niedziela, Maj 26, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "kredyt we frankach"

kredyt we frankach

Jak informują eksperci z VOTUM SA, przerwanie biegu przedawnień dotyczy nie tylko osób poszkodowanych w wypadkach, ale również frankowiczów, którzy starają się uzyskać zwrot z tytułu nadpłaconych rat. Słysząc, jak wiele emocji wywołuje dziś temat zaciągania kredytów w obcych walutach, postanowiliśmy sprawdzić, czy rzeczywiście przerwanie biegu przedawnień leży w interesie kredytobiorców. W tym artykule odpowiadamy także, jak wygląda proces przedawnienia roszczeń oraz jakie są sposoby przerwania biegu przedawnienia.

Przedawnienie roszczeń oraz sposoby przerwania biegu przedawnienia – to warto wiedzieć!

Przedawnienie roszczeń to możliwość uchylenia się od zaspokojenia roszczenia po upływie określonego terminu. W praktyce posiadając roszczenie – dla przykładu – wobec swego kontrahenta należy uświadomić sobie, że po upływie określonej ilości lat nie będziemy mogli dochodzić swoich praw. Potwierdza to Kacper Jankowski, Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A. tłumacząc podstawę prawną:

Jeżeli chodzi o podstawę prawną to podkreślić należy, że instytucja przedawnienia roszczeń została obszernie opisana w ustawie z dnia 23 kwietnia 1964 r. Kodeks Cywilny (tj. Dz. U. z 2018 r. poz. 1025, 1104, 1629, 2073, 2244, z 2019 r. poz. 80; zwany dalej k.c oraz w ustawie z dnia 13 kwietnia 2018 r. o zmianie ustawy Kodeks Cywilny oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. 2018, poz.1104), która weszła w życie do polskiego porządku prawnego z dniem 09 lipca 2018 r. Ograniczyła ona możliwość dochodzenia przez wierzycieli swych roszczeń majątkowych, dlatego też niezmiernie ważne jest uświadomienie sobie, w jaki sposób można zapobiec z biegiem czasu utracie swych środków finansowych – mówi ekspert.

Kwestia przedawnienia roszczeń dotyczy nie tylko osób poszkodowanych w wypadkach, ale spotyka także Frankowiczów. Dlatego wiele osób decyduje się na prawne narzędzie przerwania biegu przedawnienia, tak, aby odzyskać np. nadpłacone raty kredytu z tytułu wzrostu kursu waluty. Jeśli decydujemy się na to, warto przykładać szczególną uwagę do dat – tak, abyśmy nieopatrznie nie pominęli okresu przedawnienia, co poskutkować może utratą możliwości skutecznego dochodzenia należności. Sposobów przerwania biegu przedawnienia jest kilka, dlatego też w celu wyboru dla siebie najbardziej optymalnego sposobu najlepiej zwrócić się po pomoc do profesjonalnego eksperta lub pełnomocnika: radcy prawnego czy adwokata.

Prawo i czas – Twoi sprzymierzeńcy

Jeśli chcemy dochodzić roszczeń przeciwko bankom, powinniśmy zawsze mieć na względzie fakt, że każde dokonane w danym miesiącu świadczenie nienależne ulega przedawnieniu od dnia, w którym roszczenie stało się wymagalne. – W stosunku do rat kredytowych opłaconych do dnia 08.07.2018 r. możemy dochodzić roszczeń maksymalnie 10 lat wstecz od dnia wnoszenia pozwu do sądu lub skierowania wniosku o zawezwanie do próby ugodowej, licząc wskazany okres dla każdej pojedynczej raty. Oznacza to, że z upływem okresu ponad 10 lat wstecz od dnia dzisiejszego, przedawnieniu ulegną roszczenia z pojedynczej zapłaconej raty, co obrazuje przykład: roszczenie z raty płatnej np. w dniu 10.07.2009 r., ulegnie przedawnieniu w dniu 11.07.2019 r. – komentuje Kacper Jankowski z VOTUM S.A. dodając także, że w przypadku nadpłat dokonanych od 09.07.2018 r. należy liczyć 6-letni okres przedawnienia.

UWAGA: Należy zaznaczyć, że tak jak w wyżej podanym przykładzie kredytobiorca będzie uprawniony do dochodzenia swoich praw jednak narazi się na ryzyko podniesienia przez swego przeciwnika tj. bank tzw. zarzutu przedawnienia, co może skutkować oddaleniem powództwa przez sąd i narażeniem kredytobiorcy na dodatkowe koszty.

Jakie działania można podjąć, aby przerwać bieg przedawnienia?

Istnieje kilka sposobów przerwania biegu przedawnienia, jednakże najpopularniejszym z nich jest z pewnością wniesienie wniosku o zawezwanie do próby ugodowej, w którym to wnioskodawca wzywa swego przeciwnika do zawarcia ugody na drodze polubownej.

Pisaliśmy już o tym w ostatnim artykule – ugoda jest umową, w której strony powinny czynić sobie wzajemne ustępstwa celem osiągnięcia porozumienia kończącego spór na drodze polubownej. W przypadku braku porozumienia pomiędzy stronami lub niestawienia się przeciwnika na posiedzeniu sądu, strona wzywająca, pomimo że faktycznie nie odzyska swych środków zyskuje przede wszystkim swoiste zabezpieczenie roszczeń w przyszłości. Zgodnie z art. 123§1 pkt.1 Kodeksu Cywilnego bieg przedawnienia przerywa każda czynność dokonana przed sądem lub innym organem powołanym do rozpoznawania spraw lub egzekwowania roszczeń danego rodzaju albo przed sądem polubownym, przedsięwzięta bezpośrednio w celu dochodzenia, ustalenia albo zaspokojenia lub zabezpieczenia roszczenia.

Co istotne, aby nie narazić się na zapłatę na rzecz przeciwnika zbędnych kosztów wywołanych wniesionym wnioskiem o zawezwanie do próby ugodowej (do których można m.in. zaliczyć koszty zastępstwa procesowego na rzecz profesjonalnego pełnomocnika drugiej strony, koszty dojazdu do sądu), należy pamiętać, aby stawić się na posiedzeniu Sądu osobiście lub za pośrednictwem profesjonalnego pełnomocnika. W przypadku niemożliwości stawiennictwa np. z powodu choroby czy pobytu w szpitalu należy wysłać do Sądu pismo z wyjaśnieniem przyczyn niestawiennictwa oraz wnioskiem o przesunięcie terminu posiedzenia. W takim przypadku nie powinniśmy się narazić na zarzut o braku nieusprawiedliwionego niestawiennictwa na wyznaczonym terminie, co może spowodować zasądzenia na rzecz przeciwnika kosztów postępowania – komentował Kacper Jankowski z VOTUM S.A.

Bank nie chce ugody? Spróbuj wnieść powództwo

Drugim najskuteczniejszym sposobem przerwania przedawnienia jest wniesienie powództwa do sądu. Po pierwsze umożliwia to kredytobiorcy odzyskanie środków pieniężnych, a także w momencie złożenia pozwu do sądu, mamy do czynienia z faktycznym przerwaniem biegu przedawnienia dochodzonych roszczeń. Oznacza to, że podobnie jak w przypadku wniosku o zawezwanie do próby ugodowej bieg przedawnienia zostanie przerwany do czasu wydania przez sąd prawomocnego wyroku. – Prawomocność wyroku oznacza, że nie przysługuje już co do niego żaden środek odwoławczy np. apelacja. Natomiast zgodnie z art. 125 k.c. zasądzone roszczenie prawomocnym wyrokiem na rzecz Kredytobiorcy ulega przedawnieniu z upływem sześciu lat. Zatem w przypadku braku wykonania wyroku przez pozwanego, kredytobiorca będzie miał sześć lat do dochodzenia swych praw np. na drodze postępowania egzekucyjnego – mówi ekspert z firmy VOTUM S.A. specjalizującej się w kompleksowej pomocy prawnej, oferującej także obsługę ekspercką w postępowaniu przedsądowym, mediacyjnym, pojednawczym, sądowym oraz egzekucyjnym. Więcej o firmie przeczytasz tutaj.

Rzecznik Finansowy ostatnią deską ratunku?

Trzecim sposobem przerwania biegu przedawnienia roszczeń jest wniosek do Rzecznika Finansowego o przeprowadzenie pozasądowego postępowania w sprawie rozwiązania sporu z podmiotem rynku finansowego. Według ekspertów VOTUM S.A. te rozwiązanie jest najmniej skutecznym i można je wszcząć wyłącznie po wyczerpaniu drogi postępowania reklamacyjnego.

–Wniosek – którego koszt to 50 zł – ma głównie na celu zaprezentowanie Rzecznikowi Finansowemu stanowisk stron sporu tj. kredytobiorcy oraz banku. Co ważne, organ ten nie reprezentuje żadnej ze stron sporu, lecz jedynie proponuje warunki zawarcia ewentualnej ugody lub wydaje opinię. Podkreślić należy, że obecnie środek ten nie pozwala na skuteczne dochodzenie roszczeń z uwagi na fakt, iż samo postępowanie może potrwać nawet 16–24 miesięcy i w żadnym stopniu nie gwarantuje wypracowania polubownego porozumienia z bankiem w zakresie zgłoszonych już roszczeń. Powyższe stanowisko zostało potwierdzone opublikowanym raportem Najwyższej Izby Kontroli („Ochrona praw konsumentów korzystających z kredytów objętych ryzykiem walutowym” z dnia 09.08.2018 roku) – dodaje Jankowski.

*Materiał został przygotowany ze wsparciem merytorycznym VOTUM S.A. – firmy gwarantującej kompleksową pomoc prawną na każdym etapie wykonania umowy.

Więcej przeczytasz tutaj:

www.dlafrankowiczow.pl

Zobacz także:

Ważnym zagadnieniem dla kredytobiorców „frankowych” jest pojęcie przewalutowania tudzież „odfrankowienia” kredytu. Niestety nie są to pojęcia wymienne, dlatego w tym artykule przybliżamy czym się różnią i jakie niosą za sobą konsekwencje prawno-ekonomiczne. Co ważne, oba rozwiązania są skutecznymi narzędziami w walce z machiną bankową, w celu odzyskania tego, co straciliśmy, kiedy kurs franka gwałtownie wzrósł…

Przewalutowanie, czyli przeliczenie kwoty pozostałej do spłaty. Czy to się opłaca?

Pierwsze pojęcie odnosi się do przeliczenia kwoty pozostałej do spłaty z franków szwajcarskich (CHF) na złotówki (PLN). Przeliczenie odbywa się po określonym kursie walutowym, ustalonym w chwili przewalutowania, które jest opłacalne dla kredytobiorcy wówczas, gdy spada wartość franka szwajcarskiego w stosunku do złotówki przy jednoczesnej prognozie wzrostu kursu tej waluty.

W rozmowie z ekspertami firmy VOTUM S.A., która już od wielu lat pomaga Frankowiczom w sporach sądowych z bankami, dowiadujemy się, że w Polsce prowadzone są od kilku lat prace nad wprowadzeniem rozwiązania systemowego, jednakże kiedy, na jakich zasadach i przede wszystkim, czy w ogóle zostanie ono wprowadzone – niestety nie wiadomo.

– Obecnie banki indywidualnie rozpatrują wnioski kredytobiorców dotyczące przewalutowania kredytu. Najczęściej przewalutowanie kredytu powoduje wzrost płaconej przez kredytobiorcę raty. Rata kredytu zaciągniętego w złotówkach naliczana jest według stopy referencyjnej WIBOR. Rata kredytu we frankach szwajcarskich naliczana jest natomiast według stopy LIBOR. Zmianie mogą ulec również inne zapisy umowy – takie jak np. marża kredytu. Trzeba pamiętać także, że przy przewalutowaniu kwota kapitału pozostającego do spłaty zostaje przeliczona na polskie złote po aktualnym kursie, co wpływa na jego wzrost – mówi Kacper Jankowski, Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A.

Zobacz także:

„Odfrankowienie” kredytu sposobem na zwrot z waloryzacji

„Odfrankowienie” to potoczne, nadane przez Frankowiczów, określenie rozstrzygnięć, które zapadają w sprawach dotyczących kredytów opartych na walutach obcych. W praktyce sąd kwestionuje zawarte w umowie zasady przeliczania wartości zobowiązania i rat oraz uznaje je jako niedozwolone, z tzw. abuzywnym charakterem, na skutek postanowienia w zakresie klauzuli waloryzacyjnej są bezskuteczne i nie wiążą prawnie kredytobiorców. Przyjmuje się, że kwota kredytu została udzielona w złotych polskich, zaś rozliczanie umowy kredytowej odbywa się w oparciu o parametry ustalone w pierwotnie zawartej umowie. W efekcie umowa ma być traktowana jak zwykły kredyt hipoteczny w złotych (PLN), ale oparty na parametrach cenowych ustalonych w pierwotnym kontrakcie. Pozywającym, w wygranych sprawach, zasądza się zwrot nienależnie uiszczonych świadczeń.

Przypadki wskazują na to, że warto walczyć o swoje

Jak informuje nas VOTUM S.A., firma specjalizującą się nie tylko w odszkodowaniach, ale też w odzyskiwaniu roszczeń z tytułu umowy kredytowej, istnieje wiele przypadków wygranych spraw z bankiem. Pomaga w tym zaciętość oraz współpraca z wykwalifikowanymi znawcami prawa. Bez wątpienia są nimi eksperci z portalu www.dlafrankowiczow.pl, którzy bezpłatnie analizują umowę z bankiem i sprawdzają warunki, które mogą negatywnie wpływać na całkowitą sumę zawyżonych rat.

Potwierdza to niedawny przypadek, kiedy to Sąd Okręgowy w Łodzi I Wydział Cywilny w dniu 21 maja 2018 r. wydał wyrok (sygn. akt I C 620/17), w którym wskazał, m.in. że „w okresie od zawarcia umowy kredytowej bank realizował przedmiotową umowę w stosunku do powodów, stosując niedozwolone klauzule waloryzacyjne. Na podstawie rzeczonych klauzul bank pobierał od powodów raty spłaty kredytu w zawyżonej wysokości będącej wynikiem zarówno niedozwolonej waloryzacji pozostałego do spłaty długu, jak i samych rat. Mając na uwadze, że stosowanie klauzul umownych dotyczących waloryzacji walutowej w umowie kredytowej było nieuprawnione, należy stwierdzić, że pobrana przez bank od powodów nadwyżka ponad kwoty należne obliczone bez zastosowania waloryzacji na podstawie niedozwolonych klauzul waloryzacyjnych stanowi nienależne świadczenie w rozumieniu ar. 410 § 2 k.c.”.

„Odfrankowienie” sposobem na odzyskanie nadpłaconych rat, a może unieważnienie umowy?

Na skutek zabiegu polegającego na „odfrankowieniu” kredytu bank zobowiązany jest zwrócić kredytobiorcy nadpłatę – tj. świadczenia nienależnie pobrane od kredytobiorcy, często określane nadpłaconymi ratami, zaś kredytobiorca spłaca dalej kredyt jako złotowy, który jest oprocentowany tak jak kredyt zaciągnięty w walucie franka szwajcarskiego (wg LIBOR).

Istnieją także inne rozwiązania, na korzyść kredytobiorcy. Jednym z nich jest unieważnienie umowy rzez Sąd. Przykładem może być sprawa z 26 września 2018 roku, w której Sąd Apelacyjny w Warszawie VI Wydział Cywilny wydał znaczący dla kredytobiorców wyrok (sygn. Akt VI ACa 427/18), w którym wskazał, iż zawarta umowa kredytowa jest w całości nieważna.

– Sąd Okręgowy rozpatrujący sprawę, a następnie Sąd Apelacyjny uznał, że umowa zawarta pomiędzy kredytobiorcą a bankiem nie spełnia w ogóle ustawowej definicji umowy kredytowej. Zgodnie z art. 69 ust. 1 prawa kredytobiorca jest zobowiązany do zwrotu pożyczonej sumy powiększonej o odsetki oraz do zapłaty prowizji banku. Obciążenie kredytobiorców ryzykiem kursowym nie mieści się w żadnym elemencie umowy kredytowej. Bank już przed udzieleniem kredytu we frankach szwajcarskich wiedział o tym, jakie niesie to ze sobą ryzyko kursowe. Wynikało to z ostrzeżeń jakie we wcześniejszych latach napływały do banków ze strony Narodowego Banku Polskiego i Komisji Nadzoru Finansowego – mówił Kacper Jankowski – Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A.

Zobacz także, jak ważna jest ochrona wizerunku w firmie:

Jak zaznaczają eksperci VOTUM S.A., w efekcie takiego orzeczenia kredytobiorca jest zobowiązany do zwrotu kwoty otrzymanej na podstawie zawartej umowy kredytowej, jednak bez odsetek, opłat oraz podwyżek wynikających z indeksacji.

Co lepsze więc – przewalutowanie czy „odfrankowienie”?

Zapytaliśmy także ekspertów VOTUM S.A., firmy specjalizującej się w kompleksowej pomocy prawnej, postępowaniu przedsądowym, mediacyjnym, pojednawczym, sądowym oraz egzekucyjnym, które rozwiązanie jest faktycznie korzystniejsze dla Frankowiczów i dlaczego.

– Należy pamiętać, że wybór opcji pomiędzy przewalutowaniem a „odfrankowieniem” będzie miał istotne znaczenie dla sytuacji ekonomicznej kredytobiorcy. Wydaje się, że najbardziej korzystnym rozwiązaniem w chwili obecnej dla kredytobiorców posiadających kredyty indeksowane do waluty obcej – franka szwajcarskiego, powinno być ich „odfrankowienie”. Wybierając jedną z dwóch opcji należy dokładnie przeanalizować obecną sytuację ekonomiczną, kurs waluty oraz aktualne orzecznictwo sądowe, co pozwoli wybrać opcję najbardziej korzystną dla kredytobiorcy – mówił Kacper Jankowski, Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A.

Materiał współtworzony z ekspertami firmy VOTUM S.A.

Więcej przeczytasz tutaj:

www.dlafrankowiczow.pl.
https://votum-sa.pl/oferta/mam-kredyt-we-frankach


Sytuacja Frankowiczów odbiła się swego czasu w mediach głośnym echem– do dziś sytuacja nabiera rozgłosu, kiedy mówi się o np. przewalutowaniach kredytów frankowych. W dużej mierze emocje w tej sprawie wzmacniają doniesienia dotyczące nieważności umów kredytowych.

Kredytobiorcy posiadający kredyt hipoteczny indeksowany lub denominowany do franka szwajcarskiego niejednokrotnie zastanawiają się, czego tak naprawdę dotyczy to zagadnienie, jakie uprawnienia się z tym wiążą, a przede wszystkim jakie skutki rodzi stwierdzenie przez sąd, że umowa kredytu jest nieważna. Słuchając o kolejnych doniesieniach dotyczących stwierdzenia nieważności umowy kredytu, razem z ekspertami specjalizującymi się w kwestiach prawnych, mediacji czy odzyskiwaniu nadpłaconych rat z tytułu umowy kredytowej z firmy VOTUM, pochylamy się nad tym tematem i przybliżamy skutki, wynikające z działań jakie może poczynić konsument względem wadliwie skonstruowanej umowy z bankiem. Walka z bankiem z reguły budzi pewne obawy wśród kredytobiorców. Emocje te podzielają Frankowicze, którzy uważają, że walka z machiną to walka z wiatrakami. Stosunkowa nowa forma rozstrzygnięcia w sprawach kredytów frankowych pozwala jednak konsekwentnie odzyskać zgłoszone w treści pozwu roszczenia.Warto zatem przybliżyć kwestię skutków takiego orzeczenia i sprawdzić, jakie narzędzia mogą nam w tym pomóc.

