wtorek, Listopad 21, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "inflacja"

inflacja

Jeszcze ponad dwa lata inflacja może być wyższa od oprocentowania przeciętnej bankowej lokaty. Realne straty przyniesie też większość kupowanych dziś skarbowych obligacji. Tym bardziej zaskakuje, że w bieżącym roku mogą się one cieszyć największą popularnością od ponad dekady.

Listopadowa projekcja inflacji przygotowana przez NBP nie napawa optymizmem. Inflacja przyspieszy i już w trakcie 2018 roku dobrnie do celu na poziomie 2,5%. Są to złe wieści dla posiadaczy lokat, bo Rada Polityki Pieniężnej wcale nie pali się do podnoszenia stóp procentowych. Efekt? Może się okazać, że lokaty wciąż będą oprocentowane rachitycznie, a inflacja coraz mocniej zacznie drenować oszczędności Polaków skłaniając ich do coraz bardziej ryzykownych inwestycji.

Dzisiejsze prognozy są dla posiadaczy oszczędności wybitnie nieprzychylne. Z szacunków Open Finance wynika, że przez najbliższe dwa lata osiągnięcie realnego zysku na lokatach może okazać się niemożliwe. Wszystko przez to, że dziś przeciętna nowo założona lokata roczna jest oprocentowana na niewiele ponad 1,6% (dane NBP), a od tego wyniku należy odjąć podatek (19%). Efekt jest taki, że inflacja będzie pochłaniać wartość oszczędności dwa razy szybciej niż banki dopisywać będą do nich odsetki. Wszystko wskazuje na to, że nie inaczej będzie przez kolejne dwa lata. Oprocentowanie lokat powinno rosnąć, ale tak samo powinna zachowywać się też inflacja.

Aktywne poszukiwania lub wyższe ryzyko

Rozwiązaniem jest poszukiwanie lokat promocyjnych, które banki szczególnie chętnie oferują nowym klientom i ich nowym środkom. Lista rozwiązań jest tu jednak ograniczona. Na przykład 4% na 2-3 miesięcznej lokacie można osiągnąć jedynie w czterech bankach i w każdym z nich można na taki procent odłożyć tylko po 10 tysięcy złotych. Jeśli ktoś ma więcej oszczędności, to musi zadowolić się już niższym procentem.

Drugim sposobem na pokonanie inflacji jest podjęcie wyższego ryzyka. Tu z pomocą przychodzą inwestycja na dłuższy czas lub w bardziej ryzykowne aktywa (np. obligacje korporacyjne, fundusze, akcje, surowce czy nieruchomości). W miarę bezpieczną alternatywą są długoterminowe obligacje skarbowe. Problem w tym, że inwestując w nie pieniądze powinniśmy o nich zapomnieć na kilka czy nawet kilkanaście lat. Oczywiście możemy zażądać przedterminowego wykupienia naszych papierów wartościowych, ale wiąże się to z opłatą.

Niski zysk bez ryzyka

Zobaczmy jednak co czeka nasze pieniądze, które przeznaczylibyśmy na zakup obligacji skarbowych. Weźmy pod uwagę zakup najwyżej oprocentowanych – dziesięcioletnich obligacji skarbowych. Pojedynczy papier można mieć za 100 złotych i pozwala on zarobić w pierwszym roku 2,7%. Potem oprocentowanie określane jest poprzez dodanie do inflacji 1,5 pkt. proc. Jeśli wierzyć prognozom NBP oznacza to, że w drugim roku cieszyć się będziemy oprocentowaniem na poziomie około 3,9%, a w trzecim w okolicach 4,3%. Brakuje prognoz, które pozwoliłyby oszacować oprocentowanie w kolejnych latach. W takim wypadku punktem odniesienia powinien być jednak cel inflacyjny na poziomie 2,5%, który sugeruje, że od czwartego roku inwestycji oprocentowanie obligacji powinno oscylować wokół 4% rocznie. W sumie więc można spodziewać się, że po 10 latach posiadaczowi dziesięcioletnich obligacji należeć się będzie około 46 zł odsetek. Niestety od tych pieniędzy trzeba zapłacić podatek, a potem dopiero sprawdzić czy obligacja pozwoliła pokonać inflację. Dopiero wtedy możemy bowiem mówić o realnym zysku. Z dzisiejszej perspektywy można szacować, że dziesięcioletnia obligacja skarbowa pozwoli zarobić realnie około 5-10% w ciągu 10 lat. Wynik skromny, a do tego niestety trzeba pamiętać, że szacunki na tak długie okresy mogą okazać się zawodne.

Warto w tym miejscu wspomnieć też o papierach wartościowych skierowanych do beneficjentów programu 500+. Rodziny takie mają możliwość zakupu obligacji 6 i 12 letnich. Te drugie w pierwszym roku oprocentowane są na 3,2%, a w kolejnych latach 2 pkt. proc ponad inflację. Dać to może około 4,4% w drugim roku i w okolicach 4,8% w trzecim. W kolejnych latach oprocentowanie obligacji powinno oscylować wokół 4,5% rocznie. W sumie więc można spodziewać się, że po tuzinie lat posiadaczowi rodzinnych obligacji należeć się będzie około 54 zł odsetek. Po potrąceniu podatku i spodziewanej inflacji można szacować realny zysk na poziomie około 10-15%.

Kupujemy obligacje, które dadzą straty

Wspomniane długoterminowe obligacje cieszą się jednak bardzo nikłą popularnością. W październiku br. papiery 10 i 12-letnie odpowiadały za 6% łącznej sprzedaży obligacji detalicznych. Najwięcej sprzedanych zostało obligacji krótkoterminowych (trzymiesięcznych) i dwuletnich o stałym oprocentowaniu. Niestety dla posiadaczy takich papierów Instytut Ekonomiczny NBP nie ma dobrych wieści. Powód? Po potrąceniu podatku i uwzględnieniu inflacji obligacje te najpewniej dadzą straty.

Spójrzmy najpierw na rozwiązanie najkrótsze – trzymiesięczne. Oprocentowanie w tym wypadku wynosi 1,5% w skali roku. Przyjmując, że inwestor utrzymywałby swoje oszczędności w tych papierach przez cały rok, oznacza to zysk po opodatkowaniu na poziomie 1,22%. Niestety w ciągu roku inflacja obniży wartość pieniędzy o około 2,4%. Jeśli faktycznie by się tak stało, to inwestor w ujęciu realnym nie tylko by nie zarobił, ale nawet zanotował stratę na poziomie prawie 1,2%.

Podobnie byłoby w przypadku obligacji dwuletnich. Są one oprocentowane na 2,1% w skali roku. Po dwóch latach na konto inwestora wpłynęłoby więc o 3,4% więcej niż zainwestował (już po opodatkowaniu). Problem w tym, że w tym czasie inflacja skonsumuje bez mała 5,3% wartości oszczędności – wynika z projekcji inflacji przygotowanej przez NBP. W sumie więc inwestor znowu nie tylko nie zarobi, ale realnie straci około 1,7%.

Tym bardziej dziwi, że obligacje, które najprawdopodobniej dadzą realne straty, odpowiadają w bieżącym roku za ponad połowę sprzedaży detalicznych papierów dłużnych. Warto przy tym dodać, że rok 2017 będzie najpewniej rekordowy pod względem kwoty, którą Polacy zainwestują w obligacje emitowane przez Skarb Państwa. Przez 10 miesięcy Minister Finansów sprzedał już obywatelom papiery warte 5,4 mld złotych. Nawet prosta ekstrapolacja powala szacować, że w całym roku sprzedaż opiewać będzie na przynajmniej 6,5 mld złotych. Byłby to najwyższy wynik od 10 lat – wynika ze statystyk ministerstwa.

 

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Silne korekty cen metali przemysłowych i surowców energetycznych odgrywają istotną rolę w widocznym już na pierwszy rzut oka pogorszeniu się sentymentu, także na rynkach akcji. Widzimy pole do głębszego cofnięcia się rozgrzanych w poprzednich miesiącach do czerwoności rynków ryzykownych aktywów.

Ostatnie fazy wzrostów cen miedzi i ropy były oderwane od fundamentów. W przypadku metali przemysłowych skrajny optymizm rynków nie wytrzymuje konfrontacji z obawą, ze po zjeździe Komunistycznej Partii Chin przyjdzie czas na kontrolowane schłodzenie rozgrzanego rynku nieruchomości i zacieśnienie warunków monetarnych. W przypadku ropy entuzjazm dotyczący zbliżającego się posiedzenia OPEC przyćmił rosnącą aktywność wydobywczą w USA i zbyt optymistyczną wizję siły popytu na surowiec w 2018 roku. Warto mieć na uwadze, że w ostatnim tygodniu zaangażowanie inwestorów na rynku surowców było najwyższe w historii. Tymczasem wartości oddającego popyt na nisko przetworzone towary wskaźnika z rodziny CRB dość wyraźnie zawróciły i bliżej im do tegorocznych dołków niż maksimów. Zresztą można zauważyć, że indeks ten wielokrotnie wyprzedzał zachowanie szerszych miar koniunktury na rynkach surowcowych. W tym świetle należy naszym zdaniem oczekiwać kontynuacji słabości miedzi i ropy naftowej, tym bardziej, że pozytywny dla cen wynik posiedzenia OPEC jest już dawno zdyskontowany.

Ma to spore reperkusje dla rynku walutowego. W obecnym położeniu istnieje znaczne pole do kontynuacji zniżek przez AUD/USD oraz NZD/USD. Uważamy, że jesteśmy w fazie przesilenia na rynku złotego i EUR/PLN będzie dryfował na nieco wyższe pułapy. Waluty defensywne z euro i jenem na czele powinny krótkim terminie radzić sobie dobrze, zwłaszcza, że wzbiera niepewność dotycząca losów reformy systemu podatkowego. Dziś w centrum uwagi będą dane o inflacji z USA. W sześciu na siedem ostatnich przypadkach inflacja bazowa rozczarowała (co było przecież kluczem do słabości dolara w tym roku). Dane za październik mają jednak szanse by pozytywnie zaskoczyć za sprawą m.in. mniejszej podaży używanych aut, czy stopniowego „przegryzania się” wyższych cen importowanych dóbr. Po poprzednich huraganach trajektoria cen również podnosiła się z minimum miesięcznym opóźnieniem. Wyższe ceny bazowe w USA zderzone z rozczarowaniami inflacją w innych gospodarkach byłyby oczywiście pozytywne dla dolara, lecz przy przesądzonej podwyżce w grudniu ważniejsze są losy reformy systemu podatkowego.

