środa, Lipiec 17, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "finanse"

finanse

Jedną z podstawowych zasad prawa podatkowego, której celem jest poprawa pozycji podatników w autorytatywnych relacjach z fiskusem, jest zasada in dubio tributario. Zgodnie z jej treścią, jeśli w trakcie wykładni przepisów podatkowych pojawią się jakiekolwiek wątpliwości trudne do jednoznacznej interpretacji, należy odczytywać je zgodnie z interesem podatnika.

Organy podatkowe przez długi czas zdawały się lekceważyć istnienie tej zasady. Jednak kwietniowy wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie (sygn. akt III SA/Wa 1905/18) skutecznie im o niej przypomniał.

Zobacz też:

Jak interpretować podatek minimalny od budynków komercyjnych?

Art. 24b ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych nakłada obowiązek comiesięcznej zapłaty podatku minimalnego od budynków o charakterze komercyjnym. Przepis nie precyzuje jednak dostatecznie dobrze mechanizmu, który określa wysokość tego podatku. W tym miejscu powstaje więc furtka dla odbiegających od siebie interpretacji.

Przepis wskazuje, że punktem wyjścia dla obliczeń powinna być wartość budynku rozumiana jako suma początkowa środka trwałego dla celów amortyzacji. Według organów podatkowych chodzi o wartość początkową, pomijając pomniejszającą ją wysokość odpisów amortyzacyjnych.

Takie rozumienie przepisu 24b ustawy o CIT zakwestionował podatnik, który uznał, że podstawa dla obliczenia wysokości podatku minimalnego powinna być pomniejszona o wartość odpisów amortyzacyjnych. W ten sposób istotnie zmniejszyłaby się wysokość ostatecznej daniny, którą jest zobowiązany uiścić na rzecz urzędu skarbowego.

„Niedające się usunąć wątpliwości rozstrzyga się na korzyść podatnika”

WSA w Warszawie przychylił się do stanowiska podatnika, podnosząc, iż w spornej kwestii znajduje zastosowanie zasada, że niedające się usunąć wątpliwości rozstrzyga się na korzyść podatnika. W tym przypadku podstawa obliczania wysokości podatku minimalnego powinna maleć wraz z amortyzacją dla celów podatkowych.

Sąd niewątpliwie zwrócił się ku wykładni literalnej przepisu. Podniósł, że w przepisie 24b ustawy o CIT nie ma zapisu, który wskazywałby na konieczność uwzględnienia w wysokości podstawy obliczania podatku wartości odpisów amortyzacyjnych. Wręcz przeciwnie – skoro podatek ma być obliczany i uiszczany w cyklu comiesięcznym, tym bardziej sugeruje to możliwość odliczenia od podstawy obliczania podatku wartości odpisów amortyzacyjnych.

Zobacz też:

Jak ustawodawca radzi sobie z niejasnymi przepisami?

Pomimo tego, że omawiane orzeczenie zostało wydane w kwietniu 2019 r., sama sprawa dotyczy wykładni treści przepisu na dzień 1 stycznia 2018 r. Nowelizacja ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, która weszła w życie w tym roku, zmieniła treść spornego przepisu.

Jak się jednak okazuje, ustawodawca kompletnie nie radzi sobie z eliminowaniem niejasności z polskiego prawa podatkowego. Pomimo iż treść przepisu została zmieniona, kwestia tego, czy od podstawy obliczania podatku można odliczać wartość odpisów amortyzacyjnych, pozostała nierozstrzygnięta.

Z tego powodu usprawiedliwione wydają się przypuszczenia, że gdyby omawiane orzeczenie dotyczyło aktualnego brzmienia przepisu 24b ustawy o CIT, jego treść byłaby taka sama.

Czego mogą spodziewać się podatnicy?

Orzeczenie WSA w Warszawie dobitnie pokazuje, że wyrażona w art. 2a Ordynacji podatkowej zasada in dubio pro nie jest jedynie martwym przepisem, ale zasadą, która ma istotne znaczenie dla bezpieczeństwa podatników.

Orzeczenie wskazuje, że sądy są jeszcze gotowe stawać w obronie podatników oraz piętnować postawę organów podatkowych zmierzających do maksymalizacji efektywności swoich działań kosztem drugiej strony stosunku podatkowego. Sąd swoim orzeczeniem dowiódł, iż rozumie podstawowe zasady prawa podatkowego oraz pamięta, że nie są one jedynie zbiorem pustych reguł, ale istotnym elementem obowiązującego systemu prawnego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia organ podatkowy nie może dochodzić zapłaty podatku. Zgodnie z ogólną zasadą wynikającą z Ordynacji podatkowej zobowiązanie podatkowe przedawnia się z upływem 5 lat, licząc od końca roku kalendarzowego, w którym upłynął termin płatności podatku.

Podkreślenia jednak wymaga, że bieg terminu przedawnienia może zostać zawieszony albo przerwany. Instytucja zawieszenia polega na tym, że przez określony okres termin przedawnienia nie rozpoczyna biegu, natomiast, jeśli termin ten już biegnie, to bieg ten zostaje wstrzymany. Okresu tego wstrzymania nie wlicza się do terminu przedawnienia. Z kolei przerwanie biegu terminu przedawnienia polega na tym, że termin przedawnienia liczony jest od początku, zaś okresu, który upłynął do momentu przerwania, nie uwzględnia się.

Ordynacja podatkowa szczegółowo wymienia przypadki, w których dochodzi do zawieszenia bądź przerwania terminu biegu przedawnienia.

Poinformowanie podatnika o zawieszeniu biegu terminu

Ordynacja podatkowa szczegółowo wymienia przypadki, w których dochodzi do zawieszenia bądź przerwania terminu biegu przedawnienia. W przypadku zawieszenia jedną z takich sytuacji jest wszczęcie postępowania w sprawie o przestępstwo skarbowe lub wykroczenie skarbowe, o którym podatnik został zawiadomiony, jeżeli podejrzenie popełnienia przestępstwa lub wykroczenia wiąże się z niewykonaniem tego zobowiązania.

Co istotne, Ordynacja podatkowa przy omawianej sytuacji nakazuje, aby organ podatkowy właściwy w sprawie zobowiązania podatkowego, z którego niewykonaniem wiąże się podejrzenie popełnienia przestępstwa skarbowego lub wykroczenia skarbowego, zawiadomił podatnika o zawieszeniu biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego najpóźniej z upływem terminu przedawnienia.

Rozbieżności w orzecznictwie

Właśnie na gruncie ww. obowiązku, a więc zawiadomienia podatnika, doszło do rozbieżności w orzecznictwie sądowym. Rozbieżności te miały kolosalny wpływ na sytuację prawnopodatkową podatników, bowiem w zależności od zastosowanej wykładni przepisu – zobowiązanie podatkowe wygasało bądź nie.

Na kanwie jednej ze spraw (sygn. akt I FSK 1960/16), Naczelny Sąd Administracyjny (dalej: NSA) skonkretyzował istotę problemu, kierując jego rozwiązanie poszerzonemu składowi NSA. Wiązał się on z tym, czy o wszczęciu postępowania karnoskarbowego, z którym zespolony jest skutek w postaci zawieszenia biegu terminu, powinien być zawiadomiony bezpośrednio podatnik czy też jego pełnomocnik ogólny lub szczególny, jeżeli zawiadomienie to zostało doręczone po wszczęciu postępowania podatkowego, w którym strona była zastępowana przez pełnomocnika.

NSA uwypuklił przy tym rozbieżność w wyrokach sądów administracyjnych (zarówno wojewódzkich sądów administracyjnych, jak i NSA). Wskazano, że jedna z linii orzeczniczych stanowi, iż najistotniejsze jest to, aby podatnik przed upływem terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego miał wiedzę, a co za tym idzie – świadomość, że bieg terminu przedawnienia ulega zawieszeniu, a w konsekwencji zobowiązanie podatkowe nie wygasa na skutek przedawnienia. Cel ten jest osiągnięty zarówno wtedy, gdy zawiadomienie jest doręczone bezpośrednio podatnikowi, jak i wtedy, gdy w trakcie toczącego się postępowania zawiadomienie doręczono do rąk pełnomocnika.

Druga linia orzecznicza prezentowała odmienne stanowisko. Zgodnie z nim, jeśli organ wyśle zawiadomienie bezpośrednio do strony, która jest reprezentowana przez pełnomocnika, a strona ta pisma tego nie podejmie, to nie będzie możliwe uznanie skuteczności doręczenia. W takim przypadku doręczenie będzie wadliwe z powodu nieprawidłowego wskazania adresata przesyłki.

Uchwała NSA

Mając na uwadze ww. rozbieżności, poszerzony skład NSA musiał odpowiedzieć na następujące pytania:

  • czy zawiadomienie należy doręczyć pełnomocnikowi, który został ustanowiony w postępowaniu kontrolnym lub podatkowym, nawet jeżeli zawiadomienia tego dokonuje organ podatkowy, przed którym nie toczy się żadne postępowanie z udziałem pełnomocnika strony;
  • czy uchybienie w realizacji powyższego obowiązku winno być traktowane jako brak ziszczenia się skutku w postaci zawieszenia biegu terminu przedawnienia.

NSA w uchwale z dnia 18 marca 2019 r. stanął ostatecznie na stanowisku, że zawiadomienie należy doręczyć pełnomocnikowi, który został ustanowiony w postępowaniu kontrolnym lub podatkowym, nawet jeżeli zawiadomienia tego dokonuje organ podatkowy, przed którym nie toczy się żadne postępowanie z udziałem pełnomocnika strony. Uchybienie zaś w realizacji powyższego obowiązku winno być traktowane jako brak możliwości zastosowania instytucji zawieszenia biegu terminu przedawnienia.

Podsumowanie

Prawdą jest, że organy podatkowe nagminnie wszczynały postępowania karne skarbowe tylko w celu zawieszenia biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego. Pozwalało to na prowadzenie postępowań i określanie zobowiązań podatkowych po upływie ogólnego 5-letniego terminu przedawnienia. Co jasne, taka praktyka jest krytykowana nie tylko przez doktrynę, ale także przez sądy administracyjne.

Dobra wiadomość jest zaś taka, że jeśli w sprawach podatników doszło do naruszenia przepisów, o których mowa w uchwale NSA, to może istnieć szansa na odzyskanie zapłaconego podatku. Każda zatem sprawa, w której zawieszono bieg terminu przedawnienia w zw. z wszczęciem postępowania karnego skarbowego, powinna zostać zbadana pod kątem nieprawidłowego „przedłużenia” terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego.

Autor: Robert Nogacki, Kancelaria Skarbiec

Z chwilą ogłoszenia upadłości majątek upadłego staje się masą upadłości i służy zaspokojeniu wszystkich jego wierzycieli. Jeśli jednak któryś z wierzycieli sam był dłużnikiem upadłego przed jej ogłoszeniem, może pod pewnymi warunkami dokonać tzw. potrącenia, które zmniejszy lub całkowicie zdejmie z niego brzemię dłużnika. W lutym 2018 r. Sąd Rejonowy dla Łodzi-Śródmieścia orzekł, że skorzystanie z tego uprawnienia przez bank nie jest możliwe w odniesieniu do środków upadłego zgromadzonych na rachunku bankowym. Rok później sąd odwoławczy uchylił to orzeczenie, stanowiąc, że zanim doszło do ogłoszenia upadłości, upadłemu przysługiwała względem banku wierzytelność o wypłatę środków zgromadzonych na koncie, dlatego też potrącenie z wierzytelnością z rachunku bankowego nie sprzeciwia się istocie postępowania upadłościowego (wyrok Sądu Okręgowego w Łodzi, XIII Wydział Gospodarczy Odwoławczy z 6 lutego 2019 r., sygn. akt XIII Ga 709/18).

Kodeks cywilny w art. 498 §1 stwierdza, że „Gdy dwie osoby są jednocześnie względem siebie dłużnikami i wierzycielami, każda z nich może potrącić swoją wierzytelność z wierzytelności drugiej strony, jeżeli przedmiotem obu wierzytelności są pieniądze lub rzeczy tej samej jakości oznaczone tylko co do gatunku, a obie wierzytelności są wymagalne i mogą być dochodzone przed sądem lub przed innym organem państwowym” (Dz.U. 1964 nr 16, poz. 93, ze zm.). Z kolei zgodnie z art. 93 ust. 1 ustawy – Prawo upadłościowe (dalej: u.p.u.): „Potrącenie wierzytelności upadłego z wierzytelnością wierzyciela jest dopuszczalne, jeżeli obie wierzytelności istniały w dniu ogłoszenia upadłości, chociażby termin wymagalności jednej z nich jeszcze nie nastąpił” (Dz.U. 2003 nr 60, poz. 535, ze zm.).

Potrącenie należności z rachunku upadłej spółki

W 2010 r. jedna ze spółek z o.o. zawarła z bankiem umowę o prowadzenie rachunku, a dwa lata później zaciągnęła w tym banku kredyt odnawialny na kwotę ponad 8,5 mln zł. W kwietniu 2016 r. bank wypowiedział spółce umowę, wzywając do spłaty przekraczającego 6 mln zł zadłużenia. W sierpniu tego samego roku Sąd Rejonowy dla Łodzi-Śródmieścia w Łodzi XIV Wydział Gospodarczy dla spraw Upadłościowych i Restrukturyzacyjnych ogłosił upadłość spółki. Bank powiadomił syndyka, powołując się na art. 93 u.p.u., o potrąceniu kwoty blisko 58 tys. zł znajdujących się na rachunku spółki, celem zaspokojenia należnego mu roszczenia z tytułu udzielonego spółce kredytu. Bank zgłosił również swoją wierzytelność do sędziego-komisarza.

Zobacz też:

W jakim wieku otrzymamy najkorzystniejsze oferty kredytowe?

Syndyk to nie upadły

31 października 2016 r. syndyk masy upadłości spółki wezwał bank do zwrotu 58 tys. zł, jako świadczenia nienależnego, pobranego wbrew przepisom prawa upadłościowego. Sąd rejonowy przychylił się do powództwa syndyka. Jego zdaniem środki pieniężne zgromadzone na rachunku bankowym są wierzytelnością jego posiadacza względem banku o wypłatę zgromadzonych tam środków. Z treści art. 112 u.p.u. sąd wywiódł, że umowa rachunku bankowego zawarta przez upadłego wiąże strony także po ogłoszeniu upadłości, stąd wierzytelność upadłego o wypłatę środków z tego rachunku stanowi masę upadłościową służącą zgodnie z art. 61 u.p.u. zaspokojeniu wszystkich wierzycieli upadłego. Jak wskazał sąd: „Możliwość potrącenia w upadłości dotyczy tylko sytuacji gdy nie następuje uszczuplenie masy upadłości o faktyczny majątek jaki przejął syndyk od upadłego (…) potrącenie z art. 93 prawa upadłościowego nie ma zastosowania do każdej wierzytelności po dniu ogłoszenia upadłości, ale tylko takiej która nie spowoduje zmniejszenia masy upadłości w zakresie czynnego majątku dłużnika, a który posłuży zaspokajaniu wszystkich wierzycieli upadłego według zasad prawa upadłościowego” (sygn. akt XIII Ga 709/18).

Sąd rejonowy odrzucił również całkowicie możliwość powołania się przez bank na instytucję potrącenia i zastosowania przepisu art. 93 u.p.u. Zdaniem sądu bank stał się dłużnikiem masy upadłości, a więc syndyka, który przejął posiadanie nad rachunkiem, dopiero po ogłoszeniu upadłości. A zgodnie z art. 95 u.p.u.: „Potrącenie nie jest dopuszczalne, jeżeli wierzyciel stał się dłużnikiem upadłego po dniu ogłoszenia upadłości” (Dz.U. 2003 nr 60, poz. 535, ze zm.).

Trzecią z najważniejszych podstaw uznania przez sąd dokonanego przez bank potrącenia za świadczenie nienależne stanowił art. 13 ust. 1 u.p.u.: „Sąd oddali wniosek o ogłoszenie upadłości, jeżeli majątek niewypłacalnego dłużnika nie wystarcza na zaspokojenie kosztów postępowania lub wystarcza jedynie na zaspokojenie tych kosztów” (Dz.U. 2003 nr 60, poz. 535, ze zm.). Jak stwierdził sąd orzekający w tej sprawie, dopuszczenie do potrącenia przez bank swojej wierzytelności z masy upadłościowej po ogłoszeniu upadłości mogłoby pociągnąć za sobą konieczność umorzenia postępowania upadłościowego. To z kolei uniemożliwiłoby zaspokojenie się w tym postępowaniu pozostałych wierzycieli upadłego. To z kolei stałoby w sprzeczności z zasadą prawa upadłościowego, jaką jest zaspokojenie wszystkich wierzycieli.

Pracownicze Plany Kapitałowe mogą mieć wpływ na dynamikę wzrostu wynagrodzeń w polskich firmach

Ustawodawca dał wierzycielowi instytucję potrącenia, więc ma prawo z niej skorzystać

Bank wniósł od tego wyroku apelację, do której przychylił się Sąd Okręgowy w Łodzi. Uznał za słuszne stanowisko banku, który nie zgodził się z możliwością zastosowania regulacji art. 95 u.p.u. Zgodnie bowiem z art. 725 Kodeksu cywilnego: „Przez umowę rachunku bankowego bank zobowiązuje się względem posiadacza rachunku (…) do przechowywania jego środków pieniężnych oraz (…) do przeprowadzania na jego zlecenie rozliczeń pieniężnych” (Dz.U. 1964 nr 16, poz. 93, ze zm.). Przechowanie to zdaniem sądu odwoławczego przejawia się stanem, w którym posiadaczowi rachunku, choć nie realizuje on w danej chwili swojej wierzytelności, to przysługuje mu ona już z chwilą zdeponowania tych środków na koncie. Wierzytelność o wypłatę wszystkich zgromadzonych na rachunku środków przysługiwała więc spółce, zanim doszło do ogłoszenia upadłości.

Sąd Okręgowy w Łodzi nie zgodził się również, by potrącenie z wierzytelnością z rachunku bankowego sprzeciwiało się istocie postępowania upadłościowego. Nie istnieje bowiem poza masą upadłościową żaden inny majątek upadłego, wobec którego wierzyciel mógłby zrealizować przysługujące mu prawo potrącenia, przewidziane w art. 93-96 u.p.u. Z prawa tego mogą też korzystać wszyscy pozostali wierzyciele.

„Sam ustawodawca uznał, że nie jest zasadne oczekiwanie, by wierzyciel musiał zapłacić w całości swój dług i jednocześnie zaspokajać własną wierzytelność ze środków uzyskanych w wyniku podziału funduszów masy upadłości w sytuacji, gdy swoją wierzytelność przed ogłoszeniem upadłości mógł potrącić (…) Zakładałoby to bowiem całkowitą nieracjonalność ustawodawcy, który wprowadziłby do ustawy przepis nie mogący znaleźć zastosowania z uwagi na sprzeczność z założonymi jej celami” (sygn. akt XIII Ga 709/18).

Sąd odwoławczy obalił także trzecie z podniesionych przez sąd rejonowy ustaleń co do uzależnienia ogłoszenia upadłości od minimalnego stanu majątku potencjalnego upadłego. Jak stwierdził, nie może to stanowić przeszkody dla realizacji przez wierzyciela przysługującego mu prawa do dokonania potrącenia. Jeśli w wyniku potrącenia okaże się, że pozostały majątek nie wystarcza na pokrycie kosztów postępowania upadłościowego, to stworzy to wówczas podstawę do jego umorzenia.

Gdy syndyk zabierze rękę, odda ci paznokieć

W sytuacji, gdy pojawiają się problemy z płynnością finansową kontrahenta, nie wolno zwlekać. Jak pokazuje przykład niniejszej sprawy, szybka reakcja – nawet mimo ogłoszenia upadłości dłużnika – może „uratować” przynajmniej część należnych od niego środków. To z kolei może decydować o być albo nie być dla będących jego wierzycielami spółek, firm i samych przedsiębiorców. Zbyt długa zwłoka, powodująca choćby uchybienie zakreślonemu w art. 96 ustawy – Prawo upadłościowe terminowi do złożenia oświadczenia o chęci skorzystania z prawa potrącenia, sprawi, że wierzyciel ewentualnego zaspokojenia swoich roszczeń dozna tylko w takiej wysokości, w jakiej przydzieli mu syndyk, i dopiero po uwzględnieniu roszczeń innych wierzycieli.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Za nami kolejne posiedzenie FOMC, z którego każdy wyciąga takie wnioski, jakie mu bardziej pasują. Gołębia podwyżka była tym, czego inwestorzy oczekiwali od Fed, choć ukrycie liczyli na coś więcej. Częściowe rozczarowanie przynosi kontynuację spadków na giełdach i podtrzymanie obaw o spowolnienie globalnego ożywienia. Rynek walutowy jest w rozkroku.

Fed miał dostarczyć gołębią podwyżkę i to zrobił. Cel dla stopy rezerw federalnych został podniesiony o 25 pb do 2,25-2,50 proc., a z technicznych powodów stopa rezerw obowiązkowych w zrosła tylko o 20 pb. W projekcji członków FOMC na kolejne lata usunięto jedną podwyżkę z 2019 r. (teraz Fed zakłada tylko dwie), jeszcze jedną w 2020 r. i bez zmian w 2021 r. Komunikat i konferencja prasowa były zbliżone do oczekiwań rynkowych dotyczących złagodzenia przekazu, choć nie dały jasnego wskazania, że Fed jest bliżej przerwania cyklu podwyżek. Innymi słowy nie da się całkowicie wykluczyć następnej podwyżki w marcu, nawet jeśli prezes Powell uwarunkował kontynuację zacieśniania od realizacji optymistycznych prognoz gospodarczych. W przekazie nie brakowało gołębich wzmianek. Fed uważa, że potrzeba tylko „nieco” dalszego stopniowego podnoszenia stóp procentowych, a ryzyka dla perspektyw gospodarczych przestały być, a tylko wydają się „z grubsza zrównoważone”. Zmiany w komunikacie pokazują, że część członków FOMC poważniej obawia się skutków ostatnich wydarzeń na świecie i na rynkach i jest gotowa już teraz nieco przyhamować z cyklem zacieśniania. Nie są oni jednak w większości. Innym gołębim punktem było też obniżenie mediany prognozy długoterminowej stopy neutralnej do 2,75 proc. z 3 proc. oraz przyznanie przez Powella, że stopy procentowe są teraz mniej więcej na pułapie zbieżnym z dolnym zakresem szacunków stopy neutralnej.

Zobacz też:

Zarobki w branży IT wciąż rosną. Nawet młodzi programiści mogą liczyć na coraz wyższe pensje

Tragizm rynków polega na tym, że choć inwestorzy otrzymali od Fed to, co zakładali, to jednak ukrycie liczyli na coś więcej po stronie „gołębiości”. Fed miał być lekarstwem na poprawie nastrojów rynkowych i poprzez ogłoszenie końca cyklu podwyżek (lub silnego złagodzenia komunikatu w inny sposób) dać impuls do rajdu apetytu na ryzyko i stworzenia iluzji, że polityka monetarna nie zdławi ożywienia. Optymizm Fed dotyczący sytuacji w gospodarce został odebrany jako ignorancja, która przynosi pogłębienie spadków na rynku akcji. Rentowności obligacji skarbowych USA spadają, bo rynek dalej upiera się przy swoim – według niego Fed nie będzie w stanie przeprowadzić jeszcze trzech podwyżek, a raczej może jedną. Na rynku walutowym inwestorzy nie wiedzą, czy kochać dolara, czy nim gardzić i w końcowym rozrachunku przeważa porządkowanie pozycji przed świąteczną przerwą.

Osobiście uważam, że wczorajsza reakcja na przekaz Fed jest dowodem odklejenia się inwestorów od fundamentalnej oceny gospodarki. Niepewność wokół potencjalnych czynników ryzyka potęguje obawy o spowolnienie gospodarcze, co też prowadzi do wyolbrzymiania niektórych sygnałów. Niebezpieczne jest to, że przy podtrzymywanym pesymizmie rynkowym niepewność inwestorów może przerodzić się w niepewność konsumentów i przedsiębiorców, w efekcie czego spowolnienie gospodarcze pogłębi się. Wówczas inwestorzy stwierdzą, że od początku mieli rację, nie widząc tego, że byli sprawcami.

Festiwal banków centralnych G10 nie kończy się na Fed. W nocy bez echa przeszła decyzja Banku Japonii – bank utrzymał parametry polityki bez zmian, tak jak i treść komunikatu. Bank Anglii przed dzisiejszą decyzją ma sporo do przedyskutowania, ale potęgowana niepewność nie przełoży się na konstruktywny komunikat. GBP pozostaje słaby z perspektywą nagłych skoków pod wpływem politycznych nagłówków. Szwedzki Riksbank do ostatniej chwili podtrzymywał oczekiwania, że podwyżka stóp procentowych może wystąpić w grudniu, albo w lutym przyszłego roku. Ale po rozczarowującym odczycie inflacji CPI w ubiegłym tygodniu, Riksbank ma solidny argument, by zwlekać. Rynek jednak agresywnie podtrzymuje wycenę na 50 proc., zatem przy każdej decyzji ktoś będzie zaskoczony, a SEK nie będzie stał w miejscu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Amerykański rynek pracy w listopadzie rozczarował. I to rozczarował podwójnie: dynamiką wynagrodzeń i liczbą nowych etatów. Wręcz idealnie wpisuje się to w gołębi zwrot w komunikacji Rezerwy Federalnej i dyskusję o odwróceniu krzywej rentowności.

Dolar jest słaby i nie należy liczyć na szybkie odwrócenie tej tendencji. EUR/USD na razie zbliżył się do 1,1450, ale kontynuuje mozolną wspinaczkę do 1,15. O trwałe wyjście ponad ten poziom może już jednak być trudniej. Mocne są waluty defensywne, USD/JPY na fali wyprzedaży na rynku akcji i spadku rentowności i długu USA 10Y cofnął się do 112,50. Takie środowisko to woda na młyn wzrostowej korekty w notowaniach metali szlachetnych: uncja złota dziś kosztowała 1250 USD, czyli najwięcej od lipca. W odbiciu notowań kruszcu upatrujemy tendencji, która ma szansę rozwinąć się w dłuższy i trwalszy trend. EUR/PLN mozolnie dryfuje w kierunku 4,30. Nie widzimy perspektyw na wyraźne umocnienie w obecnym, niesprzyjającym otoczeniu zewnętrznym. W przestrzeni G-10 widzimy pole do umocnienia walut naftowych, czyli CAD i NOK. Zwłaszcza korona norweska, wsparta dzisiejszymi, wysokimi odczytami inflacyjnymi powinna sobie dobrze radzić.

Tydzień będzie pełen emocji: zdominuje go analiza zamierzeń Fed, posiedzenie ECB, głosowanie nad brexitem w brytyjskim parlamencie i krystalizowanie się tendencji na rynku ropy po cięciu wydobycia przez OPEC.
Rynek skupia teraz większą uwagę na danych z USA po tym, jak Fed wyłączył autopilota i przyszłe decyzje będzie opierał o napływające wskazania z gospodarki. Rozczarowanie raportem z rynku pracy było pierwszym ciosem dla USD i każdy kolejny może przybliżyć do nokautu, szczególnie że rynek jest mocno obkupiony dolarem, kiedy w ostatnich tygodniach wykorzystywał go jako kierunek ucieczki od ryzyka. CPI (śr) pokaże słabość przez spadki cen paliw, ale inflacja bazowa powinna wypaść dobrze. Jeśli nie, reakcja rynku będzie silna. Sprzedaż detaliczna (pt) będzie musiała się zmierzyć z odreagowaniem silnych danych za październik (0,8 proc.), więc diabeł będzie tkwił w szczegółach i wyniku tzw. sprzedaży bazowej, gdzie spodziewany jest solidny odczyt (0,4 proc).

W strefie euro na pierwszym planie będzie decyzja EBC (czw). W ostatnich wypowiedziach prezes Draghi podkreślał wpływ czynników przejściowych na pogorszenie w danych i komunikat raczej pozostanie w tym tonie. Od strony polityki bank powinien ogłosić koniec skupu aktywów od początku przyszłego roku, będąc do tego zmuszonym przez obwarowania dotyczące zaangażowania w obligacje danego emitenta. Złagodzenia wydźwięku EBC będzie szukał w decyzji o reinwestycji środków z zapadających obligacji, np. poprzez zasygnalizowanie kontynuacji reinwestycji długo po terminie pierwszej podwyżki stóp procentowych. Forward guidance w kwestii stóp procentowych powinien pozostać bez zmian (podwyżka nie wcześniej niż „po lecie” przyszłego roku). EBC nie ma interesu w wybrzmieniu jastrzębio, zatem i dla EUR nie ma pola do umocnienia. Dodatkowym czynnikiem ryzyka są wstępne szacunki PMI (pt), gdzie spodziewane są spadki indeksów.

W Wielkiej Brytanii mamy bogaty kalendarz z PKB, bilansem handlowym, produkcją przemysłową (pon) i raportem z rynku pracy (wt). PKB za październik ma pokazać skromny wzrost o 0,1 proc. – ostatni miesiąc, zanim mocniej mogą być odczuwalne negatywne wibracje z rynków zewnętrznych. Uwagę przyciągnie też dynamika wynagrodzeń z większą wrażliwością na rozczarowanie. Kluczowe wydarzenia będą jednak działy się w brytyjskim parlamencie, gdzie na wtorek zaplanowane jest głosowanie nad projektem umowy brexitu. Ostatni kalkulacje wskazują na porażkę rządu May, w rezultacie głosowanie może zostać odroczone, a niepewność o termin i kształt brexitu będzie się przeciągać. Kierunek dla funta pozostają zagadką. Norges Bank powinien utrzymać stopę procentową bez zmian (czw). Niższe ceny ropy, sygnały osłabienia wśród głównych partnerów handlowych i oznaki spowolnienia w kraju argumentują za ostrożnym podejściem. Mimo to NB jest na drodze normalizacji polityki, więc projekcja ścieżki stopy procentowej prawdopodobnie dalej powinna wskazywać prawdopodobieństwo kolejnej podwyżki w I kw. Obniżenie ścieżki byłoby ciosem dla NOK. Czwartek przynosi też decyzję Szwajcarskiego Banku Narodowego, ale nie spodziewamy się niczego interesującego (stopy bez zmian).

W Australii w centrum uwagi będą indeksy nastrojów w biznesie (wt) i wśród konsumentów (śr). Po fatalnych danych o PKB za II kw., potwierdzenie kontynuacji pogorszenia sytuacji firm i gospodarstw domowych będzie podsycać oczekiwania na złagodzenie stanowiska RBA i przy ciągnięciu tematu wojen handlowych będzie dodatkowym balastem dla AUD. Dane z kanadyjskiego rynku budowlanego (pon) będą drugorzędne, podczas gdy rynek CAD będzie starał się przetrawić gołębi zwrot BoC, silne dane z rynku pracy i perspektywy rynku ropy po decyzji OPEC o redukcji wydobycia. Ostatnio silne spadki cen ropy mogły spotęgować presję wyprzedaży CAD, co przełożyło się na zbyt pesymistycznej wyceny perspektyw polityki BoC. Spodziewamy się, że loonie stać na odreagowanie ostatniej słabości.

Bartosz Sawicki, Kierownik Dep. Analiz – Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Każda firma posiada i przetwarza dokumenty zawierające informacje o różnym stopniu poufności, do których należy zaliczyć dokumentację pracowniczą. Bardzo ważną kwestią jest ich odpowiednie zabezpieczenie. Obowiązujące prawo z tego właśnie zakresu, nie przystaje do rzeczywistości, niejednokrotnie doprowadzając do potrzeby ponoszenia przez pracodawców znacznych kosztów związanych z archiwizacją tej dokumentacji. Od 1 stycznia 2019 roku zaczną obowiązywać znowelizowane przepisy prawa, wprowadzające nowe zasady prowadzenia akt pracowniczych.

Zgodnie z nowymi regulacjami, okres przechowywania dokumentacji pracowniczej zostanie określony w sposób jednoznaczny, i będzie on wynosił 10 lat liczonych od końca roku, w którym ustał stosunek pracy. Nowy termin będzie dotyczył dokumentacji pracowników zatrudnionych od 01 stycznia 2019 r. W stosunku do pracowników zatrudnionych od 01 stycznia 1999 r. do 31 grudnia 2018 r., skrócenie czasu archiwizacji dokumentacji pracowniczej do 10 lat będzie zależało od decyzji samego pracodawcy.

Krótszy okres przechowywania to jednak nie jedyna zmiana. Pracodawcy będą mogli prowadzić dokumentację pracowniczą w wersji papierowej – jak do tej pory – lub elektronicznej. Uprawnienie do dokonania tego wyboru będzie wynikać wprost z nowego brzmienia art. 94 ust. 9a kodeksu pracy. Jakie korzyści niesie za sobą ta druga forma?

Zobacz też:

Dyscyplina intelektualna w organizacji, czyli o spotkaniach i zadawaniu pytań

Roczne koszty administracyjne związane z przechowywaniem dokumentacji pracowniczej ponoszone dotychczas przez pracodawców to w skali roku około 130 mln zł – wynika z szacunków Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii. Dzięki zmianie przepisów w zakresie formy prowadzenia dokumentacji, koszty te mają się zdecydowanie obniżyć. Jednak nie jest to jedyny plus.

Wykorzystanie formy cyfrowej ma docelowo ułatwić pracę nad dokumentacją pracowniczą. Wszystkie informacje o pracownikach muszą być jednak w dalszym ciągu przechowywane w sposób gwarantujący im odpowiedni poziom bezpieczeństwa, rozumianego jako zabezpieczenie przed dostępem osób nieupoważnionych, uszkodzeniem lub zniszczeniem.

Elektroniczna wersja dokumentacji pracowniczej będzie zasadniczo odwzorowaniem teczek osobowych w wersji papierowej. Nowa e-Teczka może oznaczać większą efektywność zarówno w przechowywaniu jak i  zabezpieczeniu danych zawartych w aktach pracowniczych co jest szczególnie istotne ze względu na wymagania RODO w zakresie bezpieczeństwa przetwarzania danych osobowych. Warto pamiętać, że programy przygotowane do prowadzenia e-dokumentacji powinny być wyposażone w rozwiązania zapewniające odpowiedni poziom bezpieczeństwa, m.in. odnośnie zabezpieczenia dostępu i kopi bezpieczeństwa danych. W zakresie odpowiednich zabezpieczeń dotyczących elektronicznej formy prowadzenia akt, kluczowym może okazać się nowe Rozporządzenie Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w sprawie dokumentacji pracowniczej. Projekt aktu przewiduje bowiem szczególne wymagania dotyczące jej prowadzenia i przechowywania – mówi adw. Łukasz Pociecha, ekspert ds. ochrony danych, ODO 24.

Warto również pamiętać o pozostałych zmianach przepisów prawa, które mają dostosować polskie prawo do RODO.

Przeczytaj także:

Młodzi pracownicy bardziej wymagający

Nowe brzmienie Kodeksu pracy, przewidziane w projekcie ustawy zmieniającej polskie przepisy prawa w zw. z zapewnieniem stosowania przepisów RODO., w art. 22[1]  § 1-3 określa nowy katalog kategorii danych osobowych. Są one niezbędne do pozyskania przez pracodawcę – w związku z podejmowaniem przez niego działań – przed zawarciem umowy o pracę oraz po jej podpisaniu. Według przywołanego przepisu, pracodawcy będą mogli żądać podania danych osobowych obejmujących: imię (imiona) i nazwisko, datę urodzenia, dane kontaktowe wskazane przez taką osobę, wykształcenie, kwalifikacje zawodowe, przebieg dotychczasowego zatrudnienia.

Zgodnie z uzasadnieniem projektu ustawy zmieniającej dane osobowe, które nie zostały wymienione w katalogu określonym w art. 22[1] § 1-3 kodeksu pracy, pracodawca będzie mógł przetwarzać jedynie, gdy będzie to niezbędne do realizacji ciążącego na nim obowiązku wynikającego z przepisów prawa lub jeżeli uzyska stosowną zgodę pracownika. Dopuszczenie jej jako podstawy przetwarzania danych pracownika może stanowić istotną zmianę dotychczasowych poglądów w tym zakresie – wskazuje adw. Łukasz Pociecha, ekspert ds. ochrony danych, ODO 24.

Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury (WWK), informujący z wyprzedzeniem o przyszłych tendencjach w gospodarce w styczniu 2018 roku wzrósł o taką samą wartość jak przed miesiącem, czyli o 1,5 punktu w stosunku do miesiąca poprzedniego – informuje Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych. Przełomowi roku 2017/2018 towarzyszyły najsilniejsze jednorazowe wzrosty wskaźnika w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. W największym stopniu przyczyniły się do tego: poprawa wydajności pracy w sektorze przedsiębiorstw przemysłu przetwórczego oraz lepsza sytuacja finansowa w firmach.  

 Spośród ośmiu składowych wskaźnika w styczniu br. cztery uległy poprawie w porównaniu z sytuacją sprzed miesiąca, dwie nie zmieniły się, zaś dwie uległy pogorszeniu.

Do wzrostu wskaźnika w największym stopniu przyczyniła się znacząca poprawa wydajności pracy w przedsiębiorstwach produkcyjnych. Zjawisko to charakterystyczne jest dla miesięcy końca każdego roku i wynika z mniejszej liczby dni roboczych a nieco wyższej produkcji przeznaczanej na poczet świątecznych zakupów. Abstrahując od tej jednorazowej poprawy, w dłuższym okresie, tj. od końca ubiegłego roku, wydajność pracy pogarszała się. Liczba pracujących rośnie, wynagrodzenia również, nie poprawia się natomiast w sposób istotny wyposażenie techniczne pracowników, co wynika z ciągle ujemnej dynamiki inwestycji.

Kolejna składowa, która istotnie przyczyniła się do wzrostu wskaźnika, to oceny menedżerów nt. sytuacji finansowej w zarządzanych przez nich firmach. Najlepiej oceniają stan swych finansów menadżerowie dużych firm – zatrudniających powyżej 250 pracowników. W tej grupie odnotowano w ostatnich badaniach kilkuprocentową przewagę odpowiedzi stwierdzających poprawę finansów nad odsetkiem menadżerów wskazujących na jej pogorszenie. W grupie przedsiębiorstw najmniejszych oraz średnich w dalszym ciągu dominuje przewaga menadżerów wskazujących na pogarszający się stan finansów.

W ślad za lepszą sytuacją finansową w firmach, poprawiły się również oceny menedżerów na temat ogólnej sytuacji gospodarczej. Obecnie przewaga menadżerów uznających, że sytuacja gospodarcza zmierza w dobrym kierunku nad tymi, którzy uważają, że dominują tendencje negatywne, sięga około 5 punktów procentowych. Dla porównania, warto dodać, że w okresie bardzo dobrej koniunktury gospodarczej w 2007 roku przewaga optymistów nad pesymistami wynosiła 25 punktów procentowych.

Po raz pierwszy od jesieni ubiegłego roku nie odnotowano zmian w tempie napływu nowych zamówień do sektora przedsiębiorstw produkcyjnych, zaś w przypadku zamówień przeznaczonych na rynki zagraniczne, tempo napływu nowych zamówień nieco osłabło. Wydaje się jednak, że sytuacja ta ma charakter przejściowy. Rosnącym zamówieniom zagranicznym sprzyja bowiem bardzo dobra koniunktura na światowych rynkach, a co istotniejsze dla rodzimych producentów, dobra koniunktura dominuje również w Europie. Nieco odmiennie przedstawiają się perspektywy utrzymania wysokiego tempa napływu nowych zamówień na rynek krajowy. W tym przypadku należy liczyć się z pewnym osłabieniem. Co prawda wynagrodzenia w dalszym ciągu rosną, jednak inflacja osłabia nieco ich temp wzrostu. Ponadto wzrost wynagrodzeń nie dotyczy wszystkich pracowników a pro-popytowe działanie dodatkowych pieniędzy trafiających do rodzin z tytułu świadczeń socjalnych, stopniowo słabnie.

Na koniec ub. roku zmniejszyła się nieco podaż pieniądza M3 (w ujęciu realnym oraz po usunięciu wpływu czynników sezonowych). Już od początku roku pieniądza przybywało znacznie wolniej niż w analogicznych okresach lat ubiegłych. Umiarkowanie przybyło gotówki w obiegu, co zwykle zdarza się na końcu roku kalendarzowego.

Zwiększyło się nieco zadłużenie gospodarstw domowych z tytułu kredytów bankowych. Zmiana jak na razie jest niewielka wobec  ponad dwuletniego okresu odchodzenia konsumentów od finasowania zakupów kredytem. Być może ma to związek ze wzrostem aktywności  na rynku nieruchomości oraz wyższymi cenami mieszkań, na co wskazują niektóre badania wśród deweloperów. Zbyt wcześnie jednak aby odbierać to jako początek boomu mieszkaniowego oraz wzrost zainteresowania kredytem hipotecznym.

Końcówka roku nie była korzystna dla inwestorów giełdowych. W ciągu ostatnich trzech miesięcy ubiegłego roku realne wartości podstawowego indeksu WIG spadły o blisko 4%, jednak pierwsze tygodnie stycznia przyniosły wyraźną poprawę nastrojów i rekordowe notowania WIG.

 

Kobiety dostaną o 80 proc. niższe emerytury niż mężczyźni. Z wyliczeń ZUS wynika, że kobiety mają dostać średnio 1540 złotych a mężczyźni  2820 złotych. Jedyne co możemy zrobić to zacząć oszczędzać. Które inwestycje są najbardziej opłacalne?

Polacy gdy chodzi o ich finanse najczęściej wybierają bezpieczeństwo. Najbardziej popularnym sposobem oszczędzania są lokaty i konta oszczędnościowe.

– Zarówno lokaty jak i konta oszczędzające nie oferują zbyt wysokich stop zwrotu. Można zaryzykować stwierdzenie, że tak na prawdę jesteśmy poniżej rzeczywistej inflacji – mówi Robert Śniegocki, ekspert Grupy Goldenmark.

Swoje oszczędności można też pomnażać na giełdzie. W tym przypadku możemy w krótkim czasie osiągnąć bardzo duże zyski ale także musimy liczyć się z ryzykiem straty.

– Giełda wymaga wiedzy, doświadczenia, często wyższego nakładu kapitału i czasu. Czas jest niezbędny inwestorom do tego, żeby to wszystko monitorować. Z drugiej strony znajduje się chociażby złoto. Inwestycja nie wymaga zbyt dużej wiedzy. W długim horyzoncie czasowym przynosi zdecydowanie ponadprzeciętne stopy zwrotu. Dodatkowo osoba, która zdecydowała się uwzględnić złoto w swoim przyszłym portfelu emerytalnym może cieszyć się zyskiem, który jest zwolniony z podatku dochodowego – wyjaśnia Robert Śniegocki.

Im później zaczynamy oszczędzać na emeryturę tym większe sumy powinniśmy odkładać. Jeżeli zaczynamy to robić wcześniej. Mamy więcej czasu na zgromadzenie kapitału. Polecanym rozwiązaniem jest też dzielenie zgromadzonych środków i inwestowanie ich w różne instrumenty.

Ekspert podkreśla, że złoto powinno być podstawą budowania kapitału na przyszłość. Sztabki złota najlepiej kupować raz na kwartał lub pół roku. Nabywanie ich z mniejszą częstotliwością wiąże się z większym wydatkiem, a więc koniecznością rezygnacji z innych przyjemności.

– Żeby inwestować w złoto wcale nie trzeba być krezusem finansowym i posiadać zasobny portfel. Złoto jest dzisiaj dla każdego, sztabka jest dostępna już od 200 zł i dobrze jest ją uwzględnić w swoim portfelu aktywów na przyszłą emeryturę – dodaje Robert Śniegocki.

 

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Zgodnie z nowym prawem restrukturyzacyjnym każdy przedsiębiorca, którego firma znalazła się w trudnej sytuacji, może wnioskować do sądu gospodarczego o ochronę przed egzekucjami komorniczymi, sądowymi i innymi działaniami wierzycieli, np. blokowaniem pieniędzy przez banki, aby przywrócić normalne funkcjonowanie firmy i ją uzdrowić. Warunkiem jest jednak wykazanie sensowności restrukturyzacji firmy poprzez plan, który musi być przedstawiony w ciągu… 30 dni.

Czy to możliwe, praktyczne i odpowiedzialne – pytamy doświadczonych doradców PMR Restrukturyzacje SA.

– Tak naprawdę warunków jest nieco więcej – mówi Sławomir Anisimowicz, dyrektor zarządzający PMR Restrukturyzacje SA. – Firma musi rokować, jej działalność musi mieć sens i przyszłość ekonomiczną, tak aby mogła spłacać należności wszystkich wierzycieli, a także posiadać zdolność do regulowania bieżących kosztów funkcjonowania z aktualnych przychodów po dacie otwarcia postępowania. Dopiero w takiej sytuacji przedsiębiorca powinien złożyć wniosek o sanację do wydziału gospodarczego właściwego sądu rejonowego. Jeśli jego wniosek wraz z uzasadnieniami, wstępnym przedstawieniem sytuacji, wierzytelności etc. zostanie pozytywnie rozpoznany i sąd uwzględni wniosek restrukturyzacyjny, wyznaczając nadzorcę sądowego lub zarządcę, rozpoczyna się wyścig z czasem. W ciągu 30 dni nadzorca lub zarządca musi dostarczyć gotowy, szczegółowy plan restrukturyzacyjny. Muszą w nim znaleźć się zarówno opis przedsiębiorstwa, w tym sytuacji finansowej firmy, jak i analiza przyczyn zaistnienia potrzeby jej restrukturyzacji. Kluczowe elementy planu restrukturyzacyjnego to również opis i harmonogram wdrożenia środków restrukturyzacyjnych, opis źródeł finansowania czy też informacja o zdolnościach produkcyjnych. Plan restrukturyzacyjny jest zatem swoistym kompendium na temat przedsiębiorstwa oraz planem działań, które dadzą szansę na funkcjonowanie firmy i spłatę zobowiązań na rzecz wierzycieli. Spłata może być i zwykle jest rozłożona w czasie i zależna od skutecznego wdrożenia planu restrukturyzacyjnego i dalszego sprawnego zarządzania firmą.

Okres 30 dni to faktycznie bardzo niewiele, ale gdy firma jest w kryzysie, czas jest bezcenny i trzeba działać bardzo sprawnie. Dodatkowo ustawodawcy zależało, aby ta szczególna ochrona prawna nie była nadużywana jako sposób odwlekania płatności wierzycielom w nieskończoność.

Co to oznacza dla zarządcy wyznaczonego przez sąd? Czy jedna osoba jest w stanie przygotować taki plan w tak krótkim czasie?

To moment, w którym odsiewa się ziarna od plew. Moment prawdy, czy dany zarządca dysponuje odpowiednim zespołem ludzkim o odpowiednich kompetencjach, doświadczeniu i mocach przerobowych, aby pozyskać odpowiednie dane, przeanalizować sytuację oraz zaproponować rozwiązanie. To nie zadanie ani dla jednej osoby, ani dla małej kancelarii prawnej. Liczebność zespołu to również niejedyny klucz do sukcesu. W zależności od rodzaju kryzysu potrzebne są bardzo różne kompetencje i doświadczenie. Genezą problemów nie zawsze są finanse, czasami chodzi o walkę o udziały w firmie, czasami firmę blokują niesłuszne roszczenia urzędów skarbowych, czasami związki zawodowe i problemy pracownicze. Niezależnie od tego, co leży u podstaw kryzysu, te 30 dni musi wystarczyć na wszystko.

Co jest najtrudniejsze w tym procesie?

Zebranie wiarygodnych informacji. Mamy większą kontrolę nad metodami działań, samą metodologią analizy problemów, ale dotarcie do informacji, które są wiarygodne, kompletne, pochodzą niejednokrotnie z różnych źródeł, stanowi największe wyzwanie czasowe. Zwykle przedsiębiorcy wiedzą, co jest źródłem problemu, ale czasami się mylą, a czasami nie potrafią znaleźć wyraźnych przyczyn. Zdarzają się również wrogie działania konkurencji czy też działania wątpliwe pod względem prawnym, przy których analiza problemu musi oprzeć się na dokumentach zewnętrznych, sądowych, notarialnych, bankowych, czasami międzynarodowych. To oczywiście bardzo złożone problemy, ale przy drobiazgowej organizacji pracy, doświadczeniu i odpowiednich zasobach ludzkich 30 dni wystarcza.

Przedsiębiorca, wybierając swojego zarządcę, o którego prosi we wniosku do sądu, powinien być pewien, że jego reprezentant nie będzie uczył się na żywym organizmie, ponieważ stawką jest być lub nie być firmy. Przy wyborze odpowiedniej firmy, osoby, kancelarii warto kierować się jej doświadczeniem i zadawać pytania związane z kompetencjami, portfolio uratowanych firm i liczebnością zespołu, który zajmie się tą sprawą. Przedsiębiorcom w sytuacji kryzysowej trudno jest podjąć racjonalne decyzje nieoparte wyłącznie na cenie usługi. Przestrzegałbym również przed zbyt pozytywnymi scenariuszami przedstawianymi na pierwszym spotkaniu. Przedsiębiorca chce oczywiście usłyszeć, że jego firmę można uratować, i zwykle przychodzi do nas w stanie psychicznym, który wymaga wsparcia i zachęty, ale na tym etapie trzeba jak najwięcej pytać, mniej obiecywać.

Jeżeli trudno ocenić faktyczne osiągnięcia zarządcy, warto przynajmniej odbyć kilka spotkań z różnymi firmami, zanim podejmiemy ostateczną decyzję. Ten dodatkowy dzień lub dwa mogą okazać się kluczowe na początku procesu wychodzenia z problemów.

 

Źródło; PMR Restrukturyzacje S.A.

Belgowie mają powiedzenie: „Jedno dziecko to jeden dom”. Wrzesień to jeden z najtrudniejszych okresów w życiu każdego rodzica. Nie tylko muszą zadbać o logistykę przedszkolno-szkolną, ale jeszcze w tym czasie ich portfele znacznie się uszczuplają. Wyprawka szkolna, ubezpieczenie, opłaty za zajęcia dodatkowe – wydatków naprawdę nie brakuje. W takich sytuacjach rodzicom mają pomóc pieniądze z programu „Rodzina 500+”. Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że 62 proc. Polaków przeznacza je właśnie na bieżące wydatki. Tylko nieco ponad jedna trzecia odkłada pieniądze otrzymywane z tego świadczenia na przyszłość.

Wsparciem rządowego programu „Rodzina 500+” w czerwcu 2017 roku objęto ponad 3,98 mln dzieci do 18 lat, czyli 58 proc. Do ponad 2,6 mln rodzin trafiło już ponad 29,2 mld zł. Na co Polacy wydają te pieniądze? Aż 62 proc. osób biorących udział w badaniu Nationale-Nederlanden przyznało, że przeznacza je na codzienne potrzeby rodziny. Z kolei 36 proc. traktuje te środki jak oszczędności.

Słodka, ale i kosztowna inwestycja

Wychowanie dziecka, to czasochłonny, ale też kosztowny proces. Według wyliczeń Centrum im. Adama Smitha koszt wychowania jednego dziecka w Polsce (do osiągnięcia 19. roku życia) mieści się w przedziale od 176 tys. do 190 tys. zł, a dwójki dzieci – od 317 tys. do 350 tys. zł. Według szacunków ekonomistów w przypadku rodzin z trójką dzieci koszty te wynoszą przeciętnie od 421 do 460 tys. zł. Z wyliczeń OECD wynika, że koszty wychowania i utrzymania dziecka są stosunkowo wysokie i sięgają przeciętnie od 15 do 30 proc. budżetu rodzinnego. – Nic więc dziwnego, że większość rodzin przeznacza zarabiane i otrzymywane środki przede wszystkim na bieżące, codzienne potrzeby. Jeżeli jednak naprawdę chcemy pomóc naszym dzieciom i zapewnić im dobry start w przyszłość, najpierw musimy zadbać o siebie i pomyśleć czy nasze finanse są w dobrej kondycji. W praktyce oznacza to minimalizowanie zadłużenia i posiadanie oszczędności – mówi Martyna Kucicka-Witek, Menedżer ds. Produktów Ochronnych i Majątkowych w Nationale-Nederlanden.

Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że blisko dwie trzecie Polaków deklaruje, że posiada jakiekolwiek oszczędności odłożone z myślą o przyszłości. Jednocześnie 40 proc. badanych deklaruje, że trudno im oszczędzać, ponieważ codzienne wydatki pochłaniają ich całe dochody. Blisko 20 proc.  respondentów przyznaje, że nie myśli jeszcze o oszczędzaniu, a kolejne 15 proc. woli wydać pieniądze na przyjemności.

Bezpieczne i regularne oszczędzanie

Polacy zazwyczaj rozpoczynają oszczędzać z myślą o przyszłości dzieci już od momentu ich urodzenia. Prawie 40 proc. rodziców, którzy dotąd nie oszczędzali na ten cel, deklaruje, że w ciągu najbliższego roku zaczną to robić. Takich planów nie ma co piąty rodzic, a deklarowanym powodem takiej decyzji jest brak odpowiednich funduszy.

Jaką formę oszczędzania wybierają ci Polacy, którzy decydują się odkładać otrzymywane w ramach programu „Rodzina 500+”? Badanie Nationale-Nederlanden pokazuje, że są to przede wszystkim produkty bankowe: konto oszczędnościowe (62 proc.), zwykłe konto bankowe (24 proc.) i lokata (18 proc.). Jedynie 4 proc. wybiera fundusze inwestycyjne, a 3 proc. polisę ubezpieczeniową. – Możliwości inwestycji jest naprawdę wiele i można je dostosować do własnych potrzeb. Jedną z wartych zainteresowania form są na pewno polisy ubezpieczeniowe, które zapewniają jednocześnie ochronę całej rodzinie i oferują lokatę kapitału – mówi Martyna Kucicka-Witek.

Blisko połowa rodziców, którzy otrzymują świadczenie „Rodzina 500+”, ale do tej pory nie oszczędzali pieniędzy z tego źródła, deklaruje, że w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy zacznie to robić. Co mniej optymistyczne, blisko jedna czwarta (23 proc.) ankietowanych nie ma jednak zamiaru w najbliższym czasie odkładać tych pieniędzy. – Tymczasem regularne oszczędzanie nawet części tej sumy da naszej rodzinie poduszkę bezpieczeństwa finansowego, która pozwoli nam przygotować się na nieprzewidziane sytuacje, chociażby takie jak ciężka choroba czy trwała lub czasowa niezdolność do pracy i zapewnić najmłodszym dobry start w dorosłość – mówi Martyna Kucicka-Witek z Nationale-Nederlanden.

 

Wypowiedź: Martyna Kucicka-Witek z Nationale-Nederlanden

Flegmatyk, melancholik, sangwinik, choleryk – te cztery typy osobowości wyodrębnił grecki filozof Hipokrates. Według Carla Gustava Junga dwa pierwsze typy to introwertycy, a kolejne ekstrawertycy. Oto jak temperament dotyka naszych finansów.

Każdy z nas jest mieszkanką osobowości, jednak zawsze przeważa jedna z nich. Zaciągając zobowiązania powinniśmy mieć świadomość własnych mocnych i słabych stron, które oddziaływają na ekonomiczną sferę naszego życia. Oto psychologia finansów inspirowana psychologią.

Flegmatyk
Osoba niezwykle spokojna, opanowana, która nie pokazuje po sobie emocji. Ma pozytywny stosunek do świata i jest niezwykle uważna w tym, co robi i mówi. Jest dobrym słuchaczem. Flegmatyk nie podejmie więc pochopnie żadnej decyzji w sprawie swoich finansów. Będzie potrzebował wyjątkowego bodźca, aby zaciągnąć kredyt. Z pewnością ten typ osobowości nie będzie miał kłopotów z rozrzutnością. Osoba, która zwiąże się z flegmatykiem, może spać spokojnie – opanowany partner nie wyda lekką ręką pieniędzy na zakupy. – Stabilność emocjonalna również wiąże się z umiejętnością samokontroli oraz realizacji wcześniej ułożonych planów, czy założonych budżetów. Osoby te są mniej podatne na podejmowanie spontanicznych, niezaplanowanych zakupów, co pomaga realizować założenia budżetu domowego – mówi dr Joanna Rudzińska-Wojciechowska, psycholog ekonomiczny z Uniwersytetu SWPS Wrocław.

Melancholik
Człowiek sumienny i zdeterminowany – urodzony analityk. Stawia sobie wysoką poprzeczkę w życiu i dąży do jej realizacji. Jeśli więc melancholik będzie potrzebował kredytu, dokładnie przeanalizuje warunki umowy, przemyśli za i przeciw, a przede wszystkim zastanowi się, czy podoła spłacie zobowiązania kredytowego. Melancholik jest bowiem niezwykle ostrożny. Z osobami, które mają ten typ osobowości bywa jednak tak, że mają zmienne nastroje. To sprawia, że świadomość niestabilnych finansów, może ich wprawić w poważne przygnębienie. Generalnie jednak melancholik jest rzetelnym kredytobiorcą, który podporządkowuje się zwartym umowom. Poza tym potrafi planować życie w dłuższej perspektywie. Według psycholog z SWPS melancholicy jako introwertycy są też mniej narażeni na porównywanie się z innymi i pokusę, aby dorównać znajomym pod względem ilości czy jakości posiadanych dóbr materialnych.

Sangwinik
To typ osoby, która określana jest mianem dużego dziecka. Żyje chwilą, nie martwi się przyszłością, ale też nie rozpamiętuje przeszłości. Sangwinik ma skłonność do gadulstwa i koloryzowania, ale jednocześnie pogoda ducha i spontaniczność sprawia, że potrafi zjednać sobie ludzi. Sangwinicy nie są najlepszymi kredytobiorcami, bo zdarza im się zapomnieć o spłacie raty. Poza tym ten typ osobowości ma kłopot z planowaniem przyszłości. Jeśli więc kredyt, to maksymalnie na rok. Stan finansów sangwinika pozostawia sporo do życzenia.

Choleryk
Weźmie kredyt, spłaci go, zainwestuje na giełdzie, założy lokatę – bo to typ odważnej osoby, urodzony przywódca nastawiony na osiąganie konkretnych celów. Jeśli popełni błąd w zarządzaniu finansami i tak się do tego nie przyzna. Choleryk poszuka wyjścia z sytuacji, aby udowodnić innym, że miał rację. Wchodząc do banku będzie chciał wynegocjować kredyt na najlepszych warunkach. W domu to choleryk będzie trzymał finanse w ręku. To także on będzie podejmował wszelkie decyzje w kwestii finansów – oszczędzania, zadłużenia, inwestowania.

Jeśli stoimy przed decyzją o zaciągnięciu kredytu, zastanówmy się jak dużo mamy w sobie z melancholika, którego będzie trapił zaciągnięty kredyt, a jak dużo z choleryka, który zaciśnie zęby i mimo wszystko dopilnuje finansów. To o tyle ważne, że banki analizują jedynie naszą zdolność kredytową – mają do dyspozycji liczby i dokumenty. My sami zaś powinniśmy wiedzieć, jak później damy sobie radę z kredytem.

 

Źródło; Fundacja Zaradni

Rada Polityki Pieniężnej (RPP) pozostawiła stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Oznacza to, że w dalszym ciągu możemy cieszyć się z historycznie niskich stóp procentowych, co jest szczególnie ważne dla wszystkich kredytobiorców zadłużonych w naszej walucie. Jednak już za kilka miesięcy, gdy stopy procentowe wzrosną, rata może być wyższa nawet o kilkanaście procent.

Spośród stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego (NBP) najważniejsza z punktu widzenia osób spłacających kredyty jest stopa referencyjna, która od marca 2015 roku wynosi 1,50 proc. To właśnie od jej poziomu w pośredni sposób zależy poziom stopy Wibor i oprocentowanie kredytów detalicznych. Najczęściej używana przez banki stawka 3-miesięczna utrzymuje się od wielu miesięcy na poziomie 1,70-1,73  proc., co w wymierny sposób przekłada się na portfele kredytobiorców. Przykładowo osoba, która w 2008 roku zaciągnęła kredyt na 30 lat rozpoczynała spłatę zobowiązania z ratą około 710 złotych na każde 100 tys. kredytu, natomiast dzisiaj rata jest niższa o prawie 40 proc. i wynosi około 430 złotych. Również osoby, które zaciągnęły kredyty kilka lat później także zyskują dzięki niższemu oprocentowaniu. W przypadku kredytu zaciągniętego we wrześniu 2013 roku rata uległa obniżeniu o około 10 proc. Cztery lata temu pierwsza rata wynosiła 460 złotych na 100 tys. zadłużenia, a dzisiaj co miesiąc należy płacić około 410 złotych.

Wyższe stopy, wyższe raty

Tak niskie stopy procentowe będą się utrzymywać jeszcze co najmniej przez kilka miesięcy. Podwyższenia stóp przez RPP można najwcześniej spodziewać się  pod koniec 2018 roku, chociaż coraz więcej czynników wskazuje na to, że może to nastąpić nie wcześniej niż w 2019 roku. Inflacja pozostaje na stabilnym poziomie poniżej celu inflacyjnego NBP, presja płacowa nie wzrasta, a ostatnie umocnienie złotego także nie przemawia za podwyżką stóp procentowych. Również wypowiedzi członków RPP wskazują na to, że stopy procentowe nie będą w najbliższym czasie podwyższane. Warto jednak już dzisiaj mieć świadomość, że prędzej czy później stopy procentowe wzrosną i raty kredytu ulegną podwyższeniu. Czy wszyscy kredytobiorcy są świadomi jak bardzo mogą wzrosnąć miesięczne koszty kredytu?

Jak widać wzrost rat może być bardzo znaczący, szczególnie jeśli wybraliśmy długi okres kredytowania. W takim przypadku poziom oprocentowania w większym stopniu wpływa na wysokość raty, niż w sytuacji gdy kredyt spłacamy w krótszym terminie. W przypadku kredytu na 35 lat, powrót stóp procentowych do poziomu sprzed zaledwie 5 lat będzie oznaczał wzrost miesięcznej raty nawet o 50 procent. Dla 200 tysięcy zadłużenia nominalnie będzie to rata wyższa o 438 złotych, jednak dla kredytu w kwocie 500 tys. złotych rata wzrośnie o prawie 1100 złotych, co może już spowodować pewne perturbacje w budżecie domowym. Oczywiście wzrost raty do tego poziomu nie będzie skokowy, nie wzrośnie ona z dnia na dzień, ale zaciągając dzisiaj kredyt trzeba mieć koniecznie świadomość tak dużego ryzyka.

Czy przed wzrostem rat można się zabezpieczyć?

Jednym z zabezpieczeń, z którego może skorzystać osoba zaciągająca dzisiaj kredyt jest wybranie oferty ze stałą stopą procentową. Praktyka rynkowa pokazuje jednak, że jest to zabezpieczenie tylko teoretyczne. Dzisiaj kredyt ze stałą stopą procentową mają w swojej ofercie tylko 4 banki i są to oferty, które gwarantują klientowi stałe oprocentowanie przez maksymalnie 5-7 lat. Po upływie tego okresu następuje ponowne ustalenie stałej stopy na kolejny okres lub następuje zmiana sposobu ustalania oprocentowania i od tego momentu jest ono zmienne, tak jak w przypadku innych kredytów. Nie ma zatem ofert, które zagwarantują stałe oprocentowanie na cały okres kredytowania. Co prawda stała rata np. na 5 lat daje pewną stabilizację finansową, jednak nie zabezpiecza w całości przed ryzykiem stopy procentowej. Ponadto, decydując się na taką ofertę musimy liczyć się z tym, że rata kredytu będzie wyższa, niż rata kredytu ze zmienną stopą procentową. Także po zakończeniu okresu stałej stopy procentowej marża do ustalenia zmiennej stopy może być wyższa, niż w sytuacji gdy od początku zdecydujemy się na zmienną stopę.

W ostatnich latach obserwowaliśmy głównie spadek stóp procentowych i obniżające się w konsekwencji raty kredytów złotowych. Dzięki zmiennemu oprocentowaniu obniżenie stóp procentowych wpływało w pozytywny sposób na portfele kredytobiorców. W perspektywie najbliższych kilku lat trzeba jednak przygotować się na odwrócenie tego zjawiska. Wzrost stóp procentowych, niezależnie od skali podwyżek, przełoży się tym razem w negatywny sposób na finanse gospodarstw domowych. Warto mieć świadomość tego zjawiska i rzetelnie przeanalizować wszelkie ryzyka i swoje możliwości w chwili, gdy podejmujemy decyzję o zaciągnięciu kredytu. Należy bowiem pamiętać, że niska rata jaką dzisiaj płacimy nie będzie obowiązywać do końca spłaty kredytu i trzeba będzie zmierzyć się z wyższymi comiesięcznymi opłatami.

Autor:  Michał Krajkowski, Główny Analityk, NOTUS Finanse S.A.

Polscy przedsiębiorcy są najmniej sumienni w Europie, jeśli chodzi o regulowanie zobowiązań, a zatory płatnicze są zmorą krajowego biznesu. Długie terminy zapłaty, a tym bardziej nie dotrzymywanie tych wcześniej ustalonych, to w naszym kraju prawdziwa plaga. W Polsce przedsiębiorstwo, które płaci w terminie to rzadkość, dla porównania w Niemczech robi tak 8 na 10. 78 proc. polskich firm otrzymuje płatności nawet 30 dni po terminie, a jedna na dziesięć faktur jest płacona nawet 4 miesiące po terminie. Takie realia zmuszają do szukania finansowania pomostowego, które pozwoli przedsiębiorcy znacznie szybciej otrzymać należne mu pieniądze z wystawionej i niekwestionowanej faktury.

Dla części przedsiębiorców to wyraz perspektywicznego myślenia i planowania rozwoju, dla innych konieczność i ratunek przed bankructwem. Faktoring, czyli mechanizm polegający na przelewie należności z faktury od razu po jej wystawieniu, ale przez podmiot trzeci, zwiększa bezpieczeństwo obrotów handlowych. W Europie zach. faktoring działa od dawna, u nas szybko się rozwija. Napędzają go naturalne mechanizmy wolnorynkowe polegające na zabezpieczaniu potrzeb małych i średnich przedsiębiorców – Piotr Gąsiorowski – Prezes Zarządu eFaktor S.A.

Od stycznia do czerwca 2017 branża faktoringowa sfinansowała w Polsce wierzytelności przedsiębiorców o łącznej wartości 83,6 mld zł*. To wzrost o 13,6% w stosunku do analogicznego okresu 2016 roku. Z faktoringu skorzystało już 8,1 tys. przedsiębiorców (wzrost o 12,5% rok do roku), którzy sfinansowali w ten sposób blisko 4 miliony faktur. Co roku blisko tysiąc firm więcej korzysta z faktoringu.

