cena detaliczna to według EIA 1.79 dol. za galon (1.87 zł za litr).

W Polsce, wg ostatniego raportu Komisji Europejskiej, średnie ceny detaliczne ON i PB 95 wynosiły na początku ub. tyg. odpowiednio 4.10 zł i 4.18 zł. W przypadku diesla podobnie niska cena była dostępna na stacjach w marcu 2010 r. Obecne koszt oleju napędowego na rynku światowym, przeliczony na złotówki, jest jednak bliski temu, co obserwowaliśmy na początku 2005 i 2007 r. Wtedy koszt oleju napędowego kształtował się pomiędzy 3.3-3.5 zł.

W przypadku ON, zaburzenie pomiędzy cenami hurtowymi a detalicznymi, można jednak częściowo wytłumaczyć znacznym wzrostem podatków. Jeszcze do 2009 r. akcyza i opłata paliwowa wynosiły w sumie niecałe 1.15 zł/litr. Teraz jest to ponad 1.45 zł/litr. Biorąc pod uwagę, że ta różnica jest jeszcze powiększana przez podatek VAT, dodatkowe obciążenia fiskalne w detalu są o prawie 40 gr wyższe niż w poprzedniej dekadzie.

Inaczej natomiast wygląda sytuacja z popularną bezołowiówką. Przez ostatni miesiąc cena PB 95 na rynku ARA kształtuje się w przedziale 1.03-1.20 zł/litr. Są to podobne wartości, które były obserwowane od lutego do marca 2009 oraz w pierwszych dwóch miesiącach 2007 r. Wtedy na polskim rynku hurtowym cena PB 95 bez obciążeń fiskalnych wynosiła ok. 1.35 zł. Teraz natomiast jest to ok. 1.65 zł. Te 30 gr różnicy netto oznacza prawie 40 gr wyższą cenę brutto przy dystrybutorze, niż wynikałoby to z normalnej zależności ceny hurtowej od globalnych uwarunkowań rynkowych.

PB 95 za darmo, a my płacimy 3 zł/litr

Biorąc pod uwagę, że hurtowa cena ON wraz opłatą paliwową i akcyzą kształtuje się na poziomie 3.05 zł netto, można oczekiwać, że niedługo większość kierowców powinna płacić za diesla w okolicach 3.9-4 zł z podatkiem VAT. Znacznie trudniej będzie znaleźć benzynę bezołowiową poniżej granicy czterech złotych, gdyż jej hurtowa cena wynosi około 3.3 zł, mimo że przy obecnej sytuacji na światowym rynku paliw nie powinna przekraczać 3 zł.

Na koniec należy jeszcze zauważyć jedną ciekawą zależność. Biorąc pod uwagę, że obecna różnica pomiędzy ceną PB 95 w krajowym hurcie i na rynku ARA wynosi 60 gr za litr, to nawet gdyby benzyna na świecie była za darmo, to i tak płacilibyśmy ok. 3 zł za litr.

Wynika to z prostej kalkulacji. Zakładamy, że cena gotowego paliwa bezołowiowego ARA 95 na świecie wynosi zero. Dodajemy do tego obecną różnicę między polskim hurtem i ARA 95 w wysokości 60 gr. Dalej dokładamy stałą akcyzę w wysokości 1.54 zł oraz opłatę paliwową w kwocie 13 gr. Dostajemy więc 2.27 zł. Do tego dochodzi średnia marża detaliczna w wysokości 16 gr (dane POPiHN za 2014 r.). Tym sposobem cena netto PB 95 to około 2.43 zł/litr. Na koniec należy oczywiście dodać 23 proc. podatku VAT. W rezultacie dostajemy finalną kwotę w okolicach 3 zł/litr.

Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

Na razie na rynku panuje spokój. Złoty tuż po wyborach jest względnie stabilny. Jak decyzje nowego rządu i Europejskiego Banku Centralnego wpłyną na kondycję krajowej waluty?

