sobota, Maj 26, 2018
Facebook
Home Archiwa 2018 Kwiecień

Miesięczne archiwaKwiecień 2018

Jeśli jedynie połowa z nas weźmie w długi weekend zaledwie jeden dodatkowy dzień wolny, polska gospodarka straci około 5 mld zł. Kilka dni wolnych to już strata blisko 1% PKB co przekłada się na kilkanaście miliardów złotych. Ucierpią z tego powodu przede wszystkim małe firmy, a długie weekendy mogą pogłębić problemy MSP z płynnością i zatory finansowe w gospodarce.

Zbliżający się weekend majowy pozwoli wypocząć wyjątkowo długo. W tym roku kalendarz układa się w specyficzny sposób – przy zaledwie 3 dniach wolnego możemy wypoczywać aż 9 dni (jeśli do dni, kiedy weźmiemy urlop doliczymy weekendy i święta). To co cieszy zatrudnionych na umowę, martwi właścicieli firm. Odpoczynek i wolne dni to mniej wykonanych usług czy wyprodukowanych towarów, co może zmniejszyć dochody firm MSP.

Biorąc pod uwagę, że polska gospodarka funkcjonuje w modelu odroczonej płatności, a zatory płatnicze są prawdziwą plagą, zbyt długi odpoczynek może tylko pogłębić niekorzystny model rozliczania się firm pomiędzy sobą. Jak wynika z badania płatności przeprowadzonego przez Coface znacząca część biznesu otrzymuje przelewy z opóźnieniem, aż 90% firm w naszym kraju tego doświadcza, w dodatku problem się nasila. O 4% (do 28%) w porównaniu z poprzednim badaniem przedsiębiorców wzrosła liczba firm z zaległościami przekraczającymi datę wymagalności o 3 miesiące.

Przeciętne opóźnienia płatności wynoszą już średnio 62,5 dni (wzrosły o 11 dni). Działaniami wskazywanymi przez przedsiębiorców, jako skutecznie zapobiegającymi utracie płynności w wyniku opóźnień w przelewach jest m.in. faktoring.

– W badaniach mniej niż 1% przedsiębiorców deklaruje, że nigdy nie spotkało się z zaległościami w przelewach środków za swoje towary i usługi, więc to naprawdę rzadkość jak śnieg w maju. Ta statystyka znajduje też potwierdzenie w naszych rozmowach z przedsiębiorcami, którzy jako powód korzystania z faktoringu wskazują właśnie ryzyko długiego oczekiwania na własne środki. Po pierwsze w wyniku odroczonego o dwa, trzy lub więcej miesięcy terminu płatności na fakturze, a po drugie z powodu niedotrzymywania przez kontrahentów nawet tych odległych terminów. Faktoring skraca czas oczekiwania na pieniądze do kilkunastu godzin – mówi Beata Sosin, Dyrektor Regionu Małopolska w eFaktor.

W majowy weekend nie budują i nie wożą

Z pewnością jest grupa przedsiębiorstw, która z długiego weekendu skorzysta biznesowo. Należą do nich usługi związane z turystyką, stacje paliw czy małe sklepy spożywcze. Jednak zdecydowana większość biznesu straci. Tu wskazać można np. na budowlankę czy transport. Wolne dni to przestoje na budowach i opóźnione terminy oddania inwestycji, to także ograniczenia w możliwości poruszania się ciężkich pojazdów po drogach. Te dwie działalności w ostatnich latach radziły sobie ze zmiennym szczęściem i były szczególnie narażone na opóźnienia w płatnościach.

– Te kilka miliardów, których nie wypracujemy z powodu dodatkowego wolnego nie są tylko zapisem na ekranie monitora. Tych pieniędzy rzeczywiście komuś zabraknie. Budowlanka i transport należą do tradycyjnych klientów faktoringu. Przedsiębiorcy, którzy potrafią przewidzieć takie zagrożenia i wcześniej zapewnią sobie finansowanie zastępcze np. w postaci faktoringu mają większe szanse na uratowanie płynności finansowej. Zapewnienie sobie elastycznego finansowania, jakim jest np. faktoring może być kluczowe dla przetrwania –mówi Beata Sosin z eFaktor.

Długi weekend ma duży wpływ na dane makroekonomiczne, liczba dni pracy wpływa np. na wyniki produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Biorąc pod uwagę to, że w ubiegłym roku upadło 889 przedsiębiorstw, a przewidywania na ten rok wskazują, że ta liczba może być jeszcze większa – jest się czym niepokoić. Duża liczba długich weekendów może się do większej liczby upadłości przyczynić.

Który sposób finansowania bieżącej działalności jest najlepszy? Wydawać by się mogło, że odpowiedź „najtańszy” jest oczywista. Tymczasem z badania NFG „Finansowanie działalności przez MŚP w Polsce” wynika, że dla mikro, małych i średnich firm w Polsce ważniejsza jest szybka decyzja i krótki czas oczekiwania na gotówkę.

