sobota, Listopad 25, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "eksport"

eksport

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., a wynik finansowy netto wyniósł 95,9 mld zł. Inwestycje natomiast spadły o 1 proc. r/r (ceny stałe) – podał GUS.

Wyniki finansowe przedsiębiorstw średnich i dużych (50+) były po trzech kwartałach 2017 r. porównywalne z 1. połową roku, czyli dobre. Przychody wzrosły o 9,4 proc. r/r (nominalnie). Koszty wzrosły dokładnie w takim samym stopniu. Rentowność obrotu netto była jednak niższa niż po 6. miesiącach, bo 4,6 proc. (a nie 4,9 proc.). Płynność finansowa była ciągle wysoka (ponad 36 proc.). Wynik finansowy netto osiągnął poziom 95,9 mld zł, czyli 7 mld zł więcej niż w tym samym okresie 2016 r. Przybyło eksporterów (o ponad 250 firm), a przychody ze sprzedaży na eksport wzrosły o 10,7 proc. Co prawda nieco spadł odsetek firm, które osiągnęły zysk, ale nieznacznie.

Należałoby powiedzieć – oby tak dalej. Niestety, 7. kwartał z rzędu inwestycje przedsiębiorstw spadają. Po 9. miesiącach 2017 r. były one niższe o 1 proc. r/r. Wydaje się, że to niedużo. Jeśli jednak w 2016 r. spadły one o 13,2 proc. w stosunku do 2015 r., a teraz przez wszystkie trzy kwartały wolniej, ale ciągle spadają, to jest się czym martwić.

Wzrostu PKB na poziomie 4,7 proc. w 3. kwartale 2017 r. cieszy. Ale aby utrzymać wzrost gospodarczy na poziomie ok. 4 proc. w okresie dłuższym niż najbliższe 2-3 kwartały potrzebne są inwestycje. Część firm zdaje sobie z tego sprawę, bo np. w sektorze transport i gospodarka magazynowa inwestycje wzrosły o 18,6 proc. r/r (w cenach bieżących; ale po silnych spadkach w 2016 r.), w handlu – o ponad 15 proc., w informacji i komunikacji – o prawie 11 proc. Inwestycje wzrosły także w przetwórstwie przemysłowym, ale dość „skromnie”, bo o 3,3 proc. (w tym samym okresie 2016 r. wzrost ten wyniósł 6,1 proc.).

Natomiast nakłady na inwestycje spadły silnie w górnictwie i wydobywaniu (o prawie 20 proc. r/r) oraz firmach z sektora wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną i gorącą wodę (o ponad 18 proc. r/r). W obu tych sektorach gospodarki absolutna większość firm, to przedsiębiorstwa w których (współ)właścicielem jest Skarb Państwa. I oba te sektory w sposób coraz bardziej potrzebują wzrostu inwestycji. I to wielomiliardowego wzrostu nakładów na inwestycje.

Według premiera Morawieckiego  inwestycje w gospodarce (w sektorze prywatnym i publicznym łącznie) wyniosą w 2017 r. 355-360 mld zł. To i tak niestety mniej niż wyniosły one w 2015 r., gdy wyniosły one 361,5 mld zł (nominalnie). Czyli w 2017 r. nie uda się osiągnąć poziomu nakładów na inwestycje z 2015 r.

Nie chodzi oczywiście o to, aby „ścigać” się z wynikami osiąganymi w latach poprzednich, ale o to, że polska gospodarka i przedsiębiorstwa w niej działające potrzebują inwestycji. Stopień wykorzystania mocy wytwórczych jest bardzo wysoki (ponad 80 proc.), podaż pracy wyczerpuje się.  A świat cyfryzuje się, robotyzuje i inwestuje w ekologię.

 

autor: dr Małgorzata Starczewska- Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

 

Eksport po 8 miesiącach 2017 r. był wyższy r/r o 9,5 proc. (w euro), a import o 11,4 proc. Saldo obrotów towarowych handlu zagranicznego było dodatnie i wyniosło 866,3 mln euro – podał GUS.

Obroty towarowe handlu zagranicznego rosną w 2017 r. znacznie szybciej niż w 2016 r. Po 8 miesiącach ubr. eksport był wyższy r/r jedynie o 1,5 proc. (w euro), a import był niższy niż w tym samym okresie w 2015 r. W ciągu 8. miesięcy 2017 r. nasi eksporterzy zwiększyli  sprzedaż r/r o 9,5 proc., a import wzrósł o 11,4 proc. Dobra koniunktura u naszych głównych partnerów handlowych, czyli w krajach UE, gdzie lokujemy prawie 80 proc. swojej sprzedaży, a także systematyczna odbudowa eksportu do Rosji, daje pozytywne efekty.

Na liście 10 największych importerów produktów z Polski znalazły się w 2017 r. Stany Zjednoczone – w pierwszej połowie roku na 9. lub 10. pozycji (poza lutym), od lipca na 8. pozycji, w tym po sierpniu już z 2,8 proc. udziałem w polskim eksporcie. Można powiedzieć, że odkryliśmy Amerykę. To bardzo dobre informacje, bo rynek USA nie jest łatwy, szczególnie po deklaracji prezydenta D. Trumpa, że amerykańska gospodarka powinna w jak największym stopniu bazować na towarach wytwarzanych u siebie.

Jeśli polscy eksporterzy są tak świetni, to pytanie, dlaczego tak słabo radzą sobie na rynkach krajów rozwijających się. W okresie styczeń-sierpień 2017 r. eksport do tej grupy krajów wzrósł jedynie o 2,2 proc., a udział tego eksportu w eksporcie ogółem obniżył się z 8,2 proc. w tym samym okresie 2016 r. do 7,7 proc. Myślę, że ten słaby trend wzrostu eksportu na rynki krajów rozwijających się rozważać należy w kontekście wysokiej dynamiki konsumpcji na polskim rynku. Możliwe bowiem, że popyt krajowy ogranicza skłonność firm do eksportu na rynki rozwijające się. Pośrednio dowodem jest tu dynamicznie rosnący import. Od początku 2017 r. import nie tylko rośnie znacznie szybciej niż w 2016 r., ale przede wszystkim szybciej niż eksport. A dzieje się tak zapewne z powodu silnie rosnącego w Polsce spożycia indywidualnego (4,8 proc. w 1. połowie 2017 r.). Przedsiębiorcy mają w bardzo wysokim stopniu wykorzystane moce wytwórcze, nie zwiększają inwestycji ze względu na niestabilność regulacyjną i polityczną, a przede wszystkim z powodu braku pracowników. W efekcie nie są w stanie zaspokoić  rosnącej konsumpcji gospodarstw domowych, co kompensowane jest importem towarów. W efekcie eksport netto zmniejsza wzrost polskiej gospodarki – w 2. kwartale 2017 r. aż o 1,5 puntu procentowego.

Dane dotyczące obrotów towarowych handlu zagranicznego wydają się być bardzo dobre – wysoka dynamika eksportu, dodatnie saldo handlowe. Ale jednocześnie pokazują one narastające problemy w innych obszarach – budowanie wzrostu gospodarczego na konsumpcji, słabość inwestycji przedsiębiorstw i jej przyczyny, problemy na rynku pracy. Może warto, aby politycy i rząd przyjrzeli się tym tendencjom, bo szkoda, aby pieniądze z budżetu państwa przeznaczane na cele społeczne zasilały inne gospodarki przez import.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej- Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Jak zapowiada dr hab. Robert Rządca, po 2019 roku można spodziewać się znaczącego obniżenia dotacji unijnych dla Polski. Przyczyną tego będzie zarówno Brexit, zmiana priorytetów w nowej perspektywie finansowej Unii Europejskiej, jak i odmienna pozycja naszego kraju – staniemy się po prostu bogatsi jako beneficjenci. Według eksperta, nie znajdziemy alternatywnych środków np. na pokrycie dopłat do rolnictwa. Obecnie pochłaniają one ok. 38% funduszy unijnych. Inwestycje infrastrukturalne, na które przeznaczamy 60% subwencji, mógłby wyrównać chiński kapitał. Jednak ta „pomoc” miałaby raczej charakter zwrotny. Chińczycy często oferują innym krajom za darmo np. budowę fragmentu autostrady, linii kolejowej, lotniska czy stadionu narodowego. W zamian oczekują, że projekt ukończą wyłącznie ich wykonawcy.

Zastępca rektora Akademii Leona Koźmińskiego przypomina, że na lata 2004-2017 uzyskaliśmy z Unii Europejskiej netto około 92 mld euro. Pewne wsparcie nadal będziemy otrzymywać, choćby w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, funduszy strukturalnych czy badawczych. Zdaniem eksperta, te subwencje mogą być dużo mniejsze, ale powinny pozostać. Inne kraje też będą zainteresowane zachowaniem dopłat rolniczych. Jeśli zostaną one utrzymane dla rolników francuskich czy hiszpańskich, to nie ominą również polskich.

– Środki na rozbudowę dróg i linii kolejowych za unijne pieniądze będą bardzo ograniczone, chociaż zapewne niezlikwidowane całkowicie. Warto pamiętać o tym, że istotą funduszy strukturalnych jest dążenie do pomocy słabiej rozwiniętym regionom, restrukturyzacja oraz zwalczanie bezrobocia. Polska w ostatnim czasie radzi sobie dobrze w tych wszystkich dziedzinach, a wzrost PKB powoduje, że spada dystans pomiędzy nami a krajami Europy Zachodniej – ocenia dr hab. Robert Rządca, profesor Akademii Leona Koźmińskiego.

Według eksperta, dopłat rolniczych w żaden sposób nie zastąpimy pieniędzmi z innego źródła. Nie ma powodu, aby ktokolwiek finansował polskich rolników na tej zasadzie, co UE. Oczywiście, takie państwo, jak Chiny, mogłoby nam zaoferować swój potężny rynek zbytu, ułatwiając wejście na niego w sferze formalno-prawnej. Bez tego typu pomocy, jak wiadomo, polscy wytwórcy starali się o zgody na eksport przez kilka lat. Niemniej, taka ewentualność dotyczyłaby tylko najnowocześniejszego przetwórstwa, w zakresie sadownictwa, produktów mleczarskich, wieprzowiny i drobiu.

– Pierwszy transport polskich jabłek trafił do Chin w grudniu 2016 roku. Eksport mięsa drobiowego również trwa. To już są pewne sukcesy. Jednak trzeba poczekać, aż będzie ich jeszcze więcej. Sądzę, że bardzo dobrym wskaźnikiem pożądanej efektywności byłoby wejście Chin na czołową pozycję odbiorców naszej żywności. Większy eksport, zwłaszcza pod własnymi markami, pozwoliłby budować renomę producenta wśród chińskich konsumentów. To ułatwiłoby zwiększenie sprzedaży i eksport kolejnych produktów z Polski – tłumaczy dr hab. Robert Rządca.

W kwestii infrastruktury Państwo Środka mogłoby wybrać wariant, który stosuje m.in. w Afryce. Jednym z lepiej przeanalizowanych przykładów jest Benin. Jak wyjaśnia ekspert, Chińczycy oferują niektóre inwestycje za darmo, np. budują fragment autostrady albo linii kolejowej. Ale w tle porozumienia jest zgoda danego kraju na to, żeby całość ukończyli wyłącznie chińscy wykonawcy. W praktyce mają oni od razu uzyskać określony kontrakt lub wygrać przetarg. W zamian za to Chiny oferują nisko oprocentowane kredyty. I na ogół stawiają kolejne żądania. Mogą one dotyczyć wykorzystania ich materiałów budowlanych, a także pewnych warunków politycznych, np. braku poparcia dla zwolenników Wolnego Tybetu. Innym przykładem jest Kenia, gdzie Chiny budują za około 4 mld dolarów linię kolejową z Nairobi do Mombasy. W Etiopii tworzą połączenie z Dżibuti do Addis Abeby. Finansowanie zapewnia chiński Eximbank, a wykonawcą jest państwowa firma China Road and Bridge Corporation.

– Wyraźnym celem Państwa Środka jest coraz głębsze wchodzenie w infrastrukturę gospodarczą danego państwa. Nie należy patrzeć na to wyłącznie negatywnie. Chiny stosują, także w swoim kraju, schemat myślenia zgodny z przysłowiem: Chcesz być bogaty, zbuduj sobie drogę. Mając zaplecze finansowe, rozpoczynają pewną inwestycję, w ramach wysiłku swojego państwa i podmiotów prywatnych. Dają impuls rozwojowy w postaci popytu na towary i usługi. W końcu dochodzi do wykorzystania zbudowanej infrastruktury. Połączenie ze sobą różnych miast wpływa na wzrost wartości zlokalizowanych w nich nieruchomości. To z kolei przekłada się na zwiększenie możliwości instytucji sektora finansowego. Ten schemat stosowany jest również w Afryce – mówi dr hab. Rządca.

