wtorek, Listopad 21, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "GUS"

GUS

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc. r/r – podał GUS. To efekt coraz silniejszej presji płacowej wynikającej ze stale  rosnącego popytu na pracowników.

Pracodawcy coraz silniej konkurują o pracowników zarówno wykwalifikowanych, jak i tych zatrudnianych w pracach prostych. Wyzwaniem jest nie tylko rekrutacja, a utrzymanie obecnie pracujących w firmach. Dlatego zatrudniający coraz częściej decydują się zwiększać wynagrodzenie, aby zatrzymać pracowników w firmach.  Obawa o brak pracowników widoczna jest przede wszystkim w planach budżetów na przyszły rok. Zarządzający świadomie decydują się zwiększyć budżety na wynagrodzenia przygotowując się na to, że będą postawieni przed koniecznością zaoferowania podwyżki. W przeciwnym razie będzie groziła im utrata pracownika, któremu coraz częściej oferowane jest wyższe wynagrodzenie u konkurencji.

Spadającemu bezrobociu oraz coraz lepszej koniunkturze gospodarczej  towarzyszy coraz większa rotacja pracowników. Szczególnie młode osoby charakteryzuje zdecydowanie większa skłonność do zmiany pracy. Od pracodawców oczekują przede wszystkim możliwości rozwoju oraz dobrych warunków pracy z jasno określonym zakresem obowiązków. Dlatego jeśli któryś z tych elementów nie spełnia ich oczekiwań często decydują się na zmianę pracy. Dla młodych ważna jest także wysokość wynagrodzenia, która często jest nieadekwatna do posiadanych umiejętności. Bardzo ważne jest również  możliwość godzenia życia zawodowego z prywatnym. Dlatego istotnym powodem rezygnacji z pracy jest konieczność pracy po godzinach.

Niestety, długoterminowe prognozy nie są korzystne. Brak pracowników jest efektem niskiej aktywności zawodowej, wchodzenia na rynek pokolenia niżu demograficznego oraz obniżenia wieku emerytalnego. Nie widać jednak perspektywy zmiany tej sytuacji. Kończy się zasób pracowników, których możemy pozyskać zza wschodniej granicy. Dlatego należy odpowiedzialnie zaplanować politykę migracyjną, która zachęci do przyjazdu do kraju osoby z kompetencjami pożądanym przez pracodawców. Przykładem tego trendu jest branża ICT, której przedstawiciele coraz częściej poszukują pracowników w Azji,  a w szczególności w  Indiach.

Drugim zadaniem jakie stoi przed rządem jest zapewnienie warunków do rozwoju rynku pracy w kontekście kształcenia przyszłych i obecnych pracowników. Trzeba zbudować system współpracy pracodawców ze szkołami i uczelniami. Szkoły branżowe nie załatwią wszystkiego. Potrzebna jest sieć ekspertów, którzy będą zajmować się współpracą szkół i biznesu, modyfikować podstawy kształcenia, tak by odpowiadały na przyszłe potrzeby gospodarki. Obecnie zbyt mało pieniędzy przeznacza się na kształcenie i podnoszenie kwalifikacji pracowników. W ramach przyszłorocznego Funduszu Pracy zostały zmniejszone środki na Krajowy Fundusz Szkoleniowy.

 

 

Autor:  Jakub Gontarek z departamentu pracy, dialogu i spraw społecznych Konfederacji Lewiatan

Branża IT kusi dobrym wynagrodzeniem, benefitami i stabilną pracą. Wynagrodzenia pracowników firm z sektora IT rosną bardzo szybko. Od 2009 roku do 2017 roku wzrosły o 1153 złote. Według prognoz ekspertów Kodilla.com, do 2020 roku pensje wzrosną o 1572 zł. W 2017 roku wynagrodzenie w branży IT wyniosło średnio 3894 złotych. Już po 5 latach pracy zarobki wzrastają do 10 tysięcy złotych.

Konkurencja o najlepszych specjalistów IT jest bardzo duża. Pracodawcy decydują się zapłacić więcej, aby zachęcić i zatrzymać najlepszych z nich. Aby to osiągnąć, konieczne są podwyżki oraz pakiety świadczeń dodatkowych, dopasowane do indywidualnych potrzeb pracowników. Z drugiej strony pracownicy, szczególnie z branży IT, są świadomi niedoborów kadrowych i wymagają coraz więcej. Czy pracodawcy są w stanie zapewnić im to, czego oczekują?

Z analizy ekspertów Kodilla.com wynika, że obecnie, jak i w przyszłości, firmy z sektora IT nie będą miały z tym problemu. Ich przychody rosną, a jednocześnie charakteryzują się stosunkowo małym procentem kosztów (76,7%), więc mają do dyspozycji kapitał na podwyżki albo dodatkowy program socjalny. Dla porównania, w całej gospodarce udział kosztów do przychodów wynosi 94%. Im niższy udział kosztów, tym wyższa jest efektywność danego sektora, a firmom zostaje więcej zysku.

Może się wydawać, że to nieduża kwota, ale w danych GUS zawarte są wynagrodzenia wszystkich pracowników, czyli programistów, ale też np. asystentów, stażystów czy osób zajmujących się sprzątaniem. Jeśli chodzi o pensje programistów, według raportów Sedlak&Sedlak mediana wynagrodzeń na stanowisku javascript/frontend webdeveloper w 2017 roku wyniosła 5430 zł, a java developera 6774 zł (brutto na umowie o pracę). Porównując do roku 2016, jest to więcej o 230 zł w obu przypadkach, nawet mimo dołączenia do branży kilkunastu tysięcy nowych pracowników, którzy mogli zaniżyć średnią.

Analiza wynagrodzeń w poszczególnych sektorach rynku potwierdza, że sektor IT charakteryzuje się najwyższym średnim wynagrodzeniem – wynosi ono 3900 zł. Powyżej 3 tys. zł zarabiają również pracownicy nieruchomości (3318 zł) i firm z sektora Nauka i technika. Najmniejsze pensje są odnotowane w branży Leśnictwo i rybactwo.

W 2020 roku firmy z branży IT odnotują wzrost przychodów o 23 mld złotych, koszty utrzymają się na poziomie 28 mld zł, a pensje pracowników IT wzrosną o 1572 zł w stosunku do roku 2009. Zarówno wyniki finansowe, jak i prognozy zachęcają coraz więcej osób do dołączenia do branży IT.

 

 

 

 

 

Autor: Marcin Kosedowski, Kodilla.com

GUS potwierdził swój wstępny szacunek, według którego inflacja w październiku wyniosła 2,1 proc. Lekki spadek wskaźnika po osiągnięciu we wrześniu poziomu 2,2 proc. zawdzięczamy głównie mniejszej niż poprzednio zwyżce cen paliwa. Wciąż jednak mocno drożeje żywność, której ceny poszły w górę aż o 5,8 proc., a w kategorii żywność i napoje bezalkoholowe o 5,4 proc. (we wrześniu wzrost wyniósł odpowiednio 5,3 i 5 proc.). Mocniej niż we wrześniu wzrosły koszty związane z mieszkaniem, bo aż o 2 proc., wobec 1,8 miesiąc wcześniej, z 2,3 do 2,6 proc. zwiększyły się koszty utrzymania mieszkania i nośników energii.

W najbliższych miesiącach można się spodziewać dalszego niewielkiego obniżenia się wskaźnika inflacji, jednak będzie to głównie efekt statystyczny, wynikający z wyższej bazy odniesienia. W listopadzie ubiegłego roku pożegnaliśmy się z deflacją i ceny przestały spadać. W grudniu wzrosły już o 0,8 proc., a pierwsze miesiące obecnego roku przyniosły jej skok od 1,7 w styczniu do 2,2 proc. w marcu. Presja inflacyjna będzie jednak nadal odczuwalna, między innymi w związku z sytuacją na rynku pracy, napędzającą i tak już silny popyt konsumpcyjny, ale także rosnącymi cenami surowców, w tym energetycznych oraz wyższymi kosztami produkcji, zarówno w rolnictwie, jak i w przemyśle.

Do rosnącej inflacji musimy się przyzwyczaić, dostosowując do niej swoje nawyki konsumpcyjne oraz preferencje w inwestowaniu i lokowaniu oszczędności. Według najnowszej prognozy NBP, w przyszłym roku inflacja wyniesie średnio 2,3 proc., a w 2019 r. może podskoczyć do 2,7 proc. Te przewidywania należy wziąć pod uwagę w swoich kalkulacjach. Dla konsumentów dobrą wiadomością jest to, że zmniejszyć się ma w kolejnych latach dynamika cen żywności. O ile w tym roku sięgnie ona 4 proc. to w przyszłym wyniesie już tylko 2,8 proc., a w 2019 r. o 2,9 proc. Taniej więc nie będzie, ale przynajmniej ceny nie będą rosły tak mocno jak w tym roku, choć wiele będzie zależeć także od warunków pogodowych. Eksperci banku centralnego przewidują też nieco wolniejszy wzrost cen energii, których dynamika ma obniżyć się z tegorocznych 3 proc. do 2,7 proc. w przyszłym roku i 2,1 proc. w 2019 r.

 

 

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Dziś w wieku mobilnym jest około 14,5 mln Polaków. W 2050 roku liczba ta zmniejszy się o 4,5 mln. By utrzymać dzisiejsze proporcje pomiędzy osobami w wieku mobilnym i poprodukcyjnym potrzeba 10,6 mln osób. Jednym z rozwiązań, które może zapobiec kryzysowi demograficznemu na rynku pracy jest jego szersze otwarcie na cudzoziemców. Przepisy wchodzące w życie od przyszłego roku dotyczące zatrudniania cudzoziemców nie zmienią znacząco sytuacji na rynku pracy. Wprowadzą za to więcej wymogów formalnych dla pracodawców z sektora rolnego, ogrodniczego i turystycznego.

Polskiemu rynkowi pracy grozi kryzys

W ostatnich latach jednym z najbardziej widocznych zjawisk w polskim życiu społecznym jest migracja Polaków, w tym szczególnie młodego pokolenia. Z danych GUS wynika, że w 2016 roku poza granicami Polski przebywało ponad 2,5 mln Polaków. W 2080 roku Polska może być krajem, który będzie miał niespełna 30 mln mieszkańców. Czy sytuację demograficzną Polski mogą zmienić obcokrajowcy? Bardziej intensywna imigracja do Polski była do tej pory przewidywana przez demografów dopiero po 2030 roku. Imigranci mają sprawić, że w 2080 roku populacja Polski będzie większa o 1,2 mln osób. Kryzys demograficzny pozostaje nie bez wpływu na rynek pracy. Dziś w wieku mobilnym jest około 14,5 mln Polaków, w 2050 r. liczba ta zmniejszy się o 4,5 mln osób. By utrzymać dzisiejsze proporcje pomiędzy Polakami w wieku poprodukcyjnym i mobilnym potrzeba 10,6 mln osób.

