niedziela, Sierpień 18, 2019
Facebook
Home Archiwa 2019 Sierpień 8

Dzienne archiwaSie 8, 2019

Według badania GfK Purchasing Power Europe 2018 średnia siła nabywcza w Polsce w 2018 r. wyniosła 7228 euro na mieszkańca, czyli mniej więcej połowę średniej europejskiej. Wskaźnik ten, obrazujący realną wartość pieniądza pokazuje, że pod względem finansów możemy pozwolić sobie na mniej niż statystyczny Europejczyk. Mimo że nasza siła nabywcza jest niższa niż przeciętna w Europie, to wciąż rośnie. Od 2017 r. odnotowano wzrost w tym obszarze aż o 518 euro. Jest on spowodowany m.in. wzrostem zarobków w naszym kraju. W styczniu 2020 r. płaca minimalna ma wynosić 2450 zł brutto, czyli na przestrzeni 5 ostatnich lat wzrośnie o 45 proc. Bogacenie się społeczeństwa powinno przekładać się na większy popyt na rynku mieszkaniowym. Czy rzeczywiście tak się dzieje? Jak siła nabywcza Polaków wpływa na możliwość zakupu wymarzonego M.? Na te pytania odpowiadają Eksperci Związku Firm Pośrednictwa Finansowego (ZFPF).
Ceny wolnej, ale rosną…

Nie dziwi, że największą siłą nabywczą dysponują mieszkańcy Warszawy, o 87 proc. wyższą od średniej krajowej, wynoszącej jednocześnie niemal 95 proc. średniej europejskiej. – Za siłę nabywczą odpowiada w dużej mierze poziom zarobków. Wspomniany wskaźnik i ceny mieszkań to naczynia połączone. Jego wzrost i wzrost wynagrodzeń napędzają wzrost cen na rynku nieruchomości. Ci, którzy dyktują na nim stawki, wiedzą, że w takiej sytuacji kupujących stać na więcej, dlatego podnoszą ceny – komentuje Ewa Kozłowska, ekspert ZFPF, Gold Finance.

Raport Expandera i Rentier.io pokazuje, że w II kwartale 2019 r. w stosunku do poprzedniego okresu odnotowano wzrost cen mieszkań na poziomie 3,5 proc. Jednak w porównaniu do poziomu sprzed roku, w większości miast analizowanych w zestawieniu, ceny ofertowe podniosły się o ponad 10 proc.

Do niedawna ceny mieszkań niemal nieustannie rosły. W maju i czerwcu wzrosty jednak ustały i zatrzymały się na wcześniejszym, czyli dość wysokim poziomie. Obecnie trudno jeszcze ocenić czy to już koniec boomu na rynku, czy tylko chwilowa przerwa przed dalszymi zwyżkami. Na rozstrzygnięcie musimy poczekać przynajmniej do jesieni – zauważa Jarosław Sadowski, ekspert ZFPF, Expander Advisors.

Warto zatem sprawdzić, jak wyglądają obecnie ceny nieruchomości w największych miastach regionalnych.Przykładowo, średnie ceny ofertowe mieszkań w czerwcu 2019 wskazywały, że w Warszawie średnio za 1 mkw. trzeba zapłacić ok. 10 444 zł, czyli o niecałe 10 proc. więcej niż przed rokiem. W Gdańsku kupujący zapłacą ok. 8 917 zł, co oznacza blisko 11 proc. wzrost względem ubiegłorocznego bilansu. Koszt ten we Wrocławiu sięga 7 668 zł/mkw. Tutaj ceny wzrosły podobnie, o ok. 11 proc. Spośród przeanalizowanych miast, najtaniej nas wyniesie posiadanie własnego lokum w Łodzi. Tutaj 1 mkw. kosztuje najmniej, bo ok. 5 197 zł, jednak to właśnie w Łodzi odnotowano  największą zmianę i cena wzrosła aż o blisko 12,5 proc.]– Jak pokazuje nasze opracowanie, wzrost cen widoczny jest także w ujęciu kwartalnym. Analizując ceny z II kw. 2019 r. z największym wzrostem cen w stosunku do początkowego okresu roku (I kw. 2019) mieliśmy do czynienia w Gdańsku – blisko 7 proc., w Warszawie – 4,6 proc. Nieznaczna podwyżka nastąpiła także we Wrocławiu – 2 proc. – zaznacza Ewa Kozłowska, ekspert ZFPF, Gold Finance.

W przypadku rynku nowych mieszkań, rosnące ceny wynikają również w dużej mierze z coraz to większych kosztów związanych ze wzrostem cen materiałów budowalnych, kosztem usług fachowców oraz brakami kadrowymi w tej branży. Dodatkowo zmorą wielu deweloperów są wysokie ceny działek pod budowę nowych inwestycji. 

… ale nasza siła nabywcza również

Osoby, które przymierzają się do zakupu nowego mieszkania narzekają na wzrost cen nieruchomości. Jednak na szczęście w podobnym tempie rosną nasze wynagrodzenia, dzięki czemu dostępność mieszkań nadal jest dość dobra. Na zakup lokum o powierzchni 50 mkw. trzeba przeznaczyć ok. 99 pensji netto, czyli zarobki z przeszło 8 lat[. – Może się wydawać, że 99 pensji to dużo, ale dla porównania przed 2012 r. na zakup lokum o tej samej powierzchni musielibyśmy przeznaczyć równowartość 120 wynagrodzeń, a w 2007 r., w czasie poprzedniego boomu na rynku nieruchomości było to aż 180 miesięcznych pensji. Ponadto 99 pensji, to mniej więcej tyle samo co w 2013 r., kiedy ceny mieszkań były znacznie niższe. Dlatego mimo wyższych cen dostępność mieszkań wciąż można uznać za dobrą – komentuje Jarosław Sadowski, Expander Advisors.

