sobota, Sierpień 17, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "Dane GUS"

Dane GUS

Potwierdziły się wstępne szacunki GUS, zakładające wzrost inflacji w marcu do 1,7 proc. Mocniej w górę poszły ceny żywności oraz paliw.

W marcu wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych był wyższy niż przed rokiem o 1,7 proc. Oznacza to przyspieszenie inflacji w skali zgodnej zarówno z wcześniejszymi szacunkami, jak i z oczekiwaniami ekonomistów. Jest ona najwyższa od października ubiegłego roku. Jednocześnie w marcu ubiegłego roku ceny wzrosły jedynie o 1,3 proc. W minionym miesiącu mocniej w górę poszły ceny żywności i były wyższe niż przed rokiem o 2,6 proc. (w lutym wzrost wyniósł 2,1 proc.). Ceny związane z transportem przyspieszyły zwyżkę z 2,5 proc. w lutym do 3,5 proc. Złożył się na to sięgający 7,3 proc. wzrost cen paliw, w tym olej napędowy zdrożał aż o 13,2 proc. a benzyna o 4,4 proc. W lutym wzrost był wyraźnie niższy i wynosił odpowiednio 10,8 i 3,1 proc.

Spośród pozostałych głównych kategorii wydatków nadal silniej zwyżkowały koszty związane ze zdrowiem, które poszły w górę o 2,9 proc. (w lutym wzrosły o 2,6 proc.). Koszty dotyczące edukacji zwiększyły się o 3,1 proc. w porównaniu do marca 2018 r., a wysokie tempo wzrostu w tym przypadku utrzymuje się już od kilku miesięcy. O 3,6 proc. więcej trzeba było płacić w hotelach i restauracjach. Tradycyjnie już taniała odzież i obuwie, tym razem o 2,4 proc. oraz wydatki związane z łącznością, których ceny spadły o 2,5 proc. (ceny sprzętu telekomunikacyjnego obniżyły się aż o 11 proc.). Z 2,3 proc. w lutym do 2,7 proc. w marcu przyspieszył wzrost cen usług, co ma związek z rosnącymi płacami i dużym udziałem kosztów wynagrodzeń w tym sektorze. Ponownie nieco zwiększyły się koszty związane z użytkowaniem mieszkania, z 0,6 proc. w lutym do 1 proc. w marcu. Najmocniej, bo aż o 10,6 proc. zwiększyły się koszty wywozu śmieci. Ceny energii elektrycznej były niższe niż przed rokiem aż o 7 proc., ale o 5,2 proc. zdrożał gaz.

Przeczytaj także:

Czy globalne spowolnienie przerodzi się w recesję?

 

Wśród najbardziej popularnych artykułów żywnościowych nadal silnie drożeje pieczywo, za które w marcu trzeba było płacić o 9,6 proc. więcej niż przed rokiem (w lutym zwyżka sięgała 9,3 proc.). O 2,4 proc. w górę poszły ceny mięsa drobiowego, ale za to o 2,7 proc. mniej trzeba było płacić za wieprzowinę. Niewiele, bo o 0,7 proc. staniały mleko, sery i jaja, w tym mleko o 2,5 proc., a jaj aż o 10,6 proc. Producenci sygnalizują dużą nadpodaż jaj i zbliżające się święta niewiele im pomogą, zaś konsumenci za ten składnik tradycyjnego koszyczka będą płacić mniej. Z kolei o 1,3 proc. zdrożały wędliny. Nadal silnie rosną ceny warzyw, przyspieszając z 15,8 proc. w lutym do 16,6 proc. w marcu. Dość niespodziewanie, aż o 11,2 proc. podrożał cukier. Z 1,8 do 2,1 proc. wzrosła dynamika cen napojów alkoholowych.

Dość powszechne, zarówno ze strony ekonomistów, jak i konsumentów, jest oczekiwanie umiarkowanego wzrostu inflacji w kolejnych miesiącach. Proinflacyjnie powinien oddziaływać utrzymujący się dynamiczny wzrost średnich płac i zapowiadane transfery socjalne oraz wciąż bardzo dobra z punktu widzenia pracowników sytuacja na rynku pracy. Z kolei na inflację hamująco może działać perspektywa spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego. Zagadką pozostają natomiast notowania ropy naftowej oraz sytuacja na rynku produktów rolno-spożywczych. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje się wzrost wskaźnika cen o około 2 proc. na koniec roku, jednak możliwe są odchylenia zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Warto zwrócić uwagę, że najnowsza prognoza Banku Światowego zakłada na ten rok inflację w wysokości aż 3 proc., Międzynarodowy Fundusz Walutowy spodziewa się wzrostu o 2 proc. Z kolei agencja ratingowa Fitch obniżyła niedawno swoją prognozę inflacji na ten rok z 2,7 do 1,7 proc.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

W styczniu 2018 r. deweloperzy oddali do użytkowania mniej mieszkań, niż w analogicznym okresie rok wcześniej, ale za to wzrosła liczba pozwoleń na budowę mieszkań. I to do poziomu rekordowego od 15 lat, wynika z danych GUS.

Według wstępnych danych, w styczniu 2018 r. oddano do użytkowania 13561 mieszkań, tj. o 11,7% mniej niż w styczniu 2017 r. (kiedy odnotowano wzrost o 20,2%). Z dwóch  dominujących na rynku mieszkaniowym form budownictwa gorsze wyniki odnotowali deweloperzy, którzy oddali do użytkowania 6925 mieszkań, tj. o 22,4% mniej niż przed rokiem (kiedy notowali wzrost aż o 30,0%), natomiast więcej mieszkań wybudowali inwestorzy  indywidualni –  6408, czyli o 6,1% więcej (wobec wzrostu w styczniu 2017 r.  o 12,3%). W ramach tych form budownictwa wybudowano łącznie 98,3% ogółu mieszkań oddanych do użytkowania w styczniu  2018 r. (z tego deweloperzy – 51,1%, a inwestorzy indywidualni – 47,3% mieszkań). Mniej mieszkań niż przed rokiem oddały do użytkowania spółdzielnie mieszkaniowe (111 wobec 210), podobnie jak i pozostali inwestorzy (117 mieszkań, wobec 178 przed rokiem), przy czym w budownictwie komunalnym wybudowano 56 mieszkań (44 przed rokiem), w społecznym czynszowym – 60 mieszkań (wobec 123), a w zakładowym 1 mieszkanie  (wobec 11 w styczniu 2017 r.).

W 2017 r. Polska rozwijała się najszybciej od 6 lat – informuje GUS. W ostatnim kwartale wreszcie ruszyły inwestycje, co pozwala z optymizmem spojrzeć na bieżący rok. GUS udostępnił także publikację o sytuacji społeczno-gospodarczej kraju, która jednak już nie jest tak jednoznacznie optymistyczna. 

 Zaczynamy od wiadomości dobrych i bardzo dobrych.

Pozytyw nr 1: Inwestycje

Najszybszy od 2011 r. wzrost gospodarczy cieszy. Jednak poza rozwojem na poziomie 4,6 proc. w ub.r. zdecydowanie ważniejsza jest informacja, że wreszcie przyspieszyły inwestycje. Przez trzy kwartały ich wkład do PKB był marginalny i wyniósł ok. 0,3 pkt proc. W całym roku (brak na razie szczegółowych danych za czwarty kwartał) wkład inwestycji zwiększył się do 1 pkt proc.

To oznacza, że w samym czwartym kwartale inwestycje mogły wzrosnąć o ok. 13 mld zł, podczas gdy w poprzednich trzech było w sumie ok. 5 mld zł. Rosnące nakłady brutto na środki trwałe to sygnał, że aktywność gospodarcza może być dobra również w kolejnych kwartałach.

Pozytyw nr 2: Eksport

Specyfika gospodarki kraju rozwijającego się, jakim jest Polska, powoduje, że zwykle przy rosnącej aktywności ekonomicznej (silna konsumpcja, rosnące inwestycje) pogarsza się wyraźnie saldo obrotów handlowych z zagranicą. Szacunki GUS pokazują jednak, że wkład eksportu netto w 2017 r. był pozytywny, a to oznacza, że to pogorszenie nie nastąpiło. Niewykluczone, że jest to efekt coraz lepszej kondycji oraz pozycji konkurencyjnej polskiego eksportu usług, który stanowi już jedną czwartą eksportu towarowego i kreuje nadwyżkę na poziomie 75 mld zł (wzrost o 16 mld zł za okres od grudnia 2016 r. do listopada 2017 r. – dane NBP).

Pozytyw nr 3: Zatrudnienie ostro w górę

Według wstępnych danych zamieszczonych w opracowaniu GUS „Informacja o sytuacji społeczno-gospodarczej kraju w 2017 r.” [dalej „Opracowanie”] w ub.r. zatrudnienie w gospodarce narodowej wzrosło do 15,72 miliona osób, czyli ok. 430 tys. W sumie przez dwa lata liczba miejsc pracy w Polsce powiększyła się o ponad 900 tys., co należy uznać za bardzo optymistyczną informację.

Pozytyw nr 4: Kobiety żyją dłużej

Według danych zamieszczonych w “Opracowaniu” mediana wieku osób zmarłych w 2016 r. wyniosła 77 lat, podczas gdy 16 lat wcześniej było to 73 lata. Długość życia bardzo wyraźnie wydłużyła się wśród kobiet – aż o 4 lata, do 82 lat.

Negatyw nr 1: Długość życia mężczyzn praktycznie bez zmian

Niestety, długość życia mężczyzn przez ostatnie 16 lat praktycznie się nie zmieniła. Według “Opracowania” mediana wieku zmarłych mężczyzn w 2016 r. wyniosła 70 lat i jest to tylko o rok więcej niż na początku nowego millenium.

Negatyw nr 2: Wzrost cen żywności

Ceny żywności w całym 2017 r. wzrosły w porównaniu z ub.r. o 4,2 proc. To ponad pięć razy szybciej niż rok wcześniej. Średnioroczna cena masła wzrosła o 31 proc., owoców o 8 proc., jogurtów o 7,3 proc., a mięsa wieprzowego o 8,6 proc. Biorąc pod uwagę wzrost wynagrodzeń, w większości przypadków siła nabywcza pracujących konsumentów nie pogorszyła się w kontekście zakupów żywności.

Negatyw nr 3: Niski wzrost rent i emerytur

Dane zamieszczone w “Opracowaniu” pokazują, że w ub.r. przeciętny wzrost rent i emerytur z pozarolniczego systemu ubezpieczeń społecznych wyniósł 2,5 proc. To minimalnie powyżej ogólnego poziomu inflacji (2,0 proc), co jednak nie odpowiada dokładnie tzw. koszykowi zakupowemu emeryta czy rencisty. W przypadku zakupów żywnościowych siła nabywcza emerytów i rencistów obniżyła się ok 1,7 proc.

Jeszcze gorzej sytuacja przedstawiała się w przypadku rolników indywidualnych. Ich emerytury oraz renty średnio wzrosły tylko o 1,5 proc., co oznacza, że nawet biorąc ogólnie przyjęty poziom inflacji siła nabywcza tych świadczeniobiorców uległa obniżeniu w ciągu ubiegłego roku.

Negatyw nr 4: Emerytów i rencistów więcej o 237 tys.

Procesy demograficzne są nieubłagane i liczba emerytów w Polsce będzie rosnąć. Jednak IV kw. ub.r. był wyjątkowy. Obniżenie wieku emerytalnego spowodowało, że w ciągu jednego kwartału przybyło 237 tys. świadczeniobiorców. Emerytów i rencistów jest już 9126 tys. Dla porównania pomiędzy I kw. 2016 r. oraz III kw. 2017 r. liczba świadczeniobiorców wzrosła tylko o 4 tys – wg “Opracowania” GUS.

 

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

 

Koszty użytkowania mieszkań stanowią bardzo ważną pozycję w budżetach domowych polskich rodzin. Nawet osoby posiadające lokum wolne od kredytu hipotecznego, nie unikną sporych wydatków, które są związane z koniecznością opłacenia mediów i utrzymania budynku. Jak różnią się koszty użytkowania mieszkań należących do różnych właścicieli (spółdzielni, gmin, TBS-ów oraz osób prywatnych).  

Najemcy z TBS-ów mogą narzekać na koszty mieszkania 

Zebranie i podsumowanie danych o kosztach użytkowania mieszkań z całej Polski, zajmuje Głównemu Urzędowi Statystycznemu sporo czasu. Dlatego publikacja informacji z końca 2016 roku, nastąpiła dopiero po dziesięciu miesiącach. Poniższy wykres przedstawia wyniki badania średnich kosztów eksploatacji w podziale na lokale komunalne, spółdzielcze, własnościowe i społeczne (TBS). Oprócz opłaty czynszowej służącej do pokrycia kosztów administracji i utrzymania budynku, uwzględniono również koszty ciepłej wody, zimnej wody, ogrzewania oraz usuwania nieczystości.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, powody do narzekania nadal mogą mieć lokatorzy mieszkań komunalnych i mieszkań z TBS-ów. W przypadku tych lokali, stawki czynszowe kształtują się bowiem na wysokim poziomie. Osoby korzystające z usług towarzystw budownictwa społecznego, muszą co miesiąc płacić czynsz, który średnio wynosi aż 10,12 zł/mkw. Zdaniem ekspertów portalu RynekPierwotny.pl tak wysoka stawka wynika ze specyfiki działania TBS-u i konieczności spłaty kredytu zaciągniętego na budowę mieszkania.

W przypadku lokali komunalnych, nie ma mowy o spłacie kredytu inwestycyjnego poprzez czynsz. Tym niemniej, średnia miesięczna stawka czynszowa dla lokali wynajmowanych przez gminę, kształtuje się na relatywnie wysokim poziomie (4,51 zł/mkw. pod koniec 2016 r.). Według danych GUS-u z grudnia 2016 roku, znacznie niższa była średnia miesięczna opłata eksploatacyjna płacona przez spółdzielców (2,95 zł/mkw.) oraz zaliczka dla wspólnoty mieszkaniowej (2,38 zł/mkw.).

Sytuację lokatorów mieszkań komunalnych i społecznych pogarsza fakt, że takie osoby nie mogą liczyć na spore oszczędności dotyczące np. kosztów opomiarowanego zużycia wody oraz ogrzewania i usuwania nieczystości (patrz poniższy wykres). Stawki związane z nieopomiarowanym ogrzewaniem oraz poborem wody stają się coraz mniej istotne, gdyż szybko spada udział mieszkań pozbawionych urządzeń pomiarowych.

