poniedziałek, Lipiec 23, 2018
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "Cinkciarz.pl"

Cinkciarz.pl

Amerykanie sugerują, że zrywają z ćwierćwieczną tradycją silnego dolara. Jednak te słowa mogą mieć tylko krótkotrwałe i ograniczone znaczenie. Stan gospodarki USA to na tyle silny argument, żeby wkrótce zatrzymać spadkowy trend dolara.

„Wojny walutowe” czy „koniec polityki silnego dolara” – oto nagłówki, które obiegają serwisy finansowe na całym świecie po wypowiedziach amerykańskiego sekretarza skarbu Stevena Mnuchina, który mówił w Davos, że dla Stanów Zjednoczonych słaba waluta jest korzystna, gdyż pomaga w handlu zagranicznym. Ta wypowiedź z jednej strony jest po prostu stwierdzeniem faktu, ale z drugiej może sugerować, że Amerykanie odchodzą od niespełna ćwierćwiecznej tradycji polityki silnej waluty, nawet biorąc pod uwagę późniejsze dementi Mnuchina w „The Wall Street Journal”.

Tak czy owak wypowiedzi Mnuchina wzmogły spadkowy trend dolara. Zresztą amerykańska waluta i tak była ostatnio pod wyraźną presją sprzedających, mimo szybkiego wzrostu PKB w USA oraz perspektywy dalszych podwyżek stóp procentowych przez amerykański bank centralny. Przez minione miesiące wynikało to z faktu znacznego przepływu kapitału do krajów rozwijających się, gdyż podczas silnego globalnego ożywienia gospodarczego to właśnie tam pojawiają się szanse na najwyższe stopy zwrotu przy względnie ograniczonym ryzyku.

Polityka sobie, a rynek sobie

„Silna waluta jest w naszym narodowym interesie”. „Wierzę, że silny dolar jest w naszym narodowym interesie” – mówił Robert Rubin, sekretarz skarbu USA w latach 1995-1999, którego wypowiedzi zamieszczono m.in. w „Economic Policy: Theory and Practice”. Od tego czasu kolejni nominowani na to stanowisko oficjele powtarzali chęć dbania o siłę amerykańskiej waluty.

Co ciekawe, polityka silnego dolara miała jednak niewiele wspólnego z rzeczywistością. Pod koniec lat 90. dolar rzeczywiście był mocny, ale od pierwszych kwartałów nowego millenium indeks amerykańskiej waluty (DXY) zaczął wyraźnie tracić na wartości i w 2008 r. był o 40 proc. poniżej poziomów z początku wieku oraz osiągnął najniższe poziomy od 50 lat.

Wojna czy raczej potyczka?

Praktycznie przy każdych odniesieniach oficjeli do kursu walutowego pojawiają się opinie, że mogą one oznaczać początek „wojny walutowej”. To odważne określenie w skrócie oznacza chęć osłabienia własnej waluty w celu uzyskania wyższej konkurencyjności w handlu zagranicznym i tym samym stymulacji własnej gospodarki.

Przede wszystkim w tym momencie taka stymulacja jest niepotrzebna, zwłaszcza biorąc pod uwagę obniżki podatków w USA i wzrost PKB powyżej potencjału. Dodatkowo i tak dolar wyraźnie się osłabia, co automatycznie poprawia konkurencyjność USA. Innym argumentem jest fakt zależności poszczególnych gospodarek. Zbyt gwałtowne i odgórne obniżenie wartości amerykańskiej waluty może zmniejszyć znaczenie dolara jako globalnej waluty, a także wygenerować dodatkowe koszty finansowania np. poprzez konieczność płacenia wyższego oprocentowania przy emisji obligacji skarbowych.

Poprawienie salda obrotów z zagranicą można także osiągnąć poprzez wprowadzenie ceł. Ten pomysł jednak narażony jest na reakcję ze strony innych państw. Stany Zjednoczone chociaż mają znaczny deficyt w wymianie towarowej, to jednak jest on zmniejszany przez dodatnie saldo w wymianie usług. Ogólnie więc np. z Kanadą, Brazylią, Wielką Brytanią czy krajami zrzeszonymi w OPEC USA ma nadwyżkę w saldzie obrotów handlowych. Większe modyfikacje w tej kwestii mogą więc spowodować raczej straty niż korzyści. To sygnał, że obecne wydarzenia to raczej drobna potyczka dyplomatyczna niż zapowiedź wojny handlowej bądź walutowej.

Nawet jeśli dolar spadnie do ok. 3 zł…

Wracając więc do kwestii dolara, należy stwierdzić, że jego słaba kondycja jest głównie rezultatem silnego przepływu kapitału do walut krajów o szybszym niż USA potencjale wzrostu PKB. Bywa jednak, że takie przepływy gwałtownie się kończą, tak jak nagle się rozpoczęły. I choć niewykluczone, że bieżący trend może sprowadzić dolara nawet blisko granicy 3,00 zł, to jednak fundamenty amerykańskiej gospodarki pozostają względnie silne i wraz z rosnącymi stopami procentowymi powinny być wystarczającym argumentem, żeby niedługo zatrzymać wyprzedaż dolara, również w relacji do złotego.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

 

Kończy się maślane szaleństwo cenowe, jednak w polskich sklepach ceny topnieją bardzo powoli. Za masło płacimy dziś mniej więcej tyle samo co Holendrzy i o blisko 45 proc. więcej niż Finowie. Dlaczego?

Od czterech miesięcy spadają hurtowe ceny masła w Europie. Skala obniżek jest jednak bardzo różna. Ostatnie publikacje polskiego Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi (MRiRW) pokazują, że ceny na giełdach masła w Niemczech czy w Holandii spadły z historycznych szczytów o prawie 40 proc. W Polsce te obniżki są znacznie skromniejsze, co powoduje, że hurtowe ceny masła są wyższe w naszym kraju niż u naszych zachodnich sąsiadów.

Hurtowe ceny wyższe u nas niż w Holandii czy w Niemczech

Biuletyny informacyjne MRiRW ze stycznia, zestawiające ceny masła w Polsce oraz na głównych rynkach hurtowych w Europie, mogą tłumaczyć dlaczego przed świętami Bożego Narodzenia polscy konsumenci wciąż słono płacili za masło, mimo że trend na rynku zmienił się już kilka miesięcy wcześniej.

Średnia grudniowa cena sprzedaży 100 kg masła wynosiła wynosiła w Polsce 481 euro. Z kolei w Niemczech czy w Holandii było to odpowiednio 425 oraz 420 euro.

Jesienią płaciliśmy w sklepach więcej niż Holendrzy

Według danych Eurostatu przeciętna cena detaliczna kilograma masła w 2015 r wynosiła w Holandii 5,12 euro, a w Polsce 4,92 euro. Wzrost cen sklepowych smarowidła w porównaniu do przeciętnych wartości z 2015 r. był np. w październiku ub.r. jednak wyższy w Polsce – 51,9 proc. niż w Holandii – 44,3 proc. Oznacza to, że Holendrzy płacili w sklepach za masło mniej niż Polacy. Było to odpowiednio 7,39 oraz 7,47 euro za kilogram.

Masło w Polsce droższe o ok. 45 proc. niż w Finlandii

Zaskakuje, już sam fakt, że za masło holenderscy konsumenci płacą mniej więcej tyle samo co polscy, biorąc pod uwagę np. różnice w kosztach pracy pomiędzy tymi krajami.

Co ciekawsze – z danych Eurostatu za grudzień br. wynika, że ceny detaliczne masła w Finlandii wzrosły jedynie o 3,03 proc. w porównaniu ze średnim poziomem w 2015 r, a w Polsce w analogicznym okresie było to 49,1 proc. Ponieważ w 2015 r. Finowie i Polacy płacili w sklepach praktycznie tyle samo za ten popularny tłuszcz – ok. 5 euro kg, teraz masło kosztuje nas ok. 45 proc. więcej niż Finów.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

 

 

 

 

 

 

Brexit cały czas ciąży brytyjskiej walucie – od referendum funt jest nadal o kilkanaście procent słabszy w relacji do euro czy złotego. Weekendowa wypowiedź prezydenta Francji dała nadzieję na korzystniejsze dla Wielkiej Brytanii warunki rozstania z UE, co byłoby dobre także dla funta. Tylko czy brytyjski rząd pójdzie na ustępstwa?

W niedzielnym wywiadzie dla BBC Emmanuel Macron, prezydent Francji, zasugerował możliwość osiągnięcia bardziej preferencyjnego porozumienia między Wielką Brytanią a UE w porównaniu z tym, co dotychczas oferowali negocjatorzy z Brukseli. W istocie prezydent Francji sugeruje coś pomiędzy pełnym dostępem do wspólnego rynku a porozumieniem handlowym.

– Wypowiedź Macrona jest tym ciekawsza, że jak dotąd Francja była jednym z państw w największym stopniu opierającym się żądaniom Wielkiej Brytanii. Prezydent Francji zaznaczył również, że ogromny brytyjski sektor usług finansowych mógłby zostać włączony do tego potencjalnego porozumienia – zauważa Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Wymagałoby to jednak znacznych ustępstw ze strony rządu Theresy May, premier Wielkiej Brytanii, najprawdopodobniej związanych ze swobodnym przepływem obywateli UE po Brexicie. Problematyczny pozostaje jednak fakt, że po ostatnich wyborach na Wyspach, pozycja May i konserwatywnej partii Torysów wewnątrz kraju ucierpiała. Nie wiadomo, na jakie ustępstwa partia pozwoli pójść pani premier.

Według opublikowanej dzisiaj ankiety “The UK in a Changing Europe”, aż 74 proc. członków ugrupowania jest przeciw wolnemu przepływowi obywateli UE do Wielkiej Brytanii, a 63 proc. nie chce, by europejski Trybunał Sprawiedliwości miał jakikolwiek wpływ na jurysdykcję w ich kraju po marcu 2019 r.

– Eurosceptycyzm wśród Torysów i brak chęci na bliższe relacje z UE po wyjściu ze wspólnoty prawdopodobnie w negatywny sposób wpłynąłby na całą gospodarkę Wielkiej Brytanii, w tym rozbudowany sektor finansowy, co odbiłoby się również na funcie – mówi Bartosz Grejner. Brytyjska waluta od referendum w połowie czerwca 2016 r. stracił do euro ok. 14 proc., a do złotego 17 proc.

Skłon w stronę “twardego” Brexitu mógłby w kolejnych miesiącach jeszcze tę przecenę pogłębiać. Jeżeli jednak zwycięży opcja utrzymania stosunkowo bliskich relacji Wielkiej Brytanii z UE, funt może stopniowo odrabiać straty poniesione po głosowaniu w połowie 2016 r., wspierany nadziejami poprawy sytuacji ekonomicznej w kraju. – komentuje analityk Cinkciarz.pl.

Sprzedaż polskich usług za granicę spektakularnie rośnie i przyczynia się do znacznej poprawy PKB. W kilku kategoriach bilansu handlu usługami opartymi o wiedzę wspięliśmy się na pierwsze miejsce w Unii Europejskiej. 

Zagraniczny handel usługami jest zdecydowanie rzadziej analizowany niż wymiana towarowa pomiędzy krajami. Jednak szybki rozwój nowoczesnych technologii, otwarte granice czy coraz głębsza specjalizacja Polski w poszczególnych branżach pokazują, że właśnie ten sektor gospodarki zasługuje na szczególną uwagę.

Prawdziwy przełom

Opublikowane na początku roku dane NBP o wymianie handlowej Polski z resztą świata pokazują bardzo optymistyczne tendencje. Za minione 12 miesięcy (grudzień 2016 – listopad 2017 r.) Polska wyeksportowała usługi o wartości blisko 220 mld zł. To o połowę więcej niż wynosił import tego sektora, co oznacza, że mieliśmy ok. 75 mld zł nadwyżki w wymianie usług z pozostałymi krajami, czyli mniej więcej 4 proc. PKB.

Tylko w ciągu ostatnich trzech lat dodatnie saldo w handlu usługami wzrosło dwukrotnie, a od 2010 r. zwiększyło się sześciokrotnie. Warto także zauważyć, że nadwyżka w handlu usługami jest o ok. 10 razy większa niż w przypadku wymiany towarowej, chociaż ta druga również rozwija się w bardzo przyzwoitym tempie.

Coraz lepiej w transporcie i turystyce

Od lat bardzo dobrze radzimy sobie w branży transportowej. Odpowiada ona mniej więcej za 30 proc. nadwyżki w saldzie usług. Mamy także najwyższy w całej Unii zagraniczny bilans towarowego transportu samochodowego, który według danych Eurostatu za 2016 r. wynosił 4,2 mld euro.

Ważny jest jednak fakt, że usługi transportowe w 2010 r. stanowiły praktycznie całość nadwyżki. Teraz natomiast pozostałe 70 proc. to efekt coraz wyższej konkurencyjności Polski w innych branżach. Należy do nich np. turystyka, gdzie dodatnie saldo w ciągu ostatnich sześciu lat zwiększyło się czterokrotnie.

Wygrywamy w usługach opartych o wiedzę

Największa poprawa nastąpiła jednak w kategorii „usługi telekomunikacyjne, informatyczne i informacyjne”. W 2010 r. Polska miała deficyt w handlu tymi usługami na poziomie przekraczającym pół miliarda złotych. Według ostatnich szczegółowych danych NBP za 2016 r. teraz mamy nadwyżkę na poziomie 8,7 mld zł, do czego przyczyniły się przede wszystkim usługi informatyczne (8 mld zł). Daje nam to także piąte miejsce w Unii, podczas gdy w 2010 r. było to czwarte, ale… od końca.

Poza usługami informatycznymi nasza konkurencyjna pozycja poprawiła się zauważalnie w szeroko pojętych usługach biznesowych, a zwłaszcza księgowych, audytowych oraz konsultacji podatkowej. Nadwyżka na poziomie 5 mld zł daje nam unijne zwycięstwo w tej kategorii.