Nieważność umowy kredytowej – jak ją rozpoznać?

– Kluczową konsekwencją stwierdzenia nieważności umowy kredytu jest okoliczność traktowania takiej umowy, jakby nigdy nie została zawarta. Orzeczenie sądu w tym przedmiocie jest deklaratoryjne, co oznacza, że nie kreuje tego skutku, a jedynie potwierdza, że ze względu na doniosłe wady umowy nie funkcjonuje ona pomiędzy stronami od samego początku (w szczególności, gdy do ukształtowania stosunku umownego doszło w sposób wyraźnie krzywdzący Kredytobiorców, przy wykorzystaniu przez drugą stronę silniejszej pozycji; za przykład może posłużyć naruszenie zasady równości stron przejawiającej się w jednostronnym ustalaniu wysokości zobowiązania Kredytobiorców przez bank, co prowadzi do znacznej dysproporcji w spełnianych przez strony świadczeniach, a tym samym do rażącej ich nieekwiwalentności) – komentował dla portalu BiznesTuba.pl, Kacper Jankowski, Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A.

Ekspert dodaje także, że tym samym nie ma stosunku prawnego łączącego strony, co przekłada się to przede wszystkim na możliwość domagania się zwrotu już spełnionych świadczeń. Orzeczenie stwierdzające nieważność umowy kredytu przesądza również w sposób ostateczny o braku obowiązku spełniania na rzecz banku świadczeń w przyszłości, a więc o zezwoleniu na zaprzestanie spłaty kolejnych rat kredytu bez obawy wystąpienia z roszczeniami przez bank. Ustalające orzeczenie sądu znosi więc wątpliwości stron i zapobiega dalszemu sporowi o roszczenia banku wynikające z umowy (potwierdza to wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie, z dnia 10.10.2018 r., sygn. Akt XXV C 695/17).

Orzeczenie sądu podstawą do roszczeń?

Ekspert zaznacza, że podstawą są przepisy kodeksu cywilnego – w szczególności art. 58 § 1 i § 2 w zw. z art 395 § 2 – które stanowią, że strony umowy uznanej za nieważną zobligowane są do zwrotu tego, co wzajemnie świadczyły.

– Bank jest zatem zobowiązany do zwrotu Kredytobiorcom wszystkich środków, które dotychczas uzyskał na podstawie takiej nieważnej umowy, natomiast Kredytobiorcy muszą zwrócić rzeczywiście wypłacone przez Bank kwoty kredytu. Jest to rozwiązanie korzystne dla Kredytobiorców, gdyż zobligowani są do zwrotu wyłącznie wypłaconego przez bank kapitału, bez odsetek umownych. Oznacza to, że w takim przypadku finalnie korzystali oni z uruchomionego kredytu bez jakichkolwiek kosztów z tym związanych – dodaje Kacper Jankowski, Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A.

Zobacz także:

Warto jednak podkreślić, że bank uprawniony jest do potrącenia kwoty swojego zobowiązania z kwotą rzeczywiście wypłaconego w złotówkach kapitału na rzecz Kredytobiorców, co niweluje niepraktyczny obrót gotówki. Jeżeli kwota wypłaconego kapitału przewyższa sumę wpłaconych przez Kredytobiorców środków, może to prowadzić do sytuacji, w której Kredytobiorcy zobowiązani będą do niezwłocznego zwrotu na rzecz banku pozostałej po dokonanym potrąceniu kwoty kapitału. Niemniej jednak, jeżeli nie posiadają oni stosownych środków, sąd w wyroku stwierdzającym nieważność umowy kredytowej może z urzędu (z własnej inicjatywy) lub też działając na wniosek zgłoszony przez Kredytobiorców, rozłożyć świadczenie na raty, o ile uzna, że znajduje to uzasadnienie w okolicznościach sprawy. W takim przypadku sąd określa wysokość poszczególnych rat oraz czas ich zapłaty.

Czy procesowanie się z bankiem jest opłacalne?

O opłacalności stwierdzenia nieważności umowy kredytu świadczy okoliczność, że wpisana w księdze wieczystej hipoteka na rzecz banku traci w ten sposób swoją podstawę, stąd też możliwe jest złożenie wniosku o jej wykreślenie, co sprawi, że nieruchomość będzie pozbawiona obciążeń. To zaś przekłada się na korzyści właścicieli w przyszłości. – Roszczeń o stwierdzenie nieważności umowy kredytu nie należy się obawiać, lecz trzeba pamiętać, że nie w każdej sprawie będzie ono mogło być dochodzone. Zatem jeśli pełnomocnik zaproponuje wystąpienie z niniejszym roszczeniem, to na pewno warto je rozważyć, gdyż stanowi ono nie tylko kompleksowe, ale również definitywne rozwiązanie zagadnienia związanego z kwestią kredytu frankowego – dodaje Jankowski z VOTUM S.A.

Od czego trzeba zacząć?

Coraz więcej Frankowiczów szuka pomocy w różnych instytucjach czy organach kontrolujących banki, mowa m.in. o KNF czy UOKiK – trzeba jednak pamiętać, że w sporach indywidualnych pomoże jedynie postępowanie procesowe. Tutaj najlepszym narzędziem wspierającym będzie współpraca ze specjalistą. Profesjonalny pełnomocnik pomoże zrozumie zawiłość umowy kredytowej i wskaże, czy w danym przypadku bank zastosował w niej niedozwolone (abuzywne) zapisy prawne. Warto wziąć też pod uwagę najważniejszy fakt, że profesjonalny pełnomocnik będzie potrafił określić dokładną kwotę roszczenia, o jaką można walczyć z bankiem. Przykładem może być firma VOTUM lub portal www.dlafrankowiczow.pl. Wystarczy zarejestrować się podając dane dotyczące kredytu, a specjaliści bezpłatnie przeanalizują dokument i wskażą możliwości, przerywając bieg przedawnienia. Specjaliści VOTUM S.A. będą także reprezentować Cię podczas postępowania przedsądowego i sądowego. Firmie zaufało ponad 7700 frankowiczów.

*Materiał został współtworzony z firmą VOTUM S.A. – gwarantującą kompleksową pomoc prawną na każdym etapie wykonania umowy. VOTUM S.A. oferuje także obsługę ekspercką w postępowaniu przedsądowym, mediacyjnym, pojednawczym, sądowym oraz egzekucyjnym.

Więcej przeczytasz tutaj:

www.dlafrankowiczow.pl.
https://votum-sa.pl/oferta/mam-kredyt-we-frankach


Kredyty frankowe to tylko potoczna nazwa kredytów, w których pojawia się waluta szwajcarska, czyli CHF (frank szwajcarski). W praktyce jednak wyróżnia się ich trzy rodzaje. Razem z ekspertami VOTUM S.A. zdradzamy, czym różnią się od siebie kredyty zaciągane w innej walucie, które z nich są najkorzystniejsze i finalnie, jak walczyć o swoje, podczas późniejszych problemów związanych ze spłatą zadłużenia.

Szacuje się, że w Polsce podczas największego boomu w latach 2005–2010, banki udzieliły Polakom blisko 900 tysięcy kredytów frankowych. Na ich atrakcyjność wpłynęły m.in. niski kurs franka szwajcarskiego (CHF) oraz niższe oprocentowanie w stosunku do kredytów w złotówkach (PLN) – wszystko za sprawą zagranicznej stopy bankowej (LIBOR ustala stawki oprocentowania kredytu na zagranicznym rynku międzybankowym, określonym w Londynie przez cztery główne banki: Bankers Trust (USA), Bank of Tokyo (Japonia), Barclays i National Westminster (oba z Wielkiej Brytanii).

Należy jednak dodać, że „kredyt frankowy” to duże uproszczenie w nazewnictwie. W przeważającej części owe kredyty to kredyty indeksowe (waloryzowane) bądź denominowane do waluty CHF. Konkretna kwalifikacja kredytu i zweryfikowanie tego w umowie pozwoli nam uniknąć późniejszych nieprzyjemności procesowych i dochodzenia roszczeń od banku, o ile będzie to konieczne.

W tym artykule więc pochylamy się nad prawnymi różnicami w umowach oraz sprawdzamy, jak można walczyć z bankiem w związku z zastosowaną w umowie konstrukcją indeksacji/waloryzacji. Zapytaliśmy też eksperta jaka jest szansa na uzyskanie roszczeń od banku z powodu zmiany kursu franka?

Ryzyko zawsze istnieje – zwłaszcza przy umowach długoterminowych

Wspomniane niskie oprocentowanie, niższy kurs waluty, ale też wzmożone akcje marketingowe banków wpłynęły na to, że kredytobiorcy masowo podpisywali umowy kredytów frankowych. Zachęceni realnymi korzyściami finansowymi, kredytobiorcy optymistycznie bazowali na szacunkowych harmonogramach spłat… Niestety, jak sama nazwa wskazuje – są one tylko estymacją. Podpisując umowę z bankiem należy przede wszystkim pamiętać, że spłata kredytu, zwłaszcza hipotecznego i waloryzowanego, to proces długofalowy i w długim okresie czasu, na rynku może dojść do wielu niekorzystnych zmian.

– Znacząca zmiana kursu CHF wyjątkowo mocno dotknęła Frankowiczów. Nie ma się czemu dziwić, zwłaszcza, że kiedy w chwili podpisania umowy kurs oscylował na poziomie 2–3 zł, dziś osiągnął już poziom ponad 4 zł. Można jednak odzyskać nadpłacone raty, do czego serdecznie zachęcamy. Ważny jest jednak rodzaj podpisanej umowy – „kredyt frankowy” to pojęcie szerokie. Zachęcam więc do kontaktu, w celu analizy umowy. Jeśli zawiera ona m.in. abuzywne postanowienia umowne, można wystąpić z roszczeniem do banku – mówił Kacper Jankowski, Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A.

Zobacz także:

Pozew sądowy czy postępowanie pojednawcze?

 

Umowy kredytowe objęte ryzykiem walutowym – dostępne warianty

Wyróżniamy trzy rodzaje kredytów frankowych:

  1. Kredyt walutowy – zarówno kwota zobowiązania i waluta kredytu jest obca – wpłata kredytu i jego spłata w ratach także odbywa się w walucie obcej.
  2. Kredyt indeksowany do waluty obcej – w umowie kredytu waluta i kwota zobowiązania określone zostały w walucie polskiej. Wypłata kredytu następuje w PLN, jednak w przededniu wypłaty lub transzy bank przelicza zobowiązanie na walutę, do której kredyt jest indeksowany po bieżącym kursie – kwota wyrażona w walucie obcej stanowi podstawę do wyliczenia rat kapitałowo odsetkowych. Harmonogram spłat szacowany jest w walucie obcej, natomiast spłata w złotówkach.
  3. Kredyt denominowany do waluty obcej – w umowie określone zobowiązania podawane są w walucie obcej – wypłata natomiast następuje w PLN po przeliczeniu bieżącego kursu wymiany z dnia wypłaty. Harmonogram spłaty określony jest w walucie obcej, spłata natomiast w złotówkach.
KREDYT WALUTOWY KREDYT INDEKSOWANY KREDYT DENOMINOWANY
Kwota kredytu CHF PLN CHF
Wypłata kredytu CHF PLN PLN
Kwota zadłużenia CHF CHF CHF

 

– Różnice między kredytami – wydawać by się mogło – nie są duże: w praktyce różni je jedynie inna waluta, w jakiej wyrażona jest kwota zobowiązania lub wypłaty w umowie. Konsekwencje dalszych postępowań mogą jednak wpłynąć na późniejsze roszczenia od banku. Z pomocą może przyjść weryfikacja prawna umowy i poddanie jej ocenie sądu. Zasądzone kwoty wahają się od kilkudziesięciu do nawet kilkuset tysięcy złotych – komentuje Kacper Jankowski, Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A.

Popularność kredytów frankowych – jak wybrać by nie stracić?

Obecnie bardzo trudno otrzymać kredyt walutowy. Komisja Nadzoru Finansowego wprowadziła obostrzenia i taki kredyt walutowy mogą otrzymać osoby, które zarabiają w walucie. Powyższe zostało potwierdzone również w najnowszej ustawie z dnia 23.03.2017 r. o kredycie hipotecznym i nadzorze nad pośrednikami kredytu hipotecznego i agentami, wskazując, iż kredyt w walucie obcej mogą otrzymać osoby zarabiające tylko w walucie obcej.

Zobacz także:

Rozwód a kredyt we frankach

 

Większą popularnością, szczególnie w latach 2005–2010 cieszyły się kredyty indeksowane i denominowane do franka szwajcarskiego. Zgodnie z raportem NIK z 09.08.2018 r. dotyczącym kredytów objętych ryzykiem walutowym, w latach 2006–2008 banki zawarły około 500 tys. umów. Rok 2008 okazał się rekordowy, bo w tym czasie odnotowano wpływ ok. 200 tys. umów o kredyt objęty ryzykiem walutowym.

Powyższe stwierdzenia potwierdza stanowisko Narodowego Banku Polskiego z dnia 6 lipca 2011 r. wyrażonego w toku prac legislacyjnych nad tzw. ustawą antyspreadową, gdzie wprost wskazano, że:

  • Kredyt w walucie polskiej ,,denominowany lub indeksowany”, w innej walucie niż polska jest kredytem w złotych.
  • Przyjęcie klauzuli indeksowej w postaci innej waluty (tak samo, gdyby indeksem była cena złota, zboża czy innego dobra majątkowego) nie przekreśla faktu, że zobowiązanie zostało wyrażone w złotych.

Fot. Pixabay

Kredyt indeksowany nie jest kredytem walutowym

W Raporcie Rzecznika Finansowego z czerwca 2016 r. sam Rzecznik wprost wskazał, że:

„Kredyt waloryzowany (indeksowany) kursem waluty obcej to kredyt udzielany w walucie polskiej, przy czym na dany dzień (najczęściej dzień uruchomienia kredytu), kwota kapitału kredytu (lub jej część) przeliczana jest na walutę obcą (według bieżącego kursu wymiany waluty), która to kwota stanowi następnie podstawę ustalania wysokości rat kapitałowo-odsetkowych. Wysokość kolejnych rat kapitałowo-odsetkowych określana jest zatem w walucie obcej, ale ich spłata dokonywana jest w walucie polskiej, po przeliczeniu według kursu wymiany walut na dany dzień (najczęściej na dzień spłaty)”.

Kredytobiorca decydujący się więc na zawarcie umowy o kredyt indeksowany lub waloryzowany do waluty obcej miał pewność, że otrzyma kwotę o jaką wnosił (w złotówkach), ale nie znał do końca dokładnej kwoty zadłużenia (we franku szwajcarskim).

Przykład:

1. „Bank zobowiązuję się oddać do dyspozycji Kredytobiorcy kwotę kredytu w wysokości 350 000,00 zł. Kredyt jest indeksowany do waluty obcej”

„W przypadku kredytów indeksowanych do waluty obcej, wypłata kredytu następuje w złotych według kursu nie niższego niż kurs kupna zgodnie z Tabelą obowiązującą w momencie wypłaty środków z kredytu. W przypadku wypłaty kredytu w transzach, stosuje się kurs nie niższy niż kurs kupna zgodnie z Tabelą obowiązującą w momencie wypłaty poszczególnych transz.”

2. „Bank udziela kredytobiorcy Kredytu w kwocie 150 000,00 zł, indeksowanego kursem CHF… W dniu wypłaty saldo jest wyrażone w walucie, do której indeksowany jest kredyt według kursu kupna waluty, do której indeksowany jest Kredyt, podanego w Tabeli kursów kupna/sprzedaży kredytów hipotecznych udzielanych przez Bank.”

Fot. Pixabay

Kredyt denominowany, czyli jaki?

W przypadku kredytu denominowanego wysokość udzielanego kredytu jest określona w umowie we franku szwajcarskim. W dniu wypłaty kredytu kwotę tę przelicza się po bieżącym kursie na złotówki. Kredytobiorca zna od początku swoją kwotę zadłużenia w walucie, jednak istnieje ryzyko, że w przypadku spadku kursu otrzyma on kwotę w złotówkach niższą niż oczekiwał. Czasami banki wskazywały w umowie konkretną wartość kursu po jakim będzie dokonane przeliczenie tym samym zabezpieczając kredytobiorcę przed wahaniami kursów

Przykład:

  1. „Bank zobowiązuje się oddać do dyspozycji Kredytobiorcy kwotę w wysokości 100 000 CHF.”

„Do wyliczenia wypłaconej kwoty stosowany będzie średni kurs złotego do CHF podany w tabeli kursów NBP z dnia wypłaty.”

2. „Bank udziela kredytobiorcy kredytu w kwocie 80 000 CHF na okres 360 miesięcy. Kredyt zostanie wypłacony w złotych polskich po przeliczeniu kwoty 80 000 CHF według aktualnego kursu waluty obowiązującego w banku.”

 

Ustalenie rat kredytu w walucie zgodnie z harmonogramem spłaty, co następuje w przypadku kredytu indeksowanego i denominowanego powoduje, że wysokość bieżącej spłacanej w złotych raty uzależniona jest od kursu waluty w danym dniu. Kredytobiorca nie może przewidzieć jaka kwota będzie pobrana z jego rachunku bankowego.

Przykład:

Kredytobiorca dokonuje spłaty raty każdego 15-tego dnia miesiąca w wysokości 600 CHF

DATA KURS Kwota z PLN
15.01.2009 2,8696 1721,76
15.02.2009 3,0981 1858,86
15.03.2009 2,9292 1757,52
15.01.2010 2,7314 1638,84
15.02.2010 2,7441 1646,46
15.03.2010 2,6830 1609,80
15.01.2011 3,0158 1809,48
15.02.2011 3,0067 1804,02
15.03.2011 3,1764 1905,84

Powyższy przykład obrazuje różnice w wysokości raty kredytu przeliczonej na złotówki, nie tylko w obrębie lat, ale i miesięcy.

Jak zaznaczają eksperci VOTUM S.A., często Kredytobiorca nie miał świadomości podczas podpisywania umowy o kredyt indeksowany i denominowany, jakie konsekwencje niesie za sobą wahanie kursu waluty i jaki wpływ wywrze na wysokość ich zobowiązania. Dodatkowo brak transparentności w przedstawieniu stosowanego przez bank mechanizmu przeliczeniowego przyczynił się do tego, że Kredytobiorca ma poczucie, że został wprowadzony w błąd. Kacper Jankowski, Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A. dodaje:

– Na podstawie aktualnego orzecznictwa sądowego utwierdzamy się w fakcie, że Banki w umowach kredytów indeksowanych i denominowanych stosowały niedozwolone zapisy umowne i nie dawały kredytobiorcy pełnej i przejrzystej informacji o produkcie, co nie pozwoliło im w pełni zapoznać się i zrozumieć grożącego niebezpieczeństwa związanego z umową kredytową obarczoną ryzykiem walutowym.