Przez 10 lat wzrosty komunalnego czynszu były drastyczne

Lokatorzy mieszkań z TBS-ów, zdążyli już przywyknąć do wysokiego poziomu czynszów. Nieco inna sytuacja dotyczy osób wynajmujących „M” od gminy. Informacje zaprezentowane w poniższej tabeli wskazują bowiem, że od 2006 r. do 2016 r. średni czynsz za mieszkania komunalne wzrósł aż o 86%. O wiele mniejsze podwyżki miały miejsce w przypadku czynszów z TBS-u (+45%), opłaty eksploatacyjnej w spółdzielniach mieszkaniowych (+32%) oraz zaliczek na rzecz wspólnoty mieszkaniowej (+38%).

Ogromna podwyżka czynszu w mieszkaniach komunalnych jest związana głównie z problemem zaległości płatniczych lokatorów. Dane GUS-u informują, że pod koniec 2016 r. zadłużenie czynszowe ciążyło na 46,5% lokali komunalnych. Znacznie niższe wyniki odnotowano dla mieszkań spółdzielczych (28,0%), własnościowych (16,8%) i społecznych (26,5%). Wg ekspertów portalu RynekPierwotny.pl samorządy próbują walczyć z czynszowym zadłużeniem, ale ich starania zwykle przynoszą skromne efekty. Dlatego ciężar podwyżek czynszu spada na tych lokatorów mieszkań komunalnych, którzy rzetelnie regulują swoje zobowiązania.

 

Styczniowa informacja GUS, komunikująca wstępne dane budownictwa mieszkaniowego, jak zwykle zawiera już pełne podsumowanie statystyk inwestycyjnych pierwotnego segmentu krajowej mieszkaniówki w zakończonym roku. Ten ostatni po raz czwarty z rzędu okazał się rekordowy pod względem sprzedażowym z ponad 20-proc. przebiciem. Nietrudno się więc domyślić, jaki był inwestycyjnie.

Inwestycje rozpoczęte w pogoni za popytem

Statystyki mieszkań, których budowę rozpoczęto, pobiły historyczne rekordy w sposób, który jeszcze rok temu mógł się wydawać zupełnie abstrakcyjny – tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl. W roku 2017 licząc ogółem ruszyła budowa 206 tys. mieszkań i domów jednorodzinnych, poprawiając dotychczasowy rekord o 18,4 proc. Z tego sami deweloperzy uruchomili w ub. roku budowę aż 105,4 tys. lokali, osiągając progres rdr bliski – bagatela – jednej czwartej.

Zdaniem Jarosława Jędrzyńskiego, głównego analityka portalu RynekPierwotny.pl tak nieprawdopodobnie wyśrubowane statystyki nowych budów są oczywiście pochodną rekordowego ruchu w deweloperskich biurach sprzedaży, wymuszającego konieczność bardzo intensywnego uzupełniania topniejącej w oczach oferty nowych mieszkań. W ponownie rekordowym sprzedażowo 2017 roku deweloperzy zakontraktowali o blisko 22 proc. więcej lokali licząc rok do roku. Daje to wolumen prawie 80 tys. mieszkań z pierwszej ręki, sprzedanych na siedmiu największych rynkach nieruchomościowych w kraju, a także oznacza podwojenie sprzedaży w ciągu 4 lat koniunkturalnej prosperity.

Rekordowa liczba pozwoleń na budowę

Podobnie bardzo atrakcyjnie prezentuje się sytuacja w ramach statystyk nowych pozwoleń na budowę. W tym przypadku po raz pierwszy w historii rynku pierwotnego roczny wolumen pozyskanych pozwoleń przekroczył ćwierć miliona, poprawiając wynik roku 2016 o ponad 18 proc. Podobnie jak w przypadku mieszkań rozpoczętych bezkonkurencyjni okazali się i tu deweloperzy, którzy zabezpieczyli na własne potrzeby prawie 129 tys. takich dokumentów, o ponad jedną piątą więcej rok do roku.

Jak wiadomo, statystyki nowych pozwoleń na budowę są podstawowym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów. Wygląda więc na to, że optymizm branży deweloperskiej w kwestii perspektyw rozwoju koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie, nie tylko pozostaje na stałym od miesięcy wysokim poziomie, ale wciąż przybiera na wartości.

Trudno jednak w tym przypadku odmówić deweloperom biznesowej intuicji. Liczba mieszkań rozpoczętych przez nich w ubiegłym roku niemal co do sztuki zgadza się z wolumenem pozwoleń uzyskanych rok wcześniej. Czy w takim razie deweloperzy w bieżącym roku mają zamiar ruszyć z budową zawrotnej liczby 130 tys.  mieszkań?

Mieszkania oddane z rosnącym potencjałem  

Kolejnym spektrum działalności inwestorów, w ramach którego także udało im się potwierdzić rosnącą rok do roku dynamikę w rekordowym wymiarze, są statystyki mieszkań oddanych do użytkowania. W sumie w 2017 roku GUS doliczył się ponad 178 tys. takich lokali, czyli o 9 proc. więcej niż rok wcześniej. W tej kategorii w roli lidera także wystąpili deweloperzy, którzy rezultatem bliskim 90 tys. poprawili wynik z 2016 roku o 13,5 proc.

Tym razem, zdaniem eksperta portalu RynekPierwotny.pl, warto jednak obok wyników rocznych zwrócić również uwagę na miesięczne, a więc wypracowane w grudniu ub. roku. Zarówno liczba mieszkań oddanych ogółem – 20,8 tys., jak i oddanych przez samych deweloperów – 10,7 tys., to wyniki jednomiesięczne historycznie najwyższe. Jest to efekt intensywnego rozkręcania spirali nowych inwestycji przed mniej więcej dwoma laty. Stąd też oczekiwania podobnie rekordowych wyników w kolejnych danych sygnalnych GUS są jak najbardziej uzasadnione.

Pytanie – co dalej?

Rok 2017 był dla branży deweloperskiej już po raz czwarty z rzędu niezwykle udany praktycznie na wszystkich frontach, zarówno tych inwestycyjnych jak i sprzedażowych. Przede wszystkim znakomicie dopisał rynkowy popyt na nowe mieszkania, który po raz kolejny okazał się rekordowy z nieprawdopodobną wręcz dynamiką.

Było to możliwe dzięki wciąż historycznie niskim poziomom krajowych stóp procentowych, dalszej eskalacji zainteresowania rządowym programem subwencji mieszkaniowych, ale przede wszystkim wciąż niewyczerpanemu strumieniowi kapitałów inwestycyjnych płynących w kierunku pierwotnego segmentu rodzimej mieszkaniówki. Czy w roku bieżącym istnieją przesłanki kontynuacji deweloperskich sukcesów minionych czterech lat?

Jak tłumaczy analityk portalu RynekPierwotny.pl w roku bieżącym deweloperski rynek mieszkaniowy najprawdopodobniej poddany zostanie pierwszej poważnej próbie od początku trwania koniunkturalnej prosperity. Po pierwsze program dopłat mieszkaniowych MdM, który zdecydowanie wspierał deweloperów od 2014 roku, definitywnie w styczniu zakończył swoją misję. Co więcej, jego miejsce zajmuje nowa polityka mieszkaniowa rządu z jej sztandarowym programem Mieszkanie Plus, który z czasem dla deweloperów może stawać się w odróżnieniu od MdM coraz większym problemem.

Do tego nieuniknione wydają się podwyżki cen mieszkań w zakresie istotnie większym niż ten dotychczasowy. Drastycznie zwyżkują ceny gruntów inwestycyjnych, wyraźnie materiałów budowlanych, rosną koszty pracy przy kurczącej się dostępności wykwalifikowanych pracowników. Nikt natomiast nie jest w stanie przewidzieć, jak zachowa się rynkowy popyt na mieszkania w środowisku wzrostu ich cen o 10-15 proc. w krótkim okresie czasu.

Coraz więcej wątpliwości budzą też planowane zmiany legislacyjne dotyczące rynku nieruchomości mieszkaniowych i samych deweloperów, jak choćby te dotyczące nowelizacji ustawy deweloperskiej.

W tej sytuacji o zdecydowanie optymistyczne wersje odpowiedzi na pytanie – co dalej z koniunkturą w pierwotnym segmencie krajowej mieszkaniówki, może być w 2018 roku dużo trudniej.

Prawie jedna czwarta ludności Polski to osoby po sześćdziesiątym roku życia. Przeciętne świadczenie emerytalne z ZUS wyniosło w 2016 r. 2205 zł. Z okazji Dnia Babci i Dziadka GUS przygotował najważniejsze informacje o polskich seniorach.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2016 r. 23,6 proc. ludności Polski stanowiły osoby po 60 roku życia. W tej grupie 30 proc. to osoby w przedziale 60-64 lata i 25 proc. w wieku 65-69 lat. Ponad 8 proc. to seniorzy w wieku ponad 85 lat.

Przeciętne świadczenie emerytalne z ZUS wyniosło w 2016 r. 2205 zł. 10 lat wcześniej średnia emerytura wynosiła nieco ponad 1305 zł.

Najważniejszą pozycją w wydatkach gospodarstw domowych emerytów stanowią żywność i napoje bezalkoholowe (26,2 proc.), użytkowanie mieszkania lub domu oraz nośniki energii (22,8 proc.). Na zdrowie seniorzy wydają średnio ok. 8,4 proc. swojego domowego budżetu.

Wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych w grudniu 2017 r. wzrósł o 2,1 proc. w porównaniu do grudnia 2016 r., a więc inflacja okazała się jednak nieco wyższa, niż wcześniej szacowano. Jej wzrost znów zawdzięczamy przede wszystkim mocno drożejącej żywności. W całym 2017 r. inflacja wyniosła 2 proc.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu mamy do czynienia z sytuacją, w której GUS koryguje w górę podany przez siebie szacunkowy miesięczny odczyt, według którego inflacja miała w grudniu obniżyć się z 2,5 do 2 proc. Okazała się nieznacznie, ale jednak wyższa, sięgając 2,1 proc. Ceny żywności poszły w górę o 5,8 proc. i choć to znacznie mniej niż zanotowane w listopadzie 6,5 proc., wciąż można mówić o zaskakująco wysokiej dynamice. Wystarczyła ona do podbicia ogólnego wskaźnika inflacji, mimo że paliwa dość nieoczekiwanie staniały o 1,3 proc. W przypadku paliw można mówić o przyjemnej niespodziance, szczególnie jeśli spojrzeć na grudniowe notowania ropy naftowej na giełdach, przekraczające 65 dolarów za baryłkę i sięgające obecnie prawie 70 dolarów. Skutki tej zwyżki złagodził mocny spadek kursu dolara.

Nadal utrzymuje się wysoka, sięgająca 2,6 proc. dynamika cen związanych z użytkowaniem mieszkania, w tym cen nośników energii. Tu wzrost był co prawda nieznacznie niższy niż w listopadzie, gdy sięgał 2,7 proc., ale to tylko efekt statystyczny, wynikający z wyższego punktu odniesienia w listopadzie 2016 r. W podobnie silnym jak miesiąc wcześniej tempie rosły ceny produktów i usług związanych ze zdrowiem (wzrost o 1,8 proc.), rekreacją i kulturą (zwyżka o 1,7 proc.) oraz płacone w hotelach i restauracjach (wzrost o 2,8 proc.). Tradycyjnie już mocno taniały odzież i obuwie, których ceny były niższe w porównaniu do grudnia 2016 r. o 4,8 proc.

Tempo wzrostu cen w całym 2017 r. sięgnęło 2 proc., a więc było wyraźnie wyższe niż się spodziewano. Złożył się na to wynoszący 4,6 proc. wzrost cen żywności oraz sięgająca 3,8 proc. zwyżka cen związanych z transportem (a więc uwzględniająca koszty paliwa). Spośród artykułów żywnościowych największy, wynoszący 31 proc. skok miał miejsce w przypadku cen masła. Jaja podrożały o 12,9 proc., owoce o 8 proc. O 5,5 proc. droższy był cukier, a mięso o 4,8 proc., w tym najbardziej popularne wieprzowe zdrożało o 8,6 proc. Tańsza o 5,9 proc. była odzież, a obuwie o 4,1 proc.

 

autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

 

 

Markit Economics podał, że w grudniu 2017 r. wskaźnik PMI dla niemieckiego przemysłu znalazł się na najwyższym w historii poziomie 63,3 pkt. To mocny zwiastun, że niezła koniunktura z ostatnich miesięcy utrzyma się w Niemczech również w tym roku, przynosząc wzrost PKB o co najmniej 2 proc. Gratulujemy sąsiadowi świetnych nastrojów i optymistycznych prognoz, ale też sami się cieszymy. Nadchodzi bowiem dobry czas dla polskich eksporterów. Przedstawiciele Banku Zachodniego WBK wskazują, że to okazja, aby umocnić relacje z niemieckimi odbiorcami.

Komisja Europejska przewiduje, że wzrost PKB Niemiec w 2018 r. sięgnie 2,1 proc., Bundesbank mówi o 2,5 proc., instytut Ifo o 2,6 proc. Co ważne, tegoroczne wzrosty wskaźników, zgodnie z analizami, dotyczyć będą i konsumpcji, i inwestycji. Dalej powinna poprawiać się też sytuacja w eksporcie oraz kondycja rynku pracy, w tym wynagrodzenia.

– Dobre wiadomości dla niemieckiej gospodarki to dobre wiadomości dla polskiej gospodarki, co wynika przede wszystkim z silnych relacji handlowych – wskazuje Piotr Bielski, szef Departamentu Analiz Ekonomicznych Banku Zachodniego WBK. Zgodnie z danymi GUS za okres styczeń-październik 2017 r. udział Niemiec w polskim eksporcie, wyniósł 27,4%.  W tym okresie wartość towarów sprzedanych przez polskie firmy na tym rynku wyniosła prawie 46,1 mld EUR.

 – Wiele krajowych firm jest włączonych w łańcuch dostaw niemieckiego przemysłu, więc bardzo szybko i bezpośrednio odczuwa efekty zwiększenia obrotów na tamtejszym rynku. Co ciekawe, dane pokazują, że stan koniunktury za granicą jest dla polskich eksporterów znacznie ważniejszym czynnikiem niż kurs złotego, determinujący ich konkurencyjność cenową – dodaje Piotr Bielski.

 

W ubiegłym roku wartość transakcji gruntami sięgnęła 22,67 mld zł. Choć w porównaniu do 2015 r. spadła o 12 proc., nadal była znacznie wyższa niż poprzednich latach. Wbrew obawom, obowiązujące od półtora roku zmiany zasad obrotu gruntami rolnymi nie wpłynęły na znaczące ograniczenie tego segmentu handlu nieruchomościami.