Dobra koniunktura w gospodarce przyczynia się do wzrostu zainteresowania usługami faktoringowymi. Zwiększanie zakresu prowadzonej przez firmy działalności oraz wzrost sprzedaży produktów i usług, w naturalny sposób powoduje zwiększenie liczby i wartości wystawionych faktur. Jeśli ich zapłata przeciąga się, firmy zmuszone są szukać zastępczych środków do wykorzystania na bieżącą działalność. Szybszy dostęp do gotówki podnosi ich konkurencyjność.

– Nabywca usługi czy towarów co do zasady nie musi wyrażać zgody na pośrednictwo faktora, chyba że zastrzegł to sobie w umowie (zakaz cesji). Coraz rzadziej takie podmioty odmawiają zgody na faktoring, gdyż nie wiąże się to dla nich z żadnymi dodatkowymi obciążeniami czy innymi utrudnieniami. Wyjątkiem są duże firmy, wykorzystujące swoją dominację nad często niewielkim kontrahentem, który ma wówczas utrudniony dostęp do finansowania. Z drugiej strony zdarza się jednak, że sami odbiorcy towarów i usług wspierają kontrahenta w rozmowach z faktorem, bo faktoring poprawia również ich płynność. Aktualnie już co 10 przedsiębiorca korzysta z faktoringu, a najbardziej w takiej metodzie finansowania cenią sobie elastyczność i łatwość procesowania wniosków. Zwiększanie płynności firm poprzez przekazywanie im środków pieniężnych pozwala im na stabilny rozwój, inwestycje i ekspansję – wyjaśnia Piotr Gąsiorowski z eFaktor S.A.

Usługami faktoringowymi najbardziej zainteresowane są dziś firmy z branży spożywczej, chemicznej i metalowej. Z badania „Barometr EFL” wynika, że z usług firm faktoringowych korzysta już co dziesiąty przedsiębiorca z sektora MŚP. Po faktoring najczęściej sięgają firmy średnie. Rynek usług faktoringowych ma duży potencjał i kolejne lata powinny być dalszym okresem dynamicznego rozwoju faktoringu w Polsce.

 

Wypowiedź: Piotr Gąsiorowski – Prezes Zarządu eFaktor S.A.

Nie spodziewam się kolejnego kryzysu finansowego za naszego życia – to słowa Janet Yellen, szefowej Fedu, czyli banku centralnego Stanów Zjednoczonych. Chociaż to dla nas dobra informacja to niestety może okazać się nieprawdziwa. Już teraz analitycy ostrzegają, że prędzej czy później kryzys nadejdzie. 

– To jest bardzo ryzykowne stwierdzenie, gdyż obecny cykl koniunkturalny jest już ponad dwukrotnie dłuższy niż średnia ze wszystkich poprzednich siedemnastu cykli. Cały czas mamy bardzo niskie stopy procentowe, bo raczej ciężko odnieść wrażenie, że polityka Fedu polegająca na zwiększeniu stóp procentowych, które dalej mieszczą się w historycznie niskich poziomach powoduje jakąś zmianę. W zasadzie odbieramy sobie główne narzędzie do reagowania w sytuacji kryzysu, czyli obcinania stóp procentowych – mówi  Robert Śniegocki, ekspert Grupy Goldenmark.

Niskie stopy procentowe też nie skłaniają nas do oszczędzania. Działają wręcz przeciwnie, bo kredyty są tańsze. Każdą podwyżkę kredytobiorcy odczują w wysokości swojej raty.

Ponownie zyskują na znaczeniu inwestycje w złoto poprzez fundusze notowane na giełdach. Fundusze notowane na giełdach (Exchange Traded Funds, „ETFs”) emitują udziały, a za pozyskane środki kupują złoto stanowiące zabezpieczenie inwestycji. Na koniec czerwca br. w zarządzaniu funduszy ETF znajdowało się 2 313,1 ton złota, o wartości 92,4 mld USD. Jest to więcej o 22,2 ton niż w miesiącu poprzedzającym i o 123,1 ton w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.

– Rynek złota, czyli tych inwestycji i dóbr, które są świetnym zabezpieczeniem na okoliczność kryzysu zwiększa się o 30 proc. Fundusze ETF zwiększają zakupy. Banki centralne, które są odpowiedzialne za kreację pieniądza również cały czas kupują ogromne ilości złota. To wszystko pokazuje, że z jednej strony mamy do czynienia z pieniądzem, który musi być dewaluowany w sytuacji kryzysowej. Tak jak mawiał Wolter pieniądz wróci najprawdopodobniej do swojej pierwotnej wartości, czyli do zera. To cały czas pokazuje, że posiadanie złota to jest „must have” każdego kto realnie i racjonalnie dba o swoje finanse. Biorąc to pod uwagę ciężko się zgodzić ze słowami Janet Yellen. Kryzys prędzej czy później przyjdzie. jakie będą jego rozmiary? Tego nikt nie wie – dodaje Robert Śniegocki.

Średnio na świecie zdarzają się dwa kryzysy na dekadę.

 

Wypowiedź: Robert Śniegocki, ekspert Grupy Goldenmark.

 Jak wynika z badań Ipsos dla Kapitalni.org, stabilna przyszłość i pomoc rodzinie to najczęściej wskazywane przez ankietowanych powody do poszerzania wiedzy o finansach. Co ciekawe, słabo mobilizują nas problemy finansowe. Jedynie, co czwarty respondent deklaruje, że jest to bodziec aktywizujący go do zwiększenia wiedzy w tym zakresie.

Biuro Informacji Kredytowej podaje, że już ponad 2,3 mln Polek i Polaków ma problem z regularną spłatą zaciągniętych zobowiązań, zarówno kredytowych, jak i poza kredytowych. Łączna wartość takich zagrożonych zobowiązań wynosi  53,69 mld zł! Te dane ilustrują, jak dużym problemem są dla wielu z nas rozważne decyzje finansowe. Kredytobiorcom trudno ocenić, jakim obciążeniom są w stanie podołać. – Tak wysoka liczba osób mających problem z regularnym dokonywaniem spłat kredytu to znak, że powinniśmy jako społeczeństwo jak najszybciej uzupełnić podstawowe braki w zakresie wiedzy finansowej – mówi Agnieszka Szczepanik, kierownik projektu Kapitalni.org.

Co zachęciłoby Polaków do poszerzania swoich finansowych horyzontów?

Motywacja Polaków do nauki

Dla ponad 40 proc. ankietowanych dobrą motywacją do poszerzenia swoich finansowych horyzontów byłaby chęć zaoszczędzenia na przyszłość, a także poprawa sytuacji materialnej własnej i rodziny. Na kolejnym miejscu respondenci wskazywali problemy finansowe oraz konieczność wzięcia kredytu lub pożyczki. Te odpowiedzi zaznaczył, co czwarty ankietowany.

– Badanie pokazuje, że często Polacy interesują się finansami dopiero, gdy znajdują się w sytuacji kryzysowej lub mają zamiar ubiegać się np. o kredyt. To zła postawa. Wiedzę o finansach powinniśmy zdobywać aktywnie, przez całe życie. Najlepiej zacząć jak najwcześniej. Dzięki temu możemy uniknąć nietrafionych decyzji w dorosłym życiu. Odpowiednia edukacja w zakresie finansów procentuje. Świadomi konsumenci wybierają lepsze oferty i są w stanie sprawniej dysponować swoim budżetem – mówi Agnieszka Szczepanik.

Jak wynika z badania Ipsos dla Kapitalni.org, niewiele ponad 15 proc. Polaków deklaruje, że dobrym czynnikiem aktywizującym ich do poszerzenia wiedzy o finansach, byłaby chęć przekazania dziecku wiedzy na ten temat. Co ciekawe, badania wskazują również, że niechętnie bierzemy przykład z innych. Jedynie 7 proc. respondentów motywuje postawa innych osób, które samodzielnie starają się opanować sferę finansów i pogłębiają wiedzę na ten temat.

Mężczyzn aktywizują kłopoty

Badanie pokazało też, że finansowe problemy bardziej motywują do nauki mężczyzn niż kobiety (27 proc. mężczyzn vs. 22 proc. kobiet). Co czwarty Polak deklaruje, że czynnikiem aktywizującym byłaby chęć zaciągnięcia kredytu bądź pożyczki. W przypadku pań odpowiedziała tak co piąta ankietowana. W całej populacji badanych problemy finansowe były bodźcem do poszerzania wiedzy wskazywanym przez co czwartą osobę.

Co ciekawe, badanie pokazuje, że to mężczyźni częściej niż kobiety za dobrą motywację do nauki uważają chęć przekazania dzieciom wiedzy o finansach – odpowiedziało tak 19 proc. ankietowanych mężczyzn w porównaniu do 16 proc. kobiet. Wynik ten może wskazywać, że to panowie częściej myślą praktycznie o tym, jak ułatwić start w dorosłe życie swoim dzieciom. Z kolei panie mobilizuje chęć poprawy sytuacji materialnej własnej i rodziny (odpowiedziało tak 43 proc. kobiet vs 40 proc. mężczyzn). Potrzeba przekazania podstawowej wiedzy finansowej swoim dzieciom najczęściej motywuje osoby w wieku 35-44. Tę odpowiedź wskazał blisko co czwarty ankietowany z tej grupy.

Młodych motywuje lepsza przyszłość

Około 43 proc. badanych deklaruje, że dobrą zachętą do pogłębienia wiedzy na tematy finansowe jest chęć oszczędzania na przyszłość lub „czarną godzinę”. Chęć oszczędzania na ten cel lub na przyszłość jako motywacja do poszerzania wiedzy o finansach, jest najwyższa wśród najmłodszych badanych – wskazało na nią 48 proc. respondentów z grupy wiekowej 20-24 lat. W przypadku badanych w wieku 45-55 odsetek ten wyniósł 37 proc. A co motywuje najstarsze pokolenie? Jak pokazało badanie – zamiar poprawienia swojej sytuacji materialnej. Tę odpowiedź wskazała prawie połowa ankietowanych dojrzałych Polaków. To może wiązać się z faktem, że obawiają się oni, że po zakończeniu kariery zawodowej nie będą mieli wystarczających funduszy, aby żyć na dotychczasowym poziomie.

– Dla młodego pokolenia oszczędzanie pieniędzy to główny czynnik motywujący do pogłębiania swojej wiedzy finansowej. Świadczy to o tym, że ta grupa Polaków, która dopiero wkracza w dorosłe życie, jest świadoma, że sama musi zadbać o swoje bezpieczeństwo finansowe.  Młodzi wiedzą, że jest to niezbędne, aby w przyszłości nie martwić się sprawami finansowymi – mówi Agnieszka Szczepanik.

 

Źródło: Kapitalni.org

Finanse w związku to często trudny i drażliwy temat. Według badania zrealizowanego na zlecenie Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor i Biura Informacji Kredytowej z 2016 r., co piąta polska para kłóci się o pieniądze, a jedna trzecia badanych z powodu takich konfliktów bierze pod uwagę rozstanie. Czy zatem istnieje przepis na udane zarządzanie wspólnym budżetem? Expander podpowiada, w jakich przypadkach warto zdecydować się na korzystanie ze wspólnego konta, a kiedy dysponowanie środkami ulokowanymi na oddzielnych rachunkach jest lepszym rozwiązaniem.

Decydując się na wspólne życie z drugą osobą, musimy podjąć wiele decyzji. Jedną z nich jest odpowiedź na pytanie, czy nasze finanse pozostaną nadal „osobiste”, czy też oszczędności i pieniądze, które zarabiamy, zasilą wspólną kasę, do której będzie miał dostęp nasz partner czy też partnerka. O wspólnym budżecie nie można mówić tylko w przypadku małżeństwa, które zdecydowało się na wspólnotę majątkową. Wystarczy, że para będąca w nieformalnym związku mieszka ze sobą przez krótki czas, aby pieniądze stały się jednym z ważniejszych tematów codziennych rozmów.

Wspólne konto przydatne nawet dla par o krótkim stażu

Zacznijmy od par, które mają dość krótki staż, ale zdecydowały się na zamieszkanie z partnerem czy partnerką. – W ich przypadku najlepszym rozwiązaniem wydaje się pozostawienie sobie oddzielnych kont, na które będzie wpływało wynagrodzenie, czy na których będą gromadzone oszczędności. Jednocześnie powinni jednak rozważyć otwarcie dodatkowego, wspólnego konta. Oboje będą wpłacali na nie pieniądze na wydatki, którymi chcieliby się podzielić np. comiesięczne rachunki za czynsz, wspólne wyjścia do kina czy restauracji. Z jednej strony pozwoli to uniknąć poważnych konfliktów o to kto w większym stopniu finansuje wspólne życie, czy pretensji o zbyt wysokie wydatki. Zapewnia jednak swobodę w wydawaniu swoich pieniędzy i bezpieczeństwo w przypadku rozpadu związku – nie ma ryzyka, że któraś strona przywłaszczy sobie oszczędności byłego partnera, czy partnerki. Podobne rozwiązanie (konto wspólne i indywidualne) mogą zastosować też pary, które są już w wieloletnim związku, ale chcą zachować pewną autonomię w kwestii finansów – podpowiada Jarosław Sadowski, ekspert Expandera.

Problematyczne początki wspólnych finansów

Na pełne połączenie finansów zwykle decydują się małżeństwa. Co ciekawe, ten proces łączenia wcale nie jest taki prosty jak może się to wydawać na pierwszy rzut oka. Przed ślubem każde z małżonków zwykle korzystało z indywidualnego konta, nierzadko w zupełnie innym banku. Powstaje więc pytanie kto ma porzucić rachunek, do którego się przyzwyczaił i którego zmiana może być dość kłopotliwa. – Taka sytuacja może być zarzewiem konfliktu. Aby go uniknąć można zastosować dwa rozwiązania. Po pierwsze, można zachować stare konta przekształcając je we wspólne. Drugie rozwiązanie to zamknięcie obu i otwarcie nowego, wspólnego. Zaletą pierwszego rozwiązania jest to, że zachowujemy historie rachunków i nie musimy informować znajomych czy instytucji o zmianie numeru konta. Wadą mogą być natomiast wyższe koszty utrzymania dwóch kont i wydanych do nich kart. Decydując się na drugie rozwiązanie możemy uzyskać duże korzyści finansowe. Wiele banków oferuje bowiem atrakcyjne promocje dla nowych klientów. Poza tym stare pakiety kont nierzadko są znacznie droższe niż te oferowane obecnie. Wadą jest natomiast utrata historii starych rachunków oraz konieczność informowania o zmianie konta przez oboje małżonków tłumaczy Jarosław Sadowski, ekspert Expandera.

Trudniej jest finanse połączyć niż oddzielić

Otwarcie wspólnego konta jest bardzo proste. Trudniej jednak połączyć oszczędności, zwłaszcza jeśli chcemy aby pracowały, a nie leżały bezczynnie na nieoprocentowanym rachunku. – Lokaty, rachunki maklerskie czy w funduszach inwestycyjnych często mogą być tylko indywidualne. Nawet, jeśli istnieje możliwość by były wspólne, to otwarcie ich wymaga od kupujących więcej czasu i zaangażowania – m.in. wizyty w oddziale instytucji finansowej obojga przyszłych współwłaścicieli. Z tego względu nierzadko nawet małżonkowie mający wspólnotę majątkową mają indywidualne produkty finansowe. To powoduje, że choć ulokowane w ten sposób pieniądze są wspólne to jeden z małżonków nie ma do nich dostępu. Nie ma w tym nic złego jeśli część oszczędności jest na produktach męża, a część żony. Nierzadko zdarza się jednak, że tylko jedno z małżonków zarządza oszczędnościami i ma do nich bezpośredni dostęp. To może spowodować kłopoty np. gdy mąż ulegnie poważnemu wypadkowi, co sprawi, że konieczne stanie się skorzystanie z oszczędności, a żona nie będzie miała do ich dostępu – podpowiada Jarosław Sadowski, ekspert Expandera.

Aby tego uniknąć warto zostawić współmałżonkowi hasła, aby w razie potrzeby mógł przez Internet zlecić wypłatę pieniędzy. Innym rozwiązaniem może być ustanowienie małżonka pełnomocnikiem. Na wszelki wypadek warto również złożyć tzw. dyspozycję na wypadek śmierci. Dzięki niemu bank będzie mógł wypłacić pieniądze małżonkowi zmarłego bez czekania na postanowienie sądu w sprawie przyznania spadku.

Źródło: Lightscape

Wiedzy o finansach nie wynosimy z domu ani ze szkoły. Bieżące informacje o produktach pozyskujemy ze stron internetowych instytucji finansowych, u doradców i z reklam – wynika z badania przeprowadzonego przez Ipsos dla platformy edukacyjnej Kapitalni.org, która właśnie wystartowała w nowej odsłonie.

Swoją wiedzę o finansach nisko ocenia 19 proc. Polaków. Największy odsetek ankietowanych – 47 proc. – twierdzi, że ich poziom wiedzy w tej dziedzinie jest średni. Co trzeci respondent wystawia sobie ocenę dobrą lub bardzo dobrą – wynika z badania platformy edukacyjnej Kapitalni.org.

– Brak wiedzy przekłada się zwykle na złe decyzje finansowe, które pogarszają naszą sytuację materialną. Dlatego warto się uczyć. Pomóc w tym może np. nasza platforma edukacyjna Kapitalni.org, która właśnie wystartowała w nowej odsłonie. Portal został wzbogacony o elementy rywalizacji, test osobowości finansowej, indywidualne ścieżki edukacyjne i nowe treści – mówi Marcin Borowiecki, prezes Wonga w Polsce. Dość niska samoocena Polaków w temacie finansów ma odzwierciedlenie w rzeczywistości. Tylko część z nas jest w stanie odpowiedzieć poprawnie na pytania związane z podstawowymi pojęciami z tego zakresu. Zdecydowana większość Polaków nie wie, jak prawidłowo zachować się np. w razie problemów ze spłatą raty kredytu lub pożyczki.  Aż 43 proc. ankietowanych deklaruje, że w tej sytuacji pożycza pieniądze od bliskich, a 17 proc., że nie robi nic. Blisko co dziesiąty (9 proc.) zadłuża się w innym banku lub firmie pożyczkowej, aby uregulować wcześniejsze zobowiązanie.

Jak wynika z badania Kapitalni.org samoocena pod kątem znajomości finansów jest najniższa wśród najmłodszych klientów instytucji finansowych. Jako dobrą lub bardzo dobrą swoją wiedzę w tej dziedzinie oceniło jedynie 23 proc. ankietowanych w wieku 20-24 (wobec ponad 30 proc. wśród osób między 35 a 55 rokiem życia). Osoby młodsze najczęściej przyznają, że ich wiedza jest mała, znikoma lub że nie mają jej wcale (37 proc. wobec 17-20 proc. w pozostałych grupach wiekowych).

– Mały wpływ rodziny na wiedzę o finansach może wynikać z naszej przeszłości – w PRL nie było instrumentów finansowych, wiedza o finansach wydawała się niepraktyczna. W polskich domach nie ma zatem wielopokoleniowej tradycji rozmawiania na ten temat – mówi Tomasz Jaroszek, ekspert Kapitalni.org.

Badani przyznają także, że niewiele o finansach nauczyła ich szkoła. Jako główne źródło wiedzy na ten temat wskazuje ją jedynie 5 proc. ankietowanych.

Źródło: Kapitalni.org

 

  • Najczęstsze powody nieregulowania zobowiązań to wg specjalistów: świadome unikanie problemów (może dług sam zniknie) i kontaktu z firmą windykacyjną, oczekiwanie przedawnienia długu oraz brak przekonania, że z długiem można sobie poradzić.
  • Niezależnie od powodów niespłacania długów, trzeba się z nich rozliczyć, a żaden dług samoczynnie nie zniknie.
  • Rozmowa z doradcą zazwyczaj pomaga znaleźć rozwiązanie adekwatne do sytuacji i możliwości.

Jesteśmy świetni w wymyślaniu powodów niespłacania długów. Specjaliści z Best S.A., firmy zajmującej się windykacją, przygotowali listę Top 10.

