W styczniu 2018 r. wskaźnik PMI Polskiego Sektora Przemysłowego spadł  do poziomu 54,6 z  55,0 w grudniu 2017 r. – podał Markit.

Styczniowe wyniki badań PMI zasygnalizowały pomyślny start w 2018 r. dla polskiego sektora przemysłowego. Do polskiego przemysłu napływają nowe zamówienia tak z rynku polskiego, jak i z zagranicy w tempie najszybszym od trzech lat. Ale tempo produkcji było w styczniu słabsze niż w grudniu. Problem w tym, że nowe zamówienia napotykają na barierę mocy wytwórczych. Firmy nie są w stanie zaspokoić rosnącego popytu i sygnalizują ograniczone moce przerobowe. Co prawda dane dotyczące wzrostu PKB w 2017 r. sygnalizują na silny wzrost inwestycji w 4. kwartale, ale nic nie wskazuje na to, że ten silny wzrost dotyczył inwestycji w sektorze przedsiębiorstw. W 4. kwartale 2017 r. (w stosunku do września) depozyty firm wzrosły bowiem o ponad 28 mld zł, a należności wobec sektora finansowego spadły o 0,5 mld zł. Jeśli firmy zwiększyłyby istotnie nakłady na inwestycje, widzielibyśmy to w spadku depozytów i wzroście zobowiązań wobec sektora bankowego, a sytuacja była odwrotna.

Oczywiście przedsiębiorstwa przemysłowe na pewno inwestowały, ale jak pokazuje styczniowy PMI, w skali nie zapewniającej takiego wzrostu mocy wytwórczych, który pozwalałaby na realizację silnie rosnących nowych zamówień. „Ratowały się” dalszym wzrostem zatrudnienia, i to w najwyższym od 9. miesięcy tempie, co wskazuje na determinację w pozyskiwaniu „ostatnich dostępnych” na rynku pracowników.

Z jednej strony rośnie zatem liczba nowych zamówień, z drugiej zbyt niskie w stosunku do potrzeb nakłady na inwestycje ograniczają szanse ich realizacji. Wzrost zatrudnienia w części wypełnia tę lukę, ale i te zasoby są już na wyczerpaniu.

Efektem są wydłużające się opóźnienia w dostawach. Do tego dochodzą rosnące ceny surowców, głównie stali, co wskazuje na znany nam z lat 2011-2012 efekt kumulacji popytu m.in. na materiały budowlane i wzrost ich cen. Jeśli firmy zwiększą istotnie nakłady na inwestycje, inflacja będzie rosła. Już dzisiaj firmy sygnalizują wzrost cen wyrobów gotowych.

Należy się i cieszyć, bo nowe zamówienia rosną, ale i martwić, bo coraz trudniej firmom sprostać popytowi. Czynniki produkcji, którymi firmy dysponują są w pełni wykorzystane. Niezbędne są nowe inwestycje, ale one – jeśli uda się przedsiębiorstwom znacząco zwiększyć ich skalę – dadzą przełożenie na wzrost możliwości produkcyjnych nie wcześniej niż za pól roku, rok.

Na pewno zatem czekają nas rosnące ceny, znacznie bardziej niż zakłada to budżet państwa na 2018 r. Beneficjentem inflacji będzie budżet państwa, bo wpływy z podatków pośrednich (VAT i akcyza) będą większe niż zakładane. Gorzej z gospodarstwami domowymi i przedsiębiorcami. Siła nabywcza gospodarstw domowych będzie niższa, bo ich dochody rozporządzalne będą „zjadane” przez inflację. To, przy bezrobociu na poziomie 4 proc. (BAEL), na pewno będzie tworzyć presję płacową, a tym samym będzie prowadzić do wzrostu kosztów w przedsiębiorstwach i albo przekładać się na kolejne wzrosty cen, albo ograniczać zdolność firm do rozwoju. Czy tak, czy tak, jesteśmy w niezłym pacie.

 

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej- Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan