piątek, Styczeń 19, 2018
Home Tagi Wpis otagowany "Marcin Lipka"

Marcin Lipka

Sprzedaż polskich usług za granicę spektakularnie rośnie i przyczynia się do znacznej poprawy PKB. W kilku kategoriach bilansu handlu usługami opartymi o wiedzę wspięliśmy się na pierwsze miejsce w Unii Europejskiej. 

Zagraniczny handel usługami jest zdecydowanie rzadziej analizowany niż wymiana towarowa pomiędzy krajami. Jednak szybki rozwój nowoczesnych technologii, otwarte granice czy coraz głębsza specjalizacja Polski w poszczególnych branżach pokazują, że właśnie ten sektor gospodarki zasługuje na szczególną uwagę.

Prawdziwy przełom

Opublikowane na początku roku dane NBP o wymianie handlowej Polski z resztą świata pokazują bardzo optymistyczne tendencje. Za minione 12 miesięcy (grudzień 2016 – listopad 2017 r.) Polska wyeksportowała usługi o wartości blisko 220 mld zł. To o połowę więcej niż wynosił import tego sektora, co oznacza, że mieliśmy ok. 75 mld zł nadwyżki w wymianie usług z pozostałymi krajami, czyli mniej więcej 4 proc. PKB.

Tylko w ciągu ostatnich trzech lat dodatnie saldo w handlu usługami wzrosło dwukrotnie, a od 2010 r. zwiększyło się sześciokrotnie. Warto także zauważyć, że nadwyżka w handlu usługami jest o ok. 10 razy większa niż w przypadku wymiany towarowej, chociaż ta druga również rozwija się w bardzo przyzwoitym tempie.

Coraz lepiej w transporcie i turystyce

Od lat bardzo dobrze radzimy sobie w branży transportowej. Odpowiada ona mniej więcej za 30 proc. nadwyżki w saldzie usług. Mamy także najwyższy w całej Unii zagraniczny bilans towarowego transportu samochodowego, który według danych Eurostatu za 2016 r. wynosił 4,2 mld euro.

Ważny jest jednak fakt, że usługi transportowe w 2010 r. stanowiły praktycznie całość nadwyżki. Teraz natomiast pozostałe 70 proc. to efekt coraz wyższej konkurencyjności Polski w innych branżach. Należy do nich np. turystyka, gdzie dodatnie saldo w ciągu ostatnich sześciu lat zwiększyło się czterokrotnie.

Wygrywamy w usługach opartych o wiedzę

Największa poprawa nastąpiła jednak w kategorii „usługi telekomunikacyjne, informatyczne i informacyjne”. W 2010 r. Polska miała deficyt w handlu tymi usługami na poziomie przekraczającym pół miliarda złotych. Według ostatnich szczegółowych danych NBP za 2016 r. teraz mamy nadwyżkę na poziomie 8,7 mld zł, do czego przyczyniły się przede wszystkim usługi informatyczne (8 mld zł). Daje nam to także piąte miejsce w Unii, podczas gdy w 2010 r. było to czwarte, ale… od końca.

Poza usługami informatycznymi nasza konkurencyjna pozycja poprawiła się zauważalnie w szeroko pojętych usługach biznesowych, a zwłaszcza księgowych, audytowych oraz konsultacji podatkowej. Nadwyżka na poziomie 5 mld zł daje nam unijne zwycięstwo w tej kategorii.

Inną branżą, gdzie liderujemy we Wspólnocie i osiągnęliśmy olbrzymi wzrost dodatniego salda, są usługi uszlachetniania, czyli zgodnie z definicją NBP „przetwarzania, montażu, etykietowania, pakowania”. Nasza nadwyżka za 2016 r. wynosiła ponad 13 mld zł, zwiększając się przy tym trzykrotnie w ciągu ostatnich sześciu lat. Zapewnia nam to także pierwsze miejsce w Unii w tej kategorii.

Same dobre skutki dla gospodarki

Spektakularny wzrost konkurencyjności polskich usług na świecie niesie same pozytywne następstwa. Przede wszystkim pokazuje, że zarówno krajowi przedsiębiorcy wygrywają kontrakty na światowym rynku, jak i rodzimi pracownicy w centrach usług wspólnych są bardziej produktywni niż zatrudnieni w branżach informatycznych czy biznesowych za granicą.

Ten sukces powinien być widoczny także w najważniejszej publikacji dotyczącej gospodarki, czyli PKB. Ponieważ do wzrostu gospodarczego wlicza się zmiana salda obrotów z zagranicą, to poprawa bilansu usług w okolicach 16 mld zł w porównaniu z 2016 r. podniosła prawdopodobnie wzrost gospodarczy o ok. 0,8 pkt proc. w ub.r.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Pierwsze dni stycznia przynoszą pogłębienie spadków franka. Szwajcarska waluta jest o 1 proc. poniżej wartości z końca grudnia i prawie 15 proc. w porównaniu do początku zeszłego roku. Co wpłynęło na znaczne zmiany i czy frankowicze mogą liczyć na kolejne spadki? 

Dobre nastroje gospodarcze w strefie euro połączone z działaniami Szwajcarskiego Banku Narodowego i względnie silną polską walutą powodują, że wycena franka w relacji do złotego spada do najniższych poziomów od początku 2015 r.

Ledwie rok temu za szwajcarską walutę płaciliśmy ok. 4,10 zł, czyli prawie 50 gr więcej niż obecnie. Dziś kurs wreszcie wrócił do wartości sprzed uwolnienia kursu przez Szwajcarski Bank Narodowy (SNB).

Po pierwsze: sygnały ze strefy euro

Głównym powodem silnego franka w ostatnich kilku latach była słaba kondycja niektórych krajów strefy euro. Kryzys zadłużeniowy powodował, że inwestorzy zaczęli wyceniać ryzyko rozpadu obszaru wspólnej waluty, a zabezpieczeniem przed jego negatywnymi skutkami miało być posiadanie franka.

Kwestie gospodarcze przekładały się także na podwyższone ryzyko polityczne, które dobrze było widoczne jeszcze na początku zeszłego roku. Dopiero zwycięstwo we francuskich wyborach Emmanuela Macrona zauważalnie zmniejszyło obawy inwestorów o stabilność strefy euro. Od tego czasu euro w relacji do franka wzmocniło się o 10 proc.

Redukcja systemowego zagrożenia dla strefy euro pozwoliła także na poprawę sentymentu wśród europejskich przedsiębiorców oraz konsumentów. To przyczyniło się do szybszego od oczekiwań wzrostu gospodarczego i rozpoczęcia wycofywania się z bardzo łagodnej polityki pieniężnej przez Europejski Bank Centralny.

Po drugie: działanie Szwajcarów

Niebagatelnym elementem, zmniejszającym apetyt na szwajcarskie aktywa w kryzysowych momentach oraz przyczyniającym się do osłabienia franka w minionych miesiącach, jest polityka pieniężna SNB. Władze monetarne tego alpejskiego kraju utrzymują ujemne stopy procentowe oraz sugerują przeprowadzanie interwencji w celu osłabienia franka. Mimo ostatnich spadków SNB nadal wydaje opinię o „wysoko wycenionej” walucie Szwajcarii.

Interwencje walutowe dobrze widoczne są w danych publikowanych przez SNB. Aktywa banku centralnego wyrażone w zagranicznej walucie przez trzy lata (dane na trzeci kwartał 2017 r.) wzrosły o ponad 300 mld franków – do 784 mld franków (prawie 120 proc. PKB).

Nabywając zagraniczne aktywa, bank centralny sprzedaje franki i dzięki temu osłabia lokalną walutę. Według danych SNB za trzeci kwartał 80 proc. aktywów stanowią zagraniczne obligacje (głównie skarbowe z wysokim ratingiem). Reszta to przede wszystkim akcje. Szwajcarski bank centralny na koniec 2016 r. miał w swoim portfelu akcje ok 6500 spółek na świecie. Z kolei dane amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) pokazują, że tylko w USA portfel SNB obejmuje akcje 2755 spółek o wartości ponad 100 mld USD (trzy lata temu było to 25 mld USD).

Komunikaty SNB nie wskazują, by polityka z ostatnich lat miała zostać wyraźnie zmodyfikowana. Również z prognoz makroekonomicznych nie wynika, by inflacja miała przekroczyć cel przed 2020 rokiem, stąd w najbliższych kwartałach raczej nie należy oczekiwać zmiany w działaniach władz monetarnych.

A teraz czas na stabilizację?

Znaczna poprawa perspektyw gospodarczych w Europie oraz w innych krajach rozwiniętych wspiera wycenę walut krajów rozwijających. Korzysta na tym również złoty, którego wartość w relacji do euro wzrosła o 5 proc. przez ostatni rok.

Wiele wskazuje na to, że frank może nadal być dość słaby, jednak powtórzenie skali spadku o prawie 50 gr, co zdarzyło się w ostatnim roku, jest mało prawdopodobne. Światowe przewartościowanie franka zostało silnie skorygowane w ostatnich miesiącach. Również złoty w relacji do euro powrócił do wieloletnich średnich. Ogranicza to potencjał korzystnych zmian dla frankowiczów.

Dodatkowo cały czas można znaleźć pewne zagrożenia dla bardzo dobrych dziś nastrojów globalnych. W marcu zaplanowane są wybory we Włoszech. Ich wynik jest dość sporą niewiadomą, a ryzyko braku utworzenia rządu znaczne. Ponowna elekcja na jesieni mogłoby zwiększyć szansę na wygraną eurosceptycznych ugrupowań, co przy słabej kondycji gospodarczej Italii prawdopodobnie przyczyni się do powrotu obaw o stabilność obszaru wspólnej waluty i może wzmocnić franka. W rezultacie więc średnioroczny kurs franka blisko bieżących poziomów wydaje się bardziej prawdopodobnym scenariuszem niż kontynuacja wyraźnych spadków.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Co sprawia, że znakomite wyniki polskiej młodzieży w badaniach kapitału ludzkiego nie przekładają się później na choćby zbliżone osiągnięcia dorosłych Polaków? Przyczyna tkwi prawdopodobnie w tym, że w naszym kraju brakuje kompleksowej polityki ustawicznego kształcenia się.

Jak czytamy w „Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” (SOR), zwanej też planem Morawieckiego: “Kapitał ludzki o wysokich kompetencjach i kwalifikacjach dostosowany do wyzwań zmieniającej się rzeczywistości stanowi jeden z nieodzownych warunków szybkiego rozwoju gospodarczego oraz poprawy jakości życia obywateli”.

W kontekście kapitału ludzkiego „SOR” informuje również, że „kluczowe jest pomnażanie i wykorzystywanie potencjału wiedzy, umiejętności, kreatywności, które pozwalają na realizację aspiracji zawodowych, umożliwiają adaptację do ciągle pojawiających się zmian w gospodarce oraz są niezbędne do tworzenia nowych innowacyjnych rozwiązań. Jakość kapitału ludzkiego to również kwestia lepszego zdrowia, co stanowi warunek niezbędny do utrzymywania aktywności zawodowej i społecznej oraz wysokiej jakości życia”.

Na początku wyścigu jesteśmy w czołówce

W pierwszych etapach budowania kapitału ludzkiego odnosimy wyraźne sukcesy. Dowody na to stanowią przede wszystkim przeprowadzane co trzy lata badania Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). W testach PISA (Program Międzynarodowej Oceny Uczniów) bierze udział pół miliona 15-latków z ponad 70 krajów (również tych spoza OECD).

Zarówno w badaniu PISA z 2012, jak i 2015 roku polscy uczniowie zajmowali we wszystkich trzech podstawowych kategoriach (czytanie, matematyka, nauki przyrodnicze) wyniki znacznie przekraczające średnią w krajach OECD. W 2012 r. zajęliśmy w matematyce (pomijając miasta-państwa czy chińskie metropolie) ósme miejsce na świecie i czwarte w Europie.

Poza rankingiem PISA dobrze wypadamy także w innych statystykach służących pierwszemu etapowi budowania kapitału ludzkiego. Według Monitora Edukacji i Szkoleń 2017 dla Polski przygotowywanego przez Komisję Europejską (KE) odsetek osób z wyższym wykształceniem w przedziale wiekowym 30-34 lata jest powyżej unijnej średniej (39,1 proc.) i wynosi 44,6 proc. Również odsetek osób zbyt wcześnie opuszczających system edukacyjny (wykształcenie nie wyższe niż gimnazjalne) jest w Polsce niski i wynosi tylko 5,2 proc., podczas gdy w całej UE to ponad dwa razy więcej (10,7 proc.).

Nie łączymy nauki z pracą…

Pierwsze niepokojące sygnały związane z utrzymaniem początkowych bardzo dobrych wyników kapitału ludzkiego dotyczą braku łączenia formalnej edukacji z praktyką. Według Eurostatu tylko 2,7 proc. osób w wieku 15-19 lat wykonywało w Polsce jakąkolwiek pracę (przynajmniej 1 godzinę w badanym tygodniu). Średnia w Unii wynosi 11,4 proc., a w Danii czy Holandii sięga nawet 50 proc.

Wyjątkowo niski jest także wskaźnik zatrudnienia dla osób kontynuujących formalną naukę w wieku 20-24 lata. Wynosi on w Polsce tylko 11,4 proc. i, mimo ogólnie poprawiającej się sytuacji na rynku pracy, sukcesywnie spadał przez ostatnią dekadę (w 2008 r. było to 18,2 proc., a w 2010 r. – 15,7 proc.).

Nie dość, że wyraźnie brakuje zachęt do promocji zatrudniania wśród młodych dorosłych, to jeszcze bywa, że narzucane są systemowe ograniczenia do szukania płatnego zajęcia. Jak można przeczytać w „Badaniu ankietowym rynku pracy” przygotowanym przez NBP, student studiów dziennych nie może zarejestrować się w Urzędzie Pracy.

… ani pracy z uczeniem się

Jeszcze poważniejszym problem, niż niewielka aktywność zawodowa podczas edukacji, jest niezwykle niski odsetek osób zatrudnionych, które jednocześnie poprawiają swoje kwalifikacje. Według ostatnich danych Eurostatu (za rok 2016) jedynie 24,7 proc. osób dorosłych (25-64 lata) uczestniczyło w ostatnich 12 miesiącach w jakimkolwiek procesie edukacji (formalnej lub nieformalnej). Tylko trzy kraje UE – Bułgaria, Grecja i Rumunia – uzyskują gorszy od nas rezultat. Średnia w Unii przekracza 40 proc., w Czechach jest to 46 proc., w Niemczech 52 proc., a liderzy we Wspólnocie – Austria, Holandia, Szwecja – osiągają wyniki w przedziale 60-70 proc.

Ciekawostką może być fakt, że niski odsetek dokształcających się Polaków jest obserwowany zarówno w podziale na płeć, wiek, jak i wykształcenie. Również w przypadku osób legitymujących się dyplomem uczelni wyższej ciągniemy się wyraźnie w ogonie i wyprzedzamy tylko cztery kraje UE.

Z czego może wynikać tak słaby rezultat? Być może bliskie prawdy jest stwierdzenie przedstawione w cytowanym już wcześniej planie Morawieckiego, że „w społeczeństwie polskim nadal jest niska świadomość korzyści płynących z uczenia się przez całe życie. Zbyt wiele osób jest przekonanych, że wiedza, którą kiedyś zdobyły, jest wystarczająca i nie ma konieczności jej uzupełniania”.

