czwartek, Kwiecień 19, 2018
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "Deloitte"

Deloitte

Od 25 maja tego roku zacznie obowiązywać Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych (tzw. RODO). Dotyczy ono wszystkich, którzy przetwarzają dane osobowe w związku z prowadzoną działalnością gospodarczą.

Raport Deloitte pokazuje, że podejście do RODO i wydatki organizacji na ten cel w krajach EMEA są bardzo zróżnicowane. Ponad jedna trzecia respondentów (39 proc.) na dostosowanie się do nowych przepisów wydała lub zamierza wydać poniżej 100 tys. euro, a 15 proc. deklaruje wydatki przekraczające 5 mln euro. Nie ma zależności między wielkością organizacji (pod względem liczby zatrudnionych lub przychodów) a poziomem wydatków. W badaniu brały udział zarówno organizacje zatrudniające mniej niż 10 000 pracowników, których wydatki na osiągnięcie zgodności z RODO sięgają ponad 2,5 mln euro, jak i te, które zatrudniają ponad 50 000 pracowników, a na wdrożenie jego przepisów wydadzą mniej niż 250 000 euro. 

„Wzmożony” okres przygotowań

Większość organizacji wskazuje na brak wystarczającej ilości czasu na podjęcie niezbędnych działań w celu osiągnięcia zgodności z RODO przed wejściem w życie rozporządzenia. Tylko 15 proc. szacuje, że będzie w pełni zgodna z jego wymaganiami do maja 2018 r. Wyniki badania Deloitte pokazują, że firmy miały dwuletni okres przygotowawczy, a wciąż wykazują opieszałość w spełnieniu wymogów RODO. Jedna trzecia respondentów nie określiła jeszcze, ilu dodatkowych pracowników będzie musiała zatrudnić do zarządzania danymi zgodnie z przepisami RODO, a 45 proc. nie zweryfikowało podstaw prawnych do przetwarzania danych. Z drugiej strony ponad jedna trzecia firm (38 proc.) poważnie podchodzi do przygotowań i spodziewa się, że dokona przeglądu wszystkich umów dotyczących przetwarzania danych przed wejściem regulacji w życie.

– Z odpowiedzi respondentów wynika, że z uwagi na niejednoznaczność tekstu rozporządzenia oraz złożoność jego wymogów, wiele organizacji jest gotowa narazić się na ryzyko otrzymania kary lub utraty klientów. Ponad połowa ankietowanych (54 proc.) przyjrzała się uważniej wymogom RODO dopiero, gdy dowiedziała się o możliwości otrzymania kary w wysokości do 4 proc. globalnego obrotu firmy – zaznacza Agata Jankowska-Galińska, radca prawny w kancelarii Deloitte Legal.

Zgody klientów od nowa?

Zgoda na przetwarzanie danych jest jednym z wymogów, który może mieć bezpośredni wpływ na kontakty z klientami. Zaledwie 10 proc. respondentów uważa, że ​​ich aktualne zgody są wystarczające. Aż 57 proc. nie zdecydowało jeszcze w jaki sposób zapewnić, by ich procedury dotyczące tego obszaru spełniały wysokie standardy RODO.

 

 

Samochody autonomiczne czy car-sharing, czyli współdzielenie aut to zjawiska, które mają i będą mieć coraz większy wpływ na kształt rynku motoryzacyjnego. Auta wyposażone w szereg czujników bezpieczeństwa mogą obniżyć liczbę wypadków nawet o 90 proc. Zmiany te mają coraz większy wpływ na rynek ubezpieczeń komunikacyjnych. Jak wynika z analizy firmy doradczej Deloitte, firmy ubezpieczeniowe muszą przygotować się na wprowadzenie fundamentalnych zmian w ofercie ubezpieczeń komunikacyjnych, a także w obszarze oceny ryzyka, wyceny składki i modeli biznesowych.

 Ubezpieczenia komunikacyjne mają najwyższy udział w ubezpieczeniach majątkowych. W 2015 roku w skali globalnej wygenerowały one około 200 mld dolarów, czyli jedną trzecią wszystkich składek płaconych za ubezpieczenia majątkowe.

– Również w Polsce rynek ubezpieczeń komunikacyjnych jest jednym z wiodących. Jak wynika z raportu Deloitte dla Polskiej Izby Ubezpieczeniowej, po polskich drogach jeździ ponad 23 mln aut, a w 2016 roku wypłaty z tytułu OC i AC wyniosły 12 mld zł – mówi Krzysztof Stroiński, Partner, Lider Praktyki Ubezpieczeniowej w Europie Środkowej, Deloitte.

Jak samochody autonomiczne mogą wpłynąć na sytuację na drogach? Z szacunków wynika, że najeżone czujnikami auta mogą ograniczyć liczbę wypadków nawet o 90 proc.

– Co więcej w wielu krajach obserwujemy rosnące postawy proekologiczne, które wiążą się ze wzrostem awersji do posiadania własnego samochodu, a w konsekwencji z popularyzacją współużytkowania pojazdów i współdzielenia podróży, czyli tzw. car- i ride- sharingu. Jest to widoczne szczególnie w miastach. To wszystko nie pozostaje bez wpływu na rynek ubezpieczeń – mówi Krzysztof Stroiński.

Nowe oblicze składki ubezpieczeniowej

Pojawienie się na drogach pojazdów autonomicznych i coraz większa popularyzacja car-sharingu wpłynie na wysokość składki ubezpieczeniowej płaconej przez kierowców. Z jednej strony zminimalizowanie błędów ludzkich, a co za tym idzie mniejsza liczba wypadków samochodowych mogą wpłynąć na zmniejszenie składek ubezpieczenia. Z kolei współdzielenie samochodów może zwiększyć składkę, ponieważ komercyjne wykorzystanie auta będzie negatywnie wpływało na jej wysokość.

 

 

Już za kilka dni 62 polskich sportowców rozpocznie zmagania podczas XXIII Zimowych Igrzysk Olimpijskich w koreańskim PyeongChang. Ich występy przed telewizorami śledzić będą miliony Polaków. 

Dla 13 proc. ankietowanych igrzyska olimpijskie są bardzo ważnym wydarzeniem, a 38 proc. ocenia tę imprezę jako ważną.

– Dla niemal połowy respondentów kluczowym kryterium wyboru oglądanych zawodów podczas igrzysk są występy polskiej reprezentacji. Czyli w Korei przed telewizory przyciągną nas występy Kamila Stocha i jego kolegów z drużyny, Justyny Kowalczyk czy też panczenistów. Z kolei dla 36 proc. ważne jest zainteresowanie daną dyscypliną sportu – mówi Marcin Diakonowicz, Partner, Lider grupy sportowej w Deloitte. Co czwarty badany przyznał, że istotnym kryterium wyboru obserwowanych zawodów są godziny transmisji. 

Igrzyska to duma i fair play

W oczach Polaków Igrzyska Olimpijskie, to przede wszystkim najważniejsza impreza sportowa na świecie. Taką odpowiedź wskazało 31 proc. respondentów. To również pole rywalizacji pomiędzy krajami, które reprezentują zawodnicy (32 proc.). Aspekt rywalizacji przejawia się również w skojarzeniach respondentów z polską reprezentacją olimpijską, a dokładnie w poczuciu dumy z sukcesów polskich sportowców (40 proc.).

– Co ważne rywalizacja olimpijska krzewi otwartość, współpracę i ducha fair-play, co w zestawieniu z dużym zasięgiem i skalą imprezy stanowi dobrą okazję do promocji tych wartości – mówi Ireneusz Kutyła, Dyrektor Marketingu, Polski Komitet Olimpijski. Zdaniem Polaków powołanie do reprezentacji otrzymują przede wszystkim najlepsi sportowcy (39 proc.), a zostanie olimpijczykiem to marzenie każdej osoby, która profesjonalnie uprawia sport (34 proc.). Kibicując polskim sportowcom czujemy dumę z tego, że jesteśmy Polką/Polakiem.

Kibicujemy przede wszystkim skoczkom

Najpopularniejszą dyscypliną sportową, którą Polacy śledzą, jest piłka nożna. Jej kibicami jest aż 42 proc. ankietowanych. Popularność pozostałych dyscyplin sportu wynika w dużej mierze z sukcesów, jakie polscy sportowcy w nich odnoszą. Wśród sportów zimowych największym zainteresowaniem cieszą się skoki narciarskie, które wraz z siatkówką znalazły się na drugim miejscu wśród najpopularniejszych dyscyplin (22 proc.). Oprócz skoków ze sportów, które będą obecne na zimowych igrzyskach Polacy wymieniają jeszcze biegi narciarskie (9 proc.), łyżwiarstwo figurowe (7 proc.) oraz narciarstwo alpejskie i dowolne (po 3 proc.). Polacy kibicują polskim sportowcom, siedząc głównie na kanapie w domu. Aż 42 proc. badanych przyznało, że śledzi zawody sportowe przynajmniej raz w miesiącu lub częściej dzięki relacjom w telewizji, radiu czy internecie. Relacje z poprzednich igrzysk olimpijskich w Soczi oglądało na głównych antenach TVP średnio 2 mln widzów. Najwięcej, bo ponad 10 mln osób, przyciągnęły zawody w skokach narciarskich, podczas których Kamil Stoch zdobył złoty medal. Jak wynika z badania Deloitte zaledwie, co trzeci badany przyznał, że kibicuje sportowcom na stadionie lub innym obiekcie sportowym.

 

 

Hasło „poświątecznych wyprzedaży” z roku na rok wykorzystywane jest w komunikacji z klientem przez coraz większą liczbę sklepów. Dotyczy to również sklepów internetowych, które starają się zachęcić klientów atrakcyjnymi ofertami. Jak wynika z kolejnej edycji „Świątecznego Barometru Cenowego”, ceny w największych sklepach online z połowy stycznia 2018 roku w porównaniu z cenami z połowy listopada 2017 roku, spadły średnio o 7-8 proc. Analiza ofert 800 podmiotów branży e-commerce przeprowadzona przez Deloitte we współpracy z firmą Dealavo pokazała, że wbrew intensywnej komunikacji marketingowej klientom mogło być ciężko znaleźć produkty, które faktycznie były wysoko przecenione. Jedynie w kategorii gry komputerowe ceny niektórych pozycji były obniżone o ponad 50 proc.

Eksperci analizowali w okresie pomiędzy 17 listopada 2017 (tydzień przed Black Friday) a 18 stycznia 2018 roku ceny kategorii produktów, które w międzynarodowym badaniu Deloitte „Zakupy świąteczne 2017” Polacy wskazywali jako najczęściej wybierane przez nich prezenty dla najbliższych. Po świętach Bożego Narodzenia analiza skupiła się na ogłaszanych przez sprzedawców e-commerce noworocznych wyprzedażach. – Podobnie jak w ubiegłym roku właściciele sklepów online prowadzili bardzo intensywną komunikację marketingową, informującą o obniżkach sięgających nawet 90 proc. Klienci byli przyciągani również ofertami obniżek z okazji ferii czy promocji producenckich. Nasza analiza pokazała, że w większości wypadków były to jedynie zabiegi marketingowe – mówi Magdalena Jończak, Lider Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich, Partner w Dziale Konsultingu Deloitte.

Do badania zostały wybrane najpopularniejsze produkty świąteczne z poniższych kategorii: gry komputerowe, konsole, AGD drobne, kosmetyki, książki, muzyka, okulary VR, perfumy, gry planszowe, smartfony, telewizory, zabawki oraz zegarki. Za pomocą oprogramowania Dealavo Smart Prices oferty konkretnych produktów z tych kategorii zostały wyszukane oraz podłączone do codziennego monitoringu. Łącznie przebadano ponad 150 produktów, które znajdują się w ofercie ponad 800 sklepów online. Ocenie podlegała tylko cena bez jakości serwisu, warunków zwrotu towaru, siły marki sklepu czy kosztów transportu.

Noworoczne obniżki o jeden grosz
Jak wynika z analizy ośmiu sklepów internetowych, które reklamowały się naprawdę dużymi obniżkami (komunikacja obniżek cenowych w okolicach 70 proc.), w ich ofercie w okresie noworocznych wyprzedaży można było znaleźć jedynie pojedyncze produkty, których ceny spadły o więcej niż 50 proc. Najczęściej były to gry komputerowe.

– Analizując strony internetowe największych sklepów komunikujących bardzo duże obniżki, nie zaobserwowaliśmy wyraźnych zależności pomiędzy rzeczywistymi ruchami cenowymi a przekazami reklamowymi. W rzeczywistości ciężko było odnaleźć artykuły, które były tak wysoko przecenione jak wynikało to z komunikatów marketingowych – wyjaśnia Mariusz Chmurzyński, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte.

Z analizy Deloitte i Dealavo wynika, że w porównaniu do 17 listopada ub. r. w połowie stycznia br. ceny w największych sklepach online spadły o około 7-8 proc. Dla porównania w czasie Black Friday obniżki były jeszcze bardziej symboliczne i wynosiły 1-3 proc. Po zestawieniu cen z noworocznych wyprzedaży z tymi z okresu przed Black Friday, 39 proc. cen produktów zostało obniżonych (co najmniej o 1 grosz). Sklepy o najszerszym asortymencie obniżały ceny na około 50-60 proc. dostępnych produktów.

– To sugeruje, że sklepy rzeczywiście obniżają ceny w trakcie noworocznych wyprzedaży. Widzimy jednak, że sklepy robią to bardzo umiejętnie: reklamami, komunikacją i niskimi cenami na wybrane produkty przyciągają klientów, a ewentualne straty nadrabiają na pozostałych produktach, których obniżki nie dotyczą lub są nieznaczne – mówi Krzysztof Boś, Starszy Konsultant w Dziale Konsultingu Deloitte.

Taniejące smartfony
Eksperci Deloitte na podstawie danych Dealavo dokonali porównania cen minimalnych na każdy z 154 produktów. Jedną z kategorii, w której ceny minimalne były sukcesywnie obniżane w okresie na tydzień przed Black Friday do 18 stycznia 2018 r., były smartfony. Co ciekawe, około 30 proc. produktów było najtańszych w analizowanym okresie (do połowy stycznia) w połowie listopada, czyli na tydzień przed Black Friday. Natomiast 42,9 proc. produktów miało najniższe ceny właśnie w okresie wyprzedaży noworocznych. W ubiegłym roku było to 31,4 proc. – Patrząc na zachowania cen w ubiegłym i obecnym roku, ciężko jest dostrzec konkretny wzorzec i stwierdzić dla poszczególnych kategorii, kiedy i jakie produkty warto kupować, żeby nie przepłacić – podsumowuje Krzysztof Boś.

To osoby, które korzystają z usług bankowych za pośrednictwem kanałów tradycyjnych, ale wolałyby zostać użytkownikami bankowości internetowej i mobilnej. 

– Z naszego badania wynika, że niemal 30 proc. banków w Polsce traktuje dyrektywę PSD2 jako szansę, a 14 proc. jako zagrożenie dla swojej działalności. Z kolei 43 proc. ma do niej stosunek neutralny. Chcieliśmy przekonać się, które z tych podejść ma większe szanse powodzenia, więc sprawdziliśmy, czy i jak dużą grupę klientów wejście w życie PSD2 może skłonić do zmiany banku – mówi Grzegorz Cimochowski, Partner Deloitte, lider sektora instytucji finansowych w Polsce.

Zakładnicy oddziałów w Polsce

W Europie Środkowej najchętniej z internetowych i mobilnych usług bankowych korzystają czescy klienci. Polacy, Słowacy i Węgrzy są pod tym względem nieco mniej zaawansowani. Najbardziej przywiązani do oddziałów są z kolei klienci bankowi w Rumunii i Bułgarii.

W Polsce największą grupę klientów (47 proc.) stanowią osoby, które można określić mianem tradycyjnych. Korzystają z usług bankowych jedynie za pośrednictwem oddziałów lub nie są aktywni w żadnym z innych dostępnych kanałów (posiadają konto, korzystają z karty i na tym kończy się ich kontakt z bankiem). Z kolei 27 proc. można określić mianem wielokanałowych, czyli takich, którzy są aktywni we wszystkich lub co najmniej dwóch kanałach, w tym jednym online. Nieco mniejszą grupę, bo 26 proc. stanowią klienci cyfrowi, czyli tacy, którzy ze swoim bankiem mają kontakt jedynie za pośrednictwem komputera lub smartfonu.

Dane na wagę złota

Zdaniem ekspertów Deloitte przejęcie tych klientów może nie być jednak tak proste, jak mogłoby się wydawać. Kluczowym punktem dyrektywy jest otwarcie rynku na nową kategorię instytucji płatniczych, tzw. Third Party Providers (TTP). Należą do nich instytucje inicjujące płatność i świadczące tę usługę w internecie w imieniu klienta oraz podmioty zapewniające konsumentowi kompleksowe informacje na temat jego rachunku lub rachunków bankowych. W Polsce 43 proc. badanych deklaruje, że nie byłaby to dla nich komfortowa sytuacja, gdyby musieli dzielić się z nimi danymi na temat swojego konta. Prawie jedna trzecia (31 proc.) do takiej aktywności miałaby stosunek neutralny, natomiast 26 proc. respondentów nie miałoby z tym problemu. Respondenci badania najchętniej informacjami na temat swojego konta dzieliliby się z bankami (26 proc.), pośrednikami płatności (23 proc.) oraz dostawcami mediów (23 proc.).

Zmiany na korzyść klientów

Wśród celów dyrektywy PSD2 można wymienić: sprzyjanie wzrostowi konkurencji na rynku usług płatniczych, przyczynienie się do konsolidacji jednolitego rynku tych usług na poziomie UE, wzrost ich innowacyjności, zapewnienie bezpieczeństwa oraz wzmocnienie ochrony klientów.

– 13 stycznia br. minął termin implementacji do krajowych porządków prawnych unijnej dyrektywy PSD2, jednak w Polsce nie została ona jeszcze wprowadzona. Projekt odpowiednich zmian do ustawy o usługach płatniczych znajduje się w Sejmie, więc jesteśmy na dobrej drodze do zakończenia ścieżki legislacyjnej, a opóźnienie nie powinno być duże. – komentuje Katarzyna Sawicka, ekspert w zespole finansów i bankowości kancelarii Deloitte Legal.

Projekt przewiduje sześciomiesięczne vacatio legis. Z kolei standardy techniczne PSD2, tzw. RTS, zaczną obowiązywać dopiero w trzecim lub czwartym kwartale 2019 roku.

– Banki już w czasie vacatio legis będą zobligowane do zaktualizowania umów z klientami o zmiany, które wprowadza PSD2. Dotyczą one m.in. skrócenia terminu na rozpatrywanie skarg klientów związanych z usługami płatniczymi z 30 do 15 dni, czy też nowych zasad obsługi płatności nieautoryzowanych – mówi Katarzyna Sawicka.

Biometria już na dobre wkracza do naszego życia. Nasze biodane są stosowane coraz częściej, m.in. do logowania się do urządzeń mobilnych, czy też w bankowości. Wykorzystaniem tego sposobu identyfikacji interesują się też instytucje państwowe, które w ten sposób chcą ułatwić życie obywatelom. Kwestią czasu jest powszechne zastąpienie nim kodów PIN i haseł. Jakie dane biometryczne mogą być wykorzystywane do identyfikacji?

Jak wynika z badania Visa, Europejczycy pozytywnie odnoszą się do biometrii. Ponad dwie trzecie konsumentów jest zainteresowanych wykorzystaniem jej jako metody uwierzytelniania, zwłaszcza w płatnościach. Potencjał tych rozwiązań widać także w szacunkach dotyczących wartości światowego rynku systemów biometrycznych. Jak wynika z raportu „Biometric System Market – Global Forecast to 2022” MarketsAndMarkets, wzrośnie ona z 10,7 mld dol. w roku 2015 do 32,7 mld dol. w 2022 roku.

– Biometria jest coraz częściej wykorzystywana nie tylko komercyjnie, ale także publicznie. Wystarczy wspomnieć, że wszystkie wydane po 2006 r. paszporty w Polsce mają wbudowany chip z zakodowanym odciskiem palca oraz dane dotyczące cech twarzy. Tę metodę identyfikacji wykorzystują również producenci smartfonów. Logowanie do telefonu za pomocą odcisku palca to już standard. Obecnie wprowadzane są jeszcze inne metody uwierzytelniania. Firma Samsung, w swoich ostatnich generacjach urządzeń mobilnych, wprowadziła funkcję identyfikacji użytkownika także po tęczówce oka. O krok dalej idzie firma Apple, która w swoich najnowszych smartfonach zaimplementowała trójwymiarowy skaner twarzy użytkownika, który działa nawet w ciemności – mówi Konrad Mirecki, CTO w Wonga.

Według szacunków Deloitte w 2020 r. przeciętny użytkownik będzie posiadał około 200 kont online. Nasze biodane stanowią alternatywę dla stosowania skomplikowanych haseł i kodów PIN, np. w bankowości, dlatego też za kilka lat zapewne stosowanie uproszczonej weryfikacji niewymagającej zapamiętywania haseł będzie powszechne.

Dane biometryczne to pojemne pojęcie, a odcisk palca czy skan tęczówki oka to nie jedyne sposoby identyfikacji z ich wykorzystaniem. Jak jeszcze maszyna może zweryfikować człowieka?

Linie papilarne i naczynia krwionośne

Odciski linii papilarnych to najbardziej znana metoda identyfikacji. Odcisk palca już w starożytnym Babilonie i Chinach służył jako potwierdzenie przeprowadzenia transakcji handlowej. Ta metoda znajduje zastosowanie również w kryminalistyce, a od pewnego czasu stosują ją również producenci urządzeń mobilnych. W wielu nowych modelach telefonów, jednym ze sposobów odblokowania urządzenia jest właśnie odcisk palca. Nawet nasz zamek od drzwi może poprosić o przyłożenie palca, jeśli zamontujemy zamek biometryczny.

Jak wynika z badania Visy, europejscy konsumenci najbardziej ufają właśnie tej formie uwierzytelniania. Na weryfikację linii papilarnych wskazało aż 81 proc. badanych. Taka sytuacja może mieć związek z powszechnym stosowaniem tej metody. Użytkownicy codziennie logują się w ten sposób do swoich smartfonów czy tabletów. Są już obeznani z tą technologią.

Innym rozwiązaniem służącym do identyfikacji są czytniki biometryczne w technologii Finger Vein. Umożliwia ona weryfikację osoby, dzięki wzorowi naczyń krwionośnych palca. Jest to unikalny dla każdego człowieka układ, którego praktycznie nie da się podrobić. Ta technologia wykorzystywana jest m.in. w niektórych bankomatach w Polsce.

Biometria głosowa

Barwa głosu każdego z nas jest wyjątkowa i niepowtarzalna. Dlatego uznano, że również głos może być podstawą skutecznej weryfikacji. Tak powstała biometria głosowa, która wykorzystuje zarówno cechy fizyczne, jak i indywidualne mowy. Analizowane są: akcent, szybkość mówienia, sposób wysławiania się. W ten sposób, nawet mimo choroby gardła, możliwa jest weryfikacja tożsamości osoby.

– Biometria głosowa jest już dobrze rozwinięta. Używana jest nie tylko w biznesie, ale także coraz częściej w warunkach domowych, np. w systemach do zarządzania mieszkaniem. Usługi oparte na tym rozwiązaniu są obecnie na tyle rozwinięte, że już w ciągu kilkudziesięciu sekund są w stanie zweryfikować tożsamość dzwoniącej osoby. Przykładowo, system biometrii głosowej wdrożonej w Banku Barclays rozpoznaje klientów w 95 proc. już podczas pierwszej rozmowy telefonicznej – mówi Konrad Mirecki, CTO w Wonga.

Rozpoznawanie twarzy

Bezinwazyjną i szybką metodą identyfikacji jest biometria twarzy. Wykorzystuje pomiary specyficznych cech jej układu. Analizowana jest np. odległość między oczami a nosem. Rozwijana jest także metoda eigenface, która grupuje twarze w oparciu o stopień ich dopasowania do stworzonych modeli. Metoda ta wykorzystywana jest np. w nowych paszportach.

Z biometrią twarzy łączy się również wykorzystanie właściwości oka. – Jest to coraz chętnie stosowana metoda, ponieważ w ciągu całego naszego życia niewiele się zmienia w budowie i wyglądzie narządu wzroku. Obecnie wykorzystywane są dwie metody: skanowanie tęczówki oka, a także siatkówki dna oka – mówi Konrad Mirecki z Wonga.

 

 

 

 

Rozwój technologiczny, który z roku na rok nabiera tempa, coraz bardziej wpływa na życie każdego z nas. Centrum cyfrowego świata staje się smartfon, który pełni rolę nie tylko telefonu, ale również coraz częściej osobistego komputera, odbiornika telewizyjnego oraz routera. Zdaniem ekspertów Deloitte trendy, które są widoczne na całym świecie, takie jak rozwój mediów cyfrowych, czy internetu mobilnego, widoczne są również w Polsce.

Kiedyś prenumerata, dziś subskrypcja serwisu online

Raport Deloitte przewiduje, że do końca 2018 roku połowa dorosłych osób w krajach rozwiniętych będzie posiadać co najmniej dwie subskrypcje mediów w kanałach online, a do końca 2020 roku liczba ta wzrośnie do czterech. Koszt tych subskrypcji, obejmujący głównie telewizję, filmy, muzykę, wiadomości i prasę, w 2018 roku będzie wynosił średnio poniżej 10 dolarów miesięcznie za subskrypcję. W tym roku liczba subskrybentów na świecie wyniesie 350 mln osób, w których posiadaniu będzie 580 mln subskrypcji. Większość z nich będą stanowiły subskrypcje VoD (375 mln).

Aż 20 proc. osób dorosłych w krajach rozwiniętych wykupi lub będzie miało dostęp do co najmniej pięciu płatnych subskrypcji mediów online, a do 2020 roku aż dziesięciu.

– Model subskrypcji znany jest od dawna w kontekście mediów tradycyjnych. Wystarczy wspomnieć prenumeratę prasy. Obecnie jednak obserwujemy popularyzację subskrypcji również w internecie. Wpływa na to szereg czynników – mówi Jakub Wróbel, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte. – Jest to przede wszystkim coraz bardziej atrakcyjna treść, którą możemy odtworzyć na wielu urządzeniach a zainteresowana nią jest rosnąca liczba klientów, gotowych również za nią zapłacić– dodaje.

Seryjne oglądanie Polaków

Trendowi temu sprzyja również rozwój technologii i większa przepustowość połączeń do internetu. W Polsce w ostatnich kilkunastu miesiącach obserwujemy rozwój rynku serwisów video, takich jak np. Netflix, Player.pl czy ShowMax, które inwestują również w rodzime produkcje. Obserwujemy także zjawisko „binge-watching”, czyli seryjnego oglądania seriali czy programów telewizyjnych. Niejednokrotnie platformy udostępniają swoim odbiorcom całe sezony swoich produkcji naraz, co sprawia, że widzowie mogą spędzić przed ekranem swoich telewizorów, komputerów lub telefonów nawet kilka godzin bez przerwy. Z badania Deloitte wynika, że zjawisko to dotyczy przede wszystkim przedstawicieli pokolenia milenialsów, wśród których aż 90 proc. przyznaje się do takiego sposobu oglądania, a 38 proc. robi to regularnie (dotyczy widzów w USA).

– Przy dalszej popularyzacji tego trendu, dostawcy treści i reklamodawcy będą się starać go wykorzystać, aby lepiej docierać do klientów. Jednocześnie należy się spodziewać rosnącej podaży treści, które można oglądać seryjnie – mówi Jakub Wróbel.

Domowy internet mobilny

Rozwój serwisów płatnej treści online nie byłby możliwy, gdyby nie intensywny rozwój infrastruktury sieci telekomunikacyjnych, w tym internetu stacjonarnego i mobilnego.

Raport Deloitte przewiduje, że w 2018 roku jedna piąta mieszkańców Ameryki Północnej z dostępem do internetu będzie korzystać jedynie z sieci mobilnej. W 2022 roku takich osób może być już 30-40 proc. Osoby te w ogóle zrezygnują z internetu stacjonarnego. Ludzie, którzy korzystają z sieci mobilnej w miejscach publicznych, w szkole i czasem w pracy przeniosą ten zwyczaj również do domu. Istnieje wiele powodów takiego podejścia, zarówno o charakterze demograficznym, społecznym, jak i ekonomicznym. Niejednokrotnie jednak internet mobilny jest jedyną dostępną opcją transmisji danych, zwłaszcza poza miastami.

 

 

Liczba robotów na tysiąc pracowników w naszym kraju wynosi 1,05, podczas gdy w Czechach jest to 3,75, a na Słowacji 3,52. Tymczasem zdaniem ekspertów Banku DNB, automatyzacja produkcji jest szansą dla polskich przedsiębiorstw, nie tylko na zdobycie przewagi konkurencyjnej, ale jest także antidotum na coraz większe problemy z dostępem do siły roboczej. Jej rozpowszechnienie zależy jednak, zarówno od czynników ekonomicznych, jak i społecznych.

Barierą rozwoju firm staje się nie brak kapitału, ale właśnie niedobór odpowiednio wykwalifikowanych pracowników.

– Jednym z rozwiązań tego narastającego problemu może być automatyzacja procesów i produkcji. Z punktu widzenia polskiej gospodarki większa automatyzacja oznacza większą efektywność gospodarczą. Na ostatecznie tempo wdrażania automatyzacji wpłynie jednak popyt, korzyści związane z wydajnością, zmiany regulacyjne, ale również społeczna akceptacja dla tego typu rozwiązań – mówi Marcin Prusak, Członek Zarządu ds. Bankowości Korporacyjnej w DNB Bank Polska S.A.

Polska z tyłu peletonu

Z najnowszego raportu OECD wynika, że średnia liczba robotów na tysiąc pracowników we wszystkich krajach OECD wynosi 6,23. Na tym tle najbardziej wyróżniają się Niemcy ze wskaźnikiem 14,45, Japonia (27,99) oraz Korea Południowa (25,65). Z krajów naszego regionu, oprócz Czech i Słowacji zadowalającym wskaźnikiem automatyzacji może pochwalić się jeszcze Słowenia z wynikiem 4,86 robotów na tysiąc pracowników. OEDC wyróżnia Czechy, Słowację, Słowenię oraz Węgry jako kraje, w których intensywność robotyzacji wzrosła od 2005 do 2015 roku od trzech do sześciu razy. Jeżeli nawet w ostatnich kilkunastu miesiącach polskie firmy zrobiły duży postęp w zakresie automatyzacji produkcji, to nadal dzieli je dystans nie tylko od liderów, ale też od najbliższych sąsiadów.

Inwestycja w automatyzację

We wszystkich państwach, podobnie jak w Polsce, w automatyzację produkcji inwestują przede wszystkim największe przedsiębiorstwa, w tym duże międzynarodowe koncerny i globalni gracze. Zazwyczaj wynika to z konieczności poniesienia dużych inwestycji. Z badania Deloitte wśród największych globalnych przedsiębiorstw wynika, że ich dotychczasowe koszty z tego tytułu wyniosły średnio 3,5 mln dolarów, a 78 proc. oczekuje zwiększenia nakładów finansowych na ten cel w ciągu kolejnych trzech lat. Natomiast ci, którzy są w fazie pilotażu automatyzacji planują wydać średnio 1,5 mln dolarów.

– Dla globalnych graczy takie sumy być może nie są przeszkodą, ale dla polskich firm koszty automatyzacji, nawet biorąc pod uwagę dopłaty unijne, są niewątpliwie sporą barierą w jej wdrażaniu. Jednak bez poczynienia koniecznych inwestycji, trudno mówić o zyskaniu przewagi konkurencyjnej. Automatyzacja wpływa na efektywność, ale też jakość produktów – mówi Marcin Prusak.

Roboty w roli głównej

Najwięcej robotów w skali globalnej wykorzystywanych jest w sektorze wyrobów  gumowych i plastikowych, branży elektronicznej, transportowej i wytwórczej. Z kolei najmniejsze zastosowanie mają   w rolnictwie, górnictwie oraz energetyce. Czynności najbardziej podatne na automatyzację obejmują aktywności fizyczne, a także gromadzenie i przetwarzanie danych. Dlatego w przyszłości automatyzacja najprawdopodobniej najbardziej rozpowszechni się w produkcji, handlu oraz usługach hotelarskich.

Z danych Międzynarodowej Federacji Robotów wynika, że w 2016 roku sprzedaż robotów wzrosła o 16 proc. do 294 312 sztuk, co stanowi nowy rekord. Głównym motorem wzrostu był ponownie, podobnie jak rok wcześniej, przemysł elektryczny i elektroniczny, w których zapotrzebowanie na roboty wzrosło o 41 proc. rok do roku. Z szacunków wynika, że w 2020 roku w użyciu będzie ponad trzy milionów robotów  w skali globalnej.

 

 

Czy w tym roku wygrali ci, którzy prezenty kupili już w listopadzie, czy raczej ci, którzy czekali z zakupami niemal do samych świąt? Jak wynika z kolejnej edycji „Świątecznego barometru cenowego”, przygotowanego przez ekspertów Deloitte, wszystko zależy od kategorii produktów, które chcemy kupić. Analiza ofert 800 sklepów internetowych przeprowadzona we współpracy z firmą Dealavo pokazuje, że w gorącym okresie ostatnich tygodni (24 listopada – 12 grudnia br.) wzrastały ceny zestawów VR, drobnego AGD oraz nieznacznie kosmetyków i perfum, które znajdują się na szczycie prezentowych list. Z kolei, podobnie jak w ubiegłym roku, taniały m.in. telewizory oraz konsole.

Ruletka cenowa

W przypadku drobnego AGD porównanie tegorocznych cen 24 listopada do 12 grudnia pokazuje, że cena dziewięciu z jedenastu analizowanych produktów wzrosła, ale podwyżki wyniosły maksymalnie 5,4 proc. W przypadku kosmetyków i perfum ceny są bardzo stabilne i nie ulegają większym wahnięciom. A co z grami komputerowymi? Jeden z najbardziej przecenionych produktów w czasie Black Friday, czyli gra Titalfall 2 (PC) podrożała średnio o 45,2 proc. Z kolei ceny takich gier jak Wolfenstein II: The New Colossus (PC), Dishonored 2 (PS 4) czy Star Wars: Battlefront II (PC) mocno spadły. W przypadku konsol dziewięć na dwanaście produktów miało obniżone ceny. Podobnie było w przypadku telewizorów (osiem na dwanaście). W kategorii smartfonów ceny pięciu produktów wzrosły, a siedmiu spadły.

Gwiazdka po Sylwestrze

A które produkty najmocniej straciły na wartości, porównując rok do roku (12 grudnia 2016 i 2017 roku)? Wszystkie gry potaniały o średnio 30 proc. Podobnie stało się w przypadku telewizorów i smartfonów, których ceny spadły o średnio 16,5 proc. Wyjątkiem był iPhone 5S 16 GB, którego cena minimalna wzrosła o 6,2 proc. W kategorii perfum połowa z analizowanych zapachów podrożała w stosunku do 2016 roku.

A może warto poczekać z kupnem prezentów aż do początku nowego roku, kiedy tradycyjnie w sklepach rozpoczynają się duże wyprzedaże? Eksperci Deloitte porównali ceny z 12 grudnia 2016 z cenami z 16 stycznia 2017 roku (porównano ceny minimalne).

– Jeśli decydujemy się na drobne prezenty, to śmiało możemy kupić je już pod choinkę, bo różnice nie powinny być znaczne, ale jeśli planujemy sprezentować sobie lub rodzinie droższy produkt typu smartfon albo telewizor, to warto poczekać, bo można zaoszczędzić nawet kilkaset złotych – mówi Krzysztof Boś, Starszy Konsultant z Dziale Konsultingu Deloitte. W przypadku aż dziewięciu z dziesięciu telewizorów w styczniu ich ceny były niższe niż w grudniu. W kategorii smartfonów obniżki dotyczyły siedmiu z dziesięciu analizowanych modeli.

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie ogłosiła skład RESPECT Index, w którym znajdują się spółki odpowiedzialne społecznie. W wyniku przeprowadzonej weryfikacji przez firmę doradczą Deloitte, w skład indeksu po XI edycji wejdzie 28 spółek, w tym trzy nowe: Agora, Inter Cars i mBank. W tegorocznej edycji RESPECT Index liczba spółek jest najwyższa w historii. W ciągu ośmiu lat istnienia indeksu, zwiększył on swoją wartość o 85 proc.

RESPECT to pierwszy w Europie Środkowo-Wschodniej indeks spółek odpowiedzialnych. Do tegorocznej edycji indeksu zakwalifikowało się 28 spółek, działających zgodnie z najlepszymi standardami zarządzania w zakresie ładu korporacyjnego, informacyjnego i relacji z inwestorami z uwzględnieniem czynników ekologicznych, społecznych i pracowniczych. Oprócz trzech debiutantów do zestawienia po przerwie powróciły: Bank Ochrony Środowiska i Jastrzębska Spółka Węglowa.

Wyniki notowań indeksu RESPECT pokazują, że spółki tworzące ten wskaźnik charakteryzują się wyższą stopą zwrotu niż przeciętna rynkowa wyrażona indeksem WIG. Od listopada 2009 roku do grudnia 2017 r., czyli w ciągu ośmiu lat istnienia indeksu, zwiększył on swoją wartość o 85 proc. W tym czasie indeks szerokiego rynku WIG wzrósł o 59 proc., a WIG20 zyskał 3,5 proc.

– Nie ma wątpliwości, że polskie spółki publiczne coraz częściej dostrzegają potrzebę uwzględniania nie tylko czysto finansowych czynników, ale także ekologicznych, społecznych czy pracowniczych. Jako konserwatywny ekolog cieszę się, że coraz więcej notowanych na GPW emitentów podejmuje działania w obszarze zrównoważonego rozwoju. Giełda jest idealnym miejscem łączenia podaży z popytem a wzrost wartości indeksu RESPECT o 85 proc. w ciągu ostatnich ośmiu lat nie pozostawia wątpliwości, że spółki odpowiedzialne społecznie to cenne dobro – powiedział Marek Dietl, Prezes Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

W skład tegorocznej edycji indeksu weszły spółki (w kolejności alfabetycznej):

  • Agora S.A.
  • Apator S.A.
  • Bank Handlowy w Warszawie S.A.
  • Bank Millennium S.A.
  • Bank Ochrony Środowiska S.A.
  • Bank Pekao S.A.
  • Bank Zachodni WBK S.A.
  • Budimex S.A.
  • Elektrobudowa S.A.
  • ENERGA S.A.
  • Fabryki Mebli „FORTE” S.A.
  • Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie S.A.
  • Grupa Azoty S.A.
  • Grupa LOTOS S.A.
  • ING Bank Śląski S.A.
  • Inter Cars S.A.
  • Jastrzębska Spółka Węglowa S.A.
  • KGHM Polska Miedź S.A.
  • Lubelski Węgiel Bogdanka S.A.
  • mBank S.A.
  • Orange Polska S.A.
  • PCC Rokita S.A.
  • PGE S.A.
  • PGNiG S.A.
  • PZU S.A.
  • Tauron PE S.A.
  • Trakcja PRKiI S.A.
  • Zespół Elektrociepłowni Wrocławskich Kogeneracja S.A

Nowy skład RESPECT Index będzie obowiązywał od 18 grudnia 2017 r.

Od pierwszej edycji badania sektor przemysłowy stanowi najliczniejszą grupę spółek notowanych w RESPECT Index – w tym roku spółki reprezentujące tę branżę stanowią blisko dwie trzecie składu. Średnia liczba punktów wszystkich spółek wynosiła 62,42 na 90 możliwych. Wynik ten spadł blisko o 6 punktów w stosunku do roku poprzedniego. Wynika to głównie ze zmian składu indeksu spowodowanego udziałem nowych spółek w notowaniu – trzy nowe podmioty, nieobecności kilku stałych uczestników, a także niewielkiej modyfikacji kwestionariusza badania. W podziale na sektory średni wynik spółek reprezentujących przemysł wyniósł 62,50, finanse 63,55 oraz usługi 58,04 pkt.

– Z roku na rok RESPECT Index cieszy się coraz większą popularnością. W tym roku do badania zgłosiła się rekordowa liczba podmiotów. Może to wynikać z faktu, że od 1 stycznia 2017 r. zaczęły obowiązywać przepisy dyrektywy 2014/95/UE o ujawnianiu informacji niefinansowych i informacji dotyczących różnorodności przez niektóre duże jednostki oraz grupy. Rekordowa liczba podmiotów zakwalifikowanych w tym roku do Indeksu RESPECT (28 spółek, w tym 3 debiutantów) świadczy również o coraz większym znaczeniu kryteriów środowiskowych, społecznych, etycznych oraz z obszaru ładu korporacyjnego i uwzględnianiu ich w ramach prowadzonej działalności i podejmowanych decyzji biznesowych – mówi Irena Pichola, Partner Deloitte, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i w Europie Środkowej.

RESPECT Index obejmuje swoim portfelem polskie i zagraniczne spółki z Głównego Rynku GPW. Do indeksu aspirować mogą spółki o najwyższej płynności, czyli wchodzące w skład indeksów WIG20, mWIG40 lub sWIG80. Trafiają do niego firmy, które przechodzą trzystopniową weryfikację prowadzoną przez GPW i Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych, prowadzące w nienaganny sposób komunikację z rynkiem poprzez raporty bieżące i okresowe oraz swoje strony internetowe. Trzecim warunkiem jest odpowiedzialne społecznie zachowanie wobec środowiska, społeczności i pracowników, które jest analizowane na podstawie ankiety weryfikowanej przez audytora projektu firmę Deloitte.

Około dwie trzecie mieszkańców krajów rozwiniętych korzysta obecnie z co najmniej jednej mobilnej aplikacji z funkcjami uczenia maszynowego.

Wszechobecny smartfon

W 2023 roku sprzedaż smartfonów wyniesie ponad 5 mln sztuk dziennie. Eksperci Deloitte przewidują, że w tym samym roku będziemy mieć kontakt ze swoim telefonem średnio 65 razy dziennie, co będzie stanowiło 20 proc. wzrost w stosunku do 2018 roku. Odsetek właścicieli smartfonów, którzy codziennie używają swoich urządzeń, wzrośnie z 93 proc. w 2018 r. do 96 proc. w 2023 roku. Rosnąca częstotliwość korzystania ze smartfonu oznacza, że będzie on posiadał coraz to więcej funkcji.

Sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe

Prognozy Deloitte zakładają, że do 2023 roku chipy sztucznej inteligencji w smartfonach staną się prawdopodobnie standardem. Ich zadaniem będzie wspomaganie uczenia maszynowego. Już w bieżącym roku smartfony w segmencie premium (około 300 milionów sztuk) były wyposażone w chipy AI. Według badań Deloitte około dwóch trzecich dorosłych właścicieli smartfonów w krajach rozwiniętych korzysta z co najmniej jednej aplikacji z funkcjami uczenia maszynowego, a 79 proc. zna takie aplikacje. Najczęściej korzystamy z funkcji podpowiedzi przy pisaniu.

Przeciętny nowy smartfon sprzedany w roku 2023 będzie miał 128 GB lub więcej pamięci do przechowywania danych, w porównaniu z około 32 GB w 2018 roku. Z kolei pamięć RAM może wynosić od 2 GB do 16 GB. Oba ulepszenia powinny sprawić, że smartfony będą jeszcze bardziej przydatne i funkcjonalne. W 2018 roku ponad miliard użytkowników smartfonów stworzy najprawdopodobniej treść w rozszerzonej rzeczywistości (AR) przynajmniej raz. Co najmniej 300 milionów zrobi to raz w miesiącu, a dziesiątki milionów raz w tygodniu.

– Przewidujemy również, że dziesiątki tysięcy aplikacji wykorzystujących możliwości AR staną się dostępne w ciągu roku, tak aby na koniec 2018 roku miliardy użytkowników smartfonów mogło pobierać aplikacje lub aktualizację aplikacji lub systemu operacyjnego umożliwiające tworzenie treści AR – mówi Jakub Wróbel, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Transmisja na żywo, ale bez reklam

Mimo, że ostatnie lata to dynamiczny rozwój platform VoD, które sprawiają, że wybrane przez nas treści oglądamy w dowolnym czasie, nie oznacza to, że transmisje na żywo idą w niepamięć. Wręcz odwrotnie. Coraz częściej traktujemy smartfony również jako przenośne odbiorniki telewizyjne, na których oglądamy wydarzenia emitowane na żywo, w tym przede wszystkim transmisje sportowe.

Deloitte przewiduje, że transmisje na żywo wygenerują 545 miliardów dolarów bezpośrednich przychodów w 2018 roku, co stanowi wzrost o jeden procent w stosunku do roku poprzedniego. Aż 72 proc. z tej sumy będzie pochodzić z transmisji telewizyjnych i radiowych, przy czym transmisje telewizyjne wygenerują 358 miliardów dolarów z reklam i subskrypcji.

Rewolucja technologiczna obejmuje coraz więcej sfer życia. Nie omija to również podatków. Jednym z rozwiązań, który może mieć największy wpływ na relację podatników z organami podatkowymi jest Blockchain. Z Blockchain w podatkach związana jest koncepcja VATCoin, który ma być zbliżony do Bitcoina. Jest to również waluta cyfrowa, ale przeznaczona wyłącznie do rozliczeń podatku VAT. Jej kurs wymiany byłby stały, nie podlegałby zmianom wartości. Co więcej, transakcje sieciowe w tej walucie byłyby weryfikowane przez organy rządowe, a nie przez członków społeczności, jak w przypadku Bitcoina. Jeżeli chodzi o dostępność sieci, każda firma uczestnicząca w transakcjach VATCoin miałaby dostęp do rekordów transakcji wszystkich VATCoinów, w których brała udział.

Kiedy Blockchain zrewolucjonizuje świat podatków? Na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w ubiegłym roku zapytano specjalistów w dziedzinie technologii, kiedy władze poszczególnych państw zastosują Blockchain do ściągania podatków. Większość z nich wskazała rok 2023 lub 2025. Obecnie, pojawiają się liczne analizy w zakresie wykorzystania Blockchain w sferze publicznej. Organizacja lub państwo, które pierwsze opracują implementację Blockchain łączącą jego zalety i wymogi obrotu publicznego będą miały szansę stać się prekursorem „blockchainowej” rewolucji w podatkach. Wdrożenia te będą najpewniej realizowane na poziomie organizacji międzypaństwowych. Sukces implementacji Blockchain w sferze publicznej może doprowadzić do ujednolicenia zasad opodatkowania w skali kontynentów, a może nawet globalnej. Dla środowiska biznesu jednolite i transparentne otoczenie prowadzenia działalności gospodarczej jest dobrą wiadomością.

– Ze względu na koszty i rewolucję systemową, która się z tym wiąże, trudno jednak podać jakąś wiążącą datę. Pierwszych wdrożeń Blockchain w relacji podatnik – rząd należy spodziewać się w ciągu pięciu lat. Niewątpliwie jednak digitalizacja podatków przyspiesza i nie tylko państwa rozwinięte wdrażają różnorodne formy elektronicznego raportowania podatkowego, ale również te rozwijające się. Pozostaje tylko kwestią czasu, kiedy rewolucja Blockchain wkroczy w świat podatków i diametralnie go zmieni – podsumowuje Piotr Barański, menedżer w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

 

Wypowiedź: Piotr Barański, menedżer w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Rewolucja technologiczna obejmuje coraz więcej sfer życia. Nie omija to również podatków. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte, autorów raportu „Technologia Blockchain i jej potencjał w podatkach”, jednym z rozwiązań, który może mieć największy wpływ na relację podatników z organami podatkowymi jest Blockchain. Potencjalnie zrewolucjonizuje sposób dokonywania płatności, przechowywania danych i zawierania transakcji. Mimo ogromnych kosztów, które są potrzebne do jego wdrożenia w systemie podatkowym, możliwe, że wpłynie na jego uszczelnienie, a co za tym idzie skuteczniejszą egzekucję podatków. Wokół Blockchain nadal jest wiele nieścisłości i mitów. Dlatego niezbędne jest zrozumienie tej technologii.

Podstawowym warunkiem zrozumienia działania technologii Blockchain jest poznanie koncepcji sieci P2P, czyli Peer-to-Peer. Oznacza to, że wszystkie komputery przypisane do jednej sieci mają równe prawa, nie istnieje bowiem administrator centralny. Przekazują sobie wszelkie zasoby i dane dostępne w sieci P2P, bez konieczności korzystania z centralnego serwera. Głównym celem takiego rozwiązania jest umożliwienie – w czasie rzeczywistym – bezpośredniej współpracy urządzeń sieciowych.

Blockchain podatny na kradzież danych użytkowników

Mimo, że Blockchain do tej pory najczęściej kojarzony był z kryptowalutą Bitcoin, to przechowywane w nim dane nie muszą dotyczyć walut. Mogą to być zupełnie inne informacje. Przesyłanie danych odbywa się w formie zaszyfrowanej, co pozwala na identyfikację ich nadawców i odbiorców. Dodatkowo, jeśli użytkownik chce dodać do zbioru jakąkolwiek informację musi zostać ona zaakceptowana przez pozostałych.

Transparentność w czasie zbliżonym do rzeczywistego

Każdy blok jest wyposażony w unikatowy identyfikator („hash”), który jest czymś w rodzaju cyfrowego odcisku palca i łączy bloki w ciąg. Modyfikacja przechowywanych informacji jest niemożliwa bez jego zmiany we wszystkich blokach, co zapewnia użytkownikom pełną transparentność i praktycznie uniemożliwia sfałszowanie danych w oparciu o mechanizm konsensusu.

Automatyzacja podatkowa

Poszukując możliwości zwiększenia wydajności i zapewnienia zgodności z przepisami, organy podatkowe coraz częściej wykorzystują technologie cyfrowe do gromadzenia i analizowania danych. Zdaniem ekspertów Deloitte ze względu na zdolność dostarczania w czasie zbliżonym do rzeczywistego rzetelnych informacji z wielu poziomów do dużych grup odbiorców, na przykład w sferze podatków, i to w skali międzynarodowej, Blockchain jest jedną z najbardziej obiecujących technologii, która może zrewolucjonizować sposób poboru podatków.

– Ponieważ technologia ta jest wciąż w początkowej fazie rozwoju, wprowadzenie jej do urzędów skarbowych wymagałoby całkowitej zmiany zarówno centralnych baz danych, jak i systemów sieciowych. Poza wielopoziomową integracją systemów niezbędne byłyby zmiany prawa, poprawki do ustaw dotyczących baz danychi tożsamości. Nie można jednak nie dostrzegać korzyści płynących z takiego wdrożenia. Długoterminowo Blockchain może być czynnikiem wymuszającym wdrożenie zautomatyzowanych procesów rozliczeń podatkowych, zachodzących w czasie zbliżonym do rzeczywistego, dotyczących zarówno małych, jak i dużych firm– mówi Ernest Frankowski, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Blockchain w VAT i cenach transferowych

Blockchain może dać przede wszystkim korzyści w podatkach pośrednich. Przykładów jego możliwego zastosowania jest naprawdę wiele. Jednym z nich jest podatek VAT. Jest on jest w tej chwili kluczową daniną w każdym systemie i źródłem największych wpływów budżetowych. Z tego powodu organy podatkowe poszukują sposobów podniesienia skuteczności jego ściągania, co pozwoli zwiększyć przychody budżetowe i zredukować deficyt. Najbardziej zaawansowane rozwiązania zastosowano w Brazylii, gdzie wprowadzono obowiązek wystawiania faktur elektronicznych, które organy podatkowe otrzymują w czasie realnym. Takie rozwiązania chcą również wprowadzić niektóre kraje europejskie, na przykład Węgry.

Blockchain to potencjalnie nie tylko podatki pośrednie. Równie skuteczne zastosowanie mógłby znaleźć również w przypadku cen transferowych czy odprowadzaniu składek i podatku od wynagrodzeń. Dziś już w wielu krajach jest on odprowadzany kanałami cyfrowymi. Wykorzystywane obecnie systemy mają jednakże znaczącą wadę: obejmują dużą liczbę instytucji rządowych, z których każda ma własny rejestr, co de facto oznacza dublowanie danych, gromadzonych przez inne instytucje.

– Wdrożenie systemu opartego o Blockchain spowoduje, że pracodawcy nie będą już musieli pełnić roli pośredników, odpowiedzialnych za naliczanie i przekazywanie odpowiednim instytucjom zaliczek na podatek i składek ZUS od wynagrodzenia swoich pracowników. Można to osiągnąć wykorzystując smart contracts, które mogą zapewnić pełną automatyzację procesu w zależności od precyzyjności umowy i klarowności przepisów prawa – mówi Piotr Barański, Menedżer w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Ponad połowa największych firm na świecie rozpoczęła już wdrażanie automatyzacji procesów z wykorzystaniem robotów. Kolejne 19 proc. firm ma zamiar zrobić to w ciągu dwóch lat.

Z raportu „The robots are ready. Are you? Untapped advantage in your digital workforce”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte wynika, że docelowo roboty mogą zastąpić jedną piątą pracowników zatrudnionych w pełnym wymiarze godzin, a jednocześnie pozwalają na zwiększenie przychodów firm. W opinii menedżerów inwestycje w robotykę mają szansę zwrócić się już po niespełna dwunastu miesiącach.

Inwestycje w automatyzację kosztowne, ale i opłacalne

Aż 53 proc. ankietowanych przedsiębiorstw już rozpoczęło proces wdrażania robotów i automatyzacji procesów, a kolejne 19 proc. chce go rozpocząć w ciągu dwóch lat.

– Jeśli tempo to będzie utrzymane, w ciągu kolejnych pięciu lat będziemy mogli mówić o pełnym rozpowszechnieniu automatyzacji z wykorzystaniem robotów w grupie największych globalnych firm – mówi Adam Dziemba, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Automatyzacja z wykorzystaniem robotów zazwyczaj wypróbowywana była w pojedynczych obszarach, ale coraz częściej wpisuje się ona w strategię korporacyjną. Taką opinię wyraziło aż 64 proc. menedżerów, podczas gdy rok wcześniej było to jedynie 15 proc. Autorzy raportu wyliczają, że w przypadku firm uczestniczących w badaniu z przychodami rocznymi w wysokości 20 mld dolarów i zatrudniającymi 50 tys. osób, powierzenie 20 proc. zadań robotom, zapewniłoby im rocznie 30 mln dolarów dodatkowego przychodu. W tej chwili gotowych do skalowania automatyzacji i robotyzacji jest jedynie 3 proc. przedsiębiorstw. Są to organizacje, które dysponują flotą ponad 50 robotów.

Inwestycje w procesy automatyzacji z wykorzystaniem robotów są i będą znaczące. Spośród tych, którzy znajdują się już na etapie ich wdrażania, 78 proc. oczekuje zwiększenia nakładów finansowych w ciągu kolejnych trzech lat. Ich dotychczasowe inwestycje pochłonęły dotychczas średnio 3,5 mln dolarów. Natomiast ci, którzy są w fazie pilotażu planują średnio wydać na ten cel 1,5 mln dolarów.

Tak duże inwestycje czynione są z myślą o oczekiwanych zyskach. Organizacje, które znajdują się na etapie pilotażu automatyzacji uważają, że okres zwrotu z tej inwestycji nastąpi średnio po prawie 9,5 miesiącach. Ci, którzy mają ten etap za sobą oceniają ten okres na średnio 11,5 miesiąca. Różnice te mogą wynikać z tego, że na początkowym etapie firmy źle oceniają czas i koszty implementacji zautomatyzowania. Aż 63 proc. respondentów przyznało, że pomyliło się w oszacowaniu czasu potrzebnego do jego wdrożenia, a 37 proc. nieprawidłowo oszacowało koszty.

Coraz mniejszy opór pracowników

W opinii ankietowanych menedżerów automatyzacja procesów z wykorzystaniem robotów jest w stanie zastąpić pracę aż 20 proc. pracowników zatrudnionych w pełnym wymiarze godzin. Organizacje, które mają już doświadczenie w tym zakresie są zdania, że może być to nawet średnio 52 proc.

– Niektórzy patrzą na roboty z obawą o miejsca pracy, ale jest ona nieuzasadniona. Każdy element rewolucji przemysłowej w sposób bezpośredni i w bardzo krótkim terminie miał wpływ na miejsca pracy, ale później powstawały one w innych obszarach. Roboty można porównać do poczty elektronicznej i rewolucji, której dokonała – mówi Adam Dziemba. – Nie sposób sobie wyobrazić porównywalnej ilości wymienianych informacji dokonywanej za pomocą maili do możliwości tradycyjnej poczty, nie wspominając o szybkości tej wymiany. Nikt jednak nie oskarża twórców wiadomości e-mail o niszczenie miejsc pracy. Tak jak niemożliwa jest praca bez e-mail, tak w przyszłości być może niemożliwa będzie praca bez robotów – dodaje.

Od kilku lat nasze badanie „Global Human Capital Trends” pokazuje, że temat automatyzacji będzie miał kluczowy wpływ na rynek pracy.

– Stopniowe wdrażanie nowoczesnych technologii oraz postępująca automatyzacja sprawią, że firmy będą szukać u pracowników innych kompetencji niż dziś. W erze cyfryzacji umiejętności, które dziś są najbardziej cenione, w ciągu kolejnych pięciu lat ustąpią miejsca innym. Jednak typowo ludzkie aspekty pracy, takie jak empatia, komunikacja i rozwiązywanie problemów będą ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej – mówi Michał Olbrychowski, Dyrektor, Lider doradztwa Human Capital, Deloitte.

Co naturalne proces implementacji robotyzacji i automatyzacji największe wsparcie zyskał wśród liderów i menedżerów wyższego stopnia. Wśród nich poparcie to sięga aż 72 proc. Z kolei negatywny stosunek do wdrażania robotyzacji zmalał od zeszłego roku wśród wszystkich pozostałych zainteresowanych stron. Tylko 17 proc. respondentów napotykało na opór pracowników w tym zakresie. W grupie firm, które proces automatyzacji mają już za sobą, odsetek ten wynosi jedynie 3 proc. Zdaniem ankietowanych menedżerów ewentualne obawy pracowników można zminimalizować poprzez angażowanie ich bezpośrednio w projekt wdrażania robotyzacji i automatyzacji.

Branża ochrony w Polsce ma przed sobą dobre perspektywy, z prognozowanym wzrostem rynku rzędu 3% rocznie na przestrzeni kolejnych 4-5 lat. Poza rozwojem rynku, będzie następować jego konsolidacja wokół największych graczy, a zarazem profesjonalizacja i coraz silniejszy zwrot ku nowoczesnym technologiom, uważają uczestnicy XX Debaty Eksperckiej ISBnews i Centrum im. A. Smitha pt. „Branża ochrony w Polsce i na świecie – perspektywy, szanse, zagrożenia”.

Przedstawiciele dużych firm branży ochrony oceniają, że wprowadzone w ostatnich dwóch latach regulacje rynku pracy podwyższające płacę minimalną i wprowadzające „ozusowanie” umów cywilno-prawnych nie są zagrożeniem, ale szansą na wzrost jakości usług ochrony osób i mienia w Polsce oraz bardziej pozytywne postrzeganie branży.

– Według szacunków, rynek ochrony osób i mienia miał wartość blisko 9 mld zł w 2016 r., co oznacza, że wzrósł rok do roku o prawie 10%. Stało się tak pomimo zmian regulacyjnych, w tym przede wszystkim ‚ozusowania’ umów zleceń, których się szczególnie obawiano. Co więcej, rynek będzie dalej rósł, do ok. 11,4 mld zł w 2021 r., w tempie zbliżonym do wzrostu PKB – powiedział podczas debaty prezes Konsalnetu Jacek Pogonowski, powołując się na wyniki badania przygotowanego dla firmy przez Deloitte.

W ocenie Anity Bielańskiej z Deloitte, badanie pokazało także silne rozdrobnienie rynku ochrony w Polsce – w segmencie security do 6 największych graczy należy ok. 30%.

Odnosząc się do struktury rynku, uczestnicy debaty zgodzili się, że jednym z dominujących trendów kształtujących branżę ochrony w kolejnych latach będzie konsolidacja.

– Na Zachodzie widoczne jest wyraźne przesunięcie w kierunku dużych graczy i to jest też przyszłość dla Polski. Nie oznacza to jednak, że na rynku nie ma miejsca dla małych firm, które mogą funkcjonować w wybranych niszach, bądź na rynkach lokalnych – wskazał prezes polskiej części globalnej firmy Securitas Krzysztof Bartuszek.

Zgodził się z nim Jacek Pogonowski i Tomasz Wojak z Polskiego Związku Pracodawców Ochrona (PZPO).

– Najwięksi mogą być integratorami rynku. Raczej nie obserwujemy, by małe i średnie firmy się łączyły, przeważnie chcą się schronić pod skrzydła największych – powiedział Tomasz Wojak podczas debaty.

– Konsolidacja będzie długotrwałym procesem. Ale nastąpi ona wokół grupy kilku największych firm – dodał Pogonowski.

Z dyskusji wynika także, że duże firmy rynku ochrony nie obawiają się jego dalszej regulacji.

– Czekamy na kolejne zmiany – dotychczasowe uważamy za pierwszy krok. Jesteśmy za pełnym ‚ozusowaniem’ w ochronie; to doprowadzi do pełnej przejrzystości branży w kwestii zatrudnienia, spowoduje profesjonalizację i lepsze postrzeganie zawodu pracownika ochrony – wskazał prezes Securitas.

– Regulacje, które weszły w życie dają podstawę do walki nie tylko ceną, ale też jakością. Może to nawet zmienić całkowicie pole gry. Zmiany wpływają pozytywnie, rynek rośnie, a choć ceny wzrosły, klienci nie redukują zakresu usług, bo muszą się chronić lub po prostu ochrona leży w ich najlepszym interesie – uzupełnił Pogonowski.

Eksperci ocenili także, że klienci, w szczególności duzi korporacyjni, zaakceptowali wyższe ceny usług ochrony. Gorzej zareagował sektor publiczny, w którym w ślad za legislacją nie zostały zwiększone budżety przeznaczane na tego rodzaju usługi.

