poniedziałek, Październik 21, 2019
Facebook
Home Archiwa 2019 Sierpień

Miesięczne archiwaSierpień 2019

Wyobraź sobie, że zatrudniasz się w nowej organizacji na nowym stanowisku. Zależy ci, aby się zaadaptować w nowym środowisku. Życzliwość ze strony nowo poznanych współpracowników oraz wsparcie ze strony przełożonego pomogłoby ci się odnaleźć w tej organizacji, realizować postawione cele. Stereotypowy, kiepski przełożony daje ci do zrozumienia, że interesuje go tylko zwrot z inwestycji: „pokaż, co potrafisz”, „płyń albo giń”. Nawet jeśli poradzisz sobie z adaptacją bez wsparcia przełożonego, możesz odczuwać gorycz po takim onboardingu. Tego typu doświadczenie może inicjować wczesną intencję odejścia. Jak temu zaradzić?

Najnowszy numer „Personel & Zarządzanie” już w sprzedaży – kliknij TUTAJ.

Kluczowy błąd popełniany przez przełożonych w trakcie wdrażania nowego pracownika to domyślne zakładanie, że nowy sobie poradzi, że powinien się wykazać. Dla takich przełożonych „twardzieli” okres próbny podwładnego jest przedłużeniem jego rekrutacji. Tego typu szef przejawia tendencję do skupiania się bardziej na wymaganiach wobec pracownika, punktowaniu jego błędów zamiast na rozumieniu jego potrzeb, zwłaszcza w kontekście braku wiedzy o organizacji albo niejasnym zakresie odpowiedzialności.

Po kilku miesiącach żmudnego, samodzielnego szukania drogi do zaadaptowania się w firmie kuszące może okazać się dla pracownika szukanie innej pracy na rynku. Ofiarami tego podejścia ze strony kiepskich przełożonych szczególnie łatwo padają pracownicy wiedzy. Z założenia nie realizują oni prostych, spisanych procedur działania. Wręcz przeciwnie, często używają swojej inteligencji oraz umiejętności miękkich, aby wypracować efektywny sposób działania i realizować postawione im cele. Kiepski przełożony na gruncie lenistwa poznawczego dochodzi do wniosku, że nie ma sensu projektować ścieżki wdrożenia, a pracownik musi sam znaleźć swoją drogę. W ten sposób triumfuje taktyka „płyń albo giń”. Jeśli zależy nam na wysokim poziomie retencji pracowników, takie podejście nie jest optymalne. W obecnych uwarunkowaniach rynkowych relacja podwładnego z przełożonym jest podstawowym sprawdzianem zdolności firmy do utrzymania pracowników. Dlatego w walce z wczesnymi odejściami pracowników szczególnie pomocnym zabiegiem jest tzw. stay interview, czyli rozmowa o satysfakcji i zaangażowaniu pracownika.

PRAKTYKA STAY INTERVIEW

Stay interview (SI) jest przede wszystkim spotkaniem, rozmową, momentem, podczas którego pracownik i przełożony patrzą na siebie przez pryzmat własnej odpowiedzialności, potrzeb i realiów współpracy. Podczas takiej rozmowy nie ma pytań obowiązkowych. Należy zacząć tzw. pytaniem otwieraczem, np.: „Gdybyś miał nas polecić jako pracodawcę znajomemu albo komuś z rodziny w skali 0 (najniżej) – 10 (najwyżej), to ile byś nam dał? Dlaczego?”. Czasem wystarczy zadanie pracownikowi jednego pytania otwierającego, a rozmowa zaczyna sama płynąć. Rolą przełożonego jest nawigowanie jej nurtem, tak aby w pracowniku nie wywoływać ani nie pogłębiać negatywnych emocji – co najwyżej je wysłuchać i zrozumieć. Jeśli pracownik oceni firmę na skali rekomendacji w przedziale 0–6, to można śmiało przypuszczać, że odczuwa on negatywne emocje związane z satysfakcją i/lub zaangażowaniem1. Może być to frustracja, smutek, lęk, znudzenie. Rolą przełożonego jest zrozumieć powody tych emocji, poznać problemy możliwe do usunięcia w ramach organizacji i pozyskać tym samym lub pogłębić nić zaufania z pracownikiem. Poznanie motywów pracownika do pracy, jego źródeł stresu, celów życiowych pozwala przełożonemu rozwinąć relację, zbudować lub ugruntować zaufanie.

Nie jest to typowy wywiad, choć na to wskazuje dosłowne tłumaczenie SI na język polski. Jest to rozmowa oparta na życzliwym zaciekawieniu, wsłuchiwaniu się w głos pracownika, omawianiu problemów pracownika, ale zarazem wstrzymywania się od obietnic bez pokrycia. Cele takiej rozmowy są trzy:

  • poznanie perspektywy podwładnego na jego sytuację w pracy,
  • udzielenie mu wsparcia w ramach doświadczanych trudności,
  • przekazanie sygnału „jesteś ważną częścią mojego zespołu, chcę cię wspierać na tyle, na ile jest to realistyczne”.

Nie należy w trakcie tego spotkania na głos oceniać pracownika, aby nie wzbudzić w nim postawy defensywnej. Nie jest pożądane, aby dystansował się on do otwartej komunikacji, powinien swobodnie mówić o tym, co mu leży na sercu. Należy jednak demistyfikować wszelkiego rodzaju złudzenia poznawcze lub dostrzeżone błędy w rozumowaniu przejawiane w narracji pracownika. Może zdarzyć się również, że podczas takiego spotkania ośmielony pracownik wcieli się w rolę „gracza”. Zacznie formułować nierealistyczne oczekiwania, intencjonalnie wprowadzać przełożonego w błąd lub szkalować bezpodstawnie inne osoby w organizacji. W takim przypadku rozmowa będzie trudna i będzie stanowiła dla przełożonego wyzwanie – będzie musiał udowodnić, że potrafi argumentować zasadność polityki i kultury organizacyjnej i hołduje określonym pryncypiom moralnym. Oznacza to w praktyce gotowość do tego, aby powiedzieć pracownikowi wprost: „Odnoszę wrażenie, że próbujesz mną teraz manipulować. Ta rozmowa nie jest tego rodzaju grą”.

Pracownik, który nie wyciągnie wniosków z takiej odpowiedzi i nadal będzie brnął w manipulowanie przełożonym, powinien być wykluczony z tego typu rozmów, a jego rezygnacja z pracy będzie oczekiwanym rozwiązaniem problemu. Należy być jednak ostrożnym. To, co nas zaskoczy w narracji pracownika (np. opis jakiegoś krytycznego zdarzenia, które sfrustrowało pracownika), może wymagać dodatkowego sprawdzenia. Wtedy można pracownikowi powiedzieć: „To, o czym mówisz, jest dla mnie zaskakujące. Ufam ci, ale z racji sprawowanego stanowiska zanim przyjmę to za pewnik, muszę uzyskać dowody, że sytuacja, o której mówisz, miała dokładnie taki przebieg, jak opisujesz”.

SI jest zarówno dla szeregowych pracowników, jak i menedżerów. Rozmowa ta powinna być prowadzona na każdym szczeblu hierarchii organizacyjnej. Takie spotkania wystarczy organizować z pracownikiem raz w roku – szczególnie w ciągu jego pierwszych trzech lat w organizacji, kiedy ryzyko dobrowolnego odejścia jest najwyższe. Podczas pierwszego roku wdrażania osoby na nowym stanowisku warto nawet przeprowadzić dwie rozmowy – na początku sprawowania nowej funkcji oraz po kilku miesiącach od daty zatrudnienia. Dzięki temu przełożony może sprawdzić, czy pracownik uzyskuje potrzebne wsparcie w ramach realizacji swoich celów, może także zadbać o jego proces adaptacji, udzielając mu porad, wskazówek, dzieląc się własnym doświadczeniem. Bardzo istotne jest, aby to bezpośredni przełożony rozmawiał z pracownikiem. Wyjątkiem może być sytuacja, gdy szef jest już typowany do odejścia (z własnej woli lub z wypowiedzenia pracodawcy), wtedy rozmawiać powinien przełożony wyższego szczebla. Z założenia lepiej nie delegować tego zadania pracownikowi działu HR, ale może to być sensowna alternatywa, gdy przełożony z różnych szczególnych względów nie jest dobrym kandydatem do rozmowy z podwładnym.

PRZEŁOŻONY – REPREZENTANT ORGANIZACJI CZY SAMOTNY WILK?

Marcin Wnuk, doktor psychologii i dyrektor HR w firmie Komputronik, dostarczył ostatnio naukowych argumentów2 za tym, że pracownik postrzega organizacyjne wsparcie przez pryzmat zachowania, jakie przejawia wobec niego przełożony. Kluczowym wnioskiem płynącym z jego badań w środowisku organizacyjnym jest potwierdzenie słynnego powiedzenia: „przychodzi się do firmy, a odchodzi od szefa”. W momencie rozpoczęcia nowej pracy przełożony staje się dla pracownika głównym punktem odniesienia, a jakość relacji z nim rzutuje na przywiązanie emocjonalne do organizacji. Jego wsparcie angażuje pracownika oraz wzmacnia w nim poczucie więzi. Ta więź odgrywa bardzo istotną rolę w zapobieganiu intencji odejścia. Oczywiście to od szefa zależy, czy stanowi on dla podwładnego dobry łącznik z resztą organizacji. Przełożony może jednak nie czuć się w pełni reprezentantem firmy, tylko występować we własnym imieniu, dystansując się do misji i wizji przedsiębiorstwa.

Z przytoczonych badań wynika jednak, że jeśli więź z szefem tworzy jednocześnie więź z organizacją, wówczas pracownik odczuwa silniejsze zaangażowanie wobec realizacji celów firmy, dla której pracuje. Niby to takie oczywiste, ale polscy przełożeni, którzy doświadczyli „raju pracodawcy” w latach 90. ubiegłego wieku oraz pierwszej dekadzie XXI wieku, mogą kpić z tej naukowej wiedzy, bo przywykli w tamtych czasach do traktowania pracowników instrumentalnie, bez zważania na aspekty relacyjne. W ciągu ostatnich lat doświadczyliśmy w Polsce zmiany uwarunkowań rynku pracy – powodem jest kombinacja niskiego poziomu bezrobocia oraz uwarunkowanej pokoleniowo rekonstrukcji motywów wiążących pracownika z jego miejscem pracy. Pracownicy nie muszą już ulegać prymitywnemu szantażowi zawartemu w odzywce szefa: „Na twoje miejsce mam kolejkę chętnych”.

Menedżerowie z kilkunastoletnim stażem narzekają dziś często na młodych etatowców, że poprzewracało im się w głowie, że za dużo oczekują. Mając w pamięci sytuację pracowników z czasów wysokiego bezrobocia i towarzyszących im niskich standardów zarządzania w Polsce, można przypuszczać, że narzekający weterani doświadczają potrzebnej im lekcji pokory. Zmiany pokoleniowe na rynku pracy, niskie bezrobocie i rosnące zapotrzebowanie na wykwalifikowane kadry to kluczowe powody, dla których funkcja HR powinna proaktywnie wspierać przełożonych w budowaniu optymalnych relacji z podwładnymi.

Przeczytaj także:

WARTO I OPŁACA SIĘ ROZMAWIAĆ

Stay interview może wydać się wydumaną metodą, z której nic wymiernego nie wynika. Moje doświadczenie w pracy nad retencją w dużej firmie przeczy tej tezie. Przemyślane wdrożenie zaleceń niniejszego artykułu – a przy tym efektywne zarządzanie ryzykiem odejść pracowników3 – pozwala uniknąć znaczących kosztów związanych m.in. z rekrutacją, wdrażaniem nowej osoby do firmy, obniżoną wydajnością początkującego pracownika. Jak podaje Leigh Branham w książce 7 prawdziwych powodów odchodzenia z pracy, Instytut Saratoga oszacował dobrowolny koszt odejścia przeciętnego pracownika na 100 proc. jego rocznego wynagrodzenia. Jeśli przyjmiemy za punkt odniesienia średnie wynagrodzenie w Polsce, obliczone przez GUS za maj 2019 r. możemy wyliczyć, że zatrzymanie pracownika to zysk dla firmy w wysokości 60 700 zł w skali roku (zaokrąglony wynik pomnożenia 5058 zł przez 12). Wyobraźmy sobie przykładowe, a jednocześnie realistyczne success story: dzięki stay interview dział HR z przełożonymi efektywnie wygasili intencję odejścia u 17 pracowników. W takiej przykładowej, „przeciętnej firmie” autorzy sukcesu będą mogli pochwalić się zarządowi roczną oszczędnością na poziomie ponad 1 mln zł.

Niektórzy mogą twierdzić, że stay interview jest im niepotrzebne, ponieważ przeprowadzają wywiady z odchodzącymi pracownikami. Niestety, podczas exit interview (EI) pracownicy przeważnie wylewają żale na temat wszystkiego, co im przychodzi do głowy, albo dyplomatycznie przemilczają drażliwe kwestie, aby nie palić za sobą mostów. Z kolej dobrze przeprowadzone stay interview wzbudza w pracowniku przekonanie, że przełożonemu zależy na tym, aby usunąć przeszkody na drodze do satysfakcji i zaangażowania jego rozmówcy – podwładnego. To wspaniały impuls retencyjny, który sam w sobie ogranicza ryzyko odejścia pracownika. Z kolei działania korekcyjne, podjęte i zrealizowane przez przełożonego po rozmowie, mogą to ryzyko wyeliminować nawet na kilka kolejnych lat.

W ramach sondowania praktyk retencyjnych wśród pracowników HR podczas konferencji branżowych dowiedziałem się, że praktyka stay interview prawie w ogóle nie jest stosowana w Polsce, podczas gdy exit interview przeprowadzają niemal wszystkie działy HR. Dlaczego? Indagowani HR-owcy odpowiadali mi z lekkim onieśmieleniem: „Nie znamy stay interview”, „Exit interview to standard i nie zastanawialiśmy się nad SI”. Powodem może być również fakt, że exit interview przeważnie przeprowadzają pracownicy działów HR, a nie bezpośredni przełożeni rozmówców, jak powinno to się odbywać podczas efektywnego SI. Dlatego też prowadzenie wywiadów z odchodzącymi pracownikami jest zdecydowanie łatwiejsze dla HR-owców. Warto jednak zainicjować w organizacji spotkania między przełożonymi a pracownikami, którzy jeszcze nie rzucili papierami. Zamiast skupiać się na tych, którzy wypowiedzeniem postawili na waszej firmie krzyżyk, celujcie w pracowników, którzy są dopiero w grupie ryzyka odejść albo nawet nie rozważają odejścia. Warto się tym zająć i to się naprawdę opłaca!

Źródło: Łukasz Mytnik, „Personel & Zarządzanie”

Najnowszy numer „Personel & Zarządzanie” już w sprzedaży – kliknij TUTAJ.

Coraz więcej przedsiębiorstw, niezależnie od ich wielkości czy branży, stara się eksponować swoją kulturę organizacyjną – zbiór wartości i zasad, z którymi chcą być kojarzone. Buduje to pozytywny wizerunek firmy i stanowi skuteczne narzędzie marketingowe. Jednak stworzenie kultury organizacyjnej wymaga znacznie więcej niż tylko sformułowania odpowiednich haseł. – To proces złożony, wieloetapowy, angażujący cały zespół, od kadry zarządzającej po pracowników operacyjnych – mówi Tomasz Bereźnicki, prezes DPC Polska.

Wiele osób kulturą organizacyjną nazywa siatkę pozytywnych skojarzeń z daną marką, decydującą o jej sukcesie i pozycji na rynku. Akcentowanie takich wartości jak: wysoki standard pracy, zespołowość czy proklienckość z pewnością wiąże konsumentów z deklarującą je firmą. To jednak tylko element szerszej całości. – Aspekt wizerunkowy jest pochodną zmian strukturalnych wdrażanych w organizacji, wymagających konsekwencji i zaangażowania pracowników wszystkich szczebli. Podstawowym celem jest usprawnienie procesów realizowanych w przedsiębiorstwie, identyfikacja i eliminacja marnotrawstwa oraz ciągłe doskonalenie– mówi Tomasz Bereźnicki. Wskazuje również na podejście wykorzystywane przez ekspertów DPC we wdrażaniu Strategii Lean w przedsiębiorstwach. Służy ono budowie trwałej i efektywnej kultury organizacyjnej.

Po pierwsze – refleksja strategiczna

Budowę kultury organizacyjnej należy rozpocząć od zdefiniowania wizji, misji oraz strategicznych celów i wartości przedsiębiorstwa. Na tym etapie kluczową rolę ogrywa kadra zarządzająca najwyższego szczebla – prezesi, CEO’s, członkowie rad nadzorczych. – Podczas pierwszego spotkania nasi eksperci zadają pozornie proste pytanie: – Jak wyobrażacie sobie rozwój firmy w perspektywie kolejnych lat? – mówi Piotr Rybotycki, Partner w DPC Polska. – Bardzo często spotykamy się ze skrajnie różnymi odpowiedziami. To naturalne, gdyż szefowie poszczególnych obszarów czy nawet wspólnicy koncentrują się na problemach i wyzwaniach najistotniejszych z ich własnego, subiektywnego punktu widzenia. Naszym zadaniem jest skłonienie do następującej refleksji: co leży w długofalowym interesie organizacji jako całości? – dodaje. Dopiero przewartościowanie myślenia kadry zarządzającej i wspólne zdefiniowanie podstawowych celów strategicznych organizacji pozwala na określenie odpowiednich wartości budujących tożsamość przedsiębiorstwa. – Porozumienie na szczeblu kierowniczym jest warunkiem koniecznym w procesie wdrażania Strategii Lean. To właśnie kadra zarządzająca przekazuje przyjętą strategię niższym szczeblom organizacji. Wymaga to opracowania spójnej i czytelnej wizji proponowanych zmian tak, aby każdy pracownik potrafił określić cele, które mają zostać osiągnięte– mówi Tomasz Bereźnicki.

Po drugie – pełne zaangażowanie

Drugi etap budowania kultury organizacyjnej dotyczy podstawowego szczebla każdej organizacji, czyli pracowników operacyjnych. –– Zasadnicze znaczenie ma tutaj właściwe komunikowanie celów, misji i wizji nakreślonych przez kadrę zarządzającą. Wszyscy pracownicy powinni zostać w pełni poinformowani o wdrażanych zmianach. Istotną rolę w tym zakresie mają czytelne wizualizacje w postaci plakatów, biuletynów czy wewnętrznego mailingu. Należy unikać generowania skomplikowanej dokumentacji strategicznej, stawiając na jak najprostsze formy komunikacji – mówi Piotr Rybotycki. Zrozumieniu celowości wdrażanych zmian i rozwianiu ewentualnych obaw z nimi związanych służą spotkania i rozmowy pracowników z bezpośrednimi przełożonymi. – W praktyce wygląda to następująco: prezes firmy komunikuje zmiany dyrektorom, oni – team leaderom, ci zaś – pracownikom operacyjnym. Dzięki temu informacja dociera bezpośrednio do każdej osoby w przedsiębiorstwie w formie umożliwiającej wyjaśnienie wszystkich kwestii czy wątpliwości – dodaje Partner w DPC Polska.

Budowaniu kultury organizacyjnej w ramach wdrażania Strategii Lean sprzyjają gry symulacyjne (Lean Games), przygotowywane dla pracowników operacyjnych. Zadaniem „grywalizacji” jest skłonienie zespołu do współdziałania, podejmowania się coraz bardziej ambitnych celów, kwestionowania status quo i szukania niekonwencjonalnych rozwiązań. – Cel jest prosty: uświadomienie pracownikom operacyjnym, że poprawa efektywności ich pracy zależy od przyjęcia nowej perspektywy – postrzegania danego przedsiębiorstwa jako całości, dążenia do optymalizacji nie tylko własnych działań, ale całego procesu. A to wymaga chęci ciągłego doskonalenia swoich umiejętności i odwagi wskazywania tych elementów funkcjonowania organizacji, które wymagają korekty – podkreśla Tomasz Bereźnicki.

Prezes DPC przyznaje, że Lean Games mają również za zadanie budowanie „ducha” zespołu. – Zazwyczaj rozpoczynamy pracę w przedsiębiorstwie posiadającym już pewien bagaż doświadczeń i siatkę relacji pomiędzy pracownikami. Nie zawsze atmosfera w zespole jest dobra, a warunkiem koniecznym do osiągnięcia celów strategicznych jest zgodne współdziałanie wszystkich działów firmy i ich pracowników. Dlatego też staramy się, aby podczas gry symulacyjnej następowała integracja całej grupy przy okazji realizowania ambitnych zadań. To buduje zaufanie i wiarę zespołu we własne możliwości – dodaje.

Przeczytaj także:

Po trzecie – rób to, co deklarujesz

Kultura organizacyjna wymaga wiarygodności – to znaczy konsekwentnego przestrzegania przyjętych zasad i wartości. Opiera się ono na pracy organicznej, etapowym osiąganiu wyznaczonych celów i standardów. W praktyce często trudne okazuje się zbudowanie np. kultury dyscypliny, gdzie konsekwentnie realizujemy ustalone założenia w zespole. – Pomocne okazują się podstawowe narzędzia leanowe, np. takie jak 5S, czyli metoda poprawiająca organizację miejsca pracy i wpływająca na bezpieczeństwo pracownika przy wykonywaniu określonych czynności – mówi Piotr Rybotycki. – Nieocenioną wartość ma również opracowanie i wdrożenie systemu zarządzania efektywnością. Jego celem jest mierzenie efektywności pracy w oparciu o stałe wskaźniki. Bez tego nie można określić ewentualnych odchyleń od przyjętych standardów i identyfikować problemów rzutujących na cały proces produkcyjny.

Ekspert DPC Polska przyznaje, że często spotyka się z obawami pracowników operacyjnych dotyczącymi systemu zarządzania efektywnością. Pojawiają się wątpliwości, czy stały monitoring ich pracy nie oznacza typowania członków załogi do zwolnienia. Piotr Rybotycki podkreśla, że to błędne wyobrażenie. – Nie mierzymy efektywności konkretnych osób, mierzymy procesy. Nie szukamy najlepszych i najgorszych pracowników, ale odchyleń od przyjętych standardów. Po ich zidentyfikowaniu rekomendujemy konkretne działania z korzyścią zarówno dla pracowników, jak i efektywności całego przedsiębiorstwa – przekonuje.

Kultura organizacyjna to synteza ambitnych celów strategicznych, ich skutecznego komunikowania oraz pracy zespołowej. Budowa indywidualnej, silnej kultury organizacji nie tylko umacniania pozytywny wizerunek firmy, ale również wpływa na efektywność, jakość i bezpieczeństwo pracy.

Źródło: DPC

Jeszcze do niedawna pojęcie „open space” kojarzyło się głównie z korporacjami, biurowcami i punktami handlowo-usługowymi. Od pewnego czasu jednak, ze względu na zmianę trendów wnętrzarskich, zaczęło być wprowadzane również do branży nieruchomości. Słoneczne mieszkania na otwartym planie przyciągają nie tylko większe rodziny, ale i miłośników przestrzeni loftowych.

Pojęcie „open space” funkcjonuje na rynku już od kilkudziesięciu lat i z powodzeniem wdrażane jest w zakresie organizacji biur. Są to często duże, otwarte przestrzenie, bez wydzielonych pomieszczeń, ułatwiające aranżację pracy według aktualnych potrzeb. Niemniej jednak open space cieszy się coraz większą popularnością również w segmencie mieszkaniowym, przyciągając zwolenników oryginalnych i nieoczywistych rozwiązań.

Tradycyjnie mieszkania w Polsce posiadają zwykle wydzielone, konkretne pomieszczenia z wyraźnie wskazaną funkcją, które łączy korytarz. Można je spotkać najczęściej w starszym budownictwie, z lat 70-tych i 80-tych. Trendy wnętrzarskie od dłuższego czasu wyznaczają kierunki rozwoju zarówno budownictwa, jak i planowania powierzchni mieszkań. Od kilku lat zapanowała moda na otwarte przestrzenie, które dają możliwość ciekawej i nietypowej aranżacji. Kluczowym okazuje się usunięcie ograniczeń przestrzeni dziennej, doświetlenie wnętrza i zwiększenie powierzchni użytkowej.