– Nawet jeżeli w najbliższych latach w Polsce utrzyma się stały napływ imigrantów z Ukrainy, to i tak nie wystarczy to, aby zatrzymać negatywne tendencje demograficzne. Potrzebujemy przynajmniej 4,5 mln osób w wieku produkcyjnym. Do naszego kraju musieliby przyjechać wszyscy Ukraińcy deklarujący chęć wyjazdu do Polski, czyli ponad 4 mln osób – mówi Piotr Arak, Menedżer w Zespole Analiz Ekonomicznych Deloitte.

W Polsce pracują głównie Ukraińcy

W Polsce od 2014 roku widoczny jest znaczny wzrost liczby zezwoleń na pracę wydanych firmom zatrudniającym obywateli krajów spoza Unii Europejskiej. W 2016 roku w porównaniu do roku poprzedniego wyniósł on 93 proc. W pierwszym półroczu 2017 roku wzrost liczby wydanych zezwoleń na pracę przekroczył 100 proc. (w porównaniu do pierwszego półrocza 2016 r.). W tym czasie takie zezwolenia otrzymało ponad 108 tys. osób.

– W ogólnej liczbie wydanych zezwoleń dominują obywatele Ukrainy. W 2016 roku otrzymali około 83 proc. z nich. Pozostały odsetek przypada na obywateli Białorusi, Mołdawii, Indii, Chin oraz innych krajów trzecich – mówi Marcin Grzesiak, Starszy Menedżer w Zespole Rozwiązań dla Pracodawców w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

W przepisach polskiego prawa istnieje uproszczona forma zatrudniania cudzoziemców (dotycząca cudzoziemców pochodzących z Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy) pozwalająca na ich angażowanie bez konieczności uzyskiwania zezwolenia na pracę na okres sześciu miesięcy w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy. Również w tym przypadku zdecydowana większość oświadczeń dotyczyła obywateli Ukrainy – aż 96 proc. z ponad 1,3 mln oświadczeń zarejestrowanych w 2016 r. przypadało na Ukraińców (95 proc. w pierwszym półroczu 2017 r.). Pracowników z Ukrainy zatrudnia bądź zatrudniało 16 proc. polskich firm. W tej grupie prym wiodą duże podmioty, wśród których współpracę z kadrą ze Wschodu zadeklarowało 44 proc. W przypadku średnich firm odsetek ten wyniósł 21 proc., a w małych 13 proc.

Nowe zasady dla rolnictwa, ogrodnictwa i turystyki

Na początku sierpnia 2017 roku Prezydent podpisał nowelizację ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, która wprowadza szereg zmian w zakresie legalizacji pobytu i pracy cudzoziemców w Polsce. Wejdzie ona w życie od 1 stycznia 2018 roku. Nowa ustawa implementuje, m.in. postanowienia dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/36/UE z dnia 26 lutego 2014 r. w sprawie warunków wjazdu i pobytu obywateli państw trzecich w celu zatrudnienia w charakterze pracownika sezonowego.

Co się zmieni? Przede wszystkim pojawi się nowy rodzaj zezwolenia na pracę – zezwolenie na pracę sezonową. Będą się mogli o nie ubiegać obywatele wszystkich państw spoza UE. Zezwolenia będą wydawane dla trzech sektorów: rolnictwa, ogrodnictwa i turystyki. Warunkiem zatrudnienia cudzoziemca będzie przeprowadzenie przez pracodawcę tzw. testu lokalnego rynku pracy, który powinien wykazać, że na dane miejsce pracy nie ma chętnych wśród Polaków (z obowiązku przeprowadzenia testu rynku pracy będą zwolnieni obywatele Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy). Zezwolenie będzie wydawane na nie dłużej niż dziewięć miesięcy w roku kalendarzowym.

Zmieniona ustawa utrzymuje  w dalszym ciągu możliwość wykonywania pracy na podstawie uproszczonej procedury dla obywateli Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy, podejmujących zatrudnienie w podmiotach  spoza wymienionych wyżej sektorów. Okres wykonywania pracy na podstawie oświadczenia nadal nie będzie mógł być dłuższy niż sześć miesięcy w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy. Wydanie oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi będzie jednak od nowego roku odpłatne. Pracodawcy zatrudniający cudzoziemców w Polsce powinni więc przygotować się na nadchodzące zmiany przepisów imigracyjnych w zależności od sektora, w którym prowadzą działalność.

Większe wymogi mają ograniczyć szarą strefę

Co ważne, nowe przepisy zakładają zaostrzenie kar dla podmiotów zatrudniających cudzoziemców nielegalnie – górny limit grzywny za wykroczenia pracodawców związane z nielegalnym zatrudnieniem zostanie od przyszłego roku podniesiony do poziomu 30 tys. zł. (obecnie limit grzywny wynosi 5 tys. zł). Jednocześnie zezwolenia na pracę oraz oświadczenia wydane w procedurze uproszczonej będą rejestrowane w systemach teleinformatycznych, do których dostęp będą miały m.in. służby kontrolujące legalność zatrudnienia i pobytu cudzoziemców.

– Groźba dotkliwszych sankcji związanych z niezgodnym z prawem zatrudnieniem cudzoziemców może ograniczyć szarą strefę i tym samym przełożyć się na dalszy wzrost zainteresowania legalnymi formami zatrudnienia cudzoziemców spoza UE w Polsce, zwłaszcza tymi bardziej długoterminowymi– mówi Marcin Grzesiak.

Zdaniem ekspertów Deloitte zapowiedziane zmiany komplikują obecnie obowiązujące procedury legalizacji pracy cudzoziemców, podczas gdy zapotrzebowanie rynku na nowych pracowników rośnie i będzie nadal rosło.

– Imigracja do Polski znajdzie się pod większą kontrolą państwa i urzędów, a pracodawcy, którzy korzystają z zatrudnienia cudzoziemców muszą liczyć się z częstszymi niż dotychczas kontrolami służb sprawdzających legalność zatrudnienia i pobytu cudzoziemców – mówi Marcin Grzesiak.

Jednocześnie, jak zaznaczają eksperci, mechanizm kontrolowania pracodawców jest w interesie samych cudzoziemców.

– Wprowadzane zmiany przy zezwoleniach na pracę sezonową wymagają chociażby wskazania, gdzie pracownicy spoza Polski będą mieszkać. Dotychczas zdarzały się wcale nie tak rzadkie przypadki wykorzystywania obywateli zza wschodniej granicy Polski. Nowe przepisy mają zmniejszyć szarą strefę i wpłynąć na poprawę jakości życia i pracy przyjeżdżających do Polski osób – mówi Piotr Arak.

Obecnie w polskim parlamencie trwają również prace nad nowelizacją ustawy o cudzoziemcach. Projekt ustawy ma przede wszystkim na celu dostosowanie polskiego porządku prawnego do dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/66/UE z dnia 15 maja 2014 r. w sprawie warunków wjazdu i pobytu obywateli państw trzecich w ramach przeniesienia wewnątrz przedsiębiorstwa. Dotyczy ona przede wszystkim pracowników o wyższych kwalifikacjach (kadra kierownicza, specjaliści oraz stażyści) i ma wspierać ich mobilność w ramach Unii Europejskiej. Cudzoziemiec, który będzie oddelegowany do pracy w ramach podmiotów powiązanych w kilku krajach UE, będzie musiał ubiegać się o pozwolenie na pracę i pobyt tylko w jednym z nich. Pozostałe kraje unijne, w zależności od długości pobytu na ich terytorium, mają obowiązek je honorować. Co ważne, część krajów UE przyjęła już te rozwiązania. W Polsce implementacja dyrektywy do polskiego porządku prawnego nadal trwa.

 

 

Autor: Marcin Grzesiak, Starszy Menedżer w Zespole Rozwiązań dla Pracodawców w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Nieczęsto pojawiają się informacje dotyczące wartości mieszkań sprzedanych w Polsce. Takie ciekawe dane niedawno opublikował Główny Urząd Statystyczny. Informacje zebrane przez GUS, pozwalają nam na sprawdzenie, jak bardzo rynek lokali mieszkalnych jest skoncentrowany w dużych miastach. Dzięki danym przeanalizowanym przez RynekPierwotny.pl, można również przekonać się, w którym mieście nowe mieszkania mają największą przewagę rynkową nad lokalami „z drugiej ręki”.   

Co druga złotówka jest wydawana na lokale z największych miast 

Informacje o wartości transakcji przeprowadzanych na rynku mieszkaniowym, w praktyce są dość trudne do zgromadzenia. Problem stanowi między innymi rozproszenie obrotu używanymi mieszkaniami. Rejestry cen i wartości nieruchomości prowadzone przez starostwa powiatowe i urzędy miast na prawach powiatu, są praktycznie jedynym wiarygodnym źródłem informacji. Główny Urząd Statystyczny niedawno przeanalizował dane notarialne z takich rejestrów dotyczące 2016 r. Kompletne zestawienia sprzedanych lokali nie są dostępne od razu po zakończeniu roku kalendarzowego. Informacje o transakcjach z ostatnich miesięcy każdego roku, najpierw muszą zostać przekazane przez notariuszy i uwzględnione w urzędowym rejestrze.

Na podstawie informacji zebranych przez samorządy i GUS, można np. samodzielnie sprawdzić, jaki udział dwadzieścia największych rynków z 2016 roku, miało w łącznej wartości obrotu lokalami mieszkalnymi. Jak zauważają eksperci portalu rynekpierwotny.pl w grupie dwudziestu lokalnych rynków (powiatów i miast na prawach powiatu) z największą wartością sprzedanych mieszkań, znajdują się nie tylko miasta wojewódzkie. Do czołówki zakwalifikował się też powiat poznański, powiat wołomiński, powiat wejherowski i powiat wrocławski. Dwa pierwsze powiaty (poznański i wołomiński), w 2016 r. cechowały się większą wartością obrotu mieszkaniami niż np. Olsztyn, Katowice oraz Kielce.

Wszystkie wymienione wcześniej lokalizacje, pod względem wartości obrotu mieszkaniami, oczywiście nie mogą konkurować z największymi metropoliami.

Mowa o następujących miastach:

Warszawie (26,2% wartości lokali mieszkalnych sprzedanych w 2016 r.)

Wrocławiu (8,9% wartości lokali mieszkalnych sprzedanych w 2016 r.)

Krakowie (8,9% wartości lokali mieszkalnych sprzedanych w 2016 r.)

Gdańsku (5,8% wartości lokali mieszkalnych sprzedanych w 2016 r.)

Poznaniu (4,4% wartości lokali mieszkalnych sprzedanych w 2016 r.)

Łodzi (2,5% wartości lokali mieszkalnych sprzedanych w 2016 r.)

Jak nietrudno obliczyć, sześć powyższych metropolii w minionym roku wygenerowało 56,7% wartości obrotu na całym krajowym rynku lokali mieszkalnych. Udział wspomnianych miast w rynku lokalowym będzie mniejszy (40,8%), jeżeli weźmiemy pod uwagę liczbę, a nie łączną wartość sprzedanych mieszkań. Wynika to z ponadprzeciętnej ceny lokali kupowanych na terenie największych miast.

