Home Tagi Wpis otagowany "internet"

internet

Zaoszczędzić wiele wysiłku, pieniędzy, ale przede wszystkim czasu w codziennej pracy. Mikro oraz małe i średnie firmy, czyli dominujący sektor przedsiębiorstw w Polsce, aby zapewnić jeszcze bardziej sprawne funkcjonowanie swojego biznesu, coraz częściej szukają alternatywy dla tradycyjnych usług i przenoszą je w online.

Usługi elektroniczne mogą być kluczem do sukcesu niezależnie od profilu działalności firmy. Warto zapoznać się z listą rzeczy, które można zrealizować przez internet, a które ułatwią i przyspieszą  pracę i poprawią efektywność działalności.

E-księgowość

Na rynku są dostępne usługi księgowości internetowej, które umożliwiają prowadzenie tego obszaru dla małej, zwykle 1-osobowej firmy za pomocą aplikacji. Obsługa programu jest zazwyczaj bardzo prosta, dostępna również z poziomu smartfona czy tabletu. – Do księgowości internetowej przekonuje się coraz więcej polskich przedsiębiorców, ponieważ zachowuje ona wszystkie funkcje tradycyjnych, papierowych rozliczeń, ale dodatkowo wprowadza wiele ułatwień – mówi  Paweł Wrzos, Prezes Zarządu Finup Księgowość sp. z o.o., właściciela marki AIOBiznes, platformy usług dla firm. Wszystkie dane klientów, które wprowadzane są do systemu e-księgowości są gromadzone, a także archiwizowane, dlatego też ponowne wystawienie faktur na takie same dane jest proste, a samo użytkowanie tego programu – bezpieczne. Najczęstsze funkcje e-księgowości z jakich może skorzystać firma:

  • generowanie niezbędnych zestawień finansowych (np. miesięcznych),
  • wystawianie i ewidencja faktur,
  • wystawianie wezwań do zapłaty,
  • wypełnianie formularzy do Zakładów Ubezpieczeń Społecznych,
  • wypełnianie rocznych deklaracji podatkowych dla Urzędu Skarbowego,
  • baza towarów i usług

Wirtualne biuro

Wirtualnym biurem jest realnie istniejąca firma, która udostępnia adres potrzebny do rejestracji działalności oraz do korespondencji. Przedsiębiorca otrzymuje prestiżowy adres, pozwalający na skuteczne kreowanie wizerunku marki, bez ponoszenia ogromnych kosztów najmu. Usługa daje możliwość przekazania całej administracji w ręce specjalistycznej firmy, w tym m.in. zarządzanie obiegiem korespondencji i prowadzenie elektronicznego  biura podawczego, co pozwala na skoncentrowanie się na kluczowych sprawach przedsiębiorstwa.

Internetowe multiplatformy

Mikro i małe firmy mogą również korzystać z rozbudowanych platform online, dających dostęp do wielu usług jednocześnie w jednym miejscu, które są niezbędne do prowadzenia biznesu. Oprócz elektronicznej księgowości  i wirtualnego biura przedsiębiorca może m.in.:

  • Zamówić usługę kurierską
  • Zyskać wsparcie prawne
  • Zrobić zakupy w sklepie internetowym z artykułami biurowymi
  • Skorzystać z outsourcingu sił sprzedaży lub zamówić kampanię realizowaną przez call center
  • Wziąć udział w szkoleniu e-learningowym lub wycenić bądź zamówić szkolenie stacjonarne
  • Wynająć samochód na potrzeby firmy
  • Uzyskać finansowanie w postaci kredytu bankowego

Poprzez zaawansowane technologicznie rozwiązania dana platforma daje właścicielom firm najważniejsze narzędzia do prowadzenia działalności praktycznie od ręki, po zalogowaniu się do konta, do których ma szybki dostęp z dowolnego miejsca – mówi Paweł Wrzos Prezes Zarządu Finup Księgowość sp. z o.o., właściciela marki AIOBiznes.

Elektroniczna administracja publiczna

ePUAP

Elektroniczna Platforma Usług Administracji Publicznej (epuap.gov.pl) to serwis internetowy, który umożliwia obywatelom załatwienie wielu spraw administracyjnych przez Internet. W Katalogu Spraw znajduje się udostępnionych przez urzędy kilka usług dla przedsiębiorców. Zgromadzono je w kategorii Przedsiębiorczość i dotyczą m.in. prowadzenia firmy, rejestracji przedsiębiorców czy wydawania zezwoleń i koncesji. Więcej spraw można znaleźć w kategoriach Infrastruktura, Statystyka i Dofinansowanie z funduszy UE.

Potwierdzenie tożsamości odbywa się za pomocą Profilu Zaufanego (PZ) obsługiwanego w ramach platformy ePUAP. PZ wykorzystywany jest do składania podpisu na wniosku i stanowi alternatywę dla bezpiecznego podpisu elektronicznego z certyfikatem kwalifikowanym. Warto go posiadać, ponieważ stanowi podstawową metodę potwierdzania tożsamości w wielu usługach elektronicznej administracji.

PUE

Platforma Usług Elektronicznych ZUS (PUE – pue.zys.pl) daje wgląd w dane zapisane na kontach w ZUS, pozwala wysłać drogą elektroniczną dokumenty zgłoszeniowe i rozliczeniowe oraz innego rodzaju wnioski. Przedsiębiorcy – płatnicy składek mogą sprawdzić dane osób zgłoszonych do ubezpieczeń, uzyskać wniosek o niezaleganiu z opłatami czy przejrzeć zestawienia złożonych deklaracji. Płatnicy składek do 100 ubezpieczonych mogą dodatkowo za pośrednictwem PUE ZUS wygenerować i wysłać dokumenty rozliczeniowe, dokonać zgłoszenia lub wyrejestrować ubezpieczonych, a lekarze – wystawiać także niektóre zaświadczenia lekarskie.

 

Źródło: AIOBiznes

Media społecznościowe odgrywają coraz większą rolę w obszarze rekrutacji. Wykorzystywane są nie tylko przez pracodawców i rekruterów w celu pozyskania kandydatów, ale także przez samych kandydatów, którzy za ich pośrednictwem poszukują pracy lub czekają na propozycje zawodowe. Dlaczego warto mieć profil w biznesowych mediach społecznościowych? Wyjaśnia ekspert LeasingTeam Professional.

Pojawienie się Internetu w Polsce zrewolucjonizowało proces rekrutacji. Poszukiwanie pracy na portalach rekrutacyjnych, przesyłanie CV e-mailem w odpowiedzi na ogłoszenia, aplikowanie na oferty pracy za pośrednictwem zaawansowanych systemów wspierających procesy rekrutacyjne czy rozwiązywanie testów kompetencji on-line to tylko niektóre metody i narzędzia, z których na co dzień korzystają kandydaci. Internet zautomatyzował i uprościł proces rekrutacji nie tylko po stronie kandydatów, ale także firm. Obecnie, powszechne stało się wykorzystywanie przez rekruterów, w procesie pozyskiwania najlepiej dopasowanych do oczekiwań firm kandydatów, biznesowych mediów społecznościowych. W Polsce, do najbardziej popularnych portali należą międzynarodowy LinkedIn i polski Goldenline. Mają one charakter biznesowy, dlatego najczęściej swoje profile zawodowe zakładają osoby z poziomu co najmniej asystenta bądź specjalisty, a także menedżerowie, dyrektorzy, członkowie zarządu czy prezesi. Liczba użytkowników korzystających z biznesowych portali społecznościowych wzrasta w Polsce z roku na rok. Wynika to z faktu, że coraz więcej osób  zdaje sobie sprawę z korzyści wynikających z posiadania profilu na LinkedIn czy Goldenline i dużej aktywności firm rekrutacyjnych. Ekspert LeasingTeam Professional wyjaśnia, w jaki sposób obecność w biznesowych mediach społecznościowych może pomóc w znalezieniu pracy.

Miejsce spotkań kandydatów z rekruterami

Obecnie, głównym narzędziem pracy rekruterów, którzy prowadzą projekty rekrutacyjne metodą direct search, są biznesowe portale społecznościowe takie jak LinkedIn czy Goldenline. Realizacja procesu rekrutacji z wykorzystaniem metody direct search polega na bezpośrednim dotarciu do osób, które posiadają unikalne kompetencje i doświadczenie istotne z punktu widzenia pracodawcy. Z direct search korzystją przede wszystkim firmy doradztwa personalnego w rekrutacjach na stanowiska specjalistyczne i menedżerskie. Dzięki niej rekruterzy docierają do kandydatów pasywnych. Nie poszukują oni aktywnie pracy, w związku z czym nie można ich pozyskać za pomocą tradycyjnych metod takich jak ogłoszenia na portalach rekrutacyjnych.

Firmy specjalizujące się w rekrutacjach najczęściej posiadają na portalach społecznościowych rozszerzone profile dedykowane rekruterom, które umożliwiają dotarcie do kandydatów spoza własnej sieci kontaktów. Jeżeli profil danej osoby i opisane w nim doświadczenie i kompetencje pokrywają się z opisem stanowiska, rekruter wysyła zaproszenie do udziału w rekrutacji i prosi daną osobę o przesłanie CV. Jeśli kandydat prześle swoje dokumenty aplikacyjne, z dużym prawdopodobieństwem, zostanie zaproszony na spotkanie rekrutacyjne.

Osoby, z którymi kontaktujemy się za pośrednictwem biznesowych mediów społecznościowych bardzo często decydują się na udział w procesie rekrutacji. Nawet jeżeli w danej chwili nie myślały o zmianie pracy, są ciekawe, co może zaoferować im inna firma. Ponadto, wielu kandydatów uważa, że udział w procesie rekrutacji  jest pewnego rodzaju treningiem, który jeśli nie teraz, to w przyszłości może pomóc im w zdobyciu wymarzonej pracy – komentuje Anita Obidowska, Konsultant HR Marketing&Sales w LeasingTeam Professional.

Przepustka do udziału w procesach rekrutacyjnych

Obecność w wybranych serwisach społecznościowych daje kandydatom szanse do bycia zauważonym przez rekruterów i pracodawców, którzy poszukują talentów. W związku z tym, warto poświęcić czas na przygotowanie atrakcyjnego profilu. Zazwyczaj jego układ bardzo przypomina tradycyjne CV. Kandydaci zamieszczają w nim informacje dotyczące przebiegu kariery zawodowej oraz edukacji, zawsze zgodnie z zasadą odwróconej chronologii. Dodatkowo informują o przebytych kursach, szkoleniach, zdobytych nagrodach. Dużym atutem wirtualnych profili jest możliwość zamieszczania linków do artykułów eksperckich autorstwa kandydata, filmików z wypowiedziami np. w mediach lub prelekcji w czasie konferencji. W branży marketingowej i kreatywnej bardzo popularne jest zamieszczanie linku do portfolio prac np. graficznych. Im bardziej rozbudowany profil kandydata, tym większa szansa, że zainteresuje rekrutera, który zwróci się do niego z atrakcyjną ofertą pracy. Serwisy takie jak Linkedin czy Goldenline dają użytkownikom możliwość budowania profesjonalnej sieci kontaktów biznesowych, czyli zapraszanie i przyjmowanie innych osób do grona naszych znajomych. Nie bez znaczenia jest też aktywność w danym portalu biznesowym i udostępnianie ciekawych wyników badań, interesujących artykułów, dzielenie się wiedzą z obszaru, który interesuje danego kandydata. Może się zdarzyć, że rekruter zwróci uwagę na profil danego kandydata m.in. ze względu na treści, które udostępnia.

Istnieje wiele dodatkowych narzędzi, które mogą wzbogacić profil kandydata i sprawić, że stanie się on jeszcze bardziej atrakcyjny dla rekrutera. Użytkownicy portalu LinkedIn mogą sobie nawzajem wystawiać rekomendacje oraz potwierdzać swoje umiejętności czy wiedzę z danego obszaru. Mogą również polecać dany profil, a także komentować i udostępniać posty – informuje Anita Obidowska z LeasingTeam Professional.

Dostęp do ukrytych ofert pracy

Jeszcze do niedawna oferty pracy były prezentowane przede wszystkim na portalach rekrutacyjnych takich jak Pracuj.pl czy Infopraca.pl. lub w zakładkach kariera na stronach pracodawców.  Obecnie, oferty pracy pojawiają się również na oficjalnych profilach firm np. na FB, LinkedIn lub GoldenLine. Zdarzają się jednak sytuacje, w których firmy nie mogą sobie pozwolić na upublicznienie danej oferty pracy. Wynika to z różnych powodów. Czasami prowadzone są poszukiwania osoby na stanowisko wciąż obsadzone w  organizacji, najczęściej wyższego szczebla, stąd kluczowe dla prawidłowego funkcjonowania firmy. W związku z tym, informacja o rekrutacji na dane stanowisko, jeżeli już pojawi się na portalu rekrutacyjnym, to wyłącznie bez informacji o pracodawcy w ogłoszeniu.

Ukryte procesy rekrutacyjne bardzo często są zlecane firmom doradztwa personalnego. Przekazując proces na zewnątrz, pracodawca zyskuje anonimowość i pewność, że rekrutacja zostanie przeprowadzona z zachowaniem pełnej dyskrecji – uważa Anita Obidowska.

W przypadku ukrytych procesów rekrutacyjnych, poszukiwania bardzo często prowadzone są na LinkedIn czy Goldenline, z wykorzystaniem metody direct search. Osoby nieposiadające kont na tych portalach, które nie śledzą również regularnie ogłoszeń o pracę na portalach rekrutacyjnych, nie mają szans na udział w procesie.

Miejsce rekomendacji

Użytkownicy biznesowych portali społecznościowych coraz częściej na swoich profilach bezpośrednio komunikują, że poszukują nowych wyzwań zawodowych. Dobrym przykładem jest LinkedIn. Jego użytkownicy, bardzo często w miejscu przeznaczonym na nazwę stanowiska, wpisują informacje o poszukiwaniu nowych wyzwań zawodowych. Ponadto, osoby poszukujące pracy chętnie zamieszczają w swoich profilach dane ułatwiające rekruterom bezpośredni kontakt z nimi, czyli adres e-mail i numer telefonu.

Coraz częściej doświadczeni kandydaci publikują na swoim wallu posty, w których informują, że aktualnie szukają pracy, wymieniają swoje sukcesy i polecają się uwadze rekruterów. Zdarza się również publiczne rekomendowanie znajomych. Wielu przedstawicieli firm rekrutacyjnych chętnie korzysta z tego typu poleceń, które ułatwiają im dotarcie do interesujących kandydatów spoza ich sieci kontaktów – komentuje ekspert LeasingTeam Professional.

Kopalnia wiedzy dla poszukujących pracy

Śledzenie profili wybranych pracodawców na biznesowych portalach społecznościowych daje kandydatom dostęp do przydatnych porad i wskazówek na temat udziału w procesie rekrutacji. Zwłaszcza agencje zatrudnienia i firmy doradztwa personalnego tworzą profesjonalne poradniki dla kandydatów, obejmujące takie zagadnienia jak przygotowanie CV, przebieg rozmowy kwalifikacyjnej czy metody oceny kompetencji. Ich zgłębienie może pomóc kandydatowi w pomyślnym przejściu przez proces rekrutacji.

Obecność w biznesowych mediach społecznościowych dla osób z poziomu specjalistów i menedżerów, które są zainteresowane rozwojem swojej kariery zawodowej, wydaje się być obecnie koniecznością. Wynika to z rosnącej aktywności firm specjalizujących się w przeprowadzaniu rekrutacji profesjonalnych na portalach biznesowych. Może w niedalekiej przyszłości większość rekrutacji przeniesie się do portali takich jak LinkedIn czy Goldenline? Czas pokaże, na pewno warto już dzisiaj się na to przygotować.

 

Źródło: LeasingTeam Professional

Wydawać by się mogło, że zniszczenia poczynione przez Theresę May znalazły się pod kontrolą, tak jakby to była broń jądrowa, którą można odłożyć na przyszłość Niepewnemu sojuszowi torysów z północnoirlandzką Partią Demokratycznych Unionistów udało się wprowadzić na rynek pewne załagodzenia. Miejmy nadzieję, że wkrótce uda im się osiągnąć solidne porozumienie. Jak na razie May wciąż dowodzi, ale po igraniu z losem narodu wiele osób pragnie ją zastąpić jak najszybciej.

Najbardziej odbija się do na funcie brytyjskim, który spadł o ponad 300 jednostek w przeciągu nocy wyborczej. Od czasu referendum w sprawie Brexitu rok temu, mogliśmy zauważyć dwa duże wzrosty. Jednym było przemówienie Theresy May na temat Brexitu 17 stycznia, drugim wezwanie May do przedterminowych wyborów po których rynki się spodziewały umocnienia jej pozycji. Prawdopodobnie to silna pozycja May była odpowiedzialna za uratowanie funta od spadku poniżej 1.2000. Dalsza niepewność mogłaby spowodować powrót do tego samego punktu. Pozostałe rynki nie wyglądają na zaniepokojone sytuacją w Wielkiej Brytanii. Na ten moment, Brexit jest już przesądzony więc jedynym pytaniem jakie wszyscy sobie zadają to rodzaj porozumienia, które Wielka Brytania podpisze z Europą.

