czwartek, Listopad 23, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "handel"

handel

Od początku roku było 673 przypadków niewypłacalności przedsiębiorstw wobec 589 w ciągu trzech kwartałów 2016 r, co oznacza 14 procentowy wzrost – wynika z danych opublikowanych w Monitorach Sądowych i Gospodarczych. Spośród wielu przyczyn niewypłacalności wyłania się jedna konkluzja firmy za mało zarabiają.

Na 9 miesięcy od początku roku z mniejszą liczbą opublikowanych niewypłacalności mieliśmy do czynienia tylko w maju i wrześniu, stąd 14% wzrost ich liczby po trzech kwartałach w stosunku do roku ubiegłego. W efekcie tego w trzecim kwartale opublikowano w Monitorach Sądowych informacje o niewypłacalności aż 255 polskich firm – najwięcej od 5 lat (od końca 2012 roku – wtedy w IV kw. było to 260 firm). Spodziewamy się, że do końca roku tempo wzrostu liczby niewypłacalności polskich firm nadal będzie dwucyfrowe. Za wcześnie jeszcze na pozytywne efekty dla finansów firm z powodu wzrostu cen produkcji sprzedanej, sygnalizowanego ostatnio m.in. przez Eurostat (w naszym kraju w sierpniu jeden z najwyższych w Europie – 4,5% r/r).

– Firmy produkcyjne (a ostatnio także budowlane) musiały w końcu podnieść ceny, gdyż w ciągu ostatnich kwartałów skumulował się wzrost ponoszonych przez nie kosztów – cen pracy (od kilku do kilkunastu procent w zależności od województwa) i materiałów – zauważa Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiadający za ocenę ryzyka. – Czy to wpłynie na trwałe podniesienie rentowności, a w ślad za tym – zmniejszenie liczby niewypłacalności polskich producentów? To zależy, na ile wzrost cen będzie akceptowany przez rynek – trzeba więc obserwować poziom zamówień… Jest to też efekt wyczerpywania możliwości łatwego zwiększania skali produkcji bez istotnych inwestycji. Ale nawet jeśli w części przypadków zamówienia spadną, to bardziej istotny od obrotu będzie zysk, który może wzrosnąć (liczy się przecież nie wolumen, ale rentowność obrotu). Firmy maja w pierwszej kolejności zarabiać, a nie sprzedawać.

Spośród wielu przyczyn niewypłacalności wyłania się jedna konkluzja… firmy za mało zarabiają (kwestia rentowności obrotu, finansowania działalności, przepływu środków).

Skąd tak duże zróżnicowanie pomiędzy województwami – w jednych wyraźny jest znaczny wzrost liczby niewypłacalności, a w innych jej spadek? Gdy zestawimy sektory, które stały za wyraźnym spadkiem lub wzrostem r/r niewypłacalności w poszczególnych regionach kraju, to zarówno w jednym jak i drugim przypadku są te same branże: budownictwo (wyraźna poprawa w 4, a pogorszenie w 6 województwach), handel (analogicznie lepiej w tym sektorze było w 7, a gorzej w 8 województwach), produkcja (tutaj poprawa w 3 a pogorszenie w 4 regionach)… Z jednym wyjątkiem – usługi, gdzie poprawa miała miejsce jedynie w Wielkopolsce (a drastycznie wzrosła liczba takich niewypłacalności na Mazowszu – o +19 przypadków r/r). Nie jest to jednak sektor odpowiedzialny za cały wzrost niewypłacalności, w innych województwach wzrosty liczby tych zdarzeń miały miejsce głównie w budownictwie (zachodniopomorskie +11 r/r czy warmińsko-mazurskie +6 r/r) jak i w produkcji (opolskie +7 r/r), a na Pomorzu rozłożyły się niemal równo pomiędzy wszystkie branże.

Skoro nie ma jasnej mapy branż ewidentnie stojącymi za niewypłacalnościami, to może wspólne, łatwe do zidentyfikowania są przyczyny tego trendu? Tutaj też jest wiele tropów, nierzadko sprzecznych – chociażby w budownictwie. Niewypłacalności następowały w nim z powody utraty rynku, braku zleceń albo… właśnie realizacji tychże zleceń, ale przy niskiej ich rentowności. Obserwować można było całe spektrum przyczyn problemów firm – popytowe (brak zleceń, duża konkurencja – stagnacja cen przy wzroście kosztów), finansowe (krótkoterminowe finansowanie, słaba akumulacja środków własnych), prawno-podatkowe (zmiana prawa naprawczego – domino postępowań restrukturyzacyjnych, luki w przepisach; obciążanie firm odpowiedzialnością za błędy lub wyłudzenia nawet odległych w ich łańcuchu dostaw kontrahentów).

– O ile w przypadku konkretnych firm łatwo zidentyfikować ich problemy lub przyczyny niewypłacalności, to jednoznaczna obecnie diagnoza w skali całego kraju nie jest łatwa. Nie stoi za tym prosty schemat podażowo-popytowy, a przy tym sytuacja dynamicznie się zmienia. Jak zatem podsumować trzy kwartały 2017 roku w temacie niewypłacalności polskich przedsiębiorstw – które wzrosły w tym czasie w tempie 14% r/r? Przy wielu przyczynach wzrostu niewypłacalności, konkluzja natury ogólnej jest taka, że nie ma jednoznacznie pewnych lub zagrożonych branż czy regionów. Najbardziej prozaiczne i wspólne dla tych wszystkich przyczyn jest to, iż firmy za mało zarabiają – mówi Tomasz Starus.

Wszystkie oczy skierowane na budownictwo – sezon budowlany nie wpłynął (jeszcze) na trwałą poprawę sytuacji.

Budownictwo – rok do roku po trzech kwartałach niewypłacalności w nim jest więcej, a sam wrzesień wiosny jeszcze nie czyni (14 niewypłacalności wobec 16 przed rokiem)… Chronologia jego problemów w poszczególnych kwartałach wyglądała następująco: w pierwszym opublikowano informacje o niewypłacalności 43 firm budowlanych (wykonawczych), w drugim 30, a w trzecim – 50. Czyli trudno mówić o trendzie spadkowym na skutek narastania zleceń wraz z rozwojem sezonu budowlanego. Nic takiego nie miało miejsca – może jest jeszcze na to za wcześnie?

Na przykładzie września potwierdzają się trendy z ostatnich miesięcy: publikowane ostatnio przypadki niewypłacalności firm budowlanych dotyczyły głównie firm ogólnobudowlanych, rzadkie w tym gronie są przypadki firm wyspecjalizowanych w konkretnych pracach (we wrześniu – dwa przypadku, które ponadto odnosiły się do małych firm). Problemy miały głównie firmy ogólnobudowlane. Charakterystyczne dla części z nich były bardzo duże wahania przychodów w ostatnich latach – gwałtowny spadek z 25 na 3 mln zł w skali roku, albo gwałtowny ich wzrost i nagłe załamanie np. rok po roku 2/26/74 mln zł, a mimo to firma upadła. Wyodrębnić można dwa scenariusze problemów w budownictwie – pierwszy to spadek obrotów, brak zleceń przy utrzymywaniu rentowności sprzedaży na poziomie od kilkunastu do kilkudziesięciu procent (40%), a drugi to realizacja zleceń, ale przy osiąganej rentowności sprzedaży w ostatnich latach zazwyczaj na poziomie poniżej 1%.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

W 2016 r. o 5 proc. wzrosła liczba mikrofirm. Działalność gospodarczą prowadziło nieco ponad 2 mln przedsiębiorstw zatrudniających  do 9 osób. 

Jak podaje GUS od 2010 r. oznacza to wzrost liczby mikroprzedsiębiorstw aż o 16,8 proc.  Jednocześnie przychody tych firm zwiększyły się o 7,1 proc. r/r (w latach 2010-2016 wzrosły o 37,4 proc.), a liczba pracujących wzrosła o 5,1 proc. r/r (w latach 2010-2016 o 13,7 proc.), tj. o 193,0 tys. osób.

Z raportu wynika, że największy odsetek mikrofirm stanowiły jednostki z sekcji handel i naprawa pojazdów samochodowych (24 proc.) oraz działalność profesjonalna, naukowa i techniczna (13,2 proc.).

Po obserwowanym w latach 2011-2014 zmniejszeniu udziału jednostek budowlanych wśród mikroprzedsiębiorstw, w ostatnich dwóch latach zanotowano wzrost udziału tych podmiotów – w 2015 roku odsetek ten wyniósł 12,3 proc., a w 2016 roku – 12,7 proc.

W 2016 r. przedsiębiorstwa o liczbie pracujących do 9 osób uzyskały 1045,8 mld zł przychodów (co oznacza 7,1 proc. wzrostu w skali roku). Najwyższy udział w przychodach miały przedsiębiorstwa prowadzące działalność handlową i naprawę pojazdów samochodowych (41,3 proc.), przy czym w stosunku do roku 2010 zaobserwowano spadek tego udziału o 3,8 p. proc.

W tym samym okresie zmniejszył się również udział przedsiębiorstw budowlanych w generowaniu przychodów podmiotów najmniejszych – o 1,6 p. proc., do 10,5 proc. w roku 2016.

Przychody w przeliczeniu na jeden podmiot w 2016 r. kształtowały się od 94 tys. zł (w mikroprzedsiębiorstwach prowadzących pozostałą działalność usługową) do 1835,4 tys. zł (w jednostkach z sekcji działalność finansowa i ubezpieczeniowa).

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude  Juncker wygłosił dziś rano w Strasburgu orędzie o stanie Unii, które można określić jako projekt dla UE-27 na najbliższe lata. Sporo miejsca w swoim wystąpieniu poświęcił unijnej strategii przemysłowej, o co organizacje pracodawców zrzeszone w BusinessEurope, w tym Konfederacja Lewiatan, zabiegały od dawna.

– Cieszymy się z zapowiedzi pogłębiania jednolitego rynku, który jest kluczowy dla rozwoju Unii. Dobrze, że przewodniczący KE podkreślił znaczenie nowej unijnej strategii przemysłowej, a także wagę zaangażowania Europy w promowanie wolnego handlu – finisz negocjacji z Japonią oraz zaawansowany etap negocjacji z Meksykiem i krajami Ameryki Południowej. Ważne, aby był to także sprawiedliwy handel i aby firmy europejskie pozostały konkurencyjne wobec firm spoza UE. Cieszy także pozostawienie otwartych drzwi dla państw, które chcą dołączyć do Wspólnoty, choć obecnie nie dla Turcji – mówi Kinga Grafa,  dyrektorka biura Konfederacji Lewiatan w Brukseli.

W dzisiejszym orędziu, Jean-Claude Juncker  przedstawił także nowy scenariusz dla przyszłości Europy, w wielu punktach zbieżny ze stanowiskiem  BusinessEurope. Jego realizacja zdaniem przewodniczącego KE jest możliwa dzięki coraz lepszej sytuacji gospodarczej UE i powracającej wiary obywateli Unii w sens integracji. Według Junckera, Europa musi dążyć do głębszej integracji, w oparciu o europejskie wartości, takie jak wolność, o którą trzeba stale zabiegać, równość wszystkich obywateli, bez względu na kraj pochodzenia i poszanowanie prawa w państwach członkowskich. Głębsza integracja ma polegać ma m. in. na wejściu wszystkich państw członkowskich (z wyłączeniem Danii) do strefy euro i unii bankowej, powołaniu unijnego ministra gospodarki i finansów oraz powierzenia Parlamentowi Europejskiemu także roli parlamentu strefy euro, bez tworzenia równoległych struktur, o co apelował prezydent Macron. Warto przypomnieć, że Polska jest zobowiązana do przyjęcia euro traktatem akcesyjnym.

Stanowisko BusinessEurope na temat przyszłości Europy, oprócz odniesienia do scenariuszy, mówi o priorytetach dla biznesu. Po pierwsze, konieczność pogłębiania jednolitego rynku i niwelowania istniejących barier. Przedsiębiorcy potrzebują pewności, dlatego konieczna jest właściwa implementacja legislacji unijnej, a następnie stosowanie i egzekwowanie zasad. Po drugie, wspieranie przedsiębiorstw europejskich w globalnych relacjach handlowych. Musimy modernizować instrumenty ochrony handlu i dążyć do tworzenia wzajemnych, korzystnych ram w handlu i inwestycjach. Po trzecie, potraktowanie zmian, które zapoczątkowała 4. rewolucja przemysłowa, jako szansy – dla firm i dla pracowników. Temu służyć ma nowa unijna strategia przemysłowa oraz instrumenty finansowe.  – Cieszymy się, że wiele z tych priorytetów znalazło się w orędziu szefa KE – podkreśla Kinga Grafa.

Przesłanie Junckera miało mieć wydźwięk pozytywny, stąd być może niewiele uwagi poświęcił decyzji Wielkiej Brytanii o opuszczeniu Unii i konsekwencji Brexitu. Jest to temat ważny dla europejskich przedsiębiorców, w tym polskich, którzy chcą uniknąć tzw. twardego Brexitu, bez okresów przejściowych.

 

Źródło; Konfederacja Lewiatan

 

W ocenie sytuacji na rynku pracy wciąż jeszcze przeważa zdecydowany optymizm, jednak coraz głośniej mówi się także o pojawiających się negatywnych konsekwencjach narastającej nierównowagi, wynikającej z niedoboru pracowników.

W pierwszych trzech miesiącach 2017 r. powstało 225,5 tys. nowych miejsc pracy, najwięcej od dziesięciu lat. Drugi kwartał przyniósł kontynuację pozytywnej tendencji, a osiągnięty wynik był najwyższy od siedmiu lat. Jest też jednak w tym obrazie druga strona medalu. To sięgająca około 120 tys. liczba etatów czekających na pracowników. Tak dużego deficytu rąk do pracy nie notowano od 2008 r. Zjawisko to nasiliło się bardzo wyraźnie w tym roku. W drugim kwartale nieobsadzonych było 122 tys. etatów, o prawie 30 proc. więcej niż rok wcześniej i aż o dwie trzecie więcej niż w drugim kwartale 2015 r. Jednocześnie nieobsadzonych było 24,7 tys. nowo utworzonych miejsc pracy. Wraz z poprawiającą się koniunkturą firmy coraz chętniej więc powiększają swój potencjał produkcyjny, ale coraz poważniejeszą barierą staje się brak kandydatów do pracy. W ostatnich latach liczba bezrobotnych spadła do poziomu najniższego w historii, a aktywizacja osób niepracujących dokonuje się w skali daleko niewystarczającej i raczej symbolicznej. Receptą na rozwiązanie kłopotów przedsiębiorców jedynie w niewielkim stopniu może stać się podwyższanie wynagrodzeń. Problem leży bardziej w niedopasowaniu popytu i podaży na rynku pracy, wynikającym zarówno z kwalifikacji i kompetencji, jak i nadążaniu za szybkimi zmianami koniunktury.

Najmocniej nierównowaga ujawnia się w głównych sektorach gospodarki. W przetwórstwie przemysłowym liczba wolnych etatów przekroczyła w drugim kwartale 32 tys., co w porównaniu do ubiegłego roku stanowi wzrost o 46 proc. W 2015 r. wakatów było zaledwie 16,9 tys., czyli o niemal połowę mniej niż obecnie. Z rosnącymi kłopotami ze znalezieniem pracowników od trzech lat boryka się handel. Niedobór przekracza 18 tys. osób i utrzymuje się na tym poziomie już od połowy ubiegłego roku. Największy skok liczby nieobsadzonych miejsc pracy ma jednak miejsce w budownictwie. W 2015 r. wynosił on niewiele ponad 7 tys., a obecnie sięga prawie 19 tys., czyli wzrósł prawie trzykrotnie. W większości pozostałych sektorów gospodarki sytuacja jest znacznie bardziej ustabilizowana i nie widać większych zmian. Utrzymuje się w nich niewielka, sięgająca po kilka tysięcy liczba wolnych miejsc pracy, a więc można mówić o względnej równowadze, choć przedsiębiorcy sygnalizują także trudności z pozyskaniem głównie wysoko wykwalifikowanych pracowników o specyficznych kompetencjach.

Autor: Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

 

Z badania „Przedsiębiorczość Polaków” przeprowadzonego przez TNS na zlecenie Grupy Muszkieterów, wynika, że w porównaniu z reprezentantami pozostałych grup wiekowych, osoby między 25 a 34 rokiem życia są znacznie bardziej skłonne założyć własną działalność gospodarczą. Gdyby nadarzyła się odpowiednia okazja, na rozpoczęcie własnego biznesu zdecydowałby się co 5 respondent w tym przedziale wiekowym. Badanie pokazało również niską świadomość Polaków w zakresie zasad prowadzenia działalności franczyzowej, a co za tym idzie potrzebę edukacji w tym zakresie. Z badania TNS wynika bowiem, że blisko 80 proc. Polaków nigdy nie słyszało słowa „franczyza” albo nie wie, co ono oznacza.

Obraz przedsiębiorczego Polaka

Zdaniem Polaków prowadzenie własnej działalności gospodarczej ma zarówno wiele zalet, jak i pewne minusy. Do zalet zaliczają oni m.in. samodzielność podejmowania decyzji (52 proc. respondentów) oraz poczucie niezależności i wyższe zarobki (kolejno 44 i 43 proc.). Natomiast najczęściej wymienianymi czynnikami, które zniechęcają Polaków do prowadzenia własnej firmy są: skomplikowany system podatkowy (43 proc.), konieczność walki z konkurencją (40 proc.) oraz zbyt wysokie koszty pracy (37 proc.).

Zaledwie 12 proc. respondentów zadeklarowało, że myślało kiedyś o założeniu własnej firmy, choć współczynnik ten jest wyższy u osób młodych (w przedziale 25-34 lata wyniósł 21 proc.). Głównym czynnikiem, przez który Polacy zrezygnowali z uruchomienia własnej działalności gospodarczej był brak wystarczających środków finansowych (33 proc. wskazań).

Wyniki badania TNS wskazują, że dla ponad 1/3 respondentów handel jest nadal najatrakcyjniejszą branżą, jeśli chodzi o prowadzenie własnego biznesu. Nie dziwi mnie to. Bricomarché na przykład, działając na rynku produktów do domu i ogrodu, systematycznie zwiększa swoje obroty – o około 20 proc. rok do roku. Przekłada się to w oczywisty sposób na zyski właścicieli sklepów – komentuje Eliza Orepiuk-Szymura, Dyrektor ds. Komunikacji i Informacji Grupy Muszkieterów w Polsce.

W badaniu sprawdzono również skąd respondenci czerpią informacje na temat zakładania własnej działalności. Najczęściej wskazywani byli znajomi oraz członkowie rodziny (36 proc.), Internet (32 proc.) oraz osoby, które już prowadzą własną firmę (30 proc.).

 Franczyza – słabo poznana przez Polaków

Z badania TNS wynika, że blisko 80 proc. Polaków nigdy nie słyszało słowa „franczyza” albo nie wie, co ono oznacza. Natomiast dane rynkowe pokazują, że zarówno liczba sieci, jak i placówek franczyzowych sukcesywnie rośnie.

Franczyza w Polsce ma bardzo duży potencjał wzrostu. Prowadząc działalność w ramach franczyzy łatwiej jest zmierzyć się z konkurencją, a właśnie tego, zgodnie z przeprowadzonym badaniem, obawia się aż 40 proc. myślących o własnym biznesie. Biznes w ramach franczyzy to również znany szyld oraz potrzebne wsparcie, szczególnie w zakresie szkoleń oraz know-how. Reasumując, działanie w grupie pozwala szybciej dostosować się do zmian na rynku i oczekiwań klientów – mówi Eliza Orepiuk-Szymura.

Franczyza w wydaniu Muszkieterów

Działalność biznesowa Grupy Muszkieterów opiera się na zasadach franczyzy, jednak nie jest to zwykła struktura franczyzowa. Grupa proponuje unikalny w Polsce tego rodzaju model, który zakłada, że przedsiębiorstwa mają charakter rodzinny i społeczny oraz dają członkom możliwość samorealizacji na polu zawodowym i osobistym. Model bazuje na dwóch kluczowych zasadach: niezależności oraz współdecydowaniu o przyszłości organizacji. Każdy właściciel Intermarché i Bricomarché spełnia bowiem podwójną funkcję kierowniczą: jest niezależnym szefem zarządzanego przez siebie przedsiębiorstwa oraz pełni funkcję zarządczą w ramach Grupy. Dzięki temu przedsiębiorcy mają wpływ na kształtowanie polityki Grupy oraz wyznaczanie kierunków jej rozwoju. Jednocześnie pozwala im to na wymianę wiedzy i doświadczenia między sobą oraz tworzenie dobrych praktyk.

Członkostwo w organizacji wiąże się również z zaakceptowaniem Karty Muszkietera, określającej metody działania, standardy i misję Grupy. Zgodnie z nią członkowie Grupy podejmują działania dobroczynne na rzecz lokalnych społeczności. Są to m.in. zbiórki krwi, badania mammograficzne, współpraca z bankami żywności czy budowa placów zabaw.

 

 

Źródło: Grupa Muszkieterów

 

Wtorkowy, zdecydowanie silniejszy od prognoz spadek indeksu ZEW sprawia, że inwestorzy z jeszcze większym zainteresowaniem śledzić będą serię indeksów PMI. Spodziewamy się, że w III i IV kwartale wzrost gospodarczy nieco osłabnie a maksima ankietowych barometrów koniunktury są już za nami. Ich wartości nadal potwierdzać będą jednak siłę gospodarki.

Warto też zauważyć, że wskaźnik ZEW jest silniej niż PMI powiązany z zachowaniem rynku akcji a dodatkowo kolejny skandal z udziałem niemieckich producentów aut popsuł sentyment w tym sektorze. Z tego względu należy oczekiwać, że indeksy PMI będą nieco stabilniejsze. Nie zmienia to faktu, że silne euro i wzrost ryzyk geopolitycznych odciska piętno na nastrojach biznesu.
W przypadku Composite PMI dla całej strefy euro oczekiwany jest skromny spadek z 55,7 do 55,5 pkt, ale widzimy duże prawdopodobieństwo nieco słabszego odczytu. Dane będą mieć ograniczony wpływ na handel. Warto natomiast zwrócić uwagę na wystąpienie Draghiego w Lindau (09:25), w trakcie którego może paść sygnał czego oczekiwać po jego wizycie w Jackson Hole. Po ubiegłotygodniowym protokole z posiedzenia ECB ciekawość wzbudzi też kwestia siły euro. Należy jednak odnotować, że impet aprecjacji od lipcowego posiedzenia wyraźnie przygasł.

Poza danymi makro – a może nawet w większym stopniu – rynek zogniskuje swoją uwagę na amerykańskiej scenie politycznej. Wrzesień to miesiąc, w którym zatwierdzić należy budżet na kolejny rok fiskalny. To także okres, w którym będzie musiała zostać rozwiązana kwestia limitu zadłużenia. Tymczasem Donald Trump straszy paraliżem administracji rządowej (tzw. government shutdown) by zagwarantować finansowanie projektu muru granicznego. Na razie te deklaracje nie mają większego wpływu na rynek, ale mając na uwadze sprawność rozwiązania wspomnianych już kluczowych kwestii, nie należy przechodzić obok nich obojętnie. Im większy kryzys panuje w administracji Trumpa i mocniejsze są podziały w Partii Republikańskiej, tym mniejsza szansa na wywiązania się z prowzrostowych obietnic i tym samym słabszy dolar. Uważamy jednak,
że inwestorzy tak mocno zwątpili już w stymulację wzrostu poprzez cięcia podatków i pakiet infrastrukturalny, że jakiekolwiek pozytywne informacje na tym polu będą wspierać dolara. Na razie kontynuacja ostrej retoryki będzie jednak interpretowana jako niemożność znalezienia konsensusu w kluczowych kwestiach budżetu i limitu zadłużenia i jest głównym zagrożeniem dla odbudowującego się pozytywnego sentymentu na Wall Street.

W notowaniach głównych walut panuje atmosfera letniej stabilizacji i wyczekiwania. Eurodolar tkwi w przedziale 1,1680 – 1,1840 i nie spodziewamy się zmiany takie stanu rzeczy. USD/JPY przy powrocie obaw o poparcie dla Trumpa może mieć problem z kontynuacją odbicia w kierunku 110,00
i wyżej, ale taki scenariusz wciąż pozostaje najbardziej prawdopodobnym. GBP/USD balansuje na wsparciu 1,2810. Spodziewamy się jego przełamania i kontynuacji zniżek w kierunku 1,26. Dziś nie otrzymamy żadnych informacji z brytyjskiej gospodarki a jutro zostanie opublikowane jej tempo wzrostu w II kwartale. Najsłabszą walutą jest NZD, który znalazł się pod presją mocnej rewizji oficjalnych prognoz wzrostu gospodarczego. Po przełamaniu przez kurs ubiegłotygodniowych minimów oczekujemy kontynuacji zniżki NZD/USD do 200- sesyjnej średniej ruchomej (0,7125). Warto śledzić też przebieg notowań metali przemysłowych, głęboka korekta, której pierwsze symptomy widać np. po rudzie żelaza będzie uderzać w dolara australijskiego, który naszym zdaniem jest wyraźnie przewartościowany i ma pole do znacznego osłabienia.

Raport opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS

Sentyment do bezpiecznego schronienia na rynkach jest obecnie wyraźny. Inwestorzy z całego świata wytężają wzrok na swoje portfele indywidualne, ponieważ obawiają się politycznego chaosu. Fajerwerki pojawiły się wczorajszego ranka w Brazylii. Państwo, którym wstrząsają polityczne skandale, uderzyło wczoraj w rynki w wielkim stylu. Notowania indeksu Ibovespa spadły o 10% na otwarciu a brazylijski real spadł o 8,5% w stosunku do dolara amerykańskiego.

Centrum zainteresowań rynkowych skupi się dzisiaj na Bliskim Wschodzie. W Iranie odbywają się wybory. Piastujący do tej pory urząd prezydent Rouhani posiada niewielką przewagę nad swoim rywalem. Ponieważ Irańczycy idą dzisiaj do urn, tematem rozważań będzie wybór pomiędzy Wschodem a Zachodem. Rouhani chce zbliżyć się do Europy i Ameryki. Jego przeciwnik jest bardziej islamistycznym idealistą. Jako były sędzia, osobiście skazał setki osób na karę śmierci i bardzo prawdopodobnym jest, że nie byłby dobrym sprzymierzeńcem Zachodu. Walka wyborcza może doprowadzić do drugiej tury, która rozstrzygnie się pomiędzy tymi dwoma faworytami.

W międzyczasie na Bliskim Wchodzie. Donald Trump rozpoczyna swoją podróż do Arabii Saudyjskiej, przez Izrael, Rzym aż do Belgii. Prawdopodobnie będzie pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych w historii, który wyrusza odwiedzić Bliski Wschód, aby uniknąć politycznego zamieszania. Amerykańskiemu rynkowi udało się zamknąć wczorajszą sesję na plusie po Trumpowych zawirowaniach ze środy. Wielkim sprawdzianem będzie, co się stanie dzisiaj. Czy inwestorzy stchórzą czy nie ustąpią? Dowiemy się wkrótce. Przez ostatnie dwa tygodnie, bezpieczna przystań handlu znajdowała się pewnie na swoim miejscu. Złoto poszło w górę razem z japońskim jenem, a amerykańskie obligacje skarbowe wzrosły gwałtownie.

 

Autor: Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

W 2017 roku będziemy mieć do czynienia z dynamiką sprzedaży detalicznej w Polsce, a dominującymi trendami będą „smart shopping”, lokalność oraz personalizacja zakupów. Stąd coraz większe zainteresowanie innowacyjnymi narzędziami, które łączą sprzedawców z klientami, dostarczając im aktualne informacje o rabatach, gazetkach promocyjnych czy programach lojalnościowych. Między innymi takimi jak aplikacją MyShop.mobi, którą na koniec ubiegłego roku na swoim smartfonie miało zainstalowaną 450 tys. Polaków i dzięki temu dostęp do różnego rodzaju promocji w aż 10 tys. punktów handlowych w całej Polsce. Przedstawiciele firmy oczekują, że w 2017 roku z aplikacji może skorzystać niemal milion Polaków.

Choć aplikacja MyShop.mobi została oddana do użytku zaledwie kilkanaście miesięcy temu (listopad 2015), to bardzo szybko zainteresowała zarówno branżę handlową jak i samych użytkowników. W aplikacji dostępne są oferty promocyjne ponad 10 tys. punktów handlowych, które reprezentują różne branże. Najwięcej przedstawicieli ma branża spożywcza, odzieżowa, budowlana i fast-food. Wśród partnerów MyShop.mobi znajdują się m.in. CCC, , Fotojoker, sklepy Textil Market czy sieć sklepów zoologicznych ZooKarina. Co miesiąc z rozwiązania w 2016 roku korzystało ponad 120 tys. użytkowników, którzy aktywnie poszukiwali atrakcyjnych promocji i rabatów. W sumie w ubiegłym roku wykorzystali aż 300 tys. kodów rabatowych – poprzez pobranie ich z aplikacji i pokazanie przy kasie partnera.

W 2017 roku rola „mądrych zakupów” jeszcze większa

Coraz więcej Polaków zalicza się do grupy „smart shoppers” lub „promo hunters”. Z badania „Promo Hunters. Polacy w pogoni za korzystnymi ofertami” wynika, że aż 44% konsumentów w Polsce aktywnie poszukuje okazji zakupowych, a z żadnych promocji nie korzysta tylko 3%. Handel, zarówno ten mały jak i wielkie sieci handlowymi, stoi przed wyzwaniem, jak zaspokoić potrzeby konsumenckie najbardziej wymagających klientów. – Warto wiedzieć, że stosowane mechanizmy promocji muszą iść w parze z obowiązującymi trendami. Dla wielu konsumentów, a przede wszystkim dla „promo hunters”, tradycyjne nośniki reklamowe jak papierowe gazetki promocyjne czy ulotki to przeżytek. Przewagę uzyskują ci, którzy analizują to, kim są ich klienci, w jaki sposób wyszukują informacji o promocjach, z jakich źródeł korzystają. Taką możliwość daje postępująca smartfonizacja i takie aplikacje jak MyShop.mobi – mówi Maciej Tygielski z MyShop.mobi.

Dla firm – narzędzie zwiększania sprzedaży

Technologia MyShop.mobi pozwala w prosty i szybki sposób na łączenie sklepów i miejsc z konsumentami. Główne korzyści, jakie punkt handlowy uzyskuje dzięki aplikacji, to zwiększanie średniej wartości koszyka, częstotliwości odwiedzin i rozszerzanie bazy klientów. Tzw. panel sieciowy pozwala sklepom na regionalne zarządzanie promocją, co daje możliwość lokalnego targetowania oferty.

Po drugie, MyShop.mobi na tle rynkowym wyróżnia kompleksowość dostępnych funkcjonalności. Wśród nich jest przesyłanie gazetek promocyjnych, , a także spersonalizowanych informacji o nowościach, rabatach oraz specjalnych okazjach przygotowanych wprost na ekran smartfonów. Podmioty korzystające z MyShop.mobi mogą również stworzyć w aplikacji swój program lojalnościowy, albo zaimplementować ten, który już mają. I po trzecie, dzięki funkcji anonimowej oceny udostępnionej do użytku klientów, aplikacja spełnia rolę „mystery shoppera”. Umożliwia tym samym bieżącą analizę jakości obsługi i sprzedawanych produktów i usług oraz wpływa na podniesienie jakości działania małego handlu w każdym obszarze.

Dla klientów – tańsze zakupy

Użytkownicy MyShop.mobi, czyli klienci sklepów, restauracji czy lokali usługowych, mogą w aplikacji wyszukiwać i obserwować ich ulubione miejsca zakupów. W konsekwencji są na bieżąco ze wszystkimi nowościami i promocjami. Mogą przeglądać gazetki promocyjne wybranych sieci (np. Biedronka lub Lidl) jak również pobierać kody rabatowe, po okazaniu których przy kasie, otrzymują należną zniżkę. Ponadto, klienci mają też możliwość wysyłania wiadomości do miejsc, które obserwują np. z prośbą o rezerwację stolika na kolację, jak również wyrażać swoje opinie na temat produktów usług czy też obsługi w danym punkcie handlowym. To wszystko pod jedną ikonką. I co ważne, sam użytkownik decyduje, od kogo chce otrzymywać powiadomienia o nowościach, promocjach i ofertach specjalnych.

Nieraz zdarza się, że klient ogląda garnitur, ale ostatecznie nie decyduje się na zakup. W takiej sytuacji informujemy go, że dzięki obserwowaniu nas w tej aplikacji może otrzymać wysoki rabat. Podobnie w sytuacji, gdy odwiedzający nas ogląda kilka sztuk odzieży, ale ostatecznie decyduje się na zakup tylko jednej. Dzięki aplikacji możemy ponownie dotrzeć do tego użytkownika i przekonać go do większych zakupów – podkreśla Anna Kozelt z salonu Pako Lorente, który zdecydował się na wdrożenie Myshop.mobi.

Prawie milion Polaków korzystających z promocji w MyShop.mobi?

W 2017 roku przedstawiciele MyShop.mobi liczą na podwojenie liczby użytkowników, którzy pobiorą aplikację na swój smartfon. Skąd tak optymistyczne prognozy? – Lawinowo rosnąca liczba Polaków korzystających z naszego rozwiązania to efekt umacniających się trendów zakupowych, w które konsekwentnie wpisuje się MyShop.mobi, takich jak personalizacja ofert dla klientów oraz przejście z programów punktowych na programy relacyjne. Co więcej, wskaźniki satysfakcji klientów z miesiąca na miesiąc są coraz lepsze i po udanym 2016 roku, w którym sprzedaż detaliczna wzrosła o niemal 6% rok do roku, spodziewamy się, że w tym roku zdolności konsumpcyjne Polaków będą jeszcze wyższe. A co za tym idzie, więcej użytkowników będzie szukało atrakcyjnych promocji na wybrane produkty i usługi – mów Maciej Tygielski z MyShop.mobi.

Źródło: MyShop.mobi.

Związkowcy z „Solidarności” zebrali 350 tys. podpisów pod projektem ustawy zakazującej handlu w niedzielę. Dzisiaj trafi on do Sejmu.

Komentarz Jeremiego Mordasewicza, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan

Każde ograniczenie pracy w niedzielę skutkuje zmniejszeniem zatrudnienia i dochodów. Na przykład, gdyby ograniczyć prowadzenie w niedzielę zajęć ze studentami na studiach zaocznych to część pracowników naukowych straciłaby pracę, a wielu zarabiało mniej. Gdybyśmy zakazali pracy w niedzielę to centra obsługi korporacyjnej, które masowo przenoszą się do Polski, wybierałyby inne kraje.

Jesteśmy przeciwni wprowadzeniu zakazu handlu w niedzielę ze względu na skutki ekonomiczne. Spowoduje on, że centra handlowo-usługowe będą pracowały o 40 dni w roku krócej. Ograniczenie zatrudnienia dotknie nie tylko osoby pracujące w sklepach, ale również w kinach, restauracjach, czy w ochronie mienia i przy sprzątaniu.

Tylko część towarów zostanie sprzedana w pozostałe dni tygodnia. O ile sprzedaż artykułów pierwszej potrzeby, np. żywności przeniesie się na pozostałe dni tygodnia, o tyle właściciele sklepów, np. ze sprzętem sportowym, artykułami wyposażenia wnętrz, będą mieli problem. Trudno się spodziewać, żeby „odrobili” sprzedaż z niedzieli (przynosi 20 proc. dochodów) w inne dni tygodnia. Osoby intensywnie pracujące często robią zakupy właśnie w niedzielę. W wielu sklepach usytuowanych w galeriach handlowych sprzedaż w niedzielę jest wyższa niż w dni powszednie. Zmniejszy się więc zatrudnienie również w firmach produkcyjnych. Ogółem pracę może stracić kilkadziesiąt tysięcy osób w handlu i usługach z nim powiązanych.
Zakaz handlu w niedzielę naruszy zasady równej konkurencji albowiem np. stacje benzynowe będą mogły  sprzedawać alkohol i papierosy, a konsumenci zapłacą za te produkty więcej niż w tradycyjnych sklepach.

Jeżeli związkowcy nie chcą, żeby zmuszano pracowników do pracy w niedzielę, to warto rozważyć pewien kompromis.  Propozycji pracy w niedzielę nie otrzymywałyby na przykład osoby, które mają dzieci.

Konfederacja Lewiatan

Rynki pozostają w większości nijakie w oczekiwaniu na szczyt bankierów centralnych w Jackson Hole na koniec tygodnia. Wyróżniają się dolar nowozelandzki i ropa naftowa, przy czym pierwszy – pozytywnie, a drugi – negatywnie.

Pan Graeme Wheeler jest niechętny do cięć stóp procentowych i wczoraj kolejny raz to potwierdził. Szef Banku Rezerwy Nowej Zelandii (RBNZ) we wczorajszym przemówieniu nie był na tyle gołębi, jakby sobie część rynku życzyła. Wheeler stwierdził, że bilans ryzyk dla perspektywy gospodarczej nie uzasadnia utrzymania polityki pieniężnej bez zmian, ale też nie zmusza do silnego luzowania. Dodał, że rynkowe oczekiwania cięć o dodatkowe 35 pb odzwierciedlają ścieżkę, którą Bank uznaje za zasadną dla osiągnięcia celu inflacyjnego (1-3 proc.), a „oczekiwania, co polityka monetarna może osiągnąć, często są oderwane od rzeczywistości”. Tym samym Wheeler wylał kubeł zimniej wody na tych, którzy liczyli na szybkie obniżki o więcej niż 25 pb i są niewielkie szanse na prędki ruch na kolejnym posiedzeniu we wrześniu (ale listopad dalej jest w grze). RBNZ bardzo chciałby tańszego NZD i Wheeler stwierdził wczoraj, że kiwi „jest za wysoko”. Jednocześnie jednak Bank zdaje sobie sprawę, że niewiele jest w stanie zrobić w tym temacie. Globalne siły powodują, że kapitał portfelowy napływa do Nowej Zelandii, gdzie rynkowe stopy procentowe są najwyższe w całej przestrzeni G10. Dopóki to się nie zmieni, NZD pozostanie silny i może jeszcze się umocnić, gdyż wczoraj inwestorzy otrzymali dowód, że RBNZ nie będzie porywał się na niekonwencjonalne posunięcia dla zatrzymania aprecjacji.

Na co liczy RBNZ (i nie tylko on), to powrót Fed od podwyżek stóp procentowych i reaktywacja rajdu USD. Tutaj jednak sceptycyzm rynku nie słabnie, choć w głowach inwestorów kiełkuje myśl o możliwym jastrzębim zwrocie prezes Yellen podczas piątkowego wystąpienia na sympozjum w Jackson Hole. Jest to temat tygodnia i poza nim mało co się liczy, czego przykrym skutkiem ubocznym jest nijakość handlu w dniach poprzedzających wydarzenie. Wtorkowe odczyty PMI z Europy o USA mają niewielkie szanse na odmianę sytuacji. Dziś rano nie ma już śladu po dobrym rozpoczęciu tygodnia przez USD, który zyskiwał przy wsparciu jastrzębim wzmianek wiceprezesa Fed Fischera. Jest prawdopodobne, że aż do piątku wiele nie zmieni się w obrazie rynku. Jeszcze bardziej ponurym scenariuszem jest, że nawet jeśli Yellen podkreśli gotowość Fed do podwyżki przed końcem roku, rynek chłodno podejdzie do deklaracji i pozostanie w dotychczasowym dryfie. Przynajmniej do czasu, aż dane makro z USA nie zaczną potwierdzać przyspieszenia ożywienia.

W obliczu bezbarwnego handlu na FX spadek cen ropy naftowej o 3 proc. rzuca się w oczy. Okres wakacyjny zdążył już przynieść odtrąbienie wejścia ropy naftowej w rynek niedźwiedzia (spadek cen o ponad 20 proc.), by 4 tygodnie później ogłosić powrót rynku byka. Na starcie tygodnia ropa jest ponownie pod presją, gdyż wygasają czynniki stojące za ostatnimi wzrostami. Słabną nadzieje, że państwa OPEC dogadają się w temacie zamrożenia poziomów wydobycia, kiedy Irak i Nigeria przygotowują się do zwiększenia eksportu surowca. Dodatkowo, Chiny zalewają rynek produktami naftowymi – w lipcu eksport benzyny podwoił się w ujęciu rocznym, a sprzedaż diesla potroiła się. Wieści te zatrzymały proces domykania krótkich pozycji na rynku (budowany w lipcu) i słabe fundamenty znów wychodzą na powierzchnię. Uważamy, że do końca roku ceny ropy powinny ustabilizować się bliżej 50 USD (WTI), gdyż nasilający się popyt na ropę ze strony rynków wschodzących powinien doprowadzać do zniwelowania nadpodaży surowca. Ale krótkoterminowo emocje muszą zostać ostudzone.

 

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ostatnie dni, a nawet tygodnie, zdominowane zostały najpierw wyczekiwaniem na referendum odnośnie członkostwa Wielkiej Brytanii w UE, a później reakcją na jego wynik. Wybór Brytyjczyków za Brexitem spadł niczym grom z jasnego nieba, szczególnie w kontekście powszechnych oczekiwań odmiennego rezultatu. Reakcja była więc pokaźna, ale wcale nie tak duża, jak można by sądzić po komentarzach opisujących krach.

Warto sobie przypomnieć przebieg handlu w minionym tygodniu, który rozpoczął się sporymi wzrostami w nadziei na materializację sondaży wskazujących przewagę oponentów Brexitu. Zwyżki były kontynuowane na każdej kolejnej sesji tygodnia, włącznie z referendalnym czwartkiem, co jest o tyle zaskakujące, że fundusze hedgingowe zamówiły swoje sondaże exit polls, które najwidoczniej nie potrafiły poprawnie wskazać wyniku głosowania. Tym samym o wczesnych godzinach porannych w piątek niemalże wszyscy byli zaskoczeni. Potężny ruch był więc pochodną już wcześniej obserwowanej zmienności i jeżeli zaczniemy śledzić wykresy tygodniowe, to żadnej katastrofy nie dostrzeżemy.

Odmienną kwestią są konsekwencje decyzji Brytyjczyków. Te na chwilę obecną są wysoce niepewne, gdyż nie umilkły nawet głosy, czy do Brexitu rzeczywiście dojdzie. Jeżeli jednak spojrzeć na reakcję Brukseli, to widać wyraźnie, że unijni biurokraci nie smucą się z przyszłej utraty ważnego hamulcowego integracji. Wydaje się nawet, że refleksja nad przyczynami i konsekwencjami Brexitu ustąpiła miejsca złości i pewnej chęci odwetu za burzenie status quo. Tym samym w Unii ścierać się będą dwa obozy. Jeden na czele z brukselskimi biurokratami będzie chciał ukarać Londyn i uczynić Brexit kosztowym, by odwieść inne kraje od pójścia podobną ścieżką. Inny, bardziej pragmatyczny obóz będzie chciał na nowo ułożyć stosunki z drugą gospodarką Europy, handel z którą jest korzystny dla obu stron. W krótkim terminie wiele się jednak nie zmieni, gdyż wymiana handlowa będzie przebiegała na dobrze znanych warunkach, a sam proces negocjacji rozdziału trwać będzie latami. Podobnie wygląda sytuacja z budżetem unijnym, który w średnim okresie nie powinien ulec zmianie, a nawet w przyszłości nie jest powiedziane, że płatności z Londynu w całości ustaną. Preferowany norweski wariant dostępu do unijnego rynku zakłada bowiem partycypację w unijnych składkach. Tym samym w najbliższym czasie głównym skutkiem referendum jest niepewność, która może wpłynąć na konsumpcję w Wielkiej Brytanii i zapewne zaciąży na inwestycjach, jednocześnie wpływając nieco na zmianę ich kierunków. Te mogą zacząć bardziej faworyzować inne kraje, w tym Polskę, co jest potencjalną korzyścią również na GPW. Brexit nie musi się więc okazać tak strasznym, jak go malują.

 

Lukasz_BŁukasz Bugaj, CFA, Analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

15 czerwca br. w Warszawie odbyło się spotkanie Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej (SPCC) pt. „Scandinavian Economic Outlook”, w podczas którego zaprezentowano raport pt.: „Polsko-Skandynawska współpraca gospodarcza. Inwestycje, wymiana handlowa i skandynawscy inwestorzy w Polsce.”

Publikacja prezentuje najważniejsze dane dotyczące polsko-skandynawskiej współpracy gospodarczej, w tym stan skandynawskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) w Polsce, wolumen wzajemnych obrotów handlowych oraz dane na temat funkcjonowania przedsiębiorstw z kapitałem skandynawskim w Polsce. W raporcie znalazły się także podstawowe dane charakteryzujące współpracę inwestycyjną i wymianę handlową Polski z Islandią i krajami bałtyckimi.

Firmy ze Skandynawii znajdują się na szóstym miejscu wśród najważniejszych inwestorów zagranicznych w Polsce, z udziałem 6% w ogólnej wartości BIZ na koniec 2014 roku. Jednocześnie największą stopę reinwestycji zysków z BIZ, spośród wszystkich inwestorów zagranicznych kształtującą się na poziomie 72%, odnotowano w danym roku dla inwestorów szwedzkich. Rekordowy napływ inwestycji ze Skandynawii w kwocie 3,2 mld EUR miał miejsce w 2011 roku. W Polsce zarejestrowanych jest 2167 spółek z udziałem kapitału skandynawskiego. Spółki skandynawskie stanowią 5. pod względem liczebności grupę firm zagranicznych i reprezentują 8,3% kapitału zagranicznego w Polsce. W ciągu ostatnich 10 lat liczba spółek z udziałem kapitału skandynawskiego w Polsce wzrosła o 37%.

Kraje skandynawskie pozostają jednym z najważniejszych partnerów handlowych Polski, zarówno w kategoriach importu, jak i eksportu. Niezmiennie od kilku lat Skandynawia pozostaje drugim kierunkiem polskiego eksportu (ok. 7% całości eksportu), plasując się za Niemcami (26,3% całości eksportu). Najwięcej towarów Polska również importuje z Niemiec, ale także z Chin, Rosji oraz Włoch, zatem w wymiarze globalnym Skandynawia jest piątym kierunkiem polskiego importu. Jeśli jednak przyjrzeć się bliżej wymianie handlowej Polski z krajami Unii Europejskiej, to Skandynawia jest już dla Polski trzecim kierunkiem importu.

Carsten Nilsen, Przewodniczący Zarządu SPCC przedstawiając najnowszy raport podkreślił, iż wartość wzajemnej wymiany handlowej z czterema skandynawskimi krajami w ciągu ostatnich trzech lat utrzymuje się na stałym poziomie ok. 20 mld EUR rocznie. „Według wstępnych danych za 2015 rok, Polska zaimportowała ze Skandynawii dobra o wartości 8,9 mld EUR, natomiast wyeksportowała  towary o wartości 11,6 mld EUR. Wśród wszystkich gospodarek skandynawskich najważniejszym partnerem handlowym dla Polski niezmiennie pozostaje Szwecja, która  znajduje się w pierwszej dziesiątce najważniejszych kierunków eksportowych Polski” dodał Carsten Nilsen.

Prezentacji raportu towarzyszyły wypowiedzi ekspertów omawiających sytuację ekonomiczną krajów Skandynawskich i Polski w szerokiej perspektywie światowej gospodarki.

Zdaniem Carstena Brøchnera Thinga, Dyrektora Zarządzającego oddziałem Danske Bank w Polsce, Polska określana jest często jako rozwiązanie alternatywne w zakresie outsourcingu dla firm produkcyjnych. Rozwój gospodarczy kraju w ostatnich latach oraz dostęp do wysoko wykwalifikowanych pracowników sprzyjały powstawaniu firm opartych na wiedzy. Jest to stały trend, o czym świadczy chociażby prognozowany przez Danske Bank wzrost PKB na poziomie 3,3 proc w 2016 roku. „Mimo, że w pierwszym kwartale bieżącego roku osiągnął „tylko” 3,0 proc, wiele krajów na całym świecie byłoby więcej niż zadowolonych z takiego tempa wzrostu” zauważył Carsten Brøchner Thing z Danske Bank Poland.

