piątek, Czerwiec 22, 2018
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "Donald Trump"

Donald Trump

Ten tydzień jest bardzo bogaty w wydarzenia, które mogą wpłynąć na zachowania inwestorów. Na jego początku widać było wyraźnie skupienie na spotkaniu Donalda Trumpa z Kim Dzong Unem w Singapurze. Niosło one ze sobą spory ładunek symboliczny oraz polityczny, ale z gospodarczego punktu widzenia pozostawało mało istotne. W tym względzie dziwić mogła stłumiona reakcja na niesmak, jaki pozostał po weekendowym spotkaniu państw G7.

Owszem, brak podpisu Donalda Trumpa na końcowym dokumencie był podyktowany chęcią stworzenia obrazu twardego gracza przed „szczytem” w Singapurze, ale trudno ignorować fakt, że żadnego „zawieszenia” wojny handlowej nie obserwujemy, a przecież niecały miesiąc temu taką intencję sygnalizował sekretarz skarbu Steven Mnuchin. Zresztą jeszcze w tym tygodniu może się pojawić lista chińskich produktów, na których import USA chcą nałożyć 25-proc. cła. Powtarzana od tygodni negatywna retoryka przywódców coraz bardziej przekłada się na nastroje przedsiębiorców w krajach nastawionych na eksport. Dobrym tego przykładem jest dalszy wyraźny spadek niemieckiego indeksu ZEW. Główną jego przyczyną jest oczywiście eskalacja protekcjonizmu, ale nie bez znaczenia pozostaje napięta sytuacja we Włoszech oraz seria gorszych danych z Niemiec (słabsze odczyty produkcji przemysłowej, eksportu i zamówień w przemyśle). Instytut swoje wnioski zawarł w mało przyjemnej prognozie wskazującej, że półroczna perspektywa dla niemieckiej gospodarki wyraźnie się pogorszyła. W krótkim terminie tego typu sygnały można ignorować, ale w dłuższym już nie, szczególnie jeżeli retoryka handlowa się nie zmieni.

Druga część upływającego tygodnia zdominowana będzie przez poczynania głównych banków centralnych. Te powinny charakteryzować się wspólnym mianownikiem w postaci coraz ostrzejszej polityki monetarnej. W USA stopy po raz kolejny wzrosły, co nikogo specjalnie nie dziwi. Ważniejsze były sygnały towarzyszące decyzji o wyższym koszcie pieniądza, a w szczególności nieco bardziej jastrzębie oczekiwania członków FOMC co do trajektorii przyszłych zmian stóp. Swoich stóp nie zmieni EBC, ale powinien zacząć sygnalizować koniec programu skupu aktywów oraz ukierunkować oczekiwania rynkowe odnośnie do terminu pierwszej podwyżki kosztu pieniądza. Zachowanie frankfurckiej instytucji może być nawet ważniejsze od Fedu, gdyż dane ze strefy euro są ostatnimi czasy słabsze. W tym względzie warto pamiętać, że okres rynkowej dekoniunktury często rozpoczynał się wówczas, gdy bank centralny na czas nie dostrzegł końca cyklu wzrostu gospodarczego i zacieśniał swoją politykę we wczesnej fazie spowolnienia, tym samym ją pogłębiając. W tym względzie polityka EBC niesie ze sobą ryzyka, które mogą być niedoceniane.

                                                                                                                      Łukasz Bugaj, CFA, Analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Historyczne wydarzenie zakończone sukcesem. Tak w skrócie można opisać spotkanie najważniejszych głów świata: USA oraz Korei Północnej. Donald Trump oraz Kim Dzong Un podpisali dokument denuklearyzacyjny.

Nie ujawniono jeszcze treści dokumentu, jednak obaj przywódcy podkreślali jego dużą wagę oraz „bardzo ważny” status. Donald Trump oświadczył także, że proces denuklearyzacji rozpocznie się bardzo szybko. USA i Korea Północna. zobowiązały się do zbudowania „nowych relacji”. Dodano także, że oba kraje będą kontynuować dialog. Trump bardzo ciepło opisywał Kima, nazywając go choćby „utalentowanym” czy „kochającym swój kraj”.

– Odbyliśmy historyczne spotkanie i zdecydowaliśmy się pozostawić przeszłość za sobą (…). Świat zobaczy poważną zmianę– powiedział Kim, podpisując dokument, który nazwał „historycznym porozumieniem”.

Przywódcy ściskając dłonie przed kamerami powiedzieli, że niełatwo było doprowadzić do tego spotkania.

 

Jedno ze słynnych powiedzeń Warrena Buffetta głosi, że inwestorzy powinni być bojaźliwi, gdy inni są chciwi oraz chciwi, gdy pozostali są bojaźliwi.

Warto w tym kontekście porównać nastroje panujące obecnie z tymi sprzed roku. Otóż przełom 2016 i 2017 roku charakteryzował się niemałą dozą niepewności. Inwestorzy wciąż dochodzili do siebie po wcześniejszym referendum w sprawie brexitu oraz wygranej Donalda Trumpa w amerykańskich wyborach prezydenckich. Krajowe duże spółki wychodziły w tym czasie z dłuższego okresu dekoniunktury, a inwestorzy dopiero przekonywali się, że wcale nie jest tak, że polskie blue chipy są nieinwestowanlne, jak niemalże powszechnie sądzono w 2016 roku. Jeszcze ciekawiej prezentowała się koniunktura gospodarcza. Otóż drugie półrocze 2016 roku stało pod znakiem zauważalnego spowolnienia aktywności gospodarczej. Dynamika krajowego wzrostu PKB spadła poniżej 3% i wyroki na nowy rok wcale nie były hurraoptymistyczne. Wiele osób obawiało się serii wyborów na Starym Kontynencie, które mogły przynieść populistyczne zmiany, wcześniej widoczne w Wielkiej Brytanii i USA.

Rzeczywistość okazała się bardzo łaskawa. Polityka w minionym roku praktycznie nie odegrała znaczącej roli, gdyż pierwsze skrzypce odgrywała zsynchronizowana faza wzrostu gospodarczego, której doświadczył niemalże cały świat. W ten oto sposób wraz z wyraźnymi wzrostami cen akcji dotarliśmy do początku kolejnego roku. Jakie nastroje panują obecnie? Hurraoptymistyczne. Ze świecą szukać osób, które sądzą, że wzrost gospodarczy w Europie czy USA napotkać może jakiekolwiek problemy. Jedynie co do Chin panuje pewna niepewność, ale to pewien wyjątek, gdyż w przypadku pozostałych azjatyckich gospodarek panuje raczej zgodny pozytywny konsensus. Mało kto przejmuje się polityką, mimo że wielkimi krokami zbliżają się wybory we Włoszech.

Nastroje wśród inwestorów są wyśmienite, a zaangażowanie amerykańskich inwestorów indywidualnych jest najwyższe od czasu bańki internetowej z 2000 roku. Zresztą obserwujemy pewne echa internetowego boomu, które aktualnie przyjmują zabarwienie kryptowalutowe. Cały ten ogromny optymizm kontrarianinowi nie może się podobać. Owszem, niemała rzesza osób zdaje sobie sprawę z czających się ryzyk, ale panuje powszechne przeświadczenie, że większe niebezpieczeństwo inwestorom w 2018 roku nie grozi. Zgodnie z maksymą Buffetta wymusza to ostrożniejszą postawę, szczególnie że w tym roku zbraknie poduszki bezpieczeństwa, która była obecna przez większość ostatnich lat – Rezerwa Federalna zamiast skupować aktywa, sprzedaje je.

 

 

Autor: Łukasz Bugaj,  Analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze Stanów Zjednoczonych – poinformował we wtorek prezes PGNiG Piotr Woźniak. Kontrakt wejdzie w życie w 2018 roku.

Podczas telekonferencji w siedzibie PGNiG w Warszawie, przebywający w Waszyngtonie Piotr Woźniak wyjaśnił, że pierwsza umowa na regularne dostawy LNG z USA obejmuje dziewięć ładunków. W ramach kontraktu do świnoujskiego gazoportu będą zawijały średnio dwa statki rocznie. Zapewnił, że cena gazu jest absolutnie konkurencyjna.

Wiceprezes ds. handlowych PGNiG Maciej Woźniak dodał, że to cena „korzystna ze wszech miar i rynkowa”. Tymczasem – jak mówił – od dostawcy ze Wschodu (rosyjskiego Gazpromu – PAP) „kupujemy gaz po cenie nierynkowej”.

PGNiG ogłosiło, że zgodnie z umową gaz ma pochodzić z terminala Sabine Pass w Luizjanie, a będzie odbierany w terminalu w Świnoujściu. Kontrakt z brytyjską firmą Centrica LNG Company będzie realizowany w latach 2018-2022 w tzw. formule DES (Delivery Ex Ship). Oznacza to, że towar uważa się za dostarczony w momencie postawienia do dyspozycji odbiorcy na statku we wskazanym porcie przeznaczenia. Sprzedający jest zobowiązany ponieść wszystkie koszty do tego momentu, ponosi również ryzyko uszkodzenia lub utraty towarów podczas transportu do portu przeznaczenia. Koszt oraz ryzyko rozładunku są po stronie kupującego.

Jak podkreślił Piotr Woźniak, kontrakt z brytyjską Centricą, poprzedzony długoterminową umową na dostawy gazu z Kataru i dostawami spotowymi zrealizowanymi w 2016 i 2017 roku, wprowadza PGNiG „na wyższy poziom aktywności na globalnym rynku LNG”. Podpisana umowa opiera się na warunkach rynkowych. Liczymy na dalszą współpracę z naszym partnerem Centrica w zakresie dywersyfikacji dostaw gazu do Polski – dodał Piotr Woźniak.

Ambasador RP w Waszyngtonie Piotr Wilczek decyzję o podpisaniu umowy nazwał „wspaniałą wiadomością” i nawiązał do sobotniej zgody Departamentu Stanu na sprzedaż Polsce systemu Patriot.

„To są strategiczne sukcesy, dotyczą naszego bezpieczeństwa strategicznego i bezpieczeństwa energetycznego i w tych dwóch dziedzinach, wspólnie z amerykańskimi partnerami osiągnęliśmy ogromne sukcesy przy wsparciu politycznym – począwszy od rozmów prezydenta Andrzeja Dudy z prezydentem Donaldem Trumpem, przez całą serię (rozmów – PAP) na różnych szczeblach. Ten mijający i poprzedni tydzień, to dwa wielkie tygodnie jeśli chodzi o współpracę gospodarczą polsko-amerykańską” – powiedział.

