czwartek, Listopad 23, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "Europa"

Europa

Po ogłoszeniu nominacji na stanowisko szefa Fed, spodziewanej podwyżce stóp procentowych w USA i zaplanowanych na grudzień wyborach w Katalonii, w tym roku nie powinno się już zdarzyć nic, co znacząco wpłynie na sytuację makroekonomiczną na świecie. Końcówka 2017 roku to czas dla wzrostu akcji.

Sytuacja makroekonomiczna na świecie jest stabilna i nie powinno się to zmienić do końca roku. Po wyborze Jerome’a Powell’a na szefa amerykańskiej Rezerwy Federalnej i spodziewanej w grudniu podwyżce stóp procentowych, nie ma powodów do poważniejszych wahań nastrojów, zwłaszcza na rynkach rozwiniętych (Stany Zjednoczone i Europa). Nowy szef Fed jest uważany za osobę przyjazną Wall Street. Jego dotychczasowe poglądy na temat polityki monetarnej były zbliżone do stanowiska obecnej szefowej Komitetu Janet Yellen. W Europie, nawet  wybory w Katalonii zaplanowane na 21 grudnia, nie powinny mieć wpływu na rynki. Frakcje niepodległościowe osłabiły się i plany odłączenia od Hiszpanii są bardzo mało prawdopodobne.

Gospodarka Stanów Zjednoczonych od dłuższego czasu systematycznie rozwija się „liniowo”. Europa również wzrasta, choć zdarzają się jej drobne wahania. Kurs dolara rośnie, osłabia się natomiast euro. Jest to wynikiem m.in. polityki monetarnej prowadzonej przez Fed oraz Europejski Bank Centralny.

Optymistyczne prognozy dotyczą też Chin, które po ostatnim zjeździe rządzącej Komunistycznej Partii Chin i umocnieniu swojej władzy, mają plany zostać gospodarką stawiającą na jakość, a nie ilość. Państwo Środka chce być kojarzone nie z tanią siłą roboczą, ale z innowacjami. Mają temu pomóc inwestycje w badania i rozwój, co przełoży się na dokładanie przez Chiny większej wartości dodanej w procesie tworzenia dóbr i usług.

Wskaźniki makroekonomiczne są dobre, a globalne wskaźniki PMI bardzo wysokie. Eksperci Union Investment oceniają obecną sytuację na światowych rynkach na 4 w skali 1-5. Mamy teraz do czynienia z tzw. Goldilocks Environment, czyli optymalnym momentem w cyklu koniunkturalnym dla wzrostu akcji. Sprzyja temu niska inflacja i stopy procentowe oraz stabilny wzrost gospodarczy. To ważny sygnał dla inwestorów, którzy zastanawiają się, w jakich klasach aktywów lokować swoje środki.

 

 

Komentarz: Marek Straszak, doradca inwestycyjny w zespole asset allocation Union Investment TFI

Europejska ropa Brent jest najdroższa od ponad dwóch lat, cena przekroczyła 60 dolarów za baryłkę. Spadają również globalne zapasy tego surowca, a porozumienie producentów o ograniczeniu wydobycia może zostać przedłużone na cały 2018 rok. Paliwo na stacjach też podrożeje.

Napływające z rynku informacje sugerują, że kierowcy będą musieli sięgnąć głębiej do kieszeni. Od 20 października cena benzyny 95 na rynku ARA (Amsterdam – Rotterdam – Antwerpia) wzrosła o 11 gr i osiągnęła poziom 1,71 zł za litr. Brakuje 14 gr, by popularna bezołowiówka kosztowała najwięcej od lata 2015 r.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja z dieslem. W holenderskich oraz belgijskich rafineriach – po 9-groszowym wzroście w ciągu niespełna tygodnia – olej napędowy kosztuje 1,73 zł za litr i jest tylko 8 gr poniżej szczytów z lipca 2015 r.

Potentaci sugerują ograniczenie wydobycia

Całkiem niedawno, bo we wrześniu br., ceny paliw również gwałtownie rosły. Wtedy jednak podwyżki były następstwem huraganów, które nawiedziły Stany Zjednoczone i zaburzyły globalną produkcję. Tamte wydarzenia miały jednak charakter przejściowy. Tymczasem obecne wzrosty cen mogą utrzymać się przez wiele miesięcy.

W ostatni piątek, a także podczas minionego weekendu przedstawiciele Arabii Saudyjskiej sugerowali możliwość przedłużenia ograniczenia wydobycia do końca 2018 r. We wrześniu OPEC wydobywał o milion baryłek ropy naftowej dziennie mniej niż rok temu. Za przedłużeniem porozumienie opowiada się również Rosja, która dziennie produkuje o 200 tys. baryłek mniej niż we wrześniu 2016 r.

Mniejsze zapasy u progu zimy

Sugestie ze strony OPEC oraz Rosji doprowadziły do tego, że cena sprzedawanej m.in. w Europie ropy Brent przekroczyła 60 dolarów za baryłkę i osiągnęła najwyższe poziomy od ponad dwóch lat. Poza zmianami związanymi z podażą „czarnego złota” warto także zwrócić uwagę na popyt i zapasy, które są także niezwykle ważne dla cen. Według październikowego raportu Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) tempo wzrostu popytu w III kwartale wyhamowało z rekordowych 2,2 mln baryłek do 1,2 mln baryłek. Cały czas jednak IEA przewiduje, że wzrost globalnego zapotrzebowania na ropę naftową wyniesie średnio 1,6 mln baryłek (1,6 proc.) w tym roku oraz 1,4 mln baryłek (1,4 proc.) w przyszłym.

Po wielu kwartałach, w których rosły zapasy ropy oraz paliw, następują wyraźne spadki. Jeszcze w styczniu br. globalne rezerwy przekraczały 5-letnią średnią o 318 mln baryłek. Teraz, według IEA, są one o niemal połowę mniejsze (170 mln). Szczególnie niepokojąco wygląda sytuacja diesla. W Stanach Zjednoczonych jego zapasy spadły do najniższych poziomów od maja 2015 roku. Zwiększa to ryzyko, że jeżeli w sezonie zimowym Europę i USA nawiedzą temperatury poniżej wieloletnich średnich to diesel może rosnąć wyraźnie szybciej niż ropa naftowa ze względu na niskie zapasy i perspektywę gwałtownego wzrostu popytu.

Podrożeje diesel, podrożeje bezołowiowa

Kurczące się zapasy ropy naftowej oraz jej produktów przy ograniczeniu produkcji przez OPEC i Rosję zwiększają dodatkowo ryzyko, że przy jakichkolwiek problemach związanych z podażą (wydarzenia pogodowe czy geopolityczne) możemy spodziewać się gwałtownych wzrostów cen. Bufor bezpieczeństwa jest obecnie zdecydowanie mniejszy niż w kilku ostatnich latach.

Można więc założyć, że notowania ropy Brent raczej będą kształtować się blisko granicy 60 USD za baryłkę z perspektywą krótkoterminowych silnych wzrostów w przypadku niespodziewanych zaburzeń w produkcji. Ceny przy dystrybutorach na polskich stacjach wzrosną w najbliższych dniach o dobre kilka groszy na litrze. W konsekwencji trudno będzie zatankować olej napędowy poniżej granicy 4,50 zł/litr, a benzynę bezołowiową 95 za mniej niż 4,65 zł/litr.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk cinkciarz.pl

Ostatnie lata to intensywny czas rozwoju branży kosmetycznej w Polsce. Wielkie koncerny międzynarodowe konkurują z licznymi małymi polskimi manufakturami. Ile jest wart rynek kosmetyków w Polsce? Z wyliczeń firmy doradczej Deloitte wynika, że jego wartość w 2016 roku wyniosła 16 mld zł, a dzięki działalności przemysłu kosmetycznego polska gospodarka wytworzyła ponad 7 mld zł wartości dodanej, zapewniając miejsca pracy 43 tysiącom osób.

Z „Raportu o stanie branży kosmetycznej w Polsce 2017. 15 lat rozwoju” wynika, że na polskim rynku kosmetyków działa około 400 podmiotów. Są to firmy międzynarodowe, duzi polscy gracze oraz średnie, małe i mikroprzedsiębiorstwa. Taka struktura zapewnia niezbędną różnorodność branży i stanowi o jej silnych podstawach.

Polska szóstym rynkiem kosmetyków w Europie

Wartość polskiego rynku kosmetycznego w 2016 roku wyniosła 16 mld zł, podczas gdy w 2002 roku było to 9 mld zł. Polski rynek osiągnął taki poziom dzięki stałemu rozwojowi w ciągu ostatnich piętnastu lat. Nominalny skumulowany wzrost rynku wyniósł aż 78 proc. Skok branży jest imponujący, szczególnie w porównaniu z sytuacją w innych państwach europejskich. Polska jest szóstym rynkiem kosmetyków w Europie i rośnie najszybciej. To tym bardziej istotne, że inne duże rynki jak np. francuski i włoski nie tylko nie odnotowały wzrostów, ale wręcz się skurczyły (odpowiednio o 0,19 proc. i 1,09 proc.). To wszystko powoduje, że prognozowana wartość rynku kosmetycznego w Polsce w 2021 roku wyniosła 20 mld zł.

– W najbliższych latach polska gospodarka powinna nadal się rozwijać, a wraz z nią branża kosmetyczna. Równocześnie rosła będzie zamożność społeczeństwa, co w konsekwencji oznacza wzrost popytu na kosmetyki. Zmieniać się będzie jednak struktura tego popytu. Wzrośnie sprzedaż droższych wyrobów. Z kolei konsekwencją zachodzących w Polsce zmian demograficznych będzie wzrost zapotrzebowania na produkty przeznaczone dla osób starszych – mówi Julia Patorska, Ekonomistka w Deloitte.

Polskie kosmetyki w Wietnamie, Kuwejcie i Korei Południowej

Według danych GUS kosmetyki z Polski są eksportowane do ponad 160 krajów, w tym do tak odległych jak Meksyk, Indonezja czy Australia. Zdecydowanie najważniejszy dla krajowych firm jest jednak rynek wewnętrzny Unii Europejskiej. W latach 2004-2016 dodatni bilans Polski w handlu kosmetykami w Unii wzrósł prawie dziewięciokrotnie – z 231 mln zł do 2,04 mld zł. Głównymi kierunkami eksportowymi kosmetyków z Polski są dzisiaj Niemcy, Wielka Brytania i Rosja.

Kiedyś niskie koszty pracy, teraz jakość i innowacyjność

Co decyduje o przewadze przemysłu kosmetycznego w Polsce nad innymi europejskimi rynkami? Przez ostatnie lata były to niskie koszty pracy. Według danych Eurostatu całkowite koszty pracy wśród państw członkowskich Unii są niższe jedynie w pięciu państwach (na Węgrzech, Łotwie, Litwie, w Rumunii i Bułgarii).

– Ze względu na postępujące procesy rozwojowe w Polsce i na świecie czynnik ten pomału traci na znaczeniu, jednak jego dominacja jest wciąż widoczna. Interesującą zmianą w tym aspekcie jest to, że inwestorzy zagraniczni poszukujący przewag konkurencyjnych coraz częściej zwracają uwagę na poziom wykształcenia kadr, a nie tylko ich niski koszt – wyjaśnia Julia Patorska.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Korki już teraz są coraz większą bolączką miast. Szacuje się, że w 2015 r. na świecie było ok. 1,3 mld samochodów. Tylko w tym roku przybędzie ich niemal 100 mln. Londyn i Singapur pobierają opłaty za wjazd do śródmieścia, z kolei Tokio ogranicza swoim mieszkańcom możliwość zakupu samochodu. Same regulacje mogą okazać się niewystarczające, dlatego sektor przewozu osób poszerza swoją ofertę. Uber i Lyft proponują usługi taksówkarskie, rośnie popularność tzw. carpoolingu czy car-sharingu, czyli krótkoterminowego wynajmu samochodów. Polski rynek car-sharingu dopiero raczkuje, ale jego potencjał rośnie.

Pierwszą próbą ograniczenia ruchu kołowego – wówczas powozów – było uruchomienie specjalnego oświetlenia gazowego przed londyńskim parlamentem w 1868 r. 135 lat później, w 2003 r., Londyn wprowadził system płatnych stref w centrum, by ograniczyć ruch i zmniejszyć zanieczyszczenie powietrza. Bezskutecznie. Średnia prędkość przejazdu przez centrum Londynu spadła w ciągu ostatnich trzech lat do 12,5 km/h, tj. o 15 proc. Rynek potrafi być odporny na regulacje. Dlatego właśnie pojawiają się usługi, które pozwalają nam skorzystać z innych samochodów niż własny. Jedną z nich jest car-sharing – krótkoterminowy wynajem samochodu, zwykle na kilka godzin. Usługa ta jest dostępna w ponad 600 miastach na świecie. Pozwala użytkownikom, po uprzedniej rejestracji, na wynajęcie auta za pomocą smartfonu; dostęp do auta może być w wyznaczonym miejscu (tzw. car-sharing stacjonarny) lub w dowolnym (free-float). Systemy wynajmu pozwalają także użytkownikom ocenić koszt wynajmu na wybranym dystansie. Jednocześnie firmy car-sharingowe dbają o utrzymanie pojazdów, ich stan techniczny, jak również parking i paliwo.
Okazało się, że usługa ta trafia w oczekiwania konsumentów – w 2015 r. na świecie korzystało z niej ponad 7 mln osób, zaś flota liczyła 112 tys. pojazdów. Szacuje się, że rocznie liczba użytkowników będzie średnio rosnąć o 14,3 proc., zaś wolumen floty o 16,4 proc. W 2025 r. z car-sharingu będzie korzystać ok. 36 mln osób, flota obejmie ok. 430 tys. pojazdów, a wartość rynku przekroczy 16,5 mld dolarów. Światowym liderem jest Europa, gdzie korzysta z tej usługi ponad 2,1 mln osób, zaś flota obejmuje 30 tys. aut. W samych Niemczech działa ponad 140 firm car-sharingowych.

Polski rynek car-sharingu dopiero raczkuje – potwierdza to również najnowszy raport instytutu Keralla Research. Obecnie tworzy go jedynie 8 firm, z których największe to krakowski Traficar i działający w Warszawie Panek CarSharing, a ich łączna flota liczy nieco ponad 1 tys. pojazdów. Niemniej jednak, polscy operatorzy jeszcze w tym roku będą rozbudowywać swoją działalność – krakowski Traficar zadeklarował powiększenie swojej floty o 1000 samochodów, z kolei PanekCarSharing planuje podwoić liczbę aut w swojej flocie o kolejnych 300 i objąć swoimi usługami Wrocław, Łódź, Kraków, Gdańsk i Poznań. Widać więc, że gracze dopiero tworzą swój potencjał na rynku – prawdziwa walka między nimi dopiero się rozpoczyna.

Olga Plewicka, Ekspert ds. Sektora Motoryzacyjnego, DNB Bank Polska S.A.
Dynamiczny rozwój car-sharingu doprowadził do ciekawych przetasowań wśród dostawców usług transportowych. Z jednej strony pojawiają się nowe podmioty, takie jak DriveNow, ZipCAr, Autolib czy Panek, GoGet, Trafica w Polsce. Z drugiej – widać coraz mocniejszą obecność na tym rynku producentów samochodów (Daimler – Car2Go, Ford-GoDrive), zaś w Polsce – potentatów z sektora paliwowego i energetycznego (Orlen, Energa). Popyt na nowe usługi transportowe sprawia, że firmy szukają sposobów na wzmocnienie swoich dotychczasowych modeli biznesowych i w coraz większym stopniu budują swoją pozycję na nowych rynkach, by nie pozostać w tyle za konkurencją.

W konsekwencji, rynek przewozu osób czekają gwałtowne zmiany, które długofalowo wpłyną na jego kształt, a także będą stopniowo wpływać na zachowania konsumentów. Warto zwrócić uwagę na coraz większą różnorodność usług transportowych, które zaspokajają potrzeby klientów w różnych sytuacjach: Uber i taksówki jako typowy przewóz osób, car pooling, car-sharing czy tradycyjny wynajem samochodu. Należy również pamiętać, że w nieodległej przyszłości nieuniknione jest również wejście na rynek samochodów autonomicznych, poruszających się bez udziału kierowcy.

Co na to konsumenci? Jak wskazują ustalenia firmy konsultingowej McKinsey , już teraz zmieniają oni swoje zachowania. Np. w USA, procent populacji w wieku 16 – 24 lata posiadający prawo jazdy zmalał w latach 2000-2015 z 76 proc. do 71 proc. Z kolei liczba osób korzystających z usługi car-sharingu w USA i w Niemczech rosła rocznie o 30 proc. w ciągu ostatnich 5 lat. W 2030 r. jedno auto na dziesięć będzie produkowanych na potrzeby car-sharingu. Czy oznacza to, że w przyszłości zrezygnujemy z posiadania samochodu? Zdecydowanie nie. Jednak w przypadku osób, które potrzebują samochodu sporadycznie bądź też na krótkie dystanse, car-sharing będzie atrakcyjną alternatywą dla posiadania własnego auta.

 

Źródło; DNB Bank Polska S.A.

Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude  Juncker wygłosił dziś rano w Strasburgu orędzie o stanie Unii, które można określić jako projekt dla UE-27 na najbliższe lata. Sporo miejsca w swoim wystąpieniu poświęcił unijnej strategii przemysłowej, o co organizacje pracodawców zrzeszone w BusinessEurope, w tym Konfederacja Lewiatan, zabiegały od dawna.

– Cieszymy się z zapowiedzi pogłębiania jednolitego rynku, który jest kluczowy dla rozwoju Unii. Dobrze, że przewodniczący KE podkreślił znaczenie nowej unijnej strategii przemysłowej, a także wagę zaangażowania Europy w promowanie wolnego handlu – finisz negocjacji z Japonią oraz zaawansowany etap negocjacji z Meksykiem i krajami Ameryki Południowej. Ważne, aby był to także sprawiedliwy handel i aby firmy europejskie pozostały konkurencyjne wobec firm spoza UE. Cieszy także pozostawienie otwartych drzwi dla państw, które chcą dołączyć do Wspólnoty, choć obecnie nie dla Turcji – mówi Kinga Grafa,  dyrektorka biura Konfederacji Lewiatan w Brukseli.

W dzisiejszym orędziu, Jean-Claude Juncker  przedstawił także nowy scenariusz dla przyszłości Europy, w wielu punktach zbieżny ze stanowiskiem  BusinessEurope. Jego realizacja zdaniem przewodniczącego KE jest możliwa dzięki coraz lepszej sytuacji gospodarczej UE i powracającej wiary obywateli Unii w sens integracji. Według Junckera, Europa musi dążyć do głębszej integracji, w oparciu o europejskie wartości, takie jak wolność, o którą trzeba stale zabiegać, równość wszystkich obywateli, bez względu na kraj pochodzenia i poszanowanie prawa w państwach członkowskich. Głębsza integracja ma polegać ma m. in. na wejściu wszystkich państw członkowskich (z wyłączeniem Danii) do strefy euro i unii bankowej, powołaniu unijnego ministra gospodarki i finansów oraz powierzenia Parlamentowi Europejskiemu także roli parlamentu strefy euro, bez tworzenia równoległych struktur, o co apelował prezydent Macron. Warto przypomnieć, że Polska jest zobowiązana do przyjęcia euro traktatem akcesyjnym.

Stanowisko BusinessEurope na temat przyszłości Europy, oprócz odniesienia do scenariuszy, mówi o priorytetach dla biznesu. Po pierwsze, konieczność pogłębiania jednolitego rynku i niwelowania istniejących barier. Przedsiębiorcy potrzebują pewności, dlatego konieczna jest właściwa implementacja legislacji unijnej, a następnie stosowanie i egzekwowanie zasad. Po drugie, wspieranie przedsiębiorstw europejskich w globalnych relacjach handlowych. Musimy modernizować instrumenty ochrony handlu i dążyć do tworzenia wzajemnych, korzystnych ram w handlu i inwestycjach. Po trzecie, potraktowanie zmian, które zapoczątkowała 4. rewolucja przemysłowa, jako szansy – dla firm i dla pracowników. Temu służyć ma nowa unijna strategia przemysłowa oraz instrumenty finansowe.  – Cieszymy się, że wiele z tych priorytetów znalazło się w orędziu szefa KE – podkreśla Kinga Grafa.

Przesłanie Junckera miało mieć wydźwięk pozytywny, stąd być może niewiele uwagi poświęcił decyzji Wielkiej Brytanii o opuszczeniu Unii i konsekwencji Brexitu. Jest to temat ważny dla europejskich przedsiębiorców, w tym polskich, którzy chcą uniknąć tzw. twardego Brexitu, bez okresów przejściowych.

 

Źródło; Konfederacja Lewiatan

 

Europejska organizacja biznesu BussinesEurope, której członkiem jest Konfederacja Lewiatan,  wystosowała list do przewodniczącego Komisji Europejskiej w sprawie scenariuszy rozwoju Unii Europejskiej. Wskazuje w nim ambitne cele dla naszego kontynentu.

Europa stanowi jedno z tych miejsc na świecie, w których się najlepiej żyje, pracuje i prowadzi działania biznesowe. I nie jest to zwykły przypadek. Unia Europejska sprawiła, że europejski sposób życia stał się możliwy.

W liście do Jeana-Clauda Junckera, przewodniczącego Komisji Europejskiej, BusinessEurope wraz ze wszystkimi swoimi federacjami członkowskimi, napisała że mocno wspiera projekt europejski. Co więcej, byliśmy w czołówce podczas tworzenia projektu europejskiego od samego początku. Szczerze wierzymy, że doskonalenie i dostosowywanie projektu europejskiego jest nieustannym procesem. Nie ulega żadnej wątpliwości, że Europa musi być miejscem, w którym razem znajdujemy odpowiedzi na wspólne, nurtujące nas problemy.

Biorąc pod uwagę różne scenariusze przedstawione w Białej Księdze Komisji Europejskiej dotyczące przyszłości Europy oraz w kolejnych księgach refleksyjnych, BusinessEurope pracuje nad scenariuszem biznesowym zatytułowanym: „Droga naprzód: wizja biznesu dla przyszłości Unii Europejskiej”.

BusinessEurope i jej federacje członkowskie mają ambitny cel dla Europy. Uważamy, że aby iść naprzód, musimy skoncentrować się na podstawowych elementach ze scenariusza 4 „robić mniej a bardziej wydajnie” oraz wybranych aspektach scenariusza 5 „robić o wiele więcej razem”, odzwierciedlając perspektywę długoterminową.

Ponadto niektóre elementy scenariusza 3 „ci, którzy chcą więcej, robią więcej” mogłyby zostać wykorzystane jako instrument i proces. Jednakże powinien on mieć charakter wyjątkowy, w pełni uwzględniać zasady Traktatu oraz być otwartym dla wszystkich członków. W żadnym wypadku nie może tworzyć barier, ani też zagrażać właściwemu funkcjonowaniu rynku jednolitego UE ani jego czterem wolnościom.

BusinessEurope i jej federacje członkowskie zgodnie wyrażają poparcie dla projektu integracji europejskiej w oparciu o wspólne wartości europejskie i są gotowe przyczyniać się do jego ciągłego postępu.

 

Źródło: Konfederacja Lewiatan

Od ostatniego komentarza sytuacja na parkietach wiele się nie zmieniła. Nastroje wciąż można uznać za bardzo dobre, nawet wyraźnie w czerwcu słabszy technologiczny Nasdaq przełamał słabość i wzniósł się na nowe historyczne maksima. Utrzymuje się jednak dość zauważalne zróżnicowanie, gdyż opisana wcześniej „pełzająca letnia hossa” tyczy się głównie parkietów azjatyckich, amerykańskich oraz szeroko pojętego spektrum rynków wschodzących. Europa pozostaje w wyraźnym tyle, na co pewien wpływ może mieć silniejsze euro ograniczające konkurencyjność spółek ze Starego Kontynentu. Wydaje się jednak, że to zaledwie część historii. Z ostatniego odczytu indeksu Ifo wynika bowiem dość wyraźnie, że nastroje w nastawionym na eksport niemieckim biznesie są wyśmienite i silniejsza waluta wspólnotowa pozostaje tutaj bez większego wpływu. Ekonomista instytutu określił klimat wśród przedsiębiorców jako „euforyczny”, co przy podejściu kontrariańskim może budzić pewien niepokój i to z dwóch powodów. Po pierwsze, jeżeli koniunktura gospodarcza jest wyśmienita, podobnie jak klimat inwestycyjny, to dlaczego europejskie parkiety są słabe? Po drugie, gdzie się podziały te wszystkie zagrożenia, których lista jeszcze niedawno była całkiem długa. Przypomnę, że obawiano się Brexitu, protekcjonizmu Trumpa, ale wspominano też o potencjalnych zagrożeniach płynących z Chin. Aktualnie ta lista wydaje się pusta, a opublikowana półtora tygodnia temu seria dobrych danych z Państwa Środka stała się zarzewiem wzrostu cen surowców, szczególnie metali przemysłowych. Co interesujące, procykliczny sektor bankowy radzi sobie lepiej od głównych europejskich indeksów, choć pozostaje poniżej maksimów z początku maja. Być może inwestorzy wciąż muszą zmierzyć się z wówczas wygenerowanym optymizmem po zwycięstwie Emanuela Macrona, który z perspektywy czasu okazał się zbyt duży i musi zostać przetrawiony. Szkoda tylko, że w ten sposób marnowany jest czas dobrej letniej koniunktury, co nie pozostaje bez wpływu na GPW. Nasz rynek wydaje się znajdować w niejednoznacznym położeniu, gdzie dobre zachowanie rynków wschodzących działa na korzyść parkietu przy Książęcej, ale słabość Eurolandu pozostaje doraźnym hamulcowym. Nie można też zapominać o obserwowanym ostatnio wzroście ryzyka politycznego, które ponownie ujawniło się po kilkumiesięcznej przerwie. Prawdopodobieństwo pewnych sankcji wobec Polski pozostaje co prawda znikome, ale musi być brane pod uwagę, podobnie jak amerykańskie bony skarbowe wyceniają już możliwość technicznego bankructwa w związku z potrzebą podniesienia limitu zadłużenia tej jesieni.

Źródło: Łukasz Bugaj, CFA, Analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Sektor nowoczesnych usług dla biznesu kolejny rok notuje wzrost, jakiego inne gałęzie polskiej gospodarki mogą mu tylko pozazdrościć. Motorem napędowym branży są inwestycje zagraniczne, realizowane w naszym kraju głównie przez firmy z USA.

W ciągu 12 miesięcy, od kwietnia 2016 roku w naszym kraju otwarte zostały 92 centra usług. Wśród nowych placówek zdecydowanie najwięcej jest inwestycji z USA. Amerykanie otworzyli w tym czasie 21 centrów, a firmy polskie zajmujące pod tym względem drugą pozycję stworzyły 16 placówek. Jak czytamy w najnowszym raporcie ABSL, w analizowanym okresie widoczny był także napływ inwestycji z Wielkiej Brytanii (8 centrów), Niemiec i Szwecji (po 7 nowych centrów) i Szwajcarii (5). Swoją obecność w sektorze umocnili również inwestorzy z Ukrainy i państw azjatyckich, wymieniają autorzy raportu.

Wśród placówek zagranicznych dominują centra amerykańskie

Amerykanie zajmują wiodącą pozycję pod względem liczebności placówek zagranicznych w naszym kraju. Wśród 748 centrów prowadzonych przez inwestorów z zagranicy 237 należy do firm amerykańskich. Więcej jest tylko centrów polskich (330), a na trzeciej pozycji w strukturze centrów pod względem pochodzenia inwestycji plasuje się grupa podmiotów, których firmy macierzyste mają siedziby w krajach nordyckich (109).

– W sektorze nowoczesnych usług dla biznesu dane wskazują wciąż, że największy odsetek nowych centrów operacyjnych otwierają firmy zza Atlantyku, warto jednak podkreślić fakt, że to inwestorzy europejscy, w tym głównie z Niemiec i krajów skandynawskich wyraźnie zwiększyli swoją aktywność i są stałym gościem w Centrach Obsługi Inwestora w polskich miastach – wyjaśnia Wiktor Doktór, prezes fundacji Pro Progressio, zajmującej się rozwojem i promocją branży outsourcingowej w Polsce. – Należy się spodziewać, że to właśnie Europa, a nie USA w kolejnych latach będą kluczowym graczem na rynku BPO, SSC, GBC czy CoE. W obszarze ITO możemy się spodziewać rosnącej roli inwestorów z Ukrainy – przewiduje Wiktor Doktór.

Jeśli idzie o zatrudnienie, także najwyższy udział mają obecnie centra z USA, w których pracuje co trzecia osoba zatrudniona w branży w naszym kraju. Firmy polskie odpowiadają za jedną piątą zatrudnienia w sektorze, a centra z krajów nordyckich za 10 proc.

Amerykanie zatrudniają w Warszawie co drugą osobę pracującą w sektorze

Jak zauważają specjaliści Walter Herz, centra amerykańskie największy wkład w zatrudnienie mają w Warszawie. Pracuje w nich niemal połowa osób zatrudnionych w sektorze usług dla biznesu w aglomeracji. Eksperci zaznaczają, że firmy z USA są głównym pracodawcą w segmencie BPO/SSC w pięciu z siedmiu głównych ośrodków usług biznesowych w Polsce. Poza Warszawą, także w Krakowie, Trójmieście, Poznaniu i we Wrocławiu. Jedynie w Aglomeracji Katowickiej i w Łodzi na pierwsze miejsce przebijają się firmy rodzime.

Według ostatnich danych ABSL, firmy zagraniczne prowadzą w naszym kraju łącznie prawie 70 proc. wszystkich jednostek BPO/SSC, które skupiają ponad 80 proc. ogółu pracowników sektorowych.

Doradcy Walter Herz zwracają uwagę na średni wzrost zatrudnienia w zagranicznych centrach BPO/SSC, który sięga w Polsce aż 19 proc. rocznie. Jak informują specjaliści, w okresie od I kw. 2016 do I kw. 2017 roku firmy z zagranicy stworzyły trzy na cztery nowe miejsca pracy w sektorze. Podają, że w zagranicznych centrach w całym kraju pracuje niemal 200 tys. osób, a w placówkach prowadzonych przez polskie firmy niespełna 50 tys. Eksperci przytaczają szacunkowe dane, które wskazują na 220 tys. osób, które mają być zatrudnione w centrach zagranicznych w Polsce w 2018 roku.

24 tys. nowych miejsc pracy wygenerowanych przez inwestorów zagranicznych 

W działających u nas centrach usługi świadczone są głównie na rzecz Niemiec, Wielkiej Brytanii i USA. Poza tym, także dla klientów z Francji, Polski, Szwajcarii i Holandii. Połowa z firm sektorowych ma zasięg globalny i pracuje na rzecz podmiotów z wielu części świata.

Obecnie w naszym kraju prowadzi centra 524 firmy z zagranicy, wśród nich jest 80 inwestorów z listy Fortune Global 500 (2016), którzy generują ponad jedną czwartą zatrudnienia w sektorze.

Bilans 12 miesięcy analizowanych przez ABSL to 76 nowych centrów usług dla biznesu otwartych w Polsce przez zagraniczne firmy i 24 tys. stworzonych miejsc pracy. Podczas, gdy polskie firmy zainicjowały 16 nowych centrów, w których zatrudnienie znalazło 8 tys. osób.

Największe centra zatrudniają ponad 4 tys. osób

Eksperci Walter Herz wskazują, że liczne firmy, które prowadzą działalność w Polsce decydują się na dalszą ekspansję, otwierając placówki w kolejnych miastach, dzięki czemu powstało kilkanaście nowych centrów. W tej grupie inwestorów wymieniają firmy Credit Suisse, GFT i Luxoft, które otworzyły centra w Warszawie, arvato Polska i Groupon, które postawiły na Katowice, nową jednostkę Transcom WorldWide w Białymstoku, placówkę Diebold Nixdorf w Szczecinie, czy centra Atos, JCommerce i PwC w Opolu.

