poniedziałek, Lipiec 23, 2018
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "Eurostat"

Eurostat

Eurostat podał niedawno informację o zanotowanych liczbach zgonów i narodzin. W 2017 r. zanotowano  5,3 mln zgonów i 5,1 mln narodzin, pomimo zwiększenia się populacji Starego Kontynentu –  z 511,5 mln do 512,6 mln mieszkańców. Raport zwraca uwagę na dramatyczny spadek liczby narodzin w krajach Europy, który może być spowodowany problemem napływu migrantów.

Od stycznia 2017 do stycznia 2018 zauważono dodatni przyrost liczby mieszkańców państw Unii Europejskiej, wyniósł on ok. 1,1 mln osób – w skali kontynentu liczba zgonów była w 2017 r. o ok. 200 tys. większa od liczby narodzin. Jak zauważa biuro statyczne Unii Europejskiej, wynik ten jest efektem napływu do Europy migrantów. Problem z pewnością dzieli kontynent, tym razem ze względu na liczbę urodzeń: na północy Europy wskaźnik rośnie, podczas gdy w krajach Europy Południowej rodzi się coraz mniej dzieci.

W świetle opublikowanych danych, najliczniejszym krajem są Niemcy (82,9 mln mieszkańców), stanowiących zarazem 16,2 proc. mieszkańców Unii Europejskiej, następnie Francja (67,2 mln), Wielka Brytania (66,2 mln), Włochy (60,5 mln), Hiszpania (46,7 mln) i Polska (38 mln mieszkańców). Najmniejszymi pod względem liczby mieszkańców krajami Unii Europejskiej są Malta, Luksemburg i Cypr.

Problem jest znaczący, ponieważ jak podaje Eurostat, dramatycznie spada liczba narodzin w krajach Europy. W 2017 r. narodziło się o 90 tys. mniej dzieci niż rok wcześniej. Najwięcej z nich narodziło się w Irlandii (wskaźnik mówi o średniej 12,9 narodzin na 1000 mieszkańców). Irlandia jest też krajem UE, w którym zanotowano największą przewagę liczby narodzin nad liczbą zgonów (wskaźnik na poziomie 6,6 na 1000 obywateli). Krajem, w którym zanotowano największą przewagę zgonów nad liczbą narodzin jest natomiast Bułgaria (64,0 narodziny i aż 109,8 zgonów na 1000 mieszkańców). W Polsce, według badań, na 1000 mieszkańców przypadły w 2017 r. 402 przypadki narodzin i 402,9 zgony).

Źródło: Eurostat

 

Zobacz też

Produkcja przemysłowa wzrosła o 1,3% w strefie euro, Polska odnotowała największy wzrost

Jak informuje nas Eurostat, praca z domu nie jest jeszcze popularna w Unii Europejskiej – w Polsce niestety zainteresowanie home-officem od 2014 r. maleje.

Z home-office w 2017 r. korzystało zaledwie 5% pracowników bądź osób posiadających własną działalność. Najwięcej takich przypadków odnotowano w Niderlandach (13,7%), w Luksemburgu (12,7%) i Finlandii ( 12,3%), a najmniej w Bułgarii (0,3%) i Rumunii (0,4%). Praca w domu była nieco bardziej powszechna w strefie euro (5,7% zatrudnionych) niż w całej UE.

W Polsce sytuacja nie jest najgorsza, choć w ostatnich latach bywało lepiej. Plasujemy się w środkowej pozycji tabeli z wynikiem 4,5%. Niestety zainteresowanie pracą z domu spadło, bowiem w 2016, 2015 oraz 2014 r. częściej korzystaliśmy z tego przywileju (odpowiednio 5,3%, 5,6% oraz 4,6%). Wśród badanych przez Eurostat krajów, polscy pracownicy korzystali z home-office częściej niż np. Hiszpanie, Irlandczycy, Brytyjczycy, Czesi, Włosi, Litwini czy Grecy, Łotysze oraz Bułgarzy.

Źródło: Eurostat

 

Wraz z wiekiem wzrasta popularność pracy w domu. Tylko 1,6% osób w wieku 15-24 lat w UE zazwyczaj pracowało w domu w (dane z 2017 r.), a już 4,7% stanowiły osoby starsze w wieku 25-49 lat. Duży wzrost zainteresowaniem home-office odnotowano wśród najstarszych pracowników, tj. 50-64 lat (6,4%). Najwyższy odsetek osób w wieku 15-24 lat, które regularnie pracowały w domu, odnotowano w Luksemburgu (10,4%). W przypadku pozostałych kategorii wiekowych najwyższe miejsce zajęła Holandia (14,8% osób w wieku 25-49 lat i 16,6% osób w wieku 50-64 lata), a następnie Finlandia (13,1% osób w wieku 25-49 lat i 13,6% 50-64-latkowie).

Tak wygląda home-office w Unii Europejskiej

 

Magda Strzykalska, Eurostat

Jak informuje nas Eurostat, praca z domu nie jest jeszcze popularna w Unii Europejskiej. Z home-office w 2017 r. korzystało zaledwie 5% pracowników bądź osób posiadających własną działalność. Najwięcej takich przypadków odnotowano w Niderlandach (13,7%), w Luksemburgu (12,7%) i Finlandii ( 12,3%), a najmniej w Bułgarii (0,3%) i Rumunii (0,4%). Praca w domu była nieco bardziej powszechna w strefie euro (5,7% zatrudnionych) niż w całej UE.

Odsetek osób zatrudnionych w UE, którzy sporadycznie pracują w domu, systematycznie wzrastał przez lata, z 7,7% w 2008 r. do 9,6% w 2017 r..

Źródło: Eurostat

 

W UE w domu pracują zwykle osoby prowadzące własną działalność (18,1%), aniżeli standardowi pracownicy (2,8%). Dotyczyło to wszystkich państw członkowskich. Co ważne, w generalnym obrachunku z domu pracuje więcej kobiet niż mężczyzn (stosunek 5,3% do 4,7%), choć zauważalne są wyjątki. Dla przykładu w Holandii z home-office korzysta 14,7% mężczyzn w porównaniu do 12,6% kobiet, a w Danii 9,5% w porównaniu do 7,6%.

Praca w domu staje się coraz popularniejsza wśród starszych

Wraz z wiekiem wzrasta popularność pracy w domu. Tylko 1,6% osób w wieku 15-24 lat w UE zazwyczaj pracowało w domu w (dane z 2017 r.), a już 4,7% stanowiły osoby starsze w wieku 25-49 lat. Duży wzrost zainteresowaniem home-office odnotowano wśród najstarszych pracowników, tj. 50-64 lat (6,4%).

Najwyższy odsetek osób w wieku 15-24 lat, które regularnie pracowały w domu, odnotowano w Luksemburgu (10,4%). W przypadku pozostałych kategorii wiekowych najwyższe miejsce zajęła Holandia (14,8% osób w wieku 25-49 lat i 16,6% osób w wieku 50-64 lata), a następnie Finlandia (13,1% osób w wieku 25-49 lat i 13,6% 50-64-latkowie).

Magda Strzykalska, Eurostat

Z danych Eurostatu wynika, że różnica w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn w krajach Unii Europejskiej wynosi aż 16,7%. I choć na razie brakuje ogólnych regulacji w tym zakresie, niektóre kraje wprowadzają własne rozwiązania. Niemcy pracują nad prawem, które zobowiąże firmy do ujawniania różnic płacowych. Natomiast Islandia jako pierwszy kraj na świecie lukę w wynagrodzeniach uznaje za przestępstwo.

– Różnice w wynagradzaniu kobiet i mężczyzn to problem, na który Unia Europejska zwraca uwagę już od dłuższego czasu. Znane są wytyczne dotyczące niwelowania luki płacowej, ale nadal brakuje odpowiednich rozwiązań prawnych w tym zakresie. Można się jednak spodziewać, że niedługo się to zmieni. Islandia dała fantastyczny przykład tego, jak skutecznie poradzić sobie z luką płacową. Od początku roku obowiązuje tam prawo, które nierówne wynagradzanie kobiet i mężczyzn za analogiczną pracę, traktuje jak przestępstwo. Firmy, które stosują dyskryminację płacową narażają się na karę wynoszącą nawet do 500 dolarów dziennie – mówi Krzysztof Inglot, prezes zarządu Personnel Service.

Islandia przeciera szlaki do równości płacowej

Z danych Statistics Iceland wynika, że w Islandii w 2016 roku kobiety zarabiały średnio 16,1% mniej niż mężczyźni pracujący na analogicznych stanowiskach. Tak wysoki wskaźnik nierówności w wynagrodzeniach, który jest zbliżony do średniej w krajach Unii Europejskiej, zmobilizował lokalny rząd do wypracowania odpowiedniego rozwiązania systemowego, które ma rozwiązać problem. Od początku tego roku w Islandii obowiązuje prawo zobowiązujące firmy zatrudniające więcej niż 25 osób do uzyskania specjalnego certyfikatu, który potwierdza sprawiedliwą politykę płacową wśród kobiet i mężczyzn. Przedsiębiorstwa, które nie uzyskają takiego zaświadczenia, w świetle prawa popełnią przestępstwo i narażą się na kary finansowe.