Maciej Woźniak podkreślił z kolei, że umowa z firmą Centrica to pierwszy średnioterminowy kontrakt zawarty przez biuro tradingowe PGNiG w Londynie utworzone w lutym 2017 r. do prowadzenia międzynarodowego handlu LNG. Biuro działa jako oddział spółki PGNiG Supply & Trading GmbH.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

Kluczową decyzją ubiegłego tygodnia było spotkanie Europejskiego Banku Centralnego (EBC). Decyzja EBC była zbliżona do oczekiwań rynku – skup aktywów od stycznia przyszłego roku ma zostać ograniczony o połowę, do 30 mld euro/miesięcznie, a sam program ma zostać wydłużony o 9 miesięcy.

Prezes Draghi wyraźnie zaznaczył, że horyzont wzrostu stóp procentowych będzie znacznie dłuższy. Powtórzył również obawy dotyczące niższej od oczekiwań inflacji w strefie euro. Gołębi ton Draghiego był “punktem zapalnym”, który rozpoczął silniejszą (niż sama decyzja dot. QE) wyprzedaż euro. W konsekwencji wspólna waluta przełamała poziomy, które obserwowaliśmy wczesnym latem. Gołębi ton szwedzkiego, norweskiego i kanadyjskiego banku centralnego, wywołał presję wyprzedażową, która ważyła na cenie poszczególnych krajowych walut. Z kolei funt brytyjski radził sobie całkiem nieźle, wspierany przez rynkowe oczekiwania dotyczące podwyżki stóp procentowych, która ma nadejść już w najbliższy czwartek.

Oprócz spotkania Banku Anglii, w bieżącym tygodniu handel na głównych walutach powinien być zdominowany przez informacje dotyczące wyboru nowego prezesa Rezerwy Federalnej oraz kryzysu konstytucyjnego w Hiszpanii.

PLN

Ubiegły tydzień przyniósł osłabienie polskiego złotego, co związane było przede wszystkim ze słabością kursu EUR/USD w następstwie decyzji EBC, przegłosowania amerykańskiego budżetu i publikacji informacji o tym, że najbardziej gołębi kandydat w wyścigu o fotel prezesa FED (Janet Yellen) już prawdopodobnie w nim nie uczestniczy.

W bieżącym tygodniu złoty powinien reagować przede wszystkim na informacje zewnętrzne. Co tyczy się krajowych danych, we wtorek GUS opublikuje szybki szacunek inflacji, z kolei w czwartek poznamy odczyt indeksu PMI dla polskiego przemysłu w październiku. Konsensus analityków zakłada, że indeks znajdzie się nieco poniżej odczytu notowanego w ubiegłym miesiącu, cały czas będzie to jednak dowodzić wyraźnej ekspansji sektora. Potencjalnie interesujące dla inwestorów mogą być również informacje dotyczące zmian w polskim rządzie oraz trwająca dyskusja dotycząca zmian w sądownictwie.

GBP

Ubiegły tydzień był ubogi w istotne dane z Wielkiej Brytanii. W kontekście braku negatywnych informacji dotyczących negocjacji w kwestii Brexitu brytyjska waluta całkiem nieźle poradziła sobie na tle wyprzedaży innych europejskich walut. Rosnące oczekiwania wobec podwyżki stóp procentowych, do której ma dojść w tym tygodniu również wspierały sentyment na brytyjskiej walucie. Wzrost stóp procentowych będzie pierwszą taką decyzją od ponad 10 lat. Rynki stóp procentowych obecnie spodziewają się, że w Wielkiej Brytanii w 2018 r. dojdzie do jeszcze jednej podwyżki, co wydaje się nam zbyt niskim szacunkiem. Gospodarka Wielkiej Brytanii funkcjonuje w środowisku pełnego (lub niemal pełnego) zatrudnienia i inflacji znajdującej się znacznie powyżej celu inflacyjnego. Rekordowo niskie stopy procentowe w tym kontekście nie są odpowiednie, w związku z czym spodziewamy się rozpoczęcia cyklu stopniowych podwyżek stóp procentowych. W kolejnych miesiącach powinno to wspierać brytyjską walutę.

EUR

“Gołębie wygaszanie [programu QE]”, które w ubiegłym tygodniu ogłosił EBC nie wsparło wspólnej waluty. Szczegóły dotyczące zmian w programie – czyli redukcja wartości skupowanych aktywów o połowę, do 30 mld euro/miesięcznie oraz wydłużenie programu o 9 miesięcy było zbliżone do oczekiwań rynkowych i nieco głębsze niż zakładaliśmy. W najbliższym czasie stopy procentowe będą głównym czynnikiem, na który będą reagować rynki finansowe. W tym przypadku stanowisko Banku nie wspierało euro. Komentarz dotyczący tego, że  stopy procentowe pozostaną niezmienione “znacznie dłużej niż wyznacza data zakończenia programu QE” oddalił podwyżki stóp procentowych do 2019 r., kiedy zgodnie z naszymi oczekiwaniami stopy procentowe w USA powinny znajdować się powyżej poziomu 2%. Tak duża różnica stóp procentowych powinna wywierać presję na euro. Reakcja rynków na konferencję, czyli wyprzedaż euro potwierdza, że rynki zgadzają się z tą opinią. Wspólna waluta w efekcie ubiegłotygodniowych ruchów w relacji do dolara obniżyła się do poziomu z lipca – miesiąca, w którym rozpoczął się rajd EUR/USD.

USD

Poza informacjami z banków centralnych Starego Kontynentu, dolara wsparły informacje związane z przeprowadzeniem kolejnych kroków na drodze do wprowadzenia wyczekiwanej reformy podatkowej. Dodatkowo, dane dotyczące dynamiki PKB w III kwartale, które zostało opublikowane w piątek pokazały, że wzrost był wyraźnie wyższy od oczekiwań, jednak należy zaznaczyć, że główną przyczyną owej niespodzianki była wyższa akumulacja zapasów.

Wygląda na to, że prezes Yellen nie uczestniczy już w wyścigu o fotel prezesa Fed, a wybór Donalda Trumpa ograniczy się do dwóch nazwisk: Powell i Taylor. Wybór prezesa Rezerwy Federalnej nie powinien mieć znaczącego wpływu na politykę banku centralnego, biorąc pod uwagę fakt, iż jest to organ kolegialny, w którym decyzje zazwyczaj podejmuje konsensus. Co tyczy się danych gospodarczych, październikowy raport z amerykańskiego rynku pracy ponownie pokaże wpływ huraganów (tym razem pokazując odpowiednio wyższy odczyt), w związku z czym spodziewamy się, że rynki nie będą przywiązywać do niego przesadnej uwagi. W międzyczasie, podczas spotkania w środę Rezerwa Federalna niemal na pewno utrzyma stopy procentowe na niezmienionym poziomie, inwestorzy będą jednak obserwowali spotkanie, aby potwierdzić swoje oczekiwania względem grudniowej podwyżki stóp procentowych.

 

 

Autor: Enrique Diaz-Alvarez – Ebury

Kolejne podejście EUR/USD w kierunku 1,19 okazało się nieudane. Nasilenie napięć wokół sytuacji Katalonii i twarde stanowiska rządu w Madrycie nie było w stanie osłabić euro (choć w rocznicę czarnego poniedziałku wpłynęło na europejskie rynki akcji). W nocy dolar skokowo zyskał po tym jak Senat zatwierdził budżet na 2018 rok (ZA:51, PRZECIW: 49, w tym oczywiście wszyscy Demokraci). To duży krok w kierunku sprawnego wdrożenia reformy systemu podatkowego. Kolejnym etapem będzie (prawdopodobnie) przyszłotygodniowe głosowanie nad budżetem w Izbie Reprezentantów.

W tym samym czasie rozstrzygać będzie się kolejna bardzo istotna kwestia o charakterze politycznym: personalia prezesa Fed kolejnej, rozpoczynającej się w lutym kadencji. Największą szansą dla dolara mogłoby stać się namaszczenie na następcę Janet Yellen kogoś z dwójki: Taylor – Warsh. Zwłaszcza pierwszy kandydat, który stworzył regułę pozwalającą oszacować optymalny poziom kosztu pieniądza w oparciu o inflację i kondycję rynku pracy, byłby gwarantem jastrzębiego zwrotu w polityce monetarnej. Ukuta przez Taylora zasada sugeruje, że stopy powinny być minimum dwukrotnie wyższe niż obecnie. Rzecz jasna naiwnością byłoby liczenie, ze jego ewentualny wybór doprowadzi do skokowego zacieśnienia. W perspektywie kilku kwartałów rynek nie wycenia jednak nawet dwóch pełnych podwyżek, co ostro kontrastuje z projekcjami Fed mówiącymi o czterech ruchach do końca 2018 roku. W ostatnich kilku dniach rośnie jednak przekonanie, że obecnie zasiadający w Radzie Gubernatorów Powell jest faworytem (bukmacherzy wyceniają, że ma 50 – proc. szanse na nominację).

Widać zatem wyraźnie, że przy braku ważnych publikacji makro oraz posiedzeń banków centralnych polityka niepodzielnie zawładnęła rynkami. W tym kontekście trzeba pamiętać o załamaniu siły NZD po uformowaniu rządu bez udziału Partii Konserwatywnej oraz weekendowych wyborach w Japonii. W tym środowisku i oczekiwaniu na posiedzenie ECB powinny dominować wąskie przedziały wahań z tendencją do umiarkowanego umocnienia dolara. EUR/USD powinien osuwać się w kierunku 1,1750. Widzimy też pole do osłabienia dolara australijskiego. Uważamy ponadto, że złoty zakończył już swój rajd i czeka nas odbicie EUR/PLN ponad 4,30.

Pod koniec września premier Shinzo Abe nieoczekiwanie zapowiedział przyspieszone wybory parlamentarne na 22 października. Pomimo problemów wewnątrz partii rządzącej, opozycja także jest rozbita, co Abe chce wykorzystać, wspierając się na pozytywnym klimacie gospodarczym i narosłych zagrożeniach ze strony Korei Północnej. Bardzo dobry wynik z wyborów w 2014 r. jest mało realny do powtórzenia, jednak partia Abe powinna utrzymać większość. Kontynuacja Abenomiki oznacza podtrzymanie presji na osłabienie jena w średnim terminie.

Premier Japonii Shinzo Abe podjął ryzykowną grę utrzymania władzy, kiedy jego popularność spadła na minima po serii skandali w pierwszej części roku. Jednakże opozycja także nie ma łatwego okresu, a czołowa Partia Demokratyczna (DPJ) jest pogrążona w walce o przywództwo. Dodatkowo na arenie pojawiła się nowa Partia Nadziei zawiązana przez burmistrz Tokio Yuriko Koike (wcześniej była w DPJ). Koike osiągnęła druzgocące zwycięstwo w wyborach w Tokio i jest ostrym krytykiem polityki Abe. Jednak Partia Nadziei nie jest jeszcze gotowa do krajowych wyborów, a poparcie buduje kosztem DJP, co osłabia pozycję opozycji.

