środa, Sierpień 22, 2018
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "inflacja"

inflacja

Wskaźnik Przyszłej Inflacji (WPI), prognozujący z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem kierunek zmian cen towarów i usług konsumpcyjnych w sierpniu 2018 r. wzrósł o niespełna 0,2 punktu.

Mimo niewielkiego wzrostu wskaźnika, od trzech miesięcy w polskiej gospodarce czynniki inflacjogenne, zagrażające stabilności cen, przybierają na sile. Producenci planują podwyżki a konsumenci spodziewają się ich. Producenci dzięki podwyższeniu cen pragną osiągnąć planowane zyski i zrekompensować szybko rosnące koszty prowadzenia działalności gospodarczej. Konsumenci, dzięki rosnącym wynagrodzeniom i dodatkowym świadczeniom socjalnym odczuwają wzrost swej siły nabywczej i chętniej wydają na cele konsumpcyjne. Dodatkowe czynniki, takie jak ceny surowców, kurs złotego względem głównych światowych walut, ceny żywności na świecie i w kraju pozostają z punktu widzenia tendencji inflacyjnych w sferze podwyższonego ryzyka.

Zarówno wśród menadżerów przedsiębiorstw jak i wśród przedstawicieli gospodarstw domowych przybywa tych, którzy spodziewają się w najbliższym czasie przyspieszonego wzrostu cen. O ile przed miesiącem podwyżki planowane były przede wszystkim w przedsiębiorstwach dużych zatrudniających powyżej 250 pracowników, o tyle w ostatnich badaniach GUS z lipca br. przybyło menadżerów planujących podwyżki wśród przedsiębiorstw średnich i małych. Najsilniejsze zamiary wzrostu cen wyrażają przedstawiciele sektora energetycznego a wśród nich przede wszystkich branża przetwórstwa ropy naftowej. W pozostałych działach gospodarki narodowej silną tendencję do wzrostu cen obserwujemy w budownictwie oraz w usługach. W sektorze usług wzrost cen planują przedsiębiorstwa prowadzące działalność transportową i magazynową.

Odrodziły się również obawy konsumentów co do stabilności cen. Systematycznie od kwietnia br. zwiększa się odsetek konsumentów spodziewających się przyspieszonego wzrostu cen.

W dalszym ciągu istotne znacznie dla kształtowania się cen w najbliższej przyszłości mają czynniki kosztowe związane z prowadzeniem działalności gospodarczej. Są to przede wszystkim wyższe koszty importu surowców, w tym zwłaszcza ropy naftowej. Co prawda surowiec ten w ostatnim czasie nieco staniał w stosunku do cen z maja br. Jednak Jej cena na rynkach światowych od początku roku wzrosła o blisko 14%. Dodatkowo od kwietnia br. obserwujemy tendencję do osłabiania się złotego względem dolara, w którym najczęściej rozliczane są zakupy tego surowca. W konsekwencji te dwa czynniki przyczyniają się do wzrostu kosztów zakupu ropy naftowej u krajowych przetwórców. Odbija się to na cenach detalicznych benzyny, transportu a w nieco dłuższym okresie – przekłada na ceny niemal wszystkich towarów.

W dalszym ciągu rosną koszty zatrudnienia.  Braki siły roboczej, w szczególności zaś brak dopasowania kwalifikacji poszukiwanych przez pracodawców pracowników powoduje wzrost płac, podnosi koszty rekrutacji a w przypadku zatrudnienia osób niewykwalifikowanych generuje dodatkowe koszty związane z ich przeszkoleniem. W ciągu ostatniego roku średnie koszty przypadające na jednego zatrudnionego wzrosły o blisko 7%, zaś blisko 54% badanych przedsiębiorców wskazuje, że wysokie koszty pracy stanowią istotną barierę dalszego rozwoju firmy.

Kolejny czynnik mający wpływ na kształtowanie się cen w przyszłości to rosnące koszty eksploatacji, napraw i konserwacji maszyn i urządzeń. Są one proporcjonalne do stopnia eksploatacji parku maszynowego. Ostatnie badania wskazują na ponowny wzrost odsetka wykorzystania mocy produkcyjnych w przedsiębiorstwach. Średnio w przemyśle wykorzystywane są one w blisko 84% i jest to rekordowy wynik od początku badań.

Opracowanie: Maria Drozdowicz, Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych

 

Według szybkiego szacunku GUS, w czerwcu inflacja podskoczyła z 1,7 do 1,9 proc. To przede wszystkim wpływ wysokich notowań ropy naftowej, w wyniku czego paliwa na naszych stacjach podrożały aż o 15,2 proc. w porównaniu do cen z czerwca 2017 r. Swoje przysłowiowe „trzy grosze” dołożyło też do tego osłabienie złotego wobec dolara, w wyniku czego import surowca stał się bardziej kosztowny. Zmniejszyła się natomiast dynamika wzrostu cen żywności i napojów bezalkoholowych. Jeszcze w kwietniu żywność była droższa niż przed rokiem o 4,1 proc., w maju różnica ta stopniała do 3 proc. a w czerwcu do 2,7 proc.

Od lipca powinniśmy obserwować obniżenie się wskaźnika inflacji, związane z wysoką statystyczną bazą odniesienia z ubiegłego roku, gdy zarówno inflacja, jak i szczególnie ceny żywności bardzo mocno szły w górę. O ile w najbliższych miesiącach nie przeszkodzą skutki suszy oraz wysokich notowań ropy naftowej, tegoroczna inflacja będzie prawdopodobnie nieco niższa niż w 2017 r., co utwierdzi Radę Polityki Pieniężnej w zamiarze utrzymywania stóp procentowych na niezmienionym, rekordowo niskim poziomie jeszcze przez dłuższy czas.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Jak informuje nas Gerda Broker, potwierdziły się wstępne szacunki GUS oraz prognozy analityków, dotyczące majowej inflacji. Wzrost o 1,7 proc. można uznać za umiarkowany. Wolniej zwyżkowały ceny żywności, za to mocno podrożał transport i paliwa.

W porównaniu do wyraźnego skoku inflacji w Niemczech i całej strefie euro oraz jej wysokiego poziomu w krajach naszego regionu, majowy wzrost naszego wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych należy określić jako bardzo umiarkowany. Nie widać wciąż presji inflacyjnej związanej z dynamicznym wzrostem płac, a wskaźnik podbijają bardziej czynniki zewnętrzne. Silny wzrost notowań ropy naftowej w maju oraz osłabienie złotego wobec dolara, przełożyły się na sięgającą 4,8 proc. zwyżkę kosztów związanych z transportem oraz cen paliw. O 3 proc., a więc znacznie mniej niż w poprzednich w górę poszły ceny żywności i napojów. To najsłabszy ich wzrost od kwietnia ubiegłego roku, co można zawdzięczać korzystnym tegorocznym warunkom pogodowym.

Warto zwrócić uwagę na znaczny, sięgający 2,9 proc. wzrost cen w restauracjach i hotelach, związany wyraźnie z poprawą sytuacji materialnej Polaków. Ale jednocześnie bardziej dynamicznie niż w poprzednich miesiącach w górę poszły w maju ceny usług i wyrobów związanych ze zdrowiem (wzrost o 2,4 proc.) oraz z edukacją (wzrost o 2,2 proc.). W tej ostatniej kategorii wysokie tempo wzrostu utrzymuje się od początku roku, a poprzednio tak duże podwyżki miały miejsce w 2013 r., a więc pięć lat temu. Do tradycyjnie zniżkujących cen odzieży i obuwia (spadek o 3,8 proc.), dołączyły w maju koszty związane z łącznością, które poszły w dół o 1,9 proc.

Na razie nic nie wskazuje na możliwość poważniejszego wzrostu wskaźnika cen. Presja ze strony notowań ropy naftowej powinna wkrótce wyraźnie się zmniejszyć, można też liczyć na utrzymanie niższej dynamiki cen żywności. W najbliższych miesiącach na niewielki wzrost inflacji wskazują jedynie efekty statystyczne, czyli niższa baza porównawcza z letnich miesięcy ubiegłego roku.

Źródło: Roman Przasnyski, główny analityk GERDA BROKER

 

Inflacja w marcu br., w ujęciu rocznym wyniosła 1,3 proc. W lutym wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych osiągnął 1,4 proc. W stosunku do poprzedniego miesiąca ceny obniżyły się o 0,1 pkt proc. – podał GUS, potwierdzając dane z szybkiego szacunku.