Według danych GUS, w 2016 r. w ramach 145 tys. transakcji właściciela zmieniło ponad 155 tys. nieruchomości gruntowych, a ich wartość sięgnęła 22,7 mld zł. To spadek o ponad 11 proc. pod względem liczby i o ponad 12 proc. w przypadku wartości obrotu w porównaniu do 2015 r., ale handel gruntami nadal był znacznie większy niż w poprzednich latach. Ubiegłoroczny spadek był jednak zjawiskiem wyjątkowym, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę bardzo duży, sięgający niemal 20 proc. wzrost liczby transakcji i przekraczający 36 proc. skok ich wartości w 2015 r., gdy już wiadomo było o planowanych zmianach ustawowych dotyczących ograniczenia obrotu ziemią rolną. Użytki rolne stanowiły niecałe 65 proc. liczby i 48 proc. transakcji wszystkimi nieruchomości gruntowych, dokonanymi w ubiegłym roku, a grunty pod zabudowę odpowiednio 34 i 51 proc. (pozostałe transakcje dotyczyły gruntów leśnych i zadrzewionych).

Liczba transakcji gruntami znajdującymi się w granicach miast wzrosła o 2,4 proc., a ich wartość była o 2,5 proc. wyższa niż w 2015 r. W przypadku nieruchomości poza granicami miast spadek liczby transakcji wyniósł 15,6 proc., a ich wartość była niższa o nieco ponad 25 proc. Pod względem obrotu gruntami pod zabudowę najbardziej intensywnie handlowano nieruchomościami w województwach mazowieckim, śląskim i małopolskim, gdzie dokonano prawie 21,3 tys. spośród 52,3 tys. transakcji dokonanych w całej Polsce, czyli niemal 41 proc. Pod względem wartości dominowały mazowieckie (ponad 3,9 mld zł), śląskie (1,34 mld zł) i wielkopolskie (1,1 mld zł), a łącznie udział tych trzech województw stanowił prawie 55 proc. sięgającej 11,6 mld zł transakcji ogółem, przy czym w mazowieckim koncentrowało się prawie 34 proc. wartości wszystkich transakcji gruntami pod zabudowę zawartych w kraju. Udział drugiego pod tym względem województwa śląskiego sięgnął 11,5 proc., a wielkopolskiego 9,2 proc. W obrocie gruntami rolnymi różnice między liderami były zdecydowanie mniejsze. Dominowało wielkopolskie, gdzie dokonano 11,7 proc. transakcji pod względem liczby i prawie 18 proc. pod względem wartości. W mazowieckim było to odpowiednio 10,3 i 10 proc., a w małopolskim 10 i 10,7 proc.

Choć ogólna skala obrotu gruntami zakwalifikowanymi jako użytki rolne, sięgająca ponad 100 tys. transakcji, obejmujących niemal 135 tys. hektarów o łącznej wartości prawie 11 mld zł może robić wrażenie, to warto zwrócić uwagę, że średnia powierzchnia gruntu zmieniającego właściciela sięgała zaledwie 1,34 hektara (w granicach miasta wynosiła 0,4 ha, a na obszarach wiejskich niecałe 1,6 ha). Najmniejszą średnią powierzchnią gruntu będącego przedmiotem transakcji, sięgającą 0,4 ha, zanotowano w województwie małopolskim, a największą wynoszącą 3,7 ha, w warmińsko-mazurskim. Średnia wartość transakcji gruntami rolnymi dla całej Polski wyniosła 108 tys. zł, najwyższą, przekraczającą 150 tys. zł, notowano w województwach dolnośląskim, wielkopolskim i warmińsko-mazurskim. Średnia cena za hektar w ramach kraju wahała się od 34 tys. zł w województwie lubelskim do 294 tys. zł w małopolskim.

Średnia powierzchnia i ceny gruntów przeznaczonych pod zabudowę charakteryzowały się znacznym zróżnicowaniem, w zależności od przeznaczenia. Dominującą z tego punktu widzenia zarówno pod względem liczby, jak i wartości transakcji, stanowiły grunty określane jako „zabudowa inna”, a więc o bardzo ogólnym i szerokim przeznaczeniu, w odróżnieniu od zarezerwowanych pod zabudowę mieszkaniową, przemysłową i handlowo-usługową. Jej udział wynosił 68 proc. pod względem liczby i aż 78 proc. pod względem wartości transakcji gruntami ogółem.

Średnia cena za metr kwadratowy gruntu pod zabudowę mieszkaniową wynosiła w ubiegłym roku 57,6 zł, pod zabudowę przemysłową 40,5 zł, handlowo-usługową 97,9 zł, a inną 67,5 zł, ale były jednocześnie bardzo zróżnicowane w zależności od lokalizacji (dla zabudowy innej od 20 do 45 zł poza granicami miast, do nawet 200 zł w miastach i ponad 300 zł w miastach na prawach powiatu).

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Zadłużenie wszystkich firm notowanych w Krajowym Rejestrze Długów sięga już 10 miliardów złotych, a średni dług przekracza 41,5 tysiąca złotych. To kwota, na którą mikroprzedsiębiorstwo zatrudniające do 9 pracowników musiałoby pracować przez 8 miesięcy.

Długi wszystkich firm wpisanych do Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej wynoszą obecnie 9,99 miliarda złotych. Ta kwota to łączna wartość niemal 962 tysięcy zobowiązań niezapłaconych w terminie przez niespełna 241 tysięcy dłużników. Jedna firma ma więc średnio do spłacenia 4 zobowiązania warte razem 41,5 tysiąca złotych.

– Na największych polskich firmach, czy nawet rynkowych średniakach, te kwoty nie robią większego wrażenia. Musimy jednak pamiętać, że zdecydowana większość firm działających w Polsce to mikroprzedsiębiorstwa i to często one mają problem z odzyskaniem pieniędzy. W ich przypadku brak płatności na kwotę kilkudziesięciu, czy nawet kilkunastu tysięcy złotych to dramat. Zdarza się, że kończący się bankructwem firmyuważa Jakub Kostecki, prezes Kaczmarski Inkasso.

Według najnowszych dostępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego dotyczących mikrofirm, w 2016 roku działalność gospodarczą w Polsce prowadziły ponad 2 miliony przedsiębiorstw o liczbie pracujących do 9 osób. Dochód przypadający na jedną taką firmę przekraczał 62 tysiące złotych.

Średni dług firmy notowanej w Krajowym Rejestrze Długów na poziomie 41,5 tysiąca złotych stanowi 2/3 tej kwoty. Mikrofirma, której dłużnik bądź dłużnicy nie oddali takiej kwoty, musiałaby pracować na nią przez 8 miesięcy. To oczywiście porównanie mające na celu pokazanie skali problemu. Pomysł, żeby firma pracowała na pieniądze, których nie zapłacili jej dłużnicy jest mocno abstrakcyjny. Niestety wiele firm w Polsce go praktykuje – podsumowuje Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów.

3 województwa i ponad 4 miliardy złotych długów

Największe łączne zadłużenie mają firmy zarejestrowane w województwie mazowieckim (1,79 miliarda złotych), śląskim (1,49 mld zł) oraz wielkopolskim (1,05 mld zł). Długi firm z tych regionów wynoszą w sumie 4,33 miliarda złotych, czyli ponad 43% wartości nieopłaconych w terminie zobowiązań wszystkich firm wpisanych do Krajowego Rejestru Długów.

Dług przypadający na jedną zadłużoną firmę w tych województwach sięga 40,86 tysiąca złotych (Mazowsze), 45,05 tysiąca złotych (Wielkopolska) oraz 47,38 tysiąca złotych (Śląsk). Żadne z wymienionych nie jest jednak liderem zestawienia. Najwyższe miejsce na podium zajmuje województwo pomorskie, gdzie jedna firma-dłużnik ma średnio do oddania 50 tysięcy złotych. Dla porównania, przeciętne zadłużenie w skali kraju wynosi 41,52 tysiąca złotych.

Niechlubnym rekordzistą tego zestawienia jest spółka z województwa śląskiego, której łączne zaległości przekraczają 103 miliony złotych. Na tę kwotę składają się trzy zobowiązania wobec funduszu sekurytyzacyjnego. Dłużnik z rekordowym w skali kraju długiem działa w branży handlowej – opisuje  Adam Łącki.

Są złe, ale są też dobre wiadomości

W drugim kwartale 2017 roku aż 86 procent firm, czyli o 5 punktów procentowych więcej niż w pierwszym kwartale, wskazuje na kłopoty z otrzymaniem zapłaty od kontrahentów w umówionym terminie. To wynik badania „Portfel należności polskich przedsiębiorstw” przeprowadzonego przez Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej i Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce.

Dlatego właśnie w sytuacji, w której kontrahent nie płaci w terminie kluczowe jest szybkie i zdecydowane działanie. Im szybciej podjęte zostaną działania mające na celu odzyskanie pieniędzy, tym większa szansa, że zakończą się one sukcesem, a pieniądze trafią na konto firmy. W najbliższym czasie przedsiębiorcom mogą w tym pomóc nowe przepisy dotyczące biur informacji gospodarczej.

Od 13 listopada 2017 roku obowiązywać będzie znowelizowana ustawa o udostępnianiu informacji gospodarczych i wymianie danych gospodarczych. Kluczową zmianą jest możliwość wpisania dłużnika do KRD już po 30 dniach od upłynięcia terminu płatności, a nie jak dotychczas po 60. Skrócenie tego okresu o połowę ułatwi wielu przedsiębiorcom odzyskanie pieniędzy od nierzetelnych kontrahentów wyjaśnia Konrad Siekierka, radca prawny z kancelarii Via Lex.

Warto też pamiętać o windykacji na koszt dłużnika. Taką możliwość wprowadziła ustawa o terminach zapłaty w transakcjach handlowych, która weszła w życie w kwietniu 2013 roku.

Choć liczba firm korzystających z tego rozwiązania rośnie, to wielu przedsiębiorców wciąż nie zdaje sobie sprawy z istnienia takiej możliwości. A szkoda, bo często wystarczy jeden telefon z firmy windykacyjnej, żeby przekonać dłużnika do oddania pieniędzy. Kluczowe jest jednak szybkie podjęcie działań. Im młodszy dług, tym większa szansa na odzyskanie pieniędzy – podsumowuje Jakub Kostecki.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

4473 zł – tyle, wg opublikowanych we wtorek danych GUS, Polacy zarabiali we wrześniu br. Średnia pensja w rok wzrosła o ponad 6 proc. I to nie koniec dobrych wieści. – Przed nami kolejne podwyżki płac – zapowiada Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Wielu polskich pracowników, zżyma się, porównując GUS-owskie dane o średniej krajowej z kwotą, która co miesiąc wpływa na ich konta. Dzieje się tak, ponieważ dane o zarobkach publikowane przez Główny Urząd Statystyczny po pierwsze dotyczą przedsiębiorstw, które zatrudniają co najmniej 9 pracowników i z reguły płacą lepiej niż małe firmy. Po drugie wartości wynagrodzeń brutto przewyższają o ok. jedną trzecią to, co pracownik dostaje, potocznie mówiąc, na rękę.

Na dodatek publikowana co miesiąc przeciętna płaca w Polsce nie jest medianą. Dane mocno zawyżają ludzie na najwyższych i najlepiej opłacanych stanowiskach. Tym niemniej zmieniające się kwoty oddają rynkowe tendencje. I wynika z nich, że na polskim rynku pracy dzieje się coraz lepiej. We wrześniu 2007 r. GUS informował o wynoszącej 2859 zł średniej pensji brutto w sektorze przedsiębiorstw, pięć lat później było to już 3771 zł, a rok temu 4218 zł. Płace rosły zatem regularnie, aż do opublikowanych dziś danych za wrzesień br. – 4473 zł.

Dobre widoki na co najmniej kilka lat?

– Wzrost płac wynika z polepszającej się sytuacji na polskim rynku pracy. Bezrobocie maleje przy jednoczesnym wzroście zatrudnienia. Tworzy się coraz więcej miejsc pracy w tempie szybszym niż następuje przyrost wykwalifikowanych pracowników. Powoduje to z kolei, że pracodawcy oferują wyższe wynagrodzenie, by znaleźć odpowiednich pracowników – tłumaczy Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Według analityka Cinkciarz.pl sytuacja gospodarcza sprzyja temu, by pensje w Polsce nadal rosły. Jak długo? Co najmniej przez kilka najbliższych lat. – Mamy obecnie do czynienia z ożywieniem gospodarczym, nie tylko w Polsce, ale także w niemal całej strefie euro oraz w większości Europy. Można powiedzieć, że polska gospodarka znalazła się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i prawdopodobieństwo pogorszenia się tego stanu jest obecnie ograniczone – analizuje Bartosz Grejner.

Rumunia, Czechy, Niemcy, Polska – różne tempo, ale zgodny kierunek

Ożywienie gospodarcze charakterystyczne dla wielu państw Europy sprawia, że średnie płace rosną nie tylko w Polsce. W ogólnie wzrostowym kursie dość istotnie różni się natomiast dynamika zmian pomiędzy poszczególnymi krajami. Niższa dotyczy np. bogatych Niemiec, wyższa np. Rumunii, która ciągnie się w ogonie unijnego rankingu pod względem wysokości średniej płacy, ale już pod względem tempa wzrostu znajduje się w czołówce. – W kolejnych miesiącach tego roku skala zmian w Rumunii systematycznie przekraczała 10 proc. w porównaniu do danych sprzed 12 miesięcy – określa analityk Cinkciarz.pl.

Pensje rosną także np. w Czechach, gdzie sytuacja na rynku pracy wygląda jeszcze lepiej niż w Polsce. Wynagrodzenia Czechów rosły w ostatnim okresie w podobnym tempie co Polaków, mimo że koszty pracy w Czechach są wyższe niż w Polsce. – Stopa bezrobocia u naszych południowych sąsiadów jest także najniższa w całej Unii Europejskiej. Wszystko przy wzroście gospodarczym na poziomie 4,5 proc. w II kw. br., również wyższym od notowanego w Polsce, który wynosi 3,9 proc. – opowiada Bartosz Grejner.

Czy kiedyś będziemy zarabiać tak jak Niemcy?

Niemiecki rynek pracy przyciąga wielu pracowników z Polski. Trudno się dziwić, skoro średnia płaca u naszych zachodnich sąsiadów wynosi ok. 3,7 tys. euro. Czy doczekamy czasów, w których zrównają się pensje w krajach po obu stronach Odry?

