niedziela, Luty 18, 2018
Home Tagi Wpis otagowany "GUS"

GUS

Przeciętne wynagrodzenie wyniosło jednak 4588,58 zł, co oznacza, że było o 7,7 proc. niższe niż miesiąc wcześniej.

GUS poinformował, też że w styczniu 2018 r.  w sektorze przedsiębiorstw zatrudnionych było 6,19 miliona osób. O 3,8 proc. więcej w ujęciu rocznym i 2 proc. więcej w porównaniu do grudnia ub. roku.

GUS zastrzegł, że dane dotyczą podmiotów, w których liczba pracujących przekracza 9 osób, prowadzących działalność gospodarczą w określonym zakresie.

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych w styczniu wzrosły rok do roku o 1,9 procent, a w porównaniu z poprzednim miesiącem ceny wzrosły o 0,3 procent – podał Główny Urząd Statystyczny.

Ekonomiści oczekiwał inflacji liczonej rok do roku na poziomie 1,9 procent, a miesiąc do miesiąca 0,2 procent.

Zmiany cen:

W stosunku do grudnia najbardziej podrożały żywność, napoje bezalkoholowe i alkoholowe oraz wyroby tytoniowe, średnio o 1,1 procent.

W stosunku do stycznia poprzedniego roku wzrost cen wyniósł 4,1 procent.

Według wstępnych szacunków GUS produkt krajowy brutto (PKB) Polski w IV kwartale zeszłego roku był wyższy o 5,1 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2016 r.

W całym 2017 r. polska gospodarka notowała dużo wyższy wzrost niż w poprzednich latach. W zeszłym roku wzrost naszego PKB przekroczył 4 proc. i sięgał tego poziomu przez wszystkie cztery kwartały 2017 r. (w porównaniu do analogicznych kwartałów 2016 r.).

Zaś w IV kwartale wystrzelił – według wstępnych szacunków GUS – do 5,1 proc. Urząd statystyczny zastrzega przy tym, że są to dane „niewyrównane sezonowo” (oparte na podstawie cen z zeszłego roku , a nie lat wcześniejszych).

Równie optymistycznie zapowiada się 2018 r., bo według prognoz ekonomistów i ośrodków analitycznych tempo wzrostu gospodarczego może być w tym roku równie wysokie, jak w zeszłym. Sprzyjać będzie temu m.in. spodziewane zwiększenie inwestycji z funduszy unijnych na lata 2014-2020 i utrzymująca się dobra koniunktura gospodarcza w zachodniej Europie, która jest naszym głównym kierunkiem eksportowym.

 

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej Elżbieta Rafalska podpisała komunikat w sprawie wskaźnika waloryzacji rent i emerytur w 2018 roku. Wskaźnik ten wynosi 102,98%. W efekcie najniższa emerytura wzrośnie o 29,80 zł, a przeciętna emerytura z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych – o ok. 67,28 zł. 

Wskaźnik waloryzacji świadczeń to średnioroczny wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych w poprzednim roku kalendarzowym zwiększony o co najmniej 20% realnego wzrostu przeciętnego wynagrodzenia w poprzednim roku kalendarzowym.

Ogłoszone przez Prezesa GUS 15 stycznia br. dane dotyczące średniorocznych wskaźników cen towarów i usług konsumpcyjnych ogółem oraz dla gospodarstw domowych emerytów i rencistów w 2017 roku wyniosły odpowiednio: 102,0 i  102,3. Do ustalenia wskaźnika waloryzacji został przyjęty średnioroczny wskaźnik inflacji dla gospodarstw domowych emerytów i rencistów w 2017 roku na poziomie 102,3%. Ogłoszony przez Prezesa GUS 9 lutego br. realny wzrost przeciętnego wynagrodzenia w 2017 roku wyniósł 3,4%. W związku z tym wskaźnik waloryzacji emerytur i rent w 2018 roku wyniósł 102,98%.

Przeciętne wynagrodzenie w polskiej gospodarce wyniosło w całym 2017 roku 4271,51 zł brutto – wynika z najnowszego raportu Głównego Urzędu Statystycznego. Na rękę wychodzi to kwota 3042 zł.

W porównaniu z 2016 rokiem płace wzrosły o 5,5 proc. Rok wcześniej średnia krajowa wynosiła 4047,21 zł brutto.

Najnowsze wyliczenia GUS różnią się nieco od publikowanych przez tę instytucję wcześniejszych raportów płacowych. Pod koniec stycznia urzędnicy informowali o tym, że przeciętne wynagrodzenie w 2017 roku wyniosło 4530,47 zł brutto. Ta kwota dotyczyła jednak pracowników w sektorze przedsiębiorstw, czyli w firmach zatrudniających co najmniej 9 osób.

Ponad dwie trzecie badanych Polaków w wieku 18-69 lat deklarowało znajomość jakiegokolwiek języka obcego, spośród których najliczniejszą grupę stanowili respondenci umiejący posługiwać się tylko jednym językiem (44,7% ogółu badanej populacji). 

Z badania GUS „Kształcenie Dorosłych” w 2016 roku wynika, że przeważająca część deklarujących posługiwanie się jednym językiem obcym osób (66,5%) opanowała go na poziomie podstawowym. Respondenci potrafiący posługiwać się więcej niż jednym językiem obcym stanowili 22,8% badanej populacji i największy odsetek spośród nich (39,7%) określił swój poziom kompetencji odnośnie pierwszego znanego języka obcego również jako podstawowy.

Relatywnie wyższy poziom kompetencji językowych odnotowano wśród respondentów znających dwa i więcej języków obcych, gdzie 26,8% procent tej grupy osób twierdziło, że prawie całkowicie opanowało jakiś z nich, niż wśród respondentów znających tylko jeden język obcy, spośród których 9,8% zadeklarowało jego biegłą znajomość.

Obok dużej liczby osób nie posługujących się żadnym językiem obcym (prawie jedna trzecia ankietowanych), 57,4% respondentów znających język obcy określało swoje umiejętności językowe na poziomie zaledwie podstawowym.

Niecałe 30% całej badanej populacji oceniało posiadane kompetencje w zakresie języków obcych na poziomie co najmniej średnim, którego osiągnięcie wydaje się być dzisiaj niezbędne, aby sprostać wymogom współczesnej gospodarki opartej na wiedzy, jak również do rozwoju kontaktów społecznych, oraz pełnego korzystania z osiągnięć i zdobyczy światowej nauki i kultury.

Zdecydowanie największa liczba osób deklarowała znajomość któregoś z trzech języków obcych: angielskiego, rosyjskiego i niemieckiego.

Spośród nich najbardziej rozpowszechniony był język angielski, którym potrafiło posługiwać się na różnym stopniu zaawansowania 42,7% dorosłych Polaków.

Znajomość języka rosyjskiego deklarowało 24,2% respondentów, natomiast języka niemieckiego 18,5%. Mniej popularne były pozostałe języki międzynarodowe, takie jak francuski czy hiszpański (odpowiednio 2,1% i 0,7% respondentów deklarowało ich znajomość).

Stosunkowo najwyższym poziomem umiejętności, wykazały się osoby posługujące się językiem angielskim, gdzie 53,9% tej grupy respondentów osiągnęło co najmniej średni poziom kompetencji oraz hiszpańskiego (51,6%).

Średni i najwyższy stopień zaawansowania uzyskało 37,8% osób używających języka francuskiego i 34,3% niemieckiego. Zwracają uwagę niskie kompetencje językowe osób deklarujących znajomość drugiego pod względem popularności języka rosyjskiego (zaledwie 20% osób w tej grupie respondentów potrafiła posługiwać się nim na poziomie co najmniej średnim).

Oprócz omawianych powyżej pięciu najważniejszych języków obcych, stosunkowo dużą popularnością cieszył się język włoski, którego znajomość była nawet bardziej rozpowszechniona niż znajomość jednego z języków międzynarodowych jakim jest język hiszpański. Językiem włoskim posługiwało 0,9% dorosłych Polaków (o 0,2 p. proc. więcej niż językiem hiszpańskim).

 

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

Jeden na sto urlopów rodzicielskich to urlop wykorzystany przez tatę – wynika z danych resortu rodziny. Mężczyźni chętniej korzystają z urlopu ojcowskiego.

Jak przypomina Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, po narodzinach dziecka rodzice mogą skorzystać z dwóch rodzajów płatnego urlopu: urlopu macierzyńskiego i urlopu rodzicielski. Mężczyznom przysługują dodatkowo 2 tygodnie pełnopłatnego urlopu ojcowskiego.

„W okresie od stycznia do grudnia 2017 roku z podstawowego urlopu skorzystało 395,6 tys. osób, w tym 381,5 tys. kobiet i 14,1 tys. mężczyzn. Natomiast z dodatkowego urlopu macierzyńskiego 6,3 tys. osób (6,2 tys. kobiet i 0,1 tys. mężczyzn)” – informuje MRPiPS.

Z urlopu rodzicielskiego skorzystało w ubiegłym roku 406,6 tys. osób, w tym 402,4 tys. kobiet i 4,2 tys. mężczyzn. A na urlopie ojcowskim przebywało 174,2 tys. ojców.

Przy okazji resort przypomina przepisy. Urlop macierzyński jest obowiązkowy. Może być wykorzystany przez oboje rodziców, jednak pierwsze 14 tygodni przysługuje wyłącznie matce. Pozostałymi 6 tygodniami rodzicie mogą się podzielić.

Po wykorzystaniu pełnego wymiaru urlopu macierzyńskiego obojgu (równocześnie albo na zmianę) lub – jeśli tak wspólnie postanowią – jednemu z rodziców przysługuje urlop rodzicielski. Udziela się go jednorazowo lub maksymalnie w czterech częściach.

Rodzice mają czas na wykorzystanie urlopu rodzicielskiego aż do zakończenia roku, w którym dziecko skończy 6 lat. Decyzję o skorzystaniu z pełnego wymiaru urlopu rodzicielskiego bezpośrednio po urlopie macierzyńskim muszą podjąć w ciągu trzech tygodni po porodzie. W sytuacji, gdy urlop rodzicielski udzielany jest w częściach przypadających jedna po drugiej, każda z tych części nie może być krótsza niż 8 tygodni. W sytuacji narodzin jednego dziecka pierwsza część urlopu nie może być krótsza niż 6 tygodni.

Źródło: www.kurier.pap.pl

Rodzima branża transportowa przeżywa dobry czas – polski eksport ma się dobrze, a firmy transportowe sukcesywnie zwiększają flotę. Aby jednak zachować tempo wzrostu i nie dopuścić do stagnacji przedsiębiorcy muszą zmierzyć się z wyzwaniami, które ich czekają w rozpoczętym właśnie roku oraz przyszłych latach.

Według aktualnych danych GUS w ciągu ostatniej dekady (2006-16) liczba nowych zarejestrowanych samochodów ciężarowych wzrosła niemal dwukrotnie. Jeszcze w roku 2006 zarejestrowano 279 tys. nowych pojazdów, po czym w 2016 odnotowano ich już 508 tys. Przybywa również nowych samochodów dostawczych – według danych PZPM* w 2016 roku wydziały komunikacji zarejestrowały 59,8 tys., a w niedawno zakończonym 2017 – już 61 tys. pojazdów. Świadczy to po pierwsze o rozwoju branży, a po drugie – co równie ważne – potwierdza, że sytuacja ekonomiczna przedsiębiorców jest na tyle dobra, by mogli inwestować w nową flotę.

Rynek pracownika

Rozwój branży wymusza nie tylko potrzebę powiększania floty, ale też zwiększenie zatrudnienia wykwalifikowanych pracowników. Znalezienie osób o odpowiednich uprawnieniach, doświadczeniu, ale też gotowych do pracy w delegacjach to nie lada wyzwanie. Szacuje się, że w branży transportowej jest około 100 tys. miejsc pracy do wypełnienia od zaraz, zaś analizy Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej potwierdzają, że kierowca samochodu ciężarowego to najbardziej deficytowy zawód w kraju.

Komisja Europejska szykuje rewolucję

Z pewnością wpływ na funkcjonowanie branży transportowej w następnych latach będzie miało wprowadzenie przez Komisję Europejską tzw. pakietu mobilności. Nowe przepisy mają objąć rynek wewnętrzny, przepisy socjalne oraz opłaty za korzystanie z infrastruktury drogowej. Oto podstawowe założenia „pakietu”:

  • kierowca będzie traktowany jako pracownik delegowany jeśli w danym kraju spędzi więcej niż 3 dni w skali miesiąca i wówczas powinien mieć zagwarantowane minimalne wynagrodzenie według standardów danego kraju. Również tzw. przewozy kabotażowe mają zostać objęte nowymi regulacjami;
  • obowiązek rejestrowania przez GPS faktu, że transport przekroczył granicę;
  • wprowadzenie tzw. boxu, dzięki któremu będzie można realizować płatności za korzystanie z dróg całej Unii Europejskiej;
  • walka z tzw. firmami skrzynkami pocztowymi – założonymi, aby obejść przepisy związane z podatkami, ubezpieczeniem społecznym lub wynagrodzeniem. Komisja Europejska zakłada zwiększoną współpracę oraz skuteczną wymianę informacji pomiędzy służbami poszczególnych państw.

Szykowane zmiany mają wejść w życie w ciągu dwóch lat. Dla polskich firm transportowych oznacza to zwiększenie wydatków, ale też potrzebę uporządkowania wielu kwestii formalnych.

Produkty spożywcze wymagają monitoringu

Przewóz produktów spożywczych staje się jednym z większych wyzwań branży transportowej, o czym świadczą statystyki. Według danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi wartość eksportu polskich produktów rolnych w trzech pierwszych kwartałach 2017 roku był o 12,3% wyższa niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Co więcej, modna staje się żywność tzw. ekologiczna. Firmy transportowe, aby sprostać wymaganiom branży spożywczej, muszą zadbać o utrzymanie produktów we właściwych warunkach. Ręczna kontrola temperatury to zbyt mało, przewoźnicy potrzebują rozwiązania systemowego. Właśnie takie opracowała polsko-francuska firma Blulog.

– Nasz system jest oparty o bezprzewodową komunikację pomiędzy urządzeniami, co umożliwia pełną automatyzację procesu pomiaru. Temperatura transportowanych produktów spożywczych znajduje się  pod stałą i ścisłą kontrolą, pomiar odbywa się bezprzewodowo za pomocą rejestratorów o wielkości karty kredytowej, w czasie rzeczywistym mówi Jérémy Laurens, CEO w firmie Blulog.

Zastosowanie systemowego monitoringu temperatury od firmy Blulog pozwoli w różnych konfiguracjach odczytywać dane zdalnie z magazynu w prostej aplikacji, kontrolować dane z ekranu smartfona kierowcy ciężarówki lub w razie potrzeby odczytywać je za pomocą urządzenia wyposażonego w NFC (np. smartfona). W razie wykroczeń poza wskazane ramy, system automatycznie poinformuje o tym SMS-em lub mailem.

Przewóz leków pod kontrolą

Jeszcze w grudniu 2017 roku Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zmianie ustawy o systemie monitorowania przewozu drogowego. Co ważne, wśród nowych przepisów znalazł się rozdział dotyczący monitorowania przewozu produktów leczniczych, środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego lub wyrobów medycznych, zagrożonych brakiem dostępności w Polsce.

Co nowe regulacje oznaczają w praktyce? Otóż każdy przedsiębiorca transportujący wymienione wyżej produkty będzie musiał zgłosić Głównemu Inspektorowi Farmaceutycznemu (GIF) zamiar wywozu tych towarów z Polski lub ich zbycia podmiotowi prowadzącemu działalność poza naszym krajem.

Wejście w życie nowych regulacji planuje się na czerwiec, zaś przedsiębiorcy w ciągu następnych 30 dni będą musieli przekazać GIF aktualne listy środków transportu wraz z ich numerami rejestracyjnymi, wykorzystywane w zakresie działalności objętej zezwoleniem.

Zaniechania mogą przedsiębiorców sporo kosztować. Jeśli nie dojdzie do przedstawienia środka transportu wraz z towarem do wskazanego miejsca w określonym czasie, spowoduje to nałożenie na przewoźnika kary 20 tys. zł (powinno to zabezpieczyć wykonanie obowiązku zawiadomienia o dostarczeniu towaru). 100 tys. zł wyniesie kara za niedostarczenie środka transportu wraz z towarem do wskazanego miejsca w określonym czasie.

– Wykorzystanie naszego systemu sprawia również, że w razie potrzeby przedstawiciel firmy transportowej może pobrać potwierdzenie lokalizacji pojazdu, historię jego położenia czy potwierdzenie dostawy – dodaje Jérémy Laurens.

Utrata pracy jest częstym powodem zadłużenia. Są jednak grupy zawodowe, które radzą sobie w takich sytuacjach. Stopa bezrobocia na koniec 2017 roku wynosiła 6,5% (wg danych GUS). To nie oznacza jednak braku przerw w zatrudnieniu – szczególnie w przypadku niektórych grup zawodowych.

Utrata pracy może zdarzyć się każdemu, zarówno z powodów osobistych, jak i zawodowych. Najważniejsze w takiej sytuacji jest ograniczenie niepotrzebnych wydatków, co pomoże utrzymać stabilność finansową. Niebezpieczeństw stojących przed osobami po utracie pracy jest jednak bardzo dużo.

Utrzymanie mieszkania, samochodu i kupno produktów spożywczych stanowią najważniejszą część naszych miesięcznych wydatków. W bazie ERIF BIG S.A. zadłużenia z tytułu niezapłaconych rachunków stanowią 25% zobowiązań wśród mężczyzn. Ogromny problem, na jaki natrafiają osoby po utracie pracy to spłaty rat kredytu. Kredyty hipoteczne stanowią znaczący odsetek miesięcznych wydatków – aż 42% zobowiązań wśród kobiet jest właśnie z tego tytułu. Remedium na chwilowe problemy z płynnością finansową mogą być tzw. wakacje kredytowe, czyli odroczenie spłat na kilka miesięcy. Taką możliwość zawsze warto jednak dokładnie przekalkulować
i skonsultować z bankiem.

Aby uniknąć problemów finansowych po utracie pracy, należy podjąć kilka istotnych kroków. Kontrola wydatków jest w takiej sytuacji najstotniejsza. Warto sporządzić listę wydatków i ustalić priorytety. Od bieżących artykułów pierwszej potrzeby, po spłaty rat kredytu, kończąc na mniej istotnych sprawach jak np. hobby. Ustalenie priorytetów to również droga do ograniczenia wydatków na restauracje, ubrania i inne artykuły niewymagające pilnego zakupu. Ratunkiem w sytuacji utraty pracy jest też finansowa poduszka bezpieczeństwa, którą wcześniej zbudowaliśmy. Równowartość 3-6 pensji pozwoli przetrwać kryzys bez zadłużania się i umożliwi spokojne poszukiwanie nowego zatrudnienia. Brak takiego zabezpieczenia sprawia, że zaciągamy kolejne pożyczki i zalegamy z płatnościami, a to niestety powiększa zadłużenie. Warto więc pomyśleć wcześniej o takiej poduszce bezpieczeństwa, bo wtedy unikniemy pogorszenia naszej sytuacji finansowej.

 

 

Wypowiedź: Paweł Kunat, ERIF Biuro Informacji Gospodarczej S.A.

Stopniowo zmniejsza się zasięg ubóstwa w Polsce – wynika z najnowszych danych GUS. Nadal częściej niż przeciętnie biedy doświadczali mieszkańcy wsi i małych miast.

Z najnowszego raportu Głównego Urzędu Statystycznego na temat ubóstwa w Polsce wynika, że następuje ogólna poprawa sytuacji materialnej gospodarstw domowych w Polsce, w tym stopniowe ograniczanie zasięgu ubóstwa.

Wskazują na to przede wszystkim pochodzące z badania budżetów gospodarstw dane dotyczące spadku zasięgu ubóstwa skrajnego – z 6,5 proc. osób w 2015 r. do 4,9 proc. osób w 2016 r.

Badania wskazują jednak, że społeczna i terytorialna mapa zagrożenia ubóstwem w Polsce nie zmienia się istotnie od lat. W 2016 r. grupami szczególnie narażonymi na doświadczanie ubóstwa skrajnego były nadal gospodarstwa osób utrzymujących się z tzw. niezarobkowych źródeł (w tym przede wszystkim świadczeń społecznych innych niż emerytury i renty), gospodarstwa domowe rolników i rencistów, rodziny wielodzietne (z 3 lub większą liczbą dzieci na utrzymaniu), dzieci w wieku 0-17 lat, gospodarstwa z głową gospodarstwa posiadającą wykształcenie co najwyżej gimnazjalne, a także gospodarstwa z osobami niepełnosprawnymi.

Biorąc pod uwagę terytorialne zróżnicowania zasięgu ubóstwa, częściej niż przeciętnie biedy doświadczali mieszkańcy wsi i małych miast.

GUS zwrócił jednocześnie uwagę, że w latach 2015-2016 wystąpił znaczący spadek zasięgu ubóstwa zwłaszcza wśród takich grup, jak: rodziny wielodzietne (z 3 oraz 4 lub większą liczbą dzieci na utrzymaniu), gospodarstwa domowe z osobami niepełnosprawnymi, mieszkańcy wsi i miast poniżej 20 tys. mieszkańców oraz gospodarstwa domowe z głową gospodarstwa o niskim poziomie wykształcenia.

Biedna ściana wschodnia

W 2016 r. najwyższą stopę ubóstwa skrajnego odnotowano w woj. warmińsko-mazurskim i woj. podkarpackim oraz woj. lubelskim, świętokrzyskim i wielkopolskim (po ok. 7-9 proc.).

Najniższą wartość wskaźnika ubóstwa skrajnego zaobserwowano natomiast w województwach: lubuskim, łódzkim, dolnośląskim, śląskim i mazowieckim (po ok. 2-3 proc.).

Zasięg ubóstwa skrajnego jest zróżnicowany nie tylko pomiędzy poszczególnymi województwami, lecz również w obrębie samych województw. Przykładem tego mogą być szacunki dotyczące stopy ubóstwa dla województwa mazowieckiego.

O ile wskaźnik ubóstwa skrajnego dla całego województwa mazowieckiego należy do najniższych w kraju – wynosi on około 3 proc., o tyle ten sam wskaźnik – po wyłączeniu z szacunków stolicy – przyjmuje wartość zbliżoną do średniej dla Polski (ok. 5 proc.).

Rozdźwięk ten wskazuje na istotne różnice pomiędzy stolicą, a resztą województwa. Podobnie jak w skali całego kraju, wewnątrzregionalne różnice w poziomie zagrożenia ubóstwem przebiegają także na linii miasto – wieś.

We wszystkich województwach zagrożenie ubóstwem skrajnym było wyraźnie wyższe na wsi niż w miastach, przy czym najmniejsze zróżnicowanie w tym kontekście odnotowano w woj. śląskim, największe zaś w woj. warmińsko-mazurskim.

 

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

Od 2011 r. nadal więcej wydajemy niż oszczędzamy, wspomagając się przy tym kredytami i pożyczkami. Jako społeczeństwo dopiero zaczynamy odkładać z bieżących pensji. Polska znajduje się na końcu zestawienia krajów OECD pod względem oszczędności. Jeśli chodzi o poziom zamożności od tych naprawdę bogatych dzieli nas przepaść.

Choć zgodnie z danymi GUS, w 2016 roku stopa oszczędności w naszym kraju zwiększyła się, osiągając 3,6 proc, to w porównaniu do reszty krajów Unii Europejskiej, wypadamy dużo gorzej. O ile średnia dla państw UE wynosi prawie 11 proc. to Niemcy mogą się pochwalić ponad 17 proc. wynikiem.

Nie najlepiej wypadamy również pod względem zamożności. Choć po kryzysie finansowym w 2008 r. przyjęło się, że Grecja to biedny kraj, mieszkańcy tego kraju są całkiem dobrze usytuowani. Według Eurostatu, pod względem zamożności (majątek trwały plus pozycja inwestycyjna netto), przeciętny Grek ma 34,7 tys. euro i jest na szarym końcu strefy euro. Mimo to, wyprzedza on o kilka długości statystycznego Kowalskiego, którego stan posiadania wynosi 8,2 tys. euro. Dodajmy, że jest to ostatnie miejsce wśród krajów UE, wyłączając najpóźniej przyjęte Rumunię, Bułgarię i Chorwację. Co więcej, w Niemczech wartość aktywów rzeczowych i finansowych wynosi 126,7 tys. euro na mieszkańca. A przed Niemcami są jeszcze Holendrzy, Szwedzi, Austriacy, Duńczycy i Luksemburczycy.

Oszczędny jak Czech

Z państw regionu wyprzedzili nas Czesi. Z aktywami wartymi ponad 50 tys. euro znaleźli się przed Irlandczykami i Portugalczykami, a w zasięgu wzroku mają Brytyjczyków. Nasi sąsiedzi zapewnili sobie tak wysoką pozycję oszczędnością i zapobiegliwością. Według danych OECD, co roku Czesi odkładają 6-8 proc. dochodu do dyspozycji. Daje im to miejsce w czołówce najbardziej oszczędnych krajów należących do tej organizacji.

Również nasi zachodni sąsiedzi, nie bez kozery stawiani są za wzór gospodarności. Jak wynika z badań, Niemcy chowają do skarpety co 10. euro. Wysoką stopą oszczędności, rzędu 15 proc., mogą pochwalić się także Szwedzi. Z kolei najwięcej z wolnych środków odkładają Szwajcarzy – nawet w granicach 20 proc. rocznie.

Gdzie w tym zestawieniu znalazła się Polska? Znowu pod koniec stawki. Znajdujemy się w grupie krajów, które nie tylko nic nie odkładają, ale żyją na kredyt. Według danych OECD, od 2011 r. do 2016 r. stopa oszczędności w Polsce była ujemna. Zgodnie z szacunkami dopiero w 2017 roku odłożyliśmy coś na później. Mowa o symbolicznym 0,11 proc. dochodu do dyspozycji. Nieznacznie lepiej ma być w tym roku, kiedy na oszczędności przeznaczymy 0,18 proc. wolnych środków.

Chudsza emerytura

Oprócz oszczędności bieżących, nie najlepiej wygląda w Polsce sytuacja z oszczędnościami emerytalnymi. Według najnowszej edycji raportu BGŻOptima „Polak Oszczędny” 39 proc. badanych w ogóle nie oszczędza na emeryturę. Więcej niż co trzeci przeznacza na ten cel maksymalnie 10 proc. miesięcznych dochodów.

Jak podaje OECD jesteśmy jednym, z nielicznych krajów na świecie, który w latach w 2006-2016 odnotował spadek emerytalnych oszczędności w stosunku do PKB. Jedenaście lat temu stanowiły one 11,1 proc. produktu krajowego brutto, a przed rokiem 9,3 proc.

Średnia dla OECD wynosi 49,6 proc. (wzrost z 36,8 proc. w 2006 r.). Oprócz nas, spadek zaliczyła Irlandia, ale tutaj poduszka oszczędności jest niemała (38,6 proc. w 2016 r. i 47,4 proc. w 2006 r.). Podobnie Portugalia, która znalazła się prawie na naszym poziomie jeśli chodzi o relację funduszy emerytalnych do PKB (14,5 proc. w 2006 r., 10,8 proc. w 2016 r.) oraz Węgry, które mają jeszcze cieńsza poduszkę emerytalną niż Polska – 4,3 proc. (9,6 proc. przed kryzysem).

– W Polsce zdolność do oszczędzania dopiero się wykształca. Wynika to z braku wyrobionych nawyków do oszczędzania i dużej skłonności do realizowania potrzeb konsumpcyjnych. Jesteśmy społeczeństwem, które nadrabia zaległości po czasach PRL – mówi Piotr Marciniak, dyrektor zarządzający BGŻOptima. – Mamy cały czas duże potrzeby konsumpcyjne, mieszkaniowe a  niekoniecznie myślimy o inwestycjach czy oszczędnościach. Jednak obserwujemy poprawę, bo po raz pierwszy od 5 lat istotnie zwiększyła się stopa oszczędności polskich gospodarstw domowych. Rosnące wynagrodzenia i dobra sytuacja na rynku pracy powinny sprzyjać wzrostowi stopy oszczędności – dodaje.

 

Dane GUS potwierdzają oczekiwania ekspertów: 2017 rok był rekordowym na rynku mieszkaniowym. Mamy do czynienia z wyjątkową sytuacją, w której firmy budujące mieszkania jeszcze nigdy nie budowały, nie sprzedawały ani nie planowały tak wielu mieszkań co teraz.

105,4 tys. nowych mieszkań rozpoczęli w ubiegłym roku budować deweloperzy w Polsce. To najwyższy wynik w historii rynku, w stosunku do ubiegłego roku jest to wzrost o ponad 23 procent. Za coraz większą liczbą budowanych mieszkań idzie naturalnie wzrost lokali oddawanych do użytkowania. Zgodnie z najnowszym raportem Głównego Urzędu Statystycznego w 2017 r. deweloperzy oddali klucze do 89,8 tys. nieruchomości mieszkalnych (+13,5 proc. rocznie), a warto dodać, że w kolejnych kwartałach liczba ta będzie rosła, bo od rozpoczęcia budowy do oddania do użytkowania mija zwykle półtora do dwóch lat.

Dobra koniunktura na rynku (budowane mieszkania świetnie się sprzedają, wiele firm notuje rekordowe wyniki sprzedażowe) sprawia, że nikt nie chce zwalniać tempa i, mimo sygnałów o możliwej zmianie trendu, przedsiębiorcy planują kolejne inwestycje. W efekcie liczba uzyskiwanych przez deweloperów pozwoleń na budowę również rośnie jak na drożdżach, ubiegły rok zamknął się wynikiem 128,5 tys. pozwoleń, o 20 proc. wyższym od poprzedniego.

2017 r. był kontynuacją zjawiska, które obserwowano już w poprzednich kwartałach, rok 2016 także był lepszy od 2015 jeśli chodzi o mieszkania oddane do użytkowania (o 26,8 proc.) i liczbę pozwoleń na budowę (o 9,7 proc.), natomiast w 2016 r. zanotowano niewielki spadek liczby rozpoczętych budów (o 1,2 proc.).

Budują nie tylko deweloperzy

Warto zauważyć, że dynamicznie rozwija się nie tylko rynek deweloperski. Także budujący na indywidualne potrzeby zanotowali wzrosty we wszystkich kategoriach statystyk GUS-u. Liczba oddanych lokali wzrosła o 6 proc., rozpoczętych budów o 13 proc., a pozwoleń na budowę – o 17 proc.

Według GUS-u, liczba oddanych łącznie do użytkowania mieszkań (obejmująca działalność deweloperów, inwestorów indywidualnych, spółdzielni i pozostałych podmiotów) wzrosła we wszystkich województwach, a najbardziej w kujawsko-pomorskim (o 23,1 proc.) i pomorskim (o 20,1 proc.).

Podobnie wygląda statystyka rozpoczętych budów. Wzrost nastąpił we wszystkich województwach, a największy w wielkopolskim (o 44,4 proc.) i opolskim (o 28,3 proc.). Z kolei jeśli chodzi o pozwolenia na budowę, to największy wzrost nastąpił w zachodniopomorskim (o 51,4 proc.) i kujawsko-pomorskim (o 39,5 proc.), a spadek zanotowano w dwóch województwach: świętokrzyskim o 3,2 proc. i opolskim o 4,6 proc.

 

 

Autor: Marcin Krasoń, Home Broker

Na początek stycznia 2018 r. zaplanowano istotną zmianę przepisów dotyczących obowiązku meldunkowego. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom, taki obowiązek będzie utrzymany. Władze tłumaczą to m.in. koniecznością gromadzenia informacji potrzebnych samorządom i względami bezpieczeństwa. W zamian rząd proponuje łatwiejsze zasady dokonania meldunku. Trudno jednak przypuszczać, że Polacy zaczną chętnie aktualizować i zgłaszać miejsce swojego zamieszkania. Dane GUS-u sugerują, że w ostatnich latach obowiązek meldunkowy był mocno lekceważony.

Od 2013 roku brak aktualnego meldunku nie jest karany …

 Warto przypomnieć, że obowiązek meldunkowy miał zostać zniesiony już 1 stycznia 2014 r. na mocy ustawy o ewidencji ludności z 24 września 2010 r. (Dz. U. Nr 217, poz. 1427). Termin zniesienia wspomnianego obowiązku został jednak przesunięty (na 1 styczeń 2018 r.). Ostatnie decyzje rządu sugerują, że formularze meldunkowe pozostaną w użyciu do końca bieżącej dekady. Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl będziemy mieli zatem do czynienia z utrzymaniem obowiązku, którego lekceważenie nie powoduje żadnych sankcji dla obywatela. Do 1 stycznia 2013 r. istniała jeszcze wątpliwa perspektywa poniesienia kary za niedokonanie meldunku. Sankcję przewidywał art. 147 kodeksu wykroczeń (KW). Wspomniany przepis mówił o karze ograniczenia wolności, grzywny lub nagany. Co więcej, karę grzywny lub nagany przewidziano dla osoby, która mimo takiej powinności, nie powiadomiła właściwego organu o niewypełnieniu obowiązku meldunkowego. Tak restrykcyjny charakter art. 147 KW nie dziwi jeśli uwzględnimy fakt, że ten artykuł zredagowano na początku lat 70 – tych minionego wieku.

Obecne przepisy dotyczące czasu na dokonanie meldunku, na szczęście są o wiele mniej restrykcyjne niż regulacje z 1974 r. – tłumaczy Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Przepisy uchwalone w 1974 r. obligowały do zameldowania się w danej miejscowości najpóźniej przed upływem czwartej doby od dnia przybycia. Ustawa z 2010 r. daje obywatelowi 30 dni na dokonanie meldunku w miejscu stałego lub czasowego pobytu. Najpóźniej w dniu opuszczenia miejsca pobytu stałego albo czasowego, obywatel powinien zgłosić wyjazd zagraniczny z zamiarem stałego pobytu lub wyjazd zagraniczny bez zamiaru stałego pobytu, ale trwający dłużej niż 6 miesięcy.

Pewna liberalizacja przepisów z 2010 r. wydaje się niewielkim pocieszeniem dla osób zainteresowanych zniesieniem obowiązku meldunkowego. W ramach kontrargumentu, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji przypomina jednak, że obowiązek meldunkowy wciąż funkcjonuje na terenie kilkunastu krajów UE (Finlandii, Litwy, Austrii, Chorwacji, Wielkiej Brytanii, Łotwy, Danii, Bułgarii, Belgii, Luksemburga, Szwecji, Hiszpanii, Włoch, Estonii, Holandii i Niemiec).

Przeprowadzkę za granicę zgłasza tylko garstka Polaków

Razem z decyzją o utrzymaniu obowiązku meldunkowego po 31 grudnia 2017 roku, MSWiA zapowiedziało zmiany, które umożliwią zameldowanie się przez Internet. Takie rozwiązanie ma być dostępne dla obywateli posiadających profil zaufany ePUAP albo kwalifikowany podpis elektroniczny. Inna zmiana polega na wprowadzeniu jednego formularza przeznaczonego do zameldowania się na pobyt stały i wymeldowania z pobytu czasowego albo wymeldowania się z pobytu stałego i zameldowania na pobyt czasowy.

Jak dodają eksperci z portalu RynekPierwotny.pl wspomniane zmiany zapewne ułatwią wypełnianie obowiązku meldunkowego (m.in. pracownikom często zmieniających miejsce zamieszkania i najemcom). Można mieć jednak wątpliwości, czy dzięki takim usprawnieniom Polacy będą bardziej chętni do przekazywania danych o swoim miejscu zamieszkania.

Minione lata pokazały bowiem, że rodacy niechętnie spełniają obowiązek meldunkowy. Mogą to potwierdzić m.in. dane Głównego Urzędu Statystycznego przedstawione na poniższym wykresie. Ze względu na niechęć polskich emigrantów do zgłaszania wyjazdu, GUS musi szacować wielkość emigracji na podstawie różnych źródeł (m.in. danych z państw członkowskich UE).

Główny Urząd Statystyczny oszacował, że pod koniec 2016 r. liczba polskich emigrantów na pobyt czasowy wynosiła około 2,5 mln. Około 80% z tych osób, przebywało za granicą dłużej niż 12 miesięcy. Mamy zatem do czynienia z dwumilionową rzeszą Polaków, którzy wybrali długookresowy pobyt za granicą (zwykle bez wcześniejszego zgłoszenia). Warto również zwrócić uwagę, że w latach 2010 – 2016 liczba osób formalnie zgłaszających wyjazd zagraniczny na pobyt stały była bardzo mała. Odpowiednich formalności dopełniało nie więcej niż 32 tysiące osób rocznie. Taki wynik wskazuje na nieskuteczność systemu meldunkowego jako źródła danych o emigracji Polaków i liczbie obywateli przebywających w kraju. Sam GUS przyznaje, że częste są przypadki osób, które pomimo długoletniego pobytu poza granicami Polski, nie zrezygnowały z krajowego meldunku.

Spore wątpliwości budzi również kompletność meldunkowych danych o migracjach wewnętrznych Polaków. Właśnie dlatego trzeba zadać sobie pytanie, czy system meldunków działający w obecnej formie, może być źródłem użytecznych informacji dla państwa (dotyczących np. zapotrzebowania na usługi publiczne).

 

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Nieurodzaj i klęski żywiołowe, presja ze strony dużych producentów i na dokładkę zatory płatnicze. Choć produkcja żywności stanowi jedną z najważniejszych gałęzi polskiej gospodarki i ma duży wpływ na wartość naszego eksportu, to jednocześnie firmy w niej działające plasują się w czołówce tych, które ogłaszają upadłość. Potwierdzają to także statystyki Krajowego Rejestru Długów. Długi producentów żywności przekraczają 375 mln zł.

Jak podaje GUS w polskim przemyśle rolno-spożywczym działa kilkanaście tysięcy firm, których roczne obroty oscylują wokół 200 mld zł. Blisko 1/3 ich produkcji znajduje nabywców za granicą, 30% trafia do dalszego przerobu, a 40% do dalszego spożycia. Polska jest szóstym producentem żywności w UE, a jej udział w łącznej produkcji przemysłu spożywczego Unii zwiększył z 6,9% w 2004 r. do 8,5% w 2014 r.

Niestety, ta grupa przedsiębiorców, zaraz za dostawcami materiałów budowlanych, należy do najbardziej niewypłacalnych. Każdego miesiąca ogłasza się niewypłacalność kilku producentów żywności w Polsce. Ich łączne zadłużenie w Krajowym Rejestrze Długów wynosi już 375,35 mln zł.

Źródła niewypłacalności

Przyczyn zadłużenia jest wiele. Są wśród nich zarówno czynniki ludzkie, jak i te, na które człowiek nie ma wpływu: nieoczekiwane zmiany pogodowe (susza, powódź czy przymrozki), ale też postępująca koncentracja branży i wypieranie z rynku małych przedsiębiorców przez dużych, a także problemy ze spłatą zaciągniętych pożyczek czy zatory płatnicze spowodowane przez nierzetelnych kontrahentów.

Dość silną grupę takich kontrahentów stanowią przedstawiciele handlu, w tym sieci handlowych. Nie płacą producentom w terminie za dostawy żywności i mają wobec nich dług w wysokości 31,5 mln zł. To aż 1/3 wszystkich należności, których łączna wartość wynosi już 94,2 mln zł. Wśród pozostałych dłużników branży spożywczej są też inni producenci, a dalej rolnicy.

Największe długi – mięso, pieczywo, owoce i warzywa

Krajowym Rejestrze Długów widnieje 7 059 producentów żywności. 93 proc. dłużników z tej branży stanowią producenci artykułów spożywczych, a pozostałe 7 proc. to producenci napojów. Dług tych pierwszych wynosi 350 mln złotych. Problem zaległości w największym stopniu dotyka branży mięsnej, których niespłacone zobowiązania wynoszą blisko jedną czwartą całkowitego zadłużenia – 95 mln złotych. Dalej w kolejności znajdują się producenci wyrobów piekarskich i mącznych (75 mln złotych) oraz producenci owoców i warzyw (56 mln złotych). Z kolei najniższe zadłużenie notują firmy z sektorów rybnego oraz mleczarskiego (adekwatnie 13 i 14 mln złotych).

Nieco lepiej radzą sobie producenci napojów, których łączne zadłużenie wynosi 25 mln złotych. Największe problemy w tym sektorze mają producenci napojów bezalkoholowych i wód mineralnych (8,6 mln złotych), najmniejsze – firmy zajmujące się produkcją piwa (2,9 mln złotych).

– Branża spożywcza jest łańcuchem zależności: jeśli jedno jego ogniwo ulega osłabieniu, to osłabieniu ulega cały łańcuch. Dokładnie widać to na przykładzie chociażby producentów napojów: jeśli tegoroczne zbiory owoców i warzyw okażą się słabe, to produkcja soków i przecierów też będzie niższa. Ta sama zależność działa w odniesieniu do sytuacji finansowej przedsiębiorstw. Wszelkie opóźnienia w płatnościach ze strony kontrahentów zawsze narażają producenta na utratę płynności finansowej, co może doprowadzić nawet do jego upadłości – zauważa Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Gorzkie statystyki

Największe zadłużenie mają producenci żywności z Mazowsza. Ich dług wynosi niemal 60 mln złotych. Zaraz za nimi są przedsiębiorcy z woj. wielkopolskiego (47 mln złotych), a niechlubne podium zamykają firmy ze Śląska z 44 mln złotych długu. Najmniejsze zadłużenie, bo nieprzekraczające 8 mln złotych, notują województwa podlaskie, warmińsko-mazurskie oraz świętokrzyskie. Z kolei najbardziej zadłużony producent ma do spłacenia 12 mln złotych. To firma, która działa na terenie powiatu włocławskiego w województwie kujawsko-pomorskim.

W największym stopniu producenci żywności zalegają funduszom sekurytyzacyjnym i firmom windykacyjnym – blisko 164 mln złotych. Znaczną część długu producenci mają wobec sektora finansowego. Łącznie ci przedsiębiorcy mają  do oddania bankom, firmom leasingowym i faktoringowym 96,5 mln złotych. Na pieniądze od producentów czekają też firmy handlowe, a dług wobec nich sięga 32 mln złotych.

 

Prawie 1,5 mln osób zatrudnionych w gospodarce narodowej otrzymywało w ubiegłym roku wynagrodzenie nie przekraczające obowiązującego minimalnego wynagrodzenia – poinformował GUS.

Według najnowszego raportu GUS na koniec 2016 roku aż 1,46 mln osób zatrudnionych w gospodarce narodowej otrzymywało wynagrodzenie brutto nie przekraczające obowiązującego minimalnego wynagrodzenia (1850 zł). To prawie 13 proc. ogółu zatrudnionych na umowę o pracę.

Z raportu wynika, że ponad 1,1, mln osób fizycznych prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą nie zatrudniało pracowników na podstawie stosunku pracy (tzw. „samozatrudnieni”). W latach 2012-2015 liczba ta utrzymywała się na niezmienionym poziomie 1,1 mln osób, dopiero w 2016 r. nieznacznie wzrosła o ok. 4,5 proc.

Z szacunków GUS wynika, że w 2016 r. było ok. 1,25 mln osób, z którymi została zawarta umowa zlecenie lub umowa o dzieło, a które nie są nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy (bez osób, które pobierają emeryturę lub rentę). Był to spadek o ok. 4 proc. w stosunku do 2015 r.

Od początku 2017 r. płaca minimalna wynosi 2 tys. zł (a stawka godzinowa 13 zł). Wszyscy pracownicy – niezależnie od stażu pracy – otrzymują takie samo wynagrodzenie (minimalne). Od 1 stycznia 2018 r. płaca minimalna wzrosła do 2,1 tys. zł (a za godzinę 13,70 zł).

 

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

 

To prawdopodobnie najwyższy wynik w historii. Na koniec listopada w rejestrze REGON zarejestrowanych było okrągłe 3 miliony jednoosobowych działalności gospodarczych. Rekordowo duże jest też zainteresowanie zakładaniem własnego biznesu – w ciągu ostatnich 12 miesięcy co miesiąc przybywało średnio aż 24,5 tys. nowych firm.

GUS od początku 2012 r. publikuje elektroniczną bazę przedsiębiorców wpisywanych do rejestru REGON. Licząc od tego okresu, liczba jednoosobowych firm jeszcze nigdy nie osiągnęła poziomu 3 mln, aż do teraz, kiedy w listopadzie 2017 r. wyniosła dokładnie 3,001 mln (jak wynika z najnowszych danych dot. rejestru REGON).

– Podsumowując miniony rok, nie sposób nie wspomnieć o dużej aktywności zaobserwowanej w środowisku MŚP, a także wśród osób zainteresowanych założeniem własnej firmy. Przeprowadziliśmy niemalże 200 warsztatów pt. „Przedsiębiorcą być!” na terenie całego kraju – względem 2016 r. liczba tych spotkań potroiła się, a w stosunku do 2015 r. zorganizowaliśmy ich aż cztery razy więcej – mówi Anna Flaga-Błaszczyk, prezes Fundacji Tax Care.

Listopadowy wynik nie jest przypadkowy. Liczba wpisanych do rejestru jednoosobowych firm rośnie nieprzerwalnie od 9 miesięcy – w porównaniu do stanu z końca października ich grono powiększyło się o 2,2 tys., o 5,1 tys. w stosunku do września, a licząc od początku 2017 roku aż o 41 tys.

Nadal przybywa więcej firm niż zostaje zamkniętych

Dobre wieści płyną też z zestawienia danych, ile firm w ciągu jednego miesiąca uszczupla rejestr REGON poprzez wykreślenie z bazy. W listopadzie 2017 r. wyrejestrowało się 20,1 tys. jednoosobowych firm. To mało, biorąc pod uwagę nie tylko poprzedni miesiąc, ale i średnią liczbę wypisów z ostatnich 12 miesięcy na poziomie 21,6 tys.

Co widać gołym okiem, listopad to kolejny miesiąc, w którym liczba nowo wpisanych do rejestru REGON firm przewyższa liczbę wyrejestrowań. Dodatkowo, jeśli uśrednimy dane w poszczególnych latach, w okresie od 2014 do 2017 roku, okazuje się, że na przestrzeni 4 lat to właśnie w 2017 r. zarejestrowało się najwięcej jednoosobowych firm i jednocześnie najmniej takich firm zostało wyrejestrowanych.

Cały czas istotnym motywem dla większości właścicieli jednoosobowych działalności są też niskie koszty prowadzenia własnej firmy.

– Obniżona składka ZUS, dogodne formy opodatkowania – porównując koszt zatrudnienia pracownika i koszt utrzymania jednoosobowej działalności gospodarczej, decyzja jest oczywista. Pracodawcy nie chcą zwiększać zatrudnienia, wolą mieć kliku podwykonawców na własnych działalnościach – dodaje Magdalena Piekarzewicz.

Jeśli dołożyć do tego planowane na 2019 r. zniesienie limitu składek dla zatrudnionych pracowników, może się okazać, że w roku 2018 przyrost nowo zakładanych jednoosobowych firm nie zwolni tempa.

Aktywność zawodowa młodych kobiet w Polsce spadła do najniższego poziomu od co najmniej 19 lat – wynika z najnowszej publikacji GUS. Dane pokazują również, jak zaskakująco niski jest poziom aktywności wśród rodzin z jednym dzieckiem pobierających świadczenie Rodzina 500 plus.

Blisko dwa lata czekaliśmy na dane o wpływie programu Rodzina 500 plus na rynek pracy. Te, które pojawiły się w ostatnich dniach, jasno sugerują pilną potrzebę reformy programu. W obecnym stanie 500+ zachęca do bierności zawodowej.

Aktywność zawodowa najniższa od blisko 20 lat

Współczynnik aktywności zawodowej, niezwykle ważna miara rynku pracy, pokazuje, jaki odsetek osób pracuje lub jest chętny do pojęcia zarobkowego zajęcia w stosunku do populacji w danym przedziale wiekowym. Jego niska wartości sugeruje poważne problemy strukturalne na rynku pracy. W przyszłości może się również przełożyć na niezwykle niskie świadczenia emerytalne, które obniżą jakość życia na starość lub zwiększą koszty funkcjonowania systemu ubezpieczeń społecznych.

Szczególnie niepokojąco w tym kontekście wygląda cyklicznie przeprowadzane przez GUS ankietowe Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL). Według danych za III kwartał 2017 r. aktywność zawodowa kobiet w wieku 25-34 lata spadła do najniższego poziomu od 2003 r. (najstarsze dane GUS) i wynosi 74,2 proc. Jednakże wg danych Eurostatu, które obejmują jeszcze szerszy zakres czasu, to najniższe wartości przynajmniej od 1999 r., czyli od blisko 20 lat.

500 plus sprzyja bierności

GUS także w pierwszy raz w swoich cokwartalnych raportach udostępnił dane dotyczące aktywności zawodowej wśród rodzin pobierających świadczenie Rodzina 500 plus.

Wyjątkowo martwić może fakt, że aktywność zawodowa rodziców w gospodarstwach domowych, gdzie pobierane jest świadczenie na pierwsze i jedyne dziecko, wynosi średnio tylko 69,7 proc. W przypadku rodzin z jednym dzieckiem, gdzie 500+ nie jest otrzymywane (przekroczone kryterium dochodowe), aktywność zawodowa jest nieporównywalnie większa i wynosi 89 proc.

Według ostatnich danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (MRPiPS) 723 tys. gospodarstw domowych otrzymuje 500 plus na pierwsze oraz jedyne dziecko. Ponad 30-procentowy współczynnik bierności zawodowej wśród tych rodzin może oznaczać, że ok 350-400 tys. dorosłych wychowujących jedno dziecko nie ma pracy oraz jej nie szuka, a dostaje świadczenie 500+.

Konieczna reforma

Podstawowym problemem programu Rodzina 500 plus jest względnie nisko ustalone kryterium dochodowe otrzymania świadczenia na pierwsze dziecko. Ryzyko jego utraty zniechęca rodziców do szukania pracy. Podjęcie zatrudnienia przez współmałżonka w niektórych gospodarstwach domowych powoduje, że otrzymają one netto tylko ok. 15 proc. dodatkowego dochodu właśnie ze względu na utratę świadczeń społecznych i konieczność zapłacenia podatku.

Brak podniesienia kryterium dochodowego w programie 500 plus lub zachęt podatkowych do podjęcia zatrudnienia wśród najsłabiej sytuowanych rodzin będzie utrwalać ich bierność zawodową. W rezultacie 500 plus zamiast poprawić sytuację finansową tych gospodarstw domowych zacznie działać w przeciwnym kierunku.

 

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

 

 

 

W 2016 r. 1,465 mln osób otrzymywało wynagrodzenie minimalne. Było to 13 proc. ogółu zatrudnionych na umowę o pracę – podał GUS.

W latach 2013-2015 liczba pracowników zatrudnionych na podstawie umowy o pracę i otrzymujących minimalne wynagrodzenie utrzymywała się na podobnym poziomie – 1,337-1,357 mln osób. W 2016 r. liczba takich pracowników wzrosła do 1,465 mln, czyli o prawie 10 proc. Ponieważ jednak wzrosło także zatrudnienie, to udział pracowników otrzymujących minimalne wynagrodzenie pozostał na poziomie 13 proc. zatrudnienia ogółem.

Jak widać nawet poprawiająca się z punktu widzenia pracowników (a pogarszająca z punktu widzenia pracodawców) sytuacja na rynku pracy, malejące bezrobocie, rosnące wynagrodzenia, nie zmieniają podejścia do minimalnego wynagrodzenia. Odsetek osób otrzymujących płace minimalną w niektórych branżach rośnie.

Szczególnie w budownictwie (31 proc. ogółu zatrudnionych w 2016 r.), handlu, naprawie pojazdów samochodowych, zakwaterowaniu i gastronomii oraz w działalności w zakresie usług administrowania i działalności wspierającej (24 proc.).

Szczególnie ciekawa jest sytuacja w budownictwie, gdzie w 2016 r. 31 proc. zatrudnionych otrzymywało minimalne wynagrodzenie, a w 2013 r. było tych osób mniej, bo 28 proc. Sytuacja znacznie się pogorszyła. Wydaje się, że ważną przyczyną tego stanu rzeczy są projekty inwestycyjne realizowane przez firmy budowlane w trybie zamówień publicznych. Mimo zmian w prawie ciągle o wyborze firm realizujących projekty inwestycyjne decyduje najniższa cena. Przedsiębiorstwa budowlane, nie mając wpływu na większość kosztów, pilnują tych, na które wpływ mają – wynagrodzeń. Ale i tak często okazuje się to niewystarczające i wiele firm budowalnych traci płynność finansową, a część upada.

Polityka wyboru ofert z najniższą ceną „mści się” także na instytucjach publicznych. W 2017 r. coraz więcej przetargów ogłaszanych przez instytucje publiczne pozostawało bez odpowiedzi ze strony przedsiębiorców, albo zgłaszała się do przetargu jedna firma. Efekt – znacznie mniej rozpoczętych i realizowanych inwestycji finansowanych z pieniędzy publicznych (unijnych i krajowych) niż było to możliwe.

Niestety, na razie nie widać ze strony decydentów chęci głębokiej zmiany podejścia do zamówień publicznych. Konsekwencje tego będziemy ponosić wszyscy, bo mając pieniądze na inwestycje rząd i samorządy często nie będą mogły ich wykorzystać, bo nie będzie przedsiębiorców chętnych do realizacji tych inwestycji. Zamiast coraz mniej, to coraz więcej pracowników w budownictwie będzie otrzymywać minimalne wynagrodzenie, a firmy budowlane będą tracić płynność finansową.

Należy jak najszybciej przyjrzeć się tym problemom i wprowadzić zmiany tak w ustawie o zamówieniach publicznych, jak i w procesie administracyjnym związanym z ogłaszaniem i rozstrzyganiem przetargów.

 

 

Autor: dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

Józefów nad Wisłą, Otyń, Sanniki, Tułowice, Wiślica, Łagów i Radoszyce, to te gminy wraz z rozpoczęciem 2018 roku otrzymały status miasta.

Od 1 stycznia 2018 roku, na administracyjnej mapie Polski pojawiło się siedem kolejnych miast. Rząd zdecydował o przyznaniu tego statusu gminom Józefów nad Wisłą, Otyń, Sanniki, Tułowice, Wiślica, Łagów i Radoszyce. Dzięki temu od początku 2018 roku w Polsce istnieć będzie 930 miast.

Uzyskanie statusu miasta wiąże się m.in. ze zmianą wizerunkową i większym prestiżem miejscowości. Może przynieść jej także wymierne korzyści, na przykład zyskanie na atrakcyjności inwestycyjnej, a także możliwość starania się o fundusze związane z rozwojem obszarów miejskich.

Rozporządzenie Rady Ministrów przesądziło, że status miasta z dniem 1 stycznia 2018 roku otrzymały:

– Józefów nad Wisłą – w gminie Józefów nad Wisłą, w powiecie opolskim, w województwie lubelskim;
– Otyń – w gminie Otyń, w powiecie nowosolskim, w województwie lubuskim;
– Sanniki – w gminie Sanniki, w powiecie gostynińskim, w województwie mazowieckim;
– Tułowice – w gminie Tułowice, w powiecie opolskim, w województwie opolskim;
– Wiślica – w gminie Wiślica, w powiecie buskim, w województwie świętokrzyskim;
– Łagów – w gminie Łagów, w powiecie kieleckim, w województwie świętokrzyskim;
– Radoszyce – w gminie Radoszyce, w powiecie koneckim, w województwie świętokrzyskim.

Pięć z siedmiu nowych miast posiadało już ten status w przeszłości (nie zaliczają się do tej grupy Sanniki i Tułowice). Józefów nad Wisłą posiadał prawa miejskie w latach 1687 – 1868 r. Otyń był już miastem w latach 1329-1945, podobnie jak Łagów, który prawa miejskie posiadał w latach 1375-1869, a także Radoszyce (1370-1870). Z kolei Wiślicy prawa miejskie zostały nadane przed 1326 r. – miejscowość utraciła je po powstaniu styczniowym w roku 1869.

Rada Ministrów przesunęła o rok termin zmiany statusu miejscowości Chełmiec. Analizując sprawę, wzięto pod uwagę wątpliwości zasygnalizowane w wystąpieniu radnych gminy Chełmiec dotyczące przeprowadzonych konsultacji. Ponieważ nie zostały one wyjaśnione, MSWiA podtrzymało stanowisko przesunięcia terminu wejścia w życie zmiany dotyczącej nadania statusu miasta. Pozwoli to wszystkim zainteresowanym na ponowną analizę tej kwestii, w tym na rzetelne skonsultowanie z mieszkańcami.

W przeprowadzonych do tej pory konsultacjach 75 proc. mieszkańców miejscowości (sołectwa) Chełmiec było za zmianą statusu (przy frekwencji 54 proc.), jednak w pozostałej części gminy Chełmiec (bez wspomnianego sołectwa) w konsultacjach wzięło udział zaledwie 3 proc. mieszkańców – zdecydowana większość z nich, bo aż 64,77 proc. sprzeciwiła się zmianie statusu miejscowości. Warto dodać, że cała gmina Chełmiec liczy blisko 28 tys. mieszkańców.
Według danych GUS, w 2017 roku istniały w Polsce 923 miasta. Były to 302 gminy miejskie oraz 621 miast położonych w gminach miejsko-wiejskich.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

W 2016 r. we wszystkich województwach odnotowano wzrost PKB r/r. Największy nastąpił w województwie pomorskim, najmniejszy w opolskim – podał GUS.

Polska jest ciągle bardzo zróżnicowana pod względem poziomu produktu krajowego brutto (PKB), jego wzrostu, a szczególnie pod względem PKB przypadającego na 1 mieszkańca, co jest niedoskonałą, ale jednak powszechnie stosowaną miarą dobrobytu.

W 2016 r. PKB Polski w cenach bieżących wzrósł o 3,3 proc. r/r. Szybciej od średniej dla Polski rosły gospodarki 8. województw, szczególnie gospodarka pomorska, małopolska i wielkopolska. Te regiony są jednymi z najlepiej rozwiniętych i widać, że nie spoczywają na laurach. W efekcie w ciągu 4 lat PKB na 1 mieszkańca w Małopolsce wzrósł w stosunku do  średniego PKB per capita dla Polski w największym stopniu, bo o prawie 7 proc., w Wielkopolsce – o 4 proc.

Ciągle jednak to Mazowsze wypracowuje największą część polskiego produktu krajowego brutto  – 22,2 proc. Największy jest także na Mazowszu PKB na 1 mieszkańca – 77 tys. zł (2016), co stanowi prawie 160 proc. średniej dla Polski. Mazowsze jest jednak bardzo zróżnicowane, a tym samym i poziom dobrobytu jest tu bardzo zróżnicowany. Ponadto Mazowsze ostatnio rozwija się wolniej niż wiele innych województw, a w efekcie zmniejsza się relacja mazowieckiego PKB per capita w stosunku do średniej dla Polski (w 2012 r. było to 165 proc. średniego PKB per capita dla Polski, w 2016 r. – 159,2 proc.).

Na końcu listy „dobrobytu”, czyli z najmniejszym PKB per capita, lokuje się lubelskie (68,9 proc. średniej dla Polski), Podlaskie (70,9 proc.) i Podkarpackie (70,5 proc.). Niewiele wyższy poziom PKB per capita ma województwo świętokrzyskie i warmińsko-mazurskie.

Dane, które przedstawił GUS wskazują, że część województw o najwyższym poziomie PKB per capita ciągle pooprawia swoją gospodarczą sytuację, jednak część – Mazowsze, Dolny Śląsk i Śląsk – nie poprawia dobrobytu tak szybko jak średnio wszystkie regiony w Polsce.  Podobnie jest w grupie najsłabszych gospodarczo województw – część podnosi PKB per capita szybciej niż średnio wszystkie regiony w Polsce, część wolniej.

Świadczy to o tym, że można przełamać barierę niemożności – słabo rozwinięte województwa mogą rozwijać się szybciej. Pokazuje to Podkarpacie i Lubuskie. Warto przyjrzeć się tym regionom i podejmowanym w nich działaniom, kierunkom wykorzystania funduszy unijnych, realizowanym inwestycjom, warunkom prowadzenia biznesu. Może można będzie wykorzystać te doświadczenia w województwach, które ciągle słabo sobie radzą i „tracą pole”, mimo że także dysponują funduszami europejskimi.

 

 

 Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

 

Eksperci

Lipka: Gospodarcza potyczka Warszawy i Berlina. Wygrywamy!

Porównaliśmy PKB europejskich stolic, bezrobocie i wynagrodzenia. Z zestawienia wynika, że Warszawa ...

Grejner: Obcy kontra Bitcoin

Kryptowaluty odbijają się od dna, bitcoin odzyskał poziom 10 tys. dolarów. Jednak szał na kryptowalu...

Mordasewicz: Warto wykorzystać potencjał powszechnych towarzystw emerytalnych

W tym tygodniu rząd ma zaprezentować projekt ustawy o pracowniczych programach kapitałowych. Warto w...

Starczewska-Krzysztoszek: Wzrost PKB na piątkę z małym plusem

W 4. kwartale 2017 r. PKB wzrósł o 5,1 proc. r/r, a PKB wyrównany sezonowo - o 4,3 proc. - podał GUS...

Bugaj: Prawdziwe przyczyny ostatniego „krachu”

Jedna z rynkowych zasad głosi, że spadki na giełdach kończą się w momencie, kiedy dobrze zostaną poz...

AKTUALNOŚCI

Kopalnia Ruch Śląsk zostanie zlikwidowana

Likwidacja ruchu Śląsk kopalni Wujek, przekazanego do Spółki Restrukturyzacji Kopalń, będzie realizo...

NRPiP postuluje zwiększenie stawki żywieniowej w szpitalach

Stawki żywieniowe dla pacjentów w szpitalach – które ustalają kierownicy poszczególnych podmiotów le...

Uwaga właściciele salonów – od dziś niepełnoletni nie mogą korzystać z solarium

Nawet kilka wizyt w solarium przed 30 rokiem życia zwiększa ryzyko zachorowania na raka skóry o 75 p...

GUS: Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto wzrosło w styczniu o 7,3 procent

Przeciętne wynagrodzenie wyniosło jednak 4588,58 zł, co oznacza, że było o 7,7 proc. niższe niż mies...

PSE buduje stacje i linie o wartości 1,2 mld zł

Polskie Sieci Elektroenergetyczne na terenie woj. Pomorskiego realizują inwestycje o wartości ponad ...