Home Tagi Wpis otagowany "kapitał"

kapitał

Poszukiwanie miejsca, w którym zlokalizujesz swój biznes przypomina nieco wybór mieszkania. Musisz dopasować je do swoich preferencji i możliwości finansowych, zastanowić się nad lokalizacją, wielkością czy stylistyką. Wynajmowany lub kupiony lokal powinien odzwierciedlać cechy, które są ważne dla Ciebie – a w tym przypadku istotne dla wyróżnienia Twojego biznesu i zwrócenia uwagi jego odbiorców. Jak się do tego zabrać?

– Lokal gastronomiczny, butik czy kancelaria prawna – czyli każda działalność, którą wiąże się z goszczeniem klientów – powinna cechować się pewną unikalnością, nasuwając odpowiednie skojarzenia z podstawowymi wyróżnikami Twojego biznesu – mówi Kuba Karliński, członek zarządu Magmillon, firmy realizującej projekty nieruchomościowe oparte o odnawianie kamienic. – Według teorii „4p”jednym ze składników tzw. kompozycji marketingowej, czyli zbioru elementów za pomocą których każdy biznes oddziałuje na rynek, jest „place” – „miejsce”, które teoretycy definiują szeroko – jako kanał dystrybucji. Jednak w przypadku wielu tradycyjnych biznesów o niewielkiej skali działania, warto rozumieć „place” dosłownie – jako miejsce, w którym sprzedajesz swoje produkty lub usługi. To ono decyduje często o powodzeniu przedsięwzięcia – dodaje ekspert.

Koszty

Jeśli dysponujesz takim kapitałem by kupić lokal, w którym później poprowadzisz swój biznes – świetnie. Dzięki temu łatwiej będzie Ci zaplanować budżet, comiesięczne koszty będą nieco niższe i w najtrudniejszym, początkowym okresie łatwiej będzie Ci osiągnąć satysfakcjonujące rezultaty finansowe (np. wyjść na plus w nowo otwartej i jeszcze nieznanej kawiarni). Sytuacja komplikuje się w przypadku wynajmu. To dodatkowy koszt, który musisz dopisać do swojego biznesplanu. Umowy na wynajem lokali użytkowych najczęściej są dłuższe i lepiej chroniące właściciela niż w przypadku mieszkań. W przypadku ewentualnego niepowodzenia biznesu, nie będziesz w stanie się szybko wycofać. To nie oznacza, że wynajem nie jest dobrym rozwiązaniem. Przeciwnie – w przypadku braku odpowiedniego kapitału czy niepewności co do przyszłej lokalizacji inwestycji jest najlepszym wyjściem. Zanim jednak podejmiesz decyzję, musisz bardzo dokładnie oszacować swoje przyszłe przychody i wydatki. Koszty wynajmu mogą okazać się kluczowe dla Twojego biznesplanu.

Wymogi techniczne

W zależności od tego, jaki typ działalności zamierzasz prowadzić, możesz być zmuszony do spełnienia szeregu różnorodnych kryteriów. Przykładowo – biuro podróży nie wymaga warunków znacząco odmiennych niż zwykłe mieszkanie. Zupełnie inaczej jest z restauracją, która musi spełnić liczne wymogi Sanepidu. Nie w każdym lokalu uda Ci się wygospodarować oddzielne pomieszczenie do przygotowywania warzyw, owoców i mięsa, czy wytyczyć dwie „ścieżki” dla naczyń – czyste nie mogą być przenoszone z kuchni do klienta w taki sposób by „krzyżować się” z brudnymi – noszonymi od stolików do zmywarki. Jeszcze inne wymogi techniczne prawodawcy narzucają aptekom, zakładom fryzjerskim czy gabinetom kosmetycznym. Trzeba je brać pod uwagę wybierając nieruchomość. Im bardziej specyficzny jest Twój biznes, tym więcej nakładów będzie wymagało przystosowanie pomieszczeń. Sporą część ofert odrzucisz już na wstępie.

Lokalizacja

Lokalizację swojego biznesu musisz przemyśleć wieloaspektowo. Po pierwsze z biznesowego punktu widzenia. Zanim wybierzesz nieruchomość postaraj się oszacować wielkość rynku. Ilu lokalnych klientów masz szansę zdobyć? Czy dojazd do nieruchomości jest prosty i wygodny? Czy konkurencja jest znacząca i jak sobie radzi? To kilka podstawowych pytań, do których musisz dodać wiele bardziej szczegółowych – związanych z Twoją branżą lub specyfiką firmy. Tam gdzie doskonale będzie sprzedawała się kawa z mlekiem sojowym, zupełnym niewypałem może okazać się sklep spożywczy. Po drugie, zastanów się nad miejscem w kontekście własnej wygody. To bardzo ważne, w szczególności jeśli to ma być Twoje nowe miejsce pracy.

Dopasowanie do charakteru biznesu

To kluczowy aspekt wyboru nieruchomości. Jeśli chcesz by Twój punkt usługowy był unikalny – zdecyduj się na unikalny lokal. Oczywiście to nie jest metoda dla każdego. Dla części firm lepszym rozwiązaniem może być wynajem powierzchni w centrum handlowym, które ma swoje niewątpliwe zalety, jak stała baza klientów czy promocja takiej galerii jako całości. Trudno się tam jednak wyróżnić. Dlatego jeśli cechy, z którymi ma być kojarzony Twój biznes to np. kreatywność, odwaga, tradycja, kulturalna niszowość czy ekskluzywność – wybierz coś niestandardowego. To może być barka nad Wisłą lub lokal w odnowionej kamienicy, w sercu Pragi. Jeśli Twoją grupą docelową są ludzie ceniący detale i trudno uchwytny „klimat miejsca” – z pewnością docenią oryginalność.

Negocjacje i formalności

Kiedy już znajdziesz nieruchomości, które spełniają Twoje wymagania w każdej z wymienionych kategorii, pozostają kwestie formalne. Podobnie jak w przypadku zakupu czy wynajmu mieszkania – warto negocjować. Każda „wytargowana” kwota zwiększa budżet Twojego biznesu. Jeśli chcesz wynająć lokal – jako karty negocjacyjnej użyj argumentu o ponoszonych kosztach. Twoje inwestycje w nieruchomość mogą zwiększyć jej wartość. Dodatkowo wiążą Cię z nią, dając właścicielowi większą pewność przyszłych zysków.

Ustal z właścicielem kto jest odpowiedzialny za uzyskanie dokumentacji, niezbędnej do rozpoczęcia działalności. W zależności od typu biznesu, mogą to być koncesje, pozwolenia, czy dokumenty potwierdzające spełnienie wymogów technicznych.

Podpisując umowę, szczególną uwagę zwróć na warunki wypowiedzenia. Dla niektórych typów biznesu lokalizacja jest kluczowym czynnikiem warunkującym sukces, dlatego musisz ją zabezpieczyć. Nie dopuść do sytuacji, w której musisz przenosić dobrze prosperującą firmę z dnia na dzień. W umowie zabezpiecz również swoje prawa dotyczące ewentualnych zmian w lokalu, przystosowujących go do wymogów Twojego biznesu. Zastrzeż również kto jest odpowiedzialny za usuwanie ewentualnych usterek.

I pamiętaj, że to nieruchomość ma być dopasowana do Twojej wizji własnego biznesu. Nigdy na odwrót!

Źródło: Magmillon

Według ekspertów, brak własnej monety naraża gospodarki krajów ze strefy euro, na poważną utratę niezbędnej cechy konkurencyjności międzynarodowej. Nawet wysoki poziom ekonomiczny nie uchroni przed takim ryzykiem. Choćby dlatego Polska nie powinna rezygnować ze złotówki, zwłaszcza że przyszłość Eurolandu jest niepewna.

W jednym z wywiadów wicepremier Morawiecki powiedział, że „przyjęcie unijnej waluty można rozważyć wtedy, gdy Polska będzie bardziej podobna do krajów strefy euro pod względem wielu parametrów makro- i mikroekonomicznych”. Jego zdaniem mogłoby to nastąpić za 10-20 lat. Tymczasem, w opinii warszawskiego ekonomisty Łukasza Białka, bezwiedne wskazywanie przedziałów czasowych jest mocno ryzykowne. W ciągu dekady może np. przestać istnieć strefa euro. Natomiast, od terminu wejścia do Eurolandu ważniejsze jest to, po jakim kursie nastąpi przejście ze złotego na euro. Od tego zależeć będzie późniejsza kondycja naszej gospodarki. Cena złotówki powinna równoważyć potrzeby konsumentów i przedsiębiorców. Importerzy chcą, by była jak najmocniejsza, eksporterzy – przeciwnie. Ponadto, wszelkie deklaracje należy popierać konkretnym harmonogramem działań.

– UE i wspólny rynek to wielkie osiągnięcia Starego Kontynentu. Eurowaluta miała je umocnić, ale stało się odwrotnie. Jeden pieniądz jest niefunkcjonalnym rozwiązaniem dla Europy i zagrożeniem dla integracji europejskiej. W pesymistycznym scenariuszu, euro będzie uporczywie bronione. W krajach, które bez własnej waluty nie będą w stanie odzyskać konkurencyjności, do władzy zaczną dochodzić ugrupowania populistyczne i antyeuropejskie. To w konsekwencji doprowadzi do rozpadu Unii Europejskiej i wspólnego rynku – przewiduje Stefan Kawalec, prezes Capital Strategy, były wicemister finansów.

Rozpad strefy

W opinii Łukasza Białka, Polacy powinni być świadomi tego, że Unia Europejska jest niedokończonym projektem. O jej słabości świadczy m.in. to, że tylko wybrane kraje członkowskie łączy wspólna moneta. Unia walutowa nie przetrwa bez zjednoczenia fiskalnego i politycznego. Obecnie jest i nadal będzie wiele różnic pomiędzy państwami członkowskimi, zarówno na poziomie rozwoju gospodarczego, jak i konkurencyjności. Te dysproporcje nie sprzyjają rozwojowi UE, takiej jaka jest przedstawiana w teorii. A już na pewno nie likwidują przyczyn problemów ekonomicznych w Eurolandzie.

– Rozpad strefy euro może nastąpić pod wpływem wydarzeń politycznych, a te maja charakter nieliniowy. Każde wybory prezydenckie czy parlamentarne w członkowskim kraju, mogą wyzwolić impuls, który spowoduje istotną zmianę sytuacji w całej grupie państw. Dlatego, nie wiadomo, jak długo jeszcze będzie istniała strefa euro. Jednak nawet gdybyśmy byli przekonani, że przetrwa długo, to nie należy do niej wchodzić. Brak własnej waluty wystawiłby naszą gospodarkę na zwiększone ryzyko utraty konkurencyjności międzynarodowej, co groziłoby przyhamowaniem wzrostu gospodarczego na wiele lat – ocenia Stefan Kawalec.

Jak przewiduje Łukasz Białek, w najbliższym czasie problem Grecji po raz kolejny pobudzi opinię publiczną do dyskusji na temat słabości UE. To wciąż uśpiony wulkan. Według tegorocznego raportu Międzynarodowego Funduszu Europejskiego, od początku greckiego kryzysu na pomoc temu państwu przeznaczono już ponad 260 miliardów euro. W kontekście przyszłości unii walutowej, ekspert radzi postawić pytanie, jak zachowa się Euroland w momencie, gdy kolejne kraje zaczną wymagać niespłacalnych pożyczek na poziomie po 200 mld euro. Europejski Bank Centralny nie jest przecież tzw. workiem bez dna. Zdaniem eksperta, z zamożnych państw członkowskich nie będą już chcieli rzucać kół ratunkowych tym, którzy działają tak nieracjonalnie i rozrzutnie, jak np. Grecy.