Mieszkania w stylu open space nie posiadają zatem ścianek działowych, co pozwala na zmianę układu funkcji mieszkania bez większych nakładów finansowych. Wydzielenie odpowiednich stref można łatwo osiągnąć za pomocą ozdobnych, ażurowych paneli, nowoczesnego oświetlenia, ale również mebli. Aby podkreślić jego atuty, maksymalnie wykorzystać dostępną powierzchnię i zwiększyć przestronność, można skorzystać również ze szklanych elementów i jasnych mebli. Dużym plusem jest także planowanie sufitów na ponadprzeciętnej wysokości, co zapewnia możliwość zaprojektowania antresoli, półpiętra czy sypialni na piętrze, oddzielając w ten sposób strefę dzienną od nocnej.

Otwarte przestrzenie skradną serca osób, dla których niezwykle ważne jest poczucie wolności i swobody. Style loftowy czy industrialny, zresztą ostatnio bardzo modne, z powodzeniem będą mogły zostać wprowadzone w mieszkaniu o większym metrażu. Ich cechą charakterystyczną jest surowa przestrzeń z widocznymi stropami oraz dużymi oknami, dającymi poczucie przestronności i wpuszczającymi do wnętrza mnóstwo światła. Wykończenie loftu to zazwyczaj połączenie cegły, betonu i elementów metalowych. Mieszkania o takim metrażu często zlokalizowane są na wyższych kondygnacjach, wyposażone w zjawiskowy taras lub balkon, zapewniający niejednokrotnie niesamowite widoki. Trend na wielkopowierzchniowe mieszkania zachęca deweloperów do tworzenia funkcjonalnych przestrzeni, z możliwością dowolnej aranżacji zgodnie z aktualnymi potrzebami.

Przeczytaj także:

Wszystkie nasze nieruchomości projektujemy w taki sposób, by zapewnić mieszkańcom jak największy komfort. Wiemy, że każdy z nich ma własne upodobania i wizje aranżacyjne do stworzenia mieszkania własnych marzeń – chcemy im to ułatwić. Na naszym osiedlu Primo zaplanowaliśmy wiele lokali o mniejszym metrażu, jednak z prostą możliwością połączenia ich w jedno. W ten sposób trafiamy do osób zainteresowanych niewielkimi metrażami, ale i do tych pragnących dużego M, również w stylu loftowym – tłumaczy Agata Sieradzka, Lider Biura Sprzedaży osiedla Primo firmy Profbud.

Warto jednak wspomnieć, że lokale o dużej powierzchni często wybierane są także przez rodziny wielodzietne. Nierzadko czynnikami motywującymi do zakupu jest niższa cena za metr kwadratowy oraz podobne koszty utrzymania. To dobre rozwiązanie dla osób, którym zależy na energooszczędności – na otwartej przestrzeni minimalizują się straty ciepła.

Przestrzeń typu open space sprzyja integracji i wspólnemu spędzaniu czasu, na rodzinnych rozmowach czy koedukacyjnej grze. Inwestując w 80 m2 czy też 100 m2 domownicy posiadają nieruchomość przyszłościową, którą mogą przez lata dowolnie dostosowywać do potrzeb. Jeśli forma open space przestanie spełniać swoją funkcję, wówczas można ją dowolnie przearanżować, poprzez zmianę ustawienia mebli lub dzięki ściankom działowym, tworząc osobne pomieszczenia. W ten sposób wnętrze nabierze zupełnie nowego charakteru.

Źródło: Profbud

BIM – jeden z najgorętszych tematów w branży budowlanej powoli wkracza na salony polskich centrów handlowych. Czym tak właściwie jest i jakie korzyści ze sobą niesie? Dlaczego to niezbędne narzędzie nie tylko dla architektów, ale też inwestorów sieci handlowych?
Od papieru po wirtualne modelowanie

Początki BIM-u sięgają lat 80. XX wieku, gdy część informacji wykorzystywanych w budownictwie, przestała być zapisywana ręcznie na papierowych kartkach, tylko wprowadzana na dyski komputerów. Sam termin rozumiany jest, jako Building Information Modelling, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza modelowanie informacji o budynku. Nie jest to więc program, lecz proces, polegający na zbieraniu informacji o obiekcie np. domu, biurowcu, drodze, autostradzie, instalacjach, mostach, wiaduktach czy lokalach w centrach handlowych. 

Proces ten towarzyszy życiu budynku od momentu jego powstania poprzez funkcjonowanie aż do przebudowy lub wyburzenia. Składa się na niego wiele różnych programów, ale cel jest jeden – sprawna komunikacja. Dlaczego jest to tak ważne? 

– Każdy proces budowlany ma związek z informacją, do której zalicza się tabele, rysunki czy kalkulacje. Nieaktualne, nieczytelne, po prostu błędne dane, prowadzą do kolizji projektowych i wykonawczych, a tym samym generują olbrzymie straty zarówno pod względem czasu, jak i zasobów – mówi Piotr Wroczek, Project Director z Workshop.re, firmy projektującej lokale w centrach handlowych. – W Polsce BIM wciąż znajduje się w fazie początkowej, dotyczy to też branży retail, w której projekty sklepów wykonuje się przeważnie w programach 2D. Jednak już w tym momencie wiele sieci, zwłaszcza zagranicznych wymaga opracowywania modeli w BIMie – dodaje.

Jak w rzeczywistym sklepie

Z pomocą BIM-u projektanci wykonują wirtualny model 3D planowanej powierzchni handlowej, która jest wiernym odwzorowaniem rzeczywistego sklepu, z którego można wygenerować potrzebne rysunki. Architekci mają do dyspozycji całą bibliotekę zawierającą odpowiednio przygotowane elementy takie jak materiały budowlane, meble czy oświetlenie zgodne ze standardem danej sieci.

Każdy z elementów posiada zwykle szczegółową specyfikację. W przypadku konkretnej lampy jest to nazwa producenta, oznaczenie modelu, rok produkcji, natężenie światła, barwa itd. Oprócz właściwości technicznych każdy element prezentuje realny kształt i wielkość, dzięki temu od razu widoczne są miejsca potencjalnych kolizji i niewłaściwego zastosowania – mówi Michał Dziedzic, Revit Specialist z firmy Workshop.re. – Dodatkowo model 3D umożliwia spacerowanie po wirtualnym sklepie i sprawdzanie jego funkcjonalności, bezpieczeństwa czy estetyki. Jest to bardzo ważne w przypadku witryny, do której najemcy centrów handlowych przywiązują szczególną wagę – dodaje.

Przeczytaj także:

Dla wykonawców, dla inwestorów, dla laików

BIM stanowi prawdziwą rewolucję pod kątem komunikacji poszczególnych osób zaangażowanych w projekt. Poprawa relacji w kontaktach inwestor-projektant-wykonawca pozwala lepiej i szybciej zaplanować powierzchnię sprzedaży, oszacować ilość potrzebnych materiałów, przygotować harmonogram prac i opracować kosztorys. W efekcie oznacza to bycie elastycznym i skutecznym. Co więcej, w przypadku wprowadzania modyfikacji możliwe jest natychmiastowe obserwowanie zmian wszystkich parametrów, a tym samym szybsze podejmowanie decyzji.

BIM to doskonałe narzędzie dla projektantów, wykonawców, a zwłaszcza inwestorów, którzy szczególnie w branży retail są bardzo aktywnymi uczestnikami całego procesu – zwraca uwagę Revit Specialist z Workshop.re. – Na każdym etapie projektu inwestor ma możliwość wglądu w projekt dzięki platformie A360 Autodesk, udostępniającej model 3D oraz wszystkie rysunki techniczne. Co najważniejsze do przeglądania projektu nie jest potrzebna żadna specjalistyczna wiedza ani oprogramowanie. W praktyce klient otrzymuje od nas link do danego modelu sklepu i może go odczytać w zwykłej przeglądarce, w telefonie, czy w laptopie, a następnie nanosić komentarze, które są widoczne dla wszystkich uprawnionych podmiotów. Jest to niesamowicie wygodne rozwiązanie, zważywszy na to, że nie dla wszystkich rzuty 2D są tak samo czytelne i zrozumiałe, a dokumentacja papierowa nie zawsze jest pod ręką – dodaje.

BIM to współczesna koncepcja projektowania, która umożliwia lepsze planowanie inwestycji. Dzięki temu cały proces realizacji przebiega sprawniej i taniej, co w przypadku rozwoju sieci handlowej stwarza ogromną przewagę konkurencyjną. Narzędzia BIM odpowiadają wymogom naszych czasów, zgodnie z którymi planowanie jest szybkie i mierzalne, a relacje biznesowe nastawione na partnerstwo.

materiał prasowy

Na utrzymanie domu statystyczna polska rodzina wydaje już ponad 933 złote – wynika z szacunków HRE Investments. Za podwyżkami stoją galopujące stawki za wywóz śmieci, rosnące czynsze czy cena gazu. W ryzach koszty starają się trzymać obniżki cen prądu.

Za wywóz śmieci trzeba dziś płacić o 24% więcej niż przed rokiem, a wciąż najpewniej nie jest to kres podwyżek. Byłby to alarmujący wskaźnik, gdyby nie fakt, że opłaty te stanowią tylko niewielki ułamek (około 5 promili) kosztów ponoszonych przez statystyczne gospodarstwo domowe.

Energia jest najważniejsza

Z tego punktu widzenia dla przeciętnego domowego budżetu znacznie ważniejsze jest to co dzieje się z cenami nośników energii. Te odpowiadają w Polsce mniej więcej za połowę wszystkich kosztów utrzymania dachu nad głową. W praktyce oznacza to, że na nośniki energii przeciętny rodak wydaje co jedenastą złotówkę znajdującą się w portfelu.

Najważniejsza z tego punktu widzenia energia cieplna podrożała przez ostatnie 12 miesięcy o 1,8%. Chodzi tu o ciepło dostarczane do domów z sieci – na nie statystycznie wydajemy najwięcej w kategorii „nośniki energii”. Prawie tak samo dużo pieniędzy wydajemy na często stosowany w polskich domach opał. Za ten według GUS trzeba dziś płacić jedynie o 0,5% więcej niż przed rokiem. Dla porównania gaz, który w „statystycznym koszyku” waży dwa razy mniej niż energia cieplna jest dziś o 4,2% droższy niż przed rokiem.

Na drugim biegunie jest oczywiście energia elektryczna. Ta zużywana w domach odpowiada wg danych Eurostatu za co siódmą złotówkę wydawaną na utrzymanie własnych czterech kątów. Po rządowej interwencji jej cena jest dziś wg danych GUS o 5,8% niższa niż przed rokiem. W związku z tym, że Polacy znacznie więcej wydają na energię niż na wywóz śmieci, to ten jednocyfrowy spadek stawki za kilowatogodzinę póki co z nawiązką neutralizuje dotychczasowe dwucyfrowe wzrosty opłat za wywóz śmieci. Podobnie tańsza energia powoduje, że statystyczny obywatel wciąż mniej niż przed rokiem wydaje na nośniki energii.

Znacznie więcej niż przed rokiem trzeba też płacić za usługi zw. z domem (o 5%). Chodzi tu o takie usługi jak naprawy czy usługi sprzątania. W tym wypadku podwyżki nie są niczym zaskakującym w obliczu rosnących wynagrodzeń Polaków.

Wyraźnie w ostatnim roku wzrosły też czynsze płacone przez najemców właścicielom – o 4,8%. Słowem wyjaśnienia należy dodać, że w Polsce dominuje najem o stawkach nierynkowych (chodzi tu np. o mieszkania komunalne, zakładowe czy spółdzielcze lokatorskie). Raportowany przez urząd wzrost cen nie odnosi się więc wprost do stawek płaconych właścicielom, którzy kupili mieszkania na wynajem. Te wg danych płynących z najnowszego raportu AMRON – SARFiN w największych miastach raczej nie rosły aż tak szybko. Na przykład we Wrocławiu w 2 kwartale br. za najem przeciętnie trzeba było płacić o 1,6% mniej niż przed rokiem. W Katowicach, Poznaniu czy Gdańsku roczny wzrost był na poziomie 2-3%, a jedynie w Łodzi za najem trzeba płacić o 4,8% więcej niż w drugim kwartale 2018 roku.

Utrzymanie domu za 933 zł miesięcznie

W efekcie łączny koszt utrzymania i prowadzenia domu w czerwcu 2019 roku był o 1,8% wyższy niż rok wcześniej. To oznacza dynamikę wzrostu niższą niż inflacja, która w lipcu została przez urząd oszacowana na 2,9% w skali roku. To znaczy, że rządowa interwencja na rynku energii elektrycznej dała pewne efekty. Przeważnie bowiem koszty utrzymania domu rosły szybciej niż ogólny poziom cen mierzony inflacją. I choć wzrost kosztów utrzymania domu został spowolniony to nie doszło do jego zatrzymania.

Statystyczna trzyosobowa rodzina na utrzymanie i wyposażenie mieszkania wydała w lipcu ponad 933 złotych – wynika z szacunków HRE Investments opartych o dane GUS na temat inflacji i wydatków gospodarstw domowych. Kwota ta uwzględnia wydatki na ogrzewanie i nośniki energii (koło 40-50% łącznych kosztów związanych z mieszkaniem), ale też inne media, czynsze płacone przez najemców, wywóz nieczystości, zakup AGD, mebli, oświetlenia, dekoracji, usług takich jak sprzątanie czy remonty.

Z drugiej strony pomijane są koszty obsługi kredytów hipotecznych, które w przypadku zadłużonych rodzin pochłaniają przeważnie więcej pieniędzy niż wcześniej omawiane utrzymanie, wyposażenie i prowadzenie domu. Pomijamy też podatki i opłaty związane z posiadaniem nieruchomości. Co warto podkreślić mówimy ponadto o wartości uśrednionej dla całego kraju. Jasne jest więc, że rodzina posiadająca skromne mieszkanie wyda na „dach nad głową” nawet kilkukrotnie mniej niż familia mieszkająca w dużej rezydencji.

Wydajemy coraz więcej

Z szacunków HRE Investments wynika, że na utrzymanie i wyposażenie dachu nad głową statystyczna trzyosobowa rodzina wydaje o 17 złotych więcej niż rok temu. W praktyce wartość ta może się okazać jednak wyższa, gdy w drugiej połowie bieżącego roku poznamy dokładniejsze dane na temat wydatków gospodarstw domowych.

Dlaczego? W ostatnich latach urzędowe dane sugerowały, że przeciętne wydatki na utrzymanie i wyposażenie mieszkań rosły szybciej niż wynikało ze wzrostu cen. To oznacza, że wraz z poprawianiem się sytuacji finansowej gospodarstwa domowe konsumują coraz więcej. Coraz większą część domowego budżetu skłonni jesteśmy też przeznaczać na utrzymanie własnych „czterech kątów” np. poprzez podnoszenie standardu mieszkania. Trudno się temu dziwić skoro – jak wynika z danych GUS – w latach 2007-18 dochód rozporządzalny na osobę wzrósł nominalnie o 82%, a realnie, czyli po uwzględnieniu inflacji, o 47%.

Źródło: HRE Investments

Jastrzębie-Zdrój, Warszawa i Jaworzno – na czele miast z najwyższym przeciętnym wynagrodzeniem w Polsce. Statycznie najmniej zarabia się w Grudziądzu, Piotrkowie Trybunalskim i Tarnobrzegu.

Dane za 2018 r. obejmujące 66 miast na prawach powiatu, czyli m.in. dawne stolice województw oraz miasta powyżej 100 tys. mieszkańców, opublikował Główny Urząd Statystyczny.

Położone w woj. śląskim Jastrzębie-Zdrój, z kwotą przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto w wysokości 8 121 zł, kolejny raz znalazło się na czele miast na prawach powiatu, w których zarabia się najlepiej.

Kwota przeciętnych zarobków w tym mieście stanowi 168 proc. średniej krajowej, wynoszącej 4 835 złotych. Ponadto z danych GUS wynika, że przeciętne wynagrodzenie w Jastrzębiu-Zdroju rosło w ub. roku niemal pięć razy szybciej niż średnia krajowa. Różnica w porównaniu z 2017 r. w kraju wyniosła bowiem 307 zł, a w Jastrzębiu – 1 511 złotych.

Na drugim miejscu wśród miast znalazła się Warszawa, w której statystyczne wynagrodzenie to 6 433 zł i jednocześnie 133 proc. średniej krajowej. Trzecie miejsce – z kwotą średniego wynagrodzenia na poziomie 5 848 zł, czyli 121 proc. średniej krajowej – zajęła inna, obok lidera, śląska miejscowość – Jaworzno. Miasto wyprzedziło tym samym Płock, gdzie przeciętne wynagrodzenie było równe 5 705 zł, co daje 118 proc. średniej pensji w Polsce.

Jak wynika z zestawienia GUS, na stosunkowo dobre zarobki można liczyć pracując w: Sopocie (5701 zł), Katowicach (5 699 zł) i Gdańsku (5 642 zł). W pierwszej dziesiątce zestawienia wynagrodzeń znalazły się ponadto:
Gliwice (5 451 zł), Dąbrowa Górnicza (5 451 zł) oraz Kraków (5 368 zł).
Najbliżej średniej krajowej była Ostrołęka, w której przeciętne wynagrodzenie w 2018 r. wyniosło 4 832 złotych.

Przeczytaj także:

Natomiast najniższe średnie wynagrodzenie w grupie miast na prawach powiatu odnotowano w Grudziądzu. Przeciętna pensja w tym mieście to 3 743 zł, co stanowi 77 proc. średniej krajowej.

Na podobnym poziomie kształtowały się zarobki mieszkańców: Piotrkowa Trybunalskiego (3 765 zł), Tarnobrzega (3 808 zł), Przemyśla (3 828 zł) i Nowego Sącza (3 861 zł). Poniżej średniej pensji na poziomie 4000 brutto byli też pracownicy z: Krosna, Białej Podlaskiej, Świętochłowic, Skierniewic i Chełma.

Wśród powiatów najlepsza sytuacja pod względem zarobków była w powiecie lubińskim (woj. dolnośląskie), gdzie przeciętne uposażenia wyniosły 7 915 zł, co daje 164 proc. średniej krajowej. To niemal 2,5-razy więcej niż w powiecie kępińskim w woj. wielkopolskim, gdzie odnotowano najniższe przeciętne wynagrodzenia w kraju. Przeciętne zarobki w wysokości 3 183 zł przełożyły się na 66 proc. średniej krajowej.

Dane o wynagrodzeniach GUS podaje w ujęciu brutto, łącznie z zaliczkami na poczet podatku dochodowego od osób fizycznych oraz ze składkami na obowiązkowe ubezpieczenia społeczne (emerytalne, rentowe i chorobowe), płaconymi przez ubezpieczonego pracownika. Podane kwoty nie obejmują podmiotów gospodarczych, w których pracuje do dziewięciu osób.

Źródło: Kurier PAP

W ciągu 24 godzin przedprodukcyjny egzemplarz Porsche Taycan przejechał dystans liczący dokładnie 3425 km. Swojego wyczynu dokonał tuż przed światową premierą modelu, która odbędzie się 4 września, w ramach testu na włoskim torze wysokich prędkości – Nardò. Pokonana odległość mniej więcej odpowiada drodze, jaką trzeba pokonać, aby dojechać z Nardò do Trondheim w Norwegii.

Podczas próby na torze na południu Włoch panowały prawdziwie upalne warunki, a prędkość samochodu wynosiła pomiędzy 195 a 215 km/h. Taycan przedpremierowo udowodnił swoje walory na długim dystansie przy szczytowej temperaturze powietrza na poziomie 42 stopni Celsjusza i temperaturze toru dochodzącej do 54 stopni Celsjusza. Test odbył się bez zakłóceń – prototyp musiał zatrzymywać się tylko na szybkie ładowania i zmiany kierowców. Zespół składał się z sześciu kierowców testowych Porsche. Próba stanowiąca potwierdzenie jakości samochodu została przeprowadzona w ramach testów wytrzymałości oraz odporności na warunki gorącego klimatu.

Stefan Weckbach, wiceprezes ds. linii produktów Porsche Taycan, zachwycony poinformował, że „Taycan poradził sobie z tym ambitnym, wytrzymałościowym testem bez żadnego problemu”, i dodał, że „wynik uzyskany na Nardò podkreśla zalety wyjątkowej techniki 800 V i wysoki poziom jej dojrzałości. Zanim Taycan zostanie wprowadzony na rynek pod koniec tego roku, na całym świecie w ramach testów »zaliczy« ponad 6 milionów przejechanych kilometrów”.

Technika: system 800 V

Taycan to pierwszy w pełni elektryczny samochód produkcyjny o napięciu systemowym 800 woltów. Technika ta pomogła prototypowi 919 Hybrid trzy razy z rzędu wygrać 24-godzinny wyścig w Le Mans, a teraz trafia do produkcji seryjnej.

Technika 800 V zapewnia niezmiennie wysokie osiągi, pozwala skrócić czas ładowania oraz zmniejszyć przestrzeń zajmowaną przez okablowanie i jego masę. Podczas jazdy próbnej na terenie Centrum Technicznego Nardò wykorzystano 800-woltowe stacje ładowania Porsche Engineering Group GmbH.

Na Nardò sprawdziło się również zaawansowane zarządzanie ciepłem Porsche Taycan. W głównej mierze bazuje ono na wysoce efektywnym, inteligentnym systemie chłodzenia i podgrzewania wysokonapięciowych komponentów. Zapobiega to potencjalnym stratom mocy w wyniku nadmiernego wytwarzania ciepła i zapewnia uzyskanie optymalnej temperatury dla najefektywniejszego przebiegu procesu ładowania, gdy pojazd dociera do stacji ładowania.

Przeczytaj także:

Samochód: pierwszy w pełni elektryczny samochód sportowy marki Porsche

Nowe Porsche Taycan dowodzi nie tylko swojej wytrzymałości. Jego elektryczny układ napędowy zaprojektowano w taki sposób, aby był on w stanie wygenerować pełną moc nawet po kilkukrotnym przyspieszeniu w krótkich odstępach czasu. Pod koniec lipca na terenie lotniska przedseryjny egzemplarz modelu przyspieszył od 0 do 200 km/h co najmniej 26 razy. Średni czas przyspieszenia z odmierzanych prób wynosił poniżej 10 sekund. Różnica pomiędzy najkrótszym a najdłuższym wynikiem wynosiła 0,8 s.

Tor: Centrum Techniczne Nardò w regionie Apulia (Włochy)

Centrum Techniczne Nardò dysponuje ponad 20 torami i obiektami testowymi zlokalizowanymi na powierzchni ponad 700 hektarów. Wśród swoich klientów ma 90 firm z sektora motoryzacyjnego i zatrudnia ponad 150 osób. Od 2012 r. ośrodkiem tym zarządza Porsche Engineering Group GmbH, spółka w 100% zależna Dr. Ing. h.c. F. Porsche AG ze Stuttgartu.

Centrum testowe powstało w 1975 r., po ukończeniu budowy słynnego toru, a dziś oferuje szerokie możliwości testowania pojazdów w każdej fazie ich rozwoju. Tor wysokich prędkości – jedyny taki na świecie, mierzący 12,6 km długości – został skonstruowany z myślą o testowaniu samochodów w ekstremalnych warunkach oraz usprawnieniu procesów rozwojowych. W połowie lipca z sukcesem zakończył się remont ośrodka. Do przeprowadzonych ulepszeń należy montaż innowacyjnego systemu barier ochronnych, opracowany przez Porsche Engineering specjalnie na potrzeby testów przy wysokich prędkościach na Nardò. Prace obejmowały także całkowitą renowację sekcji dynamicznej jazdy o powierzchni 106 tys. m kw.

Źródło: Porsche

Dane z raportu Allied Market Research mówią wprost – Internet Rzeczy to przyszłość przemysłu. Z roku na rok, przybywać będzie maszyn, które same będą komunikować się ze sobą. Rosnąca liczba smart urządzeń sprawia, że za 4 lata wartość rynku Przemysłowego Internetu Rzeczy (IIoT), wyniesie blisko 200 mld dolarów. To niemal 50 mld dolarów więcej niż jego obecna wartość.

Według autorów raportu Factories of the Future w 2025 roku na całym świecie działać będzie ponad 75 miliardów podłączonych urządzeń, z których większość znajdzie zastosowanie w sektorze wytwórczym. Firmy produkcyjne wydawać będą coraz większe kwoty na urządzenia i maszyny, które będą ze sobą połączone. Z danych opublikowanych przez analityków z Allied Market Research wynika, że w ciągu zaledwie 4 lat rynek urośnie o 1/3 i będzie wart 196,8 mld dolarów.

Sama maszyna to nie wszystko!

Głównym czynnikiem wpływającymi na szybki rozwój Przemysłowego Internetu Rzeczy w sektorze wytwórczym będzie postępująca kontrola wszystkich składowych procesu produkcji, która ma wpływać na wzrost wydajności.

Proces ten już się rozpoczął, ale jesteśmy na początku jego drogi. Pierwszym etapem była i nadal jest gruntowna informatyzacja przemysłu, która opiera się na systemach klasy ERP. To właśnie to rozwiązanie informatyczne pozwala przedsiębiorstwu wdrażać nowe technologie, które usprawnią działanie organizacji i przygotują ją na nadchodzące zmiany. – mówi Lucjan Giza Dyrektor ds. Rozwoju w BPSC i dodaje – Ten etap ma za sobą tylko część firm. W Polskich warunkach to odpowiednio: co druga (54%) średnia firma i 80% dużych przedsiębiorstw. – kończy ekspert z firmy dostarczającej rozwiązania IT dla biznesu.

Czy faktycznie jesteśmy na początku drogi prowadzącej do automatycznych fabryk, o której mówi ekspert z BPSC? Najlepiej w tym przypadku polegać na liczbach, które są niezaprzeczalnie obiektywne. McKinsey zapytał menagerów w firmach przemysłowych, czy po wdrożeniu rozwiązań IoT zauważyli zmianę. 60% stwierdziło, że tak i obecnie mają lepszy wgląd w to, co dzieje się w ich firmie. Jednocześnie ponad połowa tej grupy (54%) deklaruje, że wykorzystuje zaledwie dziesiątą część informacji (10%) pochodzącą z maszyn. Oznacza to, że aż 90% danych jest marnotrawionych.

W czym tkwi problem? W znikomym wykorzystaniu sztucznej inteligencji (SI). Ze wspomnianego już wcześniej raportu Factories of the Future dowiadujemy się, że mniej niż jeden na dziesięciu (8%) producentów przemysłowych wykorzystuje w swoim zakładzie technologię opartą na sztucznej inteligencji. Jednak jak wynika z deklaracji kadry kierowniczej biorącej udział w badaniu, do 2020 roku co druga firma z sektora przemysłowego (50%) wdroży rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji.

– Motorem napędowym inwestycji w SI będzie rosnąca ilość danych, z którymi mamy obecnie do czynienia w sektorze produkcyjnym. Zaawansowana automatyka przemysłowa, czujniki i sensory w maszynach zbierają ogromne ilości informacji. Te dane są, jak diamenty, które dopiero po oczyszczeniu i obróbce jubilerskiej – staną się bezcennymi brylantami, otaczając blaskiem swojego posiadacza. Odpowiednikiem jubilera jest sztuczna inteligencja.
To „ona” pomoże sektorowi produkcyjnemu poradzić sobie z wartkim strumieniem informacji.
– kontynuuje Lucjan Giza z BPSC.

Przeczytaj także:

Zwrot z awarii

Sztuczna inteligencja jest również niezwykle przydatna do prowadzania konserwacji maszyn i urządzeń. Używając czujników do śledzenia wydajności i warunków produkcji, maszyny same mogą nauczyć się przewidywać awarie i podejmować działania prewencyjne lub naprawcze. Wyeliminowanie przestojów bardzo się opłaca. Specjaliści z Wall Street Journal wyliczyli, że nieplanowane przerwy w pracy kosztują globalny sektor produkcyjny około 50 mld dolarów rocznie, a awaria aktywów jest przyczyną 42% przestojów. Dzięki SI rutynowe kontrole są szybsze i dokładniejsze. Wyeliminowany jest również wymóg kontroli jakości, prowadzony w trakcie procesu przez ludzi, co jest czasochłonne i często obarczone błędem.

Jakość 4.0

Jeżeli w świecie odzieżowym rządzi dziś zjawisko szybkiej mody, to w przemyśle możemy mówić o szybkiej produkcji. Coraz krótsze terminy wprowadzania wyrobów na rynek oraz wzrost ich złożoności sprawia, że przedsiębiorstwom produkcyjnym coraz trudniej jest utrzymać wysoki poziom jakości przy zachowaniu zadowalającej marżowości oraz przestrzeganiu zmieniających się przepisów i norm. Z drugiej strony, klienci oczekują produktów bezbłędnych. Wykorzystanie algorytmów SI, które powiadamiać będą zespoły produkcyjne o pojawiających się anomaliach produkcyjnych jest skutecznym panaceum na problemy z utrzymaniem wysokiej jakości produktu przy minimalizacji kosztów jego wytworzenia.

Internet Inteligentniejszych Rzeczy

Epoka Internetu Rzeczy i sztucznej inteligencji na dobre zmieni istniejący krajobraz przemysłu. Ponieważ automatyzacja i pogłębiona analiza idą w parze. Sztuczna inteligencja sprawia, że aplikacje IoT wykorzystują swój pełny potencjał. Możemy zaryzykować stwierdzenie, że wykorzystanie obu technologii w przedsiębiorstwie produkcyjnym kreuje nową technologię internetu inteligentniejszych rzeczy.

Źródło: Biuro Projektowania Systemów Cyfrowych

Lato – dla jednych czas urlopu, wypoczynku i spowolnienia, dla innych gorący okres intensywnej pracy. W handlu – sezonowość ma olbrzymie znaczenie, nie tylko ze względu na momenty wzmożonej konsumpcji czy okresy wyprzedażowe, ale także ze względu na dostępność pracowników. Pracodawcy i HRowcy branży retail, na półmetku wakacji 2019, podobnie jak w poprzednich latach, mają pełne ręce roboty – jak wynika z danych aplikacji Kiwi Jobs, która pomaga w rekrutacji tysięcy pracowników handlu: sprzedawców, kasjerów, magazynierów czy specjalistów obsługi klienta.

Tegoroczne wakacje rozpoczęliśmy z najniższym od 29 lat bezrobociem, GUS wskazał 5,3% w skali kraju, przy czym w dużych miastach – na poziomie praktycznie niezauważalnym (dla przykładu – stopa bezrobocia w czerwcu 2019 w Warszawie wynosiła 1,4%, we Wrocławiu – 1,7%, nieco wyższa była w Krakowie – 4,2%). Dlatego też pracodawcy branży retail, zwłaszcza Ci, którzy w lecie mają duże potrzeby rekrutacyjne (jest to zwykle związane ze wzmożonym ruchem turystycznym w określonych lokalizacjach), na początku lata z niepokojem patrzyli na stan swojego zespołu – dla wielu z nich, kumulacja urlopów lub nieplanowane zwalnianie się pracowników, były często problemami bez rozwiązania. Wakacje przekroczyły półmetek, więc eksperci aplikacji Kiwi Jobs, która specjalizuje się w pomocy pracodawcom w poszukiwaniu pracowników segmentu blue collar, postanowili przeanalizować rzeczywistą sytuację na rynku pracy w retailu. Oto ich obserwacje.

Kobiety rządzą retailem

Kiwi Jobs jest obecnie aktywne w 3 miastach w Polsce – Warszawie, Krakowie i Wrocławiu. Wszystkie te lokalizacje cechują się wzmożonym ruchem turystycznym w lecie, jak również wszystkie są dużymi ośrodkami akademickimi, zatem wakacje są tu z jednej strony okresem dużej dostępności pracy, jak i okresem zwiększonej dostępności pracowników sezonowych (np. studentów dysponujących większą ilością wolnego czasu od czerwca do października).

Zgodnie z badaniami Kiwi Jobs, średnia wieku aplikujących  na stanowisko sprzedawcy to 27 lat, przy czym 83% to kobiety. Olbrzymia część kandydatów to uczniowie i studenci, jednak pracodawcy
w retailu coraz częściej starają się zachęcić osoby starsze, 50+ do podjęcia pracy przynajmniej w niepełnym wymiarze godzin lub tymczasowej – co nieco zawyża średnią wieku –
mówi Katarzyna Godlewska, CEO Kiwi Jobs.

Oprócz stanowisk związanych z obsługą klienta, w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu, retail potrzebuje również magazynierów. Barometr Zawodów, ogólnopolskie badanie rynku pracy wskazuje aktualnie to stanowisko jako zawód deficytowy we wszystkich 3 lokalizacjach. Dane Kiwi Jobs niosą ze sobą pewne zaskoczenie. Średnia wieku kandydatów zgłaszających się na stanowisko magazyniera wynosi 25 lat, 77% to mężczyźni – zatem prawie ¼ aplikujących do magazynu to kobiety! To bardzo duży odsetek, biorąc pod uwagę, że mówimy o stereotypowo męskim zajęciu.

Jak trudno znaleźć pracownika – ofert jest dużo, ale nie trzeba długo czekać

Najczęściej publikowane przez pracodawców ogłoszenia, dotyczą rekrutacji na stanowiska związane z obsługą klienta – poszukiwaniu są tu konsultanci, kasjerzy i sprzedawcy. Kiwi Jobs wskazuje, że w analizowanych miastach, ilość ofert w tym segmencie (w okresie lipiec-sierpień 2019) praktycznie stale utrzymuje się na poziomie 250-300 dostępnych stanowisk.  Co ciekawe, jest to jednak okres, w którym pracodawcy stosunkowo szybko znajdują pracowników – prawdopodobnie ze względu na większą dostępność osób uczących się i większą rotację na rynku ze względu na prace sezonowe. Większość ogłoszeń jest zamykana po kilku dniach.  Po czym pojawiają się kolejne.

Aplikujących jest całkiem sporo – najpopularniejsze oferty pracy w handlu potrafią zdobyć ponad 300 zgłoszeń od przekraczającej 100 000 aktywnych kandydatów społeczności użytkowników Kiwi Jobs. Średnia ilość aplikacji waha się jednak w okolicach 36-70, w zależności od analizowanego miasta. Te statystyki są kolejnym dowodem na to, że o ile retail jest branżą, w której rynek pracy jest przede wszystkim niezwykle dynamiczny i wymaga od pracodawców ciągłej czujności i szybkiego działania. Ci przedsiębiorcy, którzy mają odpowiednio dużo energii – radzą sobie z deficytami kadrowymi całkiem nieźle – komentuje Katarzyna Godlewska, CEO Kiwi Jobs.

Jak przyciągnąć sprzedawcę do pracy?

Można by przypuszczać, że konkurując o uwagę kandydatów, pracodawcy w branży handlowej używają przede wszystkim argumentu wysokiego wynagrodzenia. Okazuje się jednak, że niekoniecznie. Dane i doświadczenia Kiwi Jobs pokazują, że o ile stawki rzeczywiście nieznacznie rosną w okresie wakacji, najczęściej pracodawcy decydują się na inne „wabiki”. Do najpopularniejszych należy oferowanie dodatkowych premii, prowizji wynikowych czy benefitów pozapłacowych. 

Jeśli chodzi o benefity, branża retail nie różni się już bardzo od biurowej pracy w korporacji. Karta Multisport czy prywatna opieka medyczna są w przypadku większości dużych pracodawców standardem, coraz częściej pojawiają się natomiast zupełnie nowe narzędzia. Pracownicy są kuszeni ofertą rozwojową w postaci dodatkowych szkoleń, ale także voucherami na zakupy, bezpłatnymi obiadami pracowniczymi czy specjalnymi zniżkami – mówi Katarzyna Godlewska, CEO Kiwi Jobs.

Przeczytaj także:

Retail jest również jedną z pierwszych branż, która odkryła olbrzymie znaczenie employer brandingu – działania nakierowane na budowanie marki pracodawcy, które w założeniu mają zwiększyć potencjał rekrutacyjny firmy są w tym segmencie częste i na bardzo wysokim poziomie, zwłaszcza w przypadku dużych sieci handlowych, mających masowe potrzeby rekrutacyjne i dużą rotację pracowników. To tylko kolejny dowód na to, że handel potrafi bardzo dynamicznie reagować na trendy rynkowe i sprawnie radzić sobie z wyzwaniami rynku pracy. W tej branży szybkość działania jest kluczowa – dlatego właśnie, pracodawcy i HRowcy nie odpoczywają w wakacje. To dla nich okres wzmożonej aktywności, intensywnego i sprawnego działania, którego rezultaty, wbrew obiegowym, „apokaliptycznym” opiniom dot. rynku pracy, są całkiem pozytywne.

Źródło: Kiwi Jobs

To, że sytuacje biznesowe wymagają stosownego zachowania, przyjmujemy raczej za oczywiste. A jednak coraz rzadziej używa się sformułowania „savoir-vivre”, które może kojarzyć się ze stawianiem sztywnych reguł ponad naturalną swobodą. Jeśli jednak przyjmiemy założenie, że to nie ludzie są dla zasad, ale zasady dla ludzi, savoir-vivre może nam przynieść wiele pożytku.

Savoir-vivre to zasady kulturalnego zachowania obowiązujące w sytuacjach towarzyskich. Dziś to pojęcie może wydawać się niektórym przestarzałe, budząc skojarzenia raczej z balami dla arystokracji niż np. z sytuacjami biznesowymi. Niesłusznie.

Savoir-vivre oparty na uważności

Odczarowując nieco savoir-vivre, warto wrócić do jego istoty. Dosłownie określenie to oznacza „znajomość życia”, a jego zasady stosuje się po to, aby wszyscy uczestnicy danej sytuacji mogli poczuć się komfortowo. Z założenia więc dobre maniery stanowią sposób nakładania na siebie pewnych ograniczeń, by nie postawić w niezręcznej czy nieprzyjemnej sytuacji pozostałych uczestników spotkania. Stosując zasady savoir-vivre, pokazujemy innym, że liczymy się z ich potrzebami i staramy się zapewnić im poczucie komfortu.

Zasady savoir-vivre mogą być postrzegane dwojako. Po pierwsze, jako sztywne zasady, etykieta, a więc konkretne wytyczne na temat tego, co wolno, a co jest zakazane. Ale jest i drugie znaczenie, mi osobiście dużo bliższe. W tym drugim ujęciu savoir-vivre ma związek z asertywnością, a więc z uważnością na potrzeby własne i innych – mówi Ilona Rajchel, trenerka w firmie Effect Group, autorka szkolenia „Savoir-vivre w biznesie”.

Zgodnie z takim spojrzeniem savoir-vivre powinien sprzyjać autentyczności i swobodzie, z zastrzeżeniem, że nasze „wyrażanie siebie” musi uwzględniać komfort innych. Celem stosowania określonych zasad jest zachowywanie się w sposób przewidywalny i pozwalający na zrozumienie naszych intencji.  A taka postawa będzie z pewnością sprzyjała robieniu dobrego biznesu, opartego na relacjach i wartościach.

 – Savoir-vivre XXI wieku oznacza bycie autentycznym, swobodnym, a jednocześnie szanowanie przestrzeni i potrzeb innych osób. To szczególnie istotne, gdy naszego rozmówcy nie znamy zbyt dobrze, a więc nie wiemy wiele o jego wartościach, poglądach, czy przekonaniach – mówi Ilona Rajchel. – Warto wtedy obserwować, zadawać pytania i wykazać się szczególną starannością w działaniu i słowach – podkreśla.

Oczywiście wiedza na temat tego, jakiego widelczyka użyć podczas jedzenia przystawki także może się przydać, ale nie to powinno być najważniejsze. Istotą savoir-vivre jest przede wszystkim uważność i elastyczność okazywana wobec naszych rozmówców.  Najważniejsze jest więc budowanie dobrych relacji, opartych na głębokim szacunku.

Pierwsze wrażenie zawsze ważne

Warto zwrócić uwagę na fakt, że środowiska biznesowe są dziś bardzo różne. Niektóre z nich pozostają bardzo tradycyjne, a może to dotyczyć zarówno całych branż, jak i być kwestią kultury narodowej. Dobrze to widać w relacjach z Japończykami, którzy często uzależniają decyzje biznesowe od zachowania swoich partnerów. Niekulturalne (w ich ocenie) zachowanie, może być powodem zerwania rozmów i niepodpisania kontraktu, nawet jeśli jego zasady wydawały się wstępnie uzgodnione.

Ale są też środowiska bardzo swobodne, zupełnie nieprzywiązujące wagi do etykiety. Mimo wszystko, nawet wtedy, gdy kontaktujemy się z przedstawicielami takiej „wyluzowanej” organizacji, przestrzeganie zasad savoir-vivre nie zaszkodzi, a w pewnych sytuacjach może pomóc. 

Na pewno warto pamiętać o tym, jak ważny jest efekt pierwszego wrażenia. Dlatego na spotkania biznesowe przychodźmy zadbani i stosownie ubrani. Zwróćmy także uwagę na postawę, wyraz twarzy, gesty. Pierwsze wrażenie będzie fundamentem, na którym nasz rozmówca oprze resztę wrażeń i poglądów, co z kolei może mieć wpływ także na zawarcie ewentualnej umowy – radzi trenerka Effect Group.

Nie należy przy tym zapominać  o zasadach pierwszeństwa (precedencji). Nie każdy wie, że w biznesowym savoir-vivre nie rozróżnia się płci ani wieku. Pierwszeństwo zawsze należy się tej osobie, która sprawuje wyższą funkcję. Osobę na wyższym stanowisku przepuszczamy w drzwiach, jej przedstawiamy osoby stojące niżej w hierarchii i to ona decyduje o formie powitania.

A skoro przy powitaniu jesteśmy, to właśnie wtedy najlepiej wymienić się wizytówkami. Wizytówkę podajemy tak, aby obdarowany mógł od razu ją odczytać (nie do góry nogami), a przyjmując wizytówkę, powinniśmy przez chwilę zatrzymać na niej wzrok. Pospieszne chwycenie wizytówki i schowanie bez czytania może zostać odebrane jako lekceważenie rozmówcy.

Sztuka rozmowy

Oddzielną kwestią jest prowadzenie rozmów. Niektórzy uważają, że rozmowę biznesową powinni rozpocząć od tzw. small-talku, czyli od wymiany kilku zdań na bardzo ogólne tematy. Jednak tego typu pogadanki są miłe dla rozmówców tylko wtedy, gdy faktycznie brzmią naturalnie.

Wielokrotnie byłam świadkiem sytuacji, w których ktoś starał się nauczyć swobody i naturalności w kontakcie z drugim człowiekiem. Zazwyczaj nie było w tym ani swobody ani naturalności. Wystudiowane gesty, trenowane zwroty i bezpieczne tematy mogą wywołać efekt odwrotny od zamierzonego – mówi Ilona Rajchel. – Aby wrażenie było pozytywne, wystarczy pogodny wyraz twarzy, słuchanie, patrzenie w oczy, potakiwanie, czy zadawanie prostych pytań, wyrażających nasze zainteresowanie rozmówcą – dodaje.

Jeśli nie potrafimy prowadzić naturalnych, swobodnych i eleganckich rozmów lub nie mamy takiego temperamentu, który ułatwia nam „brylowanie” w sytuacjach towarzyskich, zmiana takiego stanu rzeczy będzie co najmniej trudna. Zamiast tego lepiej skoncentrować się na rozmówcy i na tym, co mamy do przekazania. Aby sprawnie radzić sobie w tego typu sytuacjach, wcale nie trzeba być „lwem salonowym”. Warto mieć świadomość, że zasady savoir-vivre pozwalają na szeroką gamę zachowań w zgodzie ze samym sobą.

Pierwsze wrażenie zawsze ważne

Warto zwrócić uwagę na fakt, że środowiska biznesowe są dziś bardzo różne. Niektóre z nich pozostają bardzo tradycyjne, a może to dotyczyć zarówno całych branż, jak i być kwestią kultury narodowej. Dobrze to widać w relacjach z Japończykami, którzy często uzależniają decyzje biznesowe od zachowania swoich partnerów. Niekulturalne (w ich ocenie) zachowanie, może być powodem zerwania rozmów i niepodpisania kontraktu, nawet jeśli jego zasady wydawały się wstępnie uzgodnione.

Ale są też środowiska bardzo swobodne, zupełnie nieprzywiązujące wagi do etykiety. Mimo wszystko, nawet wtedy, gdy kontaktujemy się z przedstawicielami takiej „wyluzowanej” organizacji, przestrzeganie zasad savoir-vivre nie zaszkodzi, a w pewnych sytuacjach może pomóc. 

Na pewno warto pamiętać o tym, jak ważny jest efekt pierwszego wrażenia. Dlatego na spotkania biznesowe przychodźmy zadbani i stosownie ubrani. Zwróćmy także uwagę na postawę, wyraz twarzy, gesty. Pierwsze wrażenie będzie fundamentem, na którym nasz rozmówca oprze resztę wrażeń i poglądów, co z kolei może mieć wpływ także na zawarcie ewentualnej umowy – radzi trenerka Effect Group.

Nie należy przy tym zapominać  o zasadach pierwszeństwa (precedencji). Nie każdy wie, że w biznesowym savoir-vivre nie rozróżnia się płci ani wieku. Pierwszeństwo zawsze należy się tej osobie, która sprawuje wyższą funkcję. Osobę na wyższym stanowisku przepuszczamy w drzwiach, jej przedstawiamy osoby stojące niżej w hierarchii i to ona decyduje o formie powitania.

A skoro przy powitaniu jesteśmy, to właśnie wtedy najlepiej wymienić się wizytówkami. Wizytówkę podajemy tak, aby obdarowany mógł od razu ją odczytać (nie do góry nogami), a przyjmując wizytówkę, powinniśmy przez chwilę zatrzymać na niej wzrok. Pospieszne chwycenie wizytówki i schowanie bez czytania może zostać odebrane jako lekceważenie rozmówcy.

Przeczytaj także:

Sztuka rozmowy

Oddzielną kwestią jest prowadzenie rozmów. Niektórzy uważają, że rozmowę biznesową powinni rozpocząć od tzw. small-talku, czyli od wymiany kilku zdań na bardzo ogólne tematy. Jednak tego typu pogadanki są miłe dla rozmówców tylko wtedy, gdy faktycznie brzmią naturalnie.

Wielokrotnie byłam świadkiem sytuacji, w których ktoś starał się nauczyć swobody i naturalności w kontakcie z drugim człowiekiem. Zazwyczaj nie było w tym ani swobody ani naturalności. Wystudiowane gesty, trenowane zwroty i bezpieczne tematy mogą wywołać efekt odwrotny od zamierzonego – mówi Ilona Rajchel. – Aby wrażenie było pozytywne, wystarczy pogodny wyraz twarzy, słuchanie, patrzenie w oczy, potakiwanie, czy zadawanie prostych pytań, wyrażających nasze zainteresowanie rozmówcą – dodaje.

Jeśli nie potrafimy prowadzić naturalnych, swobodnych i eleganckich rozmów lub nie mamy takiego temperamentu, który ułatwia nam „brylowanie” w sytuacjach towarzyskich, zmiana takiego stanu rzeczy będzie co najmniej trudna. Zamiast tego lepiej skoncentrować się na rozmówcy i na tym, co mamy do przekazania. Aby sprawnie radzić sobie w tego typu sytuacjach, wcale nie trzeba być „lwem salonowym”. Warto mieć świadomość, że zasady savoir-vivre pozwalają na szeroką gamę zachowań w zgodzie ze samym sobą.

Źródło: Effect Group

Według badań każdy z nas podejmuje dziennie ponad 70 decyzji. Znaczna część z nich dotyczy sfery zawodowej. W przypadku wielu, w tym tych, związanych ze strategią marketingową istnieje sporo zmiennych, które mogą mieć wpływ na długość procesu decyzyjnego. Szybko zmieniające się trendy na rynku, zbyt dużo/mało informacji, sezonowość, a czasem… nawet niezbyt przemyślana wypowiedź znanej osoby. Każde z nich może wpłynąć na ostateczne skutki realizowanej strategii marketingowej. Jakie kroki i narzędzia zatem wykorzystać, by strategia marketingowa przyniosła zamierzone efekty? Przedstawiamy wielką piątkę decyzji, które zwiększą skuteczność działań.
Wykorzystuj możliwości swojego Ferrari

Badania serwisu Statista wykazały, że w 2018 roku aż 1,79 miliarda osób dokonywało zakupów przez Internet, a prognoza na najbliższe lata zakłada nawet 20% wzrost tej liczby. Stwarza to szansę, która przy wykorzystaniu odpowiednich narzędzi wsparcia sprzedaży online może okazać się trampoliną do znaczącego wzrostu całej organizacji. Oczywiście możemy korzystać z pozytywnej sytuacji na rynku i „płynąć z prądem”, nie robiąc nic. Jest to jednak jak jazda Ferrari 60 km/h po autostradzie. Jedziemy, lecz moglibyśmy robić to szybciej. Efektywniej.