Do firm, które zainwestowały w polski sektor BPO/SSC najwięcej należą IBM, Capgemini, Credit Suisse, Atos, Nokia i Citibank. Każda z nich zatrudnia ponad 4 tys. osób. Wśród polskich liderów branży specjaliści Walter Herz wyliczają m.in. Comarch, Asseco i Grupa OEX.

Przewaga konkurencyjna Polski w regionie

Z danych zawartych w analizie ABSL jasno wynika, że to głównie dzięki inwestycjom zagranicznym sektor nowoczesnych usług dla biznesu wyrasta w Polsce na jedną z najsilniejszych dyscyplin gospodarczych. Atutem naszego kraju jest bardzo korzystny alians dostępnych zasobów kadrowych, optymalnych kosztów i umiarkowanego ryzyka związanego z prowadzeniem działalności w naszym regionie. Nie bez znaczenia jest też fakt, że Polska oferuje możliwość realizacji inwestycji w wielu aglomeracjach miejskich, które dysponują odpowiednim zapleczem.

Poza tym, inwestorzy mogą liczyć u nas na szeroki wachlarz instrumentów wsparcia sektora. Firmy mogą skorzystać z bezpośrednich dotacji budżetowych na nową inwestycję i/lub utworzenie nowych miejsc pracy, ulg podatkowych w Specjalnych Strefach Ekonomicznych, w tym zwolnienia z podatku CIT, dofinansowania w ramach wsparcia inwestycji w infrastrukturę B+R przedsiębiorstw, a także ulgi podatkowej na działalność B+R i zwolnienia z podatku od nieruchomości, wymieniają specjaliści Walter Herz.

 

Autor: Walter Herz

Wzrost rynku dóbr luksusowych o 2-4 procent w 2017 r. dzięki poprawie spożycia w Chinach, turystyce i rosnącemu zaufaniu konsumentów w Europie przewiduje Bain & Company. W dalszej perspektywie kluczowe znaczenie będzie miało dostosowanie strategii do wartości i oczekiwań pokolenia „millenialsów”.

Wszystko wskazuje na to, że w 2017 r. rynek dóbr luksusowych powróci do wzrostu. Mocne odbicie w  Chinach, zawdzięczane aktywności zakupowej w kraju i za granicą oraz rosnące zaufanie klientów w Europie przyczyni się do wzrostu światowego rynku osobistych dóbr luksusowych o 2-4 procent, do poziomu 254-259 mld euro.  Nadal rośnie różnica między zwycięzcami a przegranymi, dlatego marki powinny przemyśleć swoje strategie i dostosować się do sposobu myślenia charakterystycznego dla pokolenia „millenialsów”. Ten czynnik odegra kluczową rolę, napędzając sprzedaż do 290 mld EUR do roku 2020.

– Po trudnym 2016 roku, pierwszy kwartał 2017 przyniósł branży dóbr luksusowych nieco wytchnienia – mówi Jacek Poświata z Bain & Company. – Czynniki takie jak powrót chińskiej konsumpcji do kraju oraz pozytywne perspektywy w Europie, zarówno dla mieszkańców jak i turystów, będą przez resztę roku napędzać ogólny wzrost rynku.

Dynamika rynku luksusowego w regionach

W Stanach Zjednoczonych rynek dóbr luksusowych jest nadal słaby. Na skutek silnego dolara, trwającej niepewności politycznej i problemów domów towarowych perspektywy na 2017 r. są niejednoznaczne. Sytuację w Ameryce Łacińskiej poprawia spożycie lokalne, podczas gdy Kanada utrzymuje dynamikę, ale przygotowuje się na spowolnienie. Oczekuje się, że wzrost w całym regionie wyniesie od -2 do 0 procent. W Europie trwa odrabianie strat po zmniejszeniu ruchu turystycznego w 2016 r., a kontynent odzyskuje zaufanie wśród lokalnych konsumentów. Jaśniejsze punkty na mapie to Hiszpania, postrzegana jako bezpieczny cel podróży oraz Wielka Brytania, z funtem znacznie słabszym niż w tym samym okresie w zeszłym roku. Bain & Company przewiduje, że wzrost w Europie wyniesie 7-9 procent. W Chinach kontynentalnych również mamy do czynienia z odbiciem, ponieważ lokalni konsumenci zdecydowanie wolą kupować dobra luksusowe w kraju. Można oczekiwać, że doprowadzi to do wzrostu o 6-8 procent. Chińscy turyści nadal będą jednak odpowiadać za sporą część zakupów luksusowych za granicą. Powolny i dojrzały rynek japoński nadal jest bezpieczny dla marek luksusowych. Konsumpcja lokalna wspiera rynek, na którym zmniejszył się ruch turystyczny, na skutek czego wzrost w tym roku będzie niski. W pozostałych częściach Azji otoczenie jest nadal trudne. Bain & Company uważa, że w tym regionie rynek skurczy się o -2 do -4 procent. Sytuacja w Hongkongu, Makau i Singapurze poprawia się, ale za to Tajwan i Azja Południowo-Wschodnia zmagają się ze zmniejszeniem ruchu turystycznego, szczególnie z Chin i Korei Południowej, na co wpłynęły wewnętrzne niepokoje polityczne. W pozostałych częściach świata spodziewamy się płaskiego lub tylko nieznacznie dodatniego wzrostu, na poziomie 2 procent, a na Bliskim Wschodzie (poza Dubajem) dalszego zastoju.

Na co zwrócić uwagę w 2017 r.

Sytuacja w Stanach Zjednoczonych. USA, które nadal pozostają największym rynkiem osobistych towarów luksusowych, stoją przed połączeniem różnych czynników, które hamują wzrost. Spowolnienie w turystyce, nadal nerwowa atmosfera polityczna i niełatwe perspektywy dla domów towarowych tworzą bardzo trudne otoczenie dla marek luksusowych, które w tej sytuacji wymagają znakomitej strategii i jej nienagannej realizacji, z naciskiem na rozwijanie lojalności i dbanie o zadowolenie klientów.

Perspektywy dla Chin. Niższe różnice cenowe w Chinach zachęcają rynek lokalny do rozkwitu, podczas gdy Europa korzysta ze swojej pozycji atrakcyjnego celu podróży dla chińskich turystów.

Sprzedaż cyfrowa i off-price. Dynamika transformacji cyfrowej w dalszym ciągu przekształca branżę dóbr luksusowych. Bain & Company spodziewa się, że internet stanie się głównym kanałem sprzedaży, o najwyższym wzroście w najbliższych latach, a na drugim miejscu uplasują się sklepy typu off-price. Prawdziwym placem zabaw dla marek luksusowych będą fizyczne sklepy monobrandowe, chociaż ich zasięg oddziaływania może już zbliżać się do granicy możliwości.

Wielcy zwycięzcy i wielcy przegrani. Trend polaryzacji rynku, który w badaniach Bain & Company jawi się jako element nowej normalności, jest bardzo widoczny w pierwszych miesiącach 2017 r., a różnica między zwycięzcami a przegranymi nadal rośnie.

Milenijny stan umysłu. Aby odnieść sukces w nadchodzącej dekadzie, marki powinny skupić się na swoich klientach, tak aby móc lepiej przewidywać i zaspokajać ich potrzeby. Kluczowe znaczenie będzie miało młodsze pokolenie konsumentów, ponieważ do 2025 roku millennialsi i „Pokolenie Z” będą stanowić 45 procent światowego rynku towarów luksusowych. Warto jednak zauważyć, że analizując zachowania konsumenckie należałoby raczej mówić o „milenijnym stanie umysłu”, który coraz głębiej przenika wszystkie pokolenia bez różnicy, a tym samym jest zjawiskiem bardziej psychologicznym, niż czysto demograficznym.

W perspektywie roku 2020 Bain & Company przewiduje łagodny wzrost na poziomie 3-4 procent rocznie, przy zwiększeniu rozmiarów rynku do 280-290 mld euro. – Marki powinny wręcz obsesyjnie dbać o klienta i przestawić się na sposób myślenia millenialsów – zachęca Poświata z Bain & Company. – Kupowanie towarów luksusowych nie ogranicza się już do wejścia do sklepu. Dziś zanim konsument dotrze do punktu sprzedaży, doświadcza kontaktu z marką w wielu różnych punktach.

Źródło: Bain & Company

Wczoraj zakończył się miesiąc maj, co wymuszała pewne podsumowania. Na arenie globalnej miniony miesiąc zapisał się nadzwyczaj spokojnie i wzrostowo. Zyskało zarówno spektrum rynków rozwiniętych, jak i rozwijających się. Zwyżka była nawet większa w przypadku parkietów z krajów wschodzących, do czego po części przyczynił się słabszy dolar. Uwagę z pewnością zwracała niska zmienność, którą zakłóciły nieliczne politycznie inspirowane wyjątki, które swoje źródło miały w Brazylii i USA. Na tym froncie nową oazą stabilności okazała się kontynentalna Europa, której animuszu dodał przyjęty z dużą ulgą wynik wyborów prezydenckich we Francji. Na tle gospodarczym wiele się nie zmieniło i wiara w globalne ożywienie pozostaje w mocy, choć pojawiły się na niej pierwsze, jak na razie ignorowane, rysy. Chodzi głównie o reflację, którą coraz bardziej kwestionują napływające dane. Warto spojrzeć na podane jedynie w tym tygodniu dane odnośnie do inflacji, które jednym chórem obniżają loty, i to nierzadko w tempie większym od oczekiwań. Jeżeli dodamy do tego zadyszkę cen surowców, to może się okazać, że inflacyjna historia najlepsze dni może mieć już za sobą. W tym kontekście piąty z rzędu wzrostowy miesiąc dla rynków wschodzących i aż siódmy dla giełd rozwiniętych można uznać za zaawansowany etap dyskontowania dobrze już rozpoznanych i nazwanych trendów w gospodarce. Tak długa wzrostowa seria nie była obserwowana od ponad dekady, co samo w sobie powinno dawać do myślenia. Niejako pod prąd tym globalnym trendom szła GPW. Na rynku szerokim dalej postępowała korekta, która rozpoczęła się de facto już w marcu. Indeks cenowy całego rynku od szczytu z początku marca skorygował się o 6% i oddał dokładnie połowę wzrostów rozpoczętych z końcem minionego roku. Publikowane przez spółki wyniki niejako już tradycyjnie były bardzo zróżnicowane, ale co do zasady nie można je podsumować określeniem boomu gospodarczego, do czego wzrost PKB o 4% może zachęcać. Lepiej na wynikowym froncie poradziły sobie największe spółki, ale one miały w tym względzie łatwiej z uwagi na nisko zawieszoną poprzeczkę sprzed roku. Zresztą sam WIG20 z pewnym opóźnieniem do rynku szerokiego również wszedł w korektę i pod tym względem negatywnie wyróżniał się na tle koszyka rynków wschodzących. Symptomatyczne było to, że w tym tygodniu JP Morgan zweryfikował swoje wcześniejsze negatywne nastawienie do polski akcji, a te najwyraźniej zakończyły już etap nadrabiania wcześniejszych zaległości wobec innych rozwijających się parkietów.    