LDP obecnie posiada 291 miejsc w Izbie Reprezentantów (izba niższa) i razem z partią Komeito (NKP, 35 miejsc) tworzy koalicję, która daje większość 2/3 głosów. Wybory z 22 października zredukują liczbę miejsc w Izbie o 10 do 465, co oznacza, że zwykła większość będzie wynosić 233 miejsca, a większość 2/3: 310. Biorąc pod uwagę spadek popularności Abe i ostatnie sondaże, wynik z poprzednich wyborów wydaje się nie do powtórzenia. Jednak utrzymanie zwykłej większości przez LDP jest realnym celem, na który zapewne liczy premier Abe. Przyspieszone wybory dodatkowo blokują szanse opozycji na wzmocnienie swojej pozycji aż do czasu kolejnych wyborów.

Taki wynik dawałby Abe mandat dla kontynuowania dotychczasowej polityki gospodarczej, jak również z pomocą koalicjantów możliwe jest osiągnięcie większości dwóch trzecich, dzięki czemu możliwe byłyby zmiany w konstytucji. Na obecną chwilę rynek nie wykazuje podwyższonej nerwowości związanej z wyborami, ufając sondażom i spodziewając się wygranej LDP. Wpisuje się to w nas scenariusz bazowy zakładający wyjście USD/JPY w kierunku letnich szczytów pod 114,50.

 

Autor: Konrad Białas, Główny Ekonomista, DM TMS

 

W okresie od listopada 2016 roku do połowy lipca 2017 roku indeks największych spółek notowanych na GPW – WIG20 – wzrósł o ponad 30 proc., jednak w ciągu najbliższych kilku miesięcy dla inwestorów bardziej atrakcyjne mogą okazać się mniejsze spółki. Ich wyceny są obecnie poniżej średnich (mierzone wskaźnikiem P/E), dlatego to w tym segmencie rynku inwestorzy powinni szukać ciekawych możliwości inwestycyjnych.

Od listopada 2016 roku, kiedy Donald Trump został prezydentem USA, do połowy lipca 2017 roku, dobre wyniki finansowe największych spółek notowanych na GPW przełożyły się na wyraźny wzrost zainteresowania wśród inwestorów. Wartość indeksu WIG20 zwiększyła się o ponad 30 proc. i obecnie wyceny są  powyżej swojej średniej z ostatnich 5 lat. Dla poprawy nastrojów panujących wśród krajowych inwestorów znaczenie miał również napływ na polski rynek kapitału z zagranicy.

Jednocześnie czynnikami wpływającymi na niepewność co do dalszych wzrostów indeksu tzw. blue chipów są przede wszystkim zmiany kadrowe w spółkach z udziałem Skarbu Państwa. Zmiany personalne w zarządach Alior Banku czy Banku Pekao SA spotkały się z negatywnym odbiorem rynku. Należy pamiętać, że tego typu zawirowania nie pozostają bez wpływu na realizowaną strategię i plany spółek. Oddala się również perspektywa podwyżek stóp procentowych, co było wcześniej przyczynkiem do hossy w sektorze bankowym, który stanowi istotną składową indeksu WIG20. Pozostają natomiast ryzyka regulacyjne, zmiany prawne i księgowe oraz nierozwiązana kwestia kredytów frankowych, co mocno ogranicza potencjał banków.

Wyniki małych i średnich spółek były natomiast w ostatnim czasie słabsze, niż oczekiwali tego inwestorzy. Dostrzegamy jednak potencjał wzrostów wśród „misiów”. Indeksy małych i średnich spółek rosły od listopada 2016 roku w wolniejszym tempie: mWIG40 o 22 proc., a sWIG80 o blisko 14 proc. Ich wyceny również nie wzrastały, przez co stały się bardziej atrakcyjne dla kupujących.

sWIG80 na tle pozostałych indeksów warszawskiej giełdy

Obserwujemy intensywny napływ środków do polskich, aktywnie zarządzanych funduszy akcyjnych. Znaczącą rolę zaczyna odgrywać rodzimy kapitał, który w największym stopniu wspiera klasę małych i średnich spółek. Bazując na analizie fundamentalnej i selektywnej strategii, będziemy poszukiwać okazji inwestycyjnych wśród takich podmiotów i rozbudowywać portfele funduszy absolute return o perspektywiczne spółki z tego sektora.

Autor: Robert Burdach, współzarządzający UniAbsolute Return Akcyjny FIZ

W czwartek 6 lipca br. prezydent USA Donald Trump spotka się na Zamku Królewskim w Warszawie z prezydentem Andrzejem Dudą oraz weźmie udział w Szczycie Inicjatywy Trójmorza. Na pl. Krasińskich Trump wygłosi pierwsze od wyborów publiczne wystąpienie poza granicami Stanów Zjednoczonych.

Prezydent Stanów Zjednoczonych przybył do Polski w środę po godz. 22, kiedy to Air Force One wylądował na warszawskim Okęciu. Z lotniska prezydencka limuzyna przejechała ulicami Żwirki i Wigury, Raszyńską i Alejami Jerozolimskimi do hotelu Marriott, gdzie amerykański prezydent wraz z pierwszą damą Melanią Trump spędzili noc.

Prezydent Andrzej Duda przywita w czwartek Donalda Trumpa o godz. 9.25 na Zamku Królewskim, gdzie obaj prezydenci odbędą rozmowę „w cztery oczy”.

W wywiadzie dla PAP prezydent Andrzej Duda powiedział, że nie można wykluczyć, że wizyta Trumpa „będzie miała charakter historyczny”. Zadeklarował również, ze z Trumpem będzie rozmawiał o konkretnych kwestiach związanych m.in. z bezpieczeństwem energetycznym, budową tarczy antyrakietowej w Redzikowie czy obecnością wojsk amerykańskich w Polsce.

Według prezydenta wizyta amerykańskiego prezydenta pokazuje również znaczenie naszego państwa. „Jesteśmy po prostu ważnym państwem tej części świata, jesteśmy jednym z większych państw europejskich, jesteśmy liderem Europy Środkowej i dlatego prezydent Trump do nas przyjeżdża, bo to widzi i rozumie” – dodał.

Po spotkaniu obu prezydentów odbędą się rozmowy plenarne polskiej i amerykańskiej delegacji. Z polskiej strony udział wezmą w nich: wicepremier, minister finansów i rozwoju Mateusz Morawiecki, szef MSZ Witold Waszczykowski, minister obrony Antoni Macierewicz, pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski oraz ministrowie prezydenccy: szefowa kancelarii Halina Szymańska, szef BBN Paweł Soloch, szef gabinetu prezydenta Krzysztof Szczerski, a także ambasador RP w Stanach Zjednoczonych Piotr Wilczek.

Po rozmowach delegacji prezydent Andrzej Duda i prezydent Donald Trump spotkają się z mediami.

 

Źródło: Codzienny Serwis Informacyjny PAP

Sentyment do bezpiecznego schronienia na rynkach jest obecnie wyraźny. Inwestorzy z całego świata wytężają wzrok na swoje portfele indywidualne, ponieważ obawiają się politycznego chaosu. Fajerwerki pojawiły się wczorajszego ranka w Brazylii. Państwo, którym wstrząsają polityczne skandale, uderzyło wczoraj w rynki w wielkim stylu. Notowania indeksu Ibovespa spadły o 10% na otwarciu a brazylijski real spadł o 8,5% w stosunku do dolara amerykańskiego.

Centrum zainteresowań rynkowych skupi się dzisiaj na Bliskim Wschodzie. W Iranie odbywają się wybory. Piastujący do tej pory urząd prezydent Rouhani posiada niewielką przewagę nad swoim rywalem. Ponieważ Irańczycy idą dzisiaj do urn, tematem rozważań będzie wybór pomiędzy Wschodem a Zachodem. Rouhani chce zbliżyć się do Europy i Ameryki. Jego przeciwnik jest bardziej islamistycznym idealistą. Jako były sędzia, osobiście skazał setki osób na karę śmierci i bardzo prawdopodobnym jest, że nie byłby dobrym sprzymierzeńcem Zachodu. Walka wyborcza może doprowadzić do drugiej tury, która rozstrzygnie się pomiędzy tymi dwoma faworytami.

W międzyczasie na Bliskim Wchodzie. Donald Trump rozpoczyna swoją podróż do Arabii Saudyjskiej, przez Izrael, Rzym aż do Belgii. Prawdopodobnie będzie pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych w historii, który wyrusza odwiedzić Bliski Wschód, aby uniknąć politycznego zamieszania. Amerykańskiemu rynkowi udało się zamknąć wczorajszą sesję na plusie po Trumpowych zawirowaniach ze środy. Wielkim sprawdzianem będzie, co się stanie dzisiaj. Czy inwestorzy stchórzą czy nie ustąpią? Dowiemy się wkrótce. Przez ostatnie dwa tygodnie, bezpieczna przystań handlu znajdowała się pewnie na swoim miejscu. Złoto poszło w górę razem z japońskim jenem, a amerykańskie obligacje skarbowe wzrosły gwałtownie.

 

Autor: Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Spekulując na temat przewidywanych zwrotów w polityce gospodarczej USA, należy pamiętać o tym, że rynki wyceniają każdą zmianę, zanim jeszcze zostanie ona wprowadzona. Jeśli giełda stale rośnie, np. w związku zapowiedzią obniżki podatków, to gdy faktycznie zostaną zmniejszone, może już nie zareagować na to zdarzenie.

Inwestorzy na całym świecie niemal codziennie analizują każdą wypowiedź prezydenta Trumpa oraz jego doradców. Jeśli jakaś zmiana ma być wprowadzona za kilka miesięcy czy nawet za rok, to nie znaczy, że dopiero wtedy zaważy na kursie dolara czy też notowaniach giełdowych. Rynki reagują natychmiast. Niemniej, jak radzi dr Przemysław Kwiecień, oceniając podejmowane przez nas ryzyko finansowe, powinniśmy najpierw zastanowić się, czy nasz profil inwestycyjny odpowiada spekulacji na to, co się dzieje w polityce gospodarczej USA. Jeśli akumulujemy kapitał długoterminowo, to sytuacja w Stanach Zjednoczonych może nie być dla nas ważnym czynnikiem przy zawieraniu transakcji.