Nowe mieszkania dominują m.in. na krakowskim i gdańskim rynku

 Interesująco przedstawia się również udział dziesięciu największych rynków lokalnych w ogólnej wartości nowych mieszkań, które sprzedano od stycznia do grudnia 2016 r. Po odpowiednim przekształceniu danych GUS-u okazuje się na przykład, że Warszawa miała nieco większy udział w wartości krajowego rynku pierwotnego (27,6%) niż rynku wtórnego (24,9%) – tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl. Znacznie większa różnica w 2016 r. dotyczyła Krakowa (rynek pierwotny – 12,6%, rynek wtórny – 5,5%). Ta sytuacja wydaje się ciekawa ze względu na niewielką różnicę pomiędzy przeciętnymi cenami 1 mkw. nowego i używanego mieszkania w Krakowie.

Na tle największych rynków, Kraków wyróżnia się też wysokim udziałem nowych mieszkań w ogólnej wartości sprzedaży lokali mieszkalnych z 2016 r. (68,1%). Wysoki wynik odnotowano też w Gdańsku (64,1%). Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja dotycząca Łodzi. Tamtejsze nowe mieszkania od stycznia do grudnia 2016 r. wygenerowały niecałe 40% wartości sprzedaży lokali. Taki wynik potwierdza słabą kondycję łódzkiego rynku pierwotnego.

Warto również zwrócić uwagę na różnicę pomiędzy Łodzią oraz Krakowem i Wrocławiem dotyczącą udziału w krajowym obrocie wszystkimi lokalami (zarówno nowymi jak i używanymi). Niewykluczone, że wyludniająca się Łódź pod względem wartości łącznych obrotów na rynku mieszkaniowym, niebawem zostanie wyprzedzona przez Szczecin oraz Lublin.

 

 

Źródło: materiały prasowe firmy

W ubiegłym roku wartość transakcji gruntami sięgnęła 22,67 mld zł. Choć w porównaniu do 2015 r. spadła o 12 proc., nadal była znacznie wyższa niż poprzednich latach. Wbrew obawom, obowiązujące od półtora roku zmiany zasad obrotu gruntami rolnymi nie wpłynęły na znaczące ograniczenie tego segmentu handlu nieruchomościami.

Według danych GUS, w 2016 r. w ramach 145 tys. transakcji właściciela zmieniło ponad 155 tys. nieruchomości gruntowych, a ich wartość sięgnęła 22,7 mld zł. To spadek o ponad 11 proc. pod względem liczby i o ponad 12 proc. w przypadku wartości obrotu w porównaniu do 2015 r., ale handel gruntami nadal był znacznie większy niż w poprzednich latach. Ubiegłoroczny spadek był jednak zjawiskiem wyjątkowym, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę bardzo duży, sięgający niemal 20 proc. wzrost liczby transakcji i przekraczający 36 proc. skok ich wartości w 2015 r., gdy już wiadomo było o planowanych zmianach ustawowych dotyczących ograniczenia obrotu ziemią rolną. Użytki rolne stanowiły niecałe 65 proc. liczby i 48 proc. transakcji wszystkimi nieruchomości gruntowych, dokonanymi w ubiegłym roku, a grunty pod zabudowę odpowiednio 34 i 51 proc. (pozostałe transakcje dotyczyły gruntów leśnych i zadrzewionych).

Liczba transakcji gruntami znajdującymi się w granicach miast wzrosła o 2,4 proc., a ich wartość była o 2,5 proc. wyższa niż w 2015 r. W przypadku nieruchomości poza granicami miast spadek liczby transakcji wyniósł 15,6 proc., a ich wartość była niższa o nieco ponad 25 proc. Pod względem obrotu gruntami pod zabudowę najbardziej intensywnie handlowano nieruchomościami w województwach mazowieckim, śląskim i małopolskim, gdzie dokonano prawie 21,3 tys. spośród 52,3 tys. transakcji dokonanych w całej Polsce, czyli niemal 41 proc. Pod względem wartości dominowały mazowieckie (ponad 3,9 mld zł), śląskie (1,34 mld zł) i wielkopolskie (1,1 mld zł), a łącznie udział tych trzech województw stanowił prawie 55 proc. sięgającej 11,6 mld zł transakcji ogółem, przy czym w mazowieckim koncentrowało się prawie 34 proc. wartości wszystkich transakcji gruntami pod zabudowę zawartych w kraju. Udział drugiego pod tym względem województwa śląskiego sięgnął 11,5 proc., a wielkopolskiego 9,2 proc. W obrocie gruntami rolnymi różnice między liderami były zdecydowanie mniejsze. Dominowało wielkopolskie, gdzie dokonano 11,7 proc. transakcji pod względem liczby i prawie 18 proc. pod względem wartości. W mazowieckim było to odpowiednio 10,3 i 10 proc., a w małopolskim 10 i 10,7 proc.

Choć ogólna skala obrotu gruntami zakwalifikowanymi jako użytki rolne, sięgająca ponad 100 tys. transakcji, obejmujących niemal 135 tys. hektarów o łącznej wartości prawie 11 mld zł może robić wrażenie, to warto zwrócić uwagę, że średnia powierzchnia gruntu zmieniającego właściciela sięgała zaledwie 1,34 hektara (w granicach miasta wynosiła 0,4 ha, a na obszarach wiejskich niecałe 1,6 ha). Najmniejszą średnią powierzchnią gruntu będącego przedmiotem transakcji, sięgającą 0,4 ha, zanotowano w województwie małopolskim, a największą wynoszącą 3,7 ha, w warmińsko-mazurskim. Średnia wartość transakcji gruntami rolnymi dla całej Polski wyniosła 108 tys. zł, najwyższą, przekraczającą 150 tys. zł, notowano w województwach dolnośląskim, wielkopolskim i warmińsko-mazurskim. Średnia cena za hektar w ramach kraju wahała się od 34 tys. zł w województwie lubelskim do 294 tys. zł w małopolskim.

Średnia powierzchnia i ceny gruntów przeznaczonych pod zabudowę charakteryzowały się znacznym zróżnicowaniem, w zależności od przeznaczenia. Dominującą z tego punktu widzenia zarówno pod względem liczby, jak i wartości transakcji, stanowiły grunty określane jako „zabudowa inna”, a więc o bardzo ogólnym i szerokim przeznaczeniu, w odróżnieniu od zarezerwowanych pod zabudowę mieszkaniową, przemysłową i handlowo-usługową. Jej udział wynosił 68 proc. pod względem liczby i aż 78 proc. pod względem wartości transakcji gruntami ogółem.

Średnia cena za metr kwadratowy gruntu pod zabudowę mieszkaniową wynosiła w ubiegłym roku 57,6 zł, pod zabudowę przemysłową 40,5 zł, handlowo-usługową 97,9 zł, a inną 67,5 zł, ale były jednocześnie bardzo zróżnicowane w zależności od lokalizacji (dla zabudowy innej od 20 do 45 zł poza granicami miast, do nawet 200 zł w miastach i ponad 300 zł w miastach na prawach powiatu).

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Takich danych GUS dawno nie odnotowywał – liczba zarejestrowanych jednoosobowych firm na koniec września 2017 r. sięgnęła niemal 3 mln. Co więcej, równolegle do grona zarejestrowanych, w górę pną się też zarobki mikroprzedsiębiorców.

Padł rekord. W Polsce jest zarejestrowanych najwięcej jednoosobowych działalności gospodarczych na przestrzeni ostatnich lat – na koniec września w rejestrze REGON wpisanych było ich 2,996 mln. To przewyższa najwyższe stany rejestru z lat 2016, 2015 i 2014, w tym zajmujący do tej pory miejsce pierwsze wynik z października 2015 r., kiedy w REGON-ie odnotowano 2,994 mln wpisów. Wrzesień to już 7 miesiąc z rzędu, który przynosi wzrost liczby zarejestrowanych jednoosobowych firm – urosła ona o 5 tys. w stosunku do sierpnia, o 10 tys. w stosunku do lipca i aż o ponad 36 tys. w porównaniu ze styczniem br. Jak się okazuje, za imponującym odczytem liczby jednoosobowych działalności stoją dwa czynniki wyróżniające się przez cały 2017 r. – wzrost liczby chętnych do zakładania własnego biznesu oraz utrzymujący się szczególnie niski odsetek firm wyrejestrowywanych.

25 tys. pomysłów na biznes w ciągu jednego miesiąca

W ubiegłym miesiącu – według rejestru REGON – powstało aż 25,5 tys. nowych działalności gospodarczych prowadzonych przez osoby fizyczne. To jeden z wyższych wyników odnotowanych ostatnio w REGON-ie. O tym, że obserwujemy silny wzrost skłonności do zakładania własnej firmy świadczy również porównanie uśrednionych danych na przestrzeni kilku lat. Jak szacuje Tax Care, od początku tego roku co miesiąc przybywa przeciętnie 25 tys. nowych firm. Jeszcze w 2014 r. i 2015 r., na rynku pojawiało się co miesiąc średnio około 24 tys. nowych firm. Z kolei przeciętny wynik z zeszłego roku to tylko 23 tys. nowych firm miesięcznie.

Nowych wpisów jest więcej niż wykreśleń

Wydaje się również, że w tym roku utrzymuje się na rynku więcej drobnych przedsiębiorców niż w latach poprzednich. We wrześniu br. z rejestru REGON wykreślono 20,1 tys. jednoosobowych firm. To kolejny miesiąc, w którym liczba wyrejestrowań oscyluje w okolicach 19-20 tysięcy, tj. poniżej średniej miesięcznej z okresu styczeń – wrzesień 2017 r. wynoszącej 21,8 tys. W poprzednich latach odnotowywano więcej zamykanych jednoosobowych działalności.

Pęcznieją też mikrozyski

Tak pozytywne informacje płynące z rejestru REGON można powiązać z obserwowaną poprawą warunków ekonomicznych gospodarstw domowych, a za co za tym idzie i właścicieli najdrobniejszych firm. Jak pokazuje wskaźnik ufności konsumenckiej, który GUS mierzy już od połowy lat 90., Polacy jeszcze nigdy nie oceniali własnej sytuacji ekonomicznej tak dobrze jak teraz. Z kolei z opublikowanej przez GUS na początku października informacji o przychodach mikrofirm wynika, że ich suma zwiększyła się na przestrzeni lat 2010 – 2016 aż o 37%, dobijając w 2016 r. do 1 bln zł, a w poprzednim roku mikroprzedsiębiorcy zarobili łącznie 124,9 mld zł, tj. aż o 34% więcej niż 7 lat temu. Obroty mikroprzedsiębiorców w dużym stopniu zależą od tego, co dzieje się w ich najbliższym otoczeniu – w kieszeniach konsumentów i u lokalnej konkurencji. Zatem, być może coraz więcej firm nie tylko powstaje, ale i kontynuuje działalność, bo pozwala na to rosnący potencjał lokalnych rynków.

Należy pamiętać, że liczb, jakie gromadzi rejestr REGON nie należy utożsamiać z faktycznie działającymi firmami. Mimo wszystko, jeśli utrzyma się tempo, w jakim mnożą się wpisy w rejestrze, możliwe, że na koniec października ogólna liczba zarejestrowanych jednoosobowych firm przekroczy nieosiągalną do tej pory granicę 3 mln.