Kredyt nie dla wszystkich…

Kwestia siły nabywczej jest również związana z dostępnością kredytów hipotecznych. Czy wyższe zarobki przekładają się na poprawę zdolności kredytowej i zwiększają szanse na otrzymanie finansowania? Jakie warunki obecnie „dyktują” banki kredytobiorcom?

Jak zaznacza Jarosław Sadowski, jeśli ktoś nie otrzymał znacznej podwyżki wynagrodzenia, to jego szanse na kredyt spadły. – W przypadku 3-osobowej rodziny, której łączny dochód wynosi 5 tys. zł netto miesięcznie, przeciętna dostępna kwota kredytu wynosi ok. 310 tys. zł, czyli najmniej od momentu, kiedy Expander przygotowuje takie zestawienia, czyli od 2013 r. – stwierdza. Co wpływa na tę mniejszą dostępność kredytów hipotecznych? – To w części wynik podwyżek marż. Widać to najwyraźniej na przykładzie kredytów z niskim 10 proc. wkładem własnym. Ich średnie oprocentowanie wynosi 4,14 proc. i jest najwyższe od 5 lat. – dodaje Jarosław Sadowski.

Przygotowując się na prognozowane spowolnienie gospodarcze – w przyszłym roku czeka nas mniejsze tempo wzrostu PKB: o 4 proc., a w 2021 r. o 3,5 proc. – banki zaostrzyły swoją politykę kredytową. Dlatego też podniesiono marżę kredytową, obniżono maksymalne kwoty kredytu oraz wzrosły ich dodatkowe koszty. Można się zatem spodziewać, że w przyszłości warunki zaciągania kredytów, szczególnie dla pewnej grupy klientów banków będą jeszcze mniej korzystne. Pamiętajmy, że chcąc zaciągnąć kredyt, trzeba wziąć pod uwagę obok posiadania odpowiedniej zdolności finansowej, również posiadanie środków na wkład własny – obecnie jest to 20 proc. Istnieje możliwość obniżki do 10 proc., ale w tym przypadku przyszli kredytobiorcy muszą pamiętać o pewnej zależności. – Im niższy wkład własny, tym kredyt jest droższy. Zwiększa wysokość całościowej sumy, którą będziemy musieli zwrócić bankowi, na co wpływa, chociażby wyższa marża dla banku. Poza tym, banki biorą również pod uwagę prognozowe spowolnienie gospodarcze, mimo pozytywnych wskaźników PKB. Takie zjawisko rodzi u kredytobiorców pytanie o zdolność finansową Polaków do spłaty rat kredytu – wyjaśnia Ewa Kozłowska, ekspert ZFPF, Gold Finance.

Przeczytaj także:

A może najem?

Osoby, które nie mogą liczyć na otrzymanie kredytu hipotecznego lub spodziewają się, że ich siła nabywcza w przyszłości pogorszy się, mogą wynająć mieszkania zamiast je kupować. Ten segment cały czas się rozwija, a wybór lokali stale się poszerza.

Decydując się na najem, nie musimy także rezygnować z marzenia o posiadaniu własnego M. Można skorzystać np. z rządowego Programu Mieszkanie Plus, który umożliwia ubieganie się o mieszkanie z opcją najmu lub najmu z dojściem do własności. To jeden z głównych filarów Narodowego Programu Mieszkaniowego, którego podstawowym celem jest zwiększenie liczby przystępnych cenowo mieszkań dostępnych na rynku nieruchomości. Jego zadaniem jest wspieranie tych osób, których siła nabywcza nie jest wystraczająco duża, aby mogli uzyskać własny lokal. Program realizowany jest we ścisłej współpracy z wieloma jednostkami samorządów terytorialnych i spółkami Skarbu Państwa. Osiedla powstające w ramach projektu są dobrze skomunikowane z centrum miasta, z dostępem do placu zabaw dla dzieci. Leżą nieopodal szkół, przedszkoli, placówek medycznych. Mogą w ten sposób wyjść naprzeciw i udogodnić warunki mieszkaniowe mi in. tym, których nie stać na zakup własnego lokum. Wszyscy zainteresowani tym rozwiązaniem nie powinni zwlekać z decyzją, ponieważ na tym etapie programu dostępność mieszkań w porównaniu do zapotrzebowania jest relatywnie niska.

Źródło: ZFPF

Aż 68 proc. polskich firm planuje rekrutować nowych pracowników w ciągu najbliższych sześciu miesięcy – wynika z raportu „Rynek pracy oczami pracodawców” przygotowanego przez Trenkwalder Polska. Najbardziej poszukiwani są pracownicy fizyczni. Tak duża liczba rekrutacji to nie efekt wzrostu gospodarczego, ale przede wszystkim skutek wysokiej rotacji kadr. A ta, wbrew powszechnej opinii, nie dotyczy już tylko pracowników z pokolenia Y i Z oraz „białych kołnierzyków”.

Zobacz także:

Hossa na rynku pracy wciąż trwa. Jak pokazują dane zebrane na zlecenie Trenkwalder, tylko w ciągu ostatnich 12 miesięcy ponad 70 proc. firm w Polsce zwiększyło zatrudnienie średnio o 10 proc., a 30 proc. badanych przedsiębiorców zadeklarowało, że zatrudniło więcej niż 50 osób. Jednocześnie, według danych GUS, dynamika zatrudnienia netto w tym okresie spadła z 5,8 proc. do 2,8 proc.[1] Według ekspertów odpowiada za to wysoka rotacja pracowników, która jeszcze nasiliła się w ostatnim półroczu. Problem dotyczy przede wszystkim podmiotów z sektora MŚP. Sytuacja w dużych firmach jest bardziej ustabilizowana.