– Niepewność jest nieodłączną cechą rynków finansowych. Decydując się na jakąkolwiek inwestycję, musimy się liczyć z tym, że ona może się nie udać. Zawsze wpływa na to szereg czynników. Trzeba dobrze je rozumieć i ocenić, czy warto podjąć określone ryzyko. Kwestia polityki w USA niczym nie różni się od innych zagrożeń, które występowały np. 5 czy 10 lat temu. Tylko z tego powodu, że Donald Trump jest prezydentem Stanów Zjednoczonych, nie możemy przecież rezygnować z inwestowania – przekonuje dr Przemysław Kwiecień, Główny Ekonomista X-Trade Brokers.

Oczywiście, jak podkreśla ekspert, niepewność w sferze polityki gospodarczej Stanów Zjednoczonych jest obecnie znacznie większa, niż w czasie drugiej kadencji prezydenckiej Baracka Obamy. Trzeba przyznać, że wówczas w tym zakresie niewiele się zmieniało. Zagrożenia, jakie kreują rządy Donalda Trumpa, polegają głównie na tym, że jeśli pewne zamysły nowej administracji się nie powiodą, to wówczas nadzieje z nimi związane zostaną zawiedzione. Dla przykładu, zaczną spadać akcje, które mocno rosły, w oczekiwaniu na konkretne rozwiązania.

– Jeśli chcemy opierać nasze inwestycje na zmianach w polityce gospodarczej USA, to siłą rzeczy musimy śledzić tę sytuację bardzo skrupulatnie. Reformy w zakresie podatków dla firm szczególnie wpływają na wyceny akcji, bo niższa stawka podatku CIT to więcej pieniędzy, które można przeznaczyć na dywidendy. Z kolei, wprowadzenie podatku granicznego może okazać się bardzo istotne dla rynków walut. Zwiększyłby on konkurencyjność produkcji w Stanach Zjednoczonych i prawdopodobnie przełożyłby się na umocnienie dolara. Zostały też złożone obietnice, dotyczące potężnego pakietu infrastrukturalnego. One już oddziałują na rynek giełdowy oraz walutowy – zaznacza dr Kwiecień.

Musimy rozumieć, o co toczy się gra, aby później odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to rozwiązanie nie jest bardziej prawdopodobne od innego. Niestety, jak zauważa ekspert, w polityce sprawy czasem przybierają nieoczekiwany obrót. Wydaje się, że jest poparcie dla jakiejś idei, a za chwilę go nie ma lub dochodzi do nieoczekiwanego kompromisu. To nie jest tak, że prezydent Trump zapowiada, co chciałby zreformować, i już natychmiast wdraża to w życie. Śledzenie na bieżąco długotrwałych zmian w legislacji wymaga nie lada wysiłku.

– Po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA, inwestorzy niemal natychmiast zaczęli oczekiwać, że szybko nastąpi boom gospodarczy, wywołany zmianą polityki. Ta euforia, która wówczas wybuchła, już się rozpłynęła i powoli zastępuje ją rozczarowanie. Należy zauważyć, że Kongres Stanów Zjednoczonych wcale nie rozpoczął swoich prac od reformy podatków tak, jak to przewidywano. Najpierw, przecież nowe władze podjęły się reformy programów starej administracji – przypomina dr Przemysław Kwiecień.

Jak podsumowuje ekspert, do przyjęcia zmian legislacyjnych potrzebna jest zgoda w obrębie partii republikańskiej, która gra pierwsze skrzypce w Kongresie Stanów Zjednoczonych. Tymczasem, jeśli zestawimy ze sobą różne deklaracje Donalda Trumpa i członków jego administracji, a także liderów „Grand Old Party” okaże się, że nie są one spójne. Dla przykładu, wielu republikanów nie chce dopuścić do wzrostu deficytu budżetowego. W związku z tym, czeka nas długotrwały proces, w wielu kwestiach może on zająć całe miesiące.

 

Wypowiedź: Dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista X-Trade Brokers Dom Maklerski

 

Porażka Donalda Trumpa w Kongresie, bo tak trzeba nazwać nieudaną próbę zniesienia Obamacare, wprowadziła rynek w prawdziwą huśtawkę nastrojów. Co prawda piątkowa sesja na Wall Street zakończyła się neutralnie, jednak już w poniedziałek globalny sentyment rynkowy uległ wyraźnemu pogorszeniu. Komentatorzy rynku obwieścili początek korekty. Tymczasem na koniec dnia okazało się, że wiele najważniejszych amerykańskich i europejskich indeksów giełdowych zdołało odrobić większość strat. Ta chwilowa zadyszka rynku potwierdza, że Donald Trump stanowi bardzo ważny element całej układanki – to bowiem od niego mogą zależeć dalsze losy dotychczasowej hossy na światowych parkietach. Mimo wszystko niewykluczone, że, póki co, piątkowe wydarzenia z amerykańskiego Kongresu wzbudzą jedynie czujność inwestorów.

Przeprowadzenie reformy systemu ochrony zdrowia miało być pierwszym poważnym testem efektywności politycznej Donalda Trumpa. Zmiana miała odciążyć budżet federalny, toteż umożliwić wprowadzenie zapowiedzianego pakietu stymulacji fiskalnej. Tymczasem nie wszyscy Republikanie postanowili poprzeć nowe rozwiązanie. Aby uniknąć jeszcze bardziej medialnej porażki, prezydent zdecydował się wycofać projekt. Na pierwszy rzut oka brak partyjnej jedności oraz umiejętności głowy państwa do wypracowania konsensusu może niepokoić inwestorów w kontekście oczekiwanych reform gospodarczych, tym bardziej że te wiążą się ze znacznymi wydatkami środków publicznych.

Piątkowa porażka Donalda Trumpa stanowi sygnał ostrzegawczy. Brak jedności w Partii Republikańskiej wynika z faktu, że w oczach części jej przedstawicieli proponowane zmiany w systemie zdrowotnym były nadal zbyt kosztowne (tj. zbyt hojne dla Amerykanów), natomiast administracja Donalda Trumpa nie włożyła wystarczająco wielu starań, aby wypracować porozumienie. W efekcie nie stanowi zaskoczenia fakt, że prezydent za swoją porażkę obarcza wszystkich, tylko nie siebie, podczas gdy to właśnie on nie zdał egzaminu z negocjacji.

Czy taki sam los może czekać pakiet stymulacji fiskalnej? Oczywiście nie można tego wykluczyć, jednak wydaje się, że ta kwestia budzi znacznie mniej kontrowersji w Kongresie. Reformy mają bowiem jeszcze bardziej ożywić amerykańską gospodarkę i zapewnić jej dobrą koniunkturę w kolejnych latach. Zatem brak zapowiedzianych zmian niewątpliwie zostanie negatywnie oceniony przez rynek, tym bardziej że niniejsze obietnice od czasu wyborów prezydenckich w USA są głównym motorem napędzającym wzrosty indeksów giełdowych.

Warto dodać, że cała sprawa nabiera pikanterii poprzez fakt, że 15 marca wygasło amerykańskie moratorium dla limitu długu, co oznacza, że rząd USA nie może się zadłużać. Podobne sytuacje miały miejsce za kadencji Baracka Obamy. Wtedy to pracownicy urzędowi musieli skorzystać z bezpłatnych urlopów. Administracja Trumpa podkreśla, że takowa sytuacja nie powtórzy się, a Kongres uchwali nowy limit długu. Jednak dlaczego nie zostało to jeszcze zrobione? Ubiegło piątkowe wydarzenia sugerują, że część Republikanów być może nie chce zwiększać długu publicznego. Jeżeli to prawda, to kapitałochłonne dla budżetu federalnego reformy gospodarcze mogą zakończyć się fiaskiem. Tym niemniej, limit długu zapewne zostanie podwyższony, bowiem inaczej państwo oraz gospodarka nie będą mogły funkcjonować.

Podsumowując, porażka polityczna Donalda Trumpa nie powinna być bagatelizowana, jednakże z drugiej strony nie może być wyolbrzymiana. Obecnie, zajęcie pozycji na rynku pod któryś ze scenariuszy tj. pod wprowadzenie pakietu stymulacji fiskalnej lub jego odrzucenie, można porównać do rzutu monetą. Na rynku pojawiła się niepewność, ale to zbyt mało, aby odwrócić dotychczasowy trend. To nie zmienia faktu, że po okresie wyraźnych wzrostów na światowych parkietach, w tym na GPW w Warszawie, nieco szersza korekta nie stanowiłaby zaskoczenia. Zatem być może warto zachować spokój i inwestować łyżeczką, a nie chochlą, nie zapominając tym samym o analizie sytuacji politycznej w Stanach, która póki co nie jest tak napięta, jak wskazywałyby na to pierwsze emocje i komentarze rynkowe.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

To, co Donald Trump powie 28 lutego w Kongresie, może mieć fundamentalne znaczenie dla wyceny dolara. W zaplanowanym na ten dzień wystąpieniu prezydent USA zaprezentuje zmiany założeń polityki fiskalnej, które znajdą odzwierciedlenie w przedstawionym w kolejnych dniach projekcie budżetu na najbliższy rok oraz planach dochodów i wydatków na kolejne 10 lat – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W pierwszych wystąpieniach przed połączonymi izbami Kongresu amerykańscy prezydenci tradycyjnie przedstawiają podstawowe elementy polityki gospodarczej swoich nowych administracji. Czy prezydent Donald Trump powtórzy we wtorek obietnice, które w kampanii składał jako kandydat?

Przypomnijmy, że Trump i Republikanie przedstawiali kompleksowy program zmiany podatków. Chodziło m.in. o obniżenie liczby progów PIT dla Amerykanów z siedmiu do trzech. Najwięcej na obiecanych reformach zyskałyby osoby zarabiające powyżej 400 tys. dolarów rocznie. Redukcji powinny ulec również obciążenia na rzecz państwa związane z zyskami kapitałowymi.

Mniejsze obciążenia fiskalne zostały obiecane także przedsiębiorstwom, gdzie podatek od zysków, według planów prezydenta, spadłby z obecnych 35 do 15 proc., a w założeniach republikańskiego planu gospodarczego „A Better Way” – do 20 proc. Towarzyszące im programy promocji eksportu i produkcji dóbr oraz usług w kraju (Korekta Podatku Granicznego) czy plan repatriacji zagranicznych zysków przez amerykańskie przedsiębiorstwa także pojawiały się w kampanii wyborczej konserwatystów. Na uwagę zasługuje też zapowiedź przeznaczenia 1 biliona dolarów w najbliższej dekadzie na inwestycje infrastrukturalne.

Historia drogowskazem?