 

Źródło: Materiały prasowe firm

W 2016 r. o 5 proc. wzrosła liczba mikrofirm. Działalność gospodarczą prowadziło nieco ponad 2 mln przedsiębiorstw zatrudniających  do 9 osób. 

Jak podaje GUS od 2010 r. oznacza to wzrost liczby mikroprzedsiębiorstw aż o 16,8 proc.  Jednocześnie przychody tych firm zwiększyły się o 7,1 proc. r/r (w latach 2010-2016 wzrosły o 37,4 proc.), a liczba pracujących wzrosła o 5,1 proc. r/r (w latach 2010-2016 o 13,7 proc.), tj. o 193,0 tys. osób.

Z raportu wynika, że największy odsetek mikrofirm stanowiły jednostki z sekcji handel i naprawa pojazdów samochodowych (24 proc.) oraz działalność profesjonalna, naukowa i techniczna (13,2 proc.).

Po obserwowanym w latach 2011-2014 zmniejszeniu udziału jednostek budowlanych wśród mikroprzedsiębiorstw, w ostatnich dwóch latach zanotowano wzrost udziału tych podmiotów – w 2015 roku odsetek ten wyniósł 12,3 proc., a w 2016 roku – 12,7 proc.

W 2016 r. przedsiębiorstwa o liczbie pracujących do 9 osób uzyskały 1045,8 mld zł przychodów (co oznacza 7,1 proc. wzrostu w skali roku). Najwyższy udział w przychodach miały przedsiębiorstwa prowadzące działalność handlową i naprawę pojazdów samochodowych (41,3 proc.), przy czym w stosunku do roku 2010 zaobserwowano spadek tego udziału o 3,8 p. proc.

W tym samym okresie zmniejszył się również udział przedsiębiorstw budowlanych w generowaniu przychodów podmiotów najmniejszych – o 1,6 p. proc., do 10,5 proc. w roku 2016.

Przychody w przeliczeniu na jeden podmiot w 2016 r. kształtowały się od 94 tys. zł (w mikroprzedsiębiorstwach prowadzących pozostałą działalność usługową) do 1835,4 tys. zł (w jednostkach z sekcji działalność finansowa i ubezpieczeniowa).

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Od przyszłego roku minimalne wynagrodzenie wzrośnie z 2000 do 2100 zł brutto miesięcznie, a stawka godzinowa z 13 do 13,7 zł. GUS szacuje liczbę pracowników otrzymujących minimalne wynagrodzenie w wysokości 2000 zł na około 1,4 mln osób. Dokładne dane pochodzą z 2015 r. i pokazują, że ówczesną płacę minimalną otrzymywało 1,36 mln osób. Różnica jest więc niewielka i wskazuje, że grupa najmniej zarabiających jest w miarę stała.

Przy okazji dyskusji o płacy minimalnej, zarówno w kontekście samej idei tego rozwiązania, jak i ustalenia jej konkretnej wysokości, poruszane są różnego rodzaju problemy, od społecznych, związanych z warunkami życia, poprzez dotyczące kondycji i możliwości firm, po makroekonomiczne, takie jak wpływ na konkurencyjność gospodarki, czy wielkość konsumpcji. Rzadziej dostrzega się jednak kwestię tego, jakich firm i jakich grup pracowników problem dotyczy.

Przyczynkiem, by nad tym się zastanowić, jest najnowsza publikacja GUS, dotycząca działalności małych firm, liczących do 9 pracujących. Takich podmiotów w 2016 r. było nieco ponad 2 mln, a liczba pracujących w nich sięgała 3,96 mln osób. Jednocześnie liczba zatrudnionych na umowę o pracę wynosiła 1,36 mln osób, a średnie wynagrodzenie brutto sięgało 2577 zł. Jeśli zważyć, że średnie wynagrodzenie w gospodarce narodowej wynosiło w ubiegłym roku 4047 zł, można śmiało uznać, że większość „beneficjentów” podwyżki płacy minimalnej znajdziemy w gronie zatrudnionych w najmniejszych firmach.

Tezę tę potwierdza raczej nieprzypadkowa zbieżność danych GUS o liczbie otrzymujących płacę minimalną (1,36 mln) z liczbą zatrudnionych na umowę o pracę w firmach liczących do 9 pracujących (1,36 mln). Z innych danych wynika, że spośród firm większych, zatrudniających powyżej 49 osób, jedynie w 153 średnia płaca nie przekraczała w pierwszym półroczu 2017 r. 2000 zł brutto, a w 1136 sięgała od 2001 do 2500 zł, co także przemawia za tym, by to wśród tych najmniejszych firm szukać największej liczby najgorzej zarabiających.

W ramach mikrofirm mamy też do czynienia ze sporym zróżnicowaniem średniego wynagrodzenia w podziale na rodzaje działalności. Najniższe płace, na poziomie około 2100 zł brutto miesięcznie, otrzymują pracownicy w leśnictwie i rybactwie, zakwaterowaniu i gastronomii oraz w pozostałej działalności usługowej, a tylko niewiele więcej (2131 zł) wynosi przeciętne wynagrodzenie w małych firmach zajmujących się transportem i gospodarką magazynową. Nawet wśród „elity” drobnego biznesu, średnie wynagrodzenie dalece in minus odbiega od przeciętnej w całej gospodarce, bo w firmach zajmujących się informacją i komunikacją sięga zaledwie 3900 zł, w obsłudze rynku nieruchomości wynosi 3318 zł, a w działalności profesjonalnej, naukowej i technicznej 3006 zł brutto.

Największe szanse na skorzystanie z podwyżki płacy minimalnej mają zatrudnieni w małych firmach w województwach warmińsko-mazurskim, świętokrzyskim, podlaskim i podkarpackim, gdzie średnia płaca brutto sięga niewiele ponad 2200 zł.

GUS nie podaje szczegółowych danych o strukturze najmniejszych firm według liczby zatrudnionych, ale z porównania liczby tych podmiotów (2 mln) i liczby pracujących (3,96 mln) wynika, że przeciętnie mamy do czynienia z firmą gdzie oprócz właściciela jest jeden pracownik zatrudniony na umowę o pracę. Obaj będą musieli zadbać, by zarobić na podwyżkę. Najbardziej będą musieli się postarać w firmach zajmujących się obsługą rynku nieruchomości, w których nadwyżka przychodów nad kosztami (przed opodatkowaniem) wyniosła w 2016 r. średnio jedynie 8,3 tys. zł rocznie na jednego pracującego, w zakwaterowaniu i gastronomii, gdzie sięgnęła 11,8 tys. zł i w usługach (12,1 tys. zł).

Jak wynika z wyliczeń Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w efekcie zwiększenia płacy minimalnej w 2018 r. dochody pracowników wzrosną o 1,1 mld zł, a dochody budżetu państwa i jednostek samorządu terytorialnego (z podatków i składek) o ponad 1 mld zł.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Ponad 218 tysięcy tegorocznych maturzystów może z początkiem października pójść na studia. Wielu z nich będzie chciało połączyć naukę z aktywnością zawodową. Jak wynika z danych zebranych przez Work Service studenci mogą znaleźć pracę np. jako barmani, hostessy albo pracownicy call center. Zarobki wahają się od 13 do 20 zł za godzinę brutto. Co jednak niepokojące to fakt, że aż co szósty młody człowiek w wieku 20-24 lata ani się nie uczy ani nie pracuje. Ich aktywizacja to dziś duże wyzwanie dla rynku pracy.

Dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują, że wśród Polaków w wieku 20-24 lata, aktywnych zawodowo jest 59% osób. To nie powinno dziwić, bo studia to nie tylko czas poświęcony na naukę. Młodzi ludzie bardzo często łączą edukację ze stawianiem pierwszych kroków na swojej drodze zawodowej. Praca ma nie tylko pomóc zdobyć doświadczenie, które przydaje się w przyszłości. Niejednokrotnie jest bowiem koniecznością, zwłaszcza dla osób przyjezdnych lub takich, które wybierają płatną uczelnię. Są i tacy, którzy decydują się na studia zaoczne bądź wieczorowe, aby już od samego początku móc pracować i zwiększać swoje szanse na lepszą pozycję w przyszłości.

Spadające bezrobocie i dobra koniunktura na pracę może cieszyć wielu młodych, którzy dopiero będą rozpoczynać swoją ścieżkę zawodową. Obecnie największe niedobory kadrowe występują w handlu i produkcji, a najłatwiej o pracę jest w sektorze usługowym. Biorąc pod uwagę obecne oferty zatrudnienia, studenci mogą liczyć np. na zatrudnienie jako barmani i hostessy, gdzie średnie zarobki to 17 złotych brutto za godzinę pracy. Złotówkę więcej dostanie pracownik biurowy. Aktywnie poszukiwani są również magazynierzy, pracownicy produkcji i call center. Bardzo często osoby, które zdecydują się na podjęcie zatrudnienia mogą liczyć chociażby na kartę sportową albo prywatną opieką medyczną. To na pewno atrakcyjne benefity dla studentów – komentuje Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz w Work Service S.A.

1 na 6 młodych nie uczy się i nie pracuje

Młodzi ludzie od zawsze byli grupą, którą najbardziej dotykały problemy na rynku pracy. Jednocześnie stopa bezrobocia była wśród tych osób największa. Nie inaczej jest teraz. Dane Głównego Urzędu Statystycznego (według metodologii BAEL) pokazują, że w grupie wiekowej 20-24 bez pracy jest aż 13,9% Polaków. Dla porównania wśród ludzi pomiędzy 55 a 64 rokiem życia odsetek ten wynosi tylko 4%. Co dodatkowo niepokoi to fakt, że 16,8% osób w wieku 20-24 lata nie pracuje i nie uczy się – tak wynika z danych Eurostatu. Oznacza to, że co szósta młoda osoba w Polsce nie podejmuje żadnej aktywności.

Problemy demograficzne już teraz mocno dają się we znaki pracodawcom, z których połowa miała w ostatnim czasie kłopoty z pozyskaniem kandydatów. Z prognoz GUS wynika, że w ciągu najbliższych 10 lat populacja osób w wieku 19-25 zmniejszy się o pół miliona. To ogromny cios dla rynku pracy, bo właśnie ludzie młodzi są naturalną grupą, która powinna go zasilać. Bierność edukacyjna i zawodowa nie jest niczym nowym w Europie Zachodniej. W całej Unii Europejskiej 5 mln młodych nie uczy się i nie pracuje. W Polsce do tej pory nie mieliśmy z tym kłopotów na taką skalę, teraz i my musimy się z nimi zmierzyć. Znalezienie skutecznego sposobu będzie jednym z największych wyzwań dla rynku pracy, który bez dopływu dodatkowych rąk może wkrótce dojść do ściany – dodaje Andrzej Kubisiak.

269 mln złotych dziennie – aż tyle kosztuje Polaków użytkowanie samochodów osobowych  -wynika z szacunków Open Finance. Na tę kwotę składają się nie tylko wydatki na paliwo, ale też utrzymanie auta, jego ubezpieczenie oraz postępująca utrata wartości samego samochodu.