Nasz dalszy rozwój jest zagrożony

Brak ciągłego poprawiania swoich kwalifikacji dość szybko przekłada się na znaczne pogorszenie się naszych wyników w testach kompetencji osób dorosłych PIAAC (czytanie ze zrozumieniem, matematyka, rozwiązywanie problemów z użyciem technologii informacyjnych). Podobnie jak w przypadku badań PISA są one przeprowadzane przez OECD. Niestety jednak, w przeciwieństwie do rankingu 15-latków, zajmujemy tutaj we wszystkich kategoriach miejsca poniżej średniej.

Szczególnie martwić mogą niskie rezultaty w matematyce osób relatywnie młodych (25-34 lata). Zajmujemy w tym zestawieniu 17. miejsce na 26 państw OECD w zestawieniu, a np. Czechy czy Słowacja plasują się odpowiednio na pozycjach 5. oraz 11. Niską lokatę zajmujemy również w rankingu pod względem odsetka osób z najlepszymi wynikami. Tylko 8,4 proc. biorących udział w badaniu otrzymało wysokie rezultaty (poziom 4 lub 5). Tu zaledwie 6 krajów było gorszych od Polski, a w Finlandii, Japonii czy Szwecji najwyższe poziomy osiąga prawie 20 proc. badanych.

Rezultaty PIAAC dobrze pokazują, jak wysoki poziom kapitału ludzkiego reprezentowany w testach PISA i wypracowany podczas szkolnej edukacji jest marnotrawiony przez brak odpowiedniej polityki nacelowanej na proces ciągłego kształcenia się oraz poprawiania swoich kwalifikacji w życiu dorosłym.

Bez kompleksowej naprawy tych zaniedbań prawdopodobnie będziemy mogli zapomnieć nie tylko o doganianiu krajów rozwiniętych, ale będzie nam bardzo trudno utrzymywać dystans do krajów naszego regionu, co dobrze pokazują chociażby statystyki dla Czech czy Słowacji.

 

autor:  Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Czy po Brexicie Wspólnotę opuści kolejne państwo? Sondaże przed planowanymi na początek marca wyborami we Włoszech dają szanse na zwycięstwo eurosceptycznej partii, co w połączeniu chłodnym nastawieniem Włochów do UE i słabą sytuacją gospodarczą kraju niesie ryzyko ożywionej dyskusji o „Italexicie”. 

Mijający rok upłynął na spekulacjach, czy po Brexicie – opuszczeniu Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię – Wspólnotę mogą czekać kolejne „exity”? Chociaż finalnie żadne państwo nie dołączyło do Zjednoczonego Królestwa, to zbliżające się wybory we Włoszech mogą podnieść temperaturę dyskusji o dezintegracji strefy euro czy nawet Unii Europejskiej.

Wyścig o najniższą pozycję z Grecją

Podstawowym problemem Włoch jest bardzo słaba gospodarka. W latach 2000-2016 jej realny (z uwzględnieniem inflacji) PKB na mieszkańca obniżył się o 5 proc. według danych Eurostatu. Strefa euro urosła w tym czasie o 12 proc., cała Unia o 18 proc. w Polsce wzrost wyniósł aż 75 proc.

Ciekawostką może być fakt, że rezultat Włoch jest gorszy nawet niż Grecji. Co prawda PKB na mieszkańca Hellady również spadło w badanym okresie, ale mniej niż w przypadku Italii –  niecałe 3 proc. Brak wzrostu gospodarczego od początku nowego millenium dodatkowo wiąże się ze wzrostem zadłużenia. Stosunek długu do PKB (dla całego kraju) zwiększył się ze 105 do 132 proc. PKB, a w całej UE gorzej pod tym względem wypada już tylko Grecja.

Nieefektywność włoskiego państwa bardzo dobrze potwierdzają także dane z rynku pracy. Współczynnik zatrudnienia dla populacji w wieku 15-64 lata wynosił 58,1 proc. w drugim kwartale 2017 r. To najniższy po Grecji (54 proc.) rezultat w UE, gdzie średnia wynosi 67,7 proc. Liderzy Wspólnoty – Szwecja czy Niemcy – osiągają wyniki ok. 77 oraz 75 proc.

Niewielkie są również szanse, by ta fatalna sytuacja gospodarcza Włoch uległa szybkiej poprawie. M.in. dlatego, że widać znaczne zaległości w budowaniu kapitału ludzkiego. Odsetek osób, które nie uczestniczą w edukacji, nie szkolą się oraz nie pracują (NEET) wynosi we Włoszech aż 30,7 proc. dla przedziału wiekowego 20-34 lata (ostatnie dane Eurostatu za 2016 r.). To gorszy rezultat niż w Grecji (30,5 proc.). Unijna średnia i wyniki Polski to ok. 18 proc., a rezultaty Szwecji czy Holandii są poniżej granicy 10 proc.

Dodatkowo, według publikacji Eurostatu, Włosi legitymują się najniższym w całej Unii odsetkiem osób z wyższym wykształceniem. W przedziale wieku 25-54 lata studia ukończyło tylko 19,4 proc. obywateli. Zaskakujący może być również fakt, że jest to nie tylko najgorszy wynik w UE, ale wyższym poziomem może pochwalić się Turcja (19,8 proc.) czy Macedonia (22,5 proc.).

Króluje unijny sceptycyzm

Bardzo słabe kilkanaście lat we włoskiej gospodarce łączy się z ograniczonym zaufaniem do Unii Europejskiej. Według jesiennego Eurobarometru, cyklicznego badania nastrojów przeprowadzonego przez Komisję Europejską, tylko 29 proc. ankietowanych Włochów uważa, że ich głos liczy się we Unii. To co prawda więcej niż w Grecji (22 proc.), ale już mniej niż Wielkiej Brytanii (33 proc.), która przecież opuszcza UE. Warto natomiast pamiętać, że Włochy były jednym z sześciu państw, które założyły Wspólnotę (początkowo Węgla oraz Stali).

Dane Eurobarometru bardzo dobrze pokazują także nastroje gospodarcze Włochów i ich spojrzenie na Unię. Najgorzej ze wszystkich badanych państw oceniają oni sytuację ekonomiczną UE. Aż 58 proc. uważa że jest ona obecnie zła. Nawet w Grecji ta ocena jest bardziej optymistyczna (52 proc.). W Polsce tylko 19 proc. ankietowanych sądzi, że gospodarka UE jest w złym stanie.

Mieszkańcy Italii, w najmniejszym stopniu z całej UE, popierają wolność przemieszczania się pracy czy uczenia się we Wspólnocie (za jest 68 proc. ankietowanych). Wśród wszystkich krajów strefy euro najmniejsze poparcie dla wspólnej waluty wyrażają właśnie Włosi (59 proc.). Oni także, prócz Greków, w najmniejszym stopniu z 28 ankietowanych przez KE państw czują się obywatelami Unii (54 proc.). Nawet w opuszczającej Wspólnotę Wielkiej Brytanii ten odsetek jest większy i wynosi 55 proc. W Polsce jest to 77 proc. Ważniejszy jednak jest fakt, że w Hiszpanii czy Portugalii jest to ponad 80 proc., a przecież ostatni kryzys gospodarczy dotkliwie przechodził cały Półwysep Iberyjski. Badania Eurobarometru mogą świadczyć o tym, że Włosi własne niepowodzenia tłumaczą w znacznej części uczestnictwem w Unii, a nie krajowym zaniedbaniami.

Marcowe wybory wielką niewiadomą

We włoskiej polityce od dawna brakuje stabilizacji. Od zakończenia II wojny światowej mniej więcej co rok zmieniał się rząd. Zwykle jednak były to albo lewicowo, albo prawicowo-centrowe koalicje. Najbliższe wybory za niecałe trzy miesiące (4 bądź 11 marca) mogą jednak pokazać zupełnie inny obraz Włoch.

W sondażach prowadzi obecnie eurosceptyczny Ruch Pięciu Gwiazd z 27-28 proc. poparcia. Ma on przewagę mniej więcej 3-4 pkt proc. nad tworzącą teraz rząd Partią Demokratyczną. Praktycznie łeb w łeb idą legitymujące się ok. 15 proc. poparciem eurosceptyczna Liga Północna oraz centroprawicowa Forza Italia Silvio Berlusconiego.

Chociaż istnieje spore ryzyko przejęcia władzy przez eurosceptyków, to jednak rynek na razie jest dość spokojny. Wynika to z faktu, że liderujący w sondażach Ruch Pięciu Gwiazd wyklucza wchodzenie w koalicję. Liga Północna natomiast może dołączyć koalicji z Forza Italia. Dodatkowo niedawno została zmieniona ordynacja wyborcza, która raczej sprzyja ugrupowaniom o ugruntowanej pozycji.

Warto jednak zauważyć, że podzielonemu parlamentowi w ogóle może być trudno utworzyć rząd. Wtedy ryzyko negatywnego scenariusza wyraźnie wzrośnie. Negocjacje wokół utworzenia wielkiej koalicji lewicowo-prawicowej mogą toczyć się miesiącami, a wcale nie musi ona długo przetrwać. Kolejne wybory, biorąc pod uwagę badania Eurostatu, mogą jeszcze bardziej wzmocnić eurosceptyczne nastroje i zwiększyć poparcie dla reprezentujących ten pogląd ugrupowań. W tym momencie będzie już wystarczająco duże zagrożenie, by rynki zaczęły spekulować o Italexicie – opuszczeniu strefy euro bądź nawet UE przez Włochy.

 

autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

 

 

 

 

Tylko 10 procent młodych Polaków, którzy kształcą się po 18. roku życia, decyduje się na łączenie nauki z pracą. To o połowę mniej niż w strefie euro oraz jedna trzecia tego, co w Niemczech. Marnują się więc potencjalne zasoby pracowników, mimo że koniunktura na rynku jest bardzo dobra.

Rosnące wynagrodzenia, historycznie niskie bezrobocie oraz napływ pracowników z Ukrainy skłaniają do wniosku, że popyt na pracę w Polsce jest rekordowo wysoki. Coraz częściej mówi się także o możliwych negatywnych skutkach dla przyszłego wzrostu gospodarczego ze względu na braki zasobów siły roboczej związane chociażby ze starzejącym się społeczeństwem.

Faktycznie jednak w naszym kraju „ukryte” są znaczne pokłady osób, które mogłyby przynajmniej częściowo zredukować lukę związaną z uwarunkowaniami demograficznymi, obniżeniem wieku emerytalnego czy niską aktywnością zawodową kobiet bez wyższego wykształcenia. Tym rozwiązaniem może być aktywizacja osób młodych, często studentów, którzy wyraźnie nie garną się do pracy.

Aktywizacja NEET-ów nie rozwiąże problemu

Kilka lat temu w Unii Europejskiej odbyła się szeroka dyskusja na temat młodych osób (15-24 lata), które ani nie pracują, ani się nie uczą, ani nie kształcą się zawodowo (NEET – neither in employment nor in education and training). Pomiędzy rokiem 2008 a 2012 ich liczba w UE wzrosła o milion osób i wyniosła 7,5 mln.

Obecnie jednak liczba NEET-ów w UE jest mniejsza niż przed rokiem 2008, a jej wzrost wynikał prawdopodobnie głównie z głębokiego kryzysu ekonomicznego. Również w Polsce NEET-ów sukcesywnie ubywa. Warto jednak zauważyć, że choć społecznie jest to trudny problem, gdyż te osoby ciężko zaktywizować ze względu na zwykle niskie kwalifikacje, ich odsetek w całej populacji ludzi młodych jest stosunkowo niewielki i wynosi zarówno w Polsce, jak i w Unii ok. 11 proc.

Nawet gdyby udało się zmniejszyć liczbę NEET-ów o połowę, czyli do wartości obserwowanych w Niemczech, Holandii czy Szwajcarii, to liczba pracujących lub uczących się mogłaby wzrosnąć o ok. 200 tys. To dużo, ale nie są to wartości na tyle przełomowe, by zauważalnie poprawiły kondycję całej gospodarki.

Student się uczy, ale pracować już nie chce

Zupełnie inaczej przedstawia się kwestia osób uczących się, które praktycznie nie uczestniczą w rynku pracy, a przy stworzeniu odpowiednich warunków mogłyby to robić. Współczynnik zatrudnienia osób w wieku 15-19 lat (przedział wiekowy stosowany przez Eurostat) w Polsce wynosi zaledwie 2,7 proc. na koniec 2016 r. W przypadku całej Unii jest to 12 proc., a w Danii oraz Holandii dochodzi do granicy 50 proc. Wyrównanie chociaż unijnego wyniku oznacza wzrost zatrudnienia o 150 tys. kształcących się osób.

Zaskakująco niski jest także poziom zatrudnienia wśród osób kontynuujących naukę w wieku 20-24 lata. W Polsce wynosi on zaledwie 11,4 proc. i sukcesywnie spada przez ostatnią dekadę (w 2008 r. było to 18,2 proc., a w 2010 r. 15,7 proc.). Niewykluczone, że dzieje się tak, ponieważ coraz mniejszy odsetek studentów płaci za studia, a łączenie pracy oraz nauki w Polsce, jeżeli nie wymaga tego sytuacja finansowa, jest mało popularne.

Według corocznych raportów GUS dotyczących szkół wyższych i ich finansów w roku akademickim 2007/2008 odsetek studentów otrzymujących darmową edukację (uczelnie publiczne, studia stacjonarne) wynosił 42 proc. Po czterech latach było to 51 proc., a według najnowszych danych GUS za rok akademicki 2016/2017 sięgnął on poziomu 60 proc. Z kolei według badań przeprowadzonych przez Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w 2010 r. aż 76 proc. studentów zrezygnowałoby z zatrudnienia lub nie szukałoby pracy, gdyby posiadało odpowiednie wsparcie finansowe od rodziców.

Kilkaset tysięcy zdolnych do podjęcia zatrudnienia

Z populacji ok. 3 mln osób w wieku 18-24 lata edukację kontynuuje ok. 1,8 mln (1,4 mln studentów). Tylko 9,7 proc. spośród nich ma zatrudnienie. To zdecydowanie gorszy rezultat niż średnia w strefie euro – 20 proc. czy wyniki liderów – Holandii – 45 proc., Danii – 44 proc. oraz Niemiec – 31,4 proc.

Wzrost odsetka zatrudnienia wśród uczących się młodych dorosłych o każde 10 pkt proc. oznacza blisko 200 tys. nowych pracowników na rynku, i to takich, którzy po ukończeniu edukacji, będą lepiej przygotowani do pełnoetatowej posady niż ich rówieśnicy bez doświadczenia.

 

autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Czy po wprowadzeniu całkowitego zakazu lub ograniczeniu handlu w niedziele część sprzedawców straci pracę? Czy zamknięcie sklepów w siódmy dzień tygodnia wpłynie na podwyżki cen? Odpowiedzi na pytania, które dziś stają się aktualne w Polsce, można poszukać w doświadczeniach innych krajów oraz powstałych na tej bazie raportach. 

Dane OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) mówią, że w większości krajów starej Unii Europejskiej obowiązują restrykcje dotyczące niedzielnego handlu. Ich skala jednak jest bardzo różna. Największe obostrzenia ustalone na szczeblu centralnym obowiązują w Austrii. Poza nielicznymi wyjątkami w niedziele sklepy są tam pozamykane.

W Niemczech, Belgii czy we Francji niektóre warunki dotyczące sprzedaży detalicznej w ostatni dzień tygodnia zostały zliberalizowane, a decyzje w tej gestii podejmują władze lokalne. W pięciostopniowej skali OECD, która określa surowość ograniczeń handlu, trzy wymienione państwa znajdują się na wysokim – czwartym poziomie.