Ostatnio niższą inflację mieliśmy w grudniu 2016 roku. Wtedy ceny wzrosły o 0,8 proc. W marcu decydujący wpływ na spadek inflacji miały niższe ceny paliw do środków transportu oraz ceny użytkowania mieszkania oraz nośników energii. Obserwowany w ostatnim tygodniu marca wzrost cen paliw na stacjach benzynowych nie był już w stanie przełożyć się na wyższą inflację. Z kolei wzrost cen odzieży i obuwia (o 2,3 proc.), zapewne związany z wiosennymi już zakupami, przyczynił się do podwyższenia marcowego wskaźnika.

W ujęciu rocznym największy wpływ na wskaźnik cen i towarów konsumpcyjnych miały wyższe ceny żywności (o 3,9 proc.) i użytkowania mieszkania (o 1,6 proc.). W najbliższych miesiącach możemy się jednak spodziewać obniżenia cen wielu produktów spożywczych, m.in. masła, jaj, mleka, co niewątpliwie wpłynie na wyhamowanie tempa wzrostu cen żywności.

Nie znaczy to jednak, że inflacja dalej będzie się kurczyła. Przede wszystkim ze względu na sytuację na rynku pracy. Już teraz co trzeci pracodawca ma kłopoty ze znalezieniem pracowników. Aby ich pozyskać przedsiębiorstwa będą musiały więcej im zapłacić. Tym bardziej, że rynek pracy cudzoziemców (głównie Ukraińców) nie jest bez dna i już widać na nim pierwsze objawy zadyszki. A to przełożyć się może na wzrost popytu konsumpcyjnego, a w konsekwencji na wyższe ceny towarów.

Spadek inflacji, z którym mamy do czynienia od grudnia ubiegłego roku, to dobra informacja dla wszystkich, którzy swoje oszczędności gromadzą w bankach. Ich pieniądze przestaną tracić na wartości, ponieważ realne oprocentowanie lokat jedno i trzymiesięcznych jest już dodatnie, chociaż zysk z lokat jest minimalny i raczej nie zachęci nowych klientów do masowego przenoszenia pieniędzy do banków.

Spadek inflacji oddala też perspektywę podwyżki stóp procentowych. Po ostatniej wypowiedzi prezesa NBP, można się spodziewać, że podwyżki stóp może nie być ani w tym, ani przyszłym roku. To ucieszy osoby mające kredyty złotowe, ponieważ nie będą musiały przeznaczać więcej pieniędzy na spłatę rat kredytowych.

 

Autor: Zbigniew Maciąg, ekspert Konfederacji Lewiatan

Główny Urząd Statystyczny potwierdził swoje wcześniejsze szacunki, według których inflacja w marcu wyniosła 1,3 proc. Ten zaskakująco niski poziom dość zasadniczo zmienił prognozy na cały rok, wyraźnie je obniżając.

Trzeba jednak mieć świadomość, że jest on w znacznym stopniu efektem wysokiej bazy porównawczej z ubiegłego roku. W kolejnych miesiącach jego oddziaływanie będzie słabsze, a więc wskaźnik inflacji znów pójdzie w górę, choć prawdopodobnie nie tak mocno, jak się jeszcze do niedawna spodziewano. Dużą niewiadomą jest dynamika cen żywności i paliw w najbliższych miesiącach. W pierwszym przypadku zależeć to będzie od warunków meteorologicznych. Skok notowań ropy naftowej do poziomu powyżej 72 dolarów za baryłkę każe oczekiwać wzrostu cen paliw. W marcu koszty transportu  były niższe niż przed rokiem o 1,9 proc., co w znacznym stopniu wpłynęło na obniżenie ogólnego poziomu inflacji. W kwietniu prawdopodobnie będzie drożej w transporcie i na stacjach benzynowych.

Zgodnie z wcześniejszymi szacunkami, z 3,4 do 3,7 proc. przyspieszył wzrost cen żywności i napojów bezalkoholowych. Sama żywność, bez uwzględniania napojów, podrożała o 3,9 proc. w porównaniu do marca ubiegłego roku. Tradycyjnie już niższe były ceny odzieży i obuwia, w marcu spadły o 3,7 proc.

Warto jednak zwrócić uwagę na rosnącą od kilku miesięcy dynamikę cen artykułów i usług związanych z edukacją. W marcu wyniosła ona 2,2 proc. (w styczniu i w lutym wzrost sięgał 2,1 proc). Podobnie jest w przypadku zdrowia, choć tu akurat w marcu tempo wzrostu cen obniżyło się do 1,4 proc., po wynoszącej 1,9 proc. zwyżce z lutego. Choć udział obu tych kategorii w budżetach domowych ogółem nie jest wysoki, to jednak dla niektórych grup wzrost ich cen może być mocniej odczuwalny. Znacznie szybciej niż ogólny wskaźnik inflacji w górę idą także koszty użytkowania mieszkania i nośników energii, w marcu były wyższe niż rok wcześniej o 2 proc., a stanowią one ponad 20 proc. wydatków gospodarstw domowych.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Globalna gospodarka znajduje się w późnej fazie wzrostowego cyklu. Co do tego panuje raczej zgodna, ale spotkać można istotne różnice, gdzie dokładnie w tej fazie można umiejscowić aktualnie obserwowane tendencje. Nie wiadomo również, jak długo ta schyłkowa faza może trwać.

Wszystko to budzić może sporą niepewność, a wraz z nią rosnącą zmienność na rynku. Z kolei większa zmienność niemalże z definicji oznaczać powinna obniżającą się perspektywę dla wzrostu cen ryzykownych aktywów. Czy to oznacza, że czeka je już tylko spadek? Tego też nie można powiedzieć. Po wieloletniej hossie rynek nie powinien zawrócić na pięcie i nagle zacząć spadać, tak jak to uczynił z początkiem miesiąca. Formułowanie szczytu powinno być pewnym procesem, ale jego początkiem może być ostatnio zaobserwowana rynkowa zawierucha. Sam rynek zdaje się być szczególnie wyczulonym na perspektywy dla inflacji i stóp procentowych, ale zapomina o innej równie ważnej kwestii. Mowa o wzroście gospodarczym. Wydaje się, że wszyscy biorą za dobrą monetę wyśmienitą kondycję światowej gospodarki.

Tymczasem nie można zapominać, że końcowa faza wzrostowego cyklu ma to do siebie, że dynamika wzrostu powinna zacząć powoli słabnąć. W USA mało osób w ogóle dopuszcza taką możliwość, skoro tyle czynników ma ją wspierać, począwszy od obniżki podatków, a skończywszy na chęci pobudzenia inwestycji infrastrukturalnych. Podawane dane wskazują jednak na potrzebę pokory i ostrożności. Opublikowane w zeszłym tygodniu dane o amerykańskiej produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej zaskoczyły negatywnie.

Fakt ten przeszedł niemalże bez echa. Panuje bowiem przeświadczenie, że z początkiem roku hamulcowym była pogoda, ale niekoniecznie musiał to być jedyny czynnik. Zresztą wczoraj doszła do tego seria niższych od prognoz odczytów wstępnych wskaźników PMI dla Eurolandu. Po wcześniejszych danych instytutu ZEW widać, że obawa wciąż koncentruje się na możliwym wzroście inflacji, podczas gdy wczorajsze informacje dla Niemiec wysłały zupełnie inny niepokojący sygnał. Otóż dynamika wzrostu nowych zamówień eksportowych spadła do najniższego poziomu od dwunastu miesięcy.

Stwarza to realne zagrożenie, gdyż mało kto bierze aktualnie pod uwagę możliwość pogorszenia koniunktury, co by oznaczało, że w przypadku materializacji negatywnego scenariusza potencjał spadkowy jest dość znaczny. W Europie bowiem o negatywnym wpływie pogody nie może być mowy, co najlepiej zasygnalizowały fenomenalne dane o krajowej produkcji budowlano-montażowej.

Autor:  Łukasz Bugaj, CFA, Analityk Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Wskaźnik Przyszłej Inflacji (WPI), prognozujący z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem kierunek zmian cen towarów i usług konsumpcyjnych w lutym 2018 r. wzrósł w stosunku do miesiąca poprzedniego o 0,2 punktu. Był to szósty z kolei wzrost wskaźnika, sygnalizujący narastanie presji inflacyjnej w gospodarce.