W ciągu ostatniej dekady (2007 – 2016), wynagrodzenia Niemców rosły przeciętnie o 2,05 proc., podczas gdy tempo wzrostu zarobków w Polsce było dwukrotnie wyższe i wyniosło 4,17 proc. Mimo to nadal istnieje przepaść – niemiecki pracownik może liczyć na blisko czterokrotnie wyższe średnie wynagrodzenie niż zarabiający w Polsce.

Załóżmy, że zarówno w Polsce, jak i w Niemczech utrzyma się wspomniane powyżej tempo wzrostu płac i podobne pozostaną stopy inflacji. W praktyce to mało prawdopodobne, ale w teorii możliwe. Gdyby zatem Polskę i Niemcy nadal cechowało tempo wzrostu zarobków o – odpowiednio – 4,17 proc i 2,05 proc, kiedy zrównają się pensje w obu państwach? Obliczyliśmy: to mogłoby się zdarzyć za nieco ponad 83 lata.

Bogatszemu trudniej o imponujący wzrost

Trzeba jednak wyjaśnić, dlaczego to dość optymistyczny scenariusz dla Polski. – Otóż wraz z rozwojem gospodarczym i zbliżaniem się rynku wschodzącego do poziomu kraju już dobrze rozwiniętego, jak np. Niemcy, tempo wzrostu zaczyna spadać – tłumaczy analityk rynkowy Cinkciarz.pl. – To logiczna kolej rzeczy, ponieważ kraj “goniący” z czasem staje się coraz lepiej rozwinięty i coraz bogatszy, a wtedy traci dynamikę z początkowych lat progresji. Problemem w takim przypadku może okazać się także tzw. pułapka średniego dochodu. To sytuacja, w której państwo po osiągnięciu określonego poziomu dochodów traci część przewagi konkurencyjnej, np. niskiego kosztu wysoce wykwalifikowanej siły roboczej – wyjaśnia analityk Cinkciarz.pl.

Gdyby trzymać się wersji o “nieco ponad 83 latach”, to zarobki Polaków i Niemców mogłyby się zrównać w 2101 r. Niestety… – Obserwowane obecnie szybkie tempo wzrostu płac w naszym kraju może spowolnić, stąd realnie będzie nam bardzo trudno dogonić wynagrodzenia Niemców przed początkiem XXII w. – określa analityk Cinkciarz.pl.

Autor: Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

 

 

 

 

 

W ubiegłym roku z Polski wyemigrowało prawie 120 tys. osób. Na koniec 2016 r. poza granicami przebywało 2,5 mln Polaków – podał GUS.

Z informacji GUS o rozmiarach i kierunkach czasowej emigracji z Polski wynika, że w latach 2004 – 2016 poza granicami Polski przebywało czasowo około 2,5 mln mieszkańców naszego kraju, tj. o 118 tys. (4,7 proc.) więcej niż w 2015 roku.

W Europie w 2016 r. przebywało około 2,2 mln osób, przy czym zdecydowana większość – około 2,1 mln  – w krajach członkowskich UE. Liczba ta zwiększyła się o 113 tys. w stosunku do 2015 roku.

Spośród krajów UE, najwięcej polskich emigrantów przebywało w Wielkiej Brytanii (788 tys.), Niemczech (687 tys.), Holandii (116 tys.) oraz w Irlandii (112 tys.).

Z danych GUS wynika, że w 2016 r. odnotowano znaczący wzrost liczby Polaków przebywających w Wielkiej Brytanii oraz w Niemczech, czyli w głównych krajach docelowych emigracji z Polski w ostatnich latach. W przypadku Wielkiej Brytanii w porównaniu do 2015r. odnotowano wzrost o 68 tys. (9,4 proc.), z kolei w Niemczech liczba przebywających Polaków zwiększyła się o 32 tys. (ok. 5 proc.).

Wzrost liczby przebywających czasowo Polaków zaobserwowano również w innych krajach UE – Austrii, Belgii, Danii, Holandii, Irlandii i Szwecji. Niewielki spadek liczby emigrantów z Polski w stosunku do roku poprzedniego odnotowano natomiast w Hiszpanii i Włoszech.

Jednocześnie nastąpił dalszy wzrost liczby osób, zameldowanych na stałe w Polsce, a przebywających przez okres powyżej 3 miesięcy w krajach europejskich nienależących do UE – najwięcej w Norwegii, gdzie w 2016r. przebywało 85 tys. Polaków.

Szacuje się, że około 80 proc. czasowych emigrantów z Polski przebywa za granicą co najmniej 12 miesięcy; osoby te zaliczane są do emigrantów długookresowych.

GUS zaznaczył, że wyniki szacunku opracowanego przez GUS pokazują przede wszystkim trend oraz kierunki wyjazdów Polaków i nie powinny być traktowane jako „twarde” dane, a jako wartości przybliżone. Szacunek jest utrudniony ze względu na różne systemy ewidencjonowania przepływów migracyjnych istniejące w poszczególnych krajach, oraz różną dostępność danych o migracjach” – podkreślono w raporcie.

Źródło: www.kurier.pap.pl

Rosnące ceny mieszkań, to jeden z czynników, który przeważnie skłania Polaków do budowy własnych domów – sugerują dane zebrane przez Open Finance. Nie inaczej jest i tym razem. Huraoptymizmowi panującemu na rynku mieszkaniowym towarzyszy dziś też najwyższa od ponad 8 lat liczba domów, które Polacy zaczęli budować na własne potrzeby.

Co leży u zarania decyzji o budowie domu? Potrzeba to rzecz jasna, ale zanim zdecydujemy się kupić działkę, zdobyć pozwolenia i rozpocząć inwestycję, potrzebne jest finansowanie i motywacja. Bez wątpienia łatwiej podjąć decyzję o budowie własnego „dachu nad głową”, gdy rosną wynagrodzenia, spada ryzyko utraty pracy, a banki chętnie pożyczą brakujące pieniądze na materiały i opłacenie murarzy, dekarzy i stolarzy.

Drożejące mieszkania przekonują do domu

Dane dostępne za ostatnie lata pokazują też inną ciekawą korelację. Okazuje się bowiem, że Polacy w 1-2 lata od momentu, w którym zaczynają drożeć mieszkania, chętniej rozpoczynają budowy domów. Było tak w latach 2005-2008, kiedy mieszkania bardzo szybko drożały, a liczba budów rozpoczynanych przez inwestorów indywidualnych wzrosła o ponad połowę.

Podobnie sytuacja rozwijała się w okresie bieżącego ożywienia. Na początku ceny mieszkań rosły bardzo powoli. Początek tego procesu przypada na połowę 2013 roku. Przyspieszenie notujemy dopiero od 2016 roku. Jak zmieniała się w tym czasie liczba rozpoczynanych budów przez osoby fizyczne? Do 2014 roku skala inwestycji była stabilna. Potem nastąpiło ożywienie, a już od drugiej połowy 2016 roku mamy do czynienia z prawdziwym boomem.

Domy rosną gdy mieszkania drożeją

Nie powinno więc dziwić, że dziś – gdy na rynku mieszkaniowym trwa nienotowane nigdy wcześniej ożywienie – dobra koniunktura na poważnie wkroczyła też w sektor budownictwa indywidualnego. Bez wątpienia sprzyja temu poprawiająca się kondycja finansowa gospodarstw domowych. Rosną przecież wynagrodzenia i zatrudnienie, a i program 500+ ma dla wielu rodzin niebagatelne znaczenie. W efekcie, gdyby zsumować dane na temat liczby rozpoczynanych przez Polaków inwestycji za ostatnie 12 miesięcy, otrzymalibyśmy w sierpniu wynik na poziomie 93,7 tysięcy. Są to przede wszystkim domy jednorodzinne budowane na własne potrzeby. Jest to najwyższy wynik od ponad 8 lat. Odpowiednie dane GUS publikuje od 2005 roku. Poprzedni historyczny rekord przypadł na rok 2008. Wtedy gdyby we wrześniu zsumować domy, których budowę rozpoczęły osoby fizyczne, otrzymalibyśmy wynik na poziomie 97 tysięcy – niewiele więcej niż wynika z aktualnych statystyk. Warto dodać, że rekord roku 2008 wypadł w rok po trzecim kwartale 2007 roku, kiedy wg. NBP ceny mieszkań w największych miastach osiągnęły szczyt.

Powiązanie między cenami mieszkań i liczbą domów, których budowę rozpoczynają osoby fizyczne, wydaje się to w pełni uzasadnione. Jeśli bowiem ktoś, odstraszony wysokimi cenami mieszkań podejmuje decyzję o budowie domu, to najpierw musi kupić ziemię, wybrać projekt i budowniczych, a potem uzyskać jeszcze pozwolenie na budowę. To wszystko trwa. Nie powinno więc dziwić, że dopiero kilkanaście miesięcy po wzrostach cen mieszkań materializują się decyzje o budowie domów.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Najnowsze dane GUS pokazują, że inflacja wzrosła do 2,2%. Przy takim poziomie zdecydowana większość lokat bankowych przynosi straty w ujęciu realnym. Z wyliczeń Expandera wynika, że aby zarabiać, ich oprocentowanie musi wynieść przynajmniej 2,72%. Tymczasem banki oferują średnio 1,47%. Nie powinno więc dziwić, że Polacy wypłacili z banków już 9% (26 mld zł) swoich oszczędności, a firmy aż 17% (16 mld zł).

Ze wstępnych danych GUS wynika, że wyraźnie przyspieszył wzrost cen w Polsce – we wrześniu były one 2,2% wyższe niż przed rokiem. To nie tylko oznacza, że musimy wydawać więcej na życie. Dodatkową konsekwencją jest również to, że pieniądze, które nie pracują, szybciej tracą na wartości. Przy wyższej inflacji rosną również wymagania w stosunku do lokat bankowych. Ich oprocentowanie musi wynieść teraz przynajmniej 2,72%, żeby zapewnić nam choćby utrzymanie realnej wartości posiadanych oszczędności.

Na przeciętnej lokacie tracimy 100 zł

Wzrost cen sprawia, że co prawda po zakończeniu lokaty otrzymujemy więcej pieniędzy niż na nią wpłaciliśmy, ale i tak możemy za te środki kupić mniej niż na początku. Dla przykładu, deponując 10 000 na lokacie rocznej z oprocentowaniem 1,5%, po roku otrzymamy 10 122 zł (odliczając podatek). Jednak ze względu na wzrost cen, za towary, które wcześniej kosztowały 10 000 zł, trzeba będzie zapłacić 10 220 zł. W rezultacie, tak naprawdę zakładając taką lokatę tracimy w ujęciu realnym prawie 100 zł.

Nie powinno więc dziwić, że Polacy wypłacają pieniądze z lokat. W sierpniu wycofali kolejny już miliard złotych, a od lutego 2016 r. – 26,6 mld zł. Firmy wypłaciły natomiast 16,2 mld zł. W ich przypadku relatywne wypłaty były jednak nawet większe w porównaniu do gospodarstw domowych, gdyż 16,2 mld zł oznacza spadek aż o 17%. Warto jednak dodać, że nie ma w tym nic złego, jeśli ktoś wypłaca pieniądze z lokaty i inwestuje je efektywniej. Niestety w wielu przypadkach zniechęcenie do lokat objawia się tym, że oszczędności trzymane są na zwykłych, nieoprocentowanych rachunkach bankowych. W takiej sytuacji tracą na wartości jeszcze bardziej.

Nowe obligacje skarbowe na 1,5%

Co ciekawe, mimo że Polacy zniechęcili się do niskiego oprocentowania, Ministerstwo Finansów zdecydowało się wprowadzić 3-miesięczne obligacje skarbowe z oprocentowaniem 1,5% w skali roku. Taki poziom jest zbliżony do przeciętnego oprocentowania w bankowych i również nie daje szansy na zysk wyższy od inflacji. Na tą ofertę powinni jednak zwrócić uwagę klienci PKO BP. Bank ten na 3-miesiecznej lokacie oferuje im bowiem 0,5%-0,8% zysku. Tymczasem, za pośrednictwem jego systemu obsługi elektronicznej, w kilka chwil można skorzystać z obligacji dającej 1,5% zarobku. Oczywiście obligacje te bez problemu mogą kupić także klienci innych banków.

Warto też dodać, że dużo wyższe oprocentowanie uzyskamy inwestując w obligacje przedsiębiorstw. Dla przykładu PKN Orlen niedawno oferował 2,81% w skali roku. Bez problemu znajdziemy też inne firmy zachęcające do swoich obligacji z oprocentowaniem 5%-6%. W przypadku tego rodzaju inwestycji trzeba jednak pamiętać, że ryzyko jest znacznie większe niż w przypadku lokat bankowych czy obligacji skarbowych. W sytuacji upadłości przedsiębiorstwa oferującego swoje obligacje, możemy nie odzyskać części lub nawet całości zainwestowanej kwoty.

 

Źródło : Jarosław SadowskiGłówny analityk Expander Advisors

Najnowsze dane GUS, opublikowane w ramach Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności, pokazują aktualny (za pierwszy kwartał 2017 r.) obraz rynku pracy, budzącego coraz większe zainteresowanie i zróżnicowane oceny. Z jednej strony mamy zadowolenie z najniższego w historii bezrobocia i zwiększających się płac, z drugiej zaś kłopoty firm ze znalezieniem chętnych do pracy i wynikające z rosnących kosztów zatrudnienia. Dochodzą do tego obawy dotyczące przyszłych tendencji, które mogą ograniczać możliwości rozwojowe gospodarki i powodować wzrost obciążeń związanych z ograniczoną wydolnością systemu emerytalnego, przy jednoczesnym niedostatecznym stopniu zapewnienia poziomu życia po zakończeniu aktywności zawodowej. Prezentujemy najważniejsze liczby, charakteryzujące sytuację na rynku pracy oraz ciekawe zjawiska, które często umykają uwadze, patrząc na najbardziej ogólne dane.