Autor: Łukasz Bugaj, CFA, Analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Koncepcja Nowego Jedwabnego Szlaku (inaczej Jednego Pasa Jednej Drogi) to niewątpliwie jedno z największych przedsięwzięć o charakterze globalnym w całej historii gospodarczej. Pomysł zainicjowany już w 2013 r. zakłada budowę połączenia lądowego między Chinami a Europą m.in. przez Łódź, w której będą znajdować się huby przeładunkowe do dalszych krajów Europy Zachodniej. Koszt przedsięwzięcia jest szacowany nawet na 100 miliardów dolarów, co stanowi de facto około 20% nominalnego PKB Polski. Wiele wskazuje na to, że projekt Nowego Jedwabnego Szlaku to nie mrzonka, toteż budzi on wiele kontrowersji wśród najważniejszych graczy na scenie geopolitycznej. Z kolei Polska to relatywnie mały, lecz bardzo istotny element całej układanki, co równocześnie stanowi ogromną szansę dla jej gospodarki.

Inicjatywa Jednego Pasa Jednej Drogi to niewątpliwie wielka gra o charakterze geopolitycznym. Chiny, które obecnie w swoim handlu zagranicznym polegają przede wszystkim na transporcie morskim chcą zdywersyfikować swoje szlaki handlowe. Kwestia ta miałaby szczególne znaczenie w dobie ewentualnego konfliktu zbrojnego, bowiem amerykańska dominacja na morzach i oceanach jest niepodważalna. Drugi aspekt stanowią czynniki gospodarcze, bowiem dziś nie liczy się już tylko i wyłącznie siła wojskowa, ale również siła gospodarcza. Nowy Jedwabny Szlak to próba zacieśnienia współpracy na linii Chiny – kraje azjatyckie – Europa. W efekcie próbę stworzenia nowego szlaku handlowego należy nazwać nie inaczej jak elementem gry o tron – gry o dominację w skali globalnej pomiędzy Stanami a Chinami.

Prawdopodobieństwo realizacji tej historycznej idei wydaje się wysokie. Ewentualne problemy związane z wykonaniem tego konceptu raczej nie będą związane z czynnikami ekonomicznymi, bowiem Chiny posiadają wystarczającą ilość kapitału. Największe ryzyko stanowi polityka. Stany to kraj, który raczej krytycznie ocenia ideę nowego szlaku handlowego. Rosja, początkowo równie sceptyczna, wydaje się do niej powoli przekonywać. Z kolei Europa niewątpliwie jest zainteresowana zacieśnieniem współpracy gospodarczej z Chinami. Warto także pamiętać, że szlak będzie prowadził przez terytoria wielu państw, co sprawia, że jest to projekt międzynarodowy. To z kolei implikuje ryzyko dotyczące relacji i interesów wielu grup interesariuszy – Państwa Środka i poszczególnych krajów. Zatem wydaje się, że budowa połączenia lądowego między Chinami a Europą zależy przede wszystkim od polityki.

Jednak z czysto ekonomicznego punktu widzenia, Nowy Jedwabny Szlak to kolejny krok w kierunku globalizacji stosunków gospodarczych między Europą a Azją oraz rozwoju handlu międzynarodowego. Otóż nie można zapominać o fakcie, że to właśnie globalizacja oraz działania na rzecz swobodnego przepływu towarów, kapitału i siły roboczej doprowadziły do ogromnego skoku cywilizacyjnego. Niemniej, Europa powinna zachować ostrożność. Państwo Środka to przecież wielki gracz, który może zalać Stary Kontynent swoim kapitałem oraz swoimi produktami. Państwa europejskie koniecznie muszą zadbać o ochronę swoich przedsiębiorstw oraz wesprzeć ich ekspansję na terenie Azji. Dopiero wtedy projekt Jednego Pasa Jednej Drogi okaże się koncepcją na zasadzie win – win.

Pewien kawałek tego tortu należy również do Polski, która ze względu na swoje cenne położenie geograficzne stanowi ,,bramę do Europy”. Polski rząd chce wykorzystać tę sytuację chociażby w celu sfinansowania przez chiński kapitał budowy Centralnego Portu Lotniczego. Co więcej, Polska liczy na nowy napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych oraz na ekspansję polskich przedsiębiorstw na rynku Chińskim i na innych rynkach wschodzących w Azji. Nowy Jedwabny Szlak to niewątpliwie wielka szansa dla polskiej gospodarki, zwłaszcza że kolejna perspektywa unijna nie będzie już tak hojna. Strategiczne położenie Polski wpłynęłoby także na wzrost znaczenia naszego kraju na arenie międzynarodowej. Jednak Warszawa, podobnie jak Bruksela, powinna pamiętać o równoczesnej ochronie swoich rodzimych przedsiębiorstw, bowiem chiński kapitał z łatwością może zdominować polski rynek.

Podsumowując, idea Jednego Pasa Jednej Drogi to wielka szansa dla globalnej gospodarki. Niemniej, istotnym, o ile nie najważniejszym aspektem tego konceptu jest polityka, która może determinować osiągnięcie sukcesu. W efekcie z całą pewnością można stwierdzić, że Nowy Jedwabny Szlak to projekt na miarę XXI wieku, nie tylko ze względu na jego skalę, ale również ze względu na liczne akcenty geopolityczne i makroekonomiczne, które znakomicie wkomponowują się w dynamiczne i skomplikowane realia dzisiejszego świata.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Europa różnych prędkości to rozwiązanie, które prowadzić może do dalszych kryzysów – oświadczył w środę szef MSZ Witold Waszczykowski. Z kolei szef niemieckiej dyplomacji Sigmar Gabriel przekonywał, że już obecnie mamy w Europie różne prędkości, ale trzeba uważać, żeby różnice nie były zbyt duże.

Na wspólnej konferencji prasowej ministrowie odnieśli się też do tego, że w czwartek na szczycie UE ma zapaść decyzja ws obsady stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej. Waszczykowski podtrzymał, że kandydatem Polski jest Jacek Saryusz-Wolski. Szef niemieckiej dyplomacji powiedział, że w sprawie wyboru przewodniczącego RE są różne zdania i zaznaczył, że wie, iż Europa Środkowa forsowała kandydaturę Donalda Tuska.

Gabriel odwiedził Polskę po raz pierwszy odkąd objął z końcem stycznia funkcję ministra spraw zagranicznych, zastępując na tym stanowisku Franka-Waltera Steinmeiera. Steinmeier został w lutym wybrany przez niemiecki parlament na prezydenta Republiki Federalnej Niemiec. Waszczykowski zaznaczył, że miał ze Steinmeierem „serdeczne relacje” i liczy, że będzie takie miał również z jego następcą „ku chwale i rozwojowi naszych bilateralnych stosunków polsko-niemieckich”.

Gabriel podziękował za powitanie w Polsce. Zaznaczył, że w czwartek złoży pierwszą od objęcia urzędu wizytę w Rosji. „Ważne jest, że najpierw przybyłem do Polski” – podkreślił szef niemieckiego MSZ.

Podczas konferencji prasowej po pierwszej części środowych rozmów Waszczykowski zaznaczył, że ich głównym tematem jest skomplikowana sytuacja w Europie. Przypomniał, że w czwartek rozpocznie się szczyt UE, a za kilka tygodni planowany jest jubileuszowy szczyt Unii w Rzymie. Z naszej strony Europy – mówił szef polskiego MSZ – wychodzi „apel o jedność Europy, o to, abyśmy funkcjonowali w dalszym ciągu razem jako 27, a być może nawet 28 państw, gdyby nagle coś się stało, gdyby Brytyjczycy zmienili zdanie”. „I trochę nas niepokoi, że w ostatnim czasie apele o inną Europę, apele o Europę różnych prędkości raczej wychodzą ze strony naszych partnerów zachodnich” – dodał.

Zwrócił uwagę, że w Warszawie przed kilkoma dniami odbył się szczyt państw Grupy Wyszehradzkiej, na którym szefowie rządów „apelowali o jedność”. Tymczasem w tym tygodniu – mówił Waszczykowski – „odbył się szczyt części Europy Zachodniej w Wersalu i tam wyszedł apel o Europę różnych prędkości”.

Zdaniem ministra, „to nie jest dobre rozwiązanie dla Europy”. „To jest rozwiązanie, które prowadzić może do dalszych kryzysów, do pogłębiania różnic w Europie” – oświadczył szef polskiej dyplomacji.

Gabriel zwrócił natomiast uwagę, że już dzisiaj funkcjonują w Europie różne prędkości. „Nie wszyscy uczestniczą w strefie euro i przyznaję, że wolałbym, żeby Polska już była członkiem strefy euro i mam nadzieję, że tak się stanie; jest to silny naród, silna gospodarka” – mówił.

Podał też przykład strefy Schengen. „Oznacza to, że mamy jednak różne prędkości, albo inaczej mówiąc, inne stopnie integracyjne” – przekonywał. Według niego, trzeba jednak uważać, żeby „te różnice wewnątrz Europy nie były zbyt duże, że jedni są już daleko z przodu, a drudzy mają takie wrażenie, że są Europejczykami drugiej klasy”.

Szef niemieckiej dyplomacji podkreślał również, że w zmieniającym się świecie „Niemcy i Polska, jako silne kraje, nie będą słyszane, jeśli będziemy mówili sami”. „Dlatego jest nam potrzebny wspólny, silny głos” – przekonywał Gabriel. Akcentował w tym kontekście potrzebę rozwijania wspólnej polityki m.in. w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony, ochrony granic, zwalczania przestępczości zorganizowanej i terroryzmu, gospodarki oraz polityki społecznej.

„W naszym wspólnym interesie jest mocna, silna Europa, która trzyma się razem” – mówił niemiecki minister.

Europa różnych prędkości to jedna z opcji przedstawionych w tzw. białej księdze Komisji Europejskiej dotyczącej przyszłości UE po Brexicie. W poniedziałek na spotkaniu w Wersalu poparcie dla takiego rozwiązania wyrazili przywódcy Francji, Niemiec, Włoch i Hiszpanii.

Źródło: www.kurier.pap.pl

W 4. kwartale 2016 r. PKB (wyrównany sezonowo) w krajach UE28 wzrósł r/r o 1,9 proc., a w krajach strefy euro o 1,7 proc.        W Polsce ten wzrost wyniósł 3,1 proc. – podał Eurostat.

Eurostat podał dane dotyczące wzrostu gospodarczego w krajach UE28 i wszyscy wpadli w zachwyt. W 4. kwartale 2016 r. PKB w Polsce wzrosło w relacji do 4. kwartału 2015 r. o 3,1 proc., co daje nam 5. miejsce w UE28, po Rumunii (4,8 proc.), Słowenii (3,6 proc.), Chorwacji (3,5 proc.) oraz Bułgarii (3,4 proc.). A w stosunku do 3. kwartału 2016 r. wzrost PKB daje nam 2. miejsce w UE po Estonii.

