sobota, Listopad 25, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "kryzys"

kryzys

Dziś w wieku mobilnym jest około 14,5 mln Polaków. W 2050 roku liczba ta zmniejszy się o 4,5 mln. By utrzymać dzisiejsze proporcje pomiędzy osobami w wieku mobilnym i poprodukcyjnym potrzeba 10,6 mln osób. Jednym z rozwiązań, które może zapobiec kryzysowi demograficznemu na rynku pracy jest jego szersze otwarcie na cudzoziemców. Przepisy wchodzące w życie od przyszłego roku dotyczące zatrudniania cudzoziemców nie zmienią znacząco sytuacji na rynku pracy. Wprowadzą za to więcej wymogów formalnych dla pracodawców z sektora rolnego, ogrodniczego i turystycznego.

Polskiemu rynkowi pracy grozi kryzys

W ostatnich latach jednym z najbardziej widocznych zjawisk w polskim życiu społecznym jest migracja Polaków, w tym szczególnie młodego pokolenia. Z danych GUS wynika, że w 2016 roku poza granicami Polski przebywało ponad 2,5 mln Polaków. W 2080 roku Polska może być krajem, który będzie miał niespełna 30 mln mieszkańców. Czy sytuację demograficzną Polski mogą zmienić obcokrajowcy? Bardziej intensywna imigracja do Polski była do tej pory przewidywana przez demografów dopiero po 2030 roku. Imigranci mają sprawić, że w 2080 roku populacja Polski będzie większa o 1,2 mln osób. Kryzys demograficzny pozostaje nie bez wpływu na rynek pracy. Dziś w wieku mobilnym jest około 14,5 mln Polaków, w 2050 r. liczba ta zmniejszy się o 4,5 mln osób. By utrzymać dzisiejsze proporcje pomiędzy Polakami w wieku poprodukcyjnym i mobilnym potrzeba 10,6 mln osób.

– Nawet jeżeli w najbliższych latach w Polsce utrzyma się stały napływ imigrantów z Ukrainy, to i tak nie wystarczy to, aby zatrzymać negatywne tendencje demograficzne. Potrzebujemy przynajmniej 4,5 mln osób w wieku produkcyjnym. Do naszego kraju musieliby przyjechać wszyscy Ukraińcy deklarujący chęć wyjazdu do Polski, czyli ponad 4 mln osób – mówi Piotr Arak, Menedżer w Zespole Analiz Ekonomicznych Deloitte.

W Polsce pracują głównie Ukraińcy

W Polsce od 2014 roku widoczny jest znaczny wzrost liczby zezwoleń na pracę wydanych firmom zatrudniającym obywateli krajów spoza Unii Europejskiej. W 2016 roku w porównaniu do roku poprzedniego wyniósł on 93 proc. W pierwszym półroczu 2017 roku wzrost liczby wydanych zezwoleń na pracę przekroczył 100 proc. (w porównaniu do pierwszego półrocza 2016 r.). W tym czasie takie zezwolenia otrzymało ponad 108 tys. osób.

– W ogólnej liczbie wydanych zezwoleń dominują obywatele Ukrainy. W 2016 roku otrzymali około 83 proc. z nich. Pozostały odsetek przypada na obywateli Białorusi, Mołdawii, Indii, Chin oraz innych krajów trzecich – mówi Marcin Grzesiak, Starszy Menedżer w Zespole Rozwiązań dla Pracodawców w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

W przepisach polskiego prawa istnieje uproszczona forma zatrudniania cudzoziemców (dotycząca cudzoziemców pochodzących z Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy) pozwalająca na ich angażowanie bez konieczności uzyskiwania zezwolenia na pracę na okres sześciu miesięcy w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy. Również w tym przypadku zdecydowana większość oświadczeń dotyczyła obywateli Ukrainy – aż 96 proc. z ponad 1,3 mln oświadczeń zarejestrowanych w 2016 r. przypadało na Ukraińców (95 proc. w pierwszym półroczu 2017 r.). Pracowników z Ukrainy zatrudnia bądź zatrudniało 16 proc. polskich firm. W tej grupie prym wiodą duże podmioty, wśród których współpracę z kadrą ze Wschodu zadeklarowało 44 proc. W przypadku średnich firm odsetek ten wyniósł 21 proc., a w małych 13 proc.

Nowe zasady dla rolnictwa, ogrodnictwa i turystyki

Na początku sierpnia 2017 roku Prezydent podpisał nowelizację ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, która wprowadza szereg zmian w zakresie legalizacji pobytu i pracy cudzoziemców w Polsce. Wejdzie ona w życie od 1 stycznia 2018 roku. Nowa ustawa implementuje, m.in. postanowienia dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/36/UE z dnia 26 lutego 2014 r. w sprawie warunków wjazdu i pobytu obywateli państw trzecich w celu zatrudnienia w charakterze pracownika sezonowego.

Co się zmieni? Przede wszystkim pojawi się nowy rodzaj zezwolenia na pracę – zezwolenie na pracę sezonową. Będą się mogli o nie ubiegać obywatele wszystkich państw spoza UE. Zezwolenia będą wydawane dla trzech sektorów: rolnictwa, ogrodnictwa i turystyki. Warunkiem zatrudnienia cudzoziemca będzie przeprowadzenie przez pracodawcę tzw. testu lokalnego rynku pracy, który powinien wykazać, że na dane miejsce pracy nie ma chętnych wśród Polaków (z obowiązku przeprowadzenia testu rynku pracy będą zwolnieni obywatele Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy). Zezwolenie będzie wydawane na nie dłużej niż dziewięć miesięcy w roku kalendarzowym.

Zmieniona ustawa utrzymuje  w dalszym ciągu możliwość wykonywania pracy na podstawie uproszczonej procedury dla obywateli Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy, podejmujących zatrudnienie w podmiotach  spoza wymienionych wyżej sektorów. Okres wykonywania pracy na podstawie oświadczenia nadal nie będzie mógł być dłuższy niż sześć miesięcy w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy. Wydanie oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi będzie jednak od nowego roku odpłatne. Pracodawcy zatrudniający cudzoziemców w Polsce powinni więc przygotować się na nadchodzące zmiany przepisów imigracyjnych w zależności od sektora, w którym prowadzą działalność.

Większe wymogi mają ograniczyć szarą strefę

Co ważne, nowe przepisy zakładają zaostrzenie kar dla podmiotów zatrudniających cudzoziemców nielegalnie – górny limit grzywny za wykroczenia pracodawców związane z nielegalnym zatrudnieniem zostanie od przyszłego roku podniesiony do poziomu 30 tys. zł. (obecnie limit grzywny wynosi 5 tys. zł). Jednocześnie zezwolenia na pracę oraz oświadczenia wydane w procedurze uproszczonej będą rejestrowane w systemach teleinformatycznych, do których dostęp będą miały m.in. służby kontrolujące legalność zatrudnienia i pobytu cudzoziemców.

– Groźba dotkliwszych sankcji związanych z niezgodnym z prawem zatrudnieniem cudzoziemców może ograniczyć szarą strefę i tym samym przełożyć się na dalszy wzrost zainteresowania legalnymi formami zatrudnienia cudzoziemców spoza UE w Polsce, zwłaszcza tymi bardziej długoterminowymi– mówi Marcin Grzesiak.

Zdaniem ekspertów Deloitte zapowiedziane zmiany komplikują obecnie obowiązujące procedury legalizacji pracy cudzoziemców, podczas gdy zapotrzebowanie rynku na nowych pracowników rośnie i będzie nadal rosło.

– Imigracja do Polski znajdzie się pod większą kontrolą państwa i urzędów, a pracodawcy, którzy korzystają z zatrudnienia cudzoziemców muszą liczyć się z częstszymi niż dotychczas kontrolami służb sprawdzających legalność zatrudnienia i pobytu cudzoziemców – mówi Marcin Grzesiak.

Jednocześnie, jak zaznaczają eksperci, mechanizm kontrolowania pracodawców jest w interesie samych cudzoziemców.

– Wprowadzane zmiany przy zezwoleniach na pracę sezonową wymagają chociażby wskazania, gdzie pracownicy spoza Polski będą mieszkać. Dotychczas zdarzały się wcale nie tak rzadkie przypadki wykorzystywania obywateli zza wschodniej granicy Polski. Nowe przepisy mają zmniejszyć szarą strefę i wpłynąć na poprawę jakości życia i pracy przyjeżdżających do Polski osób – mówi Piotr Arak.

Obecnie w polskim parlamencie trwają również prace nad nowelizacją ustawy o cudzoziemcach. Projekt ustawy ma przede wszystkim na celu dostosowanie polskiego porządku prawnego do dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/66/UE z dnia 15 maja 2014 r. w sprawie warunków wjazdu i pobytu obywateli państw trzecich w ramach przeniesienia wewnątrz przedsiębiorstwa. Dotyczy ona przede wszystkim pracowników o wyższych kwalifikacjach (kadra kierownicza, specjaliści oraz stażyści) i ma wspierać ich mobilność w ramach Unii Europejskiej. Cudzoziemiec, który będzie oddelegowany do pracy w ramach podmiotów powiązanych w kilku krajach UE, będzie musiał ubiegać się o pozwolenie na pracę i pobyt tylko w jednym z nich. Pozostałe kraje unijne, w zależności od długości pobytu na ich terytorium, mają obowiązek je honorować. Co ważne, część krajów UE przyjęła już te rozwiązania. W Polsce implementacja dyrektywy do polskiego porządku prawnego nadal trwa.

 

 

Autor: Marcin Grzesiak, Starszy Menedżer w Zespole Rozwiązań dla Pracodawców w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Mija właśnie 10 lat od momentu rozpoczęcia największego kryzysu finansowego od czasu Wielkiej Depresji z 1929. Kryzys był zaskoczeniem dla wielu. Za jego symboliczny początek uważa się bankructwo banku Lehmann Brothers 15 września 2008 r., ale w rzeczywistości jego upadłość była ostatnim aktem tragedii, która zaczęła się rozgrywać już rok wcześniej. Podobnie jak wtedy tak i dziś długi Amerykanów biją rekordy wysokości. Czy to powinno nas niepokoić?

W listopadzie ubiegłego roku zadłużenie gospodarstw domowych w Wielkiej Brytanii wzrosło do 1,5 bln funtów osiągając nienotowany wcześniej poziom 85 proc. PKB. W uchodzącej za rozsądną i zamożną Szwecję długi obywateli w stosunku do produktu krajowego wynoszą 87 proc. W Kanadzie, której udało się wyjść obronną ręką z kryzysu 2007-08 r. zobowiązania mieszkańców są już większe niż wartość PKB. W Polsce kredyty sektora prywatnego, a więc osób fizycznych i firm wynosi obecnie 79 proc. PKB, podczas gdy w 2006 r. było to 47 proc.

W USA na koniec I kwartału 2017 roku bankowe długi amerykańskich gospodarstw domowych osiągnęły najwyższy poziom w historii – 12,73 bln dolarów. Poprzedni rekord padł jesienią 2008 r., kiedy zadłużenie Amerykanów wyniosło 12,68 bln USD.

Na poprzedni kryzys, który zaczął się latem 2007 r. niewielu było przygotowanych, a najmniej rządy. W konsekwencji z rynków wyparowały biliony dolarów, a gospodarki wielu krajów wpadły w recesję, z której niektóre dopiero zaczynają wychodzić.

W Polsce kryzys finansowy miał bardzo łagodny charakter. Najbardziej dolegliwe dla polskiego konsumenta okazały się problemy z zaciąganiem kredytów mieszkaniowych denominowanych we franku szwajcarskim. Rynek międzybankowy zamarł, więc krajowe banki jeden po drugim wycofywały z oferty frankowe hipoteki, odmawiając wypłaty kredytu nawet klientom z wydaną już promesą kredytową. Nie licząc tych trudności, Polska wyszła bez szwanku z szalejącego na innych rynkach kryzysu i jako jedyny kraj w Europie nie wpadła w recesję.

Po wybuchu kryzysu finansowego wielu ekonomistów przekonywało, że przewidzieli nadejście krachu i choć często trudno zweryfikować jednoznacznie ich wypowiedzi sprzed załamania rynków kilku rzeczywiście dokładnie zdiagnozowało słabości systemu, które później doprowadziły do upadku Lehman Brothers. Co mówią dzisiaj?

Nouriel Roubini, nazywany Dr Doom ze względu na czarne prognozy dla rynku, przedstawiane w ostatnich latach (i powszechnie uważany „za tego, który przewidział kryzys”), główne źródło ryzyka dla rynków widzi obecnie w Białym Domu. Uważa on, że administracja Donalda Trumpa jest niekompetentna, a jej pomysły – protekcjonizm, wojna handlowa, liberalizacja regulacji bankowych – niebezpieczne dla USA i światowej gospodarki.

Janet Yellen, szefowa FED powiedziała ponad miesiąc temu, że do kryzysu nie dojdzie za naszego życia. Później, podczas przesłuchania przed senacką komisją uściśliła, że poluzowanie ograniczeń nałożonych na banki po 2008 r., może wywołać kryzys.

William White, bankier centralny, który w 2003 r. przewidział załamanie się rynków finansowych uważa, że obecnie stoimy na krawędzi kolejnego kryzysu, przyczyn upatrując w ogromnym i rosnącym zadłużeniu. O ile w 2008 r. długi prywatne, firmowe i rządów stanowiły 200 proc. światowego PKB, to aktualnie odsetek ten wynosi 250 proc.