70 procent firm z sektora MŚP finansuje bieżącą działalność wyłącznie z własnych pieniędzy, a zaledwie 30 procent w codziennym funkcjonowaniu wspiera się zewnętrznymi środkami. Trzy ich najpopularniejsze źródła to kredyt bankowy, limit w koncie firmowym oraz faktoring – tak wynika z badania „Finansowanie działalności przez MŚP w Polsce” zrealizowanego przez Keralla Research na zlecenie NFG.

Co sprawia, że polskie firmy najczęściej decydują się na konkretne rozwiązania wspierające finansowo codzienną działalność? Trzy najczęstsze odpowiedzi wśród przedsiębiorców, którzy korzystają z zewnętrznego finansowania, to „krótki czas oczekiwania” (33,3%), „niski koszt” (24%) oraz „mało formalności” (23,3%).

– „Czas to pieniądz” – tak najprościej można podsumować wyniki badania. Dla przedstawicieli sektora MŚP korzystających z zewnętrznego finansowania koszt jest bardzo ważny, aczkolwiek nie najważniejszy. Pierwsza i trzecia najpopularniejsza odpowiedź pokazują, że ważniejszy jest czas. Im mniejsza lista formalności do spełnienia i im szybsza decyzja, tym okres od złożenia wniosku do otrzymania pieniędzy jest krótszy. Nie oznacza to jednak, że przedsiębiorcy muszą wybierać pomiędzy krótkim czasem, a atrakcyjną ceną – zapewnia Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu NFG.

Kolejne, zdecydowanie już mniej popularne, wskazania to między innymi dostępność przez Internet (6,7%), możliwość zwrócenia pieniędzy w dogodnym dla przedsiębiorcy momencie (6%), czy zaufanie do instytucji udzielającej finansowania (3,3%). W co czwartym przypadku padła odpowiedź „nie wiem, trudno powiedzieć”.

– Firmy z sektora MŚP w Polsce z zewnętrznych środków korzystają często z powodu niepłacących w terminie kontrahentów lub długich terminów zapłaty w branży, w której działają. Tym samym w wielu przypadkach nie są to zaplanowane działania, a reakcja na chwilowe kłopoty i poszukiwanie sposobu na wypełnienie krótkoterminowych luk w finansach firmy. Między innymi z tego powodu czas ma tak duże znaczenie – uważa Dariusz Szkaradek.

W przypadku firm, które aktualnie nie korzystają z zewnętrznych środków, ranking postrzeganych zalet dla wszystkich rozważanych źródeł finansowania wygląda jeszcze inaczej. Pierwsze miejsce (21,3 proc. wskazań) ponownie zajmuje krótki czas oczekiwania, ale na drugim znajduje się już mała liczba formalności (19,1%). Dopiero na trzecim miejscu uplasował się „niski koszt” (15,8%).

– Wiele mniejszych firm w Polsce wciąż jest bardzo sceptycznie nastawionych do pożyczania pieniędzy, a swoją działalność finansuje wyłącznie w oparciu o własne środki. Pytanie o przewagę wskazanego źródła finansowania, gdyby zdecydowali się sięgnąć po zewnętrzne środki przez wiele z nich jest więc interpretowane jako równoznaczne z kłopotami finansowymi. W takich sytuacjach cena schodzi na drugi plan, a kluczową kwestią jest szybkie pozyskanie pieniędzy i poprawa płynności – wyjaśnia Mirosław Sędłak, zarządzający programem Rzetelna Firma, zrzeszającym około 50 tysięcy polskich firm.

Raport „Finansowanie działalności przez MŚP w Polsce” powstał na podstawie badań przeprowadzonych na ogólnopolskiej, reprezentatywnej próbie 500 aktywnych firm zatrudniających 1-9 (mikro), 10-49 (małe) i 50-249 osób (średnie) w proporcjach oddających strukturę krajowego rynku firm segmentu MŚP. Respondentami byli właściciele, współwłaściciele oraz osoby współzarządzające firmami.

Związkowcy i pracodawcy, m.in. Konfederacja Lewiatan, członkowie Rady Dialogu Społecznego, apelują o kontynuowanie rozmów przez strony i szybkie zawarcie kompromisowego porozumienia.

Strona społeczna Rady Dialogu Społecznego uważa, że protest rodziców dzieci niepełnosprawnych powinien jak najszybciej znaleźć rozwiązanie, jeszcze przed majowym weekendem. Święto narodowe 3 Maja nie może być celebrowane pod znakiem protestu, który angażuje najsłabszych i najbardziej potrzebujących oraz stronę rządową.