Kjell Arne Nielsen, Radca Handlowy Innovation Norway, podkreślił istotną zmianę wizerunku naszego kraju z miejsca pozyskiwania taniej siły roboczej na atrakcyjnego partnera dla firm norweskich. „Dzisiejsza Polska może pochwalić się wykształconą kadrą, dużą bazą konsumencką z wysokim potencjałem wzrostu, zmodernizowaną infrastrukturą oraz latami silnego i stałego rozwoju” mówił Kjell A. Nielsen. „Polska jest największym odbiorcą norweskich owoców morza. Intensywnie rozwija się współpraca w przemyśle morskim oraz w sektorze obronnym, a produkcja energii odnawialnej stanowi kolejną obiecującą dziedzinę dla norweskich dostawców”.

Per Hammarlund, Chief Emerging Markets Strategist, SEB, zauważył iż oprócz wspomnianych już czynników Polska przyciąga inwestorów portfelowych oferując im największy i najbardziej płynny rynek w Europie Wschodniej. Zdaniem Pera Hammarlunda głównym wyzwaniem dla Polski w następnych latach będzie pobudzenie wzrostu i innowacyjności  poprzez poprawę systemu edukacji.

„Odporność na fluktuacje w światowej gospodarce, konserwatywna polityka pieniężna i wysoki wzrost gospodarczy oraz jeden z najniższych w UE poziomów zadłużenia (zarówno publicznego, jak i prywatnego) to zdecydowane atuty naszej gospodarki, których nie przysłania zwiększona w ostatnim czasie niepewność polityczna”, podkreślił Marcin Czaplicki, Ekonomista Banku PKO. Największym wyzwaniem są negatywne tendencje demograficzne, które częściowo są łagodzone poprzez napływ imigrantów z Ukrainy, co pozwalało do tej pory utrzymywać koszty pracy na niskim poziomie.”

Obraz sytuacji ekonomicznej dopełniła prezentacja aktualnej sytuacji i trendów na polskim rynku nieruchomości komercyjnych. Zdaniem Sorena Rodiana Olsena, Partnera z Cushman & Wakefield Polska, mamy do czynienia z trwającym od 2010 roku silnym zapotrzebowaniem na nowe powierzchnie biurowe i handlowe. S.R. Olsen przewiduje, że na przestrzeni lat 2016-2019 wielkość zasobów nowoczesnej powierzchni handlowej w Warszawie i jej aglomeracji może zwiększyć się nawet o 530 000 m2 powierzchni najmu (ang. GLA, gross leasable area).  Warszawa pozostanie nadal największym centrum dystrybucyjnym w Europie Środkowej. Natomiast sektor usług wspólnych będzie nadal generował zapotrzebowanie na nowoczesne powierzchnie biurowe.

 

SPCC

Czy Polacy darzą sklepy zaufaniem? Aż 40% ankietowanych Polaków powiedziało, że trudno im ocenić czy polityka sklepów jest względem nich uczciwa, a 27% pytanych oceniło zachowanie supermarketów jako nieetyczne. Wyniki niekoniecznie oznaczają, że jesteśmy niezadowoleni jako nabywcy. Dlaczego? Prawie połowa społeczeństwa (49%) widzi poprawę w podejściu sklepów wielobranżowych względem konsumenta – wynika z raportu „Sieci handlowe oczami Polaków” przygotowanego przez Procontent Communication na podstawie badania opinii publicznej przeprowadzonego przez ARC – Rynek i Opinie.

Badanie pokazało, że Polacy są raczej lojalnymi klientami. – 78% ankietowanych stwierdziło, że nie zmienia sklepu, w którym regularnie robi zakupy. Jeżeli chodzi o wybór marketów, to aż 49% zapytanych wskazało, że kieruje się atrakcyjną ofertą cenową przygotowaną przez sieć handlową – mówi newsrm.tv Agnieszka Kozak, Procontent Communication.

Zdaniem badanych osób zdecydowanie najlepszy wizerunek mają dyskonty. Według 45% pytanych, sieci takie jak Biedronka, Lidl czy Kaufland kojarzą się znacznie lepiej niż drugie w zestawieniu sklepy osiedlowe (19%). Dopiero na trzecim miejscu pod kątem wizerunkowym, konsumenci wskazali supermarkety oraz hipermarkety. Sieci Auchan, Carrefour czy Tesco postrzegane są pozytywnie pod względem tzw. Corporate Image przez 16% zapytanych.

Czy przekłada się to na konkretne marki, którym ufają Polacy? Otóż, tak. Jako trzy najbardziej godne zaufania marki sieci handlowych, uczestnicy badania wskazali Biedronkę (65%), Lidl (48%) oraz Kaufland (35%). Co ciekawe, sklepy należące do portugalskiej grupy Jeronimo Martins już od kilku lat stoją na czele najchętniej odwiedzanych. – Wysoka pozycja w badaniu zaufania klientów potwierdza, że Biedronka wybrała właściwą strategię. Oparcie oferty na produktach wysokiej jakości w przystępnych cenach, możliwych dzięki pracy nad własną efektywnością, jest najlepszym środkiem budowania lojalności klientów. Dzięki konsekwencji w tych działaniach w ciągu ponad 20 lat istnienia sieci, możemy się cieszyć nie tylko wynikami badań klientów, ale także faktem, że prawie 4 miliony Polaków codziennie wybiera sklepy Biedronka  jako miejsce swoich zakupów. – komentuje wyniki raportu Alfred Kubczak, Dyrektor ds. korporacyjnych, Jeronimo Martins Polska S.A.

Na plus branży handlowej świadczy fakt, że prawie połowa pytanych w badaniu stwierdziła, że na przestrzeni ostatnich kilku lat, nastąpiła poprawa w podejściu sklepów do klienta. Przeszło ¼ Polaków twierdzi, że nie dostrzega żadnej zmiany ze strony sklepów w zachowaniu względem konsumentów.  Jedynie dla 12% badanych nastawienie supermarketów wobec klientów uległo pogorszeniu. Odzwierciedlenie tych wyników, można zauważyć przy pytaniu o zaufanie Polaków do sieci handlowych. Na pytanie „Czy Twoim zdaniem supermarkety są uczciwe, czy nieuczciwe wobec swoich klientów?” najczęściej wskazywaną odpowiedzią było „nie wiem/ trudno powiedzieć”. Może to sugerować, iż polityka supermarketów nie jest wystarczająco przejrzysta dla klientów, w związku z tym, Polacy nie są w stanie ocenić czy sklepy są faktycznie względem nich uczciwe.

Warto dbać o swoich konsumentów, ponieważ statystyczny Polak na środki pierwszej potrzeby przeznacza około 1/3 swoich miesięcznych zarobków. Należy podkreślić fakt, iż Polacy są lojalnymi klientami i nie są skorzy do zmiany wyrobionych już nawyków, również dotyczących miejsca codziennych zakupów. Aż 78% ankietowanych stwierdziło, iż w ostatnim czasie nie zmieniło sklepu, w którym kupują produkty tzw. pierwszej potrzeby. Czemu decydujemy się na zmianę sklepu, w którym zazwyczaj robimy zakupy? Najczęściej ma to związek z aspektem finansowym. Dokładnie połowa (50%) wszystkich pytanych, jako odpowiedź na pytanie o powody zmiany miejsca robienia zakupów, wskazała „atrakcyjną ofertę innego sklepu”. – Przyglądając się uzyskanym wynikom badań, można pokusić się o postawienie tezy, że „Polak jako klient to typowy łowca” – korzysta z okazji, wybiera atrakcje produktowe i cenowe. Taki sposób zachowania konsumentów jest bardzo dobrze znane i wykorzystywane przez sklepy brandowane znakiem Biedronka czy Lidl, które często rotując ofertą, wprowadzając korzystne promocje cenowe i produktowe. – analizuje dr Krzysztof Kubiak Dyrektor instytutu reklamy i PR z Wyższej Szkoły Promocji, Mediów i Show Businessu w Warszawie.

Raport pt. „Sieci handlowe oczami Polaków” został przygotowany przez zespół Procontent Communication na podstawie badania opinii publicznej przeprowadzonego przez  ARC – Rynek i Opinie[1].

[1] próba reprezentatywna dla populacji ogólnopolskiej: N=909, wiek: 15-55 lat z uwagi na: płeć, wiek, wielkość miejscowości i region GUS.

źródło: Newsrm.tv

Minister Finansów Paweł Szałamacha spotkał się z przedstawicielami Polskiej Izby Handlu. W trakcie rozmowy wymienione zostały opinie i oczekiwania dotyczące projektu ustawy o podatku od handlu detalicznego. Propozycje przedstawione przez PIH będą teraz analizowane przez Ministerstwo Finansów w celu wypracowania optymalnych rozwiązań uwzgledniających uwagi i postulaty spływające ze strony całej branży handlowej.

Dziś w KPRM odbędzie się kolejne spotkanie z przedstawicielami branży handlowej. W posiedzeniu parlamentarnego Zespołu na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego uczestniczyć będą Minister Finansów Paweł Szałamacha oraz Podsekretarz Stanu w MF Leszek Skiba.

 

Ministerstwo Finansów

Powroty spadków cen ropy naftowej wciąż wywierają istotny wpływ na sentyment rynkowy i wtorkowy handel startuje w ponurych nastrojach. WTI straciła prawie 3 USD do 31 USD/b, podtrzymując presję na rynek akcji. Na FX mieliśmy zakrojone na szeroką skalę odejście od USD podsycane słabymi danymi makro. Za to złoty dalej odrabia straty.

Coś niepokojącego dzieje się z USD. W poniedziałek słabość waluty objawiała się zarówno wobec walut defensywnych, jak i ryzykownych. Zwykle nawet przy słabszych danych makro, taniejącej ropie naftowej i ogólnie pogarszającym się sentymencie, USD znajdował się w środku stawki, pozostając silnym względem walut surowcowych i rynków wschodzących. Trudno wyrokować zmianę tendencji po jednym dniu, ale zachowanie rynku sugeruje, że słabnięciu ulegają oczekiwania na podkreślenie przez Fed dywergencji w polityce monetarnej. Czwarty miesiąc z rzędu ISM dla przemysłu poniżej 50 pkt jest tutaj wodą na młyn. Uspokajające komentarze z Fed coraz mniej pomagają – wczoraj wiceprezes Fischer starał się bagatelizować trwałość wpływu ostatniej zmienności rynkowej na wzrost i inflację.

Bank Rezerwy Australii zgodnie z oczekiwaniami pozostawił główną stopę procentową na 2 proc. Komunikat nie zawierał przełomowych informacji, a bank podtrzymuje relatywnie spokoje gołębie nastawienie. Ryzykiem jest otoczenie zewnętrzne, ale bank dostrzega też poprawę w fundamentach gospodarki (głównie na rynku pracy). Reakcja rynku była „pogmatwana”, gdyż wstępne pokrywanie krótkich pozycji na AUD/USD przez inwestorów oczekujących bardziej gołębiego zwrotu szybko spotkało się z wygaszaniem popytu przez świeżą podaż. Niespokojny sentyment rynkowy może ciążyć na AUD, jednak postawa RBA wyróżnia się na tle bardziej gołębich banków centralnych, co powinno wspierać walutę, jeśli sentyment rynkowy wróci na pozytywną stronę.

Wtorkowy kalendarz nie oferuje wiele. Przed południem stopa bezrobocia z Niemiec, PMI dla sektora budowlanego z Wielkiej Brytanii, czy PPI ze strefy euro mają małe szanse rozruszać rynek. Po południu dostaniemy jedynie wyniki aukcji mleka, gdzie ryzyko leży po stronie negatywnego impulsu dla NZD. Dla kontrastu wieczorem dane z rynku pracy Nowej Zelandii za IV kw. powinny wypaść silnie. W takich warunkach niewykluczone, że główna uwaga skupi się na wystąpieniach przedstawicieli banków centralnych – dziś mamy prezesa SNB Jordana (11:00) i Esther George z Fed w Kansas City (19:00), a jutro prezesa RBNZ Wheelera (01:00).

 

Sporządził: Konrad Białas, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Minister Finansów przekazał do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów projekt Ustawy o podatku od sprzedaży detalicznej wraz z prośbą o procedowanie jej zgodnie z paragrafem 99 Regulaminu pracy Rady Ministrów w trybie odrębnym.

Nowy podatek od sprzedaży detalicznej jest realizacją zapowiedzi programowych Prawa i Sprawiedliwości sprzed wyborów. Zgodnie z nimi projekt Ustawy jest przedstawiany po konsultacjach, w których wzięli udział przedstawiciele branży handlowej. Wszystkie zgłoszone opinie zostały rozważone w trakcie konsultacji.

Podatnikami nowej daniny będą wszystkie sieci handlowe oraz sprzedawcy detaliczni. Przedmiotem opodatkowania będzie miesięczny przychód ze sprzedaży towarów. Kwota wolna od opodatkowania to 1,5 mln zł netto miesięcznie. Podatnicy, którzy nie przekroczą tej kwoty będą zwolnieni z podatku i nie będą obowiązani do składania deklaracji podatkowych.

Zgodnie z postanowieniami projektu podatek od sprzedaży detalicznej będzie podatkiem progresywnym ze stawką 0,7% obciążającą przychód nieprzekraczający w danym miesiącu kwoty 300 mln złotych oraz stawką 1,3% od nadwyżki przychodu ponad 300 mln złotych w tym miesiącu. Projekt przewiduje również stawkę – 1,9 % od przychodów ze sprzedaży detalicznej prowadzonej w soboty, niedziele i inne dni ustawowe wolne od pracy (to ostatnie kryterium odnosić się będzie do tych sprzedawców detalicznych, którzy na mocy przepisów będą prowadzili sprzedaż w takie dni).

Nie będą natomiast opodatkowane przychody z tytułu sprzedaży leków i wyrobów medycznych refundowanych. Definicją towaru nie zostaną również objęte posiłki przygotowywane przez zbywcę, gaz ziemny, woda, ciepło systemowe oraz energia elektryczna.

Spodziewane dochody budżetu państwa z tytułu nowej daniny to około 2 miliardów złotych w perspektywie 2016 roku. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami wpływy z tytułu podatku będą jednym ze źródeł finansowania programu „500 plus”, który przewiduje wypłatę świadczenia w wysokości 500 zł na drugie i każde kolejne dziecko.

Ministerstwo Finansów przewiduje także, iż wprowadzenie podatku spowoduje wzrost konkurencji na rynku handlu detalicznego. Odrzuca tym samym hipotezy o możliwości przerzucenia kosztów podatku na klientów sklepu. – Rynek handlu detalicznego jest tak nasycony, że podniesienie cen przez jednego przedsiębiorcę spowodowałby odpływ klientów do drugiego. Nie spodziewamy się zatem zbiorowego podniesienia cen – tłumaczy Paweł Szałamacha, Minister Finansów. Należy zauważyć, że stawka podstawowa 0,7% jest bardzo umiarkowana.

Przyjęty w projekcie model równego opodatkowania wszystkich sprzedawców detalicznych jest zgodny z prawem unijnym. Sama proponowana danina nie podlega Dyrektywie 2006/112/WE Rady z dnia 28.11.2006 r. w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej, nie spełniając cech tego podatku.

Ustawa wejdzie w życie w ciągu 14 dni od ogłoszenia.

 

źródło: Ministerstwo Finansów

USD wciąż przeżywa momenty słabości pod realizację zysków z długich pozycji w niepoukładanym, przedświątecznym handlu. Ropa naftowa dziś nieśmiało odbija, podobnie złoto i miedź. Tymczasem na rynku akcji rajd św. Mikołaja jest tak pewny, jak śnieg w święta Bożego Narodzenia w tym roku. Pozytywnie wyróżnia się za to złoty, powracając z wygnania z portfeli inwestorów.

Zawsze przestrzegam przed wyciąganiem wniosków z zachowania rynku w okresie okołoświątecznym i w tym roku nie jest inaczej. Przeskakując między rynkiem walutowym, towarowym i akcyjnym obserwujemy ruchy w ta i z powrotem, jednak bez wyklarowania konkretnego schematu. Ponieważ czynniki fundamentalne cichną i wygasa płynność, ceny aktywów poddane są pod silniejszy wpływ przetasować portfeli inwestycyjnych przy respektowaniu poziomów technicznych z lekkim przymrużeniem oka. Pod tym kątem trudno oczekiwać, aby popołudniowe dane o PKB z USA (trzeci odczyt) mogły wiele zmienić. Konsensus zakłada rewizję w dół wyniku za III kw. do 1,9 proc. z 2,1 proc. (stopa zannualizowana) głównie na korekcie zapasów. Odczyt nic nie powie o tempie ożywienia na kolejne kwartały, zatem będzie żadną wskazówką dla Fed. Pozostałe dane z USA – sprzedaż domów na rynku wtórnym oraz indeks Fed z Richmond – a wcześniej sprzedaż detaliczna ze Szwecji znaczą dziś jeszcze mniej.

Ropa naftowa ociera się o wieloletnie dołki i choć tempo spadków wskazuje na stopniowe szukanie dna, to jednak na razie są to pobożne życzenia byków niż zalążki silniejszego odbicia. Głód na rajd ryzyka jest spory i to nie tylko w przypadku surowców, ale i akcji. Pierwsi wyrywają się Chińczycy licząc na większą aktywność lokalnych władz w nowym roku. Dziś na koniec Central Economic Work Conference chińskie przywództwo wydało oświadczenie, że polityka monetarna musi być „elastyczna”, a polityka fiskalna bardziej „energiczna”, by stworzyć „odpowiednie warunki monetarne dla reform strukturalnych”. Jakkolwiek do słów do czynów daleka droga, ale jeśli po nowym roku rynek będzie chciał znaleźć pretekst, by rzucić się na ryzykowne aktywa, spekulacje o możliwym zahamowaniu spowolnienia Chin są do tego idealne. Indeksy akcyjne i surowce przemysłowe mogą nabrać wiatru w żagle. Na rynku walutowym wartości będzie można wówczas szukać w AUD i NZD, a także CAD i NOK. Bezpieczne przystanie (EUR, JPY, CHF) mogą się mieć gorzej.

Złoty kontynuuje powrót z dalekiej podróży i EUR/PLN schodzi do 4,23, a USD/PLN i CHF/PLN krążą bliżej 3,90. Polskiej walucie pomaga uspokojenie na rynkach zewnętrznych, które było odpowiedzialne za ostatnią falę ucieczki kapitału. Pomagają też sygnały z rządu, który zatwierdził budżet na 2016 rok z deficytem na poziomie 2,8 proc. PKB. Wreszcie wspierające są głosy od kandydatów na członków RPP, którzy są mniej chętni do kolejnych obniżek stóp procentowych niż oczekiwaliby politycy PiS. W najnowszym komentarzu Grażyna Ancyparowicz stwierdziła, że Polska nie potrzebuje zmian poziomu stóp procentowych, gdyż nie polityką monetarną, ale fiskalnymi bodźcami popytowymi powinno się walczyć z deflacją. Wyceniana przez rynek pieniężny obniżka o 25 pb w marcu coraz bardziej się oddala, pchając EUR/PLN dalej w stronę 4,20.

Sporządził: Konrad Białas, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ostatnie dni potwierdziły pewien niekorzystny schemat obowiązujący na GPW już od ładnych kilku lat. Wygląda on w ten sposób, że każdy okres dobrego zachowania giełd otoczenia lokalnie nie jest w pełni wykorzystywany lub pozostaje wręcz zmarnowany. Natomiast gdy warszawski parkiet zbiera się do odreagowania relatywnej słabości, warunki zewnętrzne często zmieniają się na niekorzystne.