Główny wskaźnik inflacji konsumenckiej powinien natomiast wyhamować z 2,2 do 2,0 proc. rok do roku za sprawą normalizacji cen paliw po wrześniowym wystrzale spowodowanym przez huragany. Bazowy wskaźnik (również dziś publikowanej) sprzedaży detalicznej powinien przybrać solidną dynamikę – przy dobrych nastrojach gospodarstw domowych i rozpędzonym rynku pracy nie ma podstaw by obawiać się o siłę konsumpcji w USA. Na froncie danych warto też zwrócić uwagę na informacje z brytyjskiego rynku pracy. Pomimo dość słabej inflacji (dane wczorajsze) funt odrabia straty na fali słabości dolara – GBP/USD powraca w kierunku 1,32. Biorąc pod uwagę słabnącą pozycję premier May oraz oczekiwane przez nas schłodzenie koniunktury odsuwające lutową podwyżkę stóp przez Bank Anglii nie widzimy podstaw by obecne poziomy zostały w kolejnych tygodniach utrzymane.

 

Autor: Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS

GUS potwierdził swój wstępny szacunek, według którego inflacja w październiku wyniosła 2,1 proc. Lekki spadek wskaźnika po osiągnięciu we wrześniu poziomu 2,2 proc. zawdzięczamy głównie mniejszej niż poprzednio zwyżce cen paliwa. Wciąż jednak mocno drożeje żywność, której ceny poszły w górę aż o 5,8 proc., a w kategorii żywność i napoje bezalkoholowe o 5,4 proc. (we wrześniu wzrost wyniósł odpowiednio 5,3 i 5 proc.). Mocniej niż we wrześniu wzrosły koszty związane z mieszkaniem, bo aż o 2 proc., wobec 1,8 miesiąc wcześniej, z 2,3 do 2,6 proc. zwiększyły się koszty utrzymania mieszkania i nośników energii.

W najbliższych miesiącach można się spodziewać dalszego niewielkiego obniżenia się wskaźnika inflacji, jednak będzie to głównie efekt statystyczny, wynikający z wyższej bazy odniesienia. W listopadzie ubiegłego roku pożegnaliśmy się z deflacją i ceny przestały spadać. W grudniu wzrosły już o 0,8 proc., a pierwsze miesiące obecnego roku przyniosły jej skok od 1,7 w styczniu do 2,2 proc. w marcu. Presja inflacyjna będzie jednak nadal odczuwalna, między innymi w związku z sytuacją na rynku pracy, napędzającą i tak już silny popyt konsumpcyjny, ale także rosnącymi cenami surowców, w tym energetycznych oraz wyższymi kosztami produkcji, zarówno w rolnictwie, jak i w przemyśle.

Do rosnącej inflacji musimy się przyzwyczaić, dostosowując do niej swoje nawyki konsumpcyjne oraz preferencje w inwestowaniu i lokowaniu oszczędności. Według najnowszej prognozy NBP, w przyszłym roku inflacja wyniesie średnio 2,3 proc., a w 2019 r. może podskoczyć do 2,7 proc. Te przewidywania należy wziąć pod uwagę w swoich kalkulacjach. Dla konsumentów dobrą wiadomością jest to, że zmniejszyć się ma w kolejnych latach dynamika cen żywności. O ile w tym roku sięgnie ona 4 proc. to w przyszłym wyniesie już tylko 2,8 proc., a w 2019 r. o 2,9 proc. Taniej więc nie będzie, ale przynajmniej ceny nie będą rosły tak mocno jak w tym roku, choć wiele będzie zależeć także od warunków pogodowych. Eksperci banku centralnego przewidują też nieco wolniejszy wzrost cen energii, których dynamika ma obniżyć się z tegorocznych 3 proc. do 2,7 proc. w przyszłym roku i 2,1 proc. w 2019 r.

 

 

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Po sennej sesji w Azji, Europa rozpoczyna wtorek od podkupywania dolara, odwracając wczorajszą słabość. W ruchach nie ma nic nadzwyczajnego, raczej zwykłe przepływy kapitału w tą i z powrotem w oczekiwaniu na świeże impulsy lub naruszenie czyhających gdzieś zleceń stop loss (jak wczoraj na USD/JPY). Euro pozostaje słabe, funt odreagowuje wyprzedaż z ubiegłego tygodnia, złoty pozostaje bez zmian. Mało emocjonujący kalendarz we wtorek skazuje rynki na kontynuację konsolidacji.

Bez większej reakcji przeszły wczoraj dwie sprawy – drobne postępy w pracach nad reformą podatkową i ogłoszenie odejścia Billa Dudleya z nowojorskiego Fed. W pierwszym przypadku, poprawki nanoszone do ustawy zdają się iść w stronę pozyskania jak największego poparcia dla projektu. Prace w komisji budżetowej mają potrwać do czwartku i dopiero wówczas można spodziewać się reakcji pod kątem liczenia głosów za i przeciw.

Bill Dudley, członek zarządu Fed oraz reprezentant oddziału z Nowego Jorku, potwierdził pogłoski dotyczące porzucenia obecnie sprawowanego stanowiska w „połowie 2018 roku”. Jego kadencja pierwotnie miała się zakończyć w styczniu 2019 r., a następca ma być wyznaczony w procesie przeprowadzonym przez oddział w Nowym Jorku. Główny wniosek płynący z tej decyzji, to że rośnie niepewność o skład FOMC w 2018 r., a zatem i kształt polityki monetarnej.

Nie oznacza to od razu, że zarysowana we wrześniu perspektywa trzech podwyżek w przyszłym roku jest zagrożona, ale wątpliwe jest, aby rynek w takich warunkach decydował się na wyprzedzające dyskonto zacieśniania monetarnego. Pozostajemy w trybie wyceniania podwyżki stóp procentowych w grudniu (teraz 92 proc.), a dopiero gdy miniemy ten próg, rozpocznie się dyskusja o kolejnym kroku w marcu 2018 r.

Zgodnie z powszechnym przekonaniem RBA utrzymał stopę kasową na 1,50 proc. AUD znalazł przejściowe wsparcie we wzmiankach w komunikacie, że nie dokonano większych zmian w prognozach inflacji i wzrostu. Szczególnie to drugie było pokrzepiające w obliczu ostatnich rozczarowujących danych o CPI. Ale podtrzymanie optymizmu wobec wzrostu przy sygnałach spowolnienia konsumpcji (spadek sprzedaży detalicznej o 0,6 proc. od sierpnia) i niskiej presji płacowej. Ta pewność siebie finalnie wzbudziła wątpliwości rynku i dziś rano AUD/USD osuwa się niżej. Obecnie jedynie dobra postawa miedzi i rudy żelaza (pod wpływem rajdu ropy naftowej) hamuje spadki AUD, ale tło makro wspiera nasz pogląd o kontynuacji zjazdu.

We wtorek inwestorzy nie otrzymają zbyt wiele danych, na których mogliby pracować. Sprzedaż detaliczna z Eurolandu i liczba otwartych procesów rekrutacyjnych w USA będą drugorzędne. Mamy kilka wystąpień przedstawicieli banków centralnych, w tym m.in. Draghiego z ECB, Quarlesa z Fed i Poloza z BoC.

Autor: Konrad Białas, Główny Ekonomista, DM TMS

Przedsiębiorcy nie będą wpłacać zaliczek na PIT, jeśli te nie przekroczą 1 tys. zł, nie będą też musieli amortyzować środka trwałego tańszego niż 10 tys. zł – m.in. takie uproszczenia wprowadza nowelizacja przepisów o podatku dochodowym, którą właśnie przyjął Sejm. To dobra wiadomość dla właścicieli najmniejszych firm.

Modyfikacje obowiązujących zasad rozliczania działalności gospodarczej to część dużej noweli zmieniającej ustawę o PIT, ustawę o CIT oraz ustawę o zryczałtowanym podatku dochodowym. Nowelizację przedstawił w lipcu br. resort rozwoju, a w zeszłym tygodniu została przegłosowa przez Sejm. Teraz zajmie się nią Senat. Przedsiębiorcy mają odczuć zmiany już od 1 stycznia 2018 r.

Mniej przelewów do fiskusa z tytułu PIT

Patrząc przez pryzmat mikroprzedsiębiorców, na uwagę zasługują dwie modyfikacje. Przede wszystkim właściciele firm mają być zwolnieni z obowiązku wpłacania zaliczek na podatek dochodowy w ciągu roku, jeśli należna fiskusowi zaliczka (lub suma zaliczek liczona narastająco od początku roku) nie przekroczy 1 tys. zł.

Załóżmy, że zobowiązanie przedsiębiorcy z tytułu PIT za styczeń 2018 r. wyniesie 600 zł. Według przepisów obowiązujących obecnie, przedsiębiorca musiałby wpłacić tę kwotę na konto fiskusa. Od nowego roku natomiast, zgodnie z nowelizacją przepisów, nie zapłaciłby nic.

Obliczanie zaliczek na PIT w kolejnych miesiącach ma wyglądać następująco. Jeśli zobowiązanie z tytułu PIT za luty 2018 r., wyniesie np. 100 zł, suma zaliczek liczona od początku roku będzie równa 700 zł. Przedsiębiorca nadal nie wpłacałby kwoty do urzędu skarbowego.

Natomiast, jeżeli zaliczka za luty 2018 r. wyniesie np. 600 zł, suma zaliczek liczona od początku roku wzrośnie do 1200 zł i dokładnie tyle przedsiębiorca będzie musiał przekazać fiskusowi.

Od strony technicznej limit 1 tys. zł należy odnosić do różnicy między zaliczkami należnymi, a wpłaconymi.

Powyższą zmianę należy oceniać pozytywnie, zwłaszcza z punktu widzenia przedsiębiorców o niższych dochodach. Termin płatności zaliczek na PIT będzie odroczony, więc w efekcie przedsiębiorcy po pierwsze wykonają mniej przelewów do urzędu skarbowego w ciągu roku, po drugie będą mogli przeznaczyć na inny cel zaliczki należne, ale nieprzelane na rachunek fiskusa.

Zaktualizowany limit braku amortyzacji

Drugim, ważnym doprecyzowaniem przepisów z punktu widzenia najdrobniejszych firm jest aktualizacja ulgi, która pozwala przedsiębiorcy nie amortyzować zakupionej na firmę rzeczy (środka trwałego czy wartości niematerialnej i prawnej), jeśli jej wartość nie przekracza 3,5 tys. zł. Taka rzecz trafia od razu i bezpośrednio do kosztów firmowych – z pominięciem trwającego kilka lat procesu rozpisywania jej wartości w czasie. Nic więc dziwnego, że właściciele firm często po nią sięgają.