Utrata konkurencyjności

– Dzięki własnej walucie, istnieją skuteczne mechanizmy oddziaływania na sytuację gospodarczą kraju. Należą do nich polityka monetarna i zmiany kursu walutowego. Mechanizm dostosowawczy działa w znacznej mierze samoczynnie i oddziałuje antycyklicznie. W okresach dobrej koniunktury złoty umacnia się i pomaga uchronić gospodarkę przed tzw. „przegrzaniem”. Natomiast, gdy sytuacja na naszych rynkach eksportowych pogarsza się, polska waluta osłabia się. A to sprawia, że produkowane w Polsce artykuły stają się bardziej konkurencyjne, zarówno u nas, jak i za granicą – podkreśla były wiceminister finansów.

Według Łukasza Białka, nasza gospodarka nie jest obecnie przygotowana do rywalizacji z wysokorozwiniętymi państwami unii walutowej. Mimo stałej poprawy, nadal trzeba pracować nad wzrostem konkurencyjności, produktywności, nowoczesności i wydajności pracy. Nie powinno to być w żaden sposób uzależnione od decyzji dotyczącej przyjmowania eurowaluty. Niezależnie od niej, musimy dążyć do rozwoju przemysłu, wspierać zdolnych i wykształconych polskich przedsiębiorców. Powinniśmy także tworzyć takie środowisko prawne i podatkowe, aby powstawały u nas firmy z powodu atrakcyjnego otoczenia biznesowego, a nie z uwagi na 4-krotnie niższe koszty pracy, w porównaniu do Europy Zachodniej.

– Bez wątpienia ryzyko wejścia do strefy euro jest większe w przypadku, gdy dana gospodarka pod wieloma względami różni się od tych, których sytuacja będzie wywierała decydujący wpływ na politykę monetarną Europejskiego Banku Centralnego. Uważam jednak, że średni lub duży kraj w Unii Europejskiej, taki jak Polska, powinien mieć własną walutę, niezależnie od poziomu ekonomicznego. Wysoki poziom rozwoju nie chroni bowiem przed ryzykiem utraty konkurencyjności – zaznacza Stefan Kawalec.

Najgorsze scenariusze

Zdaniem Łukasza Białka, wstąpienie do unii walutowej pociągnęłoby za sobą oddanie kontroli polityki pieniężnej Europejskiemu Bankowi Centralnemu. Najpoważniejsze ryzyko z tym związane, jakie należy rozważać, to zmniejszenie dynamiki we wzroście konkurencyjności lub nawet znaczące spowolnienie tego procesu. Spadek eksportu i gorsze wyniki wymiany handlowej uderzyłyby w polskich eksporterów. Nastąpiłoby ograniczenie inwestycji zagranicznych, które do tej pory alokowały swój kapitał w Polsce, korzystając z wykwalifikowanej i tańszej kadry pracowniczej.

– Zachowanie złotego nie gwarantuje oczywiście Polsce pomyślności gospodarczej. Do tego potrzebne są jeszcze inne czynniki. Warto wymienić dwa z nich. Po pierwsze, jest to zdrowa polityka gospodarcza, czyli zapewniająca równowagę fiskalną oraz stabilne warunki dla działalności biznesowej. Drugi ważny element to gwarancja dostępu do rynku europejskiego. Jednak, gdy kraj nie ma swojej waluty, istnieje większe ryzyko, że nawet przy poprawnej polityce gospodarczej, utraci on konkurencyjność międzynarodową. Odzyskanie jej bez własnej waluty, jest zadaniem dość karkołomnym, które może wymagać wielu lat stagnacji gospodarczej i wysokiego bezrobocia – ostrzega Stefan Kawalec.

Jak podsumowuje ekonomista Łukasz Białek, strefa euro od kilku lat ma poważne problemy. Jej członkowie są pogrążeni w zobowiązaniach wielkości setek miliardów euro. Ostatnio KE zaproponowała, by rozważyć stworzenie osobnego budżetu dla Eurolandu. Zdaniem eksperta, wprowadzenie takiego projektu nie zaszkodziłoby nam, bo nieformalna UE dwóch prędkości już dawno funkcjonuje. Tworzenie nowych grup mogłoby natomiast oznaczać przygotowania do ewentualnego rozpadu unii walutowej. Należy liczyć się ze scenariuszem wypchnięcia ze strefy euro tzw. najsłabszych ogniw, m.in. Grecji, Portugalii czy Hiszpanii. Możliwy też jest powrót do własnych walut najzamożniejszych krajów i pozostawienie eurowaluty reszcie państw. Polska, zachowując złotówkę, nie odczułaby mocno konsekwencji przewidywanego chaosu. Co istotne, nie brałaby udziału w transferach i poręczeniach pomiędzy zadłużonymi gospodarkami unii walutowej.

Źródło: MondayNews.pl

Przejrzysta wizja i środki finansowe to dwa kluczowe czynniki, które w opinii polskich przedsiębiorców są najistotniejsze przy rozpoczynaniu działalności biznesowej. Uzyskały one odpowiednio 44 proc. i 36 proc. odpowiedzi w badaniu Ipsos MOR na zlecenie Microsoft, prowadzonym wśród właścicieli polskich małych i średnich firm. 13 proc. respondentów z Polski przyznało, że jednym z kluczowych elementów na starcie działalności jest technologia. To najwyższy wynik spośród wszystkich badanych krajów europejskich.

Właściciele firm zwrócili również uwagę, że przy budowaniu własnego biznesu duże znaczenie mają umiejętności potrzebne do rozwoju produktu i usługi (26 proc.) i osobiste predyspozycje (25 proc.). Respondenci wskazali także na pasję związaną z oferowanym produktem lub usługą (21 proc.). Wsparcie rodziny i przyjaciół podkreśliło 14 proc. respondentów.

Wyniki badań w Polsce są zbieżne z opiniami przedsiębiorców z innych krajów europejskich, którzy podobnie podkreślają znaczenie przejrzystej wizji rozwoju oraz kapitału. Główna różnica polega na postrzeganiu kwestii umiejętności przywódczych i zarządzania ludźmi, które mają bardzo duże znaczenie dla przedsiębiorców europejskich. Dla przykładu, właśnie na tę kwestię zwraca uwagę 30 proc. uczestników badania z Czech oraz 27 proc. z Niemiec.

„Tworzenie własnej firmy to moment, w którym trzeba efektywnie skoordynować tysiące spraw i zadań, przy bardzo ograniczonych zasobach – czasu, finansów, ludzi. Wtedy decydujemy też w co zainwestować posiadany kapitał. Dlatego tak istotne już na starcie jest zadbanie o narzędzia, które pomogą nam w realizacji tych zadań i pozwolą natychmiast reagować na potrzeby zmieniającego się rynku. Mobilne biuro w smarfonie, laptopie czy tablecie z wideorozmowami Skype i znanymi aplikacjami Office, dostępnymi zawsze i na każdym urządzeniu, czy elastyczna moc obliczeniowa bez kosztownych inwestycji w serwery to narzędzia przewagi konkurencyjnej dostępne od ręki. Dzięki rozwiązaniom w chmurze, firmy MŚP zyskują dostęp do zaawansowanych, ale prostych w obsłudze rozwiązań, bez czasochłonnych wdrożeń i kosztownych inwestycji, gwarantujących poziom bezpieczeństwa, jaki trudno byłoby im osiągnąć na starcie działalności” – przekonuje Tomasz Dorf, odpowiedzialny za segment MŚP w polskim oddziale Microsoft.

Własna firma daje bezpieczeństwo

Wśród powodów tworzenia własnej firmy 40 proc. polskich przedsiębiorców przyznało, że chce czuć się bezpieczniej w przyszłości. 33 proc. stwierdziło, że „bycie na swoim” zapewnia im również korzystniejszy, w porównaniu do innych form zatrudnienia, poziom równowagi między pracą a domem. Właśnie na tę kwestię kładą największy nacisk przedsiębiorcy europejscy (31 proc.). Kolejnym motywem otwierania własnej firmy jest po prostu chęć zdobycia pracy, co przyznaje 33 proc. polskich respondentów. W tym przypadku średnia europejska jest dużo niższa, bo sięga 18 proc.

Co ciekawe, 29 proc. właścicieli polskich firm zwraca uwagę, że rozpoczęcie działalności łączy ze znalezieniem niszy rynkowej, dotychczas niezagospodarowanej przez innych. Właśnie takie były początki firmy Pan Hipcio.

„Inspiracją do stworzenia klubu malucha, gdzie dwulatki mogłyby twórczo spędzić czas w gronie rówieśników i pod opieką zaufanych osób, była obserwacja istniejącej oferty, która po prostu nie spełniała naszych oczekiwań. Pomyślałyśmy, że takich rodziców może być więcej” – mówi Dorota Łoboda, współzałożycielka klubu.

Firma zaczęła od pierwszych inwestycji w pomoce dydaktyczne oraz wynajem sali, gdzie właścicielki same prowadziły zajęcia dla dzieci. Beata Ciszkowska, współzałożycielka firmy zwraca uwagę na rolę technologii: „W Excelu tworzymy bazę klientów i grafik zajęć. W PowerPoincie przygotowujemy prezentacje dla rodziców i dzieci. W edytorze tekstów zbieramy plany zajęć, karty pracy i raporty. Dzięki aplikacji OfficeLens w banalnie prosty sposób skanujemy dokumenty telefonem. To wszystko wrzucamy w chmurę OneDrive i współdzielimy, tak by każda z nas miała do wszystkiego dostęp zawsze i wszędzie”.

Wzrost oparty na pasji

Badania wskazują również, że 53 proc. polskich przedsiębiorców łączy wzrost firmy z realizacją własnych pasji i samorozwojem – np. doskonaleniem rzemiosła, czy dodatkowym czasem na sprawy prywatne.

Firma Uzerai oferuje luksusowe marki biżuterii i akcesoriów. Filozofia spółki polega na zderzeniu sztuki, mody, prestiżu, tradycyjnego rzemiosła i awangardowej bezkompromisowości. Reprezentowane przez UZERAI nazwiska to najbardziej uznani współcześni projektanci i najbardziej ekskluzywne marki.

„Zajmujemy się sprzedawaniem luksusowej biżuterii od ponad 15 lat. Na początku była pasja. Pięć lat temu otrzymaliśmy zaproszenie od Farfetch.com i jako pierwszy butik w Polsce zostaliśmy partnerem tego portalu. Wtedy w naszym biznesie technologia zaczęła odgrywać rolę podstawową – dzięki niej udał nam się przekroczyć fizyczne granice butiku i dotrzeć do takich klientów jak księżna Arabii Saudyjskiej, aktor Mark Wahlberg, czy piłkarz reprezentacji Hiszpanii Fernado Torres. Bez technologii nie byłoby to dla nas nigdy możliwe” – mówi Piotr Walasek, właściciel UZERAI.

Źródło: Microsoft

 

Aż 8 na 10 ubiegających się o pracę ma wrażenie, że nikt nie przejrzał wysłanej przez nich aplikacji, a tylko co piąty otrzymał informację o przyczynach niezatrudnienia. Tak wynika z badania „Candidate Experience 2017” zrealizowanego przez eRecruiter i Koalicję na rzecz Przyjaznej Rekrutacji. Eksperci zwracają uwagę, że pracodawcy nie budują relacji z niezatrudnionymi kandydatami. Najczęściej zachowują ich CV w bazie (78%) oraz zapraszają do śledzenia zakładki „Kariera” (54%).

– Kandydaci, którzy w odpowiedzi na ofertę pracy wysyłają swoją aplikację, najczęściej nie otrzymują żadnej informacji zwrotnej ze strony pracodawcy. To jeden z najsmutniejszych wniosków tegorocznej edycji badania „Candidate Experience”. Z doświadczeń uczestników rekrutacji wynika również, że spora część pracodawców nie stosuje dobrych praktyk w zakresie informowania o zakończeniu procesu naboru lub przyczynach niezatrudnienia. Aby zminimalizować te negatywne doświadczenia i oszczędzić czas, rekrutujący mają do dyspozycji technologię i specjalne platformy do zarządzania rekrutacjami. Usprawniają one komunikację z kandydatami, umożliwiając wysyłkę wiadomości ze statusem procesu do wielu uczestników jednocześnie. Nie zajmuje to dużo czasu, a kandydat nie czuje się lekceważony – zwraca uwagę Julia Urbańska, marketing manager w eRecruiter oraz koordynatorka Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji.