Wyraźne zmiany w stronę uwolnienia handlu nastąpiły w ostatnich latach w Danii, Hiszpanii czy we Włoszech. W kilku innych krajach próby zliberalizowania przepisów zakończyły się fiaskiem. Według unijnej agencji Eurofound, która zajmuje się głównie rynkiem pracy,  złagodzeniu przepisów sprzeciwili się np. Grecy. Aż 75 proc. ankietowanych greckich przedsiębiorców nie chciała niedzielnego handlu, skarżąc się na wysokie koszty działalności w tym dniu.

W 2015 r. z inicjatywy brytyjskiego sekretarza skarbu Georgea Osborna władze lokalne miały otrzymać możliwość modyfikacji godzin otwarcia sklepów wielkopowierzchniowych (obecnie mogą być czynne przez 6 godzin w niedzielę). Po wielomiesięcznej debacie zmiany w prawie nie zostały uchwalone ze względu na brak poparcia ze strony bardziej konserwatywnych członków rządzących torysów. Poza Unią Europejską liberalizacja nie udała się także w Norwegii, gdzie – według raportów Eurofound – sprzeciwiły się jej związki zawodowe oraz organizacje zrzeszające pracodawców handlu detalicznego.

Węgierski przykład

Szeroką dyskusję w Europie wywołał pomysł ograniczenia niedzielnego handlu na Węgrzech z 2015 r. Do tego czasu, podobnie jak w wielu krajach nowej Unii, indeks restrykcji był w tym państwie na najniższym, czyli pierwszym poziomie, we wspomnianej już pięciostopniowej skali OECD. Rządowe ograniczenia sprawiły, że Węgrzy wspięli się od razu na piąty poziom. I chociaż utrzymywali ten stan tylko przez rok, powstał materiał do analiz.

Eurofound w opracowaniu (Hungary: Effects of ban on Sunday trading) wykazał, że po wprowadzeniu restrykcji niedzielna sprzedaż detaliczna na Węgrzech obniżyła się o połowę. Wzrosła ona natomiast o 24 proc. w czwartki oraz o 21 proc. w piątki. Wiodące sieci handlowe w odpowiedzi na ograniczenia wydłużyły działalność swoich placówek w pozostałych dniach.

Według związków zawodowych, cytowanych przez Eurofound, zmiany wywołały mieszane efekty dla pracowników. Wcześniej otrzymywali oni o 50 proc. wyższe wynagrodzenie za przepracowane niedziele, a po zmianach dostawali jedynie 30 proc. więcej za pracę poza regularnym czasem zatrudnienia od poniedziałku do soboty. Po roku, m.in. w związku ze społecznym sprzeciwem wobec ograniczenia handlu w niedzielę (nawet 80 proc. ankietowanych było w opozycji do zakazu), węgierskie władze wycofały się z decyzji podjętej w 2015 r.

Niespójne wyniki wcześniejszych badań

Traf chciał, że również w 2015 r. powstała jedna z najbardziej kompleksowych analiz na temat wpływu niedzielnego handlu na europejską gospodarkę, opublikowana przez badawczy ośrodek London School of Economics (LSE) Center for Economic Performance (CEP). Jej autorzy Christos Genakos oraz Svetoslav Danchev zbadali kraje, gdzie zostały zliberalizowane warunki sprzedaży detalicznej w ostatni dzień tygodnia, pod czterema aspektami: wolumenu sprzedaży, koncentracji rynkowej, zatrudnienia oraz cen.

Historyczne publikacje, cytowane przez autorów analizy, praktycznie w każdej z wymienionych kwestii zawierały niejednoznaczne oraz często nieintuicyjne wyniki. Np. analiza deregulacji handlu w kanadyjskiej prowincji Quebec w latach 90. spowodowała podwyżki cen w dużych sklepach oraz obniżki w małych. Według autorów konsumenci zaczęli częściej wybierać większe centra handlowe, co przy rosnącym popycie pozwoliło im podnosić ceny. Z kolei małe placówki handlowe, aby konkurować, musiały je obniżyć.

Z kolei w Szwecji, według badań z początku milenium, liberalizacja przepisów określających ramy niedzielnego handlu przełożyła się na 5-procentowy wzrost sprzedaży. Dla odmiany z szacunków przeprowadzonych w 2014 r. dla Niemiec wynikało, że złagodzenie zasad ograniczenia niedzielnego handlu w ogóle nie wpłynęło na wielkość sprzedaży.

Ceny bez zmian

Christos Genakos i Svetoslav Danchev w opracowaniu dotyczącym skutków zniesienia zakazu handlu w niedzielę „Evaluating the Impact of Sunday Trading Deregulation”, przygotowanym dla CEP, zgrupowali państwa, gdzie w dwóch minionych dekadach nastąpiła deregulacja zasad niedzielnego handlu: Niemcy, Dania, Hiszpania, Finlandia, Francja, Włochy, Portugalia. W drugiej, kontrolnej grupie ujęli kraje, w których nie wprowadzono zmian.

W przypadku jednego z najważniejszych parametrów dla konsumentów, czyli cen, nie zaobserwowano istotnych różnic między grupami państw. Ułatwienia w niedzielnym handlu nie wpłynęły na koszty zakupu towarów z analizowanych kategorii: żywności, ubrań oraz obuwia i sprzętu RTV/AGD.

Statystycznie istotna stała się natomiast liberalizacja handlu dla sklepów handlujących żywnością. Ogólne wydatki w tej kategorii wzrosły. Nie zmieniło się natomiast zapotrzebowanie na ubrania oraz obuwie czy sprzęt gospodarstwa domowego. Autorzy wyrazili jednak wątpliwości, czy wyższy popyt na żywność mógł wynikać np. z przeniesienia wydatków z innych segmentów, nieuwzględnionych w badaniu. Chociaż nie zostało to wprost napisane w podsumowaniu raportu, ale z wcześniejszych publikacji nasuwają się wnioski, że po zmniejszeniu restrykcji handlu w sklepach malała niedzielna sprzedaż w kawiarniach czy restauracjach.

Zatrudnienie rośnie, ale marginalnie

Wnioski z badania CEP pokazują zauważalny wzrost zatrudnienia w handlu detalicznym dla analizowanej grupy państw, które złagodziły przepisy kneblujące niedzielny handel. Dotyczy to zwłaszcza sklepów z żywnością, alkoholem, innymi napojami, a także wyrobami piekarniczymi. Deregulacja doprowadziła, co może być zaskoczeniem, do zmniejszenia zatrudnienia w sklepach odzieżowych czy też ze sprzętem AGD/RTV.

Ogólnie jednak liczba miejsc pracy dla badanych krajów, które zliberalizowały warunki handlu w niedzielę wzrosła w sumie o ok. 60 tys. Należy jednak pamiętać, że ta wartość odnosi się do aż 7 państw (Niemcy, Dania, Hiszpania, Finlandia, Francja, Włochy, Portugalia), w których – według danych Eurostat – w sumie pracuje ok. 115 mln osób. Tylko w samej Hiszpanii liczba miejsc pracy powiększyła się w ciągu ostatniego roku o pół miliona. A doszło do tego dzięki ogólnej poprawie koniunktury w całej Unii Europejskiej. Wobec takich danych kwestia wolnej bądź pracującej niedzieli ma marginalne znaczenie dla całej gospodarki.

 

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Europejska ropa Brent jest najdroższa od ponad dwóch lat, cena przekroczyła 60 dolarów za baryłkę. Spadają również globalne zapasy tego surowca, a porozumienie producentów o ograniczeniu wydobycia może zostać przedłużone na cały 2018 rok. Paliwo na stacjach też podrożeje.

Napływające z rynku informacje sugerują, że kierowcy będą musieli sięgnąć głębiej do kieszeni. Od 20 października cena benzyny 95 na rynku ARA (Amsterdam – Rotterdam – Antwerpia) wzrosła o 11 gr i osiągnęła poziom 1,71 zł za litr. Brakuje 14 gr, by popularna bezołowiówka kosztowała najwięcej od lata 2015 r.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja z dieslem. W holenderskich oraz belgijskich rafineriach – po 9-groszowym wzroście w ciągu niespełna tygodnia – olej napędowy kosztuje 1,73 zł za litr i jest tylko 8 gr poniżej szczytów z lipca 2015 r.

Potentaci sugerują ograniczenie wydobycia

Całkiem niedawno, bo we wrześniu br., ceny paliw również gwałtownie rosły. Wtedy jednak podwyżki były następstwem huraganów, które nawiedziły Stany Zjednoczone i zaburzyły globalną produkcję. Tamte wydarzenia miały jednak charakter przejściowy. Tymczasem obecne wzrosty cen mogą utrzymać się przez wiele miesięcy.

W ostatni piątek, a także podczas minionego weekendu przedstawiciele Arabii Saudyjskiej sugerowali możliwość przedłużenia ograniczenia wydobycia do końca 2018 r. We wrześniu OPEC wydobywał o milion baryłek ropy naftowej dziennie mniej niż rok temu. Za przedłużeniem porozumienie opowiada się również Rosja, która dziennie produkuje o 200 tys. baryłek mniej niż we wrześniu 2016 r.

Mniejsze zapasy u progu zimy

Sugestie ze strony OPEC oraz Rosji doprowadziły do tego, że cena sprzedawanej m.in. w Europie ropy Brent przekroczyła 60 dolarów za baryłkę i osiągnęła najwyższe poziomy od ponad dwóch lat. Poza zmianami związanymi z podażą „czarnego złota” warto także zwrócić uwagę na popyt i zapasy, które są także niezwykle ważne dla cen. Według październikowego raportu Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) tempo wzrostu popytu w III kwartale wyhamowało z rekordowych 2,2 mln baryłek do 1,2 mln baryłek. Cały czas jednak IEA przewiduje, że wzrost globalnego zapotrzebowania na ropę naftową wyniesie średnio 1,6 mln baryłek (1,6 proc.) w tym roku oraz 1,4 mln baryłek (1,4 proc.) w przyszłym.

Po wielu kwartałach, w których rosły zapasy ropy oraz paliw, następują wyraźne spadki. Jeszcze w styczniu br. globalne rezerwy przekraczały 5-letnią średnią o 318 mln baryłek. Teraz, według IEA, są one o niemal połowę mniejsze (170 mln). Szczególnie niepokojąco wygląda sytuacja diesla. W Stanach Zjednoczonych jego zapasy spadły do najniższych poziomów od maja 2015 roku. Zwiększa to ryzyko, że jeżeli w sezonie zimowym Europę i USA nawiedzą temperatury poniżej wieloletnich średnich to diesel może rosnąć wyraźnie szybciej niż ropa naftowa ze względu na niskie zapasy i perspektywę gwałtownego wzrostu popytu.

Podrożeje diesel, podrożeje bezołowiowa

Kurczące się zapasy ropy naftowej oraz jej produktów przy ograniczeniu produkcji przez OPEC i Rosję zwiększają dodatkowo ryzyko, że przy jakichkolwiek problemach związanych z podażą (wydarzenia pogodowe czy geopolityczne) możemy spodziewać się gwałtownych wzrostów cen. Bufor bezpieczeństwa jest obecnie zdecydowanie mniejszy niż w kilku ostatnich latach.

Można więc założyć, że notowania ropy Brent raczej będą kształtować się blisko granicy 60 USD za baryłkę z perspektywą krótkoterminowych silnych wzrostów w przypadku niespodziewanych zaburzeń w produkcji. Ceny przy dystrybutorach na polskich stacjach wzrosną w najbliższych dniach o dobre kilka groszy na litrze. W konsekwencji trudno będzie zatankować olej napędowy poniżej granicy 4,50 zł/litr, a benzynę bezołowiową 95 za mniej niż 4,65 zł/litr.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk cinkciarz.pl

Rosnące ceny żywności dotykają wszystkich konsumentów, ale najbardziej emerytów i rencistów, którzy nie korzystają z silnego wzrostu wynagrodzeń czy też transferów socjalnych z programu Rodzina 500 plus.

Według danych Eurostatu we wrześniu w Polsce żywność zdrożała o 4,7 proc. r/r. Ceny dla tej kategorii produktów rosły szybciej jedynie w pięciu unijnych państwach, a przeciętny wynik dla całej wspólnoty wynosił 2,3 proc. Dodatkowo inflacja żywności w naszym kraju jest obecnie najwyższa od końca 2012 r.

W ciągu minionego roku w naszym kraju najbardziej podrożało masło – o 48 proc. Tylko w czterech europejskich krajach odnotowano procentowo wyższe podwyżki tego produktu. W Niemczech masło kosztuje dziś o 70 proc. więcej niż we wrześniu 2016 r., ale np. we Francji już tylko 7,6 proc. Silnie zdrożały w Polsce również jaja (7,7 proc. r/r), jogurty (9,1 proc. r/r) czy wieprzowina (7,4 proc. r/r).

Ostatnie miesiące to także znacznie wyższe wydatki dla zwolenników zdrowszych produktów. W porównaniu z wrześniem ub.r. świeże owoce podrożały o 9,7 proc., a warzywa o 5,8 proc. Niewielkim pocieszeniem dla większości konsumentów może być fakt, że w analogicznym okresie staniały o 0,7 proc. owoce morza czy napoje gazowane – o 0,4 proc.

Emeryci i renciści najbardziej poszkodowani

Teoretycznie wyższe ceny w sklepach dotykają każdego w ten sam sposób. Praktycznie jednak rosnące koszty zakupu żywności są dotkliwsze dla osób o najniższych dochodach. Dobrze pokazuje to coroczne badanie GUS dotyczące budżetów gospodarstw domowych.

W 2016 r. mediana wydatków na żywność oraz napoje stanowiła 30 proc. wszystkich wydatków emerytów oraz rencistów. W przypadku pracujących na własny rachunek czy gospodarstw nierobotniczych ten odsetek wynosi 23 proc. Emeryci oraz renciści w niewielkim stopniu korzystają natomiast z faktu, że np. ceny ubrań czy obuwia spadają (o 4,4 proc. r/r). W porównaniu do mediany wszystkich wydatków udział akurat tej kategorii jest u seniorów o ponad połowę mniejszy niż w przypadku ogółu gospodarstw domowych.

Naturalny jest również fakt, że emeryci czy renciści wydają na edukację niewielki odsetek (jedną siódmą) tego co reszta społeczeństwa. Ceny w tej kategorii rosną jednak stosunkowo wolno (o 1,3 proc. r/r), co obniża ogólny wskaźnik inflacji, ale analizowana grupa społeczna tego nie odczuwa.

Wysoki wzrost dochodów, ale nie dla seniorów

Według danych GUS średni dochód rozporządzalny na osobę wzrósł w 2016 r. o 7 proc. Dla gospodarstw domowych otrzymujących świadczenie wychowawcze Rodzina 500+ ten wzrost wyniósł 16,8 proc. (wśród małżeństw z co najmniej trójką dzieci o 25,2 proc.). Wyraźnie podniosły się również dochody na wsi (o 9,8 proc.).

