wtorek, Październik 22, 2019
Facebook
Home Archiwa 2019 Lipiec 1

Dzienne archiwaLip 1, 2019

Czy mniej może znaczyć więcej? Według twórców LESS_, odpowiedź brzmi „tak”! I udowadniają, że szafa lżejsza przynajmniej o połowę jej zawartości może przynieść korzyść m.in. w postaci wypracowania własnego stylu. Pierwsza aplikacja na polskim rynku, która łączy w funkcję społecznościową z opcją sprzedaży i zakupu jest już dostępna dla użytkowników.

Statystycznie Polacy nie korzystają aż z 67% rzeczy ze swojej garderoby. Ubrania gromadzone przez lata – po okazyjnych cenach czy jako efekt spontanicznych zakupów, z czasem zmieniają się w stos niepasujących do siebie rzeczy. Jednocześnie coraz więcej osób pragnie zmniejszyć ilość zbędnej odzieży swojej szafie i uzyskać spójny „look”. Nie dziwi więc, że bardzo dużo sympatyków zyskują minimalizm czy Capsule Wardrobe. To m.in. dla osób, które chcą zaprowadzić porządek na półkach i znaleźć własny styl, powstała nowa, darmowa aplikacja na urządzenia mobilne – LESS_.

Jak działa LESS_? Aplikacja łączy w sobie funkcję społecznościową z opcją sprzedaży i zakupu odzieży z drugiej ręki. Każda osoba, która się zarejestruje, może stworzyć wirtualną szafę. Umieszcza w niej zdjęcia ubrań, które chce sprzedać i tych, które kupiła za jej pośrednictwem. Użytkownicy dokonują transakcji bezpośrednio pomiędzy sobą, o każdej porze. Nie jest pobierana za to żadna prowizja.

W aplikacji kluczowe znaczenie ma forma ekspozycji ubrań. Jej twórcy sugerują, by były to estetyczne stylizacje ukazujące, jak dana rzecz się układa i z czym można ją łączyć. Dzięki temu, w przeciwieństwie do odzieży fotografowanej na wieszakach, innym użytkownikom łatwiej zadecydować, czy dane ubranie chcą mieć w swojej szafie. Osoby korzystające z LESS_ są zainteresowane bieżącymi trendami. Dzięki zawieraniu wirtualnych znajomości – wzajemnym followaniu, ocenianiu zakupów, looków i komentowaniu, wymieniają się opiniami na temat mody i stylu.

LESS_ to jednak nie tylko świadome zakupy i kreowanie własnego stylu. Aplikacja ma służyć zwiększeniu świadomości dbania o środowisko. – Dziś konieczna jest zmiana reguł panujących w świecie mody i zakupów. I my chcemy być częścią tej rewolucji. Nasza aplikacja pomaga zrobić pierwszy krok – zarówno w zmianie własnej garderoby, jak i troszczenia się o naszą planetę – mówi Mateusz Oleksiuk, CEO LESS_. Użytkownicy aplikacji, dając ubraniom drugie życie, wysyłają ważny komunikat: jesteśmy po stronie Ziemi. Dzięki aplikacji LESS_, wybierając ubrania bezpośrednio od właścicieli, wspierają kulturę recyklingu i jednocześnie płacą mniej za unikatowe ubrania.

Przeczytaj także:

LESS_ to nowa inwestycja w portfelu Dawida Urbana. – W okresie od marca do czerwca 2018 roku wysłałem swój projekt z prośbą o wsparcie do 200 różnych Aniołów Biznesu, Funduszy, Kampanii Crowdfundingowych – odezwały się tylko 3 osoby, w tym Dawid – ale jedynie Dawid potraktował temat profesjonalnie, wyraził chęć spotkania i podjął negocjacje. – dodaje Mateusz Oleksiuk. Inwestor wprowadził do aplikacji kluczowy element – możliwość sprzedawania i kupowania przedmiotów pomiędzy samymi użytkownikami. Dodanie tej funkcji Dawid Urban oparł na swojej wiedzy wyniesionej z doświadczenia w handlu.

LESS_ jest już dostępne w AppStore i Sklepie Google Play. Aplikacja jest darmowa.

Źródło: LESS_

Wprowadzenie ograniczenia handlu w niedziele spowodowało, że wielu Polaków musiało zmienić swoje przyzwyczajenia. Dotyczy to nie tylko zwyczajów zakupowych, ale również sposobu spędzania wolnego czasu. Ciekawych obserwacji na ten temat dostarczają wyniki ankiet zrealizowanych przez Agencję Badań Rynku i Opinii SW Research oraz wywiadów przeprowadzonych przez Danae. Chęć spędzania wolnego czasu była jednym z czterech najważniejszych powodów, dla którego Polacy odwiedzali centra handlowe w niedziele. Grupami, które wskazywały go częściej, byli mieszkańcy wsi oraz miast o populacji nieprzekraczającej 100 tysięcy. Jednak dla części z nich zakaz handlu w niedziele nie ma istotnego znaczenia.

Jak pokazują badania zrealizowane przez SW Research, przed wprowadzeniem ustawy ograniczającej handel, ponad połowa Polaków (52 proc.) robiła zakupy przynajmniej kilka niedziel w miesiącu. Jednak powody wizyt w centrach handlowych były różne. Najczęściej związane one były z zakupami – odzieżowymi (37,8 proc.), spożywczymi (36 proc.) czy wyposażeniem domu (24,9 proc.). Co ciekawe kobiety chętniej odwiedzały centra handlowe w niedziele po to, aby dokonać zakupów związanych z garderobą (41,9 proc. badanych kobiet), zaś celem wizyt mężczyzn w tego typu placówkach, były zakupy spożywcze (41,4 proc. mężczyzn uczestniczących w badaniach). Ale jak wynika z ankiety nie tylko możliwość zrobienia spokojnych zakupów kierowała kroki Polaków do centrów handlowych. Znacząca grupa badanych traktowała niedzielną wizytę jako okazję do spędzenia wolnego czasu w towarzystwie rodziny i przyjaciół (18,8 proc.) lub możliwość skorzystania z dostępnej tam oferty gastronomicznej (18,4 proc.). Uwagę zwraca fakt, że różnice między wskazaniami kobiet i mężczyzn były niewielkie, a to pokazuje, że dla niemal co piątego Polaka, centra handlowe, ze swoją bogatą ofertą kulturalno-gastronomiczną, stanowiły istotny element życia społecznego.

Okazuje się jednak, że wymiar społeczny tego typu placówek miał nieco inne znaczenie dla mieszkańców wsi i małych miast niż dla respondentów zamieszkujących większe aglomeracje. Ilustrują to badania, z których wynika, że najliczniejszą grupę wśród osób, które niedzielne wizyty w centrach handlowych traktowały jako możliwość spędzenia czasu z rodziną i przyjaciółmi stanowili mieszkańcy wsi oraz mniejszych miejscowości (do 100 tys. mieszkańców). Natomiast mieszkańcy miast o populacji przekraczającej 500 tys. częściej wskazywali chęć odwiedzenia kawiarni, baru czy restauracji. Zestawienie tych odpowiedzi nasuwa ciekawy wniosek – wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę może nie tylko utrudniać swobodne zakupy, ale także ograniczać dostęp do oferty kulturalno-rozrywkowej, który szczególnie odczuli mieszkańcy wsi i małych miejscowości. Problem ten w mniejszym stopniu dotknąć może mieszkańców większych miejscowości.  Zgodniez prawem, ustawa nie reguluje działalności gastronomicznej w niedzielę co w praktyce oznacza, że osoby z większych miast mogą swobodnie korzystać z oferty kawiarni, barów i restauracji.

Jak wielu osób dotyczy ten problem najlepiej obrazują statystyki. Jak podaje  GUS mieszkańcy wsi stanowią obecnie prawie 40 proc. ludności Polski. Co więcej, w wyniku migracji wewnętrznej tereny wiejskie zyskują nowych mieszkańców. W samym 2018 r. na przeprowadzkę na wieś zdecydowało się ponad 28 tys. osób. Ten kierunek migracji wewnętrznej jest konsekwencją wielu czynników. Jednym z nich jest fakt, że silna ekspansja dużych miast skłania młodych, wykształconych ludzi do osiedlania się na terenach zlokalizowanych na ich obrzeżach. Takie rozwiązanie wydaje się też łączyć kilka zalet – obniżenie kosztów kupna mieszkania lub domu, ucieczkę od zgiełku metropolii, a równocześnie możliwość pracy w niej. Z drugiej jednak strony osoby te nie chcą zupełnie rezygnować z oferty dużych miast. Tymczasem ustawa ograniczająca handel w niedziele mogła spowodować, że część mieszkańców wsi i małych miast zmuszona została do zmiany przyjętego modelu funkcjonowania.

Przeczytaj także:

Tezę tę zdają się potwierdzać badania jakościowe przeprowadzone przez Danae. Niektóre osoby uczestniczące w wywiadach zwracały uwagę na to, że w miejscowościach, w których dostęp do atrakcji jest ograniczony, często sezonowy, niedzielny wyjazd do centrum handlowego był zarówno okazją do zakupów, jak i ciekawego sposobu spędzenia czasu. Jedna z respondentek, mieszkanka podkrakowskiej wsi przyznaje: W naszej miejscowości nic nie ma. To jest mała wiocha, kompletnie. Są jakieś świetlice środowiskowe, ale to są w tygodniu zajęcia (…). W weekend nic nie ma. Inny badany mówi: Jest mniej możliwości na wydanie ciężko zarobionych pieniędzy. Mam nadzieję, że to jest też mimo wszystko przejściowe i liczę, że to wszystko wróci do normy, czyli po prostu będą zniesione te niedziele niehandlowe. Z tego na pewno byłbym zadowolony. W trakcie wywiadów jakościowych, respondenci prezentujący podejście bardziej aktywne zarówno w codziennym życiu, jak i w sposobie spędzania wolnego czasu, wskazywali na uciążliwości związane z ograniczeniem handlu w niedzielę. Dla nich wprowadzenie zmian w prawie oznaczało konieczność reorganizacji całego tygodnia. Jeden z uczestników badania podkreśla:Jeśli chciałoby się wyskoczyć ze znajomymi (…), to ciężko znaleźć w niedzielę jakieś połączenie. Szczególnie teraz jak nie ma tych niedziel handlowych, to jest mniej połączeń. Jak były pracujące, to było więcej połączeń.

Jednak w trakcie badań jakościowych pojawiały się również głosy osób, które z uwagi na swoje przyzwyczajenia, a także preferencje spędzania wolnego czasu w najbliższej okolicy, nie odczuły zmian. Jeden z respondentów mówi: My już jesteśmy tak przyzwyczajone tym trybem, że robiło się zawsze zakupy w sobotę albo w piątek, bo to była wioska po PGR-ach (…). Wiadomo było, że w niedzielę było zawsze zamknięte. Ci są zwolennikami obowiązujących przepisów.

Źródło: SW Research

Prawie 4,3 miliardy złotych – aż tyle warte są nowe mieszkania kupione za gotówkę tylko przez trzy miesiące tego roku i tylko w 7 miastach Polski. Najnowsze szacunki Narodowego Banku Polskiego sugerują, że znowu więcej osób postanowiło kupić mieszkanie niż trzymać pieniądze na lokacie. Ta przeważnie nawet nie chroni dziś oszczędności przed inflacją.

Ponad 10 tysięcy mieszkań – tyle Polacy kupili za gotówkę w pierwszym kwartale 2019 roku – wynika z szacunków HRE Investments opartych o szacunki NBP i REAS JLL. Jest to imponujący wynik jeśli weźmiemy pod uwagę, że dane te dotyczą jedynie mieszkań deweloperskich sprzedanych w okresie trzech miesięcy na terenie 7 polskich miast.

Ceny rosną, ale inflacja też

Wynik zanotowany na początku roku jest gorszy niż w analogicznym okresie przed rokiem (spadek o 12%), ale z drugiej strony lepszy niż wyniki z pozostałych kwartałów ubiegłego roku. Warto przypomnieć, że jeszcze w wakacje 2018 roku gotówkowa sprzedaż mieszkań w badanych miastach spadła do poziomu 7 tysięcy lokali – wyniku nienotowanego od 2015 roku.

Nie wykluczone, że za wszystkim stoją trzy ważne czynniki: inflacja, słabe oprocentowanie lokat i ceny mieszkań. Podczas gdy w 2018 roku bardzo szybko rosnące ceny mieszkań i kosmetyczne wzrosty oprocentowania lokat zniechęcały do inwestycyjnego zakupu mieszkań, to dziś sytuacja zdaje się odwracać. Po pierwsze oprocentowanie lokat maleje, co przy przyspieszającej inflacji jest skuteczną receptą na to, aby trzymane na lokatach pieniądze z czasem traciły na wartości. Z drugiej strony wszystko wskazuje na to, że ceny mieszkań przestały tak szybko rosnąć. Są to warunki, w których część inwestorów omijających rynek mieszkaniowy w 2018 roku rozważa powrót do inwestowania w nieruchomości.

61% transakcji to gotówka

Co warto podkreślić bank centralny zmodyfikował metodologię prowadzonych przez siebie szacunków. W raporcie możemy dzięki temu znaleźć informację o mieszkaniach kupionych wyłącznie za gotówkę – bez uwzględniania wkładów własnych osób kupujących mieszkania z pomocą kredytu hipotecznego. Według szacunków NBP opiewały one w pierwszym kwartale na prawie 4,3 miliardy złotych. Jest to wynik o 5% gorszy niż w analogicznym okresie rok wcześniej i o 6% lepszy niż w ostatnim kwartale 2018 roku. 

Najnowsze dane banku centralnego oznaczają w praktyce, że w pierwszym kwartale br. zakupy gotówkowe odpowiadały za ponad połowę (61%) kwoty wydanej przez Polaków na nowe mieszkania w 7 miastach (Warszawa, Wrocław, Kraków, Poznań, Łódź, Gdańsk i Gdynia).

Źródło: HRE Investments

Mimo osłabienia budzących obawy czynników ekonomicznych oraz gospodarczych, przedsiębiorcy zachowują czujność i z mniejszym zaufaniem podchodzą do globalnej sytuacji gospodarczej. W Polsce CFO częściej spodziewają się spadku przychodów niż ich wzrostu, a – jak wynika z najnowszego badania firmy doradczej Deloitte „European CFO Survey Eyes on demand” – skłonność firm do inwestowania i powiększania zespołów pracowników jest najniższa w całej historii badania.

Deloitte zapytał o opinię 1 473 dyrektorów finansowych z 20 krajów Europy, w tym z Austrii, Belgii, Danii, Finlandii, Niemiec, Grecji, Islandii, Irlandii, Włoch, Luksemburga, Holandii, Norwegii, Portugalii, Rosji, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Turcji, Wielkiej Brytanii i Polski.

Z badania wynika, że 35 proc. dyrektorów finansowych w Polsce patrzy na prognozy finansowe spółki z optymizmem większym niż jeszcze w poprzedniej edycji badania. Tyle samo respondentów deklaruje jednak, że poziom optymizmu się obniżył. Globalnie to odpowiednio 24 proc. i 26 proc. Optymizm netto, rozumiany jako odsetek osób wskazujących, że perspektywy finansowe ich firm są optymistyczne pomniejszony o odsetek wskazujących na pogorszenie sytuacji, wyniósł więc -2 proc. W tej edycji badania widać, że nastroje pogorszyły się znacznie bardziej w strefie euro niż poza nią. Także tu szczególnie zwiększyła się liczba dyrektorów finansowych, którzy uważają za prawdopodobny i niebezpieczny kolejny kryzys w strefie euro.

Zobacz też:

Niepewność wciąż wysoka

Zdecydowana większość dyrektorów finansowych, bo aż 63 proc., nadal uważa obecny poziom niepewności finansowej i gospodarczej za wysoki lub bardzo wysoki. To niewielki wzrost w porównaniu z sytuacją sprzed pół roku. W Polsce wysoką niepewność deklaruje 35 proc. zapytanych CFO, u 10 proc. ta niepewność jest na niskim poziomie. – Należy zwrócić uwagę na ciekawy trend. Odwróciły się proporcje, które utrzymywały się od końca 2017 r. między postrzeganiem CFO w strefie euro i poza nią. Największy wpływ na tę zmianę mają dyrektorzy finansowi z Turcji i znaczący spadek postrzeganej niepewności wśród nich. Odsetek CFO z tego kraju, którzy uważają, że niepewność jest wysoka, jest o połowę mniejszy niż w poprzednim badaniu. Inflacja co prawda nadal pozostaje wysoka, a kurs liry tureckiej niepewny, ale tamtejsi dyrektorzy finansowi najwidoczniej uważają, że najgorsze już za nimi – mówi Piotr Świętochowski, Partner w Dziale Audit & Assurance, Deloitte. Dyrektorzy finansowi zdecydowanie ostrożniej podchodzą do kwestii ryzyka. Jedynie 20 proc. CFO w Europie uważa, że to dobry moment na podejmowanie ryzyka. W Polsce taką opinię ma 35 proc. badanych, podczas gdy aż 65 proc. jest przeciwnego zdania.

Polscy CFO nie liczą na większy zysk

60 proc. dyrektorów finansowych spodziewa się, że w ciągu najbliższego roku przychody spółki wzrosną. W podziale na poszczególne kraje Polska wypada tu najsłabiej. Nadzieję na wzrost przychodów ma jedynie 25 proc. CFO znad Wisły. Najwięcej – w Irlandii, aż 84 proc. Globalnie spadku przychodów spodziewa się 21 proc. ankietowanych dyrektorów. W Polsce aż 35 proc. Prześciga nas tylko Wielka Brytania, gdzie spadków spodziewa się połowa badanych CFO.