Nad rozwiązaniem dotyczącym niwelowania luki płacowej pracują również Niemcy. Nie jest to zaskoczeniem biorąc pod uwagę, że z danych Federal Statistical Office (DeStatis) wynika, że luka płacowa w Niemczech w 2016 roku wyniosła aż 21% i była jedną z najwyższych w całej Unii Europejskiej. Zgodnie z nowym prawem, pracodawcy w Niemczech będą zmuszeni do ujawniania różnic płacowych w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn. Jednak inaczej niż w przypadku Islandii to prawo będzie obowiązywało tylko w firmach, które zatrudniają więcej niż 200 pracowników.

Rynek pracy w Polsce sprzyja kobietom

Nierówności w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn na polskim rynku pracy są stosunkowo niewielkie. Z ostatnich dostępnych danych Eurostatu wynika, że luka płacowa wynosi 7,7%, jest zatem zdecydowanie niższa niż średnia w Unii Europejskiej (16,7%). Jak wskazuje Krzysztof Inglot, obecnie kobietom na rynku pracy sprzyja deficyt kadrowy, z którym mamy do czynienia już od jakiegoś czasu.

– Duże zapotrzebowanie na pracowników powoduje, że kobiety i mężczyźni mają zapewniony równy start. Dodatkowo, nasz rynek pracy pod względem równości płac jest dosyć dojrzały. Pracodawcy zdają sobie sprawę, że nie liczy się płeć pracownika, tylko jego kompetencje – mówi Krzysztof Inglot.

W dłuższej perspektywie na wyrównywanie płac kobiet i mężczyzn wpłynie również większa automatyzacja i robotyzacja pracy.

 

Według Eurostatu w ciągu 12 miesięcy ceny mieszkań w Czechach czy Irlandii zdrożały aż o 12%,  a w Portugalii, na Węgrzech czy w Holandii o 10%. W naszym kraju natomiast wzrosły tylko o 3,7%, co jest jednym z najsłabszych wyników w UE. Jeszcze większe różnice w zakresie cen w Polsce i innych państwach widać patrząc na dłuższy okres. Expander tłumaczy z czego wynika względna stabilność cen w naszym kraju i podpowiada co może nas czekać w przyszłości.

W Polsce ceny mieszkań w ostatnich latach były dość stabilne. Dopiero w ostatnim czasie odnotowano pewne wzrosty. Według Eurostatu ceny w III kw. 2017 r. były o 3,7% wyższe niż przed rokiem. Oczywiście pojawiły się też przypadki miast w których wzrosty były znacznie większe. Dla przykładu wg. NBP aż o ok. 10% wzrosły one na rynku wtórnym w Trójmieście, Łodzi czy Wrocławiu, ale to wyjątki. Tymczasem w większości krajów Unii ceny rosną szybciej niż u nas. Wśród analizowanych 31 krajów zajmujemy dopiero 26 miejsce, co jest bardzo dobrą informacją dla osób planujących zakup mieszkania. Co ciekawe mimo, że części krajów ceny rosną w tempie ponad 10% rocznie, to średnia dla całej Unii nie jest dużo wyższa od naszej, gdyż wynosi 4,6%. Dzieje się tak ponieważ zaniżają ją duże kraje tj. Włochy, Niemcy, Francja czy właśnie Polska.

Ogromne różnice w tym co dzieje się z cenami mieszkań w Polsce i innych krajach Unii, dostrzeżemy dopiero w danych dotyczących dłuższego okresu. Od początku 2010 r. ceny mieszkań w naszym kraju wzrosły zaledwie o 2%. To nawet mniej niż wspomniana już zmiana za ostatnie 12 miesięcy. Dzieje się tak, gdyż do 2013 r. ceny u nas spadały, a dopiero w kolejnych latach powoli zaczęły rosnąć. To sprawiło, że są niemal takie same jak w 2010 r.

W żadnym innym kraju Unii ceny nie są tak bardzo zbliżone do poziomu sprzed 8 lat jak u nas. Dla kupujących lepsza sytuacja jest jedynie w sześciu krajach, w których koszty zakupu mieszkania obniżyły się. Największe spadki dotyczą Hiszpanii (-16%) i Włoch (-15%). W omawianym okresie miały też miejsce niezwykłe wzrosty cen. Aż w sześciu krajach zanotowano skok o ponad 50%, najbardziej na Islandii (90%), w Estonii (78%) i w Szwecji (63%). Średnio dla całej Unii ceny wzrosły natomiast o 13%, czyli dużo mocniej niż w Polsce.

Dlaczego ceny w Polsce rosły wolniej niż w UE?                                            

Ceny mieszkań w Polsce dotychczas nie rosły zbyt szybko z kilku powodów. Po pierwsze, deweloperzy budowali rekordowo dużo mieszkań. Według Reas w ubiegłym roku w największych miastach sprzedano ich niemal 73 tysiące, czyli aż o 17% więcej niż w 2016 r.  Mimo to, po raz pierwszy od 2013 r. podaż nie była w stanie zaspokoić popytu. To jeden z powodów dlaczego ceny zaczęły ostatnio rosnąć. Wcześniej popyt był zaspokajany przez budowę nowych lokali. Nie bez znaczenia jest również to, że w poprzednich okresach płace rosły powoli, a w ostatnim czasie ich wzrost przyspieszył.

Warto też dodać, że mimo rekordowo niskich stóp procentowych do ubiegłego roku wartość udzielanych kredytów hipotecznych pozostawała stabilna (nie przekraczała 40 mld rocznie). Dopiero w 2017 r. nastąpił zauważalny wzrost zainteresowania. Działo się tak ponieważ stopy procentowe były co prawda niskie, ale zaostrzano wymogi kredytowe np. rósł wymagany wkład własny. Poza tym, wprowadzono podatek bankowy, który spowodował istotny wzrost marż, a więc ograniczył dostępność kredytów. Nie bez znaczenia były również zalecenia KNF w zakresie wyliczania przez banki kosztów utrzymania uwzględnianych przy liczeniu zdolności kredytowej. To wszystko sprawiło, że mimo niskich stóp procentowych, popyt na kredyt hipoteczny nie był szczególnie wysoki.

Co ciekawe stopy procentowe w Polsce wydają nam się nieduże, ale w wielu krajach UE są dużo niższe lub wręcz ujemne. Dla przykładu podczas, gdy w naszym kraju średnie oprocentowanie kredytu hipotecznego wynosi ok. 4,4%, to w Czechach zaledwie ok. 2%. Nie powinno więc dziwić, że tam ceny mieszkań wzrosły bardziej niż u nas.

Czy czekają nas większe wzrosty cen?

Wydaje się, że ceny mogą dalej rosnąć, ale zadziała też kilka czynników, które powinny sprawić, że tempo wzrostu nie będzie bardzo wysokie. Z jednej strony mamy bowiem bardzo dobrą sytuację na rynku pracy – niskie bezrobocie i coraz szybszy wzrost płac. To sprawia, że Polacy nie będą obawiali się zaciągać kredytów hipotecznych i że będzie ich na nie stać. Z drugiej strony na zmniejszenie popytu powinno zadziałać zakończenie programu „Mieszkanie dla młodych”. Zapotrzebowanie na mieszkania może też nieco ograniczyć przyspieszenie w programie „Mieszkanie Plus”, w którym będą oferowane lokale na wynajem z tzw. dojściem do własności. Poza tym, ku końcowi zbliża się okres rekordowo niskich stóp procentowych. W przyszłym roku prawdopodobnie zobaczymy już ich podwyżki. Oprócz tego, w 2017 r. deweloperzy dostali o 20% więcej pozwoleń na budowę i rozpoczęli o 23% więcej budów niż w 2016 r. To oznacza, że wysoki popyt powinna zaspokoić coraz większa podaż. W rezultacie ceny nie powinny rosnąć tak szybko jak w innych wspomnianych już krajach.

Ponad połowa dorosłych Europejczyków korzysta z bankowości internetowej. Polska jest poniżej średniej, ale z większą dynamiką wzrostu – wynika z danych Eurostatu

Jak poinformował europejski urząd statystyczny, 51 proc. dorosłych Europejczyków korzysta z bankowości internetowej. Udział ten stale rośnie i podwoił się od 2007 r., kiedy był równy 25 proc.

W Polsce wskaźnik ten w ciągu 10 lat wzrósł o 27 pkt proc. do poziomu 40 proc., oznacza to większą dynamikę niż średnia UE.

Z danych Eurostatu wynika, że bankowość internetowa jest szczególnie popularna wśród osób grupie wiekowej od 25 do 34 lat, w której 68 proc. osób korzysta z tej usługi.

Jak podano, korzystanie z bankowości internetowej zazwyczaj rośnie wraz z poziomem wykształcenia użytkownika. Podczas gdy tylko 24 proc. osób z niskim wykształceniem korzysta z bankowości elektronicznej, wśród osób z wyższym wykształceniem jest to 77 proc.

Porównanie państw członkowskich UE pokazało, że bankowość internetowa najczęściej stosowana jest w Danii, gdzie 90 proc. osób w wieku od 16 do 74 lat zadeklarowało korzystanie z tej usługi, w Holandii odsetek ten wyniósł 89 proc., w Finlandii 87 proc. a w Szwecji – 86 proc.

Najniższy odsetek odnotowano w Bułgarii (5 proc.) i Rumunii (7 proc.). Ponadto mniej niż 30 proc. osób w wieku od 16 do 74 lat korzysta z bankowości internetowej w Grecji (25 proc.) i na Cyprze (28 proc.).

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

Czy po Brexicie Wspólnotę opuści kolejne państwo? Sondaże przed planowanymi na początek marca wyborami we Włoszech dają szanse na zwycięstwo eurosceptycznej partii, co w połączeniu chłodnym nastawieniem Włochów do UE i słabą sytuacją gospodarczą kraju niesie ryzyko ożywionej dyskusji o „Italexicie”. 

Mijający rok upłynął na spekulacjach, czy po Brexicie – opuszczeniu Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię – Wspólnotę mogą czekać kolejne „exity”? Chociaż finalnie żadne państwo nie dołączyło do Zjednoczonego Królestwa, to zbliżające się wybory we Włoszech mogą podnieść temperaturę dyskusji o dezintegracji strefy euro czy nawet Unii Europejskiej.

Wyścig o najniższą pozycję z Grecją

Podstawowym problemem Włoch jest bardzo słaba gospodarka. W latach 2000-2016 jej realny (z uwzględnieniem inflacji) PKB na mieszkańca obniżył się o 5 proc. według danych Eurostatu. Strefa euro urosła w tym czasie o 12 proc., cała Unia o 18 proc. w Polsce wzrost wyniósł aż 75 proc.

Ciekawostką może być fakt, że rezultat Włoch jest gorszy nawet niż Grecji. Co prawda PKB na mieszkańca Hellady również spadło w badanym okresie, ale mniej niż w przypadku Italii –  niecałe 3 proc. Brak wzrostu gospodarczego od początku nowego millenium dodatkowo wiąże się ze wzrostem zadłużenia. Stosunek długu do PKB (dla całego kraju) zwiększył się ze 105 do 132 proc. PKB, a w całej UE gorzej pod tym względem wypada już tylko Grecja.

Nieefektywność włoskiego państwa bardzo dobrze potwierdzają także dane z rynku pracy. Współczynnik zatrudnienia dla populacji w wieku 15-64 lata wynosił 58,1 proc. w drugim kwartale 2017 r. To najniższy po Grecji (54 proc.) rezultat w UE, gdzie średnia wynosi 67,7 proc. Liderzy Wspólnoty – Szwecja czy Niemcy – osiągają wyniki ok. 77 oraz 75 proc.

Niewielkie są również szanse, by ta fatalna sytuacja gospodarcza Włoch uległa szybkiej poprawie. M.in. dlatego, że widać znaczne zaległości w budowaniu kapitału ludzkiego. Odsetek osób, które nie uczestniczą w edukacji, nie szkolą się oraz nie pracują (NEET) wynosi we Włoszech aż 30,7 proc. dla przedziału wiekowego 20-34 lata (ostatnie dane Eurostatu za 2016 r.). To gorszy rezultat niż w Grecji (30,5 proc.). Unijna średnia i wyniki Polski to ok. 18 proc., a rezultaty Szwecji czy Holandii są poniżej granicy 10 proc.

Dodatkowo, według publikacji Eurostatu, Włosi legitymują się najniższym w całej Unii odsetkiem osób z wyższym wykształceniem. W przedziale wieku 25-54 lata studia ukończyło tylko 19,4 proc. obywateli. Zaskakujący może być również fakt, że jest to nie tylko najgorszy wynik w UE, ale wyższym poziomem może pochwalić się Turcja (19,8 proc.) czy Macedonia (22,5 proc.).

Króluje unijny sceptycyzm

Bardzo słabe kilkanaście lat we włoskiej gospodarce łączy się z ograniczonym zaufaniem do Unii Europejskiej. Według jesiennego Eurobarometru, cyklicznego badania nastrojów przeprowadzonego przez Komisję Europejską, tylko 29 proc. ankietowanych Włochów uważa, że ich głos liczy się we Unii. To co prawda więcej niż w Grecji (22 proc.), ale już mniej niż Wielkiej Brytanii (33 proc.), która przecież opuszcza UE. Warto natomiast pamiętać, że Włochy były jednym z sześciu państw, które założyły Wspólnotę (początkowo Węgla oraz Stali).

Dane Eurobarometru bardzo dobrze pokazują także nastroje gospodarcze Włochów i ich spojrzenie na Unię. Najgorzej ze wszystkich badanych państw oceniają oni sytuację ekonomiczną UE. Aż 58 proc. uważa że jest ona obecnie zła. Nawet w Grecji ta ocena jest bardziej optymistyczna (52 proc.). W Polsce tylko 19 proc. ankietowanych sądzi, że gospodarka UE jest w złym stanie.

Mieszkańcy Italii, w najmniejszym stopniu z całej UE, popierają wolność przemieszczania się pracy czy uczenia się we Wspólnocie (za jest 68 proc. ankietowanych). Wśród wszystkich krajów strefy euro najmniejsze poparcie dla wspólnej waluty wyrażają właśnie Włosi (59 proc.). Oni także, prócz Greków, w najmniejszym stopniu z 28 ankietowanych przez KE państw czują się obywatelami Unii (54 proc.). Nawet w opuszczającej Wspólnotę Wielkiej Brytanii ten odsetek jest większy i wynosi 55 proc. W Polsce jest to 77 proc. Ważniejszy jednak jest fakt, że w Hiszpanii czy Portugalii jest to ponad 80 proc., a przecież ostatni kryzys gospodarczy dotkliwie przechodził cały Półwysep Iberyjski. Badania Eurobarometru mogą świadczyć o tym, że Włosi własne niepowodzenia tłumaczą w znacznej części uczestnictwem w Unii, a nie krajowym zaniedbaniami.

Marcowe wybory wielką niewiadomą

We włoskiej polityce od dawna brakuje stabilizacji. Od zakończenia II wojny światowej mniej więcej co rok zmieniał się rząd. Zwykle jednak były to albo lewicowo, albo prawicowo-centrowe koalicje. Najbliższe wybory za niecałe trzy miesiące (4 bądź 11 marca) mogą jednak pokazać zupełnie inny obraz Włoch.

W sondażach prowadzi obecnie eurosceptyczny Ruch Pięciu Gwiazd z 27-28 proc. poparcia. Ma on przewagę mniej więcej 3-4 pkt proc. nad tworzącą teraz rząd Partią Demokratyczną. Praktycznie łeb w łeb idą legitymujące się ok. 15 proc. poparciem eurosceptyczna Liga Północna oraz centroprawicowa Forza Italia Silvio Berlusconiego.

Chociaż istnieje spore ryzyko przejęcia władzy przez eurosceptyków, to jednak rynek na razie jest dość spokojny. Wynika to z faktu, że liderujący w sondażach Ruch Pięciu Gwiazd wyklucza wchodzenie w koalicję. Liga Północna natomiast może dołączyć koalicji z Forza Italia. Dodatkowo niedawno została zmieniona ordynacja wyborcza, która raczej sprzyja ugrupowaniom o ugruntowanej pozycji.

Warto jednak zauważyć, że podzielonemu parlamentowi w ogóle może być trudno utworzyć rząd. Wtedy ryzyko negatywnego scenariusza wyraźnie wzrośnie. Negocjacje wokół utworzenia wielkiej koalicji lewicowo-prawicowej mogą toczyć się miesiącami, a wcale nie musi ona długo przetrwać. Kolejne wybory, biorąc pod uwagę badania Eurostatu, mogą jeszcze bardziej wzmocnić eurosceptyczne nastroje i zwiększyć poparcie dla reprezentujących ten pogląd ugrupowań. W tym momencie będzie już wystarczająco duże zagrożenie, by rynki zaczęły spekulować o Italexicie – opuszczeniu strefy euro bądź nawet UE przez Włochy.