W ostatnim miesiącu znacząco wzrósł odsetek przedsiębiorców zamierzających w najbliższym czasie podnieść ceny oferowanych przez ich firmy wyrobów.  O ile jeszcze w końcu ubiegłego roku przewaga firm planujących podwyżki nad tymi, którzy zamierzają ceny obniżać nie przekraczała kilku punktów procentowych (średnio w II półroczu 2017 – wynosiła około 5 p. proc.), o tyle na początku tego roku wzrosła do ponad 14 punktów.

Charakterystyczne również jest, że w II półroczu ubiegłego roku zdecydowanie wyższą skłonność do podwyżek wykazywały przedsiębiorstwa duże, zatrudniające powyżej 250 pracowników. Wśród przedsiębiorstw małych i średnich dominowały opinie o konieczności utrzymania cen na dotychczasowym poziomie lub nawet zamiary ich obniżania. Obecnie tendencja do podnoszenia cen rozprzestrzeniła się na wszystkie firmy, bez względu na ich wielkość; i nawet firmy małe, zatrudniające do 50 pracowników – dotychczas powściągliwe w deklarowaniu podwyżek,  wykazują nieco wyższą skłonność do podnoszenia cen niż przedsiębiorstwa duże.

Istotny wpływ na kształtowanie się inflacji w najbliższej przyszłości ma rosnący odsetek wykorzystania mocy produkcyjnych w sektorze przetwórstwa przemysłowego. W ostatnim kwartale wzrosło ono do poziomu przekraczającego 83% (średnia dla całego przemysłu). Jest to najbardziej intensywne wykorzystanie mocy wytwórczych od początku transformacji. Dla porównania, pod koniec 2007 roku odsetek ten wynosił ok 81% przy ówczesnym ponad 7 procentowym tempie wzrostu gospodarki oraz ponad 17 procentowej dynamice inwestycji. Obecnie inwestycje są najsłabszą częścią polskiej gospodarki. Bez względu jednak na to czy przedsiębiorcy będą nadal tak intensywnie wykorzystywać swój park maszynowy, ponosząc wysokie koszty napraw i konserwacji, czy przesuną swe środki finansowe na poczet inwestycji w odnowienie i unowocześnienie parku maszynowego, nie pozostanie to obojętne dla przyszłej dynamiki cen.

Pozostałe koszty, a zwłaszcza te, związane z zatrudnieniem również wzrastają. Jednostkowe koszty pracy w ciągu ostatniego roku wzrosły realnie o ponad 3 procent. Pogarszająca się dostępność siły roboczej będzie skłaniała przedsiębiorców do podnoszenia wynagrodzeń dla pracowników w tych zawodach i branżach, gdzie braki kadrowe są największe. Ponadto wzrost wynagrodzenia minimalnego obowiązujący od 1 stycznia br. może uruchomić falę żądań u pozostałych grup pracowników, którzy poczują się niedopłaceni. To zaś zwykle sprzyja uruchomieniu mechanizmu spirali podwyżek we wszystkich działach gospodarki narodowej, zaś jeśli inflacja będzie nadal rosła, żądania te tym łatwiej będą zaspakajane.

Od drugiej połowy ubiegłego roku systematycznie drożeje ropa naftowa na światowych rynkach osiągając w ostatnich dniach cenę ponad 60 $ za baryłkę. To kolejny czynnik, który może w przyszłości przyczynić się do przyspieszonego wzrostu cen szczególnie w warunkach słabnięcia polskiej waluty. Dla przedsiębiorców oznaczać to będzie wyższe koszty importu tego surowca a w kolejności wyższe ceny benzyny na rynku wewnętrznym, wyższe ceny transportu, co zazwyczaj w ciągu kilku kolejnych miesięcy przenosi się na ceny detaliczne pozostałych towarów i usług.

 

Źródło: BIEC

Na lokatach lub kontach oszczędnościowych w 2018 roku nie zarobimy wiele, a w niektórych przypadkach możemy nawet nie zarobić na inflacje. Szacuje się, że oprocentowanie lokat i kont oszczędnościowych będzie wynosiło średnio do 2 proc. w skali roku. Czasem banki mogą oferować w promocje i wtedy oprocentowanie może wynieść od 2,5 do 3 procent.

Oprocentowanie lokat i kont oszczędnościowych jest niskie gdyż Rada Polityki Pieniężnej utrzymuje stopy procentowe na niskim poziomie. Stopa referencyjna wynosi 1,5 procent. Najprawdopodobniej w najbliższym roku stopy procentowe zostaną na tym samym poziomie.

Żeby w 2018 roku na lokatach i kontach oszczędnościowych zarobić więcej niż wynosi inflacja trzeba poszukać oprocentowania wynoszącego 2,5 proc. w skali roku.

Wskaźnik Dobrobytu odzwierciedlający ekonomiczną kondycję polskiego społeczeństwa w styczniu 2018 r. wzrósł o 0,6 punktu w stosunku do notowań sprzed miesiąca.

Był on spowodowany przede wszystkim niezwykle wysoką dynamiką średnich wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw. Na koniec ubiegłego roku ich roczna stopa wzrostu wyniosła ponad 7%, zaś po usunięciu wpływu inflacji był to wzrost o blisko 5%.

Zaznaczyć jednak warto, że tak wysoka dynamika wynagrodzeń jest konsekwencją wypłacanych zwykle na koniec każdego roku premii i nagród zwanych popularnie „trzynastkami”.

Co ważniejsze jednak, wzrost ten nie dotyczy wszystkich pracujących, jest średnią obejmującą jedynie około 2/3 wszystkich zatrudnionych. Pozostałych pracujących w firmach zatrudniających poniżej 10 pracowników, pracujących w rolnictwie i sferze budżetowej ta statystyka GUS nie obejmuje.

Jesienią ub. roku około 66% pracujących zarabiało poniżej średniej. Decydujący więc dla oceny wpływu obecnego wzrostu wynagrodzeń na dobrobyt gospodarstw domowych i skali tego wpływu, jest rozkład podwyżek wśród poszczególnych grup pracowników. Jeśli dotyczyły one przede wszystkim pracowników lepiej uposażonych, zarabiających powyżej mediany, to pomimo wzrostu średniego wynagrodzenia, wpływ tego wzrostu na dobrobyt polskich gospodarstw domowych będzie niewielki.

Zatrudnienie od początku ubiegłego roku rośnie wysokim i stałym tempem przekraczającym 4% w skali roku.

Wpływ inflacji na zasobność gospodarstw domowych nie zmienił się istotnie w ostatnich miesiącach, choć dotychczasowy wzrost cen żywności może być dotkliwy zwłaszcza dla gospodarstw o niższych dochodach, gdzie udział wydatków na żywność jest większy od średniej krajowej.

 

 

Źródło: BIEC

Wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych w grudniu 2017 r. wzrósł o 2,1 proc. w porównaniu do grudnia 2016 r., a więc inflacja okazała się jednak nieco wyższa, niż wcześniej szacowano. Jej wzrost znów zawdzięczamy przede wszystkim mocno drożejącej żywności. W całym 2017 r. inflacja wyniosła 2 proc.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu mamy do czynienia z sytuacją, w której GUS koryguje w górę podany przez siebie szacunkowy miesięczny odczyt, według którego inflacja miała w grudniu obniżyć się z 2,5 do 2 proc. Okazała się nieznacznie, ale jednak wyższa, sięgając 2,1 proc. Ceny żywności poszły w górę o 5,8 proc. i choć to znacznie mniej niż zanotowane w listopadzie 6,5 proc., wciąż można mówić o zaskakująco wysokiej dynamice. Wystarczyła ona do podbicia ogólnego wskaźnika inflacji, mimo że paliwa dość nieoczekiwanie staniały o 1,3 proc. W przypadku paliw można mówić o przyjemnej niespodziance, szczególnie jeśli spojrzeć na grudniowe notowania ropy naftowej na giełdach, przekraczające 65 dolarów za baryłkę i sięgające obecnie prawie 70 dolarów. Skutki tej zwyżki złagodził mocny spadek kursu dolara.

Nadal utrzymuje się wysoka, sięgająca 2,6 proc. dynamika cen związanych z użytkowaniem mieszkania, w tym cen nośników energii. Tu wzrost był co prawda nieznacznie niższy niż w listopadzie, gdy sięgał 2,7 proc., ale to tylko efekt statystyczny, wynikający z wyższego punktu odniesienia w listopadzie 2016 r. W podobnie silnym jak miesiąc wcześniej tempie rosły ceny produktów i usług związanych ze zdrowiem (wzrost o 1,8 proc.), rekreacją i kulturą (zwyżka o 1,7 proc.) oraz płacone w hotelach i restauracjach (wzrost o 2,8 proc.). Tradycyjnie już mocno taniały odzież i obuwie, których ceny były niższe w porównaniu do grudnia 2016 r. o 4,8 proc.

Tempo wzrostu cen w całym 2017 r. sięgnęło 2 proc., a więc było wyraźnie wyższe niż się spodziewano. Złożył się na to wynoszący 4,6 proc. wzrost cen żywności oraz sięgająca 3,8 proc. zwyżka cen związanych z transportem (a więc uwzględniająca koszty paliwa). Spośród artykułów żywnościowych największy, wynoszący 31 proc. skok miał miejsce w przypadku cen masła. Jaja podrożały o 12,9 proc., owoce o 8 proc. O 5,5 proc. droższy był cukier, a mięso o 4,8 proc., w tym najbardziej popularne wieprzowe zdrożało o 8,6 proc. Tańsza o 5,9 proc. była odzież, a obuwie o 4,1 proc.

 

autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

 

 

To najwięcej od 2007 roku, od kiedy ministerstwo publikuje odpowiednie dane.

Zakładając dziś roczną lokatę na kwotę tysiąca złotych, można liczyć jedynie na 13,5 złotych odsetek po opodatkowaniu – wynika z szacunków Open Finance na podstawie danych NBP. To za mało, aby ochronić przed panującą inflacją. Za rok wyjęte z konta pieniądze będą miały mniejsza siłę nabywczą niż mają dziś. Wynik na przeciętniej lokacie jest ponadto na tyle nieatrakcyjny, że Polacy coraz odważniej inwestują swoje oszczędności. Kapitał płynie więc na rynki akcji, nieruchomości, funduszy inwestycyjnych czy obligacji korporacyjnych i skarbowych.

Dla tych ostatnich ubiegły rok okazał się rekordowy. W ciągu 12 miesięcy Minister Finansów sprzedał obligacje skarbowe za kwotę 6861 mln złotych. To najwięcej od 2007 roku, od kiedy dostępne są odpowiednie dane. Poprzedni rekord opiewał na 6175 milionów i przypadał na 2008 rok.

Obligacja potrafi chronić przed inflacją

Co ciekawe w ostatnich miesiącach sporą popularnością cieszą się najniżej oprocentowane obligacje trzymiesięczne. Można dzięki nim zarobić jedynie 1,5%. Po potrąceniu podatku dają one więc zarobek zbyt niski, aby pokonać aktualną inflację. Podobnie sytuacja ma się w przypadku obligacji dwuletnich, które dziś oferowane są ze stałym oprocentowaniem na poziomie 2.1%.

Tarczą przed utratą wartości pieniądza okazać się mogą papiery o dłuższej zapadalności. I tak na przykład obligacja 4-letnia jest w pierwszym roku oprocentowana na 2,4%, ale później jej zyskowność przekraczać będzie inflację o 1,25 pkt. proc. To oznacza, że inflacja musiałaby podskoczyć do poziomu prawie 6,6%, aby ten papier wartościowy, po potrąceniu podatku, zaczął generować straty dla swojego właściciela. To jednak i tak nic w porównaniu do oferty skierowanej do beneficjentów programu 500+. Mogą oni kupić 12-letnie papiery, które w pierwszym roku dają zarobić 3,2%, a potem ich oprocentowanie wyznaczane jest poprzez dodanie 2 pkt. proc. do wskaźnika inflacji. W tym wypadku konieczna byłaby już spora – ponad 10-proc. – inflacja, aby zainwestowane pieniądze zaczęły tracić na wartości.

autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

W grudniu ceny żywności w Polsce są o 4,5 proc. wyższe niż przed rokiem. Tempo wzrostu cen tych produktów będzie zatem najszybsze od 2011 r., kiedy to w grudniu ceny żywności były o 4,7 proc. wyższe niż rok wcześniej.  

W grudniu 2017 r. poziom cen detalicznych, z wyjątkiem cukru, wszystkich grup produktów, wchodzących w skład publikowanego przez GUS koszyka żywności, będzie wyższy niż przed rokiem.

Za jaja i masło wciąż słono zapłacimy

O blisko 20 proc. droższe niż rok wcześniej będą przede wszystkim oleje i tłuszcze. W tej kategorii żywności wyróżnia się masło, które będzie kosztowało o 30-35 proc. więcej niż w grudniu 2016 r. W ostatnich tygodniach ceny masła na rynkach międzynarodowych i w Polsce uległy już obniżeniu, ale ich poziom w sklepach jest wyższy w relacji rocznej. O kilka procent droższa będzie też margaryna.

Znacznie więcej Polacy zapłacą również za drugi podstawowy produkt, używany do wypieków ciast, czyli jaja. Ich ceny w sklepach mogą być o 20-25 proc. wyższe niż w grudniu 2016 r. W mniejszym stopniu niż żywność ogółem podrożeje natomiast mąka.

Owoce ciągle drogie

O ponad 10-proc. droższe są też owoce, przede wszystkim z uwagi na wyższe ceny produktów krajowych, np. jabłek. O ile w przypadku masła i jaj, o wzroście cen decydowała przede wszystkim sytuacja na rynku międzynarodowym, to w przypadku jabłek, głównym czynnikiem wzrostu ich cen były o 1/3 mniejsze krajowe zbiory. Wyższe niż przed rokiem będą również przeciętne ceny warzyw (o 3,5 proc.), jednak w tym przypadku należy pamiętać, że w ubiegłym roku były one relatywnie niskie.

– Obserwowany w Polsce w ostatnich miesiącach 2017 r. poziom cen żywności jest najwyższy od początku XXI wieku. W porównaniu z grudniem 2000 r. ceny detaliczne żywności w naszym kraju wzrosły o 50 proc., czyli znacznie więcej niż ceny wszystkich towarów i usług konsumpcyjnych, których poziom w tym okresie zwiększył się o ponad 40 proc. Oznacza to, że żywność stała się relatywnie droższa wobec innych towarów i usług konsumpcyjnych – zaznacza Paweł Wyrzykowski, ekspert rynków rolnych w Banku BGŻ BNP Paribas – Tak znaczący wzrost cen żywności nie oznacza jednak, że w tym roku na święta Bożego Narodzenia kupimy mniej produktów żywnościowych niż przed rokiem. W październiku br. średnie wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw było o 7,4 proc. wyższe niż w październiku 2016 r., podczas gdy ceny żywności w tym okresie wzrosły wolnej – o 5,8 proc. Również w grudniu br. roczna dynamika wzrostu wynagrodzeń powinna być wyższa niż dynamika wzrostu cen żywności, co oznacza, że za przeciętne wynagrodzenie w gospodarce będziemy mogli kupić więcej żywności niż przed rokiem – dodaje Paweł Wyrzykowski.

Więcej zapłacimy też za sery, twarogi i mięso

Wzrost cen detalicznych produktów mleczarskich, takich jak sery, twarogi czy śmietana będzie zbliżony do dynamiki zmian żywności ogółem. Ceny pieczywa będą o ok. 3 proc. wyższe niż w grudniu 2016 r. Tegoroczne podwyżki będą najbardziej widoczne w przypadku mięsa drobiowego, które w grudniu br. może być nawet o 5-7 proc. droższe niż przed rokiem. Więcej trzeba będzie zapłacić również za mięso wieprzowe i wołowe.

Tańszy będzie cukier

Zniesienie limitu kwot produkcji cukru w Unii Europejskiej przyczyniło się do zwiększenia produkcji we Wspólnocie. Znalazło to odzwierciedlenie w spadku cen na pułkach sklepowych, które w październiku były o 7,3 proc. niższe niż w październiku 2016 r. Należy oczekiwać, że w grudniu br., w relacji rocznej, ceny cukru będą o ponad 10 proc. niższe.

Potwierdziły się wstępne szacunki GUS, mówiące o 2,5 proc. wzroście cen towarów i usług konsumpcyjnych w listopadzie. Tym samym po raz pierwszy od pięciu lat inflacja osiągnęła poziom określany przez NBP jako cel inflacyjny.