Faktem jest, że rozwój nowoczesnych technologii wpłynął na dostępną liczbę narzędzi. Podczas wyboru najkorzystniejszego narzędzia wsparcia sprzedaży, należy pamiętać, że pierwszym krokiem do zawarcia transakcji jest optymalnie zaprojektowany lejek sprzedażowy – zaznacza Bartosz Zieliński, Dyrektor Zarządzający w agencji PR Commplace.

– Efektywność lejka sprzedażowego będzie mieć swoje odzwierciedlenie w wyniku finansowym przedsiębiorstwa. W okresie wyprzedaży umiejętne wykorzystanie zasobów i zaplanowanie działań może podnieść sprzedaż nawet o 40% jednego dnia. To sporo. Dlatego tak istotne jest, by używać rozwiązań, które mogą pomóc w pełni wykorzystać aktualną sytuację na rynku – dodaje ekspert z Commplace.

Skład? 100% treści w treści

Podczas paru minut, które poświęcasz na przeczytanie tego artykułu, w Internecie powstało już kilka tysięcy nowych wpisów. W ciągu 24 godzin opublikowanych ich będzie łącznie kilka milionów. Do tego należy dodać, że przeciętny internauta nie czyta, a skanuje treści, i tylko 1 na 10 odbiorców zadaje sobie trud, by zagłębić się w materiały. Generowanych jest zatem mnóstwo mało istotnych treści, które nie trafiają do ostatecznego odbiorcy. Nie oznacza to, że trzeba zrezygnować z content marketingu. Wręcz przeciwnie – działać, ale mądrze. Wielu marketingowców ma już tego świadomość. Jak podaje raport Ascend2 „Marketing Technology Trends”, osoby odpowiedzialne za marketing w firmach, za najbardziej efektywną technologię uznają obecnie właśnie content marketing (51%). Eksperci wysnuwają nawet hipotezy mówiące, że „content is the new SEO”, gdyż dostarczając wartościowe treści, możemy zwiększyć świadomość marki w Internecie, jednocześnie uzyskując wysoką pozycję w wyszukiwarkach. Tu jednak też czeka na nas pułapka – cykl życia informacji w Internecie jest na tyle krótki, że już po paru godzinach wiadomość spada na kolejną stronę, będąc zastąpiona następnym newsem. Na szczęście i na to można znaleźć rozwiązanie.

Dzień dobry, a z kim właściwie rozmawiam?

Czy w ten sam sposób poprowadzimy komunikację z wieloletnim klientem, który działa w branży od 20 lat, oraz z tym, który stawia w niej pierwsze kroki? Zdecydowanie nie. Dobra znajomość potrzeb, wartości, czy nawyków potencjalnych odbiorców jest kluczowym elementem charakteryzującą skuteczną strategię komunikacji marketingowej. Uwzględniając ww. zmienne, stworzymy komunikat, który ma szansę przebić się przez szum informacyjny i celnie trafić do odbiorcy. Podczas projektowania strategii komunikacji marketingowej zwracajmy także uwagę na tak popularne w ostatnim czasie wyróżnione generacje. Strategia komunikacji marketingowej skierowana do pokolenia „X” powinna opierać się na hasłach takich jak „jakość”, „tradycja”, „Igreki” oczekują uczciwości i troski o środowisko, z kolei najmłodsi – osoby reprezentujące pokolenie „Z” stawiają na nowe technologie i „kolekcjonowanie” unikatowych doświadczeń.

Przeczytaj także:

Wybór, nie loteria

Skuteczny marketingowiec ma świadomość, że uniwersalne rozwiązania i wskaźniki nie istnieją. Ich dobór powinien zależeć od dwóch zmiennych – celów biznesowych oraz sektora, w którym działamy. W branży e-commerce oczekiwanym działaniem będzie dokonanie zakupu, lecz w przypadku portalu informacyjnego, efektem kampanii może być zapisanie się na newsletter.

Wskaźnik konwersji nie musi być stały – zdarza się, że w miarę rozwoju firmy lub cyklu życia produktu ewoluuje – tłumaczy Bartosz Zieliński z Commplace, dodając, że trzeba pamiętać, by narzędzia, które wykorzystywane zostaną do generowania konwersji, nie były zawieszone w próżni. Każdy z elementów marketingowej maszyny powinien być scalony z innym, by dzięki synergii tworzyć dobrze działający mechanizm.

Strategia marketingowa – Ja sam! Ja sam! Na pewno?

Ponad 50% polskich przedsiębiorstw ma sformułowaną strategię marketingową. Nie oznacza to jednak, że jest ona systematycznie realizowana. Co jest tego przyczyną? Brak czasu, precyzyjnych wytycznych, czy po prostu niewystarczające umiejętności przełożenia pomysłów na działania. Według danych CEIDG każdego dnia w Polsce powstaje około 1000 firm. Długotrwałe zwlekanie ze wdrożeniem strategii marketingowej grozi powstaniem sytuacji, w której TWÓJ potencjalny klient uda się nie do ciebie, ale właśnie do jednej z nich. Nie wymaga to outsourcingu marketingu. Często wystarczy samo doradztwo marketingowe.

– Doradztwo marketingowe może przybierać różnorodne formy, w zależności od potrzeb i celów przedsiębiorstwa. Od przeprowadzenia audytu potencjału sieciowego organizacji, przez zweryfikowanie efektów działań e-PRowych, aż po zdefiniowanie KPI i przygotowanie strategii marketingowej. Najważniejsze by jego efektem było sprawne i skuteczne osiąganie celów marketingowych przez organizacje – podsumowuje Bartosz Zieliński z Commplace.

mat. prasowy

Jak pokazują najnowsze dane KRD i BIG[1], jedną z głównych bolączek firm działających na rynku ubezpieczeń, są klienci, którzy nie opłacają terminowo składek. Łączna wartość zadłużenia naszego społeczeństwa wobec towarzystw ubezpieczeniowych wynosi już ponad 321 mln zł. Co więcej, suma ta regularnie rośnie. Jeszcze w 2014 r. wynosiła nieco ponad 46,5 mln zł, a trzy lata później już prawie 250 mln zł. Mogłoby się wydawać, że to głównie konsumenci zadłużeni u różnych podmiotów mają również problem z regularnym uiszczaniem opłat za świadczenia oferowane przez towarzystwa ubezpieczeniowe, ale w tym przypadku zadłużenie rozkłada się niemal równo między sektor B2C i przedsiębiorstwa. Skąd się bierze ten dług i czy jego źródła są inne niż te w przypadku niespłacanych regularnie rat kredytów i pożyczek?

Niepłacący na czas konsumenci i przedsiębiorcy są w równej mierze odpowiedzialni za dług, z którym musi się borykać branża ubezpieczeniowa. Ponad 160 mln zł to nieopłacone składki konsumentów, a przeszło 161 mln zł stanowią̨ długi firm. Z analiz KRD wynika jednak, że statystyczny „Kowalski” i przedsiębiorca nie płacą z innych powodów.

Zobacz też:

Konsument: nie płacę, bo nie pamiętam

Charakterystyka dłużników-konsumentów jest następująca: składek na podstawie umów zawieranych z towarzystwami ubezpieczeniowymi nie płaci 141 tys. osób., a „pojedyncze” średnie zadłużenie wynosi ponad 1 130 zł.  Niestety, nasze zadłużenie wobec ubezpieczycieli rośnie lawinowo. Obecnie wynosi 160 mln zł (najmniej solidni w opłacaniu składek są mieszkańcy Mazowsza – 25,6 mln zł, a najmniej mają do oddania mieszkańcy Podlasia – ich długi to 2,8 mln zł), ale pięć lat temu było to niecałe 36 mln zł. Największy skok w statystykach nastąpił między 2016 a 2017 r.: z 67 do ponad 130 mln zł. Jeżeli chodzi o wiek dłużników, to dominują osoby w przedziale wiekowym 36-45 lat, którą muszą zwrócić łącznie prawie aż 48 mln zł.  

– Jak wskazuje raport KRD, co również podpowiada nam nasze doświadczenie, towarzystwa ubezpieczeniowa przekazują do windykacji najczęściej długi wynikające z nieopłacanych terminowo składek na ubezpieczenie OC, (to także tłumaczy, dlaczego wśród dłużników przeważają mężczyźni), ale na tej liście znajdują się również polisy na życie, ubezpieczenia NNW czy autocasco. A dlaczego nie płacimy na czas? Istnieje grupa, która celowo unika tych zobowiązań, podobnie zresztą jak to ma miejsce przy spłacie, chociażby rat kredytów. Ale co w tym kontekście wydaje się ważniejsze, stajemy się dłużnikami często nieświadomie. Jest to chyba najbardziej widoczne na przykładzie ubezpieczeń samochodowych. Zmieniamy ubezpieczyciela i często zapominamy wypowiedzieć umowępoprzedniemu, a stara, abonamentowa umowa o świadczeniu usług odnawia się automatycznie. Nie pamiętamy o tym i dług rośnie. Zdarza się równieżże sprzedajemy samochód, czyli automatycznie nie potrzebujemy już ochrony, a zapominamy o tym powiadomić ubezpieczyciela, co oznacza, że nasze zobowiązanie wobec niego nie ustaje – komentuje Anna Paszko, ekspert Intrum.

Zdarza się również, że klienci firm ubezpieczeniowych w pośpiechu decydują się na wybór danego produktu, nie czytają dokładnie umów. Zapominają o tym lub nie są do końca świadomi, że decydują na pakiety ubezpieczeń lub transakcje wiązane, np. w ramach kupowanej polisy na życie decydują się na jakąś dodatkową ochronę. W związku z tym, od strony formalnej, muszą dokonywać dwóch oddzielnych płatności. Zapominają, że oprócz składki za „duże”, główne ubezpieczenie, muszą jeszcze płacić regularnie za jakieś mniejsze, dodatkowe.  

Przedsiębiorca: nie płacę, bo nie wiem, że muszę

Jeżeli chodzi o ubezpieczenia, firmy są oczywiście zainteresowane innymi grupami produktów niż „Kowalski”. Przedsiębiorstwa wybierają ubezpieczenia finansowe, majątkowe (np. ubezpieczenia budynków, maszyn pozwalających na prowadzenie działalności, itp.), inwestycyjne, czy te pozwalające zabezpieczyć realizowane transakcje. Firmy mogą także wykupić ubezpieczenie nawet na wypadek utraty dochodów. Inny rodzaj ochrony niż ta wybierana przez konsumentów nie wpływa na to, że w porównaniu do tej grupy przedsiębiorcy są mniej zadłużeni wobec ubezpieczycieli. Obecnie ich dług wynosi ponad 161 mln zł – urósł do tej kwoty na przestrzeni pięciu ostatnich lat z sumy blisko 11 mln zł. W przypadku firm, średnie zadłużenie z tytułu nieopłaconej składki ubezpieczeniowej przypadającej na jedno przedsiębiorstwo wynosi prawie 5 400 zł, czyli więcej jednak niż w przypadku jednego konsumenta. 

Tempo zadłużania się polskich przedsiębiorców z tytułu niepłaconych na czas składek na różnego rodzaju ubezpieczenia jest zatrważające. Problemy z płatnościami nie są domeną tylko firm jednoosobowych, co miałoby swoje wytłumaczenie, chociażby z tego powodu, że to one przeważają w naszym kraju. Takie działalności stanowią blisko 60 proc. wszystkich dłużników z sektora B2B, ale 30 proc. stanowią także spółki z. o. o., wśród których znajdują się mniejsze, ale także i większe firmy, które jak się wydaje, nie powinny mieć problemów z wypłacalnością.

– Jak pokazuje najnowszy Europejski Raport Płatności Intrum, zatory płatnicze, które są jednym z bardziej znaczących problemów polskiej gospodarki, uderzają głównie w sektor MSP, czyli w najmniejszych i mniejszych przedsiębiorców, do której grupy zaliczają się także jednoosobowe działalności gospodarcze. Niepłacący na czas klienci i kontrahenci wpływają negatywnie na płynność finansową przedsiębiorstw. Uniemożliwiają firmom nie tylko rozwój, ale także finansują ich bieżącą działalność. Wobec tego, wielu właścicieli biznesów staje przed wyborem, czy ograniczone środki w pierwszej kolejności przeznaczyć na pensje dla pracowników i zapłatę najbardziej palących rachunków, czy za zapłatę innych zobowiązań, wśród których są też składki na ubezpieczenia. W takiej sytuacji decyzja staje się prosta i uiszczanie świadczeń na rzecz ubezpieczycieli zostaje odłożone w czasie i  wtedy pojawia sięzadłużenie – wyjaśnia Anna Paszko, Intrum.

Niestety, co pokazują dane KRD, wielu przedsiębiorców w naszym kraju nie radzi sobie z formalnościami związanymi z prowadzeniem firmy. Szczególnie ci „nowi na rynku”, nie zawsze mają świadomość tego, które ubezpieczenia i składki są dla nich obowiązkowe. Brak wiedzy prowadzi do zadłużenia wobec towarzystw ubezpieczeniowych. – Warto również pamiętaćże w przypadku niektórych świadczeń obowiązkowych, prawo nakłada na ubezpieczyciela obowiązek prowadzenia ciągłości ochrony, nawet wtedy, jeżeli przedsiębiorca nie uiszcza regularnie składek. To tłumaczy, dlaczego zadłużenie przedsiębiorców z tym obszarze stale się powiększa– dodaje Anna Paszko, Intrum

A jak się rozkłada zadłużenie przedsiębiorców w naszym kraju wobec ubezpieczycieli, jeżeli chodzi o poszczególne branże? W tej niechlubnej liście przoduje transport – 63,5 mln zł długów. Drugie i trzecie miejsce należy do handlu i budownictwa – 23,3 mln zł i 14,5 mln zł. Znacznie zadłużone są także usługi – blisko 10 mln zł, a najmniej firmy z sektora zdrowotnego (1 mln zł).

Najwięcej zadłużonych firm pochodzi z woj. mazowieckiego (34,5 mln zł) długu, co jest zrozumiałe, ale także innych aglomeracji, wokół których skupiony jest biznes. Przykładem jest woj. śląskie (21,4 mln zł), wielkopolskie (18 mln zł) czy dolnośląskie (14 mln zł). Na ich tle najlepiej wypada opolskie z 2,3 mln zł długu. 

[1]  Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej, Zadłużenie wobec firm ubezpieczeniowych, czerwiec 2019.


Parametry mieszkań nabywanych w Warszawie znacznie różnią się od tych kupowanych w innych dużych miastach Polski. Jednak w każdej lokalizacji ciężko jest znaleźć mieszkanie w okazyjnej cenie.
Metraż nabywanych mieszkań: Warszawa vs. reszta Polski

Według raportu Barometr Metrohouse i Gold Finance za II kw. 2019 r. w Warszawie największym zainteresowaniem cieszyły się mieszkania o metrażu od 35 do 50 m kw. Lokale o tej wielkości stanowią aż 38% wszystkich nabywanych mieszkań w stolicy. W przypadku innych największych miast Polski było podobnie, z tym że odsetek transakcji w tym przedziale metrażu wyniósł 47%. Z analiz wynika, że najczęstszym powodem zakupu mieszkania są przesłanki inwestycyjne, a takie właśnie powierzchnie mieszkań wynajmują się najłatwiej.

Dużym powodzeniem zarówno w Warszawie jak i w innych 5-ciu największych miastach Polski cieszą się metraże 50-60 m kw., czyli standardowa wielkość mieszkań kupowanych przez rodziny z dzieckiem. W stolicy, w odróżnieniu od innych dużych miast Polski, rzadziej sprzedają się mniejsze mieszkania, a mianowicie 20-35 m kw., w II kwartale 2018 roku stanowiły 15% wszystkich transakcji, a w II kwartale 2019 roku zaledwie 9%. W innych miastach natomiast w II kwartale 2018 roku sprzedaż mieszkań tego metrażu stanowiła 23%, a w 2019 roku 14%. Znikomy procent stanowią transakcje zakupu mieszkań powyżej 80 m kw. – niewielkie zainteresowanie takimi mieszkaniami jest znamienne dla wszystkich analizowanych miast.

1% mieszkań w Warszawie kupowanych poniżej 5 tys. za m kw.

Wyniki badań przedstawione w Barometrze Metrohouse i Gold Finance potwierdzają tezę, że w Warszawie trudno jest znaleźć mieszkanie w naprawdę okazyjnej cenie. W II kw. 2019 r. zakup mieszkania w cenie poniżej 5000 zł za m kw. dotyczył tylko 1 proc. wszystkich transakcji. W koszyku pozostałych 5-ciu największych miast w Polsce odsetek ten wynosi 26%, choć jeszcze przed rokiem było to 33%. W Warszawie trudno jest także o zakup mieszkania w widełkach 5-6 tys. zł za m kw. – takie transakcje stanowiły 4% wszystkich ogółu. W stolicy natomiast najczęściej kupowane są mieszkania pomiędzy 7 a 10 tys. za metr kwadratowy (53%). Dla porównania w innych badanych miastach zakupy w tej cenie stanowią 23% wszystkich transakcji. Podobne różnice w zakupie pomiędzy stolicą Polski a innymi badanymi miastami widać, jeśli sprawdzamy cenę całkowitą nabywanego mieszkania. W II kwartale 2019 r. mieszkania kupione w Warszawie w cenie do 300 tys. stanowiły 9%, natomiast w innych największych miastach aż 59% obserwowanych transakcji. W stolicy najwięcej kupowanych jest mieszkań w cenie 400-500 tys. zł (25%), natomiast w innych 5-ciu dużych miastach Polski przeważają zakupy za 200-300 tys. zł (35%).

Przeczytaj także:

II kwartał 2019 r. vs. 2018 r.

Porównując rok do roku, można zauważyć, iż coraz rzadziej wybieramy małe mieszkania (do 35 m kw.), za to wzrasta odsetek nabywców preferujących lokale o powierzchni od 35 do 50 m.kw. W Warszawie zmalał zakup mieszkań w pułapach: 6-9 tys. zł, ale widoczny jest wzrost transakcji w których m kw. przekracza 9 tys. zł. Jest to już łącznie 54 proc. transakcji. W pozostałych badanych największych miastach również zauważalny jest wzrost cen nieruchomości – spadła liczba osób kupujących mieszkania w cenach poniżej 5 tys. za m kw. a wzrósł natomiast odsetek zakupów w cenie powyżej 8 tys. za m kw.

Źródło: Metrohouse

  • Zalando – wiodąca europejska platforma modowo-lifestylowa, rozszerza swój asortyment zrównoważonej mody. 
  • W nadchodzących tygodniach firma wprowadzi do sprzedaży ekologiczne produkty takich marek jak Ecoalf, Mud Jeans, Swe-s, Girlfriend Collective i Stripe + Stare.
  • Nowe brandy wzbogacą obecną ofertę składającą się z 15 000 artykułów wyprodukowanych z naturalnych lub pochodzących z recyklingu materiałów.

Zrównoważona moda i dbałość o ochronę środowiska są ważnymi czynnikami, które kształtują rozwój branży odzieżowej w Polsce. Jak wynika z badań, konsumenci są coraz bardziej świadomi pochodzenia i procesu produkcji artykułów odzieżowych. Już 70% z nich jest skłonna zapłacić nieco wyższą cenę za ubrania z ekologicznych surowców.

Zalando, jako europejski lider platform modowo-lifestyle’owych, w swoim asortymencie posiada już 240 marek, które produkują odzież z naturalnych lub pochodzących z recyklingu materiałów. Firma wprowadza do swojej oferty kolejne marki o zrównoważonym podejściu. Będą to między innymi Ecoalf, Mud Jeans, Swe-s, Girlfriend Collective oraz Stripe + Stare.

Zrównoważony asortyment na Zalando jest jednym z największych w Europie, ale to dopiero początek. Naszą ambicją jest zapewnienie klientom jeszcze szerszego wyboru produktów, kompleksowych informacji i inspiracji, których potrzebują, aby dokonywać bardziej odpowiedzialnych wyborów w kwestii mody. Wprowadzenie nowych marek jest ważnym krokiem w tej podróży – mówi Sara Diez, Vice President Womenswear w Zalando.

Przeczytaj także:

Obecny asortyment przyjazny dla środowiska w Zalando składa się z 15 000 artykułów, które obejmują wszystkie kategorie, od marek premium, takich jak Mother of Pearl i Filippa K, przez obuwie z Veja, aż po marki outdoorowe, takie jak Patagonia lub dżinsy marki Nudie Jeans. Aby ułatwić klientom znalezienie proekologicznych produktów w szerokiej ofercie, Zalando oznacza wszystkie artykuły wykonane z ekologicznych materiałów specjalną flagą zrównoważenia. Dodatkowe oznaczenia zostały wprowadzone w 2017 roku, a obecnie są już dostępne na każdym z 17 rynków, na których działa firma.

Zalando jako platforma mająca ponad 28 milionami klientów w 17 krajach jest świadoma swojej roli w promowaniu ekologicznych postaw w obszarze mody. Konsekwentne poszerzanie zrównoważonego asortymentu to nie jedyna ‚zielona’ inicjatywa firmy. Niedawno Zalando, chcąc zminimalizować swój wpływ na środowisko, zrezygnowało z plastikowych opakowań na produkty kosmetyczne.

Źródło: Zalando

Obchodzony dziś Dzień Pracoholików to świetna okazja, żeby przyjrzeć się, jak wygląda podejście Polaków do pracy i czy umiemy znaleźć tzw. work-life balance. Według danych OECD Polska jest w czołówce państw europejskich pod względem liczby przepracowanych godzin z wynikiem średnio 1792 godzin rocznie. Wyprzedzają nas jedynie Rosja i Grecja. Psycholodzy zwracają jednak uwagę, że pracoholizm to nie liczba godzin spędzonych w biurze, a nastawienie do wykonywanych obowiązków. Zjawisko to dostrzegane jest przez samych pracodawców, którzy coraz częściej niechętnie spoglądają na nadgodziny, a wręcz odwrotnie – starają się zaoferować swoim pracownikom różne benefity, które mają na celu przywrócić  harmonię.
Polska w czołówce

Przeciętny Polak w 2018 roku spędził w pracy 1792 godziny – czyli o 58 godzin więcej niż średnio w krajach OECD. Najwięcej czasu na aktywność zawodową poświęcają Meksykanie (2148 godzin rocznie) i mieszkańcy Kostaryki (2121 godzin). Z krajów europejskich wyprzedzają nas jedynie Rosja (1972 godziny) i Grecja (1956 godzin). Na drugim końcu skali znalazły się Niemcy z wynikiem 1363 godziny. Zaraz obok pojawiają się Dania, Norwegia i Holandia.

Z drugiej strony nie możemy narzekać na liczbę dni wolnych od pracy. W ciągu roku mamy 12 dni świątecznych. Do europejskich liderów brakuje nam trzech dni, natomiast Niemcy i Francuzi mogą odpoczywać o jeden dzień krócej niż Polacy. Jednak nie wszyscy potrafią odłożyć wtedy obowiązki zawodowe. Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że aż co czwarta osób na urlopie czyta służbowe e-maile. Najczęściej dotyczy to osób między 18 a 29 rokiem życia.

Pracoholizm 8-godzinny

Uzależnieni od pracy to nie tylko ci, którzy spędzają w biurze wieczory i weekendy, a na urlop zabierają służbowy telefon i laptop. Już w latach 70. amerykański psycholog Wayne Oates zdefiniował pracoholizm jako „szkodliwy brak równowagi pomiędzy pracą a innymi częściami życia”, np. rodziną, odpoczynkiem czy hobby. Problem z właściwym podejściem do obowiązków zawodowych mogą więc mieć również osoby spędzające w biurze mniej niż 8 godzin dziennie.

W walce z pracoholizmem najbardziej skuteczne jest zwiększenie efektywności. Terapia polega przykładowo na wykonaniu w ciągu 50 godzin obowiązków, które wcześniej zajmowały 80 godzin. W niektórych państwach wprowadzono nawet dzień pracy zdalnej, który ma promować zdrowe zwyczaje zawodowe. Państwem, które przyjęło takie rozwiązanie jest Japonia. Pracoholizm stał się tam już tak dużym problemem, że wprowadzono socjomedyczne pojęcie karōshi, oznaczające nagłą śmierć z przepracowania, najczęściej wynikającą z zawału serca lub wylewu.