Gdzie szukać pomocy? Czy można odzyskać utracone?

Rosnąca świadomość Frankowiczów nt. sytuacji w jakiej się znaleźli sprawia, że kredytobiorcy szukają pomocy w różnych instytucjach i organach kontroli, np. KNF, UOKiK, a nawet w Trybunale Sprawiedliwości UE. Należy pamiętać jednak, że wymienione instytucja rozpatrują problem w sposób zbiorowy – biorą pod uwagę jedynie sytuację ogółu kredytobiorców.

– Aby indywidualnie walczyć z machiną bankową, warto zastanowić się nad możliwością skorzystania z pomocy profesjonalnego pełnomocnika. Pomoże on zrozumieć zawiłość umowy kredytowej i wskaże, czy w danym przypadku bank zastosował w niej niedozwolone zapisy prawne. Warto wziąć też pod uwagę najważniejszy fakt, że profesjonalny pełnomocnik będzie potrafił określić dokładną kwotę roszczenia, o jaką można walczyć z bankiem. Zachęcam do odwiedzenia naszej strony  https://votum-sa.pl/oferta/mam-kredyt-we-frankach  –  tam można znaleźć sporo informacji na ten temat – dodaje Kacper Jankowski, Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A

 

*Materiał został współtworzony z firmą VOTUM S.A. – gwarantującą kompleksową pomoc prawną na każdym etapie wykonania umowy. VOTUM S.A. oferuje także obsługę ekspercką w postępowaniu przedsądowym, mediacyjnym, pojednawczym, sądowym oraz egzekucyjnym.

Więcej przeczytasz tutaj:

www.dlafrankowiczow.pl.

https://votum-sa.pl/oferta/mam-kredyt-we-frankach

Najpierw wielka miłość, później małżeństwo i wspólne mieszkanie – najczęściej na kredyt. Jeśli miłość trwa problemu nie ma. Gorzej, gdy dochodzi do rozwodu. Co w takiej sytuacji z pożyczką? Co z ewentualnym roszczeniem od banku, jeśli był to kredyt kredyt waloryzowany do waluty CHF i jest szansa na odzyskanie np. nadpłaconych rat lub zawyżonego spreadu?

Małżeństwo silne jak kredyt

Wiele osób żartuje, że czasami kredyt wiąże ludzi ze sobą bardziej niż małżeństwo. I coś w tym jest, bo kłopotów finansowych obawiamy się bardzo a kredyty hipoteczne są najlepiej spłacanymi zobowiązaniami, jakie zaciągamy w bankach. Po prostu nie chcemy mieć problemów. Kłopot jednak w tym, że rozwodzimy się coraz częściej. Dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują, że w poprzednim roku zawarliśmy 193 tysiące małżeństw. Rozwodów zaś w tym samym czasie było aż 65 tysięcy, czyli o dwa tysiące więcej niż rok wcześniej. I tak jak przejęcie na siebie zobowiązania po rozpadzie związku czy spłacenie drugiej osoby nie jest zawiłe i skomplikowane, tak, co do dochodzenia roszczeń od banku w takim przypadku wcale nie jesteśmy już przekonani. A to błąd, bo okazuje się, że rozwód w niczym tu nie przeszkadza. Walka i odzyskanie swoich pieniędzy jest i możliwa i wskazana zaznacza Bartłomiej Krupa – prezes Votum S.A. – kancelarii odszkodowawczej zajmującej się odzyskiwaniem utraconych pieniędzy w związku z zawarciem kredytu waloryzowanego walutą CHF.

Zobacz też:

Program 500 plus najhojniejszym programem na świecie

Czy kredyt musi być na całe życie?

Mieszkania w Polsce nieustannie drożeją. Dzieje się tak z małymi przerwami od wielu lat. Dlatego zarówno wcześniej jak i dziś spora ich część kupowana jest na kredyt. Dla młodych osób, jeśli nie mają wystarczającego wsparcia rodziców, to jedyny sposób na zakup wymarzonego m. W przypadku rozwodu podział majątku jest stosunkowo łatwy. Niestety w przypadku zobowiązań sprawa jest bardziej skomplikowana. W dzisiejszych czasach nie trzeba być w związku małżeńskim, żeby mieć wspólny kredyt na mieszkanie. Dla banku relacje osobiste nie mają znaczenia. Dlatego pożyczki wspólnie zaciągnąć mogą i osoby spokrewnione i znające się np. tylko z pracy. Oczywiście istnieją rozwiązania, które dość powszechnie stosuje się w momencie rozstania kredytobiorców. Mogą oni skorzystać z instytucji przejęcia długu (art. 519-526 k.c.) i zawrzeć porozumienie, w którym jeden z nich przejmuje cały kredyt. Umowa ta musi być zaakceptowana przez wszystkie strony umowy kredytowej.

W dzisiejszych czasach nie trzeba być w związku małżeńskim, żeby mieć wspólny kredyt na mieszkanie. Dla banku relacje osobiste nie mają znaczenia. Fot. Pixabay

Bank mówi: nie!

Niestety dla kredytobiorców, takie sytuacje też się zdarzają. Najczęściej wtedy, gdy żadna z osób nie ma samodzielnie zdolności kredytowej by udźwignąć zobowiązanie. I z tego jednak też jest wyjście. Alternatywą staje się wtedy przyjęcie do kredytu innego kredytobiorcy, również w porozumieniu z bankiem, poprzez zawarcie stosownego porozumienia w postaci aneksu do umowy.

Dość częstym pytaniem jest również, co się dzieje, jeśli żadna ze stron nie może przejąć na siebie długu. Rozwiązaniem może być sprzedaż nieruchomości, jeśli jej wartość pokryje zobowiązanie lub najem lokalu, pod warunkiem alternatyw do zamieszkania.

Każdy kredyt to bardzo poważne zobowiązanie, dlatego decyzja o zaciągnięciu go powinna być bardzo przemyślana. Warto jednak pamiętać, że choć bank w tym układzie wydaje się o wiele silniejszą stroną to nie jesteśmy pozbawieni szans w konfrontacji z nim. Szczególnie, jeśli mamy kredyt waloryzowany/indeksowany kursem CHF, – o czym świadczą wydawane w ostatnim czasie wyroki sądów. Tym bardziej, że jak okazało się, wiele umów zawierało klauzule niedozwolone a to szansa na to by odzyskać swoje pieniądze – podsumowuje Bartłomiej Krupa – prezes Votum S.A

 

*Partnerem cyklu informacji promujących prawa klientów banków jest Votum S.A. Więcej informacji można uzyskać na stronach:

www.dlafrankowiczow.pl

https://votum-sa.pl/oferta/mam-kredyt-we-frankach/

Zbliża się 10 rocznica apogeum boomu kredytowego we frankach szwajcarskich, które przypadło na II i III kwartał 2008 r. W tym czasie udział zobowiązań w CHF w stosunku do wszystkich wypłacanych kredytów hipotecznych wynosił aż 76%. Przyczyną tak ogromnej popularności były bardzo niskie raty. Co ciekawe, dziś udzielane kredyty w złotych są jeszcze tańsze. Expander ostrzega, że choć nic nie wskazuje, aby stopy procentowe w Polsce miały istotnie wzrosnąć w najbliższym czasie, to historia już pokazała, że przewidywania nie zawsze się sprawdzają. Warto więc zachować ostrożność.

Od kwietnia do września 2008 r. udzielono kredytów we frankach szwajcarskich na rekordową kwotę 25 mld zł. To aż ¾ kwoty wszystkich wypłaconych w tym czasie kredytów hipotecznych (33 mld zł). Tak duży udział wynikał przede wszystkim z bardzo dużej różnicy w wysokości rat między produktami w CHF i PLN. Wynikała ona z tego, że wtedy oprocentowanie finansowania w złotych wynosiło średnio aż ok. 7,5%, a we frankach tylko 4,2%. Do tego ryzyko walutowe nie wydawało się zbyt duże ze względu na zapowiedzi rządzących mówiące, że już niedługo przyjmiemy euro. Udział kredytów frankowych był tak wysoki również dlatego, że ci, którzy je wybierali pożyczali zdecydowanie więcej. Średnia kwota kredytu w PLN wynosiła wtedy blisko 150 000 zł, a tych w CHF  prawie 260 000 zł.

Z omawianego okresu przeanalizowaliśmy dwa kredyty na kwotę 260 000 zł na 30 lat. Pierwszy udzielono na początku kwietnia 2008 r., gdyż wtedy kurs był najwyższy (2,22 zł). Drugi jest z początku sierpnia 2008 r., kiedy kurs był najniższy (1,96 zł). W obu przypadkach oprocentowanie spadło z początkowych 4,20% do 0,56% obecnie. Wysokość rat i poziom zadłużenia są już jednak zupełnie inne ze względu na różny kurs wypłaty.

Dzisiejsze kredyty są tańsze niż frankowe w najlepszym momencie

W przypadku kredytu z kwietnia obecna rata wynosi ok. 1362 zł i jest zaledwie 25 zł wyższa niż na początku. Jeśli chodzi o finansowanie wypłacone w sierpniu jest to 1531 zł, czyli o 217 zł więcej. Raty wzrosły więc w znacznie mniejszym stopniu niż kurs franka, który jest dziś o 80% wyższy niż w sierpniu 2008 r. Dzieje się tak dzięki wspomnianemu już spadkowi oprocentowania z 4,20% do 0,56%. Warto też dodać, że  osoby, które obecnie pożyczają taką samą kwotę, ale zaciągają kredyt w złotych, płacą 1210 zł miesięcznie. Wypłacane dziś kredyty są więc nawet tańsze niż te, udzielane we frankach w najlepszym momencie. Zadłużając się nie należy jednak przesadzać, gdyż kiedyś stopy procentowe w Polsce mogą wzrosnąć równie niespodziewanie, jak wzrósł kurs franka.

10 lat spłaty rat a zadłużenie wyższe niż na początku                                                                                                  

Wysokość raty nie jest więc problemem frankowiczów, o ile oczywiście ktoś ma dochody nie niższe niż w 2008 r. Znacznie gorzej wygląda ich zadłużenie wyrażone w złotych. Z pożyczanych 260 000 zł zrobiło się bowiem 307 000 zł (kredyt z kwietnia) i 351 000 zł (kredyt z sierpnia) i to mimo 10 lat spłacania rat. Oczywiście, wysokość zadłużenia w złotych nie ma znaczenia jeśli ktoś nie ma zamiaru pozbywać się mieszkania. Problem pojawia się jednak gdy frankowicz ma problemy finansowe i bank wypowiada mu umowę kredytową, lub gdy po prostu chce sprzedać mieszkanie, np. aby przenieść się do innego miasta, czy zmienić lokal na większy bo urodziły mu się dzieci. Wtedy zwykle się okazuje, że mieszkanie jest mniej warte niż wynosi zadłużenie właściciela.

Po przewalutowaniu na PLN oprocentowanie wzrośnie 7-krotnie 

To wysokie zadłużenie sprawia również, że nie opłaca się przewalutowywać kredytów we frankach na złote. Taka operacja oznacza bowiem realizację straty spowodowanej wzrostem kursu. Zabiera natomiast przywilej korzystania z bardzo niskiego oprocentowania obowiązującego w Szwajcarii. Wspomnieliśmy już, że oprocentowanie takich kredytów wynosi dziś ok. 0,56%. Po przewalutowaniu wzrosłoby do ok. 4%, czyli 7-krotnie.

Jeśli spojrzeć na ilość i jakość wydawanych orzeczeń w sprawach tzw. kredytów frankowych, to 2017 rok należał niewątpliwie do tzw. frankowiczów. Miniony 2017 był rokiem, w którym znacznie więcej osób zdecydowało się na rozpoczęcie spraw sądowych niż w 2016 roku, a jednocześnie rok, w którym w I instancji skończyły się pierwsze sprawy frankowiczów. Poprawie uległa również jakość orzeczeń sądowych.

Coraz lepsza jakość orzeczeń i „burza mózgów” w sądach

W 2017 roku zaczęły pojawiać się orzeczenia sądów, w których sądy dostrzegły, że nieuczciwość postanowień umownych nie polega tylko na tym, że bank ustalał dowolnie kursy kupna/sprzedaży ale, że sam mechanizm indeksacji jest nieuczciwy. W tym zakresie głównym argumentem było to, że bank stosował dwa rodzaje kursu (do przeliczenia kredytu – kurs kupna, do spłaty kurs sprzedaży), a także to, że taka konstrukcja wystawiała kredytobiorcę na nieograniczone ryzyko, a jednocześnie służyła zabezpieczeniu interesów banku tudzież wynikała z przyjętego przez bank sposobu zabezpieczenia finansowania pod akcję kredytów denominowanych. Sądy uznawały też, że konstrukcja kredytu indeksowanego nie została dostatecznie klientowi wyjaśniona.

Wyrazem tego, że sądy poza abuzywnością postanowień umownych zaczęły zastanawiać się głębiej nad konstrukcją tego typu kredytów w ogóle, są ciekawe orzeczenia stwierdzające np., że:

  • przy kredycie denominowanym w CHF strony od początku powinny rozliczać się w CHF, zatem skoro klient spłacał w PLN to należy mu się zwrot tych kwot
  • w tego typu umowach nie określono głównego świadczenia stron, a więc są one nieważne
  • tego typu umowy są sprzeczne z zasadami współżycia społecznego i przez to nieważne, gdyż klient został wprowadzony w błąd co do rzeczywistych kosztów kredytu
  • pomimo określenia głównego świadczenia stron umowy umowa po wykreśleniu klauzuli indeksacyjnej powinna być oceniana w świetle ogólnych zasad prawa cywilnego, a ponieważ w takiej kadłubowej postaci jest sprzeczna z zamierzonym celem i wolą stron oraz naturą umowy kredytu, którą strony zamierzały zawrzeć, to należy ją uznać za nieważną.

W kredycie denominowanym z kolei pojawiły się orzeczenia, że bez postanowień odsyłających do kursu kupna/sprzedaży umowa jest niewykonalna, a przez to nieważna.

– Różne zapatrywania sądów wzbogacają orzecznictwo i wiedzę sądów na temat umów kredytów powiązanych z walutą. Różnorodność orzeczeń należy oceniać pozytywnie, gdyż powoduje, że każdy sąd orzekający może dostrzec inną wadliwość tego typu umów – komentuje mec. Barbara Garlacz.

Co może przynieść 2018 rok?

– Ponieważ pierwsze sprawy trafiły już do sądów II instancji, na pewno pojawi się znaczna liczba orzeczeń prawomocnych, ale raczej w drugiej połowie 2018 roku. Sprawy zaczynają też dopiero docierać do Sądu Najwyższego, dlatego kształtowania się tam linii orzeczniczej i to nie na bazie jednego, lecz kilkudziesięciu wyroków należy spodziewać się dopiero w 2019 roku – wskazuje mec. Barbara Garlacz.

Na pewno będzie bardzo dużo orzeczeń sądów I instancji, gdyż wiele spraw rozpoczętych w 2016 roku i z początkiem 2017 roku zakończy się w tych sądach. Co ważne, rozstrzygnięciu będą podlegać sprawy, w których sądy rejonowe zasądziły tzw. nadpłaty – czyli uznały istnienie kredytu w PLN ze stawką LIBOR. Orzeczenia te pozwolą być może na wykrystalizowanie się przeważającej linii orzeczniczej, tj. idącej w kierunku nieważności lub utrzymania kredytu ze stawką LIBOR. Niemniej ostatecznie nie należy się spodziewać jednolitej linii orzeczniczej i wiele będzie zależało od jakości podniesionych argumentów prawnych, a przede wszystkim tego, czy konkretny kredytobiorca w sprawie będzie się godził na stwierdzenie nieważności umowy.

Podsumowując, jeśli porównać przygotowanie sądów do tego typu spraw w 2014 roku i 2017 roku, to miniony rok wypada bardzo pozytywnie.

 

 

Autor: Barbara Garlacz – radca prawny specjalizujący się w sprawach sądowych tzw. kredytów powiązanych z walutą

Co czeka „frankowiczów”? Eksperci Ebury, firmy oferującej rozliczania transakcji walutowych, prognozują, że do końca 2018 roku kurs CHF/PLN powinien oscylować w okolicach 3,85.

Osoby posiadające kredyt we frankach szwajcarskich w ostatnim czasie śpią odrobinę spokojniej. Polski złoty w okresie wakacyjnym umocnił się w stosunku do waluty z kraju Helwetów.

Jakie są dalsze perspektywy franka szwajcarskiego? Eksperci z londyńskiego i warszawskiego biura Ebury (Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan oraz Roman Ziruk), firmy oferującej rozliczania transakcji walutowych, przedstawili swoje prognozy na 2017 i 2018 rok. W ich ocenie, zarówno w tym roku, jak i następnym, kurs CHF/PLN powinien oscylować w okolicach 3,85.

Co przemawia za takimi szacunkami?

„Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) pozostaje aktywnym graczem na rynku walutowym. Na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy Bank interweniował, kupując zagraniczne waluty w celu osłabienia franka szwajcarskiego. Interwencje walutowe pozostają istotnym narzędziem polityki monetarnej dla banku centralnego, jednak ostatnia słabość waluty powinna pozwolić SNB na ograniczenie korzystania z tej metody”, czytamy w raporcie ekspertów Ebury.

„Inflacja w Szwajcarii na przestrzeni ostatnich miesięcy była powodem do rozczarowania. Indeks CPI w czerwcu obniżył się do poziomu 0,2 proc. i znalazł się najniżej od grudnia 2016 r. Od tamtej pory dynamika cen kierowała się jednak na północ – ostatni odczyt na poziomie 0,5 proc. może budzić optymizm”.

W pierwszej połowie roku wzrost gospodarczy Szwajcarii rozczarował.

„Dynamika PKB w pierwszym kwartale wyniosła zaledwie 0,1 proc., kolejny kwartał przyniósł wzrost na poziomie 0,3 proc. w ujęciu kwartalnym. W następstwie ostatniej poprawy aktywności w sektorze produkcji, realistycznym jest, iż w drugiej połowie roku dostrzeżemy poprawę w gospodarce”, oceniają eksperci.

Z kolei indeks PMI dla produkcji przemysłowej (ten wskaźnik powstaje na bazie anonimowych ankiet wysyłanych do menadżerów z całego kraju, którzy odpowiadają na pytania dotyczące prognoz dla swojej branży) w sierpniu wzrósł do najwyższego poziomu od ponad sześciu lat. „Jego odczyt znalazł się na imponującym poziomie 61,2 – znacznie powyżej długoterminowej średniej, która wynosi ok. 54 punkty. Pozytywne nastroje konsumentów oraz wyższa dynamika płac również wspierają konsumpcję i związany z jej dynamiką wzrost gospodarczy”, dodają.

Na koniec eksperci podkreślają, że Szwajcarski Bank Narodowy będzie negatywnie nastawiony do nadmiernego umocnienia się szwajcarskiej waluty. M.in. dlatego spodziewają się stabilizacji franka szwajcarskiego w parze z euro i złotym.

 

Autorzy prognozy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk.

 

Historia dotycząca pomocy dla frankowiczów trwa w najlepsze. Prezydent przedstawił pakiet kolejnych propozycji. Nowe rozwiązania nie przypadły jednak kredytobiorcom do gustu, co  nie powinno stanowić zaskoczenia, bowiem stanowisko głowy państwa ws. kredytów frankowych uległo na przestrzeni czasu diametralnej metamorfozie. Wydaje się jednak, że zaproponowane zmiany stanowią kompromis pomiędzy frankowiczami a bankami, nie dziwi więc, że zostały one pozytywnie ocenione przez KNF i NBP. To zdecydowanie zwiększa szanse na ich implementację.

Pierwotne rozwiązania prezydenta dotyczyły przewalutowania kredytów frankowych, które bardzo dotkliwie uderzyłyby w sektor bankowy. Niektóre szacunki potencjalnych kosztów opiewały na niebagatelną kwotę 70 mld zł, co nie spodobało się nadzorcy oraz NBP. W efekcie powstał projekt ustawy dotyczącej zwrotu niesłusznie naliczonych spreadów, którego koszt oszacowano na około 9 mld zł. Najnowsze propozycje prezydenta zakładają powstanie Funduszu Restrukturyzacyjnego, który obciąży banki co najwyżej kwotą 3,2 mld zł rocznie. Ponadto projekt zakłada wzrost miesięcznej kwoty wsparcia z 1,5 do 2 tys. zł dla podmiotów mających problemy ze spłatą kredytów, przy jednoczesnym wydłużeniu maksymalnego czasu takiej pomocy do 36 miesięcy oraz możność zaciągnięcia pożyczki do kwoty 72 tys. zł na spłatę kredytu w przypadku sprzedaży zabezpieczającej go nieruchomości.

Takie rozwiązania są swego rodzaju kompromisem pomiędzy bankami a frankowiczami. Fundusz Restrukturyzacyjny będzie zachęcał banki do przewalutowania kredytów, wysokość składek będzie uzależniona od wielkości portfeli kredytów frankowych. Obciążenia te będzie można zniwelować poprzez przewalutowanie tych kontrowersyjnych aktywów. Co więcej, decyzja o przeprowadzeniu takiego zabiegu będzie wiązała się ze zwrotem różnic bilansowych między wartością kredytu przed i po restrukturyzacji. Narzędzie to będzie finansowane przez nowo powstały fundusz.

Ta kompromisowa propozycja zdniem frnkowiczów i banków nie likwiduje problemu. Ci pierwsi oczekują zmian w przepisach o Bankowym Tytule Egzekucyjnym, podczas gdy ci drudzy w rzeczywistości obawiają się kosztów, które w przypadku przyjęcia nowych propozycji oraz ustawy antyspreadowej mogą być naprawdę istotne. Ponadto złoty systematycznie umacnia się względem franka szwajcarskiego, podczas gdy w szerszej perspektywie prawdopodobieństwo wzrostu stóp procentowych w Polsce wydaje się być wyższe niż w Szwajcarii. Taka sytuacja nie zachęcają frankowiczów do wypracowania konsensusu z bankami ws. przewalutowania kredytów, które nadal mogą być niemniej atrakcyjne niż te złotowe, zwłaszcza że kurs CHF/PLN jest obecnie niewiele wyższy od tego sprzed pamiętnego czarnego czwartku.

Biorąc pod uwagę fakt, że aktualnie kredyty frankowe same w sobie nie wydają się być droższe niż złotowe oraz uwzględniając wejście w życie najnowszych form wsparcia i ustawy antyspreadowej – sytuację frankowiczów należałoby ocenić jako korzystną. To prawda, że obecne rozwiązania prezydenta nie są aż tak hojne jak te początkowe, jednak ich wejście w życie może spowodować, że osoby zadłużone we frankach szwajcarskich znajdą się w lepszej sytuacji niż przed czarnym czwartkiem. Nieco mniej powodów do radości mają banki, co zostało już dostrzeżone przez inwestorów. Co prawda branża poprawia swoje wyniki, bowiem sam biznes opiera się na solidnych fundamentach, lecz widmo nowych kosztów połączonych dodatkowo z ostatnimi zmianami w wysokości składek do BFG, podatkiem bankowym oraz oddalającą się perspektywą podwyżek stóp procentowych ogranicza atrakcyjność inwestycyjną tego sektora, a zwłaszcza banków z kredytami frankowymi. Z drugiej strony warto zauważyć, że potencjalne koszty rozwiązań są istotne, choć w porównaniu z wcześniejszymi propozycjami pozostają w granicach rozsądku i nie stanowią zagrożenia dla stabilności sektora finansowego, stąd pozytywne opinie KNF i NBP.

Pewnym mankamentem pozostaje fakt, że ustawa antyspreadowa nadal tkwi w sejmie. Ze względu na wysokie koszty, ryzyko odrzucenia tego projektu jest spore. Brak zgody sejmu na tę propozycję prezydenta oznaczałaby obniżenie jakość całego pakietu pomocy dla frankowiczów. W efekcie czekałaby ich długotrwała i trudna walka z bankami w sądach. Jednak w tym długim i krętym tunelu można dostrzec światełko. Niewykluczone, że na szczęśliwe zakończenie tej historii będzie trzeba jeszcze poczekać, zwłaszcza jeżeli ostatnie zamieszanie wokół reformy sądownictwa spowoduje wzrost napięcia na linii rząd – prezydent, co może przełożyć się na brak zgody sejmu na projekty głowy państwa.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Raty kredytów mieszkaniowych mocno wahają się w całym okresie spłaty. Dla kredytu w złotym z 2008 roku różnica między najwyższą a najniższa zapłaconą ratą wyniosła 917 zł, czyli prawie 70 proc. W przypadku kredytów we franku ta różnica wyniosła 567 zł, czyli około 38 proc. Dziś zaciągane kredyty są szczególnie narażone na przyszły wzrost rat.

Kredyty hipoteczne w Polsce były, z niewielkimi wyjątkami, udzielane ze zmienną stopą procentową.  Oprocentowanie takiego kredytu składa się z dwóch komponentów: marży banku i stopy rynkowej – WIBOR, LIBOR lub EURIBOR. Elementem stałym jest marża, bo w zasadzie nie zmienia się przez cały okres spłaty zadłużania. Inaczej jest z wysokością rynkowej stopy procentowej, ta waha się i to w niektórych okresach bardzo dynamicznie. W przypadku kredytu zaciągniętego w złotym zmiana raty wynika tylko ze zmiany stopy procentowej. Dla zobowiązania w walucie dodatkowo na wysokość raty wpływa także jej kurs.

Przyjrzeliśmy się temu jak w praktyce ten mechanizm wpływa na wysokość rat kredytów. Zbadaliśmy jak zmieniała się wysokość rat kredytów zaciąganych w złotym i franku szwajcarskim w okresie od września 2006 do marca 2009 roku w całym okresie ich spłaty. Analizowaliśmy kredyt na kwotę 300 tys. zł (lub jej równowartość) na 30 lat ze średnią rynkową marżą i spreadem (dla kredytu we franku szwajcarskim). W przypadku kredytu w złotym z czerwca 2008 najwyższa zapłacona rata była aż o 70 proc. wyższa od najniższej.  Dla złotego przeciętnie różnica między najwyższą a najniższą zapłaconą ratą wyniosła 65 proc. W przypadku kredytów we franku ta różnica była praktycznie niezmienna i dla wszystkich badanych kredytów wyniosła około 38 proc. To paradoksalne, że wahania rat kredytu w złotych były wyższe niż kredytu w walucie. W przypadku kredytu we franku mieliśmy do czynienia z mechanizmem bilansującym, bo gdy stopy procentowe rosły frank taniał, gdy zaś drożał jednocześnie spadały stopy.

Te wyniki po części tłumaczą dlaczego kredyty we franku, pomimo mocnego wahania kursu, nadal są dobrze spłacane przez kredytobiorców. Od połowy 2006 roku, czyli od wprowadzania Rekomendacji S każda osoba zaciągająca kredyt w walucie musiała posiadać zdolność kredytową taką jak dla kredytu w złotym powiększoną o 20 proc. We wrześniu 2006 roku by zaciągnąć kredyt na 300 tys. zł w złotych konieczna była zdolność do spłaty raty w wysokości 2235 zł, zaś dla takiego samego kredytu we franku szwajcarskim 2682 zł. Obecna wysokość raty zaciągniętego wtedy kredytu frankowego wynosi 2066 zł i jest o ponad 600 zł niższa niż rata zakładana w rekomendacji. Przed wejściem w życie Rekomendacji S banki podchodziły bardziej liberalnie do wyliczania zdolności kredytowej we franku, jednak ceny nieruchomości, a tym samym kwoty zaciąganych kredytów były niższe. Raty tych kredytów choć wzrosły, stanowią znacznie mniejszą cześć budżetu domowego niż raty zobowiązań zaciąganych po 2006 roku.

Nie można zapominać, że każdy  kredyt mieszkaniowy, bez względu na walutę, niesie ze sobą ryzyko zmiany wysokości raty. Kredytobiorcy frankowi obecnie płacą najwyższe raty w historii (za sprawą wysokiego kursu tej waluty). Kredytobiorcy w złotym są w odwrotnej sytuacji, bo obecnie płacą najniższe raty. Największe płacili w listopadzie 2008 roku i od tego czasu ich miesięczne obciążenia spadały. W przyszłości sytuacja ta się zmieni, bo rosnąca inflacja może pchnąć Radę Polityki Pieniężnej do podwyżek stóp procentowych, a to wpłynie na wzrost rat.

Dziś zaciągane kredyty mieszkaniowe, choć dzieje się to w sytuacji, gdy warunki ich udzielania są znacznie zaostrzone wobec kredytów z lat 2006-2009, z powodu niskich stóp i rosnącej inflacji są szczególnie zagrożone wzrostem rat w przyszłości. Dlatego konstruując narzędzia pomocy dla kredytobiorców mieszkaniowych powinniśmy tworzyć mechanizmy uniwersalne, mogące służyć pomocą każdemu kredytobiorcy mieszkaniowemu w kłopotach.

Źródło: Paweł Majtkowski, Główny Analityk Wolfs Private Equity

Od feralnego czwartku 15 stycznia 2015 roku, już niebawem miną dwa lata. Podczas gdy politycy debatują o problemach „frankowców”, około 500 000 rodzin i singli regularnie spłaca swoje raty uzależnione od kursu CHF/PLN. Dzięki tym regularnym spłatom, z miesiąca na miesiąc spada saldo zadłużenia wyrażone we frankach. Dane NBP wskazują, że przez 12 miesięcy (wrzesień 2015 r. – wrzesień 2016 r.), krajowi „frankowcy” w ratach spłacili kapitał o wartości około 5,2 mld zł (1,3 mld CHF). Niestety do zwrotu pozostały jeszcze 132 mld zł (ok. 33 mld CHF). Saldo zadłużenia we frankach nadal powinno systematycznie spadać. Mimo tego, przez najbliższe lata wahania kursowe wciąż mogą być groźne dla kredytobiorców i całej gospodarki. Za rok zadłużenie „frankowców” (przeliczone na złote) nadal będzie wyższe niż obecnie, jeżeli kurs CHF/PLN wzrośnie do 4,50 zł. 

 Proporcje między kredytami rozliczanymi w PLN i CHF zupełnie się odwróciły …

Informacje o aktualnej i historycznej wartości „frankowych” kredytów, możemy znaleźć w comiesięcznych zestawieniach NBP. Dane Narodowego Banku Polskiego wskazują, że pod koniec minionej dekady los sprzyjał krajowej gospodarce. Gdyby wówczas kurs CHF/PLN przekroczył 4,00 zł i utrzymał się na takim poziomie, to kłopoty „frankowców” i banków byłyby poważniejsze. W tym kontekście trzeba wspomnieć, że na początku 2009 roku, kredyty rozliczane według kursu franka stanowiły aż 69% wartości całego portfela kredytów mieszkaniowych dla gospodarstw domowych – tłumaczy Andrzej Prajsnar z portalu RynekPierwotny.pl. Obecnie porównywalny wynik wynosi około 34. To oznacza, że proporcje pomiędzy „frankowymi” kredytami oraz innymi „hipotekami” praktycznie się odwróciły.

Rozwój akcji kredytowej w złotym (związany m.in. z programami Rodzina na Swoim i MdM), zredukował udział „frankowych” kredytów w ogólnej wartości kredytów mieszkaniowych dla gospodarstw domowych. Równocześnie zmniejszyła się też relacja kredytów rozliczanych we franku do produktu krajowego brutto. Pod koniec 2009 r. takie „hipoteki” stanowiły aż 11,7% polskiego PKB. Wynik dotyczący 2015 r. to 7,7% PKB. Oczywiście wartość z minionego roku nadal jest zbyt wysoka. Wśród krajów UE, tylko Austria cechuje się podobną ekspozycją na ryzyko walutowe w kredytach mieszkaniowych.

Na poniższym wykresie możemy zauważyć, że wartość zadłużenia „frankowców” przeliczona na złote, spada w długiej perspektywie (listopad 2011 r. – 168 mld zł, wrzesień 2016 r. – 132 mld zł). Ten trend spadkowy niestety jest osłabiany przez niekorzystne zmiany kursowe. Szybciej maleje natomiast zadłużenie wyrażone we frankach. Jego wartość wynosiła:

  • wrzesień 2009 r. – 48,16 mld CHF
  • wrzesień 2010 r. – 47,19 mld CHF
  • wrzesień 2011 r. – 45,41 mld CHF
  • wrzesień 2012 r. – 43,33 mld CHF
  • wrzesień 2013 r. – 40,77 mld CHF
  • wrzesień 2014 r. – 38,28 mld CHF
  • wrzesień 2015 r. – 34,50 mld CHF
  • wrzesień 2016 r. – 33,20 mld CHF

Gdyby utrzymały się notowania franka z września 2009 roku (2,70 zł – 2,80 zł), to kredytobiorcy mieliby znacznie mniejsze powody do narzekań – dodaje ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Niestety wzrost kursu CHF/PLN pochłonął wszystkie korzyści związane ze spłatą kapitału i wywołał problemy dotyczące m.in. wysokiego poziomu wskaźnika LtV (LtV = obecne zadłużenie/obecna wartość mieszkania).

zadluzenie-frankowcow-rp-wyk-1

Za cztery lata walutowe zadłużenie „frankowców” może przekraczać 20 mld CHF

 Po sprawdzeniu miesięcznego tempa, w jakim spada walutowe zadłużenie „frankowców” okazuje się, że ta zmiana ma prawie liniowy charakter. Dzięki temu można stosunkowo łatwo przewidzieć, jaka będzie bilansowa wartość kredytów (wyrażona w CHF) na przykład za rok albo trzy lata. Prognoza zakłada, że nie nastąpią znaczące procesy restrukturyzacyjne (np. umorzenia) albo znacznie częstsze nadpłaty.

Faktyczna wartość „frankowych” kredytów, oczywiście będzie zależała od poziomu przyszłego kursu CHF/PLN. Dlatego prognoza zakłada pięć scenariuszy (CHF/PLN = 3,00 zł, 3,50 zł, 4,00 zł, 4,50 zł, 5,00 zł). Ze względu na wzrost ogólnego ryzyka gospodarczego i politycznego, nie można wykluczyć nawet dwóch najbardziej negatywnych wariantów.

zadluzenie-frankowcow-rp-tab-1

Wyniki z powyższej tabeli wskazują, że pomimo systematycznego spadku zadłużenia wyrażonego w CHF, ryzyko walutowe dla kredytobiorców, banków i całej gospodarki nadal będzie duże. Jeśli za rok kurs CHF/PLN osiągnie 4,50 zł, to zadłużenie „frankowców” przeliczone na złote (ok. 134 mld zł), mimo spłaty nadal będzie wyższe od obecnej wartości (132 mld zł). Wzrost kursu CHF/PLN do 5,00 zł w listopadzie 2018 r. też skutkowałby wartością „frankowych” kredytów większą niż obecnie (po przeliczeniu na złote). Ten przykład pokazuje, że przez najbliższe lata wzrosty wartości franka nadal będą niebezpiecznym zjawiskiem. Faktyczne skutki takich „frankowych” szoków oczywiście będą zależały od skali restrukturyzacji długu oraz kondycji gospodarczej naszego kraju.

 

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Frankowiczu,  masz problem ze spłatą kredytu? Możesz tylko na tym skorzystać!

Banki mające w swoim portfelu w kredyty niby-frankowe, same się proszą o to, aby nie spłacać tych zobowiązań. Poniżej opisuję nową akcję banków, którą ostatnio dość często spotykam w swojej praktyce. Akcję tę poznałem z relacji wielu frankowiczów, którzy zwracają się do mnie po pomoc, gdyż bank odmówił im restrukturyzacji. Cytuję fragmenty jednej z odpowiedzi kredytodawcy na wniosek klienta o obniżenie rat:

„Przykro nam, Pana prośba została rozpatrzona negatywnie. Możemy zaproponować złożenie wniosku o udzielenie wsparcia dla kredytobiorcy z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców”.

Niedźwiedzia ustawa?

W ten oto sposób, ustawa z dnia 9 października 2015 r. o wsparciu kredytobiorców znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej, którzy zaciągnęli kredyt mieszkaniowy, okazała się dla frankowiczów klasyczną niedźwiedzią przysługą. Jak brakuje Ci do raty, idź po ustawową pomoc i powiększ swoje zadłużenie. Takie to mądre rady otrzymują dziś ze strony niektórych banków, klienci mający problem z obsługą wciąż rosnących kosztów spłaty toksycznego kredytu.

 Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło…

 Wbrew pozorom odmowa restrukturyzacji kredytu w CHF, może wyjść jedynie na dobre części klientom. Szczególnie w sytuacji, kiedy wartość nieruchomości jest niższa od kwoty zobowiązania, co zgodnie z trzeźwą oceną sytuacji przeczy sensowi dalszej spłaty takiego kredytu. Bowiem to tak jakbyśmy kupowali od banku nasze mieszkanie (lub dom) za kwotę znacznie powyżej jego ceny rynkowej i jeszcze płacili z tego tytułu odsetki. Jeśli  frankowicz znalazł się pod ścianą, a bank nie wyraził zgody na obniżenie rat, mamy wtedy dwa wyjścia.

Wyjście nr 1: Siedzę i płaczę, kredytu nie płacę

 Czyli: poddaję się bez walki. Próbuję pisać do banku kolejne, błagalne pisma,  wpłacam wszystko co mam na poczet kredytu, zwykle mniej niż wynosi rata.  W końcu zaprzestaję spłaty, bowiem nie mam już na to środków. Co dalej? Czekam biernie z przerażeniem na kolejne ruchy (czytaj: ciosy) banku  (czytaj: oprawcy). Będą to: wypowiedzenie umowy, pozew o zapłatę, skierowanie sprawy do komornika, licytacja nieruchomości, eksmisja.

Możemy trochę sytuację swoją poprawić przez ogłoszenie upadłości konsumenckiej, ale także w tym wypadku mamy pełne poczucie przegranej.

Czyż nie lepiej wygląda druga metoda działania? Frankowiczom polecam

Wyjście nr 2: Walczę i nie płaczę, kredytu nie płacę

Bank nie chce od Ciebie pieniędzy? Nie to – nie! Masz więc świetną wymówkę, aby nie zapłacić bank-dytom ani złotówki. Drogę działania kredytobiorcy opisywałem po części także w poprzednich odcinkach Poradnika, dziś krótkie przypomnienie jakie rodzą się możliwości obrony.

Sposób działania zależy także od bieżącej sytuacji finansowej frankowicza.

Albo stać Cię będzie na prowadzenie walki w sądzie, albo nie będziesz posiadał na to odpowiednich środków. Ale nawet w tym drugim wariancie istnieją szanse na wygraną. Poniżej przedstawiam ten wariant.

Wariant 1. Nie mam środków na opłacenie kosztów procesu

Tu istnieje możliwość oddania sprawy w ręce prawników, którzy wezmą na siebie ryzyko prowadzenia procesu na własny koszt. Taką właśnie drogę wybiera część moich klientów.  Jak to działa?  W uzgodnieniu z kancelarią należy w stosownym momencie przenieść własność nieruchomości na wskazany podmiot i czekamy na pozew. Liczymy oczywiście na pełną wygraną (trudno jest z góry ocenić szanse) czyli, że uda się kancelarii udowodnić bezzasadność pozwu. Co oznacza, że dług znika.  Jeśli tak, nieruchomość zostaje „odzyskana” bez żadnych obciążeń, po czym zostaje sprzedana. Zwykle kredytobiorca może uzyskać z kwoty sprzedaży 15% ceny, to już kwestia ustaleń z kancelarią. Ale osoba ta jednocześnie pozbywa się długu! Przypomnę, że przed wejściem w spór z bankiem, wartość nieruchomości była ujemna: mówimy bowiem o sytuacji, kiedy kwota kredytu była wyższa od ceny ewentualnej sprzedaży przedmiotu zabezpieczenia.

Wariant 2. Podważamy w sądzie indeksację kredytu

W tej dziedzinie specjalizuje się już kilka kancelarii. Coraz więcej wygranych pozwów przez frankowiczów w tego typu sprawach daje nadzieję, że i Twój proces zakończy się porażką banku. Jakie będą tego efekty? Kredytodawca musi raz jeszcze dokonać przeliczenia kredytu, przy założeniu, że nigdy nie istniała w rozliczeniach z bankiem inna waluta niż złotówka. Czyli wszystkie wpłaty, które dokonywałeś na spłatę kredytu niby-frankowego, będą traktowane podobnie, jakbyś od początku miał kredyt w krajowej walucie. Sądzę, że każdorazowo będą to mocno skomplikowane wyliczenia, ale per saldo Twoje zadłużenie wobec banku może zmniejszyć się o 50, 60, czy nawet  o 70%. Wszystko zależy kiedy uzyskałeś kredyt, jakich do tej pory dokonałeś wpłat na poczet spłaty zadłużenia oraz jaki system rozliczenia kredytu zostanie uznany przez sąd za prawidłowy.  Jakie mogą być koszty takiego postępowania? W zależności od tego, czy będzie to jedna, czy dwie instancje, koszty po stronie kredytobiorcy będą się wahać od 10 do około 20 tysięcy złotych. W wielu przypadkach pewnie dojdzie jeszcze wynagrodzenie kancelarii za sukces, ale oczywiście premia ta będzie należna wyłącznie w przypadku wygranej sprawy.

Wariant 3. Podważamy w sądzie … istnienie długu

To najciekawszy sposób obrony i oczywiście – najbardziej optymistyczny dla ucha frankowicza. Pod warunkiem, że faktycznie pozew banku o zapłatę zostanie całkowicie oddalony. Jest to całkiem „świeży” wynalazek, nie jest wiadome jak sądy będą reagować na prowadzenie sprawy w tenże sposób. Powyższa metoda działania doskonale się sprawdza przy walce z nakazami zapłaty, które do sądu składają firmy windykacyjne, tj. po nabyciu danej wierzytelności od banku. Takie pozwy, specjaliści, z którymi pracuję wygrywają w 8 na 10 przypadków.  Podobna forma walki w sądzie kontra pozwom dotyczącym kredytów frankowych, jeszcze na dziś nie jest dokładnie rozpoznana. Ale są już pierwsze sukcesy, oto fragment niedawno otrzymanego maila od naszych speców od „znikających długów”:

„Wygraliśmy z bankiem pierwszą sprawę hipoteki w CHF – powództwo oddalone w całości. Sąd tak pięknie uzasadnił oddalenie pozwu, że nawet   się apelacji nie spodziewamy. A jak będzie apelacja – to sobie z nią poradzimy z dużym prawdopodobieństwem.”  

Dodam, że sprawa ta dotyczy kredytu w kwocie blisko 300 tys. zł. Pewnie zapytasz dłużniku, jakie są koszty takiej formy obrony? Wyjściowa stawka  za pozew  to nie mniej niż 15 tys. zł. Ale im wyższa kwota kredytu oraz im bardziej skomplikowany przypadek – kwota ta może znacząco wzrosnąć.  Jest to jednak zawsze kwestią uzgodnień stron. Gdyby jednak okazało się,  że uznasz taką drogę walki za zbyt kosztowną (w szczególności, że wyroki sądów są niezbadane), możesz wybrać tańszy Wariant 2. Lub też walczyć bezkosztowo, czyli skorzystać z Wariantu 1.

 Pora na „darmowe obiadki”

Podjęcie walki z bankiem z udziałem profesjonalistów ma też inny wielki plus. Otóż podczas całego okresu postępowania, nie płacisz na poczet spłaty kredytu nic a nic, a czerpiesz korzyści z nieruchomości. Czyli: albo w niej mieszkasz, albo wynajmujesz. Ostatnio trafiły do mnie dwie podobne sprawy, gdzie nieruchomość jest wynajęta i daje to przychód w kwocie na poziomie 4 tys. zł. miesięcznie, przy czym rata kredytu przekracza 5 tys. zł. Bilans roczny zaprzestania spłaty takiego zobowiązania to 60 tys. zł! Tych kredytobiorców nie musiałem długo namawiać, aby sobie odpuścili spłatę; zresztą jak do mnie trafili, de facto – już nie mieli z czego dokładać do kolejnych rat.

Przegrana w sądzie: czy to koniec walki?

Z przykrością muszę stwierdzić, że nie każda sprawa w sądzie zakończy się wygraną frankowicza. Także w sytuacji, kiedy do walki z bankiem wynajmiemy najlepszych specjalistów. I co wtedy? Czy przegrana oznacza sromotną porażkę kredytobiorcy? Nic z tych rzeczy! Dochodzi wtedy jeszcze jedna możliwość (poza ewentualnością ubiegania się o upadłość konsumencką). Jest to metoda działania, w której się specjalizuję.

Wariant 4. „Kontrolowana” sprzedaż wierzytelności przez bank

 Jak to działa? Opiszę to na przykładzie sprawy, którą zamknąłem we wrześniu br.  Bank posiadał wierzytelność (wypowiedziany kredyt hipoteczny, także w CHF) na kwotę ok. 1,1 mln zł.  Zabezpieczeniem było mieszkanie o wartości ok. 700 tys. zł.  Szans na odzyskanie długu w inny sposób niż egzekucja komornicza nie było, więc udało mi się przekonać bank, aby sprzedał wierzytelność – wskazanemu przeze mnie podmiotowi – za  kwotę  450 tys. zł. I jednocześnie zwolnił nieruchomość z zabezpieczenia kredytu.

Niby proste, ale takie transakcje zwykle trwają nie mniej niż kilka miesięcy. Finalnie kredytobiorca zostaje w tym wariancie bez długu. Dodatkowo, zanim nastąpi zamknięcie całej transakcji – może to trwać nawet kilka lat – może ów dłużnik korzystać z darmowych obiadków.

Uciemiężeni przez banki: szable w dłoń!

Jak widzisz frankowiczu, Twoje możliwości działania przeciwko bankowym oprawcom są naprawdę szerokie. Pod warunkiem, że do tej walki mężnie staniesz. Ale, my Polacy, wszak walkę z teoretycznie silniejszym wrogiem mamy we krwi. Patrz: liczne zrywy narodowe. Z tą jednak różnicą, że niemal we wszystkich powstaniach ponosiliśmy zwykle sromotną porażkę, a w tej walce możemy wroga pokonać!

Szanowni Internauci. Następne odcinki Poradnika będą efektem Państwa licznych pytań, które dostajemy drogą mailową. Najbliższa odsłona będzie poświęcona zagadnieniu upadłości konsumenckiej. I Ty, Czytelniku możesz zadać pytanie w interesującej Cię kwestii. Jeśli jesteś tym zainteresowany, wyślij treść pytania na poniższy adres:

pytanie@krzysztofoppenheim.pl

 

Krzysztof OPPENHEIM

Samotność frankowicza. Kredytobiorco – broń się „techniką Rambo”!

 Dzisiejszy odcinek Poradnika stanowi komentarz do zakończonej pełną porażką misji Prezydenta Dudy, w sprawie ulżenia losom frankowiczów.

Bo tak można ocenić finalne założenia ustawy spreadowej, która została niedawno przedstawiona w sejmie. W tej części Poradnika wskazuję także drogę frankowicza do odniesienia wygranej w tej bardzo nierównej walce.

Ponieważ temat toksycznych kredytów jest dość mocno już wyeksploatowany przez media, moja wypowiedź będzie w konwencji filmowej. Aby choć trochę  uatrakcyjnić kolejny przekaz na temat problemu frankowiczów.

W pierwszej części tytułu niniejszej odsłony Poradnika nawiązuję do doskonałego obrazu Toma Richardsona – „Samotność długodystansowca” (rok 1962). Jest to jeden z najwybitniejszych filmów z tzw. angielskiej nowej fali. Twórcy tego gatunku postawili sobie za cel ukazywanie realnego obrazu życia kraju, m.in. przez poruszanie tematów kontrowersyjnych.  Bohaterem filmu jest nastoletni Colin Smith, który nie pasuje do systemu. I nie ma zamiaru się do niego przystosować, widząc w otaczającym go świecie jedynie fałsz i zakłamanie, gdzie żadna z instytucji nie spełnia swojej wyznaczonej funkcji.  W swojej walce z systemem jest potwornie samotny. Wypisz wymaluj przypomina mi to sytuację frankowiczów, których losem niby tyle poważnych osób (i ważnych instytucji) się przejmuje i niby każdy próbuje im pomóc. A i tak na koniec zostają ze swoim problemem absolutnie sami. Colin Smith postawił się systemowi i w końcu wygrywa. Co prawda – także na swój sposób…

Temat frankowiczów, od pamiętnego „czarnego czwartku”, nie schodzi z pierwszych stron gazet, pomimo, że minęło już 19 miesięcy od dnia, kiedy świat runął im na głowę. Po drodze zawiodły wszystkie instytucje, a ostatni cios zadał im Prezydent Duda, który właśnie dzięki głosom frankowiczów piastuje ten tak ważny urząd. Bowiem w ubiegłorocznych wyborach to oni stanowili tzw. języczek uwagi.

Wszyscy ludzie prezydenta

… niestety zawiedli na całej linii. A konkretnie – dwie grupy eksperckie,  które w sumie blisko rok pracowały nad stosownym rozwiązaniem problemu toksycznych kredytów.

Jak już wydawało się, że finał jest blisko, lobby bankowe wkroczyło do akcji   i odesłano ekspertów PAD na swoje miejsce. Do narożnika – używając terminologii z pięściarstwa.  Powyższą sytuację dobrze obrazuje parafraza znanego cytatu z kultowego polskiego filmu:

Lobby rządzi, lobby radzi, lobby nigdy banków nie zdradzi!

Dziś znacząca grupa frankowiczów nie jest w stanie spłacać zobowiązania. Skoncentrujmy się na tych kredytobiorcach. Cofnijmy się zatem kilka lat wstecz, to jest do czasu, kiedy taka osoba ubiegała się o kredyt. Jeśli porównamy dzisiejszą pozycję społeczną takiego kredytobiorcy, z pozycją, jaką miał wtedy, widzę  tu odniesienie do innej postaci filmowej. I do innego, także bardzo znanego obrazu.

Ścigany

Przypomnijmy zatem: główny bohater tego serialu z 1963 roku (pamiętamy głównie remake z 1993 roku z Harrisonem Fordem w roli głównej) dr Richard Kimble  jest wybitnym lekarzem, osobą cieszącą się – w pełni zasłużenie – ogólnym szacunkiem.  Jego pozycja społeczna jednak znacząco spada, kiedy zostanie oskarżony (oczywiście niesłusznie) o zamordowanie swojej żony. Dr Kimble staje się wtedy osobą wyjętą spod prawa, przez ileś tam kolejnych odcinków ucieka przez tropiącym go –  jak wściekłego psa – Porucznikiem Gerardem. A jednocześnie dr Kimble chce za wszelką cenę udowodnić swoją niewinność.

W tak spektakularnym upadku pozycji społecznej bohatera widzę pełną analogię do losu frankowicza. W okresie przed wejściem w toksyczny produkt bankowy – przyszły kredytobiorca był  osobą otaczaną szacunkiem, wielbioną przez banki, często obsypywaną nie tylko wyrazami najwyższego uznania,  ale także – platynowymi kartami kredytowymi. Często miał status klienta VIP, co pozwalało m.in. załatwić swoją sprawę w okienku bez kolejki.

Jak bardzo postrzeganie klienta przez bank się zmienia, miał okazję przekonać się każdy kredytobiorca, zalegający ze spłatą zobowiązania. Do kontaktów z takim klientem, bank wyznacza pracowników działu windykacji, czyli ludzi podobnych do filmowego Porucznika Gerarda, na szczęście nie tak bystrych, ale podobnie zajadłych… Jak może taka osoba uprzykrzyć życie dłużnika? Wachlarz tych działań jest szeroki, m.in. jest to nękanie dłużnika  telefonami i smsami od świtu do nocy. Odwołam się w tym miejscu do innego kultowego filmu, przy czym troszkę zmieniłem tytuł tegoż:

Windykator zawsze dzwoni sto razy

Doktor Kimble musiał stale uciekać. Udało mu się ostatecznie odnieść pełne zwycięstwo – udowodnił swoją niewinność – czego i Tobie, frankowiczu życzę.  Ale jeśli chodzi o polecaną przeze mnie taktykę prowadzenia walki z Twoim prześladowcą, polecam strategię innego filmowego bohatera, który także na stałe zagościł w historii kinematografii.

Rambo – pierwsza krew

John Rambo to kolejny bohater anty-systemowy, który nie pasuje do otoczenia i nie ma zamiaru podporządkować się lokalnej władzy. Co bardzo nie podoba się przedstawicielom prawa. Oto krótka recenzja fabuły tego filmu, znaleziona na filmweb.pl:

„John Rambo, były komandos, weteran wojny w Wietnamie, naraża się policjantom z pewnego miasteczka. Ci nie wiedzą, jak groźnym przeciwnikiem jest ten włóczęga.”

Prawda, że brzmi zachęcająco? Otóż masz stosować w walce z bankiem „technikę Rambo”, zaraz wyjaśnię  co mam na myśli.  John Rambo, który przez szeryfa (i jego ludzi) owego miasteczka, szykanowany był mniej więcej tak, jak bank traktuje kredytobiorców zalegających ze spłatą (no może trochę przesadziłem, w filmie nie było aż tak źle!), po prostu sam wybiera pole walki. Konkretnie – ucieka do lasu, gdzie ma nad wrogiem niewyobrażalną przewagę, jako weteran wojny w Wietnamie.

Tu odwołam się do jednego z pierwszych odcinków Poradnika, gdzie wejście w otwartą wojnę dłużnika z bankiem porównałem do pojedynku pieszego z czołgiem. Jednak jeśli ów pieszy skryje się w lesie, przewaga wroga znacząco zostanie zniwelowana – pojazd opancerzony nie tak zwinnie pomyka między drzewami, jak jego niby bezbronny przeciwnik…

Jak pamiętamy z filmu – John Rambo wykańcza swoich przeciwników, raz po raz zastawiając na nich zasadzki. Po filmowej godzinie tej nierównej walki, w oczach ścigających go policjantów i żołnierzy widzimy jedynie blady strach: zaraz to ja będę następny…

Czy Rambo jest kobietą?

Czytelniku, pewnie czytając ostatni akapit, targają Tobą wątpliwości. Przecież żaden ze mnie Rambo, nigdy nie walczyłem z bankami, nie mam stosownej  wiedzy, ani żadnych umiejętności w tej materii. W szczególności, że w licznej grupie frankowiczów są też kobiety, które z natury nie są stworzone do twardej walki z bezwzględnym wrogiem.

Już wyjaśniam. „Wycofanie się do lasu” i zastawianie na bankowego oprawcę pułapek jest możliwe i w sumie nietrudne. Pod warunkiem, że zapewnisz sobie „w lesie” zawodowego przewodnika. Te pułapki już są zastawione na Twojego wroga i jest ich mnóstwo: to nasz niezwykle skomplikowany system prawny oraz treści wyprodukowanych przez banki umów kredytowych. Szczególnie tych indeksowanych, czy denominowanych.  Czyli po prostu czekamy na pozew, a sprawę oddajemy w ręce najlepszych ekspertów – prawników, którzy w tego typu sporach się od lat specjalizują. I bardzo rzadko przegrywają,

Tylko nie mów, że Cię nie stać na wynajęcie takiej kancelarii. Koszt pozwu to zwykle, wraz z kosztami sądowymi,  od 10 do 15 tys. zł. Te środki zgromadzisz przez odstąpienie od spłaty kolejnych rat kredytu. Rekordzista, który do mnie ostatnio trafił (na razie jeszcze kredyt obsługuje, ale myśli nad wejściem w spór z bankiem i podjęciem walki „techniką Rambo”) spłaca miesięcznie 23 tys. zł. Ponieważ sprawa w sądzie pewnie potrwa nie mniej  niż dwa lata – w tym czasie oszczędności po stronie klienta, w związku z odstąpieniem od spłaty kredytu, wyniosą ponad 550 tys. zł!

Stowarzyszenie Zbuntowanych Dłużników

Ale to nie wszystko, co zalecałbym frankowiczom. Otóż można wykorzystać struktury powstałych „grup oporu”, czy grup wzajemnego wsparcia osób, które wpadły w pułapkę toksycznego kredytu. Mam na myśli między innymi Stowarzyszenie Stop Bankowemu Bezprawiu, Pro Futuris oraz inne, mniej znane społeczne inicjatywy, w których działają frankowicze.  To właśnie dzięki wymienionym wyżej stowarzyszeniom, problem frankowiczów nie został do tej pory zamieciony przez władzę pod dywan. Niemniej jednak, skuteczność prowadzonych do tej pory działań – głównie marsze „oburzonych na banksterów”, uległa wyczerpaniu. Stąd konieczność innych działań, w tym stworzenia jednej, silnej grupy, wspólnie walczącej o swoje prawa.

Jakie dodatkowe metody walki można tu wykorzystać? Moim zdaniem podstawowym działaniem powinna być przede wszystkim edukacja frankowiczów, w zakresie różnych form samoobrony przeciwko bankowemu uciskowi. Czyli – takie „jawne komplety”, w ramach których dłużnik miałby okazję poznać różne sposoby walki z silniejszym wrogiem, a także posiąść wiedzę jakie konsekwencje będą efektem np. zaniechania spłaty kredytu.

Po części piszę o tym w kolejnych odcinkach Poradnika, jednakowoż jest to tylko wiedza fragmentaryczna, nie zaś dokładny instruktaż co można robić w danej sytuacji, jak się bronić przed windykatorem, komornikiem, jak i gdzie szukać środków na prowadzenie sprawy w sądzie, jakie są opcje prowadzenia takiego postępowania oraz jakimi działaniami można zwiększyć szansę na wygraną.

Wracając do przedstawionej ostatnio w sejmie ustawy spreadowej, absolutnie najgorszą rekomendacją dla tejże, jest fakt, że poparła ją Nowoczesna.

Wilk (czytaj: Frankowicz) z Wall Street

Z czego można wysnuć wniosek, że Pan Ryszard Petru nie do końca stoi po stronie frankowiczów? Przypomnijmy tu wypowiedź lidera Nowoczesnej z listopada 2014 roku, tj. zanim stał się wielkim patriotą i za śmieszne pieniądze (w opinii jednej z naszych europosłanek) podjął pracę ku chwale Ojczyzny.

– „Wziąłeś kredyt we frankach? Nie jesteś lepszy od wilków z Wall Street” – słowa te stanowią motto wywiadu Pana Petru dla Gazety Wyborczej z dnia 29 listopada 2014 roku.

Nie umiem odgadnąć, gdzie Pan Ryszard widzi podobieństwo naszego rodaka, który za namową m.in. takich „ekspertów”, jak bohater tego akapitu, dał się wpuścić w maliny nabywając trefny produkt, do hochsztaplera na wielką skalę – Jamesa Belforta. Wszak ten przestępca, a obecnie mega-celebryta, z pełną premedytacją doprowadził do ruiny dziesiątki tysięcy swoich klientów, poprzez wciskanie im nic nie wartych aktywów. Za pieniądze, które w wielu przypadkach stanowiły oszczędności ich całego życia.

Czy można nie uznać, że cytowana wypowiedź Pana Petru jednoznacznie wskazuje, że stoi on zawsze po „ciemnej stronie mocy”, tj. działa wyłącznie w interesie lobby bankowego? Przypomnijmy tylko, że jeszcze w czerwcu 2008 roku, obecny lider Nowoczesnej zachęcał potencjalnych kredytobiorców do zadłużenia się we frankach. Ale wtedy Pan Petru pełnił funkcję Głównego Ekonomisty Banku BPH, każda więc taka „porada ekspercka” musiała być korzystna przede wszystkim dla jego pracodawcy. Czy bankowca może interesować los klienta?

 

 Krzysztof OPPENHEIM

Najnowsze dane ze szwajcarskiej gospodarki okazały się lepsze od oczekiwań, co mogło zaniepokoić polskich kredytobiorców zadłużonych we frankach. W drugim kwartale tego roku szwajcarski PKB wzrósł o 0,6% kw/kw ( o 2% rdr) wobec prognoz na poziomie 0,4%. To wynik najlepszy od ostatniego kwartału 2014 roku. Motorem napędowym okazały się wydatki rządowe oraz handel zagraniczny (w drugim kwartale eksport wzrósł o 0,8%). Dodatkowo stopa bezrobocia pozostaje na bardzo niskim poziomie (3,3%). Niniejsze odczyty mogą oznaczać, że helwecka gospodarka powoli odzyskuje swój blask. Mimo wszystko dane nie wpłynęły znacząco na kurs CHF/PLN. Co więcej, początek września przyniósł umocnienie polskiej waluty względem franka szwajcarskiego.

Nie ma cienia wątpliwości, że dobre odczyty z gospodarki przemawiają za umocnieniem krajowej waluty. Jednak najnowsze osiągnięcia Szwajcarii nie wyróżniają się na tle Europy. Co więcej, wzrost helweckiej gospodarki nie jest w stanie konkurować z dynamiką polskiego PKB, która według szacunków w tym roku wyniesie 3,3% rdr. Co prawda stopa bezrobocia w Polsce (8,6%) jest znacznie wyższa niż w Szwajcarii, lecz pozostaje ona w wyraźnym trendzie spadkowym. Ponadto to wynik jest najniższy w historii. Najnowsze dane ze szwajcarskiej gospodarki nie stanowią mocnego argumentu na rzecz wzmacniania się franka szwajcarskiego. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że Szwajcarski Bank Narodowy prowadzi ultra ekspansywną politykę monetarną – aktualna stopa procentowa wynosi -0,75%. Narodowy Bank Polski także utrzymuje stopy procentowe na rekordowo niskich poziomach, lecz znacznie wyższych niż w Szwajcarii – ostatnio RPP nie dokonała żadnych zmian i pozostawiła stopę referencyjną na poziomie 1,5%. Ponadto Adam Glapiński podczas konferencji zasugerował, że jeżeli dojdzie do zmian w polityce monetarnej, to będą to raczej decyzje o charakterze jastrzębim. Polityka stóp procentowych przemawia na korzyść złotego tym bardziej, że SNB nie spieszy się z normalizacją polityki monetarnej, podobnie jak EBC, czy najbardziej jastrzębi Fed. Świadczyć o tym mogą słowa Thomasa Jordana prezesa SNB, który siedemnastego sierpnia stwierdził, że frank szwajcarski jest nadal znacząco przewartościowany.

Taka sytuacja nie jest niczym nowym, o czym świadczy kurs CHF/PLN. Ten od pamiętnego czarnego czwartku (15 stycznia 2015) pozostaje stabilny – na wykresie można zaobserwować wyraźny trend horyzontalny. Co więcej, widoczne w tym czasie okresy dynamicznego wzrostu helweckiej waluty były pochodną jednorazowych zdarzeń, czy też wzmożonych napięć w globalnej gospodarce (np. decyzja o Brexicie lub napięta sytuacja na rynkach finansowych na początku bieżącego roku). W takich momentach inwestorzy poszukują bezpiecznych przystani, do których zaliczany jest frank szwajcarski. Ta wyjątkowa funkcja może być utożsamiana z najgroźniejszym czynnikiem ryzyka dla złotego w dzisiejszych, pełnych zawirowań czasach.

Ewentualnych zagrożeń deprecjacji polskiej waluty można próbować doszukać się także w nieco innych aspektach. Po pierwsze należy zwrócić uwagę na agencje ratingowe, które w tym roku nie były zbyt łaskawe dla Polski a w dalszym ciągu pilnie obserwują sytuację nad Wisłą. W dalszym ciągu panuje u nas napięta sytuacja polityczna, która utożsamiana jest przede wszystkim ze sporem o Trybunał Konstytucyjny. Ponadto, rynek obawia się przekroczenia poziomu 3% dla wskaźnika deficyt budżetowy/PKB. Obawy przybierają na sile tym bardziej, że już teraz pojawiają się głosy o rzekomym braku środków na realizację programu ,,Rodzina 500+”. Tymczasem koszt tego projektu wyniesie w 2017 roku 23 mld zł, a rząd planuje jeszcze dodatkowo obniżyć wiek emerytalny. Pomysł ten jest sprzeczny z trendami demograficznymi i generuje znaczące ryzyko niewykonania budżetu. Te wiszące nad złotym czynniki ryzyka mogą skutecznie ograniczać siłę polskiej waluty.

Biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki nie należy formułować zbyt negatywnych prognoz dla frankowiczów. Wiele wskazuje na to, że w najbliższym czasie kurs CHF/PLN pozostanie stabilny. Obecnie kurs oscyluje w rejonach 3,95. Ważnym oporem jest poziom 4,02, natomiast wsparcie stanowią okolice 3,91. Nie wydaje się, aby w najbliższych tygodniach kurs był w stanie trwale wyłamać się z niniejszego kanału. Co więcej, w nieco szerszej perspektywie nie można wykluczyć stopniowego umacniania się złotego. Inwestorzy po ostatnich spadkach zrealizowali zyski, czego efektem była korekta. Obecnie CHF/PLN wydaje się powracać do trendu spadkowego. Bardzo solidną barierę stanowią okolice poziomu 3,80 (dolne ograniczenie długoterminowej konsolidacji). Oczywiście nadrzędnym warunkiem realizacji tego scenariusza jest względy spokój na światowych rynkach, który nie zachęci inwestorów do poszukiwania bezpiecznych przystani. W średnim terminie kurs CHF/PLN będzie prawdopodobnie kontynuował trwający od ponad półtora roku trend boczny.

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Niedługo minie miesiąc od momentu zaprezentowania prezydenckiego projektu ustawy frankowej. Pierwsza, bardzo pozytywna reakcja inwestorów giełdowych na te zapowiedzi wygasła bardzo szybko. Powód? Propozycja przedstawiona przez Kancelarię Prezydenta nie zdjęła z banków największego ryzyka – konieczności przewalutowania kredytów hipotecznych denominowanych w walutach obcych.

– W krótkim terminie propozycja powoduje, że banki nie będą musiały przewalutować kredytów udzielonych w frankach szwajcarskich, tylko zwrócić koszty spreadów. Kancelaria Prezydenta szacuje, że cały system bankowy poniesie koszty ok. 4 mld zł. Natomiast w średnim czy długim terminie nie wiemy jak problem zostanie rozwiązany. Mówi się nawet, że banki będą zmuszone dobrowolnie przewalutować kredyty – mówi newsrm.tv Tomasz Matras, zastępca dyrektora inwestycyjnego ds. akcji Union Investment TFI.

Jak ocenia ekspert obawy inwestorów o to, w jaki sposób ustawodawca oraz nadzór finansowy w Polsce rozwiążą ten problem, będą powracać i tym samym negatywnie wpływać na notowania spółek zgromadzonych w subindeksie WIG-Banki.

Jak wskazuje Tomasz Matras najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że poza zwróceniem niesłusznie naliczonych spreadów, banki zostaną zmuszone, aby „dobrowolnie” przewalutować kredyty. Na to, że prędzej czy później problem przewalutowania kredytów będzie musiał zostać rozwiązany – poprzez jednorazowe decyzje bądź systemowo – wskazują także ostatnie wydarzenia. Uwagę zwraca m.in. istotny pogląd UOKiK wyrażony w temacie sporu jednego z banków z frankowiczami oraz orzeczenie polskiego sądu nakazujące innemu bankowi oddanie kredytobiorcy pieniędzy nadpłaconych w ratach kredytu frankowego wraz z odsetkami.

Poza bankami słabszy okres przeżywają także spółki z indeksu WIG20. Na tym tle dużo lepiej prezentują się małe i średnie spółki. Bardzo wiele z nich zaprezentowało niezłe wyniki finansowe za II kwartał 2016 r. Kilka, m.in. AmRest, Kęty czy UNIWHEELS, wyróżniło się zdecydowanie na plus. Patrząc całościowo, wyceny spółek z indeksów mWIG40 i sWIG80 nie są już niskie. Mimo to wciąż da się zbudować portfel złożony z akcji „misiów”, który do końca roku może przynieść przyzwoitą, dodatnią stopę zwrotu.

 

Wypowiedź: Tomasz Matras, zastępca dyrektora inwestycyjnego ds. akcji Union Investment TFI

źródło: Newsrm.tv

Tomasz Matras, zastępca dyrektora inwestycyjnego ds. akcji Union Investment TFI, komentuje wpływ ostatnich wydarzeń na notowania giełdowe akcji banków.

Niedługo minie miesiąc od momentu zaprezentowania prezydenckiego projektu ustawy frankowej. Ustawy długo wyczekiwanej zarówno przez polskie banki, jak i inwestorów obecnych na GPW. Pierwsza, bardzo pozytywna reakcja inwestorów giełdowych na te zapowiedzi wygasła bardzo szybko. I wcale się temu nie dziwię. Propozycja przedstawiona przez Kancelarię Prezydenta nie zdjęła z banków największego ryzyka – konieczności przewalutowania kredytów hipotecznych denominowanych w walutach obcych. Obawy inwestorów o to, w jaki sposób ustawodawca oraz nadzór finansowy w Polsce rozwiążą ten problem, będą powracać i tym samym negatywnie wpływać na notowania spółek zgromadzonych w subindeksie WIG-Banki.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że poza zwróceniem niesłusznie naliczonych spreadów (różnica pomiędzy kursem kupna a sprzedaży walut), banki zostaną zmuszone, aby „dobrowolnie” przewalutować kredyty. Na to, że prędzej czy później problem przewalutowania kredytów będzie musiał zostać rozwiązany – poprzez jednorazowe decyzje bądź systemowo – wskazują także ostatnie wydarzenia. Uwagę zwraca m.in. istotny pogląd UOKiK wyrażony w temacie sporu jednego z banków z frankowiczami oraz orzeczenie polskiego sądu nakazujące innemu bankowi oddanie kredytobiorcy pieniędzy nadpłaconych w ratach kredytu frankowego wraz z odsetkami. Przewalutowanie kredytów walutowych będzie oznaczało dla banków znaczące koszty.

Poza bankami słabszy okres przeżywają także spółki z indeksu WIG20. Na tym tle dużo lepiej prezentują się małe i średnie spółki. Bardzo wiele z nich zaprezentowało niezłe wyniki finansowe za II kwartał 2016 r. Kilka, m.in. AmRest, Kęty czy UNIWHEELS, wyróżniło się zdecydowanie na plus. Patrząc całościowo, wyceny spółek z indeksów mWIG40 i sWIG80 nie są już niskie. Mimo to wciąż da się zbudować portfel złożony z akcji „misiów”, który do końca roku może przynieść przyzwoitą, dodatnią stopę zwrotu.

 

Wojna o kredyty „frankowe”. Kto ma rację?

W ubiegłym tygodniu, kiedy to BANKO masakrował rodzinę Państwa Kowalskich (patrz: Odcinek 4. Poradnika), zakończył się inny pojedynek, którego tłem były także kredyty frankowe. Był to mecz w Bankowej Lidze Mistrzów, chodzi o starcie gigantów: Lobby Bankowe vs. Prezydent RP. W pierwszej rundzie – ku zaskoczeniu fachowców – Prezydent całkiem nieźle boksował. Zadał nawet jeden dość silny cios: była to próba powalenia przeciwnika kursem sprawiedliwym.

Niestety, w drugiej rundzie, faworyt i nadzieja frankowiczów został powalony przez potężnego wroga i pojedynek ten zakończył się ciężkim nokautem. PAD na deski bezładnie padł i na razie, ani myśli stanąć do walki raz jeszcze. Ponoć ma się przez najbliższy rok reanimować spreadem…

Sprawa kredytów frankowych, lub „niby-frankowych” (co utrzymują pechowi nabywcy tych produktów), ciągnie się niczym mydlana opera. Kto w tym sporze ma rację? Opinie Polaków w tej kwestii są podzielone – to zasługa głównie lobby bankowego i trolli opłacanych naszymi oszczędnościami pozostawianymi w bankach. Jednakowoż, z punktu widzenia bankowości – dziedziny w której specjalizuję się prawie od 25 lat – odpowiedzialność banków na frankowe szaleństwo jest absolutnie bezdyskusyjna.

Właśnie stoi koło mnie BANKO – bohater poprzedniego odcinka i głupio się uśmiecha na moje słowa. Twierdzisz BANKO, że nie mam racji? Okej, to pogadajmy na ten temat. Po pierwsze:

Czy ty w ogóle miałeś franki?

I tu na twarzy BANKO, nie wyrażającej na ogół żadnych uczuć, czy nawet oznak życia, ukazał się promienny uśmiech: tak zwaną pełną gębą (przyp. aut.).

Oczywiście, że miałem – zakrzyknął BANKO – zobacz, oto dowody zakupu tej waluty!

–  BANKO, a skąd wziąłeś na to kasę? – to już moja kwestia – czy to były Twoje środki? Czy nie przypadkiem zakupów tych dokonałeś z lokat klientów?

BANKO wyraźnie się zmieszał. Widzi już, że wpadł w zastawioną przeze mnie pułapkę. Coś tam tylko burknął pod nosem, że nie może odpowiadać na moje pytania, zasłaniając się przy tym tajemnicą bankową.

– Skoro dokonałeś zakupu franków ze środków swoich klientów, czy aby na pewno miałeś na to ich zgodę? Oczywiście mam na uwadze zgodę wyrażoną w formie pisemnej!  – ciągnąłem wątek frankowy – Nie miałeś BANKO! Czyli oszukałeś deponentów! Oni ci zaufali, licząc naiwnie, że odpowiednio zabezpieczysz  wpłacane środki. W zamian zgodzili się na liche odsetki. A ty się zabawiłeś tymi pieniędzmi w giełdę walutową! Na tej samej zasadzie mogłeś zagrać depozytami na forexie, czy też pograć na bazarze w trzy karty! Jak wygrasz – bierzesz całą pulę, ale przy przegranej – winę zrzucasz na niewdzięcznych kredytobiorców, którzy siłą wymusili na tobie kredyty w szwajcarskiej walucie. Nie tak było BANKO?

 – Zamieniając środki swoich klientów na franki, złamałeś więc naczelną, świętą zasadę bankowości, jaką jest dbałość o bezpieczeństwo depozytów! Za to KNF powinien ci zabrać licencję na prowadzenie działalności bankowej! Masz coś na swoje usprawiedliwienie? – zakończyłem pytaniem

 BANKO jakoś tematu nie podjął, mrucząc jedynie pod wielkim nosem, że działał zawsze w najlepszej wierze. Jakby ktoś temu wierzył… Po czym się odwrócił, chcąc pewnie ten dyskurs zakończyć (przyp. aut.)

– BANKO, nie skończyłem jeszcze! – to Ja

A słyszałeś coś o prawie ochrony konsumenta?

 – No jasne – odparł pewnie BANKO.

– Dobrze, widzę – fachowiec z ciebie!  – to znowu moja kwestia – A czy możesz mi powiedzieć, ale tak szczerze: skąd się wzięły hipoteczne kredyty frankowe? Swoje kredyty nazywacie „produktami”, nieprawdaż? Kto więc jest producentem i sprzedawcą „produktów frankowych”? Ty BANKO, czy klienci?

 BANKO rzucił coś na temat zapotrzebowania społecznego. Ciągnę więc dalej ten wątek:

– A jeśli lek na ból głowy, na który oczywiście jest „zapotrzebowanie społeczne”, okaże się trucizną, to kto ponosi odpowiedzialność za skutki użycia tegoż? Pechowy nabywca, czy producent leku, który okazał się trucizną?

– Tak BANKO, Twoja odpowiedzialność za skutki kredytów frankowych jest niekwestionowana! Jako producenta i sprzedawcę tych wyjątkowo toksycznych towarów! Nie wyłgasz się z tego!

– Poruszasz dziwne tematy, kredyty to zupełnie co innego niż jakieś  tam lekarstwa – odpowiedział BANKO, ale jakoś bez przekonania.

– Dobra BANKO, nie mówmy o lekach. Porozmawiajmy o kredytach – to moja kwestia – na tym się chyba znasz?