Wraz z nowym rokiem wartość tej ulgi ma wzrosnąć z obecnych – nieaktualizowanych od kilkunastu lat – 3,5 tys. zł do 10 tys. zł. To podwyżka powyżej czynnika skumulowanej inflacji, która przez te kilkanaście lat wyniosła 42%. Zatem wszystko wskazuje na to, że przedsiębiorcy doczekają się wreszcie urealnienia bardzo popularnej ulgi. Kwota 10 tys. zł ma dotyczyć składników majątku przyjętych do używania po dniu 31 grudnia 2017 r.

Przyjęcie przez Sejm podwyżki cieszy podwójnie, bo to już trzecia w tym roku – tym razem udana – próba waloryzacji jednorazowego rozliczenia w kosztach rzeczy z pominięciem jej amortyzacji. W marcu br. bowiem Sejm odrzucił projekt poselski, który miał zaktualizować limit do 10 tys. zł. Z kolei jeszcze przed wakacjami rządzący nie przychylili się do stanowiska Stowarzyszenia Księgowych w Polsce, które również sugerowało podwyżkę limitu do 10 tys. (te kwestie były poruszane przez Tax Care w czerwcu br.).

Autorzy projektu przekonują, że „korzystny wpływ na warunki funkcjonowania i rozwoju mikroprzedsiębiorców” mają mieć także pozostałe przewidziane w nowelizacji zmiany, które to z kolei mają ograniczyć agresywną optymalizację podatkową stosowaną przez „dużych” podatników.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w październiku 2017 r. o 2,1 proc. r/r, a w stosunku do września br. o 0,5 proc. – podał GUS prezentując szybki szacunek wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych.

We wrześniu i w październiku 2017 r. wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych był wyraźnie wyższy niż w ostatnich miesiącach – odpowiednio 2,2 proc. i 2,1 proc. r/r. Inflację na takim poziomie obserwowaliśmy ostatnio w lutym br. (2,2 proc.), a wcześniej – w końcu 2012 r/ (2,4 proc.). Nie jesteśmy zatem przyzwyczajeni do takich wzrostów cen. Szczególnie, że są one w ponad 50 proc. generowane przez wzrosty cen żywności. We wrześniu br. wkład żywności  we wzrost CPI wyniósł 1,16 punktu procentowego, sierpniu – 1 punkt procentowy (przy inflacji 1,8 proc.), w lipcu 1,04 pp (przy inflacji 1,7 proc.), w czerwcu 0,86 (przy inflacji 1,5 proc.).

To ciekawe zjawisko, bowiem zbiory zboża, ziemniaków, buraków cukrowych były nieco  wyższe niż w 2016 r., zbiory warzyw pozostały na podobnym do zeszłorocznego poziomie. Spadek dotyczył jedynie zbiorów owoców – owoców z drzew aż o 30-35 proc., a z krzewów o ok. 15 proc. (GUS). Do tego doszły silnie rosnące ceny masła, ale to już zasługa cen na rynkach światowych. W październiku swój udział mają zapewne też ceny jaj.  Nie mogło to pozostać bez wpływu na ceny żywności, ale nie w tak dużym stopniu jak obserwujemy to od początku 2017 r., a szczególnie w ostatnich miesiącach.

Wydaje się, że sprawa jest oczywista. Żywność to produkt podstawowy, a tym samym jego elastyczność cenowa jest niska, czyli wzrost cen nie zmniejsza lub w niewielkim stopniu zmniejsza popyt na produkty żywnościowe. Prędzej wzrost cen żywności wpłynie na spadek popytu na inne produkty. Producenci i sprzedawcy produktów żywnościowych wiedzą o tym i korzystają z dobrej koniunktury gospodarczej oraz dosypywania co miesiąc ok. 2 mld zł z budżetu państwa do portfeli części gospodarstw domowych (500+). Podnoszą ceny, wiedzą bowiem, że jeśli będzie trzeba, po prostu mniej będziemy oszczędzać. A przy niższych dochodach rozporządzalnych mniej będziemy kupować np. dóbr trwałego użytku.

W największym stopniu silnie rosnące ceny żywności uderzają w gospodarstwa domowe o niskich dochodach. Żywność w ich wydatkach ma bowiem dominujący udział.

Ale są też beneficjenci ponad 2-procentowej inflacji – budżet państwa, do którego wpływa więcej dochodów z podatków pośrednich, głównie z VAT. I w wyniku wzrostu konsumpcji, i dlatego że rosną ceny.

Ciekawe jak to utrwalanie się wyższego poziomu inflacji, w tym szczególnie silnego wzrostu cen żywności skomentują członkowie Rady Polityki Pieniężnej. Skomentują, bo decyzji o niepodnoszeniu stóp procentowych na pewno nie zmienią. Przynajmniej do połowy, a może nawet końca przyszłego roku.

 

Komentarz: dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

Bank Anglii przymierza się do podniesienia stóp procentowych w Wielkiej Brytanii, co byłoby pierwszym tego typu wydarzeniem od lipca 2007 r. Ostatnia zmiana stóp procentowych miała miejsce nieco ponad rok temu. Wtedy, w następstwie brytyjskiego referendum stopy procentowe zostały obcięte do rekordowego poziomu 0,25%.

W sierpniu 2016 r. prezes Banku Anglii, Mark Carney oświadczył, że bank centralny podejmie “wszelkie niezbędne działania”, które pozwolą na zapobiegnięcie pobrexitowej recesji w Wielkiej Brytanii. Gospodarka Zjednoczonego Królestwa w tym roku wyraźnie spowolniła, do tej pory nie widać jednak żadnych solidnych dowodów, które sugerowałyby, że recesja w Wielkiej Brytanii jest nieuchronna. W związku z tym, rynki finansowe spodziewają się, że decydenci zagłosują za natychmiastową podwyżką stóp procentowych już w ten czwartek.

Bank Anglii niejako “przygotował” rynki na podwyżkę stóp procentowych – podczas ostatniego spotkania Banku wyraźnie widać było zmianę tonu na bardziej jastrzębi. Samo wrześniowe głosowanie nie przyniosło niespodzianek: Ian McCafferty i Michael Saunders pozostali jedynymi, którzy wyłamali się, głosując za natychmiastową podwyżką stóp procentowych. “Większość” decydentów oceniła, że pozbycie się części środków stymulujących [inflację i gospodarkę] byłoby właściwe w przypadku “stopniowego wzrostu presji inflacyjnej”. Członkowie MPC zwrócili również uwagę na moc gospodarki, cytując oznaki siły w sektorze nieruchomości oraz poprawę na rynku pracy. Od czasu spotkania we wrześniu, członkowie MPC wielokrotnie komentowali kwestię potencjalnych podwyżek stóp procentowych.

Gertjan Vlieghe, który jest uznawany za jednego z najbardziej gołębich członków komitetu decyzyjnego ostrzegł we wrześniu, że “nadchodzi moment, w którym [referencyjna] stopa procentowa może wzrosnąć”. Nowy członek MPC, Silvana Tenreyro, stwierdziła w październiku, iż w “nadchodzących miesiącach” może poprzeć podwyżkę stóp procentowych, jeśli w związku z sytuacją na rynku pracy wzrośnie presja cenowa.

Sam prezes Carney również stwierdził, że gospodarka Wielkiej Brytanii znajduje się blisko “punktu zwrotnego, w którym pozbycie się części środków stymulacyjnych byłoby konieczne lub usprawiedliwione”. Ta wyraźna zmiana tonu sugeruje, że większość członków komitetu decyzyjnego może skłaniać się w stronę zacieśnienia polityki monetarnej już podczas spotkania w tym tygodniu. W naszej opinii członkowie BoE powinni przegłosować podwyżkę. Bardziej gołębi członkowie: Jon Cunliffe, Sir David Ramsden i Silvana Tenreyro prawdopodobnie  wstrzymają się i zagłosują za utrzymaniem stóp procentowych na niezmienionym poziomie.

 

 

Źródło: materiały prasowe firmy

We wrześniu ceny żywności były wyższe niż rok wcześniej aż o 5 proc. To najmocniejszy wzrost od pięciu lat. Od grudnia dynamika tej tendencji będzie mniejsza, ale będzie to tylko efekt statystyczny, nie oznaczający końca drożyzny. Presję inflacyjną sygnalizuje już nie tylko wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych, ale także wskaźnik inflacji bazowej, co może stać się powodem rozpoczęcia dyskusji o podwyżce stóp procentowych.

Najnowsze dane GUS potwierdzają tendencję widoczną wyraźnie już od kilku miesięcy. Wzrost cen żywności, rozpoczęty w listopadzie ubiegłego roku przybiera na sile i staje się główną przyczyną inflacji, która we wrześniu ponownie podskoczyła do 2,2 proc. Żywność była we wrześniu o 5,3 proc. droższa niż przed rokiem, a łącznie z napojami bezalkoholowymi wzrost wyniósł 5 proc. Poprzednio z tak silną zwyżką cen tej kategorii towarów konsumpcyjnych mieliśmy do czynienia we wrześniu 2012 r., czyli równo pięć lat temu. Wówczas także drożyzna ujawniła się z największą siłą w nietypowym okresie od czerwca do września i podobnie jak obecnie, jedną z głównych jej przyczyn były warunki atmosferyczne (straty w uprawach związane z bardzo mroźną i bezśnieżną pogodą w pierwszych miesiącach 2012 r. były wyjątkowo duże). Jeszcze większy, sięgający 7-8,8 proc. skok cen żywności miał miejsce wiosną 2011 r. (wówczas po wyjątkowo ciepłej końcówce zimy, maj przyniósł śnieżyce i rekordowo niskie temperatury). Analogii, nie tylko meteorologicznych, jest zresztą więcej. Lata 2010-2011 to okres sięgającej 4,1-4,7 proc. dynamiki PKB i stosunkowo wysokiego tempa wzrostu płac, utrzymującego się jeszcze na początku 2012 r., gdy gospodarka wchodziła w fazę ostrego spowolnienia. I wówczas i obecnie mamy więc do czynienia ze splotem czynników z jednej strony ograniczających podaż produktów rolnych, a z drugiej powodujących poprawę sytuacji materialnej (rekordowo niskie bezrobocie, wysoka dynamika wzrostu wynagrodzeń), korzystnie oddziałujących na utrzymanie wysokiego popytu na żywność i ułatwiających „akceptację” wyższych cen przez konsumentów.

W takich warunkach należy się liczyć z utrzymywaniem się presji inflacyjnej, którą łagodzić może jedynie efekt statystyczny, polegający na niskiej bazie odniesienia, bowiem do października ubiegłego roku mieliśmy do czynienia z deflacją, czyli spadkiem wskaźnika cen towarów i usług oraz nieznacznym, sięgającym 0,4 proc. wzrostem cen żywności. W listopadzie 2016 r. ceny żywności podskoczyły już o 1,2 proc. a miesiąc później o 2,5 proc., więc w ostatnich miesiącach obecnego roku ich dynamika nie będzie już tak wysoka wcześniej. Dla konsumentów to jednak dość marne pocieszenie, bo ceny będą rosły nadal, tyle że nieco mniej. Z wcześniejszych szacunków Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej wynika, że w grudniu ceny żywności będą wyższe o 4 proc. niż rok wcześniej.