  • 16 mln 281 tys. – liczba osób pracujących
  • 15 mln 639 tys. – liczba pracujących w wieku produkcyjnym. Z porównania tych dwóch liczb wynika, że wśród pracujących jest 642 tys. osób, które osiągnęły już wiek emerytalny (lub nie ukończyły 15 roku życia)
  • 8 mln 964 tys. – to liczba pracujących mężczyzn
  • 7 mln 317 tys. – pracujące kobiety
  • 9 mln 809 tys. – pracujący mieszkańcy miast
  • 6 mln 472 tys. – pracujący na wsi
  • 12 mln 919 tys. – zatrudnieni w charakterze pracowników najemnych
  • 2 mln 954 tys. – pracujący na własny rachunek. Ta grupa stanowi 18,1 proc. ogółu pracujących. Jednocześnie 632 tys. (czyli nieco więcej niż co piąty) pracujących na własny rachunek jest także pracodawcą, czyli zatrudnia pracowników najemnych. Z tej grupy 6,4 proc. pracujących niezatrudniających pracowników to tzw. samozatrudnieni zależni ekonomicznie, czyli pracujący wyłącznie dla jednego klienta lub zleceniodawcy
  • 409 tys. – to liczba członków rodzin pomagających pracującym na własny rachunek
  • 3 mln 401 tys. – liczba osób posiadających umowę o pracę na czas określony. Prawie dwie trzecie (61 proc.) z nich godzi się na taką formę, nie mogąc znaleźć stałej pracy, niemal 20 proc. taką formę pracy uznaje za odpowiednią dla siebie, dla 10,6 proc. wiąże się ona z okresem próbnym, a 8,6 proc. dorabia w ten sposób w czasie nauki, odbywa staż lub przyucza się zawodu
  • 1 mln 204 tys. – tyle osób pracowało w niepełnym wymiarze czasu. Z tej liczby 257 tys. chciałoby pracować dłużej, ale nie ma takiej możliwości
  • 9 mln 402 tys. – liczba pracujących w sektorze usług (57,7 proc. ogółu pracujących)
  • 5 mln 148 tys. – pracujący w przemyśle (31,6 proc. ogółu)
  • 1 mln 676 tys. – pracujący w rolnictwie (10,3 proc. ogółu)
  • 901 tys. osób – liczba pracujących w więcej niż jednym miejscu pracy
  • 266 tys. – tyle osób poszukiwało pracy innej niż obecnie wykonywana
  • 474 tys. – liczba osób pracujących na podstawie innej niż umowa o pracę (umowa zlecenie, o dzieło, kontrakt managerski, formy mieszane, inna umowa cywilno-prawna). Pracujący w ten sposób stanowili 3,7 proc. ogółu pracujących
  • 53,2 % – wskaźnik zatrudnienia, pokazuje odsetek osób pracujących w ogólnej liczbie ludności w wieku 15 lat i więcej
  • 71,3 % – wskaźnik zatrudnienia w grupie osób w wieku produkcyjnym
  • 926 tys. – liczba bezrobotnych. Różni się ona od podawanej zazwyczaj przez GUS liczby bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy (na koniec czerwca wynosi ona 1 mln 152 tys.) z powodu odmiennej definicji osoby bezrobotnej. Średni czas poszukiwania pracy przez osobę bezrobotną sięga jednak prawie 10 miesięcy
  • 13 mln 405 tys. – liczba osób biernych zawodowo (nie pracujących i nie poszukujących pracy). Stanowiła ona 43,8 proc. ogółu ludności powyżej 15 roku życia
  • 5 mln 383 tys. – tyle osób spośród biernych zawodowo było w wieku produkcyjnym

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Klimatyzatory i wentylatory to nie jedyny ratunek w upalne dni. W walce z temperaturą pomóc może wiele trików, których obszerną listę przygotował Open Finance.

Gdy temperatura przekracza 30 stopni wystarczy kilka dni, aby z półek sklepowych zniknęły urządzenia dające choć trochę wytchnienia. Nie inaczej będzie najpewniej i w tym roku. Choć kapryśne lato kazało nam czekać do przełomu lipca i sierpnia, to upały w końcu do Polski dotarły. Niestety – jeśli wierzyć prognozom IMGW – planują pozostać z nami na dłużej, a temperatura może w cieniu przekroczyć nawet 35 stopni Celsjusza.

  1. Załóż klimatyzację jak 150 tysięcy Polaków

Taka aura jest dla wielu nie tylko uciążliwa, ale może stanowić poważne zagrożenie dla zdrowia i życia. Nie powinno więc dziwić, że coraz więcej Polaków decyduje się na montaż klimatyzacji w domu lub mieszkaniu. Takich szczęśliwców może być już nawet ponad 150 tysięcy – wynika z szacunków Open Finance opartych o dane GUS. Najbardziej komfortowa klimatyzacja centralna, dzięki której można schłodzić każdy pokój z osobna, to najrzadziej spotykane rozwiązanie. Na tego typu urządzenie zdecydowało się około 25-30 tys. gospodarstw domowych. Koszt instalacji dobrej jakości wraz z montażem dla 2-pokojowego mieszkania to około 5-10 tys. zł.

Problem w tym, że trzeba mieć trochę szczęścia, aby w trakcie najgorszych upałów znaleźć sprawdzoną ekipę do montażu urządzeń. Może się też okazać, że na instalację zgodzić musi się konserwator zabytków, spółdzielnia lub wspólnota mieszkaniowa.

Bardziej doraźnym rozwiązaniem może być zakup klimatyzatora przenośnego. Jest to najpopularniejsze w Polsce rozwiązanie (zdecydowało się nań 60% użytkowników). Ma ono kilka niekwestionowanych zalet – można go używać bez specjalnych pozwoleń, kupić za relatywnie małe pieniądze (1-2 tys. zł), a do tego po sezonie po prostu schować. Niestety nie brakuje mu też wad. Jest głośny, zużywa dużo energii elektrycznej, ochłodzi ograniczoną powierzchnię przeważnie w granicach od 15 do 30 metrów, a ciepłe powietrze trzeba odprowadzić na zewnątrz szeroką rurą, co może wymagać otwarcia okna.

  1. Wprowadź powietrze w ruch

Nie zawsze jest sens aż tyle inwestować w poprawę klimatu przez kilka dni w roku. Trudno się wiec dziwić, że najpowszechniejszym sposobem na ukojenie w trakcie upałów są wiatraki. Rozwiązań jest wiele, ale na szczególną uwagę zasługują – znane z amerykańskich filmów – wiatraki sufitowe. Zasada działania jest banalnie prosta. Mają one wprawiać w ruch powietrze, które opływając ciało pobudza parowanie i przynosi ulgę. Podstawowym plusem jest cena. Stojący wiatrak to wydatek rzędu od kilkudziesięciu do kilkuset złotych. Gdyby ktoś wolał zamontować sobie wiatrak sufitowy wyda więcej – od niecałych 400 zł do ponad tysiąca. Jest to rozwiązanie cichsze niż przenośny klimatyzator.

  1. Zasuń rolety

Nie jest jednak tajemnicą, że „lepiej zapobiegać niż leczyć”. Dlatego w trakcie relaksu przed klimatyzatorem lub wiatrakiem warto się też zastanowić nad tym jak nie wpuścić upału do mieszkania. Zaskakująco skutecznym sposobem może okazać się założenie zewnętrznych rolet okiennych. Latem mogą one chronić domowników nie tylko przed wzrokiem sąsiadów i zakusami złodziei, ale też przed słońcem. Warto taką inwestycję rozważyć, ponieważ latem najwięcej ciepła dostaje się do mieszkania właśnie przez okna. Dla porównania przez dach czy ściany do mieszkania dostawać się może nawet kilkanaście razy mniej ciepła. Jeśli więc nie rolety zewnętrzne, to przynajmniej żaluzje, rolety montowane wewnątrz czy nawet proste zasłonki powinny być nieodzownym minimum w walce z tropikalnymi upałami.

  1. Posadź rośliny

Inwestycja, która dopiero za kilka lat da odrobinę ochłody są rośliny – drzewa, krzewy czy pnącza  – gdy tylko urosną odbiją lub zasymilują przynajmniej część promieni słonecznych, które w normalnych warunkach dostałyby się do domu przez okna lub ogrzałyby ściany. Oczywiście jest to rozwiązanie przede wszystkim dla osób mieszkających w domach lub mieszkaniach wyposażonych w ogródek. Posiadacze balkonów mają niestety ograniczone możliwości zaprzęgnięcia przyrody do walki z upałem.

  1. Ocieplenie działa też latem

Podobnie największą swobodę w walce o ukojenie, gdy temperatura za oknem zaczyna być tropikalna, daje posiadanie domu jednorodzinnego. Daje to większą dowolność w wyposażaniu i wykańczania budynku niż w przypadku bloku. Można na przykład zdecydować się na ocieplenie ścian i dachu bez namawiania na ten ruch spółdzielni lub wspólnoty. Wbrew pozorom taka inwestycja da nie tylko oszczędności zimą, ale też lepszą izolację od letniego ukropu. O tym czy warto niech świadczy fakt, że na przykład do pięćdziesięciometrowego mieszkania w ciągu doby przez sam tylko dach trafia więcej ciepła niż to, które wyprodukowałaby włączona na 10 godzin kuchenka mikrofalowa lub komputer pracujący przez 2-3 dni.

Przy okazji warto zastosować na elewacji jak najjaśniejszą farbę – nie bez kozery mieszkańcy basenu morza śródziemnego upodobali sobie białe ściany domów – odbijają one więcej promieni słonecznych.

  1. W kuchni przyda się wstrzemięźliwość

Skoro już zadbaliśmy o to, aby do mieszkania dotarło jak najmniej ciepła, to nie zapominajmy o tym, że sporo ciepła wytwarzamy też wewnątrz. Gotowanie obiadu, wody w czajniku czy pieczenie powodują, że w domu zbiera się dużo niechcianego ciepła. Co więcej, wietrzenie może okazać się nieefektywne, gdy za oknem także jest ukrop. Zamiast pieczonego indyka na obiad warto więc po prostu rozważyć lekką sałatkę.

Bardzo złym pomysłem jest też gotowanie bez pokrywek na garnkach. Nie dość że takie gotowanie trwa dłużej, to jeszcze garnek bez przykrywki emituje więcej pary wodnej. Pamiętaj – im jej więcej, tym trudniej pobudzić parowanie tam gdzie go pożądamy dla ochłody, a więc na naszej skórze.

  1. Pij i pław się

Podobnie złym pomysłem podczas upałów jest branie ciepłych prysznicy, które dostarczą do domu więcej ciepłej pary wodnej. W trakcie upałów nie należy jednak unikać wody – szczególnie tej pitnej – której potrzebujemy więcej niż zwykle, gdy ukrop jest tropikalny.

Zamiast gorącej kąpieli lepiej wziąć chłodny prysznic, a jeszcze lepiej pokusić się o własny basen. Zarówno rozłożenie dmuchanego basenu w ogródku, jak i budowa go na stałe nie musi wymagać szczególnych pozwoleń. Chęć wybudowania basenu o powierzchni do 30 m kw. wystarczy bowiem zgłosić do starostwa powiatowego. Minimalny koszt to kilka – kilkanaście tysięcy złotych w zależności od wielkości basenu. Jeśli ktoś chciałby pokusić się o rozwiązanie z wyższej półki, to wkopanie w ziemię prefabrykowanego basenu o powierzchni 26 m kw. i głębokości 1,5 m wraz z zestawem filtracyjnym, oświetleniem, pompą ciepła, drewnianą obudową wokół basenu i folią do przykrycia basenu, musi się liczyć z kosztem rzędu 40-50 tys. zł (cena wraz z montażem).

  1. Wyłącz niepotrzebne urządzenia

Wracając jednak z powrotem do domu warto zwrócić uwagę na wszystkie urządzenia elektryczne, które posiadamy. Najwięcej ciepła wytwarzają: piekarnik, kuchenka, telewizor, oświetlenie czy mikrofalówka. Warto unikać ich użycia w godzinach szczytu. Powód? Przeciętnie można przyjąć, że włączenie wszystkich podstawowych urządzeń elektrycznych na godzinę spowoduje wytworzenie takiej ilości ciepła, jaka dostanie się w południe w ciągu 45 minut przez okna 50-metrowego lokalu, usytuowanego od strony południowej.

  1. Oszczędzaj światło

Identycznie jest z oświetleniem. Szczególnie jeśli używamy tradycyjnych żarówek, to oznacza to, że u sufitu mamy przyczepione po prostu małe grzejniki. Znacznie lepsze pod tym względem są energooszczędne świetlówki lub żarówki LED-owe. Wytwarzają one wielokrotnie mniej ciepła niż tradycyjne żarówki.

  1. Intensywnie wietrz nad ranem

Z wszystkich tych rad trzeba korzystać z rozwagą. Nie chodzi przecież o to, aby na czas upałów zamknąć się w szczelnym betonowym bunkrze obsianym roślinnością bez dostępu do światła i innych zdobyczy cywilizacji. Pamiętajmy też, że komfort zapewnia nie tylko umiarkowana temperatura, ale też świeże powietrze.

Mimo upału musimy więc pozostawić uchylone okna bądź zapewnić inny rodzaj wentylacji. Najlepiej gdy uchylimy okna, które w danym momencie nie są narażone na działanie promieni słonecznych. Ponadto jeśli chcemy mieszkanie porządnie przewietrzyć, to przeważnie najlepiej robić to w nocy, kiedy temperatura na zewnątrz spada poniżej tej, która panuje w mieszkaniu. Dobrym momentem na intensywną wymianę powietrza są też godziny tuż nad ranem, gdy na zewnątrz powinno być najchłodniej.

 

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Sezon wakacyjny to czas odpoczynku dla setek tysięcy Polaków. Mogłoby się wydawać, że rynek mieszkaniowy też zwalnia obroty na czas wakacji. Jednak w świetle danych z poprzednich lat, trzeci kwartał nie był czasem odpoczynku dla deweloperów i banków udzielających kredytów mieszkaniowych. W tym roku zapowiedź sierpniowego wznowienia MdM-u, dodatkowo zaktywizuje kredytobiorców, banki oraz sprzedawców mieszkań.

W poprzednich latach „mieszkaniówka” nie zamierała przez wakacje …

Informacje na temat wakacyjnej aktywności deweloperów, dość łatwo znajdziemy w zestawieniach GUS-u. Wspomniana instytucja co miesiąc podaje m.in. liczbę rozpoczętych mieszkań na sprzedaż i wynajem oraz liczbę pozwoleń, które deweloperzy uzyskali na budowę takich lokali oraz domów. Dane Głównego Urzędu Statystycznego informują o tym, jaka jest aktywność deweloperów w kontekście nowych inwestycji.

Zdaniem Andrzeja Prajsnara, eksperta portalu RynekPierwotny.pl wysoka aktywność deweloperów z pierwszych miesięcy 2017 r. również nie wskazuje, że w trakcie tegorocznych wakacji inwestorzy mogą znacząco zwolnić tempo rozpoczynania kolejnych projektów. Wielu deweloperów ma świadomość wyjątkowości obecnej sytuacji na rynku mieszkaniowym. Wraz ze wzrostem stóp procentowych NBP (spodziewanym w 2018 r. lub 2019 r.), skończy się tak sprzyjająca koniunktura.