Michael Burry, jeden z bohaterów film „The Big Short”, ekscentryczny zarządzający funduszem, który przez dwa lata obstawiał załamanie rynku hipotecznego, grając przeciwko największym bankom na świecie, na czym ostatecznie zarobił 100 mln dolarów w rozmowie z NYMag.com mówił przed rokiem: „Zrobiłem wyliczenia. Każda część mojego umysłu podpowiada mi, że system finansowy zmierza do upadku. Pytanie brzmi nie czy to nastąpi, ale kiedy”.

Wskaźniki nie potwierdzają tych kasandrycznych przepowiedni. Global Risk Aversion Indeks Citigroup, mierzący poziom ryzyka na rynkach spadł w minionym miesiącu do najniższego poziomu od trzech lat i mieści się w granicach średniej sprzed kryzysu 2008 r.

Wypowiedź: Piotr Marciniak, dyrektor zarządzający BGŻOptima.

W ocenie Narodowego Banku Polskiego rynek nieruchomości mieszkaniowych znajduje się w fazie ekspansji i nie grozi mu ani powstanie spekulacyjnej bańki, ani załamanie. Większość danych wskazuje, że szybki i jednocześnie zrównoważony wzrost może utrzymać się jeszcze przez dłuższy czas.

Ożywienie na rynku nieruchomości mieszkaniowych widoczne jest gołym okiem, a nasilenie medialnych doniesień na ten temat powoduje, że wiedza o tym jest powszechna. W przypadku inwestycji giełdowych taki stan uznawany jest zwykle za pierwszy sygnał ostrzegawczy przed przegrzaniem koniunktury i zbliżającym się załamaniem. Warto więc przed podjęciem decyzji o kupnie mieszkania w celach inwestycyjnych uważniej przyjrzeć się sytuacji i ocenić perspektywy jej rozwoju, by ustrzec się rozczarowania bądź strat, jakie dziesięć lat wcześniej były udziałem części nabywców, nastawionych na szybki i duży zarobek.

Pod wieloma względami można dostrzec podobieństwa między stanem obecnym, a tym z lat 2007-2008. W ubiegłym roku liczba mieszkań w budowie, przekraczająca 731 tys., była najwyższa w historii, a liczby rozpoczętych budów, pozwoleń na budowę oraz lokali oddawanych do użytku były bliskie rekordowych poziomów sprzed dziewięciu-dziesięciu lat. Jedyną cechą odróżniającą obecną fazę ekspansji od ówczesnej bańki spekulacyjnej jest stabilny poziom cen mieszkań, charakteryzujący się jedynie niewielką tendencją wzrostową, nie przekraczającą kilku procent. Te dane obrazują jedynie skalę ekspansji, ale niewiele mówią o układzie sił rynkowych, na podstawie którego można ocenić poziom równowagi, a tym samym wnioskować o kierunkach rozwoju sytuacji w przyszłości i ewentualnych szansach oraz zagrożeniach. Znacznie więcej mogą nam powiedzieć informacje dotyczące liczby mieszkań faktycznie wprowadzonych do sprzedaży, sprzedanych i stanu zapasów mieszkań, znajdujących się w ofercie deweloperów oraz tendencje panujące w tym zakresie.

Pierwszy kwartał 2007 r. był ostatnim okresem, w którym nabywcy „na pniu” kupili wszystkie mieszkania wprowadzone przez deweloperów do sprzedaży w sześciu największych miastach Polski, a równocześnie zasób lokali znajdujących się w ofercie był wyjątkowo niewielki, odpowiadał bowiem liczbie mieszkań sprzedawanych w jednym kwartale. Taka sytuacja sprzyjała oczywiście windowaniu cen mieszkań, zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym. Jednocześnie widać było,
że deweloperzy nie byli przygotowani do sprostania rosnącemu wcześniej popytowi i w przyspieszonym tempie starali się nadgonić dystans. Mimo, że w 2007 i 2008 r. w budowie była najwyższa od kilku lat liczba mieszkań, a do użytkowania oddawano ponad trzykrotnie więcej mieszkań niż w 2000 r., gwałtownie rosła liczba pozwoleń na budowę oraz rozpoczynanych budów, osiągając poziom najwyższy w historii. Tymczasem wskutek globalnego kryzysu finansowego, popyt na mieszkania raptownie wyhamował. Przez kilka kolejnych kwartałów rozpędzeni deweloperzy wprowadzali do sprzedaży znacznie więcej lokali, niż był w stanie wchłonąć rynek. W efekcie szybko zaczęły zwiększać się zapasy niesprzedanych mieszkań, a z czasem coraz mocniej zniżkowały ich ceny. W ciągu kilku kwartałów zapasy mieszkań w sześciu miastach wzrosły z około 12 tys. do 38 tys., czyli ponad trzykrotnie, a w pierwszym półroczu 2012 r. sięgały już niemal 57 tys. mieszkań. Hipotetyczny czas wyprzedaży zapasów zwiększył się z jednego kwartału z początku 2007 r. do niemal ośmiu kwartałów w trzecim kwartale 2012 r.

Przełom nastąpił pod koniec 2012 r., gdy ponownie zaczął zwiększać się popyt na mieszkania, w ślad za obniżkami stóp procentowych oraz stopniową poprawą sytuacji w gospodarce. Deweloperzy, mocno poturbowani przez kryzys, potrzebowali niemal roku by zwiększyć liczbę mieszkań wprowadzanych do sprzedaży, ale wykorzystali ten okres do zmniejszenia zapasów. Od połowy 2012 r. do początku 2014 r. spadły one z 57 tys. do niespełna 40 tys. Od czterech lat mamy do czynienia
z szybkim lecz zrównoważonym wzrostem liczby mieszkań wprowadzanych do sprzedaży i sprzedawanych oraz stabilizacją zapasów lokali przeznaczonych do sprzedaży na poziomie około 50 tys., pozwalającą zaspokoić popyt przez ponad trzy kwartały. W ostatnich trzech miesiącach 2016 r. deweloperzy wprowadzili do sprzedaży rekordowo wysoką, sięgającą prawie 19 tys. liczbę mieszkań, a jednocześnie znaleźli chętnych do kupna 18 tys. lokali. W pierwszym kwartale obecnego roku do sprzedaży trafiło prawie 16 tys. mieszkań, a nabywców znalazło 18,6 tys., zmniejszając zapasy lokali z 52,7 tys. do 50,2 tys. Jedynie gwałtowne i silne wahania po stronie popytu lub podaży mogłyby po pewnym czasie wytrącić rynek ze stanu równowagi, a na razie nie widać czynnika, który mógłby do tego doprowadzić, ani na samym rynku, ani w jego otoczeniu. Podwyżka stóp procentowych i idący za nią wzrost kosztu kredytu mógłby spełnić tę rolę jedynie w przypadku jednoczesnego pogorszenia się sytuacji w gospodarce i na rynku pracy, a taki splot okoliczności jest bardzo mało prawdopodobny.

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

 

 

Nie spodziewam się kolejnego kryzysu finansowego za naszego życia – to słowa Janet Yellen, szefowej Fedu, czyli banku centralnego Stanów Zjednoczonych. Chociaż to dla nas dobra informacja to niestety może okazać się nieprawdziwa. Już teraz analitycy ostrzegają, że prędzej czy później kryzys nadejdzie. 

– To jest bardzo ryzykowne stwierdzenie, gdyż obecny cykl koniunkturalny jest już ponad dwukrotnie dłuższy niż średnia ze wszystkich poprzednich siedemnastu cykli. Cały czas mamy bardzo niskie stopy procentowe, bo raczej ciężko odnieść wrażenie, że polityka Fedu polegająca na zwiększeniu stóp procentowych, które dalej mieszczą się w historycznie niskich poziomach powoduje jakąś zmianę. W zasadzie odbieramy sobie główne narzędzie do reagowania w sytuacji kryzysu, czyli obcinania stóp procentowych – mówi  Robert Śniegocki, ekspert Grupy Goldenmark.

Niskie stopy procentowe też nie skłaniają nas do oszczędzania. Działają wręcz przeciwnie, bo kredyty są tańsze. Każdą podwyżkę kredytobiorcy odczują w wysokości swojej raty.

Ponownie zyskują na znaczeniu inwestycje w złoto poprzez fundusze notowane na giełdach. Fundusze notowane na giełdach (Exchange Traded Funds, „ETFs”) emitują udziały, a za pozyskane środki kupują złoto stanowiące zabezpieczenie inwestycji. Na koniec czerwca br. w zarządzaniu funduszy ETF znajdowało się 2 313,1 ton złota, o wartości 92,4 mld USD. Jest to więcej o 22,2 ton niż w miesiącu poprzedzającym i o 123,1 ton w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.

– Rynek złota, czyli tych inwestycji i dóbr, które są świetnym zabezpieczeniem na okoliczność kryzysu zwiększa się o 30 proc. Fundusze ETF zwiększają zakupy. Banki centralne, które są odpowiedzialne za kreację pieniądza również cały czas kupują ogromne ilości złota. To wszystko pokazuje, że z jednej strony mamy do czynienia z pieniądzem, który musi być dewaluowany w sytuacji kryzysowej. Tak jak mawiał Wolter pieniądz wróci najprawdopodobniej do swojej pierwotnej wartości, czyli do zera. To cały czas pokazuje, że posiadanie złota to jest „must have” każdego kto realnie i racjonalnie dba o swoje finanse. Biorąc to pod uwagę ciężko się zgodzić ze słowami Janet Yellen. Kryzys prędzej czy później przyjdzie. jakie będą jego rozmiary? Tego nikt nie wie – dodaje Robert Śniegocki.

Średnio na świecie zdarzają się dwa kryzysy na dekadę.

 

Wypowiedź: Robert Śniegocki, ekspert Grupy Goldenmark.

Cała Polska żyje zamieszaniem wokół próby dokonania kontrowersyjnych zmian w krajowym sądownictwie. Po tym, jak w poniedziałek prezydent ogłosił swoje weto dla dwóch z trzech proponowanych przez sejm ustaw, złoty odrobił część piątkowych strat ale było to tylko chwilowe wzmocnienie. Po kilku głębszych oddechach rynku sytuacja złotego powróciła do stanu wyjściowego. Wydaje się, że napięcie polityczne posłużyło jedynie jako argument dla spekulantów – dla szerokiego rynku najważniejsze pozostają globalne trendy.

Rynkami finansowymi rządzą dwa skrajne rodzaje emocji: chciwość i strach. W ostatnich dniach to właśnie strach zyskał na znaczeniu, taki przynajmniej był przekaz medialny. Tymczasem wiele wskazuje na to, że w tym przypadku strach miał wielkie oczy. Kryzys obecnej władzy, bo tak należy nazwać obecne wydarzenia, nadszedł po relatywnie spokojnym okresie w polskiej polityce. W tym czasie sentymentem rynkowym rządziły solidne dane makroekonomiczne z polskiej gospodarki, poprawa stanu budżetu państwa, powrót zagranicznych inwestorów na GPW oraz znacznie bardziej przychylne Polsce sygnały z agencji ratingowych. Do tego należy doliczyć bardzo dobre nastroje na globalnym rynkach finansowych, które przyczyniają się do wzrostu skłonności do ryzyka, a to niezwykle sprzyjająca sytuacja dla walut rynków emerging markets.

W obliczu restrykcyjnej polityki Fed, czy też jastrzębich sygnałów z EBC zadyszka złotego nie powinna stanowić zaskoczenia, zwłaszcza po tak długim okresie umacniania polskiej waluty. Napięcia polityczne mają z pewnością wpływ na wycenę złotego, jednak teraz nie należy przypisywać im zbyt dużego znaczenia, zwłaszcza że nie znajdują one swojego odzwierciedlenia w istotnych dla rynku fundamentach. Inwestorzy zagraniczni  bacznie obserwują całą sytuację, bowiem w gruncie rzeczy ryzyko polityczne jest bardzo ważnym czynnikiem charakteryzującym rynki emerging markets.

Prezydenckie weto oraz zapowiedź złożenia nowych projektów ustaw przez głowę państwa to tylko krok w celu uzdrowienia całej sytuacji. Ryzyko odrzucenia weta przez sejm nie powinno być bagatelizowane. Orędzie pani premier oraz wypowiedzi niektórych przedstawicieli rządu potwierdziły gotowość władzy do kontynuacji procesu sanacji polskiego sądownictwa. Zatem niewykluczone, że ryzyko polityczne dopiero zyska na znaczeniu. Weto prezydenta prawdopodobnie tylko tymczasowo złagodzi stanowisko Komisji Europejskiej wobec Polski, toteż do czasu wyjaśnienia dalszego kształtu reformy ryzyko nałożenia sankcji na Polskę należy uznać za odroczone czasie.

Dla rynków finansowych cenna jest stabilność, a nie permanentny strach i niepokój, zwłaszcza w przypadku rynków wschodzących. Póki co, zawirowania polityczne mają ograniczony wpływ na wycenę złotego i akcji na GPW. Warto jednak pamiętać, że jeżeli spór się zaostrzy (czego nie można wykluczyć), to szanse na wzmożoną przecenę polskiego orła znacząco wzrosną, zwłaszcza że wtedy relacje na linii KE-Polska mogą istotnie się pogorszyć, a to zapewne zaniepokoiłoby inwestorów zagranicznych. Co więcej warto pamiętać, że w ubiegłym roku to właśnie czynniki polityczne były istotną przesłanką dla agencji ratingowych do negatywnych rewizji polskiego ratingu. Na razie najważniejsze dla inwestorów pozostają globalne trendy oraz fundamenty, i to w najbliższych tygodniach raczej się nie zmieni, bowiem polscy parlamentarzyści rozpoczynają okres wakacyjny.

