środa, Październik 23, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "inflacja"

inflacja

Fed nie do końca rozumie siły kształtujące poziom cen w USA, a przede wszystkim to, że pomimo świetnej sytuacji na rynku pracy inflacja utrzymuje się poniżej 2-proc. celu – przyznała ostatnio w przypływie szczerości szefowa amerykańskiego banku centralnego. Jednocześnie bank centralny USA zaostrzył swoją retorykę i ustami Janet Yellen ogłosił, że utrzymywanie obecnej polityki monetarnej do czasu wzrostu inflacji byłoby nierozsądne.

Dla rynków finansowych najważniejsze są dwie informacje. Po pierwsze, że Fed będzie kontynuował cykl podwyżek stóp procentowych w USA, nawet jeśli inflacja nie osiągnie progu 2 proc. W grudniu tego roku rynek spodziewa się jeszcze jednej podwyżki, a w 2018 roku kolejnych trzech. Po drugie, Fed rozpocznie już od października redukcję bilansu, czyli proces zmniejszania ilości posiadanych papierów wartościowych (które wcześniej bank skupił w ramach programu luzowania ilościowego) o 10 mld dolarów miesięcznie. Z biegiem czasu tempo redukcji może jeszcze wzrosnąć.

Podnoszenie stóp procentowych w USA zazwyczaj wiąże się z odpływem kapitału z rynków rozwijających się i surowcowych, a także umocnieniem dolara. Taki ruch obserwujemy też w ostatnich dniach. Oceniamy jednak, że nie jest to jeszcze początek trwalszego trendu, a techniczna korekta.

Hossa ma jeszcze paliwo

Hossa na światowych giełdach jest zaawansowana, ale wiele argumentów przemawia za dalszymi wzrostami. Amerykański indeks S&P 500 znajduje się w pobliżu historycznych szczytów, ale spółki notowane na Wall Street nie są zadłużone, a na rok 2018 analitycy prognozują ok. 10 proc. wzrostu ich zysków. Jest więc za wcześnie, aby ogłosić koniec rynku byka. Jeśli już, możemy mieć do czynienia z trwającym jakiś czas trendem bocznym i pojawieniem się dysproporcji pomiędzy poszczególnymi segmentami rynku.

W Polsce duże spółki notowane na GPW niezmiennie utrzymują przewagę nad „misiami”, co ma swoje uzasadnienie w fundamentach. Przede wszystkim spółki z WIG20 zdecydowanie lepiej radzą sobie w obecnym otoczeniu i bronią się osiąganymi wynikami finansowymi. Gorsza passa małych i średnich spółek wynika z presji płacowej czy wzrostu cen surowców. Niestety, część „misiów” oblała test z zarządzania operacyjnego, co poskutkowało spadkiem marż i w konsekwencji słabszymi wynikami finansowymi.

Mimo to uważamy, że warszawska giełda ma jeszcze przestrzeń do wzrostów. Przemawiają za tym czynniki makroekonomiczne, jak i wycenowe. Optymistycznie nastrajają dane z rynku pracy (wzrost zatrudnienia i wynagrodzeń), a także produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Jeśli tak dobre odczyty się utrzymają, wpłynie to pozytywnie na dynamikę polskiego PKB. Z kolei akcje na polskiej giełdzie cały czas nie są drogie – może za wyjątkiem najbardziej dynamicznych spółek, takich jak CCC czy LPP. Prognozowany wskaźnik ceny do zysku dla indeksu WIG na 2018 rok oscyluje w okolicach 13. Dla porównania, w szczycie hossy w 2007 r. było to około 18.

Do końca roku spodziewamy się utrzymania przewagi blue chipów z WIG20,  ale pod koniec roku inwestorzy mogą ponownie zainteresować się akcjami „misiów” – licząc na ich odbicie w kolejnych miesiącach. To może zmniejszyć dysproporcję pomiędzy dużymi i mniejszymi spółkami notowanymi na GPW. Mimo to uważamy, że najlepszym wyborem dla osób, które inwestują na warszawskiej giełdzie za pośrednictwem TFI, pozostają fundusze akcyjne o uniwersalnej strategii.

Autor: Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI

Przez ostatnie lata kryzys w niektórych rejonach strefy euro był utożsamiany z wprowadzeniem wspólnej waluty, nierównomiernym tempem wzrostu gospodarczego poszczególnych krajów czy przepaścią w wynagrodzeniach. Jednak w USA, gdzie integracja pomiędzy stanami  jest zdecydowanie głębsza niż w strefie euro, również można zaobserwować olbrzymie różnice we wzroście gospodarczym, pensjach czy w inflacji – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Gdy ekonomiści analizują przyczyny kryzysu strefy euro z początku bieżącej dekady często zwracają uwagę, że jest to rezultat niedopasowania poszczególnych krajów do siebie. Brakuje wspólnej polityki fiskalnej, która wyrównywałaby różnice pomiędzy regionami, a wprowadzanie w 1999 r. euro tylko spotęgowało przepaść pomiędzy bogatą północą a mniej zamożnym południem.

Patrząc jednak na dane z poszczególnych stanów w USA: różnice w wynagrodzeniach, inflacji czy tempie PKB, wcale nie są dużo mniejsze od tych, które obserwujemy w strefie euro. Może to oznaczać, że nawet jeżeli nastąpi zacieśnienie stosunków wewnątrz obszaru wspólnej waluty gospodarcze różnice nie zostaną zauważalnie zmniejszone.

Różna inflacja w różnych regionach

Taka sama polityka monetarna i fiskalna dla wszystkich stanów, łatwość osiedlania się czy ten sam język nie zapobiega różnicom w poziomie inflacji w różnych częściach USA. Gdy w regionie zachodnim (West – od Kalifornii i Waszyngtonu po Kolorado i Nowy Meksyk) mieliśmy czynienia z inflacją konsumentów (CPI) powyżej 1 proc. w 2015 roku, to mieszkańcom środkowej części Ameryki (Midwest – od Kansas po Illinois i Michigan do Ohio) przez większą część tego okresu, towarzyszyła dochodząca do 1 proc. deflacja.

Różne tempo wzrostu cen nie było domeną tylko jednego roku. Od początku 2014 r. do sierpnia 2017 r. skumulowany poziom inflacji dla regionu zachodniego wyniósł 7.8 proc. Natomiast dla „Midwestu” czy obszaru północnego USA (Northeast – od Pensylwanii po Nowy Jork do Maine) nie przekraczał nawet połowy tej wartości i wyniósł odpowiednio 3.7 oraz 3.4 proc.

Różnice w poziomie cen bardzo dobrze widać także na przykładzie danych Biura Analiz Ekonomicznych Departamentu Handlu (BEA). Siła nabywcza jednego dolara w Missisipi czy Arkansas jest o ok. 35 proc. wyższa niż w stanie Nowy Jork lub na Hawajach.

Jedne stany się rozwijają, a inne kurczą

Niemniej zaskakują również dane o tempo wzrostu cenz USA. Wzrost gospodarczy dla całego kraju od 2009 r. wyniósł nieco ponad 14 proc., czyli niespełna 1.9 proc rocznie. W tym czasie jednak Północna Dakota rozwijała się trzy razy szybciej niż Stany Zjednoczone (46 proc., średniorocznie o 5.5 proc.), a Teksas dwukrotnie przekroczył przeciętny wynik (28.5 proc., średniorocznie 3.7 proc.). Dobry rezultat został osiągnięty także przez Kalifornię – każdego roku przekraczał średnio 2.6 proc.

Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Wyoming, na Alasce czy w położonej nad Zatoką Meksykańską Louisianie. W pierwszym z wymienionych stanów PKB w 2016 r. było niższe od tego osiągniętego w 2009 r. o 7 proc. Według BEA tylko w ub. roku PKB skurczył się w tym stanie o 3.6 proc.

Tylko niewiele lepiej od ostatniego kryzysu wygląda sytuacja na Alasce. Tam PKB spadło od 2009 r. o 6 proc. W Louisianie natomiast PKB jest nie tylko o 2 proc. niższe niż tuż po kryzysie. Publikacje BEA dla tego stanu pokazują, że w okresie całej ostatniej dekady gospodarka kurczyła się każdego roku średnio o 0.3 proc.

Amerykańska przepaść w zarobkach

Dane o przeciętnych dochodach Amerykanów także pokazują jak różny może być standard życia w poszczególnych regionach. Mieszkańcy stanu Nowy Jork zarabiają tygodniowo średnio 1540 dol. Wysokie wynagrodzenia notowane są także w Connecticut (1417 dol.) czy w Kalifornii (niecałe 1300 dol.).

Na przeciwnym biegunie znajdują się Zachodnia Wirginia z tygodniową wypłatą ma poziomie 830 dol. czy Nowy Meksyk (838 dol.). Warto jednak zauważyć, że średnia stanowa wcale nie pokazuje jeszcze tak dużych różnic jak podział na największe counties (hrabstwa, powiaty), w których zatrudnienie czasami przekracza liczbę osób pracujących w mniejszych krajach strefy euro. Tutaj różnice są naprawdę olbrzymie i to nie tylko ze względu na miejsce zatrudnienia, ale również na wykonywany zawód.

Dane za Biura Statystyki Pracy (BLS) za pierwszy kwartał 2017 r. pokazują np. że w powiecie zawierającym teksańskie miasto Dallas tygodniówka wynosi 1400 dol. Przy czym w restauracjach czy w hotelach przeciętne wynagrodzenie to 509 dol., a w sektorze wydobywczym 6300 dol. Najwyższe zarobki można jednak zaobserwować w Nowym Jorku dla zatrudnionych w branży finansowej. Przeciętne wynagrodzenie dla 368 tys. osób wynosi tam 9.400 dol. tygodniowo, czyli niespełna pół miliona dolarów rocznie. Dodatkowo w porównaniu z pierwszym kwartałem 2016 r. wzrosło ono o ponad 10 proc.

Ogólny obraz amerykańskiej gospodarki pokazuje, że mimo znacznej integracji pomiędzy poszczególnymi stanami ich kondycje znacznie różnią się od siebie. Przykłady z USA sugerują również, że nawet przy dalszej integracji strefy euro dysproporcje w poziomie inflacji, wzrostu PKB czy wynagrodzeń mogą nadal się utrzymać.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W dniu dzisiejszym szefowa rządu Wielkiej Brytanii wygłosi istotne przemówienie we Florencji. Miejsce nie jest przypadkowe – po pierwsze, jego wybranie świadczy o geście premier May w stronę europejskich partnerów, po drugie – Florencja jest historycznym miastem handlowym, które może symbolizować rozwój relacji Wielkiej Brytanii i kontynentalnej Europy.

Przemówienie prawdopodobnie będzie dotyczyć kwestii rozliczeń finansowych z Unią Europejską, “okresu przejściowego” oraz pozostania w Europejskim Obszarze Gospodarczym. Słowa May będą odpowiedzią na oskarżenia strony europejskiej, że rząd w Wielkiej Brytanii porusza się bez planu, broniąc się ogólnikami.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek osłabił się o 0,1%, wahając się w widełkach 4,27 – 4,29. Opublikowany we wczorajszym dniu biuletyn ekonomiczny EBC wymienia kurs wymiany [euro] jako źródło niepewności. Wczorajsza wypowiedź prezesa Europejskiego Banku Centralnego skupiała się przede wszystkim na kwestię “złych kredytów”, które cały czas ciążą niektórym europejskim bankom.

Dzisiejsze, wstępne dane PMI dla krajów strefy euro we wrześniu, w pierwszych godzinach handlu pozwoliło wspólnej walucie na kontynuowanie trendu wzrostowego w relacji do dolara. Indeks dla przemysłu osiągnął najwyższy poziom od 2011 r. – 58,2. Wskaźnik dla usług wzrósł do poziomu 55,6, oba wskaźniki pokazały wyniki lepsze od oczekiwań konsensusu. W dzisiejszej wypowiedzi Mario Draghi powtórzył, że system finansowy jest bardziej bezpieczny niż przed ostatnim kryzysem, a decydenci nie widzą obecnie zagrożeń dla jego stabilności. Prezes EBC zwrócił jednak uwagę na coś istotnego w kontekście polityki monetarnej, informując, iż inflacja nadal nie znajduje się na poziomie oczekiwanym przez bank centralny, czym mógł chcieć ostudzić nieco optymizm inwestorów, którzy nadal w celach spekulacyjnych kupują wspólną walutę – euro odrobiło niemal wszystkie straty, których doświadczyło po ostatnim spotkaniu FOMC.

Poza wspomnianymi indeksami PMI w dniu dzisiejszym warto zwrócić uwagę na przemówienia członków EBC, które będą odbywały się na przestrzeni całego dnia.

GBP

Kurs GBP/PLN  w czwartek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,84 – 4,87. Dzisiejszy indeks CBI opisujący trendy przemysłowe we wrześniu pokazał spadek z poziomu 13 do 7. Po publikacji danych inwestorzy kontynuowali wyprzedaż funta w relacji do głównych walut. Dzisiejsze spadki na brytyjskiej walucie są jednak prawdopodobnie związane bardziej ze wspomnianym, wieczornym przemówieniem Theresy May dotyczącym Brexitu i siłą euro.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek osłabił się o 0,3%, wahając się w widełkach 3,58 – 3,60. Wczorajsze dane z USA potwierdzają, że negatywne skutki przechodzących nad USA huraganów – przynajmniej w kontekście rynku pracy – mogą być niższe niż zakładano. Tygodniowy odczyt liczby zadeklarowanych bezrobotnych okazał się znacznie niższy od założeń na i wyniósł 259 tys. Indeks FED z Filadelfii również pozytywnie zaskoczył. Wrześniowy odczyt pokazał wzrost z poziomu 18,9 do 23,8. Mimo pozytywnych danych dolar kontynuował trend spadkowy w relacji do euro i złotego.

 

Autor: Roman Ziruk, analityk Ebury

Wrześniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej nie przyniosło zaskoczenia – stopy procentowe pozostały bez zmian. Polski rynek mieszkaniowy nadal będzie więc napędzany gotówką. Jakie będą konsekwencje decyzji RPP dla rynku? – komentuje Jakub Nieckarz, prezes deweloperskiej firmy PVI.

W obliczu spływających komunikatów makroekonomicznych i znajomości stanowiska RPP, nie sposób było oczekiwać, że poziom stóp procentowych zostanie nagle zmieniony. Pozostają one wciąż na rekordowo niskim poziomie. To, co dla jednych jest pozytywną informacją, dla innych może być powodem ponownego przemyślenia dotychczasowej strategii lokowania nadwyżek finansowych.

Niskie stopy procentowe to realne oszczędności dla osób spłacających kredyty mieszkaniowe. Rata przeciętnego kredytu jest dziś o około 400 złotych niższa niż jeszcze pięć lat temu. Z wyliczeń Open Finance wynika, iż gdyby stopy procentowe były dzisiaj na poziomie z połowy 2012 r., to łączne odsetki od zaciągniętych kredytów byłyby wyższe o około 7,6 mld zł rocznie. To również zachęta do zaciągania nowych zobowiązań, co pokazują najnowsze dane. Pomimo obowiązkowego wkładu własnego na poziomie 20%, od początku roku rośnie wartość zaciąganych kredytów mieszkaniowych. Po danych o akcji kredytowej w II kwartale Związek Banków Polskich podwyższył swoją wcześniejszą prognozę udzielonych kredytów hipotecznych w całym 2017 r. Obecnie przewiduje on, że ich wartość przekroczy 40 mld zł.

Jest jednak druga strona medalu. Niskie stopy procentowe to równocześnie niskie oprocentowanie depozytów. Sytuacja nie byłaby specjalnie dotkliwa dla oszczędzających w bankach, gdybyśmy mieli do czynienia ze zjawiskiem przejściowym, bądź z deflacją lub praktycznie zerową inflacją.

A jak to wygląda obecnie w Polsce? Ostatnia zmiana stóp procentowych miała miejsce w marcu 2015 r. To zdecydowanie najdłuższy w historii okres stabilizacji. Niestety w tym czasie można było obserwować trend spadkowy w zakresie oprocentowania depozytów. W lipcu – według danych NBP – założenie depozytu o zapadalności powyżej roku daje już średnio mniej niż 1,2 proc. To rekordowo niski poziom. Na domiar złego inflacja przyspieszyła (w sierpniu wyniosła 1,8% r/r), a jej prognozy wskazują na dalszy wzrost. To oznacza, iż realne oprocentowanie depozytów jest ujemne. Tak więc w rzeczywistości na lokacie bankowej nie tylko nic nie zyskamy, ale nawet nie ochronimy siły nabywczej naszego kapitału. Nic nie wskazuje także, by w najbliższej przyszłości miało się coś zmienić na lepsze dla deponentów. Przewodniczący RPP, Adam Glapiński, spodziewa się, że stopy procentowe nie ulegną zmianie przynajmniej do końca przyszłego roku.

Trudno w tej sytuacji dziwić się, że coraz mniej Polaków satysfakcjonuje oferta banków, czemu dają wyraz masowo wycofując z nich swoje oszczędności. W czerwcu br. suma depozytów terminowych osób prywatnych spadła już do najniższego poziomu od dwóch lat (dane NBP). Przypomnijmy, iż dokonało się to w warunkach poprawiającej się sytuacji gospodarczej.

Gdzie trafiają wycofywane pieniądze? W poszukiwaniu bardziej intratnych możliwości – zwłaszcza zamożni Polacy – masowo zaczęli analizować dostępne alternatywy. Jednak bardziej zyskowne produkty inwestycyjne wiążą się z większym ryzykiem. Właśnie z tego powodu dla wielu oszczędzających najbardziej atrakcyjną relacją zysk/ryzyko stały się inwestycje w nieruchomości. Pomimo wysokiego progu wejścia zdecydowali się więc na inwestycje w mieszkania, apartamenty i aparthotele, co w efekcie spowodowało napływ szerokiego strumienia gotówki na rynek. Potencjalne stopy zwrotu z wynajmu mieszkania (4-6%) pozostawiają daleko w tyle nawet najbardziej promocyjne lokaty bankowe.

Według danych NBP jeszcze nigdy Polacy nie wydawali tak dużo gotówki na zakup mieszkań. W samym I kw. 2017 r. – w zaledwie 6 miastach i to tylko w biurach sprzedaży deweloperów – wydali oni na nowe lokale około 4,4 mld złotych (co stanowiło około 67% transakcji). Na rosnące zapotrzebowanie elastycznie reaguje branża nieruchomości. Dzięki temu na rynku można znaleźć propozycje odpowiadające na bardzo zróżnicowane preferencje, oczekiwania i możliwości nabywcze klientów. Poczynając od typowych mieszkań w popularnym budownictwie, po bardziej wysublimowane propozycje, jak luksusowe apartamenty w centrach największych miast. Wciąż przybywa również propozycji skierowanych do osób szukających możliwości bezobsługowej inwestycji, co wyraźnie widać na przykładzie wciąż stosunkowo nowego na polskim rynku condo. W samych miastach w budowie i planach jest ponad 2 500 jednostek condo (raport „Aparthotele w dużych miastach”, InwestycjewKurortach.pl). W zamian za współfinansowanie budowy obiektu hotelowego, kupujący uzyskuje własność pokoju wraz z kilkuletnią gwarantowaną stopą zwrotu (najczęściej 6-9%).

Dziś trudno dokładnie przewidzieć jak długo będzie trwał boom w tym sektorze. Plany inwestycyjne deweloperów na najbliższe 2-3 lata zdają się wskazywać, że dzięki niskim stopom procentowym rynek condo będzie się w tym czasie dalej szybko rozwijał.

 

Źródło: JAKUB NIECKARZ, PREZES PVI – PROPERTY VALUE INVESTMENTS

W sierpniu br. inflacja w ujęciu rocznym wzrosła do 1,8 proc., ale w stosunku do lipca spadła o 0,1 proc.– podał GUS.

Inflacja zmniejsza dochody realne Polaków, szczególnie tych mniej zamożnych. Cały czas rosną, w ujęciu rocznym, ceny żywności. Na szczęście w okresie wakacyjnym zaobserwowaliśmy ich spadek w ujęciu miesięcznym.  Dotyczy to zwłaszcza owoców i warzyw, co pozytywnie odczuły w portfelach gospodarstwa domowe. Jednocześnie cały czas drożeją masło, mleko, sery i w ogóle wyroby mleczne. Do tej grupy dołączyło też pieczywo. A warto pamiętać, że te produkty mają duży udział w wydatkach gospodarstw domowych  o niskich dochodach.

Zdrożały paliwa, chociaż to zapewne efekt  „sytuacji pogodowej” w USA i konieczności ograniczenia wydobycia ropy naftowej. Niewykluczone jednak, że we wrześniu wysokie ceny paliw się utrzymają, z tego samego powodu.

Wzrosły też ceny usług zdrowotnych – szpitalnych, stomatologicznych, jak i wyrobów farmaceutycznych. Polacy, mając wyższe dochody, zaczynają na większą skalę korzystać z prywatnych placówek medycznych, nie mogąc doczekać się takich świadczeń w publicznej służbie zdrowia.

Dobra sytuacja na rynku pracy, rosnące zatrudnienie i wynagrodzenia, przełożyły się w okresie wakacji na wzrost cen usług turystycznych. Więcej trzeba było zapłacić  za obiad w restauracji, pokój w hotelu czy bilet lotniczy.

W ciągu ośmiu miesięcy wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych wzrósł do 1,9 proc. Jeśli anomalie pogodowe (huragany) w USA nie wpłyną na zmniejszenie dostaw ropy naftowej, to na koniec roku inflacja nie powinna przekroczyć 1,8 proc. W innym przypadku może być wyższa.

Bez względu na to, czy inflacja wyniesie 1,8 proc., czy będzie wyższa, Rada Polityki Pieniężnej na pewno w tym roku nie podwyższy stóp procentowych. Kredytobiorcy mogą się nadal cieszyć z niższych rat spłacanych kredytów, ale oszczędzający nie mają co liczyć na wyższe oprocentowanie lokat.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej- Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w sierpniu 2017 r. o 1,8 proc. r/r, a w stosunku do lipca br. spadły o 0,2 proc. – podał GUS prezentując szybki szacunek wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych.

Sierpień był podobny w zmianach cen dóbr i usług konsumpcyjnych do lipca. Inflacja w sierpniu 2017 r. była nieco wyższa niż w czerwcu i lipcu (r/r). W stosunku do lipca br. ceny natomiast spadły o 0,2 proc., podobnie jak działo się to w dwóch poprzednich miesiącach. Mieliśmy prawdopodobnie do czynienia ponownie z nieznacznym spadkiem m/m cen żywności i cen paliwa oraz cen odzieży i obuwia (wyprzedaże). Natomiast r/r ceny żywności wzrosły w nieco większym stopniu niż w lipcu (baza wyższa). Podobnie ceny paliwa. I to z tego powodu inflacja w sierpniu była wyższa niż lipcu br. (1,8 proc. wobec 1,7 proc.).

Nie ma przesłanek do prognozowania zmian w tempie inflacji. Co prawda huragan w Teksasie ograniczył czasowo wydobycie ropy naftowej z dna Zatoki Meksykańskiej, a tym samym jej podaż, ale jednocześnie koniec wakacji obniża popyt na paliwo. Poza tym USA ma dość pokaźne zapasy tego surowca. Nie powinniśmy zatem spodziewać się istotnych, trwałych zmian cen paliwa. Od września mogą natomiast nieco szybciej rosnąć ceny żywności, bo nie ma niestety urodzaju owoców. Ciągle także na wzrost cen żywności r/r przekładać się będą wyższe ceny produktów mlecznych. Tym samy pokaźny, bo ok. 5 proc. wzrost wynagrodzeń będzie „zjadany” na poziomie 1,8-2,0 proc. przez inflację. Na razie na szczęście optymizm gospodarstw domowych dotyczący ich zdolności do konsumpcji nie mija (koniunktura konsumencka ciągle pozytywna), więc gospodarka może liczyć na utrzymanie w 2. połowie 2017 r. wzrostu spożycia indywidualnego na poziomie powyżej 4 proc.

Ta stabilizacja jest dużym ułatwieniem dla Rady Polityki Pieniężnej i jej deklaracji, że stopy procentowe nie będą jeszcze długo zmieniane.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

W lipcu 2017 r. sprzedaż detaliczna wzrosła o 6,8 proc. r/r (w cenach stałych), a o 1,2 proc. w stosunku do czerwca br. – podał GUS.

Sprzedaż detaliczna rosła w lipcu 2017 r. nieco wolniej od oczekiwań. Co prawda jej wzrost na poziomie 6,8 proc. r/r (w cenach stałych) to utrzymanie średniej dynamiki z 1. połowy roku, jednak przy tak pozytywnych zmianach na rynku pracy, które powodują, że do gospodarstw domowych trafia co miesiąc znacznie więcej pieniędzy niż rok wcześniej, wzrost sprzedaży detalicznej jest umiarkowany. To zapewne efekt wygaszenia wpływu na konsumpcję dochodów z programu Rodzina 500+. Do gospodarstw domowych co prawda w dalszym ciągu trafia co miesiąc ok. 2 mld zł, ale nie traktują one już tych pieniędzy jako dodatkowego dochodu. Dlatego te ponad 23 mld zł, które wydajemy z budżetu państwa na program Rodzina 500+ nie będą się już przekładać na wzrost konsumpcji. Dawały one wzrost w 2. połowie 2016 r. i przez pierwsze miesiące br. Czerwiec i lipiec wskazują, że tego efektu już praktycznie nie ma.

Na szczęście dla wzrostu PKB i spożycia indywidualnego sytuacja na rynku pracy stale się poprawia. Gospodarstwa domowe, których członkowie pracują w przedsiębiorstwach zatrudniających co najmniej 10 pracowników (ponad 6 mln pracowników), miały w lipcu 2017 r. do dyspozycji o prawie 10 proc. więcej pieniędzy niż rok wcześniej – wzrost zatrudnienia i wynagrodzeń dał bowiem wzrost funduszu płac o prawie 2,5 mld zł, czyli 9,6 proc. r/r. Z tego co prawda część (1,7 proc.) „zjadła” inflacja, zatem realnie fundusz płac wzrósł o niespełna 8 proc., ale to właśnie wzrost zatrudnienia i wzrost wynagrodzeń są w tej chwili motorem rosnącego popytu konsumpcyjnego gospodarstw domowych. Dobre dane dotyczące przemysłu, budownictwa, branż eksportowych, prawdopodobnego wzrostu nakładów inwestycyjnych, a tym samym utrzymanie się trendów na rynku pracy, wskazują że możemy oczekiwać wzrostu sprzedaży detalicznej także w sierpniu i wrześniu br. Spożycie indywidualne powinno zatem w trzecim kwartale 2017 r. wspierać wzrost gospodarczy w stopniu porównywalnym do 2. kwartału br. (ok. ¾ wzrostu PKB) i wraz z inwestycjami dać efekt w postaci wzrostu PKB na poziomie ok. 4 proc.

Sytuacja może się zmienić w 4. kwartale 2017 r., gdy zgodnie z prognozami ZUS na emeryturę (w wyniku obniżenia wieku emerytalnego kobiet do 60 lat i mężczyzn do 65 lat) przejdzie dodatkowo ok. 330 tys. osób. Dochody tych osób będą zdecydowanie niższe niż ich dzisiejsze wynagrodzenia, co nie pozostanie bez wpływu na obniżenie ich skłonności do konsumpcji. Możemy nie zobaczyć tego jeszcze w 4. kwartale 2017 r., ale w 2018 r. na pewno sprzedaż detaliczna i spożycie indywidualne, a tym samym PKB – to odczuje.

Na razie cieszmy się wynikami sprzedaży detalicznej w lipcu 2017 r., które wskazują że Polacy wrócili do zakupów samochodów (wzrost o 10 proc. r/r; ceny stałe), a także do zakupów dóbr trwałego użytku (meble, rtv, agd – wzrost o prawie 9 proc.). Ciągle cieszą ich zakupy odzieży i obuwia (wzrost o 16,7 proc.) i kosmetyków. Przyszli, październikowi, młodzi 60-65 letni emeryci mogą za chwilę nie móc pozwolić sobie na takie „szaleństwa”.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

 

Oprocentowanie depozytów bankowych nie przestaje spadać. Banki wyznaczyły kolejne historyczne minimum. Odkładając na rok 1000 złotych można liczyć jedynie na 11,10 zł odsetek – wynika z szacunków Open Finance. To za mało, aby uchronić pieniądze przed inflacją.

Jeśli ktoś myślał, że banki nie mogą już zaoferować gorzej oprocentowanych lokat, był w błędzie. W czerwcu przeciętne oprocentowanie depozytów opiewało na zaledwie 1,37% – wynika z danych NBP. Niestety, tak skromnym procentem trzeba się jeszcze podzielić z fiskusem. Po potrąceniu tzw. podatku Belki możemy liczyć jedynie na wynik na poziomie 11,10 zł netto za każde 1000 zł zostawione w banku na rok – wynika z szacunków Open Finance.

Lepiej oprocentowane są lokaty roczne i kwartalne, choć i tu nie ma co liczyć na kokosy. Oba rodzaje depozytów pozwalają zarobić około 1,5 – 1,6%. Po uwzględnieniu podatku daje to niecałe 1,3% zysku w skali roku. Niestety nawet takie oferty są zbyt słabe, aby ochronić kapitał przed utratą wartości. Pamiętajmy, że zgodnie z prognozami NBP inflacja w 2017 roku może opiewać na 1,9%, a w latach kolejnych odpowiednio 2 i 2,5%. Aby uchronić kapitał przed inflacją za pomocą bankowych depozytów trzeba poświęcić niemało czasu na studiowanie ofert promocyjnych – dla nowych klientów i ich nowych środków. Nawet jednak wtedy nie ma co liczyć na jakiś solidny zysk. Stawką jest walka o to, aby pokonać inflację.

Gotówka pali w ręce

Efekt? Fundusze inwestycyjne, rynek akcji, obligacje skarbowe i nieruchomości  – słowem wszystkie popularne rozwiązania, które pozwalają ulokować nadwyżki finansowe – cieszą się dziś sporym zainteresowaniem Polaków.

Rezygnujemy z lokat

Obecna – niekorzystna dla deponentów sytuacja ma swoje konkretne konsekwencje. Polacy likwidują lokaty. Maj był pod tym względem rekordowy (saldo lokat i depozytów stopniało bez mała o 5,3 mld zł – najwięcej w historii). Czerwiec był mniej niepokojący. Co prawda z lokat wyparowały 3,7 mld zł, ale w tym samym czasie na kontach oszczędnościowych i bieżących przybyło o miliard więcej.

Każdy posiadacz kapitału musi mieć świadomość, że obecnie inflacja przeważnie szybciej pochłania siłę nabywczą pieniędzy, niż banki są w stanie dopisywać do nich odsetki. Jeśli więc ktoś zakłada lokatę, to najpewniej realnie na niej traci. Po prostu za wyjęte z banku za rok pieniądze będzie można kupić mniej niż dziś. Pewnym pocieszeniem może być fakt, że okresy realnych strat i zysków na bankowych depozytach przeplatają się. Te pierwsze nie trwają przeważnie dłużej niż rok czy dwa.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Dwadzieścia cztery godziny temu szereg walut notował długoterminowe rekordy swojej siły względem dolara. W piątkowy poranek w przypadku EUR/USD bliżej od ekstremów 1,1780 jest do poziomu zagrażającego załamaniem aprecjacyjnego trendów i otwierających drogę
do głębszego odreagowania, czyli 1,1620.

Pierwsze oznaki załamywania się impetu zwyżek EUR/USD nadeszły we wtorek pod postacią długiego cienia dziennej świecy. Wczorajsze, kolejne ostre załamanie może schłodzić entuzjazm krótkoterminowych kupujących. Wyraźny wzrost zmienności sam w sobie także można interpretować jako wejście w ostatnią fazę wzrostów w ramach obecnego impulsu.

Jednocześnie warto zauważyć, że kurs EUR/USD wzrósł zbyt mocno w stosunku do wskazań modelu szacującego krótkoterminową wartość godziwą na podstawie relatywnego przebiegu krzywych rentowności długu USA i Niemiec. Wychodząc w przyszłość: widzimy zdecydowanie większe pole do zwyżek dochodowości obligacji amerykańskich niż niemieckich. Ostatnie zachowanie dziesięciolatek USA wpisuje się w tę ocenę.

Podobnie, w notowaniach większości walut emerging markets osłabienie dolara przybrało znamiona „kontrolowanego zniszczenia.” USD/TRY zbliżył się w ostatnich kilkudziesięciu godzinach do kluczowego wsparcia 3,52, ale wybronił je budując i aktywując krótkoterminowy podwójny dołek. Spodziewamy się odbicia od wzrostowej linii trendu i wykrystalizowania się średnioterminowej tendencji wzrostowej. Podobnie: spadki USD/ZAR wyhamowały bez przebijania kluczowej strefy wsparcia wokół 12,90.

Wracając do eurodolara: bardzo waży będzie kształt świecy tygodniowej. A kluczem do zamknięcia dzisiejszej sesji są publikacje makroekonomiczne bardzo wysokiej rangi. Przede wszystkim inflacja z Niemiec (wyjątkowo odczyt przeniesiony na 12:00) oraz PKB Stanów Zjednoczonych w drugim kwartale (14:30). Innymi słowy: kombinacja tych odczytów zdecyduje czy ostatnie dni to „kropka nad i” w trendzie wzrostowym EUR/USD, czy tylko przecinek pomiędzy jego poszczególnymi impulsami.

W zakresie kształtowania się tendencji cenowych w Eurolandzie warto odnotować, że wstępna inflacja HICP z Hiszpanii i Francji wypadła zgodnie z oczekiwaniami (odpowiednio 1,7 i 0,8 proc. rok do roku). Dynamika cen konsumenckich w Saksonii (pierwsze regionalne dane) wskazuje na wyraźny wzrost cen miesiąc do miesiąca. Po danych o PKB USA należy spodziewać się, że gospodarka wyraźnie przyśpieszyła po pierwszym słabym kwartale za sprawą silnej konsumpcji. Jednak jedynie odczyt wyraźnie powyżej konsensusu (2,7 proc.) może przyczynić się do trwalszej aprecjacji dolara pod wpływem czegoś więcej niż tylko pokrywania krótkich pozycji. Inwestorzy po gołębim opisie zjawisk cenowych przez Fed czekają na inflację. Rynek będzie szukał odpowiedzi na wątpliwości o siłę presji płacowej we wskaźniku kosztów zatrudnienia (które są w największym stopniu determinowane przez wynagrodzenia).

 

Raport opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz DM TMS

Założenia makroekonomiczne do budżetu na 2018 r. są osiągalne, aczkolwiek obarczone wieloma ryzykami – tak wewnętrznymi, jak i zewnętrznymi. Do prognoz wzrostu PKB, cen, a także dynamiki spożycia indywidualnego i wzrostu importu, trzeba podchodzić ostrożnie – napisała Konfederacja Lewiatan w uwagach do założeń projektu budżetu na 2018 rok.

Przyszły rok będzie, według prognoz Ministerstwa Finansów, kolejnym rokiem wysokiego tempa wzrostu gospodarczego (3,6% w 2017 r. oraz 3,8% w 2018 r.). Przy takim tempie rozwoju powinniśmy założyć znacznie niższy poziom deficytu finansów publicznych niż 3% PKB. W założeniach budżetu państwa na rok 2018 takiej deklaracji nie ma. Tymczasem w Wieloletnim Planie Finansowym Państwa na lata 2017-2020 (WPFP) takie zapisy są: planowany deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych ma wynieść w 2018 r. 2,5% PKB, a sam deficyt budżetowy – 2,2% PKB. Pojawia się więc pytanie, dlaczego takie parametry nie zostały zapisane w budżecie na 2018 r. Wymaga to wyjaśnienia przed przedstawieniem przez rząd we wrześniu br. projektu budżetu państwa na 2018 r. – mówi dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Inwestycje

Zdaniem Konfederacji Lewiatan w założeniach do budżetu na 2018 r. powinna się znaleźć pogłębiona, rzetelna analiza ryzyk związanych z prognozowanym wzrostem inwestycji w 2017 oraz 2018 r. Bez niej wiarygodność założonego wzrostu nakładów brutto na środki trwałe (na poziomie 7,2 % w 2017 r. oraz 7,6% w 2018 r.) będzie niska. Osiągnięcie wzrostu inwestycji w 2017 r. na poziomie 7,2 proc., gdy w 1. kwartale br. inwestycje w dalszym ciągu spadały (o 0,4 proc.  r/r) wymagałoby bardzo silnego ich wzrostu w kolejnych kwartałach, a nic na to nie wskazuje.

Rynek pracy

Konfederacja Lewiatan zwraca uwagę, że poprawa sytuacji na rynku pracy została przedstawiona  tylko z jednego punktu widzenia – gospodarstw domowych i spożycia indywidualnego. Autorzy nie dostrzegają w ogóle problemu braku pracowników i jego wpływu na decyzje rozwojowe, w tym inwestycyjne przedsiębiorstw. Potrzebna jest analiza sytuacji na rynku pracy, w tym po wejściu w życie ustawy obniżającej wiek emerytalny, z punktu widzenia nie tylko wpływu na spożycie indywidualne, ale także z punktu widzenia wpływu na skłonność przedsiębiorstw do inwestowania. Tym bardziej, że inwestycje to tworzenie warunków dla wzrostu gospodarczego w średnim i długim okresie. Konsumpcja to wzrost bieżący.

Konsumpcja

Wzrost konsumpcji prywatnej o 3,5% w 2018 r., który ma być efektem poprawy sytuacji na rynku pracy, wymaga pogłębionej analizy. Autorzy założeń w ogóle nie odnoszą się do możliwego negatywnego wpływu na dynamikę spożycia indywidualnego zmniejszenia się liczby osób aktywnych zawodowo w wyniku obniżenia od października 2017 r. wieku emerytalnego. ZUS szacuje, że prawa do emerytury nabędzie w ten sposób jeszcze w 2017 r. ok. 330 tys. osób. A to oznacza, że dochody tych osób ulegną istotnemu obniżeniu, co nie pozostanie w 2018 r. bez wpływu na skłonność do konsumpcji. Nie ma analizy potencjalnego wpływu obniżenia wieku emerytalnego na konsumpcję prywatną, a jest ona niezbędna. w 2018 r.

Handel zagraniczny

– Konkurencyjność firm działających w Polsce, przede wszystkim firm z kapitałem zagranicznym, które w największym stopniu wpływają na wzrost eksportu, daje podstawy do prognoz wzrostu eksportu na poziomie 7,1% w 2017 r. i 6,4% w 2018 r. Tym bardziej, że sytuacja gospodarcza u głównych partnerów biznesowych w Europie, a także w krajach rozwijających się, poprawia się i jest szansa na utrzymanie wysokiej dynamiki sprzedaży poza granice Polski. Dyskusyjna jest natomiast prognoza wzrostu importu – 7,7% w 2017 r. oraz 6,9% w 2018 r. Rosnący popyt konsumpcyjny (nawet, jeśli wzrost w 2018 r. będzie niższy od zakładanego), przy niedostatecznych inwestycjach, będzie wpływał na silniejszy wzrost importu. A to oznacza, że wpływ eksportu netto na wzrost PKB może być w 2018 r. ujemny. W założeniach do budżetu na 2018 r. nie ma odniesienia się do możliwych konsekwencji dla wzrostu importu utrzymywania się ograniczonej skłonności przedsiębiorstw do inwestowania – dodaje dr Małgorzata Starczewska- Krzysztoszek.

Inflacja

Wątpliwości budzi także założenie dotyczące inflacji na poziomie 2,3% w 2018 r. Obserwacja dotychczasowych trendów w gospodarce światowej nie wskazuje na istotne przyspieszenie wzrostu gospodarczego na świecie, a tym samym
nie należy zakładać istotnego wzrostu cen paliwa i surowców. Nie widać także presji płacowej w polskiej gospodarce – przedsiębiorstwa podnoszą wynagrodzenia nie w wyniku nacisku pracowników, a w wyniku niewystarczającej podaży pracy. Nie jest zatem jasne, jakie czynniki zdecydowały o prognozie inflacji na 2018 r. na poziomie 2,3%.

Konfederacja Lewiatan postuluje zatem o uzupełnienie założeń do budżetu państwa na rok 2018 o analizę ryzyk, które mogą wystąpić w 2018 r. i mieć wpływ na finanse publiczne, w tym na możliwość zrealizowania planowanych wpływów budżetowych (które zostaną przedstawione w projekcie budżetu na 2018 r. we wrześniu br.).

 

Źródło: Konfederacja Lewiatan

 

Słabość dolara jest podtrzymywana, co obrazuje indeks dolarowy na pułapie najniższym od ponad roku. Jednocześnie wnioskując po zawartości kalendarza makroekonomicznego wtorkowa sesja powinna być najspokojniejsza w całym tygodniu, co w obliczu jutrzejszego posiedzenia FOMC sugeruje utrzymanie przez główne pary walutowe przedziałów wahań.

Kryzys polityczny i fala społecznych protestów dotyczących reformy sądownictwa unaoczniły inwestorom dobitnie, że w przypadku polskiej waluty zbyt szybko zapomniano o ryzyku politycznym. Poniedziałkowe spadki EUR/PLN są dowodem pewnej ulgi, ale uczestnicy rynku będą przez dłuższy czas kryzys polityczny utrzymywać w świadomości. Będzie on pretekstem by nad złotego faworyzować inne waluty regionu (już ostatnio złoty pozostawał w tyle za koroną czeską i forintem), lub też stanie się przesłanką do mocniejszego przeceniania rodzimej waluty, gdy globalne otoczenie zmieni się na mniej sprzyjające. Przed wybuchem ostatniego widzieliśmy ograniczony potencjał do umocnienia złotego. Teraz scenariusz zakładający utrzymanie aprecjacyjnej tendencji staje się w naszych oczach oczywiście jeszcze mniej prawdopodobny. Przy znanych perspektywach krajowej polityki pieniężnej zachowanie złotego jest pochodną tendencji globalnych, w tym
w znacznym stopniu odzwierciedleniem siły europejskiej (a zwłaszcza niemieckiej) gospodarki. Wczorajsze odczyty indeksów PMI wysyłają jasny sygnał, że choć nie ma powodów do zmartwień (w II kwartale dynamika PKB Eurolandu wyniosła naszym zdaniem przyzwoite 2 proc. rok do roku), to w drugiej połowie roku ożywienie w strefie euro nieco przygaśnie. W przypadku Niemiec indeksy PMI sugerują m.in. najsłabszą produkcję i najniższy wolumen nowych zamówień w przemyśle od stycznia. Nowe zamówienia w niemieckich usługach są na najniższym pułapie od niemal roku. Dzisiejszy odczyt Ifo, a zwłaszcza komponenta oczekiwań ma w tym świetle potencjał by przynieść spore rozczarowanie (a rynek oczekuje stabilizacji na bardzo wysokim poziomie). Pogorszenie danych byłoby impulsem do mniej optymistycznego spojrzenia na perspektywy nie tylko złotego, ale również wspólnej waluty i europejskich indeksów giełdowych, które już ostatnio zostały w tyle za innymi rynkami rozwiniętymi.

Przy bardzo optymistycznym podejściu ECB do perspektyw inflacji uczestnicy rynku powinni z założenia wykazać powinni dość daleko idącą cierpliwość względem informacji z gospodarki Eurolandu, ale wczorajsza dość nerwowa reakcja na rynku obligacji Niemiec po rozczarowującym PMI nie może przejść niezauważona.
W przestrzeni G-10 negatywnie postrzegamy perspektywy funta. Aprecjacyjne trendy AUD, CAD i NZD wypchnęły kursy na poziomy oderwane od fundamentów, co zagraża mocnymi korektami.

 

Materiał opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

 

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w czerwcu 2017 r. o 1,5 proc. r/r, a w stosunku do maja br. spadły o 0,2 proc. – podał GUS prezentując szybki szacunek wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych.

Inflacja zaczęła w czerwcu zwalniać, mimo że z reguły jest to miesiąc „nowalijkowy” (podobnie jak maj), w którym ceny żywności są nieco wyższe ze względu na początek sezonu owocowego i warzywnego. Tym razem wzrost cen żywności mógł być niższy, w tym także ze względu na wyższą bazę – w czerwcu 2016 r. ceny żywności wzrosły o 1,1 proc., podczas gdy w ciągu 5. miesięcy 2016 r. – jedynie o 0,6 proc.

Niższa dynamika cen towarów i usług konsumpcyjnych w czerwcu niż w pierwszych 5. miesiącach 2017 r. (średni wzrost o 2 proc.) wynika zapewne przede wszystkim z dość silnego spadku cen paliwa na rynkach światowych (z 52 USD  za baryłkę ropy, na 45 USD, z lekkim odbiciem do 48 USD w końcu czerwca), a także utrzymywania się spadku cen odzieży i obuwia. Niewykluczone, że obniżenie stawek roamingowych przez operatorów telekomunikacyjnych od 15 czerwca (do poziomu krajowego – konsekwencja wejścia zasad ustalonych przez UE) spowodowało także spadek cen na usługi łączności.

Dla pracowników do dobry sygnał, bo ich realne dochody będą wyższe niż na początku roku. Jeśli wynagrodzenia będą dalej rosły w tempie 5 proc. i więcej, na co wszystko wskazuje, a inflacja będzie się zmniejszała, to należy oczekiwać dalszej poprawy optymizmu konsumentów, a tym samym silnego wsparcia wzrostu PKB ze strony spożycia indywidulanego. Tylko, żeby inwestycje jeszcze chciały silniej ruszyć.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Trzy lata temu ropa Brent kosztowała ok. 110 dol. za baryłkę. Obecnie jest niemal o 60 proc. tańsza. O tym jak bardzo spadek cen tego surowca przyczynia się do ograniczenia wydatków państwa, firm i konsumentów w Polsce – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Według danych Eurostatu, Polska w 2016 r. sprowadziła z zagranicy ponad 177 mln baryłek ropy naftowej. Większość importu pochodziła z Rosji, skąd zakupiliśmy prawie 85 proc. niezbędnego do funkcjonowania gospodarki surowca. Rachunek, który wystawili nam eksporterzy „czarnego złota”, wyniósł 7,2 mld dol., co przełożyło się na średnią cenę baryłki na poziomie 40,64 dol.

Warto przede wszystkim zauważyć, że miniony rok był czwartym z kolei, kiedy nasz rachunek za ropę wyraźnie się zmniejszył. W 2012 r. zapłaciliśmy za nią prawie 20 mld dol. przy podobnym wolumenie importu. Dwa lata później było to 16,5 mld dol., a już w 2015 r. jedynie 9,5 mld dol.

Oszczędności wyglądają także spektakularnie, gdy wyrazimy je w złotym, nawet mimo osłabienia się w ostatnich latach polskiej waluty w relacji do amerykańskiej. W 2012 r. średni kurs dolara wynosił 3,25 zł. To oznacza, że koszt importu ropy w tamtym okresie sięgnął ok. 64 mld zł. W kolejnych latach było to 57 mld zł, 52 mld zł oraz 35 mld zł. W ub.r. natomiast za sprowadzony surowiec zapłaciliśmy ok. 28 mld zł, czyli prawie o połowę mniej niż dwa lata wcześniej.

Wiele korzyści i ograniczone straty

Bezpośrednie korzyści niższych cen ropy naftowej, a także paliw, stosunkowo szybko odczuli kierowcy. Dane Eurostat pokazują, że średnia cena benzyny bezołowiowej w 2012 r. wynosiła w Polsce 5,69 zł za litr. Trzy lata później było to 4,65 zł za litr, a w ub.r. przeciętnie gospodarstwa domowe płaciły za litr PB 95 4,34 zł.

Zestawiając informację o średniej cenie paliw z danymi GUS dotyczącymi ilości benzyny kupowanej przez Polaków (793 litry w 2015 r.) oraz posiadanej liczby samochodów napędzanych popularną „95” (7,31 mln), można obliczyć, że przeciętne korzyści na kierowcę wyniosły w 2015 r. ok. 800 zł, a rok później prawie 1,1 tys. zł.

Jeszcze więcej oszczędności uzyskało 3,3 mln kierowców, których auta są napędzane dieslem. W 2012 r. litr oleju napędowego (ON) kosztował 5,67 zł, trzy lata później 4,5 zł, a rok temu 4,11 zł. Ponieważ właściciele diesli kupują ok. 900 litrów ON rocznie, to w ich portfelach zostało w 2015 r. i 2016 r. odpowiednio po 1050 zł i 1422 zł.

Niższe koszty surowców energetycznych to nie tylko oszczędności dla kierowców oraz zwiększenie siły nabywczej gospodarstw domowych. Spadek cen ropy ma także praktycznie bezpośrednie przełożenie na poprawę bilansu handlowego, a więc i na wkład eksportu netto do PKB.

W ostatnich czterech latach rachunek Polski za ropę naftową zmniejszył się w sumie o ponad 80 mld zł w porównaniu do scenariusza utrzymania ich cen z 2012 r. Warto także zwrócić uwagę, że redukcja kosztów paliw ma szczególne znaczenie dla firm transportowych, budowlanych czy tych działających w sektorze rolniczym. Niższe ceny ropy oznaczają dla przedsiębiorców wyższe zyski i większą chęć do inwestycji.

Negatywne elementy związane ze spadkami cen surowców mogą natomiast objawiać się niższym popytem na towary i usługi ze strony państw eksportujących ropę naftową. W przypadku Polski negatywne skutki zdecydowanie ustępują pozytywnym. Na podstawie danych NBP w Raporcie o Inflacji z marca 2015 r. skumulowany dodatni efekt dla PKB w okresie 16 kwartałów, po trwałym obniżeniu kosztów ropy naftowej o 10 proc., można oszacować na ok. 0,35  pkt proc. Przy spadku w granicach 50-60 proc. powinniśmy więc otrzymać wartość ok. 2 pkt proc. PKB.

Pozytywne efekty powinny się utrzymać

Poza dotychczasowymi oszczędnościami dla krajowej gospodarki w wysokości ponad 80 mld zł, wyższymi odczytami PKB, czy wzrostem siły nabywczej gospodarstw domowych, jest też duże prawdopodobieństwo utrzymania się cen ropy na bieżących poziomach i podtrzymania pozytywnych efektów dla polskiej gospodarki.

Rewolucja łupkowa w Stanach Zjednoczonych zmieniła podział sił na globalnym rynku ropy naftowej. Kontrakty terminowe na ten surowiec wskazują, że jego cena w najbliższych kilku latach nie powinna przekroczyć przedziału 55-60 dol. Również coraz wyższa efektywność producentów w USA oraz ograniczony wzrost popytu globalnego sugerują, że koszt tego podstawowego surowca energetycznego utrzyma się blisko bieżących poziomów przynajmniej do końca obecnej dekady.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Okres wakacyjny ma swoje prawa na rynku kapitałowym. Aktywność inwestorów jest mniejsza, co przekłada się na względną łatwość w wygenerowaniu przesunięć indeksów. Z drugiej jednak strony inwestorzy otrzymują mniej impulsów i z czysto informacyjnego punktu widzenia nierzadko doświadczyć można niemałej posuchy.

W otoczeniu okres spokoju będzie przerwany wynikami spółek za kończący się w tym tygodniu II kw., ale lokalnie po ostatnich zmianach w terminach publikacji raportów okresowych uzbroić się będzie trzeba w większą cierpliwość. Zresztą ostatnie sesje dość wyraźnie pokazują, że uwaga przesunęła się nieco z parkietów akcyjnych na rynki walutowe i obligacyjne.

Pierwsze skrzypce wciąż grają słowa bankierów centralnych, spośród których najbardziej wypatrywane są te tyczące się ograniczenia europejskiego stymulusu monetarnego. Wpływa to na względną siłę waluty wspólnotowej, co lekko ogranicza konkurencyjność europejskich przedsiębiorstw, a to one miały być wynikowym prymusem w tym roku. Z kolei w przypadku obligacji głośno zrobiło się o wypłaszczeniu amerykańskiej krzywej rentowności. Na jej krótki koniec wpływają zwyżki stóp procentowych aplikowane przez FOMC, ale długi koniec pozostaje zakotwiczony przez powracający niczym bumerang paradygmat sekularnej stagnacji.

To bardzo istotna zmiana, gdyż jeszcze nie tak dawno inwestorzy wierzyli w możliwość wejścia globalnej gospodarki w długotrwały okres wzrostu, co wywierałoby odpowiednią presją na oczekiwania inflacyjne. Teraz jednak ta nadzieja przemija, co jest dość silnie skorelowane z kolejnymi porażkami Donalda Trumpa. Warto w tym miejscu wspomnieć, że we wtorek przesunięte zostało głosowanie nad kluczową dla republikanów ustawą o ubezpieczaniach zdrowotnych. Nakłada się na to fakt kontynuacji słabości sektora spółek technologicznych oraz pewne przesunięcie popytu w stronę defensywnych sektorów.

Sumarycznie rzecz biorąc każe to zachować długoterminową ostrożność wobec ryzykownych aktywów, choćby dlatego, że ostatni raz amerykańska krzywa rentowności była tak płaska w grudniu 2007 roku, czyli w okresie końca poprzedniej hossy. Oczywiście nie oznacza to, że już zaraz zacznie się okres dekoniunktury.
Wprost przeciwnie, z sezonowego punktu widzenia wakacyjny okres jest całkiem niezły, tyle że służy mu wiosenna korekta. W tym roku maj i czerwiec nie przyniosły jednak większych spadków, co może ograniczać potencjał letnich wzrostów. Tych wykluczyć jednak nie można i wydaje się, że do jesieni globalna koniunktura powinna się utrzymać na dobrym poziomie.

 

Autor: Łukasz Bugaj, CFA

Stoisz przed koniecznością wymiany waluty i chcesz wybrać właściwy moment? Niezwykle trudno przewidzieć, kiedy i jak zmienią się kursy. Warto jednak poznać czynniki, które znacząco wpływają na wahania notowań. Wprawdzie wiedza nie gwarantuje zysku, ale chroni przed popełnieniem błędów – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Przez siedem kolejnych miesięcy złoty zyskał do dolara aż 12 proc., a od grudnia 2015 r. funt stracił w relacji do polskiej waluty ok. 21 proc. Te przykłady pokazują, że zmiany bywają istotne, a wartość jednej z walut wyrażamy zwykle w zestawieniu z inną. Dlatego na początek przydatna staje się wiedza, jak układa się relacja inflacji (wzrostu poziomu cen w gospodarce) obu krajów. Wyższy poziom w jednym kraju w stosunku do drugiego wpływa, biorąc pod uwagę tylko ten czynnik, na deprecjację, czyli obniżenie wartości waluty.

Inflacja nie zawsze bywa groźna

Trzeba jednak zaznaczyć, że inflacja sama w sobie nie musi być zła, o ile utrzymuje się na stabilnym i oczekiwanym poziomie. Inflacja nie zawsze musi być też spowodowana czynnikami wewnętrznymi. Na wzrost cen mogą wpływać również czynniki spoza granic kraju. Zewnętrznym źródłem inflacji bywają np. wyższe ceny surowców energetycznych, w szczególności ropy. Ceny surowców energetycznych podlegają historycznie sporym wahaniom, podobnie jak ceny żywności. Dlatego też, aby móc lepiej ocenić zmianę poziomu cen w gospodarce, wyróżnia się inflację bazową, z której wyłączone są ceny produktów energetycznych oraz żywności.

Obecnie przyjmuje się, że inflacja ok. 2 proc. (plus/minus 1 proc.) jest zdrowa dla rozwoju gospodarki, pozwalając osiągać wyższe tempo wzrostu, bliskie potencjalnemu. W ostatnich latach jednak kraje rozwinięte (i nie tylko) borykały się z odwrotnym problemem – spadkiem inflacji, czyli deflacją. Ma ona o tyle negatywny wpływ, że ogranicza rozwój gospodarczy, powodując spadek tempa wzrostu PKB, a gorsza kondycja danego kraju to w efekcie słabsza waluta.

Banki centralne rozdają karty

Aby uniknąć negatywnego wpływu zbyt wysokiej inflacji lub deflacji, banki centralne krajów operują poziomem stóp procentowych w gospodarce. Wyższe stopy procentowe w danym kraju w stosunku do innego mogą powodować wzrost rentowności obligacji skarbowych.

Zachęca to inwestorów do lokowania kapitału w kraju o wyższych stopach procentowych. Efektem tego jest większy popyt na walutę kraju, do którego kapitał ten przypływa. Z podstawowych zasad ekonomii wiemy, że wyższy popyt wiąże się z wyższą ceną, stąd waluta w takim przypadku ulega aprecjacji, czyli wzrostowi wartości. Z kolei zbyt wysoki poziom stóp procentowych może negatywnie wpływać na gospodarkę.

Koszty kredytów stają się wyższe, ograniczając tym samym konsumpcję i inwestycje, a inflacja może być niższa od założonej (w Polsce 2,5 proc. plus/minus 1 proc.), co razem wpływa na ograniczenie rozwoju gospodarki. Z podobnym przypadkiem spotykamy się obecnie na świecie. Kryzys finansowy z 2007/2008 r. z USA spowodował, że tamtejszy bank centralny (Rezerwa Federalna) obniżył stopy procentowe do zera i rozpoczął program skupu obligacji, co w efekcie oznaczało po prostu „wpompowywanie” dolarów, by stymulować gospodarkę i wzrost cen. Obecnie program został zaniechany, a stopy procentowe zostały już dwa razy poniesione.

Ujemne stopy procentowe wprowadziły też bank centralny Japonii oraz Europejski Bank Centralny (EBC), odpowiedzialny za strefę euro i wspólną walutę. Ten drugi zareagował na kryzys kredytowy w strefie euro, który spowodował deflację i załamanie wzrostu gospodarczego. Obserwujemy już pozytywne efekty w postaci wyższej inflacji w strefie euro oraz przyspieszającego tempa wzrostu. Jednak ciągle ujemne stopy procentowe (banki muszą płacić za możliwość pożyczania pieniędzy EBC) oraz łagodna polityka monetarna w postaci programu skupu obligacji, wynoszącym kilkadziesiąt miliardów euro co miesiąc, powodują osłabienie się euro. Ujemne stopy procentowe w strefie euro najprawdopodobniej będą utrzymane do końca 2017 r.

Jaki jest tego efekt? Więcej euro na rynku i większa podaż wywierają presję na spadek wartości waluty. Stąd np. w stosunku do złotego, gdzie stopy procentowe w Polsce są relatywnie wyższe i wynoszą obecnie 1,5 proc., można domniemywać, że euro nie podrożeje w sposób znaczny.

Ważne, na co czekają znawcy rynku

Na wycenę waluty wpływają także oczekiwania co do jej przyszłej wartości. Eksperci opierają się w tej materii na aspektach politycznych i gospodarczych, uwzględniają zapowiedzi o zmianach stóp procentowych czy poziomu inflacji. W krótkim okresie to właśnie ten czynnik może decydować o znacznych wahaniach kursów walut.

Przykład z ostatnich miesięcy: wahania kursu dolara po wyborach prezydenckich w USA. Rynki wiązały z wyborem Donalda Trumpa nadzieje na obniżenie podatków, zwiększenie wydatków infrastrukturalnych czy uproszczenie systemu finansowego. Zanim odbyło się zaprzysiężenie nowego prezydenta, nie mówiąc o jakichkolwiek decyzjach, dolar osiągnął 13-letnie szczyty wartości wobec euro oraz 15-letnie w relacji do złotego.

Podobną sytuację można zaobserwować w strefie euro. Europejski Bank Centralny utrzymuje i prawdopodobnie utrzyma przez cały 2017 r. ujemne stopy procentowe oraz łagodną politykę monetarną. To samo w sobie osłabia euro, ale niska oczekiwana inflacja w bieżącym roku oraz kolejnym (poniżej dwuprocentowego celu EBC) uzasadnia rynkowe założenia, że EBC nie zaostrzy polityki monetarnej, gdyż nie będzie ku temu warunków. W efekcie powoduje to, że popyt na euro i potencjał aprecjacyjny są ograniczane.

Wiedza pomaga, gdy ryzyko kusi

Czy to wszystkie czynniki? Odpowiedź brzmi: nie. Istotny jest jeszcze np. bilans handlowy – różnica pomiędzy eksportem a importem. Ew. nadwyżka bilansu powoduje większy popyt na walutę – podmioty zagraniczne (konsumenci i przedsiębiorcy) kupują więcej dóbr w danym kraju. Stąd wynika konieczność wymiany waluty i wpływ na jej aprecjację. Nie mniej ważny wydaje się także dług publiczny państwa – im wyższy, tym większa niepewność inwestorów co do możliwości jego spłaty przez państwo.

Efektem tego może być wyprzedawanie aktywów danego kraju, w tym waluty, której wartość będzie spadała. Z długiem kraju wiąże się także rating nadawany przez agencje ratingowe. Daje on inwestorom pogląd na to, jak ryzykowny może być dług danego kraju, czyli jaką premię za ryzyko należy żądać. Odbija się to również na walucie, której wartość jest zmniejszana, aby uwzględnić większe ryzyko.

Składników wpływających na waluty można by znaleźć o wiele więcej, choć ich wpływ na kursy wymiany prawdopodobnie byłyby już nieco mniej istotny. To, jakie czynniki akurat w największym stopniu decydują o wartości danej waluty, może ulegać zmianie, zwłaszcza w krótkim okresie czasu. Dlatego ważne wydaje się przeanalizowanie wymienionych elementów nie tylko w przypadku dwóch krajów, których waluty zamierzamy wymieniać, ale także zapoznanie się ze stanem największych gospodarek na świecie, ponieważ mogą one decydować o globalnej sytuacji na rynkach.

Świadomość czynników, które w największym stopniu mogą wpływać na kursy walut, nie da gwarancji wymiany po najkorzystniejszym kursie. Jednakże, uwzględniając ostatnie wydarzenia na rynkach światowych i wahania kursów walut, znajomość tych elementów może pomóc podjęciu optymalnej decyzji o wyborze momentu wymiany waluty, a tym samym ograniczyć ryzyko straty.

 

Autor: Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl

 

Najnowsze dane NBP pokazują, że maj był kolejnym miesiącem, w którym wypłacaliśmy pieniądze z lokat bankowych. Polacy wycofali z nich 4 mld zł, a łącznie od lutego 2016 r. już ponad 20 mld zł. Expander zwraca uwagę, że obniżki oprocentowania lokat i wywołana nią fala wypłat dokładnie pokrywają się z momentem wprowadzenia podatku bankowego.

Choć ustawa zakazuje przerzucania kosztów podatku bankowego na klientów to w rzeczywistości pośrednio ich jednak dotyka. Istotne podwyżki marż kredytów hipotecznych banki wprowadziły już pod koniec 2015 r., czyli tuż przed wejściem ustawy w życie. Jeśli chodzi o lokaty, to obserwujemy natomiast powolny proces pogarszania się oferty. Do lutego 2016 r., czyli momentu wejścia w życie przepisów o podatku, średnie oprocentowanie wynosiło 1,7%-1,8%. Później systematycznie spadało i obecnie jest to ok. 1,4%. Należy też dodać, że w największych bankach ta wartość często nie przekracza 1%. Oprocentowanie jest więc już tak niskie, że cześć osób przenosi oszczędności z banków do funduszy inwestycyjnych czy na obligacje przedsiębiorstw. Inni po prostu trzymają pieniądze na podstawowym, nieoprocentowanym koncie bankowym.

Warto też zwrócić uwagę, że choć spadek oprocentowania nie jest bardzo duży, to suma wypłat (20 mld zł) już niemal dorównała tej z 2013 r., kiedy wypłacono prawie 24 mld zł. Wtedy jednak NBP obniżył stopy procentowe z  4,25% do 2,5%, a średnie oprocentowanie lokat z 3,5% do 2,3%. Tym razem efekt zniechęcenia potęguje jednak inflacja, która sprawia, że niemal wszystkie oferowane nam produkty przynoszą straty w ujęciu realnym. Przy prognozowanej inflacji na poziomie 2% i uwzględnieniu podatku od odsetek, oprocentowanie musiałby wynieść przynajmniej 2,47%, aby utrzymać realną wartość oszczędności. Tymczasem takich lokat już prawie się nie spotyka, nie licząc jednorazowych promocji dla nowych klientów.

W kontekście inflacji warto jednak pamiętać, że rezygnując z lokat i trzymając pieniądze na zwykłym, nieoprocentowanym rachunku tracimy jeszcze więcej. Najlepszym rozwiązaniem w obecnej sytuacji wydaje się więc polowanie na lokaty promocyjne lub korzystanie z innych rozwiązań, które pozwalają uzyskać wyższe zyski. Niekoniecznie muszą to jednak być inwestycje obarczone wysokim ryzykiem jak np. akcje czy fundusze akcji. Dla przykładu obligacje przedsiębiorstw będących w dobrej sytuacji finansowej mogą przynosić odsetki wynoszące 4% – 6% w skali roku.

 

Źródło: Lightscape

Ponad 551 złotych miesięcznie – tyle przeciętna para wydaje na utrzymanie mieszkania i jego wyposażenie. Koszty te wróciły na drogę wzrostu już prawie rok temu – wynika z szacunków Open Finance opartych o dane GUS.

Powoli zapominamy już o tym, że ceny mogą spadać. Już ponad pół roku temu GUS po raz ostatni poinformował o deflacji. Jej miejsce na dobre zajęła inflacja, czyli wzrost ogólnego poziomu cen dóbr i usług. Póki co nie mamy do czynienia ze skokowymi podwyżkami, ale i tak nasze koszty życia z miesiąca na miesiąc rosną.

Wzrost cen nie powinien przyspieszać

Prognozy sugerują, że w najbliższym czasie presja inflacyjna będzie spadać. To znaczy, że wzrost cen powinien hamować. Potwierdzają to zarówno najnowszy odczyt wskaźnika przyszłej inflacji (autorstwa BIEC), jak i projekcja inflacji przygotowywana przez Narodowy Bank Polski. To dobre wieści dla kredytobiorców, którzy dłużej cieszyć będą się niskim oprocentowaniem. Z drugiej strony posiadacze bankowych lokat wciąż nie mają co liczyć na to, że bankowcy zaczną oferować im wyżej oprocentowane lokaty.

Opłaty z mieszkanie rosną od 11 miesięcy

W przypadku kosztów składających się na utrzymanie dachu nad głową urząd uwzględnia koszty ogrzewania i nośników energii (odpowiadają za 40% kosztów związanych z mieszkaniem), a ponadto m.in. wydatki na dostarczenie mediów, odprowadzenie nieczystości, zakup mebli, AGD, środków czystości czy remontów.

Efekt? Od 11 miesięcy przeciętny koszt związany z „dachem nad głową” znowu zaczął rosnąć. W tym czasie wydatki per capita podniosły się z poziomu 271,7 zł do 275,5 zł ustanawiając tym samym historyczny rekord. To znaczy, że dwuosobowa rodzina musi wydać na mieszkanie średnio trochę ponad 551 zł miesięcznie.

Tylko maju br. wyraźnie podrożały: urządzenia AGD (o 0,4%), woda (o 0,3%) i usługi kanalizacyjne (o 0,2%). Mniej niż miesiąc wcześniej trzeba za to było płacić za opał (o 0,4%) – wynika z najnowszej publikacji GUS.

 

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Wzrost PKB – produktu krajowego brutto – Polski w 2017 r. przyspieszy i wyniesie 3,7 proc. w efekcie m.in. wzrostu inwestycji i napływu funduszy z UE – podano w projekcji NBP. Dodano, że inflacja wzrośnie, ale do końca 2019 r. nie przekroczy 2,5 proc.

Projekcja inflacji oraz PKB opracowywana jest przez Narodowy Bank Polski i przedstawia prognozowany rozwój sytuacji w gospodarce. Projekcja stanowi jedną z przesłanek, na podstawie których Rada Polityki Pieniężnej podejmuje decyzje o poziomie stóp procentowych NBP.

Projekcja przygotowywana jest trzy razy w roku i publikowana w marcu, lipcu i listopadzie.
Zdaniem autorów tegorocznego (marzec 2017) opracowania po przejściowym spowolnieniu wzrostu PKB w ubiegłym roku dynamika PKB wyraźnie przyspieszy. Przyczyni się do tego wzrost nakładów na środki trwałe, zarówno publicznych, jak i przedsiębiorstw, wspierany napływem środków z budżetu UE z nowej perspektywy finansowej na lata 2014 – 2020.

W projekcji podano też, że w 2017 r. zwiększy się dynamika konsumpcji prywatnej finansowanej rosnącymi dochodami gospodarstw domowych w efekcie poprawy sytuacji na rynku pracy oraz wdrożenia programu Rodzina 500 plus.

Z projekcji wynika, że rosnące ceny surowców energetycznych, energii elektrycznej oraz żywności przyczynią się do wzrostu inflacji, ale do końca 2019 roku nie przekroczy ona poziomu 2,5 proc. Zdaniem autorów jej wzrost będą ograniczać niska inflacja w strefie euro oraz aprecjacja złotego.

Podkreślono, że w 2017 r. wzrosną ceny żywności. Jak napisano, przyczyni się do tego głównie wzrost cen hurtowych warzyw na skutek znacznego spadku ich importu z Hiszpanii i Włoch w konsekwencji bardzo niekorzystnych warunków pogodowych w tych krajach.

Jednocześnie autorzy opracowania uspokajają, że wzrost cen żywności jest ograniczany silną konkurencją.
Przypomnijmy przy okazji, że PKB – produkt krajowy brutto to w ekonomii, jeden z podstawowych mierników efektów pracy społeczeństwa danego kraju stosowany w rachunkach narodowych. PKB opisuje łączną wartość dóbr i usług finalnych wytworzonych przez narodowe i zagraniczne czynniki produkcji na terenie danego kraju w określonej jednostce czasu.

Wzrost lub spadek realnego PKB oraz dynamika tych ruchów stanowi miarę wzrostu gospodarczego.
PKB jest wyznacznikiem wielkości gospodarki – jednak jest nie najlepszą miarą zamożności społeczeństwa, ponieważ nie uwzględnia liczby ludności. Z tego powodu jako miarę dobrobytu powszechnie używa się innego wskaźnika, którym jest PKB w przeliczeniu na jednego mieszkańca.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Pomimo faktu, iż istnieje niewielu przywódców, którzy zgodziliby się z przerażającą decyzją prezydenta Trumpa z zeszłej nocy, akcje zbliżają się do swoich rekordowo wysokich notowań. Wiemy, że Elon Musk i Bob Iger opuścili radę doradczą Trumpa, ale tego można się było spodziewać. Tym razem jednak, wielcy bankierzy zwrócili się przeciwko niemu. Prezesi JP Morgan i Goldman Sachs zdecydowanie sprzeciwiają się wycofaniu Stanów Zjednoczonych z paryskiego porozumienia COP21. Lloyd nawet użył swojego pierwszego tweeta w historii, aby wyrazić swój sprzeciw.

Bardzo dziwna jest sytuacja z dzisiejszego poranka, albowiem rynki kontynuują swój wzrost. Wall Street zareagowało na deklaracje Trumpa w taki sposób, że wszystkie trzy główne indeksy osiągnęły rekordowy poziom. W cudacznym pokazie pt. „wiódł ślepy kulawego”, azjatyckie rynki również rosną, na czele z Nikkei atakującym 20 tysięcy po raz pierwszy od 2015 roku. Nietypowym jest nawet to, że jedynym przeciwstawiającym się trendowi rynkiem są Chiny. Dziwne, ponieważ gdy teraz Stany Zjednoczone nie wchodzą w rachubę, Chiny postrzegane są jako lider innowacji w zakresie zielonej energii.

Wygląda na to, że Theresa May wzięła do siebie ostatnie sondaże. Media kontynuują swoje dochodzenie, dlaczego nie uczestniczy w żadnej z otwartych debat, a premier wyraźnie pokazuje oznaki strachu.  W ciągu ostatnich 12 godzin nie wydano żadnych znaczących sondaży, dlatego z niecierpliwością oczekujemy następnych.  Jeżeli Partii Pracy uda się zdobyć dalsze poparcie lub nawet przejąć prowadzenie w sondażach, na pewno funt zacznie reagować na tę sytuację. Jak do tej pory, kurs GBP/USD był raczej odporny na wieści o wyborach od czasu ich ogłoszenia 18 kwietnia, ale nigdy nie wiadomo, kiedy się to zmieni.

Wydaje się, że tak wiele się wydarzyło w przeciągu ostatniego miesiąca. Dzisiejsze ogłoszenia ze Stanów Zjednoczonych w sprawie miejsc pracy mają ukazać się obiecujące. Rynek pracy w Stanach spisuje się dobrze, a zaufanie przedsiębiorstw rośnie pod rządami Donalda Trumpa. Oficjalna stopa bezrobocia wynosi tylko 4,4% w tym momencie. Analitycy spodziewają się, że dodano w maju łącznie 180 do 185 tysięcy miejsc pracy. Ostateczna liczba zostanie opublikowana o 8:30 na Wall Street i powinna mieć należny sobie wpływ na końcowy stan rynków w tym tygodniu. Jeżeli liczba wyjdzie tak, jak się tego spodziewano, reakcja dolara amerykańskiego będzie prawdopodobnie krótkotrwała, z kilkoma zwyżkami na niektórych z głównych par walutowych.

W tym momencie to Fed kieruje dolarem. Istnieją wysokie oczekiwania, że zwiększą oni stopy procentowe 14 czerwca, a dzisiejsze ogłoszenie prawdopodobnie nie spowoduje żadnych wahań, chyba że będzie ono dużo słabsze, niż się tego spodziewano. Teraz Fed obawia się tylko inflacji, która nie zachowuje się według ich obecnego modelu. Kolejna ocena inflacji będzie miała miejsce w czwartek, na około 5 godzin przed decyzją o oprocentowaniu.

 

 

Autor: Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Wczoraj zakończył się miesiąc maj, co wymuszała pewne podsumowania. Na arenie globalnej miniony miesiąc zapisał się nadzwyczaj spokojnie i wzrostowo. Zyskało zarówno spektrum rynków rozwiniętych, jak i rozwijających się. Zwyżka była nawet większa w przypadku parkietów z krajów wschodzących, do czego po części przyczynił się słabszy dolar. Uwagę z pewnością zwracała niska zmienność, którą zakłóciły nieliczne politycznie inspirowane wyjątki, które swoje źródło miały w Brazylii i USA. Na tym froncie nową oazą stabilności okazała się kontynentalna Europa, której animuszu dodał przyjęty z dużą ulgą wynik wyborów prezydenckich we Francji. Na tle gospodarczym wiele się nie zmieniło i wiara w globalne ożywienie pozostaje w mocy, choć pojawiły się na niej pierwsze, jak na razie ignorowane, rysy. Chodzi głównie o reflację, którą coraz bardziej kwestionują napływające dane. Warto spojrzeć na podane jedynie w tym tygodniu dane odnośnie do inflacji, które jednym chórem obniżają loty, i to nierzadko w tempie większym od oczekiwań. Jeżeli dodamy do tego zadyszkę cen surowców, to może się okazać, że inflacyjna historia najlepsze dni może mieć już za sobą. W tym kontekście piąty z rzędu wzrostowy miesiąc dla rynków wschodzących i aż siódmy dla giełd rozwiniętych można uznać za zaawansowany etap dyskontowania dobrze już rozpoznanych i nazwanych trendów w gospodarce. Tak długa wzrostowa seria nie była obserwowana od ponad dekady, co samo w sobie powinno dawać do myślenia. Niejako pod prąd tym globalnym trendom szła GPW. Na rynku szerokim dalej postępowała korekta, która rozpoczęła się de facto już w marcu. Indeks cenowy całego rynku od szczytu z początku marca skorygował się o 6% i oddał dokładnie połowę wzrostów rozpoczętych z końcem minionego roku. Publikowane przez spółki wyniki niejako już tradycyjnie były bardzo zróżnicowane, ale co do zasady nie można je podsumować określeniem boomu gospodarczego, do czego wzrost PKB o 4% może zachęcać. Lepiej na wynikowym froncie poradziły sobie największe spółki, ale one miały w tym względzie łatwiej z uwagi na nisko zawieszoną poprzeczkę sprzed roku. Zresztą sam WIG20 z pewnym opóźnieniem do rynku szerokiego również wszedł w korektę i pod tym względem negatywnie wyróżniał się na tle koszyka rynków wschodzących. Symptomatyczne było to, że w tym tygodniu JP Morgan zweryfikował swoje wcześniejsze negatywne nastawienie do polski akcji, a te najwyraźniej zakończyły już etap nadrabiania wcześniejszych zaległości wobec innych rozwijających się parkietów.    