Inflacja zyskuje jednak coraz to nowych „sojuszników”. Tempo wzrostu kosztów związanych z użytkowaniem mieszkania i nośnikami energii przyspieszyło we wrześniu do 2,3 proc. z 2 proc. miesiąc wcześniej, a jest to druga po żywności, najmocniej ważąca na domowych budżetach kategoria, stanowiąca nieco ponad jedną piątą wydatków ogółem. Poprzednio tak duży wzrost notowano przed trzema laty. W tym przypadku należy się spodziewać dalszego wzrostu, choćby w związku z mocno zwyżkującymi cenami węgla i jego niedoborami, w kontekście zbliżającego się sezonu grzewczego. Swoje robią także utrzymujące się wysokie notowania ropy naftowej, które podbiły we wrześniu ceny paliw o 3,6 proc. O 2,2 proc. więcej niż rok wcześniej płaciliśmy we wrześniu w hotelach i restauracjach, o 2 proc. więcej kosztowały nas wydatki na zdrowie, o 1,9 proc. na rekreację i kulturę, a usługi związane z łącznością podrożały o 1,7 proc.

Zwiększającą się presję inflacyjną sygnalizuje także wskaźnik inflacji bazowej, czyli nie uwzględniający cen żywności i energii. Wzrósł on we wrześniu do 1 proc. wobec 0,7 proc. miesiąc wcześniej. To najwyższy jego poziom od marca 2014 r. Na jego kształtowanie się warto zwrócić baczniejszą uwagę, ponieważ to właśnie jego zachowanie się może stanowić istotną przesłankę decyzji Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych. Choć jego poziom nie jest jeszcze specjalnie niepokojący, to różnica między nim a poziomem stopy referencyjnej, sięgająca 0,5 punktu procentowego, jest najniższa w historii. Świadczy ona o tym, że obecną politykę pieniężną można uznać za wyjątkowo łagodną, szczególnie w kontekście wysokiego tempa wzrostu gospodarczego. Z podobnie niską różnicą między podstawową stopą procentową NBP a inflacją bazową, mieliśmy do czynienia jedynie przez kilka miesięcy 2009 r., czyli w okresie największego nasilenia skutków globalnego kryzysu finansowego (wówczas wynosiła ona 0,6 proc.). O ile utrzymującej się od początku roku ujemnej realnej stopie procentowej (różnica między podstawową stopą procentową a wskaźnikiem cen towarów i usług konsumpcyjnych) towarzyszyła bagatelizująca ten stan rzeczy argumentacja RPP, a szczególnie jej przewodniczącego, to dalsze zmniejszanie się różnicy między stopą referencyjną a inflacją bazową może już skłonić do dyskusji o podwyżce stóp procentowych. Tym bardziej, że niektórzy przedstawiciele Rady już od kilku miesięcy podnoszą kwestię konsekwencji ujemnej realnej stopy procentowej. Nie można więc wykluczyć, że wkrótce stanie się ona przedmiotem głosowania, choć nie wcześniej niż w listopadzie, gdy opublikowana zostanie projekcja inflacji.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Podwyżki cen opału to główny powód wrześniowych podwyżek kosztu utrzymania mieszkania i jego wyposażenia. Statystyczna para wydaje na ten cel średnio 568 złotych, a do tego często doliczyć trzeba jeszcze czynsz najmu lub ratę kredytu– wynika z szacunków Open Finance opartych o dane GUS.

Deflację pożegnaliśmy już prawię rok temu i nic nie wskazuje na to, aby w najbliższym czasie miała wrócić. Jej miejsce na dobre zajęła inflacja, czyli wzrost ogólnego poziomu cen dóbr i usług. Póki co nie mamy do czynienia ze skokowymi podwyżkami, ale i tak nasze koszty życia z miesiąca na miesiąc rosną.

Inflację napędzamy sami

Prognozy NBP sugerują, że w najbliższym czasie presja inflacyjna odrobinę spadnie, a w perspektywie 2019 roku zbliżymy się do poziomu 2,5%. Gwałtownych zmian nie sugeruje też wskaźnik przyszłej inflacji (autorstwa BIEC). We wrześniu zanotował on wzrost głównie za sprawą rosnących wynagrodzeń i zatrudnienia, a więc obaw o presję popytową. Póki co sytuacja rozwija się powoli. Kredytobiorcy powinni przygotować się na ewentualne zmiany i okres niskiego oprocentowania długu wykorzystać do nadpłacania swoich zobowiązań lub tworzenia funduszy na przyszłość. Z drugiej posiadacze kapitału powoli odczuwają już, że banki zaczynają bardziej dbać o ich względy. Co prawda podwyżki oprocentowania lokat są skromne, ale od lipca br. na rynku pojawiają się coraz lepsze oferty.

Za mieszkanie płacimy coraz więcej

W przypadku kosztów składających się na utrzymanie dachu nad głową urząd uwzględnia koszty ogrzewania i nośników energii (odpowiadają za 40% kosztów związanych z mieszkaniem), a ponadto m.in. wydatki na dostarczenie mediów, odprowadzenie nieczystości, zakup mebli, AGD, środków czystości czy remontów. We wrześniu najmocniej zdrożał opał – przeciętnie o 2,5%, choć dynamika wzrostu cen niektórych sortymentów węgla była nawet kilkukrotnie wyższa.

Od połowy 2016 roku przeciętny koszt związany z „dachem nad głową” znowu zaczął rosnąć. W tym czasie wydatki per capita podniosły się z poziomu 271,7 zł do 284,2 zł ustanawiając tym samym historyczny rekord. To znaczy, że dwuosobowa rodzina musi wydać na mieszkanie średnio trochę ponad 568 zł miesięcznie. Warto przy tym dodać, że gwałtowny wzrost tych szacunków w połowie 2016 roku wynika z aktualizacji danych na podstawie badania GUS „Warunki Życia”. Wynika z niego, że przeciętne wydatki na utrzymanie mieszkania wynosiły w 2016 roku 221,35 zł (per capita), a na wyposażenie i prowadzenie domu Polacy wydawali przeciętnie po 57,73 zł miesięcznie. Dla porównania w 2015 roku było to odpowiednio 219,48 zł i 54,47 zł.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Według Ebury, firmy oferującej rozliczanie transakcji walutowych, kurs EUR/PLN powinien w najbliższych miesiącach znajdować się w okolicach poziomu 4,2. Z kolei za dolara amerykańskiego i funta brytyjskiego będziemy musieli zapłacić więcej niż obecnie.

Od początku roku złoty doświadczył znacznego umocnienia, zwłaszcza w relacji do dolara amerykańskiego. A jakie są najnowsze prognozy dla krajowej waluty? Zdaniem ekspertów Ebury, firmy oferującej rozliczanie transakcji walutowych, czynniki wewnętrzne, sprzyjające sile złotego powinny zostać utrzymane. Autorzy raportu “Polski złoty” – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan oraz Roman Ziruk – ostrzegają jednak, że złoty może negatywnie reagować na zmiany globalnego otoczenia monetarnego.

To wszystko powoduje, że na koniec bieżącego roku specjaliści Ebury oczekują: EUR/PLN 4,2, USD/PLN 3,7 oraz GBP/PLN 4,9. W dłuższej perspektywie, czyli na koniec 2018 r., według przewidywań, złoty w relacji do kluczowych walut powinien prezentować się następująco: EUR/PLN 4,2, USD/PLN 3,8 oraz GBP/PLN 5,2.

Argumentacja ekspertów

Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan oraz Roman Ziruk podkreślają, że krajowa gospodarka ma się znacznie lepiej niż jeszcze w ubiegłym roku. Świadczy o tym m.in. dynamika PKB, która w I kwartale wyniosła 4 proc. w ujęciu rocznym, w II kwartale – 3,9 proc.

“Motorem napędowym PKB pozostaje konsumpcja, której obecna dynamika jest najwyższa od 2012 r. Dynamika inwestycji jest dodatnia, nadal jednak rozczarowuje. (…) W ostatnim okresie pomiarów wzrostowi gospodarczemu nie sprzyjał również bilans handlowy”.

“W kontekście bardzo dobrej sytuacji na rynku pracy, która zaczyna przekładać się na presję płacową, utrzymanie wysokiego poziomu konsumpcji nie powinno budzić zdziwienia. Potwierdzają to ostatnie dane dotyczące sprzedaży detalicznej – w sierpniu jej dynamika wyniosła 6,7 proc. w ujęciu rocznym. Zwracając uwagę na strukturę wzrostu gospodarczego ostatnich kwartałów oraz perspektywy zmian jej głównych komponentów, a w szczególności utrzymania wysokiego poziomu konsumpcji oraz wyczekiwanego wzrostu nakładów na środki trwałe, wzrost gospodarczy w 2017 r. w naszej opinii powinien zawierać się w widełkach 4-4,5 proc.”, prognozują eksperci.

I dodają, że dobra koniunktura w Europie Zachodniej sprzyja polskiemu przemysłowi. Pomimo tego, iż odczyty indeksów PMI dla tego sektora w pierwszym półroczu znajdowały się w trendzie spadkowym, nadal są lepsze niż zeszłoroczne i potwierdzają ekspansję sektora.

Na co jeszcze zwrócili uwagę eksperci Ebury? “Sytuacja fiskalna kraju budzi umiarkowany optymizm. Dane z Ministerstwa Finansów pokazują, że kasa państwa po sierpniu ma jeszcze 4,9 mld nadwyżki. Osiem miesięcy bez deficytu jest wypadkową kilku czynników, z których nie wszystkie można ocenić pozytywnie, jednak ich skumulowanym efektem w bieżącym roku powinno być utrzymanie niższego deficytu w relacji do PKB, czemu w niewielkim stopniu powinien sprzyjać wyższy od oczekiwanego wzrost gospodarczy”.

Z kolei polityka monetarna jest jednym z niewielu elementów polskiego krajobrazu ekonomicznego, który w bieżącym roku nie ulegał istotnym zmianom. W Radzie Polityki Pieniężnej (RPP) nadal przeważa stronnictwo gołębi. Rynek zwraca uwagę na retorykę RPP i odkłada w czasie oczekiwania w kwestii podwyżek stóp procentowych. Według Ebury, do podwyżki stóp może dojść pod koniec 2018 r. lub na początku 2019 r.