Zdaniem eksperta, pieniądze z UE na rozbudowę infrastruktury da się zastąpić środkami z Chin, jak darowiznę np. od wujka preferencyjnym kredytem z banku. Oczywiście istnieją też pewne zagrożenia, związane z warunkami wykorzystania takiego wsparcia. Można to wytłumaczyć na przykładzie. W przypadku funduszy unijnych, wspólnota pozwala wydać określoną subwencję na budowę autostrady, pod warunkiem zapewnienia wszystkim podmiotom na rynku równych szans na otrzymanie kontraktu. Tymczasem, chcąc korzystać z inwestycji bezpośrednich lub preferencyjnych kredytów z Państwa Środka, trzeba na ogół kupować chińskie towary i zatrudniać ich firmy. W dłuższej perspektywie mogłoby to oczywiście doprowadzić do nadmiernego uzależnienia naszej gospodarki od Chin.

– Polska dla Chin jest istotnym krajem, jak na Europę, z punktu widzenia ekspansji gospodarczej. Jesteśmy dość dużym państwem, któremu można wiele sprzedać, m.in. maszyny i urządzenia RTV, sprzęt AGD, narzędzia telekomunikacyjne, odzież, obuwie czy zabawki. 38 mln naszych konsumentów tworzy jednolity rynek, z punktu widzenia prawno-formalnych wymogów, geografii, języka i kultury. Bycie u nas bardzo ważnym graczem zapewniłoby Chińczykom lepszą pozycję w globalnej grze o wpływy. Polska jest dla nich elementem większej układanki. Przejęcie przez chińskich inwestorów ważnych na polskim rynku producentów, np. okien, mebli, autobusów czy rowerów, otworzyłoby im szerzej drzwi do Europy – podsumowuje dr hab. Robert Rządca z Akademii Leona Koźmińskiego.

 

Brexit nie budzi już takiego strachu. Dla polskich firm nie jest przeszkodą w podbijaniu zagranicznych rynków. Tylko 13 proc. obawia się tendencji protekcjonistycznych na rynkach europejskich, w tym w Wielkiej Brytanii. Ponad 70 proc. nie postrzega tego jako istotne zagrożenie do rozwoju na rynkach zagranicznych. Aż 73% właścicieli firm twierdzi, że działalność zagraniczna jest bardziej rentowna, niż sprzedaż w Polsce – wynika z badania przeprowadzonego przez Fundację Kronenberga przy Citi Handlowy. Jak polskie firmy podbijają zagraniczne rynki, czym różnią się w swoich strategiach ?

– Obserwujemy coraz większe grono mniejszych firm  , które wchodzą na rynki zagraniczne poprzez sprzedaż swoich produktów, czyli eksport. Większa skala działalności  a tym samym większe zasoby finansowe zmieniają formułę ekspansji –  tu dominuje tendencja do inwestowania np. poprzez budowanie własnej sieci dystrybucji, budowę fabryk lub przez akwizycje podmiotów na tamtych rynkach. Szczególnie to zróżnicowanie strategii powiązane z profilem przedsiębiorstwa widać  przy selekcji metod pozyskiwana klientów. Dynamiczny rozwój internetu  dał  mniejszym firmom z branży eCommerce możliwość tańszego i bardziej skutecznego dotarcia do ostatecznego klienta i otworzył przed nimi drzwi do domów zagranicznych konsumentów. Firmy produkcyjne wciąż inwestują głównie w innowacje technologiczne i park maszyn, jeśli chodzi o komunikację, to króluje klasyka, czyli bezpośredni kontakt z  klientem. W segmencie B2B jest to szczególnie istotne, stąd niegasnąca popularność targów i konferencji branżowych  – mówi Sebastian Perczak, dyrektor Biura Klientów Strategicznych w Citi Handlowy.
 
O ile w Polsce jednym z ważniejszych i skuteczniejszych me­chanizmów zaistnienia w świadomości konsumentów jest obecność marki w tradycyjnych mediach, to poza krajem jedynie co trzeci ankietowany (31proc) dostrzega skuteczność takiej strategii. Dla osiągnięcia pożądanych wolumenów sprzedaży ważne jest oswojenie regionalnych nowych mediów, czyli obecność  w lokalnej sieci www.
W budowaniu lojalności prym wiedzie klasyka. Prawie wszystkie badane firmy deklarują, że klientów przy jej marce trzyma klasyczny duet, czyli połączenie wysokiej jakości z atrakcyjną  ceną. Zdecydowanie rzadziej firmy sięgają po nowoczesne narzędzia umożliwiające szczegółową pracę z danymi dotyczącymi klientów jak np. analizy big data – wskazuje je jedynie 35% respondentów, bądź oferowanie programów lojalnościowych poprzez urządzenia mobilne – 28%., co może potwierdzać wciąż sporą lukę edukacyjną na tym polu wśród lokalnego środowiska biznesowego.

Pozytywnym akcentem jest wykorzystanie internetu jako zasobu cennych dla przedsiębiorstwa informacji – dla ponad 83 proc. firm to analiza działań konkurencji w sieci www jest kluczowym narzędziem przy dostosowywaniu oferty sprzedażowej . Ten sposób monitoringu preferują mniejsze przedsiębiorstwa, operujące na jednym, dwóch, maksymalnie trzech rynkach. Im większa skala działania, tym większą rolę odgrywają badania konsumenckie, co ewidentnie wiąże dobór metody z zasobami budżetowymi.  Blisko połowa (46 proc.) firm, które sprzedają w 7 krajach korzysta z badań konsumenckich, względem 27 proc. w grupie działającej w 3 krajach.

– Rejon centralnej i wschodniej Europy nieustannie pozostaje głównym celem ekspansji polskich firm. Nowoczesne kanały dystrybucji i komunikacji poszerzają te horyzonty. Pozwalają przedsiębiorstwom na dotarcie do klientów na innych rynkach. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się rynki azjatyckie, co w kontekście inicjatywy Belt & Road pokazuje, że nasi przedsiębiorcy sprawnie wpisują się w globalne trendy. Dostrzegamy także zainteresowanie regionem Ameryki Północnej i Ameryki Południowej. W tym przypadku częściej mówimy o bezpośrednich inwestycjach, a nie dotarciu do klienta poprzez sprzedaż – dodaje Sebastian Perczak.

To, jak firma sprzedaje ściśle wynika z charakteru jej działalności  – wśród firm produkcyjnych dominuje budowa własnych sieci sprzedażowych (64 proc), a sprzedaż przez internet funkcjonuje u co 3 respondenta. (ok 30 proc). W przypadku firm z branży handlowo-usługowej podejście jest bardziej zróżnicowane, tu proporcje sprzedaży i dystrybucji są na podobnym poziomie, mniej więcej po połowie.

 

Wypowiedź: Sebastian Perczak, dyrektor Biura Klientów Strategicznych w Citi Handlowy.

Polscy przedsiębiorcy jako jedyni w Europie pozytywnie oceniają szansę na poprawę swojej sytuacji gospodarczej w najbliższym czasie – wynika z badania Global Business Monitor opracowanego na zlecenie firmy faktoringowej Bibby Financial Services. Ponad połowa (55%) z nich uważa, że ​​rodzimy rynek pozostanie w dobrej kondycji. W ubiegłym roku optymizm wykazywało 47% badanych. Aż 45% ankietowanych sądzi, iż w ciągu najbliższych 12 miesięcy kondycja kraju nie zmieni się.

Z wyników Global Business Monitora wynika, że polscy przedsiębiorcy z sektora MŚP są zaniepokojeni stanem globalnej gospodarki i wykazują mniejszy optymizm w jej ocenie niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, obecnie jedynie jedna trzecia badanych uważa, że funkcjonuje ona poprawnie.

Wskaźnik aktywności gospodarczej w sektorze produkcyjnym Polski (PMI) wzrósł w sierpniu do 52,5 (z 52,3 w lipcu). Odnotowano wzrost produkcji i nowych zamówień oraz poprawę nastrojów biznesowych, które osiągnęły najwyższy poziom w ciągu czterech miesięcy.

Bank Światowy przewiduje, że w perspektywie dwóch najbliższych lat poprawa sytuacji na polskim rynku utrzyma się na stałym poziomie 3,2% w skali roku. Głównymi czynnikami przyspieszenia gospodarczego w bieżącym roku są nowe inwestycje w kraju oraz wsparcie Unii Europejskiej. Przez zwyżkę spożycia indywidualnego, z uwagi na stabilną sytuację panującą na rynku pracy odnotowano wzrost dynamiki rynkowej odnotowano również komentuje Jerzy Dąbrowski Dyrektor Generalny Bibby Financial Services specjalizującej się w faktoringu.

Produkcja mebli wciąż ma znaczący wpływ na dynamiczny rozwój gospodarki. Warto zwrócić uwagę, że w lipcu obrót z eksportu wyniósł 14,4 mld euro, czyli ponad 2 mld euro mniej niż w poprzednim miesiącu. W ostatnim czasie eksport wzrósł na wszystkich rynkach, z wyjątkiem Polski i Irlandii. Odnotowano również zmniejszenie obrotów w imporcie o ponad 1 mld euro w porównaniu do poprzedniego miesiąca.

Za poprawę koniunktury gospodarczej w ciągu ostatnich 12 miesięcy odpowiadają również produkcja, budownictwo i usługi. W omawianym okresie nastąpiło zwolnienie dynamizmu rozwoju w handlu i transporcie. W Polsce zauważalna jest również zwyżka wskaźnika CPI, który określa zakres cen towarów i usług konsumpcyjnych, w sierpniu 2017 r. wyniósł 1,8%. Odnotowano wzrost cen mieszkań i transportu.

Ponad połowa badanych (52%) twierdzi, że wzrosła sprzedaż, w porównaniu z ubiegłym rokiem, liczba respondentów podzielających to zdanie podniosła się o 11%. Optymizm Polaków jest odczuwalny również w ocenie sprzedaży, która przekracza średnią z badania Global Business Monitor wynoszącą 49%. Zaledwie jeden na pięciu badanych w Polsce uważa, że sprzedaż spadła.

Należy pamiętać, że wpływ na koniunkturę gospodarczą Polski, podobnie jak w innych krajach europejskich ma szereg czynników zewnętrznych w tym Brexit i zmiany w strefie euro. Przedsiębiorcy specjalizujący się w eksporcie obawiają się zmian w przepisach prawnych, w tym w prawie podatkowym, które mogłyby utrudnić ich pracę w najbliższych miesiącach a nawet latach. Te same zmiany mogą negatywnie wpłynąć na gospodarkę, zmniejszając poziom inwestycji, a tym samym rzutuje na zmniejszenie dynamiki wzrostu dodaje Jerzy Dąbrowski Dyrektor Generalny Bibby Financial Services.

Prawie połowa badanych (47%) przewiduje, że w nadchodzącym roku ich sprzedaż wzrośnie. Jednak szacuje się, ze rozwój tego typu transakcji w Polsce nie przekroczy średniej wynoszącej 55% wyliczonej na podstawie analizy wyników Global Business Monitor z jedenastu państw biorących udział w badaniu.

 

Źródło: Bibby Financial Services

Tempo wzrostu szwajcarskiej gospodarki jest najniższe od apogeum kryzysu finansowego. Chociaż słabe dane o PKB wynikają częściowo z czynników przejściowych, to mogą przedłużyć okres ekstremalnie niskich stóp procentowych, a także przyczynić się do dalszego spadku wartości franka – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Publikacja szwajcarskiego PKB zaskoczyła prawdopodobnie większość ekonomistów na świecie. Wzrost tej gospodarki w drugim kwartale wyniósł tylko 0.3 proc. rok do roku (r/r). To nie tylko wyraźnie poniżej oczekiwań ekonomistów, którzy spodziewali się wyniku na poziomie 1.0 proc. r/r.  Był to również jeden z najsłabszych odczytów w ostatnich dekadach i równy temu obserwowanemu w czwartym kwartale 2008 r., czyli w szczycie kryzysu finansowego. Co jednak spowodowało tak słabe wyniki jednego z najbogatszych krajów świata?

Skąd tak fatalne wyniki?

Przy wzroście gospodarczym strefy euro w granicach 2 proc. i rosnącemu prawdopodobieństwu osiągnięcia przez obszar wspólnej waluty wyniku najlepszego od dekady, tak niskie tempo przyrostu PKB w silnie uzależnionej od koniunktury zewnętrznej Szwajcarii może dziwić. Warto jednak zauważyć, że na zły rezultat złożyło się kilka czynników.