Emeryci i renciści nie skorzystali z ostatnich zmian w programach socjalnych, omijał ich też szybki wzrost wynagrodzeń. Wprawdzie dochód rozporządzalny emerytów i rencistów wzrósł, lecz wyraźnie poniżej ogólnego trendu i kształtował się na poziomie odpowiednio +4,1 oraz +4,4 proc. Zestawiając ze sobą niski wzrost dochodu oraz fakt, że seniorzy wydają proporcjonalnie najwięcej na gwałtownie drożejącą żywność, ostatnie podwyżki cen są szczególnie dotkliwe dla ich domowych budżetów.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk cinkciarz.pl

Tylko przez ostatni tydzień ceny benzyny bezołowiowej na nowojorskiej giełdzie towarowej wzrosły o ponad 20 proc. i osiągnęły najwyższy poziom od blisko 3 lat. Wyraźne zmieniają się też notowania na rynku europejskim, co oznacza, że polscy kierowcy muszą się przygotować na podwyżki, i to już od przyszłego tygodnia – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Globalny rynek ropy naftowej i jej produktów cechuje się m.in. tym, że wszelkie zaburzenia popytu i podaży u wiodących konsumentów czy producentów przekładają się na zmiany cen praktycznie na całym świecie. Nie inaczej sytuacja wygląda w związku z huraganem Harvey, który nawiedził bogate w infrastrukturę petrochemiczną południowe stany USA.

Ropa w dół, a paliwa w górę

Patrząc pobieżnie na notowania ropy, wydaje się, że przez ostatni tydzień nic ciekawego się nie wydarzyło. Amerykańska ropa WTI spadła od zeszłego czwartku o ok. 3 proc., co mieści się zakresie wahań z ostatnich miesięcy. Stosunkowo niewielkie zmiany tego podstawowego surowca energetycznego nie oddają jednak olbrzymich zmian cen paliw, a zwłaszcza benzyny.

Jeszcze 24 sierpnia galon benzyny bezołowiowej kosztował na Nowojorskiej Giełdzie Towarowej (NYMEX) 1,65 dolara. Po tygodniu kurs doszedł do granicy 2 dol. Oznacza to ponad 20 proc. wzrostu i najwyższe poziomy od grudnia 2014 r.

W tej sytuacji interesująca wydaje się odpowiedź na pytanie – z czego wynikają tak duże spadki cen ropy naftowej? Otóż południowo-wschodnie wybrzeże Teksasu niedaleko Houston oraz granicy z Luizjaną usłane jest rafineriami. Według danych Amerykańskiej Agencji Energetycznej (EIA) ok. 44 proc. (z 17,3 mln) możliwości przerobowych ropy naftowej jest usytuowanych na wybrzeżu Zatoki Meksykańskiej. Z kolei raporty agencji Bloomberg pokazują, że wyłączenia amerykańskich rafinerii związane z huraganem Harvey przekraczają 4,4 miliona baryłek dziennie

To nie tylko ok. 25 proc. amerykańskich mocy przerobowych ropy naftowej, ale także znaczna część światowego popytu na produkty ropy naftowej wynoszącej niespełna 100 mln baryłek dziennie. 4,4 mln baryłek to także ośmiokrotność dziennego zapotrzebowanie na produkty przerobu ropy naftowej w Polsce.

Trudności w pozyskaniu odpowiedniej ilości paliw oraz problemy z ich transportem poprzez rurociągi powodują więc bardzo silny wzrost cen benzyn. Natomiast w większości wydobycie ropy naftowej nie jest narażone na problemy, gdyż odbywa się poza terenami opanowanymi przez żywioł. Stabilizacja podaży ropy przy mniejszym popycie ze strony rafinerii powoduje spadek cen podstawowego surowca, a wzrost cen jego produktów.

W Polsce też zapłacimy więcej

Stany Zjednoczone są nie tylko konsumentem benzyny czy diesla, ale także mają spory udział w eksporcie paliw. Dane EIA pokazują, że dzienny eksport netto produktów przerobu ropy naftowej wyniósł w ostatnich czterech tygodniach średnio niemal 2,2 mln baryłek. Teraz część tego eksportu jest zagrożona, co powoduje wzrost cen w innych regionach świata.

Wyższe oczekiwane ceny paliw na świecie to również efekt zaburzeń w dostawach paliw do wschodnich stanów USA. Prawdopodobnie będą one musiały być zaspokojone przez wyższy import z innych regionów globu, co także podbija ogólne wyceny benzyn.

Na rynku europejskim przez 6 dni cena benzyny 95 wzrosła o niespełna 9 proc. i osiągnęła najwyższy poziom od sierpnia 2015 r. Zmiany kosztów paliw także nie ominą rynku polskiego, choć dzięki względnie słabemu dolarowi do rekordów jest jeszcze daleko. W polskim hurcie jednak 31 sierpnia cena litra benzyny bezołowiowej wzrosła o 8 gr na litrze w porównaniu z poprzednim dniem. Jest duże ryzyko, że podwyżki będą kontynuowane i już w przyszłym tygodniu popularna „95” na stacjach będzie kilkanaście groszy droższa niż obecnie.

W tej serii negatywnych informacji są też pozytywy. Zaburzenia pogodowe zwykle nie powodują długotrwałych wzrostów cen surowców energetycznych. Po kilku tygodniach możliwości przerobowe ropy naftowej w USA powinny powrócić do wcześniejszych wartości, co także prawdopodobnie spowoduje powrót globalnych cen paliw do poziomów sprzed huraganu Harvey.

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Według danych Eurostatu liczba bezrobotnych w Polsce od końca 2015 r. spadła o ponad 350 tys. osób. W tym czasie jednak liczba osób pracujących, praktycznie się nie zmieniła. Kolejne kwartały przyniosą najprawdopodobniej dalszy spadek bezrobocia, co tylko może maskować poważne problemy strukturalne krajowego rynku pracy – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Z miesiąca na miesiąc dowiadujemy się, że stopa bezrobocia w Polsce jest coraz niższa. Według danych Europejskiego Urzędu Statystycznego (Eurostatu), w kwietniu br. wynosiła ona 4.8 proc. To o 2.1 pkt proc. mniej niż pod koniec 2015 r. W wartościach bezwzględnych skala spadku jest również imponująca. Liczba osób poszukujących zatrudnienia zmniejszyła się z niecałych 1.2 mln. do 832 tys., czyli prawie o jedną trzecią.

Jednak mimo tak silnego spadku bezrobocia liczba osób pracujących nie zmieniła się. Zarówno w czwartym kwartale 2015 r., jak i w pierwszym 2017 r. (dane wyrównane sezonowo) wynosiła ona dla populacji powyżej 15 roku życia 16.3 mln. osób. Fakt ten dobrze pokazuje, jak w pewnych okolicznościach mało przydatnym wskaźnikiem jest stopa bezrobocia.

Ukryte problemy strukturalne

Niższe bezrobocie wskazuje, że w gospodarce jest wyraźny popyt na pracę, co oczywiście należy odebrać jako pozytywny sygnał. Warto jednak zauważyć, że wraz ze starzejącym się społeczeństwem wskaźnik bezrobocia staje się coraz mniej przydatny, gdyż osoby przechodzące na emeryturę pracy praktycznie nie szukają.

W Polsce poważnym problemem jest także niski poziom aktywności zawodowej (populacja osób, które szukają pracy lub ją mają). Dotyczy to zwłaszcza tych, którzy nie legitymują się dyplomem wyższej uczelni. Na koniec 2016 r. aktywność zawodowa osób (25-64 lata), których wykształcenie Eurostat zalicza do poziomu 3 i 4 (policealne, średnie ogólnokształcące i zawodowe oraz zasadnicze zawodowe), wynosiła 72.7 proc., co było drugim najniższym wynikiem po Chorwacji.

Z kolei w przypadku osób, których edukacja zakończyła się na poziomie gimnazjalnym lub podstawowym, aktywność zawodowa dla analogicznego przedziału wiekowego wynosi jedynie 46.6 proc. co jest nie tylko najniższym poziomem w całej Unii, ale również jest niższa niż np. w Macedonii.

W przypadku Polski znacznie ważniejszym wskaźnikiem od bezrobocia jest skala bierności zawodowej (populacja nie mających pracy, ani jej nie szukających). Dla osób bez wyższego wykształcenia w przedziale wiekowym 25-64 lata wynosiła ona na koniec pierwszego kwartału 2017 r. 4.3 mln osób. Jest to więc pięć razy więcej osób, niż wynosi liczba bezrobotnych  i to dla całej populacji powyżej 15 roku życia.

Zerowe bezrobocie niewiele pomoże

Obecna dobra koniunktura widoczna zarówno w kraju, jak i na świecie powoduje, że liczba osób bezrobotnych bardzo szybko maleje. W niewielkim stopniu przekłada się to natomiast na ograniczenie grupy biernych zawodowo, np. dla poziomu wykształcenia 3 oraz 4 wzrosła przez ostatnie dwa kwartały o 40 tys osób.

Warto także podkreślić, że nawet gdyby bezrobocie spadło do zera, to i tak nie oznaczałoby, że rynek pracy jest w dobrej kondycji. Dlaczego? W porównaniu do Unii Europejskiej skala bierności zawodowej w Polsce jest znacznie wyższa i wielokrotnie przekracza liczbę bezrobotnych dla przedziału wiekowego 25-64 lata.

 

Źródło: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Gdy 18 kwietnia brytyjska premier Theresa May ogłosiła przedterminowe wybory, funt wzmocnił się o ok. 2 proc. Wtedy było praktycznie przesądzone, że torysi zauważalnie powiększą kruchą przewagę w Izbie Gmin. Jednak po sześciu tygodniach kampanii praktycznie każdy scenariusz jest możliwy, łącznie z „zawieszonym parlamentem”, który spowodowałby, że funt może kosztować nawet 4,60 zł – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Z punktu widzenia partii konserwatywnej, ogłoszenie przedterminowych wyborów ponad 6 tygodni temu wydawało się bardzo dobrym pomysłem. Zdecydowana większość sondaży dawała ugrupowaniu premier Theresy May przewagę nad laburzystami w granicach 20 pkt proc. Przekładało się to na około 400-450 z 650 miejsc w brytyjskiej Izbie Gmin. To oznaczało również, że obecna większość parlamentarna na poziomie 17 posłów mogła urosnąć do ok. 100.

Obsadzenie przez torysów 2/3 miejsc w Izbie Gmin dawałoby nie tylko komfort rządzenia do 2022 r., ale również sugerowało silny mandat do negocjacji warunków Brexitu z Brukselą. Dodatkowo wyraźna większość parlamentarna zmniejszała ryzyko, że część bardziej radykalnych przedstawicieli konserwatystów może forsować „twardy Brexit”. Przy przewadze na poziomie ok. 100 parlamentarzystów ten negatywny scenariusz był mniej prawdopodobny. W rezultacie 18 kwietnia funt zyskał w stosunku do walut krajów wchodzących w skład brytyjskiej wymiany handlowej ok. 2 proc. wartości.

Topniejąca przewaga torysów

Jeszcze miesiąc po ogłoszeniu przedterminowych wyborów przewaga ugrupowania premier May była nadal wysoka. Wszystko zaczęło się zmieniać po publikacji manifestu konserwatystów. Zasugerowano w nim zmniejszenie świadczeń pomocy społecznej dla osób starszych z majątkiem powyżej 100 tys. funtów. I choć dość szybko z tego pomysłu się wycofano, to jednak dyskusja o zabraniu przywilejów dla osób w wieku poprodukcyjnym stała się początkiem spadku poparcia dla torysów.

Od połowy maja przewaga konserwatystów nad Partią Pracy zaczęła szybko topnieć. Poparcie dla opozycyjnych laburzystów na początku czerwca zaczęło sięgać 35-40 proc. (obecnie średnia z 10 sondaży to 43,6 proc. dla torysów i 35,8 proc. dla laburzystów), co oznacza wzrost o 10-15 pkt proc. w porównaniu z momentem ogłoszenia wyborów. W rezultacie wzrosło również prawdopodobieństwo, że torysi nie tylko nie będą w stanie powiększyć przewagi w porównaniu do wyborów z 2015 r., ale grozi im utrata parlamentarnej większości. To zagrożenie zostało dość szybko wycenione przez funta. Jego wartość wróciła do poziomów sprzed ogłoszenia przedterminowych wyborów.

Scenariusze dla funta

Na podstawie ostatnich reakcji i oczekiwań rynkowych można zbudować dla funta cztery scenariusze: dwa pozytywne oraz dwa negatywne. Wzrost wartości brytyjskiej waluty byłby najbardziej znaczący, gdyby torysi uzyskali przynajmniej 50-miejscowy bufor do rządzenia. Wtedy można oczekiwać, że funt wzrośnie o ok. 2-3 proc. Wycena szterlinga w relacji do złotego mogłaby wzrosnąć w takim scenariuszu mniej więcej o 10-15 gr i sięgnąć granicy nawet 5 zł.

Drugi pozytywny rozwój wydarzeń dla funta to wynik nieco wyższy od tego z 2015 r. (17 miejsc i 6,6 pkt proc. przewagi nad laburzystami). Przekroczenie większości na poziomie 30-50 miejsc być może zostałoby odebrane jako kampanijna porażka, ale prawdopodobnie nie spowodowałaby wyraźniejszych przetasowań na funcie.

Szterling natomiast negatywnie mógłby zareagować na zwycięstwo laburzystów. Skala tego ruchu jest stosunkowo trudna do oszacowania. W pierwszych dniach prawdopodobnie funt mógłby stracić ok. 2-3 proc. (10-15 gr do złotego). Później wiele zależałoby od stanowiska laburzystów dotyczącego kwestii gospodarczych. Brytyjskiej walucie pomagałby fakt, że partia Jeremego Corbyna dążyłaby do porozumienia z UE, a nie do konfrontacji.

Z drugiej jednak strony wygrana laburzystów może również generować problemy. Jak pogodzić wynik referendum dotyczący Brexitu z chęcią utrzymania dostępu do wspólnego rynku oraz ograniczeniem imigracji? Jak pisze „The Wall Street Journal”, Corbyn „sam nazywa siebie socjalistą, który obiecał nacjonalizację transportu kolejowego i firm użyteczności publicznej, a także podniesienie podatków dla przedsiębiorstw oraz 5 proc. najlepiej zarabiających”. Według „WSJ” jest on również uważany za „najbardziej lewicowego lidera od pokolenia”. Ogólnie jednak szansa na zwycięstwo laburzystów, mimo ostatnich silnych wzrostów poparcia, jest ograniczona i według notowań bukmacherów wahała się w ostatnich dniach blisko poziomu 10 proc.

Zawieszony parlament najbardziej niekorzystny dla funta

Prawdopodobnie najbardziej negatywnym scenariuszem dla funta jest wynik, który nie daje możliwości samodzielnego rządzenia żadnej partii. Na Wyspach tylko dwukrotnie w ostatnich 40 latach mieliśmy do czynienia z „zawieszonym parlamentem”. Jednomandatowa ordynacja wyborcza oraz specyfika brytyjskiego systemu sprawia, że nawet stosunkowo niewielka procentowa przewaga wygrywającego daje mu możliwość samodzielnego rządzenia.

Negatywne reperkusje braku parlamentarnej większości któregoś z ugrupowań potęguje kwestia Brexitu. Ryzyko rządu mniejszościowego, kruchej koalicji czy ponownych wyborów byłoby połączone z niepewnością dotyczącą warunków opuszczenia Unii Europejskiej. Mogłoby to zwiększyć podziały wewnątrz Zjednoczonego Królestwa, a także dość szybko przełożyć się na pogorszenie nastrojów konsumentów czy przedsiębiorców.