Miejsca na podium się liczą, ale sportowcy gdy tylko z podium schodzą, myślą nie o fanfarach, które były ich udziałem przed chwilą, a ale o tym jak poprawiać wyniki i znajdować się ciągle na podium. I tu mamy z dobrym wynikiem polskiej gospodarki w 4. Kwartale 2016 r. problem. W krajach UE 28 na wzrost PKB w 4. kwartale 2016 r. pracowała nie tylko konsumpcja, ale także inwestycje, które wzrosły o 0,9 proc. r/r. Tymczasem w Polsce inwestycje w 4. kwartale 2016 r. były r/r o 6,4 proc. niższe niż w 4. kwartale 2015 r. (dane odsezonowane). Nasz wzrost bazował na konsumpcji i … zapasach. W EU28 na konsumpcji i inwestycjach. A to ogromna różnica z punktu widzenia zdolności do poprawiania wyników i bycia ciągle w czołówce najdynamiczniej rozwijających się gospodarek w Europie. Przedsiębiorstwa działające w Polsce potencjał ku temu mają. Ale rząd i politycy tak ich wystraszyli w 2016 r., że obawy zmniejszyły skłonność firm do inwestycji. Bez inwestycji nie ma rozwoju, nie ma szans na utrzymanie zdolności do konkurowania, tak na własnym rynku, jak na rynkach zewnętrznych.

Badania nastrojów przedsiębiorców, które zostały zrealizowane na zlecenie Konfederacji Lewiatan pokazują, że w 2017 r. 54 proc. dużych firm planuje wzrost inwestycji, 41 proc. firm średnich i 33 proc. firm małych. Tylko tyle przedsiębiorstw. Tylko, bowiem jesteśmy po roku wstrzemięźliwości inwestycyjnej, mamy wysoki poziom wykorzystania mocy produkcyjnych, a cały rozwinięty świat inwestuje w cyfryzację i robotyzację. My teoretycznie też –  rząd planuje rozbudowywać branżę motoryzacyjną tworząc spółkę, w której udziałowcami są 4 firmy z udziałem skarbu państwa, i której kapitał zakładowy wynosi 10 mln zł. Dla porównania –  jeden z dużych, ale nie największych koncernów samochodowych zainwestował ok. 10 mld euro w konstrukcję własnej platformy modularnej, nowoczesnych silników. Jedna firma, 10 mld euro, a nie 10 mln zł.

Inwestycje w Polsce w branżę motoryzacyjną to naprawdę bardzo dobra decyzja. Jednak jej materializacja nie może bazować na wyjściowym finansowaniu na poziomie 10 mln zł dostarczanym przez podmioty, w których decyzje podejmują politycy i urzędnicy.

Jeśli tak chcemy pobudzać inwestycje, to utracimy nie tylko miejsce na podium, ale będziemy dobiegać do mety na ostatnich miejscach, z dużą zadyszką.

Autor: dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

 

Komisja Europejska przedstawiła pięć opcji rozwoju Unii Europejskiej. Z punktu widzenia Polski najlepszy byłby ten zakładający, że UE robi mniej, ale efektywniej. Najgorszy wariant to Europa wielu prędkości – uważa Konfederacja Lewiatan.

W Brukseli została opublikowana Biała Księga (White Paper) na temat przyszłości UE. Ma to być przyczynek do dyskusji o przyszłym kształcie Unii, która odbędzie się pod koniec marca w Rzymie w czasie obchodów 60. rocznicy podpisania Traktatów Rzymskich. Zaprezentowano w niej pięć scenariuszy rozwoju Unii do roku 2025 w zależności od tego jaki sposób działania zostanie wybrany.  Warto zauważyć, że wszystkie one są już przewidziane dla Unii 27 krajów.

  1. UE bez zmian i dalsze reformy

– Zaletą tego rozwiązania mogą być widoczne, pozytywne efekty reform oraz utrzymanie jedności UE27. Potencjalne zagrożenie to słabość UE w przypadku bardziej kontrowersyjnych tematów i konieczność wspólnego działania, żeby uniknąć rozdźwięku między obietnicami a rezultatami podejmowanych działań.

– Nie jesteśmy zwolennikami tego scenariusza: już teraz jest jasne, że sposób w jaki funkcjonuje UE i jej instytucje często nie jest optymalny, a prawie zawsze niezrozumiały dla zwykłych obywateli. Ten scenariusz grozi  dalszym osłabianiem UE, niekończącymi się sporami co do priorytetów oraz wytykaniem sobie niedociągnięć przez instytucje UE i rządy krajów członkowskich. W najgorszym wypadku nawet dalszymi „exitami” – mówi Anna Kwiatkiewicz –Mory, dyrektorka przedstawicielstwa Konfederacji Lewiatan w Brukseli.

  1. Ograniczenie współpracy, zostaje jednolity rynek

W tym scenariuszu pozytywne jest to, że proces podejmowania decyzji może być łatwiejszy do zrozumienia. Pojawiają się też poważne zagrożenia: trudniejsze będzie podejmowanie działań w obszarach dotyczących więcej niż jednego kraju członkowskiego. W konsekwencji prawdopodobne jest, że będzie się zwiększała przepaść między oczekiwaniami a działaniami w tych obszarach.

Zdaniem Konfederacji Lewiatan jest to rozwiązanie praktyczne, ale odzierające UE z jej misji i nie oferujące wizji przyszłości, która ma na celu coś więcej niż tylko wolny handel.

– W naszej ocenie byłaby to rezygnacja z ambicji ojców założycieli i dowód na marną kondycję ducha w Europie oraz osłabienie wiary w projekt europejski. W wymiarze praktycznym mogłoby to oznaczać więcej kontroli na granicach, co jest zdecydowanie niekorzystne dla biznesu (czas, koszt, wzrost wymogów administracyjnych etc.) – komentuje Anna Kwiatkiewicz –Mory.

  1. Kraje członkowskie, które chcą „robią więcej”

Jako pozytywne cechy tego rozwiązania podawane jest zachowanie wspólnoty UE27 z jednoczesnym przyzwoleniem na bardziej zaawansowane działania dla tych krajów członkowskich, które będą miały taką wolę. Dzięki temu możliwe będzie różnicowanie obietnic i rezultatów działań w zależności od zaangażowania poszczególnych krajów, co wyeliminuje obietnice bez pokrycia. Słabym punktem tego scenariusza może się okazać brak przejrzystości procesów decyzyjnych oraz różniące się prawa obywateli Europy  w zależności od miejsca zamieszkania.

W ocenie Lewiatana to zawoalowana propozycja Europy „dwóch  (i więcej) prędkości”, której zdecydowanie się sprzeciwiamy. To de facto rozsadzanie UE od środka.

  1. Robimy mniej, ale efektywniej

Pozytywnym efektem realizacji tego scenariusza może być to, że obywatele zobaczą, że UE działa tylko tam, gdzie ma to wartość dodaną. Poza tym jasne zdefiniowanie priorytetów i dobre zarządzanie dostępnymi środkami spowoduje, że UE zacznie działać szybciej (i racjonalnie). Słabość tej propozycji to fakt, że UE ma trudności w określeniu swych obszarów priorytetowych.

– To rozsądny scenariusz na dzisiejsze czasy. Nie dzieli krajów członkowskich na podgrupy, lecz obliguje UE do odpowiedzialnego zdefiniowania obszarów priorytetowych i przyporządkowania im koniecznych środków oraz realizacji obiecanych działań – dodaje Anna Kwiatkiewicz – Mory.

  1. Robienie dużo więcej razem

Zaletą tego rozwiązania byłoby o wiele szybsze podejmowanie decyzji na poziomie UE w większej liczbie obszarów. Mógłby być to drugi krok rozwoju UE po realizacji scenariusza 4.

 

Źródło: Konfederacja Lewiatan

 

 

Kilka dni temu Europejski Urząd Nadzoru Bankowego (EBA) opublikował wyniki tzw. stress-testów – symulacji pokazującej, jak europejskie banki poradziłyby sobie w przypadku wybuchu trzyletniego kryzysu finansowego. Całościowy obraz, jaki się z nich wyłania, nie jest ani szczególnie dobry (choć polski bank PKO BP wypadł bardzo dobrze), ani też bardzo zły.

Trudno też mówić o zaskoczeniu, tym bardziej w kontekście trwającej od wielu miesięcy dyskusji o problemach europejskich banków ze złymi kredytami, szczególnie we Włoszech. Współczynnik wypłacalności banków w przypadku wyimaginowanego kryzysu finansowego schodzi jednak na dalszy plan, jeśli zestawimy go z dużo bardziej palącym, rzeczywistym problemem. Głównym wyzwaniem dla europejskich banków – a tym samym złą informacją dla osób inwestujących w akcje tych spółek na giełdzie – są historycznie niskie stopy procentowe w strefie euro.

Niskie stopy procentowe to niższe zyski europejskich banków

Europejski Bank Centralny obniża stopy procentowe sukcesywnie, od wielu lat. W otoczeniu niskiego wzrostu gospodarczego jest to naturalne, jednak od czerwca 2014 r. stopa depozytowa pozostaje ujemna. Obecnie wynosi -0,4%. Rekordowo niskie są też pozostałe stopy procentowe w strefie euro: referencyjna wynosi 0%, a stopa kredytu 0,25%.

Poprzez wprowadzenie ujemnej stopy depozytowej EBC chciał zmusić banki komercyjne, by zwiększyły akcję kredytową zamiast lokować wolny kapitał na procent w banku centralnym. Cel ten wciąż nie został osiągnięty w satysfakcjonującym stopniu, natomiast odbił się na przychodach banków. Przypomnę tylko, że ujemna stopa depozytowa EBC oznacza, że bank komercyjny, który założy depozyt w banku centralnym (choćby overnight) nie dość, że nie otrzyma odsetek, to jeszcze będzie musiał zapłacić za przechowanie pieniędzy (powyżej stopy rezerwy obowiazkowej). W takim środowisku banki zarabiają mniej na swoich produktach finansowych, choćby kredytach. To dobra informacja dla kredytobiorcy. Gorsza dla samego banku.

Pewną rekompensatą dla banków komercyjnych jest tzw. program luzowania ilościowego (QE). Każdego miesiąca Europejski Bank Centralny skupuje z rynku obligacje o wartości 80 mld euro. Banki generują część przychodów swoich przychodów z handlu obligacjami i na „zakupach” ze strony EBC mogą zarobić. Nawet jeśli rentowności posiadanych przez nie obligacji są nominalnie niskie. Jednak nawet zyski czerpane z portfela obligacyjnego nie są w stanie zastąpić bankom dochodów osiąganych z podstawowej działalności.