“Inflacja w Polsce jest dość niska i obecnie wynosi 2,2 proc. w ujęciu rocznym. Co istotne – inflacja bazowa (która nie uwzględnia zmian cen najbardziej zmiennych komponentów takich jak żywność czy energia) od kilku miesięcy jest praktycznie płaska i wskazuje na niską presję cenową. W sierpniu dodatkowo spadła o 0,1 p.p. i wyniosła 0,7 proc. w ujęciu rocznym. Jest to jeden z głównych argumentów za utrzymaniem stóp procentowych na niezmienionym poziomie”.

Ryzyka poza granicami Polski

Specjaliści Ebury zaznaczają, że większość wewnętrznych czynników ryzyka dla złotego z jakimi mieliśmy do czynienia w ostatnich dwóch latach uległa dematerializacji. Zarówno sytuacja krajowa, jak i zewnętrzna, jest dobra i sprzyja lepszej kondycji polskiej gospodarki i sile złotego. Jednym z największych czynników ryzyka dla polskiej waluty wydaje się być obecnie środowisko monetarne.

“Globalna zmiana nastawienia banków centralnych do kwestii normalizacji polityki monetarnej jest już widoczna i objawia się w ostatnich decyzjach niektórych z nich (za przykład mogą posłużyć Kanada lub Czechy) oraz złagodzeniu gołębiej retoryki w tym kontekście. Zmianę widać wyraźnie jeśli przyjrzymy się ostatniej retoryce banków centralnych Skandynawii, czy nawet Europejskiego Banku Centralnego”, wskazują eksperci.

“W ciągu najbliższych kilku miesięcy powinno dojść do podwyżek stóp procentowych w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, co jest w pełni zgodne z naszymi oczekiwaniami i stanowi solidny argument za aprecjacją funta brytyjskiego i dolara amerykańskiego. Jednocześnie, naszym zdaniem rynek przeszacowuje chęci i możliwości Europejskiego Banku Centralnego do normalizacji polityki monetarnej, zwłaszcza w kontekście nadal niskiej presji cenowej. W naszej opinii droga do normalizacji w strefie euro będzie powolna i długa”, oceniają.
Biorąc pod uwagę czynniki wewnętrzne i zewnętrzne, Ebury spodziewa się stopniowej aprecjacji dolara amerykańskiego i funta brytyjskiego w relacji do polskiej waluty oraz utrzymywania się kursu euro w relacji do złotego na poziomie nieco niższym od obecnego.

 

Źródło: Ebury

Najnowsze dane GUS pokazują, że inflacja wzrosła do 2,2%. Przy takim poziomie zdecydowana większość lokat bankowych przynosi straty w ujęciu realnym. Z wyliczeń Expandera wynika, że aby zarabiać, ich oprocentowanie musi wynieść przynajmniej 2,72%. Tymczasem banki oferują średnio 1,47%. Nie powinno więc dziwić, że Polacy wypłacili z banków już 9% (26 mld zł) swoich oszczędności, a firmy aż 17% (16 mld zł).

Ze wstępnych danych GUS wynika, że wyraźnie przyspieszył wzrost cen w Polsce – we wrześniu były one 2,2% wyższe niż przed rokiem. To nie tylko oznacza, że musimy wydawać więcej na życie. Dodatkową konsekwencją jest również to, że pieniądze, które nie pracują, szybciej tracą na wartości. Przy wyższej inflacji rosną również wymagania w stosunku do lokat bankowych. Ich oprocentowanie musi wynieść teraz przynajmniej 2,72%, żeby zapewnić nam choćby utrzymanie realnej wartości posiadanych oszczędności.

Na przeciętnej lokacie tracimy 100 zł

Wzrost cen sprawia, że co prawda po zakończeniu lokaty otrzymujemy więcej pieniędzy niż na nią wpłaciliśmy, ale i tak możemy za te środki kupić mniej niż na początku. Dla przykładu, deponując 10 000 na lokacie rocznej z oprocentowaniem 1,5%, po roku otrzymamy 10 122 zł (odliczając podatek). Jednak ze względu na wzrost cen, za towary, które wcześniej kosztowały 10 000 zł, trzeba będzie zapłacić 10 220 zł. W rezultacie, tak naprawdę zakładając taką lokatę tracimy w ujęciu realnym prawie 100 zł.

Nie powinno więc dziwić, że Polacy wypłacają pieniądze z lokat. W sierpniu wycofali kolejny już miliard złotych, a od lutego 2016 r. – 26,6 mld zł. Firmy wypłaciły natomiast 16,2 mld zł. W ich przypadku relatywne wypłaty były jednak nawet większe w porównaniu do gospodarstw domowych, gdyż 16,2 mld zł oznacza spadek aż o 17%. Warto jednak dodać, że nie ma w tym nic złego, jeśli ktoś wypłaca pieniądze z lokaty i inwestuje je efektywniej. Niestety w wielu przypadkach zniechęcenie do lokat objawia się tym, że oszczędności trzymane są na zwykłych, nieoprocentowanych rachunkach bankowych. W takiej sytuacji tracą na wartości jeszcze bardziej.

Nowe obligacje skarbowe na 1,5%

Co ciekawe, mimo że Polacy zniechęcili się do niskiego oprocentowania, Ministerstwo Finansów zdecydowało się wprowadzić 3-miesięczne obligacje skarbowe z oprocentowaniem 1,5% w skali roku. Taki poziom jest zbliżony do przeciętnego oprocentowania w bankowych i również nie daje szansy na zysk wyższy od inflacji. Na tą ofertę powinni jednak zwrócić uwagę klienci PKO BP. Bank ten na 3-miesiecznej lokacie oferuje im bowiem 0,5%-0,8% zysku. Tymczasem, za pośrednictwem jego systemu obsługi elektronicznej, w kilka chwil można skorzystać z obligacji dającej 1,5% zarobku. Oczywiście obligacje te bez problemu mogą kupić także klienci innych banków.

Warto też dodać, że dużo wyższe oprocentowanie uzyskamy inwestując w obligacje przedsiębiorstw. Dla przykładu PKN Orlen niedawno oferował 2,81% w skali roku. Bez problemu znajdziemy też inne firmy zachęcające do swoich obligacji z oprocentowaniem 5%-6%. W przypadku tego rodzaju inwestycji trzeba jednak pamiętać, że ryzyko jest znacznie większe niż w przypadku lokat bankowych czy obligacji skarbowych. W sytuacji upadłości przedsiębiorstwa oferującego swoje obligacje, możemy nie odzyskać części lub nawet całości zainwestowanej kwoty.

 

Źródło : Jarosław SadowskiGłówny analityk Expander Advisors

Fed nie do końca rozumie siły kształtujące poziom cen w USA, a przede wszystkim to, że pomimo świetnej sytuacji na rynku pracy inflacja utrzymuje się poniżej 2-proc. celu – przyznała ostatnio w przypływie szczerości szefowa amerykańskiego banku centralnego. Jednocześnie bank centralny USA zaostrzył swoją retorykę i ustami Janet Yellen ogłosił, że utrzymywanie obecnej polityki monetarnej do czasu wzrostu inflacji byłoby nierozsądne.

Dla rynków finansowych najważniejsze są dwie informacje. Po pierwsze, że Fed będzie kontynuował cykl podwyżek stóp procentowych w USA, nawet jeśli inflacja nie osiągnie progu 2 proc. W grudniu tego roku rynek spodziewa się jeszcze jednej podwyżki, a w 2018 roku kolejnych trzech. Po drugie, Fed rozpocznie już od października redukcję bilansu, czyli proces zmniejszania ilości posiadanych papierów wartościowych (które wcześniej bank skupił w ramach programu luzowania ilościowego) o 10 mld dolarów miesięcznie. Z biegiem czasu tempo redukcji może jeszcze wzrosnąć.

Podnoszenie stóp procentowych w USA zazwyczaj wiąże się z odpływem kapitału z rynków rozwijających się i surowcowych, a także umocnieniem dolara. Taki ruch obserwujemy też w ostatnich dniach. Oceniamy jednak, że nie jest to jeszcze początek trwalszego trendu, a techniczna korekta.

Hossa ma jeszcze paliwo

Hossa na światowych giełdach jest zaawansowana, ale wiele argumentów przemawia za dalszymi wzrostami. Amerykański indeks S&P 500 znajduje się w pobliżu historycznych szczytów, ale spółki notowane na Wall Street nie są zadłużone, a na rok 2018 analitycy prognozują ok. 10 proc. wzrostu ich zysków. Jest więc za wcześnie, aby ogłosić koniec rynku byka. Jeśli już, możemy mieć do czynienia z trwającym jakiś czas trendem bocznym i pojawieniem się dysproporcji pomiędzy poszczególnymi segmentami rynku.

W Polsce duże spółki notowane na GPW niezmiennie utrzymują przewagę nad „misiami”, co ma swoje uzasadnienie w fundamentach. Przede wszystkim spółki z WIG20 zdecydowanie lepiej radzą sobie w obecnym otoczeniu i bronią się osiąganymi wynikami finansowymi. Gorsza passa małych i średnich spółek wynika z presji płacowej czy wzrostu cen surowców. Niestety, część „misiów” oblała test z zarządzania operacyjnego, co poskutkowało spadkiem marż i w konsekwencji słabszymi wynikami finansowymi.

Mimo to uważamy, że warszawska giełda ma jeszcze przestrzeń do wzrostów. Przemawiają za tym czynniki makroekonomiczne, jak i wycenowe. Optymistycznie nastrajają dane z rynku pracy (wzrost zatrudnienia i wynagrodzeń), a także produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Jeśli tak dobre odczyty się utrzymają, wpłynie to pozytywnie na dynamikę polskiego PKB. Z kolei akcje na polskiej giełdzie cały czas nie są drogie – może za wyjątkiem najbardziej dynamicznych spółek, takich jak CCC czy LPP. Prognozowany wskaźnik ceny do zysku dla indeksu WIG na 2018 rok oscyluje w okolicach 13. Dla porównania, w szczycie hossy w 2007 r. było to około 18.

Do końca roku spodziewamy się utrzymania przewagi blue chipów z WIG20,  ale pod koniec roku inwestorzy mogą ponownie zainteresować się akcjami „misiów” – licząc na ich odbicie w kolejnych miesiącach. To może zmniejszyć dysproporcję pomiędzy dużymi i mniejszymi spółkami notowanymi na GPW. Mimo to uważamy, że najlepszym wyborem dla osób, które inwestują na warszawskiej giełdzie za pośrednictwem TFI, pozostają fundusze akcyjne o uniwersalnej strategii.