 

autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

 

 

 

 

Już w 2025 r. 4 na 10 Polaków będzie miało ponad 50 lat. Z kolei w 2050 r. 1/3 społeczeństwa będzie mieć więcej niż 65 lat. W dobie starzenia się populacji, seniorzy, nazywani także pokoleniem Silver będą stanowić ważną grupę zawodową. Wymusza to na pracodawcach obowiązek zadbania o potrzeby starszej generacji pracowników, a te nie są mniejsze niż potrzeby Millenialsów czy Zetek. Zachowanie work-life balance, by móc łączyć pracę z rozwijaniem nowych zainteresowań, podnoszeniem kompetencji, opieką nad wnukami czy chęć pracy według elastycznego grafiku to coraz częściej wymieniane przez pracowników 50+ potrzeby.

 Senior znaczy aktywny

Polacy nie tylko coraz dłużej żyją, ale także znacznie dłużej pozostają aktywni zawodowo i prywatnie. Jak podaje GUS, bezrobocie w grupie wiekowej 55-64 lat na koniec 2016 roku wynosiło tylko 4,3 proc. Każde następujące po sobie pokolenie seniorów będzie się starzeć w zupełnie inny sposób, znacznie dłużej pozostając aktywnym zawodowo, a co za tym idzie – będzie miało inne potrzeby i wymagania związane między innymi z wykonywaną pracą.

Jak szacują eksperci NBP, w nadchodzących latach polski rynek pracy będzie borykał się z luką kadrową, którą mogą zapełnić m.in. seniorzy. Już teraz pracodawcy widzą potrzebę zatrudniania osób starszych. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Work Service, na początku 2016 r. 76 proc. firm zatrudniało pracowników w wieku 50+. Obecnie jest to już aż 86 proc. i wiele wskazuje na to, że ta liczba będzie wzrastać. 27 proc. firm zapowiada, że na przestrzeni 12 miesięcy będzie zwiększać zatrudnienie w tej grupie wiekowej. Co więcej, jak podaje Eurostat, w ciągu dekady odsetek zatrudnionych seniorów zwiększył się w naszym kraju z 28,5 proc. do 47,4 proc. Pod względem dynamiki wzrostu daje to Polsce 2. miejsce wśród innych państw Unii Europejskiej.

 Powyższe statystyki motywują coraz większą grupę pracodawców do przyjrzenia się potrzebom pracowników z grupy wiekowej 50+.

– Wiele się mówi o wymaganiach i potrzebach pracowników z pokolenia Y. Tymczasem, jak pokazują najnowsze analizy na temat demografii, firmy nie powinny zapominać o potrzebach starszego pokolenia. Osoby w wieku 50+ już teraz są ważną grupą pracujących, a za dziesięć, dwadzieścia lat ich rola dodatkowo wzrośnie. Dlatego też, przy współpracy z ABSL przygotowujemy raport na temat potrzeb i wymagań pracowników biurowych 50+, który pozwoli lepiej przygotować miejsce pracy do oczekiwań tej grupy zawodowej – mówi Filip Szklarz, Smart Workplace Consultant, Mikomax Smart Office.

Praca na elastycznych warunkach

Wśród wielu rozwiązań, z których mogą skorzystać pracodawcy, by nadążyć za zmianami na rynku pracy jest smart working, czyli model pracy, który dopasowuje się do potrzeb pracowników różnych generacji. Zakłada m.in. ewaluację zatrudnionego nie przez pryzmat godzin spędzonych w biurze, ale osiągniętych efektów. To z kolei otwiera drogę do umożliwienia pracownikom wykonywania części obowiązków poza biurem, np. w zaciszu domowym. Pracy zdalnej sprzyja obecnie rozwój nowoczesnych technologii, a także takie miejsca jak przestrzenie co-workingowe, które mogą stanowić alternatywę dla biur bardziej tradycyjnych.

Założenia smart workingu doskonale wpisują się w wymagania osób po 50. roku życia, które są gotowe pozostać dłużej na rynku pracy, ale na własnych warunkach. Z danych Hays Poland wynika, że wśród dodatkowych korzyści, którą chcę zyskać pracownicy w wieku 50+ w zamian za przesunięcie w czasie momentu przejścia na emeryturę, na pierwszym miejscu pojawia się praca elastyczna, czyli taka, która nie zakłada konieczności spędzania całego dnia pracy za biurkiem.

­­– Mimo że o zaletach płynących z większej elastyczności w miejscu pracy najwięcej mówi się zazwyczaj w kontekście młodszej generacji pracowników, to smart working daje także wiele korzyści pokoleniu Silver. Najważniejsza z nich to zachowanie równowagi między pracą a sferą prywatną. To, że osoby po 50. roku życia zazwyczaj nie są już ograniczone obowiązkami domowymi w takim stopniu jak 30-latkowie, nie znaczy, że chcą poświęcić swój wolny czas obowiązkom zawodowym. Wręcz przeciwnie, dla wielu z nich to pierwszy moment w życiu, kiedy mogą zająć się w pełni rozwijaniem własnych pasji, czy nauką nowych rzeczy. Smart working daje pracownikom większą autonomię w zakresie organizacji pracy. Z doświadczenia firm, z którymi współpracował Mikomax Smart Office wynika, że taką samodzielność bardzo cenią sobie także osoby z pokolenia Silver. Co więcej, jak pokazują wyniki naszego raportu ‘Smart Working Guidebook for Poland’, na wdrożeniu smart workingu korzysta także druga strona, czyli pracodawcy. Ci, którzy postawili na takie rozwiązanie, zaobserwowali wzrost zaangażowania pracowników w wykonywanie obowiązków, co przyczyniło się do ogólnego wzrostu ich efektywności oraz kreatywności – zaznacza Zuzanna Mikołajczyk, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu, Członek Zarządu Mikomax Smart Office.

 

Od początku roku było 673 przypadków niewypłacalności przedsiębiorstw wobec 589 w ciągu trzech kwartałów 2016 r, co oznacza 14 procentowy wzrost – wynika z danych opublikowanych w Monitorach Sądowych i Gospodarczych. Spośród wielu przyczyn niewypłacalności wyłania się jedna konkluzja firmy za mało zarabiają.

Na 9 miesięcy od początku roku z mniejszą liczbą opublikowanych niewypłacalności mieliśmy do czynienia tylko w maju i wrześniu, stąd 14% wzrost ich liczby po trzech kwartałach w stosunku do roku ubiegłego. W efekcie tego w trzecim kwartale opublikowano w Monitorach Sądowych informacje o niewypłacalności aż 255 polskich firm – najwięcej od 5 lat (od końca 2012 roku – wtedy w IV kw. było to 260 firm). Spodziewamy się, że do końca roku tempo wzrostu liczby niewypłacalności polskich firm nadal będzie dwucyfrowe. Za wcześnie jeszcze na pozytywne efekty dla finansów firm z powodu wzrostu cen produkcji sprzedanej, sygnalizowanego ostatnio m.in. przez Eurostat (w naszym kraju w sierpniu jeden z najwyższych w Europie – 4,5% r/r).

– Firmy produkcyjne (a ostatnio także budowlane) musiały w końcu podnieść ceny, gdyż w ciągu ostatnich kwartałów skumulował się wzrost ponoszonych przez nie kosztów – cen pracy (od kilku do kilkunastu procent w zależności od województwa) i materiałów – zauważa Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiadający za ocenę ryzyka. – Czy to wpłynie na trwałe podniesienie rentowności, a w ślad za tym – zmniejszenie liczby niewypłacalności polskich producentów? To zależy, na ile wzrost cen będzie akceptowany przez rynek – trzeba więc obserwować poziom zamówień… Jest to też efekt wyczerpywania możliwości łatwego zwiększania skali produkcji bez istotnych inwestycji. Ale nawet jeśli w części przypadków zamówienia spadną, to bardziej istotny od obrotu będzie zysk, który może wzrosnąć (liczy się przecież nie wolumen, ale rentowność obrotu). Firmy maja w pierwszej kolejności zarabiać, a nie sprzedawać.

Spośród wielu przyczyn niewypłacalności wyłania się jedna konkluzja… firmy za mało zarabiają (kwestia rentowności obrotu, finansowania działalności, przepływu środków).