Przez ostatnie tygodnie w przestrzeni medialnej zamiast dyskusji na temat zmian w polityce fiskalnej wiele było informacji dotyczących imigracji. Powoli więc uczestnicy rynku zaczęli się zastanawiać, jaka część z kampanijnych zapowiedzi zostanie zrealizowana. Przyszłotygodniowe wystąpienie Trumpa w Kongresie i późniejszy plan budżetu na rok fiskalny 2018 (zaczynający się od października 2017 r.) to już praktycznie ostatni moment, by odnieść się do przedwyborczych obietnic.

Gdyby we wtorkowym wystąpieniu Trumpa pojawiły się zapowiedzi zmian podatków dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, a także większość pozostałych projektów, to szanse na ich faktyczne wprowadzenie są stosunkowo duże. Analizując pierwsze po przyjęciu nominacji orędzia amerykańskich prezydentów dostępne na stronach kalifornijskiego uniwersytetu USCB (The American Presidency Project), widać, że plany miały odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Poświęcone w znacznej części sprawom gospodarczym orędzie Ronalda Reagana z 18 lutego 1981 r. spowodowało, że już od 1982 r. podatki dochodowe dla najbogatszych zmniejszyły się z 70 do 50 proc., a dla najmniej zarabiających – z 14 do 12 proc. (wg archiwalnych danych amerykańskiego Urzędu Skarbowego – IRS).

Podczas drugiej kadencji Reagana redukcja podatków była jeszcze głębsza. W 1988 r. zostały już tylko dwie skale podatkowe – 15 i 28 proc., co oznacza, że obciążenia fiskalne dla najbogatszych zmniejszyły się aż o 42 pkt proc. w porównaniu do 1981 r. W tym samym okresie redukcji o 12 pkt proc. uległy podatki dla przedsiębiorstw.

Prezydentura George’a Busha nie zmieniła zauważalnie podatków, prócz wprowadzenia trzeciego progu na poziomie 31 proc. Ale już w 1993 r. Bill Clinton w swoim pierwszym orędziu zapowiedział, że 1.2 proc. najlepiej zarabiających Amerykanów będzie płacić wyższe podatki. W rezultacie najzamożniejsza grupa zaczęła oddawać państwu 39.6 proc. swojego dochodu.

Warto zauważyć, że podczas sprawowania władzy przez Reagana czy Busha cały czas w Izbie Reprezentantów przewagę mieli Demokraci, a od drugiej połowy lat 80. Republikanie utracili także Senat. Mimo to kluczowe zmiany zostały wprowadzone. Teraz cały Kongres jest pod kontrolą Republikanów, co dodatkowo powinno ułatwiać proces legislacyjny i faktyczne wprowadzenie zmian sugerowanych w kampanii.

Silny wpływ na dolara

Zmniejszenie podatków dla gospodarstw domowych to impuls do konsumpcji. Wyższe wydatki infrastrukturalne, repatriacja zagranicznych zysków czy redukcja obciążeń regulacyjnych dla przedsiębiorstw to szansa na przyspieszenie inwestycji. Stymulacja eksportu oraz mniej opłacalny import to z kolei szansa na wyższą inflację. Wszystkie te elementy powinny przynajmniej w krótkim terminie sprzyjać wzrostowi gospodarczemu i podwyższać prawdopodobieństwo szybszego od oczekiwań podnoszenia stóp procentowych.

Ponieważ jednak powyższe zmiany cały czas są w formie planów, stosunkowo niewiele niezależnych ośrodków analitycznych oszacowało ich skutki dla gospodarki amerykańskiej. Temat został jednak podjęty w listopadzie przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD).

Organizacja przyjęła w swoich szacunkach, że stymulacja fiskalna w 2018 r. zwiększy wzrost PKB w porównaniu do wcześniejszego scenariusza o 0.9 pkt proc. do 3.0 proc. O 0.4 pkt proc. ma być wyższa inflacja i sięgnąć w przyszłym roku 2.2 proc. Nie to jest jednak najważniejsze. Kluczową kwestią są szacunki, jak mogą wyglądać rynkowe stopy procentowe, których wyznacznikiem są np. rentowności obligacji skarbowych.

Według modeli OECD rentowności 10-letnich obligacji skarbowych mogą wzrosnąć z obecnych 2.4 proc. do 3.6 proc. Różnica w dochodowości obligacji krajów rozwiniętych z podobną wiarygodnością kredytową jest jednym z podstawowych impulsów do zmian na rynku walutowym. Tak silna zmiana przyszłych stóp procentowych mogłaby doprowadzić do gwałtownego wzmocnienia się dolara w perspektywie najbliższych kilku miesięcy.

Niezwykle ważne najbliższe dni

Barack Obama pierwsze wystąpienie przed połączonymi Izbami Kongresu miał 24 lutego 2009 r. Już dwa dni później został ogłoszony budżet na 2010 r. Z kolei w 2001 r. orędzie George’a W. Busha odbyło 27 lutego, a plan wydatków i dochodów państwa Kongres otrzymał dopiero 9 kwietnia.

Budżet Donalda Trumpa ma, wg doniesień agencji Bloomberg, trafić na Kapitol w okolicach 13 marca. Podczas środowej konferencji prasowej te doniesienia potwierdził Sean Spicer, rzecznik Białego Domu.
Biorąc jednak pod uwagę, że plany gospodarcze zaprezentowane w inauguracyjnym orędziu prezydenta zwykle mają przełożenie w ogłoszonym później budżecie, już we wtorek będzie można oszacować skalę zmian fiskalnych. Gdyby wystąpienie Donalda Trumpa w Kongresie zawierało większość kampanijnych zapowiedzi, wtedy scenariusz silnego wzmocnienia się dolara stałby się bardzo prawdopodobny. Niewykluczone, że w takim rozwoju sytuacji amerykańska waluta sięgnęłaby poziomu 4.50 zł w kolejnych miesiącach.

Źródło: Cinkciarz.pl

Donald Trump to z pewnością człowiek o wielu twarzach. Zwolennik pro – gospodarczej stymulacji fiskalnej i wewnątrzkrajowej wolności gospodarczej, ale równocześnie przeciwnik globalizacji i wolnego handlu. W efekcie początek jego kadencji i niepewność co do jego pierwszych kroków jako prezydenta, trzyma inwestorów w napięciu. Dotychczasowa TRUMPolina została poddana próbie. Zmiana polityczna w Białym Domu działa nie tylko na Stany, ale również na całą globalną gospodarkę. Oprócz obaw Meksyku i Europy co do nowej polityki USA, najwięcej powodów do niepokoju mogą mieć Chiny, którym Donald Trump może zaproponować szczególnie agresywną politykę opartą na protekcjonizmie.

Ameryka znów będzie wielka, a jej siłą będzie krajowy potencjał – mówi Trump. Aby osiągnąć ten cel, Donald Trump planuje nałożyć cło na chińskie towary w wysokości 45%. Pomysł ten z całą pewnością okaże się gwoździem do trumny dla amerykańsko – chińskiej wymiany handlowej. Można oczekiwać, że Państwo Środka nie pozostanie bierne i zdecyduje się na odwet, co doprowadzi do wojny handlowej między obiema potęgami gospodarczymi. W ocenie nowego prezydenta USA, takie działania są niezbędne. Stany odnotowują permanentny deficyt handlowy z Chinami – ten wyniósł aż 365 mld dolarów w 2015 r. Warto podkreślić, że w tym samym czasie całkowity deficyt handlowy wyniósł 530 mld dolarów. Czy plan Donalda Trumpa może zakończyć się sukcesem? Dotychczasowy postęp osiągnięty poprzez globalizację i wolny handel wydają się temu zaprzeczać. Jednak rynek, który liczy przede wszystkim na stymulację fiskalną, pozostaje spokojny.

Mimo wszystko trzeba podkreślić, że potencjalna wojna handlowa znacznie bardziej uderzy w gospodarkę chińską niż amerykańską. Handel między tymi krajami stanowi odpowiednio 28% amerykańskiego PKB oraz 41% chińskiego. Dodatkowo należy pamiętać, że Państwo Środka boryka się z wieloma trudnościami – zniżkującą dynamiką PKB (najniższa od 1990 r.), narastającą bańką na rynku nieruchomości, wysokim odsetkiem niespłacanych kredytów (według nieoficjalnych danych nawet 30%), niestabilnym systemem finansowym oraz ogromnym długiem publicznym na poziomie 277% PKB. Chinom nie sprzyja także rozpoczęta przez Fed a mogąca przybrać na sile, stopniowa normalizacja polityki monetarnej, która niekorzystnie wpłynie na przepływy kapitałowe Państwa Środka. W efekcie ewentualna wojna handlowa może okazać się impulsem dla tykającej bomby, której zapłon dzięki staraniom władz ludowych był dotychczasowo skutecznie opóźniany.

Chiny znajdują się obecnie w głębokiej transformacji, której efektem jest rosnąca rola sektora usług (odpowiada już za ponad 50% PKB). W ten sposób niedawna Fabryka Świata próbuje upodobnić się do najbardziej rozwiniętych gospodarek, tych nastawionych na konsumpcję. Zagrożenie lub materializacja czynnika ryzyka w postaci wojny handlowej z USA może przyśpieszyć owe zmiany, jednakże krótkotrwałe skutki będą zapewne niezmiernie bolesne zarówno dla Państwa Środka jak i całej globalnej gospodarki. Póki co, Chiny są dalekie od realizacji swojego celu, o czym świadczy chociażby wysoka skłonność do oszczędzania tamtejszych obywateli oraz wciąż znacząca skala ubóstwa, które dotyka ponad 400 milionów Chińczyków.

Agresywna polityka Donalda Trumpa względem Chin nie dotyczy jedynie sfery stricte gospodarczej, ale również tej politycznej, co nadaje całej sprawie dodatkowej pikanterii. Miliarder, jeszcze jako prezydent – elekt, w grudniu ubiegłego roku powoływał się na doktrynę ,,Jednych Chin”, czym zdołał istotnie rozzłościć Państwo Środka. Do tego doszła nabierająca na sile konkurencja o wpływy na morzu Południowochińskim. W odpowiedzi chińskie media zaczęły grozić użyciem sił militarnych przeciwko Tajwanowi oraz udzieleniem wsparcia przeciwnikom USA. Tak więc relacje amerykańsko – chińskie wydają obierać nowy, niebezpieczny kierunek.

Donald Trump stanowi źródło niepewności, toteż Chiny pozostają bierne i bacznie przyglądają się nowej polityce Białego Domu. Tym niemniej, nowy prezydent w pierwszych dniach swojego urzędu zerwał negocjacje dotyczące porozumienia TAFTA, co może sugerować, że protekcjonistyczne slogany z kampanii wyborczej mogą być sukcesywnie realizowane. To generuje istotne ryzyko dla gospodarki chińskiej, która dzięki Stanom może nieco szybciej znaleźć się w poważnym kryzysie – prędzej, czy później ten prawdopodobnie nadszedłby ze względu na gromadzące się trudności oraz ograniczone możliwości interwencji władz ludowych. Pamiętajmy powiedzenie: kiedy Chiny kichną, cały świat ma katar – potencjalny kryzys Państwa Środka może okazać się zalążkiem ogólnoświatowych problemów gospodarczych.