Inną branżą, gdzie liderujemy we Wspólnocie i osiągnęliśmy olbrzymi wzrost dodatniego salda, są usługi uszlachetniania, czyli zgodnie z definicją NBP „przetwarzania, montażu, etykietowania, pakowania”. Nasza nadwyżka za 2016 r. wynosiła ponad 13 mld zł, zwiększając się przy tym trzykrotnie w ciągu ostatnich sześciu lat. Zapewnia nam to także pierwsze miejsce w Unii w tej kategorii.

Same dobre skutki dla gospodarki

Spektakularny wzrost konkurencyjności polskich usług na świecie niesie same pozytywne następstwa. Przede wszystkim pokazuje, że zarówno krajowi przedsiębiorcy wygrywają kontrakty na światowym rynku, jak i rodzimi pracownicy w centrach usług wspólnych są bardziej produktywni niż zatrudnieni w branżach informatycznych czy biznesowych za granicą.

Ten sukces powinien być widoczny także w najważniejszej publikacji dotyczącej gospodarki, czyli PKB. Ponieważ do wzrostu gospodarczego wlicza się zmiana salda obrotów z zagranicą, to poprawa bilansu usług w okolicach 16 mld zł w porównaniu z 2016 r. podniosła prawdopodobnie wzrost gospodarczy o ok. 0,8 pkt proc. w ub.r.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

4973,73 zł – oto średnia grudniowa pensja w Polsce, wg opublikowanych dziś danych GUS. W skali roku oznacza to wzrost wysokości płac o 7,3 proc. Zarobki w Polsce są teraz najwyższe od denominacji złotego w 1995 r. Kolejna dobra wiadomość: poprawiający się stan polskiej gospodarki, a także sytuacja na rynku pracy sugerują, że płace nadal będą szybko rosły.

Sytuacja wewnętrzna się poprawia…

Przez kilka miesięcy z rzędu płace rosły w tempie od 6 do 7 proc. w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. Choć miesięczne dane GUS pokazują wynagrodzenie brutto dla przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób, a dane są średnią a nie medianą (duże miasta jak Warszawa zawyżają średnią), trend wzrostowy przenosi się na cały rynek pracy.

To efekt poprawiającej się w ostatnich kwartałach kondycji polskiej gospodarki. Wzrost gospodarczy osiągnął pod koniec ub.r. blisko 5 proc. I choć napędzany był głównie przez konsumpcję, ryzyko znacznego spadku tempa rozwoju gospodarki w kolejnym roku jest niewielkie. W 2018 r. najprawdopodobniej będziemy obserwować znaczny wzrost inwestycji, co powinno w dalszym ciągu wspierać wzrost PKB, a także pozytywnie oddziaływać na rynek pracy.

Presję na wzrost płac wywołuje także sytuacja na rynku pracy. Malejące praktycznie z miesiąca na miesiąc bezrobocie, przy rosnącej liczbie miejsc pracy, powoduje, że coraz ciężej pracodawcom znaleźć odpowiednio wykwalifikowanych pracowników. Stąd muszą oferować wyższe wynagrodzenia. NBP szacuje, że w tym oraz w przyszłym roku wynagrodzenia Polaków wzrosną ok. 6,5 proc. Niewykluczone jednak, że będzie jeszcze lepiej.

Dobrym przykładem mogą być Czechy oraz Węgry. Sytuacja pracownika u naszych sąsiadów z południa wygląda nawet korzystniej niż w Polsce. Płace rosną w podobnym, wysokim tempie, ale przy jeszcze niższej stopie bezrobocia. Według danych Eurostatu, jest ona najniższa w całej Unii Europejskiej i wyniosła 2,5 proc. w listopadzie (w Polsce 4,5 proc.). Czechom brakuje rąk do pracy i dlatego zachęcają m.in. Polaków wysokim wynagrodzeniem i benefitami pozapłacowymi. Z kolei na Węgrzech płace według ostatnich danych Eurostatu rosły w tempie 12,9 proc. r/r, a bezrobocie w listopadzie było na poziomie jedynie 4 proc. Widać więc, że w wiodących krajach naszego regionu sytuacja dla pracowników mocno się poprawia.

…zewnętrzna także. Będzie lepiej!

Tak wysokie tempo wzrostu płac w Polsce nie byłoby możliwe bez zdecydowanej poprawy kondycji największych gospodarek w Europie. Napływające dane makroekonomiczne nie wskazują, by trend ten miał się odwrócić. Wręcz przeciwnie! Poprawiająca się sytuacja w kraju i zagranicą sprawia, że w kolejnych miesiącach Polacy są skazani na podwyżki płac w wysokim tempie. I chociaż grudniowe dane zwykle zaburzają jednorazowe nagrody i premie, już niedługo przeciętne wynagrodzenie w przedsiębiorstwach może przekraczać 5 tys. zł przez większość roku.

 

 

Autor: Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Wystarczyło ledwie kilka tygodni, by wartość Bitcoina poleciała w dół – aż o 9 tys. dolarów. Spadek mogły wywołać działania władz Korei Południowej, Chin oraz notowania giełdowe w oparciu o Bitcoina.

W połowie grudnia najpopularniejsza kryptowaluta kosztowała blisko 20 tys. dolarów. We wtorek 16 stycznia, czyli ledwie miesiąc później kosztuje już prawie o połowę mniej – nieco poniżej 11 tys. dolarów.

Wątek koreański oraz wejście na giełdę

Spadek ceny Bitcoina może być efektem pogorszenia się ogólnego sentymentu, m.in. przez działania władz Korei Południowej, które ostatnio sugerowały pomysł znacznego ograniczenia handlu kryptowalutami. Cytowany przez agencję Bloomberg minister finansów Kim Dong-Yeon powiedział, że “zamknięcie giełd kryptowalut nadal pozostaje opcją”, ale ta sprawa wymaga “poważnej” dyskusji pomiędzy ministrami.

Z kolei dwie giełdy w USA (CBOE i CME) w grudniu uruchomiły notowania kontraktów terminowych (futures) w oparciu o Bitcoina. Krótko po tym cena najbardziej znanej kryptowaluty wzrosła do blisko 20 tys. dolarów.

Jednak teraz uruchomienie kontraktów mogło się stać także jednym z powodów zatrzymania wcześniejszych spektakularnych wzrostów Bitcoina, ponieważ zwiększyła się liczba inwestorów instytucjonalnych zaangażowanych w obrót Bitcoinem. Kontrakty pozwalają korzystać ze strategii handlu nastawionych również na spadki ceny Bitcoina.

Spadek i co dalej?

Czy przecena najpopularniejszej kryptowaluty może jeszcze się pogłębić? Trudno o odpowiedź, ponieważ w odróżnieniu od standardowych walut, czynniki fundamentalne w cenie BTC nie odgrywają dużej roli. Zdecydowanie ważniejsze są emocje, które mogą spowodować, że procentowa skala wahań przekroczy nawet te widziane w ostatnich latach.

Z ostatniej chwili: Chiny zaostrzą walkę z kryptowalutami

Z pozyskanej dzisiaj przez agencję informacyjną Reuters wewnętrznej notatki z ubiegłotygodniowego spotkania rządu Chin wynika, że rząd Chin będzie wywierał znaczną presję na kryptowaluty. Wiceprezydent chińskiego banku centralnego (PBOC) twierdzi, że “władze powinny zakazać scentralizowanego handlu kryptowalutami oraz zakazać działalności usług z tym powiązanych zarówno przez przedsiębiorców, jak i osoby prywatne” – pisze Reuters. Biorąc pod uwagę, że Chiny to jeden z największych rynków kryptowalut, może to wywierać dodatkową negatywną presję na notowania wirtualnych walut, w tym Bitcoina.

 

Autor: Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl

Pierwsze dni stycznia przynoszą pogłębienie spadków franka. Szwajcarska waluta jest o 1 proc. poniżej wartości z końca grudnia i prawie 15 proc. w porównaniu do początku zeszłego roku. Co wpłynęło na znaczne zmiany i czy frankowicze mogą liczyć na kolejne spadki? 

Dobre nastroje gospodarcze w strefie euro połączone z działaniami Szwajcarskiego Banku Narodowego i względnie silną polską walutą powodują, że wycena franka w relacji do złotego spada do najniższych poziomów od początku 2015 r.

Ledwie rok temu za szwajcarską walutę płaciliśmy ok. 4,10 zł, czyli prawie 50 gr więcej niż obecnie. Dziś kurs wreszcie wrócił do wartości sprzed uwolnienia kursu przez Szwajcarski Bank Narodowy (SNB).

Po pierwsze: sygnały ze strefy euro

Głównym powodem silnego franka w ostatnich kilku latach była słaba kondycja niektórych krajów strefy euro. Kryzys zadłużeniowy powodował, że inwestorzy zaczęli wyceniać ryzyko rozpadu obszaru wspólnej waluty, a zabezpieczeniem przed jego negatywnymi skutkami miało być posiadanie franka.

Kwestie gospodarcze przekładały się także na podwyższone ryzyko polityczne, które dobrze było widoczne jeszcze na początku zeszłego roku. Dopiero zwycięstwo we francuskich wyborach Emmanuela Macrona zauważalnie zmniejszyło obawy inwestorów o stabilność strefy euro. Od tego czasu euro w relacji do franka wzmocniło się o 10 proc.

Redukcja systemowego zagrożenia dla strefy euro pozwoliła także na poprawę sentymentu wśród europejskich przedsiębiorców oraz konsumentów. To przyczyniło się do szybszego od oczekiwań wzrostu gospodarczego i rozpoczęcia wycofywania się z bardzo łagodnej polityki pieniężnej przez Europejski Bank Centralny.

Po drugie: działanie Szwajcarów

Niebagatelnym elementem, zmniejszającym apetyt na szwajcarskie aktywa w kryzysowych momentach oraz przyczyniającym się do osłabienia franka w minionych miesiącach, jest polityka pieniężna SNB. Władze monetarne tego alpejskiego kraju utrzymują ujemne stopy procentowe oraz sugerują przeprowadzanie interwencji w celu osłabienia franka. Mimo ostatnich spadków SNB nadal wydaje opinię o „wysoko wycenionej” walucie Szwajcarii.

Interwencje walutowe dobrze widoczne są w danych publikowanych przez SNB. Aktywa banku centralnego wyrażone w zagranicznej walucie przez trzy lata (dane na trzeci kwartał 2017 r.) wzrosły o ponad 300 mld franków – do 784 mld franków (prawie 120 proc. PKB).

Nabywając zagraniczne aktywa, bank centralny sprzedaje franki i dzięki temu osłabia lokalną walutę. Według danych SNB za trzeci kwartał 80 proc. aktywów stanowią zagraniczne obligacje (głównie skarbowe z wysokim ratingiem). Reszta to przede wszystkim akcje. Szwajcarski bank centralny na koniec 2016 r. miał w swoim portfelu akcje ok 6500 spółek na świecie. Z kolei dane amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) pokazują, że tylko w USA portfel SNB obejmuje akcje 2755 spółek o wartości ponad 100 mld USD (trzy lata temu było to 25 mld USD).

Komunikaty SNB nie wskazują, by polityka z ostatnich lat miała zostać wyraźnie zmodyfikowana. Również z prognoz makroekonomicznych nie wynika, by inflacja miała przekroczyć cel przed 2020 rokiem, stąd w najbliższych kwartałach raczej nie należy oczekiwać zmiany w działaniach władz monetarnych.

A teraz czas na stabilizację?

Znaczna poprawa perspektyw gospodarczych w Europie oraz w innych krajach rozwiniętych wspiera wycenę walut krajów rozwijających. Korzysta na tym również złoty, którego wartość w relacji do euro wzrosła o 5 proc. przez ostatni rok.

Wiele wskazuje na to, że frank może nadal być dość słaby, jednak powtórzenie skali spadku o prawie 50 gr, co zdarzyło się w ostatnim roku, jest mało prawdopodobne. Światowe przewartościowanie franka zostało silnie skorygowane w ostatnich miesiącach. Również złoty w relacji do euro powrócił do wieloletnich średnich. Ogranicza to potencjał korzystnych zmian dla frankowiczów.

Dodatkowo cały czas można znaleźć pewne zagrożenia dla bardzo dobrych dziś nastrojów globalnych. W marcu zaplanowane są wybory we Włoszech. Ich wynik jest dość sporą niewiadomą, a ryzyko braku utworzenia rządu znaczne. Ponowna elekcja na jesieni mogłoby zwiększyć szansę na wygraną eurosceptycznych ugrupowań, co przy słabej kondycji gospodarczej Italii prawdopodobnie przyczyni się do powrotu obaw o stabilność obszaru wspólnej waluty i może wzmocnić franka. W rezultacie więc średnioroczny kurs franka blisko bieżących poziomów wydaje się bardziej prawdopodobnym scenariuszem niż kontynuacja wyraźnych spadków.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Przekraczanie granicy, dziś w większości Europy ledwie zauważalne, kiedyś zabierało czas, wiązało się z procedurami. Oczekiwanie w kolejce, kontrole paszportu, bagażnika, odpowiedzi na pytania o cel podróży – to nie zawsze było miłe. Ale były też czasy, gdy z Polski za granicę mogli wyjeżdżać tylko nieliczni.

– Bardzo wiele zmieniło się równo 10 lat temu. W nocy z 20 na 21 grudnia 2007 r. podróżowanie po Europie nagle stało się dla Polaków o wiele łatwiejsze – mówi Bartosz Grejner, analityk rynkowy portalu finansowego Cinkciarz.pl.

Czteromilionowa przestrzeń swobody

Polska oficjalnie witała się z Europą otwartych granic w dolnośląskiej wsi Porajów, położonej po sąsiedzku z Niemcami i Czechami oraz w Budzisku na granicy z Litwą. Szefowie trzech państw oraz unijni oficjele przemawiali, padali sobie w ramiona, a tzw. zwykli obywatele mogli bez żadnych przeszkód wybrać się za granicę na spacer. Przy innych przejściach granicznych Polacy także cieszyli się z wejścia do strefy Schengen. Na plaży w Świnoujściu symbolicznie rozcinali zasieki.

Nazwa strefy wywodzi się od miejscowości w Luksemburgu. W czerwcu 1985 r. właśnie w Schengen przedstawiciele pięciu krajów (Belgii, Francji, Holandii, Luksemburga, RFN) podpisali porozumienie o stopniowym likwidowaniu przejść i kontroli granicznych. Wyrażoną wtedy wolę zrealizowali 10 lat później. Ich idea stopniowo rozprzestrzeniła się na niemal cały kontynent.

– Po wstąpieniu do strefy Schengen Polacy zaczęli o wiele więcej podróżować za granicę, wg danych OECD, ich liczba zwiększyła się w latach 2008-2016 o blisko 50 proc. Zadziałało to także w drugą stronę, tzn. więcej zagranicznych turystów przyjechało do Polski, w tym samym okresie ich liczba wzrosła o 35 proc – mówi analityk Cinkciarz.pl.

Wydarzenie z grudnia 2007 r. stanowiło przełom nie tylko w Polsce. Wraz z naszym krajem do Europy bez granic wchodziły także: Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Malta, Słowacja, Słowenia i Węgry. Dziś przestrzeń swobodnego przemieszczania się tworzy aż 29 państw, a wolę przystąpienia do strefy sformułowały cztery kolejne.

Od Skandynawii po skraj Półwyspu Iberyjskiego przez ponad cztery miliony kilometrów kwadratowych z reguły można podróżować swobodnie. Wyjątki powstają najczęściej tylko w sytuacjach zagrożenia. Np. latem tego roku Niemcy, organizując szczyt G20, na miesiąc przywrócili kontrole na swoich granicach. Podobnie działo się też kilka miesięcy wcześniej, gdy kilka krajów ograniczyło swobodny ruch z uwagi na kryzys migracyjny.

Zanim runęły mury

Ogólnie jednak w strefie Schengen podróżowanie odbywa się bez przeszkód, a korzystający z tego udogodnienia nastoletni Polacy nie mogą pamiętać, jak to wyglądało, zanim runęły mury, a zagranica, którą mogliśmy poznawać, składała się zasadniczo z bratnich państw socjalistycznych.

Przez kilkadziesiąt lat w powojennej Polsce nie istniały kantory, pierwszy z nich powstał ponoć dopiero w 1989 r. Wcześniej wymiana walut była zasadniczo nielegalna. Zresztą ludzie i tak częściej potrzebowali np. dolarów, marek czy funtów bardziej po to, by lokować w nich swoje oszczędności, niż na wycieczkę. W latach 50 -70 klucze do zagranicznych wyjazdów, czyli paszporty, polskie władze wydawały obywatelom niechętnie, najczęściej tylko na wyjazdy służbowe lub na tzw. zaproszenie. Po powrocie do kraju paszport należało zwrócić do biura paszportowego, które mieściło się w lokalnej komendzie milicji. Na forach historycznych można wyszperać dane, że w latach 60. przez cały rok z Polski do krajów kapitalistycznych wyjeżdżało ledwie ok. 50 tys. osób oraz ok. dwa razy więcej do krajów socjalistycznych.

W latach 70. dużo łatwiejsze stały się wycieczki do NRD i Czechosłowacji, lecz od zachodniej Europy Polaków ciągle oddzielała kurtyna, za którą nie dawało się ot, tak zwyczajnie wychylić. Przeszkodę stanowiły nie tylko problemy paszportowe, ale także wizy i koszty. Nieliczne wycieczki były w zderzeniu ze średnimi zarobkami pracowników w Polsce absurdalnie drogie.

Dopiero pod koniec lat 80. każdy dorosły Polak mógł sobie wyrobić wieloletni paszport na wszystkie kraje świata i trzymać ów dokument stale w domu. Jak bardzo Polacy tęsknili za taką chwilą, mówiły tłumy chętnych przed biurami paszportowymi. Powstawały komitety kolejkowe, listy obecności, całonocne dyżury – wielu ludzi marzyło o przepustce do zagranicznych wyjazdów, choćby do Berlina Zachodniego, w którym 1989 runął mur przez 28 lat dzielący miasto na dwa państwa.

Nie godząc się na zakazy

Dziś wydaje się nieprawdopodobne, że ledwie kilkadziesiąt lat temu w komunistycznej Polsce ludzi, którzy chcieli żyć i zarabiać w innym państwie, propaganda piętnowała niczym “zdrajców i sprzedawczyków”. Mimo to Polaków ciągnęło w świat. Nasz kraj tkwił w środku Europy niczym zamknięta strefa z pilnie strzeżonymi granicami, dlatego tzw. zwykli obywatele, ale także gwiazdy sportu czy artyści porywali się na ucieczki, nierzadko brawurowe. Innymi sposobami na emigrację stawały się wyjazdy legalne, na których wyjeżdżający odmawiali powrotu do kraju i prosili o azyl, czyli zalegalizowanie pobytu za granicą.

Często decydowały o tym względy ekonomiczne, ale też kwestie światopoglądu, polityki, bądź po prostu wola sprzeciwu przeciwko zakazom. Później na kanwie historii najbardziej spektakularnych ucieczek powstawały książki, filmy, reportaże. Twórcy brali na warsztat wzięte z życia pasjonujące historie: np. o ucieczce znanego piłkarza przez okno hotelowego pokoju przy okazji wyjazdu na pucharowy mecz z zagraniczną drużyną, o porwaniu statku lub samolotu, o ukrywaniu się wśród bagaży, albo w konstrukcji podwozia ciężarówki, o rejsach kutrami rybackimi do Danii lub Szwecji.

Najpierw Unia, później Schengen

Wejście Polski do Unii Europejskiej w 2004 r. oraz przystąpienie do strefy Schengen, które zaczęło obowiązywać w grudniową noc 2007 r., dało Polakom nie tylko wygodę w podróżowaniu po Starym Kontynencie. Dziś obywatele naszego kraju mogą też wybrać kraj, w którym chcą mieszkać, pracować, korzystać ze świadczeń medycznych czy emerytalnych.

Dane statystyczne mówią, że coraz więcej ludzi korzysta z tego przywileju.

– W 2004 r., w krajach Unii Europejskiej żyło 770 tys. Polaków. Ledwie rok później pierwszy raz złamaliśmy barierę miliona (1,2). Po kilku kolejnych latach w UE, ale poza Polską, mieszkało już ponad 2 mln Polaków, a dane GUS za 2016 r. mówią już o ponad 2,2 mln naszych rodaków, którzy zdecydowali się na unijną emigrację. Warto dodać, że wspomniane 2,2 mln to jednocześnie ogromna większość całej polskiej emigracji, którą GUS w ub.r. oszacował na nieco ponad 2,5 mln – mówi Bartosz Grejner, analityk rynkowy portalu finansowego Cinkciarz.pl. – Szacunki GUS mogą być jednak nieco konserwatywne. Dane OECD wskazują, że w samych Niemczech obecnie żyje ok. 1,3 mln Polaków, a w Wielkiej Brytanii niecały milion – mówi analityk Cinkciarz.pl.

 

 

 

 

 

 

Czy po Brexicie Wspólnotę opuści kolejne państwo? Sondaże przed planowanymi na początek marca wyborami we Włoszech dają szanse na zwycięstwo eurosceptycznej partii, co w połączeniu chłodnym nastawieniem Włochów do UE i słabą sytuacją gospodarczą kraju niesie ryzyko ożywionej dyskusji o „Italexicie”. 

Mijający rok upłynął na spekulacjach, czy po Brexicie – opuszczeniu Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię – Wspólnotę mogą czekać kolejne „exity”? Chociaż finalnie żadne państwo nie dołączyło do Zjednoczonego Królestwa, to zbliżające się wybory we Włoszech mogą podnieść temperaturę dyskusji o dezintegracji strefy euro czy nawet Unii Europejskiej.

Wyścig o najniższą pozycję z Grecją

Podstawowym problemem Włoch jest bardzo słaba gospodarka. W latach 2000-2016 jej realny (z uwzględnieniem inflacji) PKB na mieszkańca obniżył się o 5 proc. według danych Eurostatu. Strefa euro urosła w tym czasie o 12 proc., cała Unia o 18 proc. w Polsce wzrost wyniósł aż 75 proc.

Ciekawostką może być fakt, że rezultat Włoch jest gorszy nawet niż Grecji. Co prawda PKB na mieszkańca Hellady również spadło w badanym okresie, ale mniej niż w przypadku Italii –  niecałe 3 proc. Brak wzrostu gospodarczego od początku nowego millenium dodatkowo wiąże się ze wzrostem zadłużenia. Stosunek długu do PKB (dla całego kraju) zwiększył się ze 105 do 132 proc. PKB, a w całej UE gorzej pod tym względem wypada już tylko Grecja.

Nieefektywność włoskiego państwa bardzo dobrze potwierdzają także dane z rynku pracy. Współczynnik zatrudnienia dla populacji w wieku 15-64 lata wynosił 58,1 proc. w drugim kwartale 2017 r. To najniższy po Grecji (54 proc.) rezultat w UE, gdzie średnia wynosi 67,7 proc. Liderzy Wspólnoty – Szwecja czy Niemcy – osiągają wyniki ok. 77 oraz 75 proc.

Niewielkie są również szanse, by ta fatalna sytuacja gospodarcza Włoch uległa szybkiej poprawie. M.in. dlatego, że widać znaczne zaległości w budowaniu kapitału ludzkiego. Odsetek osób, które nie uczestniczą w edukacji, nie szkolą się oraz nie pracują (NEET) wynosi we Włoszech aż 30,7 proc. dla przedziału wiekowego 20-34 lata (ostatnie dane Eurostatu za 2016 r.). To gorszy rezultat niż w Grecji (30,5 proc.). Unijna średnia i wyniki Polski to ok. 18 proc., a rezultaty Szwecji czy Holandii są poniżej granicy 10 proc.

Dodatkowo, według publikacji Eurostatu, Włosi legitymują się najniższym w całej Unii odsetkiem osób z wyższym wykształceniem. W przedziale wieku 25-54 lata studia ukończyło tylko 19,4 proc. obywateli. Zaskakujący może być również fakt, że jest to nie tylko najgorszy wynik w UE, ale wyższym poziomem może pochwalić się Turcja (19,8 proc.) czy Macedonia (22,5 proc.).

Króluje unijny sceptycyzm

Bardzo słabe kilkanaście lat we włoskiej gospodarce łączy się z ograniczonym zaufaniem do Unii Europejskiej. Według jesiennego Eurobarometru, cyklicznego badania nastrojów przeprowadzonego przez Komisję Europejską, tylko 29 proc. ankietowanych Włochów uważa, że ich głos liczy się we Unii. To co prawda więcej niż w Grecji (22 proc.), ale już mniej niż Wielkiej Brytanii (33 proc.), która przecież opuszcza UE. Warto natomiast pamiętać, że Włochy były jednym z sześciu państw, które założyły Wspólnotę (początkowo Węgla oraz Stali).

Dane Eurobarometru bardzo dobrze pokazują także nastroje gospodarcze Włochów i ich spojrzenie na Unię. Najgorzej ze wszystkich badanych państw oceniają oni sytuację ekonomiczną UE. Aż 58 proc. uważa że jest ona obecnie zła. Nawet w Grecji ta ocena jest bardziej optymistyczna (52 proc.). W Polsce tylko 19 proc. ankietowanych sądzi, że gospodarka UE jest w złym stanie.

Mieszkańcy Italii, w najmniejszym stopniu z całej UE, popierają wolność przemieszczania się pracy czy uczenia się we Wspólnocie (za jest 68 proc. ankietowanych). Wśród wszystkich krajów strefy euro najmniejsze poparcie dla wspólnej waluty wyrażają właśnie Włosi (59 proc.). Oni także, prócz Greków, w najmniejszym stopniu z 28 ankietowanych przez KE państw czują się obywatelami Unii (54 proc.). Nawet w opuszczającej Wspólnotę Wielkiej Brytanii ten odsetek jest większy i wynosi 55 proc. W Polsce jest to 77 proc. Ważniejszy jednak jest fakt, że w Hiszpanii czy Portugalii jest to ponad 80 proc., a przecież ostatni kryzys gospodarczy dotkliwie przechodził cały Półwysep Iberyjski. Badania Eurobarometru mogą świadczyć o tym, że Włosi własne niepowodzenia tłumaczą w znacznej części uczestnictwem w Unii, a nie krajowym zaniedbaniami.

Marcowe wybory wielką niewiadomą

We włoskiej polityce od dawna brakuje stabilizacji. Od zakończenia II wojny światowej mniej więcej co rok zmieniał się rząd. Zwykle jednak były to albo lewicowo, albo prawicowo-centrowe koalicje. Najbliższe wybory za niecałe trzy miesiące (4 bądź 11 marca) mogą jednak pokazać zupełnie inny obraz Włoch.

W sondażach prowadzi obecnie eurosceptyczny Ruch Pięciu Gwiazd z 27-28 proc. poparcia. Ma on przewagę mniej więcej 3-4 pkt proc. nad tworzącą teraz rząd Partią Demokratyczną. Praktycznie łeb w łeb idą legitymujące się ok. 15 proc. poparciem eurosceptyczna Liga Północna oraz centroprawicowa Forza Italia Silvio Berlusconiego.

