niedziela, Wrzesień 23, 2018
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "inwestowanie"

inwestowanie

Tylko 4 proc. Polaków skusiłoby się na inwestycję w fundusze, gdyby zysk miał wynieść 10 proc. Reszta boi się stracić oszczędności i woli trzymać je w banku. Tymczasem istnieje mnóstwo sposobów jak zadbać o bezpieczeństwo naszych zasobów i przy tym zarobić, korzystając z możliwości rynku kapitałowego.

Rosyjskie przysłowie „Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana” wśród polskich  inwestorów jest zupełnie niepopularne, bo jesteśmy bardzo konserwatywni, jeśli chodzi o profil ryzyka inwestycyjnego.

Badanie potwierdziło, że gros respondentów trzyma pieniądze w bankach, gdzie oferty sprzyjają lokowaniu w produkty o krótkim terminie zapadalności. „Trzyma” jest właściwym określeniem, ponieważ z wypowiedzi badanych wynika, że jest im dość obojętne, czy to jest lokata czy zwykły rachunek oszczędnościowy.

Zysk ma wtórne znaczenie wobec poczucia bezpieczeństwa, które jest dla Polaków priorytetem. Jest ono rozumiane bardzo wąsko, jako ochrona przed utratą posiadanego kapitału, nawet za cenę utraty potencjalnych zysków. Aż 68 proc. badanych mówi, że trzymanie pieniędzy w banku jest nieopłacalne. Mimo to pieniądze szerokim strumieniem płyną do banków, bo większość Polaków z założenia odrzuca wszelkie instrumenty związane z jakimkolwiek ryzykiem. Jak pokazało badanie BGŻOptima, ok. 7 proc. badanych nie jest w ogóle zainteresowanych produktami inwestycyjnymi i nic nie jest w stanie przekonać ich do przeznaczenia na nie części oszczędności.

Lepszy wróbel w garści

Awersja do ryzyka jest podobna w każdej grupie dochodowej. W sumie aż 81 proc. badanych przedkłada bezpieczeństwo nad zysk. Obawa przed poniesieniem straty jest tak silna, że tylko 4 proc. respondentów zadeklarowało gotowość wejścia w inwestycję bez gwarancji kapitału, gdyby potencjalny zysk wyniósł 10 proc.

Wśród najbezpieczniejszych instrumentów finansowych badani wymienili produkty depozytowe oraz obligacje skarbowe. Równocześnie bardzo nisko w hierarchii bezpieczeństwa umieścili np. zakup jednostek funduszy obligacji, zrównoważonego rozwoju lub uczestnictwo w Pracowniczych Programach Emerytalnych, które z założenia nie są obarczone najwyższym poziomem ryzyka.

Strach ma wielkie oczy

Tymczasem dane historyczne pokazują, że lęk przed rynkiem kapitałowym to strach, który ma wielkie oczy, a to niesprzyja podejmowaniu racjonalnych decyzji. Z analizy wynika, że w minionych pięciu latach na lokacie można było zarobić 14,8 proc., podczas gdy najlepsze fundusze (akcji polskich), zarobiły ponad 30 proc., a WIG poszedł w górę o 44 proc. Interesujące są również wyniki aktywów, przyjmowanych powszechnie za najlepszy sposób na inwestycje. W tym samym czasie wynajem nieruchomości w największych polskich miastach przyniósł zysk na poziomie od 2,36% do 12,35%. Natomiast złoto straciło na wartości aż 25 proc.

Ignorując instrumenty rynku kapitałowego pozbawiamy się tym samym możliwości efektywnego pomnażania oszczędności. Awersja do ryzyka jest zrozumiałą postawą, niemniej istnieje szereg rozwiązań pozwalających ograniczyć ryzyko inwestycyjne, lokując pieniądze w różne instrumenty.

Czego nie wiemy

Tymczasem oferta produktów oszczędnościowych i inwestycyjnych jest bogata i obejmuje zarówno instrumenty bardzo bezpieczne, jak i bardziej ryzykowne. Inwestorzy z dużą awersją do ryzyka, zainteresowani przede wszystkim ochroną kapitału, powinni zapoznać się z zasadami działania lokat strukturyzowanych i lokat z funduszem. Niskim poziomem ryzyka charakteryzują się też wybrane fundusze. Wrzucanie ich wszystkich do jednego worka i opatrywanie etykietą instrumentów wysokiego ryzyka, nie oddaje prawdy o złożoności tego rynku. Mamy bowiem tutaj rozwiązania odpowiednie dla inwestorów o małej tolerancji na ryzyko, a więc fundusze obligacji i fundusze rynku pieniężnego, bardzo płynne, umożliwiające łatwe wyjście z inwestycji. Dalej są fundusze średniego ryzyka, jak obligacji korporacyjnych. Potem dopiero fundusze akcji, przy których potrzebne są już nieco silniejsze nerwy i przede wszystkim dłuższa perspektywa inwestycyjna.

Szkoda tracić szansę

Żelazną zasadą każdego inwestora jest dywersyfikacja portfela w celu zwiększenia szans na zysk, ale też by skuteczniej chronić się na wypadek niepowodzenia, wybór którejś z inwestycji. Trzymanie pieniędzy na koncie bankowym daje poczucie bezpieczeństwa, jednak spokojny sen można zapewnić sobie równie skutecznie poprzez odpowiedni dobór produktów finansowych.

Nie trzeba wszystkich pieniędzy wpłacać do jednego funduszu, można je podzielić między kilka, zachowując większość środków na lokacie bankowej. Od kilku lat oprocentowanie depozytów systematycznie maleje. Szkoda przegapić szansę na dodatkowy zarobek. Niewiele ryzykując można uzyskać interesujący zwrot z kapitału.

 

 

 

Źródło: Najnowsza edycja raportu BGŻOptima „Polak Oszczędny”

Cyfrowa transformacja to znak rozpoznawczy naszych czasów. Dziś przedsiębiorstwa muszą otworzyć się na rzeczywistość zdominowaną przez nowe technologie, gdzie w centrum uwagi zamiast produktu znajduje się konsument. Zmiany te nie ominęły polskiego rynku faktoringu.

Przedsiębiorcy faktoring doceniają przede wszystkim za możliwość zabezpieczenia stałych przepływów finansowych w firmie. Jednak dziś to nie tylko wsparcie dla biznesu, ale także alternatywne źródło inwestowania. Skąd te zmiany na rynku faktoringu?

Cyfrowa transformacja branży

Postępujący rozwój technologiczny wpływa na coraz częstszą wymianę dóbr i usług za pomocą specjalnych serwisów internetowych. W zakresie ekonomii proces ten nazywany jest uberyzacją. Określenie to pochodzi od firmy, która stworzyła aplikację kojarzącą klientów i ludzi oferujących usługi taksówkarskie. Mimo niechęci wielu osób, takie inicjatywy to nasza przyszłość, ponieważ innowacyjne rozwiązania i technologie stają się kluczem do osiągnięcia celów biznesowych. – Należy pamiętać, że jednym z najważniejszych elementów uberyzacji jest znalezienie swojej niszy i odpowiednie uzupełnienie braków w systemie gospodarczym. Idąc w ślady amerykańskiego przedsiębiorstwa postanowiliśmy wprowadzić nowe na polskim rynku, a odnoszące sukces poza granicami naszego kraju, rozwiązanie. Utworzyliśmy więc serwis, który traktuje faktury jako solidny papier wartościowy i w ten sposób rozpoczęliśmy proces uberyzacji polskiego rynku faktoringu –  komentuje Jakub Ananicz, wiceprezes zarządu Faktoramy, pierwszej na polskim rynku platformy umożliwiającej inwestowanie w faktury.

Pomagać i jednocześnie zarabiać

Według danych Polskiego Związku Faktorów w pierwszym kwartale 2017 roku obroty firm z branży faktoringu wyniosły blisko 46 mld zł. Systematycznie zwiększa się również liczba sfinansowanych faktur. Od 2012 roku liczba ta wzrasta o blisko milion w każdym roku. Ostatnie dane potwierdzają więc, że rynek faktoringu w Polsce prężnie się rozwija. To z kolei sprzyja jego uberyzacji i dziś faktoring to już nie tylko jeden z instrumentów służących do zabezpieczenia płynności finansowej przedsiębiorstwa. Obecnie to także alternatywne źródło pomnażania kapitału, które przynosi ponadprzeciętne zyski. – Decydując się na zakup faktur, możemy w bezpieczny sposób pomnożyć swój kapitał. Dodatkowo też wspomagamy tym samym firmy, które mogłyby popaść w kłopoty finansowe. Warto zaznaczyć, że inwestorzy, który zdecydowali się w ten sposób zainwestować fundusze, w ubiegłym roku uzyskali zyski w wysokości 24,5 proc. w skali roku – komentuje wiceprezes zarządu Faktoramy.

Jak to działa?

Faktorem może zostać każdy, kto chce pomnożyć swój kapitał, czyli zarówno osoba fizyczna, jak i przedsiębiorstwo. Wystarczy skorzystać z usług platform aukcyjnych, które umożliwiają sprzedaż faktur. Przed wyborem platformy inwestor powinien jednak sprawdzić, czy umożliwia ona zakup faktur bezspornych. Tylko takie aktywa niwelują ryzyko związane z reklamacjami, potrąceniami za uszkodzony towar czy zwrotem zakupionych artykułów. To z kolei sprawia, że ryzyko związane z inwestowaniem w faktury porównywalne jest do poziomu obligacji korporacyjnych i sprowadza się do ryzyka kredytowego.  –  Istotny jest również fakt, że w przypadku takich inwestycji nie musimy decydować się na zakup od razu całego pakietu faktur. Możemy na początek zakupić jedną fakturę i na podstawie odnotowanych zysków podjąć decyzję, czy dalej chcemy inwestować swoje fundusze w ten sposób – dodaje Jakub Ananicz z Faktoramy.

Inwestowanie w faktury to obecnie jeden z najbezpieczniejszych i najrentowniejszych sposobów pomnażania kapitału. Wysokie, roczne zyski oraz minimalne ryzyko sprawiają, że coraz więcej osób decyduje się na ulokowanie funduszy właśnie w faktury.

 

Źródło: Faktorama

Czy każda „złotówka” przyniesiona do banku przebywa cały czas w banku? Odpowiedź na to pytanie brzmi – nie. Warto jest uświadomić sobie, że polski rynek finansowy i rynek produktów i usług bankowych ulega ciągłej transformacji, czego efektem jest chociażby to, że dziś żaden bank nie jest już pośrednikiem jedynie w przepływie wolnych środków od deponentów do kredytobiorców. Banki stały się dziś pośrednikami również dla innych firm i instytucji finansowych, które przygotowują produkty inwestycyjne i liczą na to, że w zamian za określone wynagrodzenie banki pozwolą im na dostęp swoich klientów.

Oczywiście patrzenie na banki i ich dobór do swojej oferty rozwiązań inwestycyjnych produktów innych instytucji jedynie przez pryzmat potencjalnego wynagrodzenia byłoby dla banków bardzo krzywdzące. Rosnąca konkurencja na rynku produktów inwestycyjnych powoduje, że dane instytucje, w tym banki, starają się w swoim portfolio mieć takie rozwiązania, którymi przyciągną kolejnych klientów, a osiągnięte wyniki inwestycyjne będą efektem definiującym zasadność podjętej współpracy. Sięgają zatem po rozwiązania innych instytucji, w tym m.in. towarzystw funduszy inwestycyjnych, domów maklerskich lub innych banków, by ich oferta produktów inwestycyjnych była możliwie najszersza, i w której każdy inwestor mógłby coś dla siebie znaleźć. Inwestowanie w dostępne w banku instrumenty nie jest zatem zawsze równoznaczne z utrzymywaniem w tym banku pieniędzy. I tak np.:

  • Zakup certyfikatów inwestycyjnych zamkniętego funduszu inwestycyjnego powodować będzie tym samym „wypchnięcie” środków poza bank do zarejestrowanego Funduszu. Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych (TFI), które dany fundusz przygotowało, pełni natomiast rolę administratora wszelkiej dokumentacji związanej z obsługą Funduszu, a bank jest w tym wypadku praktycznie jedynie pośrednikiem w dostarczaniu dokumentów do TFI.
  • Nabycie jednostek otwartego funduszu inwestycyjnego poprzedzone jest otwarciem rejestru w Towarzystwie, do którego fundusz przynależy.

Nabycie w banku lokaty strukturyzowanej w ramach Ubezpieczeniowego Ffunduszu Kapitałowego (UFK) powoduje transfer środków do Towarzystwa Ubezpieczeń, które takową „strukturę” przygotowało i dystrybuuje ją za pośrednictwem banku. Dlatego chociażby inwestor w większości przypadków otrzyma od Towarzystwa Ubezpieczeń (TU) dostęp internetowy do serwisu na stronie TU. Nie zobaczy natomiast pieniędzy i tego instrumentu logując się do swojego konta bankowego.

Bank, pełniąc rolę pośrednika w zawieraniu umów klienta z innymi instytucjami, poprzez odpowiednie dyspozycje klienta, transferuje pieniądze do tych instytucji, by te operowały nimi zgodnie z warunkami nabywanego produktu. Uświadomienie sobie tego jest bardzo ważne, gdyż odtąd zmianie ulega charakter stosunku między klientem a bankiem. Trzeba mieć jednak na uwadze, że bank musi w pierwszej kolejności określić, jaką część oferty może danemu klientowi przedstawić. W tym celu w 2009 r. w Polsce weszły przepisy implementujące Dyrektywę MiFID, będącą elementem prawa Unii Europejskiej i zwiększającą ochronę klientów instytucji dystrybuujących produkty inwestycyjne (w tym banków). Poprzez odpowiedzi udzielane w ankiecie klient zostaje przypisany do jednej z trzech kategorii i stosownie do niej klient musi mieć zapewnione odpowiednie informacje o poszczególnych produktach, aby dać mu możliwość zrozumienia istoty produktów i ryzyk z nimi związanych. Ostateczną decyzję inwestycyjną podejmie oczywiście klient, ale w przypadku gdy w ocenie banku produkt jest nieodpowiedni dla klienta, zostanie mu to zasygnalizowane.

Można powiedzieć,  że chociaż rozwój przez lata oferty bankowej, wzbogacanej o coraz to nowe instrumenty przygotowywane również przez inne instytucje, stanowiła duże udogodnienie dla wielu inwestorów, to zmiany te niekoniecznie szły w parze z większą świadomością klientów o „podziale” powierzanego kapitału pomiędzy różne instytucje. Można zaryzykować tezę, że jakaś część osób żyła w przeświadczeniu o tym, że ich pieniądze są bezpośrednio w banku, do którego pierwotnie przyszli.

Szeroka oferta produktów zarówno banków jak i innych firm inwestycyjnych oczywiście nie jest czymś złym. Duża liczba dostępnych rozwiązań to przecież więcej możliwości dla inwestorów i większa konkurencja na rynku produktów oraz usług inwestycyjnych, a tym samym coraz tańszy dostęp do nich. Po raz kolejny wskazać należy, że najistotniejsze jest pełne zrozumienie mechanizmu działania nabywanego instrumentu, zasad współpracy z bankiem (lub inną instytucją) i roli jaką odgrywa on w całym procesie.

 

Autor: Konrad Adryańczyk, Senior Associate, Dom Maklerski Michael/Ström.

Dlaczego w Polsce nie ma udanych fashion weeków? Dlaczego tak niewielu polskich projektantów zarabia na swojej pracy? Dlaczego tylko kilka polskich marek jest znanych na świecie?

To trudne, złożone pytania – jednak odpowiedzi są bardzo proste:

a) bo nie ma kupców,

b) bo ubrania polskich projektantów są zbyt drogie dla przeciętnego polskiego konsumenta

oraz najważniejsze:

c) bo brakuje nam wiedzy i doświadczenia, jak to zrobić skutecznie.

Dużo myślę o polskiej branży modowej – wiele zjawisk z polskiego podwórka mnie zastanawia i coraz bardziej ośmiela mnie do tego, aby otworzyć usta i powiedzieć głośno: you got it all wrong!

Branża pełna paradoksów

Magazyny pokazują ubrania, na które mało kogo stać. Projektanci kreują piękne kolekcje jednak tylko dla widowiska – ostatecznie i tak muszą tworzyć linie basic, by zarobić. Ubrania z wybiegu wypożyczane są tylko przez stylistki dla ich gwiazd, które prawie nigdy za te rzeczy nie zapłacą. Szkoły kreują artystów, którzy nie znają podstaw biznesu i nie wiedzą co później ze sobą i swoją wizją w życiu zrobić. Na koniec, te same młode osoby biernie czekają na gwiazdkę z nieba licząc na sukces typu instant – rodem zerżnięty z programu telewizyjnego.

Dlaczego tak się dzieje? A może lepiej zadać pytanie, które padło z ust Joanny Klimas podczas poznańskiego Art & Fashion Forum i nadal dźwięczy mi w uszach: Czy rynek mody w ogóle w Polsce istnieje?

Dla garstki projektantów z pewnością. Marki takie jak Lidia Kalita, MISBHV, Femi Stories czy Robert Kupisz radzą sobie świetnie i wizerunkowo, i sprzedażowo. Tylko dlaczego im się udaje bardziej, a innym mniej? Inwestowanie, dobre zarządzanie, odpowiedni partner i skupienie na tym co najbardziej istotne – na interesach.

Moda tylko dla celebrytów

Moda zcelebryzowała się, co oznacza w rezultacie – zdegradowała – powiedziała kiedyś Joanna Bojańczyk. Ile w tym prawdy! Każdy pokaz, kampania czy program telewizyjny jest obkupiony przede wszystkim gwiazdami, zaś samo show nie rozpocznie się dopóki najgorętsze nazwiska nie zasiądą w pierwszych rzędach.

Jeden z bardziej znanych redaktorów modowych z 20-letnim doświadczeniem powiedział jakiś czas temu, że w Polsce doskwiera brak wiedzy i informacji biznesowych. Ależ one są, tylko trzeba chcieć je publikować lub znaleźć – zamiast ogłupiać czytelników kolejnymi plotkami ze ścianek. Dlaczego akurat taki content? Jaki jest sens tanich publikacji? Bo teksty, że Bizuu zaprojektowało sukienkę na ślub Agnieszki Szulim są znacznie bardziej klikalne aniżeli to, ile kosztuje wyprodukowanie kolekcji.

A co to jest współpraca?

Co więcej, jak to się dzieje, że inne zagraniczne portale potrafią rekomendować czasem swoje treści i promować te najistotniejsze z punktu widzenia branży. Przykład: Business of Fashion dzieli się ciekawym artykułem innej platformy na swoim fanpage’u. W Polsce to nie do pomyślenia. Nawet o patronat trudno. Dla przykładu podam nasz portal jako ten, który przez dwa lata promował inne magazyny w swojej zakładce „Magazyny”. Tak się składa, że kontaktowałam się z każdym z pism w celu nawiązania współpracy. Smutne jest, że tylko Elle.pl wyraziło chęć kontaktu i zaprosiło do rozmowy na temat branży modowej w Polsce. To dość marny wynik, biorąc pod uwagę fakt, że na naszym rynku funkcjonuje co najmniej kilkadziesiąt magazynów i portali związanych z modą.

Z jednej strony, tak zwana „fashion family” chciałaby mody z prawdziwego zdarzenia – z drugiej zaś, nie robi nic, by ten rynek spoważniał, nabrał tempa oraz takich obrotów na jakich pracuje zagranica. Liczą się zyski, a o misyjności mediów zapomnijmy.

Brak specjalistów… na własne życzenie

Często mówi się o braku specjalistów w naszym kraju. I trudno się z tym nie zgodzić -rzeczywiście, cierpimy na niedosyt takich osób jak kupcy mody, technologowie odzieży czy eksperci od digitalu. Skąd mamy ich jednak mieć, jeśli w Polsce ani jedna uczelnia nie kształci na powyższych kierunkach? Trudno o przewagę w negocjacjach sprzedaży w momencie, kiedy o uwagę kupca rywalizuje polski projektant, który nie ma takiego przygotowania oraz zaplecza jak ten zagraniczny. Także same firmy nie robią zbyt wiele, by wyjść do kandydatów, otworzyć swoje drzwi do osób potencjalnie zainteresowanych nie tylko zmianą ścieżki zawodowej, ale i pracą dla danej marki. Wystarczy otworzyć drzwi do swojego biura i opowiedzieć o kulturze swojej firmy.