  1. Pieniędzy ledwo starcza na życie, nie stać mnie. Trudna sytuacja finansowa, czasem powiązana ze stratą pracy, to jeden z najczęstszych powodów unikania spłaty zobowiązań. W wielu przypadkach sytuacja rzeczywiście jest trudna i potrzeba czasu, żeby stanąć na nogi. Bywa też jednak tak, że pomimo własnego przekonania o trudnej sytuacji finansowej, równocześnie sporo środków przeznaczamy na przyjemności, rozrywkę i inne cele, odsuwając spłatę zaciągniętych rat na dalszy plan.
  2. Wezmę się za to za miesiąc. Grudzień to święta i Sylwester oraz związane z tym niewątpliwe wydatki. Styczeń i luty to ferie. Kwiecień to ponownie święta, a w maju długi weekend, kiedy wreszcie można gdzieś wyjechać. Potem komunie, wakacje, szkolna wyprawka itd. W rezultacie niemal każdy miesiąc w roku wiąże się z jakimiś dodatkowymi wydatkami. To zła strategia – dług odsuwany w czasie rośnie.
  3. Spłacę, jak dostanę większą gotówkę. Według specjalistów z branży windykacyjnej część dłużników odkłada spłatę długu na czas, kiedy wejdzie w posiadanie większej gotówki. To błąd, bo wygrana w „totka” czy niespodziewany spadek po zapomnianym wujku zdarzają się bardzo rzadko, więc oczekiwanie na nie to bardzo zła metoda na spłatę zobowiązań.
  4. Dług jest za duży, nie dam rady go spłacić, więc nie będę się nim zajmował. Niestety długo nieregulowane zobowiązanie może zwiększyć swoje rozmiary w wyniku doliczania do niego odsetek. Nawet wtedy pozostaje jednak długiem, którym kiedyś i tak trzeba się zająć. Żaden wierzyciel nie zgodzi się na całkowite umorzenie tylko dlatego, że kwota przerasta aktualne możliwości dłużnika. Jednak kontakt z doradcą pozwala znaleźć rozwiązanie pośrednie – np. rozłożenie długu na możliwe do spłaty raty, czy wstrzymanie naliczania odsetek karnych w zamian za minimalną kwotę wpłaty co miesiąc.
  5. Z firmami windykacyjnymi nie da się dogadać. To niestety tylko kolejna tania wymówka, logika podpowiada co innego. Firmom windykacyjnym zależy na odzyskaniu swoich pieniędzy, a przynajmniej ich części, więc zazwyczaj skłonni są negocjować. To lepsze niż cisza po stronie dłużnika i dopisywanie wirtualnych odsetek.
  6. Bo inni też nie płacą, jestem jedną/ym z wielu. Rzeczywiście dłużników w Polsce jest bardzo dużo – już 2,2 mln. To jednak wcale nie znaczy, że obowiązek spłaty długu kogokolwiek ominie, albo że dług się przedawni i nie trzeba go będzie płacić. Przecież długi to pieniądze, które mają swoich właścicieli, nie ma co liczyć, że „machną na nie ręką”.
  7. Tradycja „zastaw się, a postaw się”. Mało kto lubi przyznawać się publicznie do swoich kłopotów finansowych. Dlatego przy okazji rodzinnych uroczystości wolimy zwiększyć zadłużenie niż uczciwie powiedzieć, że w tej chwili nie stać nas na drogie prezenty. Chcemy udowodnić swój wyższy status, choć często rzeczywistość jest inna.
  8. Nie będę płacił tym, którzy dług odkupili, to szara strefa (zapłacili za niego grosze, a oczekują, że spłacę go w całości). Takie usprawiedliwienie pojawia się czasem w ustach osób z wieloma zobowiązaniami, nie ma jednak podstaw w rzeczywistości. Polskie prawo zezwala nabywać dług przez firmy trzecie, które pożyczki czy kredytu nie udzielały. Takie podmioty mają pełne prawo prowadzić skuteczne działania windykacyjne. Są to często duże instytucje finansowe, kontrolowane przez KNF i obecne na giełdzie.
  9. Nie oddam, bo kredyt był dla… kolegi/brata/ojca itp. Wzięcie kredytu dla osoby trzeciej to odpowiedzialność osobista, takie zobowiązanie trzeba spłacić. Warto więc podobną prośbę dwa razy przemyśleć. Dopóki się komuś pomaga – relacje kwitną, jednak wiele osób zrywa kontakty z bliskimi właśnie z powodu niespłaconych długów. W konfliktach międzyludzkich, szczególnie rodzinnych, sprawy finansowe odgrywają czasem kluczową rolę.
  10. Bo sądziłem/am, że dam radę spłacić – to nie moja wina, że samochód się zepsuł. Przed podjęciem decyzji o kredycie warto usiąść i z ołówkiem w ręku (lub korzystając z narzędzi internetowych, np. http://kalkulator.best.com.pl/?_ga=1.136160118.674204145.1481286767) zrobić kalkulacje ile kosztuje życie, opłaty, rachunki, utrzymanie i losowe zdarzenia (takie jak choroba, awaria samochodu czy lodówki). To da odpowiedź czy starczy na ratę. Jeśli po jej doliczeniu na koniec miesiąca wychodzimy na 0, pieniędzy może nie wystarczyć. W efekcie na pierwszy rzut oka wydaje się, że stać nas na ratę spłaty, do której się zobowiążemy, ale czasem drobne zdarzenie losowe, np. choroba dziecka czy awaria samochodu, pochłania nieprzewidziane koszty i pojawia się problem. W efekcie zadłużenie jest już tak duże, że trudno się z tym uporać.

 

– Rozmawiając z dłużnikami słyszymy wiele argumentów przeciw regulowaniu zaległych długów. Zawsze staramy się wysłuchać osoby po drugiej stronie i znaleźć rozwiązanie odpowiadające obecnej sytuacji życiowej Klienta. Czasem jest to rozłożenie długu na korzystne raty, czasem częściowe umorzenie w zamian za spłatę pozostałej części. Tak czy inaczej – jeśli pożyczamy, musimy oddać, problem sam nie zniknie, a odkładanie konsekwencji w czasie i unikanie kontaktu z firmą windykacyjną zwiększa tylko odsetki. Zazwyczaj najważniejszy jest jeden mały krok, np. kontakt z doradcą, potem konieczna jest regularność i konsekwencja. Przy takich założeniach z długów można wyjść w dość łatwy sposób – komentuje Katarzyna Gulbicka z Best S.A

Wypowiedź: Daniel Jurzyk, Legg Mason Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych.

Będziemy pracować krócej – to już jest praktycznie pewne. Senat zdecydował, że nie wniesie poprawek do ustawy, która obniży wiek emerytalny do 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn. Skrócenie wieku emerytalnego oznacza także, że krócej będziemy oszczędzać na emeryturę, a im mniej środków zgromadzimy, tym mniejsze świadczenie dostaniemy. Jak zatem możemy zabezpieczyć swoją przyszłość i jeszcze zapłacić mniejszy podatek?

– Obniżenie wieku emerytalnego bez wątpienia jest jednym z czynników, który powoduje, że większość z nas zaczyna intensywniej myśleć o tym, jak będzie wyglądała jego przyszłość emerytalna. Poprzez oszczędzanie na swoją emeryturę na Indywidualnym Koncie Zabezpieczenia Emerytalnego mamy możliwość korzystania z ulgi podatkowej – mówi newsrm.tv Daniel Jurzyk z Legg Mason Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych.

Ile wyniesie uzyskana ulga zależy od tego, w jakim progu podatkowym jesteśmy: 18%, czy 32%. W przypadku pierwszego progu ulga wyniesie maksymalnie do 875,88 zł, w drugim – do 1 557,12 zł. Warto także pamiętać, że konto IKZE określone jest limitem wpłat za dany rok, w 2016 roku wynosi on do 4 866 zł. Całą kwotę możemy wpłacić jednorazowo np. w grudniu, a i tak będziemy mogli skorzystać z pełnej ulgi podatkowej.

– Dodatkową korzyścią dla nas jest też brak podatku od zysków kapitałowych, tzw. „podatku Belki”, który obecnie wynosi 19% – dodaje Daniel Jurzyk. – Pamiętajmy, że im więcej czasu mamy na odkładnie swoich oszczędności, tym jest to dla nas korzystniejsze. Co to znaczy? To znaczy, że mniejsze kwoty wpłacane długoterminowo co miesiąc mogą wygenerować dosyć duży kapitał. Jeżeli tego czasu mam stosunkowo mało, to żeby osiągnąć podobny cel emerytalny konieczne jest zaangażowanie większych środków.

Z raportu Komisji Europejskiej „The 2015 Ageing Report” wynika, że w 2060 roku przeciętny Europejczyk będzie żył prawie o 7 lat dłużej niż teraz, a odsetek osób, które ukończą 80 lat, przekroczy 12% (obecnie wynosi ok. 5%). Szacuje się, że do 2060 roku na jednego emeryta będzie przypadać jedna osoba pracująca. Jeżeli chcemy, aby poziom naszego życia po zakończeniu kariery zawodowej nie uległ gwałtownemu obniżeniu, mamy tak naprawdę 3 możliwości: możemy pracować dalej, pomimo osiągnięciu wieku emerytalnego, możemy liczyć na pomoc dzieci, lub samodzielnie zadbać o prywatną emeryturę i żyć z oszczędności zgromadzonych w czasie aktywności zawodowej.

 

Newsrm.tv

Inwestor, który zamierza rozpocząć przygodę z obligacjami korporacyjnymi na rynku Catalyst może nie mieć łatwego początku. Catalyst powstał 30 września 2009 r., a dokładnie 7 lat później na rynku było już notowanych 138 emitentów obligacji korporacyjnych oraz 372 serie o łącznej wartości nominalnej 68 mld zł. Jest w czym wybierać! Ten artykuł pomoże nowym inwestorom odnaleźć się w gąszczu emisji, poznać najaktywniejsze branże i dowiedzieć się jakiego oprocentowania można się spodziewać.

Na koniec września br. najliczniejszą grupą emitentów na Catalyst byli deweloperzy mieszkaniowi, których udział wyniósł 14 proc. Drugą najliczniejszą grupą były spółki windykacyjne z udziałem na poziomie 12 proc. Są to jedyne branże, których udział był wyższy niż 10 proc. Dodatkowo, liczba emitentów w tych branżach najbardziej wzrosła od końca 2012 r. Istotną grupą były także banki (9 proc., dane nie uwzględniają Banku Gospodarstwa Krajowego), a udział nie mniejszy niż 5 proc. mieli jeszcze deweloperzy komercyjni (6 proc.) oraz spółki pożyczkowe (5 proc.).

Uwzględniając liczbę serii reprezentanci aż 4 branż uzyskali udział przekraczający 10 proc., a z pozostałych sektorów poszczególne udziały były niższe niż 5 proc. Branżą, która miała wyemitowanych najwięcej serii były spółki windykacyjne (18 proc.), z czego 5 pkt. proc. stanowiły obligacje wyemitowane przez spółkę Kruk. Drugie miejsce przypadło bankom (17 proc.), co w głównej mierze było zasługą Getin Noble Bank, który miał wyemitowanych ponad połowę serii sektora bankowego. Getin Noble Bank został tym samym liderem pod kątem liczby notowanych serii przez pojedynczego emitenta (36 serii). 15 proc. udział przypadł seriom wyemitowanym przez deweloperów mieszkaniowych (3 pkt. proc. stanowiły obligacje Ronsona). Sporo serii wyemitowanych mieli również deweloperzy komercyjni, których udział wyniósł 12 proc. Najwięcej serii z tej branży miało wyemitowane Ghelamco Invest (5 pkt. proc.).

Biorąc pod uwagę średnią liczbę serii wyemitowanych przez jednego emitenta w danej branży, to za wyjątkiem Banku Gospodarstwa Krajowego (który w tym artykule nie został przypisany do branży „banki”), najwyższa średnia przypadła bankom – 3,4. Wynik ten z pewnością był zawyżony przez ww. sporą liczbę serii wyemitowanych przez Getin Noble Bank. Drugie miejsce przypadło spółkom windykacyjnym ze średnią 3,3, a trzecie miejsce deweloperom mieszkaniowym – 2,9.

Przechodząc do outstandingu (tj. wartości wyemitowanych obligacji na koniec okresu) na koniec 3. kwartału br., to ponownie pomijając BGK, zestawienie otwierają banki, których wartość wyemitowanych obligacji korporacyjnych stanowiła 22 proc. wartości wyemitowanych obligacji przez wszystkich emitentów na Catalyst. Kolejną branżą był sektor paliwowy (11 proc.), energetyczny (7 proc.) oraz ubezpieczeniowy (5 proc.).

W poprzednim paragrafie, być może ku zdziwieniu nowych inwestorów, nie zostały wymienione takie branże jak deweloperzy mieszkaniowi czy też spółki windykacyjne, które w poprzednich paragrafach zawsze zajmowały czołowe miejsca. Z kolei wymienione zostały takie sektory jak paliwowy, energetyczny czy też ubezpieczeniowy, o których nie było wcześniej mowy. Wynika to z faktu, że średni outstanding na pojedynczego emitenta w takich branżach jak ubezpieczeniowa, paliwowa, bankowa oraz energetyczna wynosi ponad 1 mld zł. Z kolei średni outstanding dla pojedynczej spółki windykacyjnej wynosi ponad 100 mln zł, a dla dewelopera mieszkaniowego poniżej 100 mln zł.

W minionym czasie wraz ze zwiększoną podażą obligacji korporacyjnych ze strony emitentów, pojawił się jeszcze większy popyt po stronie inwestorów. Widać to po częstych redukcjach zapisów podczas emisji czy też po zmniejszających się rentownościach na rynku Catalyst lub też niższym oprocentowaniu na rynku pierwotnym. Warto w tym miejscu przedstawić kilka przykładów pokazujących jak niektórzy emitenci z najliczniejszych branż na Catalyst obniżyli swoje koszty finansowania. Najnowszym przykładem jest deweloper mieszkaniowy Robyg, który zapowiedział przedterminowy wykup obligacji wyemitowanych 2 lata temu. Seria miała planowo zostać wykupiona po 4 latach od dnia emisji, a marża wynosiła 4 proc. ponad stopę bazową. Z kolei ta sama spółka w lipcu br. wyemitowała obligacje o rok dłuższym terminie wykupu i z marżą na poziomie 2,9 pkt. proc. Kolejnym deweloperem mieszkaniowym, który znacząco polepszył sobie warunki emisji był Murapol. Jeszcze 2 lata temu spółka emitowała obligacje o terminie wykupu przekraczającym o kilka miesięcy okres dwóch lat z marżą 5,7 proc., podczas gdy w tym roku przeprowadziła emisję trzyletnich obligacji z marżą 4,2 proc. Przechodząc natomiast do branży windykacyjnej, to dobrymi przykładami są takie spółki jak Kruk czy też Vindexus. Pierwsza z nich 4 lata temu emitowała czteroletnie obligacje z marżą 4,6 proc., podczas gdy w tym roku przeprowadziła emisje pięcioletnich papierów z marżą 3,2 proc. Natomiast Vindexus 3 lata temu wyemitował trzyletnie papiery z marżą 6,3 proc., a w tym roku wydłużył tenor w emisji do pięciu lat i obniżył marżę do 3,8 proc.

Podsumowując, inwestor na Catalyst najczęściej będzie napotykał na serie emitowane przez spółki windykacyjne, banki oraz deweloperów mieszkaniowych. Niemniej jednak, pod kątem wartości outstandingu, emisje spółek windykacyjnych czy też deweloperów mieszkaniowych stanowią niewielki udział w rynku (łącznie 6 pkt. proc.), podczas gdy prym wiodą sektory takie jak bankowy, paliwowy, energetyczny czy też ubezpieczeniowy, które (za wyjątkiem banków) mają niewielu reprezentantów na Catalyst. Warto także zwrócić uwagę na oprocentowanie emisji, które jak wskazano w poprzednim akapicie, dla niektórych spółek uległo znaczącemu obniżeniu, co generalnie wpisuje się w rynkową tendencję.

 

Piotr Ludwiczak, Head of Research, Michael/Ström

Nie wierzcie bankowcom, gdy przynoszą dary! Czyli: uważaj na bankowe sztuczki przy restrukturyzacji.

 W każdym banku od zawsze istniał i po wszech czasy będzie funkcjonował  departament restrukturyzacji. Jakie funkcje z założenia ma spełniać ten dział banku? Mówiąc po polsku jest to taki serwis naprawy kredytów: jeśli klient banku ma problem ze spłatą zobowiązania, wówczas temat trafia właśnie do restrukturyzacji. W jakim celu? Chodzi o to, aby uratować kapitał z udzielonego kredytu (wszak nadrzędnym obowiązkiem banku jest dbałość  o bezpieczeństwo depozytów!), ale także nie pogrzebać dłużnika.  Jak więc powinna wyglądać fachowo przeprowadzona restrukturyzacja?

Jeśli nie chcesz mojej zguby, kalkulatora użyj luby!

Oto najprostsza definicja restrukturyzacji, która jednocześnie wskazuje metodę jej przeprowadzenia:

Restrukturyzacja jest to zmiana warunków spłaty kredytu, polegająca na dostosowaniu wysokości rat do bieżących możliwości kredytobiorcy.

Do przeprowadzenia restrukturyzacji absolutnie niezbędna jest umiejętność dodawania i odejmowania (chyba, że ktoś ma pod ręką kalkulator). No i tu dotknęliśmy piekielnie poważnego problemu, gdyż bankowcy nie radzą sobie zupełnie z matematyką. I chyba też stoją kiepsko z sprzętem do dokonywania tych nieskomplikowanych wyliczeń…

Weźmy przykład pierwszy z brzegu. Kredyt hipoteczny spłacany jest przez małżonków, którzy łącznie zarabiają 5000 zł netto, przy racie na poziomie 2000 zł. Da się wyżyć z 3000 zł miesięcznie, ale małżonkowie nie dorobili się oszczędności. Jedno z nich traci pracę przez co do dyspozycji kredytobiorców zostaje np. kwota 2700 zł netto miesięcznie. Za 700 zł nie da się przeżyć całego miesiąca, szczególnie, że właśnie tyle trzeba zapłacić na mieszkanie (czynsz plus media). Idziemy więc do banku i prosimy o czasowe obniżenie rat. Jak to zrobić? Piszemy podanie wraz z informacją o kosztach bieżących, oczywiście tych minimalnych, które trzeba ponieść, aby wystarczyło do pierwszego. Będą to właśnie koszty mieszkania, jakaś kwota przeznaczona na jedzenie, dojazdy do pracy, itp. Niech będzie to łącznie około 2000 zł.

Jak widać z tej prostej kalkulacji, którą może skutecznie przeprowadzić nawet średnio rozgarnięty ośmiolatek – na spłatę kredytu nasi bohaterowie mogą przeznaczyć nie więcej niż 700 zł miesięcznie.

Pewni tego, że sprawa jest banalnie prosta, składamy stosowne podanie do banku z prośbą o czasowe obniżenie raty (na 6 do 12 miesięcy) do 700 zł,  a tu klops! Bank odmawia dokonania tej czynności, tłumacząc się w znany wszystkim sposób:

Bo takie mamy procedury!

To tyle wstępu. Dlaczego więc tak często nie możemy dogadać się z bankiem odnośnie przeprowadzenia restrukturyzacji, nawet w tak oczywistych przypadkach jak wyżej opisany? Otóż bankowcy – oprawcy ani myślą, aby wykonywać swoją robotę zgodnie z wiedzą i sztuką bankową. W miejsce ratowania kapitału kredytu oraz nie doprowadzania klienta do bankructwa (tak często kończy się „siłowa” windykacja należności, czyli egzekucja przy udziale komornika), restrukturyzacja służy bankowcom do dwóch zupełnie odmiennych celów. Poniżej więcej na ten temat – jest to jednocześnie przestroga dla Ciebie, dłużniku, jeśli przymierzasz się do zmiany warunków umowy kredytowej, ze względu na problemy w płynności finansowej.

Restrukturyzacja jako sposób na dodatkowy dochód banku

Jeśli wpadniemy w dołek finansowy, co zmusza nas do renegocjacji z bankiem umowy kredytowej: jesteśmy w sytuacji przymusowej. Tę wiedzę oczywiście posiada także kredytodawca. Skoro tak, to czemu na tej sytuacji chciwi bankowcy mają nie zarobić? W jaki sposób? Na przykład przez znaczące podniesienie marży kredytu. Powyższe bardzo często ma miejsce w przypadku kredytów dla przedsiębiorców. Jest to więc podanie tonącemu brzytwy zamiast koła ratunkowego.

Aneks restrukturyzacyjny z pistoletem przy skroni

Pozycja dominująca w tego typu sytuacjach była nader często nadużywana przez banki w okresie, kiedy posiadały one w swoim arsenale bankowy tytuł egzekucyjny (BTE), zwany czasem przez bankowców pieszczotliwie mianem „batonik”. Na temat BTE, które stanowiło śmiertelne narzędzie do szybkiej pacyfikacji niesubordynowanych kredytobiorców, będę pisał w następnym odcinku Poradnika.

Widząc widmo śmierci, kredytobiorca podpisywał aneks restrukturyzacyjny niemal na każdych warunkach: a jest to przeogromny błąd!  Jeśli bowiem klient ten nie wywiązywał się ze spłaty zobowiązania – często przekraczającej jego możliwości – bank i tak wypowiadał umowę kredytową, na dodatek dysponując argumentem w sądzie (gdyby tam klient próbował szukać ratunku), że przecież bank dał kredytobiorcy szansę, a ten po raz kolejny zawiódł zaufanie kredytodawcy.

 Odmowa restrukturyzacji – kiedy bank ma bardzo dobre zabezpieczenie

Kolejna ciężka patologia, dość często przez banki stosowana – na szczęście nie przez wszystkie – to wykorzystanie sytuacji, kiedy bardzo dobrze zabezpieczony kredyt można wypowiedzieć, lub nie przedłużyć umowy przy kredycie obrotowym.  Przypomnę tu kryminalną (to moja subiektywna ocena) „sztuczkę” bankowych oprawców, którą opisywałem w Odcinku 15:

 ”Za czasów, kiedy bankowi temu prezesował Pan (….), bank ten wykonał kilka kontrowersyjnych posunięć, polegających na wypowiadaniu kredytów firmom mającym kłopoty finansowe, ale i atrakcyjne nieruchomości. Firmy odcięte od finansowania składały się jak domki z kart, a bank kładł łapę na atrakcyjnych zabezpieczeniach”

Jest to fragment felietonu Pana Macieja Samcika, redaktora Gazety Wyborczej. Po co bank wykonuje taki numer? Kasa Misiu, Kasa! Po pierwsze od wypowiedzianego kredytu może naliczać znacząco wyższe odsetki (niż te, które wynikają z umowy), po drugie może  za niską cenę przejąć od klienta nieruchomość i sprzedać ją potem z zyskiem.

Na szczęście mniej więcej rok temu weszły do prawa bankowego bardzo korzystne dla kredytobiorców zmiany. Obecnie, tj. dzięki ustawie z dnia 25 września 2015 roku (ustawa ta m.in. zdelegalizowała BTE), przed  wypowiedzeniem umowy: „bank informuje kredytobiorcę o możliwości złożenia (…) wniosku o restrukturyzację zadłużenia” (cytat z ustawy).

Nie dość na tym, czytamy dalej w treści ustawy:

„Bank w przypadku odrzucenia wniosku kredytobiorcy o restrukturyzację zadłużenia, przekazuje kredytobiorcy, bez zbędnej zwłoki, szczegółowe wyjaśnienia w formie pisemnej, dotyczące przyczyny odrzucenia wniosku o restrukturyzację.”

Uwaga na bankowe cyrografy!

Krótko mówiąc: obecnie kredytobiorca nie jest narażony na użycie przez bank paralizatora (w postaci BTE), na dodatek może w sądzie się bronić, stwierdzając, że kredytodawca nie wyjaśnił w sposób dostateczny powodów odmowy restrukturyzacji, która została przedstawiona we wniosku dłużnika.

Dzięki temu kredytobiorca może – a dokładniej musi! –  odrzucić propozycję zawarcia aneksu restrukturyzacyjnego złożoną przez bank, o ile warunki spłaty zobowiązania będą dla zainteresowanego zdecydowanie niekorzystne.

Aneks restrukturyzacyjny niczym … koń trojański

W ostatnim okresie zauważam jeszcze jedną patologię w „propozycjach” bankowców przy ewentualnej restrukturyzacji. Otóż umowy kredytów niby-frankowych, które powstały w okresie boomu, czyli przed wrześniem 2008,  to w dużym stopniu efekt radosnej twórczości bankowych prawników.