Kandydaci oczekują odpowiedzi

Większość przedstawicieli działów HR zgadza się, że warto dbać o kandydatów w procesie rekrutacji. Niestety, praktyka wygląda inaczej. Po pierwsze, aż 8 na 10 ubiegających się o pracę ma wrażenie, że nikt nie przejrzał wysłanej przez nich aplikacji. Po drugie, widać rozbieżności między elementami, które zdaniem kandydatów powinny być standardem podczas rekrutacji, oraz tymi faktycznie stosowanymi przez pracodawców. Dla 86% aplikujących standardem powinno być informowanie o zakończeniu procesu rekrutacyjnego. Z takim działaniem spotkało się zaledwie 39% kandydatów. Ponadto, 8 na 10 specjalistów oczekuje od pracodawców informacji o przyczynach niezatrudnienia. Taki zwyczaj ma zaledwie co piąta firma.

Pracodawcy zapominają o niezatrudnionych kandydatach

Podtrzymywanie relacji z wartościowymi kandydatami, którzy z określonych przyczyn nie zostali zatrudnieni, to ważny element candidate experience. Jednak wyniki badania eRecruiter wskazują, że firmy ograniczają się w tym obszarze do biernych działań. Najczęściej pracodawcy zachowują CV kandydatów w bazie (78%), ale tylko 42% zagląda do zgromadzonych CV przy okazji każdej rekrutacji. Najczęściej wtedy, gdy otrzyma zbyt mało zgłoszeń na opublikowane ogłoszenie o pracę.

Paweł Bechciński, Dyrektor ds. Rekrutacji i Rozwoju Zasobów Ludzkich, SUEZ Polska, podkreśla, że firmy wciąż nie wykorzystują w odpowiednim zakresie baz danych i zasobów, które już posiadają. – Obecnie nie możemy pozwolić sobie na stratę żadnego wartościowego kandydata, nie tylko przyszłego, ale też tego, który już do nas zaaplikował i wykazał się inicjatywą oraz chęcią pracy w organizacji. W naszej firmie zbieramy większość życiorysów w ramach tzw. rekrutacji ogólnej, w której kandydaci sami spontanicznie przesyłają nam aplikacje. Dziennie otrzymujemy ok. 20 życiorysów, co w skali roku daje kilka tysięcy potencjalnych kandydatów do pracy. Warto zwrócić uwagę, jaki to jest kapitał dla firmy. Przy wybranych procesach rekrutacyjnych, nie musimy publikować nowego ogłoszenia o pracę i czekać na spływające CV. Dzięki eRecruiter, możemy skorzystać z zasobów, które już mamy, co zdecydowanie ogranicza koszty i – mówi Paweł Bechciński z SUEZ Polska.

Wśród innych sposobów podtrzymywania relacji z niezatrudnionymi kandydatami, rekruterzy wskazali zachęcanie do śledzenia zakładki „Kariera” (54%) oraz informowanie o bieżących rekrutacjach (26%). Niestety, niewielki odsetek firm – zaledwie 19% – decyduje się pytać kandydatów o ich wrażenia i opinie na temat procesu rekrutacyjnego, w którym wzięli udział.

– Troska o dobre relacje z kandydatami to bardzo istotny element rekrutacyjny, który przekłada się na wizerunek firmy. Jednak często zapomina się, że dotyczy to również dbania o kandydatów, którzy nie zostali zatrudnieni. Takie osoby mogą zostać ponownie zaproszone do kolejnych rekrutacji, co w konsekwencji skróci czas prowadzonych procesów i znacząco ułatwi pracę działu HR. Pracodawcy, jeśli nie chcą, aby odrzucony kandydat był ich piętą Achillesa, powinni optymalizować projekty rekrutacyjne poprzez odpowiednie narzędzia HR i praktyki, na które wskazują sami kandydaci – mówi Julia Urbańska.

 

Wypowiedź: Elżbieta Flasińska, eRecruiter.

Z badań przeprowadzonych przez Izbę Zarządzających Funduszami i Aktywami wynika, że Polacy najchętniej inwestowaliby w nieruchomości (53 proc.), kruszce (32 proc.) i waluty (15 proc.). Rozwiązania te często wymagają jednak posiadania znacznego kapitału i nierzadko obarczone są również wysokim ryzykiem. Jak wskazują eksperci Związku Firm Doradztwa Finansowego (ZFDF), alternatywnym i stosunkowo dostępnym sposobem pomnażania pieniędzy, są jednostki udziału funduszy inwestycyjnych. Podpowiadają, co warto wiedzieć, włączając te produkty do swojej strategii oszczędzania.

Otwarte czy zamknięte?

Pierwszym dylematem, z którym spotykają się często inwestorzy chcący ulokować pieniądze w fundusze, jest wybór pomiędzy rodzajem tych produktów, czyli funduszami otwartymi i zamkniętymi. Oba pojęcia określają formy uczestnictwa w produkcie i wpływają na zasady przystępowania do takiej inwestycji. – Jeżeli chodzi o fundusze inwestycyjne zamknięte (FIZ), liczba inwestorów, którzy mogą do nich przystąpić, jest ograniczona – tłumaczy Bartłomiej Marzec, ekspert ZFDF, Open Finance.
Dzieje się tak, bowiem liczba certyfikatów uczestnictwa jest stała, a jej zwiększenie może odbyć się wyłącznie w drodze dodatkowej emisji. W przypadku funduszy inwestycyjnych otwartych (FIO), to ograniczenie nie występuje, bowiem kierowane są one właściwie do każdego inwestora. Wystarczy, że ten wpłaci pieniądze do funduszu tego rodzaju, otrzymując w zamian tytuł (jednostkę) uczestnictwa. Istotnym elementem może być to, że FIO muszą być wyceniane codziennie oraz można je nabyć już od 50 zł. Natomiast FIZ mogą być wycenianie znacznie rzadziej, nawet raz na kwartał, a minimalna kwota ich nabycia może sięgać równowartość 40 tys. euro – mówi Marzec, ZFDF.

Także proces umarzania jednostek funduszu inwestycyjnego, czyli odkupienie od uczestnika przez fundusz określonej liczby jednostek, różni się w przypadku FIO i FIZ-u. Certyfikaty funduszy zamkniętych mogą być zgłaszane do umorzenia tylko w terminach ustalonych przez fundusz, np. co miesiąc lub kwartał. Jeżeli chodzi o FIO, fundusz dokonuje wykupu jednostek uczestnictwa na żądanie inwestora, uczestnika funduszu.

Pokaż funduszu, co masz w portfelu

Fundusze inwestycyjne można także klasyfikować w zależności od instrumentów finansowych, w które inwestowane są pieniądze. Możemy wymienić fundusze pieniężne, które inwestują w instrumenty rynku pieniężnego, takie jak np. bony skarbowe, pieniężne, certyfikaty depozytowe oraz bony komercyjne. Fundusze dłużne zainteresowane są natomiast głównie obligacjami, o stałym bądź zmiennym oprocentowaniu. Z kolei większość portfela funduszu akcji stanowią właśnie akcje.
Można wymienić również fundusze inwestycyjne mieszane, inwestujące zarówno w akcje, jak i obligacje. – Znajomość instrumentu finansowego, w który inwestuje dany fundusz jest o tyle istotna, że określa poziom ryzyka danej inwestycji – wskazuje Bartłomiej Marzec, ekspert ZFDF, Open Finance. – Przykładowo, fundusze rynku pieniężnego czy obligacji (dłużne) należą do tych najbezpieczniejszych, inwestują bowiem – co o zasady – np. w bony skarbowe czy obligacje skarbowe, czyli w papiery wartościowe, których emitentem jest m.in. Skarb Państwa. Choć taka inwestycja nie przyniesie spektakularnych zysków, dzięki niej będziemy mogli stosunkowo bezpiecznie pomnożyć nasz kapitał.

Ci, którzy liczą na większy zysk, mogą wybrać fundusze akcji. Warto jednak pamiętać o tym, że w przypadku tych produktów znacznie wzrasta także ryzyko inwestycyjne. – Fundusze akcyjne MiŚS (Małych i Średnik Spółek), są jednymi z najbardziej ryzykownych spośród wszystkich funduszy akcyjnych – wskazuje Bartłomiej Marzec, ekspert ZFDF, Open Finance. – Lokują one środki w instrumentach o bardzo zmiennej wartości, np. akcjach nowych spółek czy przedsiębiorstw znajdujących się aktualnie w gorszej kondycji biznesowej, ale też tych rokujących poprawę, tzw. spółek wzrostowych. Ponieważ ich wycena może się zmienić znacząco w bardzo krótkim czasie, musimy być przygotowani na to, że podobnie będą wyglądać wyniki naszej inwestycji. Dlatego tego rodzaju fundusze akcyjne, powinny być wybierane jedynie przez doświadczonych, znających rynek inwestorów, a przede wszystkim przez osoby znające i rozumiejące strategię inwestycyjną takiego funduszu, które są świadome ich ryzyka.

Co zrobić, by inwestycja była bezpieczna?

Bez względu na to, na jaki fundusz inwestycyjny się zdecydujemy, powinniśmy pamiętać, że każda inwestycja wiąże się z ryzykiem ewentualnej utraty środków. Odpowiednie przygotowanie się może jednak pomóc ograniczyć możliwość straty. – Przed wyborem konkretnego funduszu warto przyjrzeć się jego strategii inwestycyjnej, ryzyku oraz historycznym wynikom – po nich możemy oceniać, jak „zachowywał się” w przeszłości, w szczególności, w okresie złej koniunktury, jaką miał zmienność oraz czego można spodziewać się po nim w przyszłości – radzi Piotr Nowak, ekspert ZFDF, Expander Advisors. – Analizując wyniki i zmienność, należy jednak patrzeć w dłuższej perspektywie, minimum dwóch, trzech lat. Jeżeli nie czujemy się na siłach, aby odpowiednio ocenić produkt, warto udać się do sprawdzonego doradcy, który znajdzie korzystne dla nas fundusze.

Rozwiązaniem, które pozwoli nam ograniczyć ryzyko portfela, jest przed wszystkim dywersyfikacja, czyli ulokowanie kapitału w kilku niezależnych od siebie produktach. Warto, by różniły się one wysokością możliwego do osiągnięcia zysku i ponoszonego ryzyka. – Jeśli część produktów przyniesie nam stratę, inne będą mogły ją nadrobić – wyjaśnia Piotr Nowak, ekspert ZFDF, Expander Advisors – Aby  jednak było to możliwe, portfel musi składać się instrumentów, które nie są ze sobą skorelowane. Dzięki temu ograniczymy prawdopodobieństwo, że wzrost lub spadek wartości tych instrumentów będzie następował w tym samym czasie. Dodatkowo, w celu ograniczenia ryzyka inwestycji, warto stosować proces alokacji skorygowany o ryzyko, a nie alokację równą, czyli rozkładać środki pomiędzy produkty uwzględniając stopień ryzyka, z jakim wiąże się dana inwestycja. Przykładowo, mając portfel składający się z dwóch elementów tj. funduszy akcji polskich i obligacji skarbowych, można podzielić je w proporcji 20:80 lub 40:60 zamiast równego podziału 50:50.

Decyzja o inwestowaniu zawsze powinna być podejmowania świadomie i wedle przyjętej, przemyślanej strategii. Każdy inwestor, szczególnie ten początkujący, przed wyborem funduszu powinien poznać jego budowę, czyli dowiedzieć się, w jakie instrumenty finansowe fundusz lokuje pieniądze. Znając te informacje, może jednocześnie ocenić poziom ryzyka i wysokość możliwych zwrotów z inwestycji. Po przejściu tych kroków, łatwiej mu będzie wybrać fundusz odpowiadający jego potrzebom.