Perspektywy CFO na najbliższe 12 miesięcy w zakresie ewolucji przychodów i marż operacyjnych w ich spółkach są gorsze niż sześć miesięcy temu. Saldo netto w przypadku obu wskaźników jest na historycznie niskim poziomie. Przy spodziewanej stagnacji lub spadku przychodów, wzroście cen ropy naftowej oraz niemożności łatwego obniżenia kosztów pracy przez przedsiębiorstwa w Europie, nie jest zaskoczeniem, że perspektywy zysku wyglądają ponuro – mówi Julia Patorska, Lider zespołu ds. analiz ekonomicznych w Deloitte.

Wzrost kosztów i brak wykwalifikowanej kadry

Ponad połowa (55 proc.) ankietowanych w Polsce wskazała na rosnące koszty i niedobór doświadczonych pracowników, jako na największe ryzyka przed jakimi stoi Polska. Globalnie jedynie 9 proc. zapytanych przez Deloitte dyrektorów finansowych optymistycznie ocenia przyszłe inwestycje kapitałowe. W porównaniu z sytuacją sprzed sześciu miesięcy, perspektywy dotyczące zarówno wydatków kapitałowych, jak i zatrudnienia uległy pogorszeniu. Odsetek dyrektorów finansowych spodziewających się spadku wydatków inwestycyjnych wzrósł z 12 proc. jesienią 2018 r. do 19 proc. W przypadku planów zatrudnienia wzrost ten wynosi 23 proc (z 15 proc). Poza Wielką Brytanią, również w Islandii i w Polsce znacznie spadły wydatki inwestycyjne i plany zatrudnienia. Obecnie 35 proc. dyrektorów finansowych w Polsce spodziewa się, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy nakłady inwestycyjne wzrosną (w poprzedniej edycji badania podobnie przewidywało 42 proc respondentów), zaś 30 proc. oczekuje, że spadną (poprzednio 20 proc). Jedna czwarta dyrektorów finansowych uważa, że w ciągu najbliższego roku liczba pracowników firmy wzrośnie, co w porównaniu z ubiegłym badaniem stanowi spadek o 7 p.p. Natomiast 20 proc. oczekuje, że zmaleje ona (poprzednio 11 proc.).

Wśród ryzyk polscy CFO bardzo często wskazują też na spadek popytu krajowego lub recesję (40 proc.) oraz wzmożone kontrole (40 proc.) i zwiększające się obowiązki sprawozdawcze w zakresie podatków (35 proc.).

Zobacz też:

Strategia ekspansji przede wszystkim

Dyrektorzy finansowi są nadal nastawieni na strategie zorientowane na wzrost. W większości krajów wśród trzech najważniejszych priorytetów umieszczali właśnie ekspansję. – Nie da się jednak nie zauważyć, że od ostatniego badania dwukrotnie wzrosła liczba krajów, gdzie redukcja kosztów była najważniejszą strategią na najbliższy rok – mówi Piotr Świętochowski.

Polscy CFO częściej niż ci z innych krajów Europy stawiają na strategię ekspansji, głównie w obszarze fuzji i przejęć, wzrostu inwestycji kapitałowych czy inwestycje B+R oraz digitalizację. Znaczenie digitalizacji jako najwyższego priorytetu strategicznego w ostatnich czterech edycjach badania stale wzrasta. – Wydaje się więc, że pomimo rosnącej niepewności w skali makro przedsiębiorstwa europejskie nadal koncentrują się na transformacji cyfrowej, by w ten sposób dostosować się do szybko zmieniających się warunków rynkowych i podnosić efektywność swojej działalności – dodaje Julia Patorska.

Raport do pobrania znajduje się tutaj.

Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce (KPF) uznaje za całkowicie niezasadne drastyczne ograniczenie maksymalnej wysokości pozaodsetkowych kosztów kredytu (proponowane zmiany art. 36a ustawy o kredycie konsumenckim w brzmieniu przyjętym w drodze reasumpcji decyzji Rady Ministrów z dnia 25 czerwca 2019 r.). W opinii KPF wdrożenie rządowej propozycji jest wysoce szkodliwe dla całego rynku consumer finance, w tym dla pożyczkodawców, pożyczkobiorców oraz budżetu państwa i poważnie zaburzy równowagę stron umowy pożyczki.

Przyjęcie proponowanych zmian limitu kosztów pozaodsetkowych w obszarze kredytu konsumenckiego (10% + 10%) spowoduje w szczególności:

  • wzrost wykluczenia gospodarstw domowych z rynku finansowego – duża część obsługiwanej przez sektor grupy 3 milionów klientów może zostać pozbawiona możliwości finansowania bieżących potrzeb – nie zniknie popyt, zlikwidowana zostanie podaż,
  • rozwój szarej strefy pożyczek i podziemia lichwiarskiego, w którą wejdą osoby wykluczone z legalnego rynku finansowego, zarówno bankowego, SKOK i instytucji pożyczkowych, dziś zaciągające i spłacające swoje zobowiązania,
  • likwidację legalnie działającego pozabankowego sektora kredytu konsumenckiego oraz sektora pośredników kredytowych kredytu konsumenckiego,
  • likwidację do 40 tysięcy miejsc pracy w sektorze pożyczkowym i sektorach z nim związanych, w tym m.in. pośrednictwa finansowego, windykacji, dostarczania danych, czy dostarczania nowoczesnych rozwiązań typu FinTech,
  • drastyczne ograniczenie wpływów z podatków CIT, PIT i VAT – szacunki branży wskazują na możliwe uszczuplenie dochodów nawet o kwotę przekraczającą 2 miliardy złotych rocznie,
  • zachwianie rynku Funduszy Inwestycyjnych i podważenie wiarygodności rynku kapitałowego w Polsce (zmiany realnie wpłyną na odpływ inwestorów zagranicznych oraz straty dla właścicieli jednostek uczestnictw Funduszy, które finansowały ten sektor),
  • konieczność utrzymania przez państwo pracowników zlikwidowanych firm przez okres, w którym będą oni pozostawać bez pracy,
  • osłabienie konkurencji na rynku konsumenckich produktów finansowych, co negatywnie odbije się na oferowanych usługach.