– „Statystyki wyraźnie pokazują, że pomimo wzrostu zatrudnienia, liczba nowoutworzonych miejsc pracy
w pierwszym kwartale tego roku jest mniejsza niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Oznacza to, że
w dużej mierze obsadzane są te same wakaty – jedni pracownicy odchodzą, a na ich miejsce przychodzą inni. Dla pracodawców to oczywiście sytuacja bardzo niekorzystna, bo zamiast inwestować czas i pieniądze
w rozwój firmy, muszą uzupełniać braki kadrowe. Coraz bardziej widać, że brak siły roboczej staje się hamulcem rozwoju przedsiębiorstw.”
mówi Wojciech Ratajczyk, CEO, Trenkwalder Polska oraz wiceprezes Polskiego Forum HR.

ROŚNIE ZATRUDNIENIE, RĄK DO PRACY WCIĄŻ BRAKUJE

Jak wynika z raportu „Rynek pracy oczami pracodawców” przygotowanego przez Trenkwalder Polska,
aż 69 proc. dużych, 65 proc. średnich i 68 proc. małych firm w Polsce zamierza rekrutować w najbliższym półroczu. Około 70 proc. firm, które w ciągu ostatnich 12 miesięcy zwiększyły wielkość zatrudnienia na poziomie od 6 do ponad 50 pracowników, planuje w najbliższym półroczu dodatkowe rekrutacje. Według Wojciecha Ratajczyka, jest to przejaw nie tyle optymistycznych planów dotyczących rozwoju biznesu, ile coraz większej świadomości problemów związanych z utrzymaniem poziomu zatrudnienia, który pozwalałby na efektywne funkcjonowanie przedsiębiorstwa.

– „Warto zauważyć, że coraz częściej kwestia rotacji nie dotyczy już tylko młodych pracowników, którzy dopiero wkraczają na ścieżkę kariery i poszukują najlepszego miejsca do realizowania swoich zawodowych ambicji. Rynek pracownika sprawił, że na zmianę pracy decydują się osoby z większym doświadczeniem, które dotychczas nie były skłonne do podjęcia ryzyka zmiany pracy. To trend, który będzie przybierał na sile. Dotyczy to wielu branż. Dlatego też pracodawcy powinni nie tylko dołożyć wszelkich starań, aby odpowiednio dostosować ofertę dla nowych pracowników i opracować skuteczne sposoby ich pozyskania, ale również aby zminimalizować ryzyko odejścia doświadczonych specjalistów.” – podkreśla Wojciech Ratajczyk – „ Wiąże się to z dodatkowymi nakładami czasu i środków, dlatego rynek coraz bardziej zmierza w kierunku połączenia potrzeb przedsiębiorstw w obszarze rekrutacji z wiedzą i doświadczeniem wyspecjalizowanych firm HR.” – dodaje Ratajczyk.

Aż 58% firm ankietowanych przez Trenkwalder Polska przedsiębiorców deklarowało, że w ciągu ostatniego roku więcej kandydatów odrzucało oferty pracy niż w latach poprzednich. 37% kandydatów odrzuciło oferty podając jako powód lepszą ofertę u innego pracodawcy. Dopiero na drugim miejscu (23%) było lepsze wynagrodzenie.

-„Jak pokazują wyniki naszego badania, najważniejszym czynnikiem niekoniecznie była tylko wysokość wynagrodzenia czy benefity, ale całokształt oferty pracy i jej atrakcyjność. To ważny sygnał dla pracodawców i wskazówka, żeby analizować powody odrzucenia ofert, a wnioski uwzględniać przy projektowaniu strategii personalnych i budowaniu wizerunku firmy.” – mówi Wojciech Ratajczyk.

DOŚWIADCZONEGO PRACOWNIKA NIEŁATWO ZASTĄPIĆ NOWYM…

Zmiany, które zaszły w ciągu ostatnich lat na rodzimym rynku pracy pokazują niezbicie, że pracownika o wiele łatwiej jest stracić, niż zrekrutować. I wbrew pozorom problem z pozyskaniem kandydatów nie dotyczy już tylko stanowisk, które wymagają rzadkich i unikalnych kompetencji. Co prawda pracodawcy zapytani przez Trenkwalder Polska o to, na jakie stanowisko było im najtrudniej zrekrutować pracowników w ciągu ostatnich 12 miesięcy, na pierwszym miejscu wskazują programistów i specjalistów IT (23 proc. wskazań), ale tuż za nimi znajdują się „niebieskie kołnierzyki”: operatorzy maszyn (14 proc. wskazań), elektrycy
i elektromechanicy (12 proc. wskazań) oraz pracownicy produkcji (9 proc.).

– „Trudności w rekrutacji nowych pracowników wynikają zazwyczaj z niedoboru specjalistów o wąskich kompetencjach i wysokich kwalifikacjach. Jednak niedobór wolnych rąk do pracy w Polsce i niedopasowanie pomiędzy potrzebami rynku pracy, a umiejętnościami kandydatów sprawiły, że również pozyskanie pracowników fizycznych sprawia firmom duże problemy.”mówi Ewelina Glińska-Kołodziej, dyrektor operacyjny w Trenkwalder Polska.

…TRUDNO ZASTĄPIĆ GO TEŻ MASZYNĄ!

Wynik badania zrealizowanego na zlecenie Trenkwalder Polska wyraźnie pokazuje, że pracodawcy najbardziej zmagają się z deficytem pracowników fizycznych. To właśnie „niebieskie kołnierzyki” otwierają listę kandydatów najbardziej pożądanych przez firmy (39 proc. wskazań). Dopiero kolejne miejsca zajmują inżynierowie (15 proc. wskazań), sprzedawcy (11 proc. wskazań) oraz specjaliści IT (10 proc.).

– „Tempo wzrostu automatyzacji w polskich przedsiębiorstwach jest zbyt małe, aby w wykonywaniu prostych prac fizycznych, ludzi można było szybko zastąpić maszynami. Jednocześnie niski poziom bezrobocia w Polsce nie daje złudzeń, że podaż pracowników fizycznych gotowych do podjęcia pracy mogłaby się w najbliższym czasie zwiększyć.”mówi Ewelina Glińska-Kołodziej.

DZIAŁANIA „NA WCZORAJ”

Wcześniejsze fale emigracji zarobkowej pracowników fizycznych, obecny kryzys demograficzny i wzrost osób biernych zawodowo czy wreszcie niedopasowanie szkolnictwa zawodowego do realnych potrzeb przedsiębiorców dały o sobie znać. Eksperci zgodnie stwierdzają, że w najbliższych latach na rodzimym rynku zabraknie około 3 – 4 mln pracowników, a do 2050 roku liczba ta może wzrosnąć nawet do 10 mln.Załatanie „dziur” na polskim rynku pracy to działania na lata, które wymagają systemowych rozwiązań.

-„Przedsiębiorcy potrzebują rozwiązań na już. Dlatego w krótkiej perspektywie trzeba natychmiast wprowadzić ułatwienia w zatrudnianiu i legalizacji pracowników z Ukrainy i z innych krajów. Kolejna rzecz, to dbałość o wizerunek pracodawcy we wszystkich jego aspektach – to co obiecuje, powinno być zgodne z tym, co pracownik zobaczy, kiedy zacznie pracę. Rozbieżność pomiędzy oczekiwaniami, a rzeczywistością, to częste powody rezygnacji z pracy. W długiej perspektywie musimy zredefiniować szkolnictwo branżowe. To działania „na wczoraj”. Nie stać nas na ich odwlekanie, bo na efekty będziemy musieli jeszcze długo poczekać.” – podsumowuje Wojciech Ratajczyk, CEO, Trenkwalder Polska oraz wiceprezes Polskiego Forum HR.

Mat. informacyjny Trenkwalder Polska


[1] Dane GUS, kwiecień 2019.

Wykonywanie anonimowych działań w sieci nie daje nam gwarancji bezpieczeństwa. Eksperci są zgodni co do tego, że zebranych w różnych bazach zanonimizowanych danych nie da zabezpieczyć się przed ponownym przypisaniem ich do konkretnych osób. Specjaliści Xopero Software, producenta do zabezpieczenia i przywracania danych, ostrzegają, jakie zagrożenia niesie zbyt częste podawanie informacji w sieci.

A to głównie dlatego, że informacje pozostawione za nami w Internecie nie znikają. Większość jest mało istotna, jak informacje o zakupie nowych butów. Niestety, zdarza się też, że podajemy te bardziej osobiste – wyniki badań czy numery identyfikacji podatkowej.

Teoretycznie firmy zbierające te dane starają się je chronić. Najczęściej robią to poprzez anonimizację – pozbawienie danych oczywistych informacji osobowych, takich jak imię i nazwisko, adres czy numer telefonu. Dodatkowo usuwa się kolumny w arkuszach kalkulacyjnych, a do plików wprowadza się “szumy”. Jednakże, identyfikacja jest możliwa nawet na podstawie szczątkowych informacji o użytkowniku, takich jak miejsce zamieszkania i płeć. Przykładowo, używając jedynie kodu pocztowego, płci i daty urodzenia mamy aż 81% szans na poprawne wytypowanie konkretnej osoby. Mając do dyspozycji już 15 parametrów demograficznych, prawdopodobieństwo to wynosi aż 99,98%.

Skąd wzięły się te liczby? Odpowiedzi szukać należy na uniwersytecie w Leuven i Imperial College London. Tamtejsi badacze stworzyli narzędzie do identyfikacji anonimowych danych. Za pomocą zaledwie kilku zbiorów pozornie ogólnych informacji pozwolili maszynie uczyć się je rozróżniać. System wyodrębnia rzadziej powtarzające się powiązania i określa szansę prawidłowej identyfikacji.

W obecnej formie narzędzie ma w bazie danych 210 różnych zestawów z 5 źródeł, wliczając spis ludności Stanów Zjednoczonych. Kody pocztowe, którymi dysponuje program, obejmują USA, Anglię i Walię.

Kolejne pytanie nasuwa się samo – skąd nasze dane się tam wzięły? Najprostszą i zarazem prawidłową odpowiedzią jest ta, że “sami je podaliśmy”. Mało kto przy rejestracji na różne witryny czyta warunki przetwarzania danych – z reguły zaznaczamy jedynie wymagane pola godząc się na nie w ciemno. Co ostrożniejszy użytkownik znajdzie tam jednak zapis, głoszący że “serwis może odsprzedawać anonimowe dane podmiotom trzecim”. Informacje pozbawione personaliów, mogą więc krążyć po sieci – za naszą zgodą.

Przeczytaj także:

– Musimy uważać na to, jakie dane podajemy w sieci oraz każdorazowo i skrupulatnie sprawdzać kto i w jaki sposób je wykorzystuje. Anonimowość nie zapewnia bezpieczeństwa – twierdzi Bartosz Jurga, dyrektor sprzedaży w Xopero Software – Im więcej informacji są w stanie połączyć systemy, tym łatwiej będzie nas zidentyfikować i zagrozić naszemu bezpieczeństwu. Pamiętajmy, aby ograniczać podawanie ich w sieci. Nawet, jeżeli zdaje nam się, że to zaledwie szczątkowe informacje. Okazuje się, że połączenie tych z pozoru anonimowych danych w pełny obraz naszej osoby i całkowita identyfikacja jest prostsza niż kiedykolwiek.