Autor: Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI

Przez ostatnie lata kryzys w niektórych rejonach strefy euro był utożsamiany z wprowadzeniem wspólnej waluty, nierównomiernym tempem wzrostu gospodarczego poszczególnych krajów czy przepaścią w wynagrodzeniach. Jednak w USA, gdzie integracja pomiędzy stanami  jest zdecydowanie głębsza niż w strefie euro, również można zaobserwować olbrzymie różnice we wzroście gospodarczym, pensjach czy w inflacji – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Gdy ekonomiści analizują przyczyny kryzysu strefy euro z początku bieżącej dekady często zwracają uwagę, że jest to rezultat niedopasowania poszczególnych krajów do siebie. Brakuje wspólnej polityki fiskalnej, która wyrównywałaby różnice pomiędzy regionami, a wprowadzanie w 1999 r. euro tylko spotęgowało przepaść pomiędzy bogatą północą a mniej zamożnym południem.

Patrząc jednak na dane z poszczególnych stanów w USA: różnice w wynagrodzeniach, inflacji czy tempie PKB, wcale nie są dużo mniejsze od tych, które obserwujemy w strefie euro. Może to oznaczać, że nawet jeżeli nastąpi zacieśnienie stosunków wewnątrz obszaru wspólnej waluty gospodarcze różnice nie zostaną zauważalnie zmniejszone.

Różna inflacja w różnych regionach

Taka sama polityka monetarna i fiskalna dla wszystkich stanów, łatwość osiedlania się czy ten sam język nie zapobiega różnicom w poziomie inflacji w różnych częściach USA. Gdy w regionie zachodnim (West – od Kalifornii i Waszyngtonu po Kolorado i Nowy Meksyk) mieliśmy czynienia z inflacją konsumentów (CPI) powyżej 1 proc. w 2015 roku, to mieszkańcom środkowej części Ameryki (Midwest – od Kansas po Illinois i Michigan do Ohio) przez większą część tego okresu, towarzyszyła dochodząca do 1 proc. deflacja.

Różne tempo wzrostu cen nie było domeną tylko jednego roku. Od początku 2014 r. do sierpnia 2017 r. skumulowany poziom inflacji dla regionu zachodniego wyniósł 7.8 proc. Natomiast dla „Midwestu” czy obszaru północnego USA (Northeast – od Pensylwanii po Nowy Jork do Maine) nie przekraczał nawet połowy tej wartości i wyniósł odpowiednio 3.7 oraz 3.4 proc.

Różnice w poziomie cen bardzo dobrze widać także na przykładzie danych Biura Analiz Ekonomicznych Departamentu Handlu (BEA). Siła nabywcza jednego dolara w Missisipi czy Arkansas jest o ok. 35 proc. wyższa niż w stanie Nowy Jork lub na Hawajach.

Jedne stany się rozwijają, a inne kurczą

Niemniej zaskakują również dane o tempo wzrostu cenz USA. Wzrost gospodarczy dla całego kraju od 2009 r. wyniósł nieco ponad 14 proc., czyli niespełna 1.9 proc rocznie. W tym czasie jednak Północna Dakota rozwijała się trzy razy szybciej niż Stany Zjednoczone (46 proc., średniorocznie o 5.5 proc.), a Teksas dwukrotnie przekroczył przeciętny wynik (28.5 proc., średniorocznie 3.7 proc.). Dobry rezultat został osiągnięty także przez Kalifornię – każdego roku przekraczał średnio 2.6 proc.

Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Wyoming, na Alasce czy w położonej nad Zatoką Meksykańską Louisianie. W pierwszym z wymienionych stanów PKB w 2016 r. było niższe od tego osiągniętego w 2009 r. o 7 proc. Według BEA tylko w ub. roku PKB skurczył się w tym stanie o 3.6 proc.

Tylko niewiele lepiej od ostatniego kryzysu wygląda sytuacja na Alasce. Tam PKB spadło od 2009 r. o 6 proc. W Louisianie natomiast PKB jest nie tylko o 2 proc. niższe niż tuż po kryzysie. Publikacje BEA dla tego stanu pokazują, że w okresie całej ostatniej dekady gospodarka kurczyła się każdego roku średnio o 0.3 proc.

Amerykańska przepaść w zarobkach

Dane o przeciętnych dochodach Amerykanów także pokazują jak różny może być standard życia w poszczególnych regionach. Mieszkańcy stanu Nowy Jork zarabiają tygodniowo średnio 1540 dol. Wysokie wynagrodzenia notowane są także w Connecticut (1417 dol.) czy w Kalifornii (niecałe 1300 dol.).

Na przeciwnym biegunie znajdują się Zachodnia Wirginia z tygodniową wypłatą ma poziomie 830 dol. czy Nowy Meksyk (838 dol.). Warto jednak zauważyć, że średnia stanowa wcale nie pokazuje jeszcze tak dużych różnic jak podział na największe counties (hrabstwa, powiaty), w których zatrudnienie czasami przekracza liczbę osób pracujących w mniejszych krajach strefy euro. Tutaj różnice są naprawdę olbrzymie i to nie tylko ze względu na miejsce zatrudnienia, ale również na wykonywany zawód.

Dane za Biura Statystyki Pracy (BLS) za pierwszy kwartał 2017 r. pokazują np. że w powiecie zawierającym teksańskie miasto Dallas tygodniówka wynosi 1400 dol. Przy czym w restauracjach czy w hotelach przeciętne wynagrodzenie to 509 dol., a w sektorze wydobywczym 6300 dol. Najwyższe zarobki można jednak zaobserwować w Nowym Jorku dla zatrudnionych w branży finansowej. Przeciętne wynagrodzenie dla 368 tys. osób wynosi tam 9.400 dol. tygodniowo, czyli niespełna pół miliona dolarów rocznie. Dodatkowo w porównaniu z pierwszym kwartałem 2016 r. wzrosło ono o ponad 10 proc.

Ogólny obraz amerykańskiej gospodarki pokazuje, że mimo znacznej integracji pomiędzy poszczególnymi stanami ich kondycje znacznie różnią się od siebie. Przykłady z USA sugerują również, że nawet przy dalszej integracji strefy euro dysproporcje w poziomie inflacji, wzrostu PKB czy wynagrodzeń mogą nadal się utrzymać.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W dniu dzisiejszym szefowa rządu Wielkiej Brytanii wygłosi istotne przemówienie we Florencji. Miejsce nie jest przypadkowe – po pierwsze, jego wybranie świadczy o geście premier May w stronę europejskich partnerów, po drugie – Florencja jest historycznym miastem handlowym, które może symbolizować rozwój relacji Wielkiej Brytanii i kontynentalnej Europy.

Przemówienie prawdopodobnie będzie dotyczyć kwestii rozliczeń finansowych z Unią Europejską, “okresu przejściowego” oraz pozostania w Europejskim Obszarze Gospodarczym. Słowa May będą odpowiedzią na oskarżenia strony europejskiej, że rząd w Wielkiej Brytanii porusza się bez planu, broniąc się ogólnikami.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek osłabił się o 0,1%, wahając się w widełkach 4,27 – 4,29. Opublikowany we wczorajszym dniu biuletyn ekonomiczny EBC wymienia kurs wymiany [euro] jako źródło niepewności. Wczorajsza wypowiedź prezesa Europejskiego Banku Centralnego skupiała się przede wszystkim na kwestię “złych kredytów”, które cały czas ciążą niektórym europejskim bankom.

Dzisiejsze, wstępne dane PMI dla krajów strefy euro we wrześniu, w pierwszych godzinach handlu pozwoliło wspólnej walucie na kontynuowanie trendu wzrostowego w relacji do dolara. Indeks dla przemysłu osiągnął najwyższy poziom od 2011 r. – 58,2. Wskaźnik dla usług wzrósł do poziomu 55,6, oba wskaźniki pokazały wyniki lepsze od oczekiwań konsensusu. W dzisiejszej wypowiedzi Mario Draghi powtórzył, że system finansowy jest bardziej bezpieczny niż przed ostatnim kryzysem, a decydenci nie widzą obecnie zagrożeń dla jego stabilności. Prezes EBC zwrócił jednak uwagę na coś istotnego w kontekście polityki monetarnej, informując, iż inflacja nadal nie znajduje się na poziomie oczekiwanym przez bank centralny, czym mógł chcieć ostudzić nieco optymizm inwestorów, którzy nadal w celach spekulacyjnych kupują wspólną walutę – euro odrobiło niemal wszystkie straty, których doświadczyło po ostatnim spotkaniu FOMC.

Poza wspomnianymi indeksami PMI w dniu dzisiejszym warto zwrócić uwagę na przemówienia członków EBC, które będą odbywały się na przestrzeni całego dnia.

GBP

Kurs GBP/PLN  w czwartek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,84 – 4,87. Dzisiejszy indeks CBI opisujący trendy przemysłowe we wrześniu pokazał spadek z poziomu 13 do 7. Po publikacji danych inwestorzy kontynuowali wyprzedaż funta w relacji do głównych walut. Dzisiejsze spadki na brytyjskiej walucie są jednak prawdopodobnie związane bardziej ze wspomnianym, wieczornym przemówieniem Theresy May dotyczącym Brexitu i siłą euro.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek osłabił się o 0,3%, wahając się w widełkach 3,58 – 3,60. Wczorajsze dane z USA potwierdzają, że negatywne skutki przechodzących nad USA huraganów – przynajmniej w kontekście rynku pracy – mogą być niższe niż zakładano. Tygodniowy odczyt liczby zadeklarowanych bezrobotnych okazał się znacznie niższy od założeń na i wyniósł 259 tys. Indeks FED z Filadelfii również pozytywnie zaskoczył. Wrześniowy odczyt pokazał wzrost z poziomu 18,9 do 23,8. Mimo pozytywnych danych dolar kontynuował trend spadkowy w relacji do euro i złotego.

 

Autor: Roman Ziruk, analityk Ebury

Wrześniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej nie przyniosło zaskoczenia – stopy procentowe pozostały bez zmian. Polski rynek mieszkaniowy nadal będzie więc napędzany gotówką. Jakie będą konsekwencje decyzji RPP dla rynku? – komentuje Jakub Nieckarz, prezes deweloperskiej firmy PVI.

W obliczu spływających komunikatów makroekonomicznych i znajomości stanowiska RPP, nie sposób było oczekiwać, że poziom stóp procentowych zostanie nagle zmieniony. Pozostają one wciąż na rekordowo niskim poziomie. To, co dla jednych jest pozytywną informacją, dla innych może być powodem ponownego przemyślenia dotychczasowej strategii lokowania nadwyżek finansowych.