Zacznij od siebie

Chętnie poświecę przykładem i zaoferuje swoją pomoc w kwestiach mi znanych, a mało popularnych jeszcze w Polsce. Z przyjemnością podzielę się swoją wiedzą z analizy danych, budżetowania czy employer brandingu. Zadeklarujmy chęć współpracy i wymiany wiedzy, która będzie polegała na faktycznych działaniach, a nie pustych deklaracjach… Może fraza „fashion family” nabierze wtedy bardziej wymiernego znaczenia.

Topowe nazwiska z branży mówią: jak tu u nas źle! Jak niedobrze! Ale to ja się pytam: co zrobiłeś/aś, aby było lepiej? To może podpowiem: współpracuj z innymi, więcej dawaj niż bierzesz, więcej słuchaj niż mów.

 

Źródło: fashionbiznes.pl

Od kilku lat na rynkach finansowych mamy do czynienia ze zmiennością, która nie ułatwia inwestowania. Mam tutaj na myśli inwestorów, którzy chcieliby się „podłączyć” do trendu wzrostowego i widzieć nawet niewielkie, ale za to systematyczne zyski. Oczywiście, nie zawsze rynki rosną, dlatego w idealnym świecie można by przeczekać bessę i wejść na rynek, gdy „dołek” będzie za nami. Jednak wskazanie momentu, gdy ceny osiągają najniższy (i najwyższy) poziom jest wysoce nieprawdopodobne, dlatego inwestowanie jest szczególnie trudne w trendzie bocznym, ponieważ takie poziomy trzeba by wielokrotnie trafnie wskazywać. Na polskim rynku akcyjnym od jakiegoś czasu mamy do czynienia z trendem bocznym, ale czy to oznacza, że nie można było na nim zarobić? A jak wyglądała sytuacja na rynku światowym do którego polscy inwestorzy mają coraz łatwiejszy dostęp?

Do porównywania stóp zwrotu niejednokrotnie będę brał wartość indeksów giełdowych, dlatego warto przypomnieć, że niektóre indeksy są dochodowe (np. WIG, WIG20TR, S&P 500 TR), a inne cenowe (np. WIG20, mWIG40, sWIG80, S&P 500). Indeksy dochodowe uwzględniają zarówno ceny zawartych w nim akcji, jak i dochody z dywidend i praw poboru. Natomiast w indeksach cenowych nie uwzględnia się dochodów z dywidend i praw poboru. Z uwagi na ww. różnice porównywanie indeksów dochodowych z cenowymi nieco zaburza wyniki na korzyść dochodowych. Dodatkowo, trzeba mieć świadomość, że składy indeksów na przestrzeni czasu ulegają zmianom, co także nieco zaburza analizę. Niemniej jednak wydaje się, że porównywanie wartości indeksów w długim terminie jest relatywnie dokładne i obiektywne.

Na początku przyjrzyjmy się średniorocznym (geometrycznym) stopom zwrotu indeksów giełdowych na rynku polskim w okresie 5, 10 i 15 lat. Biorąc pod uwagę indeksy dochodowe, WIG w okresie 5 lat średniorocznie rósł o 4 proc., 10 lat – 0 proc., a 15 lat – 9 proc. Natomiast WIG20TR spadał o odpowiednio 1 proc. i 1 proc. (brak danych za okres 15 lat) rocznie. Przechodząc do indeksów cenowych, to najgorsze wyniki generował WIG20 (odpowiednio -5 proc., -5 proc. oraz 3 proc. rocznie). Porównanie WIG20TR oraz WIG20 pokazuje jak duże różnice mogą wynikać z powodu uwzględniania (bądź też nie) dochodów z tytułu dywidend i praw poboru. Bezapelacyjnym zwycięzcą w długim terminie okazał się sWIG80, który ww. okresach zyskiwał średniorocznie 9 proc., 2 proc. oraz 15 proc. Natomiast w najkrótszym analizowanym terminie (5 lat) najwięcej zyskiwał mWIG40 (12 proc. rocznie), a w okresie 10-15 lat stopa zwrotu wynosiła średniorocznie 2 proc. oraz 10 proc.

Pozostając na polskim „podwórku”, inwestorzy zniechęceni sytuacją na krajowym rynku kapitałowym lub chcący zdywersyfikować swoje aktywa niejednokrotnie kupowali nieruchomości, w tym szczególności mieszkania, licząc na wzrost ich cen oraz dochody z tytułu najmu. Dochód mógł sięgać kilku procent w skali roku, a jak wyglądała średnioroczna zmiana cen mieszkań? Warto w tym miejscu posłużyć się danymi publikowanymi przez Narodowy Bank Polski dotyczącymi cen transakcyjnych na rynku pierwotnym za 1 m2. Dane porównawcze będą dotyczyły średniorocznych zmian cen w okresie 5 oraz 9,75 lat (10 lat bez jednego kwartału). Ceny transakcyjne w Warszawie w ciągu 5 lat utrzymywały się na podobnym poziomie, natomiast w okresie niespełna 10 lat rosły średniorocznie o 3 proc. Zgoła inaczej wyglądała sytuacja w Krakowie, gdzie wg danych NBP ceny spadały średniorocznie o 2 proc. oraz 1 proc. Natomiast w takich miastach jak Łódź, Wrocław i Poznań ceny w okresie niespełna 10 lat rosły średniorocznie o odpowiednio 5, 7 oraz 6 proc., podczas gdy w okresie 5 lat zmieniały się średniorocznie o -2, +1 oraz -1 proc.

Inwestować w nieruchomości można także poprzez nabywanie certyfikatów REIT. O ile w Polsce ta forma inwestycji jest w trakcie tworzenia, o tyle na Zachodzie zyskała już swoją popularność. REIT (ang. Real Estate Investment Trust) to inaczej fundusz inwestycyjny zarabiający na czynszach z nieruchomości, których jest właścicielem. Certyfikaty inwestycyjne REIT notowane są na giełdach. Przykładami takich funduszy o ponad piętnastoletniej historii notowań jest m.in. Simon Property Group (kapitalizacja ok. 65 mld USD) oraz Equity Residential (kapitalizacja ok. 23 mld USD). Średnioroczna stopa zwrotu w Simon Property Group w okresie 5, 10, 15 lat wynosiła w dolarach 11, 8 oraz 16 proc., a w złotówkach 16, 11 oraz 15 proc. Analizując historię notowań Equity Residential można stwierdzić, że średnioroczna stopa zwrotu w certyfikaty tego funduszy wynosiła 8, 5 oraz 9 proc., a uwzględniając zmiany kursu walutowego USDPLN: 13, 7 oraz 9 proc.

