Home Tagi Wpis otagowany "Wieści z firm"

Wieści z firm

Play, drugi największy operator komórkowy w Polsce pojawi się wkrótce na warszawskim parkiecie. O potencjalnym debiucie mówiło się od dawna, kilka wcześniejszych prób sprzedaży akcji zakończyło się jednak niepowodzeniem. Ubiegłoroczna wycena potencjalnej transakcji na poziomie 3,5 mld euro nie satysfakcjonowała obecnych właścicieli. Nadchodzące IPO będzie niewątpliwie głośnym wydarzeniem na polskim rynku, bowiem aktualnie analitycy wyceniają spółkę na kwotę od 9 do 13 mld zł. Nie stanowi zaskoczenia fakt, że nad ofertą będzie trzymać pieczę konsorcjum banków krajowych oraz zagranicznych. Play nie zamierza emitować nowych akcji (za wyjątkiem niewielkiej transzy na poczet programu menadżerskiego) – dwaj dotychczasowi akcjonariusze (fundusze Tellerton i Novator) sprzedadzą część swoich akcji. Oferta skierowana jest do inwestorów instytucjonalnych i indywidualnych, oraz do wybranych pracowników.

Dwunastoletnia historia spółki jest pełna sukcesów. W tym czasie operator komórkowy systematycznie umacniał swoją pozycję rynkową. W efekcie jego udziały w rynku wynoszą obecnie 27,6%. W latach 2014 – 2016 skumulowane roczne wskaźniki wzrostu przychodów i EBITDA wyniosły kolejno 15,5% oraz 21%. Owe liczby nabierają szczególnego znaczenia, gdy spojrzy się na nie przez pryzmat całego rynku telekomunikacyjnego, niezwykle wymagającego i nasyconego, którego dynamika wzrostu w ostatnich latach wyniosła nieco ponad 4% rdr. Trudne warunki rynkowe są niewątpliwie dostrzegane przez inwestorów, którzy już od dłuższego czasu z dystansu spoglądają na ten sektor.

Mimo wszystko Play planuje zasiąść na fotelu branżowego lidera. Oczywiście zadanie to jest wykonalne, jednak należy zauważyć, że wymagające warunki rynkowe oraz kapitałochłonność niezbędnych inwestycji spowodują, że dynamika wzrostu firmy wyraźnie wyhamuje. Ponadto, spółka prawdopodobnie będzie redukować swoje zadłużenie, którego stan jest stabilny, lecz relatywnie wysoki (wskaźnik długu netto do EBITDA wynosi 3,4). W efekcie, utrzymanie dotychczasowego tempa rozwoju wydaje się niemożliwe. To z perspektywy potencjalnej inwestycji nienajlepsza wiadomość dla inwestorów, zwłaszcza tych, którzy oczekują szybkiego i ponadprzeciętnego zarobku. Z drugiej strony należy docenić pozycję firmy, jej dojrzałość, stabilność oraz bardzo hojną politykę dywidendową. Spółka planuje wypłacać dywidendę na poziomie od 65% do 75% wolnych przepływów pieniężnych wypracowanych w każdym poprzednim roku obrotowym. Zgodnie z planami w 2018 r. spółka wypłaci 650 mln zł. Aspekt ten z całą pewnością stanowi istotną zachętę do inwestycji w walory drugiego największego operatora komórkowego w Polsce.

Pomimo wcześniej wskazanych czynników, spółka powinna zachować stabilne tempo rozwoju. Play może wykorzystać niedawne inwestycje w częstotliwość LTE, aby dotrzeć do mniej zurbanizowanych części kraju. Ponadto operator może wzmocnić swój rozwój dzięki sprzedaży dodatkowych usług (różnego rodzajów serwisów filmowych, czy też muzycznych). Ta część rynku wykazuje znacznie większą skłonność do rozwoju aniżeli segment abonentów komórkowych. Ten kanał rozwoju wspierany będzie m.in. przez rosnący poziom zamożności Polaków. Należy także dodać, że decyzja o zniesieniu roamingu na terenie UE nie powinna znacząco wpłynąć na podstawową działalność telekomu, gdyż przychody z tego tytułu stanowią niewielki odsetek całkowitej wielkości wpływów operacyjnych. Co więcej, ich potencjalny spadek zostanie częściowo zrekompensowany przez nowe regulacje prawne dotyczące cen tzw. ,,fair – use” oraz przez wzrost popytu na zagraniczne połączenia i wiadomości tekstowe – efekt spadku cen.

Play to niewątpliwe spółka o solidnych fundamentach, kusząca inwestorów hojną dywidendą oraz potencjałem do dalszego wzrostu organicznego. Jednak nie da się ukryć, że debiut drugiego największego operatora komórkowego w Polsce został niejako ,,wymuszony”. Brak konsensusu ws. sprzedaży spółki zachęcił dotychczasowych akcjonariuszy do monetyzacji chociażby części swoich udziałów właśnie poprzez IPO. Co więcej, wybrany moment wydaje się ku temu niezwykle właściwy, nie tylko ze względu na wyróżniającą się postawę spółki na tle całego rynku, ale również ze względu na zdecydowaną poprawę nastrojów na warszawskim parkiecie. Takie połączenie prawdopodobnie spowoduje, że ten debiut dojdzie do skutku i zasłuży na miano jednego z największych w historii polskiego rynku kapitałowego, natomiast dotychczasowi akcjonariusze zdołają odsprzedać swoje akcje po atrakcyjnej cenie.

 

Autor: Seweryn Masalski, MM Prime TFI

 

Crowdsourcing jest procesem, dzięki któremu można czerpać z wiedzy grupy ludzi oraz ich potencjału, który wyraża się w poglądach, opiniach, czasie, a także zasobach.

Zaglądając do słownika języka angielskiego można poznać znaczenie słów, z których składa się crowdsourcing. Crowd oznacza tłum, a outsourcing korzystanie z zasobów zewnętrznych. Proces ten może być wykorzystywany przez różne organizacje, takie jak firmy, instytucje publiczne oraz typu non-profit. Jednostka firmy wykorzystuje outsourcing, który oznacza korzystanie z zewnętrznych źródeł. Podmiot, czyli firma zewnętrzna, ma wtedy do wykonania przekazane im zadanie, które może być projektem, badaniem czy procesem. Corwdsourcing jest podręcznikowym przykładem na wykorzystanie rozwoju technologii, ponieważ doskonale wykorzystuje szybką komunikację. To dzięki niej jest możliwe pozyskanie wielu opinii, które w normalnych warunkach znalazłyby się poza zasięgiem, oszczędzając przy tym masę czasu.

Jak przeprowadzać badania crowdsourcingowe?

Chcąc w pełni korzystać z możliwości, jakie daje crowsdsourcing trzeba trzymać się kilku podstawowych zasad. Nie są one odgórnie określone, ale mogą sporo pomóc i usprawnić proces badań. Dobrym początkiem jest skonkretyzowanie celu. Poprzez ustalenie co chcemy uzyskać badaniem i skierowanie go do docelowej grupy, unikniemy niepotrzebnych, nic nie wnoszących opinii. Tworząc ankietę czy inną formę wypowiedzi dla badanych, pamiętaj o ich kreatywności. Nawet bardzo uściślona grupa może przynieść przełomowe rozwiązania, których nawet nie brałeś pod uwagę. Staraj się, żeby wnioski były możliwe do przełożenia i przekazania każdej grupie odbiorców. Ważna jest ich jasność i nazywanie po imieniu, jako konkretny plan na przyszłość. Pomyśl o szablonach, które pomogą wszystko pogrupować i uporządkować. W trakcie przeprowadzania procesu dbaj także o komfort tłumu, staraj się go motywować i zapewniać o ważności powierzonego zadania.

Główne zagadnienia

Przeprowadzenie badań pozwoli ustalić, jak na tle konkurentów wypada firma. To świetny sposób na określenie siły markiz równoczesnym rozpoznaniem na całym rynku. Badając to można określić zapotrzebowanie społeczeństwa, ich odczucia i czy dane działanie jest przez nich oceniane na plus. Umożliwi to planowanie świadomej strategii biznesowej, której struktura będzie miała mocne fundamenty.

Sam wizerunek pracodawcy i potencjał jego marki będą różnie postrzegane przez odmienne grupy. Można na tej podstawie wyciągnąć ciekawe wnioski. Idąc tym tropem, jeżeli firma jest dobrze postrzegana i rozpoznawana przez młodych ludzi, oznacza to wzorowo przeprowadzaną kampanię w sieci i nowoczesnych mediach, a lepsze wyniki wśród doświadczonych osób mogą świadczyć o profesjonalizmie w zatrudnieniu, dbaniu o pracownika i jego dobro. To tylko rozważania, ale warto zwrócić uwagę na grupę, która wystawia opinię i to z czym ona obcuje na co dzień.

Crowdsourcing może być bardzo przydatny w przypadku przeprowadzania szkoleń, gdzie opinia pracowników jest najcenniejsza. Badając ich zdanie, co jest przydatną wiedzą i umiejętnością, można organizować tylko szkoleni przynoszące pozytywne rezultaty. Sięgając po opinie szerszego tłumu łatwo zweryfikować, jakie trendy szkoleniowe są obecnie najbardziej pożądane. Zmniejszy to ryzyko marnowania czasu i pieniędzy na bezwartościowe projekty.

Badania są także wartościowe w przypadku wprowadzania nowych technologii na rynek czy do firmy. Szeroko rozumiane opinie mogą być nieocenione. Tak samo w przypadku pomysłu usług, dodatków czy sposobu reklamy. Korzystanie z crowdsourcingu może być bardzo różnorodne, wszystko zależy od inwencji badających i ich rozumieniu opinii tłumu.

Zwężenie grupy docelowej

Tłum oznacza siłę. Badania przeprowadzanie na dużej grupie osób mogą przynieść masę informacji i opinii, ale trzeba umieć znaleźć te najbardziej wartościowe. Miło mieć świadomość, że duże firmy korzystają ze zdania swoich klientów i szukają rozwiązań odpowiadającym wszystkim stronom. Pojedyncze jednostki jednak łatwo zmanipulować, wmówić im swoje zdanie i przez to zmienić wyniki badań. Łatwo jest podążyć za głosem większości. Dla Crowdsourcingu dobrym rozwiązaniem wydaje się zwężenie badanego tłumu do grupy, bardziej dopasowanej do zapytania. Selekcja nie musi być oparta na wykształceniu czy wieku. Model doboru grupy powinien opierać się na tych, którzy rzeczywiście mają coś konstruktywnego do powiedzenie w danej dziedzinie, jednocześnie posiadając konkretną wiedzę i doświadczenie. Pytając kogoś, co kompletnie nic nie wie na dany temat i biorąc pod uwagę jego opinię, można zaburzyć cały proces badań, odchodząc od głównego problemu.

Źródło: Infor.pl

Zaoszczędzić wiele wysiłku, pieniędzy, ale przede wszystkim czasu w codziennej pracy. Mikro oraz małe i średnie firmy, czyli dominujący sektor przedsiębiorstw w Polsce, aby zapewnić jeszcze bardziej sprawne funkcjonowanie swojego biznesu, coraz częściej szukają alternatywy dla tradycyjnych usług i przenoszą je w online.

Usługi elektroniczne mogą być kluczem do sukcesu niezależnie od profilu działalności firmy. Warto zapoznać się z listą rzeczy, które można zrealizować przez internet, a które ułatwią i przyspieszą  pracę i poprawią efektywność działalności.

E-księgowość

Na rynku są dostępne usługi księgowości internetowej, które umożliwiają prowadzenie tego obszaru dla małej, zwykle 1-osobowej firmy za pomocą aplikacji. Obsługa programu jest zazwyczaj bardzo prosta, dostępna również z poziomu smartfona czy tabletu. – Do księgowości internetowej przekonuje się coraz więcej polskich przedsiębiorców, ponieważ zachowuje ona wszystkie funkcje tradycyjnych, papierowych rozliczeń, ale dodatkowo wprowadza wiele ułatwień – mówi  Paweł Wrzos, Prezes Zarządu Finup Księgowość sp. z o.o., właściciela marki AIOBiznes, platformy usług dla firm. Wszystkie dane klientów, które wprowadzane są do systemu e-księgowości są gromadzone, a także archiwizowane, dlatego też ponowne wystawienie faktur na takie same dane jest proste, a samo użytkowanie tego programu – bezpieczne. Najczęstsze funkcje e-księgowości z jakich może skorzystać firma:

  • generowanie niezbędnych zestawień finansowych (np. miesięcznych),
  • wystawianie i ewidencja faktur,
  • wystawianie wezwań do zapłaty,
  • wypełnianie formularzy do Zakładów Ubezpieczeń Społecznych,
  • wypełnianie rocznych deklaracji podatkowych dla Urzędu Skarbowego,
  • baza towarów i usług

Wirtualne biuro

Wirtualnym biurem jest realnie istniejąca firma, która udostępnia adres potrzebny do rejestracji działalności oraz do korespondencji. Przedsiębiorca otrzymuje prestiżowy adres, pozwalający na skuteczne kreowanie wizerunku marki, bez ponoszenia ogromnych kosztów najmu. Usługa daje możliwość przekazania całej administracji w ręce specjalistycznej firmy, w tym m.in. zarządzanie obiegiem korespondencji i prowadzenie elektronicznego  biura podawczego, co pozwala na skoncentrowanie się na kluczowych sprawach przedsiębiorstwa.

Internetowe multiplatformy

Mikro i małe firmy mogą również korzystać z rozbudowanych platform online, dających dostęp do wielu usług jednocześnie w jednym miejscu, które są niezbędne do prowadzenia biznesu. Oprócz elektronicznej księgowości  i wirtualnego biura przedsiębiorca może m.in.:

  • Zamówić usługę kurierską
  • Zyskać wsparcie prawne
  • Zrobić zakupy w sklepie internetowym z artykułami biurowymi
  • Skorzystać z outsourcingu sił sprzedaży lub zamówić kampanię realizowaną przez call center
  • Wziąć udział w szkoleniu e-learningowym lub wycenić bądź zamówić szkolenie stacjonarne
  • Wynająć samochód na potrzeby firmy
  • Uzyskać finansowanie w postaci kredytu bankowego

Poprzez zaawansowane technologicznie rozwiązania dana platforma daje właścicielom firm najważniejsze narzędzia do prowadzenia działalności praktycznie od ręki, po zalogowaniu się do konta, do których ma szybki dostęp z dowolnego miejsca – mówi Paweł Wrzos Prezes Zarządu Finup Księgowość sp. z o.o., właściciela marki AIOBiznes.

Elektroniczna administracja publiczna

ePUAP

Elektroniczna Platforma Usług Administracji Publicznej (epuap.gov.pl) to serwis internetowy, który umożliwia obywatelom załatwienie wielu spraw administracyjnych przez Internet. W Katalogu Spraw znajduje się udostępnionych przez urzędy kilka usług dla przedsiębiorców. Zgromadzono je w kategorii Przedsiębiorczość i dotyczą m.in. prowadzenia firmy, rejestracji przedsiębiorców czy wydawania zezwoleń i koncesji. Więcej spraw można znaleźć w kategoriach Infrastruktura, Statystyka i Dofinansowanie z funduszy UE.

Potwierdzenie tożsamości odbywa się za pomocą Profilu Zaufanego (PZ) obsługiwanego w ramach platformy ePUAP. PZ wykorzystywany jest do składania podpisu na wniosku i stanowi alternatywę dla bezpiecznego podpisu elektronicznego z certyfikatem kwalifikowanym. Warto go posiadać, ponieważ stanowi podstawową metodę potwierdzania tożsamości w wielu usługach elektronicznej administracji.

PUE

Platforma Usług Elektronicznych ZUS (PUE – pue.zys.pl) daje wgląd w dane zapisane na kontach w ZUS, pozwala wysłać drogą elektroniczną dokumenty zgłoszeniowe i rozliczeniowe oraz innego rodzaju wnioski. Przedsiębiorcy – płatnicy składek mogą sprawdzić dane osób zgłoszonych do ubezpieczeń, uzyskać wniosek o niezaleganiu z opłatami czy przejrzeć zestawienia złożonych deklaracji. Płatnicy składek do 100 ubezpieczonych mogą dodatkowo za pośrednictwem PUE ZUS wygenerować i wysłać dokumenty rozliczeniowe, dokonać zgłoszenia lub wyrejestrować ubezpieczonych, a lekarze – wystawiać także niektóre zaświadczenia lekarskie.

 

Źródło: AIOBiznes

Co czwarty respondent woli mieć szefa mężczyznę, a nie kobietę. Tylko 16% Polaków uważa, że to kobiety są lepszymi szefami niż mężczyźni. Wśród mężczyzn jeszcze mniej badanych wskazuje na kobietę jako dobrego przełożonego, bo tylko 12% – pokazały wyniki raportu pt. „Czy Polak ufa swojemu pracodawcy?”, ogłoszonego przez agencję Procontent Communication.

– W Polsce, większą otwartość na kobiety szefów wykazują  młodsi pracownicy, przed 35. rokiem życia. Z wiekiem, coraz częściej, swoje głosy oddajemy na przełożonych mężczyzn – mówi Małgorzata Twardochleb, Procontent Communication.

Najmniejszym zaufaniem darzą kobiety jako szefów osoby dojrzałe, które swoją aktywność zawodową zaczynały ponad dekadę temu. Na panie jako dobrych przełożonych zagłosowało najmniej osób z przedziału wiekowego 35-49 lat. W tej grupie tylko niecałe 12% badanych uważa, że lepszym szefem jest kobieta niż mężczyzna.  Podczas, gdy u osób młodych w wieku 25-34 lata na kobietę szefa postawiło ponad 18% Polaków.

– Badanie to pokazuje jasno, że nadal warto pracować nad wizerunkiem kobiet jako liderów i szefów. Firmy, które mają w swoich szeregach szefów kobiety powinny podkreślać ich dokonania oraz walczyć ze  zjawiskiem tzw. „szklanego sufitu”, który nadal w Polsce częściej dotyka Panie niż Panów – podkreśla Iwona Kubicz z Procontent Communication.

Większe zaufanie do szefa kobiety nie idzie w parze z wyższym  wykształceniem lub lepszą pozycją w firmie. Co ciekawe, na kobietę jako lepszego szefa częściej wskazują osoby z wykształceniem zawodowym, niż z wyższym lub średnim. „Myślę, że raport ten pokazuje jak bardzo potrzebne są wszelkie działania wspierające Polki w budowaniu kompetencji menedżerskich, ale także projekty przełamujące stereotypy dot. dobrego wizerunku kobiety jako szefa” – dodaje Iwona Kubicz. .

Jak pokazują badania, w Polsce to mężczyznom wyjątkowo trudno jest znaleźć dobrego szefa kobietę lub się do tego przyznać. Tylko 12% Panów uważa, że kobiety są lepszymi szefami. Tymczasem w całej populacji twierdzi tak 16% badanych.

– Nasze badania pokazują że w sferze zawodowej nadal paniom na kierowniczych stanowiskach trudniej zdobyć serca podwładnych. Szczególnie trudną sytuację mają Panie zarządzające męskimi zespołami, gdyż jak widać w Polsce nadal trudno o zaufanie do szefa kobiety – komentuje Iwona Kubicz.

Optymizmem mogą jednak napawać pozostałe odpowiedzi respondentów. To co pociesza to duża grupa, bo aż 60% respondentów, odpowiadająca  na pytanie o to, kto jest lepszym szefem w sposób dyplomatyczny. Ci badani wskazywali na fakt, iż szefowie każdej płci mogą poradzić sobie lepiej w zależności od danej sytuacji.

Badanie zostało przeprowadzone przez ośrodek badania opinii publicznej SW Research na reprezentatywnej próbie dorosłych Polaków (N= 824) w wieku 18-55.

 

Wypowiedź: Małgorzata Twardochleb, Procontent Communication.

Media społecznościowe odgrywają coraz większą rolę w obszarze rekrutacji. Wykorzystywane są nie tylko przez pracodawców i rekruterów w celu pozyskania kandydatów, ale także przez samych kandydatów, którzy za ich pośrednictwem poszukują pracy lub czekają na propozycje zawodowe. Dlaczego warto mieć profil w biznesowych mediach społecznościowych? Wyjaśnia ekspert LeasingTeam Professional.

Pojawienie się Internetu w Polsce zrewolucjonizowało proces rekrutacji. Poszukiwanie pracy na portalach rekrutacyjnych, przesyłanie CV e-mailem w odpowiedzi na ogłoszenia, aplikowanie na oferty pracy za pośrednictwem zaawansowanych systemów wspierających procesy rekrutacyjne czy rozwiązywanie testów kompetencji on-line to tylko niektóre metody i narzędzia, z których na co dzień korzystają kandydaci. Internet zautomatyzował i uprościł proces rekrutacji nie tylko po stronie kandydatów, ale także firm. Obecnie, powszechne stało się wykorzystywanie przez rekruterów, w procesie pozyskiwania najlepiej dopasowanych do oczekiwań firm kandydatów, biznesowych mediów społecznościowych. W Polsce, do najbardziej popularnych portali należą międzynarodowy LinkedIn i polski Goldenline. Mają one charakter biznesowy, dlatego najczęściej swoje profile zawodowe zakładają osoby z poziomu co najmniej asystenta bądź specjalisty, a także menedżerowie, dyrektorzy, członkowie zarządu czy prezesi. Liczba użytkowników korzystających z biznesowych portali społecznościowych wzrasta w Polsce z roku na rok. Wynika to z faktu, że coraz więcej osób  zdaje sobie sprawę z korzyści wynikających z posiadania profilu na LinkedIn czy Goldenline i dużej aktywności firm rekrutacyjnych. Ekspert LeasingTeam Professional wyjaśnia, w jaki sposób obecność w biznesowych mediach społecznościowych może pomóc w znalezieniu pracy.

Miejsce spotkań kandydatów z rekruterami

Obecnie, głównym narzędziem pracy rekruterów, którzy prowadzą projekty rekrutacyjne metodą direct search, są biznesowe portale społecznościowe takie jak LinkedIn czy Goldenline. Realizacja procesu rekrutacji z wykorzystaniem metody direct search polega na bezpośrednim dotarciu do osób, które posiadają unikalne kompetencje i doświadczenie istotne z punktu widzenia pracodawcy. Z direct search korzystją przede wszystkim firmy doradztwa personalnego w rekrutacjach na stanowiska specjalistyczne i menedżerskie. Dzięki niej rekruterzy docierają do kandydatów pasywnych. Nie poszukują oni aktywnie pracy, w związku z czym nie można ich pozyskać za pomocą tradycyjnych metod takich jak ogłoszenia na portalach rekrutacyjnych.

Firmy specjalizujące się w rekrutacjach najczęściej posiadają na portalach społecznościowych rozszerzone profile dedykowane rekruterom, które umożliwiają dotarcie do kandydatów spoza własnej sieci kontaktów. Jeżeli profil danej osoby i opisane w nim doświadczenie i kompetencje pokrywają się z opisem stanowiska, rekruter wysyła zaproszenie do udziału w rekrutacji i prosi daną osobę o przesłanie CV. Jeśli kandydat prześle swoje dokumenty aplikacyjne, z dużym prawdopodobieństwem, zostanie zaproszony na spotkanie rekrutacyjne.

Osoby, z którymi kontaktujemy się za pośrednictwem biznesowych mediów społecznościowych bardzo często decydują się na udział w procesie rekrutacji. Nawet jeżeli w danej chwili nie myślały o zmianie pracy, są ciekawe, co może zaoferować im inna firma. Ponadto, wielu kandydatów uważa, że udział w procesie rekrutacji  jest pewnego rodzaju treningiem, który jeśli nie teraz, to w przyszłości może pomóc im w zdobyciu wymarzonej pracy – komentuje Anita Obidowska, Konsultant HR Marketing&Sales w LeasingTeam Professional.

Przepustka do udziału w procesach rekrutacyjnych

Obecność w wybranych serwisach społecznościowych daje kandydatom szanse do bycia zauważonym przez rekruterów i pracodawców, którzy poszukują talentów. W związku z tym, warto poświęcić czas na przygotowanie atrakcyjnego profilu. Zazwyczaj jego układ bardzo przypomina tradycyjne CV. Kandydaci zamieszczają w nim informacje dotyczące przebiegu kariery zawodowej oraz edukacji, zawsze zgodnie z zasadą odwróconej chronologii. Dodatkowo informują o przebytych kursach, szkoleniach, zdobytych nagrodach. Dużym atutem wirtualnych profili jest możliwość zamieszczania linków do artykułów eksperckich autorstwa kandydata, filmików z wypowiedziami np. w mediach lub prelekcji w czasie konferencji. W branży marketingowej i kreatywnej bardzo popularne jest zamieszczanie linku do portfolio prac np. graficznych. Im bardziej rozbudowany profil kandydata, tym większa szansa, że zainteresuje rekrutera, który zwróci się do niego z atrakcyjną ofertą pracy. Serwisy takie jak Linkedin czy Goldenline dają użytkownikom możliwość budowania profesjonalnej sieci kontaktów biznesowych, czyli zapraszanie i przyjmowanie innych osób do grona naszych znajomych. Nie bez znaczenia jest też aktywność w danym portalu biznesowym i udostępnianie ciekawych wyników badań, interesujących artykułów, dzielenie się wiedzą z obszaru, który interesuje danego kandydata. Może się zdarzyć, że rekruter zwróci uwagę na profil danego kandydata m.in. ze względu na treści, które udostępnia.

Istnieje wiele dodatkowych narzędzi, które mogą wzbogacić profil kandydata i sprawić, że stanie się on jeszcze bardziej atrakcyjny dla rekrutera. Użytkownicy portalu LinkedIn mogą sobie nawzajem wystawiać rekomendacje oraz potwierdzać swoje umiejętności czy wiedzę z danego obszaru. Mogą również polecać dany profil, a także komentować i udostępniać posty – informuje Anita Obidowska z LeasingTeam Professional.

Dostęp do ukrytych ofert pracy

Jeszcze do niedawna oferty pracy były prezentowane przede wszystkim na portalach rekrutacyjnych takich jak Pracuj.pl czy Infopraca.pl. lub w zakładkach kariera na stronach pracodawców.  Obecnie, oferty pracy pojawiają się również na oficjalnych profilach firm np. na FB, LinkedIn lub GoldenLine. Zdarzają się jednak sytuacje, w których firmy nie mogą sobie pozwolić na upublicznienie danej oferty pracy. Wynika to z różnych powodów. Czasami prowadzone są poszukiwania osoby na stanowisko wciąż obsadzone w  organizacji, najczęściej wyższego szczebla, stąd kluczowe dla prawidłowego funkcjonowania firmy. W związku z tym, informacja o rekrutacji na dane stanowisko, jeżeli już pojawi się na portalu rekrutacyjnym, to wyłącznie bez informacji o pracodawcy w ogłoszeniu.

Ukryte procesy rekrutacyjne bardzo często są zlecane firmom doradztwa personalnego. Przekazując proces na zewnątrz, pracodawca zyskuje anonimowość i pewność, że rekrutacja zostanie przeprowadzona z zachowaniem pełnej dyskrecji – uważa Anita Obidowska.

W przypadku ukrytych procesów rekrutacyjnych, poszukiwania bardzo często prowadzone są na LinkedIn czy Goldenline, z wykorzystaniem metody direct search. Osoby nieposiadające kont na tych portalach, które nie śledzą również regularnie ogłoszeń o pracę na portalach rekrutacyjnych, nie mają szans na udział w procesie.

Miejsce rekomendacji

Użytkownicy biznesowych portali społecznościowych coraz częściej na swoich profilach bezpośrednio komunikują, że poszukują nowych wyzwań zawodowych. Dobrym przykładem jest LinkedIn. Jego użytkownicy, bardzo często w miejscu przeznaczonym na nazwę stanowiska, wpisują informacje o poszukiwaniu nowych wyzwań zawodowych. Ponadto, osoby poszukujące pracy chętnie zamieszczają w swoich profilach dane ułatwiające rekruterom bezpośredni kontakt z nimi, czyli adres e-mail i numer telefonu.

Coraz częściej doświadczeni kandydaci publikują na swoim wallu posty, w których informują, że aktualnie szukają pracy, wymieniają swoje sukcesy i polecają się uwadze rekruterów. Zdarza się również publiczne rekomendowanie znajomych. Wielu przedstawicieli firm rekrutacyjnych chętnie korzysta z tego typu poleceń, które ułatwiają im dotarcie do interesujących kandydatów spoza ich sieci kontaktów – komentuje ekspert LeasingTeam Professional.