Przyszłość też nie rysuje się w kolorowych barwach. Oczekiwania inflacyjne w strefie euro ponownie spadają na skutek umocnienia się wspólnotowej waluty i powrotu do spadków cen ropy naftowej. Niewykluczone więc, że EBC ponownie sięgnie po stopy procentowe jako narzędzie walki z presją deflacyjną, obniżając je jeszcze bardziej. Dla banków nie jest to zbyt dobra wiadomość.

Stress-testy przypomniały o jeszcze jednej istotnej kwestii. Jeśli zestawimy kapitalizację rynkową europejskich banków czy wielkość ich aktywów z rozmiarami europejskiej gospodarki (np. wielkością PKB) nasuwa się jeden wniosek – sektor bankowy w Europie jest zbyt duży.

 

Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI

Wraz ze wzrostem roli Stanów Zjednoczonych na globalnym rynku gazu, Europa ma szansę pozyskać nowe źródła dostaw i obniżyć cenę tego strategicznego surowca. Obie strony mogą znacząco skorzystać na otwarciu swych rynków energii i wprowadzeniu ułatwień w transatlantyckim handlu LNG. Wysocy rangą politycy i menedżerowie z obydwu stron Atlantyku spotkali się 4 listopada w Waszyngtonie, by przygotować grunt pod amerykańsko-europejskie partnerstwo gazowe.

 Dostawy skroplonego gazu ziemnego (LNG) nie są w Europie niczym nowym. Pierwszy statek z ładunkiem LNG dotarł z USA na angielską wyspę Canvey już w 1959 roku. – Mimo że współpracę w zakresie skroplonego gazu zaczęliśmy tak wcześnie, Unia Europejska w dalszym ciągu nie dysponuje spójną strategią dotyczącą dostaw i przechowywania LNG. Tymczasem w ostatnim czasie, głównie ze względu sytuację geopolityczną za wschodnią granicą UE, wrosły nasze obawy dotyczące bezpieczeństwa dostaw surowców energetycznych. Zmienił się także rynek gazu – wcześniej miał charakter regionalny, dziś staje się rynkiem globalnym. Dlatego Komisja Europejska rozpoczęła pracę nad Strategią LNG, która zaprezentowana zostanie na początku przyszłego roku. Naszym celem jest zapewnienie równych szans na dostawy skroplonego gazu wszystkim krajom członkowskim, także tym, które nie mają dostępu do morza – powiedział Maroš Šefčovič, Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, odpowiedzialny za Unię Energii.

Unia Europejska w dużym stopniu jest uzależniona od importu ropy naftowej i gazu. Aż 85% ropy i 65% gazu zużywanego na terenie Wspólnoty pochodzi z krajów trzecich. – W czasie gdy Europa aktywnie działa na rzecz wzmocnienia dywersyfikacji dostaw surowców energetycznych, Amerykanie już dziś produkują więcej energii niż są w stanie wykorzystać. Wzajemne otwarcie się na handel gazem będzie korzystne dla obu stron. W Europie, szczególnie w jej centralnej i wschodniej części, możliwość sprowadzania gazu z nowych źródeł ma szasnę wzmocnić nasze bezpieczeństwo w obszarze energii i zwiększyć siłę negocjacyjną na globalnych rynkach. Dostęp do konkurencyjnych cenowo surowców energetycznych to także korzyść dla konsumentów – tak indywidualnych, jak i biznesowych. Wierzę, że wejście na europejski rynek to także szansa dla naszych amerykańskich partnerów. To klasyczna sytuacja, w której wygrywają obie strony – przekonywał prof. Jerzy Buzek, Przewodniczący Komisji Przemysłu, Badań Naukowych i Energii w Parlamencie Europejskim.

Eksperci są zgodni, że Europa musi nadać właściwy priorytet projektom infrastrukturalnym, w efekcie których powstaną obiekty do odbioru i przechowywania LNG, a także interkonektory i rewersy. – Infrastruktura wymaga holistycznego podejścia i koordynacji, tak na poziomie regionalnym, jak i europejskim. Kluczowa w tym planie jest realizacja Korytarza Północ–Południe, którego zadaniem jest integracja najważniejszych elementów infrastruktury – m.in. istniejących i planowanych terminali LNG – od Bałtyku, przez Adriatyk, po Morze Czarne. Dzięki terminalom w Świnoujściu i litewskiej Kłajpedzie, a także połączeniom z norweskim systemem gazowym, Korytarz stanie się częścią ogólnoeuropejskiej sieci infrastrukturalnej do przesyłu energii.  Przygotowując grunt pod amerykańsko-europejskie partnerstwo gazowe, musimy pozwolić na swobodny przepływ gazu i innych surowców energetycznych w całej Europie – podkreślił Paweł Olechnowicz, Przewodniczący Rady Dyrektorów Central Europe Energy Partners (CEEP).

 Wyzwaniem w rozwoju transatlantyckiego handlu gazem są skomplikowane procedury, jakie obowiązują w USA. Nie ulega jednak wątpliwości, że partnerstwo z Europą przyniesie Stanom Zjednoczonym liczne korzyści. – Spodziewamy się powstania tysięcy nowych miejsc pracy, a także zwiększenia wpływów do budżetów na poziomie lokalnym, stanowym i federalnym. Pamiętajmy, że bezpieczeństwo w obszarze energii jest częścią szeroko pojętego bezpieczeństwa narodowego. Punktem wyjścia dla zapewnienia owego bezpieczeństwa jest dywersyfikacja źródeł i dostaw energii. Ameryka przekonała  się o tym w latach 70. ubiegłego wieku, a dziś podobną lekcję odbiera reszta świata. Stany Zjednoczone powinny zrobić wszystko, co w ich mocy, by wesprzeć swych europejskich sojuszników w dywersyfikacji źródeł energii i wzmocnić ich bezpieczeństwo. Czas znieść ograniczenia w handlu gazem, jakie same narzuciły na siebie Stany Zjednoczone. Okrągły stół w Waszyngtonie to doskonała okazja, by to przyśpieszyć – powiedział Fred H. Hutchison, szef LNG Allies.

Cykl okrągłych stołów został zainicjowany przez Central Europe Energy Partners (CEEP) i LNG Allies, we współpracy z AT Kearney i Grupą LOTOS. W spotkaniach uczestniczą m.in. reprezentanci rządu USA, amerykańscy kongresmeni, przedstawiciele Komisji Europejskiej i posłowie do Parlamentu Europejskiego. Celem debat jest także umożliwienie amerykańskim eksporterom i firmom wydobywającym gaz ziemny spotkania z potencjalnymi klientami z Europy. Pierwszy okrągły stół nt. LNG odbył się 27 i 28 maja w Brukseli, a jego efektem było podpisanie wspólnego memorandum przez przedstawicieli przemysłu z obu stron Atlantyku. 4 listopada odbył się w Waszyngtonie kolejny szczyt poświęcony temu tematowi, podczas którego omawiano dalsze kroki na drodze do zapewnienia właściwej infrastruktury i regulacji, niezbędnych do nawiązania bliskich relacji gazowych między USA a Europą. Szczyt potwierdził gotowość europejskich firm do zakupu skroplonego gazu z USA na rynkowych zasadach.

źródło: CEEP

 

Wobec braku publikacji istotnych danych makroekonomicznych w poniedziałek na rynkach finansowych obserwowaliśmy kontynuację dotychczasowych trendów zainicjowanych przez rozstrzygnięcia w sprawie pomocy finansowej dla zadłużonej Grecji i liczne wydarzenia wspierające oczekiwania na przyspieszenie normalizacji stóp w USA.

Do Janet Yellen, prezes FED i Erica Rosengrena, prezesa oddziału FED w Bostonie, którzy niedawno wypowiadali się w jastrzębim tonie dołączył James Bullard, prezes oddziału FED z St. Louis (aktualnie bez prawa głosu w FOMC), który we wczorajszym wywiadzie dla sieci Fox Business stwierdził, że prawdopodobieństwo podwyżki stopy funduszy federalnych we wrześniu przekracza 50%, a spodziewany wzrost inflacji poprawi sytuację na amerykańskim rynku pracy.

Wypowiedź Bullarda ożywiła zainteresowanie inwestorów dolarem, który wcześniej nieco tracił na wartości z powodu korekty po otwarciu poniedziałkowej sesji EUR/USD w Europie, wspieranej pozytywną oceną Bundesbanku sytuacji gospodarczej w Niemczech. Narastające oczekiwania na przyspieszenie zacieśniania polityki pieniężnej w USA i drożejący dolar niekorzystnie  wpływały na ceny surowców i powiązane z nimi waluty Kanady i Australii.

Nowozelandzki dolar uchronił się przed kolejnym spadkiem dzięki wspierającej wypowiedzi Johna Key’a premiera Nowej Zelandii. Przepływ kapitału w stronę amerykańskiego dolara zmniejszył także popyt na waluty rynków wschodzących w tym złotego. O godzinie 17:00 rynek hurtowy w Londynie zamknął się na poziomie EUR/USD 1,0864 (+0,33 % od 8:00), GBP/USD 1,5591 (-0,03 % od 8:00), USD/JPY 124,25 (+0,07 % od 8:00).

W poniedziałek doszło także do spektakularnej przeceny złota, które w ciągu kilku minut straciło 4% wartości w wyniku jego wyprzedaży przez inwestorów w Szanghaju. W wyniku normalizacji sytuacji wokół Grecji oraz na chińskich rynkach kapitałowych złoto straciło swój urok jako inwestycyjna bezpieczna przystań. Na wczorajsze doniesienia Reutersa o spłacie przez Grecję zadłużenia wobec MFW i EBC oraz informacje o otwarciu greckich banków komercyjnych i zwiększeniu dziennego limitu wypłaty gotówki dla Greków z 60 do 420 EUR pozytywnie reagowali inwestorzy na rynkach akcji. W poniedziałek znów rosła większość najważniejszych indeksów giełdowych w Europie (DAX: +0,53 %; CAC40: +0,35 %; FTSE100: +0,20 %).

Pod prąd w stosunku do głównego nurtu zmieniały się wyceny spółek z sektora wydobywczego, które traciły w związku z wyprzedażą na rynku złota. Wartość spółek Fresnillo, Lonmin i Randgold spadła wczoraj o ponad 4%.

źródło: Zespół Wspólnego Rynku

 

Przedstawiciele banków z Polski są większymi optymistami niż przedstawiciele banków z całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Zdaniem 57% banków działających na polskim rynku przychody w branży w 2015 roku wzrosną. Jednocześnie większość banków w Polsce planuje zwiększenie wydatków na rozwój produktów oraz rozwiązań typu customer experience – wynika z badania przeprowadzonego przez firmę doradczą KPMG.

Banki optymistycznie o przyszłości

Kadra kierownicza banków ocenia otoczenie biznesowe w swoim sektorze znacznie lepiej niż miało to miejsce w poprzedniej edycji badania w 2012 roku. Respondenci ze Słowenii są w swoich ocenach najbardziej optymistyczni, podczas gdy Białorusini i Węgrzy najgorzej ocenili warunki ekonomiczne.