Chociaż istnieje spore ryzyko przejęcia władzy przez eurosceptyków, to jednak rynek na razie jest dość spokojny. Wynika to z faktu, że liderujący w sondażach Ruch Pięciu Gwiazd wyklucza wchodzenie w koalicję. Liga Północna natomiast może dołączyć koalicji z Forza Italia. Dodatkowo niedawno została zmieniona ordynacja wyborcza, która raczej sprzyja ugrupowaniom o ugruntowanej pozycji.

Warto jednak zauważyć, że podzielonemu parlamentowi w ogóle może być trudno utworzyć rząd. Wtedy ryzyko negatywnego scenariusza wyraźnie wzrośnie. Negocjacje wokół utworzenia wielkiej koalicji lewicowo-prawicowej mogą toczyć się miesiącami, a wcale nie musi ona długo przetrwać. Kolejne wybory, biorąc pod uwagę badania Eurostatu, mogą jeszcze bardziej wzmocnić eurosceptyczne nastroje i zwiększyć poparcie dla reprezentujących ten pogląd ugrupowań. W tym momencie będzie już wystarczająco duże zagrożenie, by rynki zaczęły spekulować o Italexicie – opuszczeniu strefy euro bądź nawet UE przez Włochy.

 

autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

 

 

 

 

Tylko 10 procent młodych Polaków, którzy kształcą się po 18. roku życia, decyduje się na łączenie nauki z pracą. To o połowę mniej niż w strefie euro oraz jedna trzecia tego, co w Niemczech. Marnują się więc potencjalne zasoby pracowników, mimo że koniunktura na rynku jest bardzo dobra.

Rosnące wynagrodzenia, historycznie niskie bezrobocie oraz napływ pracowników z Ukrainy skłaniają do wniosku, że popyt na pracę w Polsce jest rekordowo wysoki. Coraz częściej mówi się także o możliwych negatywnych skutkach dla przyszłego wzrostu gospodarczego ze względu na braki zasobów siły roboczej związane chociażby ze starzejącym się społeczeństwem.

Faktycznie jednak w naszym kraju „ukryte” są znaczne pokłady osób, które mogłyby przynajmniej częściowo zredukować lukę związaną z uwarunkowaniami demograficznymi, obniżeniem wieku emerytalnego czy niską aktywnością zawodową kobiet bez wyższego wykształcenia. Tym rozwiązaniem może być aktywizacja osób młodych, często studentów, którzy wyraźnie nie garną się do pracy.

Aktywizacja NEET-ów nie rozwiąże problemu

Kilka lat temu w Unii Europejskiej odbyła się szeroka dyskusja na temat młodych osób (15-24 lata), które ani nie pracują, ani się nie uczą, ani nie kształcą się zawodowo (NEET – neither in employment nor in education and training). Pomiędzy rokiem 2008 a 2012 ich liczba w UE wzrosła o milion osób i wyniosła 7,5 mln.

Obecnie jednak liczba NEET-ów w UE jest mniejsza niż przed rokiem 2008, a jej wzrost wynikał prawdopodobnie głównie z głębokiego kryzysu ekonomicznego. Również w Polsce NEET-ów sukcesywnie ubywa. Warto jednak zauważyć, że choć społecznie jest to trudny problem, gdyż te osoby ciężko zaktywizować ze względu na zwykle niskie kwalifikacje, ich odsetek w całej populacji ludzi młodych jest stosunkowo niewielki i wynosi zarówno w Polsce, jak i w Unii ok. 11 proc.

Nawet gdyby udało się zmniejszyć liczbę NEET-ów o połowę, czyli do wartości obserwowanych w Niemczech, Holandii czy Szwajcarii, to liczba pracujących lub uczących się mogłaby wzrosnąć o ok. 200 tys. To dużo, ale nie są to wartości na tyle przełomowe, by zauważalnie poprawiły kondycję całej gospodarki.

Student się uczy, ale pracować już nie chce

Zupełnie inaczej przedstawia się kwestia osób uczących się, które praktycznie nie uczestniczą w rynku pracy, a przy stworzeniu odpowiednich warunków mogłyby to robić. Współczynnik zatrudnienia osób w wieku 15-19 lat (przedział wiekowy stosowany przez Eurostat) w Polsce wynosi zaledwie 2,7 proc. na koniec 2016 r. W przypadku całej Unii jest to 12 proc., a w Danii oraz Holandii dochodzi do granicy 50 proc. Wyrównanie chociaż unijnego wyniku oznacza wzrost zatrudnienia o 150 tys. kształcących się osób.

Zaskakująco niski jest także poziom zatrudnienia wśród osób kontynuujących naukę w wieku 20-24 lata. W Polsce wynosi on zaledwie 11,4 proc. i sukcesywnie spada przez ostatnią dekadę (w 2008 r. było to 18,2 proc., a w 2010 r. 15,7 proc.). Niewykluczone, że dzieje się tak, ponieważ coraz mniejszy odsetek studentów płaci za studia, a łączenie pracy oraz nauki w Polsce, jeżeli nie wymaga tego sytuacja finansowa, jest mało popularne.

Według corocznych raportów GUS dotyczących szkół wyższych i ich finansów w roku akademickim 2007/2008 odsetek studentów otrzymujących darmową edukację (uczelnie publiczne, studia stacjonarne) wynosił 42 proc. Po czterech latach było to 51 proc., a według najnowszych danych GUS za rok akademicki 2016/2017 sięgnął on poziomu 60 proc. Z kolei według badań przeprowadzonych przez Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w 2010 r. aż 76 proc. studentów zrezygnowałoby z zatrudnienia lub nie szukałoby pracy, gdyby posiadało odpowiednie wsparcie finansowe od rodziców.

Kilkaset tysięcy zdolnych do podjęcia zatrudnienia

Z populacji ok. 3 mln osób w wieku 18-24 lata edukację kontynuuje ok. 1,8 mln (1,4 mln studentów). Tylko 9,7 proc. spośród nich ma zatrudnienie. To zdecydowanie gorszy rezultat niż średnia w strefie euro – 20 proc. czy wyniki liderów – Holandii – 45 proc., Danii – 44 proc. oraz Niemiec – 31,4 proc.

Wzrost odsetka zatrudnienia wśród uczących się młodych dorosłych o każde 10 pkt proc. oznacza blisko 200 tys. nowych pracowników na rynku, i to takich, którzy po ukończeniu edukacji, będą lepiej przygotowani do pełnoetatowej posady niż ich rówieśnicy bez doświadczenia.

 

autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Europejska ropa Brent jest najdroższa od ponad dwóch lat, cena przekroczyła 60 dolarów za baryłkę. Spadają również globalne zapasy tego surowca, a porozumienie producentów o ograniczeniu wydobycia może zostać przedłużone na cały 2018 rok. Paliwo na stacjach też podrożeje.

Napływające z rynku informacje sugerują, że kierowcy będą musieli sięgnąć głębiej do kieszeni. Od 20 października cena benzyny 95 na rynku ARA (Amsterdam – Rotterdam – Antwerpia) wzrosła o 11 gr i osiągnęła poziom 1,71 zł za litr. Brakuje 14 gr, by popularna bezołowiówka kosztowała najwięcej od lata 2015 r.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja z dieslem. W holenderskich oraz belgijskich rafineriach – po 9-groszowym wzroście w ciągu niespełna tygodnia – olej napędowy kosztuje 1,73 zł za litr i jest tylko 8 gr poniżej szczytów z lipca 2015 r.

Potentaci sugerują ograniczenie wydobycia

Całkiem niedawno, bo we wrześniu br., ceny paliw również gwałtownie rosły. Wtedy jednak podwyżki były następstwem huraganów, które nawiedziły Stany Zjednoczone i zaburzyły globalną produkcję. Tamte wydarzenia miały jednak charakter przejściowy. Tymczasem obecne wzrosty cen mogą utrzymać się przez wiele miesięcy.

W ostatni piątek, a także podczas minionego weekendu przedstawiciele Arabii Saudyjskiej sugerowali możliwość przedłużenia ograniczenia wydobycia do końca 2018 r. We wrześniu OPEC wydobywał o milion baryłek ropy naftowej dziennie mniej niż rok temu. Za przedłużeniem porozumienie opowiada się również Rosja, która dziennie produkuje o 200 tys. baryłek mniej niż we wrześniu 2016 r.

Mniejsze zapasy u progu zimy

Sugestie ze strony OPEC oraz Rosji doprowadziły do tego, że cena sprzedawanej m.in. w Europie ropy Brent przekroczyła 60 dolarów za baryłkę i osiągnęła najwyższe poziomy od ponad dwóch lat. Poza zmianami związanymi z podażą „czarnego złota” warto także zwrócić uwagę na popyt i zapasy, które są także niezwykle ważne dla cen. Według październikowego raportu Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) tempo wzrostu popytu w III kwartale wyhamowało z rekordowych 2,2 mln baryłek do 1,2 mln baryłek. Cały czas jednak IEA przewiduje, że wzrost globalnego zapotrzebowania na ropę naftową wyniesie średnio 1,6 mln baryłek (1,6 proc.) w tym roku oraz 1,4 mln baryłek (1,4 proc.) w przyszłym.

Po wielu kwartałach, w których rosły zapasy ropy oraz paliw, następują wyraźne spadki. Jeszcze w styczniu br. globalne rezerwy przekraczały 5-letnią średnią o 318 mln baryłek. Teraz, według IEA, są one o niemal połowę mniejsze (170 mln). Szczególnie niepokojąco wygląda sytuacja diesla. W Stanach Zjednoczonych jego zapasy spadły do najniższych poziomów od maja 2015 roku. Zwiększa to ryzyko, że jeżeli w sezonie zimowym Europę i USA nawiedzą temperatury poniżej wieloletnich średnich to diesel może rosnąć wyraźnie szybciej niż ropa naftowa ze względu na niskie zapasy i perspektywę gwałtownego wzrostu popytu.

Podrożeje diesel, podrożeje bezołowiowa

Kurczące się zapasy ropy naftowej oraz jej produktów przy ograniczeniu produkcji przez OPEC i Rosję zwiększają dodatkowo ryzyko, że przy jakichkolwiek problemach związanych z podażą (wydarzenia pogodowe czy geopolityczne) możemy spodziewać się gwałtownych wzrostów cen. Bufor bezpieczeństwa jest obecnie zdecydowanie mniejszy niż w kilku ostatnich latach.

Można więc założyć, że notowania ropy Brent raczej będą kształtować się blisko granicy 60 USD za baryłkę z perspektywą krótkoterminowych silnych wzrostów w przypadku niespodziewanych zaburzeń w produkcji. Ceny przy dystrybutorach na polskich stacjach wzrosną w najbliższych dniach o dobre kilka groszy na litrze. W konsekwencji trudno będzie zatankować olej napędowy poniżej granicy 4,50 zł/litr, a benzynę bezołowiową 95 za mniej niż 4,65 zł/litr.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk cinkciarz.pl

Rosnące ceny żywności dotykają wszystkich konsumentów, ale najbardziej emerytów i rencistów, którzy nie korzystają z silnego wzrostu wynagrodzeń czy też transferów socjalnych z programu Rodzina 500 plus.

Według danych Eurostatu we wrześniu w Polsce żywność zdrożała o 4,7 proc. r/r. Ceny dla tej kategorii produktów rosły szybciej jedynie w pięciu unijnych państwach, a przeciętny wynik dla całej wspólnoty wynosił 2,3 proc. Dodatkowo inflacja żywności w naszym kraju jest obecnie najwyższa od końca 2012 r.

W ciągu minionego roku w naszym kraju najbardziej podrożało masło – o 48 proc. Tylko w czterech europejskich krajach odnotowano procentowo wyższe podwyżki tego produktu. W Niemczech masło kosztuje dziś o 70 proc. więcej niż we wrześniu 2016 r., ale np. we Francji już tylko 7,6 proc. Silnie zdrożały w Polsce również jaja (7,7 proc. r/r), jogurty (9,1 proc. r/r) czy wieprzowina (7,4 proc. r/r).

Ostatnie miesiące to także znacznie wyższe wydatki dla zwolenników zdrowszych produktów. W porównaniu z wrześniem ub.r. świeże owoce podrożały o 9,7 proc., a warzywa o 5,8 proc. Niewielkim pocieszeniem dla większości konsumentów może być fakt, że w analogicznym okresie staniały o 0,7 proc. owoce morza czy napoje gazowane – o 0,4 proc.

Emeryci i renciści najbardziej poszkodowani

Teoretycznie wyższe ceny w sklepach dotykają każdego w ten sam sposób. Praktycznie jednak rosnące koszty zakupu żywności są dotkliwsze dla osób o najniższych dochodach. Dobrze pokazuje to coroczne badanie GUS dotyczące budżetów gospodarstw domowych.

W 2016 r. mediana wydatków na żywność oraz napoje stanowiła 30 proc. wszystkich wydatków emerytów oraz rencistów. W przypadku pracujących na własny rachunek czy gospodarstw nierobotniczych ten odsetek wynosi 23 proc. Emeryci oraz renciści w niewielkim stopniu korzystają natomiast z faktu, że np. ceny ubrań czy obuwia spadają (o 4,4 proc. r/r). W porównaniu do mediany wszystkich wydatków udział akurat tej kategorii jest u seniorów o ponad połowę mniejszy niż w przypadku ogółu gospodarstw domowych.

Naturalny jest również fakt, że emeryci czy renciści wydają na edukację niewielki odsetek (jedną siódmą) tego co reszta społeczeństwa. Ceny w tej kategorii rosną jednak stosunkowo wolno (o 1,3 proc. r/r), co obniża ogólny wskaźnik inflacji, ale analizowana grupa społeczna tego nie odczuwa.