Skąd tak duże zróżnicowanie pomiędzy województwami – w jednych wyraźny jest znaczny wzrost liczby niewypłacalności, a w innych jej spadek? Gdy zestawimy sektory, które stały za wyraźnym spadkiem lub wzrostem r/r niewypłacalności w poszczególnych regionach kraju, to zarówno w jednym jak i drugim przypadku są te same branże: budownictwo (wyraźna poprawa w 4, a pogorszenie w 6 województwach), handel (analogicznie lepiej w tym sektorze było w 7, a gorzej w 8 województwach), produkcja (tutaj poprawa w 3 a pogorszenie w 4 regionach)… Z jednym wyjątkiem – usługi, gdzie poprawa miała miejsce jedynie w Wielkopolsce (a drastycznie wzrosła liczba takich niewypłacalności na Mazowszu – o +19 przypadków r/r). Nie jest to jednak sektor odpowiedzialny za cały wzrost niewypłacalności, w innych województwach wzrosty liczby tych zdarzeń miały miejsce głównie w budownictwie (zachodniopomorskie +11 r/r czy warmińsko-mazurskie +6 r/r) jak i w produkcji (opolskie +7 r/r), a na Pomorzu rozłożyły się niemal równo pomiędzy wszystkie branże.

Skoro nie ma jasnej mapy branż ewidentnie stojącymi za niewypłacalnościami, to może wspólne, łatwe do zidentyfikowania są przyczyny tego trendu? Tutaj też jest wiele tropów, nierzadko sprzecznych – chociażby w budownictwie. Niewypłacalności następowały w nim z powody utraty rynku, braku zleceń albo… właśnie realizacji tychże zleceń, ale przy niskiej ich rentowności. Obserwować można było całe spektrum przyczyn problemów firm – popytowe (brak zleceń, duża konkurencja – stagnacja cen przy wzroście kosztów), finansowe (krótkoterminowe finansowanie, słaba akumulacja środków własnych), prawno-podatkowe (zmiana prawa naprawczego – domino postępowań restrukturyzacyjnych, luki w przepisach; obciążanie firm odpowiedzialnością za błędy lub wyłudzenia nawet odległych w ich łańcuchu dostaw kontrahentów).

– O ile w przypadku konkretnych firm łatwo zidentyfikować ich problemy lub przyczyny niewypłacalności, to jednoznaczna obecnie diagnoza w skali całego kraju nie jest łatwa. Nie stoi za tym prosty schemat podażowo-popytowy, a przy tym sytuacja dynamicznie się zmienia. Jak zatem podsumować trzy kwartały 2017 roku w temacie niewypłacalności polskich przedsiębiorstw – które wzrosły w tym czasie w tempie 14% r/r? Przy wielu przyczynach wzrostu niewypłacalności, konkluzja natury ogólnej jest taka, że nie ma jednoznacznie pewnych lub zagrożonych branż czy regionów. Najbardziej prozaiczne i wspólne dla tych wszystkich przyczyn jest to, iż firmy za mało zarabiają – mówi Tomasz Starus.

Wszystkie oczy skierowane na budownictwo – sezon budowlany nie wpłynął (jeszcze) na trwałą poprawę sytuacji.

Budownictwo – rok do roku po trzech kwartałach niewypłacalności w nim jest więcej, a sam wrzesień wiosny jeszcze nie czyni (14 niewypłacalności wobec 16 przed rokiem)… Chronologia jego problemów w poszczególnych kwartałach wyglądała następująco: w pierwszym opublikowano informacje o niewypłacalności 43 firm budowlanych (wykonawczych), w drugim 30, a w trzecim – 50. Czyli trudno mówić o trendzie spadkowym na skutek narastania zleceń wraz z rozwojem sezonu budowlanego. Nic takiego nie miało miejsca – może jest jeszcze na to za wcześnie?

Na przykładzie września potwierdzają się trendy z ostatnich miesięcy: publikowane ostatnio przypadki niewypłacalności firm budowlanych dotyczyły głównie firm ogólnobudowlanych, rzadkie w tym gronie są przypadki firm wyspecjalizowanych w konkretnych pracach (we wrześniu – dwa przypadku, które ponadto odnosiły się do małych firm). Problemy miały głównie firmy ogólnobudowlane. Charakterystyczne dla części z nich były bardzo duże wahania przychodów w ostatnich latach – gwałtowny spadek z 25 na 3 mln zł w skali roku, albo gwałtowny ich wzrost i nagłe załamanie np. rok po roku 2/26/74 mln zł, a mimo to firma upadła. Wyodrębnić można dwa scenariusze problemów w budownictwie – pierwszy to spadek obrotów, brak zleceń przy utrzymywaniu rentowności sprzedaży na poziomie od kilkunastu do kilkudziesięciu procent (40%), a drugi to realizacja zleceń, ale przy osiąganej rentowności sprzedaży w ostatnich latach zazwyczaj na poziomie poniżej 1%.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Jak poradzić sobie na rynku pracy w innym kraju?  Najlepiej zacząć od napisania CV spełniającego wymogi zagranicznego pracodawcy. Potem należy poznać warunki zatrudnienia, koszty życia i kulturę pracy za granicą.

1. Poszukiwanie pracy za granicą

Myśl o tym, jak szukać pracy za granicą, jest kolejną, która pojawia się po decyzji o wyjeździe. Proces poszukiwania pracy za granicą przez Polaków jest lustrzanym odbiciem tego, jak cudzoziemcy szukają pracy u nas. Najskuteczniejsze są serwisy internetowe z ogłoszeniami o pracę. Aż 68 proc. cudzoziemców w ten sposób szukało pracy, a 35 proc. faktycznie tak znalazło zatrudnienie. Dość skuteczne okazały się również biznesowe portale i agencje pośrednictwa, a dopiero w dalszej kolejności media społecznościowe. W przypadku Polaków, którzy często mają już bliskich w krajach europejskich – ważną rolę w poszukiwaniu pracy za granicą odegrać może również rodzina i znajomi.

2. Aplikowanie i pozwolenia na pracę

Osoby z Polski chcące pracować w innych krajach Unii Europejskich nie potrzebują specjalnych pozwoleń na pracę. Jednak już Wielkiej Brytanii pracodawcy wymagają kompletu dokumentów, np. National Insurance Number, który można wyrobić po przyjeździe do Wielkiej Brytanii. Posiadanie takiego numeru pozwala na odprowadzanie podatków i płacenie składek ubezpieczeniowych. Poza tym wymagane jest potwierdzenie miejsca zamieszkania. Może to być rachunek za prąd, wodę czy umowa najmu.

– Koniecznie należy zapoznać się z zasadami pisania CV  Przykładowo  w Wielkiej Brytanii bardzo źle odbierane są dokumenty aplikacyjne ze zdjęciem. Z kolei ważne są rekomendacje. Chcąc udokumentować znajomość języka obcego, należy posługiwać się opisem poziomów według skali Rady Europy. Są to poziomy: A1, A2, B1, B2, C1, C2. Trzymając się tych zasad, poszukiwania pracy za granicą będą bardziej efektywne – radzi Joanna Żukowska, ekspertka międzynarodowego serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl.

3. Umowa i jej konsekwencje

Warto pamiętać, że umowa z zagranicznym pracodawcą zawierana jest w języku obowiązującym w danym kraju, a także na zasadach podlegających tamtejszemu prawu pracy. To oznacza, że przed podpisaniem umowy warto poznać swoje prawa np. ustawową liczbę godzin pracy, dni urlopu czy zasady udzielania urlopu macierzyńskiego.

– A godziny pracy to także kwestia, której należy się przyjrzeć przed wyjazdem. Z badań Eurostatu wynika, że najdłużej przesiadującym w pracy narodem są Islandczycy (45,1 godz. tygodniowo), dalej Grecy (44,5 godz.) oraz Austriacy (42,9 godz.). Polacy przebywają w pracy przeciętnie 42,2 godz. Mniej czasu w biurze spędzają natomiast Niemcy, Hiszpanie czy Belgowie (po 41,4 godz.) – wylicza Żukowska.

4. Podatki

Przed wyjazdem należy zapoznać się z tematyką podatków w danym kraju i tym, czy będziemy musieli mimo migracji, płacić je także w Polsce. Okazuje się, że osoby, które zdecydują się na stałą migrację, mogą płacić podatki jedynie za granicą, zgodnie z panującymi w danym kraju przepisami. Podwójne opodatkowanie obowiązuje zaś m.in. osoby, które wyjeżdżają z Polski tylko czasowo, czyli do dwóch lat. Wówczas taki pracownik podlega systemowi ubezpieczeń w Polsce, ale podatek od dochodu uzyskany w czasie wyjazdu, może być opłacony za granicą. Podatki tylko w Polsce będą zaś płacić osoby, które pracują za granicą mniej niż sześć miesięcy w roku, a także te, które do pracy deleguje polska firma.

5. Obyczaje

Do międzynarodowego środowiska pracy przenikają także kwestie obyczajowe i to, „co wypada i nie wypada”. We Włoszech bardzo szybko pracownicy i szefowie skracają dystans – inicjatywa może wyjść zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Naturalnym staje się wnoszenie domowych spraw (chociażby opowiadanie o dzieciach) do firmy. W Niemczech czy w Wielkiej Brytanii taka otwartość jest raczej niespotykana. Bywa, że niezrozumienie obyczajów prowadzi do nieporozumień. Szukając pracy za granicą, warto porozmawiać o obyczajach panujących w wybranym kraju z osobą, która od jakiegoś czasu funkcjonuje w danym kręgu kulturowym.