Jedna czwarta badanych z Europy Środkowo-Wschodniej była zdania, że przychody za 2014 rok w sektorze bankowym pozostaną na podobnym poziomie, co w 2013 roku, a 45% sądziło, że ulegną poprawie. Trochę gorzej oceniane są zyski – 29% prognozuje, że nie ulegną zmianie, a 34% uważa, że wzrosną.

Respondenci z Polski są bardziej optymistyczni w ocenach – 14% sądziło, że przychody za 2014 rok utrzymają się na tym samym poziomie, co w 2013 roku, a 64% przewidywało ich wzrost. Podobnie wyglądają prognozy na 2015 rok – 29% przedstawicieli banków w Polsce uważa, że przychody się nie zmienią, ale aż 57% jest zdania, że wzrosną.

Przedstawiciele polskich banków oceniają również bardziej optymistycznie niż respondenci z Europy Środkowo-Wschodniej także wielkość zysków. Zarówno w przypadku roku 2014, jak i 2015, ponad połowa (57%) respondentów z Polski uważa, że zyski w sektorze bankowym wzrosną.

Regulacje będą mieć kluczowy wpływ na sektor bankowy

Banki z regionu Europy Środkowo-Wschodniej są zgodne co do głównych czynników, które w ciągu najbliższych pięciu lat będą miały wpływ na to, jak będzie wyglądał sektor bankowy. Przedstawiciele banków niemal jednogłośnie stwierdzają, że kluczowy wpływ na branżę będą mieć regulacje.

Drugim najczęściej wskazywanym czynnikiem (po 86% wskazań banków z Polski i z Europy Środkowo-Wschodniej) jest indywidualizacja usług, czyli ich elastyczność i dopasowanie do klientów.

Zdaniem badanych duży wpływ na przyszłość sektora bankowego będą miały także nowe metody płatności (np. płacenie przy wykorzystaniu telefonu komórkowego) – takiego zdania jest 79% przedstawicieli banków z Polski i 77% z Europy Środkowo-Wschodniej.

Banki w Polsce będą zwiększać wydatki na rozwój produktów

Większość przebadanych przez KPMG polskich banków (86%) planuje zwiększenie wydatków na rozwój produktów. Ponad połowa z nich (64%) zwiększy wydatki na rozwiązania typu customer experience. W dalszej kolejności (50% wskazań) sektor bankowy będzie zwiększał nakłady na rozwiązania typu business intelligence. To pokazuje, że obecne na polskim rynku banki planują sięgać po nowoczesne technologie i wykorzystywać je m.in. do odpowiedniego adresowania swojej oferty.

Istnieją także obszary, w których dość duży odsetek respondentów planuje zmniejszyć wydatki. Blisko trzy czwarte (71%) przedstawicieli badanych banków z Polski twierdzi, że planowane jest zmniejszenie wydatków na sieć dystrybucji. Mniej niż jedna trzecia (29%) zmniejszy także wydatki na doradztwo.

Kierunki planowanych zmian są podobne wśród banków z całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Około połowa badanych ma w planach zwiększenie wydatków na rozwój produktów (56%), rozwiązania business intelligence (50%) oraz rozwiązania customer experience (49%). W skali regionu 32% banków zmniejszy wydatki na doradztwo, a 26% na sieć dystrybucji.

„Polskie banki optymistycznie patrzą w przyszłość. W większym stopniu niż banki z regionu Europy Środkowo-Wschodniej stawiają na rozwój produktów i wzmacnianie relacji z klientem poprzez indywidualizację usług i ich elastyczność. Zarówno w Polsce, jak i w regionie, ważnym czynnikiem rozwoju mają być również nowe metody płatności i rozwiązania typu business intelligence, jednak polskie banki w większym stopniu niż w krajach sąsiednich planują ograniczenie wydatków na sieć dystrybucji. Jako czynnik mający największy wpływ na sektor bankowy w najbliższych 5 latach banki zgodnie wskazują regulacje, a ryzyko regulacyjne obok ryzyka kredytowego oceniane jest jako najistotniejsze w działalności bankowej” – mówi Stacy Ligas, partner, szef działu audytu instytucji finansowych w KPMG w Polsce.

źródło: KPMG

 

 

Od 2015 roku europejscy profesjonaliści rynku nieruchomości – pośrednicy i zarządcy, będą mówić jednym głosem. Po wielu miesiącach dyskusji i uzgodnień, 27  listopada w Dublinie, nastąpiło połączenie dwóch organizacji zawodowych CEPI i CEI. Powstaje jedna, silna reprezentacja CEPI – Europejska Rada Profesjonalistów Rynku Nieruchomości. Od teraz również interesy polskiej branży nieruchomościowej, np. dotyczące potrzeby wprowadzenia Europejskiej Legitymacji Zawodowej, czy zasad regulacji zawodu i profilu kompetencyjnego, będą jeszcze skuteczniej reprezentowane przed instytucjami unijnymi. Fuzja ułatwi również dalsze podnoszenie standardów pracy profesjonalistów nieruchomości.

Organizacja CEPI, jako przedstawiciel całego sektora nieruchomościowego w Europie, będzie reprezentowała interesy profesjonalistów rynku nieruchomości wobec podmiotów unijnych. Po połączeniu, CEPI skupiać będzie 34 narodowe organizacje zawodowe i niemal ćwierć miliona specjalistów. Zrzeszają one przedstawicieli rynku także z Polski, bowiem Polska Federacja Rynku Nieruchomości, w skład której wchodzą 24 regionalne stowarzyszenia pośredników oraz zarządców nieruchomości, liczące w sumie ponad  3500 osób, jest członkiem CEPI od 2004 roku.

Połączenie CEPI i CEI przyniesie wymierne korzyści dla polskich pośredników w obrocie nieruchomościami i zarządców nieruchomości. Działania CEPI będą się koncentrowały m.in. wokół wspólnych zasad kształcenia zawodowego czy stałego podnoszenia usług poprzez wymianę wiedzy i doświadczeń, co oznacza np. dalszą intensywną pracę nad wprowadzeniem Europejskiej Legitymacji Zawodowej, która określi standard uznawania kwalifikacji zawodowych we wszystkich państwach Wspólnoty. CEPI staje się ważnym partnerem i źródłem opinii i informacji dla Komisji Europejskiej.

„Fuzja jest dla nas doskonałą wiadomością, zbiegającą się z jubileuszem 10-lecia współpracy Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości z CEPI. Połączenie obu organizacji umożliwia stworzenie wspólnej i silnej reprezentacji, działającej na rzecz dalszego rozwoju rynku nieruchomości na szczeblu europejskim.  Wyzwania, jakie każdego dnia stawia przed nami sektor nieruchomości, deregulacja, nowe podmioty i produkty na rynku usług nieruchomościowych oraz różnorodność krajowych i europejskich przepisów sprawia, że spójne działania są dziś jeszcze bardziej pilne niż dotychczas” – powiedział Grzegorz Dobrowolski, członek Zarządu CEPI i wiceprezydent Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości.

źródło: Polska Federacja Rynku Nieruchomości

Programy tworzone w Polsce są od dawna cenione na całym świecie. Europejski Tydzień Kodowania pokazał, że nasz kraj staje się liderem wspierania edukacji i rozwoju nowoczesnych kompetencji cyfrowych

Polacy utrzymują się w ścisłej czołówce krajów rankingu TopCoder, prestiżowego konkursu dla programistów. W czerwcu tego roku, polski zespół Need for C zdobył Mistrzostwo Świata w kodowaniu Hello World Open pokonując 2,5 tysiąca drużyn. W tegorocznych, międzynarodowych zawodach łazików marsjańskich organizowanych w USA, zespół Hyperion 2 z Politechniki Białostockiej również okazał się być najlepszym. Rok temu Polacy zatriumfowali w światowym finale zawodów Imagine Cup. Chętnie kodują też najmłodsi, co potwierdziła tegoroczna edycja Europejskiego Tygodnia Kodowania.

Mieszkańcy Europy potwierdzili, że chcą rozwijać swoje kompetencje cyfrowe oraz dyskutować na temat wpływu nowych technologii na ich przyszłość, gospodarkę państw Unii oraz Europejski rynek pracy. W październiku tego roku, w 38 krajach Europy zorganizowano ponad 3000 imprez dedykowanych programowaniu. W Polsce odbyło się 295 wydarzeń, co zagwarantowało nam trzecie miejsce na podium tegorocznej edycji Europejskiego Tygodnia Kodowania. Nasz kraj znalazł się w trójce liderów wspierających rozwój umiejętności cyfrowych, przygotowując różnorodne warsztaty z programowania dla najmłodszych, ich rodziców oraz nauczycieli. 14 października Mistrzowie Kodowania gościli w Brukseli, gdzie przeprowadzono dwugodzinną lekcję pokazową dla członków Parlamentu Europejskiego, Komisji Europejskiej oraz przedstawicieli biznesu.

Cieszy nas nie tylko sukces Polski podczas Europejskiego Tygodnia Kodowania, ale zauważalny wzrost zaangażowania w naukę programowania zarówno najmłodszych jak i ich rodziców oraz nauczycieli – mówi Blanka Fijołek, PR & CSR Senior Manager w Samsung Electronics Polska.

Polska i inne państwa, które wprowadziły do podstawy programowej kształcenia ogólnego w szkołach podstawowych obowiązkowe zajęcia z programowania są dowodem, że technologie cyfrowe pozytywnie zmieniają oblicze systemu edukacji. Ogromnym zainteresowaniem cieszy się program Mistrzowie Kodowania – inicjatywa poświęcona rozwijania umiejętności w zakresie programowania, ale także kreatywności i myślenia strategicznego, czyli najbardziej poszukiwanych kompetencji na globalnym rynku pracy. W 2013 roku Komisja Europejska poinformowała, że do 2015 roku liczba osób potrzebnych do wypełnienia luki zatrudnienia w branży ICT może wynieść nawet 900 tysięcy. Obserwując dotychczasowe osiągnięcia polskich zespołów w zawodach i konkursach związanych z informatyką, prawie milion wolnych miejsc pracy w sektorze ICT może być ogromną szansą dla Polaków.

źródło: http://samsungmedia.pl/

Eksperci

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

Starczewska-Krzysztoszek: Dorośli Polacy nie kształcą się

Komisja Europejska opublikowała szóstą edycję Monitora Kształcenia i Szkolenia przedstawiając  m.in....

AKTUALNOŚCI

Konsumpcja dalej będzie ciągnęła gospodarkę

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wy...

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...

Związkowcy, pracodawcy, Rada ZUS przeciwni zniesieniu limitu składek

Pracodawcy i związkowcy, członkowie Rady Dialogu Społecznego, krytykują sposób procedowania ustawy d...

Kolejnych 50 zmian dla biznesu

Przedsiębiorca, któremu kontrahent nie płaci na czas, odzyska zapłacony podatek dochodowy, a dłużnik...