Po pierwsze, Sekretariat Stanu do Spraw Gospodarczych (SECO) zrewidował dane za poprzednie lata, co zmieniło punkt odniesienia dla ostatniej publikacji. Drugą ważną kwestią jest dość silna zmienność w wynikach szwajcarskiego handlu zagranicznego. W 2016 r. eksport usług wzrósł o 7.9 proc., w tym w czwartym kwartale aż o 13.3 proc. r/r. Z kolei w okresie marzec-czerwiec br. było to już tylko 0.4 proc. r/r. Natomiast import usług zwiększył się zdecydowanie bardziej niż eksport i wyniósł +4.1 proc. Z kolei zapotrzebowanie na szwajcarskie towary za granicą zmniejszyło się w porównaniu do drugiego kwartału 2016 r. o 1.3 proc., podczas gdy import podniósł się o 2.5 proc. W rezultacie handel zagraniczny miał silny, negatywny wpływ na PKB w ostatnim odczycie, chociaż prawdopodobnie jest to efekt krótkotrwały.

Pomijając jednak kwestie wymiany handlowej czy rewizji danych, pojawiają się także sygnały nieco gorszej wewnętrznej kondycji gospodarki. W porównaniu do pierwszego kwartału spada tempo wzrostu konsumpcji gospodarstw domowych (z 1.5 do 1.3 proc r/r) oraz wydatków sektora publicznego (z 1.7 do 1.6 proc. r/r.). Zauważalnie obniżyło się również tempo przyrostu inwestycji. Jeszcze w czwartym kwartale 2016 r. wynosiło ono 4.4 proc., a obecnie już tylko 1.9 proc.

Stopy procentowe bez zmian i tańszy frank

Mimo że wyraźne spowolnienie wzrostu PKB jest prawdopodobnie przejściowe, to jednak powinno ono wpłynąć na decyzje Szwajcarskiego Banku Narodowego (SNB). Jeszcze w czerwcu br. władze monetarne oczekiwały, że gospodarka urośnie w 2017 r. o 1.5 proc. W ciągu dwóch pierwszych kwartałów wzrost wyniósł około 0.5 proc r/r. Jest więc niezwykle mało prawdopodobne, by kolejne miesiące odrobiły straty z pierwszej połowy roku zwłaszcza, że np. sprzedaż detaliczna w lipcu spadła o 0.7 proc. r/r.

Dotychczasowe wyniki prawdopodobnie sprawią, że SNB zrewiduje w dół szacunki wzrostu PKB na 2017 r. podczas zaplanowanego na 14 września posiedzenia. Ponieważ również nie ma poważniejszego przyspieszenia inflacji (0.5 proc r/r), to niewykluczone, że władze monetarne jasno dadzą do zrozumienia, że stopy procentowe pozostaną na ujemnym poziomie (-0.75 proc.) dłużej niż wcześniej oczekiwano. Biorąc pod uwagę wpływ części odsetkowej na wysokość ich raty, jest to pozytywna informacja dla tych którzy spłacają kredyty frankowe.

Bardziej łagodna polityka pieniężna może być także korzystna w kontekście samej wyceny franka. Dobra kondycja gospodarcza strefy euro, a także innych wiodących gospodarek świata połączona z rosnącą inflacją na obszarze wspólnej waluty oraz prawdopodobnym wychodzeniem z łagodnej polityki monetarnej przez Europejski Bank Centralny powinny zmniejszać atrakcyjność franka w relacji do zagranicznych walut, w tym do złotego.

W rezultacie więc zaburzenie w odczytach szwajcarskiego PKB może przedłużyć trend ekstremalnie niskich stóp procentowych oraz słabość franka. Jest to więc idealny scenariusz dla spłacających kredyty denominowane w tej walucie, zwłaszcza że stosunkowo dobra kondycja gospodarcza w Polsce podtrzymuje także perspektywę względnie silnego złotego. Niewykluczone więc, że niedługo frank powróci do ok. 3.50 zł, czyli do poziomu sprzed tzw. „czarnego czwartku”.

 

Autor:  Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

We wrześniu 2015 r. niemiecką motoryzacją wstrząsnął skandal związany z zaniżaniem emisji spalin przez popularne silniki diesla TDI. Kiedyś znane z niezawodności i trwałości ewoluowały, stając się skomplikowanymi konstrukcjami. Okazało się, że aby spełniały wyśrubowane normy, montowano w nich specjalne oprogramowanie oszukujące podczas testów laboratoryjnych. Na nieszczęście Volkswagena, ujawnione zostało to w USA, za co koncernowi grożą olbrzymie kary. To jednak tylko jedna strona medalu – procesy trwają i nie wiadomo, jak się zakończą. Natomiast koszty działań serwisowych rzędu 7,3 mld USD zostały przez koncern ogłoszone. Do tego trzeba jeszcze doliczyć trwałą utratę reputacji. Giełda potraktowała VW w 2015 r. bardzo ostro – kurs z poziomów ponad 200 EUR przepołowił się. Mimo dobrej koniunktury w sektorze motoryzacyjnym i wzroście sprzedaży aut w 2016 r. o 2,8% r/r, kurs akcji VW nie powrócił do cen sprzed ujawnienia afery (aktualny kurs to 130 EUR). Afera odbiła się też negatywnie na kursach innych niemieckich producentów – BMW i Daimlera, ale nie w aż tak dużej skali.

W tym roku do problemów marki Volkswagen doliczyć należy też należące do Grupy Audi i Porsche, a wg portalu Spiegel Online, chodzi o silniki montowane w SUV-ach Porsche Cayenne i Audi Q7. Przed tymi informacjami uważano, że silniki Audi, z których korzysta też Porsche, są wolne od manipulacji. Jak sprawa się rozwinie – nie wiadomo, jednak pokazuje to, że wcale nie odkryto jeszcze wszystkiego, a skala zjawiska może być naprawdę ogromna.

Problem afery spalinowej dla niemieckiej gospodarki zdaje się być na tyle znaczący, że o jej skutkach wspominają najwyżsi rangą urzędnicy. Wolfgang Schaeuble, niemiecki minister finansów, wskazał skutki tej afery jako największe zagrożenie dla niemieckiej gospodarki (chociaż wciąż, m. in. ze względu na wskazane wyżej powody, nie można dokładnie określić potencjalnej wysokości strat), obok ryzyka związanego z Brexitem oraz prowadzenia przyszłej polityki handlowej w USA. Czy rzeczywiście? Zależy jak na to spojrzeć. Faktycznie, niemiecka branża motoryzacyjna to jeden z koni pociągowych tamtejszego eksportu. Niemcy, z udziałem 7,2% w światowej produkcji aut, są na 4 miejscu, po Chinach, USA i Japonii, a obroty tej branży to prawie 370 mld EUR rocznie. Auta zza naszej zachodniej granicy powszechnie cieszą się uznaniem i postrzegane są jako wyróżniające się jakością wykonania. Afera spalinowa może nadszarpnąć dobrą reputację niemieckich koncernów, ale nie powinna pogrążyć całej branży, która co chwila ma różnego rodzaju wpadki, a to związane z silnikami, a to z bezpieczeństwem. Są to problemy i koszty nie do uniknięcia, aczkolwiek wygląda na to, że koszty afery spalinowej mogą być naprawdę znaczące. Co więcej, kondycja tej branży ma duży związek z polską gospodarką, która sporo sprzedaje do przemysłu motoryzacyjnego, a Niemcy są naszym największym partnerem. Jako przykład negatywnego wpływu afery spalinowej można podać zmniejszenie produkcji diesli, co m. in. przełożyło się na gorszą sprzedaż giełdowego Alumetalu w II kw. bieżącego roku.

Poważniejszym problemem dla całej niemieckiej motoryzacji mogą być zmiany technologiczne zachodzące na rynku. Nie jest to przykład ekwiwalentny, ale można nawiązać do historii fińskiej Nokii, która zbyt późno weszła na rynek smartfonów, co okazało się dla niej gwoździem do trumny. Proces zmiany modeli telefonów był jednak bardzo dynamiczny, w motoryzacji zmiana odbywa się znacznie wolniej, a projektanci i inżynierowie myślą z kilku albo i kilkunastoletnim wyprzedzeniem. Dostrzega się jednak wyraźne odejście od diesli na rzecz małych turbodoładowanych silników benzynowych, jednak prawdziwym wyzwaniem są auta elektryczne. Wygląda na to, że tak będzie wyglądała przyszłość motoryzacji, a powoli zaczyna się już rozgrywka o dominację w tym segmencie. Długoterminowo ewolucja napędu spalinowego w elektryczny może być głównym game changerem na rynku motoryzacyjnym.

 

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Polska marka samochodu osobowego to póki co pieśń przyszłości. Tu i teraz bezsprzecznie rządzą producenci podzespołów oraz pojazdów innych niż osobowe, którzy działają w niszach, umieją sprzedawać za granicą i sprawnie włączają się w międzynarodowe łańcuchy wartości sektora automotive. Przez co najmniej 5 lat to się nie zmieni – wskazują autorzy 2. edycji zestawienia TOP30 polskich firm motoryzacyjnych: Bank Zachodni WBK, Bisnode i Polska Izba Motoryzacji. Sprawozdania pokazują, że biznes tych firm pędzi szybko: średni wzrost rocznych przychodów podmiotów z TOP30 sięgnął 14%.

Na najnowszej liście TOP30, czyli 30-stu firm motoryzacyjnych z większościowym polskim kapitałem o największych przychodach, aż 21 miejsc zajmują firmy wytwarzające części i podzespoły. 3 podmioty z tej grupy to producenci akumulatorów. Drugi silnik wzrostu polskiego automotive to producenci pojazdów innych niż samochody osobowe i dostawcze. Wśród nich są: 2 firmy produkujące autobusy, 4 firmy produkujące naczepy, przyczepy i zabudowy do samochodów oraz 3 firmy produkujące pojazdy specjalne.

Najwięcej firm z zestawienia TOP30 zlokalizowanych jest na terenie województwa śląskiego (8), w wielkopolskim (6), podkarpackim (5) oraz mazowieckim (4). Dwie firmy działają na Dolnym Śląsku, a po jednej w województwach łódzkim, podlaskim, małopolskim, kujawsko-pomorskim i świętokrzyskim. Zaskakuje wysoka pozycja województwa podkarpackiego. Dla porównania w przypadku firm z kapitałem zagranicznym zdecydowanie dominują 2 województwa śląskie (11 na 30) i dolnośląskie (8 na 30).

  1. edycja TOP30 – focus na szczegóły

W porównaniu do pierwszego zestawienia, opublikowanego rok temu, w nowym TOP30 zaszło sporo zmian. – Co prawda skład ścisłej czołówki pozostał niezmieniony (Grupa Boryszew, Solaris Bus&Coach, Wielton i Sanok Rubber Company), ale dalej jest ciekawie, bo pojawiło się aż 5 nowych podmiotów – mówi Wojciech Żuk, dyrektor kredytowy ds. sektora motoryzacyjnego w Banku Zachodnim WBK. BOCAR, producent samochodów pożarniczych na różnych typach podwozi renomowanych marek wszedł do zestawienia dzięki dużemu wzrostowi sprzedaży (aż o 47% r/r). Cztery pozostałe firmy pojawiły się dzięki informacjom i współpracy z Polską Grupą Motoryzacyjną. Są to podmioty sklasyfikowane poza PKD29 a tym samym trudne do zidentyfikowania, ponieważ produkują nie tylko na potrzeby automotive, ale również innych branż. Tylko dzięki wiedzy organizacji branżowych takich jak PIM czy PGM możliwe było ustalenie że większość produkcji tych firm jest kierowana do sektora motoryzacyjnego i włączenie tych firm do zestawienia. Są to podmioty sklasyfikowane poza PKD29 czyli teoretycznie poza motoryzacją. Jednak ponieważ ich produkcja jest w dużej mierze „zasysana” przez branżę automotive, autorzy raportu włączyli je do zestawienia. Te firmy to: Bury (systemy telekomunikacyjne, nawigacyjne i sterujące do samochodów, np. urządzenia głośnomówiące, ładowanie i systemy uchwytów, nawigacja, piloty radiowe, anteny, wzmacniacze, mikrofony), Kuźnia Polska (odkuwki do samochodów osobowych i ciężarowych), SPLAST (detale techniczne z tworzyw konstrukcyjnych) oraz Geyer & Hosaja (dywaniki gumowe i opony do samochodów ciężarowych, autobusów, naczep i przyczep). – Debiutanci na liście TOP30 i cała 2. edycja tego zestawienia, pokazują, że polski sektor automotive jest jeszcze bardziej zaawansowany i różnorodny a jego specjalizacja jest jeszcze mocniejsza niż wydaje się na pierwszy rzut oka  – podkreśla Wojciech Żuk.