22 września to Europejski Dzień bez Samochodu. Dla osób, które nie wykorzystują samochodów do celów zarobkowych, może być to okazja, aby do pracy udać się autobusem, metrem, tramwajem lub na rowerze. Spędzając czas w takim środku lokomocji możemy oddać się refleksji nad tym jak nasze codzienne nawyki wpływają na zasobność portfeli.

Przykład? W ciągu zaledwie jednego dnia koszt użytkowania aut osobowych można oszacować na ponad 269 mln złotych. Szacunki te są i tak zachowawcze, bo uwzględniają koszty używania jedynie 9 milionów samochodów, które trzeba tankować i utrzymywać. Dla porządku warto dodać, że z szacunków GUS wynika, że aut osobowych w Polsce jest aż 21,7 mln. W połowie 2015 roku MSWiA wyliczyło natomiast, że OC miało ponad 18,7 mln pojazdów.

Paliwo jedynie kroplą w morzu

Na wydatki te składają się cztery najważniejsze elementy – wydatki na paliwo, koszt utrzymania (serwis, myjnie, opłaty parkingowe itp.), cena ubezpieczenia (jedynie OC) oraz koszt związany ze stopniowym spadkiem wartości auta. Porzućmy jednak na chwilę te wszystkie miliony aut, a spójrzmy na sprawę indywidualnie – z punktu widzenia budżetu domowego przeciętnego zmotoryzowanego Kowalskiego.

Bazując na dwóch raportach przygotowanych przez Santander Consumer Bank z cyklu „Polak w drodze” można oszacować, że przeciętny rodak przejeżdża swoim autem około 19 tysięcy kilometrów i ma auto warte bez mała 22 tysiące złotych. Co więcej, osoby biorące udział w ankiecie wspomnianego banku zadeklarowały, że miesięcznie wydają na paliwo trochę ponad 400 złotych. Do tego dochodzą koszty eksploatacyjne zachowawczo oszacowane przez ankietowanych na trochę ponad 120 złotych miesięcznie. Nie można jednak zapomnieć o ubezpieczeniu. Samo obowiązkowe OC kosztowało w sierpniu 2017 roku przeciętnie 1999 zł (szacunki na podstawie raportu portalu ubea.pl).

Gdyby tego było mało, po stronie kosztów właściciel samochodu powinien zapisać też utratę wartości, która z miesiąca na miesiąc uszczupla kwotę, za którą można byłoby sprzedać posiadane „cztery kółka”. Zwykło przyjmować się, że w ciągu trzech lat przeciętne auto traci na wartości trzecią część ceny zakupu. Załóżmy utratę wartości na poziomie 10% rocznie. Teoretycznie więc w ciągu roku statystyczny kierowca musi się liczyć z kosztem na poziomie prawie 2,2 tys. zł związanym ze zużyciem swego auta. Efekt? Gdyby wszystkie wspomniane wyżej koszty zsumować wyszłaby kwota prawie 30 złotych dziennie, 910 złotych miesięcznie, czyli prawie 11 tysięcy rocznie i to wszystko przy założeniu, że nie kupiliśmy samochodu na kredyt, tylko za gotówkę.

Własne „M” za 6 lat bez auta

Rezygnując z samochodu nasz statystyczny właściciel auta mógłby sprzedać swoje „cztery kółka” za 22 tysiące złotych, a przesiadając się na rower i komunikację miejską, mógłby zaoszczędzić nawet 10 tysięcy złotych rocznie. Efekt? Takie kwoty mogłyby wystarczyć na zakup mniejszego lub większego lokum na kredyt we wszystkich miastach wojewódzkich. Kwotę otrzymaną ze sprzedaży auta można potraktować jako wkład własny przy zakupie, a 10 tysięcy rocznie pozwoliłoby opłacać raty długu mieszkaniowego w kwocie przekraczającej 200 tys. złotych.

Nawet gdyby zrezygnować z zadłużania się, to oszczędzanie na 25-metrową kawalerkę w Zielonej Górze zajęłoby tylko 6 latach – wynika z szacunków Open Finance. Narodowy Bank Polski szacuje bowiem, że metr używanego lokum w Zielonej Górze kosztuje obecnie około 3,4 tysięcy złotych. Kawalerkę można by więc kupić za około 85 tysięcy.

W takich miastach jak Katowice, Łódź, Kielce czy Bydgoszcz droga do własnej kawalerki wymagałaby rezygnacji z samochodu na okres około 7 lat. O rok dłużej trwałoby to w Szczecinie, Olsztynie i Opolu. We Wrocławiu, Poznaniu, czy Trójmieście okres oszczędzania na własne „M” rośnie do około 11-13 lat. Najgorzej jest w Warszawie. Tam fotel w aucie trzeba by zamienić na rowerowe siodełko aż na 16 lat, aby pozwolić sobie na zakup mieszkania za gotówkę – wynika z szacunków Open Finance.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Oczekiwane od dawna ożywienie inwestycji wciąż nie nabiera zadowalającego tempa, a sygnały są nadal niejednoznaczne. Choć w drugim kwartale nakłady ogółem nieznacznie się zwiększyły, w przemyśle nadal spadają, ale w większości sektorów widoczna jest poprawa.

Z danych dotyczących tempa wzrostu polskiej gospodarki za drugi kwartał wynika, że nakłady brutto na środki trwałe zwiększyły się o 0,8 proc. Ich dynamika jest wciąż mocno rozczarowująca, jednak należy zauważyć, że to pierwszy wzrost, po pięciu spadkowych poprzednich kwartałach. Wcześniej Główny Urząd Statystyczny podał, że nakłady inwestycyjne w sektorze przedsiębiorstw obniżyły się o 1,1 proc. Z najnowszych informacji GUS wynika, że inwestycje w przemyśle wyniosły w pierwszym półroczu niespełna 31 mld zł, a więc były niższe niż przed rokiem o 1,2 mld zł, czyli o 3,6 proc. W pierwszym półroczu 2016 r. spadły jedynie o 2,6 proc., można więc mówić o pogorszeniu się sytuacji. Obraz nie jest jednak tak jednoznaczny. Spośród 28 działów przemysłu inwestycje zwiększyły się w 13, a najmocniejszy spadek miał miejsce w górnictwie i wydobywaniu, gdzie sięgnął aż 25 proc. O prawie 18 proc. mniejsze były w pierwszym półroczu 2017 r. nakłady wytwarzaniu i zaopatrywaniu w energię elektryczną, gaz, parę wodną i gorącą wodę, a w dostawach wody i gospodarce ściekami spadek sięgał 3,4 proc. Inwestycje tych trzech działów stanowią jedną trzecią wszystkich nakładów poniesionych w przemyśle. W przetwórstwie przemysłowym, odpowiedzialnym za pozostałe dwie trzecie, inwestycje zwiększyły się o 5,8 proc. To wzrost niższy niż 7,6 proc., jaki miał miejsce rok wcześniej, ale nieznacznie wyższa wartość rozpoczętych inwestycji wskazuje, że drugie półrocze może przynieść bardziej wyraźną poprawę. Najmocniej jest ona już widoczna w takich sektorach, jak produkcja koksu i rafinacja ropy naftowej (wzrost o 76 proc.), farmacja (53,5 proc.), produkcja komputerów i sprzętu elektronicznego (33 proc.), urządzeń elektrycznych (20,2 proc.), wyrobów tekstylnych (15,8 proc.), papieru (14,8 proc.), wyrobów z metali (12,3 proc.), produkcji mebli (9,1 proc.) i artykułów spożywczych (8,1 proc.). W pierwszym półroczu od 10 do 12 proc. niższe były nakłady inwestycyjne w produkcji metali, wyrobów chemicznych oraz pojazdów samochodowych i przyczep, a o prawie 28 proc. spadły w produkcji napojów.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Najlepszym rozwiązaniem byłoby przejście do systemu elektronicznego przekazywania danych do Urzędu Komunikacji Elektronicznej z zapewnieniem alternatywnych form dostarczania formularzy, w przypadku wystąpienia nieprzewidzianych zdarzeń – postuluje Konfederacja Lewiatan, oceniając propozycje UKE dotyczące odświeżenia i ujednolicenia formularzy składanych przez przedsiębiorców.

W Urzędzie Komunikacji Elektronicznej, od kilku miesięcy, trwają prace nad realizacją założeń inicjatywy „e-sprawozdawczość” w ramach projektu pn. „Od papierowej do cyfrowej Polski”. Działania Urzędu koncentrują się wokół odświeżenia oraz ujednolicenia formularzy składanych przez przedsiębiorców do Urzędu w ramach obowiązków sprawozdawczych. Obejmują one również prace nad przejściem do systemu przekazywania danych wyłącznie w formie elektronicznej Ta druga kwestia jest szczególnie istotna dla przedsiębiorców, którzy w sposób łatwy i szybki chcą realizować nałożone na nich obowiązki.

UKE ujawnił szczegóły dotyczące funkcjonowania systemu. Idea nowego projektu informatycznego, przeznaczonego wyłącznie do celów sprawozdawczości, spotkała się z dobrym przyjęciem firm. Przedsiębiorcy, opierając się na wcześniejszych doświadczeniach związanych z funkcjonowaniem systemu SIIS (System Informacyjny o Infrastrukturze Szerokopasmowej), zgłosili jednak szereg uwag.

– Naszym zasadniczym postulatem jest przejście do systemu elektronicznego przekazywania danych z zapewnieniem alternatywnych form dostarczania formularzy, w przypadku wystąpienia nieprzewidzianych zdarzeń. Dla firm istotne jest również pozostawienie w rękach UKE kontroli nad tempem wdrażania nowego systemu, w tym ustalenie daty początkowej jego wdrażania. Przedsiębiorcy są zdania, że wdrożenie nowego systemu powinno być rozłożone w czasie, zaś rynek powinien znać harmonogram wprowadzenia systemu z rocznym wyprzedzeniem. Istotne jest też zapewnienie przedsiębiorcom możliwości testowania nowego systemu i długiego okresu przejściowego – mówi dr Aleksandra Musielak, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Aktualny pozostaje też postulat, zgłaszany przez Konfederację Lewiatan w ubiegłym roku, aby dane przekazywane do UKE stanowiły źródło/rejestr referencyjny dla innych urzędów, w tym GUS oraz UOKIK.

Przedsiębiorcy mają też wątpliwości co do tego, czy rozszerzenie zakresu podmiotów zobowiązanych do sprawozdawczości, a co się z tym wiąże zwiększenie liczby interakcji pomiędzy UKE i nowymi podmiotami, w ramach nowego systemu, będzie miało wpływ na wydajność systemu ds. sprawozdawczości.

 

Źródło; Konfederacja Lewiatan

W sierpniu br. inflacja w ujęciu rocznym wzrosła do 1,8 proc., ale w stosunku do lipca spadła o 0,1 proc.– podał GUS.