6. Uporządkowanie spraw w kraju

Podjęcie pracy za granicą otwiera nie tylko możliwości, ale oznacza też zobowiązania. Tymczasem często dość szybko okazuje się, że łatwo, przez nieuwagę, pozostawić wiele niedomkniętych spraw w Polsce. Dlatego bardzo ważne, aby przed wyjazdem z kraju upoważnić bliską osobę do reprezentowania nas we wspólnocie mieszkaniowej, w urzędach czy w bankach. Odpowiednio sformułowany akt notarialny posiada zapis, że pełnomocnik może nas reprezentować w dobrej wierze i nie może np. w naszym imieniu zaciągać kredytów. Posiadanie zaufanego pełnomocnika pozwala skupić się na pracy za granicą.

Pamiętajmy, że zagraniczne doświadczenie w CV, to atut nie balast. To możliwości, a nie ryzyko. Jest warunek: dobre przygotowanie i pewność, że nadszedł nasz czas na wyjazd. Spełniając go, nie trzeba obawiać się pracy za granicą.

 

 

Wypowiedź: Joanna Żukowska, ekspertka międzynarodowego serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl.

Fundusz Ubezpieczeń Społecznych ma zakończyć 2017 r. nadwyżką w wysokości 38,1 mld zł – podał Eurostat w październikowym „Reporting of Government Deficits and Debt Levels”.

W danych przekazanych we wrześniu br. przez Ministerstwo Finansów Eurostatowi w ramach sprawozdania dotyczącego planowanego w 2017 r. deficytu finansów publicznych znalazła się informacja o tym, że Fundusz Ubezpieczeń Społecznych zakończy bieżący rok nadwyżką w wysokości 38,1 mld zł. Podobna wartość nadwyżki (37 mld zł) znajdowała się w danych przekazanych przez MF Eurostatowi w pierwszej połowie roku.

Pierwsze spojrzenie to zaskoczenie. Jednak należy przypomnieć, że jest to efekt umorzenia części pożyczek udzielonych Funduszowi Ubezpieczeń Społecznych (39,15 mld zł) z budżetu państwa w latach 2009-2014, których spłata przypada na 2017 r. Jako że FUS nie ma z czego spłacić tych zobowiązań, już w ustawach okołobudżetowych na 2017 r. przyjętych w 2016 r. umorzenie to zostało zapisane. Na szczęście nie wpływa ono na wynik finansów sektora instytucji rządowych i samorządowych, zmienia tylko jego podmiotową strukturę – w większym stopniu na deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych (wg ESA2010) wpływa wynik budżetu państwa, ale równoważy to dodatni stan finansów FUS.

Nie ma jak przepływ „żywej gotówki” w jedną stronę, a potem oddawanie przez umarzanie zobowiązań. Na szczęście Ministerstwo Finansów w 2015 r. podjęło decyzję, że koniec z taką „zabawą” i ZUS musi zaspakajać swoje potrzeby finansowe na rynku.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych w 2016 r. wyniósł 2,4 proc. PKB wobec 2,6 proc. PKB w 2015 r., 3,5 proc. PKB w 2014 r. i 4,1 proc. PKB w 2013 r. – podał w poniedziałek we wstępnej informacji Główny Urząd Statystyczny.

Zgodnie z komunikatem dług sektora finansów publicznych wyniósł w 2016 r. 54,4 proc. PKB. wobec 51,1 proc. PKB na koniec 2015 r., 50,2 proc. PKB w roku 2014 i 55,7 proc. PKB w 2013 r. Urząd poinformował, że dane o relacji deficytu i długu do PKB prezes GUS przesłał do Komisji Europejskiej (Eurostatu) jako tzw. notyfikację fiskalną.

Urząd statystyczny wyjaśnił, że dane mają charakter wstępny i mogą się zmienić. Komunikat w sprawie deficytu i długu sektora instytucji rządowych i samorządowych zawierający dane zweryfikowane przez Komisję Europejską (Eurostat) zostanie opublikowany 21 kwietnia 2017 r.

Jednocześnie GUS opublikuje szacunek PKB za lata 2015-2016. Wyjaśniono, że dane zostały opracowane zgodnie z metodyką Europejskiego Systemu Rachunków Narodowych i Regionalnych w Unii Europejskiej (ESA2010). Uwzględniono przy tym najnowsze (z 27 marca 2017) wytyczne Eurostatu dotyczące rejestracji dochodów ze sprzedaży licencji czy zezwoleń na użytkowanie częstotliwości telefonii komórkowej i innych tzw. aktywów nieprodukowanych.

„Wpłynęło to na wartości deficytu we wszystkich latach objętych notyfikacją, a na relację deficytu do PKB tylko w roku 2014” – zastrzegł GUS. Pod koniec stycznia br. wiceminister finansów Leszek Skiba informował, że zgodnie z wyliczeniami resortu finansów deficyt sektora finansów publicznych w 2016 roku wyniósł 2,8-2,9 proc. PKB.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

W 4. kwartale 2016 r. PKB (wyrównany sezonowo) w krajach UE28 wzrósł r/r o 1,9 proc., a w krajach strefy euro o 1,7 proc. W Polsce ten wzrost wyniósł 3,1 proc. – podał Eurostat.

Eurostat podał dane dotyczące wzrostu gospodarczego w krajach UE28 i wszyscy wpadli w zachwyt. W 4. kwartale 2016 r. PKB w Polsce wzrosło w relacji do 4. kwartału 2015 r. o 3,1 proc., co daje nam 5. miejsce w UE28, po Rumunii (4,8 proc.), Słowenii (3,6 proc.), Chorwacji (3,5 proc.) oraz Bułgarii (3,4 proc.). A w stosunku do 3. kwartału 2016 r. wzrost PKB daje nam 2. miejsce w UE po Estonii.

Miejsca na podium się liczą, ale sportowcy gdy tylko z podium schodzą, myślą nie o fanfarach, które były ich udziałem przed chwilą, a ale o tym jak poprawiać wyniki i znajdować się ciągle na podium. I tu mamy z dobrym wynikiem polskiej gospodarki w 4. Kwartale 2016 r. problem. W krajach UE 28 na wzrost PKB w 4. kwartale 2016 r. pracowała nie tylko konsumpcja, ale także inwestycje, które wzrosły o 0,9 proc. r/r. Tymczasem w Polsce inwestycje w 4. kwartale 2016 r. były r/r o 6,4 proc. niższe niż w 4. kwartale 2015 r. (dane odsezonowane).

Nasz wzrost bazował na konsumpcji i … zapasach. W EU28 na konsumpcji i inwestycjach. A to ogromna różnica z punktu widzenia zdolności do poprawiania wyników i bycia ciągle w czołówce najdynamiczniej rozwijających się gospodarek w Europie. Przedsiębiorstwa działające w Polsce potencjał ku temu mają. Ale rząd i politycy tak ich wystraszyli w 2016 r., że obawy zmniejszyły skłonność firm do inwestycji. Bez inwestycji nie ma rozwoju, nie ma szans na utrzymanie zdolności do konkurowania, tak na własnym rynku, jak na rynkach zewnętrznych.

Badania nastrojów przedsiębiorców, które zostały zrealizowane na zlecenie Konfederacji Lewiatan pokazują, że w 2017 r. 54 proc. dużych firm planuje wzrost inwestycji, 41 proc. firm średnich i 33 proc. firm małych. Tylko tyle przedsiębiorstw. Tylko, bowiem jesteśmy po roku wstrzemięźliwości inwestycyjnej, mamy wysoki poziom wykorzystania mocy produkcyjnych, a cały rozwinięty świat inwestuje w cyfryzację i robotyzację. My teoretycznie też – rząd planuje rozbudowywać branżę motoryzacyjną tworząc spółkę, w której udziałowcami są 4 firmy z udziałem skarbu państwa, i której kapitał zakładowy wynosi 10 mln zł. Dla porównania – jeden z dużych, ale nie największych koncernów samochodowych zainwestował ok. 10 mld euro w konstrukcję własnej platformy modularnej, nowoczesnych silników. Jedna firma, 10 mld euro, a nie 10 mln zł.

Inwestycje w Polsce w branżę motoryzacyjną to naprawdę bardzo dobra decyzja. Jednak jej materializacja nie może bazować na wyjściowym finansowaniu na poziomie 10 mln zł dostarczanym przez podmioty, w których decyzje podejmują politycy i urzędnicy.

Jeśli tak chcemy pobudzać inwestycje, to utracimy nie tylko miejsce na podium, ale będziemy dobiegać do mety na ostatnich miejsca, z dużą zadyszką.