O niedawny przykład takiego zachowania jest bardzo łatwo. Otóż miniony piątek stał na GPW pod znakiem wyczekiwanego większego obrotu przy jednoczesnym wyrysowaniu na wykresie obronnej świecy młot. Dawało to nadzieję na ustabilizowanie napiętej sytuacji, która w ubiegłym tygodniu podgrzana została początkiem hurtowej wymiany prezesów spółek z dominującym udziałem Skarbu Państwa. Środowisko do odreagowania było jednak nadzwyczaj kruche, po tym jak EBC wyraźnie rozczarował i nie zwiększając miesięcznej skali realizowanego przez siebie programu QE, doprowadził do znacznego umocnienia euro oraz przeceny europejskich akcji. W tym tygodniu na dalsze pogorszenie inwestycyjnego klimatu wpłynęła potężna przecena na rynku ropy, co pociągnęło za sobą inne surowce, a w konsekwencji też akcje spółek wydobywczych. Tym samym dotychczas sprzyjające, ale niewykorzystane, środowisko zewnętrzne zmieniło się na zdecydowanie mniej przyjazne, co skutkowało upadkiem piątkowych minimów i rozwinięciem obowiązującego trendu spadkowego. Ostatnie sesje przyniosły jednak pewne zmiany w charakterze handlu. Przede wszystkim wzrosła skala aktywności oraz pojawiły się próby reakcji na strzępy pozytywnych informacji. Widać to w przypadku spółek energetycznych po słowach ministra energii o braku planów bezpośredniego łączenia kopalń z energetyką, czy po zachowaniu banków reagujących na prasowe doniesienia o braku entuzjazmu rządzących co do przewalutowania kredytów walutowych.

Wszystko to może wzbudzać niewielki optymizm i choć nowe minima trendu pozostają nadal bazowym scenariuszem, to zbliżać się może moment przesilenia. Pamiętać przy tym trzeba, że w przyszłym tygodniu rozliczona zostanie grudniowa seria kontraktów, co w połączeniu z wcześniejszą decyzją FOMC co do prawdopodobnej podwyżki stóp sprzyjać może istotnym zmianom o średnioterminowym charakterze. Trudno liczyć na spektakularne wzrosty, ale samo ustabilizowanie napiętej sytuacji jest pożądane, głównie z uwagi na poprawę klimatu na szerokim rynku, który przez ostatnie wydarzenia również został poturbowany, a wciąż prezentuje większą potencjalną wartość od ryzykownych blue chipów.

 

Lukasz_BŁukasz Bugaj, CFA, Analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Z powodu upałów w Polsce wprowadzono ograniczenia w dostawach prądu, m.in. w zakładach produkujących żywność. Waldemar Nowakowski, Prezes Polskiej Izby Handlu uważa, że to nieprzemyślana decyzja, która powoduje utrudnienia w produkcji jedzenia, więc niedługo w sklepach może brakować podstawowych towarów. Fabryki nie mają wystarczających zapasów, dłuższe przerwy mogą mieć opłakane skutki, np. wzrost cen. Takie działania są zagrożeniem dla równowagi rynku. Sytuacja związana z problemami energetycznymi jest zrozumiała, jednak należy dobrze zastanowić się na kogo nakładać ograniczenia, czy na firmy produkujące podstawową żywność? Waldemar Nowakowski poinformował, że Polska Izba Handlu skierowała w tej sprawie pisma z prośbą o interwencję do Premier Ewy Kopacz i Ministra Gospodarki Janusza Piechocińskiego.

Chociaż ostatnio organizacja FIFA prezentowana jest w mediach prawie wyłącznie w aferowym kontekście, można przypadkowo ocieplić jej wizerunek, przypominając, że wprowadziła w latach 90. obchody dni fair play. Czysta gra oznacza na boisku, że wygrywać nie należy za wszelką cenę – w międzynarodowym handlu jest trochę podobnie, tyle tylko, że chyba jeszcze trudniej niż w sporcie.

Określenie fair trade najczęściej tłumaczy się po prostu jako sprawiedliwy handel, co niestety nie sprawia, że termin natychmiast staje się jasny. Można sobie przecież wyobrażać, że rzetelność takiej wymiany polega na jakimś ogólnym nieoszukiwaniu, na przykład podczas reklamy. W rzeczywistości, sprawiedliwy handel reklamuje się nawet łatwiej, bo można klientów przekonywać choćby tym, że wybierając oznakowany produkt przyczyniają się do polepszenia warunków, w jakich żyją wytwórcy z najbiedniejszych krajów. Decydując się chociażby na kawę posiadającą symbol fair trade, mamy teoretycznie gwarancję, że wyzyskiwani do tej pory pracownicy ubogiego Południa, otrzymają godziwe wynagrodzenie. Rozsławiona przez amerykańskie obyczajowe kino sieć kawiarni z zielonym logo chwali się na tę okoliczność, że kupuje coraz więcej ziaren, przy uprawie których nie uczestniczyły ani dzieci, ani pracujący w skrajnych warunkach dorośli. Jakość oczywiście nie może na całym przedsięwzięciu ucierpieć, szczególnie, że za takie produkty  płacimy zazwyczaj dużo wyższą niż normalnie cenę.  To właśnie dzięki temu, niektóre z firm uznały, że uczciwe współpracowanie z drobnymi partnerami może im się paradoksalnie opłacać – za sprawiedliwą zapłatę dla plantatorów odpowiadają przecież i tak pośrednio konsumenci. Model można więc w pewnym sensie przyrównać do rozwijającego się w zawrotnym tempie globalnego rynku żywności ekologicznej, gdzie za warzywa czy owoce, które nie mogłyby konkurować cenowo i tak decydujemy się więcej płacić. W tym przypadku zakupy wychodzą nam jednak drożej dlatego, że chcemy zapewnić producentom z najmniej rozwiniętych krajów dostęp do odbiorców z najbardziej rozwiniętych rynków. Sprawiedliwy handel jest więc nurtem ekonomii społecznej – całkiem z resztą różnym od tego, który zakłada nieskrępowane, albo skrępowane w niewielkim stopniu, działanie wolnego rynku.

Zgodnie z doktryną liberałów, subsydiowanie produkcji w biednych krajach nie jest rozwiązaniem, które zapewnić mogłoby im długoterminowy rozwój. Sztuczne zwiększanie podaży tak wytworzonych towarów to ich zdaniem spora ingerencja w światowy rynek, która z samej swojej natury może mieć mocno korupcjogenny charakter.  Fakt, że międzynarodowa organizacja może zagwarantować zagraniczny rynek zbytu tylko części producentów z ubogich regionów, tworzy z pewnością okazję do nadużyć. Pomimo obaw zwolenników Miltona Friedmana, znak Fairtrade nie powinien być negatywnie kojarzony, nawet jeśli cały mechanizm przynosić miałby tylko krótkoterminowe efekty. Trudno w końcu zaprzeczyć, że jakikolwiek dobry rezultat w nierównej walce o zmniejszenie wyzysku jest warty stosunkowo dużo – stosunkowo, bo każdy odniesie tę wartość do wyższej ceny, jaką miałby zapłacić, samemu stojąc przed sklepowym wyborem.  Jeśli za to spróbujemy przypomnieć sobie ostatni taki moment, kiedy rozważaliśmy w tym kontekście jakiś zakup, może się okazać, że upłynął on tak dawno, że przyjąć można, że wcale go nie było. Nie będzie to szczęśliwie wyrazem naszej  ignorancji, ale – mniej szczęśliwie dla małych wytwórców – potwierdzeniem niskiej jeszcze skali przedsięwzięcia w kraju. Z racji tego, że towary pochodzące ze sprawiedliwego handlu mają zazwyczaj relatywnie wysokie ceny, trudno spodziewać się ich w dużej ilości na przykład w sieciowych supermarketach. Coraz częściej komentowanym przykładem takiego ograniczonego wyboru jest oferta, jaką ma dla nas przemysł odzieżowy. Oglądając kolejne dokumenty o tym, w jakich warunkach szyte są nasze bluzki z azjatyckimi metkami, zdarza nam się dochodzić do wniosku, że T-shirty same w sobie nie są tego warte. Na naszym etapie gospodarczego rozwoju, można się spodziewać, że konkurujące cenowo towary jeszcze przez jakiś czas stanowiły będą wszystko, co mamy do wyboru w większości sektorów. W oficjalnej definicji sprawiedliwego handlu czytamy jednak, że jest to partnerstwo w handlu, które opiera się między innymi na dialogu – a, jako że mamy za sobą właśnie kampanię wyborczą, wiemy, że inicjowanie dialogu jest sposobem, w jaki rozwiązywać można – bez  względu na skutek – wszystko.

autorka: Weronika Aleksandra Kosmala, analityk finansowy Górnośląskiego Towarzystwa Finansowego GTF Sp.  z o.o.

Eksperci

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

Starczewska-Krzysztoszek: Dorośli Polacy nie kształcą się

Komisja Europejska opublikowała szóstą edycję Monitora Kształcenia i Szkolenia przedstawiając  m.in....

AKTUALNOŚCI

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...

Związkowcy, pracodawcy, Rada ZUS przeciwni zniesieniu limitu składek

Pracodawcy i związkowcy, członkowie Rady Dialogu Społecznego, krytykują sposób procedowania ustawy d...

Kolejnych 50 zmian dla biznesu

Przedsiębiorca, któremu kontrahent nie płaci na czas, odzyska zapłacony podatek dochodowy, a dłużnik...

Deweloperzy budują dwa razy więcej niż cztery lata temu

Kolejne dane Głównego Urzędu Statystycznego znów przyniosły rekordowe wyniki aktywności deweloperów....