Nadal głównym czynnikiem napędzającym inflację była żywność, której ceny wzrosły aż o 6,5 proc. (żywność i napoje bezalkoholowe podrożały o 6 proc.). To największy wzrost od połowy 2011 r. Tym razem dołączyły do niej paliwa, których ceny w listopadzie były wyższe niż przed rokiem o 4,7 proc., podczas gdy w październiku ich wzrost sięgał jedynie 1,6 proc. To efekt drożejącej ropy naftowej, której notowania w listopadzie sięgały 62-64 dolarów za baryłkę, wobec 44-49 dolarów rok wcześniej.

Według najnowszych prognoz Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, w pierwszej połowie 2018 r. średnie tempo wzrostu cen żywności i napojów bezalkoholowych powinno wynieść 3 proc. Przewidywania ekonomistów NBP mówią zaś o sięgającym średnio 2,8 proc. wzroście cen żywności w całym przyszłym roku.

Poza najpilniej obserwowanymi zmianami cen żywności i paliw, warto jednak zwrócić uwagę na coraz mocniej rosnące koszty użytkowania mieszkania i nośników energii. Idą one w górę od początku roku, ale tendencja ta przyspieszyła wyraźnie już we wrześniu i październiku, sięgając 2,3-2,6 proc., a w listopadzie wyniosła 2,7 proc. Poprzednio z tak silnymi zwyżkami w tej grupie, stanowiącej ponad jedną piątą wydatków gospodarstw domowych, mieliśmy do czynienia w 2012 r. i na początku 2013 r. Ze względu na sytuację na rynku węgla oraz regulacje dotyczące czystości powietrza, gospodarki wodnej i energetyki, należy się spodziewać utrzymania presji na wzrost cen dotyczących użytkowania mieszkania, choć eksperci NBP przewidują obniżenie się dynamiki wzrostu cen energii z tegorocznych 3 proc. do 2,7 proc. w 2018 r. Od trzech miesięcy utrzymuje się sięgająca 1,9-2 proc., najwyższa od drugiej połowy 2015 r. dynamika wzrostu cen wydatków związanych ze zdrowiem. Już w październiku zanotowano największy od 2013 r., sięgający 1,8 proc. wzrost kosztów związanych z edukacją. W listopadzie ich dynamika utrzymała się na takim samym poziomie.

Najbliższe miesiące powinny przynieść niewielki spadek inflacji, wynikający głównie z efektu statystycznego. Wyższy będzie bowiem punkt odniesienia, przyjmowany do wyliczenia wzrostu cen. W styczniu inflacja wyniosła 1,7 proc., w lutym 2,2 proc. a w marcu i kwietniu po 2 proc. W tych miesiącach w przyszłym roku dynamika inflacji może więc być nieco niższa i sięgać około 2 proc. Wiele zależeć będzie jednak od trudno przewidywalnych cen żywności i notowań ropy naftowej. Rada Polityki Pieniężnej w swych decyzjach dotyczących stóp procentowych, będzie się kierowała raczej obserwacją zmian inflacji bazowej, czyli miary nie uwzględniającej cen żywności i paliw. Ta zaś na razie pozostaje niska, nie przekraczając 1 proc.

autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

 

Nowy rok przyniesie kolejną podwyżkę kar za brak ubezpieczenia OC dla kierowców. Warto sprawdzić, dla kogo ta zmiana będzie najbardziej odczuwalna. 

Podstawowa kara dla kierowców wzrośnie o 200 zł

Od początku 2012 r. kary za brak obowiązkowego ubezpieczenia dla kierowców są ustawowo powiązane z wysokością płacy minimalnej. Taka konstrukcja przepisów skutkuje podwyżką stawek karnych przy każdorazowym wzroście „najniższej krajowej”.

Presja pracowników i związków zawodowych na wzrost minimalnego wynagrodzenia, oznacza zatem większe kłopoty finansowe dla kierowców przyłapanych na braku obowiązkowej polisy – mówi Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Wzrost opłat karnych Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego jest już przesądzony, bo rząd podał wysokość „najniższej krajowej” na 2018 rok. Zmiana tego minimalnego wynagrodzenia (z 2000 zł brutto do 2100 zł brutto), będzie oznaczała podwyżkę głównej kary dla posiadaczy nieubezpieczonych samochodów osobowych. Wspomniana kara wzrośnie z 4000 zł (2017 r.) do 4200 zł (2018 r.). O 5% wzrosną również wszystkie pozostałe opłaty naliczane przez UFG. Kierowca samochodu osobowego z przerwą w okresie ubezpieczenia wynoszącą do 3 dni włącznie, od stycznia 2018 r. zapłaci 840 zł zamiast 800 zł. W przypadku takiej przerwy wynoszącej od 4 dni do 14 dni, stawka karna wzrośnie z 2000 zł do 2100 zł.

–  Warto pamiętać, że brak dokumentów kierowcy poświadczających długość przerwy w okresie ubezpieczenia (poniżej 15 dni), będzie skutkował naliczeniem najwyższej stawki karnej. Taka sama zasada dotyczy również właścicieli motocykli, samochodów ciężarowych oraz innych pojazdów – zwraca uwagę Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Przez lata kary za brak OC rosły szybciej niż inflacja

Warto wspomnieć, że pięcioprocentowy wzrost karnych opłat UFG wraz z początkiem 2018 roku, nie będzie najbardziej dotkliwą taką zmianą. W bieżącej dekadzie nieubezpieczeni kierowcy mogli już odczuć większe wzrosty. Według historycznych danych, podstawowa stawka karna (100%) dla właściciela samochodu osobowego wynosiła: w  2011 rok – 500 euro (ok. 2059 zł – suma przeliczona po średnim rocznym kursie NBP), a w 2017 rok – 4000 zł, natomiast w w 2018 roku – 4200 zł.

Zmiana podstawowej stawki karnej w 2012 r. (z 500 euro do 200% „najniższej krajowej”), skutkowała wzrostem aż o 941 zł. W kolejnych latach podwyżki nie były już tak drastyczne. Warto jednak zwrócić uwagę, że kary dla nieubezpieczonych kierowców rosły znacznie szybciej niż inflacja.

Podstawowa stawka karna dotycząca samochodów osobowych, od początku 2011 r. do początku 2017 r. wzrosła o mniej więcej 94%. W tym samym okresie, łączna inflacja wyniosła zaledwie 7,5%. Taki wynik oznacza, że sankcje finansowe dla nieubezpieczonych kierowców szybko rosły również w ujęciu realnym – dodaje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

 

 

W ostatnim komunikacie po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej zabrakło ważnego stwierdzenia: że jej członkowie nie widzą zagrożenia przekroczenia celu inflacyjnego NBP – przedziału, w którym powinien mieścić się wzrost cen dóbr i usług w gospodarce. I chociaż RPP utrzymuje, że w 2018 roku nie będzie podnosiła stóp procentowych, inwestorzy podchodzą do tych zapowiedzi z rezerwą.

Obawy inwestorów o silniejszy wzrost inflacji w Polsce nie są bezpodstawne. Wystarczy spojrzeć, w jakim tempie rozwija się polska gospodarka. Na wzrost cen ropy naftowej, podwyżki płac (rzędu 6-7% rok do roku) i rosnące wykorzystanie mocy produkcyjnych. Pytanie o to, kiedy to wszystko przełoży się na wzrost cen, samo ciśnie się na usta.

Niepewność inwestorów doskonale widać w zachowaniu cen obligacji Skarbu Państwa. O ile rentowność naszych 2-letnich obligacji oscylują w okolicach 1,5 – 1,6%, to w przypadku 10-letnich wzrosły do ok. 3,4 – 3,5%. To wyżej niż w najlepszych momentach tego roku, gdy polskie skarbówki były chętnie kupowane przez inwestorów. Wniosek jest prosty: im dłuższe papiery, tym mniejszy apetyt inwestorów na ryzyko.

Czy faktycznie należy się bać podwyżek stóp procentowych w Polsce?