Autor: dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

 

W 4. kwartale 2016 r. PKB (wyrównany sezonowo) w krajach UE28 wzrósł r/r o 1,9 proc., a w krajach strefy euro o 1,7 proc.        W Polsce ten wzrost wyniósł 3,1 proc. – podał Eurostat.

Eurostat podał dane dotyczące wzrostu gospodarczego w krajach UE28 i wszyscy wpadli w zachwyt. W 4. kwartale 2016 r. PKB w Polsce wzrosło w relacji do 4. kwartału 2015 r. o 3,1 proc., co daje nam 5. miejsce w UE28, po Rumunii (4,8 proc.), Słowenii (3,6 proc.), Chorwacji (3,5 proc.) oraz Bułgarii (3,4 proc.). A w stosunku do 3. kwartału 2016 r. wzrost PKB daje nam 2. miejsce w UE po Estonii.

Miejsca na podium się liczą, ale sportowcy gdy tylko z podium schodzą, myślą nie o fanfarach, które były ich udziałem przed chwilą, a ale o tym jak poprawiać wyniki i znajdować się ciągle na podium. I tu mamy z dobrym wynikiem polskiej gospodarki w 4. Kwartale 2016 r. problem. W krajach UE 28 na wzrost PKB w 4. kwartale 2016 r. pracowała nie tylko konsumpcja, ale także inwestycje, które wzrosły o 0,9 proc. r/r. Tymczasem w Polsce inwestycje w 4. kwartale 2016 r. były r/r o 6,4 proc. niższe niż w 4. kwartale 2015 r. (dane odsezonowane). Nasz wzrost bazował na konsumpcji i … zapasach. W EU28 na konsumpcji i inwestycjach. A to ogromna różnica z punktu widzenia zdolności do poprawiania wyników i bycia ciągle w czołówce najdynamiczniej rozwijających się gospodarek w Europie. Przedsiębiorstwa działające w Polsce potencjał ku temu mają. Ale rząd i politycy tak ich wystraszyli w 2016 r., że obawy zmniejszyły skłonność firm do inwestycji. Bez inwestycji nie ma rozwoju, nie ma szans na utrzymanie zdolności do konkurowania, tak na własnym rynku, jak na rynkach zewnętrznych.

Badania nastrojów przedsiębiorców, które zostały zrealizowane na zlecenie Konfederacji Lewiatan pokazują, że w 2017 r. 54 proc. dużych firm planuje wzrost inwestycji, 41 proc. firm średnich i 33 proc. firm małych. Tylko tyle przedsiębiorstw. Tylko, bowiem jesteśmy po roku wstrzemięźliwości inwestycyjnej, mamy wysoki poziom wykorzystania mocy produkcyjnych, a cały rozwinięty świat inwestuje w cyfryzację i robotyzację. My teoretycznie też –  rząd planuje rozbudowywać branżę motoryzacyjną tworząc spółkę, w której udziałowcami są 4 firmy z udziałem skarbu państwa, i której kapitał zakładowy wynosi 10 mln zł. Dla porównania –  jeden z dużych, ale nie największych koncernów samochodowych zainwestował ok. 10 mld euro w konstrukcję własnej platformy modularnej, nowoczesnych silników. Jedna firma, 10 mld euro, a nie 10 mln zł.

Inwestycje w Polsce w branżę motoryzacyjną to naprawdę bardzo dobra decyzja. Jednak jej materializacja nie może bazować na wyjściowym finansowaniu na poziomie 10 mln zł dostarczanym przez podmioty, w których decyzje podejmują politycy i urzędnicy.

Jeśli tak chcemy pobudzać inwestycje, to utracimy nie tylko miejsce na podium, ale będziemy dobiegać do mety na ostatnich miejscach, z dużą zadyszką.

Autor: dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

 

Już od dłuższego czasu docierają do nas niepokojące informacje na temat kondycji polskiego sektora budowlanego. To właśnie słabe wyniki rodzimej „budowlanki” są jednym z czynników, które najmocniej wpłynęły na zmniejszenie tempa wzrostu PKB (2015 r. – 3,9%, 2016 r. – wstępnie 2,8%). W minionym roku znaczny spadek produkcji dotyczył zarówno budynków, jak i obiektów infrastruktury publicznej. Trzeba zwrócić uwagę, że Polska nie jest jedynym krajem UE, zmagającym się z budowlaną recesją. Bardzo podobne zjawisko możemy dostrzec nad Balatonem, a także u naszych południowych sąsiadów.

Niedawne wyniki dotyczące produkcji budowlanej były najgorsze od dziewięciu lat

Na stronie Europejskiego Urzędu Statystycznego (Eurostatu), możemy już znaleźć wyniki polskiej produkcji budowlanej z czterech kwartałów 2016 roku. Na samym początku lutego 2017 roku, podobne dane dla innych krajów nie były jeszcze dostępne. Informacje z Polski, które opublikowano jako pierwsze, na pewno nie są powodem do dumy. Jeśli za punkt wyjścia przyjmiemy dobre wyniki sprzed trzech lat (IV kw. 2013 r.), to po porównaniu informacji dla IV kw. 2016 r. okaże się, że ogólna wartość produkcji budowlanej spadła o 15%. Analogiczny spadek dla III kw. 2016 r. był jeszcze większy (19%). Trzeba zwrócić uwagę, że po bardzo słabym wyniku z III kw. 2016 r. (spadek o 21% względem IV kw. 2013 r.), wyraźnie poprawiła się wartość produkcji dotyczącej infrastruktury publicznej (np. torów kolejowych, dróg, mostów i sieci przesyłowych). Pod koniec minionego roku, mocno spadła natomiast produkcja związana z budynkami mieszkalnymi oraz niemieszkalnymi – dodaje Andrzej Prajsnar z portalu RynekPierwotny.pl. Ten wynik był o 25% niższy od porównywalnego wskaźnika sprzed trzech lat.

Trzeba również dodać, że ogólna wartość produkcji budowlanej (wyrównana sezonowo), w III kw. 2016 roku była najniższa od dziewięciu lat. Spadek aktywności inwestycyjnej współfinansowanej ze środków UE, na pewno jest jedną z przyczyn tak złych wyników. Opóźnienia związane z wykorzystaniem funduszy unijnych, mocno uderzają w krajową „budowlankę”, która przez ostatnie lata uzależniła się od takiego dodatkowego źródła finansowania.

Wpływ na wyniki branży budowlanej, miała również nowelizacja prawa zamówień publicznych. Zmiany prawne niestety skutkowały późniejszym ogłoszeniem wielu przetargów. Opisywane czynniki nie dotyczyły tylko specyficznej części „budowlanki”, jaką jest budownictwo mieszkaniowe. Spora aktywność deweloperów mieszkaniowych, na pewno poprawiła ogólne wyniki produkcji budowlanej z 2016 r.

 

 

Znaczny spadek produkcji w budownictwie notują też trzy inne „kraje Wyszehradu”

Dzięki danym Eurostatu, można łatwo porównać wyniki budownictwa z różnych krajów Starego Kontynentu. Te informacje wskazują, że nie tylko w Polsce „budowlanka” przeżywa okresowy kryzys. Podobna sytuacja dotyczy również sektora budowlanego z Czech, Słowacji i Węgier. Informacje dla trzech wymienionych krajów oraz Polski i Rumunii, zostały przedstawione na poniższym wykresie. Ciągła linia ilustruje zmiany ogólnej wartości produkcji budowlanej (I kw. 2005 r. = 100). Linią przerywaną zaznaczono wahania produkcji związanej z infrastrukturą publiczną.

Można zauważyć, że w czterech analizowanych państwach (Polska, Czechy, Słowacja, Węgry), spadki produkcji dotyczącej infrastruktury publicznej, „pociągnęły” w dół ogólne wyniki budownictwa. W zależności od kraju, negatywne zmiany rozpoczęły się latem albo jesienią 2015 roku – tłumaczy ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Odpornością na kryzys ostatnio wykazała się rumuńska „budowlanka”. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że w Rumunii spory spadek produkcji budowlanej miał miejsce nieco wcześniej (zobacz dane dla III i IV kw. 2013 r. oraz I kw. 2014 r.).

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Gospodarka w 2017 roku jest w dobrym stanie, priorytetem rządu będzie uszczelnianie systemu podatkowego, a w latach 2016 i 2017 nie przekroczymy deficytu 3 proc. PKB – mówili premier Beata Szydło, wicepremier Mateusz Morawiecki i minister Henryk Kowalczyk po poniedziałkowym spotkaniu.