 

Źródło: Związek Firm Doradztwa Finansowego (ZFDF)

Koncepcja Nowego Jedwabnego Szlaku (inaczej Jednego Pasa Jednej Drogi) to niewątpliwie jedno z największych przedsięwzięć o charakterze globalnym w całej historii gospodarczej. Pomysł zainicjowany już w 2013 r. zakłada budowę połączenia lądowego między Chinami a Europą m.in. przez Łódź, w której będą znajdować się huby przeładunkowe do dalszych krajów Europy Zachodniej. Koszt przedsięwzięcia jest szacowany nawet na 100 miliardów dolarów, co stanowi de facto około 20% nominalnego PKB Polski. Wiele wskazuje na to, że projekt Nowego Jedwabnego Szlaku to nie mrzonka, toteż budzi on wiele kontrowersji wśród najważniejszych graczy na scenie geopolitycznej. Z kolei Polska to relatywnie mały, lecz bardzo istotny element całej układanki, co równocześnie stanowi ogromną szansę dla jej gospodarki.

Inicjatywa Jednego Pasa Jednej Drogi to niewątpliwie wielka gra o charakterze geopolitycznym. Chiny, które obecnie w swoim handlu zagranicznym polegają przede wszystkim na transporcie morskim chcą zdywersyfikować swoje szlaki handlowe. Kwestia ta miałaby szczególne znaczenie w dobie ewentualnego konfliktu zbrojnego, bowiem amerykańska dominacja na morzach i oceanach jest niepodważalna. Drugi aspekt stanowią czynniki gospodarcze, bowiem dziś nie liczy się już tylko i wyłącznie siła wojskowa, ale również siła gospodarcza. Nowy Jedwabny Szlak to próba zacieśnienia współpracy na linii Chiny – kraje azjatyckie – Europa. W efekcie próbę stworzenia nowego szlaku handlowego należy nazwać nie inaczej jak elementem gry o tron – gry o dominację w skali globalnej pomiędzy Stanami a Chinami.

Prawdopodobieństwo realizacji tej historycznej idei wydaje się wysokie. Ewentualne problemy związane z wykonaniem tego konceptu raczej nie będą związane z czynnikami ekonomicznymi, bowiem Chiny posiadają wystarczającą ilość kapitału. Największe ryzyko stanowi polityka. Stany to kraj, który raczej krytycznie ocenia ideę nowego szlaku handlowego. Rosja, początkowo równie sceptyczna, wydaje się do niej powoli przekonywać. Z kolei Europa niewątpliwie jest zainteresowana zacieśnieniem współpracy gospodarczej z Chinami. Warto także pamiętać, że szlak będzie prowadził przez terytoria wielu państw, co sprawia, że jest to projekt międzynarodowy. To z kolei implikuje ryzyko dotyczące relacji i interesów wielu grup interesariuszy – Państwa Środka i poszczególnych krajów. Zatem wydaje się, że budowa połączenia lądowego między Chinami a Europą zależy przede wszystkim od polityki.

Jednak z czysto ekonomicznego punktu widzenia, Nowy Jedwabny Szlak to kolejny krok w kierunku globalizacji stosunków gospodarczych między Europą a Azją oraz rozwoju handlu międzynarodowego. Otóż nie można zapominać o fakcie, że to właśnie globalizacja oraz działania na rzecz swobodnego przepływu towarów, kapitału i siły roboczej doprowadziły do ogromnego skoku cywilizacyjnego. Niemniej, Europa powinna zachować ostrożność. Państwo Środka to przecież wielki gracz, który może zalać Stary Kontynent swoim kapitałem oraz swoimi produktami. Państwa europejskie koniecznie muszą zadbać o ochronę swoich przedsiębiorstw oraz wesprzeć ich ekspansję na terenie Azji. Dopiero wtedy projekt Jednego Pasa Jednej Drogi okaże się koncepcją na zasadzie win – win.

Pewien kawałek tego tortu należy również do Polski, która ze względu na swoje cenne położenie geograficzne stanowi ,,bramę do Europy”. Polski rząd chce wykorzystać tę sytuację chociażby w celu sfinansowania przez chiński kapitał budowy Centralnego Portu Lotniczego. Co więcej, Polska liczy na nowy napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych oraz na ekspansję polskich przedsiębiorstw na rynku Chińskim i na innych rynkach wschodzących w Azji. Nowy Jedwabny Szlak to niewątpliwie wielka szansa dla polskiej gospodarki, zwłaszcza że kolejna perspektywa unijna nie będzie już tak hojna. Strategiczne położenie Polski wpłynęłoby także na wzrost znaczenia naszego kraju na arenie międzynarodowej. Jednak Warszawa, podobnie jak Bruksela, powinna pamiętać o równoczesnej ochronie swoich rodzimych przedsiębiorstw, bowiem chiński kapitał z łatwością może zdominować polski rynek.

Podsumowując, idea Jednego Pasa Jednej Drogi to wielka szansa dla globalnej gospodarki. Niemniej, istotnym, o ile nie najważniejszym aspektem tego konceptu jest polityka, która może determinować osiągnięcie sukcesu. W efekcie z całą pewnością można stwierdzić, że Nowy Jedwabny Szlak to projekt na miarę XXI wieku, nie tylko ze względu na jego skalę, ale również ze względu na liczne akcenty geopolityczne i makroekonomiczne, które znakomicie wkomponowują się w dynamiczne i skomplikowane realia dzisiejszego świata.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Ruszają inwestycje w sektorze MŚP, prognoza ich skali jest najlepsza od 6 lat. To dobry moment także dla tych, którzy zajmują się usługami i rozwiązaniami dla MŚP. Na sukces mogą liczyć jednak tylko ci, którzy mają dostęp do szerokiej oferty i skutecznej pomocy we wdrażaniu produktów do sprzedaży.

Najnowsze wskazanie indeksu inwestycji prowadzonych przez sektor MŚP* pokazuje najlepszy od sześciu lat wynik. Najwięcej inwestować chcą przedsiębiorcy z małych firm, zatrudniających od 10 do 49 pracowników. Osoby biorące udział w badaniu planują więcej inwestycji niemal w każdym z ośmiu przedstawionych obszarów (platforma e-commerce, maszyny i technologie, flota, oprogramowanie, nieruchomości, szkolenia pracownicze, działania reklamowe, zatrudnienie nowych pracowników). Inwestycje w środki trwałe najczęściej będą dotyczyły kupna nowych maszyn, służbowych samochodów oraz oprogramowania.

Rozpędzające się inwestycje oznaczają zwiększony apetyt na kapitał potrzebny do ich sfinansowania. Specjalne oferty dla firm z tej kategorii rozwijają banki, leasingodawcy czy firmy dostarczające wsparcia w windykacji należności. Na rodzącym się trendzie skorzystają też pośrednicy sprzedający usługi finansowe dla firm. Ale nie wszyscy.

– Wiele wskazuje na to, że skończyły się już czasy, kiedy kilka podstawowych produktów kredytowych czy ubezpieczeniowych wystarczyło pośrednikowi do skutecznego funkcjonowania na rynku. Przedsiębiorcy są coraz bardziej świadomi możliwości, jakich dostarcza rynek usług finansowych. Obserwujemy to na swojej działce, widząc jak dynamicznie rośnie zainteresowanie faktoringiem. Łatwo przewidzieć więc, że pośrednicy mający w ofercie także takie usługi mają większe szanse, żeby wsiąść do pociągu z napisem „rosnące zapotrzebowanie na produkty dla MSP” – mówi Gerard Prądzyński Dyrektor Rozwoju Sieci Partnerskiej eFaktor S.A.

Rosnące zainteresowanie przedsiębiorców faktoringiem przyciąga do niego uwagę także pośredników finansowych i agentów ubezpieczeniowych. Niepewność w tych branżach wywołują możliwe zmiany ustawowe. Mogą spowodować konieczność, że zakłady ubezpieczeniowe zaczną wymuszać na agentach jak najniższe wynagrodzenia, co w rezultacie może zachwiać branżą pośrednictwa ubezpieczeniowego i pozbawić pracy wielu agentów. Wiele wskazuje na to, że taki scenariusz nie wejdzie ostatecznie w życie, jednak osoby związane z pośrednictwem ubezpieczeniowym rozglądają się za alternatywnymi produktami. Faktorzy chętnie po nich sięgają.

Jaki partner gwarantuje sukces

Bardzo istotna jest pomoc, jaką pośrednikom przy wdrażaniu produktów firmowych udzielają dostawcy usługi czy rozwiązania dla MSP. Ważny jest nie tylko produkt, ale i organizacja jego wdrożenia do sprzedaży.

W grę mogą wchodzić cykliczne szkolenia partnerów i ich pracowników, wsparcie w zdefiniowaniu kanałów pozyskiwania klienta i szans biznesowych w obszarze działalności partnera, dostęp do sprawnego i intuicyjnego systemu informatycznego, stała opieka w regionie czy bliska współpraca przy procesowaniu spraw.

– Dla sprzedających usługi finansowe do firm MSP bardzo istotna jest elastyczność, bo przecież różne są firmy i różne ich możliwości. Tam, gdzie nie ma proceduralnych wykluczeń ze względu na branżę, okres funkcjonowania na rynku, rodzaj prowadzonej księgowości czy ilość kontrahentów po prostu łatwiej będzie sprawę zakończyć podpisaniem umowy – mówi Gerard Prądzyński z eFaktor S.A.

Szeroka gama modeli finansowania i indywidualne podejście do każdej sprawy to kolejne zalety w oczach pośrednika finansowego. Last but not least  nie można zapomnieć o systemie raportowania prowizji. Tam, gdzie jest on przejrzysty, warunki finansowe atrakcyjne, a wyplata prowizji bardzo szybka pośrednicy finansowi nie będą narzekać.

Źródło: Brandscope

Poszukujący zysków posiadacze oszczędności coraz wyraźniej kierują swoje zainteresowanie na rynek obligacji. Oprócz papierów skarbowych, dostrzegają zalety obligacji firm, oferujących znacznie wyższe oprocentowania, ale także i zdecydowanie większe możliwości wyboru.

Wszystko wskazuje na to, że coraz większe grono posiadaczy oszczędności skłania się do poszukiwania lepszych możliwości niż oferowane przez banki na lokatach. Najbardziej odważni szukają szansy na giełdzie, dysponujący większymi zasobami korzystają z rynku nieruchomości, ale dynamicznie rośnie także zainteresowanie rynkiem papierów dłużnych. W ciągu pierwszych trzech miesięcy roku Polacy kupili obligacje skarbowe za prawie 1,4 mld zł, co stanowi wynik najwyższy od 2008 r. Zachęca do nich niskie ryzyko, ale odsetki są niewiele wyższe niż w przypadku bankowej oferty. O tym, że oczekiwania są większe, świadczy sięgający w pierwszym kwartale aż 1,2 mld zł napływ kapitału do funduszy inwestycyjnych, specjalizujących się w obligacjach przedsiębiorstw. Według Analiz Online, firmy monitorującej rynek funduszy, to o 100 mln zł więcej niż w całym ubiegłym roku. Tak duża dynamika z pewnością nie jest dziełem przypadku i wskazuje na wzrost aktywności oszczędzających, zniecierpliwionych utrzymującymi się na rekordowo niskim poziomie stopami procentowymi i symbolicznymi odsetkami w bankach, które nie są w stanie ochronić kapitału przed powracającą inflacją. Najlepsze fundusze papierów korporacyjnych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy osiągnęły stopy zwrotu przekraczające 4 proc., a wyniki powyżej 3 proc. to bardziej reguła niż wyjątek. Wartość aktywów zgromadzonych w tego typu funduszach sięgała na koniec marca prawie 19 mld zł, a w ciągu dwunastu miesięcy zwiększyły się one o blisko 19 proc. Na tę kwotę składają się także kapitały instytucji finansowych, ale do tej formy przekonują się coraz liczniej także posiadacze oszczędności. Fundusze mają znacznie większe niż inwestorzy indywidualni możliwości skonstruowania zdywersyfikowanego portfela papierów dłużnych oraz zarządzania nim, odpowiednio do zmian warunków rynkowych. Ich zaletą jest obniżenie poziomu ryzyka, ale odbywa się to kosztem ograniczenia wysokości osiąganych zysków. Wynika to także z faktu, że fundusze dysponujące znacznymi kapitałami nie interesują się z reguły emisjami wysokodochodowych obligacji mniejszych firm, choć w tym gronie można znaleźć wiele interesujących możliwości. Na rynku ofert publicznych dominują obligacje deweloperów, firm windykacyjnych oraz banków i instytucji świadczących usługi finansowe (firmy pożyczkowe, zajmujące się faktoringiem itp.). Wbrew pozorom, indywidualni inwestorzy także mają spore możliwości samodzielnego skonstruowania zróżnicowanego portfela obligacji korporacyjnych, nie posiadając ograniczeń typowych dla funduszy. To właśnie wśród małych ofert można znaleźć firmy z różnych branż i o różnym profilu ryzyka. Ograniczając się tylko do ostatnich miesięcy, można wymienić choćby emisję Uniserv-Piecbud, specjalistycznej firmy budowlanej, producenta i dystrybutora gier komputerowych Vivid Games, Columbus Energy, specjalizującą się w montaży ogniw fotowoltaicznych, dystrybutora sprzętu sportowego Bikershop, czy świadczącej usługi kadrowe i outsourcingu procesów biznesowych spółki Loyd. W przypadku każdej z nich można liczyć na odsetki sięgające 8-9 proc. Tego typu ofert z pewnością nie zabraknie w przyszłości i mogą cieszyć się dużą popularnością, tym bardziej, że wciąż brakuje dużych ofert publicznych.

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

W ciągu dekady Polacy podwoili kwotę swoich oszczędności do 1,2 bln zł. Aż 59 proc. tych środków ulokowanych jest w bankach. Pomimo bardzo niskiego oprocentowania depozytów, Polacy nadal stronią od produktów inwestycyjnych. Czy to wciąż konsekwencja kryzysu sprzed dziewięciu lat? Już czas, aby pozwolić pieniądzom zarabiać. Rynek jest dzisiaj w zupełnie innym miejscu niż w 2008 r.

Historia rynku funduszy inwestycyjnych zatoczyła koło. Na koniec 2016 r. towarzystwa funduszy inwestycyjnych (TFI) zarządzały aktywami o wartości  147,4 mld zł. To niemal tyle samo co w grudniu 2007 r. Pod względem wartości napływów do TFI ubiegły rok był najlepszy w całej 25-letniej historii branży inwestycyjnej w Polsce.

Na koniec 2007 r. Polacy trzymali w funduszach 16 proc.  swoich środków. Na depozytach procentowało wówczas 38,6 proc. wszystkich oszczędności. Potem przyszedł kryzysowy 2008 r. niemalże demolując rynek TFI. Wartość aktywów w ciągu roku skurczyła się aż o 45 proc. do 73,7 mld zł, głównie przez spadek cen aktywów na rynkach finansowych, ale w dużej mierze również wskutek gwałtownej ucieczki klientów z funduszy, którzy umorzyli jednostki uczestnictwa o wartości 25,8 mld zł.

Inflacja zjada oszczędności

Mówi się, że pamięć inwestora wynosi 5 lat. Po tym czasie zapomina on o poniesionych wcześniej stratach i powraca do aktywnej gry na rynku. Czy w Polsce okres rekonwalescencji będzie trwał  dużo dłużej? – Rynek funduszy powoli odbudowuje się, ale szok kryzysu sprzed blisko dekady wciąż skutecznie powstrzymuje wielu przed odważniejszym inwestowaniem pieniędzy, od lat wybierają oni wyłącznie bezpieczne depozyty – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej w Deutsche Bank. Na koniec 2008 r. udział funduszy w oszczędnościach gospodarstw domowych wyniósł tylko 6,3 proc., a depozytów 49 proc. Łączna wartość wolnych środków do dyspozycji (gotówka, rachunki bieżące, terminowe, fundusze krajowe i zagraniczne, bony oraz obligacje) wyniosła wówczas 680 mld zł.- W ciągu dziewięciu lat Polacy podwoili swoje oszczędności. Szybciej jednak rosła wartość depozytów niż środków wpłaconych do funduszy inwestycyjnych – wyjaśnia Monika Szlosek.

Na koniec III kwartału 2016 r. oszczędności miały wartość 1 228 mld zł. Ich struktura zmieniła się tylko nieznacznie. W funduszach trzymamy 10,6 proc. kapitału. Na lokatach spoczywa aż 59 proc. oszczędności. Przy czym, jak pokazują dane NBP, mniej niż połowa z nich faktycznie pracuje. 322 mld zł Polacy wpłacili na lokaty terminowe. 401 mld zł znajduje się na depozytach bieżących, symbolicznie oprocentowanych lub nieoprocentowanych w ogóle.

Zresztą odsetki od terminowych lokat również spadły do bardzo niskich poziomów i w III kwartale 2016 r. wyniosły 1,4 proc. Przy tak niskich zyskach depozyt przestał pełnić funkcję, jaką z powodzeniem pełnił od czasu kryzysu: ochrony kapitału przed inflacją. W tym roku po raz pierwszy od lat inflacja wyprzedziła odsetki z lokat. W styczniu ceny wzrosły do 1,8 proc., czyli powyżej średniej oprocentowania dla lokat na krótkie terminy, które według NBP wnosi 1,7 proc. (więcej niż dla lokat o dłuższym terminie zapadalności).

Mówiąc obrazowo, jeśli ktoś trzyma w gotówce 1000 zł, to realna wartość pieniędzy jest o 18 zł mniejsza niż przed rokiem. Jeśli ktoś wpłacił środki na lokatę, to przyniosła mu ona około 15 zł odsetek. Zatem pieniądze na lokacie również nie zachowały wartości sprzed roku – mówi Monika Szlosek, ekspertka Deutsche Bank.

Lepiej z inflacją radzą sobie fundusze inwestycyjne, choć nie wszystkie. Według serwisu analizy.pl wszystkie fundusze polskie (publiczne i niepubliczne) wypracowały w 2016 r. zwroty w wysokości 6,7 proc. Najlepiej zachowywały się aktywa niepubliczne, gdzie wzrosty wyniosły 5,6 proc. O 2,9 proc. wzrosła wartość funduszy absolutnej stopy zwrotu, a funduszy obligacji o 2,2 proc. Fundusze gotówkowe zyskały 2,2 proc., pod kreską znalazły się fundusze akcji: -14 proc. oraz mieszane -7,8 proc.

Dobór właściwego miksu

Są to jednak dane uśrednione, mocno spłaszczające obraz rynku. Obecnie dobre fundusze osiągają wyniki często lepsze niż w 2006 r., kiedy fundusze akcyjne, uniwersalnej strategii osiągały 40-procentowe dynamiki, a fundusze akcji małych i średnich firm +70 proc. Najlepsze krajowe fundusze surowcowe osiągnęły w ostatnich 12 miesiącach wzrosty rzędu 80 proc. a najlepsze strategie inwestycji w krajowe „MiŚ-ie” przyniosły zwroty w wysokości 46 proc.

Po przeciwnej stronie mamy oczywiście fundusze osiągające niższe lub nawet ujemne dynamiki. Obraz rynku jest złożony, oferta jest jednak bardzo bogata, a historia inwestycji na tyle długa, że można wybrać produkt o najbardziej satysfakcjonujących nas parametrach, pamiętając o odpowiedniej dywersyfikacji portfela i takim doborze aktywów, który w przypadku strat w jednej kategorii, może pozwolić na zysk w innej – mówi Monika Szlosek. – Pomocna może być platforma db Navi, która ułatwia porównanie i selekcję funduszy, a następnie budowę portfela zgodnie z indywidualnymi oczekiwaniami inwestora. Informacje na temat poszczególnych funduszy, przejrzyste kryteria porównywania i prezentacja w formie wykresów pomagają dokonać świadomego wyboru – wyjaśnia ekspertka Deutsche Bank.

Główna obawa związana z inwestowaniem w fundusze wynika z lęku przed powtórką z 2008 r., kiedy jednostki funduszy straciły blisko połowę wartości. – Trzeba jednak pamiętać, że inwestorzy lokowali wówczas pieniądze głównie na niebywale rosnącym rynku akcyjnym. Dzisiaj oferta funduszy jest bez porównania bogatsza i obejmuje wiele różnorodnych aktywów, zachowujących się odmiennie w tych samych warunkach ekonomicznych – tłumaczy Monika Szlosek.

Strategia inwestowania w jedno aktywo obarczona jest dużym ryzykiem poniesienia straty. Jeśli np. ktoś na fali „gorączki złota” zainwestował w instrumenty rynku metali szlachetnych pod koniec ubiegłego roku, naraził się na niemały stres, bo wyniki wcale nie były tak oczywiste jak na początku roku. Jeśli ktoś wybrał i złoto i aktywa firm surowcowych, których ceny poszły w ostatnich miesiącach istotnie w górę, zbudował bardziej zrównoważony portfel.

Aktywne zarządzanie portfelem i dywersyfikacja inwestycji jest podstawą sukcesu indywidualnego inwestora. Dzięki szerokiej ofercie i dużemu wyborowi funduszy, nie tylko krajowych,  ale także zagranicznych oferujących inwestycje w polskiej walucie oraz euro czy dolarze, nasi klienci mają możliwość  zbudowania  portfela najlepiej dopasowanego do ich potrzeb – komentuje Monika Szlosek z Deutsche Bank.

Z danych Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami wynika, że największą popularnością wśród inwestorów na początku tego roku cieszą się fundusze absolutnej stopy zwrotu: trafiła do nich co trzecia złotówka z 1,5 mld zł jakie w lutym trafiło na rynek funduszy, 300 mln zł pozyskały fundusze akcyjne. To dwa razy większa suma niż w styczniu. Fundusze dłużne przyciągnęły 400 mln zł dodatkowych środków. Pieniądze płynął do funduszy na fali hossy, która ogarnęła polski rynek akcyjny. W lutym WIG zyskał 5,6 proc. i był to najlepszy wynik ze wszystkich indeksów na świecie.

Komentarz:  Monika Szlosek z Deutsche Bank

Najtańszych ofert mieszkaniowych na rynku poszukują młodzi single i inwestorzy, którzy planują zarabiać na wynajmie. W Warszawie można je znaleźć w cenie od 150 tys. zł   

Popyt na nowe mieszkania nie słabnie. Jeśli sprzedaż utrzyma się na podobnym poziomie, jak w pierwszych trzech miesiącach bieżącego roku, deweloperzy mają szansę pobić ubiegłoroczny rekord. Z raportów rynkowych wynika, że w pierwszym kwartale tego roku firmy deweloperskie sprzedały w Warszawie ponad 8 tys. mieszkań, podczas gdy w tym samym okresie rok temu nabywców znalazło 5,8 tys. mieszkań.

Podłożem boomu na rynku mieszkaniowym jest dobra koniunktura gospodarcza w kraju, która sprzyja bogaceniu się Polaków, a także utrzymujące się od dawna niskie stopy procentowe, dzięki którym notowane jest najniższe w historii oprocentowanie kredytów. Stopy procentowe decydują również o niskiej zyskowności lokat, stąd kapitał wycofywany z banków wpływa na rynek mieszkaniowy.

W Warszawie, gdzie ceny mieszkań należą do najwyższych w Polsce, jednymi z najbardziej poszukiwanych są najtańsze oferty na rynku. Mieszkania o najmniejszych metrażach cieszą się największym powodzeniem wśród młodych singli i inwestorów kupujących lokale z przeznaczeniem na wynajem. Największe wzięcie mają kawalerki o powierzchni do 30 mkw. W budynkach, które powstają w centrum miasta wyprzedają się jako pierwsze, znikają od razu, kiedy oferta trafia na rynek.

Kawalerki trzymają cenę

Z ostatnich danych NBP wynika, że za 30 metrową używaną kawalerkę w Warszawie trzeba zapłacić ok. 217 tys. zł, a na nowy lokal o podobnym metrażu kosztuje 231 tys. zł. Nieruchomości zlokalizowane w centrum są jednak droższe. Żeby kupić jednopokojowy lokal w centralnym obszarze miasta trzeba wydać co najmniej 10 tys. zł za mkw. W najnowszych budynkach ceny są jeszcze wyższe, kształtują się na poziomie kilkunastu tysięcy złotych za metr.