KPF wyraża też zdecydowany sprzeciw wobec generalizowania pojęcia lichwy i przypisywania tej kategorii pojęciowej, niejako z definicji, instytucjom pożyczkowym, udzielającym kredytu konsumenckiego na podstawie ustawy z dnia 12 maja 2011 r. o kredycie konsumenckim. Instytucje pożyczkowe, podobnie jak inne sektory rynku usług kredytowych dla konsumentów, działają w oparciu o tę samą dla wszystkich przedsiębiorców ustawę o kredycie konsumenckim, podlegają prawnym ograniczeniom w zakresie kosztów, nie pobierają wyższych niż przewidziane prawem opłat i nie mają prawa do żądania zabezpieczenia finansowania nieruchomościami mieszkalnymi.

– Wbrew powszechnej opinii, którą – co stwierdzamy ze smutkiem – powielają też niektórzy ministrowie rządu RP, pozabankowe organizacje pożyczkowe nie są lichwą. Podmioty wpisane do Rejestru Instytucji Pożyczkowych, prowadzonego przez Komisję Nadzoru Finansowego, działając legalnie, prowadzą swoją działalność zgodnie z polskim prawodawstwem – podkreśla Andrzej Roter, prezes Zarządu KPF. – Co więcej, firmy zrzeszone w organizacjach branżowych od lat podejmują szereg inicjatyw na rzecz samoregulacji branży (np. Kodeks Dobrych Praktyk KPF) i angażują się w działania na rzecz odpowiedzialnej sprzedaży, zarówno z poziomu pojedynczych przedsiębiorstw, jak i całego sektora.

Przeczytaj także:

Chcąc zwrócić uwagę szerokiego grona interesariuszy pozabankowych organizacji finansowych oraz pośredników finansowych na problem, jak również by zachęcić projektodawców do rzetelnego dialogu społecznego, w oparciu o rzetelną analizę ekonomiczną, branża wystosowała petycję, w której apeluje do Premiera Mateusza Morawieckiego o rewizję projektowanych przepisów legislacyjnych, skutkujących likwidacją sektora pożyczek pozabankowych oraz sektora pośrednictwa finansowego.

– Jesteśmy gotowi do merytorycznej dyskusji na temat takich zmian w prawie, które jeszcze lepiej będą chronić Polaków przed prawdziwie lichwiarskimi pożyczkami, prowadzącymi do różnych patologii. Jednak, aby taka dyskusja miała sens, branża pożyczkowa musi istnieć, a przegłosowanie zmian w zaproponowanym kształcie doprowadzi do jej wykluczenia z legalnego obrotu gospodarczego – alarmuje Marcin Czugan, Wiceprezes Zarządu KPF.

Źródło: Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce – Związek Pracodawców

Od czerwca br. przedsiębiorcy biorący udział w przetargach opartych na prawie zamówień publicznych zyskali alternatywę wobec wadium wpłacanego w gotówce. Dzięki zmodernizowanemu portalowi gwarancje24.pl firmy mogą zakupić gwarancję wadialną całkowicie online – za pomocą płatności elektronicznych. Nowe rozwiązanie pozwoli skrócić czas pozyskania gwarancji wadialnej i obniżyć koszty jakie musi ponieść firma startująca w przetargach.

Gwarancja wadialna oferowana przez Gwarancje24.pl to produkt ubezpieczeniowy dedykowany firmom startującym w przetargach opartych o prawo zamówień publicznych. Przedsiębiorca zamiast wpłacać pełną sumę wadium jednorazowo reguluje niewielką kwotę składki określoną w umowie z gwarantem. Dzięki takiemu rozwiązaniu firma obniża koszty startu w przetargach, co pozwala na poprawę jej płynność finansowej i jednoczesne uczestnictwo w większej liczbie postępowań przetargowych.

Zobacz też:

W ramach nowej odsłony portalu udostępniono nowe funkcjonalności. Jedną z nich jest możliwość zlecenia przygotowania przez pracowników serwisu dokumentów niezbędnych do pozyskania gwarancji wadialnej na podstawie przesłanego pliku SIWZ z informacjami o przetargu. Rozwiązanie to dedykowane jest przede wszystkim tym przedsiębiorcom, którym zależy na skróceniu czasu niezbędnego, by otrzymać gwarancję. Nowa usługa daje także pewność eliminacji potencjalnych błędów formalnych w gwarancji. Błędy te są jedną z głównych przyczyn odrzucenia ofert przez zamawiających.

Co więcej, Gwaranacje24.pl jako pierwsze w Polsce umożliwiają zakupu gwarancji wadialnej bezgotówkowo – za pomocą płatności elektronicznych. Funkcjonalność ta pojawiła się dzięki współpracy z platformą Przelewy24.pl.

Możliwość wygenerowania wniosku przez platformę internetową oraz funkcja płatności elektronicznych sprawiają, że Gwarancje24.pl to pierwszy w Polsce serwis, gdzie można dopełnić wszystkich formalności związanych z zabezpieczeniem oferty przetargowej całkowicie online.

Partnerem ubezpieczeniowym serwisu jest Towarzystwo Ubezpieczeń UNIQA S.A..

Już od dzisiaj największe firmy są zobowiązane do uruchomienia Pracowniczych Planów Kapitałowych. Dzięki uruchomieniu programu w perspektywie 10 lat polski PKB może wzrosnąć nawet o dodatkowe 2 proc., nakłady inwestycyjne wzrosną o 22 proc. a zwiększona produktywność i związany z nią wzrost wynagrodzeń w pełni zrekompensuje pracownikom koszt wpłat do PPK – wynika z raportu „Pracownicze Plany Kapitałowe. Koszty i korzyści” przygotowanego przez centrum analityczne Polityka Insight, którego partnerem jest Nationale-Nederlanden. Dodatkowo, uczestnik programu, który zdecyduje się na wpłacanie maksymalnej kwoty do PPK może podnieść swoją przyszłą emeryturę nawet o 60 proc.

Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK) to program długoterminowego oszczędzania skierowany do osób zatrudnionych w polskich przedsiębiorstwach. PPK ma zachęcać do gromadzenia oszczędności na emeryturę. Oszczędzanie w PPK jest dobrowolne, ale program opiera się na zasadzie automatycznego zapisu – to rozwiązanie zaczerpnięte z ekonomii behawioralnej. Pracodawcy będą zakładać konta w programie blisko 12 mln pracowników w latach 2019-2021. Każdy uczestnik PPK będzie mógł w dowolnym momencie zrezygnować z dalszych wpłat, a także na nowo przystąpić do programu.

Podstawowe wpłaty na konto PPK wyniosą 2 proc. wynagrodzenia brutto po stronie pracownika (lub 0,5 proc. dla osób najmniej zarabiających) i 1,5 proc. po stronie pracodawcy. Do oszczędności dołoży się państwo, które wpłaci uczestnikowi  250 zł opłaty powitalnej, a następnie 240 zł za każdy rok oszczędzania. Zarówno pracownik jak i pracodawca mogą, niezależnie od siebie, podnieść wysokość swoich wpłat – maksymalnie do 4 proc. wynagrodzenia brutto.

Start PPK to ważne wydarzenie nie tylko dla największych firm, które są zobowiązane do uruchomienia programu od lipca. To także ważne wydarzenie dla całej polskiej gospodarki. Rusza pierwszy powszechny, całkowicie prywatny program długoterminowego oszczędzania, który jest wspierany przez Państwo oraz pracodawców oraz który przyniesie realne korzyści jego uczestnikom – mówi Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE.

Wyższe koszty pracodawcy to dobra inwestycja

Udział pracodawcy w PPK wiąże się ze wzrostem kosztów pracowniczych. Z symulacji analityków Polityka Insight wynika,  że zwiększą się one od 0,4 proc. w scenariuszu, w którym jedna trzecia pracowników przystąpi do programu do 1 proc. w scenariuszu, w którym trzy czwarte pracowników zacznie oszczędzać w ramach PPK. Wzrost kosztów będzie odpowiednio wyższy, jeżeli pracodawca zdecyduje się dobrowolnie podnieść wysokość wpłat.

Przedsiębiorcy powinni jednak rozważyć, czy nie dokładać się do oszczędności pracowników w większym stopniu niż ustawowe minimum, gdyż będzie to dla nich najtańszy sposób na finansowe motywowanie podwładnych oraz jeden z najlepszych sposobów na budowanie pozytywnego wizerunku firmy, zarówno dla osób już zatrudnionych jak i dla potencjalnych przyszłych pracowników. Wizerunek ten będzie miał szczególne znaczenie w sytuacji starzenia się społeczeństwa, kiedy pracodawcom coraz trudniej będzie znaleźć i przyciągnąć dobrze wykształconych, kompetentnych i zaangażowanych pracowników.

Podniesienie wpłat na konta pracowników do maksymalnego możliwego poziomu nie powinno spowodować wzrostu kosztów pracowniczych o więcej niż 3 proc., gdyż część wpłat pracodawcy jest zwolniona ze składek emerytalno-rentowych jak również stanowi koszt podatkowy.

Przeczytaj także:

Gospodarka będzie rosła szybciej dzięki PPK

Najbardziej na wysokiej partycypacji pracowników w PPK skorzysta polska gospodarka. W długim okresie PKB będzie wyższe nawet o 2 proc. niż w scenariuszu, gdyby program nie został wprowadzony. Za sprawą łatwiejszego dostępu do kapitału wzrosną inwestycje firm, a dzięki niższym kosztom obsługi długu rząd będzie miał więcej pieniędzy na wydatki budżetowe. Co więcej, w związku z dodatkowymi inwestycjami wzrośnie produktywność pracowników, co przełoży się na szybszy wzrost wynagrodzeń. W rezultacie spadek pensji, wynikający z odprowadzania wpłat na PPK, zostanie w całości zrekompensowany i dochody „na rękę” pracowników będą od około 2030 r. wyższe niż w scenariuszu bez PPK. W rezultacie również konsumpcja będzie wyższa niż w scenariuszu bez PPK.

Na wdrożeniu PPK skorzysta też warszawska giełda, którą zdaniem analityków z Polityki Insight zasilić może nawet 8-10 mld zł rocznie dodatkowego kapitału. Taki wzrost popytu powinien zachęcić zagranicznych inwestorów do powrotu na GPW, co da impuls do rozwoju polskiego rynku kapitałowego w najbliższych latach i będzie z korzyścią zarówno dla rozwoju spółek, jak i samych osób oszczędzających na emeryturę.

Z przeprowadzonych przez ekspertów symulacji wynika, że wszystkie trzy kluczowe składowe popytu krajowego (konsumpcja, spożycie publiczne, inwestycje) będą w długim terminie wyższe dzięki wdrożeniu PPK. W rezultacie, jeżeli aż trzy czwarte zatrudnionych zdecyduje się na udział w programie, a część z nich będzie wpłacać więcej niż ustawowe minimum, PKB powinien być za 10 lat wyższy o 2 proc. niż w scenariuszu bez PPK.

Najsilniej do wzrostu PKB przyczynią się zwiększone nakłady inwestycyjne – w optymistycznym scenariuszu będą wyższe nawet o 22 proc. niż w sytuacji, gdyby program PPK nie został wdrożony.

Długookresowe korzyści, takie jak dodatkowe pieniądze na emeryturę, wyższy PKB czy poprawa wizerunku pracodawcy, w pełni kompensują krótkookresowe koszty związane z niższymi pensjami, przejściowym spadkiem konsumpcji czy wyższymi wydatkami pracodawców – mówi Adam Czerniak, główny ekonomista Polityki Insight, współautor raportu.