Niskie stopy procentowe to realne oszczędności dla osób spłacających kredyty mieszkaniowe. Rata przeciętnego kredytu jest dziś o około 400 złotych niższa niż jeszcze pięć lat temu. Z wyliczeń Open Finance wynika, iż gdyby stopy procentowe były dzisiaj na poziomie z połowy 2012 r., to łączne odsetki od zaciągniętych kredytów byłyby wyższe o około 7,6 mld zł rocznie. To również zachęta do zaciągania nowych zobowiązań, co pokazują najnowsze dane. Pomimo obowiązkowego wkładu własnego na poziomie 20%, od początku roku rośnie wartość zaciąganych kredytów mieszkaniowych. Po danych o akcji kredytowej w II kwartale Związek Banków Polskich podwyższył swoją wcześniejszą prognozę udzielonych kredytów hipotecznych w całym 2017 r. Obecnie przewiduje on, że ich wartość przekroczy 40 mld zł.

Jest jednak druga strona medalu. Niskie stopy procentowe to równocześnie niskie oprocentowanie depozytów. Sytuacja nie byłaby specjalnie dotkliwa dla oszczędzających w bankach, gdybyśmy mieli do czynienia ze zjawiskiem przejściowym, bądź z deflacją lub praktycznie zerową inflacją.

A jak to wygląda obecnie w Polsce? Ostatnia zmiana stóp procentowych miała miejsce w marcu 2015 r. To zdecydowanie najdłuższy w historii okres stabilizacji. Niestety w tym czasie można było obserwować trend spadkowy w zakresie oprocentowania depozytów. W lipcu – według danych NBP – założenie depozytu o zapadalności powyżej roku daje już średnio mniej niż 1,2 proc. To rekordowo niski poziom. Na domiar złego inflacja przyspieszyła (w sierpniu wyniosła 1,8% r/r), a jej prognozy wskazują na dalszy wzrost. To oznacza, iż realne oprocentowanie depozytów jest ujemne. Tak więc w rzeczywistości na lokacie bankowej nie tylko nic nie zyskamy, ale nawet nie ochronimy siły nabywczej naszego kapitału. Nic nie wskazuje także, by w najbliższej przyszłości miało się coś zmienić na lepsze dla deponentów. Przewodniczący RPP, Adam Glapiński, spodziewa się, że stopy procentowe nie ulegną zmianie przynajmniej do końca przyszłego roku.

Trudno w tej sytuacji dziwić się, że coraz mniej Polaków satysfakcjonuje oferta banków, czemu dają wyraz masowo wycofując z nich swoje oszczędności. W czerwcu br. suma depozytów terminowych osób prywatnych spadła już do najniższego poziomu od dwóch lat (dane NBP). Przypomnijmy, iż dokonało się to w warunkach poprawiającej się sytuacji gospodarczej.

Gdzie trafiają wycofywane pieniądze? W poszukiwaniu bardziej intratnych możliwości – zwłaszcza zamożni Polacy – masowo zaczęli analizować dostępne alternatywy. Jednak bardziej zyskowne produkty inwestycyjne wiążą się z większym ryzykiem. Właśnie z tego powodu dla wielu oszczędzających najbardziej atrakcyjną relacją zysk/ryzyko stały się inwestycje w nieruchomości. Pomimo wysokiego progu wejścia zdecydowali się więc na inwestycje w mieszkania, apartamenty i aparthotele, co w efekcie spowodowało napływ szerokiego strumienia gotówki na rynek. Potencjalne stopy zwrotu z wynajmu mieszkania (4-6%) pozostawiają daleko w tyle nawet najbardziej promocyjne lokaty bankowe.

Według danych NBP jeszcze nigdy Polacy nie wydawali tak dużo gotówki na zakup mieszkań. W samym I kw. 2017 r. – w zaledwie 6 miastach i to tylko w biurach sprzedaży deweloperów – wydali oni na nowe lokale około 4,4 mld złotych (co stanowiło około 67% transakcji). Na rosnące zapotrzebowanie elastycznie reaguje branża nieruchomości. Dzięki temu na rynku można znaleźć propozycje odpowiadające na bardzo zróżnicowane preferencje, oczekiwania i możliwości nabywcze klientów. Poczynając od typowych mieszkań w popularnym budownictwie, po bardziej wysublimowane propozycje, jak luksusowe apartamenty w centrach największych miast. Wciąż przybywa również propozycji skierowanych do osób szukających możliwości bezobsługowej inwestycji, co wyraźnie widać na przykładzie wciąż stosunkowo nowego na polskim rynku condo. W samych miastach w budowie i planach jest ponad 2 500 jednostek condo (raport „Aparthotele w dużych miastach”, InwestycjewKurortach.pl). W zamian za współfinansowanie budowy obiektu hotelowego, kupujący uzyskuje własność pokoju wraz z kilkuletnią gwarantowaną stopą zwrotu (najczęściej 6-9%).

Dziś trudno dokładnie przewidzieć jak długo będzie trwał boom w tym sektorze. Plany inwestycyjne deweloperów na najbliższe 2-3 lata zdają się wskazywać, że dzięki niskim stopom procentowym rynek condo będzie się w tym czasie dalej szybko rozwijał.

 

Źródło: JAKUB NIECKARZ, PREZES PVI – PROPERTY VALUE INVESTMENTS

W sierpniu br. inflacja w ujęciu rocznym wzrosła do 1,8 proc., ale w stosunku do lipca spadła o 0,1 proc.– podał GUS.

Inflacja zmniejsza dochody realne Polaków, szczególnie tych mniej zamożnych. Cały czas rosną, w ujęciu rocznym, ceny żywności. Na szczęście w okresie wakacyjnym zaobserwowaliśmy ich spadek w ujęciu miesięcznym.  Dotyczy to zwłaszcza owoców i warzyw, co pozytywnie odczuły w portfelach gospodarstwa domowe. Jednocześnie cały czas drożeją masło, mleko, sery i w ogóle wyroby mleczne. Do tej grupy dołączyło też pieczywo. A warto pamiętać, że te produkty mają duży udział w wydatkach gospodarstw domowych  o niskich dochodach.

Zdrożały paliwa, chociaż to zapewne efekt  „sytuacji pogodowej” w USA i konieczności ograniczenia wydobycia ropy naftowej. Niewykluczone jednak, że we wrześniu wysokie ceny paliw się utrzymają, z tego samego powodu.

Wzrosły też ceny usług zdrowotnych – szpitalnych, stomatologicznych, jak i wyrobów farmaceutycznych. Polacy, mając wyższe dochody, zaczynają na większą skalę korzystać z prywatnych placówek medycznych, nie mogąc doczekać się takich świadczeń w publicznej służbie zdrowia.

Dobra sytuacja na rynku pracy, rosnące zatrudnienie i wynagrodzenia, przełożyły się w okresie wakacji na wzrost cen usług turystycznych. Więcej trzeba było zapłacić  za obiad w restauracji, pokój w hotelu czy bilet lotniczy.

W ciągu ośmiu miesięcy wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych wzrósł do 1,9 proc. Jeśli anomalie pogodowe (huragany) w USA nie wpłyną na zmniejszenie dostaw ropy naftowej, to na koniec roku inflacja nie powinna przekroczyć 1,8 proc. W innym przypadku może być wyższa.

Bez względu na to, czy inflacja wyniesie 1,8 proc., czy będzie wyższa, Rada Polityki Pieniężnej na pewno w tym roku nie podwyższy stóp procentowych. Kredytobiorcy mogą się nadal cieszyć z niższych rat spłacanych kredytów, ale oszczędzający nie mają co liczyć na wyższe oprocentowanie lokat.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej- Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w sierpniu 2017 r. o 1,8 proc. r/r, a w stosunku do lipca br. spadły o 0,2 proc. – podał GUS prezentując szybki szacunek wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych.

Sierpień był podobny w zmianach cen dóbr i usług konsumpcyjnych do lipca. Inflacja w sierpniu 2017 r. była nieco wyższa niż w czerwcu i lipcu (r/r). W stosunku do lipca br. ceny natomiast spadły o 0,2 proc., podobnie jak działo się to w dwóch poprzednich miesiącach. Mieliśmy prawdopodobnie do czynienia ponownie z nieznacznym spadkiem m/m cen żywności i cen paliwa oraz cen odzieży i obuwia (wyprzedaże). Natomiast r/r ceny żywności wzrosły w nieco większym stopniu niż w lipcu (baza wyższa). Podobnie ceny paliwa. I to z tego powodu inflacja w sierpniu była wyższa niż lipcu br. (1,8 proc. wobec 1,7 proc.).

Nie ma przesłanek do prognozowania zmian w tempie inflacji. Co prawda huragan w Teksasie ograniczył czasowo wydobycie ropy naftowej z dna Zatoki Meksykańskiej, a tym samym jej podaż, ale jednocześnie koniec wakacji obniża popyt na paliwo. Poza tym USA ma dość pokaźne zapasy tego surowca. Nie powinniśmy zatem spodziewać się istotnych, trwałych zmian cen paliwa. Od września mogą natomiast nieco szybciej rosnąć ceny żywności, bo nie ma niestety urodzaju owoców. Ciągle także na wzrost cen żywności r/r przekładać się będą wyższe ceny produktów mlecznych. Tym samy pokaźny, bo ok. 5 proc. wzrost wynagrodzeń będzie „zjadany” na poziomie 1,8-2,0 proc. przez inflację. Na razie na szczęście optymizm gospodarstw domowych dotyczący ich zdolności do konsumpcji nie mija (koniunktura konsumencka ciągle pozytywna), więc gospodarka może liczyć na utrzymanie w 2. połowie 2017 r. wzrostu spożycia indywidualnego na poziomie powyżej 4 proc.

Ta stabilizacja jest dużym ułatwieniem dla Rady Polityki Pieniężnej i jej deklaracji, że stopy procentowe nie będą jeszcze długo zmieniane.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

W lipcu 2017 r. sprzedaż detaliczna wzrosła o 6,8 proc. r/r (w cenach stałych), a o 1,2 proc. w stosunku do czerwca br. – podał GUS.

Sprzedaż detaliczna rosła w lipcu 2017 r. nieco wolniej od oczekiwań. Co prawda jej wzrost na poziomie 6,8 proc. r/r (w cenach stałych) to utrzymanie średniej dynamiki z 1. połowy roku, jednak przy tak pozytywnych zmianach na rynku pracy, które powodują, że do gospodarstw domowych trafia co miesiąc znacznie więcej pieniędzy niż rok wcześniej, wzrost sprzedaży detalicznej jest umiarkowany. To zapewne efekt wygaszenia wpływu na konsumpcję dochodów z programu Rodzina 500+. Do gospodarstw domowych co prawda w dalszym ciągu trafia co miesiąc ok. 2 mld zł, ale nie traktują one już tych pieniędzy jako dodatkowego dochodu. Dlatego te ponad 23 mld zł, które wydajemy z budżetu państwa na program Rodzina 500+ nie będą się już przekładać na wzrost konsumpcji. Dawały one wzrost w 2. połowie 2016 r. i przez pierwsze miesiące br. Czerwiec i lipiec wskazują, że tego efektu już praktycznie nie ma.