Jak było dobrze i toksyczne kredyty schodziły jak ciepłe bułeczki, to nikomu poszczególne zapisy w treści umowy nie przeszkadzały. Jednakowoż, kiedy kurs franka skoczył ponad dwukrotnie w stosunku do kursu z czerwca 2008 roku, kredytobiorcy zaczęli szukać pomocy prawnej u specjalistów z najwyższej półki. Co się okazało – wiemy doskonale. W umowach tych aż roi się od klauzul abuzywnych, także nie jest możliwe udowodnienie zasadności indeksacji kredytu; o ile oczywiście sąd weźmie pod uwagę nie tylko pisma pełnomocników frankowicza, ale także znane powszechnie opinie Rzecznika Finansowego i UOKiK-u.

„Dziewicza” umowa frankowicza sprzed ośmiu czy dziesięciu lat, z dużą dozą prawdopodobieństwa nie wybroni się w sądzie, jeśli tam trafi spór pomiędzy stronami umowy. Wiedzą o tym doskonale także i bankowcy. Jak więc próbują wzmocnić swoją pozycję w przypadku postępowania sądowego? Otóż, kiedy zgłaszasz się do banku z prośbą o obniżenie rat, kredytodawca może Ci podsunąć bardzo „korzystny” aneksik, który pozwala na 6-cio, czy 12-to miesięczny oddech. Czyli zgodzi się na niskie raty w tym okresie. Ty się koncentrujesz na wysokości kwoty do spłaty, a zapominasz, aby przeczytać i przeanalizować ze specjalistą pełną treść tego dokumentu.

Jestem przekonany, że najczęściej znajdzie się tam zapis, że uznajesz dług w CHF jako bezsporny, czyli: akceptujesz indeksację. Dodatkowo będziesz musiał podpisać stosowny weksel in blanco lub poddanie się egzekucji w trybie  art. 777 K.p.c., co znacząco przyspieszy egzekucję należności, jeśli kiedyś  w przyszłości będziesz zalegał w spłacie zobowiązania. Na przykład kilka lat po zakończeniu okresu spłaty z niskim ratami.

To raczej na pewno nie jest szpital w Leśnej Górze….

W tradycyjnej bankowości, na której ideałach się wychowałem, często się mawiało, że departament restrukturyzacji, to taki szpital dla kredytobiorców.

Tu ciekawa historia z moich osobistych doświadczeń i sądowej walki z jednym z banków, na ten temat pisałem w jednej z publikacji (spór ten dotyczy odmowy banku X na mój wniosek o restrukturyzację w okresie 60 miesięcy). Otóż podczas rozprawy, pracownica pozwanego banku stwierdziła w swoich zeznaniach  z rozbrajającą szczerością:

 „Nasze procedury przy restrukturyzacji zakładają możliwość rozłożenia spłaty na maksimum 24 miesiące i nie jest w tym wypadku badana sytuacja finansowa kredytobiorcy.”

Moja odpowiedź na powyższe, która znalazła się w aktach sprawy:

„Skoro uznaje się, że departament restrukturyzacji, pełni rolę „szpitala dla kredytobiorców”, to w „szpitalu” banku X podaje się wszystkim pacjentom identyczne lekarstwo, nie badając chorego.”

Co mi takie „leczenie kredytu” przypomina? Osoby z mojego pokolenia być może pamiętają jedną historyjek z filmu o Pippi Langstrumpf. Otóż Pippi, która miała nieograniczone środki finansowe (po tacie – piracie) kupiła kiedyś aptekę i wszystkie medykamenty ze sobą zmieszała. Po co? Bo w ten sposób chciała uzyskać „likarstwo”, czyli lek na wszystkie choroby…

Zachodzi pytanie: dlaczego nasze prawo w żaden sposób nie przewiduje odpowiedzialności za błędy zawodowe? Czy nie uważasz – podobnie jak ja –  że bankowcom powinna grozić, tak jak lekarzom, odpowiedzialność karna za działanie sprzeczne z wiedzą i sztuką bankową?

 

Zachęcamy do zadawania pytań dotyczących: upadłości konsumenckiej, problemów z kredytami niby-frankowymi, nadmiernego zadłużenia oraz restrukturyzacji zobowiązań. Pytania prosimy kierować na adres:

pytanie@krzysztofoppenheim.pl

 

Krzysztof OPPENHEIM

Wypowiedź: Bogdan Zatorski, ekspert consultingu biznesowego Sage.

Obowiązek składania deklaracji VAT w formie elektronicznej od stycznia 2017 r. pod groźbą sankcji administracyjnych. Niedochowanie takiej formy grozi karą jak za wykroczenie skarbowe, czyli grzywna może wynieść nawet 40 tys. zł – to jedne z wielu zmian jakie wprowadza nowelizacja ustawy o VAT, która została przyjęta przez Sejm. Teraz swoje poprawki może wnieść Senat.

– Ta ustawa zaostrza podejście służb skarbowych do faktur, do dokumentów i do obowiązków z tym związanych. Pojawiają się nowe zagadnienia, pojawia się kategoria rzetelność rozliczeń faktury, rzetelność wprowadzania jej do obrotu, rzetelność przyjmowania tej faktury. To są zmiany wprowadzone tą, że ustawą w innej ustawie, czyli w kodeksie karnym skarbowym – mówi newsrm.tv Bogdan Zatorski, ekspert consultingu biznesowego Sage.

Chodzi o zmiany w KKS polegające na zaostrzeniu kar za wykroczenia i przestępstwa skarbowe, włącznie ze zwiększeniem kar pozbawienia wolności (wprowadza je artykuł 4 znowelizowanej ustawy o VAT). Najwięcej emocji budzą zapisy dotyczące artykułu 56 i 62 KKS. Karze za wykroczenie skarbowe „podlega także ten podatnik, który mimo ujawnienia przedmiotu lub podstawy opodatkowania nie składa w terminie organowi podatkowemu lub płatnikowi deklaracji lub oświadczenia lub wbrew obowiązkowi nie składa ich za pomocą środków komunikacji elektronicznej” – to zmiana w art. 56 KKS;

oraz:

„Kto fakturę lub rachunek wystawia w sposób nierzetelny albo takim dokumentem się posługuje, podlega karze grzywny do 720 stawek dziennych albo karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od roku, albo obu tym karom łącznie” – to zmiana w art. 62, par. 2; Dotychczasowa kara tu określona wynosiła „jedynie” do 240 stawek dziennych. Przypomnijmy: stawkę dzienną, o ile KKS na to nie wskazuje, określa sąd na podstawie m.in. dochodów sprawcy, jego stanu majątkowego i warunków rodzinnych. Przyjmując, że minimalna stawka dzienna to 1/30 minimalnego wynagrodzenia nie można zakładać, że na tym poziomie określi ją sąd, może być ona bowiem wielokrotnie wyższa.

Nowością dla firm jest wprowadzenie obowiązku przesyłania deklaracji VAT wyłącznie drogą elektroniczną i w formie elektronicznej. Niedochowanie tej formy zostaje obłożone sankcją jak za wykroczenie skarbowe. Jeśli zatem po Nowym Roku podatnik złoży w terminie prawidłowo wypełnioną deklarację VAT, ale w formie papierowej, podlegać będzie karze. „Dla firm rozliczających VAT, ale też dla biur rachunkowych zmiana w przepisach oznacza konieczność wdrożenia oprogramowania, które pozwoli wygenerować deklarację VAT w formie elektronicznej i przesłać ją w sposób bezpieczny na serwery ministerstwa finansów” – dodaje Piotr Ciski.

Przypominamy, że przewidzianą karą za wykroczenie skarbowe jest grzywna zawierająca się w kwotach między jedną dziesiątą, a dwudziestokrotnością minimalnego wynagrodzenia. W roku 2017 będzie to zatem kwota pomiędzy ok. 200 a ok. 40 000 złotych. Nowelizacja ustawy o VAT nie wprowadziła w tym punkcie żadnych zmian.

Od stycznia 2017 r. firmy będą zmuszone składać deklaracje VAT wyłącznie w formie elektronicznej. Obowiązek ten obejmie przedsiębiorców:

  • mających już teraz obowiązek składania deklaracji podatkowych (a także informacji i rocznego obliczenia podatku) za pośrednictwem środków komunikacji elektronicznej,
  • zarejestrowanych jako podatnicy VAT UE,
  • będących dostawcami objętymi mechanizmem odwróconego obciążenia (należy zwrócić uwagę, że katalog tych przedsiębiorców od 2017 zostaje poszerzony o niektóre firmy z branży budowlanej).

Pozostałych przedsiębiorców VAT obowiązek ten obejmie od stycznia 2018 r.

Czy uczciwe firmy mają powód do obaw?

Zaostrzające się przepisy obejmujące wszystkich podatników budzą niepokój. Rząd zakłada walkę z przestępczością gospodarczą i przeciwdziałanie procederom wyłudzania podatków. Jednak surowsze przepisy mogą być także wykorzystywane do karania drobnych uchybień czy błędów popełnianych nie w złej wierze, przez ludzi uczciwie prowadzących biznes. „Cyfryzacja obiegu informacji między podmiotami a fiskusem, poprawa informacji i możliwości analitycznych stwarza skarbówce warunki do wdrażania prostych mechanizmów wykrywających nawet najmniejsze niedociągnięcia czy uchybienia podatników. Kwestią strategii aparatu skarbowego pozostaje, czy takie drobne przewinienia będą karane i jak dotkliwie. Próby sprostania wymogom ustawy bez odpowiednich narzędzi technologicznych są kłopotliwe i pracochłonne. Dla zachowania bezpieczeństwa prawno-podatkowego przedsiębiorcy powinni zatem już teraz poszukiwać odpowiednich rozwiązań by sprostać wymaganiom ustawy i unikać kłopotów wynikających niekiedy z drobnych pomyłek.

 

źródło: Newsrm.tv

Sezon publikacji wyników na warszawskim parkiecie powoli dobiega końca. Inwestorzy poznali już niemal wszystkie sprawozdania finansowe spółek. Zgodnie z prognozami, trzeci kwartał należał do małych i średnich spółek. Potwierdzają to nie tylko wyniki finansowe, ale także wzrosty indeksów mWIG40 (18,8%) oraz sWIG80 (9,1%). Znacznie gorzej zaprezentowały się blue chipy, jednak ich sytuacja była wynikiem nie tylko  uwarunkowań rynkowych, ale również – a może przede wszystkim –  decyzji politycznych.

Trzeci kwartał przyniósł dynamiczny wzrost ceny miedzi. Ta hossa automatycznie przełożyła się na wyraźną poprawę zysku netto KGHM, ale wartość przychodów była o 13% niższa niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Ciężarem nadal jest chilijska kopalnia Sierra Gorda, jednak sytuacja lubińskiego kombinatu jest znacznie lepsza niż na początku roku. Miniony kwartał to również stabilizacja cen ropy naftowej, która pozytywnie wpłynęła na wyniki PKN Orlen oraz Lotosu. Mimo wszystko obie spółki wygenerowały mniejsze przychody ze sprzedaży niż rok wcześniej. Co więcej, w obu przypadkach modelowe marże rafineryjne w dalszym ciągu były znacznie niższe niż w 2015 r. Spółki zapowiadają, że te wyraźnie wzrosną w czwartym kwartale. Widać też pozytywne efekty walki z paliwową szarą strefą.

Tegoroczny rajd był kontynuowany przez kurs akcji JSW. Dynamicznie rosnąca cena węgla pozytywnie wpłynęła na dynamikę przychodów. Mimo wszystko spółka po raz kolejny odnotowała stratę netto. Dalsza dobra koniunktura na rynku węgla wraz z postępującym procesem restrukturyzacyjnym z całą pewnością przyczyni się do normalizacji sytuacji finansowej tego przedsiębiorstwa. Z drugiej strony, rosnące ceny węgla na rynkach globalnych nie znalazły odzwierciedlenia w poprawie koniunktury na rynku krajowym, toteż Bogdanka (znajdująca się w dużo lepszej sytuacji finansowej niż JSW) odnotowała ujemną dynamikę przychodów oraz zysku operacyjnego.

„Piąte koło u wozu” w indeksie WIG20 nadal stanowią spółki energetyczne. Z jednej strony, Energa oraz PGNiG poprawiły swoje zyski netto. Z drugiej, podobnie jak Tauron i PGE wygenerowały równocześnie niższe rdr wartości EBITDA – pod tym względem na wyróżnienie zasługuje jedynie Enea, która może pochwalić się wzrostem tego przepływu. Perspektywy energetycznych gigantów nie wydają się obiecujące – istotne czynniki ryzyka to wysokie zapotrzebowanie na kapitałochłonne inwestycje oraz polityka. Na tle sektora w dalszym ciągu wyróżnia się ZE PAK – restrukturyzacja w zakresie redukcji kosztów przyniosła wzrost zysku netto o ponad 70 mln zł (niemal 1200% rdr).

Polityka niskich stóp procentowych, nowe obciążenie w postaci podatku bankowego, upadające SKOKI oraz wciąż aktywne, choć odroczone ryzyko związane z problemem kredytów frankowych, nie sprzyjają sektorowi bankowemu. Odzwierciedleniem tej sytuacji są nie najlepsze wyniki banków. Na wyróżnienie zasługują Pekao SA oraz ING Bank Śląski, które w tych trudnych warunkach radzą sobie zdecydowanie lepiej niż konkurencja.

Polityka historycznie niskich stóp procentowych jest ciężarem dla banków, ale równocześnie motorem napędzającym rozwój rynku nieruchomości. Dobra koniunktura w tym segmencie rynku trwa nieprzerwanie od 2015 r. i jest regularnie potwierdzana przez bardzo dobre wyniki spółek należących do tej branży. W trzecim kwartale całkiem przyzwoicie zaprezentowały się również spółki budowlane, co wynika m.in. z efektu sezonowości. Niemniej, opóźnienia w redystrybucji środków unijnych w dalszym ciągu ograniczają wykorzystanie potencjału tego sektora. Najmocniejszym ogniwem wydaje się Budimex, który przez trzy kwartały tego roku rozwijał się w tempie 10,8% rocznie, podczas gdy krajowa produkcja budowlano – montażowa skurczyła się o 15,4% rdr. Na uwagę zasługuje także Trakcja, która systematycznie poprawia swoje wyniki.

Z kolei telekomunikacja to branża mało perspektywiczna, bowiem rynek jest już nasycony, choć o pozytywnym zaskoczeniu można mówić w kontekście Netii, której zysk netto wzrósł o 100% rdr. Tymczasem należy podkreślić, że EBIT skurczył się o 75% rdr. Niniejsza rozbieżność jest efektem rozliczenia odroczonego podatku dochodowego. Ponadto, tym razem zawiedli deweloperzy gier. Rozczarowały przede wszystkim sprawozdania finansowe Vivid Games i 11 bit studios. Sytuacja CI Games wyraźnie się poprawia, jednak spółka jest wciąż daleka od osiągnięcia rentowności. Natomiast świetnie radzi sobie lider, czyli CD Projekt, który pokazał wyniki co prawda rdr gorsze, ale i tak kilkanaście procent lepsze od oczekiwań na każdym poziomie rachunku zysków i strat. Branża gier komputerowych to specyficzny sektor, w którym napływ dochodów ma charakter skokowy. CD Projekt jest najbliżej dostarczania bardziej stabilnego wyniku. Niewątpliwe ten segment rynku ma wielkie możliwości, jednak jego obecna wycena rynkowa może już być zbyt wymagająca.

Wzrost dochodu rozporządzalnego Polaków (dzięki hojnej polityce społecznej) nie wpłynął tak istotnie, jak prognozowano na sektor handlu detalicznego. Wyniki CCC były co prawda solidne, ale słabiej prezentowały się LPP i Eurocash. Wyniki poprawił Bytom. W ciągu trzech kwartałów tego roku sprzedaż detaliczna wzrosła o 18% rdr, co znalazło swoje odzwierciedlenie we wzroście zysku netto, ale na poziomie operacyjnym (czyli nawet ważniejszym) już tak różowo nie było – spółka zanotowała spadek o 6% rdr. Błędna strategia sprzedażowa i słaby złoty negatywnie przełożyły się na osiąganie założonych dynamik, toteż wyniki z programu motywacyjnego stały się praktycznie nierealne. Nie zawiódł za to AmRest, do czego zdążył już przyzwyczaić inwestorów. Zysk na poziomie EBITDA wzrósł o 30,4% rdr. Spółka konsekwentnie realizuje swoją ekspansywną strategię, która przynosi wymierne korzyści.

Ponadto, na szczególną uwagę po raz kolejny zasługują spółki przemysłowe i eksporterzy. Miniony kwartał był dla nich bardzo udany. Mimo wszystko w wielu przypadkach można było dostrzec pierwsze efekty spowalniającego tempa wzrostu polskiej gospodarki. Tym niemniej, mocnymi graczami w tym segmencie są m.in. Amica, Grupa Kęty, Forte, Uniwheels, czy też Boryszew.

Rok 2016 dobiega końca, a zaprezentowane wyniki finansowe za trzeci kwartał zostały już niemal w całości zdyskontowane. Rynek wycenia obecnie dalsze perspektywy. Wiele wskazuje na to, że czwarty kwartał może przynieść dalsze trudności polskiej gospodarki. To natomiast przełoży się na wyniki spółek, które inwestorzy poznają w pierwszych miesiącach nowego roku.

 

Łukasz Rozbicki
MM Prime TFI

Już za chwilę wpadniemy w szał świątecznych zakupów.  Dla wielu sklepów to prawdziwe żniwa, w tym okresie notują one rekordowe obroty w skali roku.  Konkurencja o serca i portfele klientów jest jednak bardzo duża, a zdaniem firmy doradczej Deloitte główną areną tej walki jest Internet. Największy wpływ na taki stan rzeczy ma rewolucja technologiczna związana z coraz większą liczbą urządzeń mobilnych i nawyków klientów, którzy coraz częściej dokonują zakupów online. SMS-y są narzędziem po które sięgają firmy, aby dotrzeć bezpośrednio do klientów ze specjalnymi, świątecznymi ofertami.   Firma Infobip specjalizująca się w komunikacji mobilnej przewiduje, że w grudniu firmy roześlą do swoich klientów co najmniej 40% więcej wiadomości SMS w stosunku do analogicznego okresu w ubiegłym roku.

W sklepach już pojawił się świąteczny wystrój, a to oznacza, że przygotowania do corocznego świątecznego szaleństwa zakupowego idą pełną parą. Gra toczy się o poważną stawkę, bo w tym właśnie okresie sklepy notują rekordowe zyski. Przykładowo, branża jubilerska w samym tylko grudniu osiąga nawet 30% rocznego obrotu. Jednak według badania Barometr Provident, Polacy w tym roku zamierzają wydać na Święta Bożego Narodzenia średnio 720 zł i jest to kwota o 100 zł niższa, niż ta deklarowana rok temu. Eksperci przewidują więc, że więcej pieniędzy niż w zeszłych latach, polscy konsumenci wydadzą w Internecie.

Badanie przeprowadzone przez TNS Polska na zlecenie serwisu zakupowego Ceneo.pl pokazuje, że 90% kupujących w Internecie ceni sobie przede wszystkim możliwość większego wyboru produktów a niemal 80% docenia możliwość zapoznania się z opiniami innych internautów. Ankietowani wskazują także na takie ważne aspekty, jak niższe ceny niż w sklepach stacjonarnych (32%), możliwość zakupów bez wychodzenia z domu (29%) oraz możliwość porównania cen i ofert różnych sklepów (18%). Nie bez znaczenia jest fakt, że w sieci omija nas to wszystko, co w tradycyjnych zakupach najbardziej doskwiera – tłumy, kolejki, nagabujący sprzedawcy, czy też bezskuteczne poszukiwania od sklepu do sklepu. W kanale online konsumenci poszukają przede wszystkim prezentów. Najczęściej spodziewanym przez kobiety prezentami są książki, odzież, kosmetyki i biżuteria. Mężczyźni pod choinką chcieliby znaleźć elektronikę, odzież, alkohol lub kosmetyki.

W sieci jednak konkurencja jest bardzo duża. Według „Barometr e-commerce 2016”, przygotowanym przez Sociomantic Labs, rynek handlu internetowego w Polsce miał wzrosnąć w tym roku o 15 proc. i osiągnąć wartość 35,8 mld złotych, a w 2020 roku ma być wart więcej niż 63 mld zł. Z kolei liczba sklepów internetowych w Polsce w tym roku miała wzrosnąć o 7 proc. i przekroczyć poziom 23,5 tysiąca. Do 2020 roku w sieci powinno być ponad 30 tysięcy  polskich e-sklepów, a warto pamiętać, że o portfele klientów na tym rynku rywalizują również zagraniczni gracze. Na tak wymagającym rynku najwięcej wygrają innowacyjne firmy, które będą potrafiły dotrzeć do klientów i zainteresować ich swoją ofertą.

„Po zwiększonym ruchu SMS-ów na naszej platformie, zwłaszcza w okresach świąt, widzimy, że Polacy coraz częściej dokonują zakupów w sieci. Grudniowe szaleństwo zakupowe to dobry moment, aby dostarczyć bezpośrednio na wyświetlacze smartfonów specjalne oferty m.in. w postaci kodów rabatowych. Poza tym, SMS-ami można wciągnąć klientów do zabawy – zorganizować quiz z niespodziankami, przeprowadzić akcję budującą wizerunek sklepu i wspierającą sprzedaż. Odpowiednio zredagowany i wysłany we właściwym momencie SMS może być decydującym impulsem przesądzającym o dokonaniu zakupu. Dla klientów natomiast oferta specjalna otrzymana za pośrednictwem krótkiej wiadomości tekstowej może pomóc w znalezieniu idealnego prezentu w niższej cenie. Szacujemy, że ruch SMS-ów na naszej platformie w grudniu wzrośnie o 40% w stosunku ostatniego miesiąca do ubiegłego roku.” – powiedział Marcin Papiński, Dyrektor ds. Rozwoju w firmie Infobip.