 Po raz drugi podczas tej rozmowy, twarz BANKO wyraźnie się rozpromieniła.

– Jasne – odpowiedział pewnym głosem (tym razem pewnym – przyp. aut.).

Dobra BANKO, zadam ci więc kolejne pytanie (mówię teraz Ja):

Co ty wiesz o kredytach walutowych?

 – Bardzo dużo, mówisz? – to ciągle Ja – to powiem ci, czego ja się nauczyłem na lekcji numer jeden z tej dziedziny. Jest to absolutnie podstawowa zasada bezpieczeństwa kredytów w walutach obcych: nigdy nie bierz kredytu w danej walucie, jeśli nastąpiło jej znaczące osłabienie wobec waluty narodowej!

 – BANKO, to przecież elementarz każdego bankowca, a nie żadna wiedza tajemna! – ciągnę Ja – Ale tobą, jak zawsze zresztą, kierowała jedynie chciwość! Udzielanie kredytów frankowych w latach 2007-8, to niemal dokładnie to samo, co wysłanie kierowców na zimowy, górski rajd na łysych oponach!  Sprowokowałeś nieszczęście setek tysięcy kredytobiorców, którym w tym okresie – z pełną świadomością konsekwencji – wciskałeś frankowe hipoteki, reklamując te produkty jako sprawdzone i bezpieczne!

– Ale skąd mogłem wiedzieć, że frank skoczy tak wysoko! Klientów zresztą uprzedzałem o ewentualnym wzroście waluty. I to akurat mam na piśmie!  – broni się BANKO.

 – Świetnie BANKO, a o czym uprzedzałeś klientów? – teraz Ja – Coś ci jeszcze w takim razie powiem:

zgodnie z prawem bankowym wiele umów w CHF można podważyć!

 – Jak doskonale wiesz BANKO, kredyt nie może zostać udzielony w sytuacji, kiedy wnioskodawca nie posiada zdolności kredytowej. Badając zdolność kredytową, zakładałeś maksymalny wzrost raty o 20 procent, taką też informację przekazywałeś klientom na temat ich ewentualnego ryzyka, związanego z tą formą zadłużenia. Udzieliłeś więc pewnie ponad 100 tysięcy kredytów w CHF w sytuacji, kiedy klient nie miał szansy na spłatę rat: mam na uwadze sytuację kiedy wzrosła ona nie o 20 proc., ale ponad dwukrotnie!

Takie umowy powinny być z oczywistych względów unieważnione! Właśnie od tego typu analiz masz swoje departamenty ryzyka kredytowego, nieprawdaż? – podsumowałem ten zarzut kończąc pytaniem (retorycznym – przyp. aut.)

Przecież każdy może zrobić błąd w kalkulacjach – nieprzekonywująco bronił się BANKO.

 – Skoro było takie ryzyko – dalej atakuję mego adwersarza – to

trzeba się było ubezpieczyć!

– Do każdej umowy wciskałeś klientom spory pakiet ubezpieczeń, które nota bene, nie chroniły ich przed niczym. Te pseudo-polisy jedynie zwiększały twoje zyski! Trzeba więc było dodać jeszcze jedno ubezpieczenie, za które i tak zapłaciłby klient – od ryzyka kursowego. Wtedy, kiedy rata skoczyłaby powyżej 120 proc. w stosunku do dnia uruchomienia, nadwyżkę musiałby wziąć na siebie ubezpieczyciel.  Zainteresowałeś się przygotowaniem takiej oferty? – zapytałem, znając oczywiście odpowiedź i na to pytanie.

– Daj mi już spokój! Jak jesteś taki mądry – to idź z tym do sądu! – zaśmiał się szyderczo BANKO i odszedł w swoją stronę.

I tu, niestety, BANKO pokazał swoją największą przewagę. Lobby bankowe zadbało, aby wszystkie najważniejsze w naszym kraju instytucje – z sądami włącznie – nie zrobiły krzywdy sektorowi finansowemu. Nie wierzysz czytelniku? To sprawdź statystki wyników spraw, w których stroną postępowania był bank. I zobacz w jak małym procencie sąd przyznawał rację drugiej stronie. Sporami sądowymi na linii bank – kredytobiorca zajmę się w kolejnej części Poradnika.

Dopóki tego nie zmienimy, jesteśmy na z góry przegranej pozycji. Banki będą bez żadnych oporów i konsekwencji wciąż pacyfikować niesubordynowanych klientów, tak jak to opisałem w poprzednim Odcinku poradnika. Ale jak widać z niedawnej historii – mogą także bezkarnie ośmieszyć głowę Państwa, czyli Prezydenta RP i robić to w świetle jupiterów. Na naszych oczach.

 

 

Krzysztof OPPENHEIM

Nowa wersja prezydenckiej ustawy zakłada zwrot spreadów, które były niesłusznie naliczane przez banki. Ustawa obejmuje kredyty udzielone od 1 lipca 2000 roku do 26 sierpnia 2011 roku. Projekt wprowadza także limit kwotowy. Zwroty będą obejmować kredyty do maksymalnej wysokości 350 tys. zł. Podmioty, które zaciągnęły wyższe zobowiązania mogą liczyć na zwrot spreadów do niniejszej kwoty kredytu. Rekompensata zostanie udzielona na wniosek kredytobiorcy. Nowe rozwiązanie będzie kosztować banki od 3,6 do 4 mld zł.

Przewalutowania kredytów denominowanych w walutach obcych na razie nie będzie, przynajmniej w wersji zaproponowanej przez sztab prezydenta. Takowa, jak podkreślił to prezes NBP Adam Glapiński, byłaby niebezpieczeństwem dla stabilności sektora bankowego, waluty i gospodarki. Przymusowa restrukturyzacja została wstrzymana na rok. Przewalutowanie kredytów będzie przeprowadzane stopniowo. Adam Glapiński dziesiątego sierpnia na posiedzeniu Komitetu Stabilności Finansowej powoła nowy podmiot, który będzie odpowiedzialny za przygotowanie działań nadzorczych, które skłonią banki do restrukturyzacji kredytów.

Nowa ustawa z całą pewnością jest znacznie bardziej łaskawa dla banków niż jej poprzednie wersje. Koszty zwrotu spreadów są zdecydowanie niższe od kosztów obowiązkowego przewalutowania kredytów zaproponowanego w pierwotnej wersji prezydenckiej ustawy. Szacunki opiewały na kwotę nawet 70 mld zł, co mogłoby pogrążyć polski sektor bankowy. Tymczasem restrukturyzacja będzie rozłożona w czasie. Co więcej, pierwszeństwo jej dokonania będą miały podmioty mające największe trudności ze spłatą kredytów. Wszystko to sprawia, że sektor bankowy może odetchnąć z ulgą, przynajmniej na rok. Ryzyko i niepewność zostały odłożone w czasie, co najprawdopodobniej znajdzie swoje odzwierciedlenie w notowaniach walorów banków w krótkim okresie. Następnie pojawią się zapewne kolejne obawy, dotyczące narzędzi nadzorczych oraz ,,dobrowolnej” restrukturyzacji kredytów. W ciągu niniejszego roku banki mają przedstawiać kredytobiorcom swoje własne oferty przewalutowania kredytów. Mimo wszystko, nie wydaje się, aby były do tego szczególnie chętne.

Niemniej jednak, w projekcie ustawy można odnaleźć kilka mankamentów. Po pierwsze, proponowane rozwiązanie nie reguluje kwestii ubezpieczenia wkładu własnego, które okazało się konieczne w przypadkach, gdy wysokość kredytu w wyniku wzrostu kursu franka szwajcarskiego przewyższyła wartość zabezpieczenia. Ustawodawca ma nadzieję, że banki same zaproponują rozliczenie tego kosztu. Pewne wątpliwości budzi także limit w wysokości 350 tys. zł: na jakiej podstawie został ustalony? Oznacza to, że kredytobiorcy nie są traktowani równo. Ponadto, proces przewalutowania kredytów będzie rozłożony w czasie, lecz nie wiadomo dokładnie w jakim. To oznacza, że banki nie będą się prawdopodobnie spieszyć z restrukturyzacją kredytów, o ile ograniczenia nadzorcze nie okażą się szczególnie restrykcyjne. W związku z tym, wielu kredytobiorców być może zdąży spłacić swoje zobowiązania i nie doczeka się przewalutowania kredytu. Jednak co najważniejsze, nowa ustawa nie spełnia prezydenckich obietnic wyborczych, toteż nie satysfakcjonuje frankowiczów, których oczekiwania co do formy rozwiązania problemu nie zostały spełnione.

Podsumowując, dobrze dla polskiego systemu bankowego oraz całej gospodarki, że Adam Glapiński przekonał prezydenta i jego zespół do porzucenia pierwotnych pomysłów. Z drugiej strony, o sporym rozczarowaniu mogą mówić sami kredytobiorcy. Jednak to nie koniec długiej historii o kredytach denominowanych w walutach obcych. Rozsądne rozwiązanie odsuwa w czasie finał tej opowieści. Mimo to, nowa ustawa pozytywnie wpłynie na notowania polskich banków w najbliższym czasie, toteż być może obudzi warszawski parkiet i wpłynie na lepsze zachowanie indeksu WIG20. Jednak problem powróci szybciej niż się może wydawać. Niektóre szacunki wskazują, że dobrowolne przewalutowanie kredytów z zastosowaniem zaostrzonych praktyk nadzorczych może kosztować branżę od 25 do 30 mld zł. To oznacza, że kredyty frankowe zdołają jeszcze odcisnąć swoje piętno w sektorze bankowym.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Obserwując przebieg wydarzeń po ubiegłorocznym „czarnym czwartku”, kiedy to kurs franka gwałtownie poszybował do góry, mam wrażenie, że od tego dnia jesteśmy w stanie wojny. Z jednej strony barykady atakują frankowicze,  jest to grupa o liczebności ponad 1,5 mln naszych rodaków; brałem tu pod uwagę kredytobiorców frankowych wraz z ich rodzinami. Ich przeciwnikiem jest ledwie garstka banków, głównie z zagranicznym kapitałem, które odpowiedzialne są za frankowe szaleństwo.  Mimo tak znaczącej przewagi liczebnej i prowadzenia walki „na naszym terenie”, frankowicze, jak na razie, przegrywają z kretesem.

Straszna broń w rękach instytucji finansowych

Jak to jest możliwe? Takie pytanie wydaje się oczywiste w zaistniałej sytuacji.

Dogłębna analiza „wojennych” manewrów pozwala na zrozumienie tej anomalii. Otóż bankowcy dysponują bronią o potwornej sile, której nie posiada druga strona.

Cóż to za potworna broń, która pozwala niemal bez strat własnych pacyfikować tak liczną grupę Polaków w ich własnym kraju? To straszne i tak bardzo skuteczne narzędzie walki stosowane przez kredytodawców … to  nasze oszczędności, które grzecznie zanosimy do banków. Mając do tychże instytucji pełne zaufanie, że środki te będą odpowiednio zabezpieczone. Każdy z banków ubranych w akcję frankową ma do dyspozycji nie mniej niż 40 mld zł kapitału pochodzącego z dobrowolnych wpłat naszych rodaków, a także  firm działających w Polsce. I każdy kredytodawca może środkami tymi dysponować wedle własnej woli.

Szanowny Czytelniku, jeśli nie masz silnych nerwów, zakończ lekturę niniejszej publikacji w tym miejscu. Bowiem to co wyrabiają bankowcy z naszymi oszczędnościami – czyli także z Twoimi pieniędzmi, które grzecznie wpłacasz  do bankowej kasy –  woła o pomstę do nieba.

Środki te są nie tylko sprywatyzowane przez bankowców i wydawane na ich potrzeby własne, są również bardzo często  marnotrawione. No bo kto by się przejmował cudzą kasą… Ale  ten ogromny kapitał jest także orężem w omawianej na wstępie wojnie frankowicze  vs. banki.

Oto więc jak banki, głównie te należące do zagranicznych właścicieli, realizują ideę bezpieczeństwa lokat, tworzonych z naszych oszczędności.

Bajońskie wynagrodzenia członków zarządu.

W żadnej branży nie ma tak abstrakcyjnie wysokich zarobków dla zarządu, jak  w przypadku bankowości. Podstawowe wynagrodzenie członka zarządu to nie mniej niż 1 mln zł rocznie, prezesi dochodzą do 5-ciu, 7-miu milionów, a rekordzista – zagraniczny prezes jednego z największych banków działających w Polsce – dostaje ponoć sporo ponad 10 mln zł rocznie.

Problem jest w tym … że jakości tej pracy nie widać. Opinię tę wyrażam jako osoba związana z bankowością nieprzerwanie od 1993 roku, mająca osobisty udział w rozwoju kilku dziedzin polskiej  bankowości. Weźmy pod uwagę np. bankowość hipoteczną, w której się specjalizuję. Przeciąganie wydawania decyzji kredytowych –  przez  miesiące – w prostych sprawach, mnożenie absurdalnych i zupełnie zbędnych procedur, czy też nieumiejętność stworzenia odpowiednich zabezpieczeń spłaty zobowiązań w postaci szerokiego wachlarza działań z zakresie restrukturyzacji – to chleb powszedni obecnej bankowości.

Zagraniczny właściciel danego banku, decydując o wysokości apanaży członków zarządu podległego podmiotu „kupuje’ w ten sposób pełne poddaństwo tych osób  i skierowanie ich działań tylko na jeden cel: aby bank ten wykazywał jak najwyższe dochody.  Wtedy właściciel może sięgnąć po sutą dywidendę.

Tu bardzo ważna uwaga: „wykazywanie dochodu” i „osiąganie dochodu” to zupełnie dwie różne kwestie. Bankowcy są bowiem mistrzami kreatywnej księgowości, o czym pisałem m.in. w publikacji „Small Short na Wisłą”.

Generowanie wirtualnych dochodów, które pozwalają na wypłatę nienależnych dywidend,  jest więc świadomym działaniem na szkodę banku. I m.in. za takie właśnie działania, członkowie zarządów zagranicznych banków (na szczęście nie wszystkich) są tak hojnie wynagradzani. Ponieważ zyski tychże instytucji finansowych są najczęściej bardzo zawyżane, stąd prosty wniosek: kasa na wypłaty tak astronomicznych pensji pochodzi w istotnej części z naszych oszczędności.

Bankowy lobbing

Banki, działając w określonym otoczeniu prawnym, mogą dzięki dostępowi do gigantycznego kapitału odpowiednio zadbać o swoje interesy.  Nierzadko pojawia się w mediach stwierdzenie, że Polska nie jest państwem prawa, tylko – państwem prawa banków. Czyli banki są ponad prawem, zaś każdy kto – na przykład będąc kredytobiorcą – sprzeciwi się instytucji finansowej, staje się osobą wyjętą spod prawa. Potwierdza powyższe m.in. funkcjonowanie przez blisko 20 lat w naszym systemie prawnym, bankowego tytułu egzekucyjnego (BTE).

Otóż, w okresie obowiązywanie BTE, bank dostał przywilej bycia sędzią we własnej sprawie, z czego uśmiali by się już Rzymianie w VI wieku naszej ery. Patrz: kodyfikacja prawa rzymskiego opisana w „Kodeksie Justyniana” w latach 528-534 n.e.

BTE, które zostało zdelegalizowane dopiero pod koniec ub. roku,  działało niczym paralizator: pozwalało pacyfikować niesubordynowanych kredytobiorców w trybie błyskawicznym. I odbywało się to w majestacie prawa.

Bankowy lobbing to nie tylko wpływ na obowiązujące w Polsce prawo. To także możliwość ustawiania innych instytucji, w tym – odpowiedzialnych za nadzór nad rynkiem finansowym, aby bankowcom nie spadł włos z głowy. Nie sposób nie przytoczyć tu słów wypowiedzianych przez Przewodniczącego KNF przed paroma miesiącami. Podaję stosowny fragment notatki PAP z marca 2016 roku:

 „Według szefa KNF, niepokojące jest, że z ust osób, które – w odczuciu społecznym – mają wiedzę na temat tego, co się dzieje w systemie, padają stwierdzenia podające w wątpliwość stabilność sektora bankowego w Polsce.

Mówiąc wprost: przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, narzuca zmowę milczenia wszystkim ekspertom, którym może działanie banków się nie podobać; także w sytuacji, kiedy zagraża ono stabilności sektora finansowego.

Lobbing bankowy idzie także w innych kierunkach. Jest to opłacanie zawsze pro-bankowych dziennikarzy, ekonomistów i ekspertów, a tym ważniejszy jest ich głos,  im większy posiadają oni autorytet w kwestii rynku finansowego.  Oto kilka przykładów, tu odnoszę do wypowiedzi właśnie w sprawie wojny frankowiczów        z bankami:

„Wziąłeś kredyt we frankach? Nie jesteś lepszy od wilków z Wall Street”

–  wypowiedź Ryszarda Petru dla Gazety Wyborczej z 29 listopada 2014 r.

„Pomoc  frankowiczom byłaby niemoralna”

–  wypowiedź Leszka Balcerowicza dla Polska The Times, z 26 stycznia 2015 r.

„Kredytobiorcy walutowi są w lepszej sytuacji niż kredytobiorcy złotowi”
–  wypowiedź Krzysztofa Pietraszkiewicza dla Polska The Times, z 9 czerwca b.r.

Pewnie każdy z wymienionych powyżej panów uważa się za patriotę. Nie mniej jednak z czegoś trzeba żyć, a w przypadku tych osób mówimy o życiu bardzo dostatnim… Nawet jeśli ceną za to  jest wypowiadanie tak anty-polskich haseł.

Oręż w sądowej walce przeciwko frankowiczom oraz przy innych sporach sądowych.

Gdzie może udać się frankowicz  po sprawiedliwość, w sytuacji kiedy grozi mu bankructwo, a stosownej ustawy jak nie było tak nie ma? Pozostaje jedynie droga sądowa.  Statystyki pokazują jednoznacznie, że łatwiej zaistniały problem finansowy rozwiązać dzięki wygranej w lotto, niż poprzez zakończony sukcesem proces sądowy przeciwko kredytodawcy. Dzięki ustawicznej pracy lobby bankowego oraz gigantycznych nakładów finansowych bankowców na tworzenie własnego pozytywnego wizerunku instytucji publicznego zaufania, daje się odczuć, że przy sporach sądowych kredytobiorca kontra bank, ten pierwszy jest na z góry przegranej pozycji. No bo wziął z banku kasę i nie chce jej oddać.  Na to bezmyślnie powtarzane hasło, oraz tłumaczenie działania banków misją dbałości o bezpieczeństwo depozytów – sędziowie wciąż dają się nabierać.

Aby jednak doszło do procesu, frankowicz (czy też każdy inny kredytobiorca będący w sporze z bankiem) musi za stanięcie do tej nierównej walki sporo zapłacić. Do niedawna było to 5% wartości sporu za każdą instancję plus koszty wynagrodzenia prawnika –  a musi to być ekspert od bankowości, które wynosi od 10 do 25 tys. zł netto za napisanie pozwu do pierwszej instancji.