Wysoki wzrost dochodów, ale nie dla seniorów

Według danych GUS średni dochód rozporządzalny na osobę wzrósł w 2016 r. o 7 proc. Dla gospodarstw domowych otrzymujących świadczenie wychowawcze Rodzina 500+ ten wzrost wyniósł 16,8 proc. (wśród małżeństw z co najmniej trójką dzieci o 25,2 proc.). Wyraźnie podniosły się również dochody na wsi (o 9,8 proc.).

Emeryci i renciści nie skorzystali z ostatnich zmian w programach socjalnych, omijał ich też szybki wzrost wynagrodzeń. Wprawdzie dochód rozporządzalny emerytów i rencistów wzrósł, lecz wyraźnie poniżej ogólnego trendu i kształtował się na poziomie odpowiednio +4,1 oraz +4,4 proc. Zestawiając ze sobą niski wzrost dochodu oraz fakt, że seniorzy wydają proporcjonalnie najwięcej na gwałtownie drożejącą żywność, ostatnie podwyżki cen są szczególnie dotkliwe dla ich domowych budżetów.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk cinkciarz.pl

Według agencji Bloomberg w rankingu za czwarty kwartał 2016 r. spółka Cinkciarz.pl zajęła pierwsze miejsce w trafności typowań kursów na parze USD/PLN. Analitycy lidera rynku wymiany walut osiągnęli również trzecie miejsce dla zbiorczego rankingu walut Ameryki Łacińskiej.

Typowania pary dolar amerykański / złoty przygotowane przez Cinkciarz.pl znalazły się na pierwszym miejscu prestiżowego notowania Bloomberg Ranks. Prognozy autorstwa analityków serwisu wymiany walut zostały wyróżnione spośród typowań z całego świata. Spółka wyprzedziła tak znane marki, jak Wells Fargo czy Raiffeisen.

W czwartym kwartale 2016 r. dolar w relacji do złotego podrożał o ok. 40 groszy. – Było to spowodowane ogólnym wzrostem wartości amerykańskiej waluty na rynku na świecie. Dolar zaczął zyskiwać po wyborach w USA. Wygrana Donalda Trumpa oraz utrzymanie przez Republikanów większości głosów w obu izbach Kongresu urealniły plany gospodarcze prezydenta elekta – wyjaśnia Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Jak tłumaczy, inwestorzy stopniowo zaczęli wyceniać możliwość redukcji podatków dla przedsiębiorstw oraz gospodarstw domowych, zmniejszenie regulacji dla firm oraz inwestycje publiczne w infrastrukturę. Wprowadzenie tych inicjatyw zwiększa z jednej strony szansę na szybszy wzrost gospodarczy w przyszłości, ale również podnosi ryzyko przegrzania się gospodarki.

– Niezależnie jednak od finalnego scenariusza gospodarczego dla USA, w perspektywie najbliższych kwartałów zarówno PKB, jak i inflacja powinny przyspieszyć. To zmotywowałoby Rezerwę Federalną do szybszego od oczekiwań podniesienia stóp procentowych. Wyższe stopy procentowe w USA w relacji do innych gospodarek rozwiniętych stymulują przepływ kapitału do Stanów Zjednoczonych, powodując wzrost wartości dolara – dodaje analityk.

Zdaniem ekspertów spółki, kolejny pozytywny impuls dla dolara może pojawić się już w pierwszej połowie roku, kiedy rozpocznie się wprowadzanie reform przygotowanych przez nową amerykańską administrację. Niewykluczone więc, że jeszcze przed wakacjami dolar będzie kosztował ponad 4.50 zł, a przy kulminacji dobrych danych z USA i rosnących oczekiwań dotyczących wzrostu wysokości stóp procentowych jest prawdopodobne, że w     2017 r. trzeba będzie za niego płacić nawet ponad 4.70 zł. Oznaczałoby to, że amerykańska waluta w relacji do polskiej będzie najdroższa w historii.

Trafne typowania dla dolara i złotego to nie jedyne zwycięskie miejsce na podium dla Cinkciarz.pl. Pierwszą lokatę przyznano także wskazaniu ekspertów walutowych spółki dla pary euro / ukraińska hrywna. Drugie miejsce w rankingu zajęły prognozy dla par walutowych: dolar amerykański i peso chilijskie, a także dolar amerykański i sol peruwiański.

Trzecie miejsca również należą do serwisu wymiany walut. Te pozycje wypracowały dla niego prognozy dla pary dolar amerykański / koreański won oraz zbiorczy ranking dla walut Ameryki Łacińskiej.

 

Źródło: cinkciarz.pl

 

Lepiej oszczędzać, czy inwestować? Prawidłowa odpowiedź na tak zadane pytanie brzmi: „to zależy”. Aby na nie odpowiedzieć, musimy sobie wyjaśnić, czym jest inwestowanie, a czym oszczędzanie. O ich wadach i zaletach oraz różnicach między nimi opowiada Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Oba terminy są, a z pewnością powinny być, istotną częścią naszego życia – a przynajmniej jego finansowej strony. O oszczędzaniu mówimy, kiedy odkładamy pieniądze, by ich nie wydawać. Naszym celem jest przede wszystkim maksymalna ochrona kapitału, zarówno przed możliwością straty, jak i przed chęcią ich wydawania, przy równoczesnym zachowaniu jak największej ich płynności, czyli bardzo szybkiej dostępności do nich.

Pokusa wydawania jest duża, biorąc pod uwagę, że mamy obecnie wiele możliwości ich wydawania. Oszczędzając nie spodziewajmy się dużych zysków np. z oprocentowania konta czy lokat. Traktujmy to jako swojego rodzaju cenę za maksymalne bezpieczeństwo naszych funduszy.

Dla kontrastu, inwestowanie oznacza lokowanie części kapitału z celem większego ich pomnażania. Dlatego też do inwestycji najczęściej wybieramy np. akcje, fundusze inwestycyjne czy nieruchomości, po których spodziewamy się, że wzrosną na wartości. Wybierając przedmiot inwestycji ważne jest określenie celu inwestowania oraz jeszcze jednego istotnego czynnika – czas jej trwania. W połączeniu determinują one przedmiot inwestycji. Czas jest też bardzo istotny z innego powodu, mianowicie ryzyka pomniejszenia zakładanych zysków z inwestycji. Generalnie nasze cele inwestycyjne nie powinny być krótkoterminowe, ale o tym za chwilę.

Po co oszczędzać i czy to bezpieczne?

Krótkoterminowe cele są domeną oszczędzania. Oszczędzamy na „czarną godzinę” lub by dokonać jakiegoś zakupu, mniejszego (np. pralki) czy większego (np. pierwsza wpłata na kredyt hipoteczny na mieszkanie). Wspólną cechą tych celów jest to, że nie powinniśmy akceptować ryzyka utraty nawet części tego kapitału.

Pojęcie ryzyka jest głównym aspektem zarówno oszczędzania, jak i inwestowania. Oszczędzając wybieramy przede wszystkim krótkoterminowe cele, w przeciwności do inwestycji, gdzie krótszy okres czasu najczęściej oznacza dla nas większe ryzyko. Choć ryzyko niewypłacalności banku, w którym trzymamy nasze pieniądze, jest bardzo małe, zawsze ono jednak istnieje. W tym miejscu możemy zidentyfikować kolejny plus oszczędzania, jakim jest gwarancja Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Nawet w tym bardzo mało prawdopodobnym scenariuszu, otrzymamy z BFG 100 proc. naszych środków w wysokości do 100 tys. euro.

Co w przypadku, gdy posiadamy większą kwotę? Wystarczy, że założymy rachunki w kilku bankach, których depozyty nie będą przekraczały powyższej kwoty i dalej mamy 100 proc. pewności co do bezpieczeństwa swojego kapitału. Należy tylko pamiętać, że gwarancją objęte są jedynie imienne rachunki bankowe, lokaty czy wierzytelności. Tymczasem w bankach znajdziemy również wiele produktów nieobjętych gwarancją BFG, jak np. jednostki funduszy inwestycyjnych.

Jak oszczędzać?

Kolejną kwestią jest to, jak oszczędzać. Pomocne tu okazuje się zrozumienie przynajmniej podstawy funkcjonowania oprocentowania na rachunku. Choć często widzimy oprocentowanie podawane w skali roku i to ono nas najbardziej interesuje, to najczęściej banki nie naliczają oprocentowania rocznie, ale w krótszych okresach np. miesięcznie. Taka konstrukcja oprocentowania na rachunku oznacza dla nas, że korzystnie jest wpłacać regularnie co miesiąc nawet mniejsze kwoty, gdyż wraz z każdym miesiącem „pracują” dla nas coraz większe kwoty.

Musimy sobie zdawać sprawę, że oszczędzając nie pomnażamy w istotny sposób swojego majątku, tylko trzymamy go oprocentowany na określony cel. Każda ze wspomnianych cech oszczędności, czyli bardzo wysokie bezpieczeństwo połączone z gwarancją kapitału, szybki dostęp do pieniędzy, oprocentowanie chroniące przed inflacją, (najczęściej) „kosztują” nas utratę możliwości znacznego pomnożenia naszego kapitału. Nie należy tego traktować jako minus, ale jako element naszej strategii ochrony kapitału.

Kiedy inwestowanie ma sens

W przeciwieństwie do oszczędzania, inwestowanie ma tę zaletę, że otrzymujemy wspomnianą możliwość pomnożenia naszego kapitału. Tak jak wcześniej zostało wspomniane, musimy znać swoje cele i horyzont czasowy naszej inwestycji. Ma to tym większe znaczenie, że inwestowanie charakteryzuje się większym ryzykiem, niż oszczędzanie. To możliwość utraty części, a w skrajnych przypadkach całości kapitału. Co zrobić, żeby je zminimalizować?

Horyzont czasowy nie powinien być krótki. Dlaczego? Nasze inwestycje najczęściej związane są z rynkiem kapitałowym czy gospodarką. Poruszają się one najczęściej w paroletnich cyklach, mając swoje wzloty i upadki. Ekonomistom trudno jest przewidzieć z wyprzedzeniem, kiedy nastąpi ich początek czy koniec, więc mądrze jest założyć, że nie będziemy w tym lepsi. Bezpiecznie możemy przyjąć, że cykle te mogą trwać ok. siedmiu lat i tyle też powinien wynosić nasz minimalny horyzont inwestycyjny. Minimalizujemy w ten sposób ryzyko inwestycji w złym momencie.

W kontekście dłuższego okresu wahania koniunktury czy na rynkach finansowych powinny mieć mniejsze znaczenie. Długi okres nie da nam jednak nigdy całkowitej pewności, że nie stracimy części naszego kapitału. Zastanawiając się w co zainwestować, optymalnie jest wybrać więcej niż jeden produkt czy rzecz. Postępując w ten sposób dywersyfikujemy nasz portfel inwestycyjny, czego efektem będzie zmniejszenie ryzyka. Musimy pamiętać tylko, aby obiekty naszych inwestycji nie były mocno zależne od siebie.

Możemy to łatwo zobrazować na funduszach inwestycyjnych. Należy pamiętać, że tymi funduszami zarządzają też ludzie. Każdy zespół zarządzających w danym funduszu będzie odrobinę inaczej reagował na to co się dzieje na rynku, popełniał różne błędy. Jeżeli więc dla przykładu chcemy koniecznie inwestować w fundusze akcji, zmniejszymy trochę ryzyko wybierając np. trzy fundusze o podobnej charakterystyce, ale zarządzane przez różnych ludzi. Pamiętajmy tylko, że wybór funduszu powinniśmy opierać na głębszej analizie ich wyników, szczególnie powtarzalności tych pozytywnych.

Złoty środek

Każdy ma inne potrzeby i trzeba sobie jasno powiedzieć, że strategia oszczędzania czy inwestowania powinna być dopasowana do indywidualnych potrzeb. Nasza strategia będzie różna w wieku 20 lat i w wieku 60. Możemy jednak zidentyfikować kilka podstaw, które mogą mieć zastosowanie do większości z nas.

Przede wszystkim, gdy już stwierdzimy, że jesteśmy w stanie cokolwiek cyklicznie odkładać, pierwszym takim racjonalnym etapem wydaje się być zapewnienie sobie oszczędności na poziomie co najmniej kilku miesięcznych wynagrodzeń – taki fundusz w razie nieoczekiwanych wydatków czy chwilowej utraty pracy.

W momencie, w którym już będziemy mieli to zapewnione, możemy zastanawiać się nad naszymi celami krótko- i długoterminowymi. Większość z nas ma i jedne i drugie, dlatego też nasza strategia najczęściej powinna zawierać elementy oszczędzania oraz inwestowania. Integrując jedno z drugim do naszych celów i potrzeb zapewniamy sobie szansę na stabilną budowę naszego majątku.

Informacja o tym, że wyższe wykształcenie zapewnia lepsze zarobki, jest na świecie dość powszechna. W jakim stopniu jednak poprawi się nasza przyszła sytuacja finansowa, jeżeli zdecydujemy się na kilka dodatkowych lat nauki? 

 

Według danych OECD, poziom edukacji wpływa na wiele aspektów naszego życia. Statystycznie osoby mające dyplom wyższej uczelni łatwiej znajdują pracę i mają wyższe wynagrodzenie. Dodatkowo charakteryzują się lepszym zdrowiem, chętniej angażują się w wolontariat, a także maja większe zaufanie do ludzi.

Z drugiej strony dłuższa o kilka lat nauka to także koszty. Decydując się na studia, często zaczynamy pracę na pełen etat znacznie później niż nasi rówieśnicy, którzy wybrali inną ścieżkę kariery. Czy więc rzeczywiście dyplom uczelni wyższej to przepustka do sukcesu finansowego?

Łatwiej o pracę

Według badania aktywności ekonomicznej ludności Polski, przeprowadzonego przez GUS w pierwszym kwartale 2016 r., stopa bezrobocia mierzona metodą BAEL wśród osób z wykształceniem wyższym wyniosła 3.4 proc. W przypadku osób, które zakończyły naukę na poziomie gimnazjalnym lub niższym, wynosiła ona 16.4 proc.