Rewolucja technologiczna sprawiła, że korzystanie z urządzeń mobilnych stało się znakiem czasów współczesnego Polaka. Dostęp do smartfonów ma obecnie już 80 % z nas, a ponad połowa do tabletu. Gdy dodamy do tego wyniki ostatniego raportu UKE, który mówi, że operatorzy w swoich bazach mają zarejestrowanych łącznie 56,6 mln aktywnych kart SIM, nie może dziwić, że wykorzystywanie komunikacji SMS w okresie świątecznym jest coraz popularniejsze. Z krótkich wiadomości tekstowych w tym czasie chętnie korzystają m.in. sklepy stacjonarne i internetowe oraz firmy z branży finansowej, które za pośrednictwem krótkich wiadomości tekstowych udzielają świątecznych pożyczek. Komunikacja SMS wykorzystywana jest w systemach zakupowych i bankowości mobilnej.

Walka o klienta w przedświątecznym okresie powoduje, że marketingowcy coraz częściej sięgają także po powiadomienia PUSH, które dostarczane są bezpośrednio do użytkowników wybranych aplikacji mobilnych. Powiadomienia wykorzystują mechanizm geolokalizacji, co oznacza,  że mogą docierać wyłącznie do klientów, którzy pojawią się w określonym miejscu np. w galerii handlowej.

 

 

Infobip

Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI, ocenia perspektywy dla amerykańskiego rynku finansowego po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA.

Patrząc na zachowanie nowojorskiego indeksu S&P500, inwestorzy ucieszyli się w wyboru Donalda Trumpa na prezydenta USA.

Zwycięstwo Donalda Trumpa było sporym zaskoczeniem i w pierwszym momencie inwestorzy się przestraszyli. Awersja do ryzyka wzrosła jednak na zaledwie kilka godzin. Potem rynek akcji się uspokoił. Ma to swoje racjonalne uzasadnienie. Wybór republikanina na najważniejszy urząd w USA może być pozytywny dla gospodarki oraz części sektorów reprezentowanych na amerykańskiej giełdzie.

Jakie branże mogą skorzystać na zwycięstwie Donalda Trumpa?

Historycznie, gdy urząd prezydenta sprawowali republikanie, stopień regulacji amerykańskiego sektora finansowego był dużo niższy niż w czasach, gdy rządzili demokraci. Program wyborczy obecnego prezydenta elekta sugeruje, że tym razem będzie podobnie. Dlatego na zwycięstwie Donalda Trumpa mogą skorzystać szczególnie banki i inne spółki finansowe. Dla amerykańskich banków pozytywny jest również wzrost rentowności obligacji rządowych, który nastąpił po wyborach oraz wzrost oczekiwań inflacyjnych. Jeśli w grudniu Fed dokona podwyżki stóp procentowych w USA, przychody banków się zwiększą. Na wyborze Donalda Trumpa mogą skorzystać także firmy budowlane oraz spółki z sektora obronnego.

Jak długo mogą potrwać wzrosty na amerykańskiej giełdzie?

Po wyborach prezydenckich w USA indeks S&P500 powrócił w okolice rekordowych poziomów. Szczególnie silnie urosły wspomniane wcześniej sektory – finansowy, budowlany i obronny. Uważam, że teraz amerykańskiej giełdzie należy się chwila oddechu. Później dużo będzie zależało od tego, co Donald Trump zrobi po styczniowym zaprzysiężeniu. Jeśli zacznie od obniżenia podatków, deregulacji sektora finansowego oraz inwestycji infrastrukturalnych, wzrosty na Wall Street mogą być kontynuowane. Jeśli jednak w pierwszej kolejności skupi się na protekcjonizmie oraz wydaleniu imigrantów poza granice USA, rynki mogą to odebrać negatywnie. Na szczęście poza niepewnym czynnikiem politycznym, amerykańskie akcje wspierają fundamenty. Wyniki finansowe spółek w USA za III kwartał 2016 r. zaskoczyły inwestorów zdecydowanie na plus. Świadczy to o coraz lepszej kondycji amerykańskich przedsiębiorstw.

W przeciwieństwie do akcji, amerykańskie obligacje zdecydowanie się przeceniły. Dlaczego?

Silna przecena amerykańskich obligacji to rezultat obaw o to, że pod rządami Donalda Trumpa przyspieszy inflacja. Wzrost cen w gospodarce USA jest prawdopodobny chociażby ze względu na zapowiadane przez prezydenta elekta obniżenie podatków oraz ogromne wydatki na inwestycje infrastrukturalne na poziomie od pół do nawet jednego biliona dolarów. Gwałtowny skok inflacji może z kolei stanowić dla amerykańskiej Rezerwy Federalnej argument za szybszymi podwyżkami stóp procentowych. Tym bardziej, że pierwsza podwyżka na grudniowym posiedzeniu jest już niemal przesądzona. W dłuższym terminie kluczowe będzie również to, czy Donald Trump będzie chciał finansować zapowiadane inwestycje infrastrukturalne przez zwiększanie zadłużenia. Jeśli amerykański rząd zanadto się zadłuży, inwestorzy mogą zażądać wyższych odsetek od obligacji, co przyczyni się do wzrostu rentowności.

Upadłość konsumencka. Pytania i odpowiedzi – część 1.

Dzisiejszy odcinek powstał jako odpowiedź na konkretne zapotrzebowanie czytelników mojego Poradnika. Otrzymuję drogą mailową wiele pytań, często dotyczących podobnych zagadnień i dotykających wydawało by się spraw podstawowych.

W niniejszej odsłonie Poradnika odpowiadamy na 5 pytań dotyczących upadłości konsumenckiej, powtarzających się w mailach klientów Kancelarii.

Ile wniosków o upadłość konsumencką składają małżonkowie?

W każdej sytuacji 1 osoba składa 1 wniosek, czyli w przypadku małżeństw planujących ogłosić upadłość konsumencką konieczne będą dwa wnioski.

Warto tu przeanalizować kilka sytuacji. Otóż może tak się zdarzyć, że małżonkowie nie mają jednego zdania w tej kwestii. Jest wówczas możliwe, że tylko jeden z małżonków występuje do sądu z wnioskiem o upadłość konsumencką.

Są też sytuacje, kiedy decyzja taka została podjęta przez obojga małżonków, ale tylko jedno z nich w danym momencie spełnia warunki. Może mieć to miejsce w sytuacji, kiedy np. małżonek prowadzi działalność gospodarczą i nie może jej zamknąć przez okres najbliższych kilku miesięcy.

Najtrudniejszym elementem dla sądu jest ewentualny podział majątku wnioskodawców,  kiedy tylko jeden z małżonków występuje z wnioskiem o upadłość konsumencką. To co dla sądu jest nie lada problemem (np. sprzedaż ½ udziału w domu należącego do wnioskodawcy) może przynieść określone korzyści małżonkom planującym ogłoszenie upadłości.

Właśnie tego typu przypadki i dopasowanie optymalnego działania do określonej sytuacji powinny być w arsenale kancelarii zajmujących się pomocą w skutecznym wnioskowaniu o ogłoszenie upadłości konsumenckiej.

Jakie są koszty związane z upadłością konsumencką, w tym koszty kancelarii, która opracowuje wniosek?

Koszty sądowe, które ponosi w sądzie wnioskodawca są symboliczne: jest to kwota 30 zł. Jeśli dana osoba nie ma żadnego majątku, kwota ta nie wzrośnie, będzie ona pokryta czasowo przez Skarb Państwa. Jeśli zaś wnioskodawca pozostawia w masie upadłości jakiś majątek (np. mieszkanie, samochód), wówczas koszty postępowania upadłościowego będą pokryte ze sprzedaży majątku, jest to zadanie syndyka wyznaczonego do danej sprawy.

Jeśli chodzi o koszty opracowania wniosku przez wyspecjalizowane w tym kancelarie: każdy usługodawca ma prawo do ustalania obowiązujących cen za taką pomoc. W mojej opinii koszt ten nie powinien przekraczać 3 tys. zł  od jednego wniosku, najbardziej uczciwy sposób rozliczenia to według mnie kwota pomiędzy 2 a 3 tysiące złotych za 1 wniosek.

Jednak może dojść jeszcze jeden koszt, oczywiście mówimy tu o pomocy w działaniu przemyślanym i profesjonalnej usłudze, a nie tylko o napisaniu wniosku i złożeniu tegoż do sądu. Z mojego doświadczenia wynika, że część osób, które zgłaszają się do mojej Kancelarii, w  danym momencie nie kwalifikuje się do uzyskania statusu upadłego. Czyli istnieje duże ryzyko oddalenia wniosku przez sąd. Co wtedy? Po prostu trzeba się do tego działania odpowiednio przygotować.  Okres „przygotowawczy” może trwać od 2-3 miesięcy do nawet kilku lat. Są to pewne określone działania, które powinny być dokładnie zaplanowane przez doradcę od upadłości konsumenckiej. W takiej sytuacji cena usługi może wzrosnąć, nie ma tu określonych stawek. Wszystko zależy od tego, jak dużo czynności trzeba wykonać, aby zmniejszyć do minimum ryzyko oddalenia wniosku.

Czy przedsiębiorca może się oddłużyć przez ogłoszenie upadłości konsumenckiej?

I tak, i – nie. „Czynny” przedsiębiorca takiej możliwości nie ma – upadłość konsumencka jest skierowana wyłącznie do osób, które działalności gospodarczej nie prowadzą. Jednak dzięki nowelizacji ustawy, która weszła w życie od 1 stycznia 2016 roku, byli przedsiębiorcy nie mają okresu karencji przy składaniu wniosku o upadłość konsumencką.

Czyli dziś zamykam działalność gospodarczą, jutro składam wniosek o upadłość, co teoretycznie  jest możliwe. Osobiście taki pośpiech odradzam, może to być uznane  przez sąd jako działanie w złej wierze, czyli jako próba „ucieczki w upadłość” przed wierzycielami.

Jeśli chodzi o stopień trudności: są to zazwyczaj najtrudniejsze sprawy. Bowiem istnieje inna droga do ogłoszenia upadłości przez przedsiębiorców;

działania te są opisane w ustawie Prawo restrukturyzacyjne, która weszła w życie z dniem 1 stycznia 2016 roku.  W związku z tym, że poprzeczka dla upadających firm jest bardzo wysoko zawieszona, sądy dość łagodnie podchodzą do byłych przedsiębiorców, którzy wnioskują o upadłość konsumencką.

Zdecydowana większość podmiotów gospodarczych, która wpadnie w tarapaty finansowe niewiele może zdziałać, jeśli będzie próbować ratować się lub ogłaszać upadłość w formach przewidzianych w ustawie Prawo restrukturyzacyjne. A w takiej właśnie sytuacji – przedsiębiorca może ubiegać się o upadłość konsumencką. Pod dodatkowym warunkiem, że wcześniej definitywnie zamknie działalność gospodarczą.

Upadłość konsumencka, a działalność gospodarcza c.d.

 Pojawia się dość często opinia, iż były przedsiębiorca, który nie dopełnił formalności i nie złożył – w stosownym czasie –  do sądu wniosku dotyczącego upadłości swojej firmy, nie może skutecznie ubiegać się o upadłość konsumencką. Nie do końca jest to prawda. Aby mieć szansę na przeprowadzenie skutecznie upadłości przedsiębiorstwa, trzeba przede wszystkim mieć na to środki. Na początek nie mniej niż 40-50 tys. zł.

Różnica jest bowiem zasadnicza: przy upadłości konsumenckiej koszty postępowania są pokrywane przez Skarb Państwa, ma to miejsce także w sytuacji, kiedy wnioskodawca nie ma żadnego majątku. Powyższe jednak nie obowiązuje przy upadłości podmiotów gospodarczych, w tym wypadku całość kosztów (w tym wynagrodzenie syndyka i jego pracowników, wyznaczonych do tej sprawy) musi pokryć wnioskodawca z własnych środków.

Najczęściej więc, kiedy dana firma traci płynność finansową, jej właściciel ani myśli o tym, żeby ostatni grosz przeznaczyć na gażę dla syndyka. Prawdą jest też, że w ten sposób działa ów przedsiębiorca wbrew obowiązującemu prawu. Działanie takie – czyli zaniechanie złożenia wniosku o upadłość firmy w odpowiednim czasie – jest obecnie w Polsce prawie powszechne: na tyle, że weszło już do kanonu działania podmiotów gospodarczych będących w tarapatach finansowych. Praktyka wyparła więc teorię.

Powstał zwyczaj, który po części został zaaprobowany przez sądy, jako nie objęty surowymi sankcjami. We wnioskach o upadłość konsumencką takich osób zawieramy po prostu stosowną adnotację, z jakiego powodu ów przedsiębiorca nie wykonał swego obowiązku. Czyli: dlaczego we właściwym czasie nie złożył wniosku o upadłość przedsiębiorstwa. Do tej pory nie mieliśmy z tego powodu, ani jednego oddalenia przez sąd wniosku eks-przedsiębiorcy. Trzeba jednak wykazać, że nie działało się w ten sposób na szkodę wierzycieli.

Czy jeśli zamierzam złożyć wniosek o upadłość konsumencką, mogę zaprzestać spłaty kredytów?

 Jak najbardziej, jest to wręcz konieczne. Przekonała się o tym jedna z osób, która zgłosiła się nas z takim tematem. Otóż sąd oddalił wniosek tej osoby o upadłość konsumencką, chociaż widać było, że wnioskująca pani nie będzie w żaden sposób mogła spłacać swoich zobowiązań.

Co się okazało? Ta pani była tak porządna, że przed złożeniem wniosku do sądu, wzięła jeszcze jakąś pożyczkę, aby na bieżąco uregulować wszystkie raty. W tym układzie we wniosku wpisała zgodnie z prawda, że … nie ma żadnych zaległości w spłacie kilku pożyczek i kredytów. Sędzia stwierdził więc, że nie nastąpiła trwała niemożność do regulowania zobowiązań i wniosek ten oddalił.

Powyższa historia przy okazji pokazuje jak łatwo zrobić błąd przy składaniu wniosku o upadłość konsumencką.  Dlatego przed złożeniem wniosku zawsze należy rozpoznać, czy jest to właściwy moment, tj. czy aktualna sytuacja wnioskodawcy nie stwarza ryzyka negatywnej decyzji sądu.

Zachęcamy do zadawania pytań dotyczących: upadłości konsumenckiej, problemów z kredytami niby-frankowymi, nadmiernego zadłużenia oraz restrukturyzacji zobowiązań. Pytania prosimy kierować na adres:

pytanie@krzysztofoppenheim.pl

 

Krzysztof OPPENHEIM

Jedynie 9 proc. światowych banków zakończyło wdrożenie strategii cyfrowej – wynika z raportu GFT Digital Banking Expert Survey. To niewielki, bo zaledwie 2 procentowy wzrost w stosunku do roku 2015. W porównaniu do ubiegłorocznych wyników widoczne jest jednak zdecydowane przesunięcie priorytetów banków. Respondenci przyznali, że najistotniejszym aspektem cyfryzacji jest dla nich zapewnienie bezpieczeństwa, które w roku ubiegłym znalazło się na miejscu 8. Wyzwaniem dla instytucji finansowych staje się więc pogodzenie wymagań klientów, którzy z jednej strony oczekują szybkich i wygodnych usług bankowych online, z drugiej wymagają zapewnienia bezpieczeństwa swoich danych. Coraz mocniej banki odczuwają też ciężar regulacji branży finansowej, które w tym roku znalazły się na miejscu drugim wśród istotnych dla respondentów barier we wprowadzeniu digitalizacji.

Najnowszy raport GFT poświęcony cyfryzacji banków, pokazuje, że jest to proces, który cały czas się toczy. Liczba instytucji, które ukończyły wdrażanie strategii cyfrowej wzrosła w przeciągu ostatniego roku z 7 do 9 procent. Liczniejsza natomiast jest grupa banków, które zakończyły tworzenie samej strategii – należy do niej 34 proc. respondentów. 60 proc. nadal nad nią pracuje. Oznacza to, że wiele instytucji finansowych wdraża rozwiązania cyfrowe na bieżąco, reagując na zmieniające się realia rynkowe. Raport wyraźnie pokazuje, że cyfryzacja jest pracą „na żywym organizmie”, wymagającą elastycznego reagowania na zmiany w bardzo wymagającym obecnie otoczeniu biznesowym.

Bezpieczeństwo w centrum uwagi

Jednym z największych wyzwań stojących przed bankami jest pogodzenie wymagań klientów, którzy oczekują możliwości sprawnego i szybkiego przeprowadzani transakcji w kanałach cyfrowych i mobilnych z redukcją ryzyka związanego z cyberprzestępczością. Z danych policji wynika, że na 5023 przestępstwa o charakterze bankowym odnotowane w  Polsce w 2015 r., aż 1117 dotyczyło e-bankowości. Na kwestie bezpieczeństwa zwraca również uwagę Komisja Nadzoru Finansowego, która w lipcu opublikowała zalecenia, zgodnie z którymi banki w swoich działaniach stosowały metodę „security first”, czyli przede wszystkim bezpieczeństwo. Rekomendacje KNF obejmują również wprowadzenie obowiązku podpisania przez klienta oświadczenia, że został on poinformowany o ryzyku związanym z operacjami bankowymi online. Nie zawsze jednak takie rozwiązanie jest możliwe, np. w przypadku usług zdalnych, takich jak bankowość mobilna.

O kluczowym znaczeniu zapewnienia bezpieczeństwa w procesie cyfryzacji bankowości przekonują wyniki raportu GFT. Respondenci zostali poproszeni o wskazanie najistotniejszych czynników decydujących o powodzeniu wdrożenia strategii cyfrowej. Na miejscu pierwszym jako czynnik sukcesu wymieniane jest właśnie bezpieczeństwo, które roku temu znalazło się zaledwie na miejscu ósmym. W ten sposób doświadczenie klienta spadło na miejsce drugie.

Wyzwaniem stojącym przed bankami jest pogodzenie zapotrzebowania na szybkie i wygodne cyfrowe usługi bankowe także w kanałach mobilnych z zapewnieniem bezpieczeństwa klientów. Z jednej strony klienci oczekują postępującej digitalizacji i nowoczesnych rozwiązań, zapewniających łatwość i szybkość wykonywania operacji bankowych. Z drugiej strony cyfryzacja nie może się odbyć kosztem bezpieczeństwa. Jednocześnie oba te wymogi trzeba pogodzić z wywierającymi coraz większą presję na rynek regulacjami prawnymi  ­– mówi Piotr Kania, Dyrektor Zarządzający GFT Polska.

 Jeśli chodzi o przeszkody w digitalizacji na jakie napotykają banki, widać wyraźnie, że coraz mocniej odczuwają ciężar regulacji. Ten czynnik znalazł się na miejscu drugim wśród barier we wprowadzaniu strategii cyfrowych, w porównaniu do miejsca piątego w roku ubiegłym.

Zbyt dużo danych?

Za kluczowe dla powodzenia cyfryzacji respondenci badania GFT uznali także umiejętne zarządzanie danymi. Co ciekawe, dla instytucji finansowych ważniejsza jest analiza istniejących danych, niż uzyskiwanie dostępu do nowych informacji. Dwa aspekty ocenione przez banki jako bardzo istotne to zarządzanie strukturyzowanymi danymi (72 procent) i dostęp do wszystkich typów wewnętrznych danych klientów (70 procent). Odpowiednia analiza danych ma strategiczne znaczenie z punktu widzenia relacji z klientami, dlatego automatyzacja procesów i integracja danych muszą stać się standardem w działaniach  banków.

Cyfryzacja wesprze także fizyczne placówki

Badanie The Digital Banking Expert Survey pokazuje również związek pomiędzy digitalizacją, a funkcjonowaniem tradycyjnych oddziałów. Pomimo, że ze statystyk jasno wynika, że liczba placówek bankowych ulega zmianie, tylko 5 proc. uczestników ankiety przyznało, że planują oni całkowitą rezygnację z fizycznych oddziałów. Wśród pozostałych respondentów, największa liczba banków (26 proc.) planuje tworzenie oddziałów mieszanych tzn. takich łączących tradycyjną obsługę klienta ze stanowiskami samoobsługowymi, w ramach których klienci realizują procesy bankowe za pomocą technologii cyfrowych. Niewiele mniej instytucji – 23 proc. – zamierza skupić się na punktach całkowicie samoobsługowych.

Redukcja liczby fizycznych oddziałów wynika z tego, że klienci preferują realizowanie prostych operacji bankowych online. Jednak badanie pokazuje, że banki nie są gotowe na to, aby całkowicie zrezygnować z tej formy kontaktu z klientem. Cyfryzacja bankowości nie sprawi więc, że oddziały bankowe całkowicie znikną, ale zmieni się sposób ich funkcjonowania. Oddziały bankowe będą ewoluować w stronę centrów doradczych, w których obsługiwane są bardziej złożone procesy ­– mówi Piotr Kania, GFT Polska.

 

O badaniu Digital Banking Expert Survey:

Ankieta została przeprowadzona przez GFT Technologies SE w siedmiu krajach: Brazylia, Niemcy, Wielka Brytania, Meksyk, Włochy, Szwajcaria oraz Hiszpania. W bieżącym roku liczba respondentów ankiety wzrosła dwukrotnie. Ogółem w ankiecie wzięło udział 260 osób zaangażowanych w sektor bankowości. Ponad połowa ekspertów to kadra zarządzająca średniego i wyższego poziomu.

 

 GFT

Najzamożniejsze kraje Europy miały czas na zgromadzenie bogactwa, bo od lat żyją w pokoju. A poza tym są po prostu oszczędne. Polacy kumulują kapitał od 27 lat. A przy tym nie grzeszą oszczędnością.

Stare powiedzenie mówi, że pieniądze lubią spokój, co zazwyczaj interpretuje się jako konieczność zachowania dyskrecji, poufności spraw dotyczących finansów. Tymczasem warto spojrzeć na sprawę w szerszym kontekście spokoju rozumianego w sensie podstawowym czyli bezpieczeństwa, braku zagrożeń, poczucia stabilności. Wielkość oszczędności zależy w równym stopniu od zapobiegliwości, jak i okresu spokojnego oszczędzania.

Po pierwsze spokój

Analitycy BGŻOptima sporządzili zestawienie obrazujące w pewnym uproszczeniu wpływ pokoju oraz spokoju społecznego, gdyż nie chodzi tylko o okres bez konfliktów zbrojnych, ale również czas stabilności politycznej, na zamożność społeczeństw. Zgromadzona suma oszczędności zależy od dwóch elementów od stopy oszczędności oraz upływu czasu. Ten drugi element jest często pomijany. A ma on ogromne znaczenie. Wysoka stopa oszczędności wpływa bowiem na sumę oszczędności tylko wtedy, gdy utrzymuje się w dłuższym terminie. W zestawieniu uwzględniono tylko najważniejsze wydarzenia mające wpływ na proces oszczędzania. Założono, że proces oszczędzania przebiega najlepiej w państwach o ustroju demokratycznym, choć nie można zapominać o wyjątkach np. Chiny, czy Hiszpania w latach 1944-1975.