Przeczytaj także:

Rekruterzy nie chcą pracoholików

Osoba z obsesją na punkcie pracy stopniowo przestaje być wydajna i twórcza, a w miejsce początkowego entuzjazmu do wykonywanych obowiązków pojawiają się zniechęcenie, frustracja i konflikty z innymi pracownikami. Wiele badań wskazuje, że liczba godzin pracy nie idzie w parze z efektywnością. Jak mówił Bill Gates „do najtrudniejszego zadania wybrałbym kogoś leniwego. On zawsze znajdzie najprostszy sposób, żeby to zrobić”.

– Wiele osób powtarza, że życie to nie tylko praca, ale chyba każdy z nas miał w swojej karierze zawodowej momenty, kiedy nie zachował zdrowej równowagi między życiem zawodowym i prywatnym. Często powodem jest nadmierna liczba zadań i nieefektywne zarządzanie ludźmi, jednak zdarza się, że sami ponosimy za to odpowiedzialność nie stawiając granic i nie mówiąc o własnych potrzebach – mówi Aneta Trojanowska, Dyrektor ds. HR Business Partneringu Nationale-Nederlanden.Coraz więcej firm, konkurując o najlepszych pracowników, zdaje sobie sprawę ze znaczenia zachowania odpowiedniego umiaru. W tym celu oferują różnego rodzaju benefity i prowadzą kampanie informacyjne. Pracownicy Nationale-Nederlanden mogą pracować w elastycznych godzinach, wykonywać część zadań z domu, a w piątki wyjść wcześniej z pracy. Od niedawna wydłużyliśmy także urlop ojcowski o dodatkowe dwa tygodnie.

O 17-tej wszyscy przy windach!

Dzień Pracoholików ma być sygnałem ostrzegawczym szczególnie dla osób, które mają problem z odpowiednim podejściem do pracy. Jak więc powinni spędzić 12 sierpnia? Na pewno nie wieczorem w biurze! Można tuż po pracy umówić się ze znajomymi, wyjść z dzieckiem na rower, odwiedzić rodziców, przeczytać dawno odłożoną książkę, pójść na badania kontrolne, których nie wykonywało się od kilku lat albo chociaż nie zaglądać przed snem do poczty służbowej. Pomysłów jest wiele – trzeba je „tylko” zrealizować.

Źródło: Nationale Nederlanden

Internetowe witryny, które pozwalają „przymierzyć” akcesoria online, reklamy dostosowane do upodobań, czy haseł wypisywanych do wyszukiwarki przez konsumentów to tylko niektóre dowody na to, że świat wirtualny wrósł już w naszą rzeczywistość. Znaczenie online’u rośnie, a rozwiązania w nim stosowane zaczynają wkraczać także do offline, coraz bardziej zmieniając oblicze tradycyjnego handlu. Co to oznacza zarówno dla sklepów, jak i producentów?

Obecnie nawet 60% osób przed podjęciem decyzji o zakupie korzysta ze strony internetowej sprzedawcy lub marki. Znaczenie wirtualnego świata stale rośnie. Jak wynika z najnowszego badania KPMG International, w 2019 roku będziemy świadkami zdecydowanego wzrostu wykorzystania sztucznej inteligencji w sprzedaży. Według tych samych prognoz, detaliści śmielej sięgać będą po rozwiązania z kategorii hiperpersonalizacji, nie tylko odpowiadając na potrzeby konsumentów, ale i zmieniając obecne oblicze handlu.

Rozwiązania na wymiar

Algorytmy monitorujące hasła, wpisywane do internetowej przeglądarki i obserwujące wybory konsumentów, pozwalają na dopasowanie reklam do ich potrzeb. Kiedyś najlepszym źródłem informacji dla sprzedawców był klient ze smartfonem w ręku. Niebawem rozwiązanie to  może okazać się jedynie reliktem przeszłości. Jak podaje KPMG International nadchodzi czas hiperpersonalizacji, a więc jeszcze większego skupienia się na konsumencie: jego wyborach, zainteresowaniach i emocjach. Z opublikowanego przez firmę raportu wynika także, że znaczenie zyska głęboka sprzedaż detaliczna (z ang. deep retail). Teoria ta zakłada, że grupą docelową nie będzie już zbiór klientów o podobnych potrzebach, lecz pojedyncza osoba. Techniki sprzedaży i rodzaj komunikacji będą dostosowywane do niej, na bazie informacji odczytywanych z twarzy, czy nawet ruchów gałki ocznej. Wszystko to może dziać się w czasie rzeczywistym. Nowe techniki są bowiem w stanie stworzyć portret klienta natychmiast, dając możliwość dostosowania sposobu sprzedaży do temperamentu, humoru czy jego nastawienia. Sprzedawcy przy wsparciu SI, dowiedzą się, np. czy klient ma dziś ochotę na dłuższą rozmowę, czy wręcz przeciwnie. Zebrane dane posłużą też producentom, którzy dzięki ich analizie, będą mogli wprowadzać na rynek dokładnie takie produkty, na jakie jest zapotrzebowanie.

Przeczytaj także:

W służbie wygody

Zmiany prognozowane na rynku sprzedaży uwzględniają także wykorzystywanie technik stosowanych dotychczas głównie w e-commerce. Mowa m.in. o botach. Według danych pochodzących z raportu Retail Trends 2019, do 2022 roku będą one wspierały nawet do 85% wszystkich kontaktów na płaszczyźnie biznes-konsument, również offline. Rewolucję ma przyspieszyć m.in. prognozowany wzrost znaczenia asystentów głosowych (ang. smarts speakers), którzy mają usprawnić i ułatwić proces zakupów, także w sklepach stacjonarnych.

Szansa i wyzwanie

Sztuczna inteligencja rozwija się i uczy, a zmiany następują bardzo szybko. Detaliści chcąc nadążyć za rozwijającym się rynkiem, muszą odpowiedzieć na potrzeby konsumentów i poważnie zastanowić się nad wprowadzeniem interaktywnych ułatwień. – Wpływ technologii na sprzedaż detaliczną staje się rzeczywistością. To nie tylko ważny sygnał, ale także wyzwanie dla producentów, który aby zaistnieć w świadomości, a także w koszykach zakupowych konsumentów, muszą odpowiadać na potrzeby zarówno klientów jak i handlu jako całości – mówi Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska.

Źródło: Perfetti Van Melle

To już druga edycja konkursu, w którym słowo „wellbeing” odmienione zostanie przez wszystkie przypadki! Po zeszłorocznym sukcesie plebiscytu, organizatorzy nagrodzili firmy, które realnie wpływają na sukces firmy poprzez motywację i zdrowie psychiczne pracowników. Zgłoszenia do konkursu trwają!

Wellbeing podstawą sukcesu w biznesie

Wellbeing w dosłownym tłumaczeniu to stan komfortu, zdrowia, szczęścia, ale też poczucie satysfakcji. Można go rozpatrywać subiektywnie jako odczucia i myśli jednostki na temat sensu i istoty jej życia; to poczucie dobrostanu, oznaczające częste doświadczanie pozytywnych emocji oraz ogólną satysfakcję z życia. Pracodawca może myśleć: „To nie moja odpowiedzialność, to nie moje ryzyko”, ale czy na pewno? Środowisko pracy wpływa na stan psychiczny i fizyczny pracownika, może dawać mu poczucie sensu, przynależności, radości itp., czyli kształtować jego wellbeing lub odwrotnie – wpływać na jego brak. Zdrowy, szczęśliwy, wypoczęty i sprawny fizycznie pracownik to inwestycja strategiczna, nie tylko samego pracownika, lecz także organizacji. Jest wiec elementem jej ryzyka biznesowego.

Konkurs, który nagradza postawy!

foto
Katarzyna Kulig-Moskwa, przewodnicząca kapituły konkursu

Coraz częściej obserwuje się dobre praktyki w kontekście wspomnianego wellebeingu. Warto o nich mówić i pokazywać reszcie, że dobry biznes nie opiera się tylko na zarabianiu pieniędzy, wręcz przeciwnie – opiera się na pracowniku, który – im jest zdrowszy i bardziej zadowolony – tym większe i skuteczniejsze efekty pracy oddaje firmie.

Organizatorzy konkursu uważają, że powinna istnieć przestrzeń do dzielenia się wellbeingiem i promowania organizacji, które wdrażają go w organizacji. Właśnie dlatego, stworzono konkurs, który doceni dobre postawy i nagrodzi firmy stosujące rozwiązania na miarę wellbeignu XXI wieku.

Zobacz też:

W pierwszej edycji konkursu nagrodzono m.in. firmy:
OpsTalent Spółka z o.o.,
Colliers International Poland,
Pneumat System,
Medicover Polska,
Europejski Fundusz Leasingowy SA,
Credit Agricole Bank Polska SA,
Aon Sp. z o.o,
Grupa Żywiec S.A.
  • Zapisy do konkursu przyjmowane są drogą elektroniczną:

https://www.infor.pl/wellpower/

Z początkiem lipca 2019, firmy GETEC oraz Rolls-Royce podpisały umowę o współpracy intensyfikując tym samym działania w zakresie projektowania, budowy i eksploatacji zdecentralizowanych systemów dostaw energii w Europie. Obie firmy widzą ogromny potencjał w bliższej współpracy.

Spółki Grupy GETEC oferują szeroki zakres usług energetycznych i całościowych rozwiązań systemowych w zakresie kontraktingu (kontraktacji) dostaw i produkcji energii, od koncepcji i finansowania, przez budowę zakładu, po eksploatację i serwis. Jako partner technologiczny, Rolls-Royce oferuje szeroką gamę rozwiązań systemów energetycznych poprzez swoją markę MTU Onsite Energy, specjalizującą się w systemach do zasilania awaryjnego i ciągłego, jak również do tworzenia mikrosieci. W ofercie znajdują się agregaty prądotwórcze do silników wysokoprężnych i gazowych, systemy sterowania i systemy magazynowania energii.

Zobacz też:

„Udana i pełna zaufania współpraca z GETEC w ostatnich latach doprowadziła nas do dalszego pogłębiania naszej wiedzy i oferowania naszym klientom rozwiązań w zakresie zrównoważonej energii ”- wyjaśnia Andreas Görtz, wiceprezes ds. wytwarzania energii w dziale Power Systems firmy Rolls-Royce.

Zobacz także:

Takie poszerzenie portfolio produktów wpisuje GETEC w krąg firm najbardziej zorientowanych na tworzenie wydajnych , innowacyjnych i zdecentralizowanych systemów. Dla klientów liczy się zapewne ekonomiczność takich rozwiązań i korzyści wynikające ze zmniejszania śladu węglowego.

Możliwości wdrażania wydajnych i przyjaznych dla środowiska zdecentralizowanych systemów energetycznych, takich jak elektrociepłownie, rozwiązania mikrogridowe on-and-off-grid, a także inne usługi energetyczne i rozwiązania w zakresie efektywności energetycznej w kontraktowaniu – to przewaga konkurencyjna GETEC. Oferta działań skierowana jest do przedsiębiorstw przemysłowych i sektora nieruchomości.

Udana współpraca GETEC z Rolls-Royce została zademonstrowana w ostatnich miesiącach dzięki wypracowaniu koncepcji i uruchomieniu nowej mikrosieci dla niemieckiego dostawcy z branży motoryzacyjnej, firmy Winkelmann z Ahlen. Zakład integruje sześć jednostek kogeneracyjnych i technologię sterowania koncepcji MTU Onsite Energy. Aby zrekompensować powstające w przeciągu sekund, wysokie przejściowe zapotrzebowanie na energię wynoszące do 1,5 MW, eksperci GETEC i Rolls-Royce dołączyli dodatkowo do systemu sekcję akumulatorów. Efektem jest możliwość zapewnienia ponad 9 megawatów energii elektrycznej i prawie 10 megawatów energii cieplnej dla właściwego funkcjonowania przedsiębiorstwa przemysłowego. Efektem najważniejszym, który uzyskano, jest możliwość całkowitego odłączenia Winkelmann Powertrain Components GmbH  od publicznej sieci elektroenergetycznej i przejście na własny, wydajny system energetyczny.

redakcja BiznesTuba

https://www.chemanager-online.com/news-opinions/nachrichten/rolls-royce-und-getec-kooperieren-bei-dezentralen-energieloesungen

  • Według GUS sprzedaż usług w transporcie w maju wzrosła o 7,7 proc. w ujęciu rocznym.
  • Największy wzrost odnotowano w transporcie samochodowym – 12,5 proc.
  • Dobra koniunktura sprzyja branży, jednak przewoźnicy borykają się z coraz większymi zatorami płatniczymi, brakami kadrowymi, rosnącymi wymaganiami płacowymi oraz drożejącą ropą, na której opiera się transport w 94 proc[1].

Dane[2] mówią, że przeciętny okres obiegu należności w transporcie wzrósł z 59 dni w I kwartale 2018 roku do 92 dni w I kwartale br, z kolei średni udział należności przeterminowanych z 16,5 proc. do 46,1 proc. Przybyło aż czterokrotnie więcej trudnych długów (nieściągalnych, przedawnionych, gdy dłużnik ukrywa się), powodując największą, procentową zmianę liczby niewypłacalnych firm w branży transportowej. Po I półroczu było ich 29, podczas gdy w analogicznym okresie ubiegłego roku o 10 mniej[3]. To wzrost o 53 proc.

Zobacz też:

Z wyliczeń wynika, iż transport doświadcza najdłuższych opóźnień w należnościach od swoich kontrahentów – sięgają prawie 140 dni w porównaniu do średniej 60 dni dla wszystkich branż w Polsce.[4] Według danych liczba upadłości wzrosła w ciągu dwóch ostatnich lat o 177 proc.4 z kolei Centralny Ośrodek Informacji Gospodarczej obliczył, że w tym roku postępowaniem restrukturyzacyjnym objętych było 6,7 proc. firm a postępowaniem. upadłościowym 6,95 proc.[5] [6]

Wśród przyczyn problemów firm transportowych wymienia się ciągłą walkę o rynek kosztem dbania o wzrost rentowności oraz rosnące koszty pracy, energii i paliw. Według danych zebranych przez GUS przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze transportu lądowego w 2018 roku wzrosło o 4,2 proc., z kolei ropa podrożała o 31 proc., a koszty paliw w dużej mierze znalazły swoje odzwierciedlenie w wyższych stawkach przewozowych.[7]

Dobra koniunktura nie wystarcza

Popyt na usługi transportowe według prognoz EH[8] ma wciąż się utrzymywać. Pozytywny wpływ koniunktury widać także poprzez spadek syntetycznych wskaźników gospodarczych przygotowanych przez GUS oraz wzrost rejestracji samochodów ciężarowych. Dane Związku Przemysłu Motoryzacyjnego mówią o zwiększeniu się ich liczby o 8 proc.[9]

Firmy zajmujące się transportem międzynarodowy pozytywnie wypowiadają się na temat wstrzymania prac nad Pakietem Mobilności w czerwcu. Niestety projekt jest tylko zawieszony, a więc problem powróci – to jednak daje czas przedsiębiorcom na przygotowanie.

Największy wpływ na negatywną sytuację w branży ma niedobór pracowników oraz rosnące koszty wynagrodzenia. W badaniu GUS przewoźnicy obok nakładów na płace wymieniają braki w sile roboczej jako największą barierą w prowadzeniu firm – aktualne szacunki mówią o 100 tys. nieobsadzonych etatów. Dotychczas alternatywnym wyjściem, dla przewoźników, byli imigranci zza wschodniej granicy, jednak ich też zaczyna brakować. W badaniach już połowa firm przewozowych skarży się na braki kadrowe, rok temu było ich zaledwie 28 proc.9

  • O pogorszeniu się sytuacji przewoźników świadczy obniżenie się wskaźnika FIT (opartego m.in. na informacji o zadłużeniu firm transportowych, skali zatorów płatniczych w branży, przewidywanych upadłościach oraz planowanych inwestycjach), który ma teraz wartość 48,51. To prawie o 5 pkt. mniej niż w ubiegłym roku.[10] Jest to efekt zmagania się przewoźników z rosnącymi kosztami prowadzonej działalności oraz szybkiego wdrażania polityki eliminowania szarej strefy. Na niską wartość wskaźnika wpływ mają również prognozy firm transportowych, które dotyczą problemów z utrzymaniem płynności finansowej w nadchodzących miesiącach, dodaje Alexander Beresford.

Problematyczna przyszłość branży

Przedsiębiorcy są świadomi rosnącej liczby upadłości w branży – aż 38 proc. z nich twierdzi, że liczba upadłości już jest wyższa niż rok temu (w 2018 to samo zdanie miało tylko 18,3 proc. respondentów). Przewoźnicy mało optymistycznie oceniają przyszłość branży – aż 46,7 proc. przedsiębiorców jest zdania, że wycofujących się z rynku transportowego firm w całym 2019 roku będzie jeszcze więcej. Nieterminowi kontrahenci, coraz wyższe koszty prowadzenia firmy ograniczają ich płynność finansową, dlatego szukają lepszych, nowocześniejszych i mniej problematycznych rozwiązań. FlexKapitał od Finiata.pl stanowi konkurencję dla innych produktów finansowych, jest o 40-60 proc. tańszy, z 60 proc. wyższymi limitami finansowania w porównaniu do faktoringu. Od przedsiębiorcy nie wymaga się żadnych zbędnych dokumentów, a cały proces można sfinalizować w 15 minut.

Poza rosnącymi kosztami, brakami w kadrze oraz zatorami płatniczymi firmy będą zmuszone do zwiększenia nakładów na ograniczenie emisji CO2 – zgodnie z wymogami unijnymi w transporcie emisja dwutlenku węgla ma spaść do 2025 roku o 20 proc. a do 2030 roku o 30 proc. w porównaniu do poziomu emisji z 2019 roku.


[1] State of the Art on Alternative Fuels Transport Systems in the European Union, July 2015

[2] Euler Hermes, Rozliczenia na rynku, analiza branż po I kwartale 2019 r.

[3] Euler Hermes, Niewypłacalności firm w Polsce po I połowie 2019 roku

[4] Raport Coface: Upadłości i restrukturyzacje firm w Polsce w I półroczu 2019 roku

[5] COIG, Postępowania restrukturyzacyjne w połowie 2019 r.

[6] COIG, Upadłości firm na koniec czerwca 2019 r.

[7] Santander Bank Polska, Konsolidacja w branży transportowej raczej nieunikniona, 23 maja 2019

[8] Euler Hermes, Rozliczenia na rynku, analiza branż po I kwartale 2019 r.

[9] Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, Rejestracje – samochody ciężarowe, czerwiec 2019

[10] Keralla Research, Finanse, inwestycje, trendy branży transportowej w 2019 roku

Odpowiedź Komisji Europejskiej na ostatnie głosowanie Parlamentu Europejskiego w sprawie pakietu mobilności to światełko w tunelu dla polskich przewoźników. Dlaczego? Daje nadzieję, że przynajmniej część przegłosowanych poprawek do obecnego kształtu nowych zasad, wedle których miałby funkcjonować transport drogowy w krajach Wspólnoty, będzie zmienione. KE wskazuje bowiem, że konieczna jest korekta dokumentu, który w Brukseli czeka na przegłosowanie przez członków Rady UE. Co dalej?

Termin pierwszego czytania w Radzie nie został jeszcze ustalony, ale pojawiają się głosy, że odbędzie się w tym roku. Tym bardziej, że prace nad przepisami trwają już ponad dwa lata, a średni czas do głosowania w Radzie UE od przedstawienia propozycji to znacznie mniej, bo 17 miesięcy. Pokazuje to, jak trudnym zagadnieniem jest rewizja przepisów, regulujących branże transportu drogowego. Jeśli propozycje PE zostałyby przyjęte bez poprawek – oznaczałoby to wejście niekorzystnych zapisów do porządku prawnego. Co więcej, zgodnie ze statystykami w 7. kadencji aż 85 proc. aktów uzgodniono w pierwszym czytaniu (415 z 488 złożonych)Z tego powodu głos KE jest niezwykle ważny – szczególnie w oczekiwaniu na głosowanie w Radzie UE – komentuje Mateusz Włoch, Grupa Inelo.

Zobacz też:

Co jeśli Rada UE posłucha zdania Komisji?

Rada UE ma dwa wyjścia: pierwsze – przyjąć tekst bez poprawek, drugie to zaproponowanie korekty do niektórych zapisów. W przypadku zatwierdzenia skrajnie niekorzystnych regulacji, które spowodują zepchnięcie na margines w szczególności małe i średnie rodzime firmy przewozowe, spełni się najczarniejszy scenariusz i będzie to, obok deficytu wykwalifikowanych kierowców zawodowych, jedno z najtrudniejszych wyzwań dla branży transportowej. – Natomiast wprowadzenie poprawek oznacza nowe rozdanie w Brukseli, ponieważ tekst trafi na drugie czytanie przez europarlamentarzystów, gdzie treść pakietu mobilności może być ponownie zmieniona lub nawet odrzucona w obecnym brzmieniu – dodaje Mateusz Włoch. Jaka jest opinia Komisji Europejskiej? Prezentujemy najważniejsze zagadnienia, do których członkowie KE odnieśli się w opublikowanym piśmie.

Zasady delegowania kierowców

Komisja zaakceptowała poprawki dotyczące zasady stosowania płacy minimalnej dla każdego rodzaju kabotażu oraz przewozów corss-trade. Poparła także wykorzystanie systemów IMI do wysyłania i aktualizacji deklaracji o delegowaniu przez podmioty gospodarcze oraz wymiany wszystkich innych istotnych dokumentów między właściwymi organami krajowymi w celu kontrolowania delegowania. Jednak wskazała, że należy się przyjrzeć zbyt dużemu rozbudowaniu tych systemów o dodatkowe dane (np. dotyczące zabezpieczenia społecznego, prawa właściwego dla umowy o pracę, prawa jazdy, tożsamości odbiorców, adresów załadunku i rozładunku), aby były zgodne z celem, jakim jest zmniejszenie obciążeń administracyjnych i uproszczenie kontroli – wyjaśnia ekspert Inelo. Ponadto Parlament Europejski proponuje, aby Komisja opracowała aplikację elektroniczną, która umożliwiłaby kontrolerom drogowym bezpośredni dostęp w czasie rzeczywistym do danych w ERRU (Europejski Rejestr Przedsiębiorstw Transportu Drogowego) i IMI. Takie rozwiązanie jest możliwe, jednak pojawiają się obawy co do wykonalności i zdolności państw członkowskich do inwestowania we wszystkie te rozwiązania techniczne w tak krótkim czasie jednocześnie.

Normy jazdy i odpoczynków

PE zatwierdził poprawkę o wykreślenie zmian dotyczących elastycznego odbioru odpoczynków tygodniowych. Komisja uważa, że wykreślenie tej zasady jest błędem. Może wpłynąć negatywnie na dostosowanie przepisów do potrzeb kierowców i ogólnie sektora TSL. Natomiast KE nie popiera wydłużenia dziennego czasu jazdy do 2 godzin, aby zjechać do bazy na odpoczynek tygodniowy. Argument? Mogłoby wpłynąć negatywnie na bezpieczeństwo na drodze. Proponuje za to poprawkę, w której wydłużenie będzie możliwe o jedną godzinę i pojawi się zapis o odstępstwie przy dojeździe również do domu kierowcy. Jednocześnie członkowie KE zaakceptowali wydłużenie kontroli drogowej z 28 na 56 dni.

Tachografy w busach

Mateusz Włoch podkreśla, że ta propozycja europarlamentarzystów spotkała się z poparciem przedstawicieli Komisji, co oznacza, że być może już niedługo obowiązek instalowania tachografów oraz egzekwowania norm jazd i odpoczynków będą zobligowani kierowcy pojazdów od 2,4 tony DMC. Jednak należy podkreślić, że wymagania te będą dotyczyły wyłącznie międzynarodowego transportu zarobkowego. KE wyraźnie podkreśla konieczność wyznaczenia odpowiedniego okresu przejściowego, by sektor transportu lekkiego miał możliwość optymalnie przygotować się do tych rewolucyjnych zmian.