Kopalnia wiedzy dla poszukujących pracy

Śledzenie profili wybranych pracodawców na biznesowych portalach społecznościowych daje kandydatom dostęp do przydatnych porad i wskazówek na temat udziału w procesie rekrutacji. Zwłaszcza agencje zatrudnienia i firmy doradztwa personalnego tworzą profesjonalne poradniki dla kandydatów, obejmujące takie zagadnienia jak przygotowanie CV, przebieg rozmowy kwalifikacyjnej czy metody oceny kompetencji. Ich zgłębienie może pomóc kandydatowi w pomyślnym przejściu przez proces rekrutacji.

Obecność w biznesowych mediach społecznościowych dla osób z poziomu specjalistów i menedżerów, które są zainteresowane rozwojem swojej kariery zawodowej, wydaje się być obecnie koniecznością. Wynika to z rosnącej aktywności firm specjalizujących się w przeprowadzaniu rekrutacji profesjonalnych na portalach biznesowych. Może w niedalekiej przyszłości większość rekrutacji przeniesie się do portali takich jak LinkedIn czy Goldenline? Czas pokaże, na pewno warto już dzisiaj się na to przygotować.

 

Źródło: LeasingTeam Professional

Linux, Git, MySQL – to dziś trzy najbardziej wpływowe technologie open source, biorąc pod uwagę czynniki takie jak m.in. liczba użytkowników czy wpływ na tworzenie nowych miejsc pracy – wynika z The Battery Open Source Software Index. To pierwsze tego typu opracowanie, którego celem jest śledzenie rozwoju tego dynamicznie rozwijającego się segmentu IT.

Coraz większa grupa przedsiębiorstw opiera dziś swoje krytyczne funkcje biznesowe na otwartych technologiach, czyli takich, które w całości bazują na dostępnym powszechnie kodzie źródłowym – w przeciwieństwie, do rozwiązań zamkniętych, gdzie kod dostępny jest tylko producentowi. Dane pokazują, że z rozwiązań open source korzysta nawet 78 proc. organizacji. Z ubiegłorocznego badania przeprowadzonego przez Forrester wśród szefów IT wynika, że dla ponad 40 proc. z nich zwiększenie zakresu wykorzystania open source jest wysokim lub krytycznym priorytetem. Jednak jak twierdzą autorzy opublikowanego rankingu, fakt, że wciąż niewiele organizacji oferujących rozwiązania otwarte jest notowanych na giełdzie i publikuje swoje wyniki finansowe, sprawia, że wycena wartości tego rynkui śledzenie rozwoju poszczególnych projektów jest utrudnione. Dlatego opracowanie Battery Ventures ocenia potencjał technologii open source na podstawie ogólnodostępnych danych. Na podium zestawienia znalazły się Linux, Git i MySQL. Razem z nimi pierwszą dziesiątkę tworzą jeszcze m.in. Node.js, Docker, Hadoop czy Spark. Najliczniejszą grupę technologii, które znalazły się w rankingu – 15 z 40 – stanowią otwarte projekty związane
z przechowywaniem i przetwarzaniem danych.

Wszystkie wymienione w rankingu rozwiązania są niezwykle popularne i dynamicznie rozwijane. Zarówno na polskim, jak i międzynarodowym rynku otwartych technologii, możemy  znaleźć wiele przykładów na to, że model biznesowy oparty w całości na open source może przynieść biznesowy sukces. Z tego typu rozwiązań korzystają w naszym kraju m.in. liderzy sektora finansowego czy teleinformatycznego, a także duże instytucje publiczne – mówi Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska, organizator konferencji Open Source Day, jednego z największych w Europie wydarzeń poświęconych otwartym technologiom.

Zarabiać na open source

Kryteria ewaluacji zastosowane w czasie tworzenia The Battery Open Source Software Index uwzględniają m.in. liczbę i stopień aktywności użytkowników czy liczbę ofert pracy dla osób posługujących się daną technologią. Autorzy oddzielają popularność danego rozwiązania wśród użytkowników od sukcesu związanego z jego komercjalizacją. Ze względu na to, że model open source opiera się na bezpłatnym udostępnieniu kodu źródłowego, w większości przypadków firmy zajmujące się jego dystrybucją zarabiają nie na sprzedaży samego oprogramowania, ale na usługach takich jak jego wdrożenie czy utrzymanie.

Pomimo, że część dużych projektów open source nie została jeszcze  skomercjalizowana przez konkretne firmy w takim stopniu jak np. umieszczony na czele rankingu Linux, nie da się zakwestionować ich biznesowego potencjału. Są one bowiem powszechnie stosowane i używane przez komercyjne instytucje. Zatrudnieni przez nie inżynierowie korzystają z nich, kiedy pojawia się potrzeba stworzenia nowej aplikacji czy infrastruktury. Kluczowym elementem dla autorów otwartych rozwiązań powinno być wypracowanie odpowiedniego modelu sprzedaży – dodaje Dariusz Świąder, Open Source Day.

 

Źródło: Open Source Day

Jak pokazuje polskie doświadczenie, rodzinne przedsiębiorstwa nie tylko stanowią podstawę całej gospodarki, ale coraz częściej skutecznie konkurują z zagranicznymi podmiotami – bez względu na branżę. To właśnie rodzimi przedsiębiorcy zaczynają wygrywać walkę o najlepszych kandydatów. Co możemy zyskać porzucając pracę w korporacji na rzecz rodzinnej firmy? Oto kilka przykładów:  

Rodzinne firmy są otwarte na indywidualistów. Decydując się na pracę w korporacji, godzimy się na bycie częścią zespołu, który jest podstawą jej funkcjonowania, a także na ocenę poprzez pryzmat wyników wszystkich jego członków. Sami rekruterzy, decyzję o zatrudnieniu kolejnego pracownika podejmują często w oparciu o ocenę tego, czy dany kandydat „pasuje do zespołu”. Nikt nie ocenia naszego wkładu pracy – liczy się efekt, wypracowany przez wszystkich.

W firmach rodzinnych obserwujemy mniejszą biurokrację, relacje z pracownikami oparte są na zaufaniu, przez co z kolei wzrasta ich identyfikacja zarówno z firmą, jak i jej partnerami.

Na pewno nie ma także tylu stopni hierarchii jak w korporacjach, nie ma więc problemu, by swój pomysł zaprezentować bezpośrednio właścicielowi firmy. Co ważne, takie inicjatywy bardzo często są realizowane, ponieważ dzięki nieszablonowym projektom i pomysłom małe firmy mogą konkurować z międzynarodowymi markami.

Nasze sukcesy są bardziej widoczne. W mniejszych firmach, gdzie podział obowiązków jest bardziej przejrzysty, łatwiej zostać dostrzeżonym. Przede wszystkim nie ma anonimowości – wszyscy wiedzą, jaka jest nasza rola w firmie i nad czym pracujemy. Dzięki temu łatwiej dostrzec im wymierne efekty naszej pracy. Pracownik z kolei, ponieważ ma świadomość, że sam odpowiada za swoje działania, pracuje wydajniej i łatwiej zidentyfikować mu się z organizacją.

Warto też wspomnieć, że małe firmy do rekrutacji podchodzą rozsądniej niż wielcy konkurenci. Problem przerostu zatrudnienia raczej ich nie dotyczy, a to oznacza, że znacznie łatwiej jest zaznaczyć swój udział w kluczowych dla przedsiębiorstwa projektach.

Większe możliwości zdobycia doświadczenia. Jak już wspominaliśmy, w małej firmie łatwiej przebić się z dobrym pomysłem i po prostu zacząć go realizować. A jeżeli Ci się powiedzie, możesz liczyć na dalsze wsparcie. Warto jednak wspomnieć, że dzięki prostej strukturze tych przedsiębiorstw,  możesz realizować się na różnych płaszczyznach, w różnych działach i ćwiczyć nowe  umiejętności.

W małych firmach odnajdą się więc osoby, które nie lubią monotonii i chciałyby rozwijać różne projekty. Wiąże się to z brakiem przerostu zatrudnienia – nie ma kilku osób desygnowanych do tej samej czynności, dlatego czasem trzeba być bardziej elastycznym. Choćby dlatego, że sam przekonasz się, w czym jesteś najlepszy i co chcesz robić.

Nauka efektywności. Rodzinne firmy ostrożniej postępują z budżetem. Przejawia się to w różnych aspektach. Pracownicy zatrudniani są wtedy, kiedy naprawdę są potrzebni. Nie trzeba się zastanawiać, kto za co właściwie odpowiada. Nie ma też zbędnych gadżetów, które zalegają w magazynach czy szufladach. Mimo to, to właśnie takie firmy najefektywniej gospodarują swoim budżetem.

Stawiamy na rozwiązania najbardziej efektywne. Właściwa selekcja pozwala na odrzucenie tych działań i wydatków, które być może wcale nie są nam niezbędne. W efekcie podejmowane są działania, które mają największe szanse na sukces, nie tracimy energii na rzeczy nieistotne – podkreśla Wojciech Tulwin, Dyrektor ds. Marketingu i PR w firmie Recman.

Prawdziwy CSR. Z różnorodnych badań opinii przeprowadzanych wśród tzw. Millenialsów wynika, że młodzi ludzie – zarówno jako konsumenci, jak i pracownicy – oczekują coraz większego zaangażowania biznesu w sprawy, z którymi nie radzą sobie politycy i instytucje publiczne. Społeczna Odpowiedzialność Biznesu stała się więc modnym hasłem, które firmy próbują wdrożyć także w swoich strukturach. Często zapominają jednak o tym, że działania nie mogą ograniczać się do haseł i okazjonalnie przeprowadzanych akcji. Muszą generować zaangażowanie pracowników, ale aby tak się stało, muszą być autentyczne.

Działania na rzecz społeczeństwa, dla firm rodzinnych są czymś naturalnym, ponieważ małe przedsiębiorstwa są istotną częścią lokalnej społeczności. CSR w ich wydaniu ma zwykle o wiele mniejszy zasięg niż w przypadku korporacji. Tutaj nie liczą się ogólnopolskie, medialne akcje. Pracownicy działają najczęściej w obrębie najbliższego otoczenia, na rzecz osób czy instytucji, które znają, które są dla nich ważne. Działania te są najczęściej bardzo systematyczne.

Rodzina odporna na kryzysy.

Duże rodzinne biznesy, które trwają od wielu pokoleń, robią wszystko by mieć pewność, że etos ich działalności i silne poczucie celów, które sobie narzucili, będzie kontynuowany. Przetrwanie jest więc dla nich ważniejsze niż zysk.

Badania prowadzone w związku ze światowym kryzysem gospodarczym pokazały, że firmy rodzinne, w porównaniu z ich odpowiednikami z danych krajów i sektorów, cechowały się rozsądną oszczędnością w okresie recesji, miały niższy poziom zadłużenia i lepiej zdywersyfikowaną działalność. Jednocześnie skutecznie broniły się przed odejściem najbardziej wartościowej kadry.

Źródło: www.recman.pl

 

Aż 8 na 10 ubiegających się o pracę ma wrażenie, że nikt nie przejrzał wysłanej przez nich aplikacji, a tylko co piąty otrzymał informację o przyczynach niezatrudnienia. Tak wynika z badania „Candidate Experience 2017” zrealizowanego przez eRecruiter i Koalicję na rzecz Przyjaznej Rekrutacji. Eksperci zwracają uwagę, że pracodawcy nie budują relacji z niezatrudnionymi kandydatami. Najczęściej zachowują ich CV w bazie (78%) oraz zapraszają do śledzenia zakładki „Kariera” (54%).

– Kandydaci, którzy w odpowiedzi na ofertę pracy wysyłają swoją aplikację, najczęściej nie otrzymują żadnej informacji zwrotnej ze strony pracodawcy. To jeden z najsmutniejszych wniosków tegorocznej edycji badania „Candidate Experience”. Z doświadczeń uczestników rekrutacji wynika również, że spora część pracodawców nie stosuje dobrych praktyk w zakresie informowania o zakończeniu procesu naboru lub przyczynach niezatrudnienia. Aby zminimalizować te negatywne doświadczenia i oszczędzić czas, rekrutujący mają do dyspozycji technologię i specjalne platformy do zarządzania rekrutacjami. Usprawniają one komunikację z kandydatami, umożliwiając wysyłkę wiadomości ze statusem procesu do wielu uczestników jednocześnie. Nie zajmuje to dużo czasu, a kandydat nie czuje się lekceważony – zwraca uwagę Julia Urbańska, marketing manager w eRecruiter oraz koordynatorka Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji.

Kandydaci oczekują odpowiedzi

Większość przedstawicieli działów HR zgadza się, że warto dbać o kandydatów w procesie rekrutacji. Niestety, praktyka wygląda inaczej. Po pierwsze, aż 8 na 10 ubiegających się o pracę ma wrażenie, że nikt nie przejrzał wysłanej przez nich aplikacji. Po drugie, widać rozbieżności między elementami, które zdaniem kandydatów powinny być standardem podczas rekrutacji, oraz tymi faktycznie stosowanymi przez pracodawców. Dla 86% aplikujących standardem powinno być informowanie o zakończeniu procesu rekrutacyjnego. Z takim działaniem spotkało się zaledwie 39% kandydatów. Ponadto, 8 na 10 specjalistów oczekuje od pracodawców informacji o przyczynach niezatrudnienia. Taki zwyczaj ma zaledwie co piąta firma.

Pracodawcy zapominają o niezatrudnionych kandydatach

Podtrzymywanie relacji z wartościowymi kandydatami, którzy z określonych przyczyn nie zostali zatrudnieni, to ważny element candidate experience. Jednak wyniki badania eRecruiter wskazują, że firmy ograniczają się w tym obszarze do biernych działań. Najczęściej pracodawcy zachowują CV kandydatów w bazie (78%), ale tylko 42% zagląda do zgromadzonych CV przy okazji każdej rekrutacji. Najczęściej wtedy, gdy otrzyma zbyt mało zgłoszeń na opublikowane ogłoszenie o pracę.

Paweł Bechciński, Dyrektor ds. Rekrutacji i Rozwoju Zasobów Ludzkich, SUEZ Polska, podkreśla, że firmy wciąż nie wykorzystują w odpowiednim zakresie baz danych i zasobów, które już posiadają. – Obecnie nie możemy pozwolić sobie na stratę żadnego wartościowego kandydata, nie tylko przyszłego, ale też tego, który już do nas zaaplikował i wykazał się inicjatywą oraz chęcią pracy w organizacji. W naszej firmie zbieramy większość życiorysów w ramach tzw. rekrutacji ogólnej, w której kandydaci sami spontanicznie przesyłają nam aplikacje. Dziennie otrzymujemy ok. 20 życiorysów, co w skali roku daje kilka tysięcy potencjalnych kandydatów do pracy. Warto zwrócić uwagę, jaki to jest kapitał dla firmy. Przy wybranych procesach rekrutacyjnych, nie musimy publikować nowego ogłoszenia o pracę i czekać na spływające CV. Dzięki eRecruiter, możemy skorzystać z zasobów, które już mamy, co zdecydowanie ogranicza koszty i – mówi Paweł Bechciński z SUEZ Polska.