Chcąc kupić małą kawalerkę w atrakcyjnym, śródmiejskim rejonie Warszawy trzeba być przygotowanym na wydatek co najmniej 280 tys. zł. A za studio w budynku w wysokim standardzie trzeba zapłacić często nawet dwa razy tyle.

W najtańszej stołecznej dzielnicy – Białołęce najmniejsze jednopokojowe mieszkania na rynku deweloperskim oferowane są w cenie około 200 tys. zł i nie ma ich w ofercie zbyt wiele. W inwestycjach na obrzeżach miasta, gdzie nabywcami mieszkań są przeważnie rodziny z dziećmi kupujące lokale dla własnego użytku, udział kawalerek w ofercie jest skromny.

Znaczna część takich mieszkań w Warszawie znajduje się w budynkach z wielkiej płyty, które skądinąd zlokalizowane są niejednokrotnie w ciekawych miejscach w Śródmieściu, na bliskiej Woli, czy Bielanach. W rejonach oferujących pełną infrastrukturę miejską, doskonale skomunikowanych, a często także w bezpośrednim sąsiedztwie metra.

Najtańsze najbardziej poszukiwane

Projektowane w czasie PRL-u lokale jednopokojowe są nieraz naprawdę małe, niektóre nie mają więcej niż 15 mkw.  Właśnie w tzw. gierkowskich budynkach znajdą najtańsze mieszkania osoby poszukujące ekonomicznych ofert, choć ich ceny bywają też mocno zróżnicowane. Na Bielanach, czy Białołęce ceny takich mieszkań w zależności standardu nieruchomości i lokalizacji wahają się od 150 do 170 tys. zł. W ścisłym centrum Warszawy stawki ofertowe znacznie przekraczają 200 tys. zł.

Powierzchnia budowanych dziś kawalerek rzadko jest większa niż 30 mkw. Lokale o metrażu większym o kilka metrów to często już mieszkania dwupokojowe. Największy wybór nowych kawalerek  oferują te dzielnice, w których najwięcej się buduje, tj. Wola i Mokotów. Studia powstające w inwestycjach z wyższej półki są zwykle dużo większe, od ponad 40 mkw. do nawet 100 mkw. Podobnie jest w przypadku odrestaurowanych śródmiejskich kamienic, w których raczej nie znajdziemy jednopokojowych mieszkań o wielkości 20, czy 30 mkw.

Projektowanie pod inwestorów

Mikro lokale dostępne są natomiast w nowych, dobrze zlokalizowanych inwestycjach, które deweloperzy przygotowują przede wszystkim z myślą o inwestorach. Takie projekty powstają na warszawskich Odolanach, czy Muranowie. Jeden z budynków, w którym zaprojektowane zostały mikro-apartamenty rośnie jest przy ulicy Pawiej. W inwestycji Studio Centrum lokale o podwyższonym standardzie, których średnia powierzchnia wynosi około 25 mkw., można kupić w cenie od 180 tys. zł netto.

Przedstawiciele dewelopera przyznają, że kupowane są przede wszystkim przez inwestorów, którzy planują je wynajmować. – W przypadku zakupów inwestycyjnych kluczowa jest lokalizacja. Inwestorzy wybierają najlepiej usytuowane mieszkania w najniższej cenie. Mogą wtedy uzyskać najwyższą stopę zwrotu z inwestycji – tłumaczy Tomasz Sadłocha, członek zarządu Ochnik Development. Zaznacza, że lokale w projekcie Studio Centrum bardzo często nabywane są na firmy, ponieważ umożliwia to klientom odliczenie podatku VAT i wpisanie w koszty wykończenia lokalu.

Zysk z wynajmu

Chętnych do inwestowania w nowe mieszkania z roku na rok przybywa. Nie brakuje także osób zainteresowanych wynajem mieszkań w Warszawie. To w końcu największy rynek pracy i największy ośrodek edukacyjny w Polsce. Rozwija się tu także turystyczny i biznesowy najem krótkoterminowy. Poza tym, coraz więcej osób odchodzi od kupowania nieruchomości na własność na rzecz wynajmu.

Najbardziej poszukiwane przez najemców są małe lokale w centrum miasta lub przy linii metra. Czynsze najmu utrzymują się na wysokim poziomie. Średni koszt wynajęcia kawalerki w Warszawie wynosi ok. 1700 zł za miesiąc. W Śródmieściu stawki są wyższe, sięgają 2300-2400 zł. Tyle trzeba zapłacić za wynajęcie jednopokojowego lokalu w nowym budynku.

Ceny najmu w ostatnich latach rosły. Nie jest to jednak wynikiem podwyżek, ale zmiany struktury mieszkań, które trafiają na rynek najmu. Pojawia się na nim coraz więcej nowych lokali o wysokim standardzie, a średnia stawka za wynajem wzrasta wraz z jakością oferowanych mieszkań.

Warszawski rynek najmu od wielu lat systematycznie się rozbudowuje. Głównie dzięki inwestorom indywidualnym, którzy kupują mieszkania za gotówkę. Inwestowanie w nieruchomości jest dużo bardziej opłacalne niż zakup papierów wartościowych, czy lokowanie kapitału w banku. Stopa zwrotu z inwestycji w mieszkania na wynajem wynosi w Warszawie około 6 proc. rocznie. Ponadto, w przypadku takiej inwestycji dodatkowy zysk może przynieść w dłuższej perspektywie wzrost wartości nieruchomości.

 

 

Autor: Ochnik Development

Skokowy powrót inflacji radykalnie zmienia sytuację na rynku detalicznych obligacji skarbowych. Oszczędzający coraz chętniej kupują papiery indeksowane wskaźnikiem inflacji kosztem tych o stałym oprocentowaniu.

Obserwacja tego, co dzieje się na rynku obligacji skarbowych, prowadzi do dwóch bardzo jednoznacznych wniosków. Po pierwsze, dynamicznie rośnie zainteresowanie oszczędzających zakupami tych papierów, po drugie, zdecydowanie zwiększa się popyt na obligacje chroniące przed inflacją, przy malejącym udziale papierów o stałym oprocentowaniu. W pierwszym kwartale Ministerstwo Finansów sprzedało na rynku detalicznym obligacje skarbowe o wartości prawie 1,4 mld zł. Gdyby taka dynamika utrzymała się w kolejnych miesiącach, zdecydowanie przekroczony zostałby ubiegłoroczny wynik, zamykający się kwotą 4,6 mld zł, najwyższy od zanotowanego w 2008 r., gdy w reakcji na kryzys finansowy, kapitał przenoszony był do najbardziej bezpiecznych instrumentów finansowych. Obecnie wzmożony popyt na obligacje nie wynika jednak z obaw przed kolejnym kryzysem, lecz powodowany jest poszukiwaniem bardziej atrakcyjnych niż lokaty bankowe, możliwości lokowania oszczędności. Przy wynoszącym 1,5 proc. średnim oprocentowaniu lokat, sięgające od 2,1 do 2,7 proc. odsetki oferowane przez papiery skarbowe, są w stanie zachęcić wiele osób do skorzystania z tej okazji. Oprócz tego argumentu, jest jeszcze jeden powód zwiększonego zainteresowania oszczędzający zakupem obligacji, czyli rosnąca skokowo inflacja.

Od kilku lat, aż do października ubiegłego roku, największym zainteresowaniem oszczędzających cieszyły się dwuletnie papiery o stałym oprocentowaniu. Ich udział w sprzedaży obligacji detalicznych ogółem, sięgał w ciągu ostatnich dwóch lat od 60 do 83 proc. Warto zauważyć, że spośród wszystkich rodzajów obligacji skarbowych, dwulatki charakteryzowały się jednocześnie najniższym oprocentowaniem. Magnesem przyciągającym nabywców był krótki okres zaangażowania kapitału (pozostałe wymagają zamrożenia kapitału na okres od 3 do 10 lat) oraz niezmienna w całym okresie wysokość odsetek. Te dwie cechy przesądzały o ich atrakcyjności, nawet kosztem nieco niższego oprocentowania.

Wybór tych obligacji był najbardziej racjonalną decyzją w warunkach spadających stóp procentowych, które osiągnęły poziom najniższy w historii, a wiele wskazywało na to, że mogą jeszcze bardziej pójść w dół. Dodatkowym czynnikiem, przemawiającym za tymi papierami, była obniżająca się inflacja. Rada Polityki Pieniężnej rozpoczęła cykl obniżek stóp procentowych jesienią 2012 r. W tym samym czasie zaczęła się spadkowa tendencja inflacji. I od tego momentu rosła popularność obligacji dwuletnich. W 2012 r. udział dwulatek i papierów czteroletnich indeksowanych wskaźnikiem inflacji był niemal identyczny i sięgał po około 30 proc. sprzedaży ogółem. Rok później sprzedaż tych ostatnich zmniejszyła się do niespełna 17 proc., a dwulatek wzrosła do prawie 37 proc. W kolejnych latach różnica ta przechylała się jeszcze mocniej na korzyść obligacji dwuletnich. Działo się tak aż do października 2016 r., gdy można już było spodziewać się, że Rada Polityki Pieniężnej stóp nie obniży i raczej będzie się zastawiać nad ich podwyższeniem, a powrót inflacji był niemal pewny. Styczniowy skok wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych do 1,8 proc. i lutowa poprawka do 2,2 proc., przesądziły sprawę i udział w sprzedaży obligacji indeksowanych inflacją dynamicznie się zwiększył, przekraczając w marcu 45 proc., podczas gdy jeszcze w listopadzie 2016 r. sięgał zaledwie 17 proc. Perspektywa utrzymywania się inflacji w okolicach 2 proc. z prawdopodobną tendencją zwyżkową w kolejnych latach, będzie powodowała spadek atrakcyjności obligacji dwuletnich o stałym oprocentowaniu (obecnie odsetki w ich przypadku wynoszą 2,1 proc. w skali roku) i wzmacniała zainteresowanie papierami czteroletnimi, indeksowanymi wskaźnikiem inflacji (zapewniają one 1,25 punktu procentowego powyżej inflacji).

Presja inflacyjna jest jeszcze zbyt słaba, by wpłynąć na sytuację na rynku obligacji korporacyjnych. Oprocentowanie dominujących na nim papierów o oprocentowaniu zmiennym, opierającym się na stawkach WIBOR, wynosi 4-5 proc. skutecznie chroniąc przed inflacją, zaś odsetki w przypadku papierów o stałym oprocentowaniu sięgają 7-9 proc., dając jeszcze większy bufor.

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Jeśli prześledzimy globalne przepływy kapitału pomiędzy funduszami ETF zauważymy, że od kilku tygodni trwa wyhamowanie napływów na amerykański rynek akcji. W ostatnich dniach mieliśmy nawet do czynienia z odpływem kapitału z USA. To znacząca zmiana, ponieważ od wyboru Donalda Trumpa w listopadzie ubiegłego roku aż do lutego, popyt na amerykańskie akcje był bardzo silny. Głównym powodem wycofywania kapitału z USA jest rozczarowanie inwestorów tempem realizacji reform przez gabinet prezydenta Trumpa (ostatnia porażka w Kongresie w sprawie reformy „Obamacare”). Gospodarka USA jest bowiem wciąż w dobrej kondycji.

Kapitał płynie na europejski rynek akcji

Rynek nie znosi próżni, więc naturalnym jest, że odpływy kapitału w jednym miejscu powodują napływy w drugim. Korzystają na tym giełdy europejskie. Ten trend bardzo wyraźnie widać w stopach zwrotu z akcji. Zainteresowanie inwestorów akcjami spółek z Europy jest przy tym uzasadnione – i to pomimo tlących się jeszcze ryzyk politycznych.