Źródło: Adrian Apanel, MM Prime TFI S.A.

Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI, ocenia perspektywy dla amerykańskiego rynku finansowego po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA.

Patrząc na zachowanie nowojorskiego indeksu S&P500, inwestorzy ucieszyli się w wyboru Donalda Trumpa na prezydenta USA.

Zwycięstwo Donalda Trumpa było sporym zaskoczeniem i w pierwszym momencie inwestorzy się przestraszyli. Awersja do ryzyka wzrosła jednak na zaledwie kilka godzin. Potem rynek akcji się uspokoił. Ma to swoje racjonalne uzasadnienie. Wybór republikanina na najważniejszy urząd w USA może być pozytywny dla gospodarki oraz części sektorów reprezentowanych na amerykańskiej giełdzie.

Jakie branże mogą skorzystać na zwycięstwie Donalda Trumpa?

Historycznie, gdy urząd prezydenta sprawowali republikanie, stopień regulacji amerykańskiego sektora finansowego był dużo niższy niż w czasach, gdy rządzili demokraci. Program wyborczy obecnego prezydenta elekta sugeruje, że tym razem będzie podobnie. Dlatego na zwycięstwie Donalda Trumpa mogą skorzystać szczególnie banki i inne spółki finansowe. Dla amerykańskich banków pozytywny jest również wzrost rentowności obligacji rządowych, który nastąpił po wyborach oraz wzrost oczekiwań inflacyjnych. Jeśli w grudniu Fed dokona podwyżki stóp procentowych w USA, przychody banków się zwiększą. Na wyborze Donalda Trumpa mogą skorzystać także firmy budowlane oraz spółki z sektora obronnego.

Jak długo mogą potrwać wzrosty na amerykańskiej giełdzie?

Po wyborach prezydenckich w USA indeks S&P500 powrócił w okolice rekordowych poziomów. Szczególnie silnie urosły wspomniane wcześniej sektory – finansowy, budowlany i obronny. Uważam, że teraz amerykańskiej giełdzie należy się chwila oddechu. Później dużo będzie zależało od tego, co Donald Trump zrobi po styczniowym zaprzysiężeniu. Jeśli zacznie od obniżenia podatków, deregulacji sektora finansowego oraz inwestycji infrastrukturalnych, wzrosty na Wall Street mogą być kontynuowane. Jeśli jednak w pierwszej kolejności skupi się na protekcjonizmie oraz wydaleniu imigrantów poza granice USA, rynki mogą to odebrać negatywnie. Na szczęście poza niepewnym czynnikiem politycznym, amerykańskie akcje wspierają fundamenty. Wyniki finansowe spółek w USA za III kwartał 2016 r. zaskoczyły inwestorów zdecydowanie na plus. Świadczy to o coraz lepszej kondycji amerykańskich przedsiębiorstw.

W przeciwieństwie do akcji, amerykańskie obligacje zdecydowanie się przeceniły. Dlaczego?

Silna przecena amerykańskich obligacji to rezultat obaw o to, że pod rządami Donalda Trumpa przyspieszy inflacja. Wzrost cen w gospodarce USA jest prawdopodobny chociażby ze względu na zapowiadane przez prezydenta elekta obniżenie podatków oraz ogromne wydatki na inwestycje infrastrukturalne na poziomie od pół do nawet jednego biliona dolarów. Gwałtowny skok inflacji może z kolei stanowić dla amerykańskiej Rezerwy Federalnej argument za szybszymi podwyżkami stóp procentowych. Tym bardziej, że pierwsza podwyżka na grudniowym posiedzeniu jest już niemal przesądzona. W dłuższym terminie kluczowe będzie również to, czy Donald Trump będzie chciał finansować zapowiadane inwestycje infrastrukturalne przez zwiększanie zadłużenia. Jeśli amerykański rząd zanadto się zadłuży, inwestorzy mogą zażądać wyższych odsetek od obligacji, co przyczyni się do wzrostu rentowności.

Pierwsze emocje rynkowe związane z dość zaskakującą decyzją wyborczą Amerykanów zdążyły już opaść. Donald Trump przekonał swoich rodaków, że to on będzie lepszym prezydentem niż Hilary Clinton i z tą decyzją należy się pogodzić. Pomimo pierwszych protestów ulicznych, reakcja rynków finansowych była zgodna z powiedzeniem ,,z dużej chmury mały deszcz”. W rzeczywistości zwycięstwo kandydata Republikanów zostało zdyskontowane w ostatnich dniach kampanii wyborczej. Dodatkowym, kojącym nerwy balsamem okazało się pierwsze przemówienie prezydenta elekta, które w żaden sposób nie przypominało retoryki z kampanii wyborczej. Ponadto Republikanie utrzymają większość w Kongresie. Pozornie niezgodna z wolą Wall Street decyzja wyborcza Amerykanów najprawdopodobniej nie spowoduje diametralnej zmiany sentymentu rynkowego w krótkim i średnim terminie. Jednak o ile część punktów programu wyborczego Donalda Trumpa może być katalizatorem wzrostów amerykańskich indeksów, o tyle wiele jego pomysłów może okazać się również łyżką dziegciu w beczce miodu.

Rynek finansowy ma wysokie oczekiwania w związku z postulowaną obniżką podatków, która z całą pewnością przyczyni się do wzrostu poziomu amerykańskich oszczędności, inwestycji i  konsumpcji. Dodatkowo wzrost gospodarczy zostanie pobudzony przez wzmożone inwestycje strukturalne. Te części programu wyborczego mogą pozytywnie wpłynąć na wzrost największej gospodarki świata, na rynek pracy a przez to na koniunkturę na amerykańskiej giełdzie. Z drugiej strony, w nieco szerszej perspektywie działania te niekorzystnie wpłyną na budżet federalny, dla którego realizacja tych pomysłów jest najmniej opłacalnym scenariuszem. Donald Trump będzie musiał znaleźć oszczędności, ale póki co, nie wiadomo gdzie chce ich szukać. Mimo wszystko, niewielu wydaje się przejmować faktem, że Stany są najbardziej zadłużoną gospodarką na świecie (nominalnie) tj. ponad 19 bilionów dolarów, czyli około 105% PKB – liczby te nie robią wrażenia na Wall Street.

Powyższe reformy znajdą swoje odzwierciedlenie nie tylko w dynamice PKB, ale również we wzroście oczekiwań inflacyjnych a następnie w samej inflacji. To natomiast wpłynie na kolejne decyzje Rezerwy Federalnej, która do tej pory z Janet Yellen na czele była de facto gołębia. Oczywiście grudniowa podwyżka stóp procentowych nadal wchodzi w grę – prawdopodobieństwo szacowane przez FedWatch Tool wynosi obecnie 81%. Tym niemniej byłaby to dopiero pierwsza taka decyzja od grudnia 2015 r. – zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami Fed, w 2016 r. można było oczekiwać trzech, a nawet czterech podwyżek kosztu pieniądza. Tymczasem Donald Trump zapowiedział, że nie zdecyduje się na reelekcję Janet Yellen (jej kadencja kończy się w lutym 2018 r.). Według prezydenta elekta niskie stopy procentowe ,,podtrzymują fałszywą gospodarkę”. W rezultacie, w długim okresie można oczekiwać zdecydowanych jastrzębich zmian w amerykańskiej polityce monetarnej. To już nie jest dobra informacja dla Wall Street.

Wspomniana wcześniej „łyżka dziegciu” to mocno wyakcentowane postulaty wyborcze związane z protekcjonizmem państwowym. Postulaty, zwłaszcza te dotyczące polityki migracyjnej oraz handlowej okazały się argumentem przemawiającym do wyobraźni wielu Amerykanów. Z jednej strony coraz bardziej powszechna ksenofobia mocna nie tylko w Stanach, nie stanowi zaskoczenia. Wojna z terroryzmem, problemy migracyjne a w przypadku Amerykanów niechęć do imigrantów z Meksyku mają swoje uzasadnienie w kwestiach bezpieczeństwa, czy też w negatywnych skutkach ekonomicznych dla klasy średniej. Z drugiej strony warto pamiętać, że skokowy rozwój gospodarczy jest przede wszystkim efektem globalizacji, wolnego handlu, przepływu kapitału oraz siły roboczej. Tymczasem prezydent elekt w czasie kampanii wyborczej postulował renegocjację umów handlowych, zwłaszcza z Chinami oraz likwidację umowy NAFTA. Takie działania są krokiem wstecz i istotnie osłabią zarówno amerykańską, jak i tę  globalną gospodarkę.

Jeśli chodzi natomiast o bezpośredni wpływ polityki nowego prezydenta USA na sytuację gospodarczą Polski, ten wpływ powinien pozostać niewielki. Bilans zysków i strat można rozliczać w kontekście kosztów utraconych możliwości, bowiem niewykluczone, że przyszły prezydent USA będzie próbował zablokować negocjowaną umowę TAFTA (Trans – Atlantic Free Trade Agreement), której beneficjentem z całą pewnością byłaby m.in. Polska. Ponadto działania Donalda Trumpa będą oddziaływać na globalny sentyment rynkowy, a ten jest niezmiernie istotny dla polskiej giełdy – jeżeli nastroje na światowych giełdach są napięte, to perspektywy wzrostów na warszawskim parkiecie są znacznie ograniczone. Potwierdza to obecnie rynek walutowy – trwająca wyprzedaż na amerykańskim rynku długu zaraziła inne rynki, w tym polski i potęguje przecenę złotego. Sprawy polskie ograniczają się raczej do współpracy w ramach obronności, czy też długo oczekiwanym zniesieniu wiz. Tym niemniej, zarówno Hilary Clinton jak i Donald Trump w kampanii wyborczej rzadko odnosili się do polskich interesów, a co więcej, wypowiedzi te były tylko hasłami i sloganami.