Morawiecki zwracał także uwagę, że Komisja Europejska dostrzegła, iż Polska prowadzi politykę zrównoważonego rozwoju. Premier Beata Szydło – w ramach przeglądu resortów – spotkała się w poniedziałek z wicepremierem, ministrem rozwoju i finansów Mateuszem Morawieckim oraz ministrem, przewodniczącym Stałego Komitetu Rady Ministrów Henrykiem Kowalczykiem. Mówiła m.in., że głównym zadaniem Morawieckiego jest uszczelnienie systemu podatkowego, a Kowalczyk ma się zająć przede wszystkim nowymi zasadami nadzoru nad spółkami skarbu państwa.

Wicepremier Morawiecki był na konferencji po spotkaniu pytany, czy inna metodologia liczenia wielkości budżetowych stosowana przez Eurostat, w myśl której do dochodów budżetu nie wlicza się np. wpływów z LTE, wpłynie na wysokość deficytu. „Niezależnie od tego jak na koniec będzie, to nie przekroczymy deficytu 3 proc. w roku 2016., ani w roku 2017” – odpowiedział Morawiecki.

Dodał, że „chcemy powtarzalnych wpływów budżetowych, uczciwego płacenia podatku CIT, PIT, VAT i akcyzy”. „Na tym się przede wszystkim koncentrujemy, nie opieramy naszej filozofii finansowej na jednorazowych wpłatach” – zaznaczył wicepremier.

Przyznał zarazem, że metodologia liczenia naszego budżetu według Eurostatu jest różna od naszej wewnętrznej. „U nas jak wpływają pieniądze z NBP i LTE, to one redukują deficyt budżetowy państwa według naszej wewnątrzkrajowej metodologii. Natomiast według Komisji Europejskiej nie redukują. Stąd czasami te liczby tak dziwnie wyglądają. (…). W metodologii krajowej będzie to ok. 2 proc. deficytu, a w metodologii europejskiej będzie pewnie ok. 2,7 proc. Nie przekroczymy 3 proc. deficytu” – tłumaczył.

Morawiecki zwracał także uwagę na to, że zarówno Komisja Europejska jak i agencje ratingowe dostrzegły, iż Polska prowadzi politykę zrównoważonego rozwoju. „Komisja Europejska, a więc instytucja, która bardzo przygląda się temu wszystkiemu, co się dzieje w Polsce, w swoim raporcie (…) określiła, że nasza polityka teraz jest polityką zrównoważonego rozwoju. Jesteśmy zrównoważeni zarówno z punktu widzenia makro-, jak i mikroekonomicznego, zarówno z punktu widzenia społecznego, jak i gospodarczego. Bardzo się cieszę, że zostało to dostrzeżone, że zostało to dostrzeżone także przez agencje ratingowe” – powiedział wicepremier.

Również premier Beata Szydło mówiła po spotkaniu o dochodach budżetowych. Podkreślała, że rząd cały czas stawia przed sobą zadania, aby do budżetu państwa trafiało coraz więcej środków, bo przekłada się to na realizację projektów społecznych, na realizację projektów inwestycyjnych.

Podkreślała, że z wicepremierem Morawieckim rozmawiała m.in. o systemie podatkowym i jego uszczelnianiu. „To jest plan bardzo ambitny postawiony przed wicepremierem Morawieckim, jako to najważniejsze zadanie” – mówiła. „Uszczelnianie systemu polegające na tym, że stosujemy tutaj zarówno nowe zasady, nowe metody, wprowadzamy nowe rozwiązania, ale też kładziemy nacisk na lepszą skuteczność służb, które tym się zajmują” – wskazała.

„Chcemy, żeby tych środków z uszczelniania systemu wpływało jak najwięcej do budżetu państwa, bo przekłada się to na realizację projektów społecznych, na realizację projektów inwestycyjnych. Pokazujemy, że w Polsce jest wystarczająca ilość środków budżetowych, tylko trzeba je umiejętnie wydawać, trzeba je wydawać rozsądnie i przede wszystkim nie wolno ich marnować” – dodała.

„Interesują nas polskie rodziny. Jeżeli minister finansów może się przyczynić do tego, że te dochody będą się tam pojawiać właśnie z tych mafii vatowskich, z tych wielkich korporacji, które unikają za bardzo płacenia podatków, dla mnie to jest wielki honor praca w takim zespole pani premier Beaty Szydło i wielka radość też, że mogę się do tego przyczynić, że rosną dobrze wysokopłatne miejsca pracy” – mówił wicepremier Morawiecki.

Także Henryk Kowalczyk zapowiadał, że w tym roku rząd będzie zwracać szczególną uwagę na projekty, które mają uszczelniać system podatkowy, by „bardzo sprawnie przechodziły drogę legislacyjną w procesie rządowym i później skutecznie (…) przechodziły tę drogę sejmową”.

Źródło: www.kurier.pap.pl

Jak podaje Eurostat, Polska obok Włoch i Hiszpanii, zalazła się w europejskiej czołówce producentów warzyw i owoców w 2015 roku. Okazuje się, że w tej kategorii w Europie najwięcej produkuje się pomidorów i jabłek.

Z wyliczeń europejskiego urzędu statystycznego wynika, że pod uprawę owoców Unia Europejska przeznaczyła w 2015 roku 2,3 mln hektarów, natomiast warzywa były uprawiane łącznie na 2,1 mln hektarach. W kategorii uprawy owoców prym wiodą Hiszpania, a Włochy są liderem warzywnym.

Natomiast Polska nie ma sobie równych w produkcji najczęściej hodowanego owocu Europy, czyli jabłek. Co czwarte jabłko pochodzi z nad Wisły, podaje Eurostat. Polska jest też największym producentem owoców jagodowych, a także drugim krajem po Hiszpanii w produkcji truskawek. Warzywa też są naszą mocną stroną. Jesteśmy drugim w Unii producentem marchewek i ogórków, podsumowuje 2015 europejska agencja statystyczna.

źródło:
EUROSTAT
PAIiIZ

Z danych urzędu statystycznego Eurostat wynika, że w czerwcu bez pracy w strefie euro było 11,5 procent osób. To najniższy wynik od września 2012 roku i o 0,1 niższy niż w maju tego roku. Poziom bezrobocia w całej Wspólnocie wyniósł 10,2 procent.

W czerwcu pracy nie miało niewiele ponad 25 milionów obywateli Unii. Bezrobocie wśród młodzieży wyniosło 22 procent w całej Wspólnocie, co oznacza, że problem ten dotyczył ponad 5 milionów osób poniżej 25 roku życia. Najniższy poziom bezrobocia odnotowano w Austrii – 5 procent , następnie w Niemczech (5,1 procent) i na Malcie (5,6 procent) . Sytuacja w Grecji i w Hiszpanii ponownie była najgorsza. W tym ostatnim kraju bez pracy było 24,5 procent osób. W Polsce natomiast bezrobocie wynosiło 9,5 procent.

Eksperci

Ludwiczak: Majowe spowolnienie na rynku mieszkaniowym

Odczyty makroekonomiczne za maj 2018 r. można by uznać za bardzo dobre, gdyby nie spowolnienie na ry...

Przasnyski: Stopy procentowe niskie, ale kredyty drożeją

Rada Polityki Pieniężnej od ponad trzech lat utrzymuje stopy procentowe na rekordowo niskim poziomie...

Sawicki: Nowy tydzień, nowe szanse

Ubiegły tydzień inwestorzy zaczynali we wręcz szampańskich nastrojach, ale kończyli go w minorowych....

Lipka: Znów fatalne wieści dla frankowiczów

Za szwajcarską walutę trzeba płacić już ok. 3,70 zł, to ponad 20 gr więcej niż jeszcze miesiąc temu....

Bugaj: Pogarszające się inwestycyjne warunki

Po względnie stabilnym kwietniu drugi tydzień maja przyniósł dość zaskakującą poprawę koniunktury, k...

AKTUALNOŚCI

Czy rośnie skala wyłudzeń i nadużyć w sektorze finansowym?

W 2017 roku ataki hakerskie dotknęły połowy polskich instytucji finansowych, przynosząc wielomiliono...

Nowy podatek solidarnościowy dla najbogatszych oraz nowe obciążenie ZUS – co to oznacza w prakt

Na stronie internetowej Rządowego Centrum Legislacji opublikowano projekt ustawy wprowadzającej nową...

Letnie ożywienie w przemyśle i budownictwie

Czerwiec przyniósł wyraźnie wyższą dynamikę produkcji przemysłowej i budowlano-montażowej, potwierdz...

Na „Dostępność+” rząd przeznaczy 23,2 mld zł

Rada Ministrów przyjęła uchwałę w sprawie ustanowienia rządowego programu „Dostępność+” dla osób nie...

5 lipca Sejm przyjął ustawę o inwestycjach mieszkaniowych

Przedstawiony 15 marca bieżącego roku pierwszy projekt specustawy mieszkaniowej, wprowadzający rewol...