Wall Street kontynuowało swój pęd ku rekordowo wysokim notowaniom w piątek, ale Dow Jones i S&P zetknęły się z niewielkimi spadkami tuż przed weekendem. Złoto kontynuuje swój spadek i poważnie testuje swój krótkoterminowy poziom wsparcia. Należy uważać na duże zamówienia sprzedaży. Również ropa notowana jest na niski poziomie i przez ostatnie trzy miesiące trzyma się poziomu 46 dolarów za baryłkę. Jeżeli jednak nadmierna podaż przepchnie ją poniżej poziomu 42,5 dolarów może to oznaczać kłopoty. Poza dramatem Trumpa w Stanach Zjednoczonych, rynki czekają na spotkanie Federalnej Rezerwy w środę. Analitycy wciąż dyskutują, co Fed zamierza zrobić, a taka powszechna niepewność z perspektywą coraz szybciej zbliżającego się spotkania, nie oznacza nic dobrego.

W ten weekend nastąpił gwałtowny wzrost krypto-aktywów. Ethereum przekroczyło poziom 300 dolarów a Bictoin jest obecnie handlowany za ponad 3000 dolarów w Japonii oraz Chinach. Zachód wciąż notuje nieco niższe poziomy, ale jeżeli trend będzie kontynuowany, z pewnością szybko to nadrobi. Ethereum nie traciło czasu aby spocząć na tym kamieniu milowym i już jest notowane powyżej 360 dolarów za monetę. Nowy ICO o nazwie Bancor, który pojawi się dzisiaj online, może przyciągnąć dużo świeżych pieniędzy do sieci Etheru. Ten projekt znajduje się w samym sercu Blockchaina jako przyszłości internetu. Być może, pewnego dnia całkowicie zastąpi kontrakty różnicy kursowej będącej główną metodą, jaką ludzie sprzedają akcje, towary i inne aktywa finansowe w internecie.

Nadal znajdujemy się we wczesnym stadium rozwoju technologii Blockchain, ale w mojej opinii Bitcoin i Ethereum pewnego dnia mogą zastąpić pieniądze, a internet z pewnością ciągle zdobywa na popularności.  Całkowita kapitalizacja rynkowa wszystkich cyfrowych aktyw według coinmarketcap.com wynosi skromne 115 miliardów dolarów i szybko wzrasta.

Autor: Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

 

Banki stopniowo likwidują stacjonarne punkty obsługi klientów i rozwijają digitalne kanały, nastawione na samoobsługę. W ten sposób, odpowiadają na obecne potrzeby konsumentów, wykreowane przez nowoczesne technologie. Optymalizują też swoje koszty. Fizyczne oddziały nadal są ważne w interakcji z zamożnymi odbiorcami.

Szef Biura Projektów Bankowości Klienta Zamożnego w Citi Handlowy, Tomasz Bąk, podaje, że obecnie 95% banków w Europie Środkowo-Wschodniej posiada własną strategię cyfrowej transformacji sieci oddziałów. Różnią się one miedzy sobą np. tempem i zakresem migracji transakcji do kanałów zdalnych, wysokością potrzebnych inwestycji i oczywiście punktem wyjściowym do wprowadzanych innowacji. Potrzeba likwidacji placówek bankowych wynika z tego, że zmienia się miejsce i sposób interakcji klientów z usługodawcami. Coraz częściej konsumenci oczekują zaawansowanych rozwiązań technicznych. Jednak przeniesienie całej obsługi do kanału internetowego, a co za tym idzie oparcie modelu operacyjnego na samoobsłudze, może nie wszystkim osobom odpowiadać.

– Są grupy klientów, które nadal potrzebują bezpośredniego kontaktu z pracownikiem placówki. Dlatego, w przypadku rozmów na temat zarządzania majątkiem kontakt osobisty z opiekunem jest wciąż preferowany. To samo dotyczy skomplikowanych produktów, np. inwestycji i ubezpieczeń. W części banków pewne kwestie wciąż można załatwić tylko w oddziałach. Jednak obecnie, tak naprawdę wszystkie transakcje możemy szybko i łatwo wykonać przez Internet. Uważam więc, że trend przenoszenia obsługi bankowej do świata cyfrowego będzie dynamicznie postępował. W perspektywie 3-5 lat zniknie aż kilkadziesiąt procent tradycyjnych placówek w Europie – mówi Tomasz Bąk.

Sposób, w jaki banki budują i utrzymują relacje z konsumentami, silnie zależy od specyfiki rynku docelowego i odbiorców usług. W segmencie klientów masowych, nawet jeżeli kontakt jest nawiązywany w placówce, to dalsza komunikacja przebiega głównie z wykorzystaniem kanałów zdalnych, telefonu i Internetu, oraz sieci bankomatów i wpłatomatów. Z kolei, instytucje finansowe, które najbardziej zabiegają o klientów zamożnych, skupiają się na budowaniu długoterminowych, bezpośrednich relacji. Dlatego, w tym przypadku, obok Internetu, oddział stanowi bardzo ważną przestrzeń do rozmów.

– Technologia wpływa na oczekiwania konsumentów w sposób, w jaki nie oddziaływała na nich przez ostatnich 10 lat. Biometryczna autentykacja klientów staje się już standardem. Za pomocą odcisku palca mogą w kilkanaście sekund zalogować się do swojego banku i zlecić przelew na swoim smartfonie. Postęp rośnie w szybkim tempie. W Polsce mamy już ponad 15 mln użytkowników bankowości internetowej. Rodacy spędzają średnio 90 minut dziennie na korzystaniu z aplikacji mobilnych. Aż 20-30 razy w miesiącu logują się do banku, poprzez system mobilny. Widzimy zatem, że ich potrzeby kreują trend zmniejszania ilości placówek bankowych i przeobrażenia ich roli – zapewnia Tomasz Bąk.

Jak wyjaśnia ekspert, oddziały zmieniają swój charakter i dotychczasową funkcję transakcyjną na doradczą lub czysto sprzedażową. Specjaliści nie siedzą za biurkami, ale towarzyszą klientom podczas ich wizyt w placówkach, tym samym skupiają się na budowaniu z nimi relacji. W wielu oddziałach nie ma już biurek ani ulotek. Są za to tablety i ekrany dotykowe, na których klienci samodzielnie realizują transakcje, które dotychczas odbywały się „przy okienku”. Nowe placówki tworzone są w miejscach, gdzie konsumenci realizują swoje potrzeby finansowe, czyli przede wszystkim w centrach handlowych. Równocześnie powstają formaty mobilne, które fizycznie podążają za potencjalnym nabywcą usług i zachęcają go do nawiązania pierwszego kontaktu.

– Takie zjawiska, jak cyfryzacja, globalizacja czy urbanizacja, najsilniej kształtują formy dystrybucji banków detalicznych. 10 lat temu niewielu z nas było w stanie wyobrazić sobie obecny kształt bankowości. Dlatego dokładne wskazanie granic jej transformacji w perspektywie następnej dekady jest raczej niemożliwe. Na pewno w dalszym ciągu będą rozwijały się nowe, bardziej digitalne i mobilne kanały komunikacji. Biorąc pod uwagę dotychczasowe statystki, należy oczekiwać dalszej, regularnej likwidacji stacjonarnych oddziałów bankowych – przewiduje Tomasz Bąk.

Ekspert podaje, że według danych Komisji Nadzoru Finansowego, od końca 2012 roku liczba placówek w Polsce zmniejszyła się o 7,5%. Rocznie ubywa zatem około 2% spośród ponad 14 tys. bankowych placówek. Z kolei, Raport Citi GPS: Global Perspectives & Solutions, Citibank Research, 2016, pokazuje, że banki europejskie znajdują się właśnie w ważnym punkcie zwrotnym. Analitycy Citibanku uważają, że redukcje placówek na całym kontynencie powinny wynieść 40%. Banki w Hiszpanii, czyli tam gdzie nasycenie rynku stacjonarnymi oddziałami jest największe, musiałyby zamknąć 70% takich punktów, aby osiągnąć poziom zagęszczenia podobny do krajów skandynawskich.

– Nasi analitycy zwracają uwagę na to, że restrukturyzacja europejskich placówek jest konieczna nie tylko ze względu na preferencje klientów, ale też z uwagi na wydatki. Utrzymanie stacjonarnych oddziałów i zatrudnionych w nich osób stanowi około 60-65% kosztów banku. Niezbędne będzie też dalsze zautomatyzowanie procesów obsługi klienta, bo dziś nadal w wielu bankach aż 60-70% zadań wykonywanych jest ręcznie przez pracowników – podsumowuje Tomasz Bąk.

 

Źródło: MondayNews.pl

Czy istnieje przepis na idealną promocję konsumencką? Oczywiście! Wystarczą:

  • szczypta wiedzy,
  • łyżka dobrej organizacji,
  • garść pomysłów,
  • 1kg atrakcyjnych nagród.

Wszystkie składniki wsypać do garnka, gotować na wolnym ogniu do miękkości, cały czas mieszając. A tak na serio…

 

Po pierwsze WIEDZA

Marketingowa, z zakresu prawa, produktu klienta i jego konkurencji. Musisz być ekspertem w swojej dziedzinie, klient ma Ci ufać, powinieneś umieć rozwiać każdą jego wątpliwość. Po analizie potrzeb klienta zarekomenduj właściwe rozwiązanie dopasowane do celu, grupy docelowej, budżetu. Jeśli to, o co prosi klient, wydaje się nierealne lub wiesz, że będzie zupełnie nieskuteczne w tym przypadku, nie bój się zgłaszać VETO, argumentuj, opieraj się na swoim doświadczeniu. Czasem loteria jest czymś kompletnie nietrafionym przy danych założeniach, czasem konkurs będzie czymś, co nie przyniesie oczekiwanych przez klienta rezultatów, a czasem wystarczy zmodyfikować jego mechanikę albo czas startu i trwania akcji, aby wszystko grało. Daj klientowi poczucie bezpieczeństwa, doradzaj.

Po drugie POMYSŁ

Dobrym konceptem jesteś w stanie sprzedać wszystko, konsument ma się dać wkręcić w zabawę, utożsamić z marką. Ale jak koncept, to i nagrody. Moją złotą zasadą, od której zaczynam zbieranie propozycji nagród pod daną akcję, jest odpowiedź na pytanie, co nasza grupa docelowa chciała by mieć, ale z różnych powodów nie decyduje się na zakup we własnym zakresie. Według mnie to klucz do przyciągnięcia uwagi konsumenta, dzięki temu akcja, będąca odpowiedzią na jego potrzeby, zachęci go do udziału. Nagrody muszą być też spójne ze światem marki, najnowszy model iPhona za nic nie będzie pasował do brandu kojarzonego z tradycją, a retro AGD do marki związanej z najnowszymi technologiami i recepturami. Dobry pomysł przyciągnie nowych klientów i zlojalizuje obecnych.

Po trzecie DOBRA ORGANIZACJA

To podstawa, bez tego wiedza i pomysły na nic się zdadzą. Zarówno organizacja na poziomie przygotowania się do startu akcji, w czasie jej trwania, jak i po jej zakończeniu. Musisz dbać o dobry kontakt z klientem, jak i konsumentem. Gdy akcja wystartuje, pojawi się masa pytań. Raportuj klientowi na bieżąco przebieg promocji, informuj, jeśli dzieję się coś niepokojącego, ale jednocześnie zawsze rekomenduj rozwiązanie, panuj nad sytuacją. Bądź też w dobrym kontakcie z uczestnikami, cierpliwie odpowiadaj na ich pytania. W internecie wystarczy jeden niezadowolony uczestnik, żeby zrobić akcji, marce  klientowi zły PR. Konkursowicze zrzeszają się na przeróżnych forach, informują o nowych konkursach, wygranych, dostawie nagród, jedna zła opinia zaraz się rozniesie. Dlatego nie lekceważ uczestników.

Rynek cały czas dynamicznie się zmienia, zmieniają się też przyzwyczajenia klientów, ich reakcje i upodobania. Nie podchodźmy szablonowo do organizowania promocji tylko dlatego, że zrobiliśmy ich już setki. Pamiętajmy, że w obecnych czasach dynamika zmian jest tak ogromna, iż za każdym razem warto przed przystąpieniem do projektowania jakiejkolwiek akcji przypomnieć sobie te trzy proste słowa: WIEDZA, POMYSŁ i DOBRA ORGANIZACJA. Dzięki nim zmaksymalizujemy szansę na powodzenie akcji, minimalizując ryzyko braku zainteresowania. Pamiętajmy, nie ma sytuacji idealnej, dlatego istotne jest, aby oprócz szybkiego reagowania w trakcie trwania promocji, umiejętnie wyciągać z niej odpowiednie wnioski na przyszłość.

Autor: Marlena Orzechowska, Addicters

Porządkowanie mnożących się wirtualnych danych jest jednym z największych problemów w świecie IT. Twórcy nowoczesnych technologii dwoją się i troją w poszukiwaniu rozwiązań, które na lata zaspokoją potrzeby rynku analizy i wizualizacji cyfrowych danych. Polscy dostawcy nie odstają od swoich europejskich czy światowych konkurentów i stworzyli nowatorski system, który znajdzie zastosowanie w wielu branżach przemysłu i biznesu. Targi Hannover Messe będą okazją dla firmy APA Group do zaprezentowania innowacyjnej platformy, która może zrewolucjonizować świat automatyki.

Inteligentne technologie to w dużej mierze praca na gigantycznych zbiorach danych. Wedle szacunków firmy analitycznej Oracle, Internet powiększa się o ponad 40 proc. nowych danych w skali roku. W każdej chwili globalna sieć po raz pierwszy w historii może przekroczyć próg 10 zettabajtów danych, a już w 2020 r. będzie liczyć aż 45 zettabajtów. Tak liczne zbiory danych zmiennych nazywamy Big Data. To termin odnoszący się do przetwarzania i analizy danych, dzięki którym możliwe jest zdobycie i wykorzystanie nowej wiedzy.

W kontekście społecznym Big Data ma duży wkład w rozwój systemów zarządzania  budynkami czy całą infrastrukturą miejską, które są bezpośrednio odpowiedzialne za tworzenie rozwiązań polepszających jakość życia. Mogą być nimi systemy automatycznego sterowania, opomiarowania, bezpieczeństwa, zarządzania parkingami, ruchem miejskim i wiele innych, dzięki którym oszczędzamy czas i pieniądze.

Drogą do wykorzystania Big Data w celu poprawy jakości życia, optymalizacji kosztów utrzymania czy ochrony środowiska są m.in. systemy BMS (Building Management System). To rozwiązania, które pozwalają na integrowanie, monitorowanie oraz kontrolowanie pracy urządzeń i instalacji technicznych w budynkach. Takie systemy, korzystając z zaawansowanych technologii Big Data, integrują i przetwarzają ogromne ilości informacji dotyczących zużycia energii, bezpieczeństwa, ogrzewania, wentylacji czy monitoringu.

Jednym z tego typu systemów jest NAZCA, który w formie przedpremierowej zostanie zaprezentowany podczas hanowerskich targów. To funkcjonalne oprogramowanie do automatyzacji procesów i analizy danych cechuje łatwość obsługi, skalowalność i wieloserwerowość. NAZCA to system zaprojektowany by współpracować między innymi z  chmurą Azure firmy Microsoft. Może rozwiązywać problemy i realizować zadania w ramach mniejszych podsystemów funkcjonalnych o charakterze określanym jako  BMS, SMS i EMS – czyli kolejno systemu zarządzania budynkiem, zarządzania bezpieczeństwem oraz zarządzania jakością i zużyciem energii. Oprócz aspektów technologicznych, działająca zgodnie z założeniami normy ISO 5001 NAZCA, potrafi przynieść wymierne korzyści finansowe poprzez kontrolowanie zużycia mediów, a w konsekwencji obniżyć koszty utrzymania obiektu.

Rozwiązania IoT będą tylko wstępem do świata inteligentnych rozwiązań. Na stoisku oprócz premiery systemu będzie można podziwiać działanie robota zaprojektowanego przez firmę KUKA, z którą polska firma współpracuje już ponad 3 lata. APA Group jako firma integratorska zrealizowała szereg projektów obejmujących programowanie robotów KUKA. Obie firmy postanowiły pochwalić się swoją współpracą wykorzystując platformę NAZCA do pozyskania danych dotyczących robota, a następnie zaprezentować wnioski i wizualizację jego pracy podczas targów.

Efektem współpracy systemu z robotem będzie pełna symulacja procesu pozyskania danych zwanych popularnie analizą Big Data. Proces będzie polegał na zgromadzeniu informacji  z robota,  przetworzenia ich, oraz przeprowadzenia wnioskowania na ich podstawie. Dodatkowo, zaprezentowany zostanie predictive maintenance, czyli szereg procesów pozwalających określić stan urządzenia w trakcie eksploatacji, po to aby przewidzieć, kiedy należy przeprowadzić konserwację. Zaletą takiego podejścia jest oszczędność, ponieważ w przeciwieństwie do konserwacji rutynowej lub prewencyjnej, zadania są wykonywane tylko w uzasadnionych przypadkach i opierają się na rzeczywistej kondycji sprzętu.