 

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

 

 

Trwające od tygodni perypetie z projektem ustawy o sposobach przywrócenia równości stron niektórych umów kredytu i umów pożyczki, są kolejnym już potwierdzeniem tezy, że systemowe rozwiązanie kwestii mieszkaniowych kredytów frankowych w polskich realiach jest przedsięwzięciem o tyle trudnym do przeprowadzenia, co praktycznie niemożliwym.

 Prezydencki projekt tzw. ustawy frankowej ujrzał światło dzienne już w listopadzie ub. roku i od tamtej pory był jednym z ulubionych tematów komentarzy, ocen i medialnych dyskusji. Najdłużej, bo aż do połowy marca projekt musiał czekać na najważniejszą opinię autorstwa Komisji Nadzoru Finansowego (KNF). Zanim jednak ta ostatnia opublikowała – jak się okazało – swój „wyrok”, projekt na skutek wcześniejszych głęboko negatywnych opinii i ostrej krytyki, najpierw ze strony konstytucjonalistów, później NBP i innych, zdążył się zdezaktualizować. W związku z tym już jakiś czas temu media obiegła wiadomość o początku prac prezydenckich ekspertów nad zupełnie nową koncepcją restrukturyzacji kredytów frankowych. Czy w takiej sytuacji ekspertyza autorstwa KNF okazała się klasyczną „musztardą po obiedzie”?

Apokalipsa wg. KNF

 Całą pracę ekspertów KNF można streścić w jednym zdaniu: wejście w życie przepisów zapisanych w projekcie ustawy o sposobach przywrócenia równości stron niektórych umów kredytu i umów pożyczki, to realna groźba wystąpienia w kraju scenariusza kryzysu finansowego w pełnej krasie. Co składa się na taką apokaliptyczną wizję?

KNF rozpatruje w swojej analizie dwa warianty: wariant A, odpowiadający kursowi franka do złotego na poziomie zbliżonym do obecnego, oraz wariant B, zakładający wzrost kursu walut, w tym helweckiej w relacji do złotego o 25 proc. Odpowiadałoby to kursowi szwajcarskiego franka w okolicach 5 zł – tłumaczy Jarosław Jędrzyński, ekspert rynku nieruchomości portalu RynekPierwotny.pl.

Z prezentacji wyników obciążeń banków z tytułu restrukturyzacji kredytów wynika, że koszty sektora zamknęły by się kwotą od 67 mld dla wariantu A do prawie 104 mld zł dla wariantu B. Z kolei obciążenie budżetu państwa z tytułu finansowania wypłat środków gwarantowanych to wydatek rzędu 137,8 – 144,3 mld zł. Do tego dochodzą straty klientów banków z tytułu braku możliwości wypłat depozytów na poziomie około 70-78 mld zł.

Summa summarum wg. ekspertów KNF bezpośrednie straty banków, ich klientów i budżetu państwa w wyniku obciążeń restrukturyzacją kredytów frankowych to kwota od 275 do 325 mld zł.

To jednak nie wszystko. Groźba uczestnictwa w trudno wymiernych, acz dotkliwych  stratach o bardziej pośrednim charakterze mogłaby zagrozić większości uczestników krajowej gospodarki. Wszystko za sprawą wpływu, jaki realizacja projektu mogłaby wywrzeć na rynek nieruchomości. Zdaniem autorów przedmiotowej analizy takie ryzyko niesie art. 7 projektu ustawy o sposobach przywrócenia równości stron niektórych umów kredytu i umów pożyczki. Chodzi w nim o dopuszczenie możliwości zwrotu nieruchomości bankowi przez kredytobiorcę walutowego w zamian za zwolnienie ze zobowiązania, co groziłoby efektem kryzysowego domina.

Masowe przejmowanie przez banki nieruchomości i wymuszony przyśpieszony charakter ich sprzedaży po zaniżonych cenach, skutkowałyby załamaniem cen krajowych nieruchomości mieszkaniowych. To doprowadziłoby do spadku wartości zabezpieczeń dla kredytów złotowych i wzrostu ich LtV, a w konsekwencji do pogorszenia sytuacji kolejnych kredytobiorców i kolejnej fali restrukturyzacji.

Ma to wynikać ze skali zjawiska, czyli z górą 180 tys. mieszkaniowych kredytów walutowych o LtV powyżej 100 proc., których posiadacze poważnie rozważaliby zwrot mieszkania. Efektem próby wyprzedaży tych nieruchomości przez banki byłoby załamanie cen na skutek braku możliwości wchłonięcia w krótkim okresie tak dużej podaży, jak też wstrzymania się popytu w związku z oczekiwaniem na pogłębienie spadku – tłumaczy ekspert portalu RynekPierwotny.pl. To z kolei doprowadziłoby do ograniczenia inwestycji lub załamania budownictwa mieszkaniowego, jak też do zubożenia wszystkich obywateli posiadających nieruchomości (jak też Skarbu Państwa z tytułu posiadanych nieruchomości) – piszą w swojej informacji eksperci KNF.

W podsumowaniu analizy Komisji czytamy natomiast, że „skutki finansowe projektowanej ustawy mogą w efekcie nie tylko zachwiać stabilnością poszczególnych banków, ale również prowadzić do utraty zaufania do systemu bankowego, a w skrajnym scenariuszu spowodować kryzys finansowy”.

 Widmo kryzysu kredytów wysokiego ryzyka

 Z informacji KNF w zakresie skutków projektu ustawy o sposobach przywrócenia równości stron niektórych umów kredytu i umów pożyczki nie wynika w sposób jednoznaczny sedno istoty restrukturyzacji mieszkaniowych kredytów walutowych, a wiec definitywna eliminacja ryzyka kursowego. Tymczasem wciąż zagraża ono w sposób ewidentny nie tylko frankowcom i ich bankom, ale całej rodzimej gospodarce i bez większych wyjątków wszystkim jej uczestnikom.

Tymczasem opinia KNF zdaję się sugerować, że restrukturyzacja to jedynie działanie na rzecz redukcji złotowego salda zadłużenia kredytobiorców walutowych kosztem banków, zasobów budżetowych państwa i ewentualnie właścicieli bankowych depozytów. Co ciekawe, KNF definiując wariant B swojej analizy, w sposób jednoznaczny uznaje osłabienie złotego o 25 proc. jako najbardziej prawdopodobny scenariusz: „Wariant B stanowi istotny stess test dla procesu restrukturyzacji. Odnosi się on do sytuacji wzrostu kursów walut w relacji do złotego o 25%. Zdarzenie takie należy brać pod uwagę ze względu na możliwość jego materializacji: wzrost kursu o 25% jest prawdopodobny, szczególnie w kontekście zdarzeń, jakie odnotowano w latach 2008-2009”.

Trzeba mieć świadomość, ze trwałe – w przeciwieństwie do tego z „czarnego czwartku” –  wywindowanie notowań CHF/PLN w okolice 5 zł, a więc do poziomu przewidywanego w wariancie B, byłoby jednoznaczne z pełną materializacją kryzysu kredytów mieszkaniowych wysokiego ryzyka – ostrzega ekspert portalu RynekPierwotny.pl. W ten sposób opisany powyżej scenariusz kryzysu wg. KNF doczekałby się pełnej realizacji, jedynie z niewielkimi korektami.

Wielomiliardowe straty sektora bankowego nie wynikałyby z faktu poniesienia kosztów restrukturyzacji portfeli kredytów walutowych,  a z prostej przyczyny masowego odstępowania frankowców od spłacania swoich zobowiązań hipotecznych. Z tego samego powodu nastąpiłoby masowe przejmowanie przez banki nieruchomości i ich wyprzedaż „za półdarmo”. Dalej już zgodnie ze scenariuszem KNF: załamanie cen w krajowej mieszkaniówce, samonapędzający się wzrost LtV wszelkiego rodzaju hipotek przy jednoczesnym zjeździe ich zabezpieczeń, hibernacja popytu na mieszkania, załamanie budownictwa mieszkaniowego, i wreszcie drastyczny spadek wartości majątku wszystkich rodaków posiadających nieruchomości. O tak oczywistych następstwach kryzysu finansowo-hipotecznego jak masowe upadłości firm deweloperskich i innych żyjących z mieszkaniówki, a także o niemal pewnym w takich sytuacjach krachu giełdowym, KNF nie musiała już nawet wspominać.

Mocny złoty, czyli ostatnia nadzieja frankowców

W tej sytuacji bezcenna wydaje się wiarygodna ocena prawdopodobieństwa realizacji kryzysowego scenariusza. Pozornie może się wydawać, że obecnie obowiązują wręcz cieplarniane warunki dla rozwinięcia wszelkich akcji kryzysowych w kontekście notowań krajowej waluty, zarówno pod wpływem czynników zewnętrznych, jaki tych pochodzących z własnego podwórka.

Nie ma bowiem dnia, by media nie obiegały kolejne wersje prognoz globalnej zapaści gospodarczej, zapowiedzi nadciągającego kryzysu finansowego w eurolandzie, perspektyw rychłego rozpadu UE, czy też eskalacji kryzysu migracyjnego. Z kolei na rodzimym podwórku w wyniku konfliktu politycznego rządzących z opozycją, mnożą się publikacje opisujące perspektywy kraju niczym ze scenariusza filmu grozy.

Tymczasem złoty na przekór wszystkiemu od kilku już tygodni pokazuje siłę, o której jeszcze niedawno trudno byłoby kredytobiorcom walutowym nawet marzyć. To dobry znak, ponieważ coraz mocniejszy złoty to najprawdopodobniej ostatnia szansa na ich powrót z dalekiej podróży. Wszelkie nadzieje na systemową regulację ich sytuacji wydają się bowiem coraz bardziej iluzoryczne.

 

Autor:  Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

 

Pierwsze miesiące 2016 roku przyniosły zdecydowane pogorszenie sentymentu rynkowego. Świat finansów zaczął wieścić nadejście nowego kryzysu. W efekcie inwestorzy zaczęli szukać bezpiecznej przystani, którą po raz kolejny okazało się złoto. W ciągu dwóch miesięcy złoty kruszec podrożał o 20%, tym samym przerywając trwający od czterech lat trend spadkowy. Wielu analityków w tak istotnym odbiciu widzi początek nowego, długoterminowego trendu. Sprawa nie wydaje się jednak tak oczywista, na rynku istnieje wciąż wiele czynników, które mogą przynieść dalsze spadki cen złota.

Analizując rynek złota nie można bagatelizować dwóch historycznych zależności. Po pierwsze, złoto wraca do łask inwestorów w czasie kryzysu gospodarczego. Tak było w latach siedemdziesiątych po kryzysach naftowych, czy też po wybuchu bańki internetowej na początku XXI wieku. Co więcej, kryzys z 2007 roku doprowadził do dalszych wzrostów, aż do roku 2012. Ważna też jest ujemna korelacja między kursem dolara, a ceną złotego kruszcu. Jeżeli amerykańska waluta taniała lub drożała, to cena złota poruszała się w kierunku odwrotnym. W związku z tym, każde dynamiczne zmiany trendów ceny złota są odbierane przez rynki finansowe jako zapowiedź istotnych zmian gospodarczych.

Wielu analityków i legendarnych inwestorów zapowiada rozpoczęcie nowego trendu wzrostowego na rynku złota, jednak, po drugiej stronie znaleźli się przedstawiciele banku Goldman Sachs, którzy prognozują dalsze spadki cen tego kruszcu. Czynniki fundamentalne wskazują, że to prognozy tych drugich mogą okazać się bardziej trafne. Obawy dotyczące rychłego wybuchu światowego kryzysu najprawdopodobniej okażą się tylko i wyłącznie mrzonką oraz noworocznym marazmem. Już teraz obserwujemy uspokojenie i poprawę nastrojów na rynkach finansowych. Co więcej, słabe dane ekonomiczne z Europy, widmo Brexitu oraz zapowiedziane zwiększenie luzowania ilościowego przez ECB nie wskazują, aby dolar mógł osłabić się względem drugiej najważniejszej waluty na świecie. Ponadto Rezerwa Federalna zapowiedziała stopniowe podwyżki stóp procentowych. O ile już wiadomo, że najprawdopodobniej cztery zaplanowane na ten rok podwyżki nie nastąpią, o tyle Fed będzie chociaż w najmniejszym stopniu próbował wywiązać się ze swoich zapowiedzi. W związku z tym, amerykańska waluta powinna zostać mocna, co zgodnie z historyczną zależnością, zapowiada dalszą przecenę złotego kruszcu.

Z perspektywy analizy technicznej, cena złota istotnie przełamała linię oporu, która wyznaczała długoterminowy trend spadkowy. Niemniej jednak, oscylatory wskazują, że rynek jest mocno wyprzedany. W związku z tym w najbliższych czasie nie można wykluczyć korekty, w trakcie której spadki mogą sprowadzić cenę złota do poziomu 1180 dolarów za uncję. Natomiast, jeżeli kurs będzie próbował w dalszym ciągu poruszać się w kierunku północnym, na drodze stanie solidny opór, którym jest psychologiczna granica 1300 dolarów. Wydaje się jednak, że poprawiający się sentyment rynkowy oraz mocny dolar nie pozwolą na przebicie niniejszego oporu. Ewentualne przełamanie byłoby niezaprzeczalnym sygnałem, potwierdzającym rynek byka. Warto również podkreślić, że zarówno początek roku 2014, jak i 2015, przyniósł mocne wzrosty na rynku tego cennego kruszcu. Następnie kurs powracał do trendu spadkowego i ustanawiał kolejne dołki. Historia ta może się powtórzyć.

Jeżeli prognoza dotycząca kontynuacji trendu spadkowego się potwierdzi, może to oznaczać, że złoto straci swoją atrakcyjność? Można przedstawić szereg czynników, które świadczą o tym, że najcenniejszy kruszec powróci w łaski inwestorów. Przede wszystkim warto zastanowić się dokąd zmierza globalna gospodarka. Obecna ekonomia jest swego rodzaju fenomenem, eksperymentem. Efekt finalny nie jest znany największym autorytetom z tej dziedziny. Granicą deficytów budżetowych wydaje się nieskończoność, a polityka niskich stóp procentowych (nierzadko ujemnych) oraz szerokie programy luzowania ilościowego nie spełniają swoich zadań. Jedynym efektem są narastające bańki spekulacyjne. W perspektywie kilku następnych lat istnieje wysokie prawdopodobieństwo nadejścia nowego kryzysu. Inwestorzy wtedy znów zaczną inwestować w złoto. Po drugie, warto zaznaczyć, że w ubiegłym roku po raz pierwszy w historii spadło wydobycie złotego kruszcu. Według najnowszych danych zasoby złota są niewielkie. W związku z tym, w perspektywie długoterminowej malejąca podaż spowoduje wzrost wartości złota.

Warto jednak pamiętać, że można wyodrębnić kilka innych możliwości, które zasługują na miano bezpiecznych inwestycji. Do nich zaliczają się szeroko pojęte inwestycje alternatywne. Jeżeli obawiamy się kryzysu, dobrą inwestycją okażą się surowce, zwłaszcza inne metale szlachetne. Warto zauważyć, że obecnie rynek surowców jest mocno wyprzedany, co stanowi dobrą okazję inwestycyjną. Na popularności zyskują inwestycje w alkohol. Podczas analizy tego segmentu rynkowego wielu z nas będzie zaskoczonych skalą dochodowości tego rodzaju inwestycji. Nie można oczywiście zapomnieć o możliwości alokacji swoich środków w sztukę. Minusem tych inwestycji jest wymóg posiadania szerokiej wiedzy na temat rynku wina czy malarstwa. Do tego dochodzą wysokie koszty inwestycji. Niemniej jednak, powyższe opcje są relatywnie bezpieczne, długoterminowe i niezwykle dochodowe, zwłaszcza w czasach kryzysu.

Podsumowując, po burzliwym początku roku na rynkach finansowych, wydaje się, że sytuacja powoli się stabilizuje. Ponadto, obecna kondycja globalnej gospodarki najprawdopodobniej nie spowoduje osłabienia dolara. W związku z tym, podobnie jak w latach ubiegłych, po początkowych wzrostach, cena złota może powrócić do trendu spadkowego. Nie oznacza to jednak, że złoty kruszec stracił swoją atrakcyjność. W perspektywie długoterminowej nadal stanowi dochodową inwestycję.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Od pamiętnej wielkiej recesji z 2008 roku minęło już osiem lat, a wciąż nie można powiedzieć, że globalna gospodarka wyszła na prostą. Co prawda jeszcze jakiś czas temu słychać było takie głosy, ale problemy Chin skutecznie położyły im kres. Najlepszym wskaźnikiem obrazującym kondycję globu wydaje się poziom inflacji, który pozostaje uporczywie niski. Tym samym świat pogrążony jest w dezinflacyjnym środowisku, który przypomina deflacyjny krajobraz Wielkiej Depresji lat 30. ubiegłego wieku. Wśród bankierów centralnych żywy pozostaje niepokój wobec negatywnych konsekwencji braku inflacji. Tok ich rozumowania jest jasny i streścić go można w tezie o spirali deflacyjnej.

Oznacza ona, że spadki cen dóbr i usług wpływają na zachowania konsumentów, którzy odkładają swoje zakupy w nadziei na niższe ceny w przyszłości. To z kolei oznacza obniżający się popyt, co negatywnie oddziałuje na inwestycje, jak również poziom aktywności gospodarczej. Pojawia się ryzyko recesji, która negatywnie wpływa na poziom cen i w tym miejscu koło się zamyka w formie niekorzystnej spirali. Główne banki centralne mają ponadto jasno zapisany cel swojej działalności, który co do zasady dotyczy potrzeby utrzymywania inflacji na lekko dodatnim poziomie, najlepiej w okolicach 2 proc. W konsekwencji od początku globalnego kryzysu polityka monetarna głównych banków centralnych pozostaje bardzo łagodna.

Tym działaniom przyświeca szczytny cel uniknięcia za wszelką cenę powtórki z Wielkiej Depresji. Czy to się udaje? Głosy w tej materii są bardzo podzielone. Nie wiemy bowiem jak wyglądałby świat, gdyby bankierzy centralni nie uruchomili niekonwencjonalnych metod prowadzenia swojej polityki. Z drugiej strony wiemy jednak jak wygląda świat po ich uruchomieniu i ten obraz nie może napawać optymizmem. Podam kilka przykładów. Otóż wielki program amerykańskiego luzowania ilościowego w połączeniu z chińskimi inwestycjami infrastrukturalnymi finansowanymi potężną akcją kredytową przedłużyły przerwaną w 2008 roku hossę na rynku surowców, która kulminowała w 2011 roku. Zwyżki cen były szczególnie dotkliwe w obszarze żywności, co sygnalizowały rekordowe poziomy indeksu cen żywności FAO. Miało to wpływ na początek protestów w Afryce Północnej, które przerodziły się w początkowo chwaloną, ale ostatecznie bardzo destruktywną tzw. arabską wiosnę, której skutki zaczynają dotykać Europę w formie kryzysu imigracyjnego. Oczywiście nie można mówić, że polityka Rezerwy Federalnej była głównym motorniczym procesu, ale nie można też w pełni zdyskredytować jej wpływu. Zresztą znaleźć można głosy sugerujące, że ultrałagodna polityka monetarna nie ma pozytywnego wpływu na stabilność geopolityczną. Politycy nie mają bowiem realnych bodźców do podjęcia wymaganych reform, których polityka pieniężna nie jest w stanie zastąpić, ale może dać czas na ich wprowadzenie. Z kolei brak reform przedłuża agonię gospodarczą, która prowadzi do wzmocnienia ruchów populistycznych i radyklanych.

Polityce pieniężnej można jednak przypisać pozytywne efekty w kwestii wpływu na wyceny ryzykownych aktywów czy łagodzenie warunków finansowania inwestycji. Mowa tutaj w szczególności o programach skupu aktywów. Nie osiągnięto jednak oczekiwanych skutków na poziomie wzrostu inflacji. Stąd w ostatnim czasie banki centralne rozpoczęły nowy eksperyment w formie obniżania stóp poniżej zera. Koncept takiej polityki znany jest już od dawna, ale w praktyce nie był stosowany. Wielkiej Depresji ostateczny kres położyła II wojna światowa i w szybko rozwijających się gospodarkach powojennego świata ujemne stopy nie były już potrzebne.

Teraz jednak zaczęto je wprowadzać. Prym w tej materii wiedzie Europa, gdzie EBC już w czerwcu 2014 roku obniżył stopę depozytową do minus 0,10 proc. Później podobnym śladem poszła Dania, Szwecja, Szwajcaria, a ostatnio także Japonia. Idea tych zmian na pierwszy rzut oka jest oczywista i powinna oddziaływać pozytywnie na poziom inflacji oraz aktywności gospodarczej. Otóż banki zniechęcane są do trzymania środków w bankach centralnych na rzecz ich wpompowania w gospodarkę w postaci kredytów. Gospodarstwa domowe mają być zachęcane do konsumpcji poprzez brak dochodów z lokat, a przedsiębiorstwa do inwestycji poprzez niemalże darmowy kredyt. W konsekwencji aktywność gospodarcza się zwiększa, a wraz z nią inflacja. Idea jest więc piękna, a jak wygląda praktyka? Nie jest już tak pomyślna. Po pierwsze, ujemne stopy okazują się bardzo niekorzystne dla banków, których wyniki znalazły się pod presją spadających marż kredytowych. Po drugie, mechanizm transmisyjny ujemnych stóp wcale nie jest prosty. Banki nie okazują się chętne do wprowadzania ujemnego oprocentowania depozytów, gdyż grozi to ich odpływem. W konsekwencji brakuje przekonywujących dowodów, że coraz niższe ujemne stopy dalej obniżają cenę kredytu. Po trzecie, konsumenci w środowisku ujemnych stóp wcale nie chcą zwiększać wydatków. Wprost przeciwnie. Niskie stopy zwrotu z kapitału zachęcają do zwiększenia oszczędności, szczególnie w starzejących się społeczeństwach, gdzie obywatele muszą myśleć o odłożeniu środków na starość. Po czwarte, niska cena kredytu wcale nie zachęca do zwiększania inwestycji. Te pozostają na niewielkim poziomie. Po piąte, na siłę stymulowana akcja kredytowa wydaje się zmierzać w złych kierunkach.

Przedsiębiorstwa, którym dobrze idzie działalność z łatwością mogą sfinansować inwestycje ze środków własnych. Z kolei ci, którzy wyciągają rękę po kredyt mogą chcieć podtrzymywać przy życiu mało produktywne przedsięwzięcia z dyskusyjną stopą zwrotu wydającą się atrakcyjną jedynie z uwagi na niskie wymagane stopy zwrotu z kapitału. W konsekwencji wiele z kredytowanych przedsiębiorstw może mieć trudności z obsługą zadłużenia i otrzymujemy uwidoczniony ostatnio problem niespłacanych kredytów. Ten wątek można zresztą ciągnąć dalej, zadając sobie pytanie, czy przypadkiem bardzo niskie stopy, utrzymując przy życiu mało produktywne firmy, prowadzą do nadpodaży produkowanych dóbr, co w konsekwencji obniża poziom inflacji. Druga strona medalu to rosnąca ilość wspomnianych złych kredytów, które uderzają w i tak osłabiony sektor bankowy.

Racjonalne wydaje się więc być pytanie, czy przypadkiem kontynuacja obranej przez banki centralne ścieżki nie wprowadzi globalną gospodarkę w większe problemy niż te obserwowane na początku. Czy bowiem dotychczasowe doświadczenia z lekko ujemną inflacją są złe? Przykład Polski pokazuje, że deflacja może okazać się wręcz sprzymierzeńcem. Zresztą historia zna więcej takich przykładów, gdzie lekko ujemna inflacja nie prowadzi do negatywnych gospodarczych konsekwencji. Opisuje to w swoim niedawnym raporcie Bank Rozrachunków Międzynarodowych, który zaznacza, że Wielka Depresja lat 30. ubiegłego wieku okazuje się w tym wypadku wyjątkiem, a nie regułą. Banki centralne mogą więc na siłę walczyć z wrogiem, który nie okazuje się taki straszy, jak go malują. W ferworze walki mogą za to uczynić wiele złego, którego skali możemy sobie jeszcze nie uświadamiać.

 

Lukasz_BŁukasz Bugaj, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Niekorzystne dane gospodarcze z Chin, utrzymujące się niskie ceny surowców, ropy i miedzi oraz niepokojące dane dotyczące sektora finansowego – to wszystko powoduje, że w ostatnich tygodniach obserwujemy ucieczkę kapitału z głównych parkietów na świecie. Czy to zapowiedź kolejnego kryzysu?

– W 2008 roku właśnie od tego sektora finansowego zaczęły się kłopoty i upadek znaczącego banku inwestycyjnego Lehman Brothers. Obecnie europejski wskaźnik dla banków stracił 28 procent. Duże, znaczące banki mają problemy i faktycznie bardzo mocno tracą na wartości. Duża przecena na wiodących instytucjach finansowych podyktowana jest tym, że inwestorzy obawiają się scenariusza, który miał miejsce w roku 2008 – mówi newsrm.tv Robert Śniegocki, wiceprezes Mennicy Wrocławskiej, Grupa Goldenmark.

Przypomnijmy Lehman Brothers ogłosił upadłość 15 września 2008 roku. Data uznawana jest za początek wielkiego światowego kryzysu finansowego. Jak zauważa Robert Śniegocki wtedy brakowało rzetelnej informacji dotyczącej ekspozycji banków na ryzykowne instrumenty, szczególnie instrumenty pochodne. Obecnie inwestorzy o tym nie zapomnieli i zachowują ostrożność. W podejmowaniu bardziej ryzykownych zachowań nie pomaga też obecna polityka banków centralnych.

– Banki centralne pozbawiły się głównego narzędzia, którym była możliwość reakcji na pogłębiający się kryzys poprzez obniżkę stóp procentowych. Żyjemy w świecie ujemnych stóp procentowych, to na pewno nie pomaga – dodaje Robert Śniegocki. – Ja zawsze będę stał na stanowisku, że złoto samo w sobie jest „złotym bezpiecznikiem”. W bieżącym roku widzimy to bardzo mocno. Złoto zyskuje ponad kilkanaście procent, bo wzrok inwestorski zaczął kierować się w stronę instrumentów, które są zazwyczaj uznawane za bezpieczne. Takim jest przede wszystkim złoto. Każdorazowo, gdy mieliśmy do czynienia z dużymi wyprzedażami na dużych parkietach złoto samo w sobie zyskiwało na wartości. Nawet jeżeli były to krótkoterminowe wzrosty.

Złoto kusi nie tylko inwestorów ale także same banki. Obecnie banki centralne są największym kupującym netto na rynku złota. Rok do roku zwiększają poziom swoich rezerw.

 

Wypowiedź: Robert Śniegocki, wiceprezes Mennicy Wrocławskiej, Grupa Goldenmark
źródło:  Newsrm.tv

Analitycy, inwestorzy, bankierzy, politycy, niemal cały świat finansów obawia się kolejnego kryzysu finansowego. Niemniej jednak, nie są oni zgodni w kwestii bezpośredniej przyczyny, która mogłaby wywołać ewentualny krach. Jedni wskazują na twarde lądowanie chińskiej gospodarki, inni na kryzys surowcowy. Natomiast, w ostatnich dniach media i eksperci skupiają się na sektorze bankowym, zwłaszcza europejskim. Okazuje się, że europejskie banki walczą z wieloma problemami. Największe obawy jednak wywołuje trudna sytuacja, w jakiej znalazł się Deutsche Bank.

Szum medialny rozpoczął się za sprawą listu, jaki został wysłany przez prezesa Deutsche Banku do obligatariuszy, którzy niespełna miesiąc temu nabyli obligacje banku, opiewające na kwotę 5,4 mld dolarów. Inwestorzy czują się oszukani, gdyż po zakończeniu emisji bank opublikował wyniki finansowe za IV kwartał 2015 roku, według których strata osiągnęła poziom 2,1 mld euro. Co więcej, w całym ubiegłym roku bank zanotował stratę w wysokości 6,7 mld euro. W liście John Cryan, prezes spółki, uspokaja i podkreśla, że bank jest mocny niczym skała. Analizując jednak przebieg zdarzeń i najnowszą historię niemieckiego banku, trudno zgodzić się z powyższym stwierdzeniem.

Pierwsze syndromy pogarszającej się sytuacji Deutsche Banku miały miejsce już w 2014 roku, kiedy to bank był zmuszony do podniesienia kapitału zakładowego. Niespełna rok później spółka nie zaliczyła stres testów, które badają odporność banku na ewentualny kryzys. Warto podkreślić, że tegoroczne badania również zakończyły się oceną negatywną. W kwietniu 2015 roku, w związku z manipulacją stopą procentową Libor, na bank została nałożona kara w wysokości 2,5 mld dolarów. Co więcej, na spółkę zostały nałożone kolejne kary. Oskarżenia i wyroki dotyczyły prania brudnych pieniędzy oraz współpracy z podmiotami objętymi międzynarodowymi sankcjami. W międzyczasie dwóch prezesów zrezygnowało ze swoich funkcji. Warto również zwrócić uwagę, że sytuację uważnie śledziły agencje ratingowe. Wiarygodność kredytowa banku najpierw została obniżona przez agencję S&P (do poziomu BBB+). Po niej kolejnego cięcia ratingu dokonała agencja Moody’s (do poziomu Baa1). Okazuje się zatem, że teraźniejsze problemy Deutsche Banku nie są jednorazowym przypadkiem, a skutkiem kolejnych wydarzeń.

Warto jednak spojrzeć na bank z nieco bliższej perspektywy i określić, co tak naprawdę jest jego największym problemem. Okazuje się, że spółka w swoim portfelu posiada bardzo pokaźny pakiet skomplikowanych instrumentów pochodnych, których wartość kilkudziesięciokrotnie przekracza PKB Niemiec. Można zatem sformułować następujący wniosek – spółka wykorzystuje wysoki stopień dźwigni finansowej. W związku z tym na niewielkie straty banku działa mnożnik, który skutecznie generuje coraz to większe straty. Warto również podkreślić, że Deutsche Bank zabezpieczył ów portfel obligacjami skarbowymi. W tym miejscu pojawiają się kolejne przeszkody. Rentowności obligacji, które kształtowały się poniżej zera, najprawdopodobniej osiągnęły już swoje historyczne minima. Ostatnio obserwujemy ich wzrost, a zatem spadek cen obligacji, czego skutkiem jest systematyczne uszczuplanie się wartości zabezpieczenia. W związku z tym, dynamicznie wzrasta również ryzyko niewypłacalności. Sytuacja ta jest wyjątkowo niebezpieczna. Co więcej, jest ona dobrze znana całemu światu. W 2008 roku upadłość ogłosił amerykański bank inwestycyjny Lehman Brothers. Przyczyną bankructwa był bardzo agresywny portfel skomplikowanych i źle zabezpieczonych instrumentów pochodnych, które oparte były na kredytach subprime. Wydarzenia te zapoczątkowały jeden z największych kryzysów finansowych w historii.

Nasuwa się zatem pytanie, czy Deutsche Bank może spowodować kolejny krach. Nie można tego wykluczyć. Spółka faktycznie musi stawić czoło istotnym problemom, które mogą doprowadzić do efektu domina i kryzysu bankowego. Już teraz akcje europejskich banków mocno straciły na wartości. Niemniej jednak, należy zwrócić uwagę, że niemiecki bank może niebawem zostać zaliczony do grona ,,too big to fail”, a pomocna dłoń zostanie wyciągnięta przez rząd niemiecki, bądź ECB. Na koniec warto zaprezentować opinię pana Dominica Konstama, jednego z głównych analityków zagrożonej bankructwem instytucji finansowej. Zgodnie z ustaleniami portalu Bankier.pl, w notce do klientów napisał on, że banki centralne powinny kontynuować ekstremalne luzowanie ilościowe oraz pozostawić stopy procentowe na rekordowo niskich poziomach. Ponadto jest zwolennikiem ekspansywnej polityki fiskalnej oraz przeciwnikiem wymogów kapitałowych, zgodnych z regulacjami Basel III. Jedno jest pewne. Propozycje te mogą uratować upadający niemiecki bank. Z drugiej strony, w perspektywie długoterminowej, trudno wyobrazić sobie, jak te działania wpłyną na globalną gospodarkę. Komentarz ten może potwierdzać, w jak ciężkiej sytuacji obecnie znajduje się jeden z największych banków na świecie.

Biorąc pod uwagę wszystkie powyżej wymienione czynniki, być może możliwych źródeł następnego kryzysu finansowego nie należy doszukiwać się w cenach surowców, czy też w chińskiej gospodarce. Zagrożenie jest bliżej, a dotyczy dużych europejskich banków. Nie jesteśmy jednak w 2008 r., a kłopoty Deutsche Banku ciągną się już od dłuższego czasu. Nie jest to niespodzianka dla EBC czy niemieckiego rządu, więc na pewno plan ratunkowy jest już gotowy bądź na finiszu. Zagrożenie oczywiście istnieje, ale przy założeniu jakichś ratunkowych działań, można przypuszczać, że straty indeksów giełdowych są już nawet zbyt duże.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

2015 był trudnym rokiem dla branży turystycznej. Zamachy terrorystyczne, obawy wyjeżdżających przed uchodźcami oraz strajki w Grecji to powody, dla których nie wszystkie firmy obsługujące zagraniczne wyjazdy turystyczne zamknęły rok na plusie. Kłopoty, z jakimi radzić musiały sobie biura podróży i agencje turystyczne odzwierciedlają również dane z Krajowego Rejestru Długów – w ciągu zaledwie pół roku notowane tu zadłużenie biur i agencji turystycznych wzrosło o ponad 3 miliony złotych.

W kraju trwają właśnie ferie, więc wiele osób wyjeżdża na organizowane wyjazdy w poszukiwaniu ciepła. Polacy powoli zaczynają też myśleć o wakacyjnych wojażach. Jak się jednak okazuje, jesteśmy o wiele mniej optymistyczni i dużo bardziej ostrożni w naszych wakacyjnych wyborach. Jak pokazują dane Polskiego Związku Organizatorów Turystyki tylko w pierwszym tygodniu 2016 r. liczba klientów biur podróży była aż o 27% niższa niż w analogicznym okresie rok wcześniej.

Wpływ na obserwowaną aktualnie sytuację mieć może mieć osłabienie złotówki, co spowodowało wzrost kosztów wyjazdu. Zwłaszcza, że zmieniły się też kierunki wybierane przez polskich turystów – w tym momencie chętniej jeździmy do Hiszpanii i Portugalii – komentuje Maciej Ameljan, wiceprezes Rzetelnej Firmy.

Ta ostrożność to również wynik doświadczeń ubiegłego roku, a także ostrzeżeń płynących z mediów. Niestabilna sytuacja z poprzedniego roku na pewno nie pozostała bez wpływu na finanse samych operatorów turystycznych. Ci mniejsi, których głównymi kierunkami obsługiwanych wyjazdów był głównie Egipt i Tunezja, na własnej skórze odczuły zawirowania sytuacji politycznej w tych krajach.

W ciągu zaledwie kilku miesięcy, od sierpnia 2015 r. zauważyliśmy znaczny wzrost liczby zadłużonych biur podróży i agencji turystycznych, których dane zostały przekazane do Krajowego Rejestru Długów. W tym momencie jest ich 458. Oznacza to, że od ubiegłorocznych wakacji przybyło aż 99 nowych dłużników z tej branży – zauważa Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Równie mocno zwiększyło się zadłużenie branży turystycznej notowane w KRD. O ile po ubiegłorocznych wakacjach wynosiło ono 9,6 mln złotych, o tyle już w styczniu wysokość zadłużenia przekroczyła 12,8 mln złotych. Kwota ta jest wyższa niż wartość zadłużenia notowana w Krajowym Rejestrze Długów, gdy branża przeżywała największe problemy. W najgorszym okresie, w bazie danych KRD wpisanych było 493 biur i agencji, a z rynku zniknęło wtedy kilkanaście biur podróży.

Przez ostatnie dwa lata branża turystyczna odpracowywała straty i wydawało się, że tendencja ta będzie się utrzymywać. Jednymi z najpopularniejszych kierunków były Egipt i Tunezja i Turcja – wiele biur organizowało wycieczki wyłącznie tam. Po zamachach zainteresowanie tymi wyjazdami spadło prawie całkowicie, pogrążając finanse wielu organizatorów – komentuje Maciej Ameljan.

Problemów z wypłacalnością spodziewać możemy się wśród spółek, które nie wprowadziły zróżnicowanej oferty wyjazdowej po ubiegłorocznych wydarzeniach i nadal oferują tylko te kierunki, które powoli tracą na atrakcyjności wśród turystów. Jakiekolwiek nieprzewidziane wypadki w nadchodzącym sezonie mogą zachwiać ich stabilnością finansową. Do spłacenia będą bowiem nie tylko opłaty za rezerwacje miejsc noclegowych, ale również koszty podróży, czy ubezpieczenia.

Jak pokazują statystyki Krajowego Rejestru Długów, głównymi wierzycielami branży turystycznej są głównie instytucje finansowe i firmy ubezpieczeniowe. Same banki czekają średnio na 117 tysięcy złotych, jakie powinien zwrócić im statystyczny dłużnik z tej branży. Jednak najwięcej pieniędzy organizatorzy wyjazdów turystycznych są winni właścicielom pensjonatów i hoteli, którym zalegają już na ponad 3 miliony złotych. Najwięcej zadłużonych touroperatorów ma swoje siedziby w województwie mazowieckim (aż 120 spółek) i na Śląsku (prawie 90 spółek). Rejonami, gdzie do KRD zostało dopisanych najmniej operatorów turystycznych są z kolei województwo lubuskie, podlaskie świętokrzyskie.

 

KRD

Wiosną tego roku można było z dość dużą dozą pewności ignorować zamieszanie wokół Grecji, jako z globalnego punktu widzenia mało istotne. Zresztą rynki finansowe bardzo późno zaczęły się martwić ryzykiem Grexitu i praktycznie tylko w kontekście jego potencjalnego wpływu na inne południowoeuropejskie kraje. Aktualnie głównym zmartwieniem inwestorów pozostają Chiny, co podobnie jak Grecja, nowym tematem nie jest.

Zresztą indeksy giełd państw rozwiniętych spowalaniającą dynamikę chińskiego wzrostu dotychczas ignorowały. Również pierwsze czerwcowe tąpnięcie na parkiecie za Wielkim Murem nie zachwiało dotychczas panującego status quo. Dopiero dewaluacja juana doprowadziła do poruszenia, które ostatecznie przerodziło się w „czarny poniedziałek” z paniczną wyprzedażą akcji na całym świecie.