Autor: Łukasz Bugaj, CFA, Analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Statystyki dotyczące rynku nieruchomości od kilkunastu miesięcy sygnalizują wysoką dynamikę wszystkich jego parametrów, za wyjątkiem cen. Szczególnie dużym zainteresowaniem cieszą się zakupy mieszkań w celach inwestycyjnych. Nabywcy liczą głównie na korzyści z najmu, ale im takich transakcji więcej, tym o wysokie zyski może być trudniej.

Ubiegły rok był rekordowy w historii pod względem liczby mieszkań w budowie oraz oddanych do użytkowania przez deweloperów. W 2016 r. wydano najwięcej pozwoleń na budowę od 2008 r. i najwyższa od tamtego czasu była liczba rozpoczętych budów. Dane za pierwszy kwartał obecnego roku wskazują na kontynuację tendencji wzrostowej w niemal wszystkich z tych kategorii i na bardzo wysoką dynamikę w porównaniu do pierwszych trzech miesięcy 2016 r. Wszystko więc wskazuje na to, że ubiegłoroczne rekordy zostaną pobite. Im dłużej trwa ten boom, tym częściej pojawia się pytanie kiedy i w jaki sposób się zakończy. Odpowiedź na nie jest szczególnie istotna dla tych, którzy kupili mieszkania w celach inwestycyjnych oraz tych, którzy nad taką decyzją się zastanawiają. Choć trudno o dokładne dane, szacuje się że około jedna trzecia transakcji ma na celu nie zaspokojenie własnych potrzeb mieszkaniowych, a korzystne ulokowanie kapitału. Oznaczałoby to, że w ubiegłym roku było to około 24 tys. mieszkań. Skoro zaś ceny nieruchomości od kilku lat pozostają na stabilnym poziomie i nie wykazują tendencji wzrostowej, można sądzić, że nabywcy zamierzają zarabiać na wynajmie kupionych lokali. Sięgająca 4-5 proc. rentowność najmu jest głównym magnesem, przyciągającym kapitał na rynek nieruchomości już od dłuższego czasu. Przyciągającym tym silniej, im dłużej stopy procentowe utrzymują się na rekordowo niskim poziomie, a co za tym idzie, odsetki na bankowych lokatach topnieją do symbolicznych wartości, sięgających średnio 1,5-1,6 proc. Ostatnio siłę przyciągania potęguje dodatkowo powrót inflacji, która powoduje że pieniądze trzymane w banku tracą na wartości w ujęciu realnym i nie zanosi się na rychłą zmianę tego stanu rzeczy.

Skoro jednak tak dynamicznie zwiększa się podaż mieszkań w celach inwestycyjnych, w tym głównie z przeznaczeniem na wynajem, warunkiem utrzymania się atrakcyjnej stopy zwrotu jest podobna tendencja po stronie popytu na oferowane lokale. Z jej oceną jest jednak pewien problem. W Polsce udział najmu w zaspakajaniu potrzeb mieszkaniowych wynosi zaledwie kilka procent, podczas gdy w niektórych krajach europejskich sięga on nawet 50 proc. Optymiści z tego porównania wyciągną wniosek o dużym potencjale wzrostu na naszym rynku, zaś pesymiści będą powątpiewać w jego wzrost, posiłkując się argumentem dotyczącym preferencji Polaków do posiadania lokum na własność. Sytuację mogłoby zmienić zmniejszenie się możliwości dokonania zakupu, czyli wzrost cen mieszkań lub obniżenie się dostępności kredytu oraz zmiana preferencji, polegająca na wzroście popularności najmu, szczególnie wśród przedstawicieli młodszego pokolenia. Kolejne dwa czynniki, mogące mieć wpływ na sytuację na rynku, to rządowy program budowy mieszkań na wynajem oraz procesy migracyjne. Program Mieszkanie Plus z jednej strony zwiększy podaż lokali oraz może wywrzeć pewną presję na obniżenie stawek najmu, ale z drugiej strony przyczyni się do popularyzacji tej formy zaspakajania potrzeb mieszkaniowych, czyli pozytywnie wpłynie na rozwój rynku najmu. Jego oddziaływanie ograniczone jednak będzie przede wszystkim do mniejszych miejscowości oraz do osób o mniejszych możliwościach finansowych, a podaż będzie się koncentrować na mniej atrakcyjnych lokalizacjach, a więc wpływ ten będzie odczuwalny tylko niektórych segmentów rynku. Pojawienie się kilkuset dodatkowych mieszkań w niewielkiej miejscowości może istotnie zaburzyć rynek najmu, natomiast w większym mieście wpływ będzie niedostrzegalny.

Procesy demograficzne oraz sytuacja na rynku pracy będą wzmacniały już widoczną tendencję do napływu do Polski obywateli innych państw, głównie ościennych. Obecnie liczbę pracowników z Ukrainy i Białorusi szacuje się na 1,2-1,5 mln osób. Ta rosnąca rzesza będzie poszukiwać mieszkań na wynajem. Nie należy również zapominać o konsekwencjach wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej oraz przyciągania inwestycji zagranicznych. Proces ten także będzie powodował wzrost zapotrzebowania na lokale do wynajęcia, częściowo ze strony osób powracających do Polski, a częściowo ze strony pracowników przenoszonych do naszego kraju zagranicznych firm.

Przede wszystkim pamiętać trzeba, że na efektywność inwestycji w nieruchomości decydujący wpływ mają czynniki specyficzne, a więc przede wszystkim lokalizacja i standard dostosowany do potrzeb lokalnego rynku. Dobre rozpoznanie tych czynników gwarantuje sukces, czyli możliwość osiągnięcia atrakcyjnych stawek oraz zapewnienie ciągłego wykorzystania posiadanego lokalu. Coraz większego znaczenia nabiera korzystanie ze zorganizowanych form inwestycji w lokale na wynajem, pozwalających nie tylko na zwiększenie stóp zwrotu i efektywności inwestycji poprzez optymalne wykorzystanie jej potencjału, ale także na minimalizację bezpośredniego zaangażowania inwestora w obsługę z tym związaną. Ma to istotne znaczenie przede wszystkim w przypadku najmu krótkoterminowego, pozwalającego osiągać ponadprzeciętne stopy zwrotu, zwiększając także geograficzny zasięg działalności inwestora, który korzystając z tej formy nie musi ograniczać się do wyboru inwestycji zlokalizowanych w pobliżu jego miejsca zamieszkania.

Autor: Tomasz Bocian, Dyrektor ds. Nieruchomości GERDA BROKER

 

Poszukujący zysków posiadacze oszczędności coraz wyraźniej kierują swoje zainteresowanie na rynek obligacji. Oprócz papierów skarbowych, dostrzegają zalety obligacji firm, oferujących znacznie wyższe oprocentowania, ale także i zdecydowanie większe możliwości wyboru.

Wszystko wskazuje na to, że coraz większe grono posiadaczy oszczędności skłania się do poszukiwania lepszych możliwości niż oferowane przez banki na lokatach. Najbardziej odważni szukają szansy na giełdzie, dysponujący większymi zasobami korzystają z rynku nieruchomości, ale dynamicznie rośnie także zainteresowanie rynkiem papierów dłużnych. W ciągu pierwszych trzech miesięcy roku Polacy kupili obligacje skarbowe za prawie 1,4 mld zł, co stanowi wynik najwyższy od 2008 r. Zachęca do nich niskie ryzyko, ale odsetki są niewiele wyższe niż w przypadku bankowej oferty. O tym, że oczekiwania są większe, świadczy sięgający w pierwszym kwartale aż 1,2 mld zł napływ kapitału do funduszy inwestycyjnych, specjalizujących się w obligacjach przedsiębiorstw. Według Analiz Online, firmy monitorującej rynek funduszy, to o 100 mln zł więcej niż w całym ubiegłym roku. Tak duża dynamika z pewnością nie jest dziełem przypadku i wskazuje na wzrost aktywności oszczędzających, zniecierpliwionych utrzymującymi się na rekordowo niskim poziomie stopami procentowymi i symbolicznymi odsetkami w bankach, które nie są w stanie ochronić kapitału przed powracającą inflacją. Najlepsze fundusze papierów korporacyjnych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy osiągnęły stopy zwrotu przekraczające 4 proc., a wyniki powyżej 3 proc. to bardziej reguła niż wyjątek. Wartość aktywów zgromadzonych w tego typu funduszach sięgała na koniec marca prawie 19 mld zł, a w ciągu dwunastu miesięcy zwiększyły się one o blisko 19 proc. Na tę kwotę składają się także kapitały instytucji finansowych, ale do tej formy przekonują się coraz liczniej także posiadacze oszczędności. Fundusze mają znacznie większe niż inwestorzy indywidualni możliwości skonstruowania zdywersyfikowanego portfela papierów dłużnych oraz zarządzania nim, odpowiednio do zmian warunków rynkowych. Ich zaletą jest obniżenie poziomu ryzyka, ale odbywa się to kosztem ograniczenia wysokości osiąganych zysków. Wynika to także z faktu, że fundusze dysponujące znacznymi kapitałami nie interesują się z reguły emisjami wysokodochodowych obligacji mniejszych firm, choć w tym gronie można znaleźć wiele interesujących możliwości. Na rynku ofert publicznych dominują obligacje deweloperów, firm windykacyjnych oraz banków i instytucji świadczących usługi finansowe (firmy pożyczkowe, zajmujące się faktoringiem itp.). Wbrew pozorom, indywidualni inwestorzy także mają spore możliwości samodzielnego skonstruowania zróżnicowanego portfela obligacji korporacyjnych, nie posiadając ograniczeń typowych dla funduszy. To właśnie wśród małych ofert można znaleźć firmy z różnych branż i o różnym profilu ryzyka. Ograniczając się tylko do ostatnich miesięcy, można wymienić choćby emisję Uniserv-Piecbud, specjalistycznej firmy budowlanej, producenta i dystrybutora gier komputerowych Vivid Games, Columbus Energy, specjalizującą się w montaży ogniw fotowoltaicznych, dystrybutora sprzętu sportowego Bikershop, czy świadczącej usługi kadrowe i outsourcingu procesów biznesowych spółki Loyd. W przypadku każdej z nich można liczyć na odsetki sięgające 8-9 proc. Tego typu ofert z pewnością nie zabraknie w przyszłości i mogą cieszyć się dużą popularnością, tym bardziej, że wciąż brakuje dużych ofert publicznych.

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

W ciągu dekady Polacy podwoili kwotę swoich oszczędności do 1,2 bln zł. Aż 59 proc. tych środków ulokowanych jest w bankach. Pomimo bardzo niskiego oprocentowania depozytów, Polacy nadal stronią od produktów inwestycyjnych. Czy to wciąż konsekwencja kryzysu sprzed dziewięciu lat? Już czas, aby pozwolić pieniądzom zarabiać. Rynek jest dzisiaj w zupełnie innym miejscu niż w 2008 r.

Historia rynku funduszy inwestycyjnych zatoczyła koło. Na koniec 2016 r. towarzystwa funduszy inwestycyjnych (TFI) zarządzały aktywami o wartości  147,4 mld zł. To niemal tyle samo co w grudniu 2007 r. Pod względem wartości napływów do TFI ubiegły rok był najlepszy w całej 25-letniej historii branży inwestycyjnej w Polsce.

Na koniec 2007 r. Polacy trzymali w funduszach 16 proc.  swoich środków. Na depozytach procentowało wówczas 38,6 proc. wszystkich oszczędności. Potem przyszedł kryzysowy 2008 r. niemalże demolując rynek TFI. Wartość aktywów w ciągu roku skurczyła się aż o 45 proc. do 73,7 mld zł, głównie przez spadek cen aktywów na rynkach finansowych, ale w dużej mierze również wskutek gwałtownej ucieczki klientów z funduszy, którzy umorzyli jednostki uczestnictwa o wartości 25,8 mld zł.

Inflacja zjada oszczędności

Mówi się, że pamięć inwestora wynosi 5 lat. Po tym czasie zapomina on o poniesionych wcześniej stratach i powraca do aktywnej gry na rynku. Czy w Polsce okres rekonwalescencji będzie trwał  dużo dłużej? – Rynek funduszy powoli odbudowuje się, ale szok kryzysu sprzed blisko dekady wciąż skutecznie powstrzymuje wielu przed odważniejszym inwestowaniem pieniędzy, od lat wybierają oni wyłącznie bezpieczne depozyty – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej w Deutsche Bank. Na koniec 2008 r. udział funduszy w oszczędnościach gospodarstw domowych wyniósł tylko 6,3 proc., a depozytów 49 proc. Łączna wartość wolnych środków do dyspozycji (gotówka, rachunki bieżące, terminowe, fundusze krajowe i zagraniczne, bony oraz obligacje) wyniosła wówczas 680 mld zł.- W ciągu dziewięciu lat Polacy podwoili swoje oszczędności. Szybciej jednak rosła wartość depozytów niż środków wpłaconych do funduszy inwestycyjnych – wyjaśnia Monika Szlosek.

Na koniec III kwartału 2016 r. oszczędności miały wartość 1 228 mld zł. Ich struktura zmieniła się tylko nieznacznie. W funduszach trzymamy 10,6 proc. kapitału. Na lokatach spoczywa aż 59 proc. oszczędności. Przy czym, jak pokazują dane NBP, mniej niż połowa z nich faktycznie pracuje. 322 mld zł Polacy wpłacili na lokaty terminowe. 401 mld zł znajduje się na depozytach bieżących, symbolicznie oprocentowanych lub nieoprocentowanych w ogóle.

Zresztą odsetki od terminowych lokat również spadły do bardzo niskich poziomów i w III kwartale 2016 r. wyniosły 1,4 proc. Przy tak niskich zyskach depozyt przestał pełnić funkcję, jaką z powodzeniem pełnił od czasu kryzysu: ochrony kapitału przed inflacją. W tym roku po raz pierwszy od lat inflacja wyprzedziła odsetki z lokat. W styczniu ceny wzrosły do 1,8 proc., czyli powyżej średniej oprocentowania dla lokat na krótkie terminy, które według NBP wnosi 1,7 proc. (więcej niż dla lokat o dłuższym terminie zapadalności).

Mówiąc obrazowo, jeśli ktoś trzyma w gotówce 1000 zł, to realna wartość pieniędzy jest o 18 zł mniejsza niż przed rokiem. Jeśli ktoś wpłacił środki na lokatę, to przyniosła mu ona około 15 zł odsetek. Zatem pieniądze na lokacie również nie zachowały wartości sprzed roku – mówi Monika Szlosek, ekspertka Deutsche Bank.

Lepiej z inflacją radzą sobie fundusze inwestycyjne, choć nie wszystkie. Według serwisu analizy.pl wszystkie fundusze polskie (publiczne i niepubliczne) wypracowały w 2016 r. zwroty w wysokości 6,7 proc. Najlepiej zachowywały się aktywa niepubliczne, gdzie wzrosty wyniosły 5,6 proc. O 2,9 proc. wzrosła wartość funduszy absolutnej stopy zwrotu, a funduszy obligacji o 2,2 proc. Fundusze gotówkowe zyskały 2,2 proc., pod kreską znalazły się fundusze akcji: -14 proc. oraz mieszane -7,8 proc.

Dobór właściwego miksu

Są to jednak dane uśrednione, mocno spłaszczające obraz rynku. Obecnie dobre fundusze osiągają wyniki często lepsze niż w 2006 r., kiedy fundusze akcyjne, uniwersalnej strategii osiągały 40-procentowe dynamiki, a fundusze akcji małych i średnich firm +70 proc. Najlepsze krajowe fundusze surowcowe osiągnęły w ostatnich 12 miesiącach wzrosty rzędu 80 proc. a najlepsze strategie inwestycji w krajowe „MiŚ-ie” przyniosły zwroty w wysokości 46 proc.

Po przeciwnej stronie mamy oczywiście fundusze osiągające niższe lub nawet ujemne dynamiki. Obraz rynku jest złożony, oferta jest jednak bardzo bogata, a historia inwestycji na tyle długa, że można wybrać produkt o najbardziej satysfakcjonujących nas parametrach, pamiętając o odpowiedniej dywersyfikacji portfela i takim doborze aktywów, który w przypadku strat w jednej kategorii, może pozwolić na zysk w innej – mówi Monika Szlosek. – Pomocna może być platforma db Navi, która ułatwia porównanie i selekcję funduszy, a następnie budowę portfela zgodnie z indywidualnymi oczekiwaniami inwestora. Informacje na temat poszczególnych funduszy, przejrzyste kryteria porównywania i prezentacja w formie wykresów pomagają dokonać świadomego wyboru – wyjaśnia ekspertka Deutsche Bank.

Główna obawa związana z inwestowaniem w fundusze wynika z lęku przed powtórką z 2008 r., kiedy jednostki funduszy straciły blisko połowę wartości. – Trzeba jednak pamiętać, że inwestorzy lokowali wówczas pieniądze głównie na niebywale rosnącym rynku akcyjnym. Dzisiaj oferta funduszy jest bez porównania bogatsza i obejmuje wiele różnorodnych aktywów, zachowujących się odmiennie w tych samych warunkach ekonomicznych – tłumaczy Monika Szlosek.

Strategia inwestowania w jedno aktywo obarczona jest dużym ryzykiem poniesienia straty. Jeśli np. ktoś na fali „gorączki złota” zainwestował w instrumenty rynku metali szlachetnych pod koniec ubiegłego roku, naraził się na niemały stres, bo wyniki wcale nie były tak oczywiste jak na początku roku. Jeśli ktoś wybrał i złoto i aktywa firm surowcowych, których ceny poszły w ostatnich miesiącach istotnie w górę, zbudował bardziej zrównoważony portfel.

Aktywne zarządzanie portfelem i dywersyfikacja inwestycji jest podstawą sukcesu indywidualnego inwestora. Dzięki szerokiej ofercie i dużemu wyborowi funduszy, nie tylko krajowych,  ale także zagranicznych oferujących inwestycje w polskiej walucie oraz euro czy dolarze, nasi klienci mają możliwość  zbudowania  portfela najlepiej dopasowanego do ich potrzeb – komentuje Monika Szlosek z Deutsche Bank.

Z danych Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami wynika, że największą popularnością wśród inwestorów na początku tego roku cieszą się fundusze absolutnej stopy zwrotu: trafiła do nich co trzecia złotówka z 1,5 mld zł jakie w lutym trafiło na rynek funduszy, 300 mln zł pozyskały fundusze akcyjne. To dwa razy większa suma niż w styczniu. Fundusze dłużne przyciągnęły 400 mln zł dodatkowych środków. Pieniądze płynął do funduszy na fali hossy, która ogarnęła polski rynek akcyjny. W lutym WIG zyskał 5,6 proc. i był to najlepszy wynik ze wszystkich indeksów na świecie.

Komentarz:  Monika Szlosek z Deutsche Bank

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły 1. kwartale 2017 r. o 2,0 proc. w stosunku do 1. kwartału 2016 r. – podał GUS.

W 1. kwartale 2017 r. ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły o 2 proc. w stosunku do 1. kwartału 2016 r. W 2/3 na inflację wpływ miał wzrost cen żywności (w ciągu 3. miesięcy br. o 3,7 proc.) oraz paliwa do prywatnych środków transportu (o 18,6 proc.). Gdyby nie spadki cen odzieży i obuwia oraz opłat związanych z łącznością, wpływ ten byłby na poziomie blisko 80 proc. Podobnie zatem jak w okresie od lipca 2014 r., gdy to obniżające się ceny żywności i paliwa wprowadziły polską gospodarkę w okres deflacji, tak od grudnia 2016 r.  ich wzrost jest przyczyną powrotu do inflacji.

Wzrost cen, w tym szczególnie wzrost cen żywności przekłada się bezpośrednio na wszystkie gospodarstwa domowe, ich realne dochody. W 1. kwartale 2017 r. wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 pracowników wzrosły prawdopodobnie o 4,1 proc. Inflacja ograniczyła ich realny wzrost do nieco ponad 2 proc. Jeżeli porównamy to z 2016 r., zobaczymy że to znacznie mniej niż rok wcześniej. W 2016 r. wynagrodzenia w firmach 10+ wzrosły co prawda w mniejszym stopniu, bo o 3,8 proc., ale dzięki deflacji ich siła nabywcza była wyższa. Realny wzrost wynagrodzeń wyniósł prawie 4,5 proc.

Jeśli pracownicy chcieliby utrzymać taki poziom realnego wzrostu dochodów z pracy (4,5 proc.), o czym mogą przecież myśleć, bo pracodawcy informują o coraz większym braku ludzi do pracy, to przy inflacji 2 proc. nominalny przeciętny wzrost wynagrodzeń powinien wynieść w 2017 r. co najmniej 6,5 proc. Można spodziewać się nawet takiego wzrostu wynagrodzeń – w ostatnim kwartale 2017 r., gdy z rynku pracy wycofa się dodatkowo ponad 300 tys. osób korzystając z obniżenia wieku emerytalnego. A tak silny wzrost wynagrodzeń w konsekwencji przełoży się na inflację. Wszystko zatem wskazuje, że w 2017 r. będzie ona bliższa celowi inflacyjnemu, niż założonemu w budżecie na ten rok poziomowi 1,3 proc.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Zgodnie z wcześniejszym wstępnym szacunkiem GUS, wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych wzrósł w porównaniu do marca ubiegłego roku o 2 proc. Niższą niż w lutym inflację zawdzięczamy słabszemu wzrostowi cen żywności, która podrożała o 3,4 proc. (miesiąc wcześniej wzrost wyniósł 4,3 proc.) oraz mniejszej dynamice cen transportu oraz paliw. W marcu paliwa wciąż były droższe o 18,1 proc. niż rok wcześniej, ale w lutym ta różnica wynosiła aż 21,2 proc. Podobnie jak miesiąc wcześniej, o 5,5 proc. tańsze były odzież i obuwie oraz usługi związane z łącznością.

Obniżenie się dynamiki wzrostu cen towarów i usług konsumpcyjnych do 2 proc. w marcu, wobec lutowego skoku o 2,2 proc., nie oznacza jeszcze pożegnania z wysoką inflacją. Choć w najbliższych miesiącach zmniejszać się będzie podbijający ją efekt statystyczny, wynikający z niskiej bazy odniesienia cen ropy naftowej sprzed roku, to na znaczeniu zyskiwać będą inne czynniki, związane z notowaniami innych surowców, cenami żywności i presją płacową wynikającą z sytuacji na rynku pracy. Być może wskaźnik inflacji w najbliższym czasie nie przekroczy trwale poziomu z lutego i nie zbliży się do 2,5 proc. ale nie należy się też raczej spodziewać, że zejdzie w kierunku 1,5 proc. Jeszcze przez jakiś czas utrzymywać się będą wysokie ceny żywności. Według szacunków Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, w czerwcu mogą one być o 4-5proc. wyższe niż w grudniu 2016 r., a ich sezonowy spadek odczujemy dopiero latem. Po zmianie przez GUS składu inflacyjnego koszyka, zwiększył się w nim udział żywności, której ceny, zdaniem ekspertów będą jednak wyraźnie wyższe niż w 2016 r. Nie należy też zapominać o wpływie, jaki na inflację ma kondycja złotego. Od początku roku do końca marca, nasza waluta wyraźnie umacniała się wobec dolara, powodując że importowane towary i surowce były tańsze. W dwóch poprzednich latach mieliśmy do czynienia z sytuacją, gdy po wiosennym umocnieniu, złoty tracił jednak sporo na wartości. Gdyby teraz ten scenariusz się powtórzył, ponownie zwiększyłaby się inflacyjna presja.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Lokaty trzymiesięczne i roczne są najniżej oprocentowane w historii – wynika z najświeższych danych NBP. Tylko najwyżej oprocentowane oferty depozytów i kont oszczędnościowych pozwalają liczyć na zyski. Niestety w przypadku przeciętnego produktu inflacja szybciej pochłania wartość kapitału niż banki zdążają dopisywać odsetki – wynika z szacunków Open Finance.

0,4% – tyle po uwzględnieniu inflacji i podatku można stracić na rocznej lokacie założonej w lutym – wynika z szacunków Open Finance opartych o najświeższe dane NBP. Nie jest oczywiście tak, że oprocentowanie proponowane przez banki jest ujemne, ale po uwzględnieniu podatku i prognoz dotyczących inflacji trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – banki naliczają dziś odsetki wolniej niż inflacja pochłania wartość zdeponowanego w banku kapitału.

Przykład? Przeciętna roczna lokata założona w lutym oprocentowana była na 1,62%. Przy depozycie na 10 000 zł oznacza to odsetki w kwocie 162 zł. Niestety nie cała ta kwota trafi na konto deponenta. Najpierw po 19% z tego zysku rękę wyciągnie fiskus zostawiając deponentowi skromne 131,22 zł. Problem w tym, że prognozy inflacji sugerują, że w lutym 2018 roku poziom cen będzie o około 1,7% wyższy niż rok wcześniej. Tym samym deponent zanotuje realną stratę w wysokości prawie 0,4%. W rozważanym przykładzie i w przeliczeniu na złotówki oznacza to utratę wartości posiadanego kapitału o około 38 zł. Nie jest to ani pierwsza ani ostatnia zła informacja dla posiadaczy lokat. Jeszcze przez wiele miesięcy trzeba się liczyć ze stratami na lokatach. Pewnym pocieszeniem może być fakt, że okresy realnych strat i zysków na bankowych depozytach przeplatają się. Te pierwsze nie trwają przeważnie dłużej niż rok czy dwa.

Trzymiesięczne są najlepsze

W dłuższym terminie najlepiej oprocentowane są produkty trzymiesięczne. Ta reguła nie pokrywa się jednak z danymi NBP o warunkach nowych lokat zakładanych w lutym br. Najwyżej oprocentowanymi depozytami okazały się te ponad roczne z wynikiem na poziomie 1,68%. Dla porównania depozyty nie dłuższe niż roczne (ponad 6 miesięcy, ale do 12 miesięcy) oprocentowane były na 1,62%, a trzymiesięczne (ponad 1 miesiąc ale do 3 miesięcy) na 1,65%. Były to najniższe wyniki w historii.

Tyle mówią średnie. Całe szczęście na rynku znaleźć można też oferty pozwalające zarobić więcej niż statystyczna lokata. Taka szuka możliwa jest głównie dzięki ofertom promocyjnym – przeznaczonych dla nowych klientów lub dla ich nowych środków. Korzystając z promocji można ulokować oszczędności na 3 – 4%, a niekiedy nawet ponad 5%. Należy jednak dokładnie czytać umowy. Bank oferując nam lepsze warunki depozytu może wymagać posiadania konta, karty czy innych produktów, które mogą okazać się płatne lub przynajmniej bezpłatne tylko wtedy, gdy aktywnie będziemy z nich korzystali. Warto też zwrócić uwagę na to czy pieniądze podlegają ochronie Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Ten jeszcze nigdy nie zawiódł deponentów. Nawet w przypadku upadłości banku czy SKOK-u klienci otrzymywali gwarantowane kwoty (dziś limit to równowartość 100 tys. euro).

Autor:Bartosz Turek, analityk Open Finance

Marzec przyniósł kolejny niewielki spadek wskaźnika PMI dla polskiego przemysłu. Po styczniowym skoku do najwyższego od prawie dwóch lat poziomu 54,8 punktu, w lutym zszedł on do 54,2 punktu, a w marcu do 54,5 punktu. Ekonomiści spodziewali się jego wzrostu do 54,6 punktu. Nadal jednak sygnalizuje on poprawę koniunktury, choć tendencja ta nie jest jeszcze tak bardzo dynamiczna, jak można się było spodziewać po wynikach z przełomu roku. Średnia dla całego pierwszego kwartału była na poziomie najwyższym od dwóch lat. Na tej podstawie można jednak liczyć, że w pierwszych trzech miesiącach roku tempo wzrostu gospodarczego było zbliżone do 3 proc., co oznaczałoby niezły punkt startowy na kolejne kwartały.

W marcu nadal obserwowany był wzrost wielkości produkcji, nowych zamówień i zatrudnienia, jednak dynamika tej tendencji była wyraźnie niższa niż w kilku poprzednich miesiącach. Wraz ze zwiększającą się liczbą zamówień, rośnie wielkość zakupów i obniża się poziom zapasów. Wyższy popyt na materiały i surowce powoduje wzrost ich cen, który przedsiębiorcy starają się kompensować wzrostem cen wyrobów gotowych. Presja inflacyjna powinna więc utrzymywać się w kolejnych miesiącach i w coraz większym stopniu wpływać także na inflację bazową, czyli wskaźnik nie uwzględniający cen żywności i energii. Jego dalszy wzrost będzie skłaniał do podwyższenia oczekiwań w kwestii podwyżki stóp procentowych. Nie powinno jednak do niej dojść, dopóki nie zbliży się on do 1 proc., co nastąpi prawdopodobnie dopiero pod koniec roku.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

W naszych warunkach, odmiennie niż w przypadku większości rynków finansowych, zdecydowanie dominującą formą dla różnego rodzaju produktów kredytowych jest oprocentowanie według zmiennej stopy. Mimo świadomości ryzyka z tym związanego, panuje powszechna zgoda na taki stan rzeczy zarówno wśród posiadaczy kapitału, jak i kredytobiorców. Nieśmiałe próby jego zmiany nie rokują rychłego sukcesu.