Pracownik dostaje najkorzystniejszy instrument do oszczędzania

Z symulacji przeprowadzonych przez centrum analityczne Polityka Insight wynika, że 30-letnia osoba, która przystąpiłaby do programu PPK i odkładała minimalną wpłatę na konto aż do osiągnięcia 60. roku życia, zebrałaby w sumie 99 tys. zł w przeliczeniu na ceny z 2019 r. W rezultacie mogłaby od razu wypłacić 25 tys. zł, a za pozostałe środki podnieść swoje dochody emerytalne aż o 25-30 proc. przez okres 10 lat. Gdyby ta sama osoba zdecydowała się wpłacać maksymalną możliwą kwotę (4 proc. wynagrodzenia) i to samo zrobiłby jej pracodawca, to uzbierałaby aż 220 tys. zł, co podniosłoby jej przyszłą emeryturę o około 60 proc. przez okres 10 lat i mogłaby w wieku 60 lat wypłacić 55 tys. zł (według dzisiejszych cen).

Czytaj również:

Dzięki PPK pracownicy za wpłatę – w większości przypadków nie wyższą niż 100 zł miesięcznie – będą gromadzić oszczędności, do których dorzuci się ich pracodawca i państwo. Osoby, które potraktują udział w PPK jako oszczędzanie na czarną godzinę lub na wypadek choroby, będą cieszyć się wyższymi zyskami niż przy tradycyjnych produktach finansowych. Według obliczeń Polityki Insight, po roku oszczędzania w PPK zysk wyniesie co najmniej 56 proc., czyli wielokrotnie więcej niż na zwykłej lokacie bankowej lub nawet dobrym funduszu inwestycyjnym. Jeżeli pracownik zdecyduje się na oszczędzanie aż do osiągnięcia wieku emerytalnego to zysk przekroczy 80 proc. per annum. Takiego zwrotu z oszczędzanych pieniędzy pracownicy nie osiągną w żadnym innym programie oszczędnościowym, prywatnym czy publicznym.

Gromadzone w PPK środki będą mogły być nie tylko przeznaczone na dodatek do emerytury z systemu powszechnego, ale też na wkład własny na zakup mieszkania albo środki na czarną godzinę, kiedy pracownik straci pracę, zachoruje lub będzie musiał ponieść nieoczekiwane wydatki.

PPK to obecnie najkorzystniejszy dla pracownika sposób na długoterminowe pomnażanie oszczędności. Oczywiście każdy ma dowolność w zakresie decyzji o uczestnictwie w programie oraz może w każdej chwili bardzo szybko wycofać zgromadzone w nim pieniądze. Musi jednak pamiętać, że jeśli to zrobi przed 60. rokiem życia będzie się to wiązało z rezygnacją przywilejów podatkowych i zwrotem części wpłacanej przez Państwo – podsumowuje Grzegorz Chłopek.

Źródło: Nationale-Nederlanden

Jak informuje portal WysokieNapiecie.pl, dopłaty do aut elektrycznych mogą zwiększyć sprzedaż w Polsce.

W artykule czytamy, że jak dotąd nasz kraj na tle innych państw unijnych wypada pod tym względem najsłabiej, biorąc pod uwagę wielkość rynku motoryzacyjnego. W ubiegłym roku sprzedano 1324 takie auta. To oznacza, że udział elektryków w sprzedaży samochodów wyniósł w naszym kraju zaledwie 0,2 proc. Tym samym to najgorszy wynik w całej Unii Europejskiej – podaje Europejskie Stowarzyszenie Producentów Samochodów (ACEA).

Jak zmieni się rynek aut elektrycznych?

Ten rok dla sprzedaży elektryków jest lepszy. Po pierwszym kwartale jest już 620 rejestracji (o 80 proc. więcej) – podał Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego. Prawdziwym przełomem może być zmiana ustawy o biokomponentach i biopaliwach ciekłych. Nowela wprowadza możliwość udzielenia dopłat do zakupu nowych aut elektrycznych przez osoby fizyczne nieprowadzące działalności gospodarczej. Dopłaty przysługiwać mają też do aut z napędem wodorowym. Przepisy zostały przyjęte w ekspresowym tempie, wraz z nowelą ustawy o cenach prądu (zmiana ustawy o podatku akcyzowym, efektywności energetycznej oraz biopaliwach i biokomponentach ciekłych).  Mają wejść w życie od razu po publikacji w Dzienniku Ustaw. Nadal jednak pozostaną martwe bez odpowiedniego rozporządzenia.

Zobacz też:

Ile wyniesie wsparcie?

Wniosek o dopłatę będzie można składać do Funduszu Niskoemisyjnego Transportu. Dopłata wyniesie 80 zł netto za 1000 litrów paliwa, czyli ok. 10 groszy w cenie litra benzyny czy oleju napędowego.

Samochody elektryczne w Europie

Samochody elektryczne w Europie, źródło: WysokieNapiecie.pl

Dotacja ma wynieść maksymalnie 30 proc. ceny nowego auta elektrycznego, przy czym górny limit to 36 tys. zł. Jeśli auto elektryczne byłoby wykorzystane do celów komunalnych to dopłata może wzrosnąć do 150 tys. zł. Auta spalające gaz ziemny oraz wodorowe dostały w tym przypadku limit 75 tys. zł.

Kto powinien dostać pomoc? Czy dopłaty będą dla wszystkich? Dlaczego rząd chce to zrobić? O tym w dalszej części artykułu na portalu WysokieNapiecie.pl

Pod względem łatwości prowadzenia biznesu czy dostępu do finansowania dla start-upów Warszawa nieznacznie odbiega od europejskiej średniej – wynika z badania „European Start-up Survey” przeprowadzonego przez PwC i Münster University of Applied Sciences. 64% badanych start-upów z Europy zamierza w ciągu 12 miesięcy zwiększyć zatrudnienie, choć dużym wyzwaniem pozostaje zrekrutowanie wykwalifikowanych pracowników z odpowiednimi kompetencjami.