Żaden spór, czy konflikt nie może być pozostawiony bez rozwiązania, a strony znajdujące się, tylko pozornie, po dwóch przeciwnych stronach nie mogą okopywać się na raz przyjętych pozycjach. Apelujemy o kolejne rozmowy i wsłuchanie się nie tylko w swoje postulaty i propozycje, ale też w argumenty drugiej strony.

Determinacja protestujących matek wraz z niepełnosprawnymi dziećmi jest ogromna, chcemy też wierzyć w dobre intencje wysiłków podejmowanych przez minister Elżbietę Rafalską, ale w tym sporze, w którym chodzi o dobro dzieci niepełnosprawnych nie sposób nie apelować w pierwszej kolejności o otwartość w rozmowach do strony rządowej.

Organizacje reprezentatywne wchodzące w skład Rady Dialogu Społecznego będącej miejscem toczenia się sporów, ale i ich rozwiązywania apelują o rozmowy, o weryfikację przez obie strony dotychczasowych stanowisk i podjęcie próby wypracowania porozumienia. Z przykrością przyjmujemy fakt podzielenia środowiska osób niepełnosprawnych, a zaostrzony dyskurs publiczny i medialny, którego jesteśmy wszyscy świadkami w ostatnich dniach, nie służy dialogowi i wypracowaniu racjonalnych rozwiązań systemowych.

Organizacje reprezentatywne wchodzące w skład Rady Dialogu Społecznego deklarują wszelkie wsparcie dla osiągnięcia porozumienia i zakończenia protestu.

W imieniu:

Forum Związków Zawodowych
NSZZ „Solidarność”
Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych
Konfederacji Lewiatan
Pracodawcy RP
Związku Pracodawców Business Centre Club
Związku Rzemiosła Polskiego

Początek kwietnia to w brytyjskim systemie podatkowym czas, od którego obowiązują nowe ustalenia podatkowe. Nie inaczej jest teraz – 6 kwietnia rozpoczął się nowy rok podatkowy w Wielkiej Brytanii i od tej daty w życie wchodzą nowe stawki podatkowe. Wielka Brytania po raz kolejny podwyższa kwotę wolną od podatku, do poziomu około 57 tysięcy złotych, czyli niemal 7 razy wyższego niż w Polsce. Polscy przedsiębiorcy najczęściej wybierają Wielką Brytanię jako miejsca prowadzenia biznesu za granicą, dlatego przyjrzymy się bliżej zmianom podatkowym na rok 2018/2019.

Rosnący fiskalizm to problem większości europejskich państw. Inną drogą zmierza Wielka Brytania, która sukcesywnie zmniejsza obciążenia podatkowe swoim obywatelom, co w połączeniu z niską biurokracją przekłada się na świetne warunki do rozwoju biznesu w Wielkiej Brytanii. Wchodzące w życie 6 kwietnia 2018 przepisy zwiększają i tak wysoką już kwotę wolną od podatku o 350 funtów w porównaniu z poprzednim rokiem podatkowym.  Wszystkim zarabiającym na Wyspach daje to 11 850 funtów nieopodatkowanego przychodu. Kwota wolna od podatku w Wielkiej Brytanii jest zatem 7 razy wyższa niż kwota wolna w Polsce, wynosząca od 1 stycznia 2018 r. 8 tys. zł, ale też w takiej wysokości jest dostępna jedynie dla ludzi najsłabiej zarabiających (dla osób otrzymujących pensję minimalną i zatrudnionych na max. 1/3 etatu).

Rewizji uległa także wysokość poszczególnych progów podatkowych obowiązujących w roku podatkowym 2018/2019. Pierwszy próg podatkowy w wysokości 20-proc. obejmie dochody powyżej kwoty wolnej od podatku do aż 46 350 funtów, czyli nieco ponad 200 tysięcy złotych.

STAWKA PODATKOWA W UK ROK PODATKOWY 2018/19
stawka 0% (kwota wolna) 0 GBP do 11.850 GBP
20% 11.850 GBP do 46.350 GBP
40% 46.351 do 150.000 GBP
45% powyżej 150.000 GBP

Nowa kwota wolna od składek na ubezpieczenie społeczne

W Wielkiej Brytanii składki na ubezpieczenie społeczne płaci się po przekroczeniu dochodów rzędu £8 424 rocznie (ok. 40 400 zł). Kwota ta została zwiększona z poziomu £8164 funtów obowiązujących w roku podatkowym 2017/2018. Dla dochodów pomiędzy £8424-£46350 składka NIN na ubezpieczenie społeczne wynosi 12-proc. (dla tygodniowych dochodów pomiędzy £162-£892 oraz dodatkowe 2-proc. powyżej tego progu).