Części i podzespoły górą jeszcze długo

Co więcej, autorzy rankingu TOP30 podkreślają, że pomimo pojawiających się w przestrzeni publicznej nowatorskich wizji rozwoju polskiej motoryzacji, w kolejnych latach nie zmienią się ani jej specjalizacja ani źródło wzrostu, czyli eksport. Dlaczego? Zbudowanie silnej marki samochodowej jest możliwe, ale wymaga czasu i ogromnych inwestycji nie tylko w opracowanie samochodu i zbudowanie od podstaw nowoczesnej fabryki ale także w stworzenie sieci dilerskiej oraz serwisowej zarówno w Polsce jak i w całej Europie. W pierwszym etapie będzie więc mieć znaczenie głównie wizerunkowe. W sferze realnego biznesu i przychodów polską branżę tworzą i co najmniej przez następne 5 lat będą tworzyć przede wszystkim części, podzespoły, akcesoria, elementy wyposażenia czy specjalistyczne pojazdy i rozwiązania wysyłane na eksport. Ta specjalizacja może się nawet ugruntować. Po pierwsze dlatego, że nasi producenci bardzo sprawnie z roku na rok rozwijają sprzedaż zagraniczną a po drugie dlatego, że nowe szanse może stworzyć rynek wewnętrzny. – W większości branż rynek wewnętrzny jest wstępem do ekspansji zagranicznej. W sektorze motoryzacyjnym możliwa jest tendencja odwrotna. Za sprawą nowych inwestycji zagranicznych koncernów w Polsce, które zostały przyciągnięte w ostatnim czasie i miejmy nadzieję, że będzie jeszcze więcej, polskie firmy już dostarczające za granicę komponenty zyskają szansę rozwoju na rynku wewnętrznym – mówi Roman Kantorski, Prezes PIM. Dodaje on, że jeśli Polska ma zbudować własne auto osobowe, to tylko i wyłącznie dzięki mistrzowskiej produkcji części i podzespołów.

Polski biznes motoryzacyjny ma się świetnie

Łączne przychody firm uwzględnionych w drugiej edycji listy TOP30 polskiego automotive wyniosły 9,6 mld zł. To suma niższa niż przychody największych firm z kapitałem zagranicznym operujących w Polsce, takich jak FCA Poland S.A. (14,3 mld zł w 2016 r.) i Volkswagen Poznań Sp. z o.o. (9,8 mld zł w 2015 r.), ale warto zwrócić uwagi na niemałe dynamiki. Średni wzrost przychodów dla producentów części i podzespołów wyniósł +9%; dla producentów akumulatorów +20%. Przychody firm produkujących naczepy, przyczepy i zabudowy do samochodów wzrosły średnio o 16%. Najmniej urosły przychody producentów autobusów (średnio o 4%), przy czym rosły przychody lidera Solaris Bus&Coach, podczas gdy drugi producent z listy zanotował spadek sprzedaży. – Największe wrażenie robią wyniki producentów pojazdów specjalnych. Przychody tych trzech firm z naszego zestawienia, w ujęciu łącznym, podwoiły się – mówi Wojciech Żuk.

Z kolei z analizy wywiadowni gospodarczej Bisnode, która opracowała dane do zestawienia TOP30, wynika, że blisko 70 proc. firm z branży produkcji autobusów, jak również części i akcesoriów jest w bardzo dobrej i dobrej kondycji finansowej, z czego 55,4 proc. w bardzo dobrej. W równie dobrej sytuacji znajdują się producenci przyczep i naczep. Wśród tych blisko 65 proc. jest w bardzo dobrej i dobrej kondycji finansowej. – Na tle innych branż, to świetny wynik. To także dowód, że cała branża motoryzacyjna umacnia swoją pozycję w polskiej gospodarce – mówi Tomasz Starzyk z Bisnode.

Wyższy bieg dzięki innowacjom

Według eksperta Bisnode ogromny potencjał tkwi w innowacjach. To one napędzają polski przemysł automotive. Ultralekkie pojazdy, układy napędowe, innowacyjne komponenty i systemy do zastosowania w pojazdach, także technologie produkcji, regeneracji, odzysku i recyklingu to tylko niektóre obszary, w których prowadzone są badania nad rozwojem i udoskonaleniem produkcji. Z Tomaszem Starzykiem zgadzają się Wojciech Żuk i Roman Kantorski. – Widoczne jest również duże zainteresowanie programami badawczo-rozwojowymi, jak np. INNOMOTO (sektorowy program badań naukowych i prac rozwojowych), którego celem jest wsparcie rozwoju innowacji w branży motoryzacyjnej. Polska, jako kluczowy eksporter wyrobów przemysłu motoryzacyjnego na równi z działalnością produkcyjną powinna być inicjatorem rozwiązań z zakresu B+R i skutecznie je wdrażać. To szansa dla polskich dostawców części i komponentów. Ważne jest abyśmy wszyscy: firmy, ośrodki badawczo-rozwojowe oraz administracja państwowa obrali kierunek na innowacje, ponieważ drugiej takiej szansy możemy nie mieć – mówi Roman Kantorski.

 

Źródło:Bank Zachodni WBK

Od ostatniego komentarza sytuacja na parkietach wiele się nie zmieniła. Nastroje wciąż można uznać za bardzo dobre, nawet wyraźnie w czerwcu słabszy technologiczny Nasdaq przełamał słabość i wzniósł się na nowe historyczne maksima. Utrzymuje się jednak dość zauważalne zróżnicowanie, gdyż opisana wcześniej „pełzająca letnia hossa” tyczy się głównie parkietów azjatyckich, amerykańskich oraz szeroko pojętego spektrum rynków wschodzących. Europa pozostaje w wyraźnym tyle, na co pewien wpływ może mieć silniejsze euro ograniczające konkurencyjność spółek ze Starego Kontynentu. Wydaje się jednak, że to zaledwie część historii. Z ostatniego odczytu indeksu Ifo wynika bowiem dość wyraźnie, że nastroje w nastawionym na eksport niemieckim biznesie są wyśmienite i silniejsza waluta wspólnotowa pozostaje tutaj bez większego wpływu. Ekonomista instytutu określił klimat wśród przedsiębiorców jako „euforyczny”, co przy podejściu kontrariańskim może budzić pewien niepokój i to z dwóch powodów. Po pierwsze, jeżeli koniunktura gospodarcza jest wyśmienita, podobnie jak klimat inwestycyjny, to dlaczego europejskie parkiety są słabe? Po drugie, gdzie się podziały te wszystkie zagrożenia, których lista jeszcze niedawno była całkiem długa. Przypomnę, że obawiano się Brexitu, protekcjonizmu Trumpa, ale wspominano też o potencjalnych zagrożeniach płynących z Chin. Aktualnie ta lista wydaje się pusta, a opublikowana półtora tygodnia temu seria dobrych danych z Państwa Środka stała się zarzewiem wzrostu cen surowców, szczególnie metali przemysłowych. Co interesujące, procykliczny sektor bankowy radzi sobie lepiej od głównych europejskich indeksów, choć pozostaje poniżej maksimów z początku maja. Być może inwestorzy wciąż muszą zmierzyć się z wówczas wygenerowanym optymizmem po zwycięstwie Emanuela Macrona, który z perspektywy czasu okazał się zbyt duży i musi zostać przetrawiony. Szkoda tylko, że w ten sposób marnowany jest czas dobrej letniej koniunktury, co nie pozostaje bez wpływu na GPW. Nasz rynek wydaje się znajdować w niejednoznacznym położeniu, gdzie dobre zachowanie rynków wschodzących działa na korzyść parkietu przy Książęcej, ale słabość Eurolandu pozostaje doraźnym hamulcowym. Nie można też zapominać o obserwowanym ostatnio wzroście ryzyka politycznego, które ponownie ujawniło się po kilkumiesięcznej przerwie. Prawdopodobieństwo pewnych sankcji wobec Polski pozostaje co prawda znikome, ale musi być brane pod uwagę, podobnie jak amerykańskie bony skarbowe wyceniają już możliwość technicznego bankructwa w związku z potrzebą podniesienia limitu zadłużenia tej jesieni.

Źródło: Łukasz Bugaj, CFA, Analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Reakcja rynków po przemówieniu Mario Draghi była zaskoczeniem chyba nawet dla niego. Pomimo starań, aby trzymać swoje karty blisko i nie dać poznać swoich przyszłych ruchów, inwestorzy przejrzeli jego pokerową twarz. Jego wystąpienie potwierdziło teorie, że Europejski Bank Centralny jest w samym centrum zwężenia, ale się do tego nie przyznaje. Draghi dołożył wszelkich starań, aby przedstawić EBC jako instytucję, która nie ma żadnych planów likwidacyjnych ogromnego pakietu stymulacyjnego, a nawet pozostawił sobie otwarte drzwi, aby później je zwiększyć, ale nie zdołał ukryć faktu, że gospodarka rzeczywiście idzie coraz mocniej w dół.

Dzisiejsza walka pomiędzy walutami większości gospodarek, w tym euro, stara się utrzymać słabe waluty w celu promowania eksportu. Napływ euro w ciągu ostatnich 24 godzin prawie na pewno nie był tym, co pan Draghi chciał osiągnąć. Kurs pary walutowej EUR/USD jest notowany obecnie o 60 punktów niżej od swojego najwyższego poziomu w styczniu 2015. Z drugiej strony, Mario prawdopodobnie nie powinien zdobyć całego uznania za ten ruch. Do silnego euro przyczynił się także  prezydent Trumpa, który załamał dolara. W tym momencie dolar potrzebuje wzmocnienia.

Krypotwalutowi górnicy bardzo silnie zasygnalizowali wdrożenie SegWit. Dzisiejsze nagłówki pokazują, że BIP91 został zablokowany. Ta aktualizacja oznacza, że BIP148 stał się znacznie mniej prawdopodobny. Stąd możliwe są dwa wyjść: aby wdrożyć SegWit za pomocą Soft Fork lub wdrożyć SegWit2x za pomocą Hard Forka, aby zwiększyć rozmiary bloków. To, że  górnicy wskazują na  BIP91 nadal nie oznacza, że to się zadzieje. Po drodze czyha wiele przeszkód, a jest ona wciąż daleka od bycia klarowną. Jednak w tym momencie mamy o wiele większą jasność niż mieliśmy 24 godziny temu.

Wpływ na cenę jest dość jasny. Bitcoin wykorzystał te wiadomości i zbliżył się do swojego najwyższego poziomu. W rzeczywistości, w ciągu ostatniego tygodnia, Bitcoin zniwelował niemal wszystkie straty, które osiągnął od swojego szczytu 12 czerwca. I to właśnie jest magią kryptowalut.

 

Autor: Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

 

Działalność eksportową w Polsce prowadzi ponad jedna piąta (22%) ankietowanych przedsiębiorstw podczas 13. fali badania Bibby MSP Index, które cyklicznie przeprowadza firma faktoringowa Bibby Financial Services. W porównaniu do 12. fali badania Bibby MSP Index prawie 24% eksportujących firm odczuło wzrost eksportu (spadek o 4,8 pkt. proc.), u ponad 60% badanych poziom eksportu się nie zmienił, zaś u zaledwie 14% eksporterów zmalał. W związku ze zmianą koniunktury gospodarczej tylko 10,9% przedstawicieli sektora MŚP zastanawia się nad rozszerzeniem prowadzonej działalności o eksport, a ponad 8% deklaruje, że nie jest pewne, czy podjęłoby to ryzyko.

Niższy niż przy 12. fali badania Bibby MSP Index jest również odsetek osób, które uważają, że w najbliższym czasie prowadzone przez nich działania eksportowe pozostaną na tym samym poziomie. Zwiększył się za to odsetek niezdecydowanych, co potwierdza panujący stan niepewności związany z ogólną sytuacją gospodarczą w Unii Europejskiej, a zwłaszcza donoszący się do nowych warunków handlowych związanych z wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii – komentuje Jerzy Dąbrowski Dyrektor Generalny Bibby Financial Services.

Ponad połowa przebadanych przedsiębiorców z sektora MŚP uważa, że najważniejszymi czynnikami, które wpływają na osiągniecie sukcesu w branży eksportowej jest jakość oferowanych usług lub produktów oraz dobre relacje z kontrahentami. Prawie 40% respondentów stwierdziła, że na osiągniecie sukcesu w tej branży ma wpływ konkurencyjność ceny. Zaledwie 7,9% ankietowanych wskazuje dostęp do finansowania jako czynnik, który może pomóc w osiągnięciu sukcesu na rynku eksportowym.