Spróbujmy się zastanowić jakie są prawdziwe przyczyny zaistniałej sytuacji i do czego może ona ostatecznie prowadzić. Otóż już wcześniej sygnalizowałem, że spowolnienia w Chinach nie można bagatelizować, gdyż bezpośrednio przekłada się ono na dynamikę globalnego wzrostu PKB. Krach na giełdzie w Szanghaju nie ma tutaj większego znaczenia, z uwagi na bardzo spekulacyjny i nastawiony na klienta detalicznego charakter chińskiego rynku. Również dewaluacja juana i wiązane z nią „wojny walutowe” są jedynie symptomem, a nie przyczyną głównego problemu. Tym problemem są pogarszające się perspektywy wzrostu Chin, i w konsekwencji również świata, które zderzyły się z wygórowanymi wycenami akcji. Mowa tutaj w szczególności o Wall Street, której główny indeks pierwszą połowę roku spędził w konsolidacji przy historycznych maksimach. Teraz ją opuścił dołem przy większym obrocie i jednoczesnym wygenerowaniu sygnału sprzedaży według starej teorii Dowa. Taki ruch należy rozpatrywać w szerszym kontekście czynników ryzyka, które znane są od dawna, czyli słabej dynamiki pokryzysowego wzrostu gospodarczego, rekordowych marż generowanych przez amerykańskie koncerny z nikłą możliwością ich dalszej poprawy oraz wymagających wycen od pewnego już czasu sygnalizowanych przez wskaźnik C/Z Shillera. Obserwowany spadek jest więc niczym innym jak dostosowaniem poziomu wycen do zmieniającego się środowiska, a jego dynamikę wymusiło wcześniejsze ignorowanie ryzyka, co sygnalizowało bardzo niskie wskazanie „indeksu strachu” VIX. Teraz pozostaje pytanie o perspektywy na przyszłość. Te są mieszane, gdyż głosy o globalnej recesji na wzór tej z 2008 roku są wysoce przesadzone. Publikowane dane z Niemiec i USA przeczą bowiem tej tezie. Z drugiej jednak strony szybkie zanegowanie spadków i powrót do tendencji wzrostowej na głównych rynkach wydaje się w tym momencie wykluczone. Oczywiście dynamiczne odreagowanie części zniżek jest w zaistniałej sytuacji ruchem naturalnym, ale wynika ze skali technicznego wyprzedania i nie oznacza wcale szybkiej możliwości redukcji całości strat z późniejszym wyznaczeniem nowych maksimów. Wynika to z faktu, że wzrost PKB USA w drugiej połowie roku zapowiada się poniżej prognoz z początku roku sugerujących przyspieszenie dynamiki. Teraz zaczynamy bowiem martwić się spowolnieniem i szacować jego skalę.

Lukasz_Bautor: Łukasz Bugaj, CFA, Analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

 

 

 

Oczekiwany Wtorek Odwrotu po Czarnym Poniedziałku okazał się mało imponujący, gdyż inwestorzy obawiali się trzeciej trzeciego w tym tygodniu tąpnięcia giełdy w Szanghaju. Rzeczywistość okazała się mniej ponura, ale niepewność pozostaje wysoka. Wciąż jesteśmy daleko od odpowiedzi, czy burza za nami, czy tylko znaleźliśmy się w oku cyklonu?

Po kolejnych 24 godzinach USD jest silniejszy względem EUR i JPY, ale już nie tyle, co chwilami w trakcie wtorkowego handlu. Mieliśmy oznaki Wtorku Odwrotu, ale niepewność i związana z tym zmienność pozostaje duża, a sierpniowa płynność wciąż pozostawia wiele do życzenia. Wszyscy patrzą na zachowanie rynków akcji, czekają na werbalne interwencje banków centralnych i debatują o tym, co zrobi Fed na wrześniowym posiedzeniu? Strach, że Shanghai Composite może kolejny dzień spaść o prawie 10 proc. zdusiła odbicie indeksów na Wall Street, gdzie S&P 500 3-procentowe wzrosty ostatecznie zamienił na spadek o 1,4 proc. W Chinach zanosiło się na odreagowanie 4-proc., ale finalnie podaż docisnęła, przynosząc słabe otwarcie w Europie.

Nieco rozczarowania przyniosła też aktywność banków centralnych. Constancio z ECB stwierdził, że nie ma potrzeby działania już „teraz”. Obniżka stóp procentowych w Chinach jest niewystarczającą próbą reakcji na skutki, a nie zapobieganiem dalszego słabnięcia gospodarki i dlatego okazała się bez znaczenia dla sytuacji rynkowej. W najbliższym czasie czeka nas więcej luzowania monetarnego, ale obecnie zmienia to niewiele.

Zmienność pozostanie wysoka, póki banki centralne nie pokażą, że nie utraciły kontroli. Po kapitulacji narodowego Banku Szwajcarii w styczniu wiemy, że banki centralne nie są wszechmocne, ale w dalszym ciągu szacunek i zaufanie do nich nie zostało całkowicie pogrzebane. Na mocniejszy sygnał z ECB przyjdzie nam raczej poczekać do przyszłego czwartku i konferencji Mario Draghiego (prezes ECB nie będzie obecny na sympozjum w Jackson Hole). Od strony Fed kluczowe może być stanowisko przedstawione na sympozjum przez wiceprezesa Fischera w sobotę. Jeśli nie dostaniemy niczego konkretnego, zobaczymy więcej spadków indeksów giełdowych, przeceny surowców, redukcji pozycji w USD i ucieczki w bezpieczne przystanie/waluty finansujące (EUR, CHF, JPY).

Dziś kalendarium jest skromne. Dane o zamówieniach na dobra trwałego z USA za lipiec (14:30) użytku raczej będą cieszyć mniejszym zainteresowaniem niż zwykle, gdyż fundamenty mało znaczą dla obecnego handlu. Mimo to po tak silnej wyprzedaży USD względem reakcja dolara może być silniejsza na lepszy odczyt. Dziś mamy jeszcze wystąpienie Praeta z ECB (12:40) i Dudleya z Fed (16:00). Jest dość prawdopodobne, że Praet wniesie równie mało, co Constancio wczoraj. W przypadku Dudleya wzmianki dotyczące wrześniowej podwyżki będą istotnym impulsem dla rynku. Szef oddziału Fed z Nowego Jorku raczej ograniczy się do powtórzenia „uzależnienia decyzji od danych”. Może też być ciekawe, jak ocenia wpływ zmienności rynku akcji na politykę monetarną.

Dopóki rynek akcji nie uspokoi się, korekty USD względem EUR i JPY będą wykorzystywane do sprzedaży, choć inwestorzy są bardziej chętni do taktycznego zajmowania pozycji z krótkim terminem realizacji. GBP pozostaje w cieniu zmian sentymentu względem euro i dolara, ale Fed jedzie na tym samym wózku, co Bank Anglii, dlatego GBP/USD pozostaje względnie stabilny. Waluty surowcowe pozostają napiętnowane przeceną towarów i wizją kolejnych obniżek stóp procentowych, więc trudno będzie o trwalszy popyt na AUD, CAD i NZD. Słabość złotego do euro zatrzymała się na lipcowych minimach, co na swój sposób dobrze świadczy o polskiej walucie, choć ryzyka dalej przeważają na rzecz osłabienia.

Sporządził: Konrad Białas, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Poniedziałek był najgorszym od lat dniem dla giełdowych inwestorów. Indeks Shanghai Composite tąpnął o 8,5%, co było największym dziennym spadkiem tego indeksu od 2007 r. We wtorek dołożył jeszcze kolejne 7,5% spadku i w efekcie jest już na poziomie poniżej 3000 pkt. Po hossie, która wywindowała ceny akcje tak wysoko nie ma już śladu. Bessa w Chinach przełożyła się na bardzo słabą sesję także w Europie czy USA, gdzie spadki nie były aż tak spektakularne, ale jednak koniec końców indeksy traciły po 4-5%, a rynki wschodzące jeszcze mocniej. WIG, zaliczany do parkietów wschodzących, zniżkował o 5,7%. Towarzyszyła temu silna przecena na rynku surowców przemysłowych. Bloomberg Commodity spadł do poziomu najniższego od 10 lat, a cena ropy Brent zbliżyła się do 40 USD/brk.

Sytuacja poniedziałkowa może kojarzyć się z najgorszymi wspomnieniami z okresu kryzysu finansowego z 2008 r. lub późniejszego kryzysu zadłużenia państw Europy Południowej. Jest jednak pewna różnica – ciężko znaleźć tak bezpośrednią przyczynę lawinowych spadków na giełdach. Sytuacja w Chinach jest trudna już od miesięcy, a mimo to słabsze dane nie przeszkadzały w anormalnej hossie na tamtejszej giełdzie. Od czerwca jednak następuje tam realizacja zysków, a w ogóle sygnały o słabnącej chińskiej gospodarce docierają od dawna. Falę spadkową wywołał najsłabszy odczyt indeksu PMI dla chińskiego przemysłu od 77 miesięcy, ale można go uznać za jedynie punkt kulminacyjny całej serii danych poniżej oczekiwań (produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej czy bilansu handlu zagranicznego) Każą one w wątpliwość poddawać oficjalne dane o PKB publikowane przez chiński urząd statystyczny. Po piątkowej publikacji indeksu PMI inwestorzy z pewnością spodziewali się, że chińskie władze zareagują działaniami już w weekend. Tymczasem takowych nie było i możliwe, że stąd reakcja była tak silna.

Jednak już we wtorek Ludowy Bank Chin obciął stopy procentowe o 25 punktów bazowych oraz obniżył o 50 punktów bazowych stopę rezerw obowiązkowych dla chińskich banków. Jest to już piąta obniżka kosztu pieniądza w aktualnym cyklu, aczkolwiek póki co ich efekty były tylko doraźne. Taki mamy też i teraz, ale na mocno przecenione indeksy to jak na razie wystarcza. Jednak wcale nie jest powiedziane, że to koniec działań Chin. Dalsza dewaluacja juana mogłaby być kosztowna, ale w grę wchodzić może jakiś większy pakiet fiskalny. Słabsza koniunktura w Chinach ma też swoje pozytywne oblicze w niższych cenach surowców, co dla gospodarek takich jak polska czy niemiecka jest zjawiskiem korzystnym (importerzy netto ropy czy gazu). Jest jeszcze kwestia tego, co zrobi FOMC na wrześniowym posiedzeniu – biorąc pod uwagę aktualny wzrost awersji do ryzyka i ostatni protokół ze spotkania FOMC (gołębi wydźwięk) należy się spodziewać prowadzenia dalej akomodacyjnej polityki pieniężnej i odraczania podwyżek stóp co najmniej do grudnia.

Nie ma na ten moment tak dużego zagrożenia jak w 2008 r. (Lehman Brothers i rynek nieruchomości w USA) czy w 2010 r. (początek kryzysu zadłużenia w krajach Europy Południowej). Wyceny spółek przez mocny spadek stały się atrakcyjniejsze, a w USA podwyżka stóp prawie na pewno będzie odroczona co najmniej do grudnia. Zatem w najbliższym okresie warto patrzeć na sytuację na giełdach przez pryzmat okazji inwestycyjnych w długim horyzoncie czasowym, a nie przez pryzmat strachu.

 

Lukasz Rozbicki_1autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Po zatwierdzeniu programu pomocowego przez grecki parlament, Eurogrupę oraz część parlamentów strefy euro Hellada jest już pewna otrzymania wsparcia finansowego wartego nawet 86 mld euro. W zamian rząd z Aten zobowiązał się do kolejnych daleko idących reform mających na celu pomoc greckiej gospodarce w wyjściu na prostą. Pójście na rękę wierzycielom skończyło się rozłamem w rządzącej Syrizie, w efekcie w czwartek wieczorem premier Grecji Alexis Tsipras podał się do dymisji.

W tym tygodniu Grecja otrzymała już połowę pierwszej transzy wsparcia z Europejskiego Mechanizmu Stabilności opiewającej na 26 mld euro. Hellada nie miała problemu z wykorzystaniem tych środków, bowiem dzięki nim była w stanie spłacić 7 mld euro pożyczki pomostowej otrzymanej w ubiegłym miesiącu oraz bieżące należności do Europejskiego Banku Centralnego w kwocie 3,5 mld euro.

Ci, którzy uważali, że sytuacja w Grecji przynajmniej na jakiś czas się ustabilizuje niestety byli w błędzie. Od czasu lipcowego porozumienia pomiędzy rządem z Aten a Trojką coraz bardziej widoczny stawał się podział w rządzącej partii. Skrajnie lewicowa Syriza z Alexisem Tsiprasem na czele, która doszła do władzy głosząc, że zerwie z radykalnymi cięciami i reformami narzucanymi przez Unię Europejską, ostatecznie przystała jednak na żądania wierzycieli. Zeszłotygodniowe przegłosowanie programu pomocowego było możliwe jedynie dzięki głosom opozycji, ponieważ część radykalnych członków rządzącej partii skrytykowała Tsiprasa za ustępstwa wobec europejskich instytucji i nie poparła ich w parlamencie. W związku ze stratą rządowej większości w czwartek premier Grecji podał się do dymisji i zwrócił się do prezydenta Prokopisa Pawlopulosa o jak najszybsze rozpisanie nowych wyborów (najgłośniej mówi się o 20 września). Obserwatorzy twierdzą, że w ten sposób Alexis Tsipras chce stłumić wewnętrzny bunt w swoich szeregach. Szybkie wybory mogą skutecznie utrudnić sformowanie silnej formacji radykalnie lewicowym byłym już członkom Syrizy, którzy w czwartek wyszli z partii, a Tsiprasowi pomóc uzyskać przychylność społeczeństwa umożliwiającą mu dalsze rządzenie krajem. W piątek prezydent Grecji przekazał mandat do utworzenia nowego rządu liderowi Nowej Demokracji, głównej greckiej partii opozycyjnej, Wangelisowi Meimarakisowi. Ma on teraz 3 dni na sformowanie nowego gabinetu, jeśli mu się nie uda taką samą szansę będą miały dwie pozostałe największe partie opozycyjne Grecji. Jeśli którejś z nich uda się zawiązać rząd, to o nowych wyborach nie ma mowy. Prawdopodobieństwo wystąpienia takiego scenariusza jest jednak niewielkie. Nie wydaje się również, aby przyspieszone wybory parlamentarne były zagrożeniem dla nowo przyjętego programu pomocowego. Mimo że nie jest pewnym kto wygra wybory, to w greckim parlamencie zdecydowana większość popiera ten program a zwłaszcza główne partie. Również Bruksela nie obawia się o negatywne skutki wcześniejszych wyborów, a wręcz liczy na to, że ustabilizują one grecką scenę polityczną, co pomoże w relacjach między Helladą a jej wierzycielami.

Gwoździem do trumny Alexisa Tsiprasa mogła być przeprowadzona dwa dni przed dymisją pierwsza prywatyzacja jego rządu. We wtorek grecki rząd oficjalnie zatwierdził sprzedaż 14 regionalnych lotnisk niemieckiej firmie za 1,23 mld euro. Warto dodać, że po dojściu do władzy w styczniu sprzedaż ta została wstrzymana właśnie przez partię Tsiprasa, który wówczas zapowiadał, że położy kres oszczędnościom i prywatyzacjom.

Wybory parlamentarne w Grecji niemal na pewno się odbędą. Bez względu na ich wynik pomocowy program dla Hellady wydaje się być niezagrożony. Istnieje jednak możliwość, że w przypadku, gdy mandat premiera otrzyma ktoś inny niż dotychczas rządzący Alexis Tsipras może on nie zaakceptować reform, na które zgodził się poprzedni rząd (czytaj Tsipras). W takim przypadku niestety możemy wrócić do punktu wyjścia i właśnie zaakceptowany program może zostać poddany ponownym negocjacjom. Miejmy jednak nadzieję, że nie cofniemy się w czasie i historia sprzed kilku tygodni, która  nie obyła się bez wpływu na światowe rynki finansowe się nie powtórzy.

 

Seweryn Masalskiautor: Seweryn Masalski, MM Prime TFI S.A.

 

 

Grecki parlament w trybie pilnym przegłosował ustawę wprowadzającą drakońskie oszczędności w zamian za międzynarodową pomoc finansową. Światowe rynki akcji przyjęły tę informacje z zadowoleniem. W rezultacie od kilku sesji giełdowych obserwujemy odreagowanie po wcześniejszych spadkach. Ponadto osłabia się euro. Jeśli ten trend utrzyma się przez dłuższy czas, wpłynie to na rynki pozytywnie, ponieważ wzrośnie konkurencyjność europejskich spółek eksportowych.

Również warszawski parkiet – w segmencie zarówno dużych, jak i małych spółek –odreagowuje wcześniejszą słabość, pomimo trwającego sezonu ogórkowego i braku ważnych fundamentalnie wiadomości. Takie zjawisko zazwyczaj obserwujemy po mocnych spadkach, gdy krótkoterminowo rynki są już mocno wyprzedane. Wówczas nawet indeks szerokiego rynku nie potrzebuje dużego kapitału po stronie popytowej, by rosnąć.

Koniunktura w Chinach istotna dla akcji

Greckie ryzyko zostało na jakiś czas wygaszone, choć zapewne to nie ostatni akt „greckiej tragedii”. Na horyzoncie wciąż znajdują się także inne czynniki ryzyka, które warto śledzić uważniej. Niepokój w kontekście przyszłego sentymentu na światowych rynkach akcji budzi m.in. koniunktura w Chinach, mierzona choćby popytem na dobra wytwarzane przez europejskie spółki. Kolejni producenci, przede wszystkim z Niemiec, meldują spadek sprzedaży swoich samochodów luksusowych w Chinach. Na tym etapie nie da się udzielić jednoznacznej odpowiedzi, czy to przejściowy trend czy już efekt schładzania i stabilizowania chińskiej gospodarki. Wskaźnik PMI oscylujący wokół 50 pkt wskazuje raczej na ten drugi scenariusz, ale z wyciąganiem daleko idących wniosków warto zaczekać, aż trend w chińskiej gospodarce się wyklaruje.

autor: Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI

Od końca minionego tygodnia giełdowy świat z zapartym tchem przygląda się dramatycznym negocjacjom Aten ze swoimi wierzycielami, które w piątek wieczorem zostały jednostronnie zerwane przez premiera Tspirasa. Było to spore zaskoczenie, gdyż w sobotę miały być kontynuowane rozmowy, by przed otwarciem rynków w poniedziałek politycy mogli się pochwalić sukcesem. Tak się jednak nie stało, a winnego szukać należy na południu Europy, a nie północy.

W konsekwencji tydzień rozpoczął się sporymi spadkami w postaci luk na wykresach. Warto w tym miejscu przytoczyć pewne statystyki. Otóż według MFW PKB Grecji wyniósł w minionym roku jedynie 0,3% światowej gospodarki. Aby umieścić to w interesującej perspektywie, dodać można, że niewiele mniejsze od Grecji są gospodarki takich państw jak Kazachstan czy targany wojną Irak. Na dodatek gospodarcze znaczenie Hellady dość konsekwentnie w ostatnich pięciu latach się zmniejsza, a jej powiązania handlowe ograniczają się praktycznie do regionu Bałkanów. Z czysto gospodarczego punktu widzenia znaczenie Grecji jest więc marginalne, a nawet jej bankructwo nie powinno być zaskoczeniem, skoro będzie drugim w ciągu zaledwie trzech lat.

Przypomnę, że nie dalej jak w 2012 roku uruchomione zostały instrumenty CDS na greckie obligacje i ich wystawcy pogodzić się musieli ze stratami na kwotę ponad 3 mld dolarów. Dlaczego więc inwestorzy tak martwią się Grecją?

Przede wszystkim strach jest z pewnością przesadzony, a jego podłoże wynikać może zupełnie z czegoś innego niż sam upadek Grecji. Otóż gdyby rzeczywiście doszło do osławionego Grexitu, to zdecydowanie istotniejszym ryzykiem byłyby jego konsekwencji dla innych krajów. Dotychczas bowiem mówiło się, że nie można opuścić strefy euro, a tak powstałby precedens śladami którego w przyszłości pójść mogłyby inne kraje. Bruksela jest tego świadoma, dlatego tak twardo negocjuje. Zbyt wysokie ustępstwa mogłyby zachęcić inne kraje do pójścia podobną ścieżką, na co strefę euro nie stać. Z kolei twarde negocjacje uciszą żądania innych państw z jednej strony, a gdyby ostatecznie się nie powiodły, to Grexit uczynią dla Aten na tyle nieprzyjemnym, że szybko w ich ślady nikt nie pójdzie.

Właśnie dlatego teraz, gdy prawdopodobieństwo wyjścia Grecji ze strefy euro jest tak wysokie, Ateny wciąż nie mogą liczyć na łagodne traktowanie. Dla inwestorów najważniejsze jest jednak to, że całe te dywagacje mają większe znaczenie polityczne niż gospodarcze i dlatego sprzedaż akcji wyłącznie z greckiego powodu mija się z celem.

 

Lukasz_Bautor: Łukasz Bugaj, CFA, Analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Zdaniem dyrektorów finansowych (CFO) polska gospodarka weszła w fazę stabilnego rozwoju. Aż 58 proc. z nich uważa, że perspektywy finansowe ich przedsiębiorstw w najbliższych miesiącach będą „lepsze” lub „znacznie lepsze”. Na wzrost pozytywnych nastrojów menedżerów odpowiedzialnych za finanse, którzy wykazują coraz większy apetyt na ryzyko i myślą o nowych inwestycjach, na razie kryzys grecki nie wpływa. Mają oni za to duże oczekiwania wobec polskiego rządu, który powstanie po październikowych wyborach. Najważniejszymi priorytetami są według CFO znaczące zmiany przepisów podatkowych i usprawnienie administracji podległej Ministerstwu Finansów. To najważniejsze wnioski z ósmej edycji badania „Deloitte CFO Survey 2015 H1”, przeprowadzonego wśród dyrektorów finansowych w Polsce.

Poprzednie edycje badania pokazały, że dyrektorzy finansowi wiarygodnie przewidują rozwój polskiej gospodarki. Ich zdaniem gospodarka weszła obecnie w fazę rozwoju. Stąd 51 proc. z nich prognozuje wzrost PKB na poziomie powyżej 2,6 proc., z czego zdaniem 15 proc. ankietowanych wzrost ten sięgnie ponad 3,5 proc. Z kolei 61 proc. badanych spodziewa się spadku bezrobocia, a 81 proc. dyrektorów finansowych prognozuje wzrost cen na poziomie poniżej 2 proc., co oznacza, że oczekiwania inflacyjne są najniższe od trzech lat.

Wskaźnik optymizmu netto (rozumiany jako odsetek osób wskazujących, że perspektywy finansowe ich firm są lepsze w porównaniu z sytuacją sprzed 6 m-cy, pomniejszony o odsetek wskazujących na pogorszenie sytuacji) odrobił straty i powrócił do poziomu +40 (pół roku temu było to +20). Jednak 18 proc. CFO ocenia perspektywy finansowe swoich firm bardziej pesymistycznie w porównaniu do sytuacji sprzed sześciu miesięcy. Polaryzacji uległa również ocena stabilności gospodarczej: 63 proc. CFO uważa, że poziom niepewności ekonomicznej jest niski (13 proc.) lub przeciętny (50 proc.). Jednocześnie co dziesiąty badany uważa, że jest on bardzo wysoki. „Już samo zróżnicowanie odpowiedzi może wskazywać na wzrost niepewności. Bardziej niż ze zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi w Polsce wiązałbym to zjawisko z zagrożeniem ze strony kryzysu w Grecji” – mówi Krzysztof Pniewski, Partner w Dziale Konsultingu Deloitte, Lider Programu CFO w Polsce. „Jednocześnie napięta sytuacja w strefie Euro nie wpływa na razie na optymistyczne nastroje polskich CFO, których pytaliśmy o zdanie w maju i czerwcu br. Należy jednak pamiętać, że sytuacja jest bardzo dynamiczna, a skutki najczarniejszego scenariusza mogą być dotkliwe dla całej Unii Europejskiej” – dodaje ekspert. Jak pokazało badanie, 58 proc. dyrektorów finansowych przewiduje utrzymanie obecnego kursu EUR/PLN (przedział 4,00 – 4,19 zł). Na prognozy te może jednak wpłynąć rozstrzygnięcie kwestii pozostania lub wyjścia Grecji ze strefy Euro.

Priorytety i ryzyka CFO

Podobnie jak w ostatnich edycjach, również i w tym badaniu, CFO jako biznesowy priorytet wskazują wzrost przychodów na aktualnych rynkach (67 proc.). Warto zauważyć, że rośnie znaczenie inwestycji, które są priorytetem dla 61 proc. badanych (pół roku wcześniej 44 proc.). Trend ten idący w parze z apetytem na ryzyko, zadeklarowany przez 58 proc. respondentów

(w poprzedniej edycji badania 47 proc.), wyraźnie wskazuje na poprawę koniunktury w Polsce. Jednocześnie nie przekłada się to na razie na dynamikę zmian na rynku fuzji i przejęć. Niespełna połowa badanych dyrektorów finansowych prognozuje jedynie nieznaczny wzrost poziomu transakcji M&A w Polsce. Charakter prognozy pozostaje stabilny od dłuższego czasu i oznacza, że rynek M&A będzie się w Polsce rozwijał powoli.

Podobnie do poprzedniej edycji badania najważniejszym ryzykiem pozostaje presja cenowa. Obecnie wskazuje na nią 26 proc. respondentów. Istotnym ryzykiem z punktu widzenia menedżerów odpowiedzialnych za finanse pozostaje także obawa o spadek popytu (wskazało na nią również 26 proc. badanych CFO). Duże wzrosty zanotowały dwie inne kategorie ryzyka (po 15 proc. wskazań): problemy z płynnością oraz zmienne prawo podatkowe i gospodarcze.

W tej edycji badania dyrektorzy finansowi byli pytani także o dyrektywę 2014/95/UE, która rozszerza sprawozdawczość firm o obowiązek ujawnienia danych pozafinansowych oraz informacji dot. różnorodności. Od 2017 r. obowiązek ten będzie dotyczył m.in. spółek giełdowych, banków oraz funduszy inwestycyjnych, które zatrudniają ponad 500 osób i mają sumę bilansową powyżej 20 mln EUR lub obroty netto powyżej 40 mln EUR. Jak się okazuje sama świadomość zmian nie jest powszechna, gdyż ponad 45 proc. dyrektorów finansowych nie zna nowych wymogów. Jedynie niespełna 15 proc. firm jest w trakcie wdrażania wymagań, które niesie za sobą nowa dyrektywa. – „Mały poziom świadomości firm co do nowych wymagań niepokoi. Polskie firmy powinny wykorzystać dyrektywę jako szansę na usprawnienie i transformację biznesu, a nie przymus. Raportowanie pozafinansowe może przynieść firmom wiele korzyści, m.in. większe zaufanie ze strony inwestorów, lepsze zrozumienie modelu biznesowego, strategii i ryzyk oraz identyfikację nowych szans biznesowych.” – podkreśla Irena Pichola, Partner, Lider zespołu Sustainability Consulting Central Europe Deloitte.

Finansowanie

Rynek finansowania kredytem jest oceniany najlepiej od kilku lat. Kredyt jako źródło finansowania jest atrakcyjny dla aż 64 proc. badanych CFO, co stanowi istotny wzrost w porównaniu do poprzedniej edycji badania, kiedy to 45 proc. osób było tego zdania.