Inflacja zmniejsza dochody realne Polaków, szczególnie tych mniej zamożnych. Cały czas rosną, w ujęciu rocznym, ceny żywności. Na szczęście w okresie wakacyjnym zaobserwowaliśmy ich spadek w ujęciu miesięcznym.  Dotyczy to zwłaszcza owoców i warzyw, co pozytywnie odczuły w portfelach gospodarstwa domowe. Jednocześnie cały czas drożeją masło, mleko, sery i w ogóle wyroby mleczne. Do tej grupy dołączyło też pieczywo. A warto pamiętać, że te produkty mają duży udział w wydatkach gospodarstw domowych  o niskich dochodach.

Zdrożały paliwa, chociaż to zapewne efekt  „sytuacji pogodowej” w USA i konieczności ograniczenia wydobycia ropy naftowej. Niewykluczone jednak, że we wrześniu wysokie ceny paliw się utrzymają, z tego samego powodu.

Wzrosły też ceny usług zdrowotnych – szpitalnych, stomatologicznych, jak i wyrobów farmaceutycznych. Polacy, mając wyższe dochody, zaczynają na większą skalę korzystać z prywatnych placówek medycznych, nie mogąc doczekać się takich świadczeń w publicznej służbie zdrowia.

Dobra sytuacja na rynku pracy, rosnące zatrudnienie i wynagrodzenia, przełożyły się w okresie wakacji na wzrost cen usług turystycznych. Więcej trzeba było zapłacić  za obiad w restauracji, pokój w hotelu czy bilet lotniczy.

W ciągu ośmiu miesięcy wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych wzrósł do 1,9 proc. Jeśli anomalie pogodowe (huragany) w USA nie wpłyną na zmniejszenie dostaw ropy naftowej, to na koniec roku inflacja nie powinna przekroczyć 1,8 proc. W innym przypadku może być wyższa.

Bez względu na to, czy inflacja wyniesie 1,8 proc., czy będzie wyższa, Rada Polityki Pieniężnej na pewno w tym roku nie podwyższy stóp procentowych. Kredytobiorcy mogą się nadal cieszyć z niższych rat spłacanych kredytów, ale oszczędzający nie mają co liczyć na wyższe oprocentowanie lokat.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej- Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

O ponad 27 tys. wzrosła w II kwartale br. liczba wolnych miejsc pracy – podał dzisiaj GUS  w raporcie „Popyt na pracę w II kwartale 2017 r.” Dane te mają pozytywny wydźwięk.  Jednak niepokoić musi fakt, że główną przyczyną rosnącej liczby wolnych miejsc pracy jest niska aktywność zawodowa Polaków, a nie dynamiczny wzrost nowotworzonych etatów.

W końcu II kwartału 2017 r. liczba wolnych miejsc pracy w firmach zatrudniających co najmniej 1 osobę wynosiła 122 tys. i w porównaniu z II kwartałem ubiegłego roku wzrosła o 27,7 tys., tj. o 29,4%. Analizując te dane resort rodziny, pracy i polityki społecznej ma powód do radości. Bezrobocie utrzymuje się na niskim poziomie, rośnie produkcja i liczba wolnych miejsc pracy.  Pracodawcy spoglądają jednak na te dane z pewnym niepokojem. W II kwartale 2017 roku utworzono o 26,8% mniej nowych miejsc pracy w porównaniu z I kwartałem, i tylko o 3,6% więcej niż w II kwartale ubiegłego roku. Wzrost wolnych miejsc pracy przy jednocześnie niezmieniającej się liczbie nowotworzonych etatów oznacza kurczącą się podaż pracowników. Potwierdzają to opublikowane w tym tygodniu dane dotyczące bezrobocia.  Pomimo spadku liczby bezrobotnych, stopa bezrobocia rejestrowanego nie zmieniła się. Przyczyną jest zmniejszenie się liczby ludności aktywnej zawodowo.

Najwięcej nowych miejsc pracy powstało w sekcjach gospodarki związanych z przetwórstwem  przemysłowym, informacją i komunikacją oraz handlem i naprawą pojazdów samochodowych. Na nowotworzonych stanowiskach najbardziej poszukiwani byli specjaliści oraz wykwalifikowani robotnicy. A to oznacza rosnący popyt na pracowników posiadających kwalifikacje potrzebne do rozwoju. Dlatego też jednym z czynników ograniczających inwestycje firm jest obawa o brak kadry, która będzie w stanie wspierać rozwój biznesu. I o tym coraz głośniej mówią pracodawcy. Kurcząca się podaż pracowników jest także realnym zagrożeniem dla innych branż. Szczególnie branża budowlana, która powoli budzi się po słabej pierwszej połowie roku, boryka się z brakiem pracowników.  Na ponad 18 tys. wolnych miejsc pracy tylko 2 tys. to nowoutworzone stanowiska. W innych branżach pracodawcy także mówią o brakach kadrowych i coraz trudniejszej rekrutacji pracowników. Przyczyną  jest spadek liczby osób gotowych do pracy.

Dlatego kluczowa dla przyszłości rynku pracy i rozwoju  firm jest odpowiedzialna, długoterminowa polityka aktywizująca pracowników. Obniżenie wieku emerytalnego może zniechęcić osoby z doświadczeniem zawodowym do pozostania na rynku pracy. Odpowiedzialnym działaniem państwa, jest tworzenie stabilnego i długoterminowego otoczenia stymulującego rozwój firm.  Powinniśmy tworzyć warunki do tego, aby ludzie jak najdłużej zostawali na rynku pracy, zachowując równowagę pomiędzy życiem zawodowym i osobistym. Zamiast ich wypychać  z rynku pracy należy tworzyć mechanizmy i elastyczne warunki pracy, które pozwolą im pozostać w firmach, dzielić się wiedzą, szkolić młodych pracowników, czy opiekować się praktykantami.

Szansą dla naszego rynku pracy jest aktywizacja osób niepełnosprawnych. W tym zakresie jest  wiele do zrobienia, m. in. korzystniejsze finansowanie  kwalifikacyjnych kursów zawodowych.

Podaż pracowników zwiększyłaby też odpowiedzialna polityka migracyjna oparta na idei „drenażu mózgów”, czyli tworzenia korzystnych warunków przyjazdu do Polski osób z pożądanymi przez pracodawców kompetencjami.

 

Komentarz  Jakuba Gontarka, eksperta Konfederacji Lewiatan

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w sierpniu 2017 r. o 1,8 proc. r/r, a w stosunku do lipca br. spadły o 0,2 proc. – podał GUS prezentując szybki szacunek wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych.

Sierpień był podobny w zmianach cen dóbr i usług konsumpcyjnych do lipca. Inflacja w sierpniu 2017 r. była nieco wyższa niż w czerwcu i lipcu (r/r). W stosunku do lipca br. ceny natomiast spadły o 0,2 proc., podobnie jak działo się to w dwóch poprzednich miesiącach. Mieliśmy prawdopodobnie do czynienia ponownie z nieznacznym spadkiem m/m cen żywności i cen paliwa oraz cen odzieży i obuwia (wyprzedaże). Natomiast r/r ceny żywności wzrosły w nieco większym stopniu niż w lipcu (baza wyższa). Podobnie ceny paliwa. I to z tego powodu inflacja w sierpniu była wyższa niż lipcu br. (1,8 proc. wobec 1,7 proc.).

Nie ma przesłanek do prognozowania zmian w tempie inflacji. Co prawda huragan w Teksasie ograniczył czasowo wydobycie ropy naftowej z dna Zatoki Meksykańskiej, a tym samym jej podaż, ale jednocześnie koniec wakacji obniża popyt na paliwo. Poza tym USA ma dość pokaźne zapasy tego surowca. Nie powinniśmy zatem spodziewać się istotnych, trwałych zmian cen paliwa. Od września mogą natomiast nieco szybciej rosnąć ceny żywności, bo nie ma niestety urodzaju owoców. Ciągle także na wzrost cen żywności r/r przekładać się będą wyższe ceny produktów mlecznych. Tym samy pokaźny, bo ok. 5 proc. wzrost wynagrodzeń będzie „zjadany” na poziomie 1,8-2,0 proc. przez inflację. Na razie na szczęście optymizm gospodarstw domowych dotyczący ich zdolności do konsumpcji nie mija (koniunktura konsumencka ciągle pozytywna), więc gospodarka może liczyć na utrzymanie w 2. połowie 2017 r. wzrostu spożycia indywidualnego na poziomie powyżej 4 proc.

Ta stabilizacja jest dużym ułatwieniem dla Rady Polityki Pieniężnej i jej deklaracji, że stopy procentowe nie będą jeszcze długo zmieniane.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Przed polską gospodarką pojawiło się nowe wyzwanie. Już ponad 50% pracodawców deklaruje, że ma trudności rekrutacyjne, a to wpływa na ich rozwój. Jak wynika z najnowszego raportu Work Service „Barometr Rynku Pracy VIII”, który w całości zostanie opublikowany 4 września, aż 1/3 firm borykających się z brakami kadrowymi właśnie z tego powodu nie jest w stanie zawierać nowych kontraktów z klientami. Z kolei 1 na 8 przedsiębiorstw, ze względu na niedobory kandydatów, było zmuszone rezygnować z inwestycji albo je ograniczać.

Ostatnie dane GUS za II kwartał 2017 roku pokazują, że polska gospodarka rozwija się w tempie 3,9% r/r. Rośnie też produkcja przemysłowa, która w ciągu roku zwiększyła się o 6,2%. Dobrą koniunkturę widać także w budownictwie. Od początku roku zaczęto budowę prawie 125 tys. mieszkań czyli o 23% więcej niż w analogicznym okresie 2016 roku. Jednak do realizacji pojawiających się kontraktów i zamówień potrzeba coraz więcej rąk do pracy, a od 2013 roku systematycznie maleje liczba dostępnych kandydatów na polskim rynku pracy. To nie tylko efekt spadającego bezrobocia, ale też kurczącej się populacji osób w wieku produkcyjnym i emigracji.

Deficyt pracowników coraz wyraźniej daje się we znaki firmom. Już 50,8% z nich deklaruje, że miało w ostatnim czasie kłopoty z pozyskaniem wykwalifikowanych pracowników. To o 15 p.p. więcej niż w roku ubiegłym i jest to rekordowy wynik w historii „Barometru Rynku Pracy” przygotowywanego przez Work Service. Taka sytuacja zaczyna przekładać się na funkcjonowanie przedsiębiorstw. Wśród pracodawców, którzy zetknęli się z niedoborami kandydatów, aż 68,1% deklaruje, że taka sytuacja bezpośrednio wpływa na ich firmę.