Wracając do akcji, ale tym razem na rynku amerykańskim, S&P 500 TR w okresie 5, 10, 15 lat średniorocznie rósł o odpowiednio 14, 7 oraz 7 proc. Po przeliczeniu na złotówki, polski inwestor w tych okresach mógł średniorocznie zarobić odpowiednio 19, 10 oraz 7 proc.

Przejdźmy teraz do najcenniejszego kruszcu, tj. złota, którego niektórzy inwestorzy nazywają także „bezpieczną przystanią”. Wydawać by się mogło, że skoro na akcjach notowanych przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych można było przyzwoicie zarobić, to już na złocie niekoniecznie. Nic bardziej mylnego. Notowania złota co prawda w ciągu 5 lat średniorocznie spadały o 6 proc. (-1 proc. w PLN), natomiast w okresie 10-15 lat średniorocznie rosły one o 8 proc. (11 proc. w PLN) oraz 11 proc. (10 proc.).

Popularną klasą aktywów są także obligacje. O ile przy obecnych rentownościach obligacji skarbowych trudno oczekiwać zadawalających wyników w przyszłości o tyle obligacje korporacyjne mogą dalej zyskiwać na znaczeniu. No właśnie, w Polsce nie doczekały się one jeszcze żadnego oficjalnego indeksu, a sam rynek obligacji korporacyjnych (Catalyst) istnieje zaledwie 7 lat. Natomiast na bardziej rozwiniętych rynkach, obligacje korporacyjne mają duże większe znaczenie. Opierając się na części indeksów obligacji korporacyjnych przygotowanych przez Bank of America Merrill Lynch można stwierdzić, że w analizowanych okresach na obligacjach spółek z krajów rozwijających się (tzw. Emerging Markets) można było średniorocznie zarabiać ok. 6 proc., z tym że obligacje typu High Yield dawały średniorocznie zysk o ok. 2 pkt. proc. wyższy, podczas gdy obligacje z ratingiem na poziomie inwestycyjnym o ok. 1 pkt. proc. niższy.

Biorąc pod uwagę analizowane klasy aktywów i ich długoterminowe (15 lat) stopy zwrotu można dojść do wniosku, że wspomniane inwestycje dały zarobić. Wśród liderów znajdują się certyfikaty ww. REIT-ów, indeksy cenowe mWIG40 czy też sWIG80 oraz złoto. Otrzymane wyniki pokazały, że w długim terminie, nawet przy „chwilowo” (tj. w okresie nawet kilku lat) niesprzyjających warunkach, warto było inwestować. Gdyby analizować stopy zwrotu za okres 5 lat, to nie wszystkie inwestycje okazałyby się trafne, co może skłaniać do wniosku, że cierpliwość i dywersyfikacja popłacają, a przynajmniej zdały egzamin w przeszłości.

 

Autor: Piotr Ludwiczak, Head of Research, Dom Maklerski Michael / Ström

  1. Nie bać się kredytów, ale nie brnąć w długi na konsumpcję.
  2. Zachować dostęp do części oszczędności na wypadek pilnych potrzeb.
  3. Określić cel i kres inwestowania.
  4. Nie stawiać wszystkiego na jedną kartę.
  5. Kalkulować, czy nakłady mogą się zwrócić.

W pewnym momencie życia przychodzi czas, w którym zaczynamy myśleć o tym, by finansowo zabezpieczyć się na przyszłość. Inwestowanie może być jednym z lepszym sposobów na osiągniecie tego celu. Jak podejść do tematu? Wyjaśnia Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Inwestowanie nie jest tak skomplikowane, jak mogłoby się wydawać. Oto 5 wskazówek, o których warto pamiętać.

  1. Dobre nawyki to podstawa

Zanim zaczniemy inwestować, warto wyrobić w sobie dobre nawyki zarządzania pieniędzmi. Pamiętajmy, że dług nie jest naszym wrogiem. Jeżeli pożyczone pieniądze wykorzystamy mądrze, mogą nam pomóc w inwestycjach. Kiedy zadłużamy się, by dokonać zakupów, które mogą przynieść potencjalne korzyści (np. nieruchomość, sprzęt do firmy), rośnie szansa na większy majątek w przyszłości.

Z drugiej strony powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, co się dzieje, jeżeli wykorzystujemy kredyt w celach konsumpcyjnych, np. do zakupów produktów, które bardzo szybko tracą na wartości. Otóż zmniejszamy wtedy nasz przyszły majątek, zostając z kredytem, który wraz z upływem czasu coraz bardziej przekracza wartość zakupionego towaru.

Analogicznie wyglądałaby sytuacja z wydatkami konsumpcyjnymi bez zaciągania kredytu. Wydawanie zgromadzonych pieniędzy na inwestycje wydaje się bardziej uzasadnione niż spełnianie zachcianek. Czy to oznacza, że nowy telewizor, telefon czy samochód to z reguły zbędny i niekorzystny zakup? Nie, ponieważ nie należy popadać w skrajności. Każdy większy wydatek warto jednak rozważyć z perspektywy wpływu na nasz przyszły majątek.

  1. „Fundusz awaryjny” dla większego bezpieczeństwa

Warto zabezpieczyć dostęp do części środków. Ważne, aby móc sprawnie zamienić je na gotówkę. Możemy to zrobić np. inwestując je w krótkoterminowe lokaty. Wskazane jest, aby ta część środków odpowiadała półrocznym lub przynajmniej trzymiesięcznym wydatkom ponoszonym na utrzymanie. Będzie ona stanowić tzw. fundusz awaryjny. Może on nas ochronić przed finansowymi skutkami nieprzewidzianych sytuacji, np. utraty pracy, wypadku czy kradzieży.

“Fundusz awaryjny” przyniesie dodatkowe, w tym psychologiczne, korzyści inwestującym, tworząc formę zabezpieczenia na wypadek niepowodzenia w bardziej ryzykownych przedsięwzięciach. Pozwoli też podejmować decyzje odnośnie finansowej przyszłości w sposób bardziej zdecydowany.

  1. Określ swój cel inwestycyjny

W zależności od naszych planów, a także od naszego wieku zmieniają się m.in. czas inwestycji czy zakres akceptowalnych przez nas zagrożeń. Przykład: 20-letnia osoba, która chce zabezpieczyć finansowo swoją przyszłość na emeryturze, może wykazywać się relatywnie większą skłonnością do bardziej ryzykownych decyzji z uwagi na długi termin inwestycji (kilkuletnie cykle koniunkturalne czy zmiany wartości aktywów mają w perspektywie kilkudziesięciu lat stosunkowo małe znaczenie).