Europejska gospodarka znajduje się obecnie w fazie przechodzenia z rewizji negatywnych do pozytywnych. Oczywiście nie mamy pewności, czy poprawa danych gospodarczych w Europie będzie długotrwała, jednak wiele na to wskazuje. Choćby wciąż wysokie odczyty wskaźników koniunktury w przemyśle (PMI) dla krajów strefy euro oraz coraz lepsze wyniki spółek europejskich i związane z nimi pozytywne rewizje przyszłych zysków. A to zachęca do inwestowania na europejskich parkietach.

Autor: Robert Ślepaczuk, szef inwestycji ilościowych Union Investment TFI

Oszczędzanie nie jest łatwe. Tymczasem odkładanie choćby małej sumy pieniędzy daje nie tylko wzrastające oszczędności, ale dodatkowo satysfakcję. Może poprawiać nasz nastrój i zwiększyć poziom odczuwanego bezpieczeństwa.

Jak zatem zmotywować się do odkładania pieniędzy? Podobno nie ważne jest, ile odkładamy, ale że w ogóle podejmujemy takie działanie. Na różnych blogach finansowych aż roi się od porad jak zaoszczędzić 200 zł miesięcznie, na czym zaoszczędzić i jak później inwestować.

Osoby pracujące z anonimowymi dłużnikami przekonują, że nawet w sytuacji niskich dochodów, czy długu warto zacząć oszczędzać. To wpływa na poczucie bezpieczeństwa, które sami sobie budujemy.

„Zacznij od niewielkich kwot – 1-2 proc. swoich dochodów, potem zwiększaj oszczędności aż do co najmniej 10 proc. swoich dochodów” – radzi Roman, jeden z anonimowych dłużników, Wspólnoty 12-krokowej, która pomaga osobom zadłużonym, ale także jej członkowie pracują nad zmianą schematów myślenia dotyczących pieniędzy.

Bo tak naprawdę oszczędzanie to sposób podejścia do naszych finansów i sposób myślenia. Warto podejść do oszczędności z hasłem „Najpierw płacę sobie” i potraktować ten kapitał jako swoje własne wynagrodzenie, które nie jest przeznaczane na bieżące potrzeby. Warto też określić sobie cel oszczędności: podróż, kupno nowego samochodu czy inwestycja w edukację dziecka.

Oszczędzać można na różne sposoby, np. w „skarbonce”, na specjalnym rachunku oszczędnościowym, w postaci innych aktywów. Całkiem konkretnie wygląda usługa niektórych banków, które oferują tzw. usługę zaokrąglania sumy w przypadku zakupów. Po jakimś czasie może się uzbierać całkiem pokaźna kwota.

Oszczędzając „aktywnie” czyli składając nasze pieniądze np. na rachunku w banku, ten może potem część naszych zgromadzonych środków pożyczyć inwestorom. Dzięki temu możemy się przyczynić do rozwoju gospodarczego. Oszczędzają „biernie” – do skarbonki, sejfu – nie powiększamy oszczędności w gospodarce.

„To musi stać się nawykiem” – uważają specjaliści w dziedzinie finansów. Kiedy naprawdę zauważymy, jak oszczędności wpływają na nasze samopoczucie i budują „portfel przyszłości”, możemy znaleźć w sobie dodatkową motywację do oszczędzania.

A jak wygląda zdrowe finansowo gospodarstwo domowe? Próbowali to zbadać badacze w Diagnozie Społecznej w 2015 r. Zastosowali metodę, zgodnie z którą ocenili, że dobrze zarządzane gospodarstwo domowe posiada nadwyżki dochodu przekraczające 30 proc., bez opóźnień opłaca rachunki i raty kredytów oraz deklaruje, że starcza pieniędzy na wszystko.

W perspektywie średniookresowej warto przygotować gospodarstwo domowe na niespodziewane wydatki. „Zdrowe finansowo gospodarstwo domowe powinno mieć oszczędności stanowiące `poduszkę` bezpieczeństwa oraz powinno być ubezpieczone”– czytamy w diagnozie.

Za najlepiej przygotowanie na niespodziewane wydatki gospodarstwo badacze uznali takie, którego oszczędności przekraczały wartość sześciomiesięcznych dochodów, łączne raty kredytów nie przekraczały 40 proc. dochodów, dom/mieszkanie było ubezpieczone oraz głowa rodziny posiadała ubezpieczenie na życie.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Kryzys gospodarczy i zawirowania na rynkach finansowych to czas poważnej próby dla inwestorów. Kto ulegnie emocjom i zacznie np. pospiesznie wyprzedawać akcje, może bardzo wiele stracić. Z kolei kupowanie w kryzysowych realiach, choć bywa ryzykowne, może się opłacić. Czym warto się kierować, podejmując decyzje inwestycyjne – wyjaśnia Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Kryzysy i załamania gospodarcze najczęściej występują niespodziewanie, wywołując trudne do przewidzenia skutki. Widmo kryzysu sprawia, że ceny akcji często spadają poniżej ich rzeczywistej wartości. Zdarza się wtedy, że ludzie, postawieni przed wizją znacznych strat finansowych, podejmują mało racjonalne decyzje.

Gdy jedni się boją, drudzy inwestują

Jak nietrudno się domyślić, sprzedawanie w takich warunkach może okazać się kiepskim pomysłem. Inwestorzy bardzo często popełniają błąd, który polega na zbyt długim przetrzymywaniu tracących na wartości aktywów, by w końcu zostały one wystawione na sprzedaż w chwili, gdy ceny spadają bardzo nisko. Prawdopodobnie takie reakcje – co tłumaczy też ekonomia behawioralna – wynikają z faktu, że o wiele mocniej odczuwamy utratę kapitału niż poczucie satysfakcji z zysku na tym samym poziomie.

Kupowanie w warunkach kryzysu może się opłacać, ale oczywiście pociąga za sobą spore ryzyko. Zawsze może się okazać, że sytuacja pogorszyć się jeszcze bardziej. Warto jednak pamiętać, że kiedy negatywne emocje na rynkach już opadną, czynniki fundamentalne, determinujące stan gospodarek (jak np. wzrost gospodarczy, zadłużenie, poziom stóp procentowych), zaczną odgrywać coraz większą rolę i wyceny akcji wrócą do normy.

Dobry przykład takiej sytuacji mogliśmy zaobserwować po wygranej Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA. Nie był to kryzys, niemniej chaos powyborczej nocy i powyborczego dnia wdarł się na rynki. Indeksy europejskie i kontrakty na indeksy amerykańskie traciły początkowo nawet o ok. 5 proc.

Tymczasem Carl Icahn, 52. na liście najbogatszych ludzi świata, powiedział w wywiadzie dla agencji informacyjnej Bloomberg, że gdy zobaczył, jak giełdy nurkują, wyszedł z imprezy na cześć zwycięstwa Trumpa i wydał miliard dolarów (tyle udało mu się w tak krótkim czasie zorganizować) na akcje. Icahn się nie pomylił. Po gwałtownej przecenie ceny akcji zaczęły piąć się w górę, a główny amerykański indeks Dow Jones 30 w parę dni osiągnął historyczne rekordy.

Jak wypełnić portfel, aby skorzystać z okazji

Sytuacja z pierwszych godzin po triumfie Donalda Trumpa stanowi dość skrajny przykład, ale dobrze obrazuje pewien rodzaj zachowania inwestycyjnego. Aby móc wykorzystywać takie okazje podczas kryzysu czy innych zawirowań na rynku, należy posiadać wolne środki i nie bać się inwestować w ten sposób. To prowadzi do takiego konstruowania portfela inwestycyjnego, który z jednej strony jest nieco bardziej odporny na takie wydarzenia, a z drugiej strony umożliwia kupno dodatkowych aktywów po atrakcyjnych cenach, które mogą zapewnić w przyszłości ponadprzeciętne zyski.

Choć strategię inwestycyjną w idealnym przypadku powinno się dla każdego konstruować indywidualnie, by jak najlepiej odzwierciedlać cele, horyzont czasowy czy skłonności do ryzyka, to możemy wyodrębnić pewne uniwersalne reguły. Inwestując, powinniśmy przede wszystkim myśleć o dłuższym horyzoncie czasowym. W perspektywie np. kilkudziesięciu lat, chwilowe zawirowania  wpłyną na nasz kapitał w sposób ograniczony.

Poszczególne składowe, tworzące całość naszych inwestycji, powinny być przede wszystkim jak najmniej skorelowane ze sobą. Powoduje to zmniejszenie ogólnego ryzyka utraty wartości portfela inwestycyjnego. Poza bardziej ryzykownymi elementami, np. akcjami czy funduszami akcji, dającymi potencjalnie wyższą stopę zwrotu w dłuższym horyzoncie czasowym, dobrym pomysłem może być zabezpieczenie swojego kapitału aktywami, które historycznie notują relatywnie dobre wyniki w czasach kryzysu. Można zaliczyć do nich m.in. złoto, srebro, bony skarbowe rządu USA, jena japońskiego czy franka szwajcarskiego.

Choć w okresach globalnego wzrostu na rynkach notowania metali szlachetnych czy walut mogą nie przynosić znacznych zysków (wkalkulowane są nawet lekkie straty), można o nich myśleć jak o ubezpieczeniu. Zwykle decydujemy się na wykup polisy ubezpieczeniowej domu, choć mamy nadzieję, że nigdy nie będziemy z niej korzystać.

Na niepewne czasy przydaje się szybki dostęp do gotówki

Można też oczywiście bardziej aktywnie podchodzić do zarządzania swoim kapitałem i zmieniać udział  bezpieczniejszych instrumentów w zależności od bieżącej sytuacji rynkowej i naszych oczekiwań co do przyszłości. Gdy panuje większa niepewność i nerwowość na rynkach lub gdy perspektywy wzrostu się pogarszają, optymalnym rozwiązaniem może okazać się zwiększenie ich udziału. W takich przypadkach można też posłużyć się bardziej zaawansowanymi formami ochrony ryzykownej części kapitału – jak np. strategie long/short. Można także wykorzystywać instrumenty pochodne, np. opcje (m.in. protective put dla akcji – płacąc z wyprzedzeniem premię za możliwość znacznego ograniczenia strat).

Istotne jest, aby część zgromadzonego kapitału można było relatywnie łatwo i szybko zamienić na gotówkę. Trzymanie większej części inwestycji w gotówce podczas zwiększonej niepewności może dawać dwie zasadnicze korzyści. Po pierwsze, możemy w ten sposób znacznie ograniczyć potencjalne straty, po drugie zyskujemy opcje zakupu aktywów (np. akcji) po bardzo niskiej cenie, często poniżej ich rzeczywistej wartości. Gdy na rynku rozpocznie się okres wzrostu, możemy wtedy osiągać ponadprzeciętne zyski.

Miejmy nadzieję na najlepsze, przygotowujmy się na najgorsze

Niestety, kryzysy i załamania gospodarcze – jak pokazują ostatnie lata – występują relatywnie często. Założenie, że nas nic takiego nie dotknie, wydaje się dość naiwne. Dlatego warto przygotować się na negatywne reakcje rynku, aby chronić nasz kapitał i wykorzystywać nadarzające się okazje. Kluczem do tego jest dobrze zdywersyfikowany portfel, składający się nie tylko z akcji czy obligacji, ale też z alternatywnych inwestycji (np. złota, srebra, nieruchomości, kolekcjonerskich monet itp.), gotówki w różnych walutach, opcjonalnie ze strategii zabezpieczających i innych inwestycji.

W trakcie zawirowań rynkowych ludzie są znacznie bardziej narażeni na wpływ dużych emocji, które przeszkadzają w podejmowaniu dobrych decyzji. Jeśli jednak jesteśmy zdyscyplinowani, metodycznie podchodzimy do swoich inwestycji i jesteśmy świadomi zasad, jakimi kieruje się rynek, zwiększa się prawdopodobieństwo uniknięcia strat i nawet osiągnięcia ponadprzeciętnych zysków. Decyzje inwestycyjne powinniśmy podejmować w taki sam sposób, niezależnie od tego czy zyskujemy, czy tracimy, starając się unikać nadmiernego ryzyka, by odzyskać utracony kapitał, ponieważ może to prowadzić do jeszcze większych strat.

Źródło: Cinkciarz.pl

Wiele wskazuje na to, że dobiega końca dywidendowe eldorado, fundowane w ostatnich latach przez spółki notowane na warszawskiej giełdzie. Inwestorzy będą musieli liczyć w większym stopniu na niepewne zyski ze wzrostu cen akcji. Zwolennicy systematycznych wypłat mogą zwrócić się ku obligacjom firm.

W ciągu kilku poprzednich lat, inwestorzy przyzwyczaili się już do tego, że coraz większa liczba giełdowych spółek systematycznie dzieli się z nimi wypracowanymi zyskami. Spory w tym udział miały spółki z udziałem Skarbu Państwa. Będący wiecznie w potrzebie budżet łakomym wzrokiem spoglądał na dodatkowe przychody z dywidend, a przedstawiciele resortów, sprawujących właścicielski nadzór, chętnie podnosili rękę w głosowaniach dotyczących podziału zysków. Rosło też grono firm, które przyjmowały jasną i przewidywalną politykę dywidendową, deklarując jaka część zysku zostanie przeznaczona do podziału między akcjonariuszy.

Od pewnego czasu ten sielankowy obraz ulega wyraźnej zmianie. Choć budżet nadal jest nienasycony, stosunek przedstawicieli rządu do dywidend jest ambiwalentny, a deklaracje zarówno ogólne, jak i dotyczące konkretnych przypadków poszczególnych spółek, a nawet całych branż, niezbyt klarowne, a na dodatek zmienne. W efekcie inwestorzy niczego nie mogą być pewni, a każdy zawód lub choćby zapowiedź dotycząca pozostawienia zysku w spółce, skutkują znaczącym spadkiem notowań akcji. Rosnąca awersja do dzielenia się zyskami jest już wyraźnie widoczna w statystykach. W 2014 r. aż siedemnaście, spośród dwudziestu największych spółek warszawskiego parkietu, wypłaciło dywidendy z zysku wypracowanego w 2013 r. Rok później z tego grona odpadła kolejna firma, a w 2016 r. zyskiem podzieliło się już tylko trzynaście spółek, wchodzących w skład WIG20. Wiele wskazuje na to, że w tym roku ta tendencja będzie kontynuowana. Kilka dni temu zarząd Orange poinformował, że będzie rekomendował walnemu zgromadzeniu akcjonariuszy podjęcie uchwały o nie wypłacaniu dywidendy za ubiegły rok, a przedstawiciel spółki nie wykluczył, że taka sytuacja może się powtórzyć także w kolejnych latach. Do sporego zamieszania doszło też w ubiegłym roku w przypadku Synthosu, drugiej po Orange prywatnej spółki, od lat słynącej z regularnych i hojnych wypłat dywidendy. Pojawiały się bowiem skrajnie sprzeczne deklaracje dotyczące podziału zysku, od dowołania dywidendowej strategii, do przeznaczenia na ten cel pokaźnej, przekraczającej 700 mln zł kwoty. Te perturbacje stawiają pod znakiem zapytania perspektywę na kolejne lata.

Dywidendowe rozterki i niepewność, to jednak głównie domena spółek z udziałem Skarbu Państwa. Największy kłopot dotyczy koncernów energetycznych, w przypadku których chęć dostarczenia pieniędzy budżetowi konkuruje z planami wspomagania spółek górniczych oraz koniecznością dokonywania potężnych inwestycji w moce wytwórcze w najbliższych latach. Z grona dywidendowych pewniaków wykruszają się też banki. To z kolei efekt splotu kilku niekorzystnych czynników, które powodują, że zyski nie pójdą do podziału, lecz pozostaną w księgach, wzmacniając kapitały własne.

Choć stopa dywidendy, czyli stosunek wypłaconego zysku na akcję do zaangażowanego przez inwestora kapitału, liczona dla całego giełdowego rynku, wynosiła w ostatnich latach od 3,1 do 3,9 proc., to w przypadku sporej części dużych firm nie należały do rzadkości dywidendy sięgające 5-8 proc., nie mówiąc o rekordzistach, oferujących incydentalnie nawet kilkunastoprocentową stopę dywidendy.

Paradoksalnie, posiadaczom akcji, liczącym na dywidendy, nie będzie sprzyjała spodziewana poprawa koniunktury gospodarczej. W jej obliczu firmy będą zwiększać wydatki inwestycyjne, a tym samym mniej pieniędzy będą skłonne przeznaczać do podziału. Czas wzmożonych wydatków inwestycyjnych, a więc i zwiększonego zapotrzebowania ze strony firm na kapitał, to jednak doskonała okazja do zarabiania na odsetkach od obligacji korporacyjnych. Wśród emitentów tego typu papierów znajduje się spora grupa firm znanych z giełdowego parkietu, jak również jeszcze bardziej liczne grono spółek, które drogę na rynek kapitałowy zaczynają od emisji obligacji. W tym przypadku zaś odsetki wypłacane są niezależnie od woli spółek, czy ich akcjonariuszy lub udziałowców, a ich wysokość nie jest związana z wypracowywanymi zyskami, lecz zależna między innymi od oceny wiarygodności emitenta i jego determinacji w dążeniu do pozyskania kapitału oraz oczywiście od warunków rynkowych. W zależności od tych czynników, oprocentowanie obligacji waha się od 3 do 9 proc., a najczęściej zawiera się w przedziale 4-6 proc. Jednoczesna obecność kilku firm jednocześnie i na giełdzie i na Catalyst, pozwala na bezpośrednie porównanie oferowanych przez nie stóp dywidendy z wysokością odsetek. Na przykład stopa dywidendy za 2015 r. w przypadku CCC wyniosła około 1,2 proc., zaś odsetki od obligacji tej spółki sięgają 3,3 proc. Dla Eurocash to odpowiednio 1,9 i 3,2 proc. Mniejsze różnice są w przypadku PGE, gdzie stopa dywidendy to około 2,2 proc., a odsetki od obligacji 2,5 proc. Oczywiście można znaleźć także przykłady odwrotnych proporcji, jak w przypadku BZ WBK, oferującego 4,5 proc. stopę dywidendy, a zaledwie 2,8-2,9 proc. odsetek, czy Energi z dywidendą stanowiącą prawie 5 proc. i odsetkami wynoszącymi 3,4 proc. W tych porównaniach należy jednak pamiętać wspomnianych wcześniej uwagach, dotyczących niepewności towarzyszącej wypłacie i wysokości dywidend oraz dużej zmienności notowań akcji spółek na giełdzie, a z drugiej strony o niewielkich wahaniach cen obligacji oraz gwarancji wypłaty odsetek w ustalonej wysokości lub według ściśle określonej formuły.

Źródło: Roman Przasnyski, Główny Analityk Gerda Broker

Miniony piątek był bardzo udany dla krajowego parkietu. Indeks WIG pokonał bowiem zeszłoroczne maksima, a gdyby uwzględnić wypłacane dywidendy, podobny ruch wykonała średnia WIG20. Już wcześniej zrobił to najsilniejszy ostatnio indeks, czyli mWIG40 mierzący koniunkturę w sektorze spółek średnich. Technicy powiedzieliby, że takie zmiany są średnioterminowymi sygnałami kupna zapowiadającymi kontynuację wzrostów w najbliższych miesiącach. Teoretycznie więc byki sytuację kontrolują i ewentualne obawy można schować do kieszeni. Niestety sytuacja nie jest tak prosta i to z kilku powodów. Po pierwsze, w piątek wygasały wrześniowe serie instrumentów pochodnych i z uwagi na to, zmiany tego dnia należy traktować z lekkim przymrużeniem oka. Po drugie, w tym tygodniu kontraktowe obawy zostały potwierdzone, gdyż WIG zanegował opisane wybicie. Po trzecie, wcześniej podobny schemat został przerobiony w całym spektrum rynków wschodzących. Otóż indeks MSCI Emerging Markets na przełomie sierpnia i września pokonał górne ograniczenie konsolidacji, w której tkwił od pamiętnego spadku z sierpnia 2011 roku. Technicy wówczas też mogli mówić o sygnale kupna, który niestety został z kretestem zanegowany. Od maksimum ustanowionego 4 września ów indeks spadł już bowiem o ponad 7%. Rynkom wschodzącym z pewnością szkodzi umacniający się dolar, który negatywnie wpływa na rynek surowców. Stworzony w 1971 roku indeks dolarowy zyskuje na wartości już od 11 tygodni, co jest najdłuższą serią w historii tego indeksu. Na dodatek przebił on ważny opór na wysokości linii łączącej maksima z lat 2005, 2009 oraz 2010. Trwałe przebicie tej linii jest długoterminowym sygnałem kupna waluty amerykańskiej i powinno prowadzić do dalszej jego aprecjacji. Oczywiście ma to swoje negatywne reperkusje dla rynku surowców, a w konsekwencji również parkietów wschodzących, do których Polska wciąż się zalicza.

Warto w tym miejscu zastanowić się z czego siła dolara wynika. Otóż z dwóch czynników. Jeden to wyróżniająca się na tle świata kondycja tamtejszej gospodarki, co tak dobitnie potwierdziły ostatnio opublikowane wstępne odczyty wskaźników PMI. Druga kwestia to oczekiwanie na podwyżki stóp procentowych przez Rezerwę Federalną, podczas gdy w Europie czy Azji dyskusja bardziej koncentruje się na ewentualnym dalszym luzowaniu polityki monetarnej. Co interesujące, historia pokazuje, że Wall Street przeważnie zaczyna korektę na pół roku przed pierwszą podwyżką stóp, którą odrabia dopiero po rozpoczęciu podwyżek kosztu pieniądza. Co to wszystko oznacza? Otóż kapitał zagraniczny, który niedawno rozpędził GPW, może teraz być mniej skłonny do dalszych zakupów. Co prawda nasz rynek nie jest tak mocno wrażliwy na zachowanie całego spektrum surowców, ale nie zmienia to postaci rzeczy, że pałeczkę po zagranicy powinien przejąć kapitał krajowy. W wyniku spodziewanych obniżek stóp procentowych przez RPP jest na to spora szansa, tym niemniej trudno liczyć, że stanie się to z dnia na dzień.

Lukasz_B

Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Eksperci

Masalski: Play wybiera giełdę w najlepszym możliwym momencie

Play, drugi największy operator komórkowy w Polsce pojawi się wkrótce na warszawskim parkiecie. O po...

Ludwiczak: Nadzieja na wysoki wzrost PKB

Po nieco mniej udanych odczytach makroekonomicznych w kwietniu br., maj przyniósł nadzieję na wysoki...

Glonek: Czy można ogłosić upadłość konsumencką dwa razy?

Jednym ze skutków przeprowadzenia postępowania upadłościowego może być umorzenie zobowiązań upadłego...

Rozbicki: Powrót polskiego żubra – repolonizacja stała się faktem

Siódmego czerwca zakończył się kolejny etap repolonizacji polskiego sektora bankowego. Pekao nie jes...

Gontarek: Będzie trudniej o pracowników sezonowych

Wynagrodzenie w maju br. wzrosło o  5,4% r/r. – podał GUS. Niższy od oczekiwanego wzrost zatrudnieni...

WIADOMOŚCI

Lato sprzyja kredytom?

Coraz lepsze nastroje polskich konsumentów przekładają się na rosnące zapotrzebowanie na kredyty kon...

Dynamika lokalnego PKB

Wrocław, Rzeszów i Lublin to najszybciej rozwijające się miasta na przestrzeni ostatnich lat - wynik...

Najbardziej rzetelni finansowo są…

Spośród wszystkich  polskich województw, to mieszkańcy Podkarpacia są najbardziej rzetelni finansowo...

Dowód osobisty online

Ministerstwa: Cyfryzacji oraz Spraw Wewnętrznych i Administracji udostępniły drugą wersję zmienioneg...

500 plus do oceny zdolności czynszowej Mieszkania plus

Planujemy włączyć 500 plus do oceny zdolności czynszowej najemców mieszkań realizowanych w ramach pi...