Kredyty są łatwo dostępne dla 37 proc. CFO, a pozostają trudno dostępne dla niewielkiej liczby podmiotów (jedynie 5 proc.). W ostatnich kwartałach stale poprawia się dostępność zewnętrznego finansowania dla przedsiębiorstw. Liczba CFO przewidujących wzrost poziomu zadłużenia jest dwukrotnie większa niż tych, którzy spodziewają się obniżenia tego poziomu. Maleje liczba CFO spodziewających się kolejnych obniżek kosztów finansowania (18 proc.), a więcej niż połowa CFO (53 proc.) przewiduje stabilizację kosztów finansowania na aktualnym poziomie. „Może to wskazywać, że respondenci nie spodziewają się już dalszej obniżki stóp procentowych. Należy przy tym zwrócić uwagę, że z kolei emisje akcji nadal nie stanową atrakcyjnego źródła finansowania i są stosowane dosyć rzadko. Wybrało je jedynie 16 proc. respondentów” – mówi Krzysztof Pniewski.

Rynek pracy

Z punktu widzenia dyrektorów finansowych sytuacja na rynku pracy staje się coraz bardziej skomplikowana. Rośnie bowiem liczba firm odczuwających trudności ze znalezieniem właściwych pracowników (z 26 proc. rok temu do 39 proc. obecnie). Wśród poszukiwanych finansistów największy deficyt odczuwany jest niezmiennie na poziomie specjalistów średniego szczebla (na braki w tym obszarze kompetencyjnym wskazuje 41 proc. CFO). Jednocześnie pogłębia się niedostępność pracowników na stanowiskach niższego szczebla (w drugim półroczu 2014 roku 23 proc. CFO widziało trudność w rekrutacji w tym obszarze, a w pierwszym półroczu bieżącego roku 29 proc.) oraz absolwentów (analogicznie wzrost z 8 do 19 proc.).

Perspektywa długoterminowa

3-letnie perspektywy dla sytuacji finansowej polskich przedsiębiorstw są nadal bardzo dobre, choć należy zaznaczyć, że nastroje odnoszące się do dalszej poprawy lekko się obniżają. Liczba CFO, którzy uważają, że możliwość obsługi zadłużenia ich przedsiębiorstw poprawi się, spadła w ciągu pół roku z 57 proc. do 48 proc.

Ostatnia edycja badania obejmowała także pytania dotyczące najważniejszych priorytetów i najważniejszych kierunków, na których powinien skoncentrować się nowoskonstruowany rząd po jesiennych wyborach parlamentarnych. Każdy z badanych mógł wskazać trzy najważniejsze z jego punktu widzenia obszary. „Z racji charakteru pracy CFO, naturalnie w przedmiocie ich zainteresowań pozostają głównie finanse oraz gospodarka. Ponad połowa badanych uważa, że rząd w roku 2016 powinien skoncentrować się na wprowadzeniu znaczących zmian przepisów i usprawnieniu działania administracji będących w zakresie kompetencji Ministerstwa Finansów. Prawie połowa wskazała również na potrzebę zmian w przepisach w zakresie kompetencji Ministerstwa Gospodarki. Najważniejsze obszary, które powinny ulec zmianom to VAT, CIT oraz ordynacja podatkowa. Polscy dyrektorzy finansowi wskazywali także m.in. na zagadnienia związane z Kodeksem Pracy czy ubezpieczeniami społecznymi” – mówi Krzysztof Pniewski.

źródło: Deloitte

 

 

 W związku z możliwością bankructwa Grecji istnieje ryzyko istotnego wzrostu kursu franka szwajcarskiego. Część Polaków zastanawia się więc nad przewalutowaniem swojego kredytu w tej walucie. Expander ostrzega jednak, że to nie zatrzyma raty na obecnym poziomie, lecz spowoduje jej wzrost nawet o 500 zł. Poza tym nie można wykluczyć, że politycy zapewnią nam w niedalekiej przyszłości możliwość preferencyjnego przewalutowania kredytów walutowych. 

 Ryzyko wzrostu kursu

Kurs franka wynoszący ponad 4 zł raczej nie zachęca do przewalutowywania kredytów w tej walucie. Sytuacja w Grecji powoduje jednak, że wielu Polaków obawia się konsekwencji ewentualnego bankructwa tego kraju i skokowego wzrostu kursu CHF, podobnego do tego z 15 stycznia. Szwajcaria jest przecież uważana za tzw. bezpieczną przystań, do której płyną pieniądze, gdy dzieje się coś złego. Takie napływy kapitału powodują umocnienie tej waluty i wzrosty kursu w stosunku do złotego.

Nie ma jednak pewności, czy tak się stanie. Bardzo trudno jest przewidzieć, jaki będzie wpływ „greckiej tragedii” na notowania franka. Z jednej strony rzeczywiście może to wywołać istotne umocnienie się szwajcarskiej waluty. Nie można jednak wykluczyć, że po początkowym zamieszaniu rynki dojdą do wniosku, że wyjście Grecji ze strefy euro pozwoli oczyścić sytuację. W rezultacie, paradoksalnie możliwe jest też umocnienie się euro w stosunku m. in. do franka, a to mogłoby się przełożyć na spadek notowań CHF w Polsce. Wciąż istnieje też szansa, że Grecja pozostanie w Strefie Euro, a kurs franka niewiele się zmieni. Biorąc pod uwagę wszystkie te niewiadome, na temat notowań szwajcarskiej waluty możemy tylko spekulować.

 Możliwość preferencyjnego przewalutowania

Rozważając decyzję o przewalutowaniu warto również pamiętać, że w Polsce zbliżają się wybory parlamentarne. W związku z tym jest prawdopodobne, że politycy zafundują Polakom zadłużonym w walutach „kiełbasę wyborczą” w postaci przepisów, które pozwolą dokonać przewalutowania na preferencyjnych warunkach. Można przypuszczać, że propozycja taka nie uwzględni kursu z momentu uruchomienia kredytu, natomiast będzie zbliżona do rozwiązania wskazanego przez KNF. W uproszczeniu zakłada ono szansę przeprowadzenia operacji z wykorzystaniem kursu na poziomie średniej pomiędzy aktualną wartością franka szwajcarskiego a tą z momentu zaciągnięcia zobowiązania. Jednocześnie jednak naliczone dotychczas odsetki zostałyby podwyższane do poziomu takiego, jakby kredyt od początku był udzielony w złotych. To bowiem spowoduje, że zachowana będzie sprawiedliwość w stosunku do tych, którzy wybrali kredyty w złotych.

 Raty wzrosną nawet mimo przewalutowania

Osoby, które rozważają przewalutowanie nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, że po takiej operacji ich rata wzrośnie. Przyczyną jest różnica w oprocentowaniu kredytów we frankach i w złotych. Dla przykładu, oprocentowanie wielu kredytów w CHF jest obecnie bliskie zera, a są nawet takie, których oprocentowanie jest ujemne. Po zmianie waluty oprocentowanie wynosiłoby zapewne ok. 3,7%. W rezultacie jeśli zadłużenie po przeliczeniu na PLN wynosi 300 000 zł, okres pozostały do spłaty to 20 lat, a marża 1% to rata wzrosłaby o blisko 500 zł (z 1277 zł do 1771 zł). Dla poprawy sytuacji możliwe jest wydłużenie okresu kredytowania. Gdyby zwiększyć go o 5 lat, rata wyniosłaby 1534 zł, natomiast wydłużając go do 30 lat – 1381 zł. Nawet wtedy rata byłaby więc wyższa niż obecnie, a dodatkowo kredyt trzeba byłoby spłacać znacznie dłużej. Z drugiej jednak strony zniknęłoby bezpowrotnie ryzyko walutowe, a rata zależałaby jedynie od poziomu stóp procentowych w Polsce.

Podsumowując, nie ma obecnie dobrego wyjścia z tej sytuacji. Żeby uchronić się przed ryzykiem wzrostu ceny franka można przewalutować kredyt, ale to z kolei i tak znacząco podwyższy jego ratę. Jest to więc rozwiązanie dla tych osób, które obawiają się, że kurs CHF bardzo istotnie wzroście i później przez długi czas będzie się utrzymywał na niekorzystnym poziomie. Dla pozostałych lepszym rozwiązaniem wydaje się kupienie waluty na kilka najbliższych rat i oczekiwanie na ewentualną propozycję preferencyjnego przewalutowania lub uspokojenie się sytuacji w Grecji.

 

autor: Jarosław Sadowski, Główny analityk firmy Expander

 

Szefowa Banku Centralnego Rosji Elvira Nabiullina na pewno nie spodziewała się takiej reakcji rynku walutowego na decyzję Banku podjętą na nadzwyczajnym posiedzeniu w nocy z poniedziałku na wtorek. Bank, odpowiadając na gwałtowne osłabienie rubla względem dolara i euro, po raz kolejny podniósł stopy procentowe, tym razem bardzo zdecydowanie – główną stopę procentową z 10,5 do 17%. To jednak starczyło tylko na chwilowe umocnienie rosyjskiej waluty. Zmienność wzrosła drastycznie, a podczas wtorkowej sesji panika sięgała zenitu.

Silną, dwucyfrową przecenę zaliczył indeks RTS, i to drugi dzień z rzędu, kurs EUR/RUB zbliżał się do poziomu 100, a USD/RUB zanotował kurs 79,3, co oznacza 20-procentową deprecjację rubla tylko jednego dnia. W okresie ostatniego miesiąca rubel stracił na wartości do dolara blisko 2/3. Tak dynamicznej przeceny waluty Rosja nie obserwowała nawet w okresie kryzysu finansowego. Tymczasem Bankowi Centralnemu Rosji kończą się powoli rynkowe środki do obrony waluty. Wyprzedawanie dużych rezerw walutowych zaczęło być drogą donikąd, bowiem odpływy kapitału są zbyt duże. Zachęcenie wysokimi stopami procentowymi przyniosło efekt odwrotny od spodziewanego. Chociaż realnie są one obecnie wysokie, już wkrótce przy tym tempie podwyżek cen i utraty wartości rubla, wysokie lokaty może zżerać inflacja.

Rubel traci z kilku powodów. Z jednej strony jest walutą mocno surowcową, a ostatnie miesiące to konsekwentny spadek cen ropy naftowej – najważniejszego eksportowego surowca Rosji. Do tego dochodzi problem sankcji gospodarczych i ogólnej utraty zaufania do rosyjskiego rynku. Zaliczająca się do grona rynków wschodzących Rosja jest mocno wrażliwa na wszelkiego rodzaju kryzysy zaufania, a taki niewątpliwie nastąpił wraz ze wzrostem ryzyka geopolitycznego. Pieniądze nie lubią szumu i niepewności, a to właśnie oferuje bieżąca sytuacja polityczna w Rosji. Jeżeli w reakcji na tak zdecydowaną podwyżkę stóp procentowych przez Bank Centralny Rosji następuje skokowe osłabienie waluty to może to oznaczać jedno – brak wiary kapitału w ustabilizowanie sytuacji ekonomicznej i politycznej. Decyzję potraktowano jako możliwość ucieczki. Sam ruch można było też uznać za desperacką próbę obrony wartości waluty, a tym samym zapobieżeniu jeszcze wyższej inflacji. Skala ostatniego osłabienia się rubla sugerować może nawet, że dyskontowany jest scenariusz bardzo głębokiej recesji. Przy wysokiej inflacji i koniecznej do tego jastrzębiej polityce bankierów centralnych nie pozostaje zbyt wiele miejsca ani sposobów do stymulowania słabnącej gospodarki.

Największym problemem Rosji jest teraz słabnąca siła nabywcza konsumentów i ich ogólny strach o sytuację ekonomiczną, hamujący skłonność do konsumpcji. Dla przedsiębiorstw z kolei problemem są kredyty walutowe (głównie w euro i dolarach), których wartość wyrażona w rublach gwałtownie rośnie. Przy zamknięciu Rosji na rynek europejski, pozostawałoby im liczyć głównie na chłonny rynek wewnętrzny, ale w dzisiejszej sytuacji nie będzie on wsparciem. Rośnie też wycena ryzyka bankructwa Rosji odzwierciedlona poziomami CDS-ów, która jest już wyższa niż w apogeum europejskiego kryzysu zadłużenia. Można się zastanowić, co jeszcze pozostaje rosyjskim bankierom centralnym, bo ich konwencjonalne argumenty szybko się wyczerpują. Być może kolejnym ruchem będzie wprowadzenie kontroli ruchów kapitałowych, czyli np. wprowadzenie limitów wypłat z rachunków itp., tak aby Rosjanie masowo nie zamieniali rubli na dolary czy euro.

Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI S.A.

Eksperci

Lipka: Młodzi Polacy nie garną się do pracy. To problem

Tylko 10 procent młodych Polaków, którzy kształcą się po 18. roku życia, decyduje się na łączenie na...

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

AKTUALNOŚCI

Firmy szkoleniowe apelują o VAT bez wad

Firmy muszą pokrywać koszty VAT na usługi doradcze finansowane z funduszy europejskich. Tracą na tym...

Apel do Szydło i Kaczyńskiego w sprawie limitu składek na ZUS

Konfederacja Lewiatan w listach do premier Beaty Szydło i prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego apeluje...

Konsumpcja dalej będzie ciągnęła gospodarkę

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wy...

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...