Przedsiębiorcy z sektora MŚP szukając odpowiednich partnerów biznesowych muszą zweryfikować historię działalności firmy oraz zmniejszyć ryzyko potencjalnej starty. Ankietowani, którzy zajmują  się eksportem w prawie 55% pozyskują informacje o potencjalnych odbiorcach swoich usług lub produktów zza granicy przez uczestnictwo w wydarzeniach branżowych zarówno w Polsce jak i w innych krajach. Prawie 26% badanych szuka informacji przez działające na danym rynku izby branżowe i stowarzyszenia, a prawie 16% korzysta z lokalnych wywiadów gospodarczych. Blisko 8% przedsiębiorców przy weryfikacji potencjalnego partnera biznesowego korzysta z pomocy partnera finansowego – faktora.

Ponad 60% przedstawicieli sektora MŚP finansuje swoją działalność eksportową za pomocą linii kredytowej oraz wchodzenia na debet. Na podstawie analizy ostatnich wyników Polskiego Związku Faktorów, możemy zauważyć, że faktoring eksportowy rośniej najszybciej wśród usług faktoringowych. W I kwartale 2017 r. odnotowano wzrost obrotów w faktoringu pełnym eksportowym o 16% w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r.  Zmiany wskazują, że przedsiębiorcy coraz częściej widzą w faktoringu rozwiązanie dla swojego przedsiębiorstwa i pozwala im to nie tylko poprawić płynność finansową, ale również zoptymalizować obroty firmy. Faktoring eksportowy jest narzędziem skrojonym na miarę przedsiębiorców, którzy współpracują z kontrahentami zagranicznymi lub planują podjąć taką współpracę. Oprócz finansowania, przedsiębiorca może również liczyć na wsparcie w zakresie weryfikacji kondycji zagranicznego partnera, a także informacje dotyczące prawa i zwyczajów handlowych panujących w danym kraju, które znacznie ułatwiają początek współpracy. Głównymi korzyściami, które płyną z faktoringu eksportowego są stosunkowo szybki dostęp do elastycznego źródła finansowania, obniżenie ryzyka kursowego oraz podniesienie poziomu konkurencyjności eksportera dodaje Jerzy Dąbrowski Dyrektor Generalny Bibby Financial Services

Ponad 71% ankietowanych, którzy deklarują, że chcieliby zająć się eksportem planuje pozyskać informację o potencjalnych odbiorcach zagranicznych za pomocą Internetu, zaś prawie połowa badanych wskazuje, że preferuje bezpośrednie spotkania na targach branżowych w Polsce i zagranicą. Mniej niż 20% badanych odpowiedziało, że szukając informacji skorzystałoby z izb branżowych i stowarzyszeń przedsiębiorców lub  misji gospodarczych organizowanych przez instytucje rządowe i izby gospodarcze. Ponad 13% deklaruje, że przy weryfikacji potencjalnych kontrahentów skorzystałoby z wiedzy partnera finansowego.

Źródło: Bibby Financial Services

Eksport wzrósł w styczniu i lutym 2017 r. o 4,0 proc. r/r w euro, a import o 7,8 proc. Saldo było dodatnie i wyniosło 30,2 mln euro – padał GUS

Eksport w okresie styczeń-luty 2017 r. był wyższy o ponad 1,8 mld euro niż rok wcześniej, natomiast import był wyższy o ponad 3 mld euro. Dynamika importu wyraźnie przyspiesza (7,8 proc. wobec 6,6 proc. w styczniu br.), a dynamika eksportu – słabnie (4 proc. wobec 5,3 proc. w styczniu br.). To co prawda dopiero pierwsze dwa miesiące 2017 r., ale saldo obrotów handlu zagranicznego zbliża się już do zera (30,2 mln euro). Przy takiej tendencji wzrostu eksportu i importu, już za styczeń-marzec zobaczymy deficyt po dwóch latach dodatniego salda handlowego. A możemy mieć pewność, że taka tendencja – szybszego wzrostu importu niż eksportu – utrzyma się. Rosnące spożycie indywidualne w wyniku dobrej sytuacji na rynku pracy, wzrostu zatrudnienia i wzrostu wynagrodzeń, a także dopływu do gospodarstw domowych środków z programu Rodzina 500+ zachęca bowiem do konsumpcji. Widać to po dynamice sprzedaży detalicznej, która wzrosła w ciągu 2. miesięcy br. o 9 proc. W tym jest także sprzedaż produktów z importu.

Na wysoką dynamikę importu wpływ mogą mieć, ale dopiero w 2. połowie roku, rosnące (miejmy nadzieję) inwestycje. Czeka nas zatem rok wyraźnego wzrostu popytu na towary i usługi z importu.

W tym kontekście bardzo ważne jest, aby eksporterzy nie koncentrowali się tylko na rynkach krajów UE, gdzie lokują ponad 80 proc. swojej sprzedaży. I tak się dzieje. Widać tu już pierwsze bardzo pozytywne sygnały, bowiem eksport do krajów rozwijających się jest r/r po 2 miesiącach 2017 r. wyższy o 9,4 proc. A eksport do krajów Europy Środkowo-Wschodniej – o prawie 25 proc. To głównie zasługa odbudowującego się eksportu do Rosji. W ciągu 2. miesięcy br. wyniósł on 804 mln euro. To ciągle mniej niż w tym samym czasie  w 2014 r. (1122 mln euro), ale już więcej niż w styczniu-lutym 2015 r. i 2016 r. To bardzo ważne, aby polscy eksporterzy byli na rynku rosyjskim obecni, gdy powoli wracają na ten rynek także nasi konkurenci.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

W przeddzień uruchomienia procedury wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii w szkockim parlamencie przegłosowano decyzję o zorganizowaniu drugiego referendum niepodległościowego, które wedle zapowiedzi Nicoli Strugeon mogłoby się odbyć przed opuszczeniem Wspólnoty. Na przeprowadzenie plebiscytu zgodę musi wydać jeszcze Londyn, a taką możliwość w trakcie Brexitowych negocjacji zdecydowanie odrzuca Theresa May. To jednak wyraźny sygnał dla Europy, że administracja w Edynburgu chciałaby pozostać częścią Unii i wspólnego rynku, mimo że wymiana handlowa Szkocji ze Wspólnotą jest czterokrotnie niższa niż z resztą Zjednoczonego Królestwa.

Stosunkiem głosów 69 do 59 przeforsowano we wtorek decyzję o wystąpieniu do administracji w Londynie z wnioskiem o przeprowadzenie drugiego referendum niepodległościowego w Szkocji. Miałoby się ono odbyć gdzieś pomiędzy jesienią 2018 a wiosną 2019, czyli jeszcze przed formalnym wystąpieniem Wielkiej Brytanii z Unii. Według Nicoli Strugeon, przewodniczącej Szkockiej Partii Narodowej to dobry czas, aby świadomi warunków Brexitu Szkoci mogli ponownie wypowiedzieć się w kwestii niepodległości ich kraju. Decyzja w tej sprawie miała zapaść już tydzień temu, ale z uwagi na zamach terrorystyczny w Londynie przerwano posiedzenie szkockiego parlamentu. Ostatnie głosowanie niepodległościowe zorganizowano w 2014 roku. Wtedy 55 proc. głosujących opowiedziało się za pozostaniem Szkocji w Unii Brytyjskiej. Co więc się zmieniło?

Przede wszystkim zeszłoroczne referendum o odłączeniu się Wielkiej Brytanii od EU sprawiło, że Szkocja została zmuszona do opuszczenia Wspólnoty wraz z resztą Zjednoczonego Królestwa. W plebiscycie dotyczącym Brexitu Szkoci zdecydowaną większością głosów (62 do 38 proc.) opowiedzieli się za pozostaniem w Unii. Nie bez znaczenia pozostaje także fakt, że Londyn zdecydował się na twardy Brexit wychodząc tym samym ze wspólnego europejskiego rynku, na czym z kolei bardzo zależało władzom w Edynburgu. Poza tym ważnym argumentem przed poprzednim referendum niepodległościowym, była obietnica ówczesnego premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona o zwiększeniu szkockich praw w ramach federacji. Aktualne badania szkockiej opinii publicznej wskazują, że wciąż ponad połowa Szkotów jest za pozostaniem w Wielkiej Brytanii, różnice są jednak niewielkie i w rzeczywistym referendum szalę zwycięstwa może przechylić grupa obecnie niezdecydowanych.

Decyzja o wystąpieniu z żądaniem do Londynu o przeprowadzenie ponownego referendum jest rzecz jasna nie na rękę brytyjskiej premier, która w obliczu czekających ją negocjacji z Brukselą będzie musiała stawić czoła także postulatom Nicoli Strugeon. Złagodzenia napiętych relacji między Londynem a Edynburgiem nie poprawiło poniedzialkowe spotkanie w Glasgow, po którym szkocka premier mówiła, że jest już sfrustrowana ciągłym ignorowaniem jej postulatów, a Szkoci mają pełne prawo, aby decydować o własnej przyszłości, w tym o relacjach z Unia Europejską i byciu częścią wspólnego rynku. W tym samym czasie Theresa May apelowała o jedność Królestwa, bo ewentualne spory doprowadzą do podziałów i osłabienia pozycji negocjacyjnej z Unią, z którą Wielka Brytania właśnie zaczyna się żegnać.

Nicoli Strugeon natomiast przy każdej okazji podkreśla, że jednym z najważniejszych argumentów, które przekonały Szkotów do pozostania w Wielkiej Brytanii był właśnie udział we wspólnym rynku Unii, choć najnowsze dane opublikowane przez Scottish National Statistics (odpowiednik polskiego GUS) wskazują, że rachunek ekonomiczny przemawia za sojuszem ze Zjednoczonym Królestwem.

Szkocja daje wyraźnie do zrozumienia, że ponad Unię Brytyjską w obecnym kształcie wolałaby dotychczasowe zasady współpracy z krajami zrzeszonymi we Wspólnocie. Wielu jednak twierdzi, że do secesji nie dojdzie, ale wiele osób zakładało także, że nie ma większych szans na Brexit, którego początek właśnie obserwujemy. Jeśli jednak dojdzie do podziału Zjednoczonego Królestwa przed Szkocją otworzą się nowe możliwości związane ze współpracą z 27 krajami Wspólnoty. Do Szkocji zamiast do kontynentalnej Europy może przenieść się na przykład ta część biznesu, dla którego priorytetem jest udział we wspólnym rynku. Szkocja spełnia ponadto wszystkie warunki polityczno-gospodarcze, aby jako niepodległe państwo mogło szybko zastąpić Wielką Brytanię Unii, przez dziesięciolecia była przecież jej częścią. To z kolei może oznaczać rywalizację z resztą UK, o to, kto zaproponuje lepsze warunki do prowadzenia biznesu. May zrobiła już w tym kierunku pierwsze kroki sugerując, że w przypadku niezadowalającego rezultatu Brexitowych negocjacji nie zawaha się uczynić z Wielkiej Brytanii raju podatkowego. Miałoby się tak stać tylko w obliczu konieczności ratowania brytyjskiej gospodarki. Z punktu widzenia konkurencyjności i niepodległościowych dążeń Nicoli Strugeon taka rywalizacja mogłaby być bardzo opłacalna na tle innych europejskich gospodarek, a oferta Szkocji wyjątkowo atrakcyjna dla firm na kontynencie, ale nie tylko – mówi Agnieszka Moryc, dyr. zarządzająca w Admiral Tax, polsko-brytyjskiej firmie doradztwa podatkowego.

Póki co Szkocji po drodze nieco bardziej z Wielką Brytania niż z Unią Europejską, co potwierdzają dane Scottish National Statistics. Spośród całkowitej wartości szkockiego eksportu w 2015 roku (78,6 mld funtów) tylko 12,3 mld funtów (16 proc.) stanowił eksport do krajów Unii. To nieporównywalnie mniej niż eksport do reszty Zjednoczonego Królestwa, który w tym samym czasie oszacowano na 49,8 mld funtów (63 proc.). Pozostałe dobra o wartości 16,4 mld funtów (21 proc.) wyeksportowano do innych krajów na świecie, a największym beneficjentem międzynarodowego eksportu Szkocji były Stany Zjednoczone (4,6 mld funtów).