Informacje zdobyte przez technologię łączenia danych mogą pozwolić na łatwą kradzież tożsamości, wymuszenia czy działania inwigilacyjne. Zwłaszcza, gdy  pozostawienie kilku ocen dla filmów na Netflixie daje niemal tę samą możliwość identyfikacji co numer polisy ubezpieczeniowej. O możliwościach tej metody przekonał się chociażby Donald Trump. To właśnie ona posłużyła dziennikarzom The New York Times do ujawnienia absurdalnych sum w zwrocie podatkowym obecnego prezydenta USA w pierwszej połowie lat 90.

Źródło: Xopero Software S.A.

W Polsce w 2018 roku za metr kwadratowy nowego mieszkania trzeba było zapłacić średnio 1 370 euro, czyli o 3,8 proc. więcej niż rok wcześniej. W Warszawie cena ta wynosiła 1 935 euro. Dla porównania średni koszt zakupu metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Paryża wynosi ponad 12,9 tys. euro, a w Londynie – 11,2 tys. euro. Jak wynika z ósmej edycji raportu firmy doradczej Deloitte „Property Index. Overview of European Residential Markets. Where does residential price growth end?”, pomimo że w Polsce buduje się najwięcej spośród krajów Europy Środkowej, mieszkań wciąż brakuje. W ubiegłym roku do użytku oddano ich blisko 185 tys.

Raport Deloitte podsumowuje sytuację na rynku nieruchomości największych miast w piętnastu krajach Unii Europejskiej oraz Norwegii. – Analizując sytuację od 2015 roku w 15 z 16 krajów ceny mieszkań rosły. Wyjątkiem były Włochy, gdzie ceny nieruchomości spadają od początku kryzysu finansowego. W ciągu ostatnich trzech lat średni wzrost cen mieszkań w Unii Europejskiej wynosi 5 proc. Jednym z czynników napędzających ten wzrost są rosnące ceny w regionie Europy Środkowej – mówi Maciej Krasoń, Partner w Dziale Audit & Assurance Deloitte, Lider Sektora Nieruchomości i Budownictwa w Polsce i Europie Środkowej. – Oczywistym jest, że wzrost cen nieruchomości nie będzie trwał wiecznie. Wiele zależy od polityki Europejskiego Banku Centralnego. Jeśli jednak obecny kurs zostanie utrzymany, ceny nieruchomości w Europie mogą sięgnąć poziomu sprzed kryzysu finansowego – dodaje.

Ceny mieszkań w Warszawie wciąż rosną

Wśród najdroższych metropolii w analizowanych krajach, tuż za centralnym Paryżem (12,9 tys. euro za m2) i Londynem (11,2 tys. euro), podobnie jak rok temu znalazło się Monachium z ceną 7,8 tys. euro za m2. Nie ma też zmian, jeżeli chodzi o miasta z najtańszymi mieszkaniami. Dwa pierwsze miejsca należą do węgierskiego Debreczyna (1,1 euro za m2) i Győr (1,2 euro za m2).

Spośród stolic w naszym regionie najtaniej jest w Zagrzebiu (1 720 euro za m2), Rydze (1 744 euro za m2), Budapeszcie (1 853 euro za m2) i w Warszawie (1 935 euro za m2). Dla porównania w Pradze koszt ten wzrasta już do 3 162 euro za m2. Raport pokazuje również poziom cen dla trzech innych polskich miast: Krakowa (1 607 euro za m2), Wrocławia (1 559 euro za m2) oraz Łodzi (1 237 euro za m2).

Największy wzrost, bo aż o 30,3 proc. odnotowała czeska Ostrava i hiszpańska Barcelona (29,7 proc.). Z kolei na przeciwległym biegunie znalazło się Birmingham, gdzie ceny w ciągu roku spadły średnio o 13,4 proc.

W jakim mieście za wynajmem mieszkania zapłacimy najwięcej? Tu także zaskoczeń nie ma. Na wynajem metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Paryża należy przeznaczyć 27,8 euro miesięcznie. Dwa kolejne miejsca zajmują Oslo i Trondheim (odpowiednio 25,3 i 21,3 euro za metr), ale w przypadku Norwegii brano pod uwagę jedynie wynajem domów. Warszawa z 14,6 euro za metr kwadratowy znalazła się na 13. miejscu spośród analizowanych miast. We Wrocławiu i Krakowie jest to 10,8 euro, a Łodzi 8,4 euro. Najmniejsze obciążenie dla kieszeni stanowi wynajęcie mieszkania w Debreczynie (6,4 euro).

Szybujące ceny mieszkań w Europie Środkowej

Średnia cena metra kwadratowego w Polsce wynosiła w ubiegłym roku 1 370 euro, czyli o 3,8 proc. więcej niż rok wcześniej. Spośród analizowanych krajów taniej jest tylko na Węgrzech i w Portugalii. Najdrożej jest za to we Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii. Najwyższe wzrosty rok do roku odnotowano w Czechach (16,8 proc.) i na Węgrzech (13,7 proc.).
Z kolei największe spadki cen dotyczą Wielkiej Brytanii (o 14,7 proc.), co wiąże się głównie z deprecjacją funta. – W 2018 roku w Polsce sprzedano nieco mniej mieszkań niż w 2017 roku, ale liczba 64,8 tys. jest porównywalna do tej z 2016 roku. Ceny nadal rosną, w tym przede wszystkim w dużych miastach. Biorąc pod uwagę rynek pierwotny, to największe wzrosty zanotowano w Gdańsku o 12,8 proc. oraz w Warszawie o 8 proc. Dobra koniunktura na rynku mieszkaniowym podtrzymywana jest przez niskie stopy procentowe. Sytuacji nie sprzyjają jednak wzrastające koszty działalności firm budowlanych oraz zmniejszająca się liczba gruntów w atrakcyjnych lokalizacjach – mówi Dominik Stojek, Partner Associate w dziale Doradztwa Nieruchomościowego Deloitte.