Zasady dostępu do rynku

Walką z firmami „skrzynkami pocztowymi” to wprowadzenie szeregu wymagań. Firmy będą zobligowane miedzy innymi, aby samochody ciężarowe wykonywały co najmniej jedną operację załadunku lub rozładunku w państwach członkowskich siedziby przedsiębiorstwa. Ponadto muszą wykazać związek między wykonywanymi operacjami transportowymi a państwem członkowskim siedziby. To również konieczności, aby podmiot gospodarczy posiadał miejsca parkingowe na terenie przedsiębiorstwa i, aby firma była miejscem, z którego pracownicy zazwyczaj wykonują swoją pracę. Jest także zapis, by podmioty gospodarcze zatrudniały kierowców na mocy prawa właściwego dla umów o pracę w państwie członkowskim siedziby (Rzym I).

Według KE część z nich wymaga przeformułowania, gdyż może stanowić zagrożenie dla możliwości wykonywania np. przewozów croos-trade. – Ponadto PE chce wzmocnienia egzekwowania przepisów, w szczególności m.in.: rozszerzenie informacji dostępnych dla organów kontrolujących w krajowych elektronicznych rejestrach przewoźników na umowy o pracę kierowców międzynarodowych z ostatnich 6 miesięcy; przyznanie dostępu w czasie rzeczywistym do ERRU organom egzekwującym ze wszystkich państw członkowskich oraz wprowadzenia systemu wymiany informacji na rynku wewnętrznym (IMI) jako głównego narzędzia współpracy administracyjnej między państwami członkowskimi – mówi ekspert Inelo. – Jednak według KE niektóre propozycje idą zbyt daleko. Na przykład dostęp wszystkich organów egzekwujących do ERRU w czasie rzeczywistym oraz włączenie umów o pracę rodzi problemy związane z wykonalnością techniczną, kosztami rozwoju i prywatnością danych.

Co najważniejsze

Zastrzeżenia budzą także zasady, regulujące dostęp do międzynarodowego rynku przewozów drogowych, w tym kabotażu, na przykład wymóg wydawania licencji wspólnotowej wyłącznie przewoźnikom, wykonującym transport międzynarodowy pojazdami wyposażonymi w inteligentne tachografy; nieograniczona liczba przewozów kabotażowych w przyjmującym państwie członkowskim w ciągu 3 dni, czy też 60-godzinny okres na ochłodzenie, począwszy od powrotu ciężarówki do państwa członkowskiego siedziby.

Komisja nie ustosunkowała się do wszystkich poprawek przyjętych przez Europarlament. Jest to jednak ważny głos, który może spowodować wprowadzenie zmian przez Radę UE i skierowanie pakietu mobilności do drugiego czytania w PE. Wydłużenie procesu legislacyjnego daje nadzieję na dalszą merytoryczną pracę nad nowym prawem dla sektora transportu drogowego w Europie – mówi Mateusz Włoch z Grupy Inelo.

Według badania GfK Purchasing Power Europe 2018 średnia siła nabywcza w Polsce w 2018 r. wyniosła 7228 euro na mieszkańca, czyli mniej więcej połowę średniej europejskiej. Wskaźnik ten, obrazujący realną wartość pieniądza pokazuje, że pod względem finansów możemy pozwolić sobie na mniej niż statystyczny Europejczyk. Mimo że nasza siła nabywcza jest niższa niż przeciętna w Europie, to wciąż rośnie. Od 2017 r. odnotowano wzrost w tym obszarze aż o 518 euro. Jest on spowodowany m.in. wzrostem zarobków w naszym kraju. W styczniu 2020 r. płaca minimalna ma wynosić 2450 zł brutto, czyli na przestrzeni 5 ostatnich lat wzrośnie o 45 proc. Bogacenie się społeczeństwa powinno przekładać się na większy popyt na rynku mieszkaniowym. Czy rzeczywiście tak się dzieje? Jak siła nabywcza Polaków wpływa na możliwość zakupu wymarzonego M.? Na te pytania odpowiadają Eksperci Związku Firm Pośrednictwa Finansowego (ZFPF).
Ceny wolnej, ale rosną…

Nie dziwi, że największą siłą nabywczą dysponują mieszkańcy Warszawy, o 87 proc. wyższą od średniej krajowej, wynoszącej jednocześnie niemal 95 proc. średniej europejskiej. – Za siłę nabywczą odpowiada w dużej mierze poziom zarobków. Wspomniany wskaźnik i ceny mieszkań to naczynia połączone. Jego wzrost i wzrost wynagrodzeń napędzają wzrost cen na rynku nieruchomości. Ci, którzy dyktują na nim stawki, wiedzą, że w takiej sytuacji kupujących stać na więcej, dlatego podnoszą ceny – komentuje Ewa Kozłowska, ekspert ZFPF, Gold Finance.

Raport Expandera i Rentier.io pokazuje, że w II kwartale 2019 r. w stosunku do poprzedniego okresu odnotowano wzrost cen mieszkań na poziomie 3,5 proc. Jednak w porównaniu do poziomu sprzed roku, w większości miast analizowanych w zestawieniu, ceny ofertowe podniosły się o ponad 10 proc.

Do niedawna ceny mieszkań niemal nieustannie rosły. W maju i czerwcu wzrosty jednak ustały i zatrzymały się na wcześniejszym, czyli dość wysokim poziomie. Obecnie trudno jeszcze ocenić czy to już koniec boomu na rynku, czy tylko chwilowa przerwa przed dalszymi zwyżkami. Na rozstrzygnięcie musimy poczekać przynajmniej do jesieni – zauważa Jarosław Sadowski, ekspert ZFPF, Expander Advisors.

Warto zatem sprawdzić, jak wyglądają obecnie ceny nieruchomości w największych miastach regionalnych.Przykładowo, średnie ceny ofertowe mieszkań w czerwcu 2019 wskazywały, że w Warszawie średnio za 1 mkw. trzeba zapłacić ok. 10 444 zł, czyli o niecałe 10 proc. więcej niż przed rokiem. W Gdańsku kupujący zapłacą ok. 8 917 zł, co oznacza blisko 11 proc. wzrost względem ubiegłorocznego bilansu. Koszt ten we Wrocławiu sięga 7 668 zł/mkw. Tutaj ceny wzrosły podobnie, o ok. 11 proc. Spośród przeanalizowanych miast, najtaniej nas wyniesie posiadanie własnego lokum w Łodzi. Tutaj 1 mkw. kosztuje najmniej, bo ok. 5 197 zł, jednak to właśnie w Łodzi odnotowano  największą zmianę i cena wzrosła aż o blisko 12,5 proc.]– Jak pokazuje nasze opracowanie, wzrost cen widoczny jest także w ujęciu kwartalnym. Analizując ceny z II kw. 2019 r. z największym wzrostem cen w stosunku do początkowego okresu roku (I kw. 2019) mieliśmy do czynienia w Gdańsku – blisko 7 proc., w Warszawie – 4,6 proc. Nieznaczna podwyżka nastąpiła także we Wrocławiu – 2 proc. – zaznacza Ewa Kozłowska, ekspert ZFPF, Gold Finance.

W przypadku rynku nowych mieszkań, rosnące ceny wynikają również w dużej mierze z coraz to większych kosztów związanych ze wzrostem cen materiałów budowalnych, kosztem usług fachowców oraz brakami kadrowymi w tej branży. Dodatkowo zmorą wielu deweloperów są wysokie ceny działek pod budowę nowych inwestycji. 

… ale nasza siła nabywcza również

Osoby, które przymierzają się do zakupu nowego mieszkania narzekają na wzrost cen nieruchomości. Jednak na szczęście w podobnym tempie rosną nasze wynagrodzenia, dzięki czemu dostępność mieszkań nadal jest dość dobra. Na zakup lokum o powierzchni 50 mkw. trzeba przeznaczyć ok. 99 pensji netto, czyli zarobki z przeszło 8 lat[. – Może się wydawać, że 99 pensji to dużo, ale dla porównania przed 2012 r. na zakup lokum o tej samej powierzchni musielibyśmy przeznaczyć równowartość 120 wynagrodzeń, a w 2007 r., w czasie poprzedniego boomu na rynku nieruchomości było to aż 180 miesięcznych pensji. Ponadto 99 pensji, to mniej więcej tyle samo co w 2013 r., kiedy ceny mieszkań były znacznie niższe. Dlatego mimo wyższych cen dostępność mieszkań wciąż można uznać za dobrą – komentuje Jarosław Sadowski, Expander Advisors.

Kredyt nie dla wszystkich…

Kwestia siły nabywczej jest również związana z dostępnością kredytów hipotecznych. Czy wyższe zarobki przekładają się na poprawę zdolności kredytowej i zwiększają szanse na otrzymanie finansowania? Jakie warunki obecnie „dyktują” banki kredytobiorcom?

Jak zaznacza Jarosław Sadowski, jeśli ktoś nie otrzymał znacznej podwyżki wynagrodzenia, to jego szanse na kredyt spadły. – W przypadku 3-osobowej rodziny, której łączny dochód wynosi 5 tys. zł netto miesięcznie, przeciętna dostępna kwota kredytu wynosi ok. 310 tys. zł, czyli najmniej od momentu, kiedy Expander przygotowuje takie zestawienia, czyli od 2013 r. – stwierdza. Co wpływa na tę mniejszą dostępność kredytów hipotecznych? – To w części wynik podwyżek marż. Widać to najwyraźniej na przykładzie kredytów z niskim 10 proc. wkładem własnym. Ich średnie oprocentowanie wynosi 4,14 proc. i jest najwyższe od 5 lat. – dodaje Jarosław Sadowski.

Przygotowując się na prognozowane spowolnienie gospodarcze – w przyszłym roku czeka nas mniejsze tempo wzrostu PKB: o 4 proc., a w 2021 r. o 3,5 proc. – banki zaostrzyły swoją politykę kredytową. Dlatego też podniesiono marżę kredytową, obniżono maksymalne kwoty kredytu oraz wzrosły ich dodatkowe koszty. Można się zatem spodziewać, że w przyszłości warunki zaciągania kredytów, szczególnie dla pewnej grupy klientów banków będą jeszcze mniej korzystne. Pamiętajmy, że chcąc zaciągnąć kredyt, trzeba wziąć pod uwagę obok posiadania odpowiedniej zdolności finansowej, również posiadanie środków na wkład własny – obecnie jest to 20 proc. Istnieje możliwość obniżki do 10 proc., ale w tym przypadku przyszli kredytobiorcy muszą pamiętać o pewnej zależności. – Im niższy wkład własny, tym kredyt jest droższy. Zwiększa wysokość całościowej sumy, którą będziemy musieli zwrócić bankowi, na co wpływa, chociażby wyższa marża dla banku. Poza tym, banki biorą również pod uwagę prognozowe spowolnienie gospodarcze, mimo pozytywnych wskaźników PKB. Takie zjawisko rodzi u kredytobiorców pytanie o zdolność finansową Polaków do spłaty rat kredytu – wyjaśnia Ewa Kozłowska, ekspert ZFPF, Gold Finance.

Przeczytaj także:

A może najem?

Osoby, które nie mogą liczyć na otrzymanie kredytu hipotecznego lub spodziewają się, że ich siła nabywcza w przyszłości pogorszy się, mogą wynająć mieszkania zamiast je kupować. Ten segment cały czas się rozwija, a wybór lokali stale się poszerza.

Decydując się na najem, nie musimy także rezygnować z marzenia o posiadaniu własnego M. Można skorzystać np. z rządowego Programu Mieszkanie Plus, który umożliwia ubieganie się o mieszkanie z opcją najmu lub najmu z dojściem do własności. To jeden z głównych filarów Narodowego Programu Mieszkaniowego, którego podstawowym celem jest zwiększenie liczby przystępnych cenowo mieszkań dostępnych na rynku nieruchomości. Jego zadaniem jest wspieranie tych osób, których siła nabywcza nie jest wystraczająco duża, aby mogli uzyskać własny lokal. Program realizowany jest we ścisłej współpracy z wieloma jednostkami samorządów terytorialnych i spółkami Skarbu Państwa. Osiedla powstające w ramach projektu są dobrze skomunikowane z centrum miasta, z dostępem do placu zabaw dla dzieci. Leżą nieopodal szkół, przedszkoli, placówek medycznych. Mogą w ten sposób wyjść naprzeciw i udogodnić warunki mieszkaniowe mi in. tym, których nie stać na zakup własnego lokum. Wszyscy zainteresowani tym rozwiązaniem nie powinni zwlekać z decyzją, ponieważ na tym etapie programu dostępność mieszkań w porównaniu do zapotrzebowania jest relatywnie niska.

Źródło: ZFPF

Aż 68 proc. polskich firm planuje rekrutować nowych pracowników w ciągu najbliższych sześciu miesięcy – wynika z raportu „Rynek pracy oczami pracodawców” przygotowanego przez Trenkwalder Polska. Najbardziej poszukiwani są pracownicy fizyczni. Tak duża liczba rekrutacji to nie efekt wzrostu gospodarczego, ale przede wszystkim skutek wysokiej rotacji kadr. A ta, wbrew powszechnej opinii, nie dotyczy już tylko pracowników z pokolenia Y i Z oraz „białych kołnierzyków”.

Zobacz także:

Hossa na rynku pracy wciąż trwa. Jak pokazują dane zebrane na zlecenie Trenkwalder, tylko w ciągu ostatnich 12 miesięcy ponad 70 proc. firm w Polsce zwiększyło zatrudnienie średnio o 10 proc., a 30 proc. badanych przedsiębiorców zadeklarowało, że zatrudniło więcej niż 50 osób. Jednocześnie, według danych GUS, dynamika zatrudnienia netto w tym okresie spadła z 5,8 proc. do 2,8 proc.[1] Według ekspertów odpowiada za to wysoka rotacja pracowników, która jeszcze nasiliła się w ostatnim półroczu. Problem dotyczy przede wszystkim podmiotów z sektora MŚP. Sytuacja w dużych firmach jest bardziej ustabilizowana.

– „Statystyki wyraźnie pokazują, że pomimo wzrostu zatrudnienia, liczba nowoutworzonych miejsc pracy
w pierwszym kwartale tego roku jest mniejsza niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Oznacza to, że
w dużej mierze obsadzane są te same wakaty – jedni pracownicy odchodzą, a na ich miejsce przychodzą inni. Dla pracodawców to oczywiście sytuacja bardzo niekorzystna, bo zamiast inwestować czas i pieniądze
w rozwój firmy, muszą uzupełniać braki kadrowe. Coraz bardziej widać, że brak siły roboczej staje się hamulcem rozwoju przedsiębiorstw.”
mówi Wojciech Ratajczyk, CEO, Trenkwalder Polska oraz wiceprezes Polskiego Forum HR.

ROŚNIE ZATRUDNIENIE, RĄK DO PRACY WCIĄŻ BRAKUJE

Jak wynika z raportu „Rynek pracy oczami pracodawców” przygotowanego przez Trenkwalder Polska,
aż 69 proc. dużych, 65 proc. średnich i 68 proc. małych firm w Polsce zamierza rekrutować w najbliższym półroczu. Około 70 proc. firm, które w ciągu ostatnich 12 miesięcy zwiększyły wielkość zatrudnienia na poziomie od 6 do ponad 50 pracowników, planuje w najbliższym półroczu dodatkowe rekrutacje. Według Wojciecha Ratajczyka, jest to przejaw nie tyle optymistycznych planów dotyczących rozwoju biznesu, ile coraz większej świadomości problemów związanych z utrzymaniem poziomu zatrudnienia, który pozwalałby na efektywne funkcjonowanie przedsiębiorstwa.

– „Warto zauważyć, że coraz częściej kwestia rotacji nie dotyczy już tylko młodych pracowników, którzy dopiero wkraczają na ścieżkę kariery i poszukują najlepszego miejsca do realizowania swoich zawodowych ambicji. Rynek pracownika sprawił, że na zmianę pracy decydują się osoby z większym doświadczeniem, które dotychczas nie były skłonne do podjęcia ryzyka zmiany pracy. To trend, który będzie przybierał na sile. Dotyczy to wielu branż. Dlatego też pracodawcy powinni nie tylko dołożyć wszelkich starań, aby odpowiednio dostosować ofertę dla nowych pracowników i opracować skuteczne sposoby ich pozyskania, ale również aby zminimalizować ryzyko odejścia doświadczonych specjalistów.” – podkreśla Wojciech Ratajczyk – „ Wiąże się to z dodatkowymi nakładami czasu i środków, dlatego rynek coraz bardziej zmierza w kierunku połączenia potrzeb przedsiębiorstw w obszarze rekrutacji z wiedzą i doświadczeniem wyspecjalizowanych firm HR.” – dodaje Ratajczyk.

Aż 58% firm ankietowanych przez Trenkwalder Polska przedsiębiorców deklarowało, że w ciągu ostatniego roku więcej kandydatów odrzucało oferty pracy niż w latach poprzednich. 37% kandydatów odrzuciło oferty podając jako powód lepszą ofertę u innego pracodawcy. Dopiero na drugim miejscu (23%) było lepsze wynagrodzenie.

-„Jak pokazują wyniki naszego badania, najważniejszym czynnikiem niekoniecznie była tylko wysokość wynagrodzenia czy benefity, ale całokształt oferty pracy i jej atrakcyjność. To ważny sygnał dla pracodawców i wskazówka, żeby analizować powody odrzucenia ofert, a wnioski uwzględniać przy projektowaniu strategii personalnych i budowaniu wizerunku firmy.” – mówi Wojciech Ratajczyk.

DOŚWIADCZONEGO PRACOWNIKA NIEŁATWO ZASTĄPIĆ NOWYM…

Zmiany, które zaszły w ciągu ostatnich lat na rodzimym rynku pracy pokazują niezbicie, że pracownika o wiele łatwiej jest stracić, niż zrekrutować. I wbrew pozorom problem z pozyskaniem kandydatów nie dotyczy już tylko stanowisk, które wymagają rzadkich i unikalnych kompetencji. Co prawda pracodawcy zapytani przez Trenkwalder Polska o to, na jakie stanowisko było im najtrudniej zrekrutować pracowników w ciągu ostatnich 12 miesięcy, na pierwszym miejscu wskazują programistów i specjalistów IT (23 proc. wskazań), ale tuż za nimi znajdują się „niebieskie kołnierzyki”: operatorzy maszyn (14 proc. wskazań), elektrycy
i elektromechanicy (12 proc. wskazań) oraz pracownicy produkcji (9 proc.).

– „Trudności w rekrutacji nowych pracowników wynikają zazwyczaj z niedoboru specjalistów o wąskich kompetencjach i wysokich kwalifikacjach. Jednak niedobór wolnych rąk do pracy w Polsce i niedopasowanie pomiędzy potrzebami rynku pracy, a umiejętnościami kandydatów sprawiły, że również pozyskanie pracowników fizycznych sprawia firmom duże problemy.”mówi Ewelina Glińska-Kołodziej, dyrektor operacyjny w Trenkwalder Polska.

…TRUDNO ZASTĄPIĆ GO TEŻ MASZYNĄ!

Wynik badania zrealizowanego na zlecenie Trenkwalder Polska wyraźnie pokazuje, że pracodawcy najbardziej zmagają się z deficytem pracowników fizycznych. To właśnie „niebieskie kołnierzyki” otwierają listę kandydatów najbardziej pożądanych przez firmy (39 proc. wskazań). Dopiero kolejne miejsca zajmują inżynierowie (15 proc. wskazań), sprzedawcy (11 proc. wskazań) oraz specjaliści IT (10 proc.).

– „Tempo wzrostu automatyzacji w polskich przedsiębiorstwach jest zbyt małe, aby w wykonywaniu prostych prac fizycznych, ludzi można było szybko zastąpić maszynami. Jednocześnie niski poziom bezrobocia w Polsce nie daje złudzeń, że podaż pracowników fizycznych gotowych do podjęcia pracy mogłaby się w najbliższym czasie zwiększyć.”mówi Ewelina Glińska-Kołodziej.

DZIAŁANIA „NA WCZORAJ”

Wcześniejsze fale emigracji zarobkowej pracowników fizycznych, obecny kryzys demograficzny i wzrost osób biernych zawodowo czy wreszcie niedopasowanie szkolnictwa zawodowego do realnych potrzeb przedsiębiorców dały o sobie znać. Eksperci zgodnie stwierdzają, że w najbliższych latach na rodzimym rynku zabraknie około 3 – 4 mln pracowników, a do 2050 roku liczba ta może wzrosnąć nawet do 10 mln.Załatanie „dziur” na polskim rynku pracy to działania na lata, które wymagają systemowych rozwiązań.

-„Przedsiębiorcy potrzebują rozwiązań na już. Dlatego w krótkiej perspektywie trzeba natychmiast wprowadzić ułatwienia w zatrudnianiu i legalizacji pracowników z Ukrainy i z innych krajów. Kolejna rzecz, to dbałość o wizerunek pracodawcy we wszystkich jego aspektach – to co obiecuje, powinno być zgodne z tym, co pracownik zobaczy, kiedy zacznie pracę. Rozbieżność pomiędzy oczekiwaniami, a rzeczywistością, to częste powody rezygnacji z pracy. W długiej perspektywie musimy zredefiniować szkolnictwo branżowe. To działania „na wczoraj”. Nie stać nas na ich odwlekanie, bo na efekty będziemy musieli jeszcze długo poczekać.” – podsumowuje Wojciech Ratajczyk, CEO, Trenkwalder Polska oraz wiceprezes Polskiego Forum HR.

Mat. informacyjny Trenkwalder Polska


[1] Dane GUS, kwiecień 2019.

Wykonywanie anonimowych działań w sieci nie daje nam gwarancji bezpieczeństwa. Eksperci są zgodni co do tego, że zebranych w różnych bazach zanonimizowanych danych nie da zabezpieczyć się przed ponownym przypisaniem ich do konkretnych osób. Specjaliści Xopero Software, producenta do zabezpieczenia i przywracania danych, ostrzegają, jakie zagrożenia niesie zbyt częste podawanie informacji w sieci.

A to głównie dlatego, że informacje pozostawione za nami w Internecie nie znikają. Większość jest mało istotna, jak informacje o zakupie nowych butów. Niestety, zdarza się też, że podajemy te bardziej osobiste – wyniki badań czy numery identyfikacji podatkowej.

Teoretycznie firmy zbierające te dane starają się je chronić. Najczęściej robią to poprzez anonimizację – pozbawienie danych oczywistych informacji osobowych, takich jak imię i nazwisko, adres czy numer telefonu. Dodatkowo usuwa się kolumny w arkuszach kalkulacyjnych, a do plików wprowadza się “szumy”. Jednakże, identyfikacja jest możliwa nawet na podstawie szczątkowych informacji o użytkowniku, takich jak miejsce zamieszkania i płeć. Przykładowo, używając jedynie kodu pocztowego, płci i daty urodzenia mamy aż 81% szans na poprawne wytypowanie konkretnej osoby. Mając do dyspozycji już 15 parametrów demograficznych, prawdopodobieństwo to wynosi aż 99,98%.

Skąd wzięły się te liczby? Odpowiedzi szukać należy na uniwersytecie w Leuven i Imperial College London. Tamtejsi badacze stworzyli narzędzie do identyfikacji anonimowych danych. Za pomocą zaledwie kilku zbiorów pozornie ogólnych informacji pozwolili maszynie uczyć się je rozróżniać. System wyodrębnia rzadziej powtarzające się powiązania i określa szansę prawidłowej identyfikacji.

W obecnej formie narzędzie ma w bazie danych 210 różnych zestawów z 5 źródeł, wliczając spis ludności Stanów Zjednoczonych. Kody pocztowe, którymi dysponuje program, obejmują USA, Anglię i Walię.

Kolejne pytanie nasuwa się samo – skąd nasze dane się tam wzięły? Najprostszą i zarazem prawidłową odpowiedzią jest ta, że “sami je podaliśmy”. Mało kto przy rejestracji na różne witryny czyta warunki przetwarzania danych – z reguły zaznaczamy jedynie wymagane pola godząc się na nie w ciemno. Co ostrożniejszy użytkownik znajdzie tam jednak zapis, głoszący że “serwis może odsprzedawać anonimowe dane podmiotom trzecim”. Informacje pozbawione personaliów, mogą więc krążyć po sieci – za naszą zgodą.