Cały międzynarodowy eksport Szkocji w 2015 roku (wyłączając jednak ropę i gaz) wyniósł 28,7 mld funtów i wzrósł o miliard funtów (3,6 proc.) w porównaniu do 27,7 mld funtów rok wcześniej. Do najważniejszych eksportowanych usług i gałęzi przemysłu Szkocji należną natomiast: przemysł spożywczy (żywność i napoje – 4,8 mld funtów), usługi profesjonalne, naukowe i techniczne, a wśród nich prawne, księgowe, zarządcze, architektoniczne, inżynieryjne, testy techniczne i usługi analityczne (3,5 mld funtów), przemysł chemiczny i rafineryjny (2,8 mld funtów), górnictwo i przemysł wydobywczy (2,1 mld funtów). Wśród największych odbiorców szkockiego eksportu w Unii Europejskiej zaliczają się kolejno: Holandia (2,3 mld funtów), Francja i Niemcy (po 1,8 mld funtów).

Władze w Edynburgu wiedzą, że udział w Zjednoczonym Królestwie jest z ekonomicznego punktu widzenia zdecydowanie bardziej opłacalny i to od obecnego sojuszu w dużej mierze zależy dobrobyt Szkocji. Jednocześnie jednak nie chcą tracić możliwości wolnego handlu z europejskimi partnerami, a już na pewno nie chcą wybierać pomiędzy wolnym eksportem do Unii Brytyjskiej czy Unii Europejskiej. Z drugiej jednak strony Edynburg zdaje sobie sprawę ze swojej silnej pozycji negocjacyjnej, choćby dlatego, że szkockie pokłady ropy to nawet 90 proc. pozostałych rezerw Wielkiej Brytanii. Niewykluczone także, że kolejne referendum niepodległościowe to próba politycznego szantażu Londynu mająca na celu zwiększenie autonomii wewnątrz federacji, bo jak wskazują zwolennicy Nicoli Strugeon – Wielka Brytania jest silna dzięki Szkocji. Jeśli jednak ponownie niemożliwe stanie się rzeczywistością, tak jak to było z Brexitem i Szkocja odłączy się od Zjednoczonego Królestwa to jedynym racjonalnym kierunkiem dla Szkotów będzie Unia Europejska

Autor: Krzysztof Oflakowski

Marcowe indeksy PMI z Francji, Niemiec i strefy euro wskazują na to, że gospodarka europejska się rozwija – zgodnie uznają ekonomiści. Ich zdaniem jest to także dobra wiadomość dla polskiej gospodarki.

Inwestorzy poznali w piątek wyliczenia PMI z Francji, Niemiec i strefy euro. Dane przygotowane przez Markit Economics są powyżej prognoz rynkowych, co mocno wsparło kurs euro.

Indeks PMI, określający koniunkturę w sektorze przemysłowym Francji, wyniósł w marcu 53,4 pkt. wobec 52,2 pkt. na koniec poprzedniego miesiąca – wynika z wstępnych danych. Analitycy szacowali 52,4 pkt. W usługach zaś w marcu osiągnął 58,5 pkt. wobec 56,4 pkt. na koniec lutego. Tu analitycy szacowali, że indeks wyniesie 56,1 pkt.

PMI w sektorze przemysłowym Niemiec wzrósł w marcu do 58,3 pkt. z 56,8 pkt. na koniec poprzedniego miesiąca. Analitycy szacowali 56,5 pkt. W usługach wskaźnik ten wyniósł 55,6 pkt. wobec 54,4 pkt. w lutym. U analityków – 54,5 pkt.

W sektorze przemysłowym strefy euro PMI wzrósł w marcu do 56,2 pkt. z 55,4 pkt. w lutym. Szacowano zaś 55,3 pkt. W usługach w marcu wyniósł 56,5 pkt. wobec 55,5 pkt. w lutym, a oczekiwano 55,3 pkt.

„To są bardzo dobre wyniki. Kolejny już miesiąc z rzędu mamy bardzo dobre wyniki. Jeżeli chodzi o niemiecki indeks, ma on najwyższy poziom od blisko 6 lat. W przypadku strefy euro, również te dane wyglądają bardzo dobrze” – powiedział  starszy ekonomista Pekao Adam Antoniak.

Jak dodał, dane pokazują, że w przypadku Niemiec bardzo mocno rośnie popyt na pracę. „Generalnie widać bardzo pozytywny wydźwięk, jeśli chodzi o popyt w sektorze przemysłowym. Temu towarzyszy coraz większa presja ze strony inflacji, co też widzimy od kilku miesięcy w indeksach europejskich” – powiedział.

W jego ocenie, PMI pokazuje, że „biznes żyje swoim życiem”. Na razie Brexit i zapowiedzi o Unii dwóch prędkości nie odbijają się na prowadzeniu biznesu. Przedsiębiorcy zakładają stabilność i nie obawiają się gwałtownych zmian – powiedział Antoniak.

Podkreślił, że dane PMI są dobrą wiadomością także dla polskiej gospodarki. „Jest bardzo duża korelacja z tym, co się dzieje w Europie, w szczególności w Niemczech. Około 80 proc. naszego eksportu trafia do UE. Gospodarka europejska, zwłaszcza niemiecka i polska, są silnie ze sobą powiązane. A zatem, im lepiej w Europie, tym lepiej i u nas” – podkreślił ekonomista.

Także według Rafała Sadocha z Domu Maklerskiego mBanku, dane PMI są pozytywnym sygnałem dla naszej gospodarki. „Zdążyliśmy już poznać dane z Francji i Niemiec, które w obydwu przypadkach przebiły oczekiwania rynkowe i wskazały na zdecydowane przyspieszenie tempa poprawy koniunktury zarówno w sektorze usługowym, jak i przemysłowym. Obecnie aktywność dwóch największych gospodarek Eurolandu jest najwyższa od 70-miesięcy. Dane są pozytywne dla notowań wspólnej waluty oraz europejskich parkietów. Pokazują także, że gospodarka przyspiesza, co ma także pozytywny wpływ na naszą gospodarkę” – powiedział Sadoch.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

Przez 13 lat Polska dostała ponad 90 mld euro bezzwrotnej pomocy z Unii Europejskiej. W tym czasie istotnie wzrosły zarobki Polaków, powstało 2,5 mln nowych miejsc pracy, eksport zwiększył się czterokrotnie… W pełni wykorzystana szansa? Niekoniecznie. Są państwa, które razem z Polską wchodziły do UE i w pewnych dziedzinach nas przegoniły – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W tym tygodniu Unia Europejska świętuje 60-lecie podpisania Traktatów Rzymskich. W maju minie natomiast 13 lat od przystąpienia Polski do UE. Rocznice skłaniają do analizy: które elementy naszej integracji gospodarczej stawiają Polskę na podium, a w jakich kwestiach lepiej wypadły inne kraje z Europy Środkowo-Wschodniej?

Polska gospodarka często bywa przedstawiana jako przykład bardzo udanej integracji ze strukturami unijnymi. Czasami jednak wynika to z faktu, że jesteśmy największym krajem w regionie i poszczególne liczby wyglądają bardziej spektakularnie niż w przypadku innych państw, które ponad dekadę temu dołączyły do Wspólnoty.

Czasami również pozycja w gronie statystycznych liderów jest rezultatem startu z bardzo niskiego poziomu, ułatwiającego tym samym gwałtowną poprawę sytuacji. Dotyczy to zwłaszcza rynku pracy, który na początku ubiegłej dekady w Polsce charakteryzował się fatalną kondycją.

Środki unijne? Nie jesteśmy liderem

Według ostatnich danych Ministerstwa Finansów od maja 2004 r. do stycznia 2017 r. Polska dostała z unijnego budżetu niemal 135 mld euro. W tym samym okresie nasza składka członkowska wyniosła niemal 44 mld euro. To oznacza, że nad Wisłę napłynęło w ciągu 13 lat ponad 90 mld euro netto bezzwrotnej pomocy, czyli blisko 400 mld zł.

Ta olbrzymia kwota, przekraczająca całość tegorocznego budżetu Polski, pokazuje, że jesteśmy największym beneficjentem środków unijnych w regionie. Jednak w relacji do Dochodu Narodowego Brutto (DNB) nasza pozycja już zauważalnie spada. Według danych Eurostatu w latach 2004-2015 otrzymaliśmy środki równe 25,6 proc. DNB, co stawia nas dopiero na piątym miejscu wśród dziewięciu krajów, które przystąpiły do UE w 2004 r., Polskę wyprzedziły m.in.: Węgry (34,7 proc. DNB), Estonia (31,6 proc. DNB) czy Litwa (42,7 proc. DNB).

W handlu zagranicznym karty rozdaje zagranica

Otwarcie unijnych granic i wprowadzenie czterech podstawowych swobód rynku wewnętrznego (przepływ towarów, osób, usług i kapitału) dały dostęp polskim przedsiębiorcom do wspólnotowego rynku. Pozytywnie wypada także bilans napływu kapitału do Polski, chociaż prócz transferu szeroko pojętej wiedzy czy technologii oraz włączenia nas do globalnego łańcucha dostaw, niektóre negatywne trendy się utrzymały.

Według danych OECD w 2003 r. eksport Polski wynosił jedynie 54 mld dol. Natomiast w 2016 r. było to już 204 mld dol., czyli prawie cztery razy więcej. Nie mniej ważną zmianą okazała się w ostatnich latach stopniowa redukcja deficytu obrotów towarowych. 13 lat temu wynosił on ponad 14 mld dol. (25 proc. eksportu i 6 proc. PKB). Teraz nad Wisłą notujemy nadwyżkę handlową w wysokości 5 mld dol.

W porównaniu do innych krajów, które przystąpiły do UE w 2004 r., skala wzrostu polskiego eksportu i zmian w bilansie wygląda najbardziej spektakularnie. Po części jednak wynika to z dość słabej pozycji startowej. Czechy tuż przed wejściem do wspólnoty miały stosunkowo niewielki deficyt (2,5 mld dol.; 2,5 proc. PKB), a teraz nadwyżka wynosi prawie 20 mld dol., czyli 10 proc. PKB.

Większe otwarcie się na rynek zewnętrzny tylko w niewielkim stopniu zwiększyło udział polskich podmiotów w wymianie towarowej. Według danych GUS przedstawionych w raporcie „Działalność gospodarcza podmiotów z kapitałem zagranicznym w 2015 r.”, wartość eksportu zrealizowanego przez zagraniczne przedsiębiorstwa wynosiła 429 mld zł (bez usług około 360 mld). To prawie połowa wartości wysyłanych za granicę towarów w 2015 r. Dekadę wcześniej, według analogicznego raportu GUS, udział ten wynosił niespełna 60 proc.

2,5 miliona nowych etatów

Trudno znaleźć inne słowo, opisujące sytuację na polskim rynku pracy w 2003 r., niż katastrofa. Według Eurostatu bezrobocie wynosiło wtedy 19,8 proc. i było najwyższe zarówno wśród krajów kandydujących do UE, jak i jej członków. Na Węgrzech ten wskaźnik wynosił tylko 5,8 proc., a w Czechach – 7,8 proc.

Warto także zauważyć, że 13 lat temu indeks zatrudnienia dla populacji w wieku 20-64 lata był w Polsce najniższy wśród 28 krajów przedstawianych przez Eurostat. Wynosił on zaledwie 57,3 proc., podczas gdy na Węgrzech miał wartość 62,8 proc., a w Czechach – 70,4 proc. Ekstremalnie niskie było również zatrudnienie wśród osób w wieku 20-24 lata. Wynosiło ono w drugim kwartale 2004 r. tylko 35 proc. przy średniej w 15 unijnych krajach na poziomie 56,1 proc.

Poprawa sytuacji na rynku pracy od momentu wejścia do UE jest bezdyskusyjna. Dane Eurostatu pokazują, że bezrobocie w styczniu wynosiło w Polsce 5,4 proc. przy średniej unijnej na poziomie 8,1 proc. Co ciekawe jednak i tak jest ono wyższe niż w Czechach (3,4 proc.) i na Węgrzech (4,3 proc. – ostatnie dane za grudzień 2016 r.), choć oczywiście skala zmian w Polsce była najbardziej pozytywna w porównaniu do momentu wstąpienia do UE.

Znacznie mniej optymistycznie w ujęciu procentowym zachowuje się wskaźnik zatrudnienia. W III kw. 2016 r. wynosił on dla przedziału wiekowego 20-64 lata 69,7 proc., co jest 20. rezultatem w Unii. Średnia we Wspólnocie to 71,5 proc., podczas gdy na Węgrzech miała wartość 72,1 proc., a w Czechach – 77 proc.

Na pewno wyzwaniem na kolejne lata będzie poprawa aktywności zawodowej osób starszych. Ponad połowa Polaków w przedziale wiekowym 55-64 lata jest bierna zawodowo (nie ma pracy i jej nie szuka), podczas gdy średnia w Unii to 40 proc. Ogólnie jednak na rynku pracy nastąpiły pozytywne zmiany. Przez 13 lat polska gospodarka wykreowała ponad 2,5 miliona nowych etatów.