Wśród innych sposobów podtrzymywania relacji z niezatrudnionymi kandydatami, rekruterzy wskazali zachęcanie do śledzenia zakładki „Kariera” (54%) oraz informowanie o bieżących rekrutacjach (26%). Niestety, niewielki odsetek firm – zaledwie 19% – decyduje się pytać kandydatów o ich wrażenia i opinie na temat procesu rekrutacyjnego, w którym wzięli udział.

– Troska o dobre relacje z kandydatami to bardzo istotny element rekrutacyjny, który przekłada się na wizerunek firmy. Jednak często zapomina się, że dotyczy to również dbania o kandydatów, którzy nie zostali zatrudnieni. Takie osoby mogą zostać ponownie zaproszone do kolejnych rekrutacji, co w konsekwencji skróci czas prowadzonych procesów i znacząco ułatwi pracę działu HR. Pracodawcy, jeśli nie chcą, aby odrzucony kandydat był ich piętą Achillesa, powinni optymalizować projekty rekrutacyjne poprzez odpowiednie narzędzia HR i praktyki, na które wskazują sami kandydaci – mówi Julia Urbańska.

 

Wypowiedź: Elżbieta Flasińska, eRecruiter.

Dane GUS wskazują, że niemal co piąta pracująca w Polsce osoba (23 proc.) jest zatrudniona w mikroprzedsiębiorstwie. Natomiast zgodnie z obowiązującymi przepisami, firmy zatrudniające do 9 osób, a więc właśnie mikroprzedsiębiorstwa, nie są zobowiązane do tworzenia wewnętrznej służby BHP, ani także do korzystania z zewnętrznych specjalistów z zakresu bezpieczeństwa i higieny pracy. Czy to oznacza, że 3,76 mln osób zatrudnionych w mikrofirmach jest bardziej narażone na wypadki przy pracy?

Zatrudnienie nawet jednej osoby w oparciu o umowę o pracę powoduje, że przedsiębiorca staje się pracodawcą. Oznacza to, że zaczyna go obowiązywać Kodeks Pracy, w tym przepisy dotyczące bezpieczeństwa i higieny pracy. Natomiast jak się okazuje, w firmach które zatrudniają do 9 osób, nie ma obowiązku tworzenia wewnętrznej lub zewnętrznej służby BHP. Czy to oznacza, że nie jest ona potrzebna?

Istnieje możliwość, aby w mikrofirmie pracodawca posiadający ukończone szkolenie wykonywał niezbędne zadania służby BHP. Jednak zawsze pozostawia to wątpliwości dotyczące faktycznej jakości edukacji z zakresu bezpieczeństwa i higieny pracy, a także oceny zagrożeń i możliwości zapobiegania im zawczasu – mówi Hubert Miłosz Wawrzyniak, członek zarządu w W&W Consulting.- Należy podkreślić, że zastosowanie procedur bezpieczeństwa i racjonalne podejście do ich stosowania ma wpływ nie tylko na zmniejszenie liczby wypadków przy pracy, ale także na wizerunek danej firmy, jako miejsca dbającego o swoich pracowników.

Niemal połowa polskich mikro, małych i średnich firm działa w branży handlowej (46,3 proc.), drugą co do wielkości grupę stanowią firmy przemysłowe (31,4 proc.), następnie usługi (14,6 proc.).Okazuje się, że to także sektory, w których w 2016 roku odnotowano najwięcej wypadków przy pracy. Niemal 32 proc. tego rodzaju zdarzeń miało miejsce w przetwórstwie przemysłowym, a ponad 13 proc. w handlu i naprawie pojazdów. Jak się okazuje, najczęstszymi przyczynami wypadków przy pracy jest nieprawidłowe zachowanie pracownika (ponad 60 proc. odnotowanych w 2016 roku zdarzeń). Pozostałymi powodami wypadków były: niewłaściwy stan narzędzi, wyposażenia lub budynków, co było powodem 8,4 proc. wypadków oraz niekorzystanie lub niewłaściwe posługiwanie się narzędziami lub wyposażeniem, co spowodowało 7,4 proc. zdarzeń.

Zadania służby BHP

Obowiązkiem pracodawcy zgodnie z obowiązującym prawem jest organizowanie szkoleń BHP dla pracowników – muszą się one odbywać w ich godzinach pracy oraz na koszt pracodawcy. Do szkoleń obowiązkowych należą zarówno wstępne, jak i okresowe. Kolejną kwestią, za którą odpowiada pracodawca jest przeprowadzanie wstępnych, okresowych i kontrolnych badań lekarskich. Jednak to tylko podstawy, zgodnie z polskim prawem to pracodawca odpowiada także za organizację pracy zgodnie z zasadami BHP, ich przestrzeganie oraz kontrolę i usuwanie uchybień w tym zakresie. Ważne jest także dostosowywanie do zmieniających się przepisów oraz zaleceń inspektorów pracy.

Nie bez powodu pracodawcy decydują się na zatrudnienie dedykowanych bezpieczeństwu i higienie pracy osób. Obowiązki wynikające z przepisów pracy są absorbujące i wymagają specjalistycznej wiedzy – tłumaczy Hubert Miłosz Wawrzyniak.- Właściwe podejście do tematów BHP pozwala na ograniczenie zagrożeń oraz wypadków przy pracy, a tym samym kosztów ponoszonych przez pracodawców wynikających z tego rodzaju zdarzeń.

Koszty wypadków przy pracy

Jak wskazują dane GUS, do najczęstszych urazów w wypadkach przy pracy, które miały miejsce w 2016 roku,  należały uszkodzenia rąk (43,8 proc.) i nóg (34,4 proc.), a niemal 100 proc. z nich była lekka. Pomimo, tego, że większość urazów, które nastąpiły w czasie wypadków przy pracy nie była groźna dla życia, ani nie spowodowała długotrwałej niezdolności do pracy, równocześnie uniemożliwiały one wykonywanie obowiązków zawodowych.

– Zwolnienie lekarskie po wypadkach przy pracy w 2016 roku trwało średnio 34,6 dnia. – Koszt jednego dnia absencji chorobowej w Polsce, który ponosi pracodawca, wynosi średnio 373 zł lub 565 zł. Kwota ta zależy od tego, czy został zatrudniony pracownik na zastępstwo, czy praca została rozdysponowana pomiędzy zespół, który otrzyma wynagrodzenie za przepracowane nadgodziny – komentuje członek zarządu W&W Consulting.
Warto jednak podkreślić, że w przypadku mikrofirmy w przypadku nieobecności poszkodowanego pracownika powinno się brać pod uwagę także fakt, że często zatrudnienie zastępstwa lub rozdzielenie obowiązków pomiędzy zespół jest niemożliwe. W takiej sytuacji należy liczyć się z potencjalną utratą zysków, które były możliwe do uzyskania w przypadku uniknięcia wypadku przy pracy. BHP to nie tylko przykry obowiązek związany z wypełnieniem przepisów prawnych, ale przede wszystkim przestrzeń na innowacje i wartość dodaną dla organizacji jaką jest możliwość zaoferowania na rynku pracownika wysoce konkurencyjnej oferty dla kandydatów poszukujących atrakcyjnej oferty pracy, która zapewnia bezpieczeństwo. – podsumowuje Hubert Miłosz Wawrzyniak.

 

Źródło: W&W Consulting

Firmy rodzinne kojarzone są jako przedsiębiorstwa zarządzane nieprofesjonalnie. Tymczasem to właśnie czynniki rodzinności dodają im wiarygodności – mówi prezes Instytutu Biznesu Rodzinnego dr Adrianna Lewandowska.

Jak wynika z raportu Instytutu Biznesu Rodzinnego (IBR) pt. „Firma rodzinna to marka”, przeszło 90 proc. zbadanych firm zadeklarowało, że ich właścicielami są rodziny. Według definicji przyjętej przez badaczy oznacza to, że w firmach tych większość głosów znajduje się w posiadaniu osoby fizycznej, która założyła przedsiębiorstwo lub nabyła w nim udziały, bądź w rękach jej małżonka, rodziców lub dzieci. Mimo to jedynie 36 proc. firm postrzega się jako rodzinne.

Prezes IBR dr Adrianna Lewandowska uważa, że tak duża rozpiętość pomiędzy dwiema zmiennymi świadczy o tym, iż potrzebne są działania zwiększające świadomość rodzinności. „To cel, jaki w konsekwencji tych badań stawia sobie Instytut Biznesu Rodzinnego” – dodała.

Inicjatorka projektu „Statystyka Firm Rodzinnych” podkreśliła, że negatywne postrzeganie przedsiębiorstw rodzinnych ma swoje korzenie w czasach komunizmu, gdy budowanie wielopokoleniowych firm nie było wpisane w strukturę gospodarki centralnie sterowanej. „Z tego powodu nadal kojarzone są one przez niektórych jako firmy, w których panuje nepotyzm. Szkoda, bo to właśnie czynniki rodzinności dodają przedsiębiorstwu wiarygodności i autentyczności” – stwierdziła.

Zdaniem Łukasza Tylczyńskiego, eksperta ds. badań i rozwoju Instytutu Biznesu Rodzinnego, powodem niedostrzegania rodzinności może być m.in. brak chęci do nieustannego myślenia o pracy lub brak umiejętności przywódczych i marketingowych. „W firmie rodzinnej niemal nieustannie trzeba być kilkoma osobami naraz. Niezwykle istotne jest również to, że wszystkie niepowodzenia w biznesie przenoszą się natychmiast na rodzinę, a każdy kryzys w rodzinie – na biznes” – dodaje.

Jak twierdzi dr Lewandowska, w czynniku rodzinności, z którym utożsamia się firma zawarty jest nie tylko potencjał wizerunkowy. Firmy zarządzane przez rodzinę właścicielską są postrzegane jako bardziej wiarygodne, autentyczne i zdeterminowane do dostarczania dobór i usług jak najwyższej jakości. „Firmy, które przyjmują tożsamość rodzinną mają też szansę lepiej przygotować się do zmiany pokoleniowej” – podkreśliła.

Według ekspertki Instytutu Biznesu Rodzinnego dr Marty Widz, za jedno pokolenie w Polsce może istnieć tyle samo firm rodzinnych, co w Europie Zachodniej – w Polsce aż 87 proc. właścicieli firm chce przekazać władzę w ręce krewnych. „Sukcesje wewnątrzrodzinne sięgają na Zachodzie zaledwie 35-40 proc. i wskazują silną tendencję spadkową. Przy takiej dynamice trendów za dwa pokolenia nasz kraj dwukrotnie wyprzedzi zachodnich sąsiadów w liczbie takich firm” – powiedziała.

Natomiast dr Lewandowska zwróciła uwagę, że polskie firmy są coraz bardziej świadome siły, która tkwi w rodzinności. „Właściciele coraz wcześniej uświadamiają sobie wagę przygotowania do procesu sukcesji i z odpowiednim wyprzedzeniem rozpoczynają rozmowy z potencjalnymi sukcesorami. To ogromne wyzwanie, ale warto je podjąć. Od jego powodzenia zależy 183 mld złotych polskiego PKB w ciągu najbliższych 5 lat” – wyjaśniła.

Do grona właścicieli świadomych siły rodzinności zalicza się m.in. Kazimierz Wierzbicki, właściciel firmy Trefl S.A., która od początku swojego istnienia jest biznesem rodzinnym. „Jako właściciel chciałbym, żeby firma pozostała w rękach rodziny jak najdłużej, chociaż wiem, że w pewnym momencie nie będę miał już na to wpływu” – stwierdził.

Jego zdaniem zaletą prowadzenia biznesu rodzinnego jest wolność wyborów oraz dobre relacje z ludźmi. „Posiadanie własnej firmy jest zdecydowanie wygodniejsze w zarządzaniu, można też szybciej podejmować kluczowe decyzje. Cenię sobie również bliskość ludzi, gdyż to właśnie relacje mogą tworzyć trwały i uczciwy biznes. Istotne są również takie aspekty, jak możliwość rozmowy i czerpania inspiracji” – wyjaśnił.

Tymczasem właściciel firmy „Roleski” Marek Roleski uważa, że zakłady rodzinne dopasowują się do bieżącej sytuacji rynkowej, dzięki czemu mogą zyskać przewagę konkurencyjną. „Robimy to, co możemy, żeby zatrzymać w kraju najbardziej wartościowych młodych ludzi i dać im start życiowy, a potem stabilne zatrudnienie na godziwych warunkach i perspektywę rozwoju. Nie chodzi tylko o mnie i moich najbliższych, ale o wszystkich współpracowników” – zaznaczył.

Jak dodał, takie działanie przekłada się na atmosferę panującą w firmie i sprawia, że pracownicy zaczynają się z nią utożsamiać. „Pracownicy podchodzą do swoich zadań rzetelnie i bardzo sumiennie. Liczą na to, że ich dzieci będą mogły w przyszłości pracować w firmie, którą teraz współtworzą” – wytłumaczył.

Z kolei Ania Kruk, dyrektor kreatywna założonej wspólnie z bratem firmy jubilerskiej, zwróciła uwagę, że praca w firmie rodzinnej związana jest z nieustanną konfrontacją wartości rodzinnych z biznesem.

„Dlatego warto, by praca nie była tylko codziennym obowiązkiem, ale stwarzała możliwość realizacji własnych pasji. Oparcie biznesu na wartościach, które towarzyszą od lat rodzinie założycielskiej w prowadzeniu firmy, jest kluczem do stworzenia szansy na jej długowieczność” – powiedziała.

Dyrektor firmy Ania Kruk Sp. z o.o. podkreśliła, że istotną rolę na drodze do sukcesu firmy pełnią pracownicy, którzy pomagają budować dobry klimat. „Niezwykle ważne jest, by każdy pracownik utożsamiał się z misją i wizją przedsiębiorstwa” – zaznaczyła.

Raport pt. „Firma rodzinna to marka”, przygotowany przez ekspertów Instytutu Biznesu Rodzinnego jest częścią projektu „Statystyka Firm Rodzinnych”, który otrzymał dofinansowanie z Unii Europejskiej z programu COSME (2014-2020).