Niedobory pracowników zaczynają uderzać wprost w działalność firm i możemy się spodziewać, że ten problem będzie coraz bardziej widoczny w całej gospodarce. Jak pokazują nasze dane, już teraz 32,6% firm musi zaniechać zawierania nowych kontraktów, ze względu na braki kadrowe. Z tego samego powodu 12,8% przedsiębiorców decyduje się na ograniczenie albo całkowitą rezygnację z inwestycji, co istotnie hamuje perspektywy do dalszego rozwoju. Dlatego dostępność kapitału ludzkiego staje się dziś wiodącym wyzwaniem dla naszej gospodarki, bo w obecnych warunkach rynkowych kto dysponuje odpowiednimi kadrami ten ma przewagę konkurencyjną – komentuje Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Aż 62% dużych firm miało w ostatnim czasie problemy podczas rekrutacji. Deficyty najbardziej odczuwają usługi i produkcja czyli duże gałęzie gospodarki, które znacząco stanowią o jej sile. Co więcej ponad 70% firm z województwa dolnośląskiego i opolskiego zgłasza niedobory kadrowe.

Przy obecnej koniunkturze gospodarczej widzimy, że popyt na pracowników przekracza podaż. Jednak nasze dane pokazują, jakie zagrożenie długoterminowo czyha na polską gospodarkę. Bez zwiększenia dostępności kandydatów wielu przedsiębiorców może sobie nie poradzić. Już dziś widzimy, że pojawiają się mechanizmy zaradcze, w postaci coraz powszechniejszego pojawiania się umów kodeksowych, częstszego korzystania z usług wyspecjalizowanych agencji zatrudnienia, a także sięgania po kadry zza granicy – dodaje Maciej Witucki.

Braki pracowników wpływają na płace?

Problem niedoborów kadrowych najbardziej odbija się na małych firmach. Dla nich nawet jedna osoba mniej to odczuwalna strata. Dlatego właśnie wśród tych pracodawców odsetek tych, którzy nie mogą zawierać nowych kontraktów jest największy i wynosi 35,3%. Z kolei co czwarta mała firma, która miała kłopoty podczas rekrutacji nie może rozwijać działalności na nowych rynkach. Co ciekawe dla 27,8% przedsiębiorstw w Polsce deficyty pracowników oznaczają wyższe koszty personalne.

Beneficjentami problemów rekrutacyjnych firm stają się pracownicy. Nasilająca się rywalizacja o kandydatów przekłada się na wyższe wynagrodzenia, a co za tym idzie rosną również koszty pracy. W ostatnich miesiącach obserwowaliśmy wzrosty wynagrodzeń w  sektorze przedsiębiorstw w okolicach 5% r/r., ale ta dynamika w kolejnych miesiącach może jeszcze przyspieszyć, między innymi ze względu na zapowiedzi rosnącej płacy minimalnej – uważa Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz w Work Service S.A.

 

Źródło: Grupa Kapitałowa Work Service

Ponad 4 lata trwa ożywienie na rynku mieszkaniowym. Deweloperzy wyznaczają kolejne rekordy i budują najwięcej od lat. W tym roku wystąpili już o pozwolenia na budowę ponad 80 tys. mieszkań – o 39% więcej niż w analogicznym okresie 2016 roku.

Deweloperzy nie zasypiają gruszek w popiele – Polacy chcą kupować mieszkania na potęgę, a więc firmy dostarczają ich najwięcej w historii. Nawet jednak rekordowo duża podaż lokali nie jest w stanie zaspokoić potrzeb popytu. Efekt? Zarówno nowe jak i używane mieszkania drożeją. Z lipcowego odczytu indeksu cen Open Finance i Home Broker wynika wzrost o 3,5% w ciągu roku. Bank centralny idzie dalej i szacuje, że używane mieszkania w największych miastach zdrożały w ciągu roku o 5% – wynika ze wstępnych danych NBP za 2 kwartał br. Wszystko wskazuje na to, że pomimo rekordowej produkcji nowych nieruchomości deweloperzy nie nadążają za potrzebami.

Deweloperzy biją kolejne rekordy

Przez 7 miesięcy br. deweloperzy wystąpili o pozwolenia na budowę aż 80,2 tysięcy mieszkań – wynika z danych GUS. To o 39% wyższy wynik niż w analogicznym okresie rok wcześniej i najwięcej w historii. Poprzedni rekord przypadał na rok 2007 i był o prawie 20 tysięcy lokali niższy. Nienotowane nigdy wcześniej w historii osiągnięcia sugerują też dane o liczbie rozpoczętych budów. W tym wypadku od stycznia do lipca mowa jest o prawie 63 tys. mieszkań deweloperskich, czyli o 28% więcej niż przez 7 miesięcy 2016 roku.

Rekordowe są też dane o liczbie mieszkań oddawanych do użytkowania. Tu GUS od prawie 2 lat pokazuje coraz lepsze wyniki, co nie dziwi biorąc pod uwagę, że ożywienie na tym rynku obserwujemy od ponad 4 lat. Po prostu coraz liczniejsze budowy rozpoczynane w okresie polepszającej się koniunktury zaczynają mieć swój finał. Efekt? Przez 7 miesięcy do użytkowania oddano 45,2 tys. mieszkań deweloperskich. To o 10% więcej niż przed rokiem. W całej historii rodzimych firm deweloperskich ze zbliżonym wynikiem mieliśmy do czynienia jedynie w 2009 roku, kiedy to w okresie od stycznia do lipca oddano klucze do 43,7 tys. mieszkań deweloperskich – wynika z danych GUS.

Tak dobrze jeszcze nie było

Dotychczas ożywienie stymulowali nabywcy dysponujący gotówką na zakup. Skala ich aktywności jest dziś na poziomach nienotowanych w historii. W ciągu zaledwie 3 miesięcy br., w zaledwie 6 miastach i tylko w biurach sprzedaży deweloperów, wydali oni na nowe lokale około 4,4 mld złotych – wynika z danych NBP. Jest to kwota, która wystarczy na zakup 12,5 tys. mieszkań. Skala zakupów dokonanych bez użycia kredytu jest więc obecnie trzy razy wyższa niż w 2012 roku. Póki ożywienie opierało się na takich kupujących, sytuacja była względnie bezpieczna. Jak jednak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej od początku roku popyt na kredyty poważnie wzrósł. Przez 7 miesięcy progres wyniósł około 16% w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej. Jest to o tyle zaskakujące, że banki wymagają nawet 20-proc. wkładu własnego przy zaciąganiu kredytów hipotecznych, a gdyby tego było mało, to długi takie drożeją w związku z podwyżkami bankowych marż.

W gąszczu informacji o biciu kolejnych rekordów każdy powinien mieć jednak świadomość, że paliwo potrzebne do wzrostów pewnego dnia się wyczerpie. Z dużym prawdopodobieństwem hamowanie rozpocznie Rada Polityki Pieniężnej, która decyduje o poziomie stóp procentowych w Polsce. Jeśli w końcu Rada zdecyduje się podnieść stopy procentowe, powinno to spowodować wzrost oprocentowania depozytów (alternatywy dla zakupu mieszkania na wynajem), wzrost rat kredytowych, spadek liczby sprzedawanych mieszkań, a niewykluczone są także spadki ich cen – wszystko zależy od tego jak bardzo i jak szybko podniesiony zostanie koszt pieniądza w gospodarce.

 

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Brak rąk do pracy to jedno z największych wyzwań, z którym mierzą się firmy produkcyjne w Polsce. Dotyczy to również przedsiębiorstw z sektora MŚP. Z danych GUS wynika, że na koniec I kwartału 2017 r. w firmach zatrudniających przynajmniej jedną osobę było 119,5 tys. wolnych miejsc pracy. Problem z dużą rotacją pracowników dotyczy także branży handlowej. W jaki sposób małe firmy produkcyjne i handlowe mogą budować lojalność swojej załogi? Jednym ze sposobów są benefity pozapłacowe, w tym szczególnie te, które wspierają pracowników w roli rodziców. Według badań Nationale-Nederlanden, co trzeci Polak wskazuje takie benefity jako ważny argument przy podejmowaniu decyzji o zatrudnieniu. Oto kilka sposobów na to, jak małe firmy mogą budować lojalność pracowników.

Opieka nad dziećmi

Każdy kto ma dzieci, szczególnie w wieku szkolnym i przedszkolnym, wie jak trudne i kosztowne bywa zorganizowanie im atrakcyjnego wypoczynku na przykład w czasie wakacji. Nikt nie może przecież pozwolić sobie na osiem tygodni urlopu. Wiele firm dostrzegło ten problem i zaczęło szukać jego rozwiązania. Część z nich opłaca wyjazdy kolonijne i obozy dla dzieci swoich pracowników, inne szukają alternatywnych rozwiązań. Jednym ze sposobów jest dofinansowanie lub organizowanie w ramach firmy półkolonii. Niektóre firmy, jeżeli to możliwe, oferują swoim pracownikom skrócony czas pracy w czasie wakacji, inne wydłużają czas przeznaczony na pracę z domu. Jednak problem zorganizowania opieki nad dziećmi spędza sen z powiek rodzicom nie tylko w wakacje. W ostatnich latach coraz większą popularnością cieszą się przyzakładowe przedszkola i punkty przedszkolne, w których pracownicy mogą zostawić swoje dzieci pod dobrą opieką i odebrać je po skończonej pracy. Firmy, które z różnych powodów nie mają możliwości otwarcia przedszkola, na przykład w branży produkcyjnej i handlowej, mogą współfinansować pobyt dziecka swojego pracownika w takiej placówce.

Wsparcie finansowe

Zakładowy Fundusz Świadczeń Socjalnych nie jest obowiązkowy dla małych firm. Obligatoryjnie muszą go założyć te przedsiębiorstwa, które zatrudniają co najmniej 50 osób na pełnych etatach. Jednak warto się na niego zdecydować w nawet mniejszych firmach. To dzięki temu funduszowi pracownik i jego rodzina może otrzymać zapomogę, paczki świąteczne dla dzieci, bony podarunkowe czy skorzystać z wczasów „pod gruszą”, czyli dopłat do wakacji. W ostatnich latach coraz popularniejsze stało się również dopłacanie do zajęć sportowych dla dzieci pracowników, na przykład na basenie lub fundowanie podręczników i wyprawki szkolnej dla tych dzieci, które wybierają się do pierwszej klasy. Niektóre firmy pokrywają także część opłaty za posiłki dzieci w przedszkolach lub szkołach.

Ubezpieczenie grupowe

Sposobem na jednoczesne podniesienie efektywności pracownika i wsparcie go w roli rodzica jest ubezpieczenie grupowe. Według badań Nationale-Nederlanden ponad 60 proc. Polaków wskazuje takie ubezpieczenie jako wartościowy benefit od pracodawcy. Standardowe ubezpieczenie grupowe gwarantuje wypłatę odszkodowania w przypadku: śmierci ubezpieczonego, trwałego uszczerbku na zdrowiu, kalectwa, śmierci małżonka, osierocenia dziecka, urodzenia dziecka, poważnej choroby i leczenia szpitalnego. Ale coraz częściej oferują one również pakiety ochrony dla całej rodziny. Na przykład polisy zawierające opcję ochrony dzieci przed skutkami nieszczęśliwych wypadków, skręceń, odmrożeń, zwichnięć czy złamań w dużo szerszym zakresie niż jest to standardem w szkolnych ubezpieczeniach. Co ważne objęty ubezpieczeniem grupowym pracownik może ubezpieczyć wszystkie dzieci w cenie jednej składki, podczas gdy każde dziecko będzie posiadać swoją sumę ubezpieczenia. W praktyce oznacza to tyle, że jeżeli jedno dziecko będzie miało wypłacone świadczenie z tytułu jakiegoś zdarzenia, to nie ucierpi na tym suma ubezpieczenia drugiego lub kolejnego objętego ubezpieczeniem dziecka. Warto również zwrócić uwagę na fakt, że świadczenie można otrzymać za sam fakt zdarzenia na podstawie dokumentacji medycznej, a nie po zakończeniu leczenia i orzeczeniu komisji lekarskiej. To ważny element, który pomoże pracownikom zadbać o swoje pociechy w razie wypadku.