Na szczęście dla wzrostu PKB i spożycia indywidualnego sytuacja na rynku pracy stale się poprawia. Gospodarstwa domowe, których członkowie pracują w przedsiębiorstwach zatrudniających co najmniej 10 pracowników (ponad 6 mln pracowników), miały w lipcu 2017 r. do dyspozycji o prawie 10 proc. więcej pieniędzy niż rok wcześniej – wzrost zatrudnienia i wynagrodzeń dał bowiem wzrost funduszu płac o prawie 2,5 mld zł, czyli 9,6 proc. r/r. Z tego co prawda część (1,7 proc.) „zjadła” inflacja, zatem realnie fundusz płac wzrósł o niespełna 8 proc., ale to właśnie wzrost zatrudnienia i wzrost wynagrodzeń są w tej chwili motorem rosnącego popytu konsumpcyjnego gospodarstw domowych. Dobre dane dotyczące przemysłu, budownictwa, branż eksportowych, prawdopodobnego wzrostu nakładów inwestycyjnych, a tym samym utrzymanie się trendów na rynku pracy, wskazują że możemy oczekiwać wzrostu sprzedaży detalicznej także w sierpniu i wrześniu br. Spożycie indywidualne powinno zatem w trzecim kwartale 2017 r. wspierać wzrost gospodarczy w stopniu porównywalnym do 2. kwartału br. (ok. ¾ wzrostu PKB) i wraz z inwestycjami dać efekt w postaci wzrostu PKB na poziomie ok. 4 proc.

Sytuacja może się zmienić w 4. kwartale 2017 r., gdy zgodnie z prognozami ZUS na emeryturę (w wyniku obniżenia wieku emerytalnego kobiet do 60 lat i mężczyzn do 65 lat) przejdzie dodatkowo ok. 330 tys. osób. Dochody tych osób będą zdecydowanie niższe niż ich dzisiejsze wynagrodzenia, co nie pozostanie bez wpływu na obniżenie ich skłonności do konsumpcji. Możemy nie zobaczyć tego jeszcze w 4. kwartale 2017 r., ale w 2018 r. na pewno sprzedaż detaliczna i spożycie indywidualne, a tym samym PKB – to odczuje.

Na razie cieszmy się wynikami sprzedaży detalicznej w lipcu 2017 r., które wskazują że Polacy wrócili do zakupów samochodów (wzrost o 10 proc. r/r; ceny stałe), a także do zakupów dóbr trwałego użytku (meble, rtv, agd – wzrost o prawie 9 proc.). Ciągle cieszą ich zakupy odzieży i obuwia (wzrost o 16,7 proc.) i kosmetyków. Przyszli, październikowi, młodzi 60-65 letni emeryci mogą za chwilę nie móc pozwolić sobie na takie „szaleństwa”.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

 

Oprocentowanie depozytów bankowych nie przestaje spadać. Banki wyznaczyły kolejne historyczne minimum. Odkładając na rok 1000 złotych można liczyć jedynie na 11,10 zł odsetek – wynika z szacunków Open Finance. To za mało, aby uchronić pieniądze przed inflacją.

Jeśli ktoś myślał, że banki nie mogą już zaoferować gorzej oprocentowanych lokat, był w błędzie. W czerwcu przeciętne oprocentowanie depozytów opiewało na zaledwie 1,37% – wynika z danych NBP. Niestety, tak skromnym procentem trzeba się jeszcze podzielić z fiskusem. Po potrąceniu tzw. podatku Belki możemy liczyć jedynie na wynik na poziomie 11,10 zł netto za każde 1000 zł zostawione w banku na rok – wynika z szacunków Open Finance.

Lepiej oprocentowane są lokaty roczne i kwartalne, choć i tu nie ma co liczyć na kokosy. Oba rodzaje depozytów pozwalają zarobić około 1,5 – 1,6%. Po uwzględnieniu podatku daje to niecałe 1,3% zysku w skali roku. Niestety nawet takie oferty są zbyt słabe, aby ochronić kapitał przed utratą wartości. Pamiętajmy, że zgodnie z prognozami NBP inflacja w 2017 roku może opiewać na 1,9%, a w latach kolejnych odpowiednio 2 i 2,5%. Aby uchronić kapitał przed inflacją za pomocą bankowych depozytów trzeba poświęcić niemało czasu na studiowanie ofert promocyjnych – dla nowych klientów i ich nowych środków. Nawet jednak wtedy nie ma co liczyć na jakiś solidny zysk. Stawką jest walka o to, aby pokonać inflację.

Gotówka pali w ręce

Efekt? Fundusze inwestycyjne, rynek akcji, obligacje skarbowe i nieruchomości  – słowem wszystkie popularne rozwiązania, które pozwalają ulokować nadwyżki finansowe – cieszą się dziś sporym zainteresowaniem Polaków.

Rezygnujemy z lokat

Obecna – niekorzystna dla deponentów sytuacja ma swoje konkretne konsekwencje. Polacy likwidują lokaty. Maj był pod tym względem rekordowy (saldo lokat i depozytów stopniało bez mała o 5,3 mld zł – najwięcej w historii). Czerwiec był mniej niepokojący. Co prawda z lokat wyparowały 3,7 mld zł, ale w tym samym czasie na kontach oszczędnościowych i bieżących przybyło o miliard więcej.

Każdy posiadacz kapitału musi mieć świadomość, że obecnie inflacja przeważnie szybciej pochłania siłę nabywczą pieniędzy, niż banki są w stanie dopisywać do nich odsetki. Jeśli więc ktoś zakłada lokatę, to najpewniej realnie na niej traci. Po prostu za wyjęte z banku za rok pieniądze będzie można kupić mniej niż dziś. Pewnym pocieszeniem może być fakt, że okresy realnych strat i zysków na bankowych depozytach przeplatają się. Te pierwsze nie trwają przeważnie dłużej niż rok czy dwa.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Dwadzieścia cztery godziny temu szereg walut notował długoterminowe rekordy swojej siły względem dolara. W piątkowy poranek w przypadku EUR/USD bliżej od ekstremów 1,1780 jest do poziomu zagrażającego załamaniem aprecjacyjnego trendów i otwierających drogę
do głębszego odreagowania, czyli 1,1620.

Pierwsze oznaki załamywania się impetu zwyżek EUR/USD nadeszły we wtorek pod postacią długiego cienia dziennej świecy. Wczorajsze, kolejne ostre załamanie może schłodzić entuzjazm krótkoterminowych kupujących. Wyraźny wzrost zmienności sam w sobie także można interpretować jako wejście w ostatnią fazę wzrostów w ramach obecnego impulsu.

Jednocześnie warto zauważyć, że kurs EUR/USD wzrósł zbyt mocno w stosunku do wskazań modelu szacującego krótkoterminową wartość godziwą na podstawie relatywnego przebiegu krzywych rentowności długu USA i Niemiec. Wychodząc w przyszłość: widzimy zdecydowanie większe pole do zwyżek dochodowości obligacji amerykańskich niż niemieckich. Ostatnie zachowanie dziesięciolatek USA wpisuje się w tę ocenę.

Podobnie, w notowaniach większości walut emerging markets osłabienie dolara przybrało znamiona „kontrolowanego zniszczenia.” USD/TRY zbliżył się w ostatnich kilkudziesięciu godzinach do kluczowego wsparcia 3,52, ale wybronił je budując i aktywując krótkoterminowy podwójny dołek. Spodziewamy się odbicia od wzrostowej linii trendu i wykrystalizowania się średnioterminowej tendencji wzrostowej. Podobnie: spadki USD/ZAR wyhamowały bez przebijania kluczowej strefy wsparcia wokół 12,90.

Wracając do eurodolara: bardzo waży będzie kształt świecy tygodniowej. A kluczem do zamknięcia dzisiejszej sesji są publikacje makroekonomiczne bardzo wysokiej rangi. Przede wszystkim inflacja z Niemiec (wyjątkowo odczyt przeniesiony na 12:00) oraz PKB Stanów Zjednoczonych w drugim kwartale (14:30). Innymi słowy: kombinacja tych odczytów zdecyduje czy ostatnie dni to „kropka nad i” w trendzie wzrostowym EUR/USD, czy tylko przecinek pomiędzy jego poszczególnymi impulsami.

W zakresie kształtowania się tendencji cenowych w Eurolandzie warto odnotować, że wstępna inflacja HICP z Hiszpanii i Francji wypadła zgodnie z oczekiwaniami (odpowiednio 1,7 i 0,8 proc. rok do roku). Dynamika cen konsumenckich w Saksonii (pierwsze regionalne dane) wskazuje na wyraźny wzrost cen miesiąc do miesiąca. Po danych o PKB USA należy spodziewać się, że gospodarka wyraźnie przyśpieszyła po pierwszym słabym kwartale za sprawą silnej konsumpcji. Jednak jedynie odczyt wyraźnie powyżej konsensusu (2,7 proc.) może przyczynić się do trwalszej aprecjacji dolara pod wpływem czegoś więcej niż tylko pokrywania krótkich pozycji. Inwestorzy po gołębim opisie zjawisk cenowych przez Fed czekają na inflację. Rynek będzie szukał odpowiedzi na wątpliwości o siłę presji płacowej we wskaźniku kosztów zatrudnienia (które są w największym stopniu determinowane przez wynagrodzenia).

 

Raport opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz DM TMS

Eksperci

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

Starczewska-Krzysztoszek: Dorośli Polacy nie kształcą się

Komisja Europejska opublikowała szóstą edycję Monitora Kształcenia i Szkolenia przedstawiając  m.in....

Lipka: Uwaga na kolejną falę podwyżek cen paliw. 5 zł znów straszy

Rosnące prawdopodobieństwo przedłużenia porozumienia o ograniczeniu wydobycia ropy naftowej nałożyło...

AKTUALNOŚCI

Bankomaty zaczynają znikać z naszych ulic

Według danych NBP w II kwartale liczba bankomatów w Polsce spadła o 223 maszyny. Expander zwraca uwa...

Cyberbezpieczeństwo do poprawki

Projekt ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa nie gwarantuje zwiększenia poziomu cyberbezpi...

Brak regulacji rozkłada rynek cyfrowalut. Branża zaczyna myśleć o ucieczce z Polski?

Jeszcze rok temu byliśmy jednym z największych na świecie tego typu rynków. Ale, według ekspertów, s...

Ochłodzenie na GPW zachęca do wyjścia za granicę

Wzrost gospodarczy w Polsce w III kwartale br. przyspieszył do 4,7% rok do roku – wynika ze wstępnyc...

O ustawie nt. jawności życia publicznego

Został opublikowany projekt ustawy o jawności życia publicznego. Miał on zwiększyć transparentność ż...