To, że prędzej czy później do nich dojdzie, nie ulega wątpliwości. Za tym, że może to nastąpić później przemawia to, że w czasach gdy inflacja spadła znacznie poniżej zera, RPP nie dokonała radykalnych obniżek stóp procentowych, podczas gdy inne banki centralne na świecie pobudzały gospodarkę zerowymi, a nawet ujemnymi stopami. Jeśli nawet w najbliższych miesiącach inflacja przekroczy pożądany poziom, Rada jeszcze przez jakiś czas pozostanie w strefie komfortu i będzie w stanie przetrzymać presję ze strony cen. Dopóki to się nie zmieni, stopy procentowe pozostaną na obecnych poziomach.

 

Autor: Krzysztof Izdebski, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI.

Jeszcze ponad dwa lata inflacja może być wyższa od oprocentowania przeciętnej bankowej lokaty. Realne straty przyniesie też większość kupowanych dziś skarbowych obligacji. Tym bardziej zaskakuje, że w bieżącym roku mogą się one cieszyć największą popularnością od ponad dekady.

Listopadowa projekcja inflacji przygotowana przez NBP nie napawa optymizmem. Inflacja przyspieszy i już w trakcie 2018 roku dobrnie do celu na poziomie 2,5%. Są to złe wieści dla posiadaczy lokat, bo Rada Polityki Pieniężnej wcale nie pali się do podnoszenia stóp procentowych. Efekt? Może się okazać, że lokaty wciąż będą oprocentowane rachitycznie, a inflacja coraz mocniej zacznie drenować oszczędności Polaków skłaniając ich do coraz bardziej ryzykownych inwestycji.

Dzisiejsze prognozy są dla posiadaczy oszczędności wybitnie nieprzychylne. Z szacunków Open Finance wynika, że przez najbliższe dwa lata osiągnięcie realnego zysku na lokatach może okazać się niemożliwe. Wszystko przez to, że dziś przeciętna nowo założona lokata roczna jest oprocentowana na niewiele ponad 1,6% (dane NBP), a od tego wyniku należy odjąć podatek (19%). Efekt jest taki, że inflacja będzie pochłaniać wartość oszczędności dwa razy szybciej niż banki dopisywać będą do nich odsetki. Wszystko wskazuje na to, że nie inaczej będzie przez kolejne dwa lata. Oprocentowanie lokat powinno rosnąć, ale tak samo powinna zachowywać się też inflacja.

Aktywne poszukiwania lub wyższe ryzyko

Rozwiązaniem jest poszukiwanie lokat promocyjnych, które banki szczególnie chętnie oferują nowym klientom i ich nowym środkom. Lista rozwiązań jest tu jednak ograniczona. Na przykład 4% na 2-3 miesięcznej lokacie można osiągnąć jedynie w czterech bankach i w każdym z nich można na taki procent odłożyć tylko po 10 tysięcy złotych. Jeśli ktoś ma więcej oszczędności, to musi zadowolić się już niższym procentem.

Drugim sposobem na pokonanie inflacji jest podjęcie wyższego ryzyka. Tu z pomocą przychodzą inwestycja na dłuższy czas lub w bardziej ryzykowne aktywa (np. obligacje korporacyjne, fundusze, akcje, surowce czy nieruchomości). W miarę bezpieczną alternatywą są długoterminowe obligacje skarbowe. Problem w tym, że inwestując w nie pieniądze powinniśmy o nich zapomnieć na kilka czy nawet kilkanaście lat. Oczywiście możemy zażądać przedterminowego wykupienia naszych papierów wartościowych, ale wiąże się to z opłatą.

Niski zysk bez ryzyka

Zobaczmy jednak co czeka nasze pieniądze, które przeznaczylibyśmy na zakup obligacji skarbowych. Weźmy pod uwagę zakup najwyżej oprocentowanych – dziesięcioletnich obligacji skarbowych. Pojedynczy papier można mieć za 100 złotych i pozwala on zarobić w pierwszym roku 2,7%. Potem oprocentowanie określane jest poprzez dodanie do inflacji 1,5 pkt. proc. Jeśli wierzyć prognozom NBP oznacza to, że w drugim roku cieszyć się będziemy oprocentowaniem na poziomie około 3,9%, a w trzecim w okolicach 4,3%. Brakuje prognoz, które pozwoliłyby oszacować oprocentowanie w kolejnych latach. W takim wypadku punktem odniesienia powinien być jednak cel inflacyjny na poziomie 2,5%, który sugeruje, że od czwartego roku inwestycji oprocentowanie obligacji powinno oscylować wokół 4% rocznie. W sumie więc można spodziewać się, że po 10 latach posiadaczowi dziesięcioletnich obligacji należeć się będzie około 46 zł odsetek. Niestety od tych pieniędzy trzeba zapłacić podatek, a potem dopiero sprawdzić czy obligacja pozwoliła pokonać inflację. Dopiero wtedy możemy bowiem mówić o realnym zysku. Z dzisiejszej perspektywy można szacować, że dziesięcioletnia obligacja skarbowa pozwoli zarobić realnie około 5-10% w ciągu 10 lat. Wynik skromny, a do tego niestety trzeba pamiętać, że szacunki na tak długie okresy mogą okazać się zawodne.

Warto w tym miejscu wspomnieć też o papierach wartościowych skierowanych do beneficjentów programu 500+. Rodziny takie mają możliwość zakupu obligacji 6 i 12 letnich. Te drugie w pierwszym roku oprocentowane są na 3,2%, a w kolejnych latach 2 pkt. proc ponad inflację. Dać to może około 4,4% w drugim roku i w okolicach 4,8% w trzecim. W kolejnych latach oprocentowanie obligacji powinno oscylować wokół 4,5% rocznie. W sumie więc można spodziewać się, że po tuzinie lat posiadaczowi rodzinnych obligacji należeć się będzie około 54 zł odsetek. Po potrąceniu podatku i spodziewanej inflacji można szacować realny zysk na poziomie około 10-15%.

Kupujemy obligacje, które dadzą straty

Wspomniane długoterminowe obligacje cieszą się jednak bardzo nikłą popularnością. W październiku br. papiery 10 i 12-letnie odpowiadały za 6% łącznej sprzedaży obligacji detalicznych. Najwięcej sprzedanych zostało obligacji krótkoterminowych (trzymiesięcznych) i dwuletnich o stałym oprocentowaniu. Niestety dla posiadaczy takich papierów Instytut Ekonomiczny NBP nie ma dobrych wieści. Powód? Po potrąceniu podatku i uwzględnieniu inflacji obligacje te najpewniej dadzą straty.

Spójrzmy najpierw na rozwiązanie najkrótsze – trzymiesięczne. Oprocentowanie w tym wypadku wynosi 1,5% w skali roku. Przyjmując, że inwestor utrzymywałby swoje oszczędności w tych papierach przez cały rok, oznacza to zysk po opodatkowaniu na poziomie 1,22%. Niestety w ciągu roku inflacja obniży wartość pieniędzy o około 2,4%. Jeśli faktycznie by się tak stało, to inwestor w ujęciu realnym nie tylko by nie zarobił, ale nawet zanotował stratę na poziomie prawie 1,2%.

Podobnie byłoby w przypadku obligacji dwuletnich. Są one oprocentowane na 2,1% w skali roku. Po dwóch latach na konto inwestora wpłynęłoby więc o 3,4% więcej niż zainwestował (już po opodatkowaniu). Problem w tym, że w tym czasie inflacja skonsumuje bez mała 5,3% wartości oszczędności – wynika z projekcji inflacji przygotowanej przez NBP. W sumie więc inwestor znowu nie tylko nie zarobi, ale realnie straci około 1,7%.

Tym bardziej dziwi, że obligacje, które najprawdopodobniej dadzą realne straty, odpowiadają w bieżącym roku za ponad połowę sprzedaży detalicznych papierów dłużnych. Warto przy tym dodać, że rok 2017 będzie najpewniej rekordowy pod względem kwoty, którą Polacy zainwestują w obligacje emitowane przez Skarb Państwa. Przez 10 miesięcy Minister Finansów sprzedał już obywatelom papiery warte 5,4 mld złotych. Nawet prosta ekstrapolacja powala szacować, że w całym roku sprzedaż opiewać będzie na przynajmniej 6,5 mld złotych. Byłby to najwyższy wynik od 10 lat – wynika ze statystyk ministerstwa.

 

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Silne korekty cen metali przemysłowych i surowców energetycznych odgrywają istotną rolę w widocznym już na pierwszy rzut oka pogorszeniu się sentymentu, także na rynkach akcji. Widzimy pole do głębszego cofnięcia się rozgrzanych w poprzednich miesiącach do czerwoności rynków ryzykownych aktywów.