Elastyczny czas pracy

To jeden z najważniejszych czynników, wspierających pracowników posiadających rodziny. Z badań American Psychological Association wynika, że ponad połowa wszystkich pracowników twierdzi, że obowiązki zawodowe kolidują z ich osobistymi, a 43 proc. osób ma poczucie, że ich obowiązki rodzinne zakłócają pracę. Dlatego coraz więcej pracodawców pozwala pracownikom regulować sobie czas pracy w zależności od ich potrzeb, wychodząc z założenia, że najważniejsze jest wykonanie powierzonego im zadania. W firmach produkcyjnych i handlowych może być to trudne, ale nie znaczy, że niemożliwe. Przykładem jest jedno z przedsiębiorstw produkcyjnych w Kanadzie, które wprowadziło ciekawy system organizacji czasu pracy w weekendy. Osoby, które przepracują dwie 12-godzinne zmiany w sobotę i niedzielę mają następnie wolne od poniedziałku do piątku, ale otrzymują wynagrodzenie jak za pełnowymiarowy tydzień pracy. Oferta ta spotkała się z dużym zainteresowaniem pracowników, którzy mogli sobie ustawić grafik pod własne potrzeby.

Prywatna opieka medyczna

W ostatnich latach to jedna z najpopularniejszych form wspierania pracowników i ich rodzin. W badaniu Nationale-Nederlanden wskazywała na nią prawie połowa badanych oceniających benefity pozapłacowe. Ubezpieczenia medyczne charakteryzują się dość niską składką w zamian za dostęp do wielu usług i specjalistów. Firma może zamówić różne pakiety dla całej rodziny, np. zawierające kilka lub kilkanaście specjalizacji medycznych (najpopularniejsze to laryngolog, pediatra, ortopeda, alergolog), pakiet podstawowych usług diagnostycznych (np. EKG, morfologia, itp.) czy też pakiet VIP, obejmujący nawet poród lub zabieg chirurgiczny w prywatnym szpitalu. Umowę z placówką medyczną zawiera pracodawca i od niego też zależy, czy będzie płacił całą składkę za swojego pracownika, czy też będzie ją z nim współdzielił. Firmy, które z różnych względów nie mogą lub nie chcą inwestować w pakiety medyczne, mogą również w inny sposób dbać o zdrowie pracowników, na przykład zapraszając ich na bezpłatne badania profilaktyczne lub opłacając szczepienia przeciwko grypie dla nich i ich najbliższych.

 

Źródło: Nationale-Nederlanden

16 sierpnia GUS ogłosi wstępne dane o PKB za drugi kwartał. Z dużym prawdopodobieństwem dowiemy się, że polska gospodarka rozwijała się w tym okresie w tempie przynajmniej 3,5 proc. r/r. Niestety, rośnie ryzyko, że w kolejnych latach rozwój Polski zauważalnie wyhamuje – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) w drugiej połowie lipca opublikował coroczny raport dotyczący polskiej gospodarki. Poza zwróceniem uwagi na szybki wzrost PKB , napędzany przez konsumpcję i akumulację zapasów w pierwszym kwartale br., MFW wymienia dość dużo zagrożeń dla naszego kraju.

W wielu miejscach dokumentu Fundusz podkreśla konieczność rozpoczęcia „najszybciej jak to możliwe” konsolidacji fiskalnej, czyli zmniejszenia deficytu sektora finansów publicznych, który jest blisko unijnego limitu mimo cyklicznej poprawy koniunktury. Obecne korzystne warunki gospodarcze powinny być więc spożytkowane do budowania przestrzeni fiskalnej na wypadek przyszłych szoków gospodarczych, wyższych kosztów związanych ze starzejącym się społeczeństwem czy spodziewanych inwestycji infrastrukturalnych – podkreśla MFW.

Raport Funduszu sporo miejsca poświęca także hipotetycznym efektom programu „Rodzina 500 plus”, zmianom wieku emerytalnego, osłabieniu się tempa inwestycji czy wzrostowi niepewności wśród przedsiębiorców. Szczególnie jednak warto zwrócić uwagę na fakt, że MFW w porównaniu z prognozami sprzed dwóch lat bardzo wyraźnie zrewidował swoje szacunki potencjalnego wzrostu PKB dla Polski.

Za granicą wyżej, a w Polsce niżej

Według lipcowych prognoz Funduszu wzrost PKB w 2017 r. wyniesie 3,6 proc. Analogiczne oczekiwania przedstawia Ministerstwo Finansów (MF), chociaż z resortu napływają sygnały, że ta wartość może zostać przekroczona. Konsensus ekonomistów ankietowanych przez agencję Bloomberg pokazuję medianę oczekiwań na poziomie 3,8 proc.

Znacznie większe różnice zaczynają się pojawiać w kolejnych latach. MFW szacuje, że w 2020 r. rozwój Polski spowolni do 2,8 proc., podczas gdy „Wieloletni Plan Finansowy Państwa” przygotowany przez MF zakłada przyspieszenie do 3,9 proc. Co ciekawe, jeszcze dwa lata temu szacunki waszyngtońskiej instytucji na rok 2020 wynosiły 3,6 proc. Oznacza to, że tempo potencjalnego wzrostu PKB dla Polski zostało od 2015 r. obniżone o 0,8 pkt proc., czyli prawie o jedną czwartą. W tym samym czasie oczekiwania dla Niemiec czy Czech zostały podwyższone o 0,1 pkt proc. Z czego wynika tak duża różnica?

Niższy wiek emerytalny i zagrożenia fiskalne

Od dawna wiadomo, że Polska będzie zmagać się w najbliższych latach z problemami demograficznymi. Populacja osób w wieku produkcyjnym maleje w tempie ok. 1 proc. rocznie i choć skala tych zmian będzie różna w kolejnych dekadach, to prawdopodobnie grupa ludzi zdolnych do podjęcia pracy zmniejszy się mniej więcej o jedną czwartą do 2050 r.

W najbliższych miesiącach zagrożenia demograficzne zostaną pogłębione przez obniżkę wieku emerytalnego. Według MFW z tego powodu produkt potencjalny zostanie obniżony od 0,6-0,9 proc. w średnim terminie do 0,8-1,2 proc. w długim. Wpłynie to negatywnie na wynik sektora finansów publicznych, powiększając średnio deficyt o 0,5 pkt proc. rocznie oraz dług do PKB o ponad 4 pkt proc. do 2025 r.

W porównaniu do scenariusza pozostawienia wieku emerytalnego na niezmienionym poziomie, liczba osób w wieku produkcyjnym powinna zmaleć w ciągu najbliższych siedmiu lat o ok. 1,5 mln. Natomiast do 2022 r. stosunek średniego świadczenia emerytalnego do przeciętnego wynagrodzenia w kraju dla kobiety prawdopodobnie zmniejszy się z 43 proc. do 35 proc., czyli o ok. jedną piątą.

MFW stara się również oszacować wpływ programu „Rodzina 500 plus” na rynek pracy. Z jednej strony ma on zwiększyć liczbę urodzeń o 290 tys. przez najbliższą dekadę, ale może również spowodować odpływ kobiet z rynku pracy na poziomie 240 tys. oraz wygenerować roczne koszty powyżej 1 pkt proc. PKB. Sumaryczny negatywny wpływ na wynik fiskalny ostatnich zmian jest szacowany na 10 pkt proc. PKB w najbliższej dekadzie, co według Funduszu „redukuje krajowe oszczędności oraz ogranicza zasoby na inwestycje”.

Niższy wzrost gospodarczy oraz wyższe wydatki zwiększają również ryzyko poważniejszych problemów fiskalnych. Według modelu MFW istnieje 25-procentowe prawdopodobieństwo, że do 2020 r. stosunek długu do PKB przekroczy poziom 60 proc.

MFW może się mylić, ale…

W przypadku każdej analizy, a zwłaszcza tak kompleksowej, jak przyszłe wyniki gospodarki całego kraju, istnieje duże ryzyko błędu. Niestety nawet jeżeli założymy, że szacunki MFW są dość pesymistyczne, to jednak trudno dyskutować z faktem, że obniżenie wieku emerytalnego generuje olbrzymie koszty, a nowe programy socjalne zmniejszają przestrzeń fiskalną.

Przy wzroście gospodarczym powyżej potencjału oraz dobrej koniunkturze zewnętrznej te elementy nie przekładają się bezpośrednio na koszty obsługi długu czy możliwości inwestycyjne kraju. Gdy jednak europejska gospodarka powróci do powolnego tempa rozwoju, a sentyment na rynkach kapitałowych ulegnie pogorszeniu, ryzyka fiskalne znacznie się zwiększą. Wtedy prawdopodobieństwo przekroczenia konstytucyjnego poziomu długu (60 proc. PKB) wyraźnie wzrośnie, co nieuchronnie doprowadzi do ograniczenia zarówno inwestycji prywatnych, jak i publicznych. W takim scenariuszu dojdzie więc dość szybko do spadku potencjalnego PKB, zwłaszcza przy ograniczonej przestrzeni fiskalnej do stymulacji gospodarki.

 

Źródło: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Eksperci

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

Starczewska-Krzysztoszek: Dorośli Polacy nie kształcą się

Komisja Europejska opublikowała szóstą edycję Monitora Kształcenia i Szkolenia przedstawiając  m.in....

Lipka: Uwaga na kolejną falę podwyżek cen paliw. 5 zł znów straszy

Rosnące prawdopodobieństwo przedłużenia porozumienia o ograniczeniu wydobycia ropy naftowej nałożyło...

AKTUALNOŚCI

Bankomaty zaczynają znikać z naszych ulic

Według danych NBP w II kwartale liczba bankomatów w Polsce spadła o 223 maszyny. Expander zwraca uwa...

Cyberbezpieczeństwo do poprawki

Projekt ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa nie gwarantuje zwiększenia poziomu cyberbezpi...

Brak regulacji rozkłada rynek cyfrowalut. Branża zaczyna myśleć o ucieczce z Polski?

Jeszcze rok temu byliśmy jednym z największych na świecie tego typu rynków. Ale, według ekspertów, s...

Ochłodzenie na GPW zachęca do wyjścia za granicę

Wzrost gospodarczy w Polsce w III kwartale br. przyspieszył do 4,7% rok do roku – wynika ze wstępnyc...

O ustawie nt. jawności życia publicznego

Został opublikowany projekt ustawy o jawności życia publicznego. Miał on zwiększyć transparentność ż...