Według ankiet przeprowadzonych wśród banków inwestycyjnych przez agencję Bloomberg, „zawieszony parlament” może spowodować spadek funta w relacji do dolara nawet do poziomu 1,20 (około 7 proc.). Mediana oczekiwań ekonomistów pokazuje obniżenie się wartości szterlinga o 5 proc. Oznaczałoby to więc spadek wartości w brytyjskiej waluty w relacji do polskiej mniej więcej 25 gr, czyli do ok. 4,60 zł. Według notowań bukmacherów (dane Oddschecker), ryzyko takiego rozwoju sytuacji wynosi ok 17 proc.

Podsumowując, ryzyka dla funta wyraźnie się zwiększyły w ostatnich tygodniach, ale biorąc pod uwagę sondaże wyborcze czy notowania bukmacherów nadal pozostają stosunkowo ograniczone. Z drugiej jednak strony pamiętając, że ostatnie wydarzenia polityczne w krajach rozwiniętych często miały zaskakujące zakończenie, prawdopodobieństwo negatywnego rozwoju sytuacji dla szterlinga może być niedoszacowane.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Nowe dane o rekordowo niskim bezrobociu i silnym popycie na pracowników zaburzają obraz poważnych problemów strukturalnych dotyczących zatrudnienia i aktywności zawodowej Polaków – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Według opublikowanych w środę kwietniowych danych Eurostatu bezrobocie w Polsce spadło do poziomu 4,8 proc. Tylko pięć krajów ma niższą wartość tego wskaźnika. Wyższy jest m.in. w Holandii (5,1 proc.), Danii (5,7 proc.) czy Szwecji (6,6 proc.). Paradoksalnie jednak tak niski poziom bezrobocia może zacząć bardziej martwić niż cieszyć, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę bardzo niskie wskaźniki zatrudnienia i aktywności zawodowej Polaków.

Różnica między bezrobociem a biernością

Przede wszystkim warto zwrócić uwagę, że o kondycji gospodarki nie świadczy sam wskaźnik bezrobocia. Zdecydowanie ważniejsze są: współczynnik zatrudnienia i skala bierności zawodowej. W tym drugim wypadku chodzi o ludzi, którzy nie mają pracy i jej nie szukają. Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL) GUS-u pokazuje, że w pierwszym kwartale 2017 r. pracy szukało 926 tys. bezrobotnych (5,4 proc.), co oznacza spadek o ponad 500 tys. (z 8,6 proc.) z notowanych dwa lata temu niespełna 1,5 mln.

Te dane oczywiście cieszą. Wynika z nich, że ludzie, którzy szukają płatnego zajęcia, znajdują zatrudnienie. Z drugiej strony spadek liczby bezrobotnych rzędu kilkuset tys. przy skali biernych zawodowo na poziomie 13,4 mln (dla populacji powyżej 15. roku życia) nie jest już tak spektakularny. Nawet gdy wyłączymy z grupy biernych zawodowo osoby starsze niż 64 lata i młodsze niż 25 lat, to liczba osób, które nie szukają i nie mają pracy, jest bardzo duża i wynosiła według danych Eurstotatu na koniec 2016 r. ponad 5 mln osób.

Bierność zawodowa wyższa niż w Grecji

Eurostat podaje, że stosunek biernych zawodowo do populacji w przedziale 25-64 lata wynosi w Polsce 24,5 proc. To piąty najgorszy wynik w Unii. Mniejszy odsetek osób, które nie szukają i nie mają pracy, jest m.in. w zmagającej się z kryzysem gospodarczym Grecji (23,9 proc.). Natomiast średnia na obszarze wspólnej waluty wynosi 20,1 proc., a w Czechach czy na Litwie jest to ok. 17 proc. Obniżenie wskaźnika bierności w przedziale 25-64 lata o 1 pkt proc. oznacza, że do grupy aktywnych zawodowo (mających pracę lub jej poszukujących) trafia 200 tys. osób.

Z wysokiego poziomu bierności bezpośrednio wynika niski współczynnik aktywności zawodowej. Odsetek osób pracujących lub szukających pracy do populacji 25-64 lata wynosi 75,5 proc. i jest o 0,6 pkt proc. niższy niż w Grecji.

Olbrzymie dysproporcje zatrudnienia w zależności od wykształcenia

Dodatkowo warto zauważyć olbrzymie dysproporcje w aktywności zawodowej w relacji do wykształcenia. Wśród tych, którzy mają wyższe wykształcenie, wynosi on 90,2 proc. Jest to rezultat bliski Danii (90,3 proc.) oraz Niemiec (90,4 proc.), a także powyżej unijnej średniej (89,1 proc) . Wysokiej aktywności towarzyszy także bardzo dobry wskaźnik zatrudnienia Polaków legitymujących się przynajmniej licencjatem. Wynosi on 87,4 proc. i jest nieco niższy niż w Niemczech (88,4 proc.), ale wyższy niż np. w Danii (86,2 proc.). Bezrobocie Polaków z wyższym wykształceniem w wieku 25-64 lata wynosi 2,8 proc. i jest nawet niższy niż w Szwajcarii – 3 proc.

Warto jednak podkreślić, że dyplomem wyższej uczelni legitymuje się tylko 6 z ponad 20 mln Polaków w wieku 25-64 lata. Sytuacja zdecydowanie się pogarsza, gdy spojrzymy na niespełna 13 mln osób, które Eurostat kwalifikuje na poziomach edukacji trzecim i czwartym (policealne, średnie ogólnokształcące i zawodowe oraz zasadnicze zawodowe). Współczynnik aktywności zawodowej w tej grupie to tylko 72,7 proc. Jest to drugi najniższy wynik w UE po Chorwacji (72,3 proc.). Średnia dla Wspólnoty to 80,3 proc., w Czechach jest to 83,4 proc., a w Niemczech 84 proc.

W tej grupie osób także dobrze widać, jak mylący jest wskaźnik bezrobocia. Dla osób z wykształceniem na poziomie trzecim i czwartym wynosi on 5,8 proc. (667 tys.) i jest niższy niż średnia unijna (7,8 proc.) oraz przeciętna dla strefy euro (8,9 proc.). Współczynnik bierności ma wartość natomiast 27,3 proc. (3,5 mln). Towarzyszy temu również bardzo niski wskaźnik zatrudnienia. Wynosił on w 2016 r. 68,5 proc. To jest trzeci najgorszy wynik w UE przy średniej na poziomie 75 proc. W Czechach czy w Niemczech wartości oscylowały blisko 81 proc.

Różnica we wskaźniku zatrudnienia do populacji (25-64 lata) na poziomie 20 pkt proc. pomiędzy osobami z wyższym wykształceniem a tymi, którzy nie legitymują się dyplomem uczelni, jest nie tylko najwyższa w całej Unii (średnio 10 pkt proc.), ale również największa wśród wszystkich państw OECD (dane za 2015 r. – średnio również 10 pkt proc.). Świadczy to o bardzo poważnych problemach strukturalnych polskiego rynku pracy. Szczególnie niepokoić może fakt, że mimo wielu przemian ta sytuacja przez ostatnią dekadę nie uległa poprawie.

Konieczne reformy strukturalne
Rekordowo niski poziom bezrobocia w Polsce może sprawiać wrażenie, że polski rynek pracy jest w bardzo dobrej kondycji. Faktycznie jednak jego słabości ukryte są w bardzo wysokim wskaźniku bierności i niskim aktywności zawodowej. Krajowy rynek pracy pozostanie w słabej formie, jeśli nie dojdzie do poważnych reform strukturalnych – z jednej strony stymulujących znaczne grupy społeczne do poprawy kwalifikacji, a z drugiej strony zachęcających przedsiębiorstwa do zatrudniania osób z wykształceniem poniżej wyższego.

 

Autor: Marcin Lipka

W Stanach Zjednoczonych od połowy lat 70. przeciętne wynagrodzenie wzrosło ponad pięciokrotnie. Jednak wzrost inflacji i pogłębiające się rozwarstwienie dochodów powodują, że realne zarobki znacznej części osób pracujących w USA są dziś wyraźnie niższe niż 40 lat temu – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Patrząc na podstawowe dane o dochodach Amerykanów, można odnieść wrażenie, że standard ich życia w ostatnich dziesięcioleciach wyraźnie się poprawił. W 1975 r. średnie godzinowe wynagrodzenie wynosiło niecałe 5 dolarów. Teraz jest to ponad 25 dol. Według oficjalnych danych Biura Spisu Powszechnego (Census Bureau) w 2015 r. przeciętny dochód na rodzinę w USA wynosił 79 tys. dol., podczas gdy 40 lat temu było to niecałe 14 tys. dol.

Jednak te dane zupełnie nie oddają rzeczywistej siły nabywczej ludzi pracujących w Stanach Zjednoczonych. Tradycyjnie średnią zawyżają osoby z bardzo wysokimi dochodami, więc w przypadku wynagrodzeń głównie powinno odnosić się to do mediany (połowa osób zarabia powyżej tej granicy, a połowa poniżej).

Przedstawione wartości dodatkowo powinny uwzględniać inflację. Koszt statystycznego koszyka dóbr i usług przez 40 lat wzrósł ponad czterokrotnie, a ceny opieki zdrowotnej blisko dziesięciokrotnie. Pracujących w USA powinniśmy również podzielić ze względu na płeć oraz wiek. Dopiero wtedy dowiemy się, kto rzeczywiście zarabia więcej, a która grupa społeczna straciła przez ostatnie 40 lat.

40 lat minęło, a zarobki mężczyzn w dół

W 2015 r. mediana dochodów gospodarstwa domowego wynosiła 56 tys. dol., czyli o 23 tys. dol. mniej niż średnia. 40 lat temu mediana wynagrodzeń miała wartość 11.8 tys. dol. Gdy jednak wyrazimy ją w bieżącej wartości dolara, czyli z uwzględnieniem ogólnego poziomu inflacji, to według Biura Spisu Powszechnego (BSP) w 1975 r. połowa Amerykanów otrzymywała więcej niż 47 tys. dol., a połowa zarabiała poniżej tej granicy.

W omawianym okresie wynagrodzenie na gospodarstwo domowe wzrosło więc o niecałe 20 proc., czyli średniorocznie o 0.43 proc. Mimo że ta wartość jest symboliczna, to i tak może być zawyżona przez fakt, że w ciągu 40 lat odsetek pracujących kobiet w relacji do populacji w wieku produkcyjnym (definiowany przez BSP jako osoby powyżej 15 roku życia) wzrósł z 43 proc. do 54 proc. I choć w tym samym czasie ten wskaźnik dla mężczyzn obniżył się z 71 do 66 proc., to jednak ogólne szersze uczestnictwo kobiet na rynku pracy mogło mieć pozytywny wpływ na dochody całego gospodarstwa domowego.

Warto również zwrócić uwagę, że przez cztery dekady realne dochody mężczyzn powyżej 18 roku życia pracujących w Stanach Zjednoczonych obniżyły się. Według ostatnich danych BPS (z 2015 r.) wynosiły one 38.2 tys. dol., podczas gdy – uwzględniając siłę nabywczą – w 1974 r. wynosiły 39.1 tys. dol. W przypadku kobiet ich realne zarobki wzrosły z 14 tys. dol. do 24 tys. dol.

Niższe realne dochody mężczyzn zatrudnionych w USA są szczególnie widoczne dla osób w wieku 25-34 oraz 35-44 lata. Dla tego pierwszego przedziału wiekowego obniżka wynosiła ponad 15 proc. (z 44 do 37 tys. dol.), a dla drugiego niecałe 10 proc. (z 54 do 49 tys. dol.). W tym momencie pojawia się oczywiście pytanie: czy dla wszystkich realne wynagrodzenia stały w miejscu, a jeśli nie, to kto zgarnął znaczną część ich wzrostu?

Dla 5 proc. pracujących realne dochody wzrosły dwukrotnie

Dane OECD pokazują, że produktywność na pracownika w Stanach Zjednoczonych wzrosła o 70 proc. od 1975 r. Teoretycznie powinno to spowodować również podobne zwiększenie się realnych dochodów. Ta teoria sprawdza się nawet w praktyce. Przeciętny realny dochód na osobę w wieku produkcyjnym w USA wyniósł w 2015 r. 31.7 tys. dol., podczas gdy cztery dekady wcześniej było to 19.3 tys. To oznacza niespełna 65 proc. wzrostu.

Faktycznie jednak cały ten wzrost został zagospodarowany przez osoby, które zarabiają powyżej mediany. Dla 40 proc. osób uzyskujących najniższe zarobki realne dochody praktycznie się nie zmieniły. Natomiast dla 20 proc. najlepiej zarabiających gospodarstw domowych wzrosły w badanym okresie ze 120 do 200 tys. dol., a dla 5 proc. ze 182 tys. do 350 tys. dol., czyli prawie dwukrotnie.

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Już od ponad dwóch miesięcy sygnalizujemy, że rozwój gospodarczy w tym roku może wynieść tylko 2 proc. Jednak najnowsze dane GUS pokazują rosnące ryzyko, że nie uda się osiągnąć nawet tej stosunkowo niskiej wartości.

Wczoraj GUS podał, że w październiku produkcja budowlano-montażowa spadła o 20.1 proc. r/r. To kolejny miesiąc bardzo słabej kondycji budowlanki. I choć w znacznej części wynika ona z mniejszych inwestycji infrastrukturalnych, to jednak warto zauważyć, że inne odczyty makroekonomiczne z Polski są także wyraźnie gorsze od prognoz.

Produkcja przemysłowa w minionym miesiącu spadała o 1.3 proc. r/r, natomiast sprzedaż detaliczna była poniżej konsensusu ekonomistów (4.2 proc. r/r) i wyniosła 3.7 proc. r/r. Pesymistyczne wnioski płyną ze wskaźników wyprzedzających. Indeks PMI dla Polski przygotowywany przez Markit IHS obniżył się w październiku do najniższego poziomu od września 2014 r. Wskazuje on także najniższe od ponad dwóch lat tempo wzrostu zatrudnienia w przemyśle.

Poważne powody do niepokoju powinno także wywoływać opublikowane w poniedziałek opracowanie GUS dotyczące przedsiębiorstw niefinansowych w okresie od stycznia do września 2016 r.  Wynika z niego, że nakłady inwestycyjne w pierwszych trzech kwartałach br. spadły o 9.1 proc., podczas gdy w analogicznym okresie ub.r. notowano wzrost na poziomie 12.3 proc.

Warto także zauważyć, że zmniejszyły się nie tylko inwestycje w “budynki i budowle” (o 17.8 proc.), ale skurczyły się również nakłady na urządzenia techniczne oraz narzędzia (o 4.3 proc.). Stosunkowo słabo wyglądają także inwestycje w przetwórstwie przemysłowym, gdzie nastąpił wzrost o 6.1 proc., podczas gdy w 2014 i 2015 r. było to odpowiednio 17.8 proc. oraz 14.4 proc.

Przyczyny słabych wyników gospodarki

Za znaczną część mniejszych inwestycji opowiadają niższe wydatki jednostek samorządu terytorialnego. Według danych Ministerstwa Finansów cytowanych przez PAP, po trzech kwartałach spadły one z 19.5 do 10.5 mld zł. Ponieważ dane o produkcji budowlano-montażowej za październik są bardzo słabe, można oczekiwać, że na koniec roku nakłady samorządów będą prawie o połowę niższe niż w 2015 r.

Wydatki na środki trwałe zmniejszają się jednak również w części sektora prywatnego. Według danych z wrześniowego Biuletynu Statystycznego GUS, inwestycje w hotele spadły przez pierwsze trzy kwartały o ponad 22 proc. Zmniejszyły się także nakłady na budynki biurowe (o 12.5 proc.) oraz budynki przemysłowe i magazynowe (o 14.6 proc).