– Na przełomie 2016/2017 skala redukcji liczby roboczogodzin na rynku była mniejsza niż na przełomie 2015/2016. Klienci byli lepiej przygotowani do tej zmiany. W efekcie w 2017 r. rynek rośnie szybciej niż w 2016 r., bo stosunkowo wyższy wzrost ceny nie przełożył się na proporcjonalnie wyższy spadek kupowanych roboczogodzin. Niektórzy klienci mieli ograniczoną możliwość, aby przeprowadzić kolejną redukcję z uwagi na wymogi regulacyjne oraz biznesowe. Dalsze redukcje są jednak prawdopodobne w kolejnych latach, w miarę wdrażania rozwiązań technologicznych – wyjaśniła Bielańska.

Wśród rozmówców pojawiły się różne opinie w obszarze form zatrudnienia i licencjonowania pracowników ochrony. Prezes Securitas skłaniał się ku wykorzystaniu w ochronie – wzorem np. Szwecji – wyłącznie umów o pracę i licencjonowanie wszystkich pracowników ochrony.

Jacek Pogonowski natomiast wskazał, że choć jest zdecydowanym zwolennikiem licencjonowania pracowników, to w pewnych obszarach (przede wszystkim najprostszych czynnościach dozoru) można z niego rezygnować. Jest także zwolennikiem funkcjonowania kilku form zatrudnienia.

– Jestem za utrzymaniem możliwości stosowania 2 form zatrudnienia na cywilizowanych zasadach. Utrzymanie elastyczności branży wymaga często zatrudnienia do konkretnych zadań. Trzeba też pamiętać, że ochrona to specyficzna branża, w której wiele osób dorabia, traktując tę pracę jako zajęcie dodatkowe. Stosowanie umowy zlecenia po prostu daje ludziom pracę – uzasadniał Pogonowski.

Uczestnicy debaty byli natomiast zgodni co do zatrudniania niepełnosprawnych w ochronie – według nich są stanowiska, na których mogą oni się sprawdzić.

– Zatrudnienie niepełnosprawnego może dać korzyści pracownikowi i pracodawcy, choć oczywiście muszą być oni umiejscowieni na odpowiednich dla ich możliwości stanowiskach. Jeśli zgadza się na to klient i lekarz – podkreślił Wojak.

Dyskutowano również o przyszłości branży, ze szczególnym uwzględnieniem trendów technologicznych.

– Rozwiązania technologiczne w ochronie zwiększają swoje znaczenie, ale nigdy nie wyeliminują człowieka, choćby ze względu na potrzebę podejmowania interwencji i ‚ludzkiego’ sposobu myślenia – powiedział Bartuszek.

Dodał jednak, że mogą zmieniać się formy świadczenia usług, lepiej dobrane do potrzeb klientów, np. dostępność ochrony na określony czas, albo na wykonanie pewnych czynności (np. w czasie, gdy klient przebywa poza domem w czasie urlopu). Według prezesa Securitas, mamy obecnie możliwość monitorowania domu samodzielnie dzięki aplikacjom, ale w sytuacji zagrożenia liczymy jednak na interwencję profesjonalistów.

– My także stawiamy na biznes, w którym łączymy nowoczesny monitoring i aktywną, mobilną ochronę. Połączenie człowieka z techniką w ochranianym obiekcie – powiedział Pogonowski.

– Ponadto w branży widzimy potencjał w robotyce i analizie dużych zbiorów danych, coraz bardziej się digitalizujemy. Jak to rozumieć? Dzięki analizie danych możemy przewidzieć np. jakiego rodzaju asortyment w sklepie ‚ginie’ w poszczególne dni tygodnia, albo w których miejscach ryzyko wystąpienia przestępstwa jest największe (heatmaps). Dzięki temu bez zwiększania nakładów możemy lepiej dopasować środki ochrony, a co za tym idzie: zapewnić bezpieczeństwo klienta – wyjaśnił Bartuszek.

W podsumowaniu zwrócono uwagę na ryzyka i bariery, a także perspektywy rozwoju i szanse dla rynku ochrony.

– Niepokój budzi m.in. ustawa o ochronie danych osobowych, bo zabroni sprawdzania, czy nie zatrudniamy karanego – powiedział Tomasz Wojak z PZPO.

Drugim ze wskazanych ryzyk była bolączka trapiąca obecnie większość sektorów gospodarki – ograniczony dostęp pracowników.

– Na rynku pracy brakuje wykwalifikowanego personelu, a taki w branży ochrony potrzebny jest np. w cash-handlingu, zajmującym się m.in. przewozem i obsługą gotówki, gdzie pracuje się z bronią – powiedział Pogonowski.

– Z drugiej strony, czynnik ten może pomóc większym firmom na rynku, powodując przepływ pracowników do bardziej wiarygodnego pracodawcy, o ugruntowanej pozycji rynkowej – wskazał szef Konsalnetu.

Według uczestników debaty, przed rynkiem jest jednak zdecydowanie więcej szans niż barier. Pozytywnie ocenili oni kierunek regulacyjny, który wymusi wzrost jakości usług i poprawi postrzeganie branży. Dzięki temu będzie zbliżać się do wzorców zachodnich, czy np. japońskich, gdzie ochrona to nowoczesny sektor z większym udziałem wysoce wykwalifikowanych pracowników.

Z biznesowego punktu widzenia natomiast cieszą przede wszystkim perspektywy wzrostu rynku, który będzie sprzyjał elastycznym i innowacyjnym przedsiębiorcom.

– Szczególnie ważne dla branży jest budowanie u klientów świadomości, że obecne w Polsce firmy już dziś są w stanie zaproponować zaawansowane technicznie usługi – podsumowała Bielańska.

 

 

Źródło: Lesław Kretowicz, Tomasz Chaberko (ISBnews)

Jak pokazuje dwudziesta edycja międzynarodowego badania „Zakupy świąteczne 2017”  (Deloitte), w tym roku wśród Polaków zwycięży rozsądek. Na prezenty, jedzenie oraz spotkania z najbliższymi zamierzamy wydać średnio 882 zł, czyli tylko o 2 proc. więcej niż wydaliśmy rok temu.

Najbardziej spodziewanym prezentem są kosmetyki i perfumy, natomiast najchętniej obdarowywać bliskich będziemy książkami. Aż 42 proc. pieniędzy przeznaczonych na prezenty pozostawimy w sklepach internetowych. Z roku na rok rośnie również udział kupowanych prezentów w kanałach mobilnych.

Polacy deklarują, że na tegoroczne wydatki związane z Bożym Narodzeniem przeznaczą o 2 proc. więcej niż rok temu. W 2017 roku suma, którą planują wydać na bożonarodzeniowe prezenty, jedzenie oraz spotkania z najbliższymi wyniesie średnio 882 zł (209 euro). Jednocześnie jest to mniej niż deklarowali w 2016 roku, kiedy zamierzali wydać średnio 1 121 zł.

– Spośród wszystkich ankietowanych krajów Polacy przewidują, że wydadzą najmniej. Oprócz nas równie oszczędni będą Holendrzy, którzy chcą wydać średnio niespełna 240 euro. Na drugim biegunie znajdują się Hiszpanie i Brytyjczycy, którzy zadeklarowali, że wydadzą odpowiednio 526 i 550 euro. W tym porównaniu trzeba brać jednak pod uwagę poziom PKB danego kraju, średnie dochody, siłę nabywczą, ale też tradycję świąteczną – mówi Magdalena Jończak, Lider Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich, Partner w dziale Konsultingu Deloitte.

Średnia dla wszystkich ankietowanych krajów wyniosła 368 euro. W tym roku Polacy deklarują, że na prezenty przeznaczą więcej niż na jedzenie. Pierwsza kategoria pochłonie ok. 51 proc. bożonarodzeniowego budżetu (451 zł), a druga około 39 proc. (342 zł). Na spotkania towarzyskie planują natomiast wydać 89 zł.

Polacy, po raz pierwszy od dwóch lat, pozytywnie oceniają obecną sytuację gospodarczą. Odsetek zadowolonych z niej ankietowanych wzrósł z 15,6 proc. w 2016 r. do 32,7 proc. w 2017 r. Również mieszkańcy Europy wyrażają mniejszy pesymizm w porównaniu z rokiem poprzednim. Spośród nich obecną sytuację gospodarczą najbardziej pozytywnie postrzegają Niemcy i Portugalczycy. Polacy równie optymistycznie myślą o sytuacji gospodarczej w przyszłości.

Europejczycy nie chcą już pod choinką gotówki

Jaki prezent chcielibyśmy i spodziewamy się zobaczyć pod choinką? W tym roku, podobnie jak rok wcześniej, są to przede wszystkim kosmetyki i perfumy. Na podium znalazły się również książki i słodycze. Wśród mieszkańców badanych krajów nastąpiła zmiana oczekiwań, jeśli chodzi o wymarzone prezenty. Jako spełnienie marzeń coraz rzadziej wskazywane są pieniądze. W tym roku gotówka na pierwszym miejscu znalazła się tylko w Belgii, podczas gdy rok temu królowała w czterech z dziewięciu badanych krajów.

A jakimi prezentami zamierzamy obdarować naszych najbliższych? Przede wszystkim książkami, które powróciły na pozycję lidera. Tuż za nimi znalazły się kosmetyki i perfumy (ubiegłoroczny zwycięzca) oraz słodycze. Książki królują w sześciu z dziesięciu badanych krajów. W pierwszej dziesiątce prezentów, którymi zamierzamy obdarować najbliższych po raz pierwszy znalazły się suplementy diety. Wśród prezentów kupowanych nastolatkom dominują słodycze, gry komputerowe oraz książki. Z kolei najmłodszym w tym roku najchętniej kupimy zabawki kreatywne i artystyczne, które z pierwszego miejsca zepchnęły dotychczasowego lidera, czyli klocki. Na drugim miejscu znalazły się książki.

– Z roku na rok Polacy coraz wcześniej zaczynają przygotowania do świąt. I tak 23 proc. badanych deklaruje, że prezenty kupi już w listopadzie, a 39 proc. wybierze się na zakupy w pierwszej połowie grudnia. To o kilka punktów procentowych więcej niż rok wcześniej. Do ostatnich dni przed świętami z zakupem prezentów zamierza czekać 21 proc. Polaków, czyli o 6 pp. mniej niż w 2016 roku. Jest to już stała tendencja, że z roku na rok liczba takich osób systematycznie spada – wyjaśnia Mariusz Chmurzyński, Dyrektor w dziale Konsultingu, członek Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich Deloitte.

 Prezentów szukamy w sieci

Prezenty Polacy w tym roku kupią przede wszystkim w tradycyjnych lokalnych sklepach. Gdy jednak rozważamy zakup multimediów, to stawiamy na sklepy internetowe. Z roku na rok udział e-commerce w handlu rośnie. Nie omija to również zakupów robionych z myślą o Bożym Narodzeniu. Analiza Deloitte pokazała, że aż 42 proc. budżetu przeznaczonego na prezenty zostawimy w tym roku w sklepach internetowych.

– To o 5 p.p. więcej niż rok wcześniej. Jednocześnie Polska znajduje się w czołówce krajów, w których konsumenci będą kupować prezenty w Internecie. Wyższy odsetek uzyskały Holandia, Niemcy i Wielka Brytania. W tym ostatnim kraju klienci wydadzą ponad 50 proc. budżetu na prezenty w kanałach online – mówi Wojciech Górniak, Dyrektor w dziale Konsultingu, Lider obszaru Strategii i Transformacji Cyfrowych Deloitte.

Do końca 2017 r. około 40 proc. wszystkich smartfonów w krajach rozwiniętych będzie wyposażonych w czytniki odcisków palców. Jednocześnie, ponad 200 sieci komórkowych będzie zawierać elementy architektury sieci 5G. Nowe technologie wbudowane w smartfony dają detalistom narzędzia niezbędne do konkurowania ze sklepami online.

Popularność urządzeń cyfrowych rośnie, dodatkowo stają się one coraz bardziej wszechstronne, a ich użytkownicy wymagają coraz szybszej łączności z Internetem. Smarfon dominuje na tle innych urządzeń. Spada dynamika wzrostu liczby posiadanych tabletów, a w ubiegłym roku – po raz pierwszy – liczba posiadanych smartfonów była wyższa niż posiadanych laptopów.

Jedną z technologii, która przekłada się na życie i zwyczaje konsumentów jest biometria. Przynajmniej 80 proc. posiadaczy telefonów z czytnikiem linii papilarnych będzie korzystać z niego regularnie: każdy z nich będzie używany średnio 30 razy dziennie. Pod koniec dekady zabezpieczenia biometryczne staną się tak wszechobecne jak przednie kamery w smartfonach.