Postawienie sobie jasnych celów, dla których inwestujemy, może zwiększyć prawdopodobieństwo ich osiągnięcia, o ile odpowiednio dobierzemy środki ich realizacji. Jeżeli mamy kilka celów, należy nadać im hierarchię, przypisać odpowiednie horyzonty czasowe i poziomy akceptowalnego ryzyka.

  1. Dywersyfikacja podstawą dobrej strategii

Bez względu na cel czy horyzont czasowy, inwestowanie w różne instrumenty finansowe zmniejsza szanse niepowodzenia całego przedsięwzięcia, ograniczając ryzyko negatywnego wpływu pojedynczych aktywów na cały portfel inwestycyjny. Nie warto stawiać wszystkiego na jedną kartę. Dywersyfikując portfel inwestycyjny możemy również dostosowywać stopień bezpieczeństwa przedsięwzięcia w zależności od naszej skłonności do ryzyka. Większy udział bardziej ryzykownych aktywów może zwiększyć oczekiwaną stopę zwrotu, ale również prawdopodobieństwo niepowodzenia.

Pamiętajmy o tym, że możemy uniknąć zmiany krajowej koniunktury, inwestując w aktywa zagranicznych podmiotów bądź w waluty. Jeśli zdecydujemy się na waluty, warto skorzystać z serwisów internetowych, których oferta jest atrakcyjniejsza niż banków.

  1. Inwestowanie w edukację

Warto rozważyć inwestycję nie tylko w instrumenty finansowe, ale także w edukację. Co prawda specjalistyczne certyfikaty, kursy itp. same w sobie nie przyniosą nam zysku, ale mogą wpłynąć na wzrost naszego wynagrodzenia.

Jeżeli naszym celem jest tylko osiągnięcie zysku finansowego, nawet w tej dziedzinie warto skalkulować, czy będzie to rzeczywiście opłacalne. W takiej sytuacji należy rozważyć w jakim okresie czasu i z jakim prawdopodobieństwem zwrócą się nakłady na edukację.

Inwestowanie na pierwszy rzut oka może wydawać się skomplikowane. Cały proces stanie się jednak o wiele prostszy, jeśli zaczniemy od metodycznego, cierpliwego podejścia i wyrobienia w sobie nawyków, którymi będziemy kierować się w gospodarowaniu pieniędzmi na co dzień. Może to przełożyć się na powodzenie w inwestycjach. Ważne, aby dokładnie analizować, czy dana inwestycja ma szansę przełożyć się na przyszły wzrost wartości kapitału oraz czy ewentualna skala wzrostu na pewno nas zadowoli. Nie warto natomiast inwestować “na siłę”, gdy nie widzimy dobrych ku temu warunków.

Źródło: Cinkciarz.pl Sp. z o. o.

Lepiej oszczędzać, czy inwestować? Prawidłowa odpowiedź na tak zadane pytanie brzmi: „to zależy”. Aby na nie odpowiedzieć, musimy sobie wyjaśnić, czym jest inwestowanie, a czym oszczędzanie. O ich wadach i zaletach oraz różnicach między nimi opowiada Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Oba terminy są, a z pewnością powinny być, istotną częścią naszego życia – a przynajmniej jego finansowej strony. O oszczędzaniu mówimy, kiedy odkładamy pieniądze, by ich nie wydawać. Naszym celem jest przede wszystkim maksymalna ochrona kapitału, zarówno przed możliwością straty, jak i przed chęcią ich wydawania, przy równoczesnym zachowaniu jak największej ich płynności, czyli bardzo szybkiej dostępności do nich.

Pokusa wydawania jest duża, biorąc pod uwagę, że mamy obecnie wiele możliwości ich wydawania. Oszczędzając nie spodziewajmy się dużych zysków np. z oprocentowania konta czy lokat. Traktujmy to jako swojego rodzaju cenę za maksymalne bezpieczeństwo naszych funduszy.

Dla kontrastu, inwestowanie oznacza lokowanie części kapitału z celem większego ich pomnażania. Dlatego też do inwestycji najczęściej wybieramy np. akcje, fundusze inwestycyjne czy nieruchomości, po których spodziewamy się, że wzrosną na wartości. Wybierając przedmiot inwestycji ważne jest określenie celu inwestowania oraz jeszcze jednego istotnego czynnika – czas jej trwania. W połączeniu determinują one przedmiot inwestycji. Czas jest też bardzo istotny z innego powodu, mianowicie ryzyka pomniejszenia zakładanych zysków z inwestycji. Generalnie nasze cele inwestycyjne nie powinny być krótkoterminowe, ale o tym za chwilę.

Po co oszczędzać i czy to bezpieczne?

Krótkoterminowe cele są domeną oszczędzania. Oszczędzamy na „czarną godzinę” lub by dokonać jakiegoś zakupu, mniejszego (np. pralki) czy większego (np. pierwsza wpłata na kredyt hipoteczny na mieszkanie). Wspólną cechą tych celów jest to, że nie powinniśmy akceptować ryzyka utraty nawet części tego kapitału.

Pojęcie ryzyka jest głównym aspektem zarówno oszczędzania, jak i inwestowania. Oszczędzając wybieramy przede wszystkim krótkoterminowe cele, w przeciwności do inwestycji, gdzie krótszy okres czasu najczęściej oznacza dla nas większe ryzyko. Choć ryzyko niewypłacalności banku, w którym trzymamy nasze pieniądze, jest bardzo małe, zawsze ono jednak istnieje. W tym miejscu możemy zidentyfikować kolejny plus oszczędzania, jakim jest gwarancja Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Nawet w tym bardzo mało prawdopodobnym scenariuszu, otrzymamy z BFG 100 proc. naszych środków w wysokości do 100 tys. euro.

Co w przypadku, gdy posiadamy większą kwotę? Wystarczy, że założymy rachunki w kilku bankach, których depozyty nie będą przekraczały powyższej kwoty i dalej mamy 100 proc. pewności co do bezpieczeństwa swojego kapitału. Należy tylko pamiętać, że gwarancją objęte są jedynie imienne rachunki bankowe, lokaty czy wierzytelności. Tymczasem w bankach znajdziemy również wiele produktów nieobjętych gwarancją BFG, jak np. jednostki funduszy inwestycyjnych.

Jak oszczędzać?

Kolejną kwestią jest to, jak oszczędzać. Pomocne tu okazuje się zrozumienie przynajmniej podstawy funkcjonowania oprocentowania na rachunku. Choć często widzimy oprocentowanie podawane w skali roku i to ono nas najbardziej interesuje, to najczęściej banki nie naliczają oprocentowania rocznie, ale w krótszych okresach np. miesięcznie. Taka konstrukcja oprocentowania na rachunku oznacza dla nas, że korzystnie jest wpłacać regularnie co miesiąc nawet mniejsze kwoty, gdyż wraz z każdym miesiącem „pracują” dla nas coraz większe kwoty.