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej bez umowy o wolnym handlu (FTA) może doprowadzić do gwałtownego wzrostu liczby upadłości zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w wielu innych krajach, będących jej kluczowymi europejskimi partnerami. Najnowsza analiza Euler Hermes Brexit: co oznacza dla Europy? nakreśla dwa scenariusze pozwalające ocenić wpływ Brexitu na Wielką Brytanię i jej głównych partnerów handlowych w UE.

–  Brexit na pewno obije się negatywnie na firmach w Wielkiej Brytanii. W zależności od tego czy kraj, po swoim wyjściu z UE, wynegocjuje mowę o wolnym handlu straty mogą sięgać między 17 a 30 mld funtów w latach 2017-2019 – mówi newsrm.tv Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes.

Nawet w optymistycznym scenariuszu – po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE z wynegocjowaną umową o wolnym handlu, jej PKB w latach 2017-2019 może spaść o 2.8pp w ujęciu realnym. Ponadto, w ciągu najbliższych trzech lat, liczba upadłości wzrośnie o około 1500 przedsiębiorstw w stosunku do obecnie prognozowanej średniej 20.300 bankructw rocznie. W scenariuszu pesymistycznym, bez nowej umowy o wolnym handlu, wpływ Brexitu będzie znacznie bardziej dotkliwy. Do roku 2019 brytyjskie PKB spadnie o -4.3% w ujęciu realnym, a liczba bankructw zwiększy się o dodatkowe 1700 przedsiębiorstw względem obecnie prognozowanej.

Ludovic Subran, główny ekonomista Euler Hermes, nie ma wątpliwości, że Brexit pogrąży brytyjską gospodarkę. – Bez uzgodnienia umowy o wolnym handlu podczas negocjacji w sprawie wyjścia spodziewamy się, że po 2019 roku Wielka Brytania znajdzie się w recesji, doświadczając istotnego spadku PKB i kursu funta, co z kolei negatywnie wpłynie na obroty i marże brytyjskich przedsiębiorstw. Nawet jeśli nowa umowa handlowa z Europą zostanie podpisana, to z pewnością się źródłem wielu wyzwań w otoczeniu biznesowym będą wyższe koszty finansowania, odpływ inwestycji i załamanie eksportu. – powiedział Subran.

Szacuje się, że Brexit największy wpływ wywrze na Holandię, Irlandię i Belgię, które mają silne powiązania eksportowe i inwestycyjne z Wielką Brytanią. Bez nowej umowy o wolnym handlu z UE do roku 2019 wskaźniki upadłości w tych krajach mają wzrosnąć odpowiednio o 2,%, 2%i 1,5%. Francja, Niemcy i USA również odczują skutki tego.

Z raportu wyraźnie wynika, że spadek wartości funta i niższy wzrost PKB, będący konsekwencją wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, spowoduje ograniczenie brytyjskiego importu z całej strefy euro. W rezultacie braku nowej umowy o wolnym handlu z Wielką Brytanią skumulowany spadek eksportu towarów i usług z obszaru jednolitego rynku UE może sięgnąć w latach 2017-2019 kwoty 23,5 mld EUR. Również mocno ucierpi na tym niemiecki eksport, tracąc w omawianym  okresie łącznie 6,8 mld EUR z tytułu eksportu samych towarów, z czego aż 2 mld EUR wynosić będą potencjalne straty samych producentów z branży samochodowej.

Nawet po zawarciu nowej umowy o wolnym handlu pomiędzy Wielką Brytanią, a UE straty członków wspólnoty europejskiej z tytułu zmniejszenia się brytyjskiego popytu na towary i usługi szacowane są na kwotę 17,4 mld €.

Bez nowej umowy o wolnym handlu do roku 2019 straty eksportowe Wielkiej Brytanii mogą sięgnąć kwoty 30 mld GBP lub 8% całkowitej wartości eksportu towarów. Wypełnienie tej luki może zająć nawet 10 lat,  mimo podejmowanych prób skompensowania tej straty intensyfikacją wymiany handlowej z krajami Commonwealth – Brytyjskiej Wspólnoty Narodów.

Brexit – konsekwencje dla Polski

W Polsce Brexit postrzegany jest głównie przez pryzmat społeczny. Pracę straci przynajmniej połowa Polaków pracujących w Wielkiej Brytanii.  Rzadziej mówi się o potencjalnych stratach dla polskiej gospodarki, choć te są jak najbardziej realne. Według szacunków, straty w eksporcie polskich towarów spożywczych mogą osiągnąć niebagatelną kwotę 100 mln Euro rocznie.

Wydaje się, że w nowej sytuacji geopolitycznej najmniejsze straty mogą ponieść eksporterzy wyrobów mięsnych – konkurencyjnych cenowo i jakościowo w skali całej Europy. Większość z nich jest nie do zastąpienia przez import zamienny z krajów brytyjskiej wspólnoty narodów (m.in. Nowej Zelandii) z powodu odmiennej oferty. Mniej pewna jest sytuacja eksporterów nabiału, słodyczy i innych produktów FMCG – oni zapewne stracą dużo więcej. Istotnym czynnikiem warunkujący poziom tych strat będą oczywiście nowe ustalenia w handlu Wielkiej Brytanii z krajami europejskimi po ewentualnym opuszczeniu przez nią UE. Oprócz kwestii potencjalnych uregulowań prawno-skarbowych, o przyszłym imporcie polskich towarów spożywczych do Wielkiej Brytanii decydować będą sami importerzy. Przede wszystkim brytyjskie sieci handlowe, albowiem to one odpowiadają za dużą część tej wymiany. Utrzymanie ich dotychczasowego zaangażowania na rynku polskim mogłoby skutkować stałym, niezmiennym poziomem ich zakupów w Polsce.

 

Newsrm.tv

Wprowadzenie preferencyjnej stawki w wysokości 15 proc. tylko wobec podatników CIT z pominięciem przedsiębiorców będących osobami fizycznymi narusza zasadę równości wobec prawa oraz zaburza uczciwą konkurencję  – uważa Rada Podatkowa Konfederacji Lewiatan.

Ocena propozycji obniżenia stawki CIT do 15 proc. nie jest jednoznaczna. Z jednej strony każde obniżenie stawki w podatku dochodowym należy przyjąć z zadowoleniem. Z drugiej jednak należy zwrócić uwagę na kilka istotnych elementów. – Zmiana przyniesie znikomy efekt i z pewnością nie zostanie zrealizowany zakładany w uzasadnieniu cel, tj. wsparcia podatników, dla których utrudnienia w pozyskiwaniu kapitału na inwestycje czy zaburzone warunki konkurencji stanowią główną barierę w prowadzeniu lub rozwijaniu przedsiębiorstwa – mówi Rafał Iniewski, wiceprzewodniczący Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Na gruncie ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych mały podatnik to taki, u którego wartość przychodu ze sprzedaży brutto nie przekroczyła w poprzednim roku podatkowym równowartości 1, 2 mln euro. Tym samym, obniżenie podatku CIT do poziomu 15 proc. dotyczyłoby wyłącznie podatników, u których sprzedaż netto kształtowałaby się na poziomie ok. 4 mln złotych (przy założeniu, że sprzedaż ta podlegała stawce 23 proc. VAT). Biorąc pod uwagę, iż małe firmy, o przychodach, które mogą kwalifikować firmę jako „małego podatnika”, są w większości prowadzone w formie jednoosobowej działalności gospodarczej, efekt proponowanej zmiany będzie znikomy. W rezultacie 15 proc. podatek CIT znajdzie zastosowanie w odniesieniu do bardzo wąskiej grupy przedsiębiorców – prowadzenie działalności o tak ograniczonej skali w formie spółki kapitałowej jest bowiem nieopłacalne (uwzględniając m.in. fakt podwójnego opodatkowania zysków – raz na poziomie spółki kapitałowej oraz ponownie, po ich wypłacie przez taką spółkę, na poziomie udziałowca będącego osobą fizyczną). W powyższym kontekście zarówno zakres podmiotowy zmiany, jak i skala obniżenia stawki są niewystarczające. Aby ze zmiany mogli skorzystać najdrobniejsi przedsiębiorcy, należy nimi objąć także podatników podatku PIT.

Niższa stawka podatku nie przyniesienie również efektu w postaci stymulowania podatników do przekształcania działalności indywidualnej w spółkę. W Polsce skala prowadzenia działalności w formie indywidualnej jest zbyt duża. W ten sposób skłonność do ryzyka niezbędna dla rozwoju gospodarczego jest instytucjonalnie ograniczana. To podejście polskich obywateli/przedsiębiorców w dużej mierze wynika z kosztów stałych prowadzenia spółki kapitałowej, związanych z wpisem do Krajowego Rejestru Sądowego oraz wymogami w zakresie księgowości. Wydaje się, że zaproponowana zmiana mogłaby przy okazji, doprowadzić do ukształtowania bardziej adekwatnego modelu prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce poprzez spółki kapitałowe. Koszty związane z prowadzeniem działalności w formie spółki byłyby niwelowane przez obniżoną stawkę. Niestety, projektodawca w dodanym ust. 1a w art. 19 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych wprowadza szereg ograniczeń związanych z korzystaniem ze stawki obniżonej – uniemożliwiających przekształcenie działalności jednoosobowej w spółkę.            

 

Konfederacja Lewiatan

Przedsiębiorstwa średnie i duże zwiększyły w 2015 r. przychody ze sprzedaży o 3,2 proc. r/r, a wynik finansowy netto o 1,5 proc. – podał GUS.

Przedsiębiorstwa kolejny rok działały w bardzo nietypowych warunkach, bowiem wzrostowi gospodarczemu (PKB) na poziomie wyraźnie ponad 3 proc. towarzyszyła deflacja (konsumencka i producencka). A to oznacza dla firm niewielkie wzrosty przychodów ze sprzedaży, ale z drugiej strony także szanse na utrzymanie kosztów w ryzach dzięki spadkom cen surowców. Oznacza także słabe wzrosty zysku netto.

Tak było w 2015 r. (w 2014 r. wynik finansowy netto spadł r/r). Przychody z działalności przedsiębiorstw 50+ zwiększyły się jedynie o 3,2 proc. r/r. W podobnym stopniu wzrosły koszty uzyskania przychodów. Udało się co prawda zwiększyć wynik finansowy netto, ale jedynie o  1,4 mld zł, do 91, 5 mld zł. Firmy nauczyły się działać w tych nietypowych warunkach – więcej przedsiębiorstw 50+ mimo słabo rosnących przychodów i zysków osiągnęło  w 2015 r. zysk netto (82,8 proc.) i był on przeciętnie większy, ale jedynie o 1,7 proc.

Należy jednak wyraźnie powiedzieć, że nie wszystkie firmy radzą sobie z tą nietypową sytuacją – prawie 3 tys. firm 50+ zakończyło 2015 r. stratą netto, i była ona wyraźnie, bo o 3,6 mld zł wyższa  niż w 2014 r.  Przeciętnie straty jednej firmy były o ponad 20 proc. r/r wyższe niż w 2014 r. i wyniosły 9,8 mln zł. Może to być efekt sytuacji w sektorze górnictwo i wydobywanie, gdzie rentowność sprzedaży netto była w 2015 r. ujemna (minus 3,1 proc.).

Mimo deflacji oraz słabości części firm, szczególnie z sektora górnictwo i wydobywanie, w 2015 r. przedsiębiorstwa 50+ inwestowały, eksportowały i podnosiły wynagrodzenia. I utrzymały wysoką płynność finansową.

To co najważniejsze, to wzrost nakładów na inwestycje (o 11,9 proc. r/r w cenach stałych), i to przede wszystkim w grupie maszyny, urządzenia techniczne, narzędzia oraz środki transportu. Przedsiębiorstwa 3. rok z rzędu zwiększały inwestycje w ponad dwucyfrowym tempie, modernizując swoje aktywa trwałe. A to kluczowy czynnik dla wzrostu produktywności, a także dla wzrostu wynagrodzeń. Skutki tego procesu już zaczynamy obserwować. Jeżeli przedsiębiorstwa będą kontynuować proces modernizacji, to z jednej strony będą miały szanse na poprawę wyników finansowych, ale będą też coraz silniej napotykać na bariery na rynku pracy, w tym przede wszystkim wynikające z coraz bardziej ograniczonego dostępu do wykwalifikowanych kadr.

Kolejną ważną informacją jest wzrost liczby firm-eksporterów. W grupie firm 50+ przybyło ich co prawda tylko 140 (eksporterzy to 51,4 proc.), ale to potwierdzenie tendencji  obserwowanej już od kilku lat. Coraz więcej przedsiębiorstw szuka swoich szans poza rynkiem polskim – nie tylko szans na wzrost sprzedaży, ale także na poprawę wyników finansowych. „Od zawsze” bowiem firmy-eksporterzy wykazują lepszą kondycję finansową niż nie-eksporterzy. Z korzyścią dla nich samych, ale i dla całej gospodarki.

W 2015 r. utrwaliły się tendencje, które można było obserwować już w 2014 r. Wszystko wskazuje na to, że w 2016 r. firmy 50+ będą dalej widziały swoje szanse w inwestycjach modernizacyjnych oraz w eksporcie. Trudno co prawda zakładać, że inwestycje będą rosły w dotychczasowym dwucyfrowym tempie, ale 6-7 proc. już zapewne tak. Liczba eksporterów także powinna wzrosnąć. I na pewno rosnąć będzie zatrudnienie w grupie pracowników o wyższych kwalifikacjach, co przełoży się na sytuację na rynku pracy – wzrost wynagrodzeń, ale także malejącą podaż osób o poszukiwanych przez firmy kompetencjach. Zyski natomiast, jeśli w ogóle wzrosną, to tak jak w 2015 r., w niewielkim stopniu.

 

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek22Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

1 mld złotych przeznaczy Ministerstwo Rozwoju w konkursie na wsparcie procesów powstawania lub rozwijania ośrodków badawczo-rozwojowych w przedsiębiorstwach. Dofinansowanie z Programu Inteligentny Rozwój pokryje m.in. koszty zakupu technologii lub aparatury umożliwiającej prowadzenie prac badawczo-rozwojowych (w skrócie B+R).

Nabór projektów potrwa od 1 marca do 29 kwietnia 2016 r. Wnioski o dofinansowanie przyjmować będzie w wersji papierowej Ministerstwo Rozwoju.

Przedmiotem dofinansowania mogą być wydatki inwestycyjne np. nabycie nieruchomości i jej remont, zakup licencji, patentów, know-how, koszty odpowiedniej wiedzy technicznej oraz koszty doradztwa i równorzędnych usług wykorzystywanych na potrzeby projektu, a także koszty zakupu materiałów i produktów związanych bezpośrednio z realizacją inwestycji.