Przeczytaj także:

Polska w budowie

W roku 2018 największymi zasobami mieszkaniowymi może pochwalić się Portugalia (579,8). Spośród wszystkich analizowanych krajów najmniej mieszkań jest w Polsce, w której wskaźnik ten wynosi 380,7 mieszkań na tysiąc mieszkańców. Polacy dysponują liczbą 14,6 mln mieszkań.

Zapotrzebowanie na własne lokum jest u nas nadal bardzo duże, ale ograniczony dostęp do kredytowania związany choćby z zakończeniem rządowego programu Mieszkanie dla Młodych, znajduje swoje odbicie w ogólnym spadku poziomu transakcji kupna o 11 proc. w ciągu roku. Największy, bo aż 16 procentowy, odnotowało Trójmiasto – komentuje Marta Jurek, Menedżer w dziale Doradztwa Nieruchomościowego Deloitte.

Średnia liczba nowo oddanych mieszkań przypadających na tysiąc mieszkańców wynosiła w 2018 roku 3,2 dla analizowanych w raporcie krajów. Miejscem, gdzie w 2018 oddano do użytku najwięcej jest podobnie jak w poprzedniej edycji raportu Francja (6,86 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców). Z kolei najgorsze wyniki w tej kategorii odnotowano w Portugalii (1,2 mieszkań na tysiąc mieszkańców). W Polsce wynik ten wynosi 4,81, a to oznacza, że w ubiegłym roku na rynku znalazło się 184,8 tys. nowych mieszkań. Jest to rekord dla regionu Europy Środkowej.

Jeżeli chodzi o liczbę mieszkań będących w budowie, przypadających na tysiąc mieszkańców, to średnia dla wszystkich analizowanych krajów wynosi 3,8. Pod tym względem Polska jest również powyżej średniej z wynikiem 5,8 (rok wcześniej 5,4). Daje nam to trzecie miejsce. W tej kategorii przoduje Francja (6,3 budowanych mieszkań na tysiąc mieszkańców), a najniższy wskaźnik zanotowała Łotwa (1,1).

Kredyty hipoteczne sposobem na własne „M”

Biorąc pod uwagę wysokość średniej rocznej pensji brutto w danym kraju, najszybciej na własne mieszkanie mogą sobie pozwolić Portugalczycy i Belgowie, których już po odpowiednio 3,8 i 4 latach pracy byłoby stać na 70-metrowe lokum. Czesi muszą swoją pensję brutto odkładać w całości przez ponad jedenaście lat. W Polsce z kolei potrzeba na to 7,5 lat. Należy pamiętać, że faktyczna siła nabywcza w zależności od obciążeń pensji brutto w różnych krajach może się różnić, jednak dla potrzeb tego badania przejęto założenie, które umożliwia porównanie.

Ważnym wskaźnikiem na rynku nieruchomości jest zadłużenie związane z zaciąganiem kredytów hipotecznych i porównaniem ich wolumenu do dochodu rozporządzalnego. Wartości tego wskaźnika w poszczególnych krajach znacznie od siebie odbiegały. Państwem o najniższym poziomie zadłużenia były w ubiegłym roku Węgry (20 proc.). Pozostałe kraje regionu Europy Środkowej: Polska, Czechy oraz Łotwa znalazły się w grupie państw wraz z Włochami i Austrią, w których poziomy zadłużenia uplasowały się poniżej 50 proc., z tymże w przypadku Polski jest to poziom 33,8 proc.

Najwyższe zadłużenie – blisko 200 proc. – zaobserwowano na stabilnych i nasyconych rynkach mieszkaniowych Holandii i Danii, gdzie funkcjonują sprawne systemy hipoteczne.

Mieszkańcy, których krajów mogą liczyć na najniższe oprocentowanie kredytów hipotecznych? W 2018 roku byli to Portugalczycy, których kredyty były oprocentowane w wysokości średnio 1 proc. W przypadku Polaków było to średnio 3,8 proc. Z najwyższym, bo w wysokości 4,5 proc., musieli liczyć się Węgrzy.

Źródło: Deloitte

Co trzeci kandydat w Polsce chciałby pracować w oparciu o elastyczny model pracy, dwa lata temu był to co piąty poszukujący pracy. Spośród alternatywnych form zatrudnienia kandydaci najchętniej wybraliby niepełny etat lub kontrakt. Największą motywacją do podjęcia elastycznych form pracy jest możliwość realizacji kilku zleceń i osiągnięcia work-life balance – potwierdza opublikowany dziś raport ManpowerGroup „Jak chcemy pracować?” na temat preferencji zawodowych kandydatów dotyczących modelu pracy.

ManpowerGroup zapytał 18 000 kandydatów na świecie, w tym 750 w Polsce, o to w jaki sposób chcą pracować, jaki tryb pracy preferują i co wpływa na ich wybory. Choć w Polsce największą popularnością nadal cieszy się pełen etat (preferowany przez 70% badanych), to systematycznie rośnie liczba osób optujących za elastycznym modelem pracy. Podczas gdy w 2017 roku było to 18% polskich kandydatów, dziś w ten sposób chciałoby pracować 29% osób poszukujących pracy.

– Forma zatrudnienia często determinuje wybór propozycji zawodowej obok takich czynników jak możliwości rozwoju, wysokość wynagrodzenia, oferowane benefity czy kultura organizacyjna – mówi Katarzyna Pączkowska, dyrektor rekrutacji stałej w Manpower. – W przypadku stanowisk wysoko wyspecjalizowanych czy kierowniczych coraz częściej pojawia się pytanie o elastyczne formy zatrudnienia. Osoby pracujące na dobrze opłacanych stanowiskach, posiadające zaplecze finansowe, chętnie wybierają pracę w oparciu o umowę cywilnoprawną. Na dzisiejszym rynku pracy obserwujemy także zainteresowanie pracą projektową. Z kolei praca na niepełny etat jest chętnie wybierana przez osoby, które rozpoczynają swoją ścieżkę zawodową jeszcze w okresie studiów i potrzebują czasu na dokończenie nauki. Elastyczność jest także ceniona przez osoby posiadające małe dzieci, które dzięki skróconym godzinom pracy, mogą więcej czasu poświęcić rodzinie i sprawom prywatnym – dodaje Katarzyna Pączkowska.