Podsumowując, postulatów prezydenta elekta nie należy postrzegać tylko i wyłącznie w ciemnych barwach. Należy podkreślić, że wiele zależeć będzie od jego przyszłych współpracowników, których póki co nie znamy. Mimo wszystko część punktów programu wyborczego należy ocenić negatywnie, co w długim okresie generuje istotną niepewność. Mimo wszystko kluczową kwestią pozostaje pytanie: czy Donald Trump w ogóle zrealizuje swoje postulaty wyborcze, czy też zrezygnuje z wielu kontrowersyjnych rozwiązań, które pozwoliły mu zwyciężyć w wyścigu do Białego Domu? Jeżeli te faktycznie zostaną wcielone w życie, to zapewne nieprędko – tak gruntownych reform nie da się bowiem przeprowadzić natychmiastowo. Wynik wyborów nie wpływa na obecną sytuację gospodarczą USA, toteż Wall Street została zdominowana przez kolor zielony. Z kolei zachowanie inwestorów na rynku długu wydaje się nieco przesadne. Niewykluczone, że większość kluczowych decyzji, bądź ich skutków skumuluje się w drugim roku kadencji Donalda Trumpa. To oznacza, że po raz kolejny „złotym graalem” może okazać się strategia oparta o cykl prezydencki.

 

Seweryn MasalskiSeweryn Masalski, MM Prime TFI

Gdy w środę rano stało się jasne, że Donald Trump zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych, dolar zanurkował. Co takiego wydarzyło się na rynkach, że ciągu kolejnych godzin odrobił wszystkie straty, a w tej chwili jest najdroższy od czerwca i wyraźnie przekracza granicę 4,00 zł?

Wielu analityków rynkowych zwracało uwagę, że wygrana w wyborach kandydata Republikanów powinna oznaczać osłabienie dolara (USD). To przekonanie nie było oparte jedynie na zachowaniu rynku podczas publikacji sondaży wyborczych. Gdy Trump zdobywał przewagę, amerykańska waluta traciła na wartości, natomiast gdy ją tracił, kurs dolara rósł.

Dość łatwo można było zbudować logiczne uzasadnienie ekonomiczne do tego scenariusza. Niepewność po zwycięstwie Trumpa mogła spowodować ograniczenie wydatków konsumentów, co zmniejszyłoby szansę na kontynuację wzrostów wynagrodzeń i miałoby negatywne konsekwencje dla PKB czy wysokości inflacji. W rezultacie Rezerwa Federalna musiałby dłużej utrzymywać stopy procentowe na niezmienionym poziomie, co prawdopodobnie osłabiłoby dolara. Dlaczego jednak ten scenariusz tak szybko stracił aktualność?

Rynek obligacji skarbowych

Kluczem do rozwiązania tej zagadki jest rynek amerykańskich instrumentów dłużnych. W środę rano rentowności 10-letnich obligacji skarbowych były blisko poziomu 1,70 proc. Teraz przekraczają granicę 2,20 proc. Bardzo silny ruch był obserwowany także na dwuletnich obligacjach. Ich rentowności wzrosły z 0,70 do 0,97 proc. W tym konkretnym przypadku ruch na instrumentach skarbowych oznacza wzrost oczekiwań dotyczących przyszłej inflacji. Skąd jednak rynek zaczął się nagle spodziewać wyższych cen w przyszłości, skoro wygrana Trumpa miała je obniżyć?

Po pierwsze, w przemówieniu prezydenta elekta pojawiała się zapowiedź zwiększenia wydatków infrastrukturalnych. Ta informacja często przewijała się podczas kampanii. Była jednak odbierana sceptycznie, chociażby ze względu na fakt, że republikański Kongres jest niechętny zwiększaniu wydatków budżetowych. Dodatkowo sondaże przewidywały, że większość w Senacie zdobędą Demokraci. Wtedy byłoby jeszcze trudniej zbudować jakikolwiek konsensus zmian fiskalnych.

Finalnie jednak okazało się, że cały Kongres jest pod rządami Republikanów. Założono więc, że skoro prezydent jest z tej samej partii, to możliwy będzie jednak jakiś plan zwiększenia wydatków infrastrukturalnych, mimo ogólnego negatywnego nastawienia konserwatystów do wyższego deficytu.

Pozytywne podejście dotyczące zwiększenia wydatków wywołało drugą optymistyczną reakcję. Przyjęto także, że zapowiedzi Trumpa o bardziej protekcjonistycznej polityce handlowej nie zmaterializują się lub będą na tyle ograniczone, że nie pogorszą konkurencyjności amerykańskiej gospodarki. Tym razem z kolei zadziałało podejście, że Republikanie nie popierają ograniczeń  w wymianie handlowej i Tumpowi będzie trudno zmienić ten pogląd.

W rezultacie po początkowej panice inwestorzy dość szybko założyli optymistyczny dla nich rozwój sytuacji. Nastąpi wzrost wydatków budżetowych na infrastrukturę, ale republikański Kongres nie pozwoli, by były one zbyt duże. Z kolei zapowiedzi wyższych ceł i weryfikacji umów handlowych odejdą w zapomnienie.

Biorąc więc pod uwagę fakt, że w tym momencie gospodarka USA rozwija się blisko swoich możliwości wytwórczych i Fed przygotowuje się na podwyżkę stóp procentowych, wzrost wydatków powinien być względnie szybko widoczny w wyższej inflacji. Wyższa inflacja i pewnie nieco wyższy od wcześniejszych oczekiwań przyszły poziom PKB to większe prawdopodobieństwo, że Fed szybciej niż sądzono będzie podnosił stopy procentowe. Jest to więc również dobra informacja dla amerykańskiego dolara.

Dolar powyżej 4 zł

Wzmocnienie dolara na rynku globalnym przekłada się na wzrost jego kursu powyżej granicy 4 zł. Wyższe rentowności amerykańskich obligacji powodują, że te instrumenty emitowane przez kraje rozwijające się stają się mniej atrakcyjne. Dodatkowo kapitał, który był zaangażowany w wysoko oprocentowane obligacje Brazylii, RPA czy Meksyku, szybko się wycofuje i jest zamieniany na dolary. Od środy rand, real oraz peso straciły do dolara odpowiednio 7, 9 i 13 proc. wartości.

Polska jest w nieco mniejszym stopniu narażona na odpływ inwestorów zagranicznych , ale w minionym tygodniu rentowności 10-letnich obligacji skarbowych wzrosły do poziomu 3,32 proc. Jest to najwyższa wartość od czerwca 2015 r. Teoretycznie powinno to przyciągać zagraniczne fundusze, jednak zakładając, że obecny trend może być kontynuowany, globalny kapitał raczej skierowany jest w przeciwnym kierunku i prawdopodobnie czeka zarówno na niższe ceny obligacji, jak i jeszcze słabszego złotego.

Wyższe oczekiwania dotyczące przyszłej inflacji w USA, optymistyczne podejście do wybranych inicjatyw Trumpa i silny odpływ kapitału z rynków rozwijających się, wspierają globalną siłę dolara. W rezultacie wiele wskazuje na to, że amerykańska waluta pozostanie droga i utrzyma się powyżej granicy 4,00 zł przynajmniej przez najbliższe tygodnie.

 

Marcin_Lipka (1)Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Donald Trump został wybrany nowym, 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Sytuacja na rynkach walutowych i giełdowych wskazuje, że światowe obawy związane z prezydenckim wyborem Amerykanów nie są na razie bardzo silne. Co prawda dolar osłabł wobec euro i większości walut europejskich, ale spadki kursu dolara wobec europejskich walut nie są silne. Zapewne w części taki wynik wyborów prezydenckich w USA został już wcześniej „skonsumowany” przez rynki walutowe. Ale możliwe, że to także efekt zaufania do amerykańskiego „check and balances”. Czy słusznie, pokażą najbliższe miesiące.

Jednocześnie dolar umocnił się wobec walut krajów Azji południowo-wschodniej. Ale tu zmiany także nie są duże – osłabł m.in. australijski i nowozelandzki dolar, koreański won, filipińskie peso czy malezyjski ringgit. Tego także należało się spodziewać po wypowiedziach D. Trumpa zapowiadających konieczność korekty umów o wolnym handlu z Azją. Największym przegranym jak na razie jest Meksyk, którego waluta gwałtownie osłabiła się wobec dolara i innych walut ( w tym euro). To także efekt deklaracji wyborczych prezydenta-elekta.

Giełdy na świecie są bardziej zgodne niż rynki walutowe – na większości odnotowano spadki. Ale i tu ich siła nie jest duża. Na plusie jest jedynie giełda rosyjska i szwajcarska. To wyraźnie pokazuje, gdzie inwestorzy na świecie widzą „wygranych” wyborów prezydenckich w USA.

Rosną też ceny złota i srebra, co wskazuje na szukanie „spokojnej” przystani przez część inwestorów.

Gdyby mierzyć finał wyborów prezydenckich w USA zmianami na rynkach finansowych, to można byłoby powiedzieć, że nie obawiają się one zbytnio konsekwencji zmian w największej gospodarce na świecie. Należy jednak pamiętać, że rynki finansowe reagują szybko i równie szybko mogą zmienić swoje decyzje. Zatem to co na nich w tej chwili obserwujemy nie mówi nic o tym, czego świat, globalna gospodarka może się spodziewać w średnim i długim okresie.

A można się spodziewać zmian w istniejącym ładzie gospodarczym, czyli zmian w relacjach między gospodarkami na świecie. Zapowiedź D. Trumpa koncentracji na gospodarce amerykańskiej, obniżenia podatków i rozpoczęcia wielkich infrastrukturalnych inwestycji w USA, a szczególnie zapowiedź korekty umów handlowych z innymi krajami i regionami oraz wprowadzenia ceł (bardzo wysokich szczególnie wobec produktów z Chin i Meksyku) może zmienić te relacje i doprowadzić do zmian ładu gospodarczego na świecie. Co to oznacza dla Polski i naszej gospodarki?

Zapowiadane przez D. Trumpa w kampanii wyborczej zmiany oznaczają silny wzrost długu publicznego w USA, który już dzisiaj jest bardzo wysoki (bliski 100 proc. amerykańskiego PKB), bo z jednej strony zmniejszą się wpływy do budżetu (efekt obniżenia podatków), a z drugiej wzrosną wydatki budżetowe (na inwestycje infrastrukturalne). USA zwiększą tym samym popyt na kapitał, a to oznacza, że takie kraje jak Polska chcąc także pozyskać kapitał na rynkach zewnętrznych będą musiały za niego płacić więcej niż dzisiaj, czyli wzrosną wydatki z budżetu na obsługę naszego długu pozostawiając jeszcze mniej na inwestycje. Dodatkowo wszystko wskazuje na to, że stopy procentowe wzrosną w USA już w grudniu, co i bez wzrostu popytu USA na kapitał zwiększy dla nas koszty pozyskania pieniądza.

Zmiany umów handlowych i wprowadzenie ceł przez USA, szczególnie wobec Chin, mogą doprowadzić do „wojny” walutowej i wojny handlowej z poważnymi konsekwencjami dla globalnej gospodarki. Chiny dzisiaj są już bardzo silne, mimo słabszego wzrostu gospodarczego i zapewne nie pozwolą na osłabienie swojej pozycji. A mają silne oręże w postaci chociażby ponad 3 bln USD rezerw walutowych. A to oznacza osłabienie polskiego złotego, co może dla eksporterów nie jest złą wiadomością. Ale dla importerów już tak. Szczególnie importerów dóbr finalnych lokujących swoją sprzedaż na rynku polskim.