Narodowy Bank Polski (NBP) zwraca uwagę, że istotnym elementem wpływającym na inwestycje jest niepewność. W opracowaniu „Szybki Monitoring”, opublikowanym przez NBP pod koniec października br. czytamy, że „rosnąca niepewność nadal jest problemem w przedsiębiorstwach publicznych, przetwórstwie przemysłowym, energetyce oraz górnictwie”.

Jedną z przyczyn ostatniego spowolnienia wzrostu PKB może być fakt, że zarówno sektor publiczny, jak i prywatny silnie zwiększały inwestycje w latach 2014-2015. Obecnie więc, prócz efektu przechodzenia z jednej do drugiej perspektywy unijnej, następuje po prostu ograniczanie nakładów inwestycyjnych po ich silnych wzrostach w przeszłości, które dodatkowo jest potęgowane opisaną wcześniej niepewnością.

PKB poniżej 2 proc. w 2016 r.?

W kalkulacji PKB wyróżniamy trzy podstawowe składowe: konsumpcję generowaną przez gospodarstwa domowe, konsumpcję generowaną przez sektor publiczny oraz inwestycje. Pierwsze dwa komponenty odpowiadają za blisko 80 proc. wzrostu gospodarczego, a trzeci za ok. 20 proc. Wyliczenia mogą być zaburzone przez zmianę zapasów oraz eksportu netto. Jednak, biorąc pod uwagę szacunki Ministerstwa Finansów (MF) i Komisji Europejskiej (KE) oraz ostatnie dane o handlu zagranicznym, te składowe w br. powinny mieć ograniczony wpływ na finalny wynik.

Na podstawie dostępnych danych, można oszacować że spożycie krajowe (publiczne oraz prywatne) prawdopodobnie wzrosną w tym roku ok. 3.6 proc. Oznacza to, że będzie ono miało wkład na poziomie bliskim 2.9 pkt proc.

Ponad dwa miesiące temu liczyliśmy natomiast, że inwestycje skurczą się w tym roku o ok. 4-5 proc. Jednak, biorąc pod uwagę ostatnie doniesienia GUS, ten spadek może być głębszy i zakończyć się w przedziale minus 5-6 proc.

Oznacza to, że wkład inwestycji do PKB może wynieść minus 1.1 pkt proc. W rezultacie więc istnieje poważne ryzyko, że finalny odczyt za 2016 r. będzie w okolicach 1.8 proc.

 

Marcin_Lipka (1)Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Donald Trump zdobył ponad 270 głosów elektorskich, co oznacza, że powinien zostać prezydentem USA. Jednak już w nocy rosnące szanse na zwycięstwo kandydata Republikanów powodowały spadki na giełdach w okolicach 5 proc., osłabienie meksykańskiego peso o ponad 10 proc. i ogólne obniżenie wartości dolara amerykańskiego. W tym kontekście bardzo stabilnie zachowuje się złoty.

Jak zareagowały rynki w pierwszych godzinach po zamknięciu lokali wyborczych – wyjaśnia Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Po godzinie trzeciej w nocy polskiego czasu, gdy coraz więcej wskazywało, że kluczowe „wahające się” stany zostały zdobyte przez Donalda Trumpa, rynek zaczął wyceniać zwycięstwo kandydata Republikanów. Praktycznie od razu meksykańskie peso straciło 6-7 proc. wartości do dolara, a po kolejnych kilkudziesięciu minutach przecena sięgnęła ponad 10 proc.  Strach było widać także na giełdach. Kontrakty terminowe na amerykańskie indeksy traciły 5 proc. wartości, co spowodowało uruchomienie czasowego ograniczenia ich handlu na chicagowskiej giełdzie CME. Podobna skala spadków dotknęła również giełdę japońską.

Wygranymi na rynku były euro i jen, które zyskiwały do dolara odpowiednio 2 i 3 proc. wartości. Pewnym zaskoczeniem jest natomiast bardzo stabilne zachowanie się franka, a nawet jego niewielkie osłabienie w stosunku do euro. Co prawda Szwajcarski Bank Narodowy ostrzegał, że będzie interweniował, gdyby zaszła taka potrzeba, ale jednak pamiętając o doświadczeniach z Brexitu można było oczekiwać przynajmniej chwilowego wzrostu wartości tej waluty.

Dramatyczne spadki liry i spokój na złotym

Wśród walut rynków wschodzących nie tylko na meksykańskim peso widać było paniczną reakcję i spadek do historycznych minimów. Turecka lira traciła w pewnym momencie 5 proc. wartości w relacji do dolara i prawie 7 proc. w stosunku do euro. Są to najniższe poziomy tej waluty w historii. Bardzo podobnie zachowywał się także południowoafrykański rand. Znacznie mniejsza przecena dotknęła natomiast koreańskiego wona, choć w tym przypadku, według doniesień Reutersa, mogło dojść do interwencji banku centralnego, co mogło zmniejszyć chęć sprzedaży tej waluty.

Na tle światowych rynków bardzo spokojnie zachowuje się polski złoty. Co prawda za euro trzeba płacić rano ponad 4.35 zł, czyli najwięcej od połowy września, ale biorąc pod uwagę notowania innych walut krajów rozwijających się, można powiedzieć, że złoty jest bardzo stabilny. Ograniczone globalne zmiany na franku powodują również, że kosztuje on niewiele ponad 4 zł.

Nieznaczne zmiany złotego w relacji do euro i silna przecena dolara w porównaniu do europejskiej waluty powodują, że kurs dolara spadał w nocy do ok. 3.85 zł. Później nastąpiło odreagowanie tego ruchu i teraz jest blisko wczorajszych notowań.

Jak mogą wyglądać następne dni?

 Reakcja rynku na wygraną Trumpa nie jest zaskakująca. Największa przecena dotknęła te waluty, których kraje mogą wyraźnie stracić na bardziej protekcjonistycznym podejściu Stanów Zjednoczonych. Można było natomiast oczekiwać minimalnie większego osłabienia się złotego w relacji do euro i przynajmniej krótkoterminowego wzmocnienia się franka.

Zgodnie z naszymi wcześniejszymi szacunkami, złoty jest zdecydowanie bardziej stabilny, niż inne waluty krajów rozwijających się. Wydaje się, że ta sytuacja nie powinna ulec drastycznej zmianie. Przemawiają za tym przede wszystkim ograniczone kontakty handlowe z USA. Zagadką natomiast pozostaje polityka monetarna. Pierwsze reakcje rynku potwierdziły przypuszczenia, że może ona być łagodniejsza, niż w sytuacji, gdyby wybory wygrała Clinton. Z drugiej strony silny nacisk w zwycięskim przemówieniu Trumpa na wydatki infrastrukturalne może zwiększyć ryzyko wyższej inflacji. To z kolei spowodowałoby wzrost oczekiwań dotyczących podwyżki stóp procentowych w USA i jednak mniejsze prawdopodobieństwo spadku dolara.

Zagrożeniem dla stabilizacji złotego może być natomiast pogłębienie spadków na zagranicznych giełdach. Gdyby do nich doszło, to prawdopodobnie polska waluta również zacznie tracić na wartości. Wciąż jednak oczekiwane zmiany powinny być znacznie mniejsze, niż w przypadku wielu innych walut gospodarek rozwijających się.

 

Marcin_LipkaMarcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

 

 

fot. absfreepic.com

Informacja o tym, że wyższe wykształcenie zapewnia lepsze zarobki, jest na świecie dość powszechna. W jakim stopniu jednak poprawi się nasza przyszła sytuacja finansowa, jeżeli zdecydujemy się na kilka dodatkowych lat nauki? 

 

Według danych OECD, poziom edukacji wpływa na wiele aspektów naszego życia. Statystycznie osoby mające dyplom wyższej uczelni łatwiej znajdują pracę i mają wyższe wynagrodzenie. Dodatkowo charakteryzują się lepszym zdrowiem, chętniej angażują się w wolontariat, a także maja większe zaufanie do ludzi.

Z drugiej strony dłuższa o kilka lat nauka to także koszty. Decydując się na studia, często zaczynamy pracę na pełen etat znacznie później niż nasi rówieśnicy, którzy wybrali inną ścieżkę kariery. Czy więc rzeczywiście dyplom uczelni wyższej to przepustka do sukcesu finansowego?

Łatwiej o pracę

Według badania aktywności ekonomicznej ludności Polski, przeprowadzonego przez GUS w pierwszym kwartale 2016 r., stopa bezrobocia mierzona metodą BAEL wśród osób z wykształceniem wyższym wyniosła 3.4 proc. W przypadku osób, które zakończyły naukę na poziomie gimnazjalnym lub niższym, wynosiła ona 16.4 proc.

Należy jednak zwrócić uwagę, że jeśli podjęliśmy decyzję o rozpoczęciu studiów, to warto je skończyć. Osoby, które legitymują się wykształceniem średnim zawodowym czy policealnym mają mniejsze problemy ze znalezieniem pracy niż te, które zakończyły edukację na poziomie liceum ogólnokształcącego. W pierwszych dwóch przypadkach stopa bezrobocia wynosi odpowiednio 6.1 proc i 7.5 proc. W trzecim natomiast jest to 10.6 proc.

Również jeżeli spojrzymy na wskaźnik zatrudnienia w stosunku do populacji w wieku produkcyjnym (tutaj dla osób starszych niż 15 lat), jest on zdecydowanie wyższy wśród osób z dyplomem uczelni (77.5 proc.) niż w pozostałych grupach, gdzie wynosi od 14.1 proc. (gimnazjum i poniżej) do 61 proc. (średnie zawodowe).

Powyższe statystyki wyglądają bardzo podobnie również w krajach OECD. Poziom bezrobocia osób z wyższym wykształceniem wynosi 4.5 proc. (magisterskie), a gimnazjalnym lub niższym – 14.8 proc.

Ile jest wart dyplom uczelni wyższej na świecie?

OECD w opracowaniu „Education at a Glance” przedstawia koszty i zyski kontynuowania edukacji. Dokument analizuje aspekt finansowy dla różnej liczby lat nauki. Jednak najbardziej wartościowe w obecnych czasach jest  porównanie zarobków tych, którzy legitymują się dyplomem uczelni wyższej z tymi, którzy zakończyli naukę na poziomie policealnym lub średnim zawodowym.

Warto także zauważyć, że wszystkie wyliczenia są przeprowadzone w jednostce USD PPP (ang. purchasing power parity), czyli parytecie siły nabywczej. Daje nam to informację, jak różnica wykształcenia w danym kraju zwiększyłaby nasze realne możliwości zakupu dóbr i usług, gdybyśmy mieszkali Stanach Zjednoczonych. Oczywiście tę wartość można przeliczyć potem na walutę lokalną. W przypadku Polski każdy 1 USD PPP to nominalnie ok. 50 centów amerykańskich, czyli 2 zł.

Średni bezpośredni koszt nauki w krajach OECD to 13.2 tys. USD PPP. Do tego dochodzi koszt utraconych zarobków w wysokości 43.5 tys. USD PPP. W sumie po studiach jesteśmy „na minusie” ponad 55 tys. USD PPP. Bardzo podobne wyliczenia przedstawiane są dla średniej z 21 krajów Unii Europejskiej. Przeciętnie jednak obywatele krajów OECD, którzy mają wykształcenie wyższe, zarobią w ciągu swojego życia o 405 tys. USD PPP (mężczyźni – 477 tys., kobiety – 332 tys.) więcej, niż ci, którzy nie zdecydowali się studia. Od tej kwoty jednak należy odjąć „efekt podatkowy”, a także „składki socjalne”. W rezultacie biorąc również pod uwagę koszt edukacji i utraconych na początku zarobków, jesteśmy do przodu ok. 187 tys. USD PPP netto (mężczyźni – 229 tys. kobiety – 145 tys.).

Należy jednak zauważyć, że nasze finansowe zyski związane z wykształceniem znacznie różnią się w poszczególnych krajach. I tak w Korei Południowej i Nowej Zelandii wynoszą one odpowiednio jedynie 72 tys. i 92 tys. USD PPP. Stosunkowo niewiele da nam dłuższa edukacja w Hiszpanii – nieco ponad 115 tys. USD PPP (u kobiet o 30 tys. więcej niż u mężczyzn). Blisko średnich poziomów OECD wart jest dyplom uczelni wyższej w Niemczech (160 tys. USD PPP) oraz w Holandii (197 tys. USD PPP). Zdecydowanie najbardziej opłacalna jest dłuższa nauka w Stanach Zjednoczonych (366 tys. USD) oraz w Chile (400 tys. USD PPP). A jak na tym tle wygląda sytuacja w Polsce?

Wyższe wykształcenie to ponad pół mln zł zysku netto

Średnio bezpośrednie koszty studiów w Polsce to 6 tys. USD PPP. Do tego musimy dodać utracone zarobki w kwocie 18 tys. USD PPP.  Ta kwota jednak jest niewielka gdy zobaczymy, że mając wyższe wykształcenie zarobimy w ciągu naszego zawodowego życia o ponad 400 tys. USD PPP brutto więcej w porównaniu do tych osób, które na studia się nie zdecydowały.

Oczywiście podobnie jak to miało miejsce w przypadku krajów OECD, należy od tego odjąć jeszcze efekt wyższych podatków (36 tys. USD PPP) oraz składek społecznych (72 tys. USD PPP). Netto nasz zysk wynosi więc 274 tys. USD PPP (mężczyźni – 338 tys., kobiety – 210 tys.). Przeliczając tę kwotę na złote, zgodnie z zasadą przedstawioną wcześniej, możemy ocenić, że średnio dyplom w Polsce jest wart netto nieco ponad 500 tys. zł.

Podobne, choć nieco niższe wartości, są obserwowane w innych krajach naszego regionu. Na Węgrzech jest to 227 tys. USD PPP, a w Czechach 230 tys. PPP. Należy także podkreślić, że wartość dyplomu uczelni wyższej w Polsce jest trzecią najwyższą wśród krajów badanych przez OECD.

Podsumowując, nawet biorąc pod uwagę zastosowane uproszczenia polegające na wrzuceniu wszystkich dyplomów do jednego worka i wyciągnięciu z nich średniej, zyski z posiadania wyższego wykształcenia są bezdyskusyjne. Ponieważ są one również obserwowane w innych krajach, w których gospodarka rynkowa ma dłuższą historię, można oczekiwać, że za kilkanaście lat będą równie aktualne jak obecnie.

 

Marcin_Lipka (1) Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

Według danych Eurostat tylko 7 z 28 krajów Unii Europejskiej ma niższy poziom bezrobocia niż Polska. Teoretycznie to bardzo dobra informacja. W praktyce jednak sytuacja wygląda znacznie gorzej i realnie zdecydowanie bliżej nam do zadłużonych krajów południa niż wiodących państw północy Europy.  

Z miesiąca na miesiąc słyszymy o tym, jak poprawia się sytuacja na polskim rynku pracy. Ostatnio stopa bezrobocia spadła do najniższych poziomów od początku lat 90 i w czerwcu, według danych Eurostat i GUS, wynosiła 6.2 proc. Wskaźnik ten wygląda korzystnie również na tle krajów Unii Europejskiej, gdzie niższy poziom bezrobocia jest notowany jedynie przez siedem krajów, a średnia wynosi 8.6 proc.