Należy jednak zwrócić uwagę, że jeśli podjęliśmy decyzję o rozpoczęciu studiów, to warto je skończyć. Osoby, które legitymują się wykształceniem średnim zawodowym czy policealnym mają mniejsze problemy ze znalezieniem pracy niż te, które zakończyły edukację na poziomie liceum ogólnokształcącego. W pierwszych dwóch przypadkach stopa bezrobocia wynosi odpowiednio 6.1 proc i 7.5 proc. W trzecim natomiast jest to 10.6 proc.

Również jeżeli spojrzymy na wskaźnik zatrudnienia w stosunku do populacji w wieku produkcyjnym (tutaj dla osób starszych niż 15 lat), jest on zdecydowanie wyższy wśród osób z dyplomem uczelni (77.5 proc.) niż w pozostałych grupach, gdzie wynosi od 14.1 proc. (gimnazjum i poniżej) do 61 proc. (średnie zawodowe).

Powyższe statystyki wyglądają bardzo podobnie również w krajach OECD. Poziom bezrobocia osób z wyższym wykształceniem wynosi 4.5 proc. (magisterskie), a gimnazjalnym lub niższym – 14.8 proc.

Ile jest wart dyplom uczelni wyższej na świecie?

OECD w opracowaniu „Education at a Glance” przedstawia koszty i zyski kontynuowania edukacji. Dokument analizuje aspekt finansowy dla różnej liczby lat nauki. Jednak najbardziej wartościowe w obecnych czasach jest  porównanie zarobków tych, którzy legitymują się dyplomem uczelni wyższej z tymi, którzy zakończyli naukę na poziomie policealnym lub średnim zawodowym.

Warto także zauważyć, że wszystkie wyliczenia są przeprowadzone w jednostce USD PPP (ang. purchasing power parity), czyli parytecie siły nabywczej. Daje nam to informację, jak różnica wykształcenia w danym kraju zwiększyłaby nasze realne możliwości zakupu dóbr i usług, gdybyśmy mieszkali Stanach Zjednoczonych. Oczywiście tę wartość można przeliczyć potem na walutę lokalną. W przypadku Polski każdy 1 USD PPP to nominalnie ok. 50 centów amerykańskich, czyli 2 zł.

Średni bezpośredni koszt nauki w krajach OECD to 13.2 tys. USD PPP. Do tego dochodzi koszt utraconych zarobków w wysokości 43.5 tys. USD PPP. W sumie po studiach jesteśmy „na minusie” ponad 55 tys. USD PPP. Bardzo podobne wyliczenia przedstawiane są dla średniej z 21 krajów Unii Europejskiej. Przeciętnie jednak obywatele krajów OECD, którzy mają wykształcenie wyższe, zarobią w ciągu swojego życia o 405 tys. USD PPP (mężczyźni – 477 tys., kobiety – 332 tys.) więcej, niż ci, którzy nie zdecydowali się studia. Od tej kwoty jednak należy odjąć „efekt podatkowy”, a także „składki socjalne”. W rezultacie biorąc również pod uwagę koszt edukacji i utraconych na początku zarobków, jesteśmy do przodu ok. 187 tys. USD PPP netto (mężczyźni – 229 tys. kobiety – 145 tys.).

Należy jednak zauważyć, że nasze finansowe zyski związane z wykształceniem znacznie różnią się w poszczególnych krajach. I tak w Korei Południowej i Nowej Zelandii wynoszą one odpowiednio jedynie 72 tys. i 92 tys. USD PPP. Stosunkowo niewiele da nam dłuższa edukacja w Hiszpanii – nieco ponad 115 tys. USD PPP (u kobiet o 30 tys. więcej niż u mężczyzn). Blisko średnich poziomów OECD wart jest dyplom uczelni wyższej w Niemczech (160 tys. USD PPP) oraz w Holandii (197 tys. USD PPP). Zdecydowanie najbardziej opłacalna jest dłuższa nauka w Stanach Zjednoczonych (366 tys. USD) oraz w Chile (400 tys. USD PPP). A jak na tym tle wygląda sytuacja w Polsce?

Wyższe wykształcenie to ponad pół mln zł zysku netto

Średnio bezpośrednie koszty studiów w Polsce to 6 tys. USD PPP. Do tego musimy dodać utracone zarobki w kwocie 18 tys. USD PPP.  Ta kwota jednak jest niewielka gdy zobaczymy, że mając wyższe wykształcenie zarobimy w ciągu naszego zawodowego życia o ponad 400 tys. USD PPP brutto więcej w porównaniu do tych osób, które na studia się nie zdecydowały.

Oczywiście podobnie jak to miało miejsce w przypadku krajów OECD, należy od tego odjąć jeszcze efekt wyższych podatków (36 tys. USD PPP) oraz składek społecznych (72 tys. USD PPP). Netto nasz zysk wynosi więc 274 tys. USD PPP (mężczyźni – 338 tys., kobiety – 210 tys.). Przeliczając tę kwotę na złote, zgodnie z zasadą przedstawioną wcześniej, możemy ocenić, że średnio dyplom w Polsce jest wart netto nieco ponad 500 tys. zł.

Podobne, choć nieco niższe wartości, są obserwowane w innych krajach naszego regionu. Na Węgrzech jest to 227 tys. USD PPP, a w Czechach 230 tys. PPP. Należy także podkreślić, że wartość dyplomu uczelni wyższej w Polsce jest trzecią najwyższą wśród krajów badanych przez OECD.

Podsumowując, nawet biorąc pod uwagę zastosowane uproszczenia polegające na wrzuceniu wszystkich dyplomów do jednego worka i wyciągnięciu z nich średniej, zyski z posiadania wyższego wykształcenia są bezdyskusyjne. Ponieważ są one również obserwowane w innych krajach, w których gospodarka rynkowa ma dłuższą historię, można oczekiwać, że za kilkanaście lat będą równie aktualne jak obecnie.

 

Marcin_Lipka (1) Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

Według danych Eurostat tylko 7 z 28 krajów Unii Europejskiej ma niższy poziom bezrobocia niż Polska. Teoretycznie to bardzo dobra informacja. W praktyce jednak sytuacja wygląda znacznie gorzej i realnie zdecydowanie bliżej nam do zadłużonych krajów południa niż wiodących państw północy Europy.  

Z miesiąca na miesiąc słyszymy o tym, jak poprawia się sytuacja na polskim rynku pracy. Ostatnio stopa bezrobocia spadła do najniższych poziomów od początku lat 90 i w czerwcu, według danych Eurostat i GUS, wynosiła 6.2 proc. Wskaźnik ten wygląda korzystnie również na tle krajów Unii Europejskiej, gdzie niższy poziom bezrobocia jest notowany jedynie przez siedem krajów, a średnia wynosi 8.6 proc.

Rzeczywistość jest jednak znacznie gorsza niż nam się wydaje. Faktyczna sytuacja na rynku pracy plasuje nas blisko krajów, w których poziom bezrobocia znajduje się powyżej 10 proc., czyli Portugalii lub Cypru. Niektóre dane wskazują nawet, że w statystykach rynku pracy jesteśmy za Hiszpanią, której oficjalny wskaźnik bezrobocia znajduje się na poziomie 20 proc.

Mylący wskaźnik, czyli kilka słów o stopie bezrobocia

 Ogólnie przyjęło się, że miarą kondycji rynku pracy jest stopa bezrobocia. Wskaźnik ten obliczany jest jako stosunek bezrobotnych do aktywnych zawodowo (mających pracę lub jej szukających). Według danych GUS i Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (podobna metodologia we wszystkich krajach Unii Europejskiej) za drugi kwartał br., liczba pracujących w Polsce wynosiła prawie 16.2 mln osób, a liczba osób bezrobotnych przekraczała nieco 1 mln. Pytaniem jest jednak, gdzie „ukryło się” pozostałe 20 mln Polaków?

Część z nich, bo ok. 7 mln, to ludzie poniżej 15 roku życia. Co oczywiste, osoby te nie pracują oraz nie szukają płatnego zajęcia, bo są jeszcze zbyt młode. Cały czas pozostaje jednak ponad 13 mln osób, które są wyłączone z oficjalnych statystyk bezrobocia. Zgodnie z definicją, są to ludzie bierni zawodowo, czyli tacy, którzy w wieku powyżej 15 roku życia nie mają pracy oraz jej nie szukają.

Z grupy biernych zawodowo warto wyłączyć osoby starsze oraz te, które kontynuują naukę do 18 roku życia. Jednak nawet, gdy to zrobimy, to i tak liczba biernych zawodowo w wieku produkcyjnym 18-64 (dla kobiet 18-59) wynosi ponad 5.5 mln osób. W rezultacie, gdy połączymy ich z bezrobotnymi, otrzymamy 6.6 mln ludzi, którzy nie pracują.

Bardziej miarodajny wskaźnik, czyli “stopa zatrudnienia”

 Wskaźnikiem obejmującym znacznie większą grupę osób niż “poziom bezrobocia”, jest “stopa zatrudnienia”. Jest to stosunek liczby osób mających pracę, do tych, którzy są w wieku produkcyjnych (Eurostat określa go jako przedział wiekowy 20-64 lata). Ten indeks wydaje się zdecydowanie bardziej miarodajny niż stopa bezrobocia, gdyż realnie pokazuje, jaki procent społeczeństwa rzeczywiście pracuje.

W Polsce, na koniec 2015 r., stopa zatrudnienia według danych Eurostat wynosiła 67.8 proc. Dało nam to 19 miejsce w Unii Europejskiej. W tej klasyfikacji lepszy od Polski jest Cypr (67.9 proc.), Portugalia (69.1 proc.), Francja (69.5 proc.), czy Łotwa (73.3 proc). Warto przy tym zauważyć, że oficjalna stopa bezrobocia w tych krajach wynosi odpowiednio 11.7 proc., 11.2 proc., 9.9 proc. oraz 9.8 proc. W Polsce natomiast jest to 6.2 proc.

Z czego więc wynikają tak znaczne różnice? W Polsce jest dość duża liczba osób, która nie dość, że nie ma pracy, to nawet jej nie szuka. Idealnie obrazuje to rozdźwięk pomiędzy stopą bezrobocia i zatrudnienia w przedziale wiekowym 55-64 lata. Ta pierwsza wynosiła zaledwie 4.9 proc. w pierwszym kwartale, przy zatrudnieniu na poziomie 45.7 proc. Częściowo może za to odpowiadać fakt, że według GUS ponad 650 tys. osób będących w wieku produkcyjnym, faktycznie przebywa już na emeryturze oraz 1.33 mln jest zakwalifikowanych do grupy „Choroba, niepełnosprawność”.

Zatrudnienie w przedziale wiekowym 55-64, jest według danych OECD trzecim najniższym w UE. W tej klasyfikacji wyprzedza nas m. in. Hiszpania (48.7 proc.) czy Włochy (49.7 proc.). W Szwecji natomiast ten odsetek kształtuje się na poziomie 74.8 proc., czyli o ponad 30 pkt procentowych więcej niż w Polsce.

W Polsce 32 proc. osób nie ma zatrudnienia

Podsumowując, realna sytuacja na rynku pracy jest wyraźnie gorsza niż przedstawia to popularna stopa bezrobocia. Wynika to z faktu, że znaczna liczba osób w wieku produkcyjnym nie tylko nie ma pracy, ale również jej nie szuka. Z tego powodu nie jest wliczana do najczęściej omawianych statystyk.

W rezultacie, aby lepiej zobrazować sytuację na krajowym rynku pracy, można łatwo zmodyfikować wskaźnik zatrudnienia. Skoro według danych Eurostat 67.8 proc. Polaków w przedziale 20-64 lata znajduje zatrudnienie, to tego zatrudnienia nie ma ponad 32 proc. osób w wieku produkcyjnym.

I choć ta miara nie jest pozbawiona wad, to z pewnością lepiej oddaje faktyczną sytuację na rynku pracy, niż informacja, że bezrobocie wynosi 6.2 proc.

 

Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

Wiele funduszy zajmujących się lokowaniem środków klientów na rynku obligacji skarbowych w Europie osiąga w tym roku dwucyfrowe stopy zwrotu. Również zyski z ostatnich lat są imponujące. Jak to możliwe skoro w wielu krajach mamy ujemne stopy procentowe i w którym momencie ten bezprecedensowy rajd się skończy? 

Rynek obligacji skarbowych można podzielić na dwa światy. W tym pierwszym, zdecydowanie prostszym, inwestor nabywa obligację i czeka do momentu jej wykupu przez emitenta. Zysk dla inwestora w tym wypadku jest z góry znany i zwykle wypłacany w konkretnych odstępach czasowych np. co roku. Jeżeli więc pożyczymy państwu 100 zł, na okres 10 lat, to przy kuponie obligacji 3 proc., co 12 miesięcy dostaniemy 3 zł, a na końcu otrzymamy zwrot kapitału. W sumie w roku 2026 z całej inwestycji powinniśmy mieć 130 zł.

Zupełnie innymi zasadami rządzą się instrumenty dłużne, od których uzależniona jest stopa zwrotu funduszy inwestycyjnych, a więc zysk czy strata klienta. Wynika to z faktu, że obligacje skarbowe są notowane na rynku i ich wartość zmienia się głównie w zależności od bieżących stóp procentowych, zakładając oczywiście, że wiarygodność dłużnika, czyli w tym wypadku kraju, nie uległa w międzyczasie zmianie. Ważnym elementem jest również kwestia popytu i podaży, która także wpływa na bieżący zwrot z inwestycji.