Chiny będą też chciały skierować większy strumień swojego eksportu m.in. na rynki europejskie, jeśli dostęp do rynku USA zostanie ograniczony cłami. A to może spowodować efekt wypierania polskich produktów z rynków europejskich, gdzie lokujemy ok. 80 proc. naszego eksportu.

Wskazywanie zagrożeń można mnożyć, szczególnie jeśli do analizy włączy się wątki polityczne przekładające się na sprawy gospodarcze.

Czy to wszystko zmaterializuje się, szczególnie zmiany relacji między globalnymi gospodarkami, trudno dzisiaj jednoznacznie ocenić. Jednak należy zabezpieczyć się na tyle na ile jest to możliwe przed negatywnymi konsekwencjami tych zmian. Przedsiębiorstwa w Polsce zapewne zmniejszą skłonność do inwestycji, a zwiększą płynność finansową budując większą zdolność do realizacji własnych zobowiązań. Będą też intensywniej szukać partnerów handlowych poza Europą. Ale tak będą też robić nasi konkurenci.

Natomiast rząd i politycy powinni skoncentrować teraz uwagę na budowaniu trwałych relacji z UE i silnych związków z najważniejszymi państwami i gospodarkami w UE. Bez UE i silnych relacji z Niemcami i Francją zgubimy się w nowym ładzie gospodarczym.

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek22Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Donald Trump zdobył ponad 270 głosów elektorskich, co oznacza, że powinien zostać prezydentem USA. Jednak już w nocy rosnące szanse na zwycięstwo kandydata Republikanów powodowały spadki na giełdach w okolicach 5 proc., osłabienie meksykańskiego peso o ponad 10 proc. i ogólne obniżenie wartości dolara amerykańskiego. W tym kontekście bardzo stabilnie zachowuje się złoty.

Jak zareagowały rynki w pierwszych godzinach po zamknięciu lokali wyborczych – wyjaśnia Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Po godzinie trzeciej w nocy polskiego czasu, gdy coraz więcej wskazywało, że kluczowe „wahające się” stany zostały zdobyte przez Donalda Trumpa, rynek zaczął wyceniać zwycięstwo kandydata Republikanów. Praktycznie od razu meksykańskie peso straciło 6-7 proc. wartości do dolara, a po kolejnych kilkudziesięciu minutach przecena sięgnęła ponad 10 proc.  Strach było widać także na giełdach. Kontrakty terminowe na amerykańskie indeksy traciły 5 proc. wartości, co spowodowało uruchomienie czasowego ograniczenia ich handlu na chicagowskiej giełdzie CME. Podobna skala spadków dotknęła również giełdę japońską.

Wygranymi na rynku były euro i jen, które zyskiwały do dolara odpowiednio 2 i 3 proc. wartości. Pewnym zaskoczeniem jest natomiast bardzo stabilne zachowanie się franka, a nawet jego niewielkie osłabienie w stosunku do euro. Co prawda Szwajcarski Bank Narodowy ostrzegał, że będzie interweniował, gdyby zaszła taka potrzeba, ale jednak pamiętając o doświadczeniach z Brexitu można było oczekiwać przynajmniej chwilowego wzrostu wartości tej waluty.

Dramatyczne spadki liry i spokój na złotym

Wśród walut rynków wschodzących nie tylko na meksykańskim peso widać było paniczną reakcję i spadek do historycznych minimów. Turecka lira traciła w pewnym momencie 5 proc. wartości w relacji do dolara i prawie 7 proc. w stosunku do euro. Są to najniższe poziomy tej waluty w historii. Bardzo podobnie zachowywał się także południowoafrykański rand. Znacznie mniejsza przecena dotknęła natomiast koreańskiego wona, choć w tym przypadku, według doniesień Reutersa, mogło dojść do interwencji banku centralnego, co mogło zmniejszyć chęć sprzedaży tej waluty.

Na tle światowych rynków bardzo spokojnie zachowuje się polski złoty. Co prawda za euro trzeba płacić rano ponad 4.35 zł, czyli najwięcej od połowy września, ale biorąc pod uwagę notowania innych walut krajów rozwijających się, można powiedzieć, że złoty jest bardzo stabilny. Ograniczone globalne zmiany na franku powodują również, że kosztuje on niewiele ponad 4 zł.

Nieznaczne zmiany złotego w relacji do euro i silna przecena dolara w porównaniu do europejskiej waluty powodują, że kurs dolara spadał w nocy do ok. 3.85 zł. Później nastąpiło odreagowanie tego ruchu i teraz jest blisko wczorajszych notowań.

Jak mogą wyglądać następne dni?

 Reakcja rynku na wygraną Trumpa nie jest zaskakująca. Największa przecena dotknęła te waluty, których kraje mogą wyraźnie stracić na bardziej protekcjonistycznym podejściu Stanów Zjednoczonych. Można było natomiast oczekiwać minimalnie większego osłabienia się złotego w relacji do euro i przynajmniej krótkoterminowego wzmocnienia się franka.

Zgodnie z naszymi wcześniejszymi szacunkami, złoty jest zdecydowanie bardziej stabilny, niż inne waluty krajów rozwijających się. Wydaje się, że ta sytuacja nie powinna ulec drastycznej zmianie. Przemawiają za tym przede wszystkim ograniczone kontakty handlowe z USA. Zagadką natomiast pozostaje polityka monetarna. Pierwsze reakcje rynku potwierdziły przypuszczenia, że może ona być łagodniejsza, niż w sytuacji, gdyby wybory wygrała Clinton. Z drugiej strony silny nacisk w zwycięskim przemówieniu Trumpa na wydatki infrastrukturalne może zwiększyć ryzyko wyższej inflacji. To z kolei spowodowałoby wzrost oczekiwań dotyczących podwyżki stóp procentowych w USA i jednak mniejsze prawdopodobieństwo spadku dolara.

Zagrożeniem dla stabilizacji złotego może być natomiast pogłębienie spadków na zagranicznych giełdach. Gdyby do nich doszło, to prawdopodobnie polska waluta również zacznie tracić na wartości. Wciąż jednak oczekiwane zmiany powinny być znacznie mniejsze, niż w przypadku wielu innych walut gospodarek rozwijających się.

 

Marcin_LipkaMarcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

 

 

fot. absfreepic.com

Wydawało się, że na ten rok limit czarnych łabędzi został wyczerpany po wydarzeniach z końca czerwca, czyli niespodziewanym Brexicie. Tymczasem noc wyborcza w USA przyniosła kolejną dużą niespodziankę. Donald Trump wygrał wybory prezydenckie, chociaż wszelkie sondaże i symulacje wskazywały na wysokie prawdopodobieństwo wygranej Hilary Clinton.

Jeszcze na początku spływania wyników przewaga Clinton była znacząca, ale wraz z upływem czasu spadała, a później już rosła przewaga Trumpa. Zwyciężył on w większości kluczowych swing states – Florydzie i Ohio, a także bardzo niespodziewanie wygrał w tradycyjnie demokratycznych stanach Wisconsin i Pensylwanii. Otrzymał ponad 270 głosów elektorów i został wybrany na 45 prezydenta USA. Kolejny raz zawiodły badania sondażowe – w przypadku głosowania przeciw establishmentowi najwyraźniej sfera deklaratywna nie równa się sferze realnej.

Pierwsza wypowiedź nowego prezydenta nie wnosi jeszcze nic – są to kurtuazyjne gratulacje dla przeciwnika i zapewnienie o braku konfliktowości. Naprawdę coś więcej będzie można powiedzieć dopiero przy wyborze „ekipy” współpracowników. Trzeba też zauważyć, że najprostsze do wprowadzenia z postulatów Trumpa będzie obniżenie podatków dla najbogatszych i dla korporacji, a to nie byłoby źle odebrane przez Wall Street. Niemniej teraz króluje niepewność, stąd notowane są silne spadki na rynkach. Jednak na pewno nie można mówić o panice. W Azji spadki na giełdach były silniejsze, ale w Europie oscylują one wokół 2%, a na warszawskiej giełdzie deprecjacja niewiele przekracza 1%. W USA kontrakty były na 4-5% minusach, ale obecnie jest to ok. 2%. Nie ma więc tąpnięcia jak przy Brexicie. Co będzie dalej będzie zależeć oczywiście od kolejnych słów i decyzji Trumpa, aczkolwiek ulgę dla rynku finansowego przynosić może też prawdopodobne odroczenie decyzji o podwyżce stóp procentowych przez Fed. Wydaje się, że wcale nie jest przesądzone długotrwałe i mocne pogorszenie nastrojów inwestycyjnych.

 

Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

fot.absfreepic.com

Eksperci

Ludwiczak: Majowe spowolnienie na rynku mieszkaniowym

Odczyty makroekonomiczne za maj 2018 r. można by uznać za bardzo dobre, gdyby nie spowolnienie na ry...

Przasnyski: Stopy procentowe niskie, ale kredyty drożeją

Rada Polityki Pieniężnej od ponad trzech lat utrzymuje stopy procentowe na rekordowo niskim poziomie...

Sawicki: Nowy tydzień, nowe szanse

Ubiegły tydzień inwestorzy zaczynali we wręcz szampańskich nastrojach, ale kończyli go w minorowych....

Lipka: Znów fatalne wieści dla frankowiczów

Za szwajcarską walutę trzeba płacić już ok. 3,70 zł, to ponad 20 gr więcej niż jeszcze miesiąc temu....

Bugaj: Pogarszające się inwestycyjne warunki

Po względnie stabilnym kwietniu drugi tydzień maja przyniósł dość zaskakującą poprawę koniunktury, k...

AKTUALNOŚCI

Tak wygląda home-office w Unii Europejskiej

Jak informuje nas Eurostat, praca z domu nie jest jeszcze popularna w Unii Europejskiej. Z home-offi...

Uwaga na fałszywe e-maile o zwrocie podatku

Ministerstwo Finansów ostrzega przed fałszywymi e-mailami z informacją o „zwrocie podatku". Wiadomoś...

Split payment od 1 lipca – czy będą problemy z płynnością?

Split payment wchodzi w życie dla wszystkich firm w Polsce, obligatoryjnie dla dużych od 1 lipca br....

62% firm z sektora MSP finansuje rozwój ze środków własnych

Jak wynika z raportu prezentowanego dziś podczas konferencji prasowej ZPP pt. „Finansowanie biznesu ...