wtorek, Listopad 21, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "inwestor"

inwestor

Klucze do swojego apartamentu w Złotej 44 odebrał właśnie Robert Lewandowski – legenda polskiej piłki nożnej, sportowiec, który ma na swoim koncie najwięcej goli strzelonych dla reprezentacji Polski.

Do przekazania kluczy do apartamentu Państwa Lewandowskich w Złotej 44 doszło w pierwszych dniach listopada 2017 r.

– Już zawarcie umowy kupna apartamentu z panem Robertem Lewandowskim było dla nas dużym wydarzeniem. Ale jeszcze większym był odbiór kluczy przez niego, gdy nasz klient powiedział, że jest zadowolony. To dla dewelopera największa nagroda: usatysfakcjonowany inwestycją klient – komentuje Rafał Szczepański, wiceprezes BBI Development odpowiedzialny za sprzedaż Złotej 44. –  My też mamy ogromną satysfakcję, że słynny piłkarz, kapitan polskiej reprezentacji w piłce nożnej, wybrał właśnie Złotą 44  i że spełniliśmy jego oczekiwania.

Wiceprezes BBI Development dodaje, że zanim doszło do przekazania kluczy do apartamentu, ekipa profesjonalistów dokonała odbioru lokalu w imieniu inwestora. Dopiero potem podpisano ostatnie dokumenty. Bo dobra inwestycja daje tak samo wielką satysfakcję, jak wygrany mecz.

– Dla Pana Roberta bardzo ważny był nie tylko apartament, jaki wybrał, ale cała oferta Złotej 44. Nasz sławny klient  podkreślał, że dla niego jako sportowca bardzo istotny jest dostęp do strefy rekreacyjnej budynku. Cieszymy się, że ikona piłki nożnej doceniła architektoniczną ikonę Warszawy – dodaje wiceprezes Szczepański.

Także Robert Lewandowski, podpisując umowę kupna apartamentu, mówił, że ogromnym atutem mieszkania, jakie wybrał w Złotej 44, jest możliwość skorzystania z basenu, siłowni, sauny czy masaży bez wychodzenia z budynku: wystarczy zjechać na dół i o dowolnej porze można wykonać plan treningowy.

– Taką możliwość oferujemy tylko my. Proponujemy najwyższy standard na rynku apartamentów. Jesteśmy jak Rolls-Royce, Bentyley lub Ferrari w klasie aut, jeśli chodzi o pozycjonowanie na rynku luksusu. Dlatego średnia saunaena naszego apartamentu wynosi nieco ponad 30 tys. zł za mkw. – podsumowuje wiceprezes  Szczepański.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Zdjęcie: Rafał Szczepański, wiceprezes BBI Development i Robert Lewandowski

 

Zorientowanie na sukces, samodyscyplina i wysokie umiejętności interpersonalne, to cechy idealnego kandydata do pracy. A co korporacja oferuje swoim pracownikom i dla kogo to dobra ścieżka kariery?

Wrocław jest obecnie trzecim w Polsce, największym ośrodkiem centrów usług wspólnych. Już 724 światowych firm otworzyło w Polsce swoje oddziały i pracuje w nich prawie 250 tys. osób. Co roku powstaje 20 tys. nowych etatów. Także według raportu ABSL („Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce 2017”), aż 78% zatrudnionych poleciło pracę w sektorze swoim znajomym. Dla wielu osób, korporacja jest możliwością zdobycia cennego doświadczenia, większych zarobków i ciekawej pracy w międzynarodowym środowisku.

Korpo nie dla wszystkich

Przede wszystkim, należy sobie szczerze powiedzieć, że praca w międzynarodowym środowisku ogromnej światowej firmy nie jest dla każdego. Podobnie jak nie każdy nadaje się do bycia lekarzem czy policjantem. Tylko część osób odnajduje się w prowadzeniu własnej firmy. Międzynarodowe przedsiębiorstwo narzuca określony sposób pracy. Wszystkie oddziały muszą ze sobą ściśle współpracować na sukces całej firmy.

Kiedy prześledzi się ogłoszenia o pracę wielu korporacji można zauważyć, że są cechy szczególnie poszukiwane przez pracodawców. Najczęściej wymieniane to zorientowanie na sukces, umiejętności interpersonalne i komunikacyjne, trzeba także lubić pracę zespołową. Do tego często wymagana jest bardzo dobra znajomość języków obcych.

Dla kogo praca w korporacji będzie dobrym wyborem?

„Podręcznikowy” kandydat do pracy w korporacji przede wszystkim musi być specjalistą w swojej dziedzinie. Duże przedsiębiorstwa poszukują i doceniają najlepszych pracowników, bo oni są gwarancją sukcesu.

– Jeżeli kandydat posiada te najważniejsze cechy, prawdopodobnie odnajdzie się w takim charakterze pracy. Jeżeli ma problem z pracą zespołową, jest ogromnym indywidualistą lub ma zaniżoną motywację, z pewnością będzie mu się ciężko pracowało. – mówi Sabina Stachurek, Dyrektor HR z MAHLE. – Stawiamy na osoby ambitne, zdyscyplinowane, lubiące pracę przy wymagających projektach. Inwestujemy i pomagamy się rozwijać. Zdajemy sobie sprawę, że to od pracowników zależy, czy firma odnosi sukcesy, czy nie. – dodaje.

Praca musi pasować do człowieka

Prawie 250 tys. osób w naszym kraju pracuje w korporacjach. Ta liczba będzie się sukcesywnie zwiększać (w ostatnim roku 15% wzrost kadr), ponieważ Polska jest bardzo doceniana przez inwestorów, a nasi rodacy uważani za sumiennych pracowników i dobrych specjalistów. Jesteśmy świetni w językach obcych. I wbrew obiegowym opiniom, doskonale odnajdujemy się z międzynarodowym środowisku, dlatego też jesteśmy doceniani i chętnie wysyłani do zagranicznych placówek.

Otwarcie centrum usług wspólnych we Wrocławiu było bardzo przemyślaną decyzją. We Wrocławiu mieszka wielu wysoko wykwalifikowanych specjalistów, których obecnie poszukujemy.- dodaje Sabina Stachurek z MAHLE.

Sukcesy korporacyjnych pracowników – a jest ich w sieci pełno – pokazują prawdziwą twarz pracy w korporacji, czyli szanse i możliwości jakie oferuje ta praca. Warto przyjrzeć się zaletom i dowiedzieć, dlaczego nadal tak wiele osób jej poszukuje.

Przede wszystkim jest to idealna praca dla osób, które są mocno zorientowane na cel. Lubią pracować według terminarza i planu. Jednocześnie trzeba uwielbiać pracę z ludźmi, razem dążyć do celu i czerpać z tego sporo satysfakcji. Co ważne, trzeba chcieć inwestować w siebie i cały czas podnosić swoje kwalifikacje. Pracodawcy mocno inwestują w swój zespół i na brak szkoleń na pewno nie można narzekać. Świetnie odnajdą się tu także osoby, które lubią poszerzać swoje horyzonty, podróżować i uczyć się nowych rzeczy. Trzeba również odpowiedniej dawki samodyscypliny.

Jesteśmy nowoczesną korporacją, która daje możliwość przejścia przez różne stanowiska, nie zamyka pracownika w jednym określonym schemacie działania. Firma doskonali się cały czas. Usprawniamy systemy działania, zmieniamy plany. Z pewnością docenią to osoby, które nie lubią monotonii. Wbrew pozorom również dotyczy to tych, którzy na co dzień pracują z danymi i wykresami, czyli specjaliści SAP, rachunkowości czy księgowości, których o becnie poszukujemy. Osoby które lubią się uczyć wciąż nowych rzeczy, doskonalić swoje umiejętności i cały czas się rozwijaćna pewno będą w swoim żywiole. – mówi Sabina Stachurek z MAHLE.

Szukając nowej pracy warto wybrać taką, której kultura organizacyjna nie opiera się tylko i wyłącznie na osiąganiu mitycznych targetów.

– Nie chcemy być ”typową korporacją i bardzo walczymy z niesprawiedliwymi praktykami. Nasze zasady pracy i kultura organizacyjna zostały docenione przez niemiecki instytut pracy i rodziny, nagrodą za politykę przyjazną rodzinie i propagowanie filozofii work-life balance. Jest ona wdrażana we wszystkich oddziałach MAHLE, także we Wrocławiu. Zależy nam na tym, aby dobrze się u nas pracowało – mówi Sabina Stachurek, dyrektor HR w MAHLE.

Czas pracownika

Trzeba pamiętać, że nastał czas pracownika. Teraz pracodawcy naprawdę dbają o swoją załogę. W szczególności firmy międzynarodowe, które zapewniają szkolenia na całym świecie, delegacje, elastyczny czas pracy, pakiety benefitów, otwartość w rozmowie i stawianie oczekiwań pracownika na pierwszym miejscu. Wygodne biura, nieograniczona ilość kawy, czy pokoje do relaksu i rozrywki są w korporacyjnym „standardzie”. Głodowe pensje czy wszystkie wieczory przed komputerem również można włożyć między bajki. Takich mitów jest więcej, na szczęście w rzeczywistości spotyka się je coraz rzadziej.

Osoby, które lubią sięgać po więcej, dążą do wspólnego sukcesu i którym zależy na stabilnej pracy, z pewnością w korporacji odnajdą to, czego oczekują od wymarzonej pracy.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Komiksy, zabawki, monety, trunki czy zabytkowe auta – sposobów na alternatywne inwestycje jest cała masa. Moda na nie potrafi jednak przemijać, a obietnica dwu-trzycyfrowych zysków może zostać przekuta w stratę – ostrzega Open Finance. Poznaj 5 niecodziennych sposobów na inwestycję

W ciągu roku klasyczne auta zdrożały przeciętnie o 6,5%, a kolekcjonerskie butelki „szkockiej” aż o 18,5% – wynika ze statystyk portali HAGI i Rare Whisky 101. Takie wyniki rozbudzają chciwość inwestorów – szczególnie jeśli bankowe lokaty z trudem pokonują inflację.

Co warto podkreślić, niezmiennie klasyczne inwestycje – akcje, obligacje, nieruchomości czy złoto – pozostają w centrum zainteresowania przeciętnego inwestora (pisaliśmy o nich więcej 5 października w materiale pt. „5 sposobów na emeryturę „na własną rękę”). Nie zmienia to jednak faktu, że alternatywne sposoby lokowania kapitału zyskują na popularności – szczególnie kusząc potencjalnymi zyskami w otoczeniu niskich stóp procentowych. Wiele źródeł podkreśla też, że inwestycje alternatywne (znaczki pocztowe, stare samochody czy trunki) nie tanieją, gdy na rynek giełdowy przychodzi bessa, czyli są antycykliczne. W ostatnich latach takie przypadki się zdarzały, ale nie jest to reguła. Z drugiej strony minusem inwestycji alternatywnych jest to, że moda na nie także może przeminąć, a wtedy kupione przez inwestorów przedmioty mogą okazać się znacznie mniej warte lub nawet bezwartościowe. Jak zawsze niezbędne są więc rozwaga, wiedza i ostrożność.

Polska motoryzacja w cenie

Jak wcześniej wspomniano wyraźnie zdrożały w ostatnim czasie auta klasyczne – o 6,5% w ciągu roku – wynika z indeksu HAGI TOP. Przygotowuje go firma Historic Automobile Group International, która popularyzuje wiedzę o autach klasycznych i zmianach ich cen. Indeks HAGI TOP ma za zadanie badanie cen transakcyjnych najrzadszych klasycznych aut zbudowanych na przestrzeni całej historii motoryzacji. Znajdziemy w nim zarówno samochody zbudowane przed wojną jak i w XXI wieku. Rodzimy rynek aut klasycznych nie dorównuje zachodnioeuropejskim, co nie znaczy, że Polakom obce jest lokowanie pieniędzy na tym rynku. Co więcej, zainteresowaniem cieszą się nie tylko stare Mercedesy, Ferrari, Porsche czy Jaguary, ale mamy też rynek rodzimych ikon motoryzacji.

Trzeba mieć przy tym świadomość, że utrzymanie auta w nienagannej kondycji sporo kosztuje. W przypadku ikon PRL-u istnieje poważne zagrożenie, że ewentualny wzrost wartości czterech kółek może nie pokryć wspomnianych kosztów. Ten trzeba szacować na kilka-kilkanaście tysięcy złotych rocznie. Spójrzmy więc na konkretny przykład. W pierwszej dekadzie XXI wieku „duży fiat” w dobrym stanie kosztował około 2-3 tys. zł, a egzemplarze zaniedbane wyceniane były na zaledwie kilkaset złotych. Podobnie było z „małymi fiatami”. Aut tych jest jednak coraz mniej, a sentyment na nie wraca. Efekt jest taki, że ceny za auta w idealnym stanie przyprawiają o zawrót głowy. Zdarza się, że sprzedający żądają za nie 30-50 tys. złotych i więcej. Głośny był przypadek ponad 30-letniego malucha, który „mieszkał” na piętrze domu jednorodzinnego. Właściciel wycenił go na 65 tys. złotych.

Potężne zyski na komiksach

Imponujące są też wzrosty cen komiksów. Ikoną jest tu pierwsze wydanie Action Comics z 1938 roku. 79 lat temu kosztowało ono 10 centów. Dziś za egzemplarz w idealnym stanie trzeba zapłacić nawet 3,2 mln dolarów – jest to najwyższa w historii cena zapłacona za komiks. To oznacza, że ten egzemplarz co roku drożał przeciętnie o ponad 24% i działo się tak przez prawie 8 dekad. Kolejne numery z tej serii nie są już aż tak drogie. Maksymalną cena jaką osiągnął piąty numer było „zaledwie” 7,5 tys. dolarów. Uśredniając wzrosty cen dla pierwszych 10 numerów tej serii osiągamy wynik na poziomie ponad 18%. Aż o tyle przeciętnie drożały co roku te komiksy.

Na rodzimym rynku próżno szukać takich spektakularnych przykładów. Niemniej poważne ceny osiągają komiksy wydawane w okresie PRL. W 2016 roku głośny był na przykład wynik licytacji, w wyniku której plansza komiksowa z 1971 roku z Tytusa, Romka i A’Tomka sprzedana została za 20,6 tys. zł. Drogie są też dziś komiksy z serii Kapitan Kloss, Kapitan Żbik czy Kajko i Kokosz. Oczywiście takie ceny osiągają tylko komiksy prawdziwie unikatowe – najlepiej niepublikowane i w idealnym stanie.

Krocie za marzenia z dzieciństwa

Podobne przypadki – szalonych wzrostów cen – znaleźć można w przypadku zabawek z dzieciństwa. Nawet jednak Barbie, „resoraki” czy figurki bohaterów z młodych lat nie osiągają milionowych wycen. Prawdziwe unikaty kosztują przeważnie nie więcej niż 100-300 tysięcy dolarów, co i tak jest kwotą przyprawiającą o zawrót głowy. Spójrzmy jednak na bardziej przyziemne przypadki. Figurka płatnego zabójcy (Boba Fetta), którą wprowadzono do sprzedaży w 1997 roku przy okazji premiery filmu Gwiezdne Wojny: Imperium Kontratakuje, została w 2015 roku sprzedana za 18 tysięcy funtów. Taką cenę osiągnęła zabawka w oryginalnym nieotwieranym pudełku. Jak informuje portal Daily Mail w 1980 roku w sklepie figurkę tę można było kupić za 1,5 funta. Kto mógł jednak wtedy przewidzieć jakim hitem i ikoną popkultury zostanie seria Gwiezdnych Wojen?

To jest też największy problem z alternatywnymi inwestycjami. Jest to po prostu bardzo ryzykowny sposób na pomnażanie kapitału. Jeśli łatwo byłoby wytypować rzeczy, które dziś są relatywnie tanie, a za lat kilkadziesiąt będą warte majątek, to nie oszukujmy się – wszyscy by je kupowali i za kilkadziesiąt lat podaż byłaby wciąż wyższa niż popyt. Rynek, na którym chcemy działać musimy znać jak własną kieszeń, mieć tzw. „nosa” i szczyptę szczęścia. W przeciwnym przypadku pieniądze stracimy lub przynajmniej nie zarobimy zbyt wiele. Gwarancji zysku nie daje też zakup przedmiotów, które dziś są pożądanymi unikatami. Nawet zakup komiksu wycenianego dziś na setki tysięcy czy miliony dolarów nie daje gwarancji zysku, bo moda może minąć.

Wysoki procent zaklęty w szkle

I tak na przykład w modzie jest obecnie lokowanie kapitału w kolekcjonerskich egzemplarzach szkockich trunków. Jak informuje portal Rare Whisky sto najbardziej pożądanych butelek zdrożało w ostatnim roku o 18,5%. Od początku publikacji indeksu badającego zmiany ich cen (koniec 2008 r.) zanotowano już prawie 400-proc. wzrost.

W tym wypadku największą popularnością cieszą się oczywiście także butelki unikalne. Ważny jest więc wiek trunku, jego jakość i długość okresu, przez który leżakował. Dobrze gdy jest to seria limitowana, a jeszcze lepiej gdy gorzelnia, w której powstał dany destylat, zamknęła już swe podwoje.

Moda zmienną jest

Skoro o modzie mowa, to warto dla przestrogi przytoczyć przykład całkiem niedawny – tym bardziej ciekawy, że z rodzimego podwórka. Dokładnie 10 lat temu boom przeżywał rynek współczesnych monet kolekcjonerskich i obiegowych emitowanych przez NBP. Regularnie – w dniach kolejnych emisji – przed oddziałami banku centralnego ustawiały się kolejki osób chcących kupić nowe monety, które często z kilkukrotnym przebiciem sprzedawano z pomocą portali aukcyjnych. W tym samym czasie mocno drożały też inne monety emitowane po denominacji.

Doskonałym przykładem jest moneta obiegowa o nominalne 2 złote wyemitowana przez NBP w 1996 roku, a upamiętniająca Zygmunta II Augusta. W 2007 roku jej cena wzrosła nawet do ponad 1000 złotych (500 razy więcej niż cena emisyjna). Szał na monety emitowane przez NBP osiągnął jednak szczyt na przełomie 2007/08. Potem zainteresowanie malało wraz z cenami. Trudno powiedzieć czy powodem był kryzys finansowy, czy fakt, że NBP widząc potężne zainteresowanie emitowanymi monetami, po prostu zwiększał ich nakłady (podaż). Teraz za dwuzłotówkę Zygmunta Augusta trzeba zapłacić mniej więcej 300-400 złotych, co i tak oznacza mocne przebicie ponad cenę emisyjną, ale również sporą stratę dla kogoś kto kupił „na górce”. Oczywiście trzeba dodać, że w 1996 roku dwuzłotówkę z Zygmuntem można było po prostu dostać zostawiając w kasie NBP zwykłe 2 złote. Gdyby tego było mało, każdy mógł wymienić dowolną kwotę na okolicznościowe monety.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Wyniki ostatniego posiedzenia Federalnego Komitetu Otwartego Rynku doprowadziły do pewnych zaskoczeń. Najbardziej zastanawiający jest deficyt uwagi wokół rozpoczętego procesu ograniczenia sumy bilansowej banku centralnego. Przypomnę, że to właśnie polityka ilościowego luzowania była jednym z głównych koni pociągowych globalnej hossy z ostatnich lat, więc na zasadzie analogii rozpoczęcie ilościowego zacieśniania powinno przynajmniej zostać przez inwestorów dostrzeżone. Tak się jednak nie dzieje. Wciąż największa uwaga koncentruje się na stopach procentowych. Inwestorzy od wielu miesięcy oczekiwali, że Fed obniży swoje założenia co do skali zacieśnienia polityki monetarnej w kolejnych kwartałach z uwagi na rozczarowujące odczyty inflacji. Tak się jednak nie stało. Janet Yellen wyraźnie zakomunikowała, że stopy pójdą w górę zgodnie z wcześniej wyrażanymi deklaracjami, mimo niższego od oczekiwań wzrostu cen. Jastrzębi ton amerykańskiego banku centralnego został dostrzeżony głównie na rynku walutowym oraz obligacji. Dolar się umocnił, a rentowności obligacji wzrosły. Zadziwiająco spokojne pozostały przy tym rynki akcyjne, choć tyczy się to głównie parkietów z krajów rozwiniętych. Indeks MSCI World wciąż pnie się na nowe historyczne maksima przy niskiej zmienności. Jedynie w spektrum rynków wschodzących doszło do korekty notowań. Według szacunków Instytutu Finansów Międzynarodowych przepływy kapitału na rynki wschodzące wyraźnie spadły od czasu posiedzenia Fed. W całym wrześniu napływy środków były najniższe od stycznia i skoncentrowały się na rynku obligacji. Z rynku akcji w poprzednim miesiącu kapitał netto odpłynął w kwocie 2,7 mld dolarów. Nałożyła się na to prezentacja planu obniżenia podatków w USA, co wskrzesiło martwy od dłuższego czasy tzw. „Trump trade”. W połączeniu z ruszeniem giełdy nazwisk na stanowisko nowego szafa Fed kapitał może bardziej faworyzować rynki rozwinięte wobec wschodzących, choć globalne ożywienie wciąż powinno wspierać także rynki wschodzące. Zresztą sesje z tego tygodnia na to wskazują. We wtorek indeks MSCI Emerging Markets zyskał aż 1,3%. W tym kontekście słabsza pozostaje GPW, na której opory bardzo dobrze spełniają swoje zadanie. Ostatnie sesje III kwartału dawały co prawda nadzieję, że spółki średnie mogą przejąć wzrostową pałeczkę od blue chipów, ale w tym tygodniu indeks mWIG40 odbił się od psychologicznego poziomu 5000 pkt., stawiając znak zapytania nad tą hipotezą.

Autor: Łukasz Bugaj, CFA, Analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Własny, wymarzony dom jest coraz bliżej! Po wyborze odpowiedniej działki, czas na przygotowanie się do budowy. Aby proces przebiegł bez większych zakłóceń, warto zaplanować go z wyprzedzeniem. Dzięki temu będziesz mieć czas na reakcję w nieprzewidzianych sytuacjach, a Twój dom powstanie szybciej. Dowiedz się, jaką obrać kolejność i przygotować się do poszczególnych etapów budowy!

  1. Określenie funkcji i powierzchni domu

Przed rozpoczęciem budowy domu warto zastanowić się nad tym, jakiej przestrzeni potrzebujesz i jak chciałbyś ją zaaranżować. Rozplanowanie pokoi będzie zależne przede wszystkim od tego, ile osób ma zamieszkiwać dom, do czego ma on dodatkowo służyć (np. do przyjmowania gości, pracy czy ćwiczeń). Zawczasu należy także pomyśleć o dodatkowych przestrzeniach niemieszkalnych, tj. o piwnicy, pomieszczeniu gospodarczym, siłowni, spiżarni lub garażu. Przestrzenie nieplanowane wcześniej, uwzględniane dopiero podczas budowy mogą być problematyczne w realizacji i na pewno spowolnią cały proces oraz uczynią go bardziej kosztownym.

  1. Decyzja o projekcie domu – gotowym lub indywidualnym

Podczas wizyty w pracowni architektonicznej znalazłeś gotowy projekt odpowiadający Twoim oczekiwaniom? Świetnie, zatem po jego adaptacji do działki możesz  rozpocząć budowę swojego nowego domu. Jeśli jednak Twoje wymagania wykraczają poza standardowe oczekiwania inwestorów (np. potrzebujesz basenu lub działka, którą dysponujesz ma trudny do zaaranżowania kształt), będziesz musiał poprosić  o przygotowanie projektu indywidualnego. Powinien być on przygotowany przez uprawnioną do tego osobę oraz dostosowany do specyfiki terenu. Opracowanie konceptu i zatwierdzanie wszystkich modyfikacji z pracownią może potrwać kilka tygodni.

  1. Oszacowanie nakładów i kosztów

Większe nakłady na domowe instalacje mogą być inwestycją na lata, ponieważ często ich eksploatacja jest dużo tańsza i bardziej ekologiczna. Ogrzewanie pompą ciepła czy wykorzystanie paneli słonecznych to przykłady wydatków, które szybko zwrócą Ci się wraz z użytkowaniem domu. Czy warto je ponieść? Dodatkowe koszty to także monitoring czy instalacja alarmowa. Dzięki tym rozwiązaniom poczujesz się bezpieczniej, dlatego, jeśli planujesz przechowywać w domu kosztowne przedmioty lub w okolicy zdarzały się kradzieże, to warto je rozważyć.

  1. Rozmieszczenie elementów zagospodarowania działki

Dom to nie wszystko, przemyśl także aranżację samej działki. W pierwszej kolejności powinieneś sprawdzić, czy na terenie posesji masz dostęp do kanalizacji, co znacząco ułatwia rozwiązanie kwestii sanitarnych. Jeśli go nie posiadasz, rozważ wybór między szczelnym szambem lub przydomową oczyszczalnią. Warto zastanowić się także nad budową grilla oraz znaleźć dla niego miejsce. Jeśli chcesz mieć zewnętrzny garaż, przemyśl miejsce na budowę wiaty. A może planujesz uprawę domowego ogródka? Wygospodaruj nasłonecznioną przestrzeń ziemi, najlepiej w kącie działki,
w sam raz na rabatki.

  1. Przygotowanie zestawu dokumentów i analiza stanu działki

Do rozplanowania procesu budowy potrzebnych będzie kilka dokumentów. Przed złożeniem zgłoszenia o rozpoczęciu prac budowlanych musisz wystąpić do odpowiednich instytucji o wydanie uzgodnień i warunków na media (prąd, woda, kanalizacja, gaz) oraz wjazdu na działkę. O tę kwestię warto się zatroszczyć, ponieważ droga do posesji może dochodzić do drogi publicznej. Im wyższy jej status (np. wojewódzka), tym trudniej będzie Ci ustalić wjazd do posesji. Przed rozpoczęciem budowy warto przeprowadzić odwierty geologiczne. Pozwolą one poznać stan gruntów i uchronić się przed problemami w trakcie użytkowania domu, np. zapadaniem się fundamentów na skutek obecności wód gruntowych czy niestabilnego, niejednorodnego gruntu. Mapa dla celów melioracyjnych, z którą można zapoznać się w pobliskim urzędzie melioracji i urządzeń wodnych, pozwoli na uniknięcie pod budową rowów melioracyjnych czy sączków.

  1. Dobór ekipy budowlanej

Jeśli nie budujesz domu samodzielnie, wybierz odpowiednią ekipę budowlaną. Geodeta zajmie się wytyczeniem przyszłego domu, dojazdu, parkingu na działce oraz zinwentaryzuje budynek, media, drogę i podjazd do odbioru przez nadzór budowlany. Starannie dobierz kierownika budowy lub generalnego wykonawcę odpowiedzialnego za całość procesów budowlanych oraz inspektora nadzoru.. To on dba o odbiór etapów od poszczególnych wykonawców. Ewentualnie można też postawić na kilka mniejszych, uzupełniających się ekip budowlanych. Przed podpisaniem umowy podpytaj o rzetelnych budowlańców wśród rodziny, przyjaciół, sprawdzaj także opinie w internecie. Po podjęciu wstępnej decyzji poproś o kontakty do byłych klientów i dowiedz się u źródła, czego możesz się spodziewać po danej ekipie.

  1. Ustalenie kolejności prac budowlanych

Po dopięciu wszystkich formalności, analizie ziemi, rozplanowaniu elementów domu oraz działki, czas na plan prac budowlanych. Pierwszym ich etapem jest wykop fundamentów. Na trudnych terenach (np. na grząskich) zamiennie stosowana jest także zbrojna płyta. Później następuje czas na prace konstrukcyjne, czyli budowę ścian nośnych wewnętrznych, zewnętrznych oraz stropów. Kolejny etap to opracowanie konstrukcji i pokrycie dachu. Następnie buduje się ścianki działowe domu. Po ułożeniu instalacji i mediów rozpoczynają się prace tynkarskie oraz wylewki. Po tych wszystkich etapach następuje czas na wykończenie budynku. Równolegle z nim możesz przeprowadzić prace na elewacji domu.

  1. Finalizacja budowy

Ustalenie harmonogramu budowy pomoże Ci trzymać się terminów. Po zakończeniu budowy zaczekaj spokojnie na odbiór budowli od nadzoru budowlanego. Pozwól budynkowi przeschnąć i osiąść, dopiero za jakiś czas zajmij się urządzaniem wnętrz.

Dzięki określeniu Twoich potrzeb, koncepcji budynku i rozplanowaniu poszczególnych robót będziesz mógł cieszyć się domem po sześciu – osiemnastu miesiącach, w zależności od zastosowanej technologii.  I choć ciężko wyliczyć dokładnie, ile czasu zajmie Ci postawienie wymarzonego domu, to istnieją uniwersalne wytyczne dotyczące najlepszej pory na jego budowę. Najlepiej rozpocząć ją wiosną, aby przykryć dom dachem jeszcze tego samego roku. To także odpowiedni czas na urządzenie ogrodu. Sadzenie drzew warto przedsięwziąć wczesną wiosną lub jesienią.

– Dobry plan to podstawa Twojego nowego domu, jego brak może Cię natomiast słono kosztować. Gdy na etapie wykończenia stwierdzisz, że chciałbyś coś zmienić i będziesz musiał modyfikować strukturę ścian  (np. skuć wnękę), narazisz się na dodatkowy koszt w wysokości kilku tysięcy. Dlatego właśnie warto zawczasu określić cele pełnione przez dom, przeliczyć posiadane pieniądze i ustalić nieprzekraczalny budżet jego budowy. Wygospodaruj także finansową rezerwę na poziomie 20%, na wypadek nagłych, nieprzewidzianych okoliczności. Mogą się one zdarzyć zawsze, odpowiednio planując budowę, jesteś jednak w stanie ograniczyć prawdopodobieństwo ich wystąpienia do minimum, a dzięki temu spać spokojnie przez cały okres trwania budowy domu – mówi Hubert Telecki z portalu DziałkaDlaCiebie.pl.

 

Źródło; Magmillon

 

Przy zakupie nieruchomości komercyjnych kluczowe znaczenie ma wnikliwa analiza jej stanu prawnego i faktycznego. To dzięki niej kupujący uniknie ewentualnych trudności i bezpiecznie sfinalizuje transakcję. Inwestor powinien zwrócić szczególną uwagę na kwestię pierwokupu, praw i roszczeń obciążających nieruchomość, narodowości nabywcy, a także zgód i pozwoleń na użytkowanie budynków. Nie bez znaczenia pozostaje również weryfikacja aspektów ograniczających swobodę nabywcy wobec nieruchomości, związana z ochroną środowiska oraz zabytków.

Zakup nieruchomości należy rozpocząć od zbadania i określenia tytułu prawnego sprzedającego do nieruchomości. Kupujący powinien posiadać pełną wiedzę związaną z nieruchomością. Musi zdawać sobie sprawę jakimi ewentualnymi prawami czy roszczeniami jest ona obciążona. Co więcej, inwestor powinien poznać również treść zgód i pozwoleń, które umożliwiły zabudowę działki i użytkowanie budynków.

Jednym z potencjalnych zagrożeń dla planowanej inwestycji jest kwestia pierwokupu. Takie zastrzeżenie oznacza, że istnieje podmiot posiadający pierwszeństwo kupna nieruchomości. Gdyby zatem właściciel chciał ją sprzedać na rzecz podmiotu trzeciego, to pierwszeństwo zakupu rzeczonej nieruchomości posiada inna strona. Oczywiście nieruchomość może być kupiona przez podmiot trzeci, ale upoważniony musi zrezygnować ze swojego prawa pierwokupu – termin do wykonania prawa pierwokupu wynosi jeden miesiąc od otrzymania zawiadomienia o sprzedaży, chyba że strony zastrzegły inne terminy. Jeżeli właściciel lub użytkownik wieczysty sprzedał nieruchomość osobie trzeciej bezwarunkowo wbrew swemu obowiązkowi, to ponosi on odpowiedzialność za wynikłą stąd szkodę. Mimo to umowa sprzedaży zawarta z osobą trzecią jest ważna, gdyż prawo pierwokupu w ujęciu Kodeksu cywilnego ma charakter względny. Jeżeli zaś prawo pierwokupu przysługuje z mocy ustawy Skarbowi Państwa lub jednostce samorządu terytorialnego, współwłaścicielowi albo dzierżawcy, to sprzedaż jest wówczas z mocy prawa nieważna.

Ograniczenie w zakresie dostępu do drogi publicznej wymagające nabycia dodatkowych działek bądź ustanowienia na nich służebności prawa przechodu i przejazdu to kolejne potencjalne zagrożenie. Przed podjęciem decyzji o zakupie nieruchomości istotne jest sprawdzenie, czy na wybranym terenie będzie możliwa realizacja planowanej inwestycji. W tym celu kluczowe jest zapoznanie się z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, bądź też w przypadku jego braku ze studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego dotyczącym terenu, na którym położona jest nieruchomość. W przypadku, gdy przedmiotem umowy jest działka zabudowana, ważną kwestią jest weryfikacja pozwoleń na budowę czy na użytkowanie. Te dokumenty mogą bowiem kolidować z planami, z którymi inwestor wiązał zakup nieruchomości.

Nieruchomość uznana za zabytek nieruchomy również znacząco ogranicza swobodę inwestora wobec nieruchomości. Objęcie opieką konserwatora zabytków wiąże się nie tylko z poważnymi ograniczeniami i utrudnieniami w stosunku do planowanej inwestycji, ale również z potencjalnymi, dodatkowymi kosztami. Warto zwrócić również uwagę, iż przy sprzedaży lub oddaniu w użytkowanie wieczyste nieruchomości wpisanej do rejestru zabytków stanowiącej własność Skarbu Państwa lub jednostki samorządu terytorialnego, wymagane będzie pozwolenie wojewódzkiego konserwatora zabytków. Ponadto, w konkretnych przypadkach może również zachodzić konieczność dokonania oceny oddziaływania przedsięwzięcia na środowisko bądź obszar objęty programem Natura 2000 i tym samym uprzedniego uzyskania przez inwestora decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach realizacji planowanego przedsięwzięcia na środowisko, które w konsekwencji mogą uniemożliwić realizację inwestycji zgodnie z zamierzonym wcześniej planem.

Gdy kupujący nieruchomość jest cudzoziemcem, niezbędne może okazać się także uzyskanie zezwolenia w formie decyzji administracyjnej, wydawanej przez ministra właściwego do spraw wewnętrznych, na nabycie przez niego konkretnej nieruchomości. W przypadku obywateli lub przedsiębiorców państw – stron umowy o Europejskim Obszarze Gospodarczym albo Konfederacji Szwajcarskiej, co do których nie miały i nie mają również obecnie zastosowania ograniczenia w nabywaniu nieruchomości niebędących nieruchomościami rolnymi bądź leśnymi, należy wskazać, iż począwszy od dnia 1 maja 2016r. nie jest wymagane uzyskanie przez nich zezwolenia także na nabycie nieruchomości rolnych i leśnych. Od tego dnia podlegają oni takim samym ograniczeniom w nabywaniu nieruchomości rolnych jak polscy obywatele i przedsiębiorcy.

Przed podjęciem decyzji o zakupie nieruchomości szczególnie ważne jest również zbadanie, czy nieruchomość zlokalizowana jest w strefach ochronnych (np. linii wysokiego napięcia), obszarze ograniczonego użytkowania (np. strefa wokół lotniska), bądź w strefach ochronnych terenów zamkniętych w rozumieniu Ustawy Prawo geodezyjne i kartograficzne, jak również czy objęta jest ona ochroną zgodnie z Ustawą o ochronie gruntów rolnych i leśnych i jeśli tak, to w jakim zakresie. Badaniu powinno podlegać także zagadnienie opłaty adiacenckiej i ewentualnego obowiązku jej uiszczenia, a także przewidzianych w Ustawie o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym potencjalnych roszczeń przysługujących właścicielowi lub użytkownikowi wieczystemu nieruchomości, jak i opłat (tzw. opłata planistyczna) obciążających właściciela lub użytkownika wieczystego nieruchomości, jak również objęcia transakcji sprzedaży nieruchomości podatkiem od towarów i usług.

Powyższe kwestie wskazują jedynie na pewne potencjalne zagrożenia dla planowanej inwestycji mogące ujawnić się w trakcie przeprowadzanych analiz mających na celu weryfikację stanu prawnego i faktycznego nieruchomości, jak również stanu techniczno-budowlanego znajdujących się na niej budynków oraz sytuacji finansowej (podatkowej) transakcji. Stanowią one istotne czynniki zwiększające bezpieczeństwo planowanej inwestycji i mogąc mieć kluczowe znaczenie przy podjęciu decyzji o nabyciu nieruchomości.

 

Autorem artykułu jest adwokat Piotr Korzeniowski z kancelarii Gardocki i Partnerzy Adwokaci i Radcowie Prawni

Chociaż pierwszy dzwonek w szkołach już wybrzmiał, wielu inwestorów nie wróciło jeszcze z wakacji. Świadczą o tym wciąż niewielkie obroty na rynku obligacji. Natomiast ci gracze, którzy są już aktywni, niepokoją się zagrożeniem nuklearnym ze strony Korei Północnej. Widać to po przepływach kapitału z bardziej ryzykownych rynków do USA czy Niemiec. Co ciekawe, jako bezpieczną przystań inwestorzy traktują także Polskę.

Warto się w tym miejscu zatrzymać i zwrócić uwagę, jak bardzo poprawiło się nastawienie inwestorów zagranicznych do Polski. Jeszcze na początku tego roku podchodzili oni z rezerwą do kupna 10-letnich obligacji Skarbu Państwa z rentownością ok. 3,8-3,9%. Nie przekonywało ich nawet to, że premia względem obligacji niemieckich  (spread), wynosiła wówczas 3,6%. Obecnie zagraniczni gracze za atrakcyjny poziom do zakupu polskich papierów skarbowych uważają 3,2% i niższy. I to pomimo że spread wyraźnie spadł, do poziomu 2,8%.

Dynamiczny wzrost cen polskich obligacji ma wiele źródeł. Jednym z nich jest oczywiście bardzo dobre wykonanie budżetu (2,4 mld zł nadwyżki po lipcu). Daje ono bardzo duży komfort Ministerstwu Finansów, które w ostatnim czasie nie przeprowadziło żadnej emisji obligacji. Przy braku podaży na rynku pierwotnym ceny papierów na rynku wtórnym rosną. Aukcji spodziewamy się dopiero w IV kwartale br., kiedy resort finansów rozpocznie prefinansowanie potrzeb pożyczkowych budżetu na przyszły rok.

Polskie obligacje wspierają też agencja ratingowa Moody’s (jej analitycy dokonali rewizji prognozy PKB Polski w górę, do 4,3%) oraz Rada Polityki Pieniężnej. Gołębie nastawienie członków RPP pozwala oczekiwać, że stopy procentowe w Polsce pozostaną na obecnych poziomach przez cały 2018 rok.

Już pod koniec roku okaże się, czy świetne dotychczas wykonanie budżetu przełoży się na obniżenie deficytu budżetowego w całym 2017 roku (zaplanowanego na 59,3 mld zł). Jest na to szansa – o ile nie dojdzie do powtórki z ubiegłego roku i skala wydatków państwa w IV kwartale br. gwałtownie nie wzrośnie.

Póki co pozostaje cieszyć się dobrą koniunkturą panującą na polskim rynku obligacji i jak najlepiej ją wykorzystać.

 

Krzysztof Izdebski, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI

 

 

Dla jednych zaczęła się dekada handlu na rynkach wschodzących. Inni uważają, że kraje rozwijające są dla inwestorów największym źródłem ryzyka. Podczas gdy ETF odwzorowujące zachowanie spółek emerging markets są blisko rekordowych poziomów, indeks ryzyka dla aktywów z tego obszaru wzrósł dwukrotnie od początku roku. W jakim kierunki zmierzają rynki wschodzące?

16 sierpnia br., po 21 tygodniach nieprzerwanego napływu pieniędzy do funduszy inwestujących w akcje rynków wschodzących i po 28 tygodniach rosnącego zaangażowania inwestorów w rynek długu gospodarek rozwijających się, po raz pierwszy odnotowano odpływ środków z tych aktywów. Z funduszy akcyjnych ubyło 1,6 mld dolarów, a funduszy instrumentów dłużnych – 2,3 mld USD. Przerwana passa dla jednych oznacza koniec byczej szarży na rynkach wschodzących, dla innych jest oznaką typowej dla tych gospodarek niestabilności.

Największe ryzyko na świecie         

Pesymiści uważają, że rynek długu w krajach wschodzących (emerging markets – EM) jest już przegrzany. Julian Brigden z funduszu hedgingowego Macro Intelligence2 Partners doradził w sierpniu swoim klientom sprzedaż obligacji rynków rozwijających się, bo jak stwierdził, są przewartościowane i stwarzają obecnie „największe ryzyko na świecie” dla inwestorów.

John-Paul Smith, założyciel Ecstrat Ltd, jeden z niewielu strategów, którzy przewidzieli czteroletnie załamanie EM, jakie zaczęło się na początku 2011 r., w raporcie z lipca napisał, że dług i waluty krajów rozwijających się należą do trzech najgorętszych aktywów, obok euro i akcji spółek technologicznych.

Obydwaj menedżerowie należą do niewielkiej wciąż grupy inwestorów obstawiających spadki na rynkach wschodzących. Choć są to głosy mniejszości, nie brak im argumentów na rzecz tezy, że emerging markets są przewartościowane. Ich siła wynika częściowo ze słabości rynków rozwiniętych. Rynki wschodzące korzystają na deprecjacji dolara w tym roku. Dług wielu krajów rozwijających się jest denominowany w amerykańskiej walucie i tańszy dolar zmniejsza koszt obsługi zadłużenia. Kij ma jednak dwa końce. Dolar był w centrum zainteresowania inwestorów pod koniec 2016 i na początku tego roku, w związku z dużymi oczekiwaniami co do szybkiego wzrostu stóp w FED.

Wolniejsze tempo podwyżek spowodowało odwrót od amerykańskiej waluty i napływ środków do EM. Niedźwiedzie przekonują, że stabilizacja dolara negatywnie odbije się na rynkach wschodzących. Jeśli do tego w górę pójdą ceny obligacji krajów rozwiniętych, wtedy dług na emerging markets może znaleźć się w poważnych opałach.

Obligacje zaś drożeją od amerykańskich, po niemieckie bundy. Zdaniem części analityków, efekt może być równie dotkliwy jak skutki pamiętnego „taper tantrum” z 2013 r. Chodzi o panikę jaka ogarnęła rynek długu po tym jak Ben Bernanke, ówczesny szef FED, zapowiedział stopniowe wycofywanie się z luzowania ilościowego. Rynek wpadł w histerię i zaczęła się wyprzedaż obligacji EM co pociągnęło za sobą zjazd rynku FX. Waluty krajów wschodzących, jak obliczyła agencja Bloomberg, straciły 14 proc. , natomiast obligacje 7,3 proc.

Inwestycje w rozwój

Optymiści przekonują, że ostatnie spadki mają charakter przejściowy, są motywowane zdarzeniami politycznymi i nie mają związku z fundamentami. Odwrót inwestorów od bardziej ryzykownych aktywów nastąpił w związku ze wzrostem napięcia wokół Korei Północnej oraz niepokojami wewnętrznymi w USA po zamieszkach w Charlottesville i przewrotnych działaniach prezydenta Trumpa. Na początku 2016 r. fundusz Pacific Investment Management ogłosił, że nadciąga „dekada handlu” dla aktywów emerging markets.

Rzeczywiście, ostatnie kilka miesięcy to pasmo sukcesów na tych rynkach. W tygodniu poprzedzającym odpływ pieniędzy z funduszy inwestujących w dług i aktywa rynków wschodzących, indeks IShares MSCI Emerging Markets ETF (EEM) osiągnął najwyższy poziom od 2014 r., a w relacji do notowań S&P500 odnotował najwyższy kurs od dwóch lat. Od początku roku do 1 września indeks EEM zyskał już 28,22 proc. i jest to najwyższa dynamika od 2009 r. Z drugiej strony do historycznych maksimów z 2007 r. brakuje mu jeszcze 25 proc.

Zdaniem byczo nastawionych inwestorów, akcje EM są gotowe do szybkiego wzrostu. Fundamenty gospodarek wschodzących są o wiele zdrowsze niż z czasów turbulencji rynkowych z 2013 r., inna jest też ich struktura. UBS w nocie wysłanej do inwestorów na początku sierpnia wskazuje na istotną zmianę w zachowaniach rynków rozwijających się w czasach słabości dolara. W 2017 r. doszło jednak do przełamania tego wzorca. Słabość dolara jest tylko czynnikiem wspierającym, natomiast motorem wzrostu jest sektor IT. O ile indeks EEM wzrósł o około 25 proc. to akcje spółek technologicznych na tych rynkach zyskały 43 proc.

Konkluzja jest taka, że kraje rozwijające się dużo inwestowały w ostatnich latach w rozwój technologii i na zasadzie efektu tzw. żabiego skoku, mocno unowocześniły swoje gospodarki. Nie są one już, jak w poprzednich latach, uzależnione od cen na rynku surowców.

Indeks ryzyka w górę

Ostatnie lata to wreszcie czas istotnych zmian na poszczególnych rynkach emerging markets. W 2013 r. JP Morgan ukuł termin „fragile five” (tzw. „wrażliwa piątka”) odnoszący się do Brazylii, Indii, Indonezji, RPA i Turcji. Obecnie za słabe ogniwa uważana jest Korea Południowa, ze względu na ryzyka polityczne oraz RPA z powodu słabości politycznej i ekonomicznej. Analitycy Renaissance Capital uważają, że od 2013 r. wzrosła wrażliwość na wstrząsy takich krajów jak Egipt, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Katar, Bahrajn i Oman. RBC Capital Market na liście „kruchej piątki” umieścił Irak, Libię, Nigerię, Algierię i Wenezuelę, czyli kraje mocno związane z rynkiem ropy.

Niezależnie od różnic, wszystkie kraje rozwijające się uważane są za rynki podwyższonego ryzyka. Globalny indeks ryzyka, mierzony przez firmę doradczą CrossBorder Capital, wzrósł z 32,1 na koniec roku do 67,9 obecnie, osiągając najwyższy poziom od przeszło roku. Jednym z głównych czynników ryzyka jest bardzo duża liczba takich samych pozycji zajmowanych przez inwestorów, oczekujących wzrostów cen.

Wyceny, zdaniem JP Morgan, mogą jednak iść w górę, bo według ich prognoz, zyski spółek z EM (ponad 1 tys. analizowanych firm) wzrosną w tym roku o 20 proc., a w przyszłym o ponad 11 proc.

Piotr Marciniak, dyrektor zarządzający BGŻOptima

O rozwoju myślą przede wszystkim towarzystwa ubezpieczeniowe, branża IT oraz bankowość i firmy z sektora produkcyjnego – wynika z najnowszego badania firmy rekrutacyjnej Antal wraz firmą doradczą  CBRE. Aż 60% badanych decydentów biznesowych ma w planach inwestycje w kadry.

Jakiego rodzaju inwestycji możemy się spodziewać na polskim rynku? Główne gałęzie inwestycji to nakłady na: technologie, kapitał ludzki, ofertę produktową i usługową oraz rozwój geograficzny. Według raportu „Plany inwestycyjne firm 2017”  – opracowanego  przez Antal i CBRE, we współpracy z Adaptive, APIRE oraz BPCC – przedsiębiorcy planują przeznaczyć najwięcej środków na swoich pracowników.

Nakłady na rozwój kadr, podwyżki i premie, szkolenia, ale też atrakcyjniejszą powierzchnię biurową czy niestandardowe benefity są w planach 60% badanych przedsiębiorstw. „To ważny sygnał dla rynku. Nie tylko pokazuje, że to kompetencje decydują o sukcesie i przewadze konkurencyjnej firm, ale też – że zarządzający mają tego pełną świadomość i będą podejmowali odpowiednie kroki, aby pozyskać i utrzymać w strukturach najlepszych pracowników” – zauważa Artur Skiba, prezes Antal. W ramach szeroko pojętych inwestycji w HR 78% decydentów planuje stworzenie nowych wakatów.  W tym aspekcie do liderów należą branże nowych technologii (IT – 91%, Internet, nowe media, e-commerce – 89%) oraz centra usług wspólnych – 87%.

Ponad połowa badanych decydentów biznesowych (58%) podejmuje kroki w kierunku wzbogacenia oferty o nowe produkty lub usługi. W technologię z kolei planują inwestować przede wszystkim przedsiębiorstwa zajmujące się produkcją przemysłową. „Rola polskiego przemysłu produkcyjnego wobec nasycenia rynku niemieckiego, czeskiego i słowackiego staje się kluczowa w regionie CEE. Zaczynają powstawać u nas centra badawczo-rozwojowe, inwestuje się także w nowoczesne parki maszynowe” – wyjaśnia Roman Zabłocki, menedżer działu Engineering & Operations w Antal.

Tylko 16% firm planuje rozwój geograficzny, jednak to właśnie ten typ inwestycji wzbudza zazwyczaj najwięcej emocji, tak wśród samorządów lokalnych, jak i mieszkańców konkretnych regionów. Powody do radości mają tym razem Warszawa, Wrocław, Poznań oraz Łódź – respondenci badania wskazali jej jako najbardziej atrakcyjne lokalizacje dla rozwoju swoich struktur.

W których miastach firmy najchętniej lokowałyby inwestycje:

Poznanie korporacyjnych planów inwestycyjnych jest ważne dla oceny kondycji ekonomicznej państwa i nastrojów przedsiębiorców” – mówi Daniel Bienias, dyrektor zarządzający CBRE, partnera badawczego Antal. „Inwestorzy tworzą miejsca pracy, edukują pracowników, przynoszą najnowsze trendy, wpływają na rozwój miast, sektorów biznesu i przemysłu, podnoszą konkurencyjność i atrakcyjność ekonomiczną i społeczną kraju” – dodaje. Aby zaprezentować pełny obraz planów inwestycyjnych nie można pominąć żadnego z przedstawionych wyżej elementów. Dlatego autorzy raportu opracowali wskaźnik inwestycji, na który składają się wymienione typy inwestycyjne.

Antal Investment Index, na podstawie stosunku firm do różnych dziedzin inwestycji, pokazuje uśredniony poziom inwestycyjny, na jakim znajdują się poszczególne regiony czy branże. Dzięki uwzględnieniu kluczowych aspektów, jakimi są: nowe technologie, kapitał ludzki, rozwój geograficzny i rozwój produktów i usług, wskaźnik w sposób kompleksowy pozwala ocenić oraz porównać realny potencjał rozwojowy danych regionów czy branż. W tegorocznej, pierwszej edycji raportu AII wyniósł 45%. Najwyższym wskaźnikiem Antal Investment Index, przewyższającym średnią ogólnopolską, cechują się branże: Ubezpieczenia (56%), IT i Telekomunikacja (55%), Bankowość (53%), Produkcja przemysłowa (53%), Internet, nowe media, e-commerce, (53%), FMCG (50%), Handel detaliczny (48%). Badanie przeprowadzono także w sąsiednich krajach Europy Centralnej.

„Antal Investment Index dla Czech wynosi 49%, dla Słowacji 39%, dla Węgier 44%. Pokazuje to, że region Europy Centralnej dynamicznie się rozwija, a Polska ma w tym rozwoju istotne miejsce. Jesteśmy jednym z najbardziej atrakcyjnych rynków w oczach zagranicznych inwestorów. Brexit, poszukiwanie nowych rynków, ekspansja na Wschód – wszystkie te powody wymiernie przekładają się wysoką ocenę Polski w kontekście otwierania nowych oddziałów w oczach inwestorów zagranicznych” – podkreśla Daria Stefańska, menedżer Antal SSC/BPO.

 

Źródło: Antal

 

Banki są już 25 lat obecne na Giełdzie Papierów Wartościowych. 13 sierpnia 1992 r. na warszawskim parkiecie debiutował pierwszy z nich – Bank Millennium S.A. Przez ten czas banki stanowiły największy pod względem kapitalizacji sektor notowany na GPW. Teraz notowanych jest 15 podmiotów o łącznej kapitalizacji 571.6 mld zł. Jak banki zmieniły i zmieniają rynek?

– 25 lat temu debiutował na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie pierwszy bank – Bank Inicjatyw Gospodarczych, obecnie Bank Millennium i tym samym wyznaczył trend zdobywania kapitału przez banki na giełdzie. To zdobywanie kapitału przez giełdę pozwoliło bankom osiągnąć siłę finansową jaką dysponują obecnie –  mówi newsrm.tv Marcin  Materna, dyrektor Departamentu Analiz, Millennium Dom Maklerski.

Udział sektora bankowego w kapitalizacji na GPW wahał się od ok. 20% do 51% na koniec 2016 r. Obecnie – po 25 latach od debiutu pierwszego banku na GPW na parkiecie notowanych jest 15 podmiotów o łącznej kapitalizacji 571.6 mld zł, co odpowiada za ponad 50% kapitalizacji GPW. Od momentu skonstruowania indeks WIG-Banki wzrósł o prawie 500%.

Debiut Banku Millennium był zarazem debiutem całego sektora finansowego na raczkującym wówczas rynku kapitałowym. Pierwsza sesja, w której uczestniczył odbyła się 13 sierpnia 1992 r.

– Przez te 25 lat nasza instytucja znacznie urosła. O ponad 300 razy wzrosła akcja kredytowa, o więcej niż 100 razy wzrosły depozyty i o więcej niż 200 razy urósł kapitał banku. – mówi Joao Bras Jorge, prezes Banku Millennium i dodaje –  Obecność na giełdzie determinuje nas do bycia bardziej innowacyjnym bankiem. Ponieważ jeżeli jest się na tym rynku zawsze jest się obserwowanym przez inwestorów i analityków rynków finansowych. Gdy myślimy o kolejnych 25 latach jesteśmy bardzo entuzjastyczni i pełni energii, gdyż stawiamy na innowacyjność i mierzymy wyżej.

– Banki są lustrem rzeczywistości, pokazują co dzieje się w realnej gospodarce. Ostatnie lata to wzrost gospodarczy w Polsce, więc tak samo rosną zyski banków. Perspektywy na przyszłość są niezłe, więc podobnie powinno być z zyskami banków – dodaje Marcin Materna.

 

Wypowiedź: Marcin Materna, dyrektor Departamentu Analiz, Millennium Dom Maklerski, Joao Bras Jorge, prezes Banku Millennium.

Inwestorom niejednokrotnie reklamowane są strategie czy produkty inwestycyjne, które w przeszłości wygenerowały spory zysk. Problem jednak w tym, że historyczne wyniki nie gwarantują, że w przyszłości one ponownie będą miały miejsce. Natomiast generowanie mniej spektakularnych, ale systematycznych zysków pozwala osiągnąć atrakcyjne wyniki w długim horyzoncie czasowym.

W tabeli poniżej przedstawione zostały przykładowe inwestycje i ich stopy zwrotu. Przyglądając się stopom zwrotu w poszczególnych portfelach i dla kolejnych lat można wysnuć wniosek, że jednorazowa strata może mieć kluczowy wpływ na zyskowność inwestycji w długim terminie.

stopa zwrotu
inwestycja w 1. roku w 2. roku w 3. roku skumulowana w okresie 3 lat
#1 -10,0% 6,0% 5,0% 0,2%
#2 5,0% 6,0% 5,5% 17,4%
#3 -10,0% 14,0% 14,0% 17,0%
#4 12,0% 12,0% -20,0% 0,4%

Stopa zwrotu pierwszego portfela jest charakterystyczna dla inwestorów, którzy w pierwszym roku inwestycji ponieśli znaczącą stratę na ryzykownych instrumentach (np. akcjach), po czym przerzucili swoje środki w mniej ryzykowne papiery (np. obligacje korporacyjne). Przedstawiona sytuacja może mieć np. miejsce, gdy inwestorzy nie dywersyfikują swoich portfeli, tylko wszystkie środki „wrzucają do jednego koszyka”. Co więcej, finanse behawioralne wskazują, że inwestorzy z reguły błędnie oceniają własne podejście do ryzyka i w przypadku znaczących strat najczęściej zamykają pozycje i „uciekają” do mniej ryzykownych instrumentów. Drugi przykład pokazuje, że nawet w przypadku niewielkich, ale za to systematycznych zysków, inwestor w długim terminie może godziwie zarobić. Z kolei trzecia inwestycja charakteryzuje inwestorów, którzy po poniesieniu strat trzymali środki w ryzykownych instrumentach, co w kolejnych dwóch latach się opłaciło. Warto jednak zwrócić uwagę, że w tym przypadku skumulowany zysk za cały okres był niższy niż w przypadku drugiej inwestycji pomimo spektakularnych stóp zwrotu w drugim i trzecim roku. Ostatni przykład jest typowy dla inwestorów, którzy w ostatnich latach solidnie zarabiali, ale w odpowiednim momencie nie zamknęli swoich pozycji, co sprawiło, że jednorazowa strata „skonsumowała” ich zyski wygenerowane w poprzednich latach.

Instrumentem, który umożliwia realizowanie powtarzalnych i godziwych zysków niewątpliwie są obligacje korporacyjne. Obligacje przy relatywnie niewielkim ryzyku dają zarobić ok. 5-6 proc. rocznie. Warto dodać, że tak długo jak emitent nie ma problemów z obsługą swojego zadłużenia, na obligacje korporacyjne w Polsce znikomy wpływ mają wydarzenia polityczno-gospodarcze ze świata. Najlepszym przykładem były wyniki głosowania ws. Brexitu, po których upublicznieniu indeksy giełdowe zaczęły znacząco tracić, podczas gdy na Catalyst (miejscu gdzie notowane są obligacje korporacyjne w Polsce) nie było widać żadnej dodatkowej nerwowości. Stabilność wyników jaką umożliwiają obligacje korporacyjne (oczywiście przy zdywersyfikowanym i rozsądnie zbudowanym portfelu) niewątpliwie jest pożądaną cechą dla części inwestorów z punktu widzenia behawioralnego. Wspomniane 5-6 proc. jest ciągle dużo wyższe od oprocentowania lokat, co ma swoje uzasadnienie przede wszystkim w ryzyku kredytowym (zdarzają się upadki emitentów, co sprawia, że inwestorzy w skrajnym przypadku mogą stracić całość zainwestowanego kapitału) oraz ryzyku płynności (inwestor nie zawsze ma możliwość spieniężenia obligacji przed zapadalnością).

Ryzyko kredytowe można ograniczać poprzez szczegółową analizę emitentów oraz dywersyfikację inwestycji. Warto również korzystać z usług domu maklerskiego, co daje inwestorowi dostęp do analiz emitentów obligacji korporacyjnych oraz do rynku międzybankowego. Szacujemy, że obrót na rynku międzybankowym jest kilkukrotnie wyższy niż na rynku giełdowym, dlatego korzystając z usług domu maklerskiego inwestor ma możliwość zmniejszenia ryzyka płynności.

Podejmowanie decyzji inwestycyjnych należy do zadań skomplikowanych i ryzykownych. Naszym zdaniem warto ułatwić sobie ten proces korzystając z materiałów przygotowywanych przez doświadczony zespół, co pozwoli także ograniczać ryzyko inwestycji. Decydując się na inwestycje w obligacje korporacyjne trzeba pamiętać, że raczej trudno będzie o spektakularne stopy zwrotu w pojedynczych latach, ale to nie one, tylko powtarzalność wyników, mogą przynieść godziwy zysk w dłuższym terminie.

 

Autor: Piotr Ludwiczak, Head of Research, Michael/Ström

Wczorajszy debiut drugiego co do liczby użytkowników operatora komórkowego Play zdecydowanie się nie udał. Jedynie nielicznym udało się sprzedać akcje w pierwszych minutach notowań z symbolicznym zyskiem – cena maksymalna akcji nabytych po 36 zł wyniosła 36,34 zł, czyli +0,9%, bez uwzględnienia kosztów transakcyjnych. Przez większą część sesji akcjami handlowano poniżej ceny emisyjnej, maksymalna strata wyniosła 5,8%, zaś sesja zakończyła się wynikiem minus 1,39%.

Wolumen obrotu akcjami był imponujący – ok. 20% akcji sprzedanych w ofercie, czyli ok. 10% kapitału zakładowego – lecz ponad połowa istniejących akcji objęta jest zobowiązaniem do niesprzedawania. Wartość handlu walorami Playa – 866 mln zł – stanowiła 56% całości rynku na czwartkowej sesji. Część akcji mogła wielokrotnie zmieniać właściciela.

Siła podaży zaskoczyła większość inwestorów. W ciągu 2-3 tygodni od zapisów sytuacja rynkowa nie pogorszyła się. Wartość obrotów świadczy jednak o tym, że także  niektórzy inwestorzy instytucjonalni sprzedawali akcje poniżej ceny nabycia, choć średnio otrzymali dwukrotnie mniej papierów wartościowych niż ich deklarowany popyt. Jednym z wytłumaczeń może być negatywna rekomendacja Sprzedaj wydana przez dom maklerski Ipopema Securities z ceną docelową 32 zł. Część akcjonariuszy mogła być nastawiona na szybką sprzedaż w pierwszym dniu, niezależnie od ceny, i woleli ciąć straty nie czekając na potencjalny zysk w dłuższym terminie. Tym bardziej że wiele jest przykładów, gdzie debiut na minusie był tylko początkiem trendu spadkowego.

Czy tak będzie w przypadku Playa? Na plus działają potężne czynniki. Po pierwsze, popyt ze strony funduszy pasywnych, które po prostu muszą mieć w portfelu akcje tak dużej spółki. Po drugie, już w przyszły roku Play wypłaci sutą dywidendę, stanowiącą 7,3% wartości akcji z wczorajszego zamknięcia. W następnych latach wypłaty zysków mają być jeszcze wyższe. Są to wartości zdecydowanie lepsze niż polskich konkurentów.

Z drugiej strony są też poważne ryzyka i słabości Są to np. możliwa podaż akcji głównych właścicieli i pracowników po okresie lock-up. Play nie posiada też usług komplementarnych (w rodzaju telefonii i internetu stacjonarnego Orange lub telewizji satelitarnej Cyfrowego Polsatu), a polski rynek jest w zasadzie nasycony i silnie konkurencyjny.

Bardzo trudno zaprognozować, które czynniki przeważą. Istotnym wydarzeniem dla kursu będzie na pewno publikacja wyników za drugi kwartał 2017 r. przewidziana na 27 sierpnia. Sprawozdanie finansowe częściowo zweryfikuje zapewnienia zarządu o chęci bycia nr 1 w Polsce pod względem przychodów z telefonii komórkowej.

 

Autor: Seweryn Masalski, MM Prime TFI

Większość miłośników samochodów wie, że Mini należy do BMW, a Dacia znajduje się w portfolio Renault. Jest jednak taki segment motoryzacji, który w Polsce pozostaje mało rozpoznany. To potężny na świecie, ale rosnący także w naszym kraju rynek pojazdów turystycznych – kamperów oraz przyczep campingowych. Odpowiedzmy więc sobie na pytanie „who is who” w świecie caravaningu.

Rynek nowych kamperów rośnie w siłę na całym świecie, a  trend ten możemy zauważyć także w Polsce. Salon Caravaningowy w Poznaniu organizowany w ramach targów Motor Show z roku na rok zajmuje coraz większą powierzchnię, przyciąga więcej wystawców oraz zwiedzających. Warto też odnotować, że w tym roku w targowym plebiscycie dziennikarze motoryzacyjni nagrodzili aż dwa pojazdy z kategorii pojazdów turystycznych (Włodzimierz Zientarski – przyczepę Caretta, a Piotr  Kozłowski kampera marki Le Voyageur). Również pytani o to dystrybutorzy i producenci przyznają, że zainteresowanie nowymi pojazdami campingowymi w Polsce rośnie.

Niemcy rosną, Polska raczkuje

Niestety, brakuje w naszym kraju oficjalnych statystyk dotyczących rynku caravaningowego. Nie dysponujemy dokładnymi liczbami dla nowych rejestracji pojazdów rekreacyjnych w Polsce, a wszelkie szacunki byłyby mało wiarygodne, jako że opierałyby się na deklaracjach sprzedawców i nie uwzględniałyby importu prywatnego. Poza tym w Polsce kampery rejestrowane są jako pojazdy specjalne, a więc nie ma dla nich odrębnej kategorii urzędowej.

– Możemy założyć, że Polsce bliżej do Portugalii, gdzie w 2016 roku zarejestrowano 80 sztuk pojazdów turystycznych niż do Niemiec – mówi Maciej Kinal z portalu Camprest.com – Rynek jednak rośnie, a coraz więcej europejskich graczy chciałoby ukroić dla siebie polski kawałek tortu – podkreśla.

Według najnowszych szacunków, u naszych zachodnich sąsiadów zarejestrowanych jest już blisko 460.000 samych tylko kamperów (a więc bez przyczep). Najnowsze dane opublikowane przez European Caravan Federation pokazują, że wzrost liczby rejestracji nowych pojazdów turystycznych (przyczep i kamperów), jeśli porównamy go rok do roku, wyrażany jest już w wartościach dwucyfrowych. Nawet rynki, które w ostatnich latach wykazywały zadyszkę i osłabienie, w 2016 roku zanotowały wzrosty (np. Włochy, Hiszpania).

Wiele marek, ale kilku właścicieli

Odwiedzając salony sprzedaży kamperów czy targi pokroju Caravan Salon w Düsseldorfie wielu pasjonatów caravaningu traci głowę w gąszczu marek i producentów, nie zdając sobie sprawy z ich wzajemnych powiązań. Warto więc uporządkować informacje i podobnie jak w przypadku marek aut osobowych, posiąść orientację, kto jest kim w tym segmencie motoryzacji.

Pierwsze skrzypce na większości zachodnioeuropejskich rynków od dziesięcioleci gra niemiecka grupa producencka Erwin Hymer Group, która górowała nad konkurentami w wynikach sprzedaży. Ale w ostatnich latach musiała ona stawić czoła producentom z południowej Europy, którzy postawili na międzynarodową ekspansję.

Na przełomie roku 2016 i 2017 francuska  grupa Trigano przejęła słoweńską Adrię, a ruch ten zbliżył grupę do niemieckiego giganta. Tym bardziej, że wcześniej wcieliła ona już w swoje struktury włoskie marki, takie jak McLouis, Mobilvetta czy Rimor. Na chwilę obecną koncern podzielony zostaje na dwie „odnogi” – włoską (Trigano SpA, zbudowaną głównie wokół marek Caravan International oraz Roller Team) oraz francuską (VDL skoncentrowaną na markach Chausson i Challenger).

Hymer chyba zdał sobie sprawę z rosnącej w siłę konkurencji, co potwierdzają decyzje o przejęciu kanadyjskiej marki Roadtrek czy brytyjskiej grupy The Explorer Group, liczącego się gracza na rynku przyczep campingowych na wyspach – rynku o olbrzymim potencjale, co potwierdza liczba rejestracji w tym segmencie.

Jedna fabryka – wiele marek

Konsolidacja marek ma oczywiście swoje odzwierciedlenie w optymalizacji kosztów i łączeniu zakładów produkcyjnych. Nikogo obeznanego z branżą nie dziwi już fakt, że pojazdy różnych marek powstają w tych samych zakładach.

I tak w Tournon (południowa Francja) w największym zakładzie produkcyjnym Trigano zjeżdżają z taśmy zarówno kampery Chausson i Challenger, jak i przyczepy Sterckeman oraz Caravelair. W Font Vendome natomiast powstają „blaszaki” Karmann Mobil, Autostar buduje zintegrowane pojazdy marki Challenger, montownie Chausson i McLouis niejako „przy okazji” zaangażowane są także w budowę pojazdów nowej marki Forster.

Wszelkie budżetowe „klony” wielkich marek z grupy Erwin Hymer także składane są w jednej fabryce w Neustadt w niemieckiej Saksonii (fabryka Capron zajmuje się produkcją kamperów marek Sunlight i Carado).  Alkowy Bürstner powstają w fabryce Dethleffsa, przyczepy Eriba w montowni LMC, a „blaszaki” Hymer Car w zakładach należących do marki Laika we Włoszech.

– Co ciekawe, nowa inwestycja o wartości 18 milionów euro w rozbudowę montowni LMC w niemieckim Sassenberg (z początkiem roku 2018 przybędzie tu 17.500 m kw. powierzchni) ma zwiększyć możliwości produkcyjne z 7.500 do 13.500 przyczep koncernu rocznie. Sama marka LMC zarzeka się jednak, że produkcji kamperów pod własną marką nie zaprzestanie i będzie ją sukcesywnie rozwijać – mówi Maciej Kinal.

Zrównoważony wzrost i… domki holenderskie

Marka Hobby (oraz należąca do niej firma Fendt) w dalszym ciągu wiedzie prym w kategorii przyczep campingowych. Jednak z racji tego, że przyczepy co do zasady są tańsze, nawet ich duża sprzedaż i znaczący udział w rynku nie pozwalają na osiągnięcie obrotów porównywalnych z tymi, jakie notują czołowi producenci kamperów.

Marka Knaus Tabbert po załamaniu rynku w latach 2008/2009 została przejęta przez holenderską grupę HTP (posiadającą także udziały w firmie Morelo, produkującej olbrzymie i luksusowe pojazdy turystyczne). Nowy inwestor kontynuuje tzw. strategię zrównoważonego wzrostu, co do tej pory się sprawdza i ma się przełożyć na zwiększenie obrotu o kolejne 100 milionów euro w roku 2017. Firma zainwestowała w nowe fabryki na Węgrzech, a w jej portfolio znajdują się m.in. marki T@B (tzw. Tabbert dla młodych) oraz Weinsberg.

Spółka Rapido, zrzeszająca marki Rapido, Dreamer, Fleurette, PLA, Westfalia czy Itineo, obok kamperów skupia się ostatnio także na produkcji domków holenderskich na potrzeby ośrodków wypoczynkowych, a jej przychody wyniosły w 2016 roku 350 mln euro.

Obcemu kapitałowi czoło stawia jak na razie niemieckie Carthago, które od czasu produkcji pierwszych „blaszaków” na bazie Volkswagena nie tylko rozwinęło się, ale także zachowało charakter „rodzinnego” biznesu. Na własnym know-how i doświadczeniu Carthago stworzyło tańszą markę Malibu, oczywiście nie oddając jej wszystkich atrybutów technicznych z droższych modeli.

„Szpagat” polegający na promowaniu dwóch podobnych marek, jednak skoncentrowanych na różnej grupie docelowej na razie się marce udaje. Większość modeli Malibu, jak i tańszych modeli Carthago powstaje w specjalnie wybudowanej w tym celu fabryce w Słowenii, w Niemczech natomiast pozostaje produkcja najdroższych modeli, w tym tzw. linerów.

Mniejsi także rosną

Najmniejszą z ujmowanych w zestawieniach grupą producencką jest francuska grupa Pilote, na którą składają się marki Le Voyageur, Bavaria, Frankia, RMB czy Hanroad. Kampery tych marek szturmem zdobywają kolejne rynki europejskie, przez co w najbliższych latach możemy spodziewać ich wzrostów.

– Obok wielkich koncernów zrzeszających liczące się marki, na rynku znajdziemy także wiele godnych podziwu „samotnych wilków” – marek, które już osiągają, lub za chwilę osiągać będą obroty powyżej 100 mln euro. Wystarczy wymienić tu takie marki jak Pössl, Globecar, czy Vario Mobil – dodaje przedstawiciel portalu Camprest.com.

Rynek, szczególnie ten zachodnioeuropejski kwitnie, ale świadomy klient powinien zdawać sobie sprawę, że czasem konkurencja między markami jest pozorna. Coraz częściej walka o klienta odbywa się pomiędzy dealerami różnych marek należących do tego samego koncernu, nierzadko produkujących swe pojazdy w tej samej fabryce. Pod tym względem rynek pojazdów turystycznych nie różni się znacznie od całego rynku samochodowego.

 

Źródło: Camprest.com

Rok 2016 został zapamiętany jako rok pełen obaw dotyczących twardego lądowania chińskiej gospodarki. Strach okazał się być przesadny, bowiem twardego lądowania nie było, a co więcej, teraz dane gospodarcze z Państwa Środka pozytywnie zaskakują. Fabryka Świata znajduje się obecnie na drodze stabilizacji i transformacji, która jest jednak nieco kręta, gdyż mimo wszystko, ryzyko krachu pozostaje aktualne.

Po bardzo udanej publikacji czerwcowego bilansu handlowego Chin inwestorzy poznali tamtejsze, równie dobre dane dotyczące kwartalnego wzrostu dochodu narodowego. Dynamika PKB w drugim kwartale 2017 r. wyniosła 6,9% rdr wobec oczekiwań na poziomie 6,8%. Niniejszy wskaźnik znajdował się w trendzie spadkowym, choć wiele wskazuje na to, że utrzymująca się przez trzy kwartały 2016 r. dynamika na poziomie 6,7% rdr stanowiła punkt odbicia. Co więcej, czerwcowe tempo wzrostu sprzedaży detalicznej oraz produkcji przemysłowej wyniosło kolejno 11% rdr i 7,6% rdr względem prognoz na poziomie 10,6% i 6,5%. Odczyty te potwierdzają solidną koniunkturę chińskiego rynku, podobnie zresztą jak znajdujące się powyżej granicy 50 pkt indeksy PMI. Co prawda, nie mamy do czynienia z boomem gospodarczym, ale na pewno ze stopniowym ożywieniem, który w szerszym horyzoncie czasowym wskazuje na stabilizację gospodarczą. Warto także pamiętać, że Chiny znajdują się obecnie w fazie transformacji gospodarczej. Wydaje się ona przynosić oczekiwane rezultaty tj. coraz większy udział sektora usług w strukturze PKB.

Solidne wieści z Azji, to niewątpliwe dobre informacje dla globalnych rynków finansowych. Jednak optymizm inwestorów, wydaje się być bardzo umiarkowany, zwłaszcza jeżeli spojrzy się na Shanghai Composite Index, który od 2016 r. odznacza się niewielką zmiennością i bardzo skromnymi wzrostami. Inwestorzy nadal z wielką ostrożnością spoglądają w kierunku Fabryki Świata. Dane makroekonomiczne pozytywnie zaskakują, lecz nie wskazują na powrót dynamicznego wzrostu gospodarczego. Ponadto, rynek nadal ma wiele wątpliwości co do rzetelności statystyki narodowej Chin. Warto też zadać pytanie: czy chińska gospodarka faktycznie łapie oddech, czy też widzialna ręka państwa sztucznie utrzymuje stabilność gospodarczą oraz finansową w ryzach? W przypadku drugiego scenariusza równie istotne jest pytanie, jak długo państwo będzie w stanie podtrzymywać koniunkturę największej gospodarki na świecie (po uwzględnianiu parytetu siły nabywczej)?

Tymczasem kilka aspektów strukturalnych faktycznie może niepokoić władze ludowe Chin. Mam na myśli narastającą bańkę na rynku nieruchomości, ekstremalnie wysoki poziom zadłużenia gospodarki oraz niepokojąco wysoki odsetek kredytów niepracujących. Takie połączenie stanowi bardzo skuteczną receptę na kryzys, który z całą pewnością zaraziłby inne gospodarki. Państwo Środka, pod tym względem, zasługuje na miano tykającej bomby, której zapłon w znacznej mierze jest uzależniony od skuteczności polityki państwa.

Warto również pamiętać, o napiętych stosunkach chińsko – amerykańskich. Na pierwszy rzut oka, mogą wydawać się dobre, przynajmniej w kwestiach geopolitycznych. Niemniej, podejście władz obu krajów do kształtu handlu międzynarodowego jest diametralnie inne i stanowi „jabłko niezgody”. Co prawda, dotychczasowa polityka Donalda Trumpa jest mało efektywna, lecz ryzyko nałożenia nowych ceł na chińskie towary pozostaje aktualne. Wzrost protekcjonizmu USA z całą pewnością uderzyłby w Państwo Środka, dla którego handel międzynarodowy, zwłaszcza ze Stanami, stanowi absolutny fundament wzrostu gospodarczego.

Podsumowując, najnowsze dane z chińskiej gospodarki, to niewątpliwie bardzo dobry sygnał dla globalnych rynków finansowych. Z drugiej strony, pojawiają się liczne wątpliwości co do rzetelności i realności tego sygnału, toteż na rynkach finansowych trudno zauważyć wzmożony optymizm.  Należy jednak podkreślić, że  póki co, twarde lądowanie Państwa Środka nam nie grozi, choć ryzyko to wydaje się być odroczone w czasie. Dlatego też, aktualnie globalny sentyment rynkowy sprzyja rynkom akcji, a inwestorzy koncentrują się przede wszystkim, na działaniach najważniejszych banków centralnych tj. Fed oraz EBC.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

W czerwcu posiadacze oszczędności wydali na kupno obligacji skarbowych prawie 475 mln zł. To sporo mniej niż miesiąc wcześniej, ale wciąż można mówić o dużym zainteresowaniu, podobnie jak w przypadku papierów dłużnych firm.

Nadal utrzymuje się duże zainteresowanie obligacjami, w których posiadacze oszczędności widzą alternatywę dla nisko oprocentowanych lokat bankowych. W czerwcu kupili papiery skarbowe za prawie 475 mln zł, czyli o niemal 125 mln zł mniej niż w poprzednim miesiącu. Maj jednak był pod tym względem rekordowy. Od początku roku na zakup obligacji emitowanych przez Ministerstwo Finansów Polacy wydali już niemal 3 mld zł, czyli prawie 40 proc więcej niż rok wcześniej. Jeśli popyt utrzyma się na podobnym poziomie w kolejnych miesiącach, a wszystko na to wskazuje, pobity zostanie poprzedni rekord z 2008 r., gdy w obligacje skarbowe ulokowano 6,2 mld zł. Wtedy do ich kupna skłaniał wysoki poziom ryzyka na rynkach, związany z globalnym kryzysem finansowym, obecnie dominuje poszukiwanie choć trochę wyższych odsetek, niż oferowane przez banki. Oprocentowanie obligacji skarbowych także nie jest wysokie i sięga w zależności od ich rodzaju i terminu wykupu od 2,1 do 2,7 proc., ale przynajmniej kompensuje straty realnej wartości kapitału powodowane przez inflację. Obniżenie się dynamiki wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych z 1,9 do 1,5 proc. w czerwcu wpłynęło na powrót większego zainteresowania kupnem obligacji dwuletnich o stałym oprocentowaniu, a więc tych o najkrótszym terminie wykupu. Stanowiły one 52,6 proc. wszystkich kupionych w czerwcu papierów. Wcześniejszy wzrost inflacji spowodował wyraźne przesunięcie się preferencji posiadaczy oszczędności papierami czteroletnimi, w przypadku których oprocentowanie jest obliczane z uwzględnieniem wysokości inflacji. Obecnie ich udział wrócił do dawniejszego poziomu i wyniósł 37,5 proc. Warto jednak pamiętać, że spora część prognoz, w tym także ekonomistów z Narodowego Banku Polskiego, wskazuje że inflacja utrzyma się w okolicach 2 proc. zarówno w tym, jak i przyszłym roku, a w 2019 r. może sięgnąć 2,5 proc. Biorąc pod uwagę minimum dwuletni okres zamrożenia kapitału w obligacjach, należy w podejmowaniu decyzji kierować się nie chwilowymi wahaniami inflacji, lecz jej długoterminową tendencją.

Nie słabnie aktywność emitentów i inwestorów na rynku obligacji firm. W czerwcu łączna wartość ich sprzedaży wyniosła około 600 mln zł, nie licząc niedostępnych dla przeciętnego inwestora emisji papierów PZU o wartości  2,25 mld zł. Także spośród wspomnianej kwoty 600 mln zł tylko część emisji obligacji była bezpośrednio dostępna nabywcom detalicznym, którym pozostaje poszukiwanie mniejszych ofert, również z rynku niepublicznego, charakteryzujących się znacznie wyższym oprocentowaniem niż w przypadku obligacji oferowanych w trybie oferty publicznej.

Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Nie ma idealnej, najlepszej strategii inwestowania. Jest natomiast jedna, którą można polecić inwestorom początkującym – metoda uśredniania cen: zrozumiała, logiczna, łatwa w zastosowaniu. Doskonale koi nerwy w czasie dołków i bessy.

„Gdyby akcje były jak jabłka lub pomarańcze ludzie kupowaliby ich więcej kiedy są tanie i mniej kiedy ceny idą w górę” – twierdzi Warren Buffet. Łatwo powiedzieć, tylko jak wyczuć moment, gdy aktywa są tanie? Jak zachować spokój, kiedy na rynku leje się krew? A patrząc z drugiej strony: dlaczego kupować mniej kiedy ceny idą w górę na fali rozkręcającej się hossy?

Dla uzyskania odpowiedzi na te pytania powstał cały aparat analityczny i mnóstwo strategii inwestycyjnych szacujących i zabezpieczających ryzyko. Większość wymaga sporej wiedzy, czasu i zaangażowania. To luksus, na jaki mogą pozwolić sobie procesjonalni gracze. Istnieje jednak strategia, którą z powodzeniem może stosować laik – DCA, Dollar Cost Averaging, czyli po polsku metoda uśredniania cen. Łatwa do zrozumienia i prosta w zastosowaniu, wymagająca tylko systematyczności i konsekwencji. Na czym polega?

Zakup ratalny

Strategia jest prosta: zamiast wykładać wszystkie pieniądze na jednorazowy zakup funduszy, gdy niełatwo „wstrzelić” się we właściwy moment, dzielimy środki na porcje i inwestujemy w ratach, w ściśle określonych przedziałach czasowych. Za każdym razem przeznaczamy na inwestycję taką samą sumę. Dla początkującego inwestora najwłaściwszym wyborem będą fundusze inwestycyjne.

Zakup na raty i uśrednianie cen pozwala zaasekurować ryzyko gwałtownej utraty wartości inwestycji, która w przypadku jednorazowej transakcji mogłaby uszczuplić poważnie kapitał. Kupując w określonych przedziałach czasowych w dłuższym okresie nawet na rynku spadającym rozkładamy ryzyko straty w czasie, dając sobie szansę na doczekanie do momentu poprawy koniunktury.

Ważny jest też psychologiczny aspekt inwestowania w ten sposób. Uśrednianie cen wprowadza większy spokój i poprawia komfort inwestora, uodparniając go w okresach bessy. Kiedy ceny spadają, naturalną reakcją jest stres, zdenerwowanie, a przy dużych korektach pojawia się chęć wycofania z inwestycji. Strategia DCA sprawia, że zmienia się postrzeganie rynkowych dołków, które z zagrożenia zmieniają się w szansę dokupienia większej liczby funduszy. Przecena może być traktowana jak rodzaj promocji, możliwości na powiększenie portfela.

Kolejnym plusem uśredniania cen jest to, że inwestor nie musi dysponować od razu całą suma do zainwestowania, ale lokować pojawiające się w budżecie nadwyżki finansowe w ramach planu systematycznego oszczędzania. Jeśli ktoś już ma duży budżet na inwestycje, również może inwestować w ratach, trzymając pozostałą pulę w płynnych instrumentach, łatwych do spieniężenia, tak by można było sięgnąć po pieniądze, gdy nadejdzie termin zakupu kolejnej transzy funduszy.

Dwa scenariusze

Zespół BGŻOptima przygotował dwie analizy inwestycji metodą DCA. Wybrany do nich został fundusz stabilnego wzrostu BGŻ BNP Paribas, mający już odpowiednio długą metrykę rynkową, charakteryzujący się umiarkowanymi wahaniami cen.

Na moment inwestycji wybrano 2010 r., kiedy rynek funduszy znalazł się w dołku. W pierwszym scenariuszu jednostki funduszu kupowane były w odstępach rocznych, według cen z pierwszego roboczego dnia nowego roku. Co roku hipotetyczny inwestor wydawał taką samą sumę: 5000 zł. W ciągu ośmiu lat, do 2017 r. kupił w ten sposób 305 jednostek funduszu po średniej cenie 131,46 zł. Najniższa cena nabycia to 116 zł. Najwyższa – 140 zł. Od 2010 r. zainwestował 40 tys. zł kapitału. Według cen z połowy maja tego roku wartość jednostek funduszu wyniosła 44980 zł (brutto, bez opłat i podatku), co oznacza wzrost o 12,4 proc. w ciągu ośmiu lat.

W drugim scenariuszu zlecenie kupna jednostek było składane na początku każdego kwartału, począwszy od stycznia 2010 r. Wartość jednorazowa inwestycji to znowu 5 tys. zł. Na początku II kwartału tego roku w portfelu modelowego inwestora było 1127,79 jednostek funduszu o wartości według cen z połowy maja 166 123 zł. Przy 150 000 zł zainwestowanego kapitału zysk z inwestycji wyniósł 10,7 proc.

Plusy i minusy

DCA ma też swoje mankamenty. Nie jest to z całą pewnością strategia agresywna. Ktoś nastawiony na duże zyski powinien poszukać innych metod. Uśrednianie cen najlepiej sprawdza się na rynku przechodzącym korektę, kiedy po niższych cenach można spokojnie budować portfel na lepsze czasy. Analizy i badania dotyczące DCA dowodzą, że w dwóch trzecich przypadków jest to strategia przynosząca mniejsze zyski niż jednorazowy zakup aktywów. Jak wspomnieliśmy nie jest to sposób na maksymalizację zysków. Nie jest to również metoda skoncentrowana na minimalizacji ryzyka, a na rozłożeniu go w czasie. DCA jest natomiast strategią systematycznego inwestowania w długim horyzoncie, odpowiednią dla nieprofesjonalnych inwestorów. Jej zaletą jest prostota i przejrzystość. Każdy może przeprowadzić symulacje zachowania wybranego aktywa przy zastosowaniu DCA i wybrać najlepsze rozwiązanie dla siebie.

Autor: Piotr Marciniak, dyrektor zarządzający BGŻOptima

 

Po pięciu miesiącach bezkrólewia Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie ma nowego prezesa. Oczywiście Marek Dietl, prezes – elekt, musi zaczekać jeszcze na zgodę Komisji Nadzoru Finansowego, niemniej w jego przypadku organ nie powinien mieć żadnych zastrzeżeń, historia nieudanego wyboru Rafała Antczaka raczej się nie powtórzy. Przed nowym prezesem stoi wiele wyzwań, jednak największym z nich wydaje się być utrzymanie miejsca w fotelu, który bardzo często staje się przedmiotem zjawiska karuzeli stanowisk w spółkach Skarbu Państwa.

Wybór Marka Dietla wydaje się dobrym posunięciem, choć takie stwierdzenia adresowane są w kierunku każdego nowo obranego prezesa GPW. Marek Dietl z całą pewnością jest osobą kompetentną i posiadającą odpowiednie doświadczenie, aby sprawować niniejszą funkcję. Prezes – elekt jest doktorem, adiunktem w katedrze Ekonomii Biznesu Szkoły Głównej Handlowej, społecznym doradcą ekonomicznym Prezydenta RP, ekspertem i członkiem zarządu Instytutu Sobieskiego oraz dotychczasowym członkiem rady nadzorczej GPW. Dietl posiada bogate doświadczenie zawodowe, zarówno w kraju jak i za granicą. Pracował m.in. w Krajowym Funduszu Kapitałowym, czy też w międzynarodowej firmie doradczej zajmującej się zarządzaniem cenami Simon-Kucher & Partners w Bonn. Ponadto, nowy prezes GPW zasiadał w wielu organach spółek niepublicznych oraz podmiotów z rynku finansowego.

Nie da się ukryć, że Marek Dietl zasiądzie w dość sprzyjających okolicznościach w fotelu prezesa polskiej giełdy. Za nami pierwszy etap hossy (oby nie ostatni), który przyniósł istotny wzrost obrotów. Dodatkowo rynek pierwotny wyraźnie wybudził się z letargu. Mimo wszystko przed nowym prezesem GPW stoi wiele wyzwań. Wraz z rosnącą liczbą debiutów coraz więcej spółek decyduje się na zakończenie swojej przygody z rynkiem publicznym. Dodatkowo w 2018 r. rozpocznie się reforma OFE, w której istotną rolę odegrać ma rynek kapitałowy. Wsparcie oraz dalsze działania na rzecz wprowadzenia i dalszego ulepszania Programu Budowy Kapitału powinny być jednymi z kluczowych kierunków zaangażowania nowego prezesa. Ponadto, maleje znaczenie inwestorów indywidualnych, którzy niegdyś stanowili bardzo istotną siłę na polskiej giełdzie. GPW systematycznie powinna intensyfikować działania edukacyjne i podejmować inicjatywy na rzecz wzrostu świadomości inwestycyjnej Polaków, aby Ci nie traktowali giełdy jak kasyno, a jako miejsce pomnażania swoich oszczędności. Marek Dietl zwraca również szczególną uwagę na potrzebę aliansu polskiej giełdy z jej zagranicznym odpowiednikiem – taka idea powstała już kilka lat temu (potencjalna fuzja z austriackim parkietem).

Z drugiej strony wiele wskazuje na to, że najbardziej wymagającym wyzwaniem dla nowego prezesa będzie zdobycie poparcia akcjonariuszy (tj. rządu). Tymczasem w ostatnich latach GPW w Warszawie znana jest z licznych zmian w swoich kadrach. Marek Dietl jest czwartym prezesem spółki od 2013 r. (warto dodać, że w ostatnich miesiącach funkcję tę w zastępstwie pełnił Jarosław Grzywiński – to teoretycznie piąta osoba na tym stanowisku od 2013 r.). Tak częste zmiany nie wspomagają rozwoju polskiej giełdy. Bardzo trudno oceniać kolejnych zarządzających po tak krótkim okresie ich pracy – takich ocen dokonuje się z perspektywy długoterminowej. Co więcej, skuteczność kolejnych strategii zależy również od planów polityków, którzy nierzadko nie doceniają roli giełdy w gospodarce. Należy także dodać, że starania prezesów GPW dodatkowo tracą na znaczeniu w dobie braku stabilności decyzji rządzących w ramach polityki gospodarczej, czy też polityki związanej ze spółkami Skarbu Państwa – gdy działania te niepokoją rynek, zwłaszcza inwestorów zagranicznych, zaufanie do całego rynku wyraźnie spada. W takich warunkach giełda może czuć się bezradna.

Podsumowując, pomysłowość, chęć do działania, wysokie kompetencje oraz bogate doświadczenie nowego prezesa niewątpliwie będą cennymi i niezbędnymi atutami dla GPW, niemniej bez silnego poparcia w rządzie trudno będzie o realizację wcześniej wymienionych wyzwań. Otóż to politycy w znacznej mierze odpowiadają za miniony okres stagnacji rozwoju warszawskiego parkietu, który był efektem m.in. demontażu OFE, czy też wzrostu wrażliwości giełdy na politykę. Zatem GPW potrzebuje nie tylko prezesa kompetentnego, ale również posiadającego wsparcie rządu, dzięki któremu przez dłuższy okres będzie mógł kierować niniejszą instytucją. W przeciwnym razie skuteczna realizacja jakiejkolwiek strategii rozwoju polskiej giełdy wydaje się mało prawdopodobna.

 

Autor: Seweryn Masalski, MM Prime TFI

Cyfrowa transformacja to znak rozpoznawczy naszych czasów. Dziś przedsiębiorstwa muszą otworzyć się na rzeczywistość zdominowaną przez nowe technologie, gdzie w centrum uwagi zamiast produktu znajduje się konsument. Zmiany te nie ominęły polskiego rynku faktoringu.

Przedsiębiorcy faktoring doceniają przede wszystkim za możliwość zabezpieczenia stałych przepływów finansowych w firmie. Jednak dziś to nie tylko wsparcie dla biznesu, ale także alternatywne źródło inwestowania. Skąd te zmiany na rynku faktoringu?

Cyfrowa transformacja branży

Postępujący rozwój technologiczny wpływa na coraz częstszą wymianę dóbr i usług za pomocą specjalnych serwisów internetowych. W zakresie ekonomii proces ten nazywany jest uberyzacją. Określenie to pochodzi od firmy, która stworzyła aplikację kojarzącą klientów i ludzi oferujących usługi taksówkarskie. Mimo niechęci wielu osób, takie inicjatywy to nasza przyszłość, ponieważ innowacyjne rozwiązania i technologie stają się kluczem do osiągnięcia celów biznesowych. – Należy pamiętać, że jednym z najważniejszych elementów uberyzacji jest znalezienie swojej niszy i odpowiednie uzupełnienie braków w systemie gospodarczym. Idąc w ślady amerykańskiego przedsiębiorstwa postanowiliśmy wprowadzić nowe na polskim rynku, a odnoszące sukces poza granicami naszego kraju, rozwiązanie. Utworzyliśmy więc serwis, który traktuje faktury jako solidny papier wartościowy i w ten sposób rozpoczęliśmy proces uberyzacji polskiego rynku faktoringu –  komentuje Jakub Ananicz, wiceprezes zarządu Faktoramy, pierwszej na polskim rynku platformy umożliwiającej inwestowanie w faktury.

Pomagać i jednocześnie zarabiać

Według danych Polskiego Związku Faktorów w pierwszym kwartale 2017 roku obroty firm z branży faktoringu wyniosły blisko 46 mld zł. Systematycznie zwiększa się również liczba sfinansowanych faktur. Od 2012 roku liczba ta wzrasta o blisko milion w każdym roku. Ostatnie dane potwierdzają więc, że rynek faktoringu w Polsce prężnie się rozwija. To z kolei sprzyja jego uberyzacji i dziś faktoring to już nie tylko jeden z instrumentów służących do zabezpieczenia płynności finansowej przedsiębiorstwa. Obecnie to także alternatywne źródło pomnażania kapitału, które przynosi ponadprzeciętne zyski. – Decydując się na zakup faktur, możemy w bezpieczny sposób pomnożyć swój kapitał. Dodatkowo też wspomagamy tym samym firmy, które mogłyby popaść w kłopoty finansowe. Warto zaznaczyć, że inwestorzy, który zdecydowali się w ten sposób zainwestować fundusze, w ubiegłym roku uzyskali zyski w wysokości 24,5 proc. w skali roku – komentuje wiceprezes zarządu Faktoramy.

Jak to działa?

Faktorem może zostać każdy, kto chce pomnożyć swój kapitał, czyli zarówno osoba fizyczna, jak i przedsiębiorstwo. Wystarczy skorzystać z usług platform aukcyjnych, które umożliwiają sprzedaż faktur. Przed wyborem platformy inwestor powinien jednak sprawdzić, czy umożliwia ona zakup faktur bezspornych. Tylko takie aktywa niwelują ryzyko związane z reklamacjami, potrąceniami za uszkodzony towar czy zwrotem zakupionych artykułów. To z kolei sprawia, że ryzyko związane z inwestowaniem w faktury porównywalne jest do poziomu obligacji korporacyjnych i sprowadza się do ryzyka kredytowego.  –  Istotny jest również fakt, że w przypadku takich inwestycji nie musimy decydować się na zakup od razu całego pakietu faktur. Możemy na początek zakupić jedną fakturę i na podstawie odnotowanych zysków podjąć decyzję, czy dalej chcemy inwestować swoje fundusze w ten sposób – dodaje Jakub Ananicz z Faktoramy.

Inwestowanie w faktury to obecnie jeden z najbezpieczniejszych i najrentowniejszych sposobów pomnażania kapitału. Wysokie, roczne zyski oraz minimalne ryzyko sprawiają, że coraz więcej osób decyduje się na ulokowanie funduszy właśnie w faktury.

 

Źródło: Faktorama

Więcej możliwości zdobywania funduszy na inwestycje w segmencie nieruchomości komercyjnych

Obecna sytuacja na rynku sprawia, że ilość wolnego kapitału daje firmom bardzo łatwy dostęp do środków inwestycyjnych w postaci leasingu, kredytów, czy finansowania z private equity. A inwestorzy nieustannie poszukują możliwości uzyskania najtańszego kapitału na rozwój, jednocześnie optymalizując zyski i przychody.

Jednym ze sposobów zyskania funduszy są transakcje typu sale and leaseback. Jak podkreślają specjaliści Walter Herz, dzięki odpowiedniej strukturyzacji i podejściu potencjalny przychód może być z nich zdecydowanie większy. – W Polsce tego typu transakcje zyskują na popularności wśród takich firm jak apteki, sieci sklepów detalicznych, DIY, centra dystrybucji, czy firmy produkcyjne – wymieniają eksperci.

Możliwości sale and leaseback

Biorąc pod uwagę sale and leaseback jako źródło pozyskania środków pieniężnych na ekspansję lub inne cele wzmacniające główną działalność, firmy starają się porównać korzyści z tego typu transakcji z tradycyjnym finansowaniem. Doradcy Walter Herz zaznaczają, że zaletą rozwiązania sale and leaseback jest wysoki poziom kontroli, jaki utrzymuje firma nad nieruchomością jako najemca. W tym w szczególności elastyczna możliwość ekspansji zgodnie ze zmiennymi potrzebami, czy ewentualność podnajmu nieruchomości.

Specjaliści wyjaśniają, że transakcje sale and leaseback mogą być zorganizowane na różne sposoby i mogą przynieść korzyści, zarówno sprzedającym, jak i kupującym. Wszystkie strony muszą jednak rozważyć ich wszystkie zalety i wady biznesowe oraz podatkowe, obostrzenia i ryzyka z nimi związane i konsekwencje wynikające z późniejszego długofalowego układu dwustronnego.

Wzrost liczby transakcji

Eksperci zauważają, że w minionym roku niewiele firm decydowało się na pozyskanie kapitału w wyniku zawartych umów sale and leaseback. – Obecnie zaś doradzamy w kilku tego typu transakcjach, co jest ciekawą zmianą, biorąc pod uwagę, że w ostatnich latach sporadycznie podejmowane były takie decyzje – informuje Bartłomiej Zagrodnik, prezes zarządu Walter Herz. – Mamy do czynienia z dużym ożywieniem, jeśli chodzi o transakcje sale and leaseback. Poza uwolnieniem środków na działalność operacyjną, powodami dla których firmy zbywają nieruchomości, po to by zwrotnie wynajmować w nich powierzchnię od kupujących jest też chęć pozbycia się obowiązków ciążących na właścicielu lub też możliwość zmniejszenia zobowiązań podatkowych. Motywacją jest również maksymalizacja potencjału i przyśpieszenie rozwoju poprzez zbycie tzw. twardych aktywów – wyjaśnia Bartłomiej Zagrodnik.

Prezes Walter Herz tłumaczy, że dzięki sprzedaży budynków i ich późniejszemu najmowi, spółki pozbywają się pozycji w bilansie, które wiążą się z pracochłonną obsługą i stałym zarządzaniem nieruchomością, co nie stanowi ich core business. W efekcie transakcji poprawiają wynik finansowy. Najem jest zaś mniej kosztownym i bardziej elastycznym rozwiązaniem. Bartłomiej Zagrodnik zaznacza, że w tym przypadku bardzo ważne jest przygotowanie odpowiednich rozwiązań i zapisów, które spełnią określone oczekiwania przyszłego najemcy i sprawią, że potencjał płynący z transakcji zostanie rzeczywiście zmaksymalizowany.

Rozwiązania sale and lease back, a REITy

– Przy umowach sale and lease back zakres negocjacji jest dużo szerszy niż w przypadku typowego najmu, czy sprzedaży powierzchni biurowej. Konieczne jest odpowiednie przygotowaniem samych umów, zarówno kupna-sprzedaży, jak i najmu, w których zawartych jest szereg zagadnień, jakie nie występują w standardowych umowach – podkreśla Bartłomiej Zagrodnik.

Zakres doradztwa, jak i odpowiednie przygotowanie takiej transakcji wymaga szerokiego spojrzenia na proces oraz samą strukturę transakcji, ponieważ tylko wtedy można zwiększyć przychód i osiągnąć najwyższe stopy zwrotu, informują eksperci Walter Herz. Zwracają uwagę, że w przypadku transakcji sale and lease back bardzo istotne dla nabywcy jest przeprowadzenie due diligence, a także jasne określenie niektórych kwestii, dzięki czemu relacje pomiędzy kupującym, a sprzedającym w następnych latach staną się bardziej komfortowe.

Nowy instrument finansowy

Transakcje sale and lease back są alternatywą dla wchodzących obecnie na rynek REITów.

Narzędzie dla firm poszukujących tego typu produktów inwestycyjnych stworzy ustawa o REITach (Real Estate Investment Trust), która ma wejść w życie z początkiem 2018 roku. REITy to niedostępny dotąd w naszym kraju instrument, który umożliwi wspólne inwestowanie w nieruchomości, a firmom realizującym projekty otworzy drzwi do kapitału licznych inwestorów.

Dzięki wprowadzeniu nowych przepisów każdy będzie mógł zostać akcjonariuszem spółki, notowanej na giełdzie i zainwestować w rozwój prowadzonego przez nią projektu. Doradcy Walter Herz przyznają, że będzie to dodatkowy mechanizm zapewniający firmom finansowanie inwestycji komercyjnych i wsparcie dla rozwoju tego segmentu rynku nieruchomości w Polsce.

 

Źródło: Walter Herz

Doniesienia Pulsu Biznesu dotyczące połączenia Pekao i Aliora wywołały sporo zamieszania na rynku, który raczej nieprzychylnie ocenił taki koncept. Jeszcze kilka miesięcy temu Michał Krupiński, ówczesny prezes PZU, wielokrotnie podkreślał, że oba banki pozostaną od siebie niezależne. Co więcej, pomimo faktu, że Paweł Surówka (prezes PZU i szef rady nadzorczej Pekao) zdementował niniejsze informacje, inwestorzy mają kilka powodów ku temu, aby zgodzić się ze znanym stwierdzeniem – ,,w każdej plotce tkwi ziarno prawdy”. Należy bowiem pamiętać, że Michał Krupiński został odwołany ze stanowiska prezesa zarządu PZU, a Wojciech Sobieraj, prezes i ojciec sukcesu Alior Banku, w tajemniczych okolicznościach zrezygnował ze swojej funkcji, a następnie sprzedał wszystkie swoje akcje. Niniejszy zbieg okoliczności może mieć w rzeczywistości drugie dno, jednak to oczywiście tylko i wyłącznie domysły.

Jak podaje Puls Biznesu dalsze losy Pekao i Aliora należy łączyć z czterema możliwymi scenariuszami, z których to właśnie połączenie obu banków z zachowaniem ich brandów jest tym najbardziej prawdopodobnym. Realizacja owej koncepcji mogłaby przynieść szereg korzyści. Nadwyżki kapitałowe Pekao stanowiłyby wsparcie dla Aliora, który jako dynamicznie rozwijający się podmiot potrzebuje systematycznego dofinansowywania. Z kolei Pekao skorzystałby na uzyskaniu dostępu do nowoczesnych technologii, których brak stanowi swego rodzaju piętę achillesową banku. Dodatkowo powstałaby jedna centralna jednostka decyzyjna zamiast obecnych dwóch, co przyniosłoby znaczne oszczędności.

Niemniej z drugiej strony można wskazać wiele czynników ryzyka, które powodują, że ostateczny bilans zysków i strat może okazać się niekorzystny. Oba banki diametralnie różnią się modelami biznesowymi, strategiami, fazami cyklu życia oraz profilami ryzyka. Połączenie działalności dwóch tak znacznie różniących się od siebie podmiotów byłoby niezmiernie trudnym przedsięwzięciem generującym istotne ryzyko z perspektywy inwestorów. Warto dodać, że takowy zabieg sprawiłby, że akcjonariusze Aliora być może w końcu mogliby liczyć na wypłatę dywidendy (podczas gdy akcjonariusze Pekao prawdopodobnie straciliby jej część), która równocześnie w połączeniu z pozostałymi efektami synergii mogłaby obniżyć potencjał rozwojowy banku.

Warto również zwrócić uwagę na fakt, że fuzja obu banków niesie ze sobą istotne skutki z perspektywy nadzoru makroostrożnościowego. Suma aktywów Pekao i Aliora wynosi około 230 mld zł, podczas gdy aktywa PKO BP to blisko 290 mld zł. Nowy podmiot byłby drugim największym bankiem na polskim rynku. Co więcej, po fuzji suma aktywów dwóch czołowych banków wyniosłaby ponad 500 mld zł tj. około 45% bilansu całego sektora, które dodatkowo będzie znajdować się w podmiotach zarządzanych przez Skarb Państwa. To niebezpieczna sytuacja, zwłaszcza mając na uwadze rolę państwa w dobie kryzysu finansowego i ewentualną konieczność ratowania banków typu ,,too big to fail”. Ponadto należy pamiętać o ryzyku wykorzystania państwowych banków do realizacji polityki gospodarczej. To jednak stanowi de facto pokłosie samego pomysłu udomowienia tego sektora, który w polskich realiach tożsamy jest z zaangażowaniem kapitałowym Skarbu Państwa.

Jak już wspomniałem, oprócz opisanej fuzji Pekao i Aliora na stole leżą trzy inne opcje. Pierwsza z nich zakłada utrzymanie niezależności obu banków, co wymagałoby zapewne przeprowadzenia zmian ich strategii, aby ograniczyć wzajemną konkurencję. Drugie rozwiązanie to sprzedaż Aliora. Niemniej, taki ruch to krok wstecz z perspektywy polityki obranej przez rząd, który wymagałby transakcji na poziomie polskiego kapitału, zgodnie z ideą repolonizacji banków – tymczasem taki warunek w rzeczywistości (tej polskiej) jest niezmiernie trudny do spełnienia. Trzecie rozwiązanie opiera się na stworzeniu jednego ogromnego banku pod wspólnym brandem – te jednak wydaje się najmniej rozsądną opcją.

Podsumowując, póki co, dalsze losy Pekao i Aliora pozostają nieznane, choć ostatnie wydarzenia potwierdzają, że na szczeblu decyzyjnym prawdopodobnie trwają bardzo gorące rozmowy na ten temat. Potencjalną fuzję obu banków należy ocenić raczej negatywnie ze względu na zbyt liczne różnice w działalności tych podmiotów. Takowe połączenie mogłoby zneutralizować dotychczasowe atuty banków, które znajdują uznanie w oczach inwestorów.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Eksperci

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

Starczewska-Krzysztoszek: Dorośli Polacy nie kształcą się

Komisja Europejska opublikowała szóstą edycję Monitora Kształcenia i Szkolenia przedstawiając  m.in....

Lipka: Uwaga na kolejną falę podwyżek cen paliw. 5 zł znów straszy

Rosnące prawdopodobieństwo przedłużenia porozumienia o ograniczeniu wydobycia ropy naftowej nałożyło...

AKTUALNOŚCI

Bankomaty zaczynają znikać z naszych ulic

Według danych NBP w II kwartale liczba bankomatów w Polsce spadła o 223 maszyny. Expander zwraca uwa...

Cyberbezpieczeństwo do poprawki

Projekt ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa nie gwarantuje zwiększenia poziomu cyberbezpi...

Brak regulacji rozkłada rynek cyfrowalut. Branża zaczyna myśleć o ucieczce z Polski?

Jeszcze rok temu byliśmy jednym z największych na świecie tego typu rynków. Ale, według ekspertów, s...

Ochłodzenie na GPW zachęca do wyjścia za granicę

Wzrost gospodarczy w Polsce w III kwartale br. przyspieszył do 4,7% rok do roku – wynika ze wstępnyc...

O ustawie nt. jawności życia publicznego

Został opublikowany projekt ustawy o jawności życia publicznego. Miał on zwiększyć transparentność ż...