Rzeczywistość jest jednak znacznie gorsza niż nam się wydaje. Faktyczna sytuacja na rynku pracy plasuje nas blisko krajów, w których poziom bezrobocia znajduje się powyżej 10 proc., czyli Portugalii lub Cypru. Niektóre dane wskazują nawet, że w statystykach rynku pracy jesteśmy za Hiszpanią, której oficjalny wskaźnik bezrobocia znajduje się na poziomie 20 proc.

Mylący wskaźnik, czyli kilka słów o stopie bezrobocia

 Ogólnie przyjęło się, że miarą kondycji rynku pracy jest stopa bezrobocia. Wskaźnik ten obliczany jest jako stosunek bezrobotnych do aktywnych zawodowo (mających pracę lub jej szukających). Według danych GUS i Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (podobna metodologia we wszystkich krajach Unii Europejskiej) za drugi kwartał br., liczba pracujących w Polsce wynosiła prawie 16.2 mln osób, a liczba osób bezrobotnych przekraczała nieco 1 mln. Pytaniem jest jednak, gdzie „ukryło się” pozostałe 20 mln Polaków?

Część z nich, bo ok. 7 mln, to ludzie poniżej 15 roku życia. Co oczywiste, osoby te nie pracują oraz nie szukają płatnego zajęcia, bo są jeszcze zbyt młode. Cały czas pozostaje jednak ponad 13 mln osób, które są wyłączone z oficjalnych statystyk bezrobocia. Zgodnie z definicją, są to ludzie bierni zawodowo, czyli tacy, którzy w wieku powyżej 15 roku życia nie mają pracy oraz jej nie szukają.

Z grupy biernych zawodowo warto wyłączyć osoby starsze oraz te, które kontynuują naukę do 18 roku życia. Jednak nawet, gdy to zrobimy, to i tak liczba biernych zawodowo w wieku produkcyjnym 18-64 (dla kobiet 18-59) wynosi ponad 5.5 mln osób. W rezultacie, gdy połączymy ich z bezrobotnymi, otrzymamy 6.6 mln ludzi, którzy nie pracują.

Bardziej miarodajny wskaźnik, czyli “stopa zatrudnienia”

 Wskaźnikiem obejmującym znacznie większą grupę osób niż “poziom bezrobocia”, jest “stopa zatrudnienia”. Jest to stosunek liczby osób mających pracę, do tych, którzy są w wieku produkcyjnych (Eurostat określa go jako przedział wiekowy 20-64 lata). Ten indeks wydaje się zdecydowanie bardziej miarodajny niż stopa bezrobocia, gdyż realnie pokazuje, jaki procent społeczeństwa rzeczywiście pracuje.

W Polsce, na koniec 2015 r., stopa zatrudnienia według danych Eurostat wynosiła 67.8 proc. Dało nam to 19 miejsce w Unii Europejskiej. W tej klasyfikacji lepszy od Polski jest Cypr (67.9 proc.), Portugalia (69.1 proc.), Francja (69.5 proc.), czy Łotwa (73.3 proc). Warto przy tym zauważyć, że oficjalna stopa bezrobocia w tych krajach wynosi odpowiednio 11.7 proc., 11.2 proc., 9.9 proc. oraz 9.8 proc. W Polsce natomiast jest to 6.2 proc.

Z czego więc wynikają tak znaczne różnice? W Polsce jest dość duża liczba osób, która nie dość, że nie ma pracy, to nawet jej nie szuka. Idealnie obrazuje to rozdźwięk pomiędzy stopą bezrobocia i zatrudnienia w przedziale wiekowym 55-64 lata. Ta pierwsza wynosiła zaledwie 4.9 proc. w pierwszym kwartale, przy zatrudnieniu na poziomie 45.7 proc. Częściowo może za to odpowiadać fakt, że według GUS ponad 650 tys. osób będących w wieku produkcyjnym, faktycznie przebywa już na emeryturze oraz 1.33 mln jest zakwalifikowanych do grupy „Choroba, niepełnosprawność”.

Zatrudnienie w przedziale wiekowym 55-64, jest według danych OECD trzecim najniższym w UE. W tej klasyfikacji wyprzedza nas m. in. Hiszpania (48.7 proc.) czy Włochy (49.7 proc.). W Szwecji natomiast ten odsetek kształtuje się na poziomie 74.8 proc., czyli o ponad 30 pkt procentowych więcej niż w Polsce.

W Polsce 32 proc. osób nie ma zatrudnienia

Podsumowując, realna sytuacja na rynku pracy jest wyraźnie gorsza niż przedstawia to popularna stopa bezrobocia. Wynika to z faktu, że znaczna liczba osób w wieku produkcyjnym nie tylko nie ma pracy, ale również jej nie szuka. Z tego powodu nie jest wliczana do najczęściej omawianych statystyk.

W rezultacie, aby lepiej zobrazować sytuację na krajowym rynku pracy, można łatwo zmodyfikować wskaźnik zatrudnienia. Skoro według danych Eurostat 67.8 proc. Polaków w przedziale 20-64 lata znajduje zatrudnienie, to tego zatrudnienia nie ma ponad 32 proc. osób w wieku produkcyjnym.

I choć ta miara nie jest pozbawiona wad, to z pewnością lepiej oddaje faktyczną sytuację na rynku pracy, niż informacja, że bezrobocie wynosi 6.2 proc.

 

Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

Wiele funduszy zajmujących się lokowaniem środków klientów na rynku obligacji skarbowych w Europie osiąga w tym roku dwucyfrowe stopy zwrotu. Również zyski z ostatnich lat są imponujące. Jak to możliwe skoro w wielu krajach mamy ujemne stopy procentowe i w którym momencie ten bezprecedensowy rajd się skończy? 

Rynek obligacji skarbowych można podzielić na dwa światy. W tym pierwszym, zdecydowanie prostszym, inwestor nabywa obligację i czeka do momentu jej wykupu przez emitenta. Zysk dla inwestora w tym wypadku jest z góry znany i zwykle wypłacany w konkretnych odstępach czasowych np. co roku. Jeżeli więc pożyczymy państwu 100 zł, na okres 10 lat, to przy kuponie obligacji 3 proc., co 12 miesięcy dostaniemy 3 zł, a na końcu otrzymamy zwrot kapitału. W sumie w roku 2026 z całej inwestycji powinniśmy mieć 130 zł.

Zupełnie innymi zasadami rządzą się instrumenty dłużne, od których uzależniona jest stopa zwrotu funduszy inwestycyjnych, a więc zysk czy strata klienta. Wynika to z faktu, że obligacje skarbowe są notowane na rynku i ich wartość zmienia się głównie w zależności od bieżących stóp procentowych, zakładając oczywiście, że wiarygodność dłużnika, czyli w tym wypadku kraju, nie uległa w międzyczasie zmianie. Ważnym elementem jest również kwestia popytu i podaży, która także wpływa na bieżący zwrot z inwestycji.

 Kluczowa cena obligacji

Na rynku wtórnym obligacji inwestorzy głównie operują ceną. Jest ona uzależniona od kuponu instrumentu dłużnego w momencie emisji (przyjmijmy, że jest to 3 proc.), ceny emisji (np. 100 zł), terminu wykupu (np. 10 lat) oraz wysokości przyszłych stóp procentowych. Dla uproszczenia pomijamy w tym momencie wiarygodność kredytową emitenta.

Co więc się dzieje z wyemitowaną wcześniej 10-letnią obligacją o kuponie 3 proc. i cenie emisji/wykupu 100 zł, gdy stopy procentowe na rynku spadają i skarb państwa może już wyemitować nową obligację o kuponie 2 proc. i cenie sprzedaży/wykupu 100 zł? Jej cena rośnie do poziomu około 110 zł. Dlaczego? Wynika to z faktu, że jej przyszła stopa zwrotu musi być tożsama z bieżącymi warunkami rynkowymi i przynosić mniej więcej rentowność na poziomie 2 proc. rocznie, mimo że została wyemitowana z kuponem 3 proc. To dostosowanie zapewnia nam właśnie cena obligacji. W uproszczeniu warunki obu inwestycji są więc takie same.

Jednak dla tych, którzy nabyli 10-letnią obligację z kuponem 3 proc., nagły spadek bieżących stóp procentowych do poziomu 2 proc. jest fantastyczną informacją, gdyż cena naszego papieru wartościowego wzrosła ze 100 zł do 110 zł. Możemy więc go sprzedać i nie czekając na moment wykupu i zainkasować zysk w wysokości 10 proc.

Oczywiście sytuacja jest odwrotna, gdy rynkowe stopy procentowych rosną np. do 4 proc. Wtedy nasza wcześniej wyemitowana obligacja o analogicznych parametrach traci na wartości i jej cena wynosi ok. 90 zł. Warto także zwrócić uwagę, że im dłuższy lub krótszy termin zapadalności, tym skala zmiany ceny jest większa lub mniejsza przy jednostkowej zmianie oprocentowania, gdyż cena musi „wyrównać” zmiany wpłaty pochodzące z kuponu. Przykładowo 20-letnia obligacja wyemitowana po cenie 100 zł z kuponem 2 proc. po spadku rynkowych stóp procentowych do 1 proc. ma wartość prawie 120 zł. Ale już w przypadku 5-letniego papieru wartościowego analogiczna zmiana stóp procentowych spowoduje wzrost ceny do ok. 105 zł.

Bezprecedensowe zyski

W tym momencie zaczynamy więc dochodzić do sedna sprawy. Zakładamy, że mamy fundusz obligacji, którego portfel w połowie 2013 r. równomiernie podzieliśmy na obligacje skarbowe Hiszpanii, Włoch Niemiec oraz Francji, gdy ich 10-letnie rentowności (lub kupon w momencie emisji) wynosiły odpowiednio 5 proc., 4 proc., 2.5 proc. oraz 2 proc. (średnio 3.38 proc).

Obecne rentowności obligacji tych krajów są zdecydowanie niższe. Wynika to przede wszystkim z niższej oczekiwanej inflacji, ujemnych stóp procentowych i programów skupu aktywów z rynku przeprowadzanych przez Europejski Bank Centralny (EBC). Wszystkie te informacje są jednak niezwykle korzystne dla posiadacza takiego portfela. Rentowności tych obligacji znacznie spadły i w przypadku Hiszpanii i Włoch wynoszą ok. 1 proc, francuskie są blisko zera, a niemieckie mają wartość ujemną. Ich średnia rentowność wynosi ok. 0.5 proc.

Gdyby spadek rentowności był natychmiastowy, to na takim portfelu zyskalibyśmy prawie 30 proc. w zawiązku ze zmianą samej ceny. Po trzech latach cena już nie jest taka wysoka, ale nasz zysk jest podobny, gdyż do tej pory otrzymaliśmy wypłatę 3 kuponów.

Problem polega na tym, że powtórzenie obecnej sytuacji jest praktycznie niemożliwe, gdyż wymagałoby, żeby rentowności obligacji dalej spadały i osiągały poziomy głęboko poniżej zera. Już teraz jednak napływają sygnały od EBC, że dalsze obniżanie stóp procentowych (obecnie na poziomie minus 0.4 proc.) raczej nie będzie kontynuowane, a nawet gdyby takie obniżki się pojawiły to ich skala będzie minimalna.

To oznacza, że obecnie nabywane instrumenty dłużne i to niezależnie od rozwoju sytuacji praktycznie nie mają szans na dalszy wzrost wartości, który co warto dodatkowo podkreślić, jest spowodowany również przez program luzowania ilościowego EBC. Powoduje on, że cena obligacji jest wyższa, a ich rentowność niższa niż w przypadku, gdyby bank centralny nie był aktywny na rynku.

Kiedy bańka pęknie?

Określenie konkretnego czasu wzrostu rentowności obligacji skarbowych, a zatem spadku ich ceny i obniżenia wartości portfela instrumentów dłużnych jest praktycznie niemożliwe. Warto jednak zauważyć, że gdy kupon obligacji ma wartość „zero”, to potencjał na wzrost ceny tego instrumentu jest ograniczony, gdyż rynkowe stopy procentowe musiałyby schodzić coraz głębiej poniżej zera.

Ujemne stopy procentowe kreują jednak szereg problemów. Od kosztów dla samych instytucji finansowych, które przetrzymują pieniądze gospodarstw domowych oraz przedsiębiorstw, po ryzyko, że alokacja funduszy rynkowych będzie zmierzać w kierunku zdecydowanie bardziej ryzykownych aktywów, co jeszcze bardziej będzie zwiększać rosnącą bańkę.

Warto także zwrócić uwagę, że w gronie bankierów centralnych odbywa się coraz szersza dyskusja, wokół stymulującej roli polityki pieniężnej, która zaczyna dochodzić do obiektywnego limitu. To oznacza, że dalsze obniżanie stóp procentowych czy zwiększanie skupu obligacji niekoniecznie musi zwiększać popyt na kredyt w realnej gospodarce, a staje się coraz większym obciążeniem dla oszczędzających. Coraz głośniej natomiast mówi się o zwiększeniu roli polityki fiskalnej, zwłaszcza że przecież bieżące koszty emisji długu są rekordowo niskie, a nawet w przypadku niektórych krajów ujemne. Gdyby ta koncepcja zaczęła przeważać, a bank centralny zacząłby powoli zmniejszać swoje działanie stymulujące, wtedy rentowności obligacji zaczęłyby rosnąć i dochodzić do względnie realnych poziomów.

W sytuacji ich wzrostu do przedziałów obserwowanych w połowie 2015 r. nasz wcześniej określony portfel obligacji straciłby kilkanaście procent w porównaniu do obecnych wartości.

Wpływ na polski rynek długu

Mogłoby się wydawać, że polskie obligacje skarbowe są w niewielkim stopniu narażone na powyższe zmiany. Rynek jest jednak globalny i mimo krajowej polityki pieniężnej i własnej waluty rentowności krajowych instrumentów dłużnych zmieniają się w tym samym kierunku co europejskich.

Jeżeli więc za granicą nastąpi zmniejszenie się aktywności EBC, a perspektywy inflacji wzrosną, w związku z bardziej stymulującą rolą polityki fiskalnej, można oczekiwać, że również ceny polskich obligacji stracą na wartości. Ten ruch prawdopodobnie będzie jednak mniej spektakularny, chociażby ze względu na fakt, że NBP nie skupuje obecnie obligacji z rynku.

Podsumowując, jest praktycznie pewne, że zyski osiągnięte w ostatnich latach na obligacjach skarbowych już się nie powtórzą. Za scenariusz optymistyczny należy uznać, że przez kolejne kwartały utrzymają one swoje bieżące poziomy. Z kolei coraz bardziej prawdopodobny staje się scenariusz, że portfele europejskich obligacji zaczną przynosić zauważalne straty, które w zależności od ich struktury mogą wynieść kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt procent.

 

Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

Według danych Eurostat mamy w Polsce bezrobocie na poziomie 6.9 proc. To zdecydowanie mniej niż średnia unijna, wynosząca 8.9 proc. i przeciętna wartość w strefie euro, wynosząca 10.3 proc. Czy jednak te informacje rzeczywiście oznaczają, że pozostałe kraje Unii mogą nam zazdrościć? Niekoniecznie. 

Patrząc na ostatnie dane statystyczne z krajowego rynku pracy, może się wydawać, że w Polsce mamy praktycznie pełne zatrudnienie. Stopa bezrobocia mierzona według BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności), stosowana przez GUS i Eurostat spadła od końca 2013 r. aż o trzy punkty procentowe i wynosi obecnie 6.9 proc. To najniższe poziomy od czasu przemian gospodarczych z początku lat 90. Dodatkowo porównując te wartości z innymi gospodarkami Unii Europejskiej, można odnieść wrażenie, że nasz kraj odniósł prawdziwy sukces w kontekście rynku pracy. Według danych Eurostat na koniec stycznia, Polska ma niższe bezrobocie niż Szwecja (7.0 proc.), Belgia (7.9 proc.) czy Irlandia (8.6 proc.). Teoretycznie jeszcze gorzej wygląda sytuacja w Finlandii (9.4 proc.) czy Francji (10.2 proc.). Gdy jednak spojrzymy na inne parametry rynku pracy, sytuacja wygląda już zupełnie inaczej.

Wskaźnik zatrudnienia, czyli stosunek liczby pracujących do liczby osób w wieku produkcyjnym (15-64 lata), wynosił na koniec 2015 r. 63.7 proc. To mniej niż we Francji (64.3 proc., dane Insee na koniec 2015 r. ), gdzie stopa bezrobocia jest o połowę wyższa niż nad Wisłą. Z kolei w Szwecji wskaźnik zatrudnienia wynosi 76.8 proc. przy tym samym poziomie bezrobocia co w Polsce.

Niskie bezrobocie i niewielkie zatrudnienie. Jak to możliwe?

Szukając przyczyn tak niskiego wskaźnika zatrudnienia, dość szybko dostrzegamy, że wyraźnie zaniżają go osoby w przedziale wieku 55-64 lata. W tym przedziale wiekowym wynosi on, według danych GUS, 45.8 proc. Co ciekawe, akurat w tej grupie stopa bezrobocia jest bardzo niska. To jedynie 4.9 proc. Co to oznacza? Ponad 2.8 mln ludzi, którzy nie tylko nie pracują, ale także pracy nie szukają.

Dodatkowo, według danych Eurostat na koniec 2014 r., jedynie 32.9 proc. kobiet w Polsce w przedziale wiekowym 55-64 ma zatrudnienie. Warto zwrócić na to uwagę, ponieważ średnia dla całej Unii, wynosi dla tej grupy 45.2 proc. W przypadku Szwecji czy Irlandii ten współczynnik sięga odpowiednio 71.5 proc. i 44.7 proc.. Interesujący jest również fakt, że w tej kategorii wyprzedza nas również Hiszpania (37.8 proc.), a w tym kraju oficjalne bezrobocie jest trzy razy wyższe niż w Polsce i wynosi 20.5 proc.

Polski rynek pracy ma również poważny problem z wchłonięciem osób z niższymi kwalifikacjami. Według danych OECD, odsetek zatrudnionych w wieku produkcyjnym z wykształceniem poniżej średniego, wynosił pod koniec 2013 r. jedynie 38.5 proc. i był to drugi najniższy wynik wśród 34 członków OECD. Wyprzedzała nas w tej klasyfikacji m.in. Grecja (45.1 proc.), Francja (54.5 proc.) oraz Szwecja (62.5 proc.).

Statystyki wyraźnie poprawiają się, gdy spojrzymy na analogiczną grupę osób z wyższym wykształceniem. Tutaj wskaźnik zatrudnienia dla obu płci w Polsce wynosi według OECD 84.8 proc. To plasuje nas wyżej niż Francję (84.4 proc.) i na tym samym poziomie co Wielką Brytanię (84.8 proc.). Wysoki wskaźnik zatrudnienia potwierdzony jest również niskim poziomem bezrobocia. Według danych Eurostat na koniec 2014 r. wskaźnik ten wynosił dla osób legitymujących się dyplomem uczelni wyższej jedyne 4.1 proc. Jest to praktycznie tyle samo ile w Szwecji (4.0 proc.) i zdecydowanie mniej niż we Francji (5.8 proc.), Irlandii (6.1 proc.) oraz Hiszpanii (13.8 proc.).

Co zrobić by było lepiej?

Co więc jest kluczem, by sytuacja na krajowym rynku pracy rzeczywiście się poprawiła? Dane pokazują, że przede wszystkim powinien rosnąć odsetek osób z wyższym wykształceniem, co również będzie determinować dłuższą pracę. Potwierdzają to badania OECD, zamieszczone w raporcie „Education at a Glance 2015”. Wskaźnik zatrudnienia Polaków w przedziale wieku 55-64 lata, legitymujących się wyższym wykształceniem, wynosi 66 proc. przy wartości 45.8 proc. dla całej populacji i jedynie 25 proc. dla tych, którzy edukację zakończyli na szkole podstawowej. Pozwoli to wyraźnie podnieść ogólny poziom zatrudnienia w naszym kraju, co zbliży Polskę do średnich wartości obserwowanych w krajach rozwiniętych.

Komentarz Marcina Lipki, analityka Cinkciarz.pl

Ostatnio pojawiło się wiele analiz dotyczących hipotetycznego wpływu Brexitu na wycenę funta, kondycji brytyjskiej gospodarki czy polityki monetarnej Banku Anglii. Jak może zachować się złoty w sytuacji opuszczenia UE przez Wielką Brytanię? 

W Wielkiej Brytanii od miesięcy trwa dyskusja na temat możliwości opuszczenia przez ten kraj struktur Unii Europejskiej. W ostatnich tygodniach nabrała ona tempa, ze względu na ogłoszenie daty referendum przez premiera Davida Camerona. Wpływ na to miało także rozpoczęcie kampanii na rzecz Brexitu, przez Borisa Johnsona, wiodącego polityka partii konserwatywnej.

Polityczna dyskusja na Wyspach i niezdecydowanie obywateli w sondażach, kreują również ryzyka gospodarcze dość szybko przekładające się na wycenę funta. W lutym brytyjska waluta spadła w relacji do amerykańskiego dolara do najniższych poziomów od 2009 r. Dlaczego jednak Brexit jest tak niekorzystny dla brytyjskiej gospodarki?

Niezbilansowana gospodarka

 „Financial Times” przeprowadził badania wśród reprezentatywnej grupy ponad stu ekonomistów. Jak się okazało, zdecydowanie przeważają negatywne opinie, na temat konsekwencji możliwego Brexitu dla brytyjskiej gospodarki. Żaden z badanych nie uważa, że opuszczenie Unii poprawiłoby tegorocznej sytuacji ekonomicznej kraju, a aż 72 proc. respondentów sądzi, że pogorszy się ona w średnim terminie, czyli w ciągu kilku lat.

Z kolei w ankiecie przygotowanej przez agencję Bloomberg, 20 z 34 bankierów inwestycyjnych zakłada, że w tydzień po Brexicie funt może być wart 1.30 dolara lub mniej. To oznaczałoby przynajmniej dziesięcioprocentową przecenę brytyjskiej waluty, w porównaniu do bieżących notowań. Siedmiu ankietowanych z tej grupy oczekuje, że para GBP/USD może spaść poniżej granicy 1.20, czyli do najniższego poziomu od 30 lat.

Nawet jeżeli założymy, że obawy ekspertów są przesadzone, a średnioterminowe skutki nie są tak oczywiste, to wciąż warto zwrócić uwagę na brak równowagi w brytyjskiej gospodarce. Przede wszystkim Brytyjczycy borykają się z wysokim deficytem rachunku obrotów bieżących, który waha się w ostatnich kwartałach w granicach 4-5 proc. PKB, czyli około 150 mld dolarów rocznie.

Do tej pory ta nierównowaga zewnętrzna była głównie finansowana przez bezpośredni napływ inwestycji zagranicznych (FDI). Jednak w scenariuszu Brexitu można oczekiwać, że nastąpi znaczne ograniczenie FDI ze względu na niepewność gospodarczą. To oznaczałoby, że ten deficyt stałby się mało stabilny i jego zmniejszenie zostałoby prawdopodobnie wymuszone przez osłabienie waluty i zmniejszenie importu.

Warto także zwrócić uwagę na brytyjski sektor finansowy. Generuje on ok. połowę nadwyżki w zagranicznym bilansie usług. Gdyby jednak Wielka Brytania opuściła Unię, to prawdopodobnie Bruksela znacznie ograniczyłaby działalność tego sektora na swoim terenie. To również wpływałoby negatywnie na rachunek obrotów bieżących.

Osłabienie funta i niepewność gospodarcza mogłaby wyraźnie pogorszyć nastroje konsumentów i chęć do inwestowania. Nawet jeżeli ta reakcja byłaby względnie krótkotrwała , to i tak mogłaby zwiększyć oczekiwania obniżenia stóp procentowych przez bank centralny. To byłby kolejny cios dla funta. W rezultacie szacunki banku HSBC zakładające, że funt osłabi się do dolara o 15-20 proc. w przypadku Brexitu, nie muszą być wcale przesadzone.

Niejednoznaczne sondaże

 Elementem zwiększającym niepewność dotyczącą wyniku referendum jest również podział społeczny, obserwowany w badaniach opinii publicznej. Średnia z ostatnich sześciu sondaży publikowana przez portal Whatukthinks.org pokazuje, że 51 proc. ankietowanych jest za pozostaniem w strukturach Unii, a 49 proc. popiera Brexit.

Warto jednak zauważyć, że w badaniach opinii publicznej w Wielkiej Brytanii przeważają sondaże typu online, gdzie zarejestrowana grupa użytkowników wybierana jest przez dany ośrodek do konkretnej próby. Miedzy innymi YouGov pisze na swojej stronie, że w swojej bazie danych ma 360 tys. użytkowników. Ogólnie w sondażach online wynik jest najczęściej remisowy.

Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w przypadku głosowego kontaktu z respondentem. W jednym z ostatnich sondaży telefonicznych, przeprowadzonych przez ComRes 22 lutego, przewaga zwolenników pozostania w Unii nad przeciwnikami wyniosła 12 punktów procentowych. W analogicznym badaniu Survation z 20 lutego oraz Ipsos Mori z 16 lutego, przewaga przeciwników Brexitu nad jego zwolennikami wyniosła odpowiednio 15 oraz 18 punktów procentowych. To może sugerować, że biorąc pod uwagę zarówno sondaże telefoniczne, jak i online, rozkład wyników jest jednak nieco przesunięty w stronę pozostania Wielkiej Brytanii w strukturach Unii.

Jednak powyższa koncepcja również zaczyna słabnąć. Opublikowany 15 marca telefoniczny sondaż, przeprowadzony przez „The Telegraph” oraz ORB pokazuje, że zwolennicy Brexitu mają dwuprocentową przewagę nad jego przeciwnikami. Rośnie więc ryzyko, że do dnia głosowania żadna ze stron nie będzie miała przewagi, a to potęguje niepewność rynkową oraz gospodarczą.

Wpływ na złotego i polską gospodarkę

 Jeżeli dojdzie do Brexitu, największy ciężar tego wydarzenia zostanie przyjęty przez funta. Jego przecena może wynieść od 10-20 proc. w relacji do dolara. Warto jednak zauważyć, że brytyjska waluta prawdopodobnie straci znacznie mniej do jej europejskiego odpowiednika. Po pierwsze dlatego, że opuszczenie struktur Unii przez jednego z jej członków, będzie oznaczać ogólną słabość tego ekonomiczno-politycznego bloku. Po drugie, beneficjentem tych wydarzeń będzie najprawdopodobniej dolar. Stąd para EUR/GBP nie powinna wzrosnąć więcej niż 10 proc.

Jeszcze mniej może stracić funt w relacji do złotego. Ogólny wzrost napięcia na europejskim rynku finansowym oraz ryzyko dalszych rozłamów wewnątrz Unii, może spowodować, że negatywne skutki dość szybko odczują beneficjenci wspólnego budżetu. Wówczas inwestorzy dość szybko sobie przypomną o ostatnim cięciu ratingu Polski oraz napiętym planie wydatków na 2017 r. Przez to złoty może szybko stać się ofiarą odpływu kapitału. W rezultacie, mimo ogólnego osłabienia funta, jego cena nie spadnie poniżej 5 zł, a za euro, dolara czy franka, będziemy musieli prawdopodobnie płacić więcej niż obecnie.

Brexit może negatywnie wpłynąć również na gospodarkę poprzez kanał handlu zagranicznego. Wielka Brytania jest naszym drugim największym partnerem eksportowym. Wg danych GUS, w 2015 r. wysłaliśmy na Wyspy towary o wartości 50 mld zł. Natomiast import z tego kraju wyniósł jedynie 19 mld. zł. Oznacza to nadwyżkę przekraczającą 30 mld zł, czyli 4 proc. całego polskiego eksportu.

Z dużym prawdopodobieństwem Londyn nie dogadałby się szybko w kwestii nowych umów handlowych z Brukselą, co spowodowałoby prawdopodobnie zaburzenia w wymianie towarowej i ryzyko utraty rynków przez polskich przedsiębiorców. Hipotetyczne zmniejszenie nadwyżki handlowej oznacza ryzyko fundamentalnej presji spadkowej na polską walutę.

Co ciekawe, nawet jeżeli cała operacja Brexitu zostanie przeprowadzana względnie łagodnie, to i tak zagrożenia dla Polski pozostaną. Kolejne, bogatsze kraje, mogą w takim scenariuszu także dążyć do opuszczenia Unii. To może oznaczać presję na mniejsze wsparcie finansowe takich państw jak Polska, a w skrajnym przypadku nawet całkowite zatrzymanie napływu środków pomocowych z UE. Warto przypomnieć, że według danych Komisji Europejskiej, tylko w 2014 r. Polska otrzymała z budżetu unijnego 13.7 mld. euro netto, czyli 3.3 proc. PKB.

Komentarz Marcina Lipki, analityka Cinkciarz.pl

Eksperci

Gontarek: Trzy dobre pomysły KE jak rozwijać kompetencje cyfrowe

15 stycznia Komisja Europejska przyjęła nowe inicjatywy mające na celu poprawę kluczowych kompetencj...

Grejner: Koniec silnego złotego może być bliski

Chociaż polska gospodarka utrzymuje się w znakomitej kondycji, na wzrost wartości złotego wpływają p...

Bugaj: Dobre złego początki

Jedno ze słynnych powiedzeń Warrena Buffetta głosi, że inwestorzy powinni być bojaźliwi, gdy inni są...

Kowalski: Interpretacja MF w sprawie VAT rozstrzyga wątpliwości prawne

Interpretacja ogólna Ministra Finansów w sprawie VAT od usług ściśle związanych z profilaktyką, zach...

Przasnyski: Rozbieżne prognozy dla stóp procentowych

Środowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej z pewnością nie przyniesie zmiany stóp procentowych, a ...

AKTUALNOŚCI

Gdańskie lotnisko obsłużyło pół miliona pasażerów

W 2017 roku Port Lotniczy Gdańsk im. Lecha Wałęsy obsłużył 4.611.714 pasażerów, co oznacza wzrost na...

GUS przygotował informacje o polskich seniorach

Prawie jedna czwarta ludności Polski to osoby po sześćdziesiątym roku życia. Przeciętne świadczenie ...

Mieszkanie plus priorytetem. Rząd „zmieni otoczenie prawne dla inwestycji”

Program Mieszkanie plus będzie priorytetem rządu na najbliższe miesiące - mówił w piątek minister in...

Odpowiedź Apple po fali krytyki

Szef koncernu Apple, Tim Cook, zapowiedział,  że nowa aktualizacja systemu operacyjnego iOS 11 pozwo...

W Polsce powstanie elektrownia jądrowa

Elektrownia jądrowa będzie w Polsce budowana – to jest mój pogląd i ja go podtrzymuję - powiedział  ...