– Ich sukces i popularność wynika z możliwości szybkiego i dyskretnego, w stosunku do haseł, odblokowania telefonów i uwierzytelniania transakcji. Ze względów bezpieczeństwa, obecnie wymagane są silne hasła (dla wielu trudne do zapamiętania) a liczba kont online będzie rosła – mówi Magdalena Jończak, Partner Deloitte, Lider ds. Sektora Dóbr Konsumenckich.

– Do końca 2020 roku przeciętny konsument będzie posiadał 200 kont on-line. Zgodnie z przewidywaniami, w tym czasie rynek biometrii w samym handlu detalicznym, ma osiągnąć wartość 1,6 mld dolarów. To wzrost o 156 procent, w porównaniu do 625 mln dolarów w 2015 roku. W szczególności rozpoznawanie twarzy – technologia używana głownie przez ochronę portów lotniczych czy w kasynach – obecnie cieszy się dużym zainteresowaniem również wśród detalistów. Umożliwia przeciwdziałanie kradzieżom, ale może być również wykorzystywana do obserwowania klientów i na tej podstawie analizowania ich zachowań.

– Wiele firm, które oferują funkcje rozpoznawania twarzy, udostępnia również zaawansowane aplikacje analityczne, które przechwytują, np. czas przebywania w sklepie kupujących – mówi Magdalena Jończak.

Jak wynika z raportu „The Deloitte Consumer Review. Digital Predictions 2017” duży wpływ na rynek dóbr konsumenckich, będzie miało uruchomienie i rozwój sieci 5G oraz modernizacje sieci związanych z technologią 4G. Szacuje się, że 4G zwiększy wzrost gospodarczy o 150 miliardów dolarów i przyniesie 771 000 miejsc pracy w samych Stanach Zjednoczonych. Sektor dóbr konsumpcyjnych będzie jednym z głównym beneficjentów sieci piątej generacji – stanie się on w dużej mierze mobilny. Dzięki superszybkiemu internetowi, firmy z tego sektora będą wykorzystywać nowe kanały dystrybucji i marketingu. Jednocześnie wymagający konsumenci będą oczekiwać od nich coraz bardziej angażujących doświadczeń z wykorzystaniem technologii Virtual Reality, Augumented Reality czy treści wideo i 3D. Przykładem może być sektor dystrybucji, gdzie klienci pragną sprawdzić dostępność oraz porównać ceny towarów w czasie rzeczywistym, jednocześnie poruszając się po sklepie internetowym.

Szybszy internet umożliwi między innymi jeszcze lepszą nawigację wewnątrz budynków, która daje klientom wygodniejszy dostęp do informacji o produktach i usługach w ich otoczeniu. Wpływa na doświadczenia konsumentów dzięki np. nawigowaniu ich w którym miejscu w centrum handlowym znajduje się sklep, którego szukają. Po stronie biznesu beneficjentem tej zmiany mogą być polskie firmy, które są aktywne na rynku rozwiązań geolokalizacyjnych opartych o technologię BLE (Bluetooth Low Energy) np. beaconach. Mowa tu o małych nadajnikach, które nieustannie sygnalizują swoją obecność i komunikują się np. ze smartfonami. Ich klientami są m.in. FC Barcelona, lotnisko w Katarze, McDonald’s czy IBM. Beacony są dziś wykorzystywane, m.in. przez sieci handlowe, które dzięki nim mogą wiedzieć, jakie półki i produkty mijali ich klienci.

– Dostępność nawigacji wewnątrz pomieszczeń może przynieść korzyści dla centrów handlowych w perspektywie średnioterminowej. Właściciele domów handlowych będą mieli atut do zachęcania sieci komórkowych, dostawców sieci Wi-Fi i innych dostawców infrastruktury do wdrażania jej w lokalach. Realizacja obietnicy nawigacji wewnętrznej wymaga, podobnie jak w przypadku nawigacji na zewnątrz, dwóch podstawowych elementów: komunikacji w czasie rzeczywistym z lokalizacją i map cyfrowych – mówi Olgierd Cygan, Lider Deloitte Digital w Polsce i Europie Środkowej.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Sport zyskuje na współpracy z doradcami biznesowymi

Firma doradcza Deloitte współpracuje z Profesjonalną Ligą Piłki Siatkowej S.A., organizatorem siatkarskich rozgrywek ligowych o mistrzostwo Polski oraz fazy finałowej rozgrywek o Puchar Polski. Wsparcie ekspertów Grupy Sportowej Deloitte dotyczy doradztwa biznesowego, które pomaga PLPS stać się jeszcze bardziej profesjonalną, rozwijającą się organizacją, dbającą o podnoszenie jakościprowadzonych przez siebie rozgrywek.

Współpraca, która rozpoczęła się w czerwcu br. pozwala wpierać Plus Ligę oraz ORLEN Ligę w działaniach ukierunkowanych na profesjonalizację rozgrywek. Eksperci Deloitte brali również udział w ocenie formalno-prawnej zespołów aspirujących do udziału w rozgrywkach Plus Ligi oraz aktualizacji regulaminu profesjonalnego współzawodnictwa w siatkówce. Deloitte służy także bieżącym merytorycznym wsparciem Zarządowi PLPS.„Deloitte od kilku lat dzieli się wiedzą i doświadczeniem z organizacjami sportowymi, w tym z klubami sportowymi,w ich działaniach wspierających profesjonalizację polskiego sportu. Współpraca z Profesjonalną Ligą Piłki Siatkowej jest kolejnym krokiem na tej drodze. Traktujemy sport jako część biznesu i cieszymy się, że władze PLPS podzielają ten pogląd” – mówi Marcin Diakonowicz, Partner w dziale Audytu, Lider Sports Business Group,Deloitte.

Profesjonalna Liga Piłki Siatkowej S.A. od 2000 roku prowadzi siatkarską ekstraklasę mężczyzn w Polsce – Plus Ligę, a od 2005 roku również ligę żeńską – ORLEN Ligę Kobiet. PLPS S.A. jest organizatorem siatkarskich rozgrywek ligowych o mistrzostwo Polski oraz rozgrywek o Puchar Polski począwszy od fazy, w której do rywalizacji przystępują drużyny ligi zawodowej. „Wsparcie tak doświadczonej firmy, jaką jest Deloitte, jest dla nas nieocenioną pomocą. Już nasza nazwa wskazuje na nieustanną potrzebę dążenia do coraz większego profesjonalizmu prowadzonych przez nas rozgrywek, a z takim partnerem jak firma Deloitte mamy szansę na stały rozwój” – mówi Artur Popko, Prezes Zarządu PLPS S.A.

Deloitte poszerza swoją bazę klientów w branży sportowej. Od kilku lat jest również partnerem m.in. Polskiego Związku Piłki Siatkowej, od roku Polskiego Komitetu Olimpijskiego oraz współpracuje ze Związkiem Piłki Ręcznej w Polsce.

Dyrektorzy finansowi (CFO) uważają, że polska gospodarka będzie kontynuowała stabilny wzrost, ale widać wśród nich coraz wyraźniejsze oznaki niepokoju. Większość badanych prognozuje, że wzrost PKB w przyszłym roku nie przekroczy 2,5 proc., a prawie dwie trzecie CFO uważa, że obecnie mamy do czynienia z wysokim poziomem niepewności ekonomicznej. Jak wynika z kolejnej edycji międzynarodowego badania firmy doradczej Deloitte „CFO Survey”, w Polsce przyczyny tego pogorszenia nastrojów to obawa o brak dostępności wykwalifikowanych pracowników, wyższe koszty operacyjne oraz niepewność wynikająca ze zmienności prawa gospodarczego. Podobnie jak w innych krajach, aż jedna trzecia CFO obawia się negatywnych skutków Brexitu.

Poprzednie edycje badania pokazały, że dyrektorzy finansowi wiarygodnie przewidują rozwój polskiej gospodarki. Ich wcześniejsze prognozy wzrostu PKB dla Polski na rok 2013 (około 1,5 proc PKB), rok 2014 (około 3 proc.) i rok 2015 (około 3 proc.) sprawdziły się. Na rok 2016 CFO wskazują na około 3,0 proc. wzrostu.

Obecna edycja badania, która była przeprowadzona od września do października tego roku, pokazała, że poziom optymizmu netto (różnica osób wskazujących na poprawę sytuacji ekonomicznej i odsetek mówiących o jej pogorszeniu) wśród dyrektorów finansowych w Polsce spada trzecie półrocze z rzędu do najniższego poziomu od 2013 roku (z 40 proc. rok temu do 18 proc. obecnie). Pół roku temu było to 21 proc. „Liczba firm, które wierzą, że ich perspektywy ekonomiczne w roku 2017 będą lepsze niż w roku 2016 jest większa niż tych, którzy myślą odwrotnie. Historycznie spadek optymizmu był prognostykiem obniżenia dynamiki wzrostu PKB, co widać w niższych prognozach wzrostu PKB na rok 2017” – mówi Krzysztof Pniewski, Partner w Dziale Konsultingu Deloitte.

Najwyższy poziom optymizmu netto w Europie i Polsce wykazują sektory publiczny, ochrony zdrowia i produkcyjny. Z kolei najniższy poziom notują branże telekomunikacji i mediów, usług finansowych i dóbr konsumpcyjnych.

Zdaniem dyrektorów finansowych w roku 2017 Polska będzie kontynuowała stabilny, lecz wolniejszy wzrost. Aż 58 proc. CFO przewiduje, że nie będzie on większy niż 2,5 proc. To znacznie mniej niż 3,9 proc. wzrostu, który zawarto w założeniach budżetu państwa. 42 proc. respondentów wskazuje na wzrost w przedziale 2,6 – 3,5 proc. Wyniki te pokazują, choć niejednoznacznie, że z perspektywy polskich przedsiębiorstw można oczekiwać wzrostu PKB poniżej 3 proc.

Aż 76 proc. CFO w 2017 roku oczekuje inflacji poniżej 2 proc., a tylko 16 proc. spodziewa się deflacji. Dyrektorzy nie zakładają więc powstania impulsu inflacyjnego, który mógłby być efektem programu 500+ lub wdrożenia innych obietnic nowego rządu. Dyrektorzy finansowi (prawie 73 proc.) przewidują również stabilny nieco słabszy kurs walutowy (4,1-4,4 PLN/ EUR) i spadek bezrobocia (48 proc.). W Polsce i w Europie jedynie w branży energetyki i górnictwa oraz sektorze finansowym spodziewane jest zmniejszenie zatrudnienia.

Poziom niepewności ekonomicznej w Polsce w roku 2016 zwiększył się, wracając do poziomu z lat 2012-2013. Aż 64 proc. dyrektorów finansowych uważa, że mamy do czynienia z wysokim poziomem niepewności. Zaledwie według 28 proc. jest on standardowy. Najniższy poziom niepewności notują sektory administracji publicznej i budownictwa. Za to szczególnie wysoki poziom odnotowywany jest w sektorach usług biznesowych, energetyki i dóbr konsumpcyjnych. Również CFO z Europy Zachodniej odczuwają wysoki poziom niepewności – tam zdecydowana większość (67 proc.) CFO uważa, że obecnie niepewność jest większa niż przeciętnie. Najwyższy odsetek widoczny jest w Niemczech i Wielkiej Brytanii, gdzie aż 88 proc. dyrektorów uważa obecny poziom niepewności za wysoki. Z kolei w Finlandii taką opinię wyraża jedynie 36 proc. CFO. „W Polsce przyczyny tej niepewności są inne niż w pozostałych krajach unijnych. Polscy CFO obawiają się braku wykwalifikowanych pracowników, na które wskazuje 34 proc. ankietowanych i wzrostu kosztów operacyjnych, które wymieniło 31 proc. badanych. Przedsiębiorcy podnoszą również wysokie ryzyko zmiennego prawa gospodarczego i podatkowego, które dla 30 proc. stanowi większe zagrożenie niż ryzyka rynkowe spadku popytu czy presja cenowa” – wymienia Krzysztof Pniewski. Jednocześnie mimo utrzymującego się wysokiego poziomu niepewności ekonomicznej badanie Deloitte pokazało, że w Polsce skłonność do podejmowania dodatkowego ryzyka i inwestycji nieznacznie zaczęło rosnąć. W ciągu pół roku wzrosła ona z 22 do 28 proc.