Zmienne oprocentowanie jest zasadą u nas niemal powszechnie obowiązującą zasadą i to od tak dawna, że przez długi czas mało kto się zastanawiał nad tak oczywistą kwestią, mimo że jest to ewenement na skalę światową. Takie stan rzeczy dość łatwo wyjaśnić obserwując historyczne tendencje w zakresie inflacji i zmian stóp procentowych. W latach 90. ubiegłego wieku, przy inflacji sięgającej od kilkunastu do kilkudziesięciu procent, trudno było sobie wyobrazić sobie lokatę lub kredyt o stałej stopie. Nie było dla niej uzasadnienia także przez wiele lat, w trakcie których mieliśmy do czynienia z niemal ciągłą tendencją dynamicznego spadku inflacji i stóp procentowych. W ciągu ostatnich piętnastu lat jedynie trzykrotnie doświadczyliśmy krótkich, trwających kilkanaście miesięcy, okresów wzrostu stawek WIBOR. Od dwóch lat zarówno inflacja, jak i stopy procentowe podlegają jednak stosunkowo niewielkim wahaniom. Mogłoby więc się wydawać, że wreszcie mamy warunki odpowiednie do tego, by pomyśleć o stopniowym upowszechnieniu instrumentów o stałej stopie. Byłoby to tym bardziej uzasadnione, że powracająca presja inflacyjna i zbliżająca się perspektywa wzrostu stóp procentowych mogą być wkrótce źródłem ryzyka, zarówno dla kredytodawców, jak i zadłużonych. Tymczasem nie widać chęci i determinacji do zmierzania się z tym wyzwaniem ani po stronie uczestników rynku, ani organów regulujących jego funkcjonowanie. Jedynie nieliczne banki mają w ofercie kredyty o stałym oprocentowaniu lub zamierzają zacząć bardziej je promować. Część przedstawicieli sektora wcale jednak się do tego nie kwapi, argumentują, że klienci nie są taką ofertą zainteresowani. Głównym problemem jest to, że koszt takiego kredytu musiałby być nieco wyższy niż w przypadku stopy zmiennej. Wynika to z faktu, że kredytodawca ponosi dodatkowe ryzyko, związane nie tylko z możliwością niewypłacalności klienta, ale także utraty korzyści w sytuacji, gdy w trakcie trwania umowy kredytowej rynkowe stopy procentowe poszłyby w górę. Istota kredytu o stałej stopie polega jednak na tym, że w dłuższej perspektywie ryzyko tego typu rozkłada się mniej więcej jednakowo między kredytodawcę i kredytobiorcę. Istotne jest przy tym, że to ten pierwszy, z reguły bank, ma o wiele większe możliwości zarówno identyfikacji tego ryzyka, jak i zabezpieczenia się przed jego konsekwencjami. Jednym z nich, choć nie jedynym, jest odpowiednia kalkulacja kosztu kredytu. Z kolei wyższy koszt zniechęca klientów do korzystania z takiego rozwiązania, mimo że w dłuższym horyzoncie mogłoby to okazać się także dla nich opłacalne, zmniejszając ryzyko wynikające z ewentualnego wzrostu obciążeń odsetkowych w przyszłości. Pozostawiając sprawę siłom rynkowym, ryzykujemy, że w sytuacji wzrostu stóp procentowych możemy mieć do czynienia z problemem analogicznym, jak w przypadku kredytów walutowych. Z kolei organy regulujące funkcjonowanie rynku mają problem z administracyjną ingerencją, która wiązałaby się z narzucaniem klientom droższych rozwiązań, a z drugiej strony niechętnie patrzą na stosowanie preferencji dla banków, które kompensowałyby im koszty kredytów o stałej stopie. Komisja Nadzoru Finansowego od pewnego czasu prowadzi prace nad rekomendacją dotyczącą kredytów o stałej stopie, ale efektów na razie nie widać, co wynika ze złożoności problemu. Jego rozwiązanie byłoby o wiele prostsze, gdyby z jednej strony banki miały możliwość pozyskiwania długoterminowego finansowania w postaci listów zastawnych, które dopiero raczkują, z drugiej zaś gdyby istniał rynek instrumentów zabezpieczających przed ryzykiem stopy procentowej, który także znajduje się dopiero w szczątkowej formie.

Niewykluczone, że rynkowych rozwiązań tego typu zagadnień może dostarczyć segment obligacji, na którym z powodzeniem funkcjonują skarbowe papiery o stałym oprocentowaniu, a z czasem ewolucji można spodziewać się w przypadku obligacji korporacyjnych. W przypadku tych ostatnich, stała stopa przeważa na razie wśród małych spółek i obejmuje papiery o krótkich terminach wykupu. Tu jednak zmian można się spodziewać szybciej, niż w przypadku tradycyjnego rynku kredytowego.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk Gerda Broker

Znowu inflacja zaczęła pochłaniać oszczędności Polaków. Ci, który złożyli w bankach depozyty w 2016 roku najczęściej nie mają co liczyć na zyski. Od rachitycznych odsetek trzeba bowiem najpierw odjąć podatek, a to co zostanie nie uchroni już kapitału przed utratą wartości – wynika z najnowszej projekcji inflacji przygotowanej przez NBP.

Przeciętna roczna lokata zakładana w 2016 roku była oprocentowana na od 1,65% do 1,85% – wynika z comiesięcznych statystyk publikowanych przez NBP. Od tych i tak już mizernych odsetek należy odjąć jeszcze 19% podatku. W efekcie faktyczny zysk, na jaki może liczyć przeciętny deponent, można oszacować na od 1,3 do 1,5%. Marnie, jeśli wziąć pod uwagę, że najnowsze dane GUS sugerują, że w lutym br. poziom cen był o 2,2% wyższy niż w analogicznym okresie przed rokiem. Dla posiadacza przeciętnej rocznej lokaty założonej w lutym 2016 roku oznacza to realna stratę na poziomie 0,7%.

Niestety na podobne rezultaty muszą przygotować się posiadacze lokat zakładanych w całym 2016 roku – wynika z projekcji inflacji przygotowanej przez NBP. Projekcja centralna sugeruje, że w ciągu roku inflacja będzie mniej więcej w okolicach 2,0 – 2,2%. Będzie więc pochłaniać siłę nabywczą oszczędności szybciej niż bank naliczać będzie odsetki.

Deponencie! Ty nad poziomy wylatuj

Tyle mówią średnie, choć trzeba pamiętać, że na rynku znaleźć można też oferty pozwalające zarobić więcej niż statystyczna lokata. Z danych Open Finance wynika na przykład, że oprocentowanie lokat trzymiesięcznych jest wyższe niż rocznych. W gronie krótkoterminowych produktów łatwiej znaleźć też oferty promocyjne – przeznaczone dla nowych klientów lub dla ich nowych środków. Korzystając z promocji można ulokować oszczędności na 3 – 4%, a niekiedy nawet ponad 5%. Należy jednak dokładnie czytać umowy. Bank oferując nam lepsze warunki depozytu może wymagać posiadania konta, karty czy innych produktów, które mogą okazać się płatne lub przynajmniej bezpłatne tylko wtedy, gdy aktywnie będziemy z nich korzystali. Warto też zwrócić uwagę na to czy pieniądze podlegają ochronie Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Ten jeszcze nigdy nie zawiódł deponentów. Nawet w przypadku upadłości banku czy SKOK-u klienci otrzymywali gwarantowane kwoty (dziś limit to 100 tys. euro).

Jeśli kogoś to nie przekonuje, może poszukać alternatywy. Rynek akcji, obligacji, funduszy inwestycyjnych czy złota to tylko kilka z możliwości czekających na inwestorów. Warto w tym miejscu zauważyć, że przez ostatnie lata wiele osób swoje nadwyżki finansowe ulokowało na rynku nieruchomości. Z najświeższych szacunków NBP wynika na przykład, że w 2016 roku tylko na zakup nowych mieszkań i tylko w 7 polskich miastach Polacy wydali aż 14,2 mld zł gotówki. Bez wątpienia część z tych pieniędzy pochodziła z kieszeni posiadaczy lokat, którzy byli niezadowoleni z oferty bankowej. Trudno się im dziwić – na wynajmie można zarobić nawet 3-4 razy więcej niż na przeciętnej rocznej lokacie. Nie ma jednak nic za darmo. Aby zarobić na wynajmie trzeba mieszkanie znaleźć, kupić, wykończyć, wyposażyć i wynająć, a potem rozliczać się z najemcą i sprawdzać czy wywiązuje się z umowy. Rozwiązanie jest to więc bardziej intratne, ale też wymaga pracy i oznacza podejmowanie dodatkowego ryzyka.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Według danych GUS, wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych był w lutym wyższy niż przed rokiem o 2,2 proc. Poprzednio mocniejszy, sięgający 2,4 proc. jego wzrost zanotowano w grudniu 2012 r. Wówczas referencyjna stopa procentowa NBP wynosiła 4,25 proc. Pięć lat temu sytuacja była jednak zupełnie inna niż obecnie. Inflacja znajdowała się na ścieżce spadkowej, zniżkując z 5 proc. w maju 2011 r. do 2,4 proc. w grudniu 2012 r., a Rada Polityki Pieniężnej zaczynała trwający aż do dziś cykl łagodzenia warunków monetarnych, obniżając w przyspieszonym tempie stopę referencyjną z 4,75 proc. w październiku do 4 proc. w grudniu 2012 r., a potem sukcesywnie aż do 1,5 proc. w marcu 2015 r. Na przełomie 2012 i 2013 r. dynamika wzrostu gospodarczego obniżyła się do 0,1-0,2 proc., wyznaczając dołek koniunkturalnego spowolnienia. Od początku 2014 r. wzrost PKB przekracza 3 proc., za wyjątkiem ostatnich dwóch kwartałów ubiegłego roku, inflacja rośnie dynamicznie od trzech miesięcy, a stopy procentowe pozostają na historycznie niskim poziomie już od 24 miesięcy, co jest rekordowo długim okresem utrzymywania ich wartości bez zmian. Rada Polityki Pieniężnej sygnalizuje, że ulegnie on przedłużeniu jeszcze co najmniej do końca obecnego roku, a być może oczekiwanie na podwyżkę przeciągnie się do 2018 r.

Sprzyjałoby to podtrzymaniu dobrej koniunktury gospodarczej dzięki korzystnym warunkom finansowania przedsiębiorstw, ale jednocześnie stawiałoby w trudnej sytuacji posiadaczy oszczędności. Nie jest to zaś problem błahy, jeśli wziąć pod uwagę niski poziom krajowych oszczędności oraz fakt, że bez oszczędności nie może być mowy o wzroście inwestycji, chyba, że będziemy finansować je poprzez wzrost zadłużenia i import kapitału z zagranicy. Ale tego drugiego scenariusza z wielu względów warto byłoby uniknąć lub przynajmniej zmniejszyć jego skalę. Już teraz mamy do czynienia z sytuacją, w której stopy procentowe są w ujęciu realnym ujemne, a z punktu widzenia posiadaczy oszczędności, inflacja i podatek od dochodów kapitałowych niweluje z naddatkiem zyski z odsetek od lokat bankowych. Być może więc Rada Polityki Pieniężnej stanie przed dylematem bilansowania nie tylko dynamiki inflacji i tempa wzrostu gospodarczego, ale także konieczności pobudzania wzrostu stopy oszczędności. Z tego punktu widzenia, można by się spodziewać podwyżki stóp procentowych w perspektywie krótszej niż obecnie sygnalizowana.

Z najnowszej projekcji wynika, że NBP spodziewa się przyspieszenia tempa wzrostu PKB do 3,7 proc. w tym roku i ponownego spowolnienia w 2018 r. i kolejnych latach do około 3,2-3,3 proc., w związku z wygasaniem dynamiki popytu krajowego, wspomaganego przez konsumpcję oraz słabszym wpływem transferów socjalnych oraz płynących ze środków unijnych.

Projekcja zakłada także, że w tym i przyszłym roku dynamika wzrostu cen konsumpcyjnych wyniesie średnio 2 proc., a więc choć będzie nieco poniżej celu inflacyjnego, wynoszącego 2,5 proc., to jednak stopy procentowe będą realnie ujemne przez dość długi czas, co w przeszłości się nie zdarzało. Inflacja bazowa, czyli nie uwzględniająca cen energii i żywności, ma wynieść w tym roku 0,9 proc., a w przyszłym 1,5 proc. W poprzednim cyklu przechodzenia od deflacji do inflacji w latach 2006-2007, RPP zaczęła podnosić stopy procentowe w momencie, gdy inflacja bazowa przekroczyła 1 proc., a gospodarka była mocno już rozgrzana. Obecnie z analogiczną sytuacją możemy mieć do czynienia na przełomie lat 2017-2018.

Perspektywy dla inflacji nie są klarowne. Z jednej strony wygasanie efektu statystycznego, związanego z niskim punktem odniesienia dla cen ropy naftowej z ubiegłego roku, będzie w drugiej połowie roku zmniejszało presję inflacyjną, pod warunkiem, że notowania ropy nie pójdą w górę. Drożeją jednak inne surowce, w tym miedź oraz pozostałe metale, przekładając się na wyższe kosztu produkcji, które firmom będzie łatwiej przerzucać na konsumentów. Według Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, ceny żywności w tym roku mają rosnąć w bardzo umiarkowanej skali, jednak dane FAO wskazują na systematyczny wzrost cen wszystkich głównych grup produktów i surowców rolnych na świecie, wchodzących w skład wyliczanego przez tę instytucję indeksu. Jego wartość osiągnęła już w styczniu poziom najwyższy od prawie dwóch lat, a w lutym ta tendencja była kontynuowana. Może się ona, wraz z prawdopodobnym osłabieniem złotego wobec dolara, wynikającym z polityki Fed, przyczynić do wzrostu cen żywności. Jeśli dodać do tego presję płacową, wynikającą z sytuacji na naszym rynku pracy, można spodziewać się utrzymywania inflacji na dość wysokim poziomie, zbliżonym do 2 proc.

W lutym żywność była droższa o 4,3 proc. niż rok wcześniej (łącznie z napojami i wyrobami tytoniowymi wzrost wyniósł 3,3 proc.). O 11,2 proc. zdrożał transport, a ceny paliw poszły w górę w porównaniu do lutego ubiegłego roku aż o  21,2 proc. W przypadku pozostałych kategorii zwyżki były niewielkie, w większości nie przekraczały 1 proc. O 5,5,proc. potaniały odzież i obuwie, a o 1,2 proc. w dół poszły ceny usług związanych z łącznością.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Eksperci

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

W cieniu ustawy „frankowej”, w Sądzie Najwyższym kształtuje się orzecznictwo w sprawach kred

Ostatnie informacje i wydarzenia w świecie kredytów „frankowych”, zostały zdominowane przez kwestię ...

Biegowy biznes z Polski podbije świat. I można do tego podboju dołączyć

Runmageddon – stworzony w Polsce cykl biegów przeszkodowych – to najbardziej nuklearna historia na p...

Straty są nieodłączną częścią inwestycji

Zakończony niedawno maj był najgorszym miesiącem w tym roku dla rynku akcji. Większość parkietów odn...

Uchwała NSA pozwala wygrać z fiskusem

Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia or...

AKTUALNOŚCI

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Innowacyjnie, energooszczędnie – i z bezbłędnym finansowaniem!

Innowacyjnie, energooszczędnie i z myślą o przyszłości – takie rozwiązania dla ludności tworzy i fin...

Planowane zmiany w składkach ZUS dla przedsiębiorców

Stanowisko Związku Przedsiębiorców i Pracodawcówws. zapowiedzi wprowadzenia proporcjonalnościw skład...

Ważne dla Polski nowe stanowisko Komisji Europejskiej

Odpowiedź Komisji Europejskiej na ostatnie głosowanie Parlamentu Europejskiego w sprawie pakietu mob...

Dlaczego państwo pozwala na nieozusowane umowy zlecenia?

Dlaczego rząd do tej pory nie zmienił szkodliwego art. 9 ustawy o SUS? Federacja Przedsiębiorców Pol...