Przeczytaj także:

– Musimy uważać na to, jakie dane podajemy w sieci oraz każdorazowo i skrupulatnie sprawdzać kto i w jaki sposób je wykorzystuje. Anonimowość nie zapewnia bezpieczeństwa – twierdzi Bartosz Jurga, dyrektor sprzedaży w Xopero Software – Im więcej informacji są w stanie połączyć systemy, tym łatwiej będzie nas zidentyfikować i zagrozić naszemu bezpieczeństwu. Pamiętajmy, aby ograniczać podawanie ich w sieci. Nawet, jeżeli zdaje nam się, że to zaledwie szczątkowe informacje. Okazuje się, że połączenie tych z pozoru anonimowych danych w pełny obraz naszej osoby i całkowita identyfikacja jest prostsza niż kiedykolwiek.

Informacje zdobyte przez technologię łączenia danych mogą pozwolić na łatwą kradzież tożsamości, wymuszenia czy działania inwigilacyjne. Zwłaszcza, gdy  pozostawienie kilku ocen dla filmów na Netflixie daje niemal tę samą możliwość identyfikacji co numer polisy ubezpieczeniowej. O możliwościach tej metody przekonał się chociażby Donald Trump. To właśnie ona posłużyła dziennikarzom The New York Times do ujawnienia absurdalnych sum w zwrocie podatkowym obecnego prezydenta USA w pierwszej połowie lat 90.

Źródło: Xopero Software S.A.

W Polsce w 2018 roku za metr kwadratowy nowego mieszkania trzeba było zapłacić średnio 1 370 euro, czyli o 3,8 proc. więcej niż rok wcześniej. W Warszawie cena ta wynosiła 1 935 euro. Dla porównania średni koszt zakupu metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Paryża wynosi ponad 12,9 tys. euro, a w Londynie – 11,2 tys. euro. Jak wynika z ósmej edycji raportu firmy doradczej Deloitte „Property Index. Overview of European Residential Markets. Where does residential price growth end?”, pomimo że w Polsce buduje się najwięcej spośród krajów Europy Środkowej, mieszkań wciąż brakuje. W ubiegłym roku do użytku oddano ich blisko 185 tys.

Raport Deloitte podsumowuje sytuację na rynku nieruchomości największych miast w piętnastu krajach Unii Europejskiej oraz Norwegii. – Analizując sytuację od 2015 roku w 15 z 16 krajów ceny mieszkań rosły. Wyjątkiem były Włochy, gdzie ceny nieruchomości spadają od początku kryzysu finansowego. W ciągu ostatnich trzech lat średni wzrost cen mieszkań w Unii Europejskiej wynosi 5 proc. Jednym z czynników napędzających ten wzrost są rosnące ceny w regionie Europy Środkowej – mówi Maciej Krasoń, Partner w Dziale Audit & Assurance Deloitte, Lider Sektora Nieruchomości i Budownictwa w Polsce i Europie Środkowej. – Oczywistym jest, że wzrost cen nieruchomości nie będzie trwał wiecznie. Wiele zależy od polityki Europejskiego Banku Centralnego. Jeśli jednak obecny kurs zostanie utrzymany, ceny nieruchomości w Europie mogą sięgnąć poziomu sprzed kryzysu finansowego – dodaje.

Ceny mieszkań w Warszawie wciąż rosną

Wśród najdroższych metropolii w analizowanych krajach, tuż za centralnym Paryżem (12,9 tys. euro za m2) i Londynem (11,2 tys. euro), podobnie jak rok temu znalazło się Monachium z ceną 7,8 tys. euro za m2. Nie ma też zmian, jeżeli chodzi o miasta z najtańszymi mieszkaniami. Dwa pierwsze miejsca należą do węgierskiego Debreczyna (1,1 euro za m2) i Győr (1,2 euro za m2).

Spośród stolic w naszym regionie najtaniej jest w Zagrzebiu (1 720 euro za m2), Rydze (1 744 euro za m2), Budapeszcie (1 853 euro za m2) i w Warszawie (1 935 euro za m2). Dla porównania w Pradze koszt ten wzrasta już do 3 162 euro za m2. Raport pokazuje również poziom cen dla trzech innych polskich miast: Krakowa (1 607 euro za m2), Wrocławia (1 559 euro za m2) oraz Łodzi (1 237 euro za m2).

Największy wzrost, bo aż o 30,3 proc. odnotowała czeska Ostrava i hiszpańska Barcelona (29,7 proc.). Z kolei na przeciwległym biegunie znalazło się Birmingham, gdzie ceny w ciągu roku spadły średnio o 13,4 proc.

W jakim mieście za wynajmem mieszkania zapłacimy najwięcej? Tu także zaskoczeń nie ma. Na wynajem metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Paryża należy przeznaczyć 27,8 euro miesięcznie. Dwa kolejne miejsca zajmują Oslo i Trondheim (odpowiednio 25,3 i 21,3 euro za metr), ale w przypadku Norwegii brano pod uwagę jedynie wynajem domów. Warszawa z 14,6 euro za metr kwadratowy znalazła się na 13. miejscu spośród analizowanych miast. We Wrocławiu i Krakowie jest to 10,8 euro, a Łodzi 8,4 euro. Najmniejsze obciążenie dla kieszeni stanowi wynajęcie mieszkania w Debreczynie (6,4 euro).

Szybujące ceny mieszkań w Europie Środkowej

Średnia cena metra kwadratowego w Polsce wynosiła w ubiegłym roku 1 370 euro, czyli o 3,8 proc. więcej niż rok wcześniej. Spośród analizowanych krajów taniej jest tylko na Węgrzech i w Portugalii. Najdrożej jest za to we Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii. Najwyższe wzrosty rok do roku odnotowano w Czechach (16,8 proc.) i na Węgrzech (13,7 proc.).
Z kolei największe spadki cen dotyczą Wielkiej Brytanii (o 14,7 proc.), co wiąże się głównie z deprecjacją funta. – W 2018 roku w Polsce sprzedano nieco mniej mieszkań niż w 2017 roku, ale liczba 64,8 tys. jest porównywalna do tej z 2016 roku. Ceny nadal rosną, w tym przede wszystkim w dużych miastach. Biorąc pod uwagę rynek pierwotny, to największe wzrosty zanotowano w Gdańsku o 12,8 proc. oraz w Warszawie o 8 proc. Dobra koniunktura na rynku mieszkaniowym podtrzymywana jest przez niskie stopy procentowe. Sytuacji nie sprzyjają jednak wzrastające koszty działalności firm budowlanych oraz zmniejszająca się liczba gruntów w atrakcyjnych lokalizacjach – mówi Dominik Stojek, Partner Associate w dziale Doradztwa Nieruchomościowego Deloitte.

Przeczytaj także:

Polska w budowie

W roku 2018 największymi zasobami mieszkaniowymi może pochwalić się Portugalia (579,8). Spośród wszystkich analizowanych krajów najmniej mieszkań jest w Polsce, w której wskaźnik ten wynosi 380,7 mieszkań na tysiąc mieszkańców. Polacy dysponują liczbą 14,6 mln mieszkań.

Zapotrzebowanie na własne lokum jest u nas nadal bardzo duże, ale ograniczony dostęp do kredytowania związany choćby z zakończeniem rządowego programu Mieszkanie dla Młodych, znajduje swoje odbicie w ogólnym spadku poziomu transakcji kupna o 11 proc. w ciągu roku. Największy, bo aż 16 procentowy, odnotowało Trójmiasto – komentuje Marta Jurek, Menedżer w dziale Doradztwa Nieruchomościowego Deloitte.

Średnia liczba nowo oddanych mieszkań przypadających na tysiąc mieszkańców wynosiła w 2018 roku 3,2 dla analizowanych w raporcie krajów. Miejscem, gdzie w 2018 oddano do użytku najwięcej jest podobnie jak w poprzedniej edycji raportu Francja (6,86 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców). Z kolei najgorsze wyniki w tej kategorii odnotowano w Portugalii (1,2 mieszkań na tysiąc mieszkańców). W Polsce wynik ten wynosi 4,81, a to oznacza, że w ubiegłym roku na rynku znalazło się 184,8 tys. nowych mieszkań. Jest to rekord dla regionu Europy Środkowej.

Jeżeli chodzi o liczbę mieszkań będących w budowie, przypadających na tysiąc mieszkańców, to średnia dla wszystkich analizowanych krajów wynosi 3,8. Pod tym względem Polska jest również powyżej średniej z wynikiem 5,8 (rok wcześniej 5,4). Daje nam to trzecie miejsce. W tej kategorii przoduje Francja (6,3 budowanych mieszkań na tysiąc mieszkańców), a najniższy wskaźnik zanotowała Łotwa (1,1).

Kredyty hipoteczne sposobem na własne „M”

Biorąc pod uwagę wysokość średniej rocznej pensji brutto w danym kraju, najszybciej na własne mieszkanie mogą sobie pozwolić Portugalczycy i Belgowie, których już po odpowiednio 3,8 i 4 latach pracy byłoby stać na 70-metrowe lokum. Czesi muszą swoją pensję brutto odkładać w całości przez ponad jedenaście lat. W Polsce z kolei potrzeba na to 7,5 lat. Należy pamiętać, że faktyczna siła nabywcza w zależności od obciążeń pensji brutto w różnych krajach może się różnić, jednak dla potrzeb tego badania przejęto założenie, które umożliwia porównanie.

Ważnym wskaźnikiem na rynku nieruchomości jest zadłużenie związane z zaciąganiem kredytów hipotecznych i porównaniem ich wolumenu do dochodu rozporządzalnego. Wartości tego wskaźnika w poszczególnych krajach znacznie od siebie odbiegały. Państwem o najniższym poziomie zadłużenia były w ubiegłym roku Węgry (20 proc.). Pozostałe kraje regionu Europy Środkowej: Polska, Czechy oraz Łotwa znalazły się w grupie państw wraz z Włochami i Austrią, w których poziomy zadłużenia uplasowały się poniżej 50 proc., z tymże w przypadku Polski jest to poziom 33,8 proc.

Najwyższe zadłużenie – blisko 200 proc. – zaobserwowano na stabilnych i nasyconych rynkach mieszkaniowych Holandii i Danii, gdzie funkcjonują sprawne systemy hipoteczne.

Mieszkańcy, których krajów mogą liczyć na najniższe oprocentowanie kredytów hipotecznych? W 2018 roku byli to Portugalczycy, których kredyty były oprocentowane w wysokości średnio 1 proc. W przypadku Polaków było to średnio 3,8 proc. Z najwyższym, bo w wysokości 4,5 proc., musieli liczyć się Węgrzy.

Źródło: Deloitte

Co trzeci kandydat w Polsce chciałby pracować w oparciu o elastyczny model pracy, dwa lata temu był to co piąty poszukujący pracy. Spośród alternatywnych form zatrudnienia kandydaci najchętniej wybraliby niepełny etat lub kontrakt. Największą motywacją do podjęcia elastycznych form pracy jest możliwość realizacji kilku zleceń i osiągnięcia work-life balance – potwierdza opublikowany dziś raport ManpowerGroup „Jak chcemy pracować?” na temat preferencji zawodowych kandydatów dotyczących modelu pracy.

ManpowerGroup zapytał 18 000 kandydatów na świecie, w tym 750 w Polsce, o to w jaki sposób chcą pracować, jaki tryb pracy preferują i co wpływa na ich wybory. Choć w Polsce największą popularnością nadal cieszy się pełen etat (preferowany przez 70% badanych), to systematycznie rośnie liczba osób optujących za elastycznym modelem pracy. Podczas gdy w 2017 roku było to 18% polskich kandydatów, dziś w ten sposób chciałoby pracować 29% osób poszukujących pracy.

– Forma zatrudnienia często determinuje wybór propozycji zawodowej obok takich czynników jak możliwości rozwoju, wysokość wynagrodzenia, oferowane benefity czy kultura organizacyjna – mówi Katarzyna Pączkowska, dyrektor rekrutacji stałej w Manpower. – W przypadku stanowisk wysoko wyspecjalizowanych czy kierowniczych coraz częściej pojawia się pytanie o elastyczne formy zatrudnienia. Osoby pracujące na dobrze opłacanych stanowiskach, posiadające zaplecze finansowe, chętnie wybierają pracę w oparciu o umowę cywilnoprawną. Na dzisiejszym rynku pracy obserwujemy także zainteresowanie pracą projektową. Z kolei praca na niepełny etat jest chętnie wybierana przez osoby, które rozpoczynają swoją ścieżkę zawodową jeszcze w okresie studiów i potrzebują czasu na dokończenie nauki. Elastyczność jest także ceniona przez osoby posiadające małe dzieci, które dzięki skróconym godzinom pracy, mogą więcej czasu poświęcić rodzinie i sprawom prywatnym – dodaje Katarzyna Pączkowska.

Oferta firm niedopasowana do potrzeb kandydata

Raport ManpowerGroup pokazuje również, że choć więcej osób w Polsce wybrałoby alternatywny model pracy, to ich obecny pracodawca nie daje im takiej możliwości. Spośród 11% polskich kandydatów, którzy preferują umowę kontraktową lub pracę rozliczaną projektowo, tylko połowa ma możliwość być zatrudniona w ten sposób. Jak to wygląda w innych krajach europejskich? Największe różnice w niedopasowaniu ofert pracodawców do potrzeb kandydatów odnotowano w Czechach (7% zatrudnionych vs. 33% preferujących kontrakt lub pracę projektową), Hiszpanii (17% vs. 33%) i we Włoszech (11% vs. 20%), najmniejsze w Wielkiej Brytanii (8% vs. 9%).

Jak zaznacza Marek Wróbeldyrektor ds. kluczowych klientów z ManpowerGroup, w ostatnich latach widoczna jest rosnąca świadomość zarówno klientów na polskim rynku, jak i kandydatów, którzy mając możliwość wyboru, gotowi są przyjąć ofertę pracy w oparciu o model elastyczny, ale w ciekawej firmie lub na interesującym i rozwojowym stanowisku. –Najczęściej są to ludzie młodzi, którzy wchodzą na rynek pracy i chcą spróbować swoich sił w kilku firmach, na różnych szczeblach kariery. Elastyczne modele pracy najczęściej oferowane są przez firmy zagraniczne, dla których standardem jest, żeby pewien odsetek pracujących zatrudniany był na projekty czasowe czy w niepełnym wymiarze czasu pracy. Oprócz branż, które najczęściej oferują takie rozwiązanie, czyli logistyki i produkcji, również centra usług wspólnych, na przykład finansowe czy IT, zgłaszają zapotrzebowanie na pracowników, z którymi nie planują długoletniej współpracy – dodaje Marek Wróbel.

Przeczytaj także:

Polska na tle innych rynków

Jak na innych rynkach europejskich wyglądają preferencje kandydatów dotyczące formy zatrudnienia? Spośród 10 przeanalizowanych krajów najwięcej osób deklarujących chęć pracy w ramach alternatywnych modeli pracy mieszka w Czechach (50% poszukujących pracy), w Hiszpanii (49%) i we Włoszech (43%). Najmniej we Francji (28%), Szwecji (30%) i Norwegii (33%). Średnia dla krajów europejskich to 38%, podczas gdy w ujęciu globalnym taki model zatrudnienia wybrałoby 45% kandydatów. W badaniu kandydaci zostali również zapytani o czynniki motywujące ich do podjęcia zatrudnienia w oparciu o elastyczny model pracy. Największym uznaniem wśród nich cieszy się możliwość realizacji jednocześnie innych zleceń. Wielu z nich w elastyczności widzi też szansę na pogodzenie życia rodzinnego z zawodowym.

Co mogą zrobić pracodawcy?

Wśród kandydatów na świecie odnotowuje się coraz większą chęć rezygnacji z zatrudnienia na pełen etat w zamian za elastyczny czas pracy, możliwość wyboru projektów oraz potrzebę osiągnięcia work-life balance. Pracodawcy chcący pozyskać pracowników na stanowiska pełnoetatowe mogą wdrożyć elementy elastyczności na wzór pracy w oparciu o umowę kontraktową lub pracę projektową, proponując elastyczne godziny pracy, pracę zdalną z zapewnieniem niezbędnych narzędzi czy rozliczanie za efekt. Firmy wychodząc naprzeciw oczekiwaniom kandydatów i pracowników, zwiększają również wymiar płatnego urlopu.– Potrzeba zmian ze strony kandydatów będzie wymuszać z kolei zmianę w podejściu pracodawców do elastycznego zatrudnienia. Organizacje będą dostosowywać się do potrzeb potencjalnego pracownika i budować dla niego model współpracy, porzucając założenie, że umowa o pracę pozwoli zatrzymać pracownika na dłużej i zmniejszyć rotację. Ostatni rok, czyli czas największego od lat niedoboru talentów w Polsce, pokazał, że taka strategia w praktyce nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Po stronie firm jest zatem wypracowanie takich rozwiązań w zakresie zatrudnienia, aby pracownik chciał u nich pracować – podsumowuje Tomasz Walenczak, dyrektor marki Manpower.

Źródło: Manpower Group

Wakacyjna beztroska może się szybko skończyć, jeśli zgubimy lub zostanie nam skradziony dowód osobisty. Jak postępować w razie kradzieży dokumentu i czy można kserować dowód osobisty w wypożyczalni kajaków – radzi ekspert portalu Kapitalni.org

Pośpiech wakacyjnych przesiadek bywa zgubny. Strata dowodu osobistego w środku urlopu jest problematyczna nie tylko z powodu utrudnionego powrotu do domu. Często nawet nie wiemy, czy zgubiliśmy dokument, czy został nam celowo ukradziony. Należy pamiętać, że dane z dowodu mogą zostać nielegalnie wykorzystane. Dlatego warto od razu działać, aby nie stać się ofiarą oszustwa.

Policja i konsulat pomogą

O braku dowodu należy poinformować odpowiedni urząd. W czasie wakacji w Polsce utratę dokumentu należy zgłosić na najbliższym posterunku policji. Policja wyda oświadczenie potwierdzające zgłoszenie przestępstwa.

Dużo więcej komplikacji wiąże się utratą dokumentu za granicą. W strefie Schengen mamy prawo podróżować legitymując się polskim dowodem osobistym. Gdy zostanie nam ukradziony, możemy mieć trudności z powrotem do Polski. Bez dokumentu tożsamości nie zostaniemy wpuszczeni na pokład samolotu. W każdym polskim konsulacie otrzymamy niezbędną pomoc oraz dokumenty umożliwiające dalszy pobyt i przekroczenie granic.

Konsulat może także udzielić pożyczki, jeśli razem z dowodem straciliśmy pieniądze i karty kredytowe. W niektórych krajach nie ma jednak polskich placówek dyplomatycznych. Każdy polski obywatel może zgłosić się do placówki innego państwa członkowskiego UE.

Przezorny zabezpieczony – jak zastrzec dowód osobisty?

– Gdy zorientujemy się, że nie mamy dowodu osobistego, trzeba go zastrzec. Najszybciej możemy to zrobić za pośrednictwem portalu Biura Informacji Kredytowej. Aby móc to zrobić „od ręki”, musimy posiadać konto w BIK. Daje nam ono komfort, że będziemy mogli zastrzec dowód osobisty bez względu na czas i miejsce, czyli także za granicą. Wystarczy mieć dostęp do internetu – mówi Tomasz Jaroszek, ekspert portali Kapitalni.org.

Ta szybka procedura daje nam gwarancję, że nie staniemy się ofiarą przestępstwa finansowego. Nasz dowód zostanie wyłączony z obiegu i niepowołane osoby nie będą mogły się nim posłużyć.

Jeśli ktoś nie posiada konta w BIK, może w łatwy sposób zgłosić utratę dowodu w banku. Nie musi to być bank, w którym posiadamy rachunek. W Polsce działa System DOKUMENTÓW ZASTRZEŻONYCH (System DZ). Dzięki niemu możemy zastrzec dowód osobisty w swoim banku lub w dowolnym przyjmującym zastrzeżenia także od osób niebędących jego klientami. Zastrzegamy dokument tylko w czasie wizyty w jednym banku, a dane zostaną automatycznie przekazane do wszystkich pozostałych uczestników Systemu DZ. Część banków przyjmuje także zastrzeżenia również telefonicznie.

Lepiej mieć dowód na oku – zakaz kserowania dokumentów

Komplikacji może nam przysporzyć nie tylko fizyczna utrata dowodu osobistego. Lepiej nawet nie spuszczać dokumentów z oczu, np. nie pozwalać wynosić go obcym osobom na zaplecze wypożyczalni czy sklepu. W czasie wakacji często wypożyczamy sprzęt sportowy. Powszechną praktyką wypożyczalni jest zostawianie w zastaw lub kserowanie dowodu osobistego. Osoby, które lekkomyślnie podchodzą do ochrony swoich danych osobowych, zgadzają się na taki proceder.

–  Wielokrotnie, gdy pożyczałem sprzęt sportowy, np. narty, poproszono mnie o pokazanie dowodu osobistego, a następnie robiono kserokopię dokumentu. 12 lipca weszła w życie ustawa o dokumentach publicznych, która zakazuje wykonywania kopii dowodu osobistego przez podmioty do tego nieupoważnienie, czyli np. wypożyczalnie sprzętu sportowego – wyjaśnia Tomasz Jaroszek, ekspert portalu Kapitalni.org.

Banki – wyjątek od reguły

Pomimo zakazu kopiowania dowodów osobistych, firmy będą mogły poprosić o okazanie dokumentu tożsamości i spisać ewentualnie wymagane dane, np. do zawarcia umowy. Podmiotami upoważnionymi do sporządzania kopii dokumentów na podstawie ustawy o przeciwdziałaniu prania brudnych pieniędzy i finansowaniu terroryzmu pozostają banki, firmy ubezpieczeniowe czy notariusze. W tych instytucjach kserowanie dowodu osobistego nie powinno nas niepokoić.

Źródło: Kapitalni.org

Nowe przepisy ułatwią życie inwestorom i mogą skrócić proces oczekiwania na realizację inwestycji. Kluczowymi aspektami nowelizacji jest ograniczenie mocy właściciela do swobodnego ustalania stawek, za wyrażenie zgody na przekształcenie celu nieruchomości oraz zmian sposobu korzystania z gruntu.

We wtorek 02.07.2019 r. Prezydent RP podpisał nowelizację ustawy o gospodarce nieruchomościami. Nowe regulacje wzmocnią pozycję prawną użytkowników wieczystych, wobec właścicieli gruntów. Ograniczą ryzyko braku możliwości wykorzystania nieruchomości według planu inwestora.

Zmieniony art. 73 ustawy o gospodarce nieruchomościami wprowadza jednorodny schemat działania dotyczący zmiany celu użytkowania wieczystego. Do tej pory samorządy i Skarb Państwa miały wolną „rękę” w ustalaniu sposobu postępowania administracyjnego oraz określania stawek w tym zakresie. Często opłaty te wynosiły nawet do kilkudziesięciu procent wartości nieruchomości. Przy dużych inwestycjach o wartości np. 20 milionów złotych, opłata za zmianę mogła wynieść łącznie nawet gigantyczną kwotę rzędu 5 milionów złotych. Według Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju, stan ten nie miał oparcia w przepisach, co znajduje poparcie w stanowisku sądów administracyjnych (np. wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 13 grudnia 2016 r., I OSK 1622/16).

Wniosek o zmianę przeznaczenia gruntu, będzie można złożyć, jeśli trwałej zmianie ulegnie sposób korzystania z nieruchomości, czego efektem stanie się konieczność dostosowania celu użytkowania wieczystego. Możliwość zmiany nastąpi również w sytuacji, gdy zaproponowana modyfikacja będzie zgodna z m.in. przeznaczeniem nieruchomości ustalonym w obowiązującym miejscowym planie zagospodarowania wieczystego, decyzją o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu lub decyzją o pozwoleniu na użytkowanie. Pozwoli to na większą elastyczność w zagospodarowaniu gruntu użytkownikom wieczystym.

Jedyną przewidzianą w nowych przepisach należność, którą pokryje użytkownik gruntu, jest jednorazowa wpłata, której wysokość może sięgać maksymalnie dwukrotności dotychczasowej opłaty rocznej z tytułu użytkowania wieczystego. Kwoty te oscylują w granicach od paruset do kilkudziesięciu tysięcy złotych w zależności od przeznaczenia gruntu i związanej stawki procentowej – od 0,3 % do 3%.

Zgodnie z nową procedurą użytkownik wieczysty, organ reprezentujący Skarb Państwa lub jednostkę samorządu terytorialnego może przedstawić propozycję zmiany celu użytkowania wieczystego oraz wyznaczyć drugiej stronie termin minimum 2 miesięcy na zajęcie pisemnego stanowiska. W razie braku zgody którejś ze stron lub nieprzedstawienia stanowiska, możliwe będzie wniesienie powództwa do sądu o ustalenie zmiany celu użytkowania wieczystego.