 Kluczowa cena obligacji

Na rynku wtórnym obligacji inwestorzy głównie operują ceną. Jest ona uzależniona od kuponu instrumentu dłużnego w momencie emisji (przyjmijmy, że jest to 3 proc.), ceny emisji (np. 100 zł), terminu wykupu (np. 10 lat) oraz wysokości przyszłych stóp procentowych. Dla uproszczenia pomijamy w tym momencie wiarygodność kredytową emitenta.

Co więc się dzieje z wyemitowaną wcześniej 10-letnią obligacją o kuponie 3 proc. i cenie emisji/wykupu 100 zł, gdy stopy procentowe na rynku spadają i skarb państwa może już wyemitować nową obligację o kuponie 2 proc. i cenie sprzedaży/wykupu 100 zł? Jej cena rośnie do poziomu około 110 zł. Dlaczego? Wynika to z faktu, że jej przyszła stopa zwrotu musi być tożsama z bieżącymi warunkami rynkowymi i przynosić mniej więcej rentowność na poziomie 2 proc. rocznie, mimo że została wyemitowana z kuponem 3 proc. To dostosowanie zapewnia nam właśnie cena obligacji. W uproszczeniu warunki obu inwestycji są więc takie same.

Jednak dla tych, którzy nabyli 10-letnią obligację z kuponem 3 proc., nagły spadek bieżących stóp procentowych do poziomu 2 proc. jest fantastyczną informacją, gdyż cena naszego papieru wartościowego wzrosła ze 100 zł do 110 zł. Możemy więc go sprzedać i nie czekając na moment wykupu i zainkasować zysk w wysokości 10 proc.

Oczywiście sytuacja jest odwrotna, gdy rynkowe stopy procentowych rosną np. do 4 proc. Wtedy nasza wcześniej wyemitowana obligacja o analogicznych parametrach traci na wartości i jej cena wynosi ok. 90 zł. Warto także zwrócić uwagę, że im dłuższy lub krótszy termin zapadalności, tym skala zmiany ceny jest większa lub mniejsza przy jednostkowej zmianie oprocentowania, gdyż cena musi „wyrównać” zmiany wpłaty pochodzące z kuponu. Przykładowo 20-letnia obligacja wyemitowana po cenie 100 zł z kuponem 2 proc. po spadku rynkowych stóp procentowych do 1 proc. ma wartość prawie 120 zł. Ale już w przypadku 5-letniego papieru wartościowego analogiczna zmiana stóp procentowych spowoduje wzrost ceny do ok. 105 zł.

Bezprecedensowe zyski

W tym momencie zaczynamy więc dochodzić do sedna sprawy. Zakładamy, że mamy fundusz obligacji, którego portfel w połowie 2013 r. równomiernie podzieliśmy na obligacje skarbowe Hiszpanii, Włoch Niemiec oraz Francji, gdy ich 10-letnie rentowności (lub kupon w momencie emisji) wynosiły odpowiednio 5 proc., 4 proc., 2.5 proc. oraz 2 proc. (średnio 3.38 proc).

Obecne rentowności obligacji tych krajów są zdecydowanie niższe. Wynika to przede wszystkim z niższej oczekiwanej inflacji, ujemnych stóp procentowych i programów skupu aktywów z rynku przeprowadzanych przez Europejski Bank Centralny (EBC). Wszystkie te informacje są jednak niezwykle korzystne dla posiadacza takiego portfela. Rentowności tych obligacji znacznie spadły i w przypadku Hiszpanii i Włoch wynoszą ok. 1 proc, francuskie są blisko zera, a niemieckie mają wartość ujemną. Ich średnia rentowność wynosi ok. 0.5 proc.

Gdyby spadek rentowności był natychmiastowy, to na takim portfelu zyskalibyśmy prawie 30 proc. w zawiązku ze zmianą samej ceny. Po trzech latach cena już nie jest taka wysoka, ale nasz zysk jest podobny, gdyż do tej pory otrzymaliśmy wypłatę 3 kuponów.

Problem polega na tym, że powtórzenie obecnej sytuacji jest praktycznie niemożliwe, gdyż wymagałoby, żeby rentowności obligacji dalej spadały i osiągały poziomy głęboko poniżej zera. Już teraz jednak napływają sygnały od EBC, że dalsze obniżanie stóp procentowych (obecnie na poziomie minus 0.4 proc.) raczej nie będzie kontynuowane, a nawet gdyby takie obniżki się pojawiły to ich skala będzie minimalna.

To oznacza, że obecnie nabywane instrumenty dłużne i to niezależnie od rozwoju sytuacji praktycznie nie mają szans na dalszy wzrost wartości, który co warto dodatkowo podkreślić, jest spowodowany również przez program luzowania ilościowego EBC. Powoduje on, że cena obligacji jest wyższa, a ich rentowność niższa niż w przypadku, gdyby bank centralny nie był aktywny na rynku.

Kiedy bańka pęknie?

Określenie konkretnego czasu wzrostu rentowności obligacji skarbowych, a zatem spadku ich ceny i obniżenia wartości portfela instrumentów dłużnych jest praktycznie niemożliwe. Warto jednak zauważyć, że gdy kupon obligacji ma wartość „zero”, to potencjał na wzrost ceny tego instrumentu jest ograniczony, gdyż rynkowe stopy procentowe musiałyby schodzić coraz głębiej poniżej zera.

Ujemne stopy procentowe kreują jednak szereg problemów. Od kosztów dla samych instytucji finansowych, które przetrzymują pieniądze gospodarstw domowych oraz przedsiębiorstw, po ryzyko, że alokacja funduszy rynkowych będzie zmierzać w kierunku zdecydowanie bardziej ryzykownych aktywów, co jeszcze bardziej będzie zwiększać rosnącą bańkę.

Warto także zwrócić uwagę, że w gronie bankierów centralnych odbywa się coraz szersza dyskusja, wokół stymulującej roli polityki pieniężnej, która zaczyna dochodzić do obiektywnego limitu. To oznacza, że dalsze obniżanie stóp procentowych czy zwiększanie skupu obligacji niekoniecznie musi zwiększać popyt na kredyt w realnej gospodarce, a staje się coraz większym obciążeniem dla oszczędzających. Coraz głośniej natomiast mówi się o zwiększeniu roli polityki fiskalnej, zwłaszcza że przecież bieżące koszty emisji długu są rekordowo niskie, a nawet w przypadku niektórych krajów ujemne. Gdyby ta koncepcja zaczęła przeważać, a bank centralny zacząłby powoli zmniejszać swoje działanie stymulujące, wtedy rentowności obligacji zaczęłyby rosnąć i dochodzić do względnie realnych poziomów.

W sytuacji ich wzrostu do przedziałów obserwowanych w połowie 2015 r. nasz wcześniej określony portfel obligacji straciłby kilkanaście procent w porównaniu do obecnych wartości.

Wpływ na polski rynek długu

Mogłoby się wydawać, że polskie obligacje skarbowe są w niewielkim stopniu narażone na powyższe zmiany. Rynek jest jednak globalny i mimo krajowej polityki pieniężnej i własnej waluty rentowności krajowych instrumentów dłużnych zmieniają się w tym samym kierunku co europejskich.

Jeżeli więc za granicą nastąpi zmniejszenie się aktywności EBC, a perspektywy inflacji wzrosną, w związku z bardziej stymulującą rolą polityki fiskalnej, można oczekiwać, że również ceny polskich obligacji stracą na wartości. Ten ruch prawdopodobnie będzie jednak mniej spektakularny, chociażby ze względu na fakt, że NBP nie skupuje obecnie obligacji z rynku.

Podsumowując, jest praktycznie pewne, że zyski osiągnięte w ostatnich latach na obligacjach skarbowych już się nie powtórzą. Za scenariusz optymistyczny należy uznać, że przez kolejne kwartały utrzymają one swoje bieżące poziomy. Z kolei coraz bardziej prawdopodobny staje się scenariusz, że portfele europejskich obligacji zaczną przynosić zauważalne straty, które w zależności od ich struktury mogą wynieść kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt procent.

 

Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

Umacnia się pozycja serwisu Cinkciarz.pl w elitarnym gronie instytucji opracowujących najtrafniejsze prognozy kursów walut na świecie. Polska spółka zajęła pierwsze miejsca w kolejnych kategoriach prestiżowych zestawień Bloomberg Ranks.

Wyniki rankingu publikowane przez wpływową agencję prasową Bloomberg za drugi kwartał 2016 r. ugruntowały wysoką pozycję prognoz przygotowywanych przez Cinkciarz.pl.

Analitycy jednego z największych polskich kantorów wymiany walut online byli w ostatnich miesiącach najlepsi na świecie w typowaniu kursów walut zarówno krajów Ameryki Łacińskiej, jak i Zatoki Perskiej. W artykule opublikowanym m.in. na portalu Bloomberg, specjaliści z Cinkciarz.pl są cytowani jako “obecnie najdokładniejsi” i “czołowi analitycy regionu”. Te tytuły nie są dziełem przypadku. Spółka na uznanie zasłużyła sobie utrzymywaną od dłuższego czasu trafnością publikowanych analiz, a jej przewidywania dotyczące wahań kursów walut z całego świata sprawdzają się z imponującą regularnością. Tylko w 2015 r. w rankingu trafności prognoz walutowych Bloomberg przyznał Cinkciarz.pl aż osiem wyróżnień za pierwsze oraz trzy wyróżnienia za drugie i trzy za trzecie miejsca.

Przypomnijmy, że już w pierwszym kwartale 2016 r. Cinkciarz.pl wyprzedzał precyzyjnością swoich przewidywań dotyczących walut krajów Ameryki Łacińskiej tak uznane marki świata finansów, jak bank inwestycyjny Morgan Stanley. Aktualne wyniki rankingowe mogą jednak napawać analityków jeszcze większą dumą. W drugim kwartale 2016 r. obronili oni pierwszą pozycję na liście autorów najtrafniejszych prognoz, tym razem zostawiając w tyle choćby specjalistów z amerykańskiego holdingu Wells Fargo czy japońskiego Mitsubishi UFJ Financial Group. To jednak nie koniec listy ich aktualnych osiągnięć. Cinkciarz.pl utrzymuje równie mocną pozycję w prognozach kursów walut krajów Zatoki Perskiej. W przypadku tego regionu zajął pierwsze miejsce drugi raz z rzędu.

Aline Oyamada i Filipe Pacheco, publicyści Bloomberga, w artykule poświęconym perspektywom wyhamowaniu gwałtownego wzrostu wartości walut Brazylii i Chile odnotowanego wskutek Brexitu, przytaczają słowa analityka Cinkciarz.pl, Marcina Lipki. Wskazuje on na wyhamowanie pozytywnego wpływ Brexitu na waluty krajów Ameryki Łacińskiej. Lipka spodziewa się w najbliższych miesiącach możliwego spadku kursu brazylijskiego reala oraz peruwiańskiego sola w stosunku do dolara. Wśród potencjalnych przyczyn specjalista serwisu wymiany walut wskazuje m.in. możliwe efekty coraz bliższej decyzji amerykańskiej rezerwy federalnej o podwyżce stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych oraz spadku popytu na surowce eksportowane przez Brazylię i Chile. Obserwacjom warszawskiego analityka warto poświęcić uwagę, gdyż jego zespół utrzymuje silną pozycję nie tylko w prognozach poświęconych całym regionom, ale także w przewidywaniach dotyczących konkretnych par walutowych.

O wzrostowej tendencji trafności analiz Cinkciarz.pl może świadczyć chociażby awans serwisu z trzeciej na drugą pozycję w przewidywaniach kursu wona koreańskiego. Analitycy polskiego serwisu konsekwentnie bronią swojej pozycji również jako najlepsi progności kursu ukraińskiej hrywny. Już od pół roku są w tym najlepsi na świecie, utwierdzając reputację polskiego serwisu wymiany walut jako cenionej instytucji analitycznej. Dodatkowo typowania ekspertów dla pary walutowej dolar amerykański i nigeryjska naira zajęły pierwsze miejsce, a typowania dla pary dolar amerykański i nigeryjska naira – drugie.

 

Cinkciarz.pl

Przez ostatnie miesiące miała miejsce szeroka dyskusja na temat ratingów. W przestrzeni publicznej pojawiło się wiele mitów dotyczących ogólnych przyczyn weryfikacji wiarygodności kredytowej danego kraju, a także przyszłych działań agencji ratingowych oraz ich hipotetycznego wpływu na gospodarkę. Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl przedstawia te, które występowały najczęściej.

  1. Dobre wskaźniki są równoznaczne z wysokimi ratingami

Wiarygodność kredytowa w znacznym stopniu zależy od wzrostu gospodarczego, wielkości długu do produktu krajowego brutto (PKB) czy bieżących kosztów jego obsługi. Przy rosnącej gospodarce i niewielkim zadłużeniu władzom łatwiej jest regulować zobowiązania w stosunku do kredytodawców. Takie państwo jest również bardziej odporne na globalne szoki koniunktury. Jednak bieżąca czy nawet przyszła kondycja gospodarcza kraju nie jest warunkiem wystarczającym, by utrzymać lub podnieść rating.

Wszystkie trzy główne agencje (Standard & Poor’s, Fitch oraz Moody’s) podkreślają, że rating to „zdolność i chęć” regulowania swoich zobowiązań finansowych w stosunku do komercyjnych wierzycieli. Moody’s zwraca uwagę chociażby na przypadek niewypłacalności Ekwadoru z 2008 r., gdy „nie było politycznej woli do spłaty”.

To południowoamerykańskie państwo zbankrutowało osiem lat temu, mimo że relacja długu do PKB była w okolicach 20 proc. Ekwador miał nadwyżkę budżetową od początku 2000 r., a roczny wzrost gospodarczy znajdował się w przedziale 4-6 proc. w latach poprzedzających niewypłacalność. Rafael Correra, prezydent Ekwadoru stwierdził jednak, że zagraniczny dług jest „bezprawny”, a wierzycieli określił „prawdziwymi potworami”. W rezultacie kraj otrzymał od Standard & Poor’s (S&P) rating SD, czyli „częściowej niewypłacalności”.

  1. Cięcie ratingu: katastrofa vs nic się nie stało

Obniżka wiarygodności kredytowej na pewno nie jest pozytywnym wydarzeniem, choć w przypadku Polski te skutki do tej pory były względnie łagodne przede wszystkim dlatego, że sytuacja zewnętrzna jest neutralna.

Jednym z bardziej dramatycznych przykładów wpływu obniżenia ratingu na lokalną walutę jest Korea Południowa. Tylko w trakcie czwartego kwartału 1997 r., na fali postępującego kryzysu azjatyckiego, wiarygodność kredytowa tego kraju została ścięta przez Standard & Poor’s o 10 szczebli (z AA- do B+), czyli z silnego poziomu inwestycyjnego do wysoce spekulacyjnego. W tym samym czasie kurs dolara wzrósł z ok. 900 wonów do 2000 wonów.

Co ciekawe, Korea Południowa dopiero w 2015 r. odzyskała rating, który miała przed pojawieniem się kryzysu w Azji. To również pokazuje, jak długo nagłe załamanie wiarygodności kredytowej ciąży na dłużniku.

  1. Koszty redukcji ratingu: miliardy czy miliony złotych?

Jest niezwykle trudno wiarygodnie oszacować przyszłe koszty cięcia ratingu, gdyż głównie będzie to zależeć od sytuacji zewnętrznej oraz przyszłej kondycji gospodarczej Polski. Można jednak porównać, jakie są różnice w obsłudze długu państw z różnym ratingiem.

W tym celu wybieramy obligacje niemieckie, które mają najwyższą możliwą wiarygodność, polskie (6 szczebli niżej) oraz hiszpańskie (7 szczebli niżej). Porównujemy rentowności instrumentów skarbowych o 5-letnim terminie wykupu oraz denominowanych w walucie euro, aby jak najlepiej oddać zmiany hipotetycznego kosztu dla budżetu państwa.

Różnica pomiędzy polskimi i niemieckimi rentownościami wynosi około 0.7 punktu procentowego, a pomiędzy niemieckimi i hiszpańskimi około 0.85 punktu procentowego. W uproszczeniu można uznać, że każdy szczebel to około 0.10-0.15 punktu procentowego. Ponieważ w 2016 r. polskie potrzeby pożyczkowe brutto (nowy dług oraz wykup obligacji z lat poprzednich) były na poziomie 182.7 mld zł to każde 0.1 punktu procentowego oznacza mniej więcej 200 mln zł wyższych kosztów finansowania w stosunku rocznym.

Wyliczenia te jednak będą dramatycznie inne, gdyby doszło np. do kryzysu zewnętrznego lub wewnętrznego. Podczas obaw o kondycję strefy euro w 2011 r. rentowności 5-letnich obligacji skarbowych Polski denominowanych w euro wzrosły z 3.5 proc. do 4.7 proc. Z kolei gdy z kryzysem mierzyła się Hiszpania w 2012 r., rentowności tego kraju podskoczyły z 3.5 proc. do 7.6 proc. W takim wypadku koszty dla budżetu rosną w ekspresowo szybkim tempie, co również ciąży na przyszłej wiarygodności kredytowej.

  1. Kontrowersje tylko w Polsce

Praktycznie od samego początku działalności agencji ratingowych pojawiały się kontrowersje dotyczące ich decyzji. Jest to widoczne zwłaszcza w przypadku badania wiarygodności kredytowej danego kraju, gdyż dotyczy to bezpośrednio lub pośrednio praktycznie wszystkich jego obywateli. Dodatkowo główne agencje zostały założone w Stanach Zjednoczonych, co także czasami zwiększa napięcia.

Rosja wielokrotnie twierdziła, że obniżenie jej ratingu jest motywowane kwestiami politycznymi. Z kolei Komisja Europejska w 2011 r. miała w planach przyznać Europejskiemu Urzędowi Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych (ESMA) „uprawnienia do ograniczenia lub zakazania wydawania czasowo ratingów w wyjątkowych sytuacjach”.

Pierwsze w historii cięcie ratingu Stanom Zjednoczonym przez S&P latem 2011 wpisało się w tamtejszą kampanię wyborczą. Mitt Romney, republikański kandydat na prezydenta cytowany przez Washington Post mówił, że „obniżenie ratingu przez Standard & Poor’s jest głęboko niepokojącym wskaźnikiem upadku naszego kraju za prezydentury Obamy”.

  1. Obniżenie perspektywy to nieuniknione cięcie

Zarówno od Standard & Poor’s, jak i Moody’s, Polska otrzymała negatywną perspektywę wiarygodności kredytowej. Według komunikatu S&P oznacza to, że „prawdopodobieństwo obniżenia ratingu w ciągu następnych 24 miesięcy wynosi 1 do 3, jeżeli wiarygodność polityki monetarnej osłabnie lub finanse publiczne pogorszą się poza nasze obecne oczekiwania”.

Jednak sytuacja fiskalna, choć pozostaje napięta, to na razie nie widać poważnych sygnałów, by deficyt do PKB miał zauważalnie przekroczyć szacunki S&P, czyli poziom 3.2 proc. w tym roku i 3.0 proc. w przyszłym. Na razie nie ma też przekonania wśród ekonomistów, aby wiarygodność polityki monetarnej miała być zagrożona. Stąd jest mała szansa, aby doszło do obniżki ratingu 1 lipca.

Z kolei Moody’s w samym komunikacie dotyczącym Polski nie ocenia prawdopodobieństwa cięcia ratingu, ale w dokumencie „Rating Symbols and Definitions” stwierdza, że historycznie w ok. połowie przypadków negatywna perspektywa ratingu oznacza, że ocena kredytowa trafia na „listę obserwacyjną” w ciągu roku. Przebywanie na liście obserwacyjnej oznacza, że najczęściej w okresie do 180 dni rating jest zmieniany w ponad połowie przypadków.

Podobnie jak w ocenie S&P, Moody’s również wymienia powody, które mogą przyczynić się do obniżenia wiarygodności kredytowej. W przypadku Polski zalicza się do nich pogorszenie sytuacji fiskalnej, wyraźne zaburzenie klimatu inwestycyjnego czy przedłużenie się „konfliktu między rządem i Trybunałem Konstytucyjnym, który prowadzi do wyraźnego odpływu kapitału, może także wywierać presję na rating”.

Obniżenie ratingu nie jest więc przesądzone. Warto także zauważyć, że w krajach, w których mamy do czynienia z recesją (Brazylia) lub znacznie mniejszymi przychodami do budżetu ze względu na spadek cen surowców (Rosja), negatywna perspektywa ratingu szybko przekładała się na faktycznie cięcia. Natomiast w przypadku Polski, jeżeli wzrost gospodarczy będzie stabilny, a sytuacja zewnętrzna neutralna, ryzyko negatywnego scenariusza powinno być znacznie mniejsze.

 

Cinkciarz.pl

Polska eksportuje nie tylko żywność i samochody. Nasze największe hity eksportowe ubiegłego roku mogą zaskakiwać. Statystyki dotyczące wymiany handlowej z innymi krajami omawia Piotr Lonczak, analityk Cinkciarz.pl.

Ub. rok był kolejnym udanym okresem dla polskich eksporterów. Według danych GUS za 2015 r., wartość sprzedaży za granicę wzrosła o 7.8 proc. Sukces został osiągnięty mimo nieprzychylnej atmosfery w światowej gospodarce, zmagającej się ze spowolnieniem krajów rozwijających się oraz załamaniem cen surowców. Również strefa euro, najważniejszy partner handlowy Polski (56.4 proc. eksportu w ub.r.), wciąż notuje niskie tempo wzrostu PKB. Niemniej, przeciwności nie zdołały zniechęcić polskich firm do ekspansji na nowe rynki.

Nie tylko żywność

Zwykle polski sukces eksportowy jest kojarzony z handlem żywnością. O ile sprzedaż produktów z tej kategorii rosła bardzo dynamicznie zaraz po przystąpieniu naszego kraju do Unii Europejskiej, o tyle obecnie zwiększa się wolniej niż całkowity eksport. W rezultacie udział produktów spożywczych w eksporcie zmalał do 10.7 proc. w 2015 r. wobec 11 proc. i 10.9 proc. w latach 2013-14.

Ograniczenie udziału żywności w eksporcie było co prawda stosunkowo nieduże, lecz jednocześnie mamy do czynienia ze wzrostem znaczenia sprzedaży produktów z kategorii maszyny i urządzenia transportowe. W 2015 r. było to odpowiednio 38.6 proc. w eksporcie wobec 37.6 proc. i 37.8 proc. w latach 2013-14. Warto jednak pamiętać, że ponad pięć lat temu udział tej kategorii przekraczał wyraźnie 40 proc.

Obserwujemy zatem stopniową zmianę struktury polskiego eksportu od produktów nisko przetworzonych do produktów bardziej zaawansowanych. Utrzymanie takiej tendencji w długim terminie będzie prowadziło do wzrostu efektywności pracy oraz w rezultacie wyższych wynagrodzeń.

Eksportowe niespodzianki

Wśród produktów, których sprzedaż wzrosła najmocniej w 2015 r., uwagę zwraca sprzedaż broni i amunicji. Wartość eksportu wyniosła blisko 110 mln euro wobec 54 mln euro rok wcześniej. To oznacza wzrost o 102 proc. W ostatnich pięciu latach eksport tej kategorii był wyższy aż o 313 proc. Wartość tego rynku w stosunku do całego eksportu ma niewielkie znaczenie (0.6 proc.), lecz bardzo dobrze odzwierciedla poprawę skuteczności wchodzenia na nowe rynki. Największym odbiorcą sprzętu był Irak.

Kolejnym przykładem są ciągniki. Sprzedaż tych maszyn rolniczych urosła o 100 proc. (do blisko 120 mln euro z niespełna 60 mln euro w 2014 r.). W stosunku do 2011 r. sprzedaż była wyższa o prawie 200 proc. Największym odbiorcą ciągników była Belgia, a zaraz potem Etiopia. Sprzęt był sprzedawany także do takich krajów, jak Iran, Kazachstan czy Jordania.

Następną mało znaną kategorią eksportu są wózki dziecięce, zabawki i gry. Tylko w 2015 r. sprzedaż tych towarów wzrosła o niemal 50 proc., do 1.2 mld euro. Przez ostatnie pięć lat eksport tych towarów wzrósł o ponad 200 proc. Największym odbiorcą były Czechy, gdzie w ub.r. sprzedano towary za niemal 80 mln euro. W czołówce są przede wszystkim kraje europejskie – Francja, Belgia i Holandia. Uwagę zwraca wysoka pozycja Białorusi.

Wśród produktów, które zanotowały ponad 100 proc. wzrost, były między innymi instrumenty muzyczne, zegary i zegarki oraz artykuły podróżne i torebki. O ile znaczenie tych kategorii jest stosunkowo nieduże, o tyle największa pozycja eksportowa – maszyny i urządzenia transportowe – urosła o 10.1 proc. a żywności o 6.6 proc. To dobrze obrazuje sektory, które są w miarę dojrzałe oraz te, które przeżywają dynamiczny rozwój.

Uwolnienie potencjału

Struktura eksportu odzwierciedla obraz polskiej gospodarki. Widać wyraźnie, że źródłem sukcesu ostatnich lat były małe i średnie przedsiębiorstwa, potrafiące skutecznie odpowiadać na potrzeby klienta nawet w odległej Afryce czy Azji. Produkcja żywności, chociaż ma jeszcze pewien potencjał, od dłuższego czasu nie jest już głównym motorem wzrostu eksportu i nie da nam eksportowego sukcesu na miarę Niemiec.

 

Cinkciarz.pl

Eksperci

Ludwiczak: Majowe spowolnienie na rynku mieszkaniowym

Odczyty makroekonomiczne za maj 2018 r. można by uznać za bardzo dobre, gdyby nie spowolnienie na ry...

Przasnyski: Stopy procentowe niskie, ale kredyty drożeją

Rada Polityki Pieniężnej od ponad trzech lat utrzymuje stopy procentowe na rekordowo niskim poziomie...

Sawicki: Nowy tydzień, nowe szanse

Ubiegły tydzień inwestorzy zaczynali we wręcz szampańskich nastrojach, ale kończyli go w minorowych....

Lipka: Znów fatalne wieści dla frankowiczów

Za szwajcarską walutę trzeba płacić już ok. 3,70 zł, to ponad 20 gr więcej niż jeszcze miesiąc temu....

Bugaj: Pogarszające się inwestycyjne warunki

Po względnie stabilnym kwietniu drugi tydzień maja przyniósł dość zaskakującą poprawę koniunktury, k...

AKTUALNOŚCI

Czy rośnie skala wyłudzeń i nadużyć w sektorze finansowym?

W 2017 roku ataki hakerskie dotknęły połowy polskich instytucji finansowych, przynosząc wielomiliono...

Nowy podatek solidarnościowy dla najbogatszych oraz nowe obciążenie ZUS – co to oznacza w prakt

Na stronie internetowej Rządowego Centrum Legislacji opublikowano projekt ustawy wprowadzającej nową...

Letnie ożywienie w przemyśle i budownictwie

Czerwiec przyniósł wyraźnie wyższą dynamikę produkcji przemysłowej i budowlano-montażowej, potwierdz...

Na „Dostępność+” rząd przeznaczy 23,2 mld zł

Rada Ministrów przyjęła uchwałę w sprawie ustanowienia rządowego programu „Dostępność+” dla osób nie...

5 lipca Sejm przyjął ustawę o inwestycjach mieszkaniowych

Przedstawiony 15 marca bieżącego roku pierwszy projekt specustawy mieszkaniowej, wprowadzający rewol...