Wynagrodzenia – zaskakujący awans

Zestawienie wynagrodzeń w krajach o różnych walutach, systemach podatkowych czy poziomach inflacji może generować sporo problemów i zaburzać ogólny przekaz badania. M.in. dlatego Eurostat stosuje standard siły nabywczej (PPS euro), co pozwala porównać, jakie są możliwości zakupowe konsumenta danego państwa, biorąc pod uwagę statystyczny koszyk dóbr i usług.

W 2003 r. 12-miesięczne wynagrodzenie netto singla zarabiającego 80 proc. krajowej średniej (zwykle jest to także mediana) wynosiło 6,4 tys. euro PPS w Polsce, 6,1 tys. euro PPS na Węgrzech i nieco ponad 7 tys. euro PPS w Czechach. Dla szerszego porównania osoby z powyższej kategorii zarabiały w Niemczech 16,8 tys. euro PPS, a we Francji – 15,3 tys. euro PPS. Różnica w finansowym standardzie życia pomiędzy wiodącymi członkami UE a krajami spodziewającymi się akcesji była więc olbrzymia.

Według ostatnich dostępnych danych Eurostatu (za rok 2015) siła nabywcza singla otrzymującego netto 80 proc. przeciętnej pensji wynosi w Czechach 11,6 tys. euro PPS, na Węgrzech 9,4 tys. euro PPS, a w Polsce – 12,2 tys. euro. W największych krajach starej Unii, czyli w Niemczech i we Francji, te wartości wynoszą odpowiednio 20,7 tys. euro oraz 23,8 tys. euro.

Dane pokazują, że prawdziwym sukcesem Polski po przystąpieniu do UE jest wzrost wynagrodzeń. Nie dość, że w ujęciu PPS zwiększyły się one o 90 proc., to jeszcze udało się nam przegonić Czechy. Dodatkowo stosunek siły nabywczej Polaka do Niemca wzrósł z 38 proc. do 51 proc., co należy uznać za bardzo dobry wynik – wszak gospodarka naszego zachodniego sąsiada należy do światowej czołówki.

Ogólny sukces

Ostatnie 13 lat było gospodarczym sukcesem dla Polski. Nie jesteśmy co prawda liderem w wykorzystaniu środków unijnych w relacji do DNB i nasz eksport pozostał w znacznym stopniu zdominowany przez kapitał zagraniczny, ale fundamentalna poprawa sytuacja na rynku pracy i względnie silny wzrost wynagrodzeń sprawiają, że Polacy powinni być usatysfakcjonowani gospodarczymi wynikami unijnej integracji.
Źródło: Cinkciarz.pl

 

Eksport wzrósł w styczniu o 5,5 proc. r/r w euro, a import o 6,6 proc. Saldo było dodatnie i wyniosło 462 mln euro – padał GUS

Eksport w styczniu 2017 r. był wyższy o ponad 1 mld euro niż rok wcześniej, natomiast import był wyższy o 1,3 mld euro. To co prawda dopiero pierwszy miesiąc 2017 r., ale dane za styczeń wskazują, że rosnąca konsumpcja gospodarstw domowych może mieć w tym roku silny wpływ na import. Dobra sytuacja na rynku pracy, rosnące wynagrodzenia, program Rodzina 500+ tworzą ku temu warunki. „Kowalscy” zwiększają zainteresowanie zakupami – sprzedaż detaliczna wzrosła w styczniu br. o ponad 11 proc. Sprzedaż produktów z import musiała mieć też w tym swój udział.

Na razie mamy dodatnie saldo obrotów handlu zagranicznego, ale jest ono niższe o ponad 1/3 niż w styczniu 2016 r. Jeśli takie zapotrzebowanie na produkty z importu utrzyma się, to nawet przy ciągle poprawiającej się koniunkturze gospodarczej u naszych głównych partnerów biznesowych w UE28 wzrost eksportu, mimo dobrej dynamiki, nie będzie w stanie kompensować szybkiego wzrostu importu. A to oznacza, że wkład eksportu netto do PKB może być w 2017 r. ujemny, czyli obniżający tempo wzrostu gospodarczego w Polsce.

Szansą może być eksport do krajów rozwijających się, który wzrósł w styczniu br. o 17,6 proc. (r/r; euro). A także eksport do krajów Europy Środkowo-Wschodniej (wzrost o ponad 26 proc.). Powoli odbudowuje się eksport do Rosji (wzrost o prawie 15 proc.) i Ukrainy. Jednak tak silne wzrosty eksportu do obu tych grup krajów są w części wynikiem bardzo niskiej bazy w styczniu 2016 r. Czy rzeczywiście skuteczność polskich firm działających na rynkach krajów rozwijających się rośnie można będzie potwierdzić po kilku miesiącach utrzymywania się tak wysokiej dynamiki eksportu. Byłaby to wielka szansa tak dla firm, jak i dla gospodarki.

Co do poprawy wyników eksportu na rynki krajów Europy Środkowo-Wschodniej, to także ciągle znak zapytania.

Po styczniowych wynikach obrotów handlu zagranicznego wiemy jednak, że eksporterzy jak zwykle będą mieli lepsze wyniki finansowe niż firmy nieobecne na rynkach zewnętrznych. Może skłoni to eksporterów do wzrostu inwestycji, co zapewne i im, i całej gospodarce jest bardzo potrzebne. I wpłynie na przedsiębiorstwa kooperujące z eksporterami zwiększając także ich skłonność do inwestycji. Może rosnącemu zewnętrznemu popytowi na polskie produkty uda się to, co nie udaje się decydentom – zwiększenie skłonności do inwestycji w sektorze przedsiębiorstw. Oby.

Autor: dr Małgorzata Starczewska- Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

Zdecydowana większość – 81 proc. firm z branży opakowań prężnie się rozwija i jest w co najmniej  dobrej kondycji finansowej. Na 10 485 firm w Polsce zajmujących się tą działalnością problemy finansowe związane z nieterminowym regulowaniem zobowiązań kredytowych i pozkredytowych ma 1 047. Ich łączne zadłużenie  wynosi  117,7 mln zł –  wynika z danych BIK i BIG InfoMonitor.

W analizie przeprowadzonej przez BIG InfoMonitor i BIK wzięliśmy pod uwagę: produkcję opakowań drewnianych, produkcję papieru falistego i tektury falistej oraz opakowań z papieru i tektury, produkcję opakowań z tworzyw sztucznych, produkcję pojemników metalowych i opakowań z metali. Łącznie 10 485 firm. Przeterminowane płatności wobec banków i kontrahentów na sumę 117,7  mln zł  ma 1 047 z nich. Najliczniejszą grupę z zatorami finansowymi stanowią firmy produkujące opakowania drewniane (3 242) oraz z tworzyw sztucznych (2 534), ale najwyższa wartość zaległych zobowiązań przypada na firmy wytwarzające  opakowania z papieru – 46,6 mln zł.

Przeciętna zaległość przekracza 112 tys. zł

Patrząc na wyniki finansowe firm opakowaniowych można śmiało stwierdzić, że   na tle gospodarki wyróżniają się one pozytywnie. W ujęciu makro, rentowność firm z tej branży przekracza  średnią. Co istotne bardzo dobra  rentowność nie jest jedynie cechą wybranych firm, lecz zdecydowanej większości. – Jeśli chodzi o przeciętne zadłużenie firm posiadających problemy to również przekracza ono  średnią dla firm, ale  akurat wynika z  wysokiej  kapitałochłonności tego biznesu, ponieważ produkcja opiera się o kosztowne, wysoko zautomatyzowane urządzenia – wyjaśnia Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.  – Obserwowany stosunkowo wysoki przeciętny poziom zaległości podmiotu – 112,4 tys. zł – może także uzasadniać dynamicznie rosnący poziom realizowanych inwestycji. Wśród producentów opakowań panuje co do  prognozowanej koniunktury, a to mobilizuje branżę do dalszej ekspansji rynkowej  – dodaje Sławomir Grzelczak.

Dwie na trzy firmy w bardzo dobrej kondycji finansowej

Z przeprowadzonej przez wywiadownię gospodarczą Bisnode Polska oceny kondycji finansowej polskich firm z branży opakowań, wynika, że jedynie niewielka część z nich –  poniżej 20 proc. – znajduje się w słabej i bardzo  złej sytuacji  finansowej.

Niemal dwie trzecie (64 proc.)  firm z branży opakowań charakteryzuje  się bardzo dobrą kondycją  finansową, a blisko 17 proc. dobrą.  Szczególnie korzystnie wyróżniają się  producenci opakowań drewnianych, najsłabiej na tle branży wypadają natomiast producenci  opakowań  szklanych. Spośród nich  ponad 31 proc.  jest w sytuacji słabej i bardzo złej.

Zyski rosną ponad 7 procent rocznie

Z kolei z analizy finansowej przygotowanej przez  Bisnode Polska dla 1000  firm produkujących opakowania, wynika, że w 2015 r. sprzedaż analizowanych podmiotów przekroczyła wartość  43,3 mld zł i była o 6,9 proc. wyższa niż w 2014 r.  Jednocześnie zysk  badanego tysiąca firm, w których zatrudnionych jest 63 tys. osób, wzrósł rok do roku o 7,4 proc. – z 2,7 mld zł w 2014 r. do ponad 2,9 mld za 2015 r.

Zakładając, że średni roczny przychód  firmy to 43 mln zł, a średni zysk – 2,9 mln zł, natomiast średni dług zgromadzony w bazach BIG InfoMonitor i BIK to 112,4 tys. zł, to zaległy dług  stanowi  0,3 proc. przychodu  i  3,9 proc. zysku.

Cechą charakterystyczną branży jest nie tylko dobra kondycja finansowa firm, ale również niewielka konsolidacja w porównaniu z innymi sektorami. W branży działa prawie 43  proc. małych firm i blisko 37 proc. mikrofirm.

Jednocześnie to jednak mniej niż 4 proc. największych  spółek odpowiada za blisko 42 proc.  całkowitego przychodu 1000 analizowanych  firm z branży.

W ostatnich latach branża w ujęciu globalnym rozwija się w tempie kilku procent rocznie. Wymiana międzynarodowa, rozwój produkcji pakowanych towarów, wzrost roli e-commerce kształtują optymistyczne prognozy długoterminowe dla opakowań. W Polsce trendy są podobne a nawet bardziej korzystne.

Eksport dodatkową szansą

Podstawowym źródłem potencjału dla branży jest popyt rynku krajowego. Wzrost zamożności społeczeństwa i konsumpcji dalej będzie  przenosił się na wzrost zużycia opakowań. Drugą ogromną szansę dla polskich opakowań stanowią zamówienia krajowych firm produkujących na eksport. Eksport rośnie szybciej od całej gospodarki, więc i dla przemysłu opakowań tempo rozwoju powinno być zauważalnie szybsze od tempa wzrostu PKB. Trzecim czynnikiem wzmacniającym dynamikę rozwoju przemysłu opakowaniowego będzie eksport samych opakowań.

Oferta polskich producentów jest już na wysokim europejskim poziomie, a krajowe firmy zdobyły wiarygodność w oczach zagranicznych kontrahentów. Średni udział eksportu bezpośredniego w sprzedaży producentów opakowań sięga około 40 proc. Dla wielu naszych klientów z tej branży eksport staje się podstawą  strategii sprzedażowych – komentuje Roman Nagler, dyrektor kredytowy ds. sektorów w BZ WBK.

Źródło: BIG InfoMonitor

Zgodnie z oczekiwaniami i wcześniejszymi szacunkami, w czwartym kwartale tempo wzrostu polskiej gospodarki przyspieszyło z 2,5 do 2,7 proc. Tę niewielką poprawę zawdzięczamy w znacznej mierze wyższemu spożyciu w gospodarstwach domowych, przewadze eksportu nad importem oraz wyhamowaniu negatywnych tendencji w inwestycjach. Dynamika spożycia w gospodarstwach domowych była najwyższa od kilku lat i wyniosła 4,2 proc. W poszczególnych kwartałach ubiegłego roku notowano w tym zakresie stałą tendencję wzrostową, która prawdopodobnie utrzyma się także w tym roku. Wyraźnie niższe było z kolei spożycie sektora publicznego. O ile przez większą część roku rosło ono o 3,9-4,9 proc., to w trzech ostatnich miesiącach jego dynamika sięgnęła zaledwie 2,7 proc. Pod tym względem można spodziewać się poprawy w kolejnych kwartałach. Utrzymała się wysoka dynamika eksportu, choć sięgający 8,5 proc. wzrost ustępuje wynikom z pierwszej połowy 2016 r. Wyraźnie słabszy był wzrost importu i wyniósł 2,4 proc., podczas gdy rok wcześniej sięgał 4,2 proc., stąd też nadwyżka eksportu nad importem korzystnie wpłynęła na dynamikę PKB. Zanotowano nieznaczne wyhamowanie negatywnych tendencji w inwestycjach. Nakłady na środki trwałe były w ostatnich trzech miesiącach roku niższe o 5,8 proc. niż w tym samym czasie w 2015 r., ale w trzecim kwartale ubiegłego roku spadek ten sięgał 7,7, proc. Wszystko wskazuje na to że inwestycyjny dołek polska gospodarka ma już za sobą i w kolejnych kwartałach będzie następować stopniowa poprawa, choć na wyraźniejszy wzrost nakładów będzie można liczyć prawdopodobnie dopiero w drugiej połowie roku.