W badaniu przeprowadzonym przez PwC oraz Science-to-Business Marketing Research Centre na Münster University of Applied Sciences wzięło udział 540 start-upów z 18 kluczowych miast w regionie EMEA. Według respondentów największym wyzwaniem dla rozwoju ich firm są: sprzedaż i dotarcie do klientów (23%), przyciąganie talentów i przekwalifikowanie (10%) oraz innowacje i rozwój produktów (9%). Z kolei na liście zagrożeń najwyższe miejsca zajmują: konkurencja (19%), szybko zmieniający się rynek (13%) oraz krajowe regulacje i biurokracja (12%).

Głównym źródłem finansowania start-upów są własne środki założycieli tych firm (66% przypadków). Jedynie niecałe 9% pozyskało finansowanie od zewnętrznego inwestora, tzw. anioła biznesu, 7% z Venture Capital innej firmy, a 6% stanowią fundusze Private Equity. Mało popularnym rozwiązaniem jest crowdfunding – skorzystało z niego jedynie 1,5% badanych start-upów.

Przedstawiciele start-upów, którzy wzięli udział w badaniu, oceniali łatwość prowadzenia biznesu w danym mieście. W tym aspekcie najlepsze okazały się Sztokholm oraz Oslo, a Rzym i Wiedeń znalazły się na końcu zestawienia. Przy średniej dla wszystkich miast ujętych w badaniu na poziomie 85%, Warszawa plasuje się nieznacznie poniżej z wynikiem 83%.

Jeśli chodzi o łatwość dostępu do finansowania dla start-upów Warszawa również minimalnie odbiega od europejskiej średniej: 43% vs 45%. Najlepsze w tym względzie są Helsinki, Tel Awiw i Oslo. Największe problemy z finansowaniem mają natomiast innowacyjne firmy w Rzymie, Dublinie i Zurichu.

Każdego roku w ramach programu Startup Collider otrzymujemy kilkaset zgłoszeń od młodych firm, które chcą ze swoim rozwiązaniem dotrzeć do potencjalnych klientów. Wychodząc naprzeciw tym potrzebom wspólnie ze start-upami opracowywujemy ofertę dla klientów korporacyjnych, biorąc pod uwagę ich indywidualne potrzeby. Technologie i rozwiązania o charakterze globalnym prezentowane są również poza Polską w ramach międzynarodowej sieci PwC. Poziom zaawansowania technologicznego polskich start-upów jest podobny do tych z innych europejskich krajów, mimo że pod względem kapitału nasze firmy są zazwyczaj mniejsze – mówi Jolanta Kokosińska, partner w PwC.

Przeczytaj także:

Walka o talenty

Europejskie start-upy prężnie się rozwijają – 64% badanych zamierza w ciągu najbliższych 12 miesięcy zwiększyć zatrudnienie (45% w Polsce), choć jednocześnie 53% wskazuje na trudności związane z rekrutowaniem wykwalifikowanych pracowników. Największe problemy z dostępem do talentów mają firmy w Berlinie, Sztokholmie i Budapeszcie. Z kolei najłatwiej o nowych pracowników w Oslo i Rzymie. Odsetek respondentów, którzy wskazali na problemy z rekrutacją w Warszawie również jest dość wysoki (62% przy średniej dla wszystkich badanych miast na poziomie 53%).

W ok. 28% przypadków problemy z rekrutacją wynikają po prostu z braku lub nieodpowiednich kompetencji kandydatów. ¼ aplikujących – zdaniem respondentów biorących udział w badaniu – ma zbyt wysokie oczekiwania finansowe, a co piąty biorący udział w procesie rekrutacyjnym ostatecznie decyduje się podjąć zatrudnienie w większej lub bardziej stabilnej firmie.

Przyciąganie i utrzymanie talentów to nie tylko problem start-upów, ale wszystkich firm, widoczny szczególnie w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Konkurencja wśród pracodawców jest ogromna, a coraz większa mobilność ludzi sprawia, że Warszawa nie konkuruje tylko z innymi ośrodkami w kraju, ale też z Oslo czy Tel Awiwem. Właściwa strategia w obszarze employer brandingu i zarządzania pracownikami jest kluczowa dla rozwoju firmy i zdobycia pozycji rynkowej. Z naszego badania wynika, że najbardziej pożądanymi przez start-upy kompetencjami są: umiejętności interpersonalne i społeczne, nieszablonowe myślenie, kreatywność i kompleksowe podejście do rozwiązywania problemów – komentuje Piotr Wyszogrodzki, partner w PwC.

Źródło: PwC Polska

Eksperci

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

W cieniu ustawy „frankowej”, w Sądzie Najwyższym kształtuje się orzecznictwo w sprawach kred

Ostatnie informacje i wydarzenia w świecie kredytów „frankowych”, zostały zdominowane przez kwestię ...

Biegowy biznes z Polski podbije świat. I można do tego podboju dołączyć

Runmageddon – stworzony w Polsce cykl biegów przeszkodowych – to najbardziej nuklearna historia na p...

Straty są nieodłączną częścią inwestycji

Zakończony niedawno maj był najgorszym miesiącem w tym roku dla rynku akcji. Większość parkietów odn...

Uchwała NSA pozwala wygrać z fiskusem

Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia or...

AKTUALNOŚCI

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Innowacyjnie, energooszczędnie – i z bezbłędnym finansowaniem!

Innowacyjnie, energooszczędnie i z myślą o przyszłości – takie rozwiązania dla ludności tworzy i fin...

Planowane zmiany w składkach ZUS dla przedsiębiorców

Stanowisko Związku Przedsiębiorców i Pracodawcówws. zapowiedzi wprowadzenia proporcjonalnościw skład...

Ważne dla Polski nowe stanowisko Komisji Europejskiej

Odpowiedź Komisji Europejskiej na ostatnie głosowanie Parlamentu Europejskiego w sprawie pakietu mob...

Dlaczego państwo pozwala na nieozusowane umowy zlecenia?

Dlaczego rząd do tej pory nie zmienił szkodliwego art. 9 ustawy o SUS? Federacja Przedsiębiorców Pol...