Źródło: apagroup.pl

 

Jedynie co czwarty rodzic rozmawia z dzieckiem na temat właściwego korzystania z internetu – taki wniosek płynie z badania Kapitalni.org. Wraz z rozwojem sieci www zwiększa się liczba i rodzaje zagrożeń, na które narażone są w świecie wirtualnym młode osoby. Tymczasem ponad 27 proc. uczniów szkół podstawowych nie potrafi sobie wyobrazić niebezpieczeństw związanych z korzystaniem z sieci. Eksperci Kapitalni.org podpowiadają, jak dorośli mogą wspierać dzieci w odkrywaniu zasobów internetu i chronić je przed zagrożeniami.

Jak wynika z raportu Gemius/PBI, w Polsce w grudniu 2016 r. było już 27,5 mln internautów. Co ciekawe, aż 97,7 proc. gospodarstw domowych, w których mieszkają dzieci, ma dostęp do internetu. Tymczasem wskaźnik ten dla gospodarstw, które tworzą sami dorośli, jest o ponad 25 p.p. niższy. Rozwój cyfryzacji jest na tyle dynamiczny, że zgodnie z prognozami McKinsey Global Institute do 2020 r. wszyscy Polacy będą mieć bezpośredni dostęp do sieci. Wobec tak szybkiego postępu technologicznego ważnym aspektem staje się ochrona młodych użytkowników internetu. Zwłaszcza, że jak wynika z raportu „Cybernauci – diagnoza wiedzy, umiejętności i kompetencji”, co trzeci uczeń szkoły podstawowej nie potrafi wskazać potencjalnych zagrożeń czyhających w internecie.

Jak polscy rodzice dbają o ochronę dziecka w sieci?

Jak wynika z badania Kapitalni.org, tylko co czwarty rodzic uczula swoje pociechy na niebezpieczeństwa, na jakie mogą być narażone w sieci. Taki sam odsetek badanych chroni dziecko przed zagrożeniami w internecie, np. poprzez zezwolenie na korzystanie z sieci tylko w obecności dorosłego.

Niestety, trudno jest kontrolować dzieci cały czas, dlatego przekonanie, że nasze pociechy korzystają z sieci tylko w naszej obecności, jest złudne. Obecnie dostęp do internetu jest wszędzie – na dworcu, w szkole, sklepie. Dlatego należy stosować także inne formy ochrony przez zagrożeniami płynącymi z sieci, np. rozmawiać z dziećmi czy też ustawić blokadę rodzicielską na niektórych stronach – mówi Tomasz Jaroszek, ekspert portalu Kapitalni.org.

Jak wynika z badania Kapitalni.org, 12 proc. rodziców sprawdza historię przeglądarki na urządzeniach, z których korzystają najmłodsi. Taki sam odsetek badanych twierdzi, że ufa swojemu dziecku i nic nie robi, aby zabezpieczyć je przed zagrożeniami z sieci. Jak pokazało badanie Kapitalni.org występują też pewne różnice pomiędzy metodami ochrony najmłodszych w internecie wybieranymi przez matki i ojców. Najwięcej kobiet decyduje się na towarzyszenie dziecku podczas surfowania po sieci, tymczasem mężczyźni preferują ustawienie kontroli rodzicielskiej. – Co ciekawe, ponad 16 proc. ojców ufa swoim dzieciom i nie podejmuje żadnej aktywności w celu ochrony ich przed ewentualnymi zagrożeniami. Wśród kobiet odsetek ten jest znacznie niższy i wynosi blisko 8 proc. – mówi Tomasz Jaroszek, ekspert Kapitalni.org.

Mali internauci nie zawsze zdają sobie sprawę z zagrożeń związanych z wykorzystywaniem sieci, dlatego warto, by dorośli pomogli im w zdobyciu tej wiedzy. Pierwszym krokiem zawsze jest szczera rozmowa z dzieckiem. – Warto wspólnie z nim odkrywać zasoby internetu, ale też uświadamiać, że w sieci mogą nas spotkać również różne zagrożenia. Dzieci powinny wiedzieć, na jakie rodzaje niebezpieczeństw są narażone oraz w jaki sposób mogą minimalizować ryzyko ich napotkania – dodaje Tomasz Jaroszek.

Ustal zasady korzystania z internetu

Dobrze mieć kontrolę nad tym, o jakiej porze i ile czasu dziecko poświęca na surfowanie po sieci. Ustalmy wspólnie liczbę godzin, jaką może przeznaczyć na używanie komputera i przestrzegajmy tej zasady. Unikajmy też pozostawiania dziecka samego w trakcie korzystania z internetu. Możemy ustawić komputer w salonie, gdzie najczęściej domownicy spędzają wspólnie czas. Wówczas będziemy mogli na bieżąco reagować w sytuacji zagrożenia.

– Jeżeli z tego samego komputera korzystają zarówno dzieci, jak i rodzice, dobrze założyć osobne konto dla najmłodszych bez uprawnień administratora. Warto też wykorzystać programy czy filtry blokujące strony ze szkodliwymi treściami, np. promującymi przemoc czy nietolerancję. Natomiast gdy młody użytkownik posiada własny komputer, sprawdzajmy od czasu do czasu, czy są na nim zaktualizowane programy antywirusowe i funkcjonujące zabezpieczenia – radzi Tomasz Jaroszek, ekspert platformy edukacyjnej Kapitalni.org.

Ochrona prywatności to podstawa

Wraz z rozwojem mediów społecznościowych, z których, jak wynika z badania instytutu NASK, codziennie korzysta aż 78 proc. nastolatków, wzrosło ryzyko związane z upublicznianiem wrażliwych danych. Ich ochrona to podstawa, dlatego warto uczulić dziecko, że takie informacje jak imię i nazwisko, adres czy numer telefonu nie powinny być udostępniane przez małych internautów. Należy też uświadomić podopiecznym, że za każdym razem, kiedy odchodzą od komputera, powinni wylogować się z własnego konta, a także jak ważne jest stosowanie haseł i nieudostępnianie ich innym osobom.

(Nie)bezpieczne media społecznościowe

Internet to w dużej mierze narzędzie służące do komunikacji. Nastolatki aktywnie wykorzystują serwisy, zamieszczając posty i komentując aktywności kolegów czy koleżanek. Social media mogą być pomocne w codziennym życiu, ale także być źródłem zagrożeń.

– Coraz częściej słyszy się o zjawisku przemocy rówieśniczej w internecie. Dlatego warto uczulić nasze dzieci, że profil społecznościowy nie może być wykorzystywany do zamieszczania niewłaściwych treści, np. złośliwych komentarzy ośmieszających innych. Warto, aby dziecko wiedziało, że w sytuacji, gdy samo doświadcza bądź jest świadkiem obrażania przez innych użytkowników sieci, powinno poinformować o tym fakcie rodziców – podkreśla Tomasz Jaroszek z Kapitalni.org.

Znajomości zawarte online

Wraz z rozwojem internetu, coraz częściej spędzamy czas online. Jak wynika z  raportu „Cyfrowi Polacy” McKinsey & Company, Polacy są podłączeni do sieci przez średnio 6 godzin dziennie. Dostęp do internetu umożliwia nam nawiązywanie nowych przyjaźni. Z tej możliwości korzystają również dzieci. Dobrze jednak, aby kierowały się zasadą ograniczonego zaufania, zarówno co do osób poznanych w sieci, jak i co do treści w niej zmieszczonych. Jeżeli dziecko będzie planowało spotkać się z nowym kolegą, z którym jak dotąd miało kontakt jedynie wirtualny, niech towarzyszy mu osoba dorosła.

Warto pamiętać, że samo stosowanie blokad rodzicielskich i programów filtrujących nie wystarczy, szczególnie że wraz z wiekiem dziecko będzie korzystać z internetu za pomocą własnego telefonu komórkowego i do tego, często poza domem. Dlatego należy mieć na uwadze, że żadne zabezpieczenia nie zwalniają rodziców od rozmowy z dzieckiem na temat niebezpieczeństw, jakie czyhają w sieci oraz metod ich przeciwdziałania. Tylko tłumacząc zagrożenia i ustalając pewne zasady korzystania z internetu, zwiększamy bezpieczeństwo naszych dzieci –  konkluduje Tomasz Jaroszek, ekspert portalu Kapitalni.org.

 

Źródło:Kapitalni.org

Zbierają dane o użytkownikach sieci w 187 państwach, a ich autorska platforma DMP – OnAudience.com – przetwarza już ponad 3 mld profili internautów. Pokornie przyznają, że nie monitorują jeszcze aktywności sieciowej mieszkańców San Escobar, ale i tu obiecują rychłą poprawę. Warszawska spółka Cloud Technologies swój biznes zaczynała jako start-up w garażu. Dziś, po 6 latach działalności ma pozycję polskiego lidera analityki Big Data, posiadającego największą hurtownię danych w Europie. W tym roku spółka planuje opuścić NewConnect na rzecz głównego parkietu GPW.

Talmud głosi, że biedny jest tylko ten, kto nie ma wiedzy. Jeśli wiedza jest walutą, to Cloud Technologies jest jedną z najbogatszych firm na świecie. Warszawska spółka przetwarza już ponad 3 mld anonimowych profili internautów, wie sporo o ich zainteresowaniach, decyzjach i preferencjach zakupowych, zna ich wiek, płeć, geolokalizację i historię surfowania w sieci.

Czyny, nie dane

Umiejętne gromadzenie danych to prawdziwe błogosławieństwo, jednak data harvesting nie wystarczy, jeśli dane są nieaktualne lub nie wiadomo, jak je wykorzystać. Potwierdza to stare arabskie przysłowie: „Najlepszą wiedzą jest ta, która się łączy z czynem”. Gdy chodzi o dane, taki czyn to inaczej ich monetyzacja, według ekspertów z IDC jedna z najważniejszych zdolności, jakie współczesne firmy powinny posiadać, by odnieść sukces w cyfrowej gospodarce. Nie można odmówić tej zdolności zespołowi Cloud Technologies, który przy pomocy swojej autorskiej platformy OnAudience.com (Data Managing Platform) ze gromadzonych danych robi użytek na wiele różnych sposobów. To dzięki niej notowana na NewConnect spółka przetwarza już dane z ponad 3 mld profili internautów. Na bieżąco aktualizowane zbiory nieustrukturyzowanych cyfrowych informacji w większości pochodzą z plików cookies, a ich rozmiar dał Cloud Technoologies pozycję największej hurtowni danych w Europie, która monitoruje aktywność użytkowników sieci już w 187 państwach. Na ich długiej liście znalazła się nawet teoretycznie zupełnie zamknięta Korea Północna z kilkoma internautami, a niebawem – jeśli wierzyć śmiało rzuconej obietnicy – pojawi się również San Escobar. W państwach, gdzie danych zbiera się najwięcej, ilość aktywnych plików cookies liczy się w dziesiątkach milionów.

Wielkie małe początki

Tak jak w przypadku Google, Apple czy Amazon, początki firmy założonej w 2011 roku przez zafascynowanego cyfrowym światem Piotra Prajsnara były raczej skromne. Najpierw start-up w garażu, potem biuro w niewielkim mieszkaniu w Warszawie bez recepcji i ekspresu do kawy. Na początku krzątało się tam 2, a chwilę później już 6 oddanych sprawie pracowników. Dziś firma zatrudnia już ponad 50 osób.

Internet kusił mnie od zawsze i zdawał się być idealnym miejscem na założenie biznesu. Już w trakcie studiów fascynowało mnie maszynowe uczenie, inteligentne algorytmy oraz Big Data i w tym kierunku chciałem się rozwijać, bo wiedziałem, że to rynek bardzo perspektywiczny. Naturalnym środowiskiem dla analityki Big Data wydał mi się marketing i reklama internetowa. W tamtym okresie polska sieć zdominowana była przez reklamę masową w większym stopniu niż dzisiaj, a osoby, które na poważnie myślały o tajemniczym zjawisku, jakim było Big Data, dało się policzyć na palcach jednej ręki – wspomina Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies S.A.

Na sukces nie trzeba było długo czekać, bo już w 2012 r. spółka zadebiutowała na NewConnect. Jeśli ktoś zainwestował w jej akcje 100 tys. zł, to dziś jest milionerem. Kurs w ciągu zaledwie kilku lat wzrósł z około 1 zł do blisko 100 zł. Polski lider analityki danych nie spoczął jednak na laurach, o czym świadczą m.in. jego wyniki za ostatni kwartał 2016 r. W porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku, przychody zwiększyły się o 64,7% a zysk netto wzrósł aż o 78%, do poziomu 7,4 mln zł netto. To najlepsze wyniki w historii firmy, która jeszcze w tym roku planuje przejście z NewConnect na Rynek Główny GPW.

Analityka na eksport

Nim transfer dojdzie do skutku, firma założona przez Prajsnara znacznie się powiększy. Niebawem ma zostać sfinalizowana rekordowa transakcja. Jej przedmiotem jest przejęcie działającej na 36 rynkach agencji nowych technologii Imagine The Future, która 95% kampanii realizuje poza granicami Polski. Cloud Technologies ma przejąć w niej wszystkie udziały za niebagatelną kwotę 320 mln zł. Zakup ma charakter strategiczny i jak przekonują nabywcy, przyczyni się do rozwoju ich międzynarodowej działalności oraz dystrybucji produktów i usług związanych z performance marketingiem, który już teraz generuje większość przychodów Cloud Technologies. To też olbrzymia szansa dla UnBlocka, innowacyjnego narzędzia, umożliwiającego wydawcom wyświetlanie reklam pomimo zainstalowanych wtyczek blokujących reklamy i dopasowanie ich do zainteresowań internautów. UnBlock potrafi odblokować praktycznie każdy format reklamowy, włącznie z kreacjami typu Rich Media, czyli np. reklamą video. Może też przetworzyć kreację reklamową i wyeliminować dużą część operacji obliczeniowych z przeglądarki użytkownika, co zapobiega spowolnieniu w ładowaniu witryny na jego komputerze. Opracowana nad Wisłą technologia, którą interesują się już wydawcy na całym świecie, przechodzi właśnie międzynarodową procedurę patentową.

Działalność warszawskiej spółki to nie tylko Big Data marketing i reklama internetowa. Cloud Technologies w ramach usług consultingowych wspiera inne firmy w zakresie gromadzenia i analityki danych, dostarczając cyfrowe informacje o sieciowej aktywności internautów do ich systemów BI, CRM i ERP. To nic innego, jak usługa Big Data as a Service. Przedsiębiorcy w coraz większym stopniu dostrzegają potencjał analityki dużych zbiorów nieustrukturyzowanych danych. Coraz częściej również zdają sobie sprawę z ograniczeń ich aktualnych systemów IT, ale niekoniecznie chcą inwestować we wdrożenia własnych narzędzi. Stąd zapotrzebowanie na takie usługi. Z raportu MarketsAndMarkets wynika, że do 2020 rynek BDaaS ma rosnąć do 2020 r. aż o 31% rocznie. To najszybciej rozwijająca się gałąź IT, w której na naszym podwórku Cloud Technologies pozostaje niekwestionowanym liderem.

Źródło: Cloud Technologies

Dzięki prowadzeniu oficjalnego profilu firmy w mediach społecznościowych, z jednej strony marka może nawiązać długoterminową relację z klientem, zyskać jego sympatię, a nawet zmienić go w ambasadora marki. Z drugiej, musi być przygotowana na możliwe trudne sytuacje lub nawet kryzys wizerunkowy. Eksperci wyjaśniają jak uchronić się przed nimi lub zminimalizować ryzyko ich wystąpienia w social media.

Prowadzone w mediach społecznościowych profile to miejsca ukierunkowane na interakcje z użytkownikami. Jak podkreślają Praktycy, owa interaktywność oznacza także otwartość na dialog w przypadku skarg i zażaleń konsumentów oraz radzenie sobie z kryzysowymi sytuacjami. Firma musi być gotowa przyjąć ewentualną krytykę. Nie może np. się zdarzyć, że „wywołany do tablicy” po przeczytaniu negatywnej uwagi odnośnie czasu realizacji zamówienia, reaguje złością i wdaje się z klientem w przepychankę słowną. W ten sposób jeden krytyczny post, na który można było szybko odpowiedzieć rzeczowym komentarzem, zamienia się w sytuację kryzysową. Tymczasem dobrze potraktowany użytkownik może odzyskać sympatię do firmy i pomimo problematycznej sytuacji, w dalszym ciągu pozostać jej klientem. Eksperci z Praktycy.com wskazują, o czym muszą pamiętać przedsiębiorcy chcący najlepiej wykorzystać obecność w social media.

Czy to już kryzys?

Zdarza się, że firmy popadają w przesadę i każdy negatywny komentarz traktują jako zapowiedź nadchodzących problemów. Nie zawsze krytyczna uwaga stanowi powód, aby powoływać sztab antykryzysowy w firmie. Negatywny odbiór może wynikać np. z czystej złośliwości, czyli tzw. hejtu. Zwolniony pracownik restauracji może zamieścić na fanpage’u złośliwy komentarz zniechęcający do odwiedzenia lokalu z powodu np. nieświeżego jedzenia, choć taka sytuacja niekoniecznie miała miejsce. Podobny post może zamieścić również osoba pracująca w konkurencyjnej restauracji, chcąc zaszkodzić rywalowi. Czasem krytykę prowokuje sama firma, np. zamieszczając wpis z rażącym błędem językowym lub popełniając faux-pas w komunikacji. O kryzysie można mówić w przypadku zdarzenia o większym znaczeniu, będącym już poważnym zagrożeniem dla wizerunku marki.

Przykładem może być nietrafiony post na fanpage’u marki Gold’s Gym przestawiający zdjęcie gruszki z podpisem „To nie jest kształt dla kobiety”. Po fali protestów użytkowników, marka opublikowała na międzynarodowym profilu oficjalne przeprosiny i poinformowała o wszczęciu wewnętrznej procedury w celu zbadania sprawy i aby zapobiec wystąpieniu podobnych sytuacji w przyszłości. Eksperci z Praktycy.com zwracają uwagę na fakt, że sytuacje kryzysowe najczęściej zdarzają się jednak offline, a przenoszą do środowiska mediów społecznościowych, ponieważ jest ono doskonałym miejscem do wyrażania opinii i dawania upustu nagromadzonym emocjom. Bez wątpienia żadnej z takich sytuacji, bez względu na ocenę jej zagrożenia, nie wolno ignorować.

Kryzys w social media – czy można się do niego przygotować?

Nagłego kryzysu nie da się nigdy w 100 proc. przewidzieć. Trudna sytuacja zazwyczaj rozwija się niespodziewanie i jak zwykli mawiać niektórzy praktycy – kryzysy najczęściej wybuchają w weekendy. Nie oznacza to jednak, że ewentualna trudna sytuacja ma firmę zaskoczyć – warto wcześniej przedsięwziąć kroki, które szybko i sprawnie pozwolą „ugasić” pożar i wyjść z całego zdarzenia bez uszczerbku na wizerunku marki. Po pierwsze, dobrze jest wcześniej dokładnie przeanalizować wszystkie potencjalne zagrożenia, które mogą wywołać realny kryzys. Wadliwy produkt? Użytkownicy na pewno to zauważą i często prędzej wyrażą swoje niezadowolenie na firmowym Fanpage’u niż dzwoniąc na infolinię. W końcu na profilu w social media mogą jednocześnie liczyć na reakcję i wsparcie innych klientów marki. Zła obsługa klienta? Nawet jeśli firma spełnia wysokie standardy w zakresie obsługi klienta, to zawsze może pojawić się wyjątek od tej reguły, który wystarczająco zaszkodzi marce. Na tego rodzaju zarzut firma zawsze musi być przygotowana.

Po drugie, po przeprowadzeniu analizy potencjalnych zagrożeń dobrze, aby firma ustaliła odpowiednie procedury, tj. przygotowała scenariusz komunikacji w sytuacji kryzysowej. Kryzys może wybuchnąć z najbardziej błahego powodu, ale osoba lub zespół odpowiadający za prowadzenie profilu w mediach społecznościowych, musi wiedzieć jak na niego zareagować, do kogo się zwrócić z prośbą o szybkie wyjaśnienie lub komentarz dla klientów, które osoby zaangażować w rozwiązywanie sprawy itd.

Po trzecie, kluczową kwestią jest również powierzenie prowadzenia działań społecznościowych osobom z doświadczeniem, odpornym na stres i… kreatywnym. Zamiast wpadać w panikę, zespół powinien zastanowić się nie tylko jak załagodzić całą sytuację, ale wręcz czy można ją wykorzystać na korzyść firmy. W odpowiedzi na post rozżalonego na markę Bodyform użytkownika z powodu „nierealistycznego obrazu kobiet będących w czasie menstruacji”, firma opublikowała film na YouTube, w którym dyrektor generalna w sarkastycznym tonie przeprasza mężczyznę – video obejrzało ponad 5 mln ludzi.

W przypadku rozwiązywania kryzysów w social media, warto także podać przykład rzecznika Play, który zareagował na opublikowane w mediach społecznościowych zdjęcie, na którym para niezadowolonych klientów stoi przed salonem operatora z napisem „Nie przenoś numeru do Play. Czekamy już 4 dni”. Rzecznik odpowiedział im na profilu również poprzez publikację zdjęcia, na którym stoi przed salonem Play z przepraszającym napisem oraz informacją o rozwiązaniu trudności z aktywacją karty.

Eksperci z Praktycy.com podkreślają, że kryzys wizerunkowy w social media, może dotknąć nawet najlepszych. Prawdziwą sztuką jest wyjść z tej próby zwycięsko, a nawet poprzez dobre zarządzanie komunikacją w trakcie kryzysowej sytuacji, pokazać jak rozwiązać skutecznie problem. Dzięki czemu fani oraz opinia publiczna uznają firmę za odpowiedzialną i właściwie traktującą swoich klientów, także w trudnych chwilach. A od tego już o krok od sytuacji, w której taka firma przekuje swoją wizerunkową porażkę w… marketingowy sukces.

 

Praktycy.com

Jeszcze kilka lat temu koncepcja Internetu Rzeczywydawała się mrzonką – idea sieci urządzeń, zbierających i przesyłających między sobą bez pośrednictwa człowieka dane dla wielu ekspertów była wizją rodem z fantastyki naukowej. Ta wizja jednak błyskawicznie się urzeczywistnia: z prognoz firmy Ericsson wynika, że do końca 2021 na całym świecie będzie aktywnych co najmniej 16 mld urządzeń IoT. To oznacza bardzo konkretne wyzwania – przede wszystkim dla twórców sprzętu oraz aplikacji bazujących na Internecie Rzeczy.
Internet of Things to nic innego jak w znacznej mierze autonomiczna sieć komunikujących się bezpośrednio urządzeń podłączonych do sieci – najróżniejszych sensorów, komputerów, czytników, aplikacji, pojazdów itp. Koncepcja ta przewiduje wymienianie i agregowanie danych z maksymalnej liczby źródeł i wykorzystanie ich do najróżniejszych celów, wśród których najważniejszymi są usprawnienie funkcjonowania np. domów (smart home), systemów miejskich (tzw. smart cities), sieci autonomicznych pojazdów, czy oprogramowania zarządzającego obiektami (np. centrami handlowymi).
16 mld sensorów
Z najnowszego raportu Ericsson Mobility Report (firma publikuje takie opracowania cyklicznie) dowiadujemy się, że w latach 2015 – 2021 możemy spodziewać się wzrostu liczby urządzeń IoT o 23% każdego roku! Oznacza to, że za 5 lat będzie aktywnych ok. 16 mld sensorów/czujników IoT, i że stanowić one będą większość ze wszystkich podłączonych do sieci sprzętów (których ogólną liczbę w 2021 r. Eriscsson prognozuje na 28 mld).
Co ciekawe, liczba ta najszybciej będzie rosła na Zachodzie Europy – analitycy firmy spodziewają się tam w najbliższych 5 latach wzrostu na poziomie 400%. Będzie to efekt dopasowywania się firm do wymagań narzucanych przez władze, które planują m.in. wprowadzenie obowiązku montażu inteligentnych (czyli również podłączonych do sieci) mierników energii/wody itp., a także popularyzowania się samochodowego systemu e-call (automatycznie wykrywającego kolizje i powiadamiającego o niej służby ratunkowe).
Dziurawy Internet Rzeczy
Niestety, szybkie popularyzowanie się systemów bazujących na Internecie Rzeczy wiąże się często z problemami. Eksperci alarmują, że moda na takie rozwiązanie sprawia, iż w tworzenie sprzętu, aplikacji i ekosystemów Internetu Rzeczy często angażują się firmy, które nie mają doświadczenia w segmencie IT i nie stosują najbardziej podstawowych dobrych praktyk związanych z zapewnieniem stabilności i bezpieczeństwa kodu swoich produktów. To zaś oznacza bardzo konkretne zagrożenia dla użytkowników – nietrudno bowiem wyobrazić sobie sytuację, w której przestępcy uzyskują dostęp do źle zabezpieczonego domowego systemu monitoringu czy systemu zarządzania obiektem użyteczności publicznej.
„Popularność i swoista moda na rozwiązania IoT staje się w pewnym sensie problemem – oczywiście wszyscy doceniają możliwości, jakie niesie ze sobą ta technologia, jednak coraz częściej obserwujemy, że za tworzenie aplikacji i sprzętu „biorą się” firmy, nie mające na tym polu żadnego doświadczenia, przygotowania i know-how. To owocuje pojawianiem się źle napisanych, źle zabezpieczonych i nie dość dokładnie przetestowanych aplikacji, co z kolei powoduje problemy ze stabilnością oraz zwiększa ryzyko ataków. Efektem może być zniechęcenie się użytkowników do idei Internet of Things… i to zanim będą oni mieli okazję zapoznać się z jej atutami” – komentuje Grzegorz Bielawski, Country Manager firmy QNAP.
Patent na bezpieczeństwo i stabilność
„Dodatkowym wyzwaniem dla twórców takich rozwiązań jest przechowywanie ogromnych ilości danych generowanych podczas funkcjonowania systemu IoT – muszą one być gromadzone tak, by były bezpieczne i łatwo dostępne. Dlatego właśnie stworzyliśmy rozwiązanie o nazwie QIoTContainers, czyli prywatną platformę chmurowąInternetu Rzeczy, którą z powodzeniem można wykorzystać do dwóch podstawowych celów. Pierwszym jest prototypowanie, tworzenie i kompleksowe testowanie aplikacji i ekosystemów IoT – dzięki temu deweloperzy mogą mieć pewność, że tworzone przez nich oprogramowanie będzie działało stabilnie i bezpiecznie. Drugie zastosowanie QIoTContainersto prywatna chmura, w której „operator” systemu IoT może bezpiecznie przechowywać wszelkie dane, uruchamiać niezbędne usługi, protokoły i zabezpieczenia” – dodaje Grzegorz Bielawski.
Więcej informacji o QIoTContainters można znaleźć na stronie QNAP: https://www.qnap.com/solution/qiot-containers/pl/
RaportEricsson Mobility Report 2016: https://www.ericsson.com/mobility-report?gclid=CIXS4_CIh80CFRATGwodsNIKUw

Nie zwlekaj ze złożeniem zeznania podatkowego do końca kwietnia. Już w najbliższy weekend (11-13 marca 2016 r.) możesz wysłać swojego PIT-a podczas zakupów. Przez trzy dni pracownicy urzędów skarbowych będą czekać na ciebie w kilkudziesięciu galeriach handlowych w całym kraju. Pomogą wypełnić zeznanie podatkowe i wysłać je elektronicznie bezpośrednio do urzędu skarbowego. Akcja odbędzie się w 67 galeriach w 55 miastach w całej Polsce.

Akcja odbędzie się w dniach 11-13 marca (od piątku do niedzieli) w godzinach 12-18 w centrach handlowych w największych miastach Polski. Na wyznaczonych stanowiskach informacyjnych będą pełnić dyżur eksperci z urzędów skarbowych. Udzielą szczegółowych informacji na temat rozliczenia podatku dochodowego za ubiegły rok oraz rozwieją wątpliwości związane z wypełnieniem zeznania podatkowego czy skorzystaniem z ulg podatkowych i odliczeń. Najważniejsze jednak jest to, że urzędnicy pomogą wprowadzić PIT-a do systemu e‑Deklaracje i sprawnie wysłać go przez Internet do dowolnego urzędu skarbowego w Polsce. Osoby rozliczające się na miejscu otrzymają także urzędowe potwierdzenie odbioru zeznania (UPO).

Każdy podatnik może skorzystać z darmowej pomocy urzędników. Wystarczy zabrać ze sobą rozliczenie PIT-11, jakie otrzymujemy od pracodawców, lub inne dokumenty świadczące o uzyskanych dochodach w 2015 r. Jeśli chcemy skorzystać z ulg podatkowych, to należy również pamiętać o zabraniu ze sobą potwierdzenia wydatków, które chcemy odliczyć. Bardzo ważne jest też, aby mieć ze sobą zeszłoroczne rozliczenie PIT (za 2014 rok) lub dokładną kwotę przychodu uzyskanego w 2014 r. –  będzie to potrzebne do identyfikacji danych w systemie e-Deklaracje.

Ministerstwo Finansów zaprasza do stanowisk Administracji Podatkowej w galeriach handlowych w całym kraju.

Lista lokalizacji jest dostępna również na stronie szybkipit.pl

 

Uwaga! Na stanowiskach w galeriach handlowych urzędnicy nie będą przyjmować zeznań podatkowych PIT w formie papierowej.

 

Ministerstwo Finansów

Mimo, że 83 proc. przedsiębiorców uważa, iż Internet jest ważny lub niezbędny w prowadzeniu ich działalności i 60 proc. z nich dostrzega korzyść ze zwiększania umiejętności internetowych swoich pracowników, to w ubiegłym roku mniej niż co trzeci przedsiębiorca podjął w tym kierunku jakiekolwiek działania – wynika z badania „Polskie firmy z sektora MŚP – znajomość i używanie narzędzi do komunikacji” przeprowadzonego przez Millward Brown.

– Polscy przedsiębiorcy nie wypadają najlepiej, jesteśmy w tyle listy w większości rankingów kompetencji cyfrowych. Generalnie Polacy nie wypadają najlepiej jeżeli chodzi o umiejętność korzystania z komputerów.  Problem polega na tym, że w Polsce jest dość sprzętu. Mało ludzi ma kłopot z dostępem do komputera, połączeniem internetowym, mamy za to lukę kompetencji – mówi newsrm.tv Alek Tarkowski, dyrektor Centrum Cyfrowego.

Tymczasem już teraz te polskie firmy, które rozwijają się w Internecie, zwiększają swoją efektywność i zaczynają docierać do klientów nie tylko w kraju, ale i na całym świecie. W procesie ucyfrawiania firm dużym wyzwaniem jest edukacja oraz szkolenie pracowników z zakresu kompetencji cyfrowych, tym bardziej, że w kontekście jednolitego rynku cyfrowego poziom przyswojenia technologii i przede wszystkim umiejętności cyfrowych przez przedsiębiorców będzie przesądzał o ich sukcesie lub porażce.

Wciąż zmieniają się umiejętności, jakie trzeba opanować, by znaleźć dobrą pracę lub prowadzić dochodową firmę. Niezbędne stają się kompetencje cyfrowe. Każdy powinien mieć szansę na ich zdobycie, dlatego uruchomiliśmy edukacyjną platformę online – internetowerewolucje.pl. Dostępne na stronie szkolenia pomagają zdobyć wiedzę, potrzebną do rozwoju firmy w internecie, a opracowany przez Centrum Cyfrowe katalog jest doskonałym narzędziem, które pozwala przedsiębiorcom precyzyjnie zdefiniować swoje potrzeby i wyznaczyć drogę cyfrowego doskonalenia – powiedziała Agnieszka Hryniewicz-Bieniek, dyrektor zarządzająca Google Polska.

Rok temu Google ogłosił inwestycję 25 mln euro w stworzenie programów edukacyjnych i platformy do nauczania umiejętności cyfrowych, by do końca 2016 roku przeszkolić 1 milion Europejczyków, również w Polsce, pomagając im w zdobyciu kluczowych umiejętności cyfrowych.

 

Alek Tarkowski, dyrektor Centrum Cyfrowego
źródło: newsrm.tv

31 proc. stron ma zbyt ciężkie obrazki, 20 proc. nie stosuje kompresji, a 5 proc. korzysta ze słabego hostingu – to wyniki analizy na grupie niemal 3 tysięcy polskich stron www, wykonanej przy pomocy bezpłatnego analizatora semantycznego Blink.pl w październiku 2015 roku. Jak na tym tle wypada twoja strona www?

Czy wiesz, że wystarczy zaledwie jedna sekunda za długo, żeby stracić 11 proc. odsłon, 7 proc. konwersji i obniżyć satysfakcję odbiorcy o 16 proc. (dane wg badania Aberdeen Group)? Dobra strona www musi ładować się szybko, jeżeli ma spełniać cele sprzedażowe i osiągać wysokie pozycje w wyszukiwarkach. To logiczne! Przecież sam nie raz opuściłeś witrynę, zniechęcony zbyt długim czasem ładowania. Skoro więc nie byłeś zainteresowany przebywaniem na takiej stronie www, dlaczego Google miałoby wyróżnić serwis, którego szybkość ładowania kuleje?

Trzy czynniki spowalaniające twoją stronę www

W październiku 2015 r. do bezpłatnego analizatora semantycznego Blink.pl zgłoszono blisko 3 tysiące stron internetowych. Jednym z badanych aspektów była ocena szybkości ładowania audytowanej witryny wraz ze wskazaniem tych elementów, które wymagają poprawy. Jak okazało się, że problemy większości polskich stron to wynik zbyt ciężkich obrazków, które na nich się znajdują, niestosowania kompresji oraz kiepskiej jakości hostingu.

Problem 1. – obrazki z nadwagą

 Im większa waga zdjęć, obiektów multimedialnych, plików css itp., tym dłużej trwa ich przesyłanie, co skutkuje wydłużeniem czasu ładowania strony www. Tymczasem na 2 874 przebadanych w październiku stron, na aż 910 wykryto obecność przynajmniej jednego obrazka o objętości przekraczającej 100 kB. W uproszczeniu oznacza to, że ok. 31 proc. polskich stron www jest przeładowanych grafikami, wykazując mniejsze szanse na uzyskanie pożądanej konwersji ze strony odbiorców.

Problem 2 – brak kompresji

 Mimo że większość serwerów umożliwia włączanie kompresji, na aż 20 proc. przeanalizowanych stronach nie korzystano z tej funkcji. Tymczasem dzięki kompresji, pliki przesyłane odbiorcy są mniejsze, przez co otwieranie strony trwa krócej. Dodatkowo, witryna konsumuje mniej transferu, co może mieć znaczenie, gdy użytkownik przegląda stronę korzystając z internetu mobilnego. Z punktu widzenia właściciela strony – to także pożądane, ponieważ niektóre plany taryfowe u dostawców hostingu mogą zakładać opłaty za generowany transfer – kompresja zaś wpływa na jego zmniejszenie.

– Tylko w październiku odnotowaliśmy 584 przypadki stron, których kompresja nie była włączona. Niekorzystanie z tej możliwości zwykle oznacza, że właściciel albo nie wie, jak to zrobić, albo nie ma świadomości, jak bardzo funkcjonalność ta przyczynia się do poprawy szybkości ładowania strony. A przecież kompresję można włączyć samodzielnie lub w razie trudności skontaktować się z operatorem hostingu, który powinien podpowiedzieć, jak to zrobić – radzi dr inż. Artur Pajkert z Blink.pl, pomysłodawca analizatora semantycznego stron. Dodajmy, że w takim wypadku należy pytać o to, jak włączyć kompresję opartą o moduły: mod_gzip lub mod_deflate – to dwa najbardziej popularne standardy, stosowane na całym świecie.

Problem 3. – kiepski hosting

Czas odpowiedzi serwera także rzutuje na tempo wczytywania strony www. Jej ładowanie może bowiem rozpocząć się dopiero po uzyskaniu z serwera odpowiedzi na żądanie (w uproszczeniu: wpisania adresu w przeglądarce).

Mierząc czas odpowiedzi serwera na przebadanych analizatorem semantycznym Blink.pl stronach, problemy ze zbyt długim czasem odpowiedzi wystąpiły w 159 przypadkach na 2 874. Wynik całościowy na poziomie 5,5 proc. nie przeraża, choć jest sygnałem, że warto bliżej przyjrzeć się hostingowi, z którego się korzysta. Szczególnie, gdy strona ma być wydajna pod kątem szybkości ładowania.

Pamiętaj, zoptymalizowana witryna internetowa to korzyść dla każdej ze stron. – Zyskuje internauta, który może zasięgać interesujących go informacji, bez narażania się na stratę czasu czy niepotrzebnego zwiększania transferu, szczególnie podczas korzystania z połączenia mobilnego. W oczywisty sposób korzysta także właściciel witryny. Szybsze strony osiągają wyższe pozycje w wynikach wyszukiwania Google i trafiają tym samym do większej liczby potencjalnych odbiorców – mówi Jakub Dwernicki, prezes Blink.pl, i dodaje: – Dane ujawniane w analizatorze semantycznym Blink.pl pokazują, że część polskich stron nadal ma problem z optymalizacją czasu ładowania. Miejmy jednak nadzieję, że ich właściciele, bogatsi o wiedzę gdzie popełniają błąd, poczynią kroki zwiększające jakość własnych witryn.

Dwa szybkie sposoby na sprawdzenie strony

Istnieje kilka bezpłatnych narzędzi, które pozwalają sprawdzić podstawowe elementy strony. Oto przykłady: Audyt semantyczny Blink.pl – narzędzie, które poza podstawowymi informacjami o szybkości otwierania strony, da także pogląd na inne elementy, w szczególności – pomoże w marketingowej analizie treści zawartych w witrynie. To narzędzie o charakterze uniwersalnym, które analizuje wiele elementów strony – nie jest aż tak szczegółowe w zakresie oceny czasu otwierania, jak np. PageSpeed Insights, ale za to, jako jedyne bezpłatne narzędzie, prezentuje dodatkowe informacje o jakości treści na stronie.

PageSpeed Insights- narzędzie, udostępnione przez firmę Google, bardzo szczegółowo pokazuje elementy wpływające na szybkość ładowania strony www. Moduł analizy wydajnościowej jest tu znacznie bardziej rozbudowany, choć w tym wypadku nie dostaje się informacji o marketingowej jakości treści na stronie.

Oba narzędzia są bezpłatne, a skorzystanie z nich trwa tylko kilka sekund. Warto to zrobić, by dowiedzieć się więcej na temat własnej strony www.

źródło: Blink.pl

Black Friday to symboliczny dzień. Dla branży e-commerce to sygnał, że zaczynają się sprzedażowe żniwa. Zakupowe szaleństwo potrwa przynajmniej do końca stycznia. Okres wokół świąteczny to dla e-sklepów złoty czas. Towary zalegające w magazynach sprzedają się jak świeże bułeczki, a ruch na witrynach internetowych w grudniu i w styczniu jest średnio o trzy razy większy niż w pozostałych miesiącach. Jednak nie jest tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać. Polskie e-sklepy nie wykorzystują w pełni potencjału tego zakupowego szaleństwa w Internecie.

Wpadnę na trzy sekundy

Ofensywa e-sklepów jest już widoczna w naszych przeglądarkach. Internautów zewsząd kuszą bannery reklamowe z „wielkimi obniżkami” i „czyszczeniem magazynów”. Na maile przychodzą tony kuponów rabatowych, a darmowa dostawa ma ostatecznie przekonać klienta, że powinien kupić produkt właśnie teraz. Nacisk na cenę jest wyraźny: z raportu autorstwa Shoper wynika, że 66 proc. sklepów internetowych zdecydowało, że to właśnie promocje będą ich głównym wabikiem na klientów. Jednak wbrew pozorom nie dla wszystkich internautów to właśnie cena stanowi najważniejszy wyznacznik. Czym jeszcze kieruje się współczesny e-klient?

Według badań przeprowadzonych przez Vouchercloud po załadowaniu strony e-sklepu niemal co drugi internauta (57 proc.) opuści ją średnio po trzech sekundach, rzucając tylko kątem oka na ofertę. 80 proc z tych uciekinierów nie wróci już na stronę. Landing page wielu e-sklepów wywołuje u niektórych e-konsumentów nerwowe ruchy myszką w poszukiwaniu iksa, który pozwoli skrócić tę mękę dla oczu. I to jeszcze zanim pojawi się jakakolwiek cena. Skutkiem tego masowego exodusu jest inny smutny wskaźnik: 9 na 10 nowych firm zaczynających swoją przygodę w obszarze e-handlu – kończy ją średnio po 4 miesiącach. Jakie są powody tej smutnej statystyki?

– Mierny ruch na stronie, połączony z brakiem wiedzy jak go generować i analizować. Do tego dochodzą kłopoty z porzuconymi e-koszykami i pozyskaniem nowych klientów. Black Friday, grudzień i styczeń przerywają wprawdzie to pasmo sprzedażowej niemocy, ale gigantyczny potencjał tych miesięcy e-sklepy często zaprzepaszczają. To właśnie w tym okresie przez witryny internetowe przewijają się tysiące internautów, którzy przy okazji poszukiwania produktów – pozostawiają po sobie na witrynach wiele cennych danych w postaci plików cookies. Niestety, polskie e-sklepy rzadko wiedzą, jak te dane analizować i wykorzystywać – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, warszawskiej spółki zajmującej się analityką i monetyzowaniem danych internetowych, która stworzyła największą platformę Big Data w tej części Europy –  Pierwszym krokiem e-sklepów powinno być rozbudowanie bazy danych o swoich klientach (systemu CRM). Można to osiągnąć poprzez integrację z danymi z zewnętrznych platform Big Data, czyli tzw. platform DMP. W ten sposób e-sklep dowiaduje się więcej o preferencjach produktowych i intencjach zakupowych swoich klientów, a tym samym może lepiej dopasować swoją ofertę do ich potrzeb czy udzielić im kodów rabatowych na produkty, które przeglądali lub mieli w swoich koszykach. Poza tym może pozyskać nowych klientów dzięki look-alike modelingowi, czyli poszukiwaniu wśród internautów nowych klientów, którzy będą odpowiadali profilowo użytkownikom odwiedzającym ich sklep – dodaje Piotr Prajsnar.

Mimo to co trzeci właściciel e-sklepu (według badania Shoper) przewiduje, że pod względem sprzedażowym wyniki z „miesięcy żniw” (grudzień, styczeń) okażą się lepsze niż wyniki ubiegłoroczne w analogicznym okresie. Polskie e-commerce’y z nadzieją spoglądają w stronę portfeli internautów. Warto jednak wcześniej wiedzieć co nieco o właścicielach tych portfeli, a także przygotować swoją infrastrukturę na ich odwiedziny.

Nie zapraszaj jeśli nie masz miejsca

Przed świętami centra handlowe dosłownie pękają w szwach, w marketach są prawdziwe tłumy a kolejki do przymierzalni ciągną się kilometrami. W sklepie internetowym tych tłumów co prawda nie widać, ale to nie oznacza, że ich nie ma. Ograniczony metraż sklepu, który w przedświątecznej gorączce przeżywa prawdziwe oblężenie klienta/cm2 spokojnie można porównać do ograniczonej przestrzeni wirtualnej, czyli do zasobów serwera, na którym postawiony jest sklep internetowy. Jak się okazuje klienci e-commerce również czekają w tym okresie w kolejkach z tą różnicą, że z wirtualnych zakupów dużo łatwiej im zrezygnować.

Zdarza się, że zainteresowanie zakupami jest tak duże, że witryny e-sklepów nie wytrzymują obciążenia. Znany jest przykład Victoria Secret, słynnej marki odzieżowej, której serwis był niedostępny przez 80 minut w trakcie Black Friday. Rok wcześniej prawdziwy koszmar przeżył American Eagle Outfitters, gdy witryna amerykańskiego potentata branży odzieżowej była niedostępna przez osiem dni. Nietrudno się domyślić, że niedostosowanie serwerów do obsłużenia większego ruchu spowodował znaczne straty – tłumaczy Ewelina Hryszkiewicz z ATMAN, operatora największego centrum danych w Europie Środkowo-Wschodniej.

Jak z kolei przyznaje Łukasz Gawior, dyrektor operacyjny polskiej firmy hostingowej Zenbox.pl, w okresie spodziewanego, wzmożonego ruchu na stronie internetowej, e-sklepy powinny na bieżąco monitorować kondycję serwerów i stabilność oprogramowania:

– Najlepiej w takich przypadkach sprawdza się chmura, która pozwala elastycznie dopasowywać zasoby do ruchu generowanego na stronie WWW klienta i pozwala na stworzenie bardzo przejrzystego modelu rozliczeń: w oparciu o liczbę Unikalnych Użytkowników (UU). Wykorzystanie hostingu chmurowego zapewnia w tym wypadku ciągłość dostępu do usługi nawet w najbardziej krytycznych momentach, kiedy liczba użytkowników odwiedzających stronę znacznie przekracza normę. Standardowy abonament po przekroczeniu limitu po prostu spowalnia, lub całkowicie wyłącza stronę, w przypadku UU nie ma takich limitów, więc prawdopodobieństwo, że klient zobaczy „blank page” albo time out jest stosunkowo niewielkie.

Nie bez powodu do najczęstszych przyczyn porzucenia koszyka i przerwania zakupów należą: brak możliwości sfinalizowania zakupów wynikający np. z błędu oprogramowania sklepu, przeciążenia, czy przekroczenia czasu odpowiedzi serwera. Niedostępność lub nieprawidłowe działanie serwisu  internetowego wynikające z przeciążenia serwera zwyczajnie przekłada się na niższy zysk, bo znudzony czekaniem klient za pomocą dwóch kliknięć „pójdzie” do konkurencji, której sklep będzie akurat działał poprawnie.

Kluczowa jest bardzo dobra łączność telekomunikacyjna, umożliwiająca ładowanie strony internetowej w ułamkach sekund. Dlatego warto sprawdzić czy dostawca usług kolokacyjnych i hostingowych ma odpowiednio rozbudowaną infrastrukturę sieciową. Dobrym rozwiązaniem są też serwery dedykowane. Właściciel sklepu internetowego może dzięki nim obsłużyć zwiększony ruch przedświąteczny, bez konieczności ponoszenia znaczących wydatków a po świętach zrezygnować z większej przepustowości – tłumaczy Ewelina Hryszkiewicz, Kierownik Produktu w ATMAN.

Jej zdaniem stabilność e-sklepu mogą zwiększyć też zabezpieczenia serwerów przed atakami DDoS, polegającymi na zajęciu wszystkich wolnych zasobów sieci (Distributed Denial of Service – rozproszona odmowa usługi). To ważne, bo cyberataki stają się coraz bardziej powszechne.

Czas wzrokowców

Nietrudno chyba odgadnąć, że internauci to wzrokowcy. Co drugi z nich przyznaje, że „kupuje oczami”, a decydujący wpływ na jego intencje zakupowe ma obejrzenie filmiku video, w którym prezentowany jest poszukiwany przez niego produkt. Co trzeci zaś przyznaje, że kupił produkt pod wpływem takiego filmiku. Przeglądając strony internetowe 92,6 proc. użytkowników deklaruje, że największy wpływ na ich decyzje zakupowe mają efekty wizualne, takie jak choćby reklamy. Nie chodzi oczywiście o to, aby cała witryna była upstrzona reklamami jak choinka bombkami z różnej parafii. Chodzi dokładnie o coś odwrotnego – o pewną harmonię czy estetykę strony, w myśl zasady: „less is more”.

– E-sklep może zadbać o to „pierwsze wrażenie” klienta, porządkując reklamy wyświetlane na stronie, tzn. ich dokonując spersonalizowania pod konkretnego użytkownika, który odwiedza witrynę sklepu. Wówczas szansa na pozytywny feedback internautów jest większa. Gdy e-sklep stosuje targetowanie reklam, ma szansę zatrzymać klientów u siebie na dłużej. W tym kontekście mówi się o tzw. Big Data marketingu, czyli działaniach wykorzystujących dane pozostawione przez internautów na stronie w postaci plików cookies. E-sklep może również zastosować na swojej witrynie silnik behawioralny, monitorujący zachowanie klienta i „uczący się” jego reakcji na dane reklamy. Dzięki temu wie, jakie reklamy można mu wyświetlić. Dostępność danych klienta umożliwia również zastosowanie e-mail remarketingu, czyli np. wysyłania kodów rabatowych na produkty, które internauta wcześniej przeglądał, ale ich nie zakupił – mówi Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies.

Zinterpretowane i posegmentowane dane klientów ułatwiają nie tylko zachętę dla stałych bywalców e-sklepu, lecz także zdobycie nowych zakupowiczów.  Z tych opcji decyduje się dziś korzystać coraz więcej e-sklepów. Według raportu Shoper specjalne, często indywidualne oferty dla swoich klientów, przygotuje w tym roku ponad połowa (60 proc.) e-sklepów. Dla 35 proc. z nich, będzie to inicjatywa podejmowana po raz pierwszy. To słuszny kierunek. Dopasowane treści sprawiają, że konsumenci patrzą na reklamy przychylniej oraz chętniej w nie klikają. Dlatego nic dziwnego, że to właśnie działania reklamowe w Sieci e-sklepy zapowiadały jako swoją najważniejszą inwestycję na 2015 rok: 61,46 proc. polskiej branży e-commerce zgłosiło chęć zwiększenia wydatków na reklamę.

Opłaca się, bo zgodnie z badaniami Vouchercloud średnio co drugi internauta (57 proc.), który otrzymał taki kupon, zdecydował się kupić wcześniej oglądany przedmiot.

Drugie pierwsze wrażenie

Oprócz przejrzystego landing page’a i reklamowego ładu na stronie na „drugie pierwsze wrażenie” składają się również: funkcjonalna wyszukiwarka, przyjazny interfejs, sensowny podział na kategorie, strona ze zwięzłym opisem produktu i jego wizualizacjami (najlepiej autorskimi, a nie skopiowanymi gdzieś z Sieci) itd. W grę wchodzi też czynnik niezależny od e-commerce’a, czyli recenzje produktu dostępne online. Badanie „Global Trust in Advertising and Brand Messages” autorstwa Nielsena donosi, że opinie znalezione w Sieci są decydującym czynnikiem, skłaniającym do zakupu towaru aż 70 proc. e-konsumentów na świecie. Od recenzji online wyżej cenimy sobie jedynie rekomendacje naszych „analogowych znajomych”.