Powyższe zmiany będą miały zastosowanie również w przypadku, gdy cel użytkowania wieczystego nie został ustalony. Będzie to dodatkowym ustabilizowaniem sytuacji użytkowników wieczystych, którzy nabyli swój tytuł do nieruchomości np. na podstawie decyzji stwierdzającej nabycie użytkowania wieczystego lub umowy, które nie określały celu użytkowania wieczystego. Sytuacja ta niejednokrotnie skutkowała sporami pomiędzy właścicielami, a użytkownikami wieczystymi.

Kamil Wróblewski, Prawnik, Praktyka Nieruchomości w Kochański i Partnerzy

Dużo słyszy się o walkach kredytobiorców z bankami argumentowanych np. brakiem informacji o ważnych postanowieniach umowy. W tym artykule pochylamy się nad tym tematem i razem z ekspertami firmy VOTUM S.A. odpowiadamy na takie pytania m.in. jakie prawa przysługują konsumentowi na rynku usług bankowych i czy banki wywiązują się ze swoich obowiązków informacyjnych względem konsumentów?

Reklama

Jak wynika z badań przeprowadzonych dla Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, poziom znajomości praw i obowiązków konsumenckich na rynku usług finansowych kształtuje się niestety na niskim poziomie. Należy zwrócić uwagę na to, iż tylko niewielki odsetek konsumentów potrafi w praktyce zastosować posiadaną wiedzę o przysługujących im prawach i obowiązkach. A jak wiadomo… nieznajomość prawa szkodzi.

Na szczęście wspomniana, łacińska paremia prawnicza Ignorantia iuris nocet nie zawsze odnajduje swoje zastosowanie w realiach rynkowych. Potwierdza to ekspert firmy VOTUM S.A. Kacper Jankowski, który uważa, że współpraca z profesjonalnym podmiotem posiadającym wiedzę pozwoli umiejętnie osiągnąć korzyść dla konsumenta i ochronić go w sytuacji, w której jest całkowicie bezbronny.

Zobacz też:

Kim jest konsument i jakie ma prawa?

Zdefiniowanie pojęcia konsumenta nie jest łatwe i jednoznaczne. Kodeks cywilny w art. 22 in.1 stanowi, że za konsumenta uważa się osobę fizyczną dokonującą z przedsiębiorcą czynności prawnej niezwiązanej bezpośrednio z jej działalnością gospodarczą lub zawodową.” Zatem pojęcie konsument to pojęcie funkcjonalne, którego granice zależą od natury i zakresu ochrony, jaką prawodawca zamierza stworzyć w danej sytuacji lub dziedzinie obrotu.

Aby szerzej zrozumieć wskazaną definicję, która może brzmieć dość enigmatyczne dla osoby, która nie jest prawnikiem należy w pierwszej kolejności wskazać, że konsumentem może być TYLKO osoba fizyczna. Tym samym status konsumenta nie będzie przysługiwał osobom prawnym (np. spółce z o. o.) oraz tak zwanym ułomnym osobom prawnym (np. spółce jawnej) – dodaje ekspert Kacper Jankowski, Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych w VOTUM S.A.

Jakie obowiązki informacyjne powinien spełnić bank wobec konsumenta-kredytobiorcy?

Zapytaliśmy naszego eksperta także, co jednak w przypadku, kiedy osoba fizyczna prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą?

– Na pozór sprzeczne role, które wykluczają możliwość występowania osoby fizycznej jako konsumenta i przedsiębiorcę da się bardzo łatwo rozróżnić. Należy oddzielić sferę prywatną od zawodowej, tzn., jeśli dana osoba kupuje, np. samochód, aby używać go do celów prywatnych to jest konsumentem, ale jeśli ta sama osoba kupuje samochód, który zamierza wykorzystać w firmie (np. auto dostawcze) to w ramach zakupu tej konkretnej rzeczy, nabywca nie jest objęty reżimem prawa konsumenckiego. Jednak najważniejszym elementem jest to, aby czynności prawnej, w tym przypadku dokonywać z przedsiębiorcą, czyli profesjonalistą. Osoba fizyczna nie będzie posiadała statusu konsumenta podczas dokonywania czynności z inną osobą fizyczną, np. zakup samochodu od znajomego – dodaje specjalnie dla portalu BiznesTuba Kacper Jankowski, z firmy specjalizującej się w pomocy prawnej kredytobiorcom, którzy zaciągnęli kredyty w walucie franka szwajcarskiego.

O strachu Frankowiczów przed walką z bankiem mówi Koordynator ds. Rozwoju Projektu i Sprzedaży w VOTUM S.A.

Obowiązkiem banku jest uczciwe poinformowanie konsumenta o wszystkich szczegółach oferty i to już na etapie reklamy. Jeżeli w takiej reklamie kredytu konsumenckiego zawarto jakiekolwiek informacje dotyczące warunków jego otrzymania, odbiorca reklamy musi zostać poinformowany o:

  • wysokości oprocentowania kredytu – z wyodrębnieniem opłat zawartych w całkowitym koszcie,
  • całkowitej kwocie kredytu,
  • rzeczywistej rocznej stopie oprocentowania (RRSO).

Jak informuje nas ekspert, informacje te muszą być podane jasno i wyraźnie – tak, aby konsument nie musiał szukać ich nigdzie indziej, ani zakładać okularów, żeby je przeczytać. Jeśli dane te nie zostały podane można zgłosić taki przypadek do UOKiK, czyli Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Równie ważny jest kolejny etap, czyli obowiązkowe przedstawienie formularza informacyjnego, czyli projektu umowy. Zgodnie z przepisami konsument ma prawo porównywać oferty różnych kredytodawców, dlatego muszą one zostać przedstawione w czytelny sposób. Żeby to ułatwić, stworzono ujednolicony wzór takiego formularza. Muszą się w nim znaleźć między innymi takie informacje, jak:

  • czas obowiązywania kredytu,
  • stopa oprocentowania kredytu,
  • całkowita kwota kredytu,
  • rzeczywista roczna stopa oprocentowania,
  • zasady i terminy spłaty kredytu,
  • skutki braku płatności.

Obowiązki informacyjne względem zmian w kosztach czy odstąpienia od umowy

Warto wiedzieć, że jakakolwiek zmiana w umowie powinna być każdorazowo przedstawiana konsumentowi. Dlatego więc, podstawowym obowiązkiem banku jest informowanie o zmianie w kosztach – np. w przypadku kredytu hipotecznego, którego oprocentowanie zależy od stopy referencyjnej.

– Informacja powinna trafić do kredytobiorcy na trwałym nośniku, na piśmie lub drogą elektroniczną. Do informacji powinien być dołączony nowy harmonogram spłaty, który obejmuje okres obowiązywania nowej stopy procentowej – komentuje Kacper Jankowski, Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych w VOTUM S.A.

Ponadto obowiązkiem banku jest umożliwienie kredytobiorcy odstąpienie od umowy i zwrócenie wszystkich poniesionych przez niego kosztów w terminie do 14 dni od zawarcia umowy – z wyjątkiem odsetek za ten okres. Dzięki temu istnieje możliwość wycofania się z pożyczki. W przypadku wcześniejszej spłaty zobowiązania bank musi zwrócić kredytobiorcy część opłat, które dotyczą okresu, o jaki został skrócony czas obowiązywania umowy. Ponadto biorąc kredyt konsumencki, warto zajrzeć na stronę Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów i zapoznać się z prawami, które chronią konsumenta.

Branża freelancingu nabrała rozpędu już nie tylko za granicą, ale także w naszym kraju. W tym roku bowiem wartość rodzimego rynku zwiększy się o ponad 1/6 i wyniesie prawie 10 mld zł. A liczba osób pracujących na nim wzrośnie o 1/8 do blisko 0,5 miliona pracowników. Co różni wolnych strzelców w Polsce i na świecie? Przed jakimi wyzwaniami stają? Na jakie stawki mogę liczyć? Pełen obraz krajowego rynku oraz globalne spojrzenie na freelancing prezentuje najnowszy raport Useme.eu.

Wraz z pojawieniem się gospodarki określanej mianem „gig economy”, freelancing na świecie jeszcze nigdy tak szybko się nie rozwijał. Analizy i estymacje mówią o tym, że wolni strzelcy już w 2020 roku będą stanowić około 40% amerykańskiej siły roboczej, podczas gdy w Europie będzie to poziom 25%. Jednak już w 2027 roku na starym kontynencie oraz w USA aż połowa pracujących ma wykorzystywać ten model zarobkowania. Dzięki takim wzrostom freelancerzy są, a także pozostaną globalnie najszybciej rosnąca grupa pracowników.

Reklama

Także w naszym kraju branża freelancingu ma się coraz lepiej. Co prawda,  brakuje nam jeszcze trochę do poziomu rozwoju rynków zagranicznych, jednak wolnych strzelców nad Wisłą przybywa z roku na rok. – Tylko w br.  ich liczba zwiększy się o 10% do poziomu 220 tysięcy osób w obszarze elektronicznych usług dla biznesu i o 12,5% do poziomu 450 tysięcy pracujących we wszystkich branżach. – mówi Przemysław Głośny, prezes zarządu Useme.eu. – Z naszych analiz wynika, że wartość rynku freelancingu w Polsce wzrośnie w tym roku o 17,5%, uzyskując tym samym znakomity wynik na poziomie 9,4 mld zł. Na tą wartość składają się m.in. 6,9 mld zł od osób utrzymujących się tylko z tej formy zarobkowania i 2,5 mld zł od dorabiających do umów o prace, na zlecenia i uczących się – dodaje Głośny z Useme.eu.

Freelancing na świecie

Średnia stawka godzinowa dla freelancerów na świecie to 19$, tj. ok. 71 zł. Jednak realne wynagrodzenia wahają się pomiędzy 11$ a 28$, tj. 41 zł a 105 zł, w zależności od branży, doświadczenia freelancera oraz kraju, z którego pochodzi zlecenie. Dla przykładu specjaliści ds. administracji czy obsługi klienta zarabiają najmniej, podczas gdy ci oferujący usługi prawne lub programiści otrzymują najwyższe wynagrodzenia. Z badań wynika także, że aż ponad połowa światowych freelancerów pracuje za stawki w przedziale 11$ – 15$, tj. 41 zł – 56 zł za godzinę.

W dużym stopniu polski rynek zdominowany jest w dalszym ciągu przez wyceny projektowe, tj. za całościowe zlecenie, a nie godzinowe. Na podstawie transakcji na naszej platformie można jednak określić, że stawki w Polsce zaczynają się od 15 zł za godzinę pracy, m.in. za drobne prace copywriterskie czy obsługę sklepu online. Tłumacze i graficy oczekują około 50 – 70 zł/h, a najwyższe opłaty w wysokości 100 – 150 zł pobierane są przez przedstawicieli branży IT, w tym programistów i specjalistów od UX. Choć nierzadko ci najlepsi, zwłaszcza oferujący bardzo potrzebne na rynku umiejętności, np. programiści iOS, mający spore doświadczenie i posiadający dobrą markę własną, są w stanie żądać 250 – 300 zł lub nawet więcej za godzinę pracy – mówi Przemysław Głośny z platformy Useme.eu.

Aż dwóm trzecim wolnych strzelców pracujących na świecie (68%), zależy najbardziej na wyższych zarobkach. Ponad połowa respondentów (52%) chciałaby także zwiększyć liczbę metod wyszukiwania i pozyskiwania klientów, a 1/3 badanych (34%) na pracy z większą liczbą międzynarodowych klientów oraz wyższych stawkach godzinowych.

Z badań globalnych wynika także, że czterech z pięciu freelancerów zazwyczaj pracuje nad jednym do trzech projektów realizowanych jednocześnie. Około połowa freelancerów pracuje od 30 do 50 godzin tygodniowo. Co piąty (22%) poświecą 20 godzin lub mniej, a 10% freelancing zajmuje ponad 60 godzin w tygodniu. Specjaliści ds. finansów, zarządzania i HR pracują najwięcej – średnio 39 godzin, podczas gdy wolni strzelcy związani z usługami prawnymi poświęcają najmniej, tj. średnio 33,6 h tygodniowo.

Freelancing po polsku

Z raportu „Freelancing w Polsce edycja 2019”, przygotowanego przez platformę Useme.eu wynika, że dla blisko połowy (49,3%) respondentów ta forma zarobkowania to jedyny model utrzymania, a dla 50,3% to działanie dodatkowe, łączone zazwyczaj z umową o pracę lub zleceniami. W 2018 roku co siódmy badany (14,5%) zrezygnował z pracy na etat i utrzymywał się tylko z pracy freelancera. W 2019 roku co dziesiąty respondent (10,6%) planuje porzucić etat – umowę o pracę na rzecz freelancingu. Co szósty badany (17%) pracuje jako wolny strzelec będąc studentem (14%) lub uczniem przed maturą (3%).

Przeczytaj także:

Zlecenia i klienci

Większość badanych pozyskuje klientów poprzez rekomendacje i polecenia (58,3%) oraz portale ogłoszeniowe, w tym Useme.eu, (48,5%). Co trzeci korzysta z mediów społecznościowych w celu znalezienie nowego zlecenia, co dziesiąty wykorzystuje do tego zagraniczne serwisy oferujące pracę wolnym strzelcom, a 7,6% promuje swoje umiejętności za pośrednictwem np. reklamy.

W porównaniu do zagranicznych freelancerów, ich polscy koledzy pracują więcej, prowadząc większą liczbę projektów. W Polsce jedynie 1/3 freelancerów (35,9%) pracuje jednocześnie nad jednym do trzech zleceń. 22,3% badanych koncentruje się na 4-5 projektów w tym samym czasie, 13,6% na 6-10, a 14,5% kooperuje jednocześnie z ponad 10 klientami lub więcej.

– Polscy freelancerzy coraz chętniej podejmują się pracy dla zagranicznych klientów, doceniając fakt znacząco wyższych stawek godzinowych i projektowych za granicą. Na pytanie „Ile zleceń dla klientów zagranicznych wykonujesz w ciągu roku?” 27,7% badanych odpowiedziało 1-5, 4,8% dla 6-10, 2,7% dla 11-15 i 4,3% dla ponad 15.  – mówi Przemysław Głośny z platformy Useme.eu. – Ten trend spotyka się z działaniami podejmowanymi przez nas i zmierzającymi do oferowanie większej liczby ofert z zagranicy na naszej platformie – dodaje Głośny.

Problem z płatnościami

Z badań przeprowadzonych przez Useme.eu wynika, że ponad połowa respondentów (54,2%) ma trudności z otrzymywaniem terminowych zapłat za swoją pracę. Dla 4,4% freelancerów opóźnione przelewy zdarzają się często, dla 14,2% od czasu do czasu, a dla 35,6% rzadko.

Dla 44% problem z płatnościami w ogóle nie występuje w 2019 r. Porównując zatem dane z badań Useme.eu z bieżącego i ubiegłego roku, gdzie taką odpowiedz wskazało 39%, należy uznać ze sytuacja w zakresie terminowego regulowania zobowiązań wobec wolnych strzelców uległa poprawie na polskim rynku.

Źródło: useme.eu

Na świecie istnieje kilka miejsc, w których widok żwawych stulatków raczej nikogo nie dziwi. Większość z tych „krain długowieczności” znajduje się w Azji, choć niektóre położone są też w Europie. Co sprawia, że w dobie codziennego wyścigu, w którym codziennie ściera się człowiek i nowe technologie, ludzie dożywają sędziwego wieku w psychicznym i fizycznym dobrostanie? W przestrzeni OFF Piotrkowska Center w Łodzi już wiedzą – w myśl idei biofilii, chodzi o kontakt z naturą. Także w środowisku… pracy!

Naukowcy są zgodni: na wydłużenie życia wpływa kilka czynników. Za przykład podają północną części Sardynii, gdzie żyje najwięcej w Europie osób powyżej setnego roku życia. Oczywiście dużą rolę odgrywa zdrowa dieta, bogata w warzywa czy owoce morza. Nie bez znaczenia jest również dodatek bogatego w antyoksydanty wina. Długowieczność gwarantuje również odpowiednia dawka i jakość snu, a także, a może przede wszystkim, obcowanie z naturą.

Badacze ustalili, że Sardyńczycy z północnej części wyspy, zajmując się uprawą roślin i hodowlą zwierząt, niemal cały dzień spędzają na świeżym powietrzu, gdzie dodatkowo zapewniają sobie dawkę naturalnego ruchu. Każdy z tych czynników wpływa zarówno na zdrowie fizyczne (jeden z najmniejszych w Europie wskaźników zachorowalności na choroby układu krążenia), jak i psychiczne (rzadkie przypadki zachorowań na depresję czy inne zaburzenia nastroju). A jak na tle włoskiej wyspy wygląda sytuacja na naszym gruncie?

Zielono mi, czyli kilka słów o tym, jak kwitnie OFF Piotrkowska Center

Smog. Siedząca praca w zamkniętych przestrzeniach z klimatyzacją, bez dostępu do świeżego powietrza. Brak obcowania z naturą, zielenią, roślinnością. Ośmiogodzinne sesje wpatrywania się w ekran komputera, a po pracy – w ekran smartfona czy tabletu. Brak ruchu i nienaturalne pozycje. Jedzenie w biegu zamiast celebracji posiłków… Różnice pomiędzy życiem we współczesnym mieście, a słoneczną Italią, można niestety mnożyć w nieskończoność.

Problem dostrzegła już branża nieruchomości, czego efektem są coraz bardziej zrównoważone przestrzenie do pracy czy zakupów. – W pracy spędzamy 8 lub więcej godzin dziennie. Wychodzimy więc z założenia, że należy zrobić wszystko, by pracownicy w przestrzeniach biurowych czuli się komfortowo – mówi Michał Styś, prezes zarządu OPG Property Professionals i pomysłodawca projektu OFF Piotrkowska Center. – Jako profesjonalni zarządcy projektów i doradcy rynku nieruchomości, zorientowani w aktualnych trendach i potrzebach, pragniemy zapewniać użytkownikom coś więcej, niż komfort. W projektach, którymi zarządzamy, sięgamy więc po trend biofilii, coraz silniej obecny w mieszkaniach, domach, na ulicach, ale również w biurach – dodaje.

Biofilia w praktyce

Czym jest biofilia, zaadaptowana przez architekturę, a w konsekwencji rynek nieruchomości? To zapewnianie ludziom swobodnego dostępu do natury – jej kojących oczy kolorów, pięknych zapachów i nieprzewidywalnych, a jednocześnie najpiękniejszych faktur. W biurze OPG Property Professionals zaczęło się od zielonej ściany, utkanej z żywych roślin. Stopniowo, zieleń „zagarnia” coraz więcej terenu dawnej fabryki bawełny, dziś znanego pod nazwą OFF Piotrkowska Center. Miejsce to określa się często mianem kreatywnego ekosystemu, dosłownie i w przenośni. Obok artystów rękodzielników, unikatowych marek oraz innowacyjnych przedsiębiorców zajmujących klimatyczne, poprzemysłowe lokale, na dachu jednego z budynków biurowych funkcjonuje hotel dla… dziko żyjących owadów.

Choć na popularnym OFFie każdego dnia pracują i spotykają się setki ludzi, to życie w tym miejscu płynie tempem jemu tylko właściwym… – Pracownicy tutejszych biur mogą odpocząć na trawiastej „górce” lub przejść spacerem na spotkanie z klientem do jednej z klubokawiarni czy restauracji, a wieczorem obejrzeć film w kinie plenerowym. W każdą sobotę warto odwiedzić również Eko Targ ze zdrową żywnością albo delektować się niespiesznie lunchem z drugiego zakątka świata, w myśl filozofii slow food – wymienia Karolina Aftańska, koordynator projektu OFF Piotrkowska Center. – Ruch, kontakt z naturą, zarówno we wnętrzach, jak i na zewnątrz, a także otoczenie zachęcające do wyjścia na świeże powietrze – to nasze sposoby na wprowadzanie więcej natury w życie dawnej fabryki Franciszka Ramischa! – dodaje.

Przeczytaj także:

Co ma paproć do biura?

Obok TEAL OFFICE i SEPIA OFFICE, dwóch obiektów biurowo-usługowych na terenie OFFa, OPG Property Professionals jako zarządca inwestycji realizuje obecnie kolejny projekt – FERN OFFICE. Już sama nazwa sygnalizuje uwzględnienie trendu biofilii w kierunku rozwoju kompleksu. Fern po angielsku oznacza „paproć”, dlatego cykl życia budynku odbiegać będzie od standardowych biurowców. Wewnątrz budynku znajdzie się miejsce m.in. na rozległą, dwukondygnacyjną ścianę pokrytą żywą roślinnością, a na dachu powstanie nowa strefa relaksu w samym sercu miasta – rooftop z zielenią, leżakami i barem. Nowe nasadzenia pojawią się również z drugiej strony terenu, obok rynku OFFa, zapewniając działającym tam ogródkom gastronomicznym przyjemny chłód i cień.

Adaptowanie rozwiązań zgodzie z ideą biofilii nie tylko tworzy nową jakość w polskiej przestrzeni miejskiej, lecz pozwala też wyróżnić projekt w rywalizacji o najemcę. – Firmy coraz świadomiej podchodzą do tego, jaki wpływ na ich zespoły ma środowisko. Powierzchnie biurowe, handlowe i usługowe dla naszych najemców szyjemy więc „na miarę”, uwzględniając indywidualne preferencje – podkreśla Monika Hryniewicz, Head of Leasing w OPG Property Professionals. – By zachęcić pracowników do wyjścia na świeże powietrze, powstający na terenie OFFa parking wielopoziomowy wzbogacimy o instalacje sportowo-rekreacyjne znajdujące się na dachu. Odetchniemy pełną piersią, ponieważ elewację budynku w całości pokryją żywe rośliny pochłaniające emitowany wraz ze spalinami dwutlenek węgla. Nie zabraknie też stacji do ładowania samochodów elektrycznych. To wszystko stanowi ukłon w stronę klientów, którzy już teraz przeszli na „zieloną stronę mocy” – dodaje.

Trend, który wydłuży nam życie?

Biofilia to trend, który cały czas się rozwija i w połączeniu z ideą slow life oraz life-work balance, skutecznie zmienia podejście projektantów, inwestorów, najemców biur oraz pracowników do otaczającej ich przestrzeni. Czy zielone biura, rozległe podwórce miejskie i spacery na świeżym powietrzu podczas przerwy w pracy pozwolą ludziom dożyć stu i więcej lat? Tego nie wiadomo, jednak z pewnością takie działania zbliżają mieszkańców miast i pracowników biurowych do ideału życia i pracy Sardyńczyków.

Źródło: OFF Piotrkowska Center

Eksperci

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

W cieniu ustawy „frankowej”, w Sądzie Najwyższym kształtuje się orzecznictwo w sprawach kred

Ostatnie informacje i wydarzenia w świecie kredytów „frankowych”, zostały zdominowane przez kwestię ...

Biegowy biznes z Polski podbije świat. I można do tego podboju dołączyć

Runmageddon – stworzony w Polsce cykl biegów przeszkodowych – to najbardziej nuklearna historia na p...

Straty są nieodłączną częścią inwestycji

Zakończony niedawno maj był najgorszym miesiącem w tym roku dla rynku akcji. Większość parkietów odn...

Uchwała NSA pozwala wygrać z fiskusem

Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia or...

AKTUALNOŚCI

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Innowacyjnie, energooszczędnie – i z bezbłędnym finansowaniem!

Innowacyjnie, energooszczędnie i z myślą o przyszłości – takie rozwiązania dla ludności tworzy i fin...

Planowane zmiany w składkach ZUS dla przedsiębiorców

Stanowisko Związku Przedsiębiorców i Pracodawcówws. zapowiedzi wprowadzenia proporcjonalnościw skład...

Ważne dla Polski nowe stanowisko Komisji Europejskiej

Odpowiedź Komisji Europejskiej na ostatnie głosowanie Parlamentu Europejskiego w sprawie pakietu mob...

Dlaczego państwo pozwala na nieozusowane umowy zlecenia?

Dlaczego rząd do tej pory nie zmienił szkodliwego art. 9 ustawy o SUS? Federacja Przedsiębiorców Pol...