W Europie najdłuższym okresem pokoju cieszą się Szwajcaria i Szwecja, które nie brały udziału w konflikcie zbrojnym od czasu wojen napoleońskich, czyli już 202 lata. Pozostałe kraje miały mniej szczęścia, bo tylko kilka państw uniknęło katastrofy II wojny światowej. Wśród nich jest Irlandia, która od 95 lat, od wojny o niepodległość, żyje w pokoju. Portugalia od czasów Napoleona również nie była zaangażowana w konflikt zbrojny, jednak trudno uznać ten okres za czas prosperity. W XX w. kraj był rządzony przez dyktaturę Salazara i powrócił na ścieżkę demokracji dopiero w 1974 r. W tym samym czasie zakończyły się też rządy wojskowych w Grecji. W Hiszpanii koniec dyktatury generała Franco nastał rok później.

Kraje Europy Zachodniej – Norwegia, Dania, Niemcy, kraje Beneluxu, Francja, Włochy, Austria – w spokoju akumulują kapitał od zakończenia II wojny, czyli od 71 lat. Na tym tle kraje naszego regionu legitymują się tylko 27-letnim okresem spokoju, liczonym od upadku komunizmu. Dane statystyczne pokazują jednak, że państwa bloku wschodniego wcale nie są jednorodne jeśli chodzi o poziom bogactwa. Jak się okazuje również w czasach gospodarki socjalistycznej można było kumulować kapitał. Tyle, że jednym wychodziło to lepiej, innym gorzej. Czechy w demokrację wchodziły z 13 tys. dolarów PKB na mieszkańca. Na Słowacji wskaźnik ten był niższy i wynosił 8,2 tys. USD. Węgry wychodziły z komunizmu z 10,9 tys. USD na mieszkańca. Natomiast na przeciętnego Polaka wypadało wówczas tylko 6,8 tys. dolarów.

Jeśli spojrzeć na cały kontynent to można zauważyć związek między zasobnością krajów, a czasem trwania pokoju. Szwajcaria jest na czwartym miejscu z 59,9 tys. USD na mieszkańca, poprzedzana przez kraje, które zamożność czerpią albo z surowców, albo regulacji podatkowych: Luksemburg (94,6 tys. USD), Norwegia (68,7 tys. USD), San Marino (63,4 tys. USD). Za Szwajcarami są Irlandczycy z 53,1 tys. USD PKB per capita. Dalej jest Holandia (49,5 tys. USD), Szwecja (48,8 tys. USD), Niemcy i Austria (48,2 tys. USD). Na 16 miejscu, m.in. za Finlandią, Wielką Brytanią, jest Hiszpania 36,2 tys. USD), a jeszcze niżej, za Czechami i krajami nadbałtyckimi, Portugalia. Z 28,4 tys. USD tylko nieznacznie wyprzedza Polskę, gdzie dochód na mieszkańca wynosi 27,5 tys. dolarów.

 Po drugie oszczędność

Spokój i poczucie bezpieczeństwa to składniki niezbędne do gromadzenia kapitału, ale nie jedyne. Kluczowym elementem jest chęć i skłonność do oszczędzania. Z danych Eurostatu wynika, że najbardziej zapobiegliwym narodem Europy są Szwedzi, którzy po opłaceniu wszystkich kosztów odkładają jeszcze do skarbonki 15 proc. zarobionych pieniędzy. Na drugim miejscu w rankingu oszczędności są Francuzi ze stopą 8,55 proc. o włos wyprzedzając Niemcy, gdzie stopa oszczędności wynosi 8,52 proc. Dalej jest Norwegia (8,7) i Holandia (8,2).

Jeśli ktoś powie, że są to kraje zamożne, które stać na oszczędzanie to tylko w części będzie mieć rację. Związek między przychodami a stopą oszczędzania wcale nie jest oczywisty. W badanej grupie krajów najlepsze roczne zarobki mają Norwegowie – 30 tys. euro – a wcale nie przewodzą rankingowi. W drugiej w zestawieniu Francji przeciętny dochód to 18,7 tys. EUR, czyli najmniej spośród krajów pierwszej szóstki.

Zresztą to nie jest najbardziej wyrazisty przykład. Na siódmym miejscu w Europie pod względem zapobiegliwości jest Słowenia, kraj o przeciętnym rocznym dochodzie na obywatela w wysokości 8,6 tys. EUR. Mimo trzykrotnie niższych zarobków niż w najbogatszych krajach Zachodu stopa oszczędności wynosi tu 6,8 proc., czyli niewiele mniej niż w znacznie zamożniejszej Austrii, zajmującej miejsce wyżej.

Tuż za Słowenią znajdują się Czechy. Choć nasi sąsiedzi pobierają jedno z najniższych uposażeń w Unii – 6,2 tys. EUR rocznie – są w stanie wygenerować nadwyżkę w budżetach domowych w wysokości 5,7 proc. Warto dodać, że Czechy będą jedynym krajem w UE, który na koniec roku pokaże nadwyżkę budżetową.

W Polsce zarobki są tylko nieznacznie niższe niż w Czechach – 6,1 tys. euro – a nie tylko nic nie odkładamy, ale jeszcze pożyczamy pieniądze. Dzieje się tak mimo, że mamy najniższe ceny w odniesieniu do średniej UE. W Polsce przeciętnie płacimy za towary i usługi 63 proc. tego co wydają średnio mieszkańcy Unii. W Słowenii wskaźnik ten wynosi już 96 proc. W zamożnej, ale nie najzamożniejszej Szwecji koszty utrzymania stanowią 124 proc. średniej i jest to najwyższy wskaźnik w Europie.

 

Konrad Grzelec, BGŻOptima

Dyrektorzy finansowi (CFO) uważają, że polska gospodarka będzie kontynuowała stabilny wzrost, ale widać wśród nich coraz wyraźniejsze oznaki niepokoju. Większość badanych prognozuje, że wzrost PKB w przyszłym roku nie przekroczy 2,5 proc., a prawie dwie trzecie CFO uważa, że obecnie mamy do czynienia z wysokim poziomem niepewności ekonomicznej. Jak wynika z kolejnej edycji międzynarodowego badania firmy doradczej Deloitte „CFO Survey”, w Polsce przyczyny tego pogorszenia nastrojów to obawa o brak dostępności wykwalifikowanych pracowników, wyższe koszty operacyjne oraz niepewność wynikająca ze zmienności prawa gospodarczego. Podobnie jak w innych krajach, aż jedna trzecia CFO obawia się negatywnych skutków Brexitu.

Poprzednie edycje badania pokazały, że dyrektorzy finansowi wiarygodnie przewidują rozwój polskiej gospodarki. Ich wcześniejsze prognozy wzrostu PKB dla Polski na rok 2013 (około 1,5 proc PKB), rok 2014 (około 3 proc.) i rok 2015 (około 3 proc.) sprawdziły się. Na rok 2016 CFO wskazują na około 3,0 proc. wzrostu.

Obecna edycja badania, która była przeprowadzona od września do października tego roku, pokazała, że poziom optymizmu netto (różnica osób wskazujących na poprawę sytuacji ekonomicznej i odsetek mówiących o jej pogorszeniu) wśród dyrektorów finansowych w Polsce spada trzecie półrocze z rzędu do najniższego poziomu od 2013 roku (z 40 proc. rok temu do 18 proc. obecnie). Pół roku temu było to 21 proc. „Liczba firm, które wierzą, że ich perspektywy ekonomiczne w roku 2017 będą lepsze niż w roku 2016 jest większa niż tych, którzy myślą odwrotnie. Historycznie spadek optymizmu był prognostykiem obniżenia dynamiki wzrostu PKB, co widać w niższych prognozach wzrostu PKB na rok 2017” – mówi Krzysztof Pniewski, Partner w Dziale Konsultingu Deloitte.

Najwyższy poziom optymizmu netto w Europie i Polsce wykazują sektory publiczny, ochrony zdrowia i produkcyjny. Z kolei najniższy poziom notują branże telekomunikacji i mediów, usług finansowych i dóbr konsumpcyjnych.

Zdaniem dyrektorów finansowych w roku 2017 Polska będzie kontynuowała stabilny, lecz wolniejszy wzrost. Aż 58 proc. CFO przewiduje, że nie będzie on większy niż 2,5 proc. To znacznie mniej niż 3,9 proc. wzrostu, który zawarto w założeniach budżetu państwa. 42 proc. respondentów wskazuje na wzrost w przedziale 2,6 – 3,5 proc. Wyniki te pokazują, choć niejednoznacznie, że z perspektywy polskich przedsiębiorstw można oczekiwać wzrostu PKB poniżej 3 proc.

Aż 76 proc. CFO w 2017 roku oczekuje inflacji poniżej 2 proc., a tylko 16 proc. spodziewa się deflacji. Dyrektorzy nie zakładają więc powstania impulsu inflacyjnego, który mógłby być efektem programu 500+ lub wdrożenia innych obietnic nowego rządu. Dyrektorzy finansowi (prawie 73 proc.) przewidują również stabilny nieco słabszy kurs walutowy (4,1-4,4 PLN/ EUR) i spadek bezrobocia (48 proc.). W Polsce i w Europie jedynie w branży energetyki i górnictwa oraz sektorze finansowym spodziewane jest zmniejszenie zatrudnienia.

Poziom niepewności ekonomicznej w Polsce w roku 2016 zwiększył się, wracając do poziomu z lat 2012-2013. Aż 64 proc. dyrektorów finansowych uważa, że mamy do czynienia z wysokim poziomem niepewności. Zaledwie według 28 proc. jest on standardowy. Najniższy poziom niepewności notują sektory administracji publicznej i budownictwa. Za to szczególnie wysoki poziom odnotowywany jest w sektorach usług biznesowych, energetyki i dóbr konsumpcyjnych. Również CFO z Europy Zachodniej odczuwają wysoki poziom niepewności – tam zdecydowana większość (67 proc.) CFO uważa, że obecnie niepewność jest większa niż przeciętnie. Najwyższy odsetek widoczny jest w Niemczech i Wielkiej Brytanii, gdzie aż 88 proc. dyrektorów uważa obecny poziom niepewności za wysoki. Z kolei w Finlandii taką opinię wyraża jedynie 36 proc. CFO. „W Polsce przyczyny tej niepewności są inne niż w pozostałych krajach unijnych. Polscy CFO obawiają się braku wykwalifikowanych pracowników, na które wskazuje 34 proc. ankietowanych i wzrostu kosztów operacyjnych, które wymieniło 31 proc. badanych. Przedsiębiorcy podnoszą również wysokie ryzyko zmiennego prawa gospodarczego i podatkowego, które dla 30 proc. stanowi większe zagrożenie niż ryzyka rynkowe spadku popytu czy presja cenowa” – wymienia Krzysztof Pniewski. Jednocześnie mimo utrzymującego się wysokiego poziomu niepewności ekonomicznej badanie Deloitte pokazało, że w Polsce skłonność do podejmowania dodatkowego ryzyka i inwestycji nieznacznie zaczęło rosnąć. W ciągu pół roku wzrosła ona z 22 do 28 proc.

Rośnie liczba przedsiębiorstw, które planują wzrost przychodów w 2017 roku (83 proc. w porównaniu do 76 proc. w poprzedniej edycji badania). Prawie połowa firm w kraju uważa, że poprawią się również jej wyniki rentowności operacyjnej (48 proc.). Jest to poziom identyczny jak pół roku temu, co wskazuje, że istnieje spora część przedsiębiorstw, które systematycznie zwiększają swoją rentowność. Do poziomu 50 proc. z 57 proc. pół roku temu zmalał odsetek ankietowanych, którzy w roku 2017 planują wzrost inwestycji.

Podobnie jak pół roku temu najważniejszym priorytetem dla polskich CFO jest wzrost przychodów. Wskazało na niego 82 proc. ankietowanych, o 10 pp. więcej niż w poprzedniej edycji badania. Ponad połowa badanych (57 proc.) poszukuje również nowych rynków zbytu. Polska jest jedynym krajem w Europie, w którym tak istotnie dominują strategie ekspansywne przedsiębiorstw. W większości krajów Europy dominują strategie defensywne, skupione na redukcji kosztów, poprawie przepływów operacyjnych itp.

Kredyt bankowy jest nadal zdecydowanie najatrakcyjniejszym źródłem finansowania. Łącznie 66 proc. badanych oceniło tę formę jako atrakcyjną (w tym 17 proc. jako bardzo atrakcyjną). „Jednocześnie systematycznie spada ocena dostępności kredytów, która w ciągu ostatniego roku wróciła do poziomów z roku 2014. Rok temu jako łatwo dostępne kredyty oceniało 62 proc. CFO, obecnie jest to jedynie 33 proc. Jest to związane z szeregiem zmian dotyczących sektora bankowego takich, jak wprowadzony podatek bankowy, przewalutowanie kredytów frankowych oraz upadłości banków spółdzielczych. Te zdarzenia mogą mieć wpływ na zacieśnienie polityki kredytowej banków” – wyjaśnia Krzysztof Pniewski. W opinii CFO finansowanie kapitałem nadal nie stanowi atrakcyjnego źródła finansowania i jest stosowane dosyć rzadko. Na tle ryzyk wynikających z utrudnionego dostępu do finansowania kredytem nieznacznie rośnie atrakcyjność emisji kapitału.

Aż 53 proc. badanych dyrektorów finansowych prognozuje wzrost liczby transakcji M&A w Polsce. Charakter prognozy pozostaje stabilny od dłuższego czasu i oznacza, że rynek fuzji i przejęć będzie się rozwijał powoli.

Ponad połowa przedsiębiorców (53 proc.) nie widzi wpływu Brexitu na polskie przedsiębiorstwa i gospodarkę. Jednak aż ponad jedna trzecia (36 proc.) uważa, że będzie on miał negatywny wpływ na ich działalność. Są to prawdopodobnie eksporterzy, których działalność jest powiązana z Wielką Brytanią. Średnia dla wszystkich badanych krajów wynosi odpowiednio 50 i 37 proc. Największe obawy o negatywne skutki Brexitu mają CFO z Wielkiej Brytanii (65 proc.), Portugalii (52 proc.) oraz z Irlandii i Holandii (48 proc.).

Zdaniem wielu rodzimych CFO Brexit wprowadzi bariery taryfowe i pozataryfowe, które zwiększą koszty obrotu gospodarczego, wydłużą czasy dostaw i wpłyną na zmniejszenie konkurencyjności towarów z Polski. Z kolei 23 proc. CFO uważa, że Brexit wprowadzi również utrudnienia wynikające z innych wymogów obrotu handlowego. Zaledwie 17 proc. CFO jest zdania, że Brexit wprowadzi istotne ograniczenia w zakresie mobilności pracowników.

 

Deloitte

Z 432 krajowych spółek notowanych na głównym rynku warszawskiej giełdy w listopadzie aż 67 było notowanych w Krajowym Rejestrze Długów. Ich łączne zadłużenie przekracza 32 miliony złotych. To oznacza, że w ciągu zaledwie sześciu miesięcy wzrosło o 44 procent. W skali roku długi spółek z GPW wzrosły natomiast o 269 procent.

67 przedsiębiorstw, których przeterminowane zobowiązania zostały wpisane do Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej oznacza, że w bazie danych KRD znajduje się ponad 15,5 procent wszystkich krajowych spółek notowanych na głównym parkiecie GPW. W sumie mają one 163 wierzycieli i 762 zobowiązania na kwotę 32,1 miliona złotych. Dla porównania, w maju 2016 roku ich zadłużenie sięgało 22,3 miliona złotych. W listopadzie 2015 roku było to „zaledwie” 8,7 miliona złotych.

Podobnie, jak w maju, ogromna w tym zasługa jednej spółki. Przed sześcioma miesiącami niechlubnym liderem zestawienia była firma z zobowiązaniami na łączną kwotę 15,67 miliona złotych. Tym razem największy dłużnik w gronie spółek giełdowych ma zadłużenie sięgające 20,44 miliona złotych. Jest to jednak zupełnie inna spółka. Dług lidera poprzedniego rankingu wynosi obecnie niespełna 100 tysięcy złotych. Co ciekawe, sytuacja największego dłużnika z aktualnego zestawienia jest odwrotna. Jeszcze przed sześcioma miesiącami budowlana spółka miała niespełna 366 tysięcy długu.

– W ciągu zaledwie pół roku zadłużenie tej spółki notowane w KRD wzrosło o ponad 5000 procent. To pokazuje, że zarówno partnerzy biznesowi, jak i inwestorzy giełdowi powinni stale śledzić, czy zadłużenie interesujących ich spółek maleje, czy też rośnie. Brak tej wiedzy może być przyczyną sporych kłopotów finansowych. To jedynie przykład. Giełdowych spółek, których długi w ciągu pół roku mocno się zwiększyły jest więcej  – deklaruje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Średnie zadłużenie przypadające na jedną spółkę z GPW notowaną w KRD w ciągu sześciu miesięcy wzrosło z 343 do ponad 478 tysięcy złotych. W tym czasie liczba dłużników wzrosła z 65 do 67, liczba wierzycieli ze 148 do 163, a liczba zobowiązań z 413 do 762.

Budowlanka wciąż na „topie”

Palmę pierwszeństwa w tym niechlubnym zestawieniu w dalszym ciągu dzierży branża budowlana, która najwyższe miejsce na podium zajmuje od pilotażowego badania zrealizowanego w listopadzie 2015 roku. Choć w ciągu półrocza liczba przedstawicieli tej branży w gronie giełdowych dłużników spadła z 14 do 12, to ich łączne zadłużenie w tym czasie gwałtownie wzrosło i obecnie nieznacznie przekracza 25 milionów złotych. Głównym winowajcą jest lider aktualnego zestawienia.

– Długi branży budowlanej z pewnością są jeszcze wyższe. Z naszych doświadczeń wynika, że liczne powiązania między firmami z tego sektora sprawiają, że wiele z nich niechętnie dopisuje do rejestrów swoich dłużników. Część z nich wpisuje z kolei tylko ułamek przeterminowanych zobowiązań licząc, że to zmotywuje do płatności. Kiedy jeden z wierzycieli traci cierpliwość i dopisuje resztę długów, inni robią podobnie. Wtedy dopiero objawia się prawdziwa skala problemu. Niestety wówczas odzyskanie pieniędzy jest już dużo trudniejsze – tłumaczy Jakub Kostecki, prezes firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso. 

Kolejne miejsca w rankingu branżowym zajmują spółki zajmujące się handlem, zarówno detalicznym, jak i hurtowym. Przedstawicieli tego sektora w gronie giełdowych dłużników jest 9. Na liście znajduje się też sześć firm informatycznych oraz pięć banków. Co ciekawe, wśród nich znajdują się także takie, które wchodzą w skład WIG20, indeksu grupującego największe firmy notowane na warszawskiej giełdzie.

Łącznie spółek z WIG20 w najnowszym zestawieniu jest więcej, bo aż 6. To rekord w 12-miesięcznej historii tego badania. Choć ich zadłużenie jest relatywnie niewielkie i raczej nie zwiastuje problemów finansowych w przyszłości, to jednocześnie nie wystawia najlepszej opinii największym firmom. W takim towarzystwie pewnych rzeczy po prostu nie wypada robić. Jedną z nich jest właśnie niepłacenie faktur w terminie – uważa Mirosław Sędłak, prezes Rzetelnej Firmy.

Co się stało z dłużnikami sprzed 6 miesięcy?

Eksperci Krajowego Rejestru Długów dokonali też przeglądu „sytuacji zadłużeniowej” 65 spółek notowanych w KRD przed sześcioma miesiącami. W rejestrze dłużników w dalszym ciągu widnieją aż 53 z 65 firm. W tym gronie najwięcej (24) jest takich, których zadłużenie się nie zmieniło. Wzrost łącznej kwoty zobowiązań zanotowało 16 firm, a tylko 13 może pochwalić się spadkiem długów. Jedynie 9 spółek-dłużników z poprzedniego badania ma już czyste konto w Krajowym Rejestrze Długów, a 3 z nich nie ma już na warszawskiej giełdzie.

Badanie „Długi spółek giełdowych” Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej zostało przeprowadzone na 432 krajowych spółkach, które 3 listopada 2016 roku były notowane na głównym rynku Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. To już jego trzecia edycja. Pierwszego przeglądu zadłużenia giełdowych spółek KRD BIG dokonał w listopadzie 2015 roku.

 

Krajowy Rejestr Długów

Eksperci

W cieniu ustawy „frankowej”, w Sądzie Najwyższym kształtuje się orzecznictwo w sprawach kred

Ostatnie informacje i wydarzenia w świecie kredytów „frankowych”, zostały zdominowane przez kwestię ...

Biegowy biznes z Polski podbije świat. I można do tego podboju dołączyć

Runmageddon – stworzony w Polsce cykl biegów przeszkodowych – to najbardziej nuklearna historia na p...

Straty są nieodłączną częścią inwestycji

Zakończony niedawno maj był najgorszym miesiącem w tym roku dla rynku akcji. Większość parkietów odn...

Uchwała NSA pozwala wygrać z fiskusem

Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia or...

Wierzyciel nie musi spłacać w całości swego długu upadłemu, aby móc samemu zaspokoić się z

Z chwilą ogłoszenia upadłości majątek upadłego staje się masą upadłości i służy zaspokojeniu wszystk...

AKTUALNOŚCI

Wzrost cen może być krótkotrwały

Jak informuje BIEC (Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych), wskaźnik Przyszłej Inflacji (WPI), prog...

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj książkę

Zapraszamy do udziału w kolejnym konkursie organizowanym przez nasz portal. Tym razem pytamy Was o t...

Potrzebna pilna waloryzacja kontraktów budowlanych

Jak informuje FPP i CALPE, dynamiczny wzrost kosztów realizacji projektów infrastrukturalnych w połą...

Już za tydzień wakacje! – oto Twój przedwakacyjny niezbędnik

Z jednej strony wakacyjny wyjazd to świetna sprawa. Z drugiej – to masa spraw, z którymi musimy się ...

Polacy coraz bardziej odczuwają wzrost cen żywności

83 proc. uczestników badania „Sytuacja na rynku consumer finance” KPF i IRG SGH, przeprowadzonego w ...