Złoty tuż po wyborach jest względnie stabilny. Euro kosztuje ok. 4.25 zł, a frank ok. 3.95 zł. Choć teoretycznie utworzenie samodzielnego rządu przez PiS było uważane przez ekspertów za negatywny czynnik dla krajowej waluty, to jednak zdecydowanie gorszym rozwiązaniem dla złotego byłaby niestabilna koalicja lub rząd mniejszościowy i zagrożenie przedterminowymi wyborami. Doświadczenia krajów rozwijających się dowodzą, że lepiej, gdy wiodąca siła polityczna sprawuje samodzielną władzę, niż gdy dzieli ją z niestabilnymi, mniejszymi partiami.

Stabilizacja polskiej waluty będzie również zależeć od tego, w jakim stopniu zostanie znowelizowany budżet na 2016 r., kto zostanie ministrem finansów oraz kto będzie powołany na członków RPP. Jeżeli deficyt finansów publicznych nie przekroczy 3 proc. PKB na przyszły rok, a nowy szef MF będzie sprzeciwiać się nadmiernemu zadłużaniu, wtedy presja na złotego powinna się obniżać. Dużym znakiem zapytania i pewnym zagrożeniem dla złotego w kolejnych miesiącach jest nominacja nowych członków Rady Polityki Pieniężnej. Kadencja ośmiu z 10 członków RPP kończy się na początku roku, a prezes pozostaje na stanowisku do połowy 2016 r. Prawdopodobnie nowe władze monetarne, powoływane przez parlament oraz prezydenta, będą skłonne do cięcia stóp procentowych nawet do 1 proc. Gdyby te oczekiwania zostały spełnione, a Europejski Bank Centralny zgodnie z prognozami zwiększył skup obligacji skarbowych krajów strefy euro i obniżył stopę depozytową w grudniu, wtedy w pierwszej połowie roku dolar mógłby kosztować ponad 4 zł (teraz 3.85 zł).

Komentarz: Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl

 

 

Eksperci

Lipka: Znów fatalne wieści dla frankowiczów

Za szwajcarską walutę trzeba płacić już ok. 3,70 zł, to ponad 20 gr więcej niż jeszcze miesiąc temu....

Bugaj: Pogarszające się inwestycyjne warunki

Po względnie stabilnym kwietniu drugi tydzień maja przyniósł dość zaskakującą poprawę koniunktury, k...

Przasnyski: Płacowa zadyszka. Górnicy, handlowcy, lekarze i budowlańcy mogą się jednak cieszyć

W pierwszym kwartale 2018 roku tempo wzrostu wynagrodzeń nieznacznie spadło. To prawdopodobnie jedyn...

Dzień Wolności Hipotecznej: od dziś nie pracujesz już na kredyt

128 dni zajęło w bieżącym roku zarabianie na 12 rat kredytu hipotecznego – wynika z szacunków Open F...

Moryc: Wyższa kwota wolna od podatku w Wielkiej Brytanii i nowe progi podatkowe

Początek kwietnia to w brytyjskim systemie podatkowym czas, od którego obowiązują nowe ustalenia pod...

AKTUALNOŚCI

Czy rynek nieruchomości znów doprowadzi do kryzysu?

W ciągu ostatnich 12 miesięcy na sześciu głównych rynkach nieruchomości w kraju cena metra kwadratow...

Przez 5 ostatnich lat zadłużenie Polaków wzrosło niemal dwukrotnie

Z roku na rok wzrasta wartość zaległości Polaków. Jak wynika z najnowszych danych Grupy KRUK łączne ...

Dzień Matki: na prezenty wydamy przynajmniej 750 milionów złotych

Na przeciętny upominek dla mamy Polacy wydają w bieżącym roku 67 złotych - wynika z danych zebranych...

Niespokojnie na rynku walutowym

Po kilku dniach spokoju i próbie wyhamowania aprecjacji dolara nadchodzi najważniejszy tym tygodniu ...

Ponad 27 miliardów złotych zostało w portfelach Polaków

Od ponad trzech lat Rada Polityki Pieniężnej utrzymuje stopy procentowe na najniższych poziomach w h...