W kontekście mieszkaniowych wakacji, bardzo ciekawe są także informacje z rynku kredytowego. Na podstawie danych Centrum AMRON można obliczyć, jak trzecie kwartały kolejnych lat (2011 r. – 2016 r.) prezentowały się pod względem udzielonych kredytów mieszkaniowych.

Wartość nowych kredytów mieszkaniowych z trzecich kwartałów poprzednich lat (2011 r. – 2016 r.) jest bardzo zróżnicowana (od 9,232 mld zł do 12,774 mld zł). Jeżeli obliczymy jednak udział okresu lipiec – wrzesień w ogólnej wartości nowych „hipotek” z każdego roku, to uzyskany wynik zawsze będzie wynosił 24% – 26%. To wskazuje, że wakacyjne kwartały nie prezentowały się źle pod względem liczby i wartości nowych kredytów mieszkaniowych. Ogólny spadek wartości akcji kredytowej (np. w III kw. 2014 r. względem innych lat), wynikał z długookresowych trendów i nie miał związku z sezonem urlopowym.

Można spodziewać się, że trzeci kwartał bieżącego roku też nie będzie zły pod względem liczby i wartości nowych kredytów mieszkaniowych – dodaje ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Krajowe banki oczywiście mogą tęsknić do wyników notowanych chociażby w 2011 r. Kredytodawcy zbytnio nie korzystają na rekordach sprzedaży deweloperów, bo aktualny boom jest stymulowany głównie przez niskie oprocentowanie depozytów i zakupy gotówkowe mieszkań.

Sierpniowe wznowienie MdM-u przejściowo zwiększy popyt na lokale

Warto pamiętać, że podczas bieżących wakacji na rynek mieszkaniowy będzie oddziaływał jeden specyficzny czynnik. Mowa o decyzji rządu, który planuje wznowienie programu Mieszkanie dla Młodych w sierpniu. Ponowne dotowanie mieszkań z puli na 2017 r. będzie możliwe dzięki zmianom prawnym. Pozwolą one na wygospodarowanie dodatkowych 65 mln zł – 70 mln zł. Wspomniana suma może wystarczyć na krócej niż tydzień dotowania nowych i używanych mieszkań. Tym niemniej, wśród przyszłych beneficjentów programu MdM zapanowało duże poruszenie. Perspektywa uzyskania dopłaty o pięć miesięcy wcześniej (w sierpniu 2017 r. zamiast stycznia 2018 r.), wydaje się kusząca dla osób zainteresowanych szybką przeprowadzką.

Ze względu na nieoczekiwaną decyzję rządu w sprawie MdM-u, sprzedawcy nowych i używanych mieszkań muszą się przygotować na zwiększone zainteresowanie ich ofertą w sezonie wakacyjnym. Taka sama sytuacja dotyczy banków. Prawdziwego wyścigu o dopłaty można jednak spodziewać się na początku 2018 r. Wtedy dojdzie do wydatkowania ostatnich środków z programu Mieszkanie dla Młodych (ok. 380 mln zł).

 

Autor: Andrzej Prajsnar

 

Majowe dane GUS-u na temat liczby rozpoczętych mieszkań wskazują, że branża deweloperska nadal optymistycznie patrzy w przyszłość. Bieżący rok prawdopodobnie będzie bardzo dobry dla deweloperów mieszkaniowych. Prosperity na rynku deweloperskim trwa już od trzech lat. Warto zadać sobie pytanie, jakie czynniki faktycznie odpowiadają za rekordowe wyniki sprzedaży nowych mieszkań.

Obecny boom mieszkaniowy nie jest mocno wspomagany kredytami

Rynek deweloperski, który obecnie przeżywa okres bardzo dobrej koniunktury, nadal jest mocno skoncentrowany w największych miastach. Według danych portalu RynekPierwotny.pl, sześć krajowych metropolii (Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław, Poznań i Trójmiasto) skupia ponad 70% oferty nowych lokali i domów. Ze względu na bardzo dużą koncentrację rynku pierwotnego, najczęściej analizuje się dane z sześciu – siedmiu krajowych metropolii. Właśnie taki sposób analizy wybrał Narodowy Bank Polski. W czerwcowym raporcie tej instytucji o stabilności systemu finansowego, znajdziemy bardzo ciekawe dane, które umożliwiają prześledzenie cyklu koniunkturalnego na rynku deweloperskim (patrz poniższy wykres).

Po odpowiednim przekształceniu informacji podawanych przez NBP można sprawdzić, jak od 2007 r. do 2016 r. na siedmiu największych rynkach mieszkaniowych (Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław, Poznań, Gdańsk i Gdynia), prezentowała się aktywność deweloperów i wartość kredytów finansujących mieszkania.

Na poniższym wykresie nietrudno zauważyć zmiany koniunktury rynku pierwotnego z największych miast. Mowa o:

  • boomie mieszkaniowym z lat 2007 – 2008
  • załamaniu rynku w 2009 r.
  • późniejszej poprawie związanej m.in. z działalnością programu Rodzina na Swoim
  • trwającym obecnie boomie mieszkaniowym (od 2014 r.)

Na uwagę zasługują też informacje o wartości kredytów finansujących mieszkania (na siedmiu największych rynkach). Te dane wskazują, że pierwszy boom mieszkaniowy był mocno stymulowany przez sprzedaż kredytów hipotecznych. Podobne zjawisko nie dotyczy drugiego (tzn. trwającego obecnie) boomu mieszkaniowego. Bardzo wyraźnemu wzrostowi liczby mieszkań sprzedanych przez deweloperów na siedmiu największych rynkach (2013 r. – 36 tys., 2016 r. – 62 tys.), nie towarzyszyła adekwatna zmiana wartości nowych kredytów mieszkaniowych – tłumaczy Andrzej Prajsnar, analityk portalu RynekPierwotny.pl. Ta wyjątkowa sytuacja, wskazuje na dużą rolę zakupów gotówkowych w metropoliach.

Niskie oprocentowanie lokat to przyczyna świetnej sprzedaży lokali …

Skromny wzrost wartości kredytów finansujących mieszkania z siedmiu największych rynków (2013 r. – 9,7 mld zł, 2016 r. – 10,5 mld zł) może wydawać się dość zaskakujący, bo w ostatnich latach mocno spadł koszt „hipotek”. Dane Narodowego Banku Polskiego wskazują, że w IV kw. 2012 roku Rzeczywista Roczna Stopa Oprocentowania nowych kredytów mieszkaniowych wynosiła 7,2%. Cztery lata później analogiczna stawka oscylowała na poziomie 4,6%. Nabywcom mieszkań pomagały też rządowe dopłaty z programu Mieszkanie dla Młodych.

Pewien wpływ na wyniki deweloperów miał też wzrost wynagrodzeń równoważący podwyżki cen metrażu. Pod koniec 2012 r. za przeciętne wynagrodzenie netto w sektorze przedsiębiorstw można było kupić 0,53 mkw. nowego mieszkania z sześciu metropolii (patrz poniższa tabela). Analogiczny wynik dla IV kw. 2016 r. był nieco większy (0,55 mkw.).

Wydaje się, że głównej przyczyny sukcesu deweloperów, trzeba jednak szukać na rynku depozytów. Pod koniec 2012 r. średnie oprocentowanie nowej lokaty dla gospodarstw domowych wynosiło 4,5%. Cztery lata później, analogiczna stawka oscylowała na poziomie 1,6%. Wg eksperta portalu RynekPierwotny.pl równocześnie mieliśmy do czynienia ze spadkiem inflacji. Większość oszczędzających nie bierze jednak pod uwagę czynnika inflacyjnego i analizuje tylko nominalne oprocentowanie depozytów, które przedstawia się coraz gorzej.

Drastyczny spadek oprocentowania lokat, przesunął część oszczędności na rynek mieszkaniowy. Świadczą o tym m.in. informacje na temat wartości depozytów terminowych gospodarstw domowych. Deweloperzy muszą zdawać sobie sprawę, że po pierwszych podwyżkach stóp procentowych NBP (spodziewanych w 2018 r.), zmniejszy się motywacja do inwestowania w nowe lokale mieszkalne i równocześnie wzrośnie oprocentowanie kredytów mieszkaniowych.

 

Źródło: RynekPierwotny.pl

Jak wynika z najnowszych danych GUS, deweloperzy nie zwalniają tempa i budują coraz więcej. Liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto w maju, wzrosła rok do roku o 56,2%. Nadal wysoki procent sprzedaży stanowią transakcje gotówkowe. Popyt jest w dużej mierze napędzany przez obcokrajowców.

Od początku roku wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym na budowę 106 841 mieszkań, co oznacza 38,3 proc. wzrost w stosunku do 2016 r. Liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto, też jest imponująca. Liczba oddanych do użytku mieszkań wyniosła 63 903 lokali, a udział deweloperów jest znaczący w tej puli i wynosi 29 658 tysięcy mieszkań. Rynek deweloperski jest nadal w fazie ożywienia i mimo głosów, że koniec MdM osłabi koniunkturę na rynku, a Mieszkanie Plus zabierze klientów, nic takiego póki co nie ma miejsca.

– Podobnie jak w poprzednich latach, które charakteryzowały się historycznie dobrymi wynikami, tak i w tym roku ostrożnie podchodzimy do wieszczenia kolejnych rekordów, jednak dane GUS nastrajają nas bardzo pozytywnie i z dużą uwagą przyglądamy się kolejnym raportom o stanie branży – mówi Konrad Płochocki, Dyrektor Generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Dobrą sytuację potwierdza również francuski deweloper z ugruntowaną pozycją na rynku polskim, firma Bougues Immobilier Polska.

– Widzimy w naszych biurach sprzedaży, że popyt na mieszkania nie słabnie. Mamy inwestycje, które niemal w połowie wyprzedają się na etapie przedsprzedaży. Z naszych obserwacji wynika, że nadal znaczna część zakupów to transakcje gotówkowe, w II kwartale 2017 stanowiły one 43%. Oznacza to, że mieszkania nadal stanowią preferowaną formę inwestycji kapitału, przez co popyt nie ulega większym wahaniom – mówi Krzysztof Foder, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska.

Jeżeli chodzi o powody tego stanu rzeczy, to z pewnością możemy wymienić wśród nich bardzo dobrą, dającą poczucie bezpieczeństwa sytuację na rynku pracy oraz niskie stopy procentowe, które zachęcają ludzi zarówno do zakupu mieszkań pod inwestycje, jak i zapewniają łatwiejszy dostęp do kredytów hipotecznych.

– Znaczenie będą miały także zmiany wprowadzone przez rząd w programie Mieszkanie dla Młodych, które sprawiły, że już w sierpniu będzie możliwe złożenie wniosku i uzyskanie dopłaty do mieszkania z puli 100 milionów złotych. Dzięki temu kolejne rodziny będą miały możliwość skorzystania ze wsparcia. Popularność programu pokazuje, że Rząd powinien rozważyć jego przedłużenie – dodaje Płochocki.

Wysoka sprzedaż napędzana przez obcokrajowców

Nie ulega wątpliwości, że wysoką sprzedaż mieszkań deweloperzy zawdzięczają w dużej mierze obcokrajowcom. Ukraińcy, Niemcy i Brytyjczycy coraz częściej inwestują w nieruchomości w Polsce. W ubiegłym roku kupili aż 6,4 tys. lokali w największych polskich aglomeracjach. W odniesieniu do województw, prym wiedzie: mazowieckie (blisko 294 tys. mkw. kupionej powierzchni), małopolskie (99,2 tys. mkw.) oraz dolnośląskie (57,2 tys. mkw.). Z wstępnych szacunków wynika, że ten trend będzie się utrzymywał i nowe mieszkania nie będą długo czekały na nabywców. Popyt stymulowany przez zagranicznych nabywców z pewnością będzie miał przełożenie nie tylko na podaż, ale też podejście do potencjalnych klientów.

– Większość deweloperów już od dawna zdaje sobie sprawę, że dużą grupę nabywców stanowią osoby z zagranicy. W związku z tym strony internetowe w języku angielskim czy odpowiednio dostosowane działania marketingowe, stają się powoli standardem. W naszym centralnym Biurze Sprzedaży jest interaktywny ekran, na którym można zobaczyć inwestycje mieszkaniowe w formie 3D. Istnieje możliwość obracania bryłą budynku, sprawdzania ekspozycji mieszkania na światło dzienne i widoku z balkonu. Posługiwanie się obrazami
i intuicyjny interfejs sprawiają, że to narzędzie jest dużo bardziej przyjazne obcokrajowcom, niż tradycyjny folder – dodaje Foder.

Inwestorzy obserwują rynek i dostosowują się do jego wymagań, dzięki czemu rynek deweloperski jest stabilny – nie ma galopujących cen ani zakupów spekulacyjnych. Wszystko wskazuje na to, że ten rok będzie dla branży równie dobry, jak ubiegły.

 

Źródło: Bougues Immobilier Polska

Wzorowo wypadło majowe podsumowanie rejestru REGON. W stosunku do poprzedniego miesiąca zostało zarejestrowanych więcej nowych jednoosobowych działalności gospodarczych, a ich ogólna liczba wzrosła o 7 tys., w rezultacie dając 2,975 mln. Mamy też rekordowo niską liczbę wyrejestrowań. To najlepsze wyniki od czerwca 2016 r. Dobra passa dla mikroprzedsiębiorców może potrwać dłużej, biorąc pod uwagę pozytywne dane płynące z rynku.

NBP zakładał w marcu, że motorem pobudzającym polską gospodarkę w tym roku będzie przed wszystkim spożycie indywidualne zasilane transferami, a także dobra sytuacja na rynku pracy. Ostatnie dane GUS na temat stanu polskiej gospodarki za pierwszy kwartał zdają się to potwierdzać – PKB urósł o 4 proc. wobec analogicznego okresu ubiegłego roku. GUS szacuje też, że siłą napędową są właśnie zakupy Polaków, a to powinno pozytywnie wpływać na sytuację na lokalnych rynkach, a zatem i na sytuację najmniejszych firm. Wydaje się prawdopodobne, że poprawa sytuacji gospodarczej w naszym kraju może stymulować wzrost liczby jednoosobowych firm.

Na rynku działa najwięcej firm na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy

Jak wynika z rejestru REGON, ogólna liczba jednoosobowych działalności gospodarczych wpisanych do rejestru na koniec maja wyniosła 2,975 mln. To nie tylko trzeci z rzędu wzrost w tym roku, o 7 tys. więcej niż miesiąc wcześniej oraz aż o 16 tys. więcej niż na początku tego roku. To także najwyższy poziom od czerwca 2016 r., kiedy to odnotowano 2,963 mln jednoosobowych firm. W dodatku, uwzględniając dwa lata wstecz, tylko sześć razy liczba jednoosobowych firm była wyższa niż obecnie.

Rekordowo mało zamkniętych biznesów

Rekord padł też po drugiej stronie rejestru REGON, bowiem w maju wyrejestrowało się jedynie 19,1 tys. firm. Ten miesiąc przyniósł nie tylko najniższy poziom wyrejestrowań odnotowany w tym roku, ale i najniższy, patrząc przez pryzmat ostatnich dwunastu miesięcy. Natomiast na przestrzeni ostatnich 24 miesięcy, jedynie 5 razy zanotowano wynik niższy od obecnego. Cieszyć może też fakt, że od stycznia br. liczba wyrejestrowanych firm maleje regularnie – z miesiąca na miesiąc średnio zamyka się prawie o 4 tys. firm mniej.

Pełnia sezonu wśród mikrofirm jeszcze przed nimi?

Obserwowane od początku tego roku wzrostowa tendencja ogólnej liczby jednoosobowych firm i spadkowy trend wyrejestrowań mają spore szanse utrzymać się również w kolejnych miesiącach. Zgodnie z marcowymi prognozami NBP, w drugim i trzecim kwartale br. poza konsumpcją włączyć powinien się też drugi silnik gospodarki, jakim są inwestycje prywatne. W maju na rynek wkroczyło 25,7 tys. nowych jednoosobowych działalności gospodarczych – o kilkaset więcej niż miesiąc temu, a także o 1,3 tys. więcej niż wynika to ze średniej za pierwszy kwartał br.

Optymizm widać też w uśrednionym wskaźniku pokazującym chęć do pracy „na swoim”, który trzeci miesiąc z rzędu wypada na przyzwoitym poziomie, w porównaniu do słabszej końcówki zeszłego roku. Biorąc pod uwagę ostatnie 12 miesięcy, aktualnie średnio w miesiącu przybywa 23,4 tys. nowych jednoosobowych firm. Dokładnie na takim samym poziomie wskaźnik ten kształtował się w marcu i na bardzo zbliżonym w kwietniu tego roku.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy podał w maju, że oczekuje kontynuacji silnego przyspieszenia wzrostu gospodarczego w naszym kraju, o ile dojdzie do wzrostu produktywności, silniejszych inwestycji prywatnych oraz wzrostu aktywności zawodowej. Możliwe, że nowych firm nadal będzie przybywać, ale trzeba mieć też na uwadze, ile z nich się utrzyma. Informacje płynące z rejestru REGON warto uzupełniać np. o dane ZUS dotyczące liczby przedsiębiorców aktywnie opłacających składkę na ubezpieczenie społeczne. Wynika z nich, że w pierwszym kwartale br. liczba aktywnych płatników składek, którzy prowadzą działalność jako osoby fizyczne, zmalała o niecałe 8 tys. w stosunku do czwartego kwartału 2016 r., wynosząc 2,109 mln. Taki spadek obserwujemy rokrocznie właśnie w pierwszych kwartałach.

 

Źródło: Tax Care

Wstępne dane GUS, mówiące o wzroście polskiej gospodarki o 4 proc. w pierwszym kwartale obecnego roku stanowią spore pozytywne zaskoczenie, w porównaniu z i tak już optymistycznymi oczekiwaniami ekonomistów. Ożywienie było sygnalizowane przez większość wskaźników makroekonomicznych już wcześniej. Choć na dokładniejsze oszacowanie ich wpływu na tempo wzrostu PKB trzeba jeszcze poczekać, już teraz można powiedzieć, że dobrze działają niemal wszystkie silniki gospodarki. Tak dużą dynamikę zawdzięczamy jednak nadal głównie konsumpcji indywidualnej. W kolejnych kwartałach wpływ tego parametru będzie prawdopodobnie się zmniejszał. Utrzymanie tempa wzrostu z pierwszych miesięcy roku będzie więc zależało od pozostałych czynników, w tym przede wszystkim inwestycji. Wysoka dynamika wzrostu produkcji budowlano-montażowej stanowi optymistyczny prognostyk, ale musi być utrzymana w kolejnych miesiącach. Dobra koniunktura w otoczeniu powinna pomagać z kolei eksportowi, jest więc szansa, że dodatni bilans wymiany handlowej także będzie wspierał wzrost polskiej gospodarki, mimo iż należy się liczyć z rosnącym importem, wspieranym zarówno przez konsumentów, jak i inwestycje. Wiele wskazuje na to, że cały obecny rok będzie równie udany, jak pierwszy kwartał, jednak kluczową kwestią jest utrzymanie sprzyjających warunków dla wzrostu w dłuższym horyzoncie, a więc także w kolejnych latach, które mogą okazać się trudniejsze.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Dane GUS wskazują, że niemal co piąta pracująca w Polsce osoba (23 proc.) jest zatrudniona w mikroprzedsiębiorstwie. Natomiast zgodnie z obowiązującymi przepisami, firmy zatrudniające do 9 osób, a więc właśnie mikroprzedsiębiorstwa, nie są zobowiązane do tworzenia wewnętrznej służby BHP, ani także do korzystania z zewnętrznych specjalistów z zakresu bezpieczeństwa i higieny pracy. Czy to oznacza, że 3,76 mln osób zatrudnionych w mikrofirmach jest bardziej narażone na wypadki przy pracy?

Zatrudnienie nawet jednej osoby w oparciu o umowę o pracę powoduje, że przedsiębiorca staje się pracodawcą. Oznacza to, że zaczyna go obowiązywać Kodeks Pracy, w tym przepisy dotyczące bezpieczeństwa i higieny pracy. Natomiast jak się okazuje, w firmach które zatrudniają do 9 osób, nie ma obowiązku tworzenia wewnętrznej lub zewnętrznej służby BHP. Czy to oznacza, że nie jest ona potrzebna?

Istnieje możliwość, aby w mikrofirmie pracodawca posiadający ukończone szkolenie wykonywał niezbędne zadania służby BHP. Jednak zawsze pozostawia to wątpliwości dotyczące faktycznej jakości edukacji z zakresu bezpieczeństwa i higieny pracy, a także oceny zagrożeń i możliwości zapobiegania im zawczasu – mówi Hubert Miłosz Wawrzyniak, członek zarządu w W&W Consulting.- Należy podkreślić, że zastosowanie procedur bezpieczeństwa i racjonalne podejście do ich stosowania ma wpływ nie tylko na zmniejszenie liczby wypadków przy pracy, ale także na wizerunek danej firmy, jako miejsca dbającego o swoich pracowników.

Niemal połowa polskich mikro, małych i średnich firm działa w branży handlowej (46,3 proc.), drugą co do wielkości grupę stanowią firmy przemysłowe (31,4 proc.), następnie usługi (14,6 proc.).Okazuje się, że to także sektory, w których w 2016 roku odnotowano najwięcej wypadków przy pracy. Niemal 32 proc. tego rodzaju zdarzeń miało miejsce w przetwórstwie przemysłowym, a ponad 13 proc. w handlu i naprawie pojazdów. Jak się okazuje, najczęstszymi przyczynami wypadków przy pracy jest nieprawidłowe zachowanie pracownika (ponad 60 proc. odnotowanych w 2016 roku zdarzeń). Pozostałymi powodami wypadków były: niewłaściwy stan narzędzi, wyposażenia lub budynków, co było powodem 8,4 proc. wypadków oraz niekorzystanie lub niewłaściwe posługiwanie się narzędziami lub wyposażeniem, co spowodowało 7,4 proc. zdarzeń.

Zadania służby BHP

Obowiązkiem pracodawcy zgodnie z obowiązującym prawem jest organizowanie szkoleń BHP dla pracowników – muszą się one odbywać w ich godzinach pracy oraz na koszt pracodawcy. Do szkoleń obowiązkowych należą zarówno wstępne, jak i okresowe. Kolejną kwestią, za którą odpowiada pracodawca jest przeprowadzanie wstępnych, okresowych i kontrolnych badań lekarskich. Jednak to tylko podstawy, zgodnie z polskim prawem to pracodawca odpowiada także za organizację pracy zgodnie z zasadami BHP, ich przestrzeganie oraz kontrolę i usuwanie uchybień w tym zakresie. Ważne jest także dostosowywanie do zmieniających się przepisów oraz zaleceń inspektorów pracy.

Nie bez powodu pracodawcy decydują się na zatrudnienie dedykowanych bezpieczeństwu i higienie pracy osób. Obowiązki wynikające z przepisów pracy są absorbujące i wymagają specjalistycznej wiedzy – tłumaczy Hubert Miłosz Wawrzyniak.- Właściwe podejście do tematów BHP pozwala na ograniczenie zagrożeń oraz wypadków przy pracy, a tym samym kosztów ponoszonych przez pracodawców wynikających z tego rodzaju zdarzeń.

Koszty wypadków przy pracy

Jak wskazują dane GUS, do najczęstszych urazów w wypadkach przy pracy, które miały miejsce w 2016 roku,  należały uszkodzenia rąk (43,8 proc.) i nóg (34,4 proc.), a niemal 100 proc. z nich była lekka. Pomimo, tego, że większość urazów, które nastąpiły w czasie wypadków przy pracy nie była groźna dla życia, ani nie spowodowała długotrwałej niezdolności do pracy, równocześnie uniemożliwiały one wykonywanie obowiązków zawodowych.

– Zwolnienie lekarskie po wypadkach przy pracy w 2016 roku trwało średnio 34,6 dnia. – Koszt jednego dnia absencji chorobowej w Polsce, który ponosi pracodawca, wynosi średnio 373 zł lub 565 zł. Kwota ta zależy od tego, czy został zatrudniony pracownik na zastępstwo, czy praca została rozdysponowana pomiędzy zespół, który otrzyma wynagrodzenie za przepracowane nadgodziny – komentuje członek zarządu W&W Consulting.
Warto jednak podkreślić, że w przypadku mikrofirmy w przypadku nieobecności poszkodowanego pracownika powinno się brać pod uwagę także fakt, że często zatrudnienie zastępstwa lub rozdzielenie obowiązków pomiędzy zespół jest niemożliwe. W takiej sytuacji należy liczyć się z potencjalną utratą zysków, które były możliwe do uzyskania w przypadku uniknięcia wypadku przy pracy. BHP to nie tylko przykry obowiązek związany z wypełnieniem przepisów prawnych, ale przede wszystkim przestrzeń na innowacje i wartość dodaną dla organizacji jaką jest możliwość zaoferowania na rynku pracownika wysoce konkurencyjnej oferty dla kandydatów poszukujących atrakcyjnej oferty pracy, która zapewnia bezpieczeństwo. – podsumowuje Hubert Miłosz Wawrzyniak.

 

Źródło: W&W Consulting

Zdaniem ekonomistów, czwartkowe dane GUS są kolejnymi pozytywnymi, świadczącymi o poprawiającej się sytuacji ogólnej w polskiej gospodarce. Aby równowaga makroekonomiczna została zachowana, muszą zostać zdynamizowane inwestycje, a rząd musi przyjść z pomocą polskim przedsiębiorcom – oceniają eksperci.

Według GUS w końcu stycznia w budownictwie było 727,8 tys. mieszkań – o 1,9 proc. więcej niż przed rokiem. Sprzedaż usług w transporcie wzrosła w lutym rok do roku o 10,1 proc. Sprzedaż hurtowa przedsiębiorstw handlowych zaś wzrosła o 11,5 proc. Podobnie rok do roku zwiększyły się o 4,1 proc. nowe zamówienia w przemyśle. Stopa bezrobocia w lutym wyniosła natomiast 8,5 proc. wobec 8,6 proc. w styczniu

„Dane są całkiem niezłe w ujęciu rok do roku. Głównie dlatego, że okres, do którego się odnosimy był relatywnie słaby. Dlatego na tym tle dzisiejsze wyniki wyglądają przyzwoicie” – ocenił ekonomista z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, Bartłomiej Biga.

Ekspert zauważył, że dla koniunktury w budownictwie mają znaczenie zamówienia publiczne. Rząd może na ten sektor stosunkowo łatwo oddziaływać. „Dlatego możemy się tutaj spodziewać dalszych wzrostów. Zwracam też uwagę, że ważnym wskaźnikiem jest – sumujący się stopniowy od 2013 roku – procent wykorzystywania mocy produkcyjnych w budownictwie. W tej chwili jest to 72,6 proc. Świadczy to o coraz lepszym dostosowaniu podaży tych usług do popytu na nie. A to z całą pewnością jest pozytywne – zauważył Biga. Dodał, że jeśli zestawimy te dość optymistyczne dane z GUS z informacją o skuteczniejszym ściąganiu podatku, to daje nam to szanse na lepsze zbilansowanie budżetu państwa. „Nie będzie on tak napięty, jak jeszcze kilka miesięcy temu twierdziliśmy” – powiedział.

Zdaniem ekonomisty, byłego wiceministra finansów Cezarego Mecha, dane GUS dotyczące pierwszych dwóch miesięcy 2017 roku z jednej strony są zadawalające, ale z drugiej – niewystarczające. „Z jednej strony ukazują pewien przyrost dotyczący produkcji przemysłowej, jak też zwiększenia zamówień, co jest dobrym prognostykiem na przyszłość. Niemniej, ukazują jednocześnie dalsze trwanie w pewnej stagnacji, gdy chodzi o kwestię dotyczącą budownictwa, gdzie były największe oczekiwania” – zauważył w rozmowie z PAP. Dodał, że wskazuje to również na to, że aktywność jest nadal „w pewien sposób hamowana w oczekiwaniu na napływ środków unijnych, których akceptacja ze strony Komisji Europejskiej przedłuża się”.

„Niezależnie od tych pozytywnych sygnałów te wzrosty ukazują też jednocześnie, że procesy konwergencji między Polską a Niemcami nie przyspieszają, co najprawdopodobniej jest efektem trwającej ukrainizacji polskiego rynku pracy, co oddziałuje na wyhamowywanie inwestycji i działań w kierunku przenoszenia produkcji w stronę obszaru o wyższej wartości dodanej” – ocenił Mech.

Ekonomista Marian Szołucha z Akademii Finansów i Biznesu Vistula uważa, że informacje z GUS są kolejnymi pozytywnymi, świadczącymi o poprawiającej się sytuacji ogólnej w polskiej gospodarce. „Dane o produkcji przemysłowej w pierwszych miesiącach tego roku, prognozy dotyczące wzrostu PKB na cały pierwszy, trwający jeszcze kwartał, które przekraczają 3 proc., a także informacje o nastrojach wśród dyrektorów przedsiębiorstw, a więc wskaźnik wyprzedzający, który pozwala nam prognozować najbliższe miesiące, pokazują, że gospodarka polska ma się dobrze, a nawet coraz lepiej” – powiedział.

Jego zdaniem, ten pozytywny obraz uzupełnia zwłaszcza informacja o zmniejszającej się, mimo sezonu zimowego, stopie bezrobocia, która spadła z 8,6 proc. do 8,5 proc. „Można by powiedzieć niewiele, ale jeśli wziąć po uwagę, że chodzi o luty to jest informacja jednoznacznie pozytywna” – ocenił. Według GUS w końcu stycznia w budownictwie było 727,8 tys. mieszkań – o 1,9 proc. więcej niż przed rokiem. Sprzedaż usług w transporcie wzrosła w lutym rok do roku o 10,1 proc. Sprzedaż hurtowa przedsiębiorstw handlowych zaś wzrosła o 11,5 proc. Podobnie rok do roku zwiększyły się o 4,1 proc. nowe zamówienia w przemyśle. Stopa bezrobocia w lutym wyniosła natomiast 8,5 proc. wobec 8,6 proc. w styczniu

„Dane są całkiem niezłe w ujęciu rok do roku. Głównie dlatego, że okres, do którego się odnosimy był relatywnie słaby. Dlatego na tym tle dzisiejsze wyniki wyglądają przyzwoicie” – ocenił w rozmowie z PAP ekonomista z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, Bartłomiej Biga.

Ekspert zauważył, że dla koniunktury w budownictwie mają znaczenie zamówienia publiczne. Rząd może na ten sektor stosunkowo łatwo oddziaływać. „Dlatego możemy się tutaj spodziewać dalszych wzrostów. Zwracam też uwagę, że ważnym wskaźnikiem jest – sumujący się stopniowy od 2013 roku – procent wykorzystywania mocy produkcyjnych w budownictwie. W tej chwili jest to 72,6 proc. Świadczy to o coraz lepszym dostosowaniu podaży tych usług do popytu na nie. A to z całą pewnością jest pozytywne – zauważył Biga. Dodał, że jeśli zestawimy te dość optymistyczne dane z GUS z informacją o skuteczniejszym ściąganiu podatku, to daje nam to szanse na lepsze zbilansowanie budżetu państwa. „Nie będzie on tak napięty, jak jeszcze kilka miesięcy temu twierdziliśmy” – powiedział.

Zdaniem ekonomisty, byłego wiceministra finansów Cezarego Mecha, dane GUS dotyczące pierwszych dwóch miesięcy 2017 roku z jednej strony są zadawalające, ale z drugiej – niewystarczające. „Z jednej strony ukazują pewien przyrost dotyczący produkcji przemysłowej, jak też zwiększenia zamówień, co jest dobrym prognostykiem na przyszłość. Niemniej, ukazują jednocześnie dalsze trwanie w pewnej stagnacji, gdy chodzi o kwestię dotyczącą budownictwa, gdzie były największe oczekiwania” – zauważył . Dodał, że wskazuje to również na to, że aktywność jest nadal „w pewien sposób hamowana w oczekiwaniu na napływ środków unijnych, których akceptacja ze strony Komisji Europejskiej przedłuża się”.

„Niezależnie od tych pozytywnych sygnałów te wzrosty ukazują też jednocześnie, że procesy konwergencji między Polską a Niemcami nie przyspieszają, co najprawdopodobniej jest efektem trwającej ukrainizacji polskiego rynku pracy, co oddziałuje na wyhamowywanie inwestycji i działań w kierunku przenoszenia produkcji w stronę obszaru o wyższej wartości dodanej” – ocenił Mech.

Ekonomista Marian Szołucha z Akademii Finansów i Biznesu Vistula uważa, że informacje z GUS są kolejnymi pozytywnymi, świadczącymi o poprawiającej się sytuacji ogólnej w polskiej gospodarce. „Dane o produkcji przemysłowej w pierwszych miesiącach tego roku, prognozy dotyczące wzrostu PKB na cały pierwszy, trwający jeszcze kwartał, które przekraczają 3 proc., a także informacje o nastrojach wśród dyrektorów przedsiębiorstw, a więc wskaźnik wyprzedzający, który pozwala nam prognozować najbliższe miesiące, pokazują, że gospodarka polska ma się dobrze, a nawet coraz lepiej” – powiedział.

Jego zdaniem, ten pozytywny obraz uzupełnia zwłaszcza informacja o zmniejszającej się, mimo sezonu zimowego, stopie bezrobocia, która spadła z 8,6 proc. do 8,5 proc. „Można by powiedzieć niewiele, ale jeśli wziąć po uwagę, że chodzi o luty to jest informacja jednoznacznie pozytywna” – ocenił.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Znowu inflacja zaczęła pochłaniać oszczędności Polaków. Ci, który złożyli w bankach depozyty w 2016 roku najczęściej nie mają co liczyć na zyski. Od rachitycznych odsetek trzeba bowiem najpierw odjąć podatek, a to co zostanie nie uchroni już kapitału przed utratą wartości – wynika z najnowszej projekcji inflacji przygotowanej przez NBP.

Przeciętna roczna lokata zakładana w 2016 roku była oprocentowana na od 1,65% do 1,85% – wynika z comiesięcznych statystyk publikowanych przez NBP. Od tych i tak już mizernych odsetek należy odjąć jeszcze 19% podatku. W efekcie faktyczny zysk, na jaki może liczyć przeciętny deponent, można oszacować na od 1,3 do 1,5%. Marnie, jeśli wziąć pod uwagę, że najnowsze dane GUS sugerują, że w lutym br. poziom cen był o 2,2% wyższy niż w analogicznym okresie przed rokiem. Dla posiadacza przeciętnej rocznej lokaty założonej w lutym 2016 roku oznacza to realna stratę na poziomie 0,7%.

Niestety na podobne rezultaty muszą przygotować się posiadacze lokat zakładanych w całym 2016 roku – wynika z projekcji inflacji przygotowanej przez NBP. Projekcja centralna sugeruje, że w ciągu roku inflacja będzie mniej więcej w okolicach 2,0 – 2,2%. Będzie więc pochłaniać siłę nabywczą oszczędności szybciej niż bank naliczać będzie odsetki.

Deponencie! Ty nad poziomy wylatuj

Tyle mówią średnie, choć trzeba pamiętać, że na rynku znaleźć można też oferty pozwalające zarobić więcej niż statystyczna lokata. Z danych Open Finance wynika na przykład, że oprocentowanie lokat trzymiesięcznych jest wyższe niż rocznych. W gronie krótkoterminowych produktów łatwiej znaleźć też oferty promocyjne – przeznaczone dla nowych klientów lub dla ich nowych środków. Korzystając z promocji można ulokować oszczędności na 3 – 4%, a niekiedy nawet ponad 5%. Należy jednak dokładnie czytać umowy. Bank oferując nam lepsze warunki depozytu może wymagać posiadania konta, karty czy innych produktów, które mogą okazać się płatne lub przynajmniej bezpłatne tylko wtedy, gdy aktywnie będziemy z nich korzystali. Warto też zwrócić uwagę na to czy pieniądze podlegają ochronie Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Ten jeszcze nigdy nie zawiódł deponentów. Nawet w przypadku upadłości banku czy SKOK-u klienci otrzymywali gwarantowane kwoty (dziś limit to 100 tys. euro).

Jeśli kogoś to nie przekonuje, może poszukać alternatywy. Rynek akcji, obligacji, funduszy inwestycyjnych czy złota to tylko kilka z możliwości czekających na inwestorów. Warto w tym miejscu zauważyć, że przez ostatnie lata wiele osób swoje nadwyżki finansowe ulokowało na rynku nieruchomości. Z najświeższych szacunków NBP wynika na przykład, że w 2016 roku tylko na zakup nowych mieszkań i tylko w 7 polskich miastach Polacy wydali aż 14,2 mld zł gotówki. Bez wątpienia część z tych pieniędzy pochodziła z kieszeni posiadaczy lokat, którzy byli niezadowoleni z oferty bankowej. Trudno się im dziwić – na wynajmie można zarobić nawet 3-4 razy więcej niż na przeciętnej rocznej lokacie. Nie ma jednak nic za darmo. Aby zarobić na wynajmie trzeba mieszkanie znaleźć, kupić, wykończyć, wyposażyć i wynająć, a potem rozliczać się z najemcą i sprawdzać czy wywiązuje się z umowy. Rozwiązanie jest to więc bardziej intratne, ale też wymaga pracy i oznacza podejmowanie dodatkowego ryzyka.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

W 4. kwartale 2016 r. liczba pracowników najemnych wzrosła o 109 tys. w stosunku do 4. kwartału 2015 r., spadła natomiast – o 63 tys. liczba pracodawców i pracujących na własny rachunek oraz pomagających im członków rodzin – wynika z danych GUS.

W ciągu ostatniego roku (4. kwartał 2016 r. do 4. kwartału 2015 r.) liczba osób zatrudnionych na umowy o pracę (na czas nieokreślony i czas określony) wzrosła o 109 tys., tj. o 0,8 proc. W tym samym czasie liczba pracujących wzrosła jedynie o 0,3 proc.

Taką tendencję – do szybszego wzrostu liczby pracowników zatrudnianych na umowy kodeksowe niż wzrostu liczby osób pracujących widać co najmniej od 2010 r. (uwaga: taki okres przeanalizowałam). W 4. kwartale 2016 r. pracowników zatrudnionych na umowy o pracę było więcej o prawie 1 mln, czyli o ponad 8 proc. niż w 4. kwartale 2010 r. Jednocześnie w ciągu tych 6 lat liczba pracujących wzrosła „jedynie” o 5 proc.

Widać zatem wyraźnie, że przedsiębiorstwa są coraz bardziej nastawione na budowanie trwałych relacji z pracownikami. Potwierdzają to także dane dotyczące zatrudnienia na czas nieokreślony i czas określony. W ciągu ostatnich 6 lat zatrudnienie na czas nieokreślony wzrosło o ponad 9,5 proc., a zatrudnienie na czas określony – o 4,2 proc., czyli w mniejszym stopniu. Przy czym od 2014 r. liczba zatrudnionych na czas określony maleje (spadła o ponad 180 tys.).

Pracowników i związki zawodowe powinna ucieszyć ta tendencja. A ponieważ jest ona efektem decyzji przedsiębiorców, to zapewne także im służy. Oczywiście zmniejsza to elastyczność na rynku pracy, ale widocznie przedsiębiorcy widzą większe ryzyko w braku pracowników niż w obniżeniu elastyczności zatrudnienia.

Dane GUS pozwalają także na obserwację innej tendencji – malejącej liczby pracodawców i pracujących na własny rachunek. W 4. kwartale 2016 r. była ona niższa niż w 4. kwartale 2015 r. o 24 tys., a w stosunku do 2010 r. – o 35 tys. Jednocześnie maleje liczba członków rodzin, którzy pomagają przedsiębiorcom. W tym przypadku spadek jest znaczący, bo w ciągu 6 lat o 166 tys. osób. Łącznie zatem liczba przedsiębiorców i pracujących z nimi członków rodzin spadła w ciągu 6 lat o ponad 200 tys.

Trudno oceniać tę tendencję. Zapewne poprawa sytuacji  w polskiej gospodarce powoduje, że część osób prowadzących samodzielną działalność gospodarczą rezygnuje z niej i znajduje pracę najemną. Podobnie jest z członkami rodzin przedsiębiorców, którzy znajdują płatną pracę u innych przedsiębiorców (praca na rzecz przedsiębiorcy z którym jest się powiązanym rodzinnie jest w przypadku firm osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą pracą bez wynagrodzenia). Jeśli przyczyną tych zmian są atrakcyjne oferty na rynku pracy, które zachęcają przedsiębiorców do decyzji o zmianie „pracy”, to z jednej strony szkoda ich wiedzy i doświadczenia, ale z drugiej strony pozwala to może na wzrost efektywności w naszej gospodarce. Jeśli spadek liczby przedsiębiorców jest efektem ograniczania „sztucznej” przedsiębiorczości wynikającej z konieczności czy chęci ograniczenia kosztów pracy i „wypychania” pracowników do samodzielnej działalności gospodarczej, to taką zmianę należy przyjąć pozytywnie.

Widać wyraźnie, że polski rynek pracy zmienia się. Pytanie jak sobie on poradzi ze zmianami, które wynikają z robotyzacji i cyfryzacji, która coraz bardziej przyspiesza na świecie, pozostaje na razie bez odpowiedzi.

 

Autor: Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek,  główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

Eksperci

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

W cieniu ustawy „frankowej”, w Sądzie Najwyższym kształtuje się orzecznictwo w sprawach kred

Ostatnie informacje i wydarzenia w świecie kredytów „frankowych”, zostały zdominowane przez kwestię ...

Biegowy biznes z Polski podbije świat. I można do tego podboju dołączyć

Runmageddon – stworzony w Polsce cykl biegów przeszkodowych – to najbardziej nuklearna historia na p...

Straty są nieodłączną częścią inwestycji

Zakończony niedawno maj był najgorszym miesiącem w tym roku dla rynku akcji. Większość parkietów odn...

Uchwała NSA pozwala wygrać z fiskusem

Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia or...

AKTUALNOŚCI

Ważne dla Polski nowe stanowisko Komisji Europejskiej

Odpowiedź Komisji Europejskiej na ostatnie głosowanie Parlamentu Europejskiego w sprawie pakietu mob...

Dlaczego państwo pozwala na nieozusowane umowy zlecenia?

Dlaczego rząd do tej pory nie zmienił szkodliwego art. 9 ustawy o SUS? Federacja Przedsiębiorców Pol...

Parlament wybrał Ursulę von der Leyen jako pierwszą kobietę przewodniczącą Komisji Europejskie

Parlament Europejski 383 głosami za wybrał w tajnym głosowaniu 16 lipca Ursulę von der Leyen na prze...

Wzrost cen może być krótkotrwały

Jak informuje BIEC (Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych), wskaźnik Przyszłej Inflacji (WPI), prog...

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj książkę

Zapraszamy do udziału w kolejnym konkursie organizowanym przez nasz portal. Tym razem pytamy Was o t...