Musimy sobie zdawać sprawę, że oszczędzając nie pomnażamy w istotny sposób swojego majątku, tylko trzymamy go oprocentowany na określony cel. Każda ze wspomnianych cech oszczędności, czyli bardzo wysokie bezpieczeństwo połączone z gwarancją kapitału, szybki dostęp do pieniędzy, oprocentowanie chroniące przed inflacją, (najczęściej) „kosztują” nas utratę możliwości znacznego pomnożenia naszego kapitału. Nie należy tego traktować jako minus, ale jako element naszej strategii ochrony kapitału.

Kiedy inwestowanie ma sens

W przeciwieństwie do oszczędzania, inwestowanie ma tę zaletę, że otrzymujemy wspomnianą możliwość pomnożenia naszego kapitału. Tak jak wcześniej zostało wspomniane, musimy znać swoje cele i horyzont czasowy naszej inwestycji. Ma to tym większe znaczenie, że inwestowanie charakteryzuje się większym ryzykiem, niż oszczędzanie. To możliwość utraty części, a w skrajnych przypadkach całości kapitału. Co zrobić, żeby je zminimalizować?

Horyzont czasowy nie powinien być krótki. Dlaczego? Nasze inwestycje najczęściej związane są z rynkiem kapitałowym czy gospodarką. Poruszają się one najczęściej w paroletnich cyklach, mając swoje wzloty i upadki. Ekonomistom trudno jest przewidzieć z wyprzedzeniem, kiedy nastąpi ich początek czy koniec, więc mądrze jest założyć, że nie będziemy w tym lepsi. Bezpiecznie możemy przyjąć, że cykle te mogą trwać ok. siedmiu lat i tyle też powinien wynosić nasz minimalny horyzont inwestycyjny. Minimalizujemy w ten sposób ryzyko inwestycji w złym momencie.

W kontekście dłuższego okresu wahania koniunktury czy na rynkach finansowych powinny mieć mniejsze znaczenie. Długi okres nie da nam jednak nigdy całkowitej pewności, że nie stracimy części naszego kapitału. Zastanawiając się w co zainwestować, optymalnie jest wybrać więcej niż jeden produkt czy rzecz. Postępując w ten sposób dywersyfikujemy nasz portfel inwestycyjny, czego efektem będzie zmniejszenie ryzyka. Musimy pamiętać tylko, aby obiekty naszych inwestycji nie były mocno zależne od siebie.

Możemy to łatwo zobrazować na funduszach inwestycyjnych. Należy pamiętać, że tymi funduszami zarządzają też ludzie. Każdy zespół zarządzających w danym funduszu będzie odrobinę inaczej reagował na to co się dzieje na rynku, popełniał różne błędy. Jeżeli więc dla przykładu chcemy koniecznie inwestować w fundusze akcji, zmniejszymy trochę ryzyko wybierając np. trzy fundusze o podobnej charakterystyce, ale zarządzane przez różnych ludzi. Pamiętajmy tylko, że wybór funduszu powinniśmy opierać na głębszej analizie ich wyników, szczególnie powtarzalności tych pozytywnych.

Złoty środek

Każdy ma inne potrzeby i trzeba sobie jasno powiedzieć, że strategia oszczędzania czy inwestowania powinna być dopasowana do indywidualnych potrzeb. Nasza strategia będzie różna w wieku 20 lat i w wieku 60. Możemy jednak zidentyfikować kilka podstaw, które mogą mieć zastosowanie do większości z nas.

Przede wszystkim, gdy już stwierdzimy, że jesteśmy w stanie cokolwiek cyklicznie odkładać, pierwszym takim racjonalnym etapem wydaje się być zapewnienie sobie oszczędności na poziomie co najmniej kilku miesięcznych wynagrodzeń – taki fundusz w razie nieoczekiwanych wydatków czy chwilowej utraty pracy.

W momencie, w którym już będziemy mieli to zapewnione, możemy zastanawiać się nad naszymi celami krótko- i długoterminowymi. Większość z nas ma i jedne i drugie, dlatego też nasza strategia najczęściej powinna zawierać elementy oszczędzania oraz inwestowania. Integrując jedno z drugim do naszych celów i potrzeb zapewniamy sobie szansę na stabilną budowę naszego majątku.

Z punktu widzenia oszczędzających, deflacja jest zjawiskiem bardzo korzystnym. Nie trzeba nawet nigdzie lokować pieniędzy, żeby ich realna wartość rosła. Jeśli jednak będzie trwała zbyt długo, stracić mogą na tym wszyscy.

Wystąpienie deflacji, czyli spadku rok do roku poziomu cen w koszyku dóbr i usług konsumpcyjnych Głównego Urzędu Statystycznego, jest wydarzeniem w wolnej Polsce bez precedensu. Spadek ten co prawda jest minimalny, bo wyniósł raptem 0,2 proc., jednak sam fakt jego wystąpienia, w połączeniu z oczekiwaniami utrzymania się tego trendu w perspektywie kilku najbliższych miesięcy, być może aż do końca roku, każe osobie oszczędzającej na bankowych lokatach czy inwestującej w fundusze przyjrzeć się temu tematowi nieco bliżej. Warto wiedzieć, jaki wpływ wywiera i jaki może wywrzeć deflacja na nasze oszczędności.

Zacznijmy od tego, czym jest deflacja. Cytując za nbportal.pl, „Deflacja, to długotrwały spadek przeciętnego poziomu cen. Deflacja jest przeciwieństwem inflacji.” Sęk w tym, że ta obniżka nie wynika z postępu technologicznego i spadających kosztów produkcji. Jest konsekwencją tego, że w gospodarce jest mniej pieniądza, za który konsumenci kupują mniej towarów, których producenci, żeby jednak je sprzedać, obniżają ceny. Na krótką metę dla konsumentów to dobrze, ale sprzedawanie z minimalną marżą, albo wręcz poniżej kosztów produkcji, to dla przedsiębiorstw sytuacja na dłuższą metę nie do zaakceptowania. Prędzej oznacza czy później te straty będą musiały sobie zrekompensować, obniżając koszty produkcji, co najczęściej oznacza obniżkę płac, a w gorszym wariancie redukcje zatrudnienia. W takiej sytuacji konsumenci maja jeszcze mniej pieniędzy, więc kupują jeszcze mniej i spirala deflacyjna nakręca się dalej, przyczyniając się do spadku wzrostu gospodarczego lub wręcz prowadząc do recesji. I dlatego właśnie, w wielkim skrócie, celem Narodowego Banku Polskiego i Rady Polityki Pieniężnej jest dążenie do podtrzymywania sytuacji, w której ceny umiarkowanie rosną. Celem jest inflacja wynosząca 2,5 proc. w skali roku, która jest uznawana za zdrową sytuację dla gospodarki.

Dla oszczędzających deflacja oznacza, że gotówka, którą mają w kieszeni, realnie zyskuje na wartości. To znaczy, że za 100 zł, które nieoczekiwanie znaleźliśmy w nieużywanej od roku parze spodni, teoretycznie można kupić dziś więcej dóbr niż przed rokiem. (Teoretycznie, bo trzeba pamiętać, że koszyk inflacyjny GUS-u z całą pewnością nie odzwierciedla struktury wydatków każdej przeciętnej rodziny).

Choć cały czas spora część naszego społeczeństwa uważa trzymanie gotówki za najlepszy sposób oszczędzania, to jednak w rzeczywistości pozbawiają się w ten sposób szansy na dodatkowy, choćby i niewielki, ale zarobek. Deflacja oznacza też to, dowolne konto oszczędnościowe w banku czy dowolna lokata, choćby i oprocentowane na 0,01 proc., przynoszą realne zyski. Nie inaczej jest z funduszami inwestycyjnymi, tyle że w ich przypadku, w przeciwieństwie do kont oszczędnościowych czy lokat, nigdy nie możemy do końca przewidzieć, jaki zwrot z inwestycji przyniosą.

Często wskazywane jako alternatywa dla bankowych depozytów fundusze rynku pieniężnego, w ostatnim roku średnio przyniosły wyższe zyski niż lokaty, ale taka sytuacja nie zdarza się często. W ostatnim okresie bardzo dobrze radzą sobie fundusze obligacji, choć jeszcze rok temu dominowały opinie, że ich dobra passa się skończyła. Deflacja, zwłaszcza jeśli utrzyma się dłużej, może spowodować obniżkę stóp procentowych przez RPP. Być może już na najbliższym jej posiedzeniu, czyli we wrześniu. Taka obniżka wywarłaby presję na oprocentowanie depozytów, ale także na rentowność funduszy pieniężnych, które mają w swoich portfelach papiery o relatywnie krótkim, przeciętnie kilkudziesięciodniowym terminie do wykupu. Obniżka stóp mogłaby za to poprawić wyniki funduszy obligacji, zwłaszcza tych, w których dominują papiery ze stałym oprocentowaniem, których ceny w takiej sytuacji zazwyczaj rosną.

Z bardziej ryzykownymi funduszami, inwestującymi część (stabilnego wzrostu, zrównoważone, aktywnej alokacji) lub całość (fundusze akcji) aktywów w akcje, może być różnie. Z jednej strony, spadające rentowności lokat czy funduszy pieniężnych przy rosnącej ilości gotówki w kieszeniach, teoretycznie mogą skłaniać Polaków do poszukiwania bardziej dochodowych sposobów na jej ulokowanie, a to nieodmiennie doprowadziłoby ich na rynek akcji. Większy napływ gotówki na giełdę, czy na skutek bezpośrednich inwestycji, czy wpłat do funduszy akcji, oznaczałby większy popyt, a zatem i wzrost cen walorów giełdowych spółek, a w konsekwencji wzrost zysków funduszy akcji. Z drugiej strony, deflacja, jako zjawisko w dłuższej perspektywie negatywne dla gospodarki, może się przyczynić do spadku tempa wzrostu gospodarczego, czyli pogorszenia sytuacji finansowej przedsiębiorstw (o ile teoria o deflacji prowadzącej do spowolnienia gospodarczego okaże się prawdziwa). W takiej sytuacji fundusze z mniejszym czy większym udziałem akcji w portfelach mogą więc okazać się mniej trafionym pomysłem.

Bernard Waszczyk, Open Finance

Inwestorzy zagraniczni postrzegają Polskę jako najatrakcyjniejszą lokalizację dla nowych projektów w Europie Środkowo-Wschodniej. Dzięki temu coraz więcej firm otwiera u nas swoje zakłady i rozwija działalność gospodarczą -powiedział wicepremier, minister gospodarki Janusz Piechociński.

Szef resortu gospodarki przypomniał, że w 2013 r. pod względem nowo utworzonych miejsc pracy Polska uzyskała trzecią lokatę w Europie. – W sumie w 2013 r. dzięki bezpośrednim inwestycjom zagranicznym w Polsce zatrudnienie znalazło 13 862 osób, czyli o 6 proc. więcej niż rok wcześniej – powiedział.

Wicepremier podkreślił, że dla inwestorów podejmujących działalność w Polsce przygotowaliśmy szereg zachęt. – Jedną z wielu możliwości jest ulokowanie inwestycji na terenie Specjalnej Strefy Ekonomicznej. W Polsce funkcjonuje 14 takich obszarów – zaznaczył. – Na koniec 2013 r. przedsiębiorcy posiadali 1 709 ważnych zezwoleń na prowadzenie działalności gospodarczej na terenie stref. Skumulowana wartość zainwestowanego kapitału przekroczyła 93 mld zł, zaś liczba utworzonych nowych miejsc pracy wyniosła ponad 196 tys. – poinformował.

Źródło: Ministerstwo Gospodarki

Eksperci

Pistolet przystawiony do głowy, czyli walutowe zawirowania kluczowych rynków

Globalny rynek finansowy pozostaje obciążony asymetrią ryzyk, gdyż najwyraźniej w temacie wojen hand...

Turek: 10 lat po upadku Lehman Brothers ceny znowu są rekordowe

Gwałtowne przeceny, a potem ożywienie na rynkach mieszkaniowych – tak prosto można podsumować ostatn...

Przasnyski: Praca jest, ale brakuje pracowników

Firmy nadal tworzą sporo nowych miejsc pracy, ale wciąż mają kłopoty z ich obsadzeniem. Problem ten ...

Kondycje gospodarek wschodzących, przyszłość wojen handlowych i odczyty infacji – zobacz n

Chociaż niepokoje o kondycję gospodarek wschodzących i przyszłość wojen handlowych powinny skraść gł...

Raport, który znaczy coraz mniej

Moment uspokojenia objął waluty rynków wschodzących, ale spadające kolejny dzień indeksy w Azji nie ...

AKTUALNOŚCI

Juncker o UE: potrzebujemy silnej i zjednoczonej Europy

Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker w swoim dorocznym przemówieniu do Parlamentu...

Podatek dochodowy i kryptowaluty – co zmienią nowe przepisy?

Od 2019 r. w polskim systemie podatkowym obowiązywać mają nowe przepisy dotyczące podatku dochodoweg...

Jak wzrost stóp procentowych i wynagrodzeń wpłynie na zdolność kredytową Polaków?

Rada Polityki Pieniężnej nie spieszy się z podwyższaniem stóp procentowych. Niemniej jednak z uwagi ...

Eksporterom coraz trudniej

Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury (WWK), informujący z wyprzedzeniem o przyszłych tendencjach w gos...

Innovation Box – ulga podatkowa z tytułu sprzedaży innowacyjnych rozwiązań

W dniu 24 sierpnia 2018 r. Rząd opublikował projekt ustawy zakładającej szereg zmian w podatkach doc...