Oferta firm niedopasowana do potrzeb kandydata

Raport ManpowerGroup pokazuje również, że choć więcej osób w Polsce wybrałoby alternatywny model pracy, to ich obecny pracodawca nie daje im takiej możliwości. Spośród 11% polskich kandydatów, którzy preferują umowę kontraktową lub pracę rozliczaną projektowo, tylko połowa ma możliwość być zatrudniona w ten sposób. Jak to wygląda w innych krajach europejskich? Największe różnice w niedopasowaniu ofert pracodawców do potrzeb kandydatów odnotowano w Czechach (7% zatrudnionych vs. 33% preferujących kontrakt lub pracę projektową), Hiszpanii (17% vs. 33%) i we Włoszech (11% vs. 20%), najmniejsze w Wielkiej Brytanii (8% vs. 9%).

Jak zaznacza Marek Wróbeldyrektor ds. kluczowych klientów z ManpowerGroup, w ostatnich latach widoczna jest rosnąca świadomość zarówno klientów na polskim rynku, jak i kandydatów, którzy mając możliwość wyboru, gotowi są przyjąć ofertę pracy w oparciu o model elastyczny, ale w ciekawej firmie lub na interesującym i rozwojowym stanowisku. –Najczęściej są to ludzie młodzi, którzy wchodzą na rynek pracy i chcą spróbować swoich sił w kilku firmach, na różnych szczeblach kariery. Elastyczne modele pracy najczęściej oferowane są przez firmy zagraniczne, dla których standardem jest, żeby pewien odsetek pracujących zatrudniany był na projekty czasowe czy w niepełnym wymiarze czasu pracy. Oprócz branż, które najczęściej oferują takie rozwiązanie, czyli logistyki i produkcji, również centra usług wspólnych, na przykład finansowe czy IT, zgłaszają zapotrzebowanie na pracowników, z którymi nie planują długoletniej współpracy – dodaje Marek Wróbel.

Przeczytaj także:

Polska na tle innych rynków

Jak na innych rynkach europejskich wyglądają preferencje kandydatów dotyczące formy zatrudnienia? Spośród 10 przeanalizowanych krajów najwięcej osób deklarujących chęć pracy w ramach alternatywnych modeli pracy mieszka w Czechach (50% poszukujących pracy), w Hiszpanii (49%) i we Włoszech (43%). Najmniej we Francji (28%), Szwecji (30%) i Norwegii (33%). Średnia dla krajów europejskich to 38%, podczas gdy w ujęciu globalnym taki model zatrudnienia wybrałoby 45% kandydatów. W badaniu kandydaci zostali również zapytani o czynniki motywujące ich do podjęcia zatrudnienia w oparciu o elastyczny model pracy. Największym uznaniem wśród nich cieszy się możliwość realizacji jednocześnie innych zleceń. Wielu z nich w elastyczności widzi też szansę na pogodzenie życia rodzinnego z zawodowym.

Co mogą zrobić pracodawcy?

Wśród kandydatów na świecie odnotowuje się coraz większą chęć rezygnacji z zatrudnienia na pełen etat w zamian za elastyczny czas pracy, możliwość wyboru projektów oraz potrzebę osiągnięcia work-life balance. Pracodawcy chcący pozyskać pracowników na stanowiska pełnoetatowe mogą wdrożyć elementy elastyczności na wzór pracy w oparciu o umowę kontraktową lub pracę projektową, proponując elastyczne godziny pracy, pracę zdalną z zapewnieniem niezbędnych narzędzi czy rozliczanie za efekt. Firmy wychodząc naprzeciw oczekiwaniom kandydatów i pracowników, zwiększają również wymiar płatnego urlopu.– Potrzeba zmian ze strony kandydatów będzie wymuszać z kolei zmianę w podejściu pracodawców do elastycznego zatrudnienia. Organizacje będą dostosowywać się do potrzeb potencjalnego pracownika i budować dla niego model współpracy, porzucając założenie, że umowa o pracę pozwoli zatrzymać pracownika na dłużej i zmniejszyć rotację. Ostatni rok, czyli czas największego od lat niedoboru talentów w Polsce, pokazał, że taka strategia w praktyce nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Po stronie firm jest zatem wypracowanie takich rozwiązań w zakresie zatrudnienia, aby pracownik chciał u nich pracować – podsumowuje Tomasz Walenczak, dyrektor marki Manpower.

Źródło: Manpower Group

Wakacyjna beztroska może się szybko skończyć, jeśli zgubimy lub zostanie nam skradziony dowód osobisty. Jak postępować w razie kradzieży dokumentu i czy można kserować dowód osobisty w wypożyczalni kajaków – radzi ekspert portalu Kapitalni.org

Pośpiech wakacyjnych przesiadek bywa zgubny. Strata dowodu osobistego w środku urlopu jest problematyczna nie tylko z powodu utrudnionego powrotu do domu. Często nawet nie wiemy, czy zgubiliśmy dokument, czy został nam celowo ukradziony. Należy pamiętać, że dane z dowodu mogą zostać nielegalnie wykorzystane. Dlatego warto od razu działać, aby nie stać się ofiarą oszustwa.

Policja i konsulat pomogą

O braku dowodu należy poinformować odpowiedni urząd. W czasie wakacji w Polsce utratę dokumentu należy zgłosić na najbliższym posterunku policji. Policja wyda oświadczenie potwierdzające zgłoszenie przestępstwa.