To buy or not to buy

Dokonanie oceny towaru prezentowanego na witrynie e-sklepu zajmuje internaucie raptem półtorej minuty. W trakcie tych 90 sekund rozstrzyga się zatem życiowa kwestia dla wielu e-commerce’ów: kupi czy nie kupi? Oto jest pytanie.

– Niestety, z reguły klient nie kupuje nic. E-sklepy nie mogą zacierać rąk nawet wówczas, gdy towar wyląduje w e-koszyku klienta. Według Baymard Institute 7 na 10 rozpoczętych transakcji w e-sklepach nie dochodzi do skutku i internauta porzuca koszyk. Składa się na to kilka czynników – mówi Piotr Prajsnar –  Po pierwsze: mogło się okazać, że e-sklep nalicza na końcu jakieś dodatkowe opłaty manipulacyjne – z tego powodu aż 41 proc. internautów porzuca koszyk. Po drugie: kwestia rejestracji. O tym, że chcąc cokolwiek kupić należy się zarejestrować, internauci dowiadują się często dopiero pod koniec zakupów – wówczas rezygnuje 29 proc. ankietowanych. Po trzecie: średnio co dziesiąty internauta wskazuje na fakt, że warunki dostawy są niejasne albo sam proces trwa irytująco długo i trzeba wpisywać za dużo danych – wylicza prezes Cloud Technologies.

Z badań Vouchercloud wynika ponadto, że klienci skarżą się na konieczność powtórnego wpisywania tych samych danych w formularzach zakupowych, np. konieczność dwukrotnego wpisywania maila.

Dla sklepów internetowych Black Friday i przedświąteczna gorączka zakupów to wbrew pozorom niełatwy czas. Ilości zamówień i transakcji, masa zapytań klientów, a przede wszystkim: zwroty i reklamacji, które trzeba będzie później obsłużyć, spędzają e-sklepom sen z powiek. Według raportu E-commerce 2015 autorstwa Gemiusa, aż 40 proc. badanych jako motywację do robienia zakupów przez Internet podaje możliwość wymiany lub zwrotu zakupionego towaru w ciągu 14 dni bez podania przyczyny. W tak gorącym okresie zakupowym kontakt z klientami, np. za pomocą formularzy na stronie internetowej, może okazać się niewystarczający. W skrajnych przypadkach urywające się telefony „z nietrafionymi prezentami” czy zwrotami mogą nawet zdezorganizować pracę w e-sklepie. Rozwiązaniem może być wirtualna centrala telefoniczna umożliwiająca stworzenie zapowiedzi głosowych, kolejkowanie, nagrywanie i przekazywanie połączeń na zdefiniowany wcześniej numer.

Połączenia przychodzące do e-sklepu mogą być automatycznie przełączane, w zależności od pory i dnia tygodnia, a także od tego, kto dzwoni. Dzięki temu np. klient wybierający w menu zapowiedzi głosowych opcję „wymiana” może być kierowany bezpośrednio do konsultanta zajmującego się działem wymian, a osoba dzwoniąca w sprawie problemów z odbiorem zamówienia – do działu wysyłki – wyjaśnia Michał Jakubowski, prezes easyCALL.pl, operatora telefonii internetowej VoIP.

Cena nie gra roli?

Jedną z najważniejszych składowych w motywacji klienta jest cena. Jak się jednak okazuje nie zawsze pełni ona najważniejszą funkcję. Indyjski badacz zachowań konsumentów, Jagdish N. Sheth, podzielił motywacje jakimi kierują się klienci na dwie grupy: funkcjonalne i niefunkcjonalne. Równie sensownie można by te dwie grupy określić mianem odpowiednio: konsumentów racjonalnych oraz konsumentów podatnych na efekt owczego pędu.

Ci pierwsi zdaniem Shetha kierują się wartościami obiektywnie mierzalnymi m.in. czasem potrzebnym na zrobienie zakupów, dostępnością i kosztem produktów, dodatkowymi rabatami, sposobem dostawy itp. Z kolei motywacje drugiego typu są zwykle sprzężone z uwarunkowaniami kulturowymi, np. społeczną świadomością marki oraz emocjonalnym stosunkiem do niej. Tutaj główną rolę odgrywa postrzeganie marki bądź sklepu przez innych członków społeczeństwa. Innymi słowy: dla wielu konsumentów decydujące są czynniki pozamerytoryczne, wśród których na szczególną uwagę zasługuje tzw. efekt owczego pędu.

Instynkt stadny

Zgodnie z tą teorią konsumenci nabywają produkty – nawet te horrendalnie drogie – głównie z racji tego, że… kupują je inni. Komponent racjonalny (np. stosunek jakości do ceny) nie jest tu decydujący. Przy czym kupowane towary niekoniecznie muszą okazać się technologicznymi bublami. Przykładowo w USA wielkim zaufaniem, a co za tym idzie – wielką popularnością sprzedażową, cieszą się produkty Apple.

Efekt owczego pędu nasila się zwłaszcza w okresie przedświątecznym. Szukając prezentu pod choinkę często po prostu kupujemy te produkty, które wiszą na pierwszej stronie e-sklepu, w zakładkach: „polecane”, „najczęściej oglądane”, „klienci oglądali również” itd. Gdy mamy pustkę w głowie zamiast ryzykować kupno „nietrafionego prezentu” (czytaj: „prezentu spoza głównej strony”), jakoś bezpieczniej nam z myślą, że postąpiliśmy jak większość, kupując produkt spośród tych „najczęściej kupowanych”. Bo przecież większość nie może się mylić. A jednak…

Efekt aureoli

Trzeba mieć świadomość, że produkty, które znalazły się w takich działach, nie zawsze muszą być tymi kupowanymi najczęściej. Zdarza się, że mniej uczciwe e-sklepy umieszczają w takich zakładkach również towary, których najzwyczajniej w świecie w inny sposób nie mogłyby wypchnąć z magazynu. Korzystając z tzw. efektu aureoli, polegającym na przemieszaniu produktów luksusowych oraz „chińskiej tandety” ta druga, osadzona w doborowym towarzystwie, zaczyna dzięki temu być inaczej (pozytywniej) postrzegana. Korzysta z prestiżu innego produktu, na którym jej samej zbywa. Blask luksusu promienieje na miernotę bubli.

Dodatkową bodźcem stymulującym klienta do zakupu w efekcie aureoli jest również pokusa wyraźnie niższej ceny (kontrast cenowy). Kilkakrotnie niższa cena wspomnianej „chińskiej tandety” sprawia, że konsument zastanawia się jak w reklamie proszku do prania: „po co przepłacać?”. Z grubsza w ten sposób odbywa się nierzadko wietrzenie magazynów, nie tylko w e-commerce.

Spichlerz nie pęka w szwach

Polski e-handel jest na fali wznoszącej. Jego wartość w ubiegłym roku szacowana była na blisko 7 mld EUR. Obecnie e-handel wypełnia od 5 proc.  do 7 proc. udziału w całym handlu detalicznym w Polsce. Pod względem dynamiki rozwoju należymy do tygrysów rynku e-commerce w Europie Środkowo-Wschodniej. Zakupy online robi w Polsce już częściej niż co drugi (60 proc.) internauta, a statystyczna rodzina znad Wisły wydaje na święta już blisko 1 100 zł, czyli o ponad 5 proc. więcej niż przed rokiem. Z roku na rok w miesiącach żniw w e-handlowych spichlerzach ląduje coraz więcej złotówek. Niektóre branże generują w tym czasie nawet 40 proc. rocznych obrotów. Wygląda więc na to, że jest całkiem nieźle.

– Przede wszystkim polski e-handel nie zdaje sobie jeszcze w pełni sprawy z możliwości oferowanych przez Big Data Marketing i reklamę spersonalizowaną. Anonimowe dane o zachowaniach internautów, które e-sklep posiada w swoim systemie CRM, można zmonetyzować – mówi Piotr Prajsnar – Konwersja z wykorzystaniem danych sięga, w zależności od specyfiki konkretnej kampanii, od 20 proc. do nawet 120 proc. Przekonał się o tym francuski BrandAlley. Dzięki analizie danych sprzedaż online w ciągu roku wzrosła w tym e-sklepie tu czterokrotnie. Mechanizmy retargetingowe, umożliwiające powtórne dotarcie do klienta, działają w polskich e-sklepach kiepsko lub nie są w ogóle stosowane. Tymczasem to one stanowią zwornik bezpieczeństwa w e-sklepie i powinny być czymś tak elementarnym jak „dzień dobry”, „dziękuję” i „zapraszamy ponownie”, mówione przez sprzedawcę w sklepiku osiedlowym – dodaje CEO Cloud Technologies.

Silniki behawioralne, monitorujące zachowanie internautów na witrynie i segmentujące pliki cookies w profile użytkowników, to dla niektórych e-sklepów znad Wisły futuryzm w czystej postaci. Tymczasem na zachodnich rynkach to jak ABC dla każdego poważnego e-sklepu. A gdy jeszcze dołożymy do tego fakt, że sektor m-commerce (czyli zakupy za pomocą urządzeń mobilnych) jest u nas dopiero powijakach i niespecjalnie eksploruje się jego możliwości, to dopiero wówczas otrzymamy w miarę precyzyjny krajobraz naszego rynku. Według prognoz eMarketera do 2017 roku ponad 1/3 światowej populacji będzie miała smartfona. Jednak tylko 4 proc. marketerów decyduje się na działania w tym obszarze. To jest gigantyczna nisza.

Mimo listopadowych „czarnych piątków”, świąt Bożego Narodzenia i innych okazji do zmonetyzowania internetowego klienta, spichlerze polskich e-commerce’ów nie pękają niestety w szwach. Część pieniędzy ucieka przez nieszczelne ściany mechanizmów marketingowych. Do naprawienia jest całkiem sporo. Gdy skończą się żniwa wszystko wróci do „normy” i trzeba będzie jakoś przezimować do kolejnego zakupowego szaleństwa. Jednak wyczekiwanie kolejnych żniw nie jest żadnym rozwiązaniem. W końcu nadejdzie czas remontu i trzeba będzie uszczelnić dziury w ścianach spichlerza, czyli usprawnić mechanizmy marketingowe i retargetingowe. W tym zaś nieocenioną pomocą będzie Big Data. Dzięki niej e-commerce uniezależni się w końcu od pór roku czy sprzedaży okazjonalnej. I przestanie z nadzieją spoglądać na kalendarz.

źródło: materiał prasowy

Z internetu korzystają obecnie 23 mln Polaków[1]. To ponad trzy czwarte całego naszego społeczeństwa. Co bardzo ważne dla przedsiębiorców, wzrasta również zainteresowanie zakupami online, do których przekonało się już 80% internautów. Dotarcie do tak ogromnej liczby potencjalnych klientów stanowi klucz do rozwoju każdego biznesu, dlatego eksperci UpMenu podają trzy sposoby na zbudowanie wizerunku w sieci. 

 www.stronatopodstawa.pl

Najbardziej oczywistą platformą do nowoczesnej komunikacji jest strona internetowa. To właśnie na niej potencjalni klienci będą szukać informacji dotyczących działalności firmy, jej dokonań i dostępnej oferty. Dlatego też już przy projektowaniu witryny powinniśmy mieć na uwadze przede wszystkim potrzeby odwiedzających oraz wizerunek, który chcemy tworzyć. Strona należąca do specjalistycznej pracowni architektonicznej będzie zupełnie inna niż ta poświęcona rodzinnej pizzerii działającej w małym miasteczku. W pierwszym przypadku klienci będą bardziej zainteresowani dotychczasowymi realizacjami, potwierdzeniem jakości i rzetelności. W drugim – istotniejsza będzie dostępna oferta, możliwość zamówienia posiłku czy ewentualne promocje. – Już pierwsza odsłona strony internetowej powinna odpowiadać na potrzeby klientów i przekazywać najważniejsze informacje – mówi Marcin Muras, dyrektor do spraw rozwoju technologii w firmie UpMenu. – Jeśli odwiedzający będą mieli trudności z odnalezieniem np. menu restauracji czy portfolio pracowni, najpewniej po prostu skorzystają z innej oferty. Projektując stronę wczujmy się w rolę klientów i pomyślmy, jakie wiadomości są najistotniejsze, a które mogą być dostępne w dalszej kolejności, po odwiedzeniu następnych zakładek.

#biznes #popularnosc #spolecznosc

Z najnowszego raportu We are social wynika, że 13 milionów Polaków korzysta z mediów społecznościowych. To największe forum wymiany opinii oraz wiadomości na temat produktów i usług. Obecnie internauci mogą korzystać z kilkunastu serwisów oferujących swoim użytkownikom publikację zdjęć, filmów, wpisów czy komentarzy. Największą popularnością cieszą się obecnie serwisy Facebook i Youtube. Ten pierwszy jest codziennie odwiedzany przez niemal 60% użytkowników. Z kolei na YouTube każdego dnia zagląda co trzeci z nich.[2]Profil firmy czy restauracji może służyć celom wizerunkowym, marketingowym, a nawet sprzedażowym – zauważa Marcin Muras z UpMenu. – Stworzenie aktywnej społeczności wokół fanpage’a nie jest jednak łatwym zadaniem. Wymaga przemyślanej strategii oraz dużego zaangażowania. Planując działania w serwisach społecznościowych warto zastanowić się najpierw nad wyborem odpowiedniego kanału komunikacji. Dla przykładu, produkcje wideo są chętnie oglądane, wymagają jednak znacznie więcej przygotowań niż zdjęcia czy wpisy. W dalszej kolejności wybierzmy, na jakich serwisach chcemy się pojawić, różny jest bowiem profil ich użytkowników.

Wyniki badania Social Media w Polsce 2014 pokazują, że obecnie internauci rezygnują z obecności na wielu portalach, ograniczając się do wybranych dwóch (29% internautów) lub trzech (25% użytkowników) serwisów. Najczęściej opuszczają platformy blogowe oraz Twittera. Warta zauważenia jest za to rola Instagrama, którego użytkownicy należą do najbardziej zaangażowanych i aktywnych w mediach społecznościowych.

Z pamiętnika biznesmena

Mimo że ostatnie badania wskazują na słabnące zainteresowanie blogosferą wśród internautów, to nadal jest to niezwykle skuteczna forma budowania wizerunku zarówno przedsiębiorstwa, jak i jego ekspertów. – Taka platforma łączy w sobie zalety tradycyjnej witryny internetowej i mediów społecznościowych. Daje szansę wykazania się kreatywnością i profesjonalizmem zarówno w przygotowaniu zamieszczanych treści, jak i projektowaniu samego bloga. Jednocześnie pozwala dotrzeć też do znacznie większej publiczności niż strona www zauważa ekspert UpMenu. Co prawda, zainteresowanie blogami spadło w zeszłym roku aż o 11%[3], jednak nadal istnieją dziedziny tematyczne, w których autorzy mogą liczyć na wierną i aktywną widownię. Wyniki raportu Polska Blogosfera 2014 pokazują, że najchętniej odwiedzane są te o tematyce lifestylowej (39% wśród kobiet oraz 22% wśród mężczyzn) oraz kulinarnej (kolejno 37% i 20%). Z drugiej jednak strony są to kategorie popularne również wśród blogerów. Przykładowo, co piąty blog prowadzony w naszym kraju poświęcony jest właśnie kulinariom.

 

[1] Badanie NetTrack, MillwardBrown

[2] Dane IRCenter

[3] Dane IRCenter

źródło: UpMenu

Internet odgrywa w naszym życiu coraz większą rolę. To nie tylko nieograniczone forum komunikacji i źródło informacji. Sieć jest też ogromną przestrzenią prowadzenia biznesu, a nawet zmagań sportowych. Dla wielu jest też nieodłącznym elementem życia, jak sen czy jedzenie, na które, jak się okazuje, również ma wpływ. Zdaniem ekspertów[1] kontakt z jasnym ekranem przed snem może utrudnić zaśnięcie i negatywnie oddziałuje na jakość wypoczynku. A jak internet zmienił to, co mamy na talerzu?

Czy wiesz, że…

w wielu restauracjach na świecie wprowadzono zakaz fotografowania jedzenia? Restauratorzy i szefowie kuchni zauważyli, że goście zamiast delektować się pysznościami, robili zdjęcia. Rodziło to liczne problemy: klienci np. domagali się zmiany oświetlenia, używali fleszy przeszkadzających obsłudze i innym gościom czy rozstawiali statywy. Moda na zdjęcia spowodowała nawet wzrost liczby negatywnych opinii w niektórych lokalach. Dotyczyły one opóźnień w obsłudze i zimnego jedzenia. Kelnerzy angażowani przez amatorów fotografii nie mogli wykonywać swoich obowiązków, a jedzenie stygło w czasie sesji, przez co traciło swoje walory smakowe.

#foodporn #instafood

Jedzenie należy do podstawowych potrzeb naszego organizmu. Jemy, aby żyć, lecz przyjemność, jaką daje obcowanie z doskonale przygotowanymi i podanymi potrawami sprawia, że jedzenie jest też jedną z największych radości tego życia. Dzielimy się nią z bliskimi w czasie wspólnych posiłków lub gotowania, oraz z całym światem, poprzez internet. Portale społecznościowe zalewane są przez zdjęcia pokazujące pyszności z restauracji i te przygotowane w domowym zaciszu. Internauci fotografują zarówno wyszukane, egzotyczne specjały, jak i powszechne produkty dostępne w każdym sklepie. Publikują fani słodyczy, weganie, miłośnicy burgerów i amatorzy sushi, słowem – wszyscy. Na Instagramie tagiem #foodporn oznaczonych jest już ponad 55 mln zdjęć! To mniej więcej tyle, ilu w 2011 roku na całym świecie żyło ludzi deklarujących polską narodowość[2]. Z kolei wyszukując tag #instafood znajdziemy 43 mln postów. Nowa moda sprawiła, że większą rolę przykładamy do estetyki jedzenia. Fani dzielenia się swoimi doznaniami smakowymi poświęcają często wiele czasu najpierw przygotowując dania, a następnie je fotografując. Jednocześnie zjawisko pokazało też, jak niezdrowo się odżywiamy. Ogromna część zdjęć oznaczonych tymi tagami to tzw. „śmieciowe jedzenie”, co zwróciło uwagę niektórych środowisk. Firma Bolthouse Farms stworzyła Food Porn Index, który agreguje zdjęcia jedzenia i dzieli je na zdrowe (pokazujące owoce i warzywa) oraz niezdrowe (przedstawiające fast food i słodycze). Obecnie tych drugich jest niemal dwukrotnie więcej.

Rezerwacje, zamówienia i nie tylko…

Według danych Instytutu Homo Homini już ponad 64% Polaków zamawia jedzenie do domu lub pracy, a jak wynika z raportu Polska na talerzu 2015, co trzeci z nas przynajmniej od czasu do czasu jada w restauracjach. Szukając odpowiedniego lokalu, wybierając jedzenie z menu czy rezerwując stoliki coraz częściej wykorzystujemy internet czy nawet dedykowane aplikacje mobilne. Robi tak 38% klientów restauracji. Dzięki sieci uzyskujemy dostęp do szerokiej oferty wielu lokali i możemy z góry opłacić zamówienie, na tym jednak nie koniec korzyści. – Dzięki systemom informatycznym restauratorzy mogą oferować swoim gościom nie tylko możliwość kupowania jedzenia czy rezerwacji stolików, ale także dodatkowe udogodnienia – mówi Marcin Muras, dyrektor ds. rozwoju technologii w firmie UpMenu. – Istnieje np. możliwość śledzenia zamówienia za pomocą sygnału GPS, dzięki któremu klienci w każdej chwili mogą dowiedzieć się, gdzie jest dostawca z ich jedzeniem. Innym, bardzo wygodnym rozwiązaniem jest składanie zamówień poprzez profil restauracji na Facebooku.

Korzyści z wykorzystania internetu w relacjach z klientami odnoszą także restauratorzy. – Cześć osób taką formę kontaktu uważa za naturalną i najszybszą. Poza tym nie zawsze możemy wziąć telefon do ręki i prowadzić rozmowę. Wtedy przydaje się możliwość komunikacji on-line. – zauważa Andrzej Lubowicki, właściciel warszawskiej restauracji OTO!SUSHI. – W związku ze stałym wzrostem ilości zamówień w naszym lokalu  trudno rozstrzygnąć, czy nowy system odegrał w tym procesie znaczącą rolę. Nie da się tego zmierzyć, ale w mojej opinii wpływa pozytywnie na ilość oraz, co ważne, wielkość zamówień. Z przeprowadzonej przez nas analizy wynika, że średnia wartość zakupów przez internet jest o prawie 10% wyższa od średniej wartości zamówień telefonicznych. Myślę, że różnica ta wiąże się między innymi z tym, że korzystając z systemu klienci mają wrażenie większej kontroli nad całym przebiegiem transakcji.

 Coolomaty, czyli zakupy z dostawą do lodówki

Internet odcisnął się już mocno na tym, co i jak jemy w restauracjach. Niebawem może odmienić również nasze domowe kuchnie. Mimo, że możliwość robienia zakupów w sieci mamy już od dawna, to nadal niezbyt często zaopatrujemy się on-line w produkty spożywcze. Z badania przeprowadzonego przez Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia, wynika, że jedzenie w internecie kupuje zaledwie 9% z nas. To bardzo niewiele, biorąc pod uwagę, że z usług e-sklepów przynajmniej raz w miesiącu korzysta niemal połowa Polaków.[3] Żywność wolimy kupować osobiście z dwóch powodów
– obawiamy się o świeżość produktów oraz przed zakupem chcemy ją obejrzeć lub dotknąć. Jeśli już decydujemy się na kupno jedzenia drogą elektroniczną, wybieramy towary z długim terminem przydatności – kawy, herbaty czy konserwy.[4] Niebawem jednak może się to zmienić.

W Poznaniu już pojawił się pierwszy coolomat, czyli terminal z lodówkami, w którym możemy odebrać żywność z gwarancją zachowania łańcucha chłodniczego (skrytki zachowują temperaturę do -20°C). Następne mają pojawić się w Warszawie. Jest to projekt Almy i Merlin.pl, ale nad podobnym lodówkomatami pracuje również Integer współpracujący z Allegro. Takie rozwiązania już sprawdzają się w Wielkiej Brytanii, Holandii i Francji, gdzie co trzecia osoba robiąca zakupy on-line odbiera je w wyznaczonych punktach, np. w specjalnych strefach przy marketach. O potencjale tego sektora rynku w Polsce świadczy rosnąca ilość e-sklepów oferujących żywność. Szacuje się, że w tym roku powiększy się ona o 6% i przekroczy liczbę 450.[5] To najprężniej rozwijająca się gałąź e-commerce w kraju.
Pokolenie, dla którego internet jest nieodłączną częścią rzeczywistości jest już dorosłe – przypomina Marcin Muras z UpMenu. – To konsumenci traktujący sieć jako naturalną przestrzeń komunikacji, wymiany informacji a także zakupów. Właśnie do ich potrzeb dostosowywana jest oferta e-sklepów. Opcja „kup i odbierz” jest wygodna ponieważ pozwala zaoszczędzić czas poświęcany na wizytę w tradycyjnym sklepie, a takie rozwiązania są obecnie bardzo pożądane.

 

[1] Badania przeprowadzone w Brigham & Women’s Hospital

[2] Dane z Narodowego Spisu Powszechnego z 2011 roku oraz Immigration and asylum: from 1900 to the present: Tom 1

[3] Badania agencji SW RESEARCH dla redakcji Newsweek

[4] Gemius oraz e-Commerce Polska

[5] Dane Sklepy24.pl/Gemius/Euromonitor International

źródło: UpMenu

W ubiegłym roku policja odnotowała ponad 22 tys. przestępstw internetowych. Ich liczba  stale rośnie, dlatego też zarówno policja, jak i sami internauci przestrzegają, aby nie dać się oszukać. Niepokoi jednak fakt, że komunikaty ostrzegawcze docierają zazwyczaj do młodszej grupy ludzi, która jest na bieżąco z nowymi technologiami. Seniorzy częściej nie zdają sobie sprawy z niebezpieczeństw czyhających na nich w sieci. To grupa wiekowa, ulegająca oszustom, a jednym z przestępstw, którego ofiarą najczęściej padają są wyłudzenia w sektorze bankowym. Eksperci ze Związku Firm Doradztwa Zawodowego dają wskazówki, jak się przed nimi chronić.

Uwaga na podejrzane wiadomości mailowe

Obszar usług bankowych to jeden z najbardziej dynamicznie rozwijających się sektorów w Internecie. Dlatego też na jego polu jest popełniana duża część przestępstw. Oszustwa, podczas których sprawca wykorzystując ogólnie dostępne usługi internetowe, wyłudza poufne dane, co w konsekwencji przyczynia się do przejęcia pieniędzy bądź tożsamości ofiary to phishing. Fałszywe powiadomienia od banków, systemów płatności elektronicznej, operatorów poczty e-mail itp. stanowią elementy wykorzystywane przez złodziei posługujących się tą metodą. Nazwa na ten rodzaj przestępstwa została podobno wymyślona przez samych jego sprawców. Pochodzi od angielskiego słowa „fishing”, co w polskim tłumaczeniu oznacza łowienie ryb. – Do najpopularniejszych sposobów wyłudzeń należy rozesłanie pocztą elektroniczną specjalnie przygotowanych wiadomości, podszywających się pod oficjalną korespondencję. Fałszywy mail może wyglądać jak wiadomość nadana przez bank, serwis transakcyjny lub inny portal, który darzymy zaufaniem – mówi Piotr Stempiński, ekspert ZFDF, FinPack. – Banki starają się chronić swoich klientów przed oszustami, wprowadzając dodatkowe zabezpieczenia. Nigdy też nie proszą o podawanie danych uwierzytelniających w innych sytuacjach niż logowanie się do konta za pośrednictwem oficjalnej, zabezpieczonej protokołem strony internetowej.

Zielona kłódka symbolizuje bezpieczeństwo

Zdarza się, że w wiadomości, którą otrzymaliśmy rzekomo od banku znajduje się link, po którego kliknięciu przenosimy się na stronę łudząco podobną do serwisu transakcyjnego. Próbę oszustwa bardzo szybko zidentyfikujemy poprzez brak obecności ikony zielonej kłódki w pasku adresowym przeglądarki. Zawsze szukajmy zielonej, zamkniętej kłódki, która oznacza protokół HTTPS. Każda zaufana strona jest nim zabezpieczona. Po kliknięciu w symbol powinien wyświetlić się certyfikat bezpieczeństwa. Tylko wtedy będziemy mieć pewność, że nasze dane nie wpadną w niepowołane ręce. Jeżeli wiadomość, jaka pojawiła się w skrzynce odbiorczej, będzie budziła wątpliwości, to zawsze istnieje możliwość zadzwonienia do placówki bankowej w celu wyjaśnienia sprawy.

Ostrożnie z mobilnymi serwisami

Obecnie ze świecą można szukać banku, który nie posiada mobilnego systemu transakcyjnego. Możemy z nich bez problemu korzystać, ponieważ bezprzewodowe sieci wi–fi są dostępne w większości miejsc publicznych. Pamiętać jednak należy, że i w tym przypadku ważne okazuje się zachowanie ostrożności. Mobilne aplikacje ułatwiają nam dostęp do kont, ale lepiej ograniczyć korzystanie z nich w miejscach takich jak biblioteki czy kawiarnie. Oczywiście, jeżeli mamy potrzebę zalogowania się do systemu bankowego i wykorzystamy do tego sieć publiczną, nie oznacza to, że od razu zostaniemy okradzeni, ale warto pamiętać, że korzystanie z niej nie daje całkowitego bezpieczeństwa.  – Ważne jest również wylogowanie się tuż po dokonaniu transakcji oraz w żadnym wypadku niezapisywanie haseł do kont, które zawierają ważne dane o  nas – radzi Jarosław Sadowski, ekspert ZFDF, Expander Advisors. – Seniorzy często mają w zwyczaju zapisywanie sobie na kartkach haseł z obawy przed ich zapomnieniem. Nie można tego robić, ponieważ jest to szczególnie niebezpieczne. Nawet jeżeli zapomnimy hasła, możemy je odzyskać dzięki wizycie
w banku lub telefonując na jego infolinię. Natomiast jeśli zostanie ono przechwycone przez obcą osobę, możemy stracić wszystkie oszczędności, jakie posiadamy.

Programy antywirusowe to dodatkowe bezpieczeństwo

Dodatkową ochronę przed cyberprzestępcami wprowadzają programy antywirusowe. Co prawda, żaden program nie zapewnia stuprocentowego bezpieczeństwa w sieci, ale z pewnością pomoże nam się uchronić chociaż przed częścią z nich. Bardzo ważne jest jego posiadanie, regularna aktualizacja oraz nielekceważenie komunikatów, które do nas kieruje. Pomimo wielu zabezpieczeń, jakie stosujemy, aby podnieść stopień naszej ochrony, sprzęty elektroniczne to tylko urządzenia, które mają prawo się popsuć. W takim przypadku oddajemy  komputer do serwisu w celu naprawy, jednak zanim to zrobimy powinniśmy sprawdzić, czy nie pozostawiliśmy na nim poufnych danych. O ile tylko jest taka możliwość, usuńmy je stamtąd przed oddaniem komputera.

Oszuści wykorzystują coraz to nowsze metody wyłudzania pieniędzy, jednak z niektórymi z nich można poradzić sobie, stosując się do kilku prostych zasad:
1. Zawsze sprawdzaj czy strona, na której podajesz dane jest szyfrowana
2. Ze szczególną ostrożnością podchodź do wiadomości e-mail
3. Robiąc zakupy przez Internet, sprawdzaj dane sprzedającego
4. Pamiętaj o dobrym programie antywirusowym
5. Miej ograniczone zaufanie do publicznych sieci internetowych
6. Chroń swoje hasła i nie zapisuj ich w miejscach dostępnych dla innych

Opracowanie własne ZFDF

Internet daje anonimowość, przez co łatwiej jest zatrzeć ślady przestępstwa. Nie bójmy się jednak przeciwdziałać cyberprzemocy poprzez sygnalizowanie odpowiednim jednostkom o próbach wyłudzeń pieniężnych. Warto zgłaszać podejrzane witryny internetowe. Oprócz tego, że musimy dbać o własne bezpieczeństwo w Internecie, możemy też przyczynić się do ochrony bezpieczeństwa innych. Tylko
w ten sposób jesteśmy w stanie chociaż częściowo wyeliminować masowo popełniane przestępstwa. ­

źródło: ZFDF

Dorastają pod wpływem Facebooka, smartfonów i talent shows, a ich placem zabaw jest Internet. Wiedzę czerpią z Internetu i są nastawieni na szybkie wyszukiwanie informacji. Pokolenie Z, o którym mowa, to osoby urodzone po 1995 roku, dla których technologia to główne narzędzie do poszerzania wiedzy. Czy z tego powodu należy zmienić podejście do edukacji? Radzą eksperci ze Squla.pl – interaktywnej platformy edukacyjnej.

Aż 85% uczniów wyszukuje informacje w Internecie, a 52% z nich wykorzystuje w tym celu Youtube lub portale social media[1]. 33% korzysta z lekcji online, a co piąty z lektur szkolnych w formie e-booków. Większość rodziców i nauczycieli wyraża obawę, że odejście od tradycyjnych metod nauki to poważne zagrożenie dla wykształcenia i sukcesów ich dzieci. Takie myślenie może okazać się mylące – badacze przewidują, że 1 na 2 osoby z pokolenia Z, będzie miało wykształcenie uniwersyteckie.

Przyszłość w rękach „Zetowców”

Do tej pory to wcześniejsze pokolenie – generację Y (tzw. Millenialsów) – wskazywano jako popularyzatorów innowacyjnych narzędzi, takich jak tablety czy smartfony, w codziennym życiu i pracy. Jednak największy wpływ na współczesny świat może mieć generacja Z. Dzieci z pokolenia Z dorastały już w świecie nowoczesnych technologii, dlatego mają większą zdolność funkcjonowania w wirtualnym świecie, na komputerach, tabletach czy smartfonach. – mówi Andre Haardt, założyciel i Dyrektor Generalny Squli, platformy edukacyjnej dla dzieci szkół podstawowych. – To właśnie z nich czerpią informacje potrzebne do kształcenia się. – dodaje Andre Haardt. Nowe technologie to dla pokolenia Z cenne narzędzie do zdobywania wiedzy o świecie oraz nauki, a nie – jak się powszechnie sądzi – bezużyteczna rozrywka. Nazywane jest też często generacją multitasking, która potrafi w tym samym czasie korzystać nawet z trzech różnych urządzeń.

Edukacja przez zabawę

72% uczniów w wieku od 8 do 18 lat, korzysta z komputera lub laptopa parę razy w ciągu dnia. Jak więc sprawić, aby czas spędzany przed ekranem był wartościowy? Rozwiązanie znaleźli twórcy platformy Squla.pl, która łączy w sobie zabawę oraz edukację. Squla to platforma edukacyjna, która za pomocą inteligentnych narzędzi online idealnie angażuje uczniów w proces zdobywania i powtarzania wiedzy łącząc go z zabawą, będąc przy tym zgodną z podstawą programową MEN. Dzięki temu, że dostosowuje się do poziomu ucznia oraz za każdym razem daje wyjaśnienie po udzielonej odpowiedzi, jest niezwykle pomocna przy pracy nad materiałem szkolnym w domu. Blisko 70% dzieci w wieku 6-11 lat przyznaje, że gry komputerowe to ich główne źródło rozrywki – komentuje Andre Haardt – Dlatego też we współpracy z zawodowymi pedagogami i specjalistami od gier edukacyjnych stworzyliśmy Squlę, która realizuje szkolne podstawy programowe poprzez interaktywne gry i quizy. Squla wykorzystuje naturalny pęd dzieci do zdobywania wiedzy i czyni to w sposób, którego dziś oczekuje każde dziecko – dodaje Andre Haardt.

Digitalizacja i postępujące technologie zmniejszają popularność tradycyjnych metod nauki. Dlatego też twórcy nowych technologii wykorzystują je w swoich rozwiązaniach, tworząc przydatne i skuteczne w edukacji narzędzia. Według ekspertów z ośrodka dialogu i analiz THINKTANK rozwój nowych technologii i informatyzacja szkół spowodują przejście do modelu edukacji hybrydowej, czyli połączenia tradycyjnych lekcji, z tymi w przestrzeni wirtualnej.[2] Jednego możemy być pewni – Generacja Z jeszcze może nas pozytywnie zaskoczyć.

 

[1] Na podstawie badania przeprowadzonego przez Sparks&Honey w czerwcu 2014r.

[2] Raport RE-WIZJE pt. „Jaka będzie Polska za 10 lat”, luty 2015.

źródło: Squla

 

 

Myślisz, że o bezpieczeństwie płatności online napisano już wszystko? Nawet jeżeli, cyberprzestępcy nie ustają w wysiłkach tworząc nowe i niestety często skuteczne sposoby pozwalające włamać się na konto bankowe i dokonać kradzieży pieniędzy. Jak ustrzec swój majątek przed cyberatakiem.

1. Sprawdź zaufane instytucje płatnicze

Instytucje płatnicze to podmioty oferujące usługi finansowe, w tym przede wszystkim banki, agencje rozliczeniowe oraz inne, licencjonowane podmioty. Ich rejestr prowadzi Komisja Nadzoru Finansowego, która weryfikuje czy akredytowana firma spełnia wszystkie, surowe wymagania bezpieczeństwa. Obecność takiego podmiotu w rejestrze dostawców usług płatniczych można w każdej chwili sprawdzić w wyszukiwarce dostępnej na stronie internetowej Komisji Nadzoru Finansowego. Dodatkowo można prześledzić rejestr licencjonowanych Agentów Rozliczeniowych prowadzony przez Narodowy Bank Polski. Jeżeli firma znajduje się na listach, możemy być spokojni o nasze środki finansowe.

2. Zweryfikuj wiarygodność pośrednika

Kiedyś by sprawdzić wiarygodność instytucji płatniczej wystarczyło zweryfikować adres strony www. Jeżeli zaczynał się od HTTPS i zawierał znak kłódki, czuliśmy się bezpieczni. Dziś taka weryfikacja to zbyt mało. Podszywanie się pod instytucje płatnicze to bardzo częsty sposób na wyłudzenie pieniędzy od nieświadomego internauty. Normą stały się oszustwa polegające na wykorzystaniu adresów typu: https://nazwa-banku.pl-oszukana-domena.com, do których certyfikat został poprawnie wystawiony, ale dla firmy innej niż bank. Właśnie dlatego zawsze należy sprawdzać adres strony i klikać w kłódkę, by weryfikować komu komunikat został wystawiony.

Dodatkowo można upewnić się czy instytucja finansowa posiada certyfikat PCI DSS świadczący o zgodności z popularnymi systemami płatności kartami kredytowymi. Standard ten potwierdza spełnianie światowej jakości norm dotyczących bezpieczeństwa.

3. Podnieś bezpieczeństwo transakcji

Wiarygodne instytucje płatnicze obsługą miliony transakcji finansowych dziennie. Za pomocą analizy statystycznej danych są w stanie skutecznie wykrywać potencjalne próby wyłudzeń. Każde takie działanie poprawia szansę na rozszyfrowanie schematu ewentualnego oszustwa oraz efektywne unieszkodliwianie działań podejmowanych przez cyberprzestępców.

Każdego dnia przeprowadzamy dziesiątki tysięcy transakcji zbierając ogromne ilości danych i informacji. Dzięki temu jesteśmy w stanie wykrywać wzorce pojawiające się przy próbach wyłudzeń i skutecznie im przeciwdziałać. Przykładowo próba obciążenia karty na niską kwotę, a następnie na kwotę dużo wyższą jest częstym sposobem badania możliwości dokonania oszustwa. Dlatego nie powinniśmy ignorować podejrzanych obciążeń, nawet jeśli ich kwota jest niewielka – mówi Bernadetta Madej, dyrektor ds. handlowych z Dotpay. Specjalistyczne zabezpieczenia oraz systemy do wykrywania oszustw stosują również banki, dlatego łączne korzystanie z usług instytucji bankowej oraz operatora płatności na pewno skutecznie podniesie bezpieczeństwo transakcji.

4. Sprawdź numer konta – trzy razy

Złośliwe oprogramowanie, takie jak np. VBKlip lub Banatrix, potrafi wykryć czynność skopiowania rachunku bankowego, podmieniając przy wklejaniu cyfry na inne, wskazane przez cyberprzestępcę. Dlatego jeśli kopiujemy numer konta np. z treści e-maila lub strony sklepu internetowego, powinniśmy po wklejeniu do formularza przelewu upewnić się, że cyfry są poprawne. Niestety, to nie zawsze wystarczy – niektóre wersje Banatrixa potrafią pokazać w przeglądarce poprawny numer konta, a do banku wysłać sfałszowany. Dlatego należy dokonać ponownej weryfikacji przy przepisywaniu kodu SMS potwierdzającego transakcję (jeśli nasz bank go wysyła).

To niestety nie wszystko. Cyberprzestępcy stworzyli KINS służący do atakowania telefonów i podmiany SMS-ów przychodzących z banku. Dla bezpieczeństwa należy zatem wykonać trzeci krok, tj. sprawdzić poprawność numeru konta po potwierdzeniu operacji na stronie banku. Warto też w miarę możliwości korzystać z operatorów szybkich przelewów internetowych. Przy takich transakcjach nie musimy przepisywać numeru konta, nie ma więc ryzyka zaatakowania przez złośliwe oprogramowanie.

Sposób na wyłącznie trojana zainfekowanym użytkownikom znaleźli informatycy z CERT Polska i Multibanku. Wykorzystali lukę w złośliwym oprogramowaniu instalowanym przez oprogramowanie KINS i ZITMO. W jaki sposób? Okazało się, że wystarczy wyprzedzić treść SMS-a wykrzyknikiem, który dla trojana był komendą zmuszającą do usunięcia.

5. Nie korzystaj z publicznych hotspotów

Mimo szyfrowania transmisji między przeglądarką a serwerem banku, powinniśmy zwracać uwagę na źródło internetu, z którego korzystamy. Na atak cyberprzestępcy jesteśmy szczególnie narażeni, gdy łączymy się z siecią publiczną (np. w kawiarni, z miejskiego internetu, na uczelni).

Jak działa atak? Cyberprzestępca tworzy sieć o neutralnej nazwie (DarmowyInternet, DlaGosci, Publiczna, FreeHotSpot itp.), do której podłącza się wiele osób. Router włamywacza potrafi jednak zmodyfikować treść przesyłanych stron – w locie zmieniać numery kont, prezentować fałszywe formularze logowania albo niezauważenie przekierować adresy stron na inne serwery. Wystarczy więc chwila nieuwagi, by dokonać logowania na podstawionej stronie, udostępniając w ten sposób nasze dane cyberprzestępcy. Dlatego w sieciach publicznych najlepiej nie przekazywać żadnych informacji, których podsłuchanie mogłoby nam w jakikolwiek sposób zaszkodzić.

6. Sprawdź komu podajesz numer karty

Jeśli chcesz zapłacić kartą za zakupy w sieci, sprawdź komu dokładnie podajesz swoje dane. Oczywiście wykorzystywanie takich informacji na podejrzanych stronach, np. z pirackim oprogramowaniem, grami hazardowymi czy treściami dla dorosłych, to proszenie się kłopoty. Z drugiej strony nawet dużym firmom zdarzają się wycieki danych. Przykładem może być Sony, na które atak doprowadził do wycieku danych 1,5 miliona kart kredytowych. W efekcie VISA czasowo wykreśliła firmę z listy podmiotów spełniających standardy bezpieczeństwa.

Warto zawczasu zadbać o bezpieczeństwo transakcji przeprowadzanych kartą. Niektóre banki (np. Citibank) wysyłają SMS-em kod, który należy wprowadzić w trakcie płatności przez Internet (usługa 3D Secure), a wiele z nich daje też możliwość otrzymywania SMS-ów informacyjnych o przeprowadzonych transakcjach. Dodatkowo możemy wyrobić sobie kartę przedpłaconą, na którą przelewamy tylko tyle pieniędzy, ile potrzebujemy do przeprowadzenia pojedynczej transakcji. Karta nie jest w żaden sposób powiązana z naszym głównym kontem bankowym. Nawet jeśli cyberprzestępca pozna dane, i tak nie będzie miał z nich żadnego pożytku. Takie karty oferują m.in. BZ WBK oraz bank Pekao.

7. Pamiętaj o chargebacku

A co, jeśli jednak zostałeś ofiarą cyberprzestępcy? Większość polskich banków nie podaje tej informacji, ale wszystkie transakcje przeprowadzane kartami kredytowymi VISA i MasterCard objęte są dodatkową gwarancją (tzw. chargeback). Z gwarancji można skorzystać m.in. jeśli dane naszej karty wyciekły, a na rachunku zaczęły pojawiać się nieautoryzowane transakcje. Po złożeniu reklamacji w banku należy czekać na decyzję, choć powszechnie wiadomo że zwykle wydawane są po myśli klientów.

Warto dodatkowo sprawdzić czy w naszym banku transakcje kartą kredytową przeprowadzane przez dodatkowego operatora płatności (Dotpay, PayPal itp.) mogą być reklamowane w ten sposób. W części instytucji finansowych jest to możliwe, w części trzeba spełnić dodatkowe warunki (np. najpierw należy złożyć reklamację u operatora płatności), a w części takie reklamacje w ogóle nie są uwzględniane. Można także skorzystać z dodatkowego ubezpieczenia transakcji przeprowadzanych za pomocą szybkich przelewów internetowych. – W tym przypadku gwarancji udziela operator płatności, a nie bank. Z opcji tej można skorzystać, gdy złożyliśmy i opłaciliśmy zamówienie ze sklepu internetowego, ale nie otrzymaliśmy zamówionego towaru. W takiej sytuacji zwrotu dokonuje operator płatności – podsumowuje Bernadetta Madej.

Dziś obiektem ataku hakerskiego może zostać każdy – zarówno firma, prywatny użytkownik, jak i instytucja państwowa. Pamiętajmy, że bezpieczeństwo danych przechowywanych w sieci zależy przede wszystkim od nas samych. Kluczowa jest wiedza na temat skutecznej ochrony komputera i dokonywanych przez sieć transakcji. Dlatego zawsze zwracajmy uwagę na zasady bezpieczeństwa, szczególnie w czasie płatności w internecie, tak by nieświadomie nie stać się celem ataku cyberprzestępcy.

 

źródło: dotpay.pl

Już blisko 90% Polaków korzysta z telefonów komórkowych, a ponad połowa ma dostęp do Internetu – wynika z najnowszych danych UKE[1] na temat rynku usług telekomunikacyjnych w Polsce. Z roku na rok maleje natomiast liczba użytkowników telefonii stacjonarnej. W 2014 r. 23% osób deklarowało, że korzysta z telefonu stacjonarnego, z kolei w roku ubiegłym wskaźnik ten był o 8% wyższy.

Jak wynika z najnowszego raportu przeprowadzonego na zlecenie UKE, najpopularniejszą usługą telekomunikacyjną pozostaje telefonia komórkowa – korzysta z niej już 88% Polaków. Dla porównania w ubiegłym roku wynik ten był o 2% niższy. Biorąc pod uwagę ostatnie cztery lata odsetek osób korzystających z telefonu komórkowego wzrósł o blisko 4%.

– Badanie przeprowadzone przez UKE potwierdza, że rynek telekomunikacyjny rozwija się w naszym kraju niezwykle dynamicznie. Polskie społeczeństwo jest otwarte na nowości technologiczne, co potwierdza również szybko rosnąca liczba użytkowników smartfonów. Posiada je już blisko połowa Polaków, co daje nam ponad 30% wzrost na przestrzeni ostatnich trzech lat. – komentuje Paweł Jamiołkowski, dyrektor zarządzający porównywarki usług telekomunikacyjnych PanWybierak.pl.

Dynamicznie rosnąca liczba użytkowników smartfonów wiąże się również z tym, że wśród ofert operatorów przeważają telefony nowej generacji, a dla 37% Polaków atrakcyjne telefony w ofercie to jeden z głównych czynników jej wyboru. Do innych istotnych czynników, którymi kierują się klienci na etapie poszukiwania oferty zaliczają się: zasięg (63%), jakość połączenia (59%) oraz atrakcyjna cenowo oferta (55%).

Polacy w sieci

Ponad połowa Polaków (58%) posiada dostęp do Internetu, z którego korzysta przede wszystkim w domu (92%), a rzadziej w pracy (40%). Częstotliwość użytkowania jest bardzo wysoka – prawie połowa badanych (43%) korzysta z Internetu codziennie. Internetem posługują się przede wszystkim ludzie młodzi. Niespełna 12% osób powyżej 60. roku życia deklaruje regularne korzystanie z usług internetowych. Decydując się na dostawcę Internetu stacjonarnego ponad połowa Polaków (63%) wskazało korzystne warunki oraz atrakcyjność oferty jako najważniejsze na początkowym etapie poszukiwania[2]. Dodatkowo, klienci zwracają uwagę na takie elementy jak: dostępność połączenia, stabilność łącza czy prędkość połączenia.

– W momencie wyboru oferty Internetu stacjonarnego często kierujemy się jedynie ceną. Jest to oczywiście kluczowy element, ale warto zwrócić uwagę na inne kwestie. Przy zakładaniu Internetu istotna jest prędkość pobierania i wysyłania danych oraz obecność opłaty aktywacyjnej. Gotowe oferty operatorów mogą nie uwzględniać naszych wszystkich oczekiwań, dlatego warto najpierw samemu sprawdzić dostępne usługi, a następnie negocjować z operatorem proponowaną ofertę. – sugeruje Paweł Jamiołkowski, dyrektor zarządzający PanWybierak.pl.

Koniec telefonów stacjonarnych?

Z każdym rokiem spada liczba osób korzystających z telefonu stacjonarnego. Jak wynika z badania UKE, telefon domowy obecny jest przede wszystkim u osób starszych (60 lat i więcej), jednak i w tej grupie jest to już niecałe 50% użytkowników. Wśród wszystkich badanych korzystanie z telefonu stacjonarnego zadeklarowało 23% osób, czyli o 8% mniej niż w roku ubiegłym. Połowa z nich przyznała, że korzysta z tej formy komunikacji ze względu na przyzwyczajenie. Telefony stacjonarne służą głównie do połączeń lokalnych, które wykonywane są kilka razy w tygodniu. Biorąc pod uwagę obecne tempo spadku użytkowników telefonów stacjonarnych, można się spodziewać, że za trzy lata całkowicie znikną.

 

[1] Według raportu „Rynek usług telekomunikacyjnych w Polsce w 2014 roku. Raport z badania klientów indywidualnych” zrealizowanego na zlecenie Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

[2] Wg badania pt. „Proces wyboru ofert telekomunikacyjnych” zrealizowanego przez TNS Polska na zlecenie PanWybierak.pl w lipcu 2014 r.

źródło: PanWybierak.pl

Eksperci

Masalski: Play wybiera giełdę w najlepszym możliwym momencie

Play, drugi największy operator komórkowy w Polsce pojawi się wkrótce na warszawskim parkiecie. O po...

Ludwiczak: Nadzieja na wysoki wzrost PKB

Po nieco mniej udanych odczytach makroekonomicznych w kwietniu br., maj przyniósł nadzieję na wysoki...

Glonek: Czy można ogłosić upadłość konsumencką dwa razy?

Jednym ze skutków przeprowadzenia postępowania upadłościowego może być umorzenie zobowiązań upadłego...

Rozbicki: Powrót polskiego żubra – repolonizacja stała się faktem

Siódmego czerwca zakończył się kolejny etap repolonizacji polskiego sektora bankowego. Pekao nie jes...

Gontarek: Będzie trudniej o pracowników sezonowych

Wynagrodzenie w maju br. wzrosło o  5,4% r/r. – podał GUS. Niższy od oczekiwanego wzrost zatrudnieni...

WIADOMOŚCI

Lato sprzyja kredytom?

Coraz lepsze nastroje polskich konsumentów przekładają się na rosnące zapotrzebowanie na kredyty kon...

Dynamika lokalnego PKB

Wrocław, Rzeszów i Lublin to najszybciej rozwijające się miasta na przestrzeni ostatnich lat - wynik...

Najbardziej rzetelni finansowo są…

Spośród wszystkich  polskich województw, to mieszkańcy Podkarpacia są najbardziej rzetelni finansowo...

Dowód osobisty online

Ministerstwa: Cyfryzacji oraz Spraw Wewnętrznych i Administracji udostępniły drugą wersję zmienioneg...

500 plus do oceny zdolności czynszowej Mieszkania plus

Planujemy włączyć 500 plus do oceny zdolności czynszowej najemców mieszkań realizowanych w ramach pi...