Spośród poszczególnych działów naszej gospodarki najlepiej radził sobie transport i gospodarka magazynowa, gdzie wartość dodana brutto zwiększyła się aż o 10,1 proc. Sięgający 5,8 proc. wzrost miał miejsce w handlu i naprawach samochodów, a wartość dodana w działalności w zakresie informacji i komunikacji zwiększyła się o 5,5 proc. Pod tym względem przemysł nie wypadł najlepiej ze wzrostem o 2,7 proc., a więc na poziomie identycznym, jak dynamika PKB. O 9,3 proc. niższa niż przed rokiem była wartość dodana w budownictwie, jednak oznacza to poprawę w porównaniu do trzeciego kwartału ubiegłego roku, gdy spadek sięgał 16,5 proc.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Zgodnie z założeniem „kto nie idzie do przodu, ten się cofa”, polskie firmy rosną w siłę. Coraz częściej doceniają je zagraniczni klienci, których możliwości finansowe pozwalają na zakup produktów zaawansowanych technologicznie i innowacyjnych. Międzynarodowa konkurencja oraz coraz większe oczekiwania ze strony konsumentów, motywują do rozwoju i szukania nowych rozwiązań technologicznych, a wysoka jakość usług i produktów tworzonych przez polskie firmy sprawiają, że hasło „made in Poland” nabiera nowego, pozytywnego znaczenia.

Jeszcze kilkanaście lat temu, polskie firmy, które chciały rozpocząć swoją działalność na światowych rynkach, musiały zmierzyć się ze stereotypowym postrzeganiem Polski, jako kraju pozostającego w tyle za doskonale rozwiniętymi gospodarczo i technologicznie Niemcami czy Szwajcarią. Jednak tegoroczne badania przeprowadzone przez Fundację Kronenberga wskazują, że zdaniem właścicieli przedsiębiorstw, działalność zagraniczna przynosi większe zyski, między innymi dzięki wyższym marżom oraz popytowi.  Badani uważają także, że klienci zagraniczni mają większe wymagania, jednak polskie produkty są przez nich szczególnie cenione za jakość i konkurencyjną cenę. Przed polskimi firmami jeszcze długa droga, jednak bez wątpienia systematycznie zapewniają sobie one lepszą pozycję na globalnych rynkach.

Ekspansja polskich firm za granicą

Ogólnobranżowe statystki nadal pokazują, że o wiele więcej zagranicznych firm inwestuje w Polsce, niż rodzimych firm za granicą. Przykładem są Niemcy, którzy zainwestowali w ostatnich latach 30 razy więcej niż krajowe przedsiębiorstwa u zachodniego sąsiada. Pomimo tych danych, tendencja ekspansji polskich firm systematycznie rośnie. Popularnymi kierunkami rozwojowymi dla przedsiębiorców są m.in. Francja, Włochy, Wielka Brytania, Czechy czy Rosja – wartość krajowych towarów, które trafiły do tych państw w ubiegłym roku, wyniosła ponad 180 mld zł. – Należy pamiętać, że każdy rynek ma swoją specyfikę. Zupełnie inaczej prowadzi się klienta w Polsce, w USA czy w Szwecji. Zderzenie kulturowe, klimatyczne i nowe doświadczenie, dają cenną wiedzę, którą warto zbierać i wykorzystywać przy tworzeniu nowych inicjatyw – komentuje Tomasz Gibas, prezes polskiej firmy Coders Center, która w ciągu dwóch lat istnienia otworzyła przedstawicielstwa i placówki sprzedażowe m.in. w Nowym Jorku, Szwecji, Finlandii, Luksemburgu i Szwajcarii.

Zagraniczni klienci są w stanie zapłacić więcej

Wszystkie polskie firmy, które eksportują swoje produkty na zagraniczne rynki, pracują na wizerunek krajowej marki na całym świecie. Im więcej pierwszorzędnych produktów wytworzonych w Polsce czy usług oferowanych przez rodzime firmy trafia do konsumentów, tym ten wizerunek jest lepszy. Według prezesa firmy Coders Center, w przypadku firm działających na rynku infotechnologii, polscy klienci nabierają świadomości i coraz precyzyjniej potrafią określić swoje potrzeby odnośnie oferty konkretnej firmy. Jednak to klienci z zachodu mają większą wiedzę technologiczną, a do tego łatwiej im zaakceptować koszty licencji oprogramowania, która nie należy do najtańszych. – Nie powiedziałbym, że wkraczanie na międzynarodowy rynek to problem, określiłbym to raczej jako wyzwanie, które sprawia przyjemność – dodaje Tomasz Gibas z Coders Center. Faktem jest to, że za nowatorskie rozwiązania, które wcześniej nie były dostępne na rynku, potencjalni nabywcy są w stanie zapłacić znacznie więcej. To cenna informacja dla firm, że powinny przykładać szczególną wagę do innowacyjności.

Jak pokazują ostatnie badania przeprowadzone przez Fundację Kronenberga, potencjał ekspansji zagranicznej polskich firm wzrasta, dlatego warto go teraz wykorzystać. Jakość polskich usług nie odbiega od międzynarodowych standardów, dlatego rodzime firmy powinny zapomnieć o kompleksie niższości. Co więcej, sądząc po rosnącej tendencji ekspansji polskich firm za granicą, coraz więcej przedsiębiorstw zdaje sobie z tego sprawę, odważnie wkracza na zagraniczne rynki i co najważniejsze – zajmuje na nich pionierskie pozycje.

 

Coders Center

Niestabilność kursów walut na przestrzeni ostatniego roku nie wpłynęła na zmianę postaw polskich firm z sektora MŚP wobec ryzyka kursowego – wynika z najnowszego badania* przeprowadzonego przez 4P research mix dla instytucji płatniczej AKCENTA, realizującej i zabezpieczającej transakcje walutowe eksporterów i importerów. Wciąż niepokojąco dużo, bo aż 78 proc. MŚP zajmujących się handlem zagranicznym w ogóle nie zabezpiecza swoich kontraktów przed ryzykiem niekorzystnych zmian notowań.

Rok 2016 z pewnością nie należał do spokojnych jeśli chodzi o kursy walut. Na przestrzeni ostatnich trzech miesięcy za euro płaciliśmy od 4,26 do 4,41 zł, a za dolara amerykańskiego – od 3,78 do 3,99 zł. Jeszcze większe wahania zanotował funt brytyjski, który w lipcu kosztował jeszcze 5,31 zł, a w październiku nawet 4,73 zł**.

Ryzyko kursowe to niepotrzebna strata

– Ryzyko kursowe w handlu zagranicznym może zmniejszyć przychód z danej transakcji, a tym samym istotnie wpłynąć na jej opłacalność. To z kolei może być szczególnie groźne dla mniejszych eksporterów czy importerów, z natury rzeczy bardziej wrażliwych na zachwianie równowagi w finansach – mówi Radosław Jarema, szef AKCENTY w Polsce.

Tymczasem w badaniu AKCENTY aż 78 proc. polskich eksporterów i importerów z sektora MŚP zadeklarowało, że w minionym roku nie stosowało żadnych zabezpieczeń przed ryzykiem kursowym. Tym samym utrwalił się stan sprzed roku, gdy w badaniu AKCENTY również 78 proc. ankietowanych MŚP odpowiedziało, że nie chroni przed nim swojej firmy. W tym roku odnotowano jednak drobne różnice w odpowiedziach między eksporterami a importerami. Wśród firm zajmujących się eksportem z zabezpieczeń korzysta bowiem 20 proc. przedsiębiorców, w przypadku importerów ten odsetek wynosi obecnie 23 proc.

Wykres 1.

33

Forward wciąż najpopularniejszy

Radosław Jarema z AKCENTY twierdzi, że główną przyczyną tego stanu rzeczy jest niedostateczna wiedza polskich przedsiębiorców o możliwościach zabezpieczenia się przed ryzykiem kursowym. – Przedsiębiorcy często nie mają nawet świadomości tego, że takie możliwości istnieją. A jeśli już o nich wiedzą, to uważają, że są to rozwiązania zbyt drogie lub zwyczajnie nie nadają się dla małych lub średnich firm. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie – przekonuje Jarema.  – Eksporterzy i importerzy mają chociażby dostęp do forwardów, które są najłatwiejszym sposobem zabezpieczenia przed ryzykiem kursowym. To rozwiązanie nie tylko proste, ale także łatwo dostępne i, co ważne, całkowicie bezpłatne. Dlatego tak dobrze sprawdza się w przypadku MŚP – dodaje ekspert.

Jak to działa forward? Najkrócej mówiąc, forward polega na tym, że umawiamy się na zakup lub sprzedaż waluty w przyszłości po konkretnym, dziś ustalonym kursie. Nie ma zatem ryzyka niekorzystnych wahań kursu waluty, a firma jest pewna wysokości marży na danej transakcji.

Zalety forwardów dostrzegają również przedsiębiorcy i dlatego jeśli już decydują się na zabezpieczenie przed ryzykiem kursowym, to najczęściej wybierają właśnie to narzędzie. W rezultacie, w badaniu AKCENTY niemal 3/4 (74 proc.) polskich eksporterów i importerów z sektora MŚP zadeklarowało, że w minionym roku skorzystało z tego rozwiązania. Dla porównania, w zeszłorocznym badaniu korzystanie z forwardów zgłosiło 68 proc. badanych firm.

MŚP walczą z ryzykiem niewłaściwie

Spośród innych sposobów zabezpieczenia przed ryzkiem kursowym, przedsiębiorcy stosunkowo najczęściej przerzucają ryzyko kursowe na klienta czy kontrahenta poprzez fakturowanie w walucie krajowej (13 proc. importerów i 35 proc. eksporterów, którzy korzystali z zabezpieczeń) lub uwzględnienie wahań kursów w cenach (9 proc. importerów i 40 proc. eksporterów).

– Warto zauważyć, że takie rozwiązania obniżają konkurencyjność oferty polskich przedsiębiorców. Mogą prowadzić do zmniejszenia lub utraty zamówień, a nawet wyparcia z rynku przez konkurentów – ostrzega Radosław Jarema z AKCENTY.

Inne najczęściej stosowane przez MŚP metody ochrony przed ryzykiem kursowym to: ujmowanie kosztów i dochodów w jednej walucie (13 proc. importerów i 30 proc. eksporterów), opcje walutowe (22 proc. importerów i 10 proc. eksporterów), ubezpieczenie ryzyka walutowego (13 proc. importerów i 5 proc. eksporterów) oraz faktoring międzynarodowy (13 proc. importerów i 5 proc. eksporterów).

 

Wykres 2.

34

* Badanie zostało przeprowadzone przez 4P research mix na zlecenie instytucji płatniczej AKCENTA na przełomie września i października oraz objęło grupę mikro, małych oraz średnich firm, dla których eksport lub import jest istotną częścią działalności. Dane zebrano metodą telefonicznych, standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI) na próbie 200 przedsiębiorstw z sektora MŚP, zajmujących się importem (N=100) lub eksportem (N=100).

** Średnie kursy NBP, tabela A.

 

AKCENTA

Eksperci

Lipka: Młodzi Polacy nie garną się do pracy. To problem

Tylko 10 procent młodych Polaków, którzy kształcą się po 18. roku życia, decyduje się na łączenie na...

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

AKTUALNOŚCI

Firmy szkoleniowe apelują o VAT bez wad

Firmy muszą pokrywać koszty VAT na usługi doradcze finansowane z funduszy europejskich. Tracą na tym...

Apel do Szydło i Kaczyńskiego w sprawie limitu składek na ZUS

Konfederacja Lewiatan w listach do premier Beaty Szydło i prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego apeluje...

Konsumpcja dalej będzie ciągnęła gospodarkę

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wy...

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...