Dużo więcej komplikacji wiąże się utratą dokumentu za granicą. W strefie Schengen mamy prawo podróżować legitymując się polskim dowodem osobistym. Gdy zostanie nam ukradziony, możemy mieć trudności z powrotem do Polski. Bez dokumentu tożsamości nie zostaniemy wpuszczeni na pokład samolotu. W każdym polskim konsulacie otrzymamy niezbędną pomoc oraz dokumenty umożliwiające dalszy pobyt i przekroczenie granic.

Konsulat może także udzielić pożyczki, jeśli razem z dowodem straciliśmy pieniądze i karty kredytowe. W niektórych krajach nie ma jednak polskich placówek dyplomatycznych. Każdy polski obywatel może zgłosić się do placówki innego państwa członkowskiego UE.

Przezorny zabezpieczony – jak zastrzec dowód osobisty?

– Gdy zorientujemy się, że nie mamy dowodu osobistego, trzeba go zastrzec. Najszybciej możemy to zrobić za pośrednictwem portalu Biura Informacji Kredytowej. Aby móc to zrobić „od ręki”, musimy posiadać konto w BIK. Daje nam ono komfort, że będziemy mogli zastrzec dowód osobisty bez względu na czas i miejsce, czyli także za granicą. Wystarczy mieć dostęp do internetu – mówi Tomasz Jaroszek, ekspert portali Kapitalni.org.

Ta szybka procedura daje nam gwarancję, że nie staniemy się ofiarą przestępstwa finansowego. Nasz dowód zostanie wyłączony z obiegu i niepowołane osoby nie będą mogły się nim posłużyć.

Jeśli ktoś nie posiada konta w BIK, może w łatwy sposób zgłosić utratę dowodu w banku. Nie musi to być bank, w którym posiadamy rachunek. W Polsce działa System DOKUMENTÓW ZASTRZEŻONYCH (System DZ). Dzięki niemu możemy zastrzec dowód osobisty w swoim banku lub w dowolnym przyjmującym zastrzeżenia także od osób niebędących jego klientami. Zastrzegamy dokument tylko w czasie wizyty w jednym banku, a dane zostaną automatycznie przekazane do wszystkich pozostałych uczestników Systemu DZ. Część banków przyjmuje także zastrzeżenia również telefonicznie.

Lepiej mieć dowód na oku – zakaz kserowania dokumentów

Komplikacji może nam przysporzyć nie tylko fizyczna utrata dowodu osobistego. Lepiej nawet nie spuszczać dokumentów z oczu, np. nie pozwalać wynosić go obcym osobom na zaplecze wypożyczalni czy sklepu. W czasie wakacji często wypożyczamy sprzęt sportowy. Powszechną praktyką wypożyczalni jest zostawianie w zastaw lub kserowanie dowodu osobistego. Osoby, które lekkomyślnie podchodzą do ochrony swoich danych osobowych, zgadzają się na taki proceder.

–  Wielokrotnie, gdy pożyczałem sprzęt sportowy, np. narty, poproszono mnie o pokazanie dowodu osobistego, a następnie robiono kserokopię dokumentu. 12 lipca weszła w życie ustawa o dokumentach publicznych, która zakazuje wykonywania kopii dowodu osobistego przez podmioty do tego nieupoważnienie, czyli np. wypożyczalnie sprzętu sportowego – wyjaśnia Tomasz Jaroszek, ekspert portalu Kapitalni.org.

Banki – wyjątek od reguły

Pomimo zakazu kopiowania dowodów osobistych, firmy będą mogły poprosić o okazanie dokumentu tożsamości i spisać ewentualnie wymagane dane, np. do zawarcia umowy. Podmiotami upoważnionymi do sporządzania kopii dokumentów na podstawie ustawy o przeciwdziałaniu prania brudnych pieniędzy i finansowaniu terroryzmu pozostają banki, firmy ubezpieczeniowe czy notariusze. W tych instytucjach kserowanie dowodu osobistego nie powinno nas niepokoić.

Źródło: Kapitalni.org

Eksperci

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

W cieniu ustawy „frankowej”, w Sądzie Najwyższym kształtuje się orzecznictwo w sprawach kred

Ostatnie informacje i wydarzenia w świecie kredytów „frankowych”, zostały zdominowane przez kwestię ...

Biegowy biznes z Polski podbije świat. I można do tego podboju dołączyć

Runmageddon – stworzony w Polsce cykl biegów przeszkodowych – to najbardziej nuklearna historia na p...

Straty są nieodłączną częścią inwestycji

Zakończony niedawno maj był najgorszym miesiącem w tym roku dla rynku akcji. Większość parkietów odn...

Uchwała NSA pozwala wygrać z fiskusem

Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia or...

AKTUALNOŚCI

Ważne dla Polski nowe stanowisko Komisji Europejskiej

Odpowiedź Komisji Europejskiej na ostatnie głosowanie Parlamentu Europejskiego w sprawie pakietu mob...

Dlaczego państwo pozwala na nieozusowane umowy zlecenia?

Dlaczego rząd do tej pory nie zmienił szkodliwego art. 9 ustawy o SUS? Federacja Przedsiębiorców Pol...

Parlament wybrał Ursulę von der Leyen jako pierwszą kobietę przewodniczącą Komisji Europejskie

Parlament Europejski 383 głosami za wybrał w tajnym głosowaniu 16 lipca Ursulę von der Leyen na prze...

Wzrost cen może być krótkotrwały

Jak informuje BIEC (Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych), wskaźnik Przyszłej Inflacji (WPI), prog...

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj książkę

Zapraszamy do udziału w kolejnym konkursie organizowanym przez nasz portal. Tym razem pytamy Was o t...