To kolejna zasadnicza różnica w porównaniu z obowiązującym w Polsce systemem ubezpieczeń społecznych, zwłaszcza dla przedsiębiorców. Przedsiębiorca prowadzący w Wielkiej Brytanii spółkę limited (odpowiednik polskiej sp. z o.o.) może zatrudnić się w firmie i pobierać z tego tytułu wynagrodzenie. Jeśli zatem dyrektor spółki wypłaci sobie maksymalne wynagrodzenie nieobciążone podatkiem dochodowym, w wysokości £11 850, to na ubezpieczenie społeczne zapłaci jedynie 693 funtów (około 285 złotych miesięcznie). Dla porównania podstawowa stawka ZUS od 1 stycznia 2018 roku wynosi 1228 złotych miesięcznie.

Brytyjska spółka limited

Wprowadzone zmiany podatkowe są bardzo korzystne dla podatników. W czasach gdy polski rząd co roku podnosi obciążenia podatkowe przedsiębiorcom, Wielka Brytania stwarza lepsze warunki prowadzenia biznesu. Niskie obciążenia podatkowe oraz brak biurokracji to główne zalety prowadzenia biznesu w Wielkiej Brytanii. Wg raportu Admiral Tax Polacy otwierają firmy za granicą z powodu niższego poziomu biurokracji i przejrzystego prawodawstwa w innych krajach – taki powód założenia firmy poza Polską zadeklarowało 57,8-proc. przedsiębiorców w badaniu zrealizowanym we wrześniu 2017 roku.

Według szacunków w Wielkiej Brytanii funkcjonuje nawet ok. 50 tys. polskich firm. Polacy stanowią największą mniejszość narodową na Wyspach, bo jak wynika z wyliczeń brytyjskiego urzędu statystycznego mieszka ich w Wielkiej Brytanii około miliona. Nieoficjalnie mówi się o dwóch milionach. Firmy prowadzi w Wielkiej Brytanii także wielu Polaków nie mieszkających na stałe na Wyspach. Podatek od podmiotów prawnych w Wielkiej Brytanii (CIT) wynosi 19-proc., jednak brytyjski rząd zapowiedział już obniżenie stawki do 17-proc. w 2020. Zapowiedź Brexitu motywuje dodatkowo brytyjski rząd do tworzenia przyjaźniejszych warunków dla biznesu, co znajduje odzwierciedlenie w opiniach przedsiębiorców działających w Wielkiej Brytanii.

Zmiana kwoty dywidendy wolnej od podatku

Jeżeli spółka w danym roku podatkowym osiągnęła zysk po uwzględnieniu wszystkich kosztów, to każdy z udziałowców może wypłacić dywidendę.  Wypłata dywidendy ma miejsce po opłaceniu podatku korporacyjnego CIT (aktualnie 19% w Wielkiej Brytanii). Udziałowiec spółki Limited nie płaci podatku od otrzymanych dywidend, o ile ich wartość nie przekracza £2000 rocznie (zmiana z 5000 funtów). Dywidendy powyżej tej kwoty będą opodatkowane od 7,5% do nawet 38,1%. W ten sposób udziałowiec, który jest jednocześnie dyrektorem spółki, może uniknąć zapłaty podatku od zarobków równych 13 850 funtów rocznie (pensja £11 850 + dywidenda £2000). Warto odpowiednio wcześniej dokonać odpowiedniego planowania podatkowego, by nie wpaść w najwyższy próg opodatkowania dywidendy.

 

Autor: Agnieszka Moryc

EFL został laureatem pierwszej edycji konkursuInspiratorzy Biznesu: Najlepszy Pracodawca”. Leasingodawca został wyróżniony za zbudowanie stabilnej marki pracodawcy w oparciu o liczne działania zwiększające komfort pracy oraz umożliwiające rozwój pracowników. Prestiżowym tytułem, który przyznaje agencja informacyjna Newseria, zostało wyróżnionych 10 firm.

– Wyróżnienie Newserii jest dowodem na stworzenie przez EFL angażującego oraz prorozwojowego środowiska pracy. Żyjemy w pędzącym świecie, który wymaga od nas jako pracodawcy umiejętności szybkiego i efektywnego dostosowywania się do zachodzących zmian, wręcz do ich wyprzedzania. Celem EFL  jest zbudowanie  takiego środowiska pracy, które pozwoli pracownikowi na najbardziej efektywny podział pełnionych przez niego ról w życiu przy jednoczesnym utrzymaniu organizmu w dobrej kondycji psychiczno-fizycznej. Nasz cel realizujemy poprzez liczne projekty uruchamiane wewnątrz organizacji, m.in. takie jak program work-life balance „Doładuj baterie”. Po niemal roku od jego startu widzimy, że zaproponowane inicjatywy spotkały się z ogromnym zainteresowaniem naszych pracowników, a ponadto są też skuteczną zachętą