Konkurs przeznaczony jest dla mikro, małych lub średnich przedsiębiorców, którzy mogą otrzymać do od 15 do 70% wartości kosztów projektu (rozwój centrów inwestycyjnych, prace rozwojowe lub pomoc de minimis).  Dotację mogą otrzymać firmy planujące zarówno utworzenie centrum badawczo-rozwojowego, jak i te, które chcą rozwijać już działające jednostki. Preferowane będą branże wpisujące się w Krajowe Inteligentne Specjalizacje np. branża IT, biomedycyna, energetyka, branża rolno-spożywcza.

Podczas weryfikacji wniosków, premiowane będzie m.in. zawiązanie współpracy z jednostkami naukowymi – uczelniami publicznymi lub prywatnymi w kraju. Przedsiębiorcy mogą liczyć na dodatkowe punkty również za wysoki udział wydatków na działalność B+R w całkowitych nakładach inwestycyjnych oraz planowane zwiększenie zatrudnienia w działach zajmujących się B+R.

Jednym z wymogów jest dołączenie do wniosku o dofinansowanie agendy badawczej. Dokument powinien zawierać plany badawcze firmy oraz analizę zakładanych rezultatów prac B+R, prowadzonych z wykorzystaniem dofinansowanej infrastruktury – wyjaśnia Małgorzata Stambulska, ekspertka firmy doradczej Human Partner Sp. z o.o. – Trzeba również pamiętać, że minimalna wartość kosztów kwalifikowanych w jednym projekcie w tym naborze wynosi 2 mln złotych – podkreśla Stambulska.

Polskie firmy stawiają na rozwój

Według oceny ekspertów firmy Human Partner, planowany konkurs Ministerstwa Rozwoju wpłynie na rozwój istniejących i nowych centrów badawczo-rozwojowych w firmach. To z kolei może przełożyć się na zwiększenie liczby wprowadzonych innowacyjnych rozwiązań w Polsce.

Jak wynika z informacji opublikowanych przez GUS – kolejny rok z rzędu wzrosły wydatki na działalność badawczo-rozwojową wśród przedsiębiorców. I tak w 2014  r. wyniosły ponad 16,1 mld zł i wzrosły w stosunku do roku poprzedniego o ponad 12%. To oznacza, że na finansowanie prac B+R przeznaczyliśmy  0,94% PKB (wobec 0,87% rok wcześniej). Dane te potwierdzają trend odnotowany w światowych klasyfikacjach.

Według Global Innovation Index 2015 w latach 2008-2013, a zatem w czasie kryzysu gospodarczego, Polska zajmowała pierwsze miejsce jeśli chodzi o dynamikę wzrostu nakładów prywatnych (BERD) oraz drugie – za Chinami – jeśli chodzi o wzrost wydatków rządowych (GERD).

Posiadanie dobrze wyposażonego działu badawczo-rozwojowego jest pierwszym krokiem do wytwarzania innowacyjnych produktów, które są szansą na wzrost przychodów i konkurencyjności przedsiębiorstwa nie tylko w Polsce, ale i na świecie.

 

Human Partner

Prawie co szósty mikroprzedsiębiorca nie potrafi ocenić, co będzie działo się z gospodarką w 2016 roku wynika z badania nastrojów wśród osób prowadzących mikrofirmy, przeprowadzonym przez Grupę Idea Banku. Za to w kwestii rozwoju własnych biznesów prowadzący jednoosobowe firmy nie mają wątpliwości wzrostu obrotów spodziewa się aż 71% ankietowanych.

Zaskakujące, że skala niepewności co do rozwoju sytuacji w gospodarce rosła, im dłużej trwało najnowsze badanie nastrojów wśród przedsiębiorców. Jeszcze pod koniec listopada odsetek osób, które nie chciały prognozować rozwoju sytuacji gospodarczej, wynosił ledwie 5%. Ale doniesienia, związane z gorącym politycznym grudniem i brak pewności co do zamierzeń i planów rządu sprawiły, że osoby prowadzące działalność gospodarczą przestały się czuć pewnie i miały coraz większy problem z prognozowaniem przyszłości. W rezultacie dla całego badania ten odsetek urósł aż do 15%. Jest to nowy jakościowo proces w badaniu. Jego potwierdzenie w kolejnych edycjach naszego badania, oznaczać może pojawienie się nowego czynnika ryzyka dla działalności mikrofirm. Jest to tym bardziej niepokojące, że mikrofirmy, zatrudniające maksymalnie 9 osób, wytwarzają niemal co trzecią złotówkę polskiego PKB.

wykres-01Przyspieszenia raczej nie będzie

 Jednym z czynników, które mogły zwiększyć tę niepewność, była wypowiedź Michała Zielenieckiego, wiceministra rodziny, pracy i polityki społecznej, który w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” zapowiedział, że rząd chce ozusować przychody przedsiębiorców. To dla większości osób prowadzących działalność gospodarczą oznaczałoby w najlepszym razie dramatyczny wzrost składek, a w najgorszym – bankructwo. Wprawdzie potem pojawiło się dementi, że nie są to rządowe propozycje, ale zaniepokojenie pozostało i będzie miało wpływ na spojrzenie przedsiębiorców na politykę gospodarczą w kolejnych kwartałach roku.

Obecnie największą grupę wśród ankietowanych stanowią ci, którzy uważają, że gospodarka będzie się rozwijać w tempie zbliżonym do ubiegłorocznego. Takiej odpowiedzi udzieliło 38% mikroprzedsiębiorców, którzy wzięli udział w badaniu przeprowadzonym przez Grupę Idea Banku. Z kolei 24 i 23% ankietowanych oczekuje – odpowiednio – utrzymania tempa wzrostu z roku 2015 albo obawia się spowolnienia.

W efekcie prognozy wzrostu wyglądają gorzej niż przed rokiem. Wówczas przyspieszenia w gospodarce oczekiwało 44% ankietowanych mikroprzedsiębiorców. Z kolei spadku tempa wzrostu PKB spodziewało się tylko 13% prowadzących jednoosobową działalność. Także przed rokiem 2014 panował większy optymizm – wtedy nieco ponad połowa ankietowanych oczekiwała przyspieszenia wzrostu, zaś spowolnienia obawiało się niespełna 12%.

Mikroprzedsiębiorcy wyjątkowo jak ekonomiści

 Warto zwrócić uwagę, że największa grupa mikroprzedsiębiorców mówi, że wzrost gospodarczy w roku 2016 pozostanie na poziomie zbliżonym do tego z roku 2015. Pod tym względem ich prognozy są podobne do szacunków czynionych przez ekonomistów. Z zestawienia prognoz, przygotowanego przez agencję Bloomberg, wynika, że w przyszłym roku PKB wzrośnie o ok. 3,5% PKB. Taka sama liczba widnieje także przy szacunkach tegorocznego wzrostu. Co ciekawe, również prognozy na rok 2017 mówią o wzroście PKB tego samego rzędu.

Jest to o tyle wyjątkowa sytuacja, że przedsiębiorcy nie postrzegają gospodarki przez pryzmat modeli statystycznych i danych makro, ale zwracają uwagę na zachowania znajomych oraz konsumentów i kontrahentów. Ocena kondycji gospodarki, dokonywana przez osoby prowadzące działalność gospodarczą, zależy od sytuacji na lokalnym rynku – a więc zapotrzebowania na konkretne produkty czy usługi, innowacyjności biznesu, wygody dla klientów – oraz od wiadomości dotyczących życia politycznego i gospodarczego. Wśród tych ostatnich najważniejsze są jednak kwestie, które mogą utrudnić, albo pomóc w prowadzeniu firmy, np. informacje o podatkach, ulgach, dotacjach.

Jeszcze innym obszarem zbieżności obszarów mikrobiznesu i makrogospodarki w 2016 roku jest programu „Rodzina 500+”. W tym przypadku będziemy mieli do czynienia z pozytywnym oddziaływaniem ekonomicznym. Makroekonomiści oczekują skokowego wzrostu konsumpcji prywatnej napędzanej dochodami z tytułu wypłaty świadczeń w ramach tego programu, co może przełożyć się na przychody osób prowadzących działalność gospodarczą, a w konsekwencji na ich skłonność np. do inwestowania. Zwłaszcza, że część z przedsiębiorców sama może uzyskać dofinansowanie w ramach programu. Oczekiwania przedsiębiorców odnośnie programu „Rodzina 500+” będziemy sprawdzać w kolejnych edycjach badania nastrojów ekonomicznych mikrofirm.

O ile w sprawie sytuacji gospodarczej widać niepewność, to w kwestii rozwoju własnych firm mikroprzedsiębiorcy mają jasność – rok 2016 będzie dobry. Aż 71% ankietowanych spodziewa się wzrostu przychodów własnej firmy. Po drugiej stronie – wśród pesymistów – znalazło się tylko 5% prowadzących działalność. Reszta liczy, że będzie tak, jak w ubiegłym roku.

wykres-02W tej kwestii widać znacznie większy optymizm niż przed rokiem. Wtedy bowiem wzrostu obrotów oczekiwało niespełna 63% prowadzących własne biznesy. Inna rzecz, że odsetek pesymistów się nie zmienił – pogorszenia wyników w 2015 r. spodziewało się również 5%. Także w stosunku do prognoz formułowanych przed 2014 r. jest lepiej – wtedy wzrostu przychodów spodziewało się 59% ankietowanych, zaś spadku wpływów obawiało się 6%.

Optymizm widać również w planach inwestycyjnych – aż 72% przedsiębiorców zamierza dokonać w tym roku zakupów inwestycyjnych (dla porównania – przed rokiem 67%). Najbardziej pożądanym obiektem jest nowy samochód – został wskazany przez 29% ankietowanych. Na kolejnych miejscach są nieruchomości (21%) i maszyny do produkcji (18%).

wykres-03Po raz kolejny widać, że sytuacja mikroprzedsiębiorstw jest słabo skorelowana z tzw. ogólną koniunkturą gospodarczą – mówi Jarosław Augustyniak, prezes zarządu Idea Banku. – Wynika to przede wszystkim ze specyfiki drobnego biznesu, dla którego często dużo większe znaczenie niż kondycja gospodarki mają takie czynniki, jak pozycja przedsiębiorcy w lokalnym środowisku czy jego osobiste kontakty. Ale co najmniej równie ważne a moim zdaniem nawet ważniejsze jest przekonanie mikroprzedsiębiorców, że są w stanie poradzić sobie nawet na trudnym rynku, że ich umiejętności i praca wystarczą, aby zapewnić utrzymanie sobie i swoim rodzinom. Oni po prostu wiedzą, że muszą osiągnąć sukces – dodaje Jarosław Augustyniak. Jego zdaniem, ten duch przedsiębiorczości napędza gospodarkę w okresach, kiedy duże firmy hamują. Wynika to właśnie z faktu skupienia na własnym biznesie, niewsłuchiwania się w prognozy, ale reagowania na bieżąco na potrzeby rynku. Odwrotnie jest, gdy duże firmy antycypują odbicie koniunktury. – Dlatego mikrofirmy pełnią rolę stabilizatora gospodarki – ocenia prezes Augustyniak.

Mikrofirmy chcą zatrudniać

Większość z ankietowanych liczy, że zakupy inwestycyjne uda im się sfinansować ze środków własnych. 58% biorących udział w badaniu bowiem nie zamierza w tym roku korzystać z bankowego finansowania. Ten poziom powtarza się w kolejnych edycjach badania i jest zawsze spowodowany niepewnością odnośnie następnego roku, a tym razem dodatkowo obawami o wzrost kosztów kredytu w następstwie wprowadzenia podatku bankowego. Zazwyczaj, po słabym końcu roku, już w I kwartale odsetek firm nieplanujących zaciągnięcia kredytu zwykle spada diametralnie – w okolice 20-30%.

Jednak duża, bo licząca 31% badanych grupa przymierza się do zaciągnięcia kredytu inwestycyjnego. Z pewnością ma to związek z nową perspektywą finansową UE i już wchodzącymi na rynek ofertami bardzo atrakcyjnych cenowo kredytów na finansowanie inwestycji.

Nadzieję na wzrost biznesów widać również w planach dotyczących wzrostu zatrudnienia. Aż 55% ankietowanych chciałoby przyjąć nowych pracowników (przed rokiem – niespełna 50%). To sporo – trzeba pamiętać, że mamy w kraju około 2 mln aktywnych mikrofirm. Jak łatwo wyliczyć, gdyby 55% z nich przyjęło po jednym nowym pracowniku, liczba osób bez pracy spadłaby aż o ponad 1 mln.

wykres-04Przedsiębiorcy chcą zwiększyć ceny swoich produktów i usług

Innym sposobem na wzrost obrotów jest podwyżka cen własnych produktów czy usług. Chce tego dokonać ¼ badanych. Widać, że przedsiębiorcy mają coraz większą chrapkę na podwyżki, bo w stosunku do prognoz formułowanych na rok 2015 ta grupa powiększyła się o 3 proc. Dodatkowe 10% zamierza aktywnie prowadzić politykę cenową, a więc najpierw podnieść, a potem obniżyć ceny. Tego typu ruchy są najczęściej stosowane przy biznesach sezonowych, czyli np. przez hotelarzy, restauratorów czy nawet sklepikarzy, którzy mają swoje placówki z miejscowościach turystycznych. Za to osób, które przewidują konieczność zmniejszenia cen, jest zaledwie 3%.

wykres-05Wydawałoby się, że przy deflacji, z jaką mamy do czynienia, sytuacja powinna być odwrotna – czyli że skłonność mikroprzedsiębiorców do obniżania cen powinna być większa niż do ich podwyższania. Ale osoby prowadzące mikrofirmy doskonale sobie zdają sprawę, że walka na ceny jest dla nich ślepym zaułkiem. Po prostu małym przedsiębiorcom trudno jest wygrać z dużymi sieciami czy koncernami. O wiele lepszym pomysłem na rozwój biznesu jest inwestowanie w jakość produktów i usług, innowacyjne produkty czy usługi oraz w dobre kontakty z klientami czy kontrahentami. Lepiej przyciągnąć do siebie klientów, którzy zapłacą nieco więcej ale za produkty dobrej jakości. Stąd też widoczna w badaniu tendencja do podnoszenia cen wśród małych przedsiębiorców. To jednocześnie kolejny czynnik pokazujący, że mikrofirmy funkcjonują niejako w poprzek ogólnym trendom w gospodarce.

Dodatkowo dla części mikrofirmy duże znaczenie mają także wahania kursu walutowego. Tymczasem ostatnio mieliśmy do czynienia z osłabieniem złotego. Ci, którzy za towary czy usługi płacą w walutach, po prostu muszą podnieść ceny, aby utrzymać własne marże.

Badanie nastrojów wśród mikroprzedsiębiorców zostało przeprowadzone przez Grupę Idea Banku po raz XVII. Ta edycja badania objęła 500 osób prowadzących jednoosobowe działalności gospodarcze, w dniach 2 listopada – 15 grudnia 2015 r. Badanie miało formę sondażu telefonicznego.

 

    Dariusz Kulpaka

dyrektor zarządzający firmy Bakara

(sprzedaje luksusowe herbaty)

 

Z niepokojem obserwuję zmiany, jakie dokonują się w sektorze bankowym w zawiązku z nałożeniem na banki nowego podatku. Już raz przeżyłem sytuację, kiedy banki znacznie ograniczyły finansowanie – w 2008 r. Wiele firm miało wtedy poważne problemy, bo z dania na dzień zostały odcięte od kapitału. Boję się, że w tym roku banki będą mniej skłonne do udzielania kredytów, spodziewam się, że wzrosną wymagania wobec kredytobiorców, zaostrzą się scoringi. To się przełoży na całą gospodarkę. Już dziś widać dużą niepewność na rynku, zwłaszcza hurtowym. Hurtownicy, którzy jeszcze niedawno dawali 7-14 dni na zapłatę za towar, wydłużyli terminy nawet do 1,5 miesiąca, żeby pozbyć się towaru. Ale doczuwam też pewnego rodzaju korzyści z zapowiadanych zmian – na przykład galerie handlowe proponują wynajem lokali po szokująco niskich cenach.

 

Duże nadzieje pokładam w nowej perspektywie finansowej UE, która powinna pobudzić inwestycje firm. Ja w tym roku stawiam bardzo mocno na wyjście za granicę. Przy obecnym kursie złotego nasze towary luksusowe są bardzo atrakcyjne cenowo. Chcę też w ten sposób równoważyć ewentualne trudności na rynku polskim.

 

    Michał Wichowski

przedsiębiorca, współtwórca High Level Center

(firma przygotowuje sportowców-amatorów do startu w zawodach)

 

W tym roku planuję inwestować w rozwój swojego biznesu. Dla mojej firmy bardziej niż koniunktura w gospodarce liczy się świadomość korzyści, jakie płyną ze zdrowego trybu życia, uprawiania sportu. Jeżeli będziemy mieć edukację w tym zakresie, popyt na usługi treningowe będzie rósł. Jeśli chodzi o sytuację w gospodarce, to głównym czynnikiem niepokoju jest dla mnie obecnie kurs euro. Importuje suplementy oraz sprzęt, dlatego kurs euro w dużym stopniu decyduje o tym, jakie przychody będę mógł osiągnąć. Do tej pory starałem się nie przerzucać wahań kursowych na klientów i utrzymywać ceny. Zastanawiam się czy w tym roku będzie ro możliwe.

 

    Patrick Deba

współzałożyciel Mustache.pl

(sklep-platforma dla projektantów i twórców odzieży)

 

Spodziewam się, że w gospodarce będzie lepiej. Już obecnie obserwujemy poprawę z miesiąca na miesiąc i sądzę, że będzie tak nadal. Tę poprawę widać zarówno w większej ilości kapitału na rynku, jak i w zwiększonej chęci do inwestowania.

 

U nas także będzie lepiej, jako że mamy bardzo ambitne plany i zamierzamy je zrealizować.

 

Marek Siudaj, Tax Care; Katarzyna Siwek, Idea Bank

 

Raportowanie danych niefinansowych to wciąż rzadkość w polskich firmach. Przygotowania raportów pokazujących wpływ na środowisko i społeczeństwo podjęło się łącznie 37 firm i organizacji zgłoszonych do 9. edycji ogólnopolskiego konkursu Raporty Społeczne. Najwyższe oceny zdobyły sprawozdania firm: CEMEX Polska,  ANG Spółdzielnia Doradców Kredytowych, Bank Zachodni WBK, Castorama Polska.

Temat raportowania danych niefinansowych przeżywa renesans w Polsce za sprawą przyjęcia przez Unię Europejską w 2014 roku dyrektywy ws. ujawniania informacji niefinansowych i informacji dotyczących różnorodności. W ten sposób od 2017 roku niektóre, największe firmy będą zobowiązane prezentować swoje działania z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu lub przynajmniej wyjaśniać ich brak. Mobilizuje to firmy do wcześniejszego przygotowania się na nowe regulacje. Postęp w tym zakresie widać w konkursie Raporty Społeczne, do którego w tym roku wpłynęła rekordowa liczba raportów społecznych – 37, w tym aż 10 z nich to raporty firm wydane po raz pierwszy.

Konkurs Raporty Społeczne organizowany jest od 2007 roku. Obecną 9. już edycję przygotowują Stowarzyszenie Forum Odpowiedzialnego Biznesu, firmy Deloitte i SGS. Konkurs ma na celu szerzenie idei raportowania niefinansowego i prezentację dobrych praktyk w tym zakresie. Swoją nagrodę przyznaje jury główne, dziennikarze i internauci, wręczane są także wyróżnienia. W tym roku ogłoszenie wyników odbyło się 7 grudnia w Sali Notowań Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

– Wdrożenie procesu raportowania społecznego, a potem ostatecznie wydanie raportu czy to wersji publikacji drukowanej czy online pozostaje dużym wyzwaniem dla firm i organizacji. Potwierdza to jednak dojrzałość w zakresie społecznej odpowiedzialności, komunikacji z interesariuszami, poszanowania środowiska naturalnego. To właśnie te niefinansowe kwestie zaczynają nabierać coraz większego znaczenia w ocenie spółek, organizacji, instytucji. Bowiem odpowiedzialność dotyczy szerokiego grona podmiotów działających na rynku, o czym przypomina od 15 Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Zresztą nie tylko przypomina, ale samo daje przykład – wydaliśmy w tym roku kolejny raport społeczny za lata 2013-2014 (raport.odpowiedzialnybiznes.pl). Z doświadczenia mogę więc zapewnić, że warto – mówi Mirella Panek-Owsiańska, prezeska Forum Odpowiedzialnego Biznesu, przewodnicząca jury głównego konkursu.

źródło: Forum Odpowiedzialnego Biznesu

Z ponad czterystu krajowych spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, aż 61 zostało wpisanych do Krajowego Rejestru Długów. Ich łączne zadłużenie sięga niemal 9 milionów złotych. Co piąta giełdowa firma notowana w rejestrze dłużników działa w branży budowlanej.

24 listopada, według informacji znajdujących się na stronie internetowej warszawskiej giełdy, na głównym rynku GPW notowanych było 479 spółek. Z tego 426 to przedsiębiorstwa krajowe, a 53 to spółki zagraniczne.

Z  grona spółek krajowych, aż 61 jest notowanych jako dłużnicy w Krajowym Rejestrze Długów Biurze Informacji Gospodarczej. Firmy te mają łącznie 187 wierzycieli i 551 niezapłaconych zobowiązań o wartości 8 714 315,73 złotych. Średnie zadłużenie wynosi więc niemal 143 tysiące złotych.

– W stosunku do wartości spółek notowanych na giełdzie, są to dość małe kwoty. Łączne zadłużenie również nie jest szokujące. Zdecydowanie zaskakiwać może już natomiast liczba dłużników. Dane pokazują, że swoich zobowiązań w terminie nie reguluje co siódma notowana na GPW polska firma – zwraca uwagę Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Co ciekawe, spośród 61 spółek giełdowych, które są notowane w Krajowym Rejestrze Długów tylko 9 to spółki będące obecnie w upadłości układowej bądź likwidacyjnej. Pozostałe przedsiębiorstwa, przynajmniej w teorii, są wypłacalne. Skąd zatem ich obecność w KRD?

Początki problemów finansowych?

W gronie giełdowych dłużników notowanych w KRD można znaleźć spółki z pojedynczymi zobowiązaniami, aczkolwiek zdecydowanie więcej jest firm, które mają zobowiązania wobec przynajmniej kilku kontrahentów. To może oznaczać, że przedsiębiorstwo ma, lub zaczyna mieć kłopoty finansowe.

– Każda informacja o zadłużeniu powinna budzić czujność kontrahentów dłużnika, nawet jeśli jest niewielka. Przypomnę sytuację sprzed kilku lat, kiedy bankrutowały biura podróży czy przedsiębiorstwa budowlane zaangażowane w inwestycje na Euro 2012 oraz budowę autostrad. Początkowo każda z tych firm miała wpisane do KRD niewielkie zaległości, które narastały wraz z ich rosnącymi kłopotami z utrzymaniem płynności finansowej. Ci, którzy zlekceważyli te pierwsze sygnały ponieśli później dotkliwe straty. To, że spółka jest notowana na giełdzie, nie oznacza że nie może zbankrutować – ostrzega Adam Łącki.

Czasem brak płatności jest wynikiem celowego działania. Firma może na przykład nie zapłacić, bo jej zdaniem umowa nie została wykonana należycie, bądź w ustalonym terminie. Zdarza się więc, że problem musi rozstrzygnąć sąd. Bywa jednak również tak, że firmy próbują finansować swoją działalność poprzez opóźnianie płatności kontrahentom.

Nie tylko małe spółki

W terminie najczęściej nie płacą mniejsze firmy. Mniej więcej połowa zadłużonych spółek z GPW to przedsiębiorstwa, których wartość rynkowa nie przekracza 30 milionów złotych. Są jednak wyjątki. Na liście dłużników KRD znalazł się także rynkowy gigant, spółka z pierwszej dziesiątki pod względem kapitalizacji. Jego zadłużenie wynosi… nieco ponad 8 tysięcy złotych. Kwota wręcz symboliczna, ale nie robi spółce najlepszej reklamy.

Największym dłużnikiem z grona spółek notowanych na GPW jest przedstawiciel branży budowlanej. W terminie nie zapłacił on 6 swoich zobowiązań na łączną kwotę ponad 2 milionów złotych. Najwięcej, bo aż 64 niezapłacone zobowiązania ma natomiast spółka z branży handlowej. Wszystkie dotyczą jednego wierzyciela, a ich łączna kwota to 35 tysięcy złotych.

Kłopoty branży budowlanej

W gronie zadłużonych giełdowych spółek prym wiedzie budowlanka, w której działa aż 13 z 61 przedsiębiorstw wpisanych do KRD. Ich łączne niespłacone długi wynoszą 4,03 miliona złotych. To oznacza, że branża odpowiada za 46 procent łącznego zadłużenia wszystkich firm giełdowych. Średni dług jest więc wyższy i wynosi około 310 tysięcy złotych.

– Branża budowlana może wyglądać na nieskomplikowaną. W rzeczywistości jest jednak zupełnie inaczej. Szereg powiązań pomiędzy zleceniodawcami, a podwykonawcami, nieterminowi kontrahenci, trudności z oszacowaniem wszystkich kosztów, czy nawet dokładnym ustaleniem przedmiotu umowy sprawiają, że bardzo wiele faktur nie jest płaconych w terminie i trafia do windykacji – wyjaśnia Radosław Koński, dyrektor Departamentu Windykacji w firmie windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Poza branżą budowlaną, która jest zdecydowanym liderem zarówno pod względem liczby spółek, jak i łącznego zadłużenia, negatywnie wyróżniają się jeszcze trzy sektory gospodarki – finanse (wyłączając banki) oraz handel (zarówno detaliczny, jak i hurtowy). Obie branże „mają” po siedem spółek wpisanych do Krajowego Rejestru Długów. Swoich pięciu przedstawicieli ma natomiast branża informatyczna.

Łatwiejsza windykacja

Dopisanie firmy do Krajowego Rejestru Długów to nie jest powód do chluby, a niezapłacone w terminie zobowiązania mogą doprowadzić nie tylko do straty kontrahenta, któremu firma nie zapłaciła na czas. Negatywnym skutkiem może być także pogorszenie wizerunku i co za tym idzie gorsze warunki, na których będą zawierane umowy w przyszłości.

– Spółki publiczne, czyli takie, których akcje są przedmiotem obrotu na giełdzie, mają do stracenia znacznie więcej. Tutaj zarządy firm muszą walczyć także o korzystny kurs akcji, a temu z pewnością nie sprzyjają informacje o niezapłaconych na czas zobowiązaniach. Z tego też powodu windykacja spółek publicznych jest zazwyczaj łatwiejsza – twierdzi Radosław Koński, dyrektor Departamentu Windykacji w firmie Kaczmarski Inkasso. – Oczywiście wyłączając spółki będące w upadłości – dodaje Koński.

 

Krajowy Rejestr Długów

Zmiany w ustawie o podatku od towarów i usług są konieczne, ale potrzebujemy ewolucji a nie rewolucji. Projekt ustawy o VAT, zaprezentowany na stronie internetowej PiS, budzi duże wątpliwości w zakresie przyjętej koncepcji zwalczania oszustw i wyłudzeń w VAT – uważa Rada Podatkowa Konfederacji Lewiatan.

Dostrzegamy palącą potrzebę podjęcia walki z oszustwami i wyłudzeniami podatkowymi, wielokrotnie o to wnioskowaliśmy i wskazywaliśmy możliwe rozwiązania. Jednakże zaprezentowany projekt zmian w VAT zawiera rozwiązania zdecydowanie pogarszające warunki funkcjonowania przedsiębiorców. Wzrośnie bowiem ryzyko prowadzenia działalności przez uczciwych podatników, czy to poprzez wprowadzenie generalnej zasady odpowiedzialności solidarnej nabywcy za uchybienia dostawcy, czy też istotnego pogorszenia płynności finansowej podmiotów gospodarczych poprzez wprowadzenie systemu podzielonej płatności. Sytuację podatników pogorszy także drastyczne ograniczenie możliwości bezpośredniego zwrotu nadwyżki podatku, radykalny wzrost obciążeń administracyjnych, czy wprowadzenie znacznego formalizmu rozliczeń oraz opresyjności podatku VAT – zauważa Rada Podatkowa Konfederacji Lewiatan.

Ponadto, nie ma uzasadnienia dla wprowadzania nowych regulacji w drodze uchylenia dotychczas obowiązującej ustawy z 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług i zastąpienia jej nowym aktem prawnym. Większość regulacji i rozwiązań przedstawionych w projekcie nowej ustawy to rozwiązania funkcjonujące także obecnie – w niektórych przypadkach poddane drobnym jedynie zmianom redakcyjnym, w innych przytoczone w ich dotychczasowym wręcz brzmieniu. Chociażby z tego względu zastępowanie dotychczasowej ustawy nowym aktem, w miejsce stosownej nowelizacji i wprowadzenia rozwiązań uszczelniających system VAT, jest rozwiązaniem z wielu względów wątpliwym i kosztownym dla podatników oraz administracji.

Podatnicy przywykli do układu, metodologii, a nawet słownictwa, którym posługuje się obecna ustawa o VAT.  Zmiana, w postaci wprowadzenia nowego aktu, wywoła w zasadzie u wszystkich podatników konieczność zgłębienia zasad rządzących podatkiem VAT na nowo. W tym samym stopniu dotyczy to pracowników administracji podatkowej, kontroli skarbowej czy służby celnej. To z kolei, wiąże się z kosztami administracyjnymi niewspółmiernie wysokimi w porównaniu do kosztów towarzyszących zazwyczaj okresowym nowelizacjom ustawy.

Koszty wprowadzenia nowego aktu nie są przy tym jedynym aspektem – uchylenie obecnej ustawy o VAT spowoduje, że blisko 11-letni dorobek praktyki i orzecznictwa sądów administracyjnych z formalnego punktu widzenia stanie się nieaktualny. Dotyczyć to będzie również przepisów i rozwiązań, które zostały w identycznym lub zbliżonym brzmieniu powielone w projekcie nowej ustawy, a które istnieją od lat, sprawdzają się w praktyce gospodarczej, nie stanowiąc źródła nadużyć i wyłudzeń.

Nie wydaje się również zasadne wprowadzanie nowego aktu właśnie po to, by dotychczasowe interpretacje indywidualne przepisów prawa podatkowego utraciły moc prawną, a także by ograniczyć możliwość skorzystania przez podatników z uzyskania interpretacji podatkowej w zakresie  VAT.

Walka z oszustwami i wyłudzeniami powinna być realizowana przez przygotowane i wyspecjalizowane organy, które mają możliwość koordynacji działań różnych służb zajmujących się walką z przestępczością. Ich wspólne działania mogą przynieść natychmiastowy efekt w postaci identyfikacji podmiotów organizujących oszustwa, zabezpieczyć wpływy budżetowe, zastopować wyłudzenia oraz przywrócić uczciwą konkurencję na rynku, nie pogarszając jednocześnie sytuacji zdecydowanej większości podatników. Praktyka pokazuje, iż zaostrzenie polityki podatkowej wobec ogółu przedsiębiorców nie dość, że nie przynosi oczekiwanych efektów finansowych, to dodatkowo powoduje utratę zaufania do organów państwa.

 

Konfederacja Lewiatan

„Bądź innowacyjny albo giń” – to stwierdzenie najlepiej obrazuje bieżącą sytuację firm. Niemal 70 proc. szefów firm z Europy Środkowej, które zgłosiły się do tegorocznej edycji rankingu „Deloitte Technology Fast 50”, za największe wyzwanie uważa innowacyjność swoich produktów i usług. Z kolei w rozwoju firm technologicznie innowacyjnych pomaga silne przywództwo oraz wykwalifikowani i utalentowani pracownicy. Jak wynika z badania Deloitte problem z dostępnością, jakością oraz utrzymaniem kadr to największe zagrożenie dla szybko rozwijających się środkowoeuropejskich przedsiębiorstw.

Największym wyzwaniem, przed którym stoją firmy jest innowacyjność, na którą wskazało 68,4 proc. ankietowanych prezesów. „Firmy nieustannie poszukują możliwości udoskonalenia produktów i usług. Tymczasem skuteczne wdrożenie innowacji jest silnie związane z zespołem współpracowników, dlatego drugim ważnym wyzwaniem okazało się zarządzanie talentami, które w naszym badaniu uzyskało 52,6 proc.” – wyjaśnia Adam Chróścielewski, Partner Deloitte, Lider konkursu „Technology Fast 50” w Europie Środkowej. Szefowie środkowoeuropejskich spółek technologicznych nie obawiają się za to konkurencji, wychodząc zapewne z założenia, że innowacyjność połączona z umiejętnym zarządzaniem personelem zapewni ich firmom przewagę na rynku.

„Jednym z największych wyzwań na początku naszej działalność był transfer technologii ze środowiska akademickiego do biznesowej rzeczywistości. Innym wyzwaniem było przekształcenie najnowocześniejszego prototypu/ pomysłu na komercyjny produkt; innymi słowy, umiejętność „podania” rozwiązania/ usługi do specyficznej grupy klientów jest większym wyzwaniem niż sama technologia” – powiedział Rostislav Vocilka, Prezes Zarządu firmy FlowmonNetworks, która jest jednym z laureatów konkursu. FlowmonNetworks świadczy rozwiązania w obszarze monitorowania sieci IP.

dell

Nie zaskakuje więc fakt, że dwa najważniejsze czynniki, które wspierają wzrost przedsiębiorstw, to zdaniem ankietowanych wykwalifikowani pracownicy (60,5 proc.) oraz silne przywództwo (44,7 proc.). Jeszcze rok temu na ten ostatni czynnik wskazywało jedynie 7,9 proc. badanych, co pokazuje, że respondenci coraz bardziej doceniają swoją rolę jako liderów w rozwoju firm, którymi kierują. Na trzecim miejscu wśród czynników wzrostu znalazła się ekspansja na nowych rynkach (42,1 proc.). Z kolei o konieczności budowania i wdrożenia długofalowej strategii biznesowej mówi jedynie 13,2 proc. CEO.

Jakie zagrożenia dla swojego biznesu widzą prezesi i dyrektorzy zarządzający? Ponownie największe znaczenie zyskał czynnik ludzki, ponieważ aż 63,2 proc. badanych wymienia w tym obszarze dostępność do wykwalifikowanej siły roboczej. Zagrożenia związane z kadrami nie zmniejszają się, a wręcz odwrotnie, z roku na rok mają coraz większe znaczenie. O nadmiernych regulacjach prawnych mówi 18,4 proc. szefów firm z rankingu Technology Fast 50, a z kolei prawie 8 proc. ankietowanych narzeka na niewystarczający nadzór ze strony organów państwowych.

Trzycyfrowe tempo rozwoju, które charakteryzowało firmy technologicznie innowacyjne w pierwszych latach działalności jest praktycznie nie do utrzymania, gdyż po kilku latach spółki osiągają pewien stopień dojrzałości i skalę działalności. Zdają sobie z tego sprawę CEO, którzy wzięli udział w badaniu.  55,3 proc. spośród nich przewiduje organiczny rozwój swoich firm, choć zapewne nie w takim tempie jak dotychczas. W następnej kolejności, mówiąc o możliwych scenariuszach dla swoich przedsiębiorstw, respondenci wymieniają ekspansję zagraniczną (36,8 proc.).

Połowa prezesów deklaruje, że w ciągu następnych dwunastu miesięcy pragnie utrzymać tempo wzrostu przychodów na poziomie 11-50 proc. Z kolei 36,9 proc. uważa, że przychody ich spółek wzrosną więcej niż o 51 proc. Jedynie nieco ponad 10 proc. ankietowanych mówi o wzroście poniżej 10 proc., w tym 2,6 proc. respondentów przewiduje nawet brak wzrostu. Warto przypomnieć, że niewielu firmom z konkursu udaje się utrzymać takie tempo wzrostu, które pozwala znaleźć się w czołówce rankingu rok po roku. Do nielicznych wyjątków należą m.in. spółki Szallas.hu i Netguru.

Dynamicznie rozwijające się firmy innowacyjne w obszarze technologii z naszego regionu planują zwiększyć swoje nakłady na badania i rozwój. Aż 42,1 proc. ankietowanych deklaruje, że ponad 10 proc. swoich obrotów przeznaczy na działalność B+R. Z kolei sześciu na dziesięciu badanych chce zwiększyć tę część budżetu w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy. Jedynie 5 proc. CEO nie przewiduje żadnych wydatków na B+R. „Oby te dobre wyniki były wyrazem wzrostu świadomości a nie jak dotąd po prostu dostępności funduszy UE w najbliższych latach. Taka niestety była dotąd korelacja. Tymczasem w przypadku młodych firm, opartych na nowych technologiach, inwestycje w prace nad nowymi pomysłami są kluczowe dla budowy wartości spółki. Im bardziej przełomowe rozwiązania, tym większa szansa na szybkie zdobycie udziału w rynku” – komentuje Magdalena Burnat-Mikosz, Partner Zarządzająca zespołami Innovation Consulting i R&D and Government Incentives, Deloitte.

Badanie Deloitte pokazało, że w Europie Środkowej rośnie również świadomość potrzeby ochrony praw własności intelektualnej. Tylko 16 proc. firm deklaruje, że nie korzysta z żadnej formy tego typu ochrony. Najczęściej wykorzystywanym sposobem ochrony własności intelektualnej jest patent (26,3 proc.) oraz znak towarowy (15,8 proc.).

źródło: Deloitte

Każdego dnia firmy produkują ogromne ilości danych. Pojedynczo nie mają one wielkiej wartości, jednak odpowiednia selekcja i analiza czyni z nich prawdziwą skarbnicę wiedzy na temat aktualnych trendów rynkowych, preferencji zakupowych klientów czy procesów zachodzących wewnątrz przedsiębiorstwa. Coraz więcej firm traktuje Big Data, czyli ogromne zbiory informacji, jako złoty środek na poprawę skuteczności i uzyskanie przewagi konkurencyjnej na rynku.

W dużym skrócie – Big Data oznacza poszukiwanie i wykorzystywanie w biznesie zawartości potężnych wolumenów danych, pochodzących ze źródeł wewnętrznych i zewnętrznych, takich jak Internet, media społecznościowe, systemy sprzedaży, a nawet odbiorniki GPS w urządzeniach mobilnych. W zależności od branży, liczbę zbieranych informacji liczy się już w terabajtach lub petabajtach. Oczywiście nie wszystkie mają jednakową wartość, stąd pod pojęciem „Wielkiego Zbioru” rozumie się także możliwość przetwarzania i analizy informacji, co jest równoznaczne z wykorzystywaniem coraz bardziej skomplikowanych narzędzi analitycznych.

Badanie zbiorów danych pozwala firmom i organizacjom opracowywać skuteczniejsze zasady działania dla wielu kluczowych obszarów i procesów. Big Data sprawia, że dane są bardziej przejrzyste i dostępne z większą częstotliwością, co pozwala szybko wychwycić zachodzące zmiany. Umożliwia m.in. trafniejszą ocenę potrzeb klientów lub rynku, lepsze dopasowanie produktów i usług do aktualnych trendów oraz skuteczniejsze gospodarowanie zasobami i łańcuchem dostaw. Wspomaga też rozwój kolejnych generacji produktów lub usług.

W firmach takich jak nasza, analiza wielu parametrów, pochodzących zarówno z wnętrza naszej organizacji, jak i z samego rynku, umożliwia skuteczne zarządzanie zasobami i dopasowanie się do oczekiwań klientów czy partnerów. Budowanie odpowiednich planów sprzedażowych i projektowych, bazujących na analizach danych i odkrywaniu asocjacji, pozwala na osiągnięcie sukcesu w dzisiejszym świecie IT.

Nie ma wątpliwości, że Big Data ułatwia i usprawnia wiele procesów. Mimo to firmy nadal podchodzą do tego trendu z rezerwą, obawiając się nadmiernych kosztów związanych z inwestycjami w sprzęt, personel czy zmiany w strukturze organizacji i jej strategii. Oczywiście, na początku dostosowanie się do nowej rzeczywistości wiąże się z pewnymi inwestycjami i wymaga przekształceń. Jednak technologia dynamicznie się rozwija, dzięki temu korzystanie z możliwości Big Data jest dużo łatwiejsze. Oczywiście należy pamiętać, że maszyny i systemy mogą dokonać za nas obliczeń, znaleźć korelacje pomiędzy danymi, a nawet podać wstępne rozwiązanie, jednak aby były one w pełni wartościowe, konieczna jest ich weryfikacja i interpretacja ze strony doświadczonych specjalistów.

Big Data nie należy już oceniać w perspektywie przyszłości biznesu, lecz jego teraźniejszości. Przedsiębiorcy powinni dostrzec, że jest to jeden z największych i najważniejszych czynników wpływających na biznes. Podmioty, które nie będą chciały korzystać z możliwości, jakie daje analiza „Wielkiego Zbioru”,  bardzo szybko poniosą straty, pozostając daleko w tyle za konkurencją.

autor: Jakub Sierak, Dyrektor Zarządzający Komputronik Biznes

 

Eksperci

Masalski: Play wybiera giełdę w najlepszym możliwym momencie

Play, drugi największy operator komórkowy w Polsce pojawi się wkrótce na warszawskim parkiecie. O po...

Ludwiczak: Nadzieja na wysoki wzrost PKB

Po nieco mniej udanych odczytach makroekonomicznych w kwietniu br., maj przyniósł nadzieję na wysoki...

Glonek: Czy można ogłosić upadłość konsumencką dwa razy?

Jednym ze skutków przeprowadzenia postępowania upadłościowego może być umorzenie zobowiązań upadłego...

Rozbicki: Powrót polskiego żubra – repolonizacja stała się faktem

Siódmego czerwca zakończył się kolejny etap repolonizacji polskiego sektora bankowego. Pekao nie jes...

Gontarek: Będzie trudniej o pracowników sezonowych

Wynagrodzenie w maju br. wzrosło o  5,4% r/r. – podał GUS. Niższy od oczekiwanego wzrost zatrudnieni...

WIADOMOŚCI

Lato sprzyja kredytom?

Coraz lepsze nastroje polskich konsumentów przekładają się na rosnące zapotrzebowanie na kredyty kon...

Dynamika lokalnego PKB

Wrocław, Rzeszów i Lublin to najszybciej rozwijające się miasta na przestrzeni ostatnich lat - wynik...

Najbardziej rzetelni finansowo są…

Spośród wszystkich  polskich województw, to mieszkańcy Podkarpacia są najbardziej rzetelni finansowo...

Dowód osobisty online

Ministerstwa: Cyfryzacji oraz Spraw Wewnętrznych i Administracji udostępniły drugą wersję zmienioneg...

500 plus do oceny zdolności czynszowej Mieszkania plus

Planujemy włączyć 500 plus do oceny zdolności czynszowej najemców mieszkań realizowanych w ramach pi...