Rośnie liczba przedsiębiorstw, które planują wzrost przychodów w 2017 roku (83 proc. w porównaniu do 76 proc. w poprzedniej edycji badania). Prawie połowa firm w kraju uważa, że poprawią się również jej wyniki rentowności operacyjnej (48 proc.). Jest to poziom identyczny jak pół roku temu, co wskazuje, że istnieje spora część przedsiębiorstw, które systematycznie zwiększają swoją rentowność. Do poziomu 50 proc. z 57 proc. pół roku temu zmalał odsetek ankietowanych, którzy w roku 2017 planują wzrost inwestycji.

Podobnie jak pół roku temu najważniejszym priorytetem dla polskich CFO jest wzrost przychodów. Wskazało na niego 82 proc. ankietowanych, o 10 pp. więcej niż w poprzedniej edycji badania. Ponad połowa badanych (57 proc.) poszukuje również nowych rynków zbytu. Polska jest jedynym krajem w Europie, w którym tak istotnie dominują strategie ekspansywne przedsiębiorstw. W większości krajów Europy dominują strategie defensywne, skupione na redukcji kosztów, poprawie przepływów operacyjnych itp.

Kredyt bankowy jest nadal zdecydowanie najatrakcyjniejszym źródłem finansowania. Łącznie 66 proc. badanych oceniło tę formę jako atrakcyjną (w tym 17 proc. jako bardzo atrakcyjną). „Jednocześnie systematycznie spada ocena dostępności kredytów, która w ciągu ostatniego roku wróciła do poziomów z roku 2014. Rok temu jako łatwo dostępne kredyty oceniało 62 proc. CFO, obecnie jest to jedynie 33 proc. Jest to związane z szeregiem zmian dotyczących sektora bankowego takich, jak wprowadzony podatek bankowy, przewalutowanie kredytów frankowych oraz upadłości banków spółdzielczych. Te zdarzenia mogą mieć wpływ na zacieśnienie polityki kredytowej banków” – wyjaśnia Krzysztof Pniewski. W opinii CFO finansowanie kapitałem nadal nie stanowi atrakcyjnego źródła finansowania i jest stosowane dosyć rzadko. Na tle ryzyk wynikających z utrudnionego dostępu do finansowania kredytem nieznacznie rośnie atrakcyjność emisji kapitału.

Aż 53 proc. badanych dyrektorów finansowych prognozuje wzrost liczby transakcji M&A w Polsce. Charakter prognozy pozostaje stabilny od dłuższego czasu i oznacza, że rynek fuzji i przejęć będzie się rozwijał powoli.

Ponad połowa przedsiębiorców (53 proc.) nie widzi wpływu Brexitu na polskie przedsiębiorstwa i gospodarkę. Jednak aż ponad jedna trzecia (36 proc.) uważa, że będzie on miał negatywny wpływ na ich działalność. Są to prawdopodobnie eksporterzy, których działalność jest powiązana z Wielką Brytanią. Średnia dla wszystkich badanych krajów wynosi odpowiednio 50 i 37 proc. Największe obawy o negatywne skutki Brexitu mają CFO z Wielkiej Brytanii (65 proc.), Portugalii (52 proc.) oraz z Irlandii i Holandii (48 proc.).

Zdaniem wielu rodzimych CFO Brexit wprowadzi bariery taryfowe i pozataryfowe, które zwiększą koszty obrotu gospodarczego, wydłużą czasy dostaw i wpłyną na zmniejszenie konkurencyjności towarów z Polski. Z kolei 23 proc. CFO uważa, że Brexit wprowadzi również utrudnienia wynikające z innych wymogów obrotu handlowego. Zaledwie 17 proc. CFO jest zdania, że Brexit wprowadzi istotne ograniczenia w zakresie mobilności pracowników.

 

Deloitte

Pięciu mężczyzn w wieku około 50 lat, czterech z polskim, jeden z zagranicznym paszportem – to statystyczny obraz rady nadzorczej polskiej spółki publicznej. Deloitte przeprowadziło badanie na podstawie informacji udostępnianych na stronach korporacyjnych 235 spółek publicznych, wśród których znalazły się podmioty notowane w największych indeksach giełdowych oraz instytucje finansowe nadzorowane przez Komisję Nadzoru Finansowego.

 Jak wynika z badania Deloitte, rada nadzorcza spółki notowanej na warszawskiej giełdzie liczy najczęściej pięciu członków. Tak jest w 41 proc. firm notowanych w najważniejszych indeksach. Pięć osób to także minimalna liczebność rady spółki publicznej według Kodeksu Spółek Handlowych. Wyraźnie liczniejsze są jedynie rady spółek WIG20. Zasiada w nich najczęściej dziewięciu członków, choć zdarzają się i takie, w których składzie jest dziesięć lub więcej osób.

„Fakt, że rady w spółkach nie są zbyt liczne, nie musi być wadą. Nie da się powiedzieć jednoznacznie, jak liczna powinna być idealna rada nadzorcza. Jej wielkość nie musi przekładać się bezpośrednio na jakość działania, bowiem kluczowa i tak jest jej kompozycja oraz odpowiedni dobór kompetencji członków. Nie może w niej na przykład zabraknąć osób z doświadczeniem w rewizji finansowej. Nie oznacza to jednak, że w radzie powinni zasiadać wyłącznie audytorzy. Dobrze, aby rada miała możliwość spojrzenia na sprawy spółki z różnych perspektyw.” – mówi Wiesław Thor, Doradca zarządu Deloitte oraz Członek rady nadzorczej mBank S.A.

Najbardziej liczne rady nadzorcze są w bankach. Aż w jednej trzeciej z nich (32 proc.) rada liczy dziewięć lub więcej osób. „Warto pamiętać, że w wypadku największych spółek działających w mocno regulowanych branżach, pięcioosobowa rada nadzorcza nie byłaby zwyczajnie w stanie zająć się wszystkimi obszarami, które powinny być objęte bieżącym nadzorem. Stąd zwykle w bankach funkcjonują liczniejsze rady, w skład których wchodzą eksperci od oceny ryzyka czy doświadczeni ekonomiści” – dodaje Wiesław Thor.

Badanie pokazało, że spółki starają się wywiązywać z zapisanego w kodeksach dobrych praktyk wymogu niezależności przynajmniej części składu rady nadzorczej. Chodzi o zapis stwierdzający, że wśród członków rad nadzorczych powinny znaleźć się również osoby niepozostające w jakichkolwiek relacjach z akcjonariuszami, spółką lub jej pracownikami, co mogłyby być dla nich potencjalnym źródłem konfliktu interesu. Z analizy Deloitte wynika, że zazwyczaj kryterium to spełnia jedna trzecia składu rady i pod tym względem średnia jest podobna niezależnie od tego, czy głównym akcjonariuszem jest międzynarodowa grupa kapitałowa, skarb państwa czy też inwestor indywidualny. W dalszym ciągu 30 proc. przebadanych spółek giełdowych nie stosuje się jednak do zasady, aby niezależny był przewodniczący komitetu audytu rady nadzorczej.

„Stosowanie przez spółki dobrej praktyki, jeśli chodzi o powoływanie niezależnych członków w skład rady, a w szczególności komitetu audytu, to bardzo dobry sygnał. Obecność niezależnych członków, szczególnie z doświadczeniem w rewizji finansowej to nie tylko sposób na zabezpieczenie interesów mniejszościowych akcjonariuszy, ale też sposób na wypełnienie obowiązków rady związanych z odpowiedzialnością za sprawozdania finansowe i ich badanie. Powoływanie takich osób do rad nadzorczych spółek publicznych powinno być standardem” – mówi Dorota Snarska-Kuman, Partner w Sektorze Instytucji Finansowych, Lider Programu Rozwoju Rad Nadzorczych w Deloitte.

W polskich radach nie brakuje też obcokrajowców. Blisko co piąty (18 proc.) członek rady spółki notowanej na GPW legitymuje się obywatelstwem innym niż polskie. Co łatwo przewidzieć – średnią zawyżają spółki, których większościowym udziałowcem są fundusze private equity (50 proc. składu ich rad to obcokrajowcy) oraz zagraniczne grupy kapitałowe (40 proc. składu), natomiast nie ma ich prawie wcale w radach spółek skarbu państwa (2 proc.) oraz spółek należących do polskich grup kapitałowych (5 proc.).

Nie najlepiej jednak rady nadzorcze polskich spółek publicznych wypadają, jeśli chodzi o zapewnienie różnorodności ze względu na płeć. Jak się okazuje, w przebadanych spółkach publicznych kobiety stanowią średnio jedynie 14 proc. składu. Nieco lepiej statystyki wyglądają dla spółek WIG20, w których 19 proc. składu rad nadzorczych stanowiły kobiety. Jeszcze mniej pań przewodniczy radom – odsetek ten stanowi zaledwie 8 proc. Co warte odnotowania, największy odsetek kobiet piastuje to stanowisko w radach nadzorczych dużych spółek Skarbu Państwa – kobieta przewodzi co czwartej z nich.

„Badanie wykazało duże różnice w liczebności kobiet w składach rad. W zestawieniu znalazła się jedna spółka giełdowa z branży deweloperskiej, w której aż 80 proc. członków rady nadzorczej stanowią kobiety. W sześciu kolejnych liczba kobiet przekracza 50 proc. Jednocześnie w 64 przebadanych spółkach giełdowych w radzie nie ma ani jednej kobiety, mimo że jedna z rekomendacji zawartych w kodeksie dobrych praktyk GPW mówi o konieczności zapewnienia różnorodności w składzie rady i zarządu, pod względem wykształcenia, wieku, doświadczenia zawodowego, a także płci” – mówi Dorota Snarska-Kuman.

Średnia wieku przewodniczącego rady nadzorczej polskiej spółki to 52 lata. Zdecydowanie najwyższa jest ona dla banków (57 lat), a najniższa dla domów maklerskich (46 lat). Stosunkowo młodzi w porównaniu do średniej są też przewodniczący rad nadzorczych przebadanych spółek skarbu państwa (48 lat).

Pełny raport z wynikami badania Deloitte opublikowany zostanie 30 listopada br. podczas konferencji „Nowoczesne Rady Nadzorcze”. Tematowi właściwej kompozycji rady nadzorczej będzie również poświęcony jeden z paneli dyskusyjnych podczas tego wydarzenia.

 

Informacja o badaniu:

Badanie Deloitte „Stosowanie ładu korporacyjnego w polskich spółkach publicznych” przeprowadzone zostało metodą desk research na przełomie sierpnia i września na próbie 235 spółek publicznych (największych spółek giełdowych oraz dużych nie giełdowych instytucji finansowych objętych nadzorem KNF). Pełne opracowanie wyników badania opublikowane zostanie 30 listopada 2016 roku podczas konferencji „Nowoczesne Rady Nadzorczej”, której organizatorami są Deloitte oraz dziennik „Rzeczpospolita”.

Deloitte

Eksperci

Przasnyski: Inflacja słabsza, ale nie wszędzie

Główny Urząd Statystyczny potwierdził swoje wcześniejsze szacunki, według których inflacja w marcu w...

Bałazy: Dyrektywa RODO – czyli unijne przepisy dot. ochrony danych osobowych w sieci

Coraz większa ilość danych, w tym danych poufnych, umieszczanych w sieci, wymaga od jej administrato...

Lipka: Wojna handlowa- Polska znowu zieloną wyspą?

Prawdziwa wojna handlowa może zagrozić gospodarce całego świata. Niewykluczone jednak, że z wyraźneg...

Bugaj: Czekając na odreagowanie

Ostatnie tygodnie to pasmo rynkowych porażek. Na inwestorów niczym grom z jasnego nieba spadła całki...

Grejner: Szwajcarscy naukowcy obliczyli wartość bitcoina

Ostatnie spadki cen bitcoina to jeszcze nic w zestawieniu z obliczeniami szwajcarskich naukowców. Po...

AKTUALNOŚCI

Coraz więcej kupujemy przez smartfony

Według badań europejskiego rynku e-commerce „Barometr E-shopper 2017” przeprowadzonego przez TNS Kan...

Nowe miejsca pracy w Małopolsce

Produkcja przemysłowa w Małopolsce przyspieszyła na wiosnę, szczególnie w branży spożywczej i motory...

Łatwiej o pracę, wynagrodzenia dalej będą rosły

Średnio 2,5 miesiąca zajmuje obecnie Polakom znalezienie nowej pracy - tak wynika analizy Instytutu ...

Inflacja wyhamowuje

Inflacja w marcu br., w ujęciu rocznym wyniosła 1,3 proc. W lutym wzrost cen towarów i usług konsump...

Frank najtańszy od „czarnego czwartku”

Szwajcarska waluta w relacji do euro jest najtańsza od połowy stycznia 2015 r. Analogiczną sytuację ...