Na ewentualne, swoje koszty sądowe, bank może brać – do woli – środki z naszych depozytów. Także wtedy, kiedy zdecyduje się zaangażować do pomocy najdroższą kancelarię prawną z Nowego Jorku. Cudze pieniądze łatwo się wydaje..

Lipne sondaże, fałszywe statystki

Czy pamiętasz, Szanowny Czytelniku, w jakich okolicznościach po raz pierwszy usłyszałeś, że Pan Petru idzie do polityki?  Ja pamiętam. W tym samym czasie podano bowiem wyniki sondażu, że Nowoczesna.pl może cieszyć się blisk 10-procentowym poparciem wyborców… Bankowcy chcieli mieć swoją partię w sejmie i zakończyło się to pełnym sukcesem. Jak myślisz, za czyją kasę sondaż taki został zamówiony?

A oto dwa inne przykłady. Na początek sondaż z początku czerwca br. Oto wniosek, później często cytowany przez media:

„Gdyby wybory odbyły się z najbliższą niedzielę, to najwięcej frankowiczów poparłoby Nowoczesną Ryszarda Petru”

Czyli frankowicze, których lider Nowoczesnej nie tak dawno temu porównywał do  hochsztaplera rozsławionego przez film Scorsese „Wilk z Wall Street”, nazywając ich w ten sposób przestępcami – chcą powierzyć swój los w ręce Panu Petru.

Pewnikiem liczą, że za rządów Nowoczesnej za swój niecny czyn trafią do zakładu zamkniętego, mając tym samym zapewniony wikt i opierunek. I nie będą musieli przejmować się wciąż rosnącą ratą kredytu…

I jeszcze jeden sondaż, tym razem zamówiony przez Związek Banków Polskich.

Wniosek z tegoż sondażu:

„48 procent Polaków dobrze ocenia sektor bankowy”

Na  temat tak absurdalnego stwierdzenia,  wypowiadałem się w felietonie „Dlaczego nienawidzimy banków?”

Hodowla trolli

Celem pozyskania w walce z frankowiczami oparcia w polskim społeczeństwie, a konkretnie wśród osób, którym udało się nie zostać ofiarami toksycznego kredytu w CHF, bankowcy poszli w nowoczesność. A więc wykorzystują media społecznościowe oraz Internet jako źródła do przedstawiania niby-własnych opinii.  Poprzez firmy pi-arowe, opłacane przez instytucje finansowe, zaangażowano tysiące trolli do pracy nad urabianiem opinii Polaków, w kwestii kto ma rację w sporze o kredyty w szwajcarskiej walucie.

Wiedzę na temat tej metody walki banków z frankowiczami i możemy zdobyć przez zapoznanie się z mini-blogiem pt. „Byłam bankowym trollem”. Oto kilka celnych cytatów z tego opracowania:

„Trolle wynajmuje firma pi-arowa i ona im płaci. Ale skąd pochodzi ta kasa to trolle nie mają prawa wiedzieć. W przypadku trolowania bankowego może idzie z banku, kilku banków, ze związku banków, od lobbystów, a może od instytucji, która pilnuje interesów banków. Nie obchodziło mnie dla kogo, albo przeciwko komu trolowałam.”

„Troll jest bardzo malutkim trybikiem w maszynerii. Maszynerii smarowanej ogromną kasą (…) Chodzi o ochronę przed odpowiedzialnością za grube afery: kredyty walutowe, polisolokaty, mylące umowy, nadmierne opłaty, itp. Sam zwrot kasy oszukanym kredytobiorcom walutowym oznaczałby dla banków zmniejszenie kilkuletnich zysków o 30 – 40 miliardów złotych.”

Pod każdą publikacją dotyczącą frankowiczów – bez względu na opinię autora w tej kwestii, pojawia się natychmiast seria argumentów przeciwko kredytobiorcom, którym chyba rozum odebrało, skoro wzięli kredyt walutowy (to jedno z typowych stwierdzeń trolla). Jednak opinia idzie w świat – dopisują się to tychże, inni internauci, którzy „kupują” hasła kontra frankowiczom, wymyślone przez firmy pi-arowe zatrudniające trolli. Z najbardziej znanych to: „widziały gały, co brały”.

Oszczędnościami i Polaków pracą, właściciele banków się bogacą

Te wszystkie działania, które obrócone są nie tylko przeciwko frankowiczom, ale także przeciwko całemu społeczeństwu, banki opłacają z naszych depozytówi innych środków, które pozostawiamy na bankowych kontach.  A więc z owoców naszej ciężkiej pracy i za nasze pieniądze stworzyliśmy finansowego potwora, którego nadrzędnym celem jest wyprowadzenie za granicę jak największej ilości kasy do swoich właścicieli.

Bankowcy nie wahają się także przed użyciem naszych oszczędności przy pacyfikacji wrogów, czyli wobec  przeciwników opisanej polityki, która z pewnością nie służy polskiej gospodarce. A przecież tylko w tym celu, bankowcy uzyskali od państwa tak wiele przywilejów, zupełnie niedostępnych dla innych, komercyjnych podmiotów działających w naszym kraju.

Gospodarka pieniężna a`la bank

Jak widać, banki do perfekcji opanowały tzw. gospodarkę finansową. Sprywatyzowały środki, które tam pozostawiamy, wydając je w wedle własnego uznania, bardzo często na cele sprzeczne z interesem deponentów.

Banki sprywatyzowały także zyski – co było widać przy kredytach frankowych przed pierwszym tąpnięciem, które nastąpiło jesienią 2008 roku. Zyskowność  na tej działalności była wówczas bardzo wysoka: marże były wyższe niż w przypadku kredytów złotówkowych plus zarobek na spreadzie; od  do 15 proc.

W całości zysk ten pozostał  w bankach.

Ale żeby nie wszystko było w jedną stronę: banki upaństwowiły ryzyko kredytowe oraz także straty,  które powstają w wyniku ich skrajnie nieodpowiedzialnej działalności. Patrz: szaleńcza akcja udzielania kredytów hipotecznych w CHF  w okresie największego ryzyka, tj. przy bardzo mocnej złotówce wobec szwajcarskiej waluty.

A my na to wszystko pozwalamy, na dodatek stawiając sektor bankowy ponad prawem.

 

Krzysztof Oppenheim, Nieruchomości Boża Krówka

 

 

– rozmowa z ekspertem finansowym – Krzysztofem Oppenheim, na temat sytuacji frankowiczów oraz  o szansach na przeprowadzenie przez sejm stosownej ustawy w zakresie przewalutowania kredytów z CHF

Jest Pan niemal etatowym obrońcą frankowiczów. Dlaczego, w Pana opinii, to właśnie oni mają rację w sporze z kredytodawcami?

 Z bankowością jestem związany nieprzerwanie od 1993 roku, a od 1998 roku specjalizuję się także w kredytach denominowanych. Podstawowa, absolutnie nadrzędna zasada obowiązująca przy planowanym zadłużeniu  się w obcej walucie:  nie bierz kredytu walutowego, jeśli złotówka jest bardzo mocna. Tak było w okresie 2007  – VIII 2008 r., a szczególnie  pod koniec tego okresu, kiedy to frank momentami był tańszy niż 2 złote. To nie jest wiedza tajemna, tylko  elementarz dla każdego bankowca i to na poziomie początku nauki tej dziedziny. Porównując tę wiedzę np. do nauczania czytania w klasach wczesnoszkolnych: to jak nauka literek.

 Czyli, w Pana opinii, skok kursu franka do złotówki, który miał miejsce jesienią 2008 roku można było przewidzieć?

 W pewnym sensie – tak. Co prawda, nie było możliwe do przewidzenia, kiedy frank zacznie drożeć i w jakim tempie. Gdyby jednak wiedza bankowców na ten temat przekładała się na działanie i uczciwe doradztwo, to banki w okresie 2007-VIII 2008 namawiałyby swoich klientów „frankowych” na zmianę waluty, czyli na przejście z franka na złotówki.  Oczywiście, dodatkowo, akcja udzielania kredytów hipotecznych w tej walucie powinna być wtedy zastopowana.

Jednak było zupełnie inaczej. Banki, nawet w okresie, kiedy kurs franka wobec złotówki spadł poniżej 2 zł, nastawiały się przede wszystkim na sprzedaż kredytów w tej walucie.

 Zgadza się. To chciwość Panie redaktorze. Chciwość ponad rozsądek, co nie może mieć miejsca w przypadku „instytucji publicznego zaufania”, której naczelnym zadaniem jest dbałość o bezpieczeństwo depozytów, a nie zysk.

W okresie przed pierwszym skokowym wzrostem kursu franka (jesień 2008), na kredytach w CHF zarabiało się znacznie więcej niż na kredytach złotówkowych. W jaki sposób? Po pierwsze kredyty frankowe miały zawsze wyższe marże, po drugie banki osiągały znaczący dochód także na spreadzie, był to zysk od 5 do 13 procent!

Sprzedawanie  – i to na wielką skalę –  kredytów frankowych w okresie tak mocnej złotówki było więc ze strony banków działaniem bardzo ryzykownym oraz  skrajnie nieodpowiedzialnym . Ale kto by się tym przejmował. Przecież bankowcy nie bawili się w „gry walutowe” własnymi środkami, tylko swoich klientów.

W zaistniałej sytuacji obronę frankowiczów uznaję za swój moralny obowiązek. Wszak, nie tylko bardzo dobrze poruszam się w dziedzinie „hipotek” i kredytów walutowych, ale także jestem Polakiem. Nie mogę zaakceptować faktu, że w tym sporze, w którym po jednej stronie jest blisko 1,5 mln poszkodowanych moich rodaków, a po drugiej – kilka chciwych, nieodpowiedzialnych banków, opinie Polaków są tak bardzo podzielone.

Sprawa frankowiczów wdarła się bardzo mocno także do polityki. Czy ten problem powinien być uregulowany odgórnie, tj. poprzez stosowną ustawę?

 Nie ulega to najmniejszej wątpliwości. Tu w pełni zgadzam się z Profesorem Witoldem Modzelewskim, który kiedyś wypowiedział te słowa: „rozwiązanie problemu z kredytami w CHF to swego rodzaju test dla państwa”.  Innymi słowy, jeśli obecny rząd nie poradzi sobie ze skutecznym rozwiązaniem tego frankowego węzła gordyjskiego, za słuszne uznać należy słowa innego klasyka: „państwo polskie istnieje tylko teoretycznie”. Albo rząd reprezentuje interesy wyborców, albo zagranicznych banków, które poprzez własną, skrajną  nieodpowiedzialność wywołały tę sytuację. A teraz umywają rączki.

Poprzedni rząd zlekceważył zupełnie problemy frankowiczów. Natomiast Andrzej Duda,  w swojej kampanii wyborczej, obiecywał pechowym posiadaczom kredytów w CHF,  przewalutowanie tychże po kursie z dnia uruchomienia. I to pewnie zaważyło na wynikach wyborów.

Zarówno Bronisław Komorowski, jak i jego ugrupowanie ponieśli zasłużoną karę za zlekceważenie tragedii – bo tak można nazwać bankructwa wielu praworządnych i uczciwych polskich rodzin –  tak znaczącej ilości grupy naszych rodaków.

Sprawę frankowiczów wykorzystał w doskonałym momencie kandydujący na prezydenta RP Andrzej Duda, co z pewnością znacząco wpłynęło na wynik wyborów.  Niemniej jednak, słowo się rzekło, frankowicze czekają na realizację tej tak ważnej dla nich obietnicy wyborczej.

Jak Pan ocenia przebieg działań w tej kwestii? Czy prace zespołu ekspertów, który tworzy na zlecenie Kancelarii Prezydenta stosowny projekt ustawy, mogą przynieść oczekiwane przez frankowiczów rozwiązanie?

 Kierunek jest niby dobry: dążenie do przewalutowania toksycznych kredytów na złotówki wraz z poszukiwaniem właściwego, czyli sprawiedliwego kursu. Problem jest jednak w tym, że nazywany w pierwszej wersji projektu ustawy kurs zmiany waluty jako „kurs sprawiedliwy” jest jedynie nazwą własną. Z punktu widzenia kredytobiorców: bardziej właściwym określeniem jest nazwanie tego kursu jako „przypadkowy”. Bowiem w bardzo dziwny sposób kalkulator wylicza „kurs sprawiedliwy”. W konsekwencji część frankowiczów byłaby bardzo wygrana na tej propozycji przewalutowania, ale dla innych kredytobiorców taka zmiana wcale nie poprawi sytuacji. A przecież wszyscy pechowi nabywcy toksycznych kredytów zostali w taki sam sposób oszukani przez bankowców. Pomoc należy się więc każdemu kredytobiorcy, a nie tylko wybranej części.

W ostatnim okresie pojawił się też inny pomysł w kwestii frankowiczów, pod którym podpisało się m.in. wielu senatorów. Mam na  myśli delegalizację umów kredytowych w CHF, jako niezgodnych z prawem. Powód: abuzywność zapisów tychże umów, które można znaleźć w każdej umowie. Podążamy tu tropem głośnej opinii w tej sprawie, wydanej przez Rzecznika Finansowego. Co Pan na to?

Powiem tak: rozwiązanie to wydaje się jak najbardziej sensowne i sprawiedliwe. Albo jesteśmy państwem prawa, albo – państwem prawa banków, dającym instytucjom finansowym przywilej bycia ponad prawem.

Niemniej jednak, jest to działanie nad wyraz radykalne i nie bardzo wierzę, że uda się w ten sposób przeprowadzić przewalutowanie. To jest: przez unieważnienie wszystkich umów kredytowych w CHF.

Skąd moje obawy? Sądzę bowiem, że siła lobby bankowego oraz lament płynący z całego świata – wszak niemal wszystkie banki umoczone w toksyczne kredyty, poza PKO BP, mają właścicieli za granicą – nie pozwolą na przeprowadzenie takiej operacji.

Od początku wybuchu frankowego tsunami, czyli od „czarnego czwartku” postulowałem kompromis. Czyli przewalutowanie wszystkich kredytów w CHF na złotowe, przy zastosowaniu kursu o 20 proc. wyższego od tego, który obowiązywał w dniu uruchomienia kredytu.

Skąd wynika tak ustalony sposób przewalutowania?

Wprost z Rekomendacji S obowiązującej od 1 lipca 2006 r., autorstwa Komisji Nadzoru Finansowego. Otóż, zgodnie z treścią Rekomendacji, KNF założyła maksymalny wzrost kursu CHF do poziomu 120 proc. w stosunku do dnia uruchomienia. I o takim ryzyku kursowym został kredytobiorca poinformowany przed podjęciem decyzji o wyborze waluty zadłużenia. Identyczne założenia przyjęły także banki, przy badaniu zdolności kredytowej osób wnioskujących o kredyt we frankach. W treści opracowanego przeze mnie projektu w tym zakresie, który nazwałem „Frankopiryna 2016”,  przytoczyłem w sumie pięć oczywistych argumentów, dlaczego kredyty frankowe powinny być przewalutowane. Wszystkie, bez wyjątku.

Czy brak odpowiedniej ustawy anty-frankowej może negatywnie odbić się na notowaniach obecnego rządu?

 Moim zdaniem porażka prezydenckiego projektu dotyczącego rozwiązania problemu z kredytami frankowymi, bardzo niekorzystnie wpłynie nie tylko na wizerunek Andrzeja Dudy, ale także rządzącego ugrupowania. Skorzystać z tego może na przykład PO,  które to ugrupowanie już raz sprawę frankowiczów nie uznało za godną zainteresowania.  Zyskać głosy może wówczas także Nowoczesna, której lider z pewnością nigdy bankom nie zaszkodzi.  W tym miejscu warto przypomnieć kompromitującą wypowiedź Pana Petru, która pochodzi z wywiadu udzielonego Gazecie Wyborczej w 2014 roku. W wywiadzie tym Lider Nowoczesnej zrównał zakup kredytu frankowego, z działaniem hochsztaplera rozsławionego na całym świecie przez film Scorsese – Wilka z Wall Street. Tym samym, wprost określił nabywców toksycznych kredytów w CHF jako przestępców.

Moim zdaniem, szansę na skuteczne i sensowne rozwiązanie frankowego problemu, gnębiącego około 1,5 mln naszych rodaków, daje wyłącznie Prawo i Sprawiedliwość.  Oby to miało miejsce – oznaczać to będzie pierwszy wielki sukces w wojnie polskiego społeczeństwa przeciwko zagranicznym bankom, którą od kilkunastu miesięcy obserwujemy w mediach i w życiu publicznym.

A jak się ma do tego Brexit? Kurs franka znowu podskoczył.

 To kolejny dowód, że musimy jak najszybciej rozbroić frankową bombę. Znowu rynek walutowy będzie szaleć, nie wiemy jaka będzie relacja franka do złotówki za tydzień lub dwa, tym bardziej w perspektywie kilku lat.  W tak niepewnych czasach zamiatanie przez polityków tej sprawy pod  dywan i udawanie, że problemu z toksycznymi kredytami nie ma, świadczy o ich niekompetencji i braku odpowiedzialności.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

 

Krzysztof OPPENHEIM, Prezes Zarządu „Nieruchomości Boża Krówka”, ekspert finansowy od kredytów hipotecznych, restrukturyzacji zobowiązań, specjalizujący się także w oddłużaniu i upadłości konsumenckiej. Założyciel Fundacji Praw Dłużnika „Dłużnik też Człowiek”.

Eksperci

Uchwała NSA pozwala wygrać z fiskusem

Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia or...

Wierzyciel nie musi spłacać w całości swego długu upadłemu, aby móc samemu zaspokoić się z

Z chwilą ogłoszenia upadłości majątek upadłego staje się masą upadłości i służy zaspokojeniu wszystk...

Inflacja rośnie zgodnie z planem – mocniej w górę poszły ceny żywności oraz paliw

Potwierdziły się wstępne szacunki GUS, zakładające wzrost inflacji w marcu do 1,7 proc. Mocniej w gó...

Jak jest dobrze, to trzeba korzystać

Rynki podtrzymują pozytywny nastrój, o co nie jest zbyt trudno, biorąc pod uwagę stały przepływ pozy...

Grejner – Co się porobiło – bitcoin oazą stabilności

Polityka monetarna Rezerwy Federalnej, globalne spowolnienie gospodarcze, brexit, negocjacje handlow...

AKTUALNOŚCI

Kolejna fala cyfrowej transformacji przed nami

Według IDC globalne inwestycje w technologie i usługi umożliwiające cyfrową transformację rosną w dw...

Bez rozbudowanej sieci światłowodowej nie wykorzystamy pełnego potencjału technologii 5G

Wyścig kto pierwszy udostępni powszechnie infrastrukturę 5G trwa. Wizja zawrotnych prędkości stosowa...

Hipermarket czy osiedlowy sklep – gdzie kupują Polacy?

Wszelkie zmiany w branży powierzchni handlowych są bardzo istotne z perspektywy firm, które chcą w n...

Przepływ danych nieosobowych – co zmieni „nowe” RODO?

Wsparcie rozwoju gospodarki oraz nowoczesnych technologii opartych na danych i ich przepływie to jed...

Przejściowe załamanie wzrostu sprzedaży detalicznej

Dane GUS, sygnalizujące wzrost sprzedaży detalicznej w marcu o zaledwie 3,1 proc., na pierwszy rzut ...