Ostatnie fazy wzrostów cen miedzi i ropy były oderwane od fundamentów. W przypadku metali przemysłowych skrajny optymizm rynków nie wytrzymuje konfrontacji z obawą, ze po zjeździe Komunistycznej Partii Chin przyjdzie czas na kontrolowane schłodzenie rozgrzanego rynku nieruchomości i zacieśnienie warunków monetarnych. W przypadku ropy entuzjazm dotyczący zbliżającego się posiedzenia OPEC przyćmił rosnącą aktywność wydobywczą w USA i zbyt optymistyczną wizję siły popytu na surowiec w 2018 roku. Warto mieć na uwadze, że w ostatnim tygodniu zaangażowanie inwestorów na rynku surowców było najwyższe w historii. Tymczasem wartości oddającego popyt na nisko przetworzone towary wskaźnika z rodziny CRB dość wyraźnie zawróciły i bliżej im do tegorocznych dołków niż maksimów. Zresztą można zauważyć, że indeks ten wielokrotnie wyprzedzał zachowanie szerszych miar koniunktury na rynkach surowcowych. W tym świetle należy naszym zdaniem oczekiwać kontynuacji słabości miedzi i ropy naftowej, tym bardziej, że pozytywny dla cen wynik posiedzenia OPEC jest już dawno zdyskontowany.

Ma to spore reperkusje dla rynku walutowego. W obecnym położeniu istnieje znaczne pole do kontynuacji zniżek przez AUD/USD oraz NZD/USD. Uważamy, że jesteśmy w fazie przesilenia na rynku złotego i EUR/PLN będzie dryfował na nieco wyższe pułapy. Waluty defensywne z euro i jenem na czele powinny krótkim terminie radzić sobie dobrze, zwłaszcza, że wzbiera niepewność dotycząca losów reformy systemu podatkowego. Dziś w centrum uwagi będą dane o inflacji z USA. W sześciu na siedem ostatnich przypadkach inflacja bazowa rozczarowała (co było przecież kluczem do słabości dolara w tym roku). Dane za październik mają jednak szanse by pozytywnie zaskoczyć za sprawą m.in. mniejszej podaży używanych aut, czy stopniowego „przegryzania się” wyższych cen importowanych dóbr. Po poprzednich huraganach trajektoria cen również podnosiła się z minimum miesięcznym opóźnieniem. Wyższe ceny bazowe w USA zderzone z rozczarowaniami inflacją w innych gospodarkach byłyby oczywiście pozytywne dla dolara, lecz przy przesądzonej podwyżce w grudniu ważniejsze są losy reformy systemu podatkowego.

Główny wskaźnik inflacji konsumenckiej powinien natomiast wyhamować z 2,2 do 2,0 proc. rok do roku za sprawą normalizacji cen paliw po wrześniowym wystrzale spowodowanym przez huragany. Bazowy wskaźnik (również dziś publikowanej) sprzedaży detalicznej powinien przybrać solidną dynamikę – przy dobrych nastrojach gospodarstw domowych i rozpędzonym rynku pracy nie ma podstaw by obawiać się o siłę konsumpcji w USA. Na froncie danych warto też zwrócić uwagę na informacje z brytyjskiego rynku pracy. Pomimo dość słabej inflacji (dane wczorajsze) funt odrabia straty na fali słabości dolara – GBP/USD powraca w kierunku 1,32. Biorąc pod uwagę słabnącą pozycję premier May oraz oczekiwane przez nas schłodzenie koniunktury odsuwające lutową podwyżkę stóp przez Bank Anglii nie widzimy podstaw by obecne poziomy zostały w kolejnych tygodniach utrzymane.

 

Autor: Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS

GUS potwierdził swój wstępny szacunek, według którego inflacja w październiku wyniosła 2,1 proc. Lekki spadek wskaźnika po osiągnięciu we wrześniu poziomu 2,2 proc. zawdzięczamy głównie mniejszej niż poprzednio zwyżce cen paliwa. Wciąż jednak mocno drożeje żywność, której ceny poszły w górę aż o 5,8 proc., a w kategorii żywność i napoje bezalkoholowe o 5,4 proc. (we wrześniu wzrost wyniósł odpowiednio 5,3 i 5 proc.). Mocniej niż we wrześniu wzrosły koszty związane z mieszkaniem, bo aż o 2 proc., wobec 1,8 miesiąc wcześniej, z 2,3 do 2,6 proc. zwiększyły się koszty utrzymania mieszkania i nośników energii.

W najbliższych miesiącach można się spodziewać dalszego niewielkiego obniżenia się wskaźnika inflacji, jednak będzie to głównie efekt statystyczny, wynikający z wyższej bazy odniesienia. W listopadzie ubiegłego roku pożegnaliśmy się z deflacją i ceny przestały spadać. W grudniu wzrosły już o 0,8 proc., a pierwsze miesiące obecnego roku przyniosły jej skok od 1,7 w styczniu do 2,2 proc. w marcu. Presja inflacyjna będzie jednak nadal odczuwalna, między innymi w związku z sytuacją na rynku pracy, napędzającą i tak już silny popyt konsumpcyjny, ale także rosnącymi cenami surowców, w tym energetycznych oraz wyższymi kosztami produkcji, zarówno w rolnictwie, jak i w przemyśle.

Do rosnącej inflacji musimy się przyzwyczaić, dostosowując do niej swoje nawyki konsumpcyjne oraz preferencje w inwestowaniu i lokowaniu oszczędności. Według najnowszej prognozy NBP, w przyszłym roku inflacja wyniesie średnio 2,3 proc., a w 2019 r. może podskoczyć do 2,7 proc. Te przewidywania należy wziąć pod uwagę w swoich kalkulacjach. Dla konsumentów dobrą wiadomością jest to, że zmniejszyć się ma w kolejnych latach dynamika cen żywności. O ile w tym roku sięgnie ona 4 proc. to w przyszłym wyniesie już tylko 2,8 proc., a w 2019 r. o 2,9 proc. Taniej więc nie będzie, ale przynajmniej ceny nie będą rosły tak mocno jak w tym roku, choć wiele będzie zależeć także od warunków pogodowych. Eksperci banku centralnego przewidują też nieco wolniejszy wzrost cen energii, których dynamika ma obniżyć się z tegorocznych 3 proc. do 2,7 proc. w przyszłym roku i 2,1 proc. w 2019 r.

 

 

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Po sennej sesji w Azji, Europa rozpoczyna wtorek od podkupywania dolara, odwracając wczorajszą słabość. W ruchach nie ma nic nadzwyczajnego, raczej zwykłe przepływy kapitału w tą i z powrotem w oczekiwaniu na świeże impulsy lub naruszenie czyhających gdzieś zleceń stop loss (jak wczoraj na USD/JPY). Euro pozostaje słabe, funt odreagowuje wyprzedaż z ubiegłego tygodnia, złoty pozostaje bez zmian. Mało emocjonujący kalendarz we wtorek skazuje rynki na kontynuację konsolidacji.

Bez większej reakcji przeszły wczoraj dwie sprawy – drobne postępy w pracach nad reformą podatkową i ogłoszenie odejścia Billa Dudleya z nowojorskiego Fed. W pierwszym przypadku, poprawki nanoszone do ustawy zdają się iść w stronę pozyskania jak największego poparcia dla projektu. Prace w komisji budżetowej mają potrwać do czwartku i dopiero wówczas można spodziewać się reakcji pod kątem liczenia głosów za i przeciw.

Bill Dudley, członek zarządu Fed oraz reprezentant oddziału z Nowego Jorku, potwierdził pogłoski dotyczące porzucenia obecnie sprawowanego stanowiska w „połowie 2018 roku”. Jego kadencja pierwotnie miała się zakończyć w styczniu 2019 r., a następca ma być wyznaczony w procesie przeprowadzonym przez oddział w Nowym Jorku. Główny wniosek płynący z tej decyzji, to że rośnie niepewność o skład FOMC w 2018 r., a zatem i kształt polityki monetarnej.

Nie oznacza to od razu, że zarysowana we wrześniu perspektywa trzech podwyżek w przyszłym roku jest zagrożona, ale wątpliwe jest, aby rynek w takich warunkach decydował się na wyprzedzające dyskonto zacieśniania monetarnego. Pozostajemy w trybie wyceniania podwyżki stóp procentowych w grudniu (teraz 92 proc.), a dopiero gdy miniemy ten próg, rozpocznie się dyskusja o kolejnym kroku w marcu 2018 r.

Zgodnie z powszechnym przekonaniem RBA utrzymał stopę kasową na 1,50 proc. AUD znalazł przejściowe wsparcie we wzmiankach w komunikacie, że nie dokonano większych zmian w prognozach inflacji i wzrostu. Szczególnie to drugie było pokrzepiające w obliczu ostatnich rozczarowujących danych o CPI. Ale podtrzymanie optymizmu wobec wzrostu przy sygnałach spowolnienia konsumpcji (spadek sprzedaży detalicznej o 0,6 proc. od sierpnia) i niskiej presji płacowej. Ta pewność siebie finalnie wzbudziła wątpliwości rynku i dziś rano AUD/USD osuwa się niżej. Obecnie jedynie dobra postawa miedzi i rudy żelaza (pod wpływem rajdu ropy naftowej) hamuje spadki AUD, ale tło makro wspiera nasz pogląd o kontynuacji zjazdu.

We wtorek inwestorzy nie otrzymają zbyt wiele danych, na których mogliby pracować. Sprzedaż detaliczna z Eurolandu i liczba otwartych procesów rekrutacyjnych w USA będą drugorzędne. Mamy kilka wystąpień przedstawicieli banków centralnych, w tym m.in. Draghiego z ECB, Quarlesa z Fed i Poloza z BoC.

Autor: Konrad Białas, Główny Ekonomista, DM TMS

Przedsiębiorcy nie będą wpłacać zaliczek na PIT, jeśli te nie przekroczą 1 tys. zł, nie będą też musieli amortyzować środka trwałego tańszego niż 10 tys. zł – m.in. takie uproszczenia wprowadza nowelizacja przepisów o podatku dochodowym, którą właśnie przyjął Sejm. To dobra wiadomość dla właścicieli najmniejszych firm.

Modyfikacje obowiązujących zasad rozliczania działalności gospodarczej to część dużej noweli zmieniającej ustawę o PIT, ustawę o CIT oraz ustawę o zryczałtowanym podatku dochodowym. Nowelizację przedstawił w lipcu br. resort rozwoju, a w zeszłym tygodniu została przegłosowa przez Sejm. Teraz zajmie się nią Senat. Przedsiębiorcy mają odczuć zmiany już od 1 stycznia 2018 r.

Mniej przelewów do fiskusa z tytułu PIT

Patrząc przez pryzmat mikroprzedsiębiorców, na uwagę zasługują dwie modyfikacje. Przede wszystkim właściciele firm mają być zwolnieni z obowiązku wpłacania zaliczek na podatek dochodowy w ciągu roku, jeśli należna fiskusowi zaliczka (lub suma zaliczek liczona narastająco od początku roku) nie przekroczy 1 tys. zł.

Załóżmy, że zobowiązanie przedsiębiorcy z tytułu PIT za styczeń 2018 r. wyniesie 600 zł. Według przepisów obowiązujących obecnie, przedsiębiorca musiałby wpłacić tę kwotę na konto fiskusa. Od nowego roku natomiast, zgodnie z nowelizacją przepisów, nie zapłaciłby nic.

Obliczanie zaliczek na PIT w kolejnych miesiącach ma wyglądać następująco. Jeśli zobowiązanie z tytułu PIT za luty 2018 r., wyniesie np. 100 zł, suma zaliczek liczona od początku roku będzie równa 700 zł. Przedsiębiorca nadal nie wpłacałby kwoty do urzędu skarbowego.

Natomiast, jeżeli zaliczka za luty 2018 r. wyniesie np. 600 zł, suma zaliczek liczona od początku roku wzrośnie do 1200 zł i dokładnie tyle przedsiębiorca będzie musiał przekazać fiskusowi.

Od strony technicznej limit 1 tys. zł należy odnosić do różnicy między zaliczkami należnymi, a wpłaconymi.

Powyższą zmianę należy oceniać pozytywnie, zwłaszcza z punktu widzenia przedsiębiorców o niższych dochodach. Termin płatności zaliczek na PIT będzie odroczony, więc w efekcie przedsiębiorcy po pierwsze wykonają mniej przelewów do urzędu skarbowego w ciągu roku, po drugie będą mogli przeznaczyć na inny cel zaliczki należne, ale nieprzelane na rachunek fiskusa.

Zaktualizowany limit braku amortyzacji

Drugim, ważnym doprecyzowaniem przepisów z punktu widzenia najdrobniejszych firm jest aktualizacja ulgi, która pozwala przedsiębiorcy nie amortyzować zakupionej na firmę rzeczy (środka trwałego czy wartości niematerialnej i prawnej), jeśli jej wartość nie przekracza 3,5 tys. zł. Taka rzecz trafia od razu i bezpośrednio do kosztów firmowych – z pominięciem trwającego kilka lat procesu rozpisywania jej wartości w czasie. Nic więc dziwnego, że właściciele firm często po nią sięgają.

Wraz z nowym rokiem wartość tej ulgi ma wzrosnąć z obecnych – nieaktualizowanych od kilkunastu lat – 3,5 tys. zł do 10 tys. zł. To podwyżka powyżej czynnika skumulowanej inflacji, która przez te kilkanaście lat wyniosła 42%. Zatem wszystko wskazuje na to, że przedsiębiorcy doczekają się wreszcie urealnienia bardzo popularnej ulgi. Kwota 10 tys. zł ma dotyczyć składników majątku przyjętych do używania po dniu 31 grudnia 2017 r.

Przyjęcie przez Sejm podwyżki cieszy podwójnie, bo to już trzecia w tym roku – tym razem udana – próba waloryzacji jednorazowego rozliczenia w kosztach rzeczy z pominięciem jej amortyzacji. W marcu br. bowiem Sejm odrzucił projekt poselski, który miał zaktualizować limit do 10 tys. zł. Z kolei jeszcze przed wakacjami rządzący nie przychylili się do stanowiska Stowarzyszenia Księgowych w Polsce, które również sugerowało podwyżkę limitu do 10 tys. (te kwestie były poruszane przez Tax Care w czerwcu br.).

Autorzy projektu przekonują, że „korzystny wpływ na warunki funkcjonowania i rozwoju mikroprzedsiębiorców” mają mieć także pozostałe przewidziane w nowelizacji zmiany, które to z kolei mają ograniczyć agresywną optymalizację podatkową stosowaną przez „dużych” podatników.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Eksperci

Letnia „hossa”

Za oknem piękna pogoda, sezon wakacyjny w pełni, a na giełdzie długo wyczekiwany wzrost. Z czysto se...

Ludwiczak: Majowe spowolnienie na rynku mieszkaniowym

Odczyty makroekonomiczne za maj 2018 r. można by uznać za bardzo dobre, gdyby nie spowolnienie na ry...

Przasnyski: Stopy procentowe niskie, ale kredyty drożeją

Rada Polityki Pieniężnej od ponad trzech lat utrzymuje stopy procentowe na rekordowo niskim poziomie...

Sawicki: Nowy tydzień, nowe szanse

Ubiegły tydzień inwestorzy zaczynali we wręcz szampańskich nastrojach, ale kończyli go w minorowych....

Lipka: Znów fatalne wieści dla frankowiczów

Za szwajcarską walutę trzeba płacić już ok. 3,70 zł, to ponad 20 gr więcej niż jeszcze miesiąc temu....

AKTUALNOŚCI

Gospodarka rozpędzona na piątkę

W drugim kwartale br. PKB wzrósł o 5,1 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. W p...

Obrót energią możliwy tylko przez giełdę – rząd ustabilizuje ceny?

Ministerstwo Energii chce, żeby już we wrześniu zostały uchwalone zmiany, które podniosą obligo gieł...

Rosyjskie embargo nie działa – mamy alternatywne rynki zbytu. Eksport żywności rośnie

Bilans handlowy Polski po wprowadzeniu rosyjskiego embarga systematycznie się poprawia. Struktura ek...

Polskie startupy z szansą na udział w pierwszym programie grantowym dla państw Grupy Wyszehradzki

Do 24 sierpnia polskie startupy mają szansę aplikować do programu V4 Startup Force - pierwszego proj...

Niską inflację czas pożegnać

Wskaźnik Przyszłej Inflacji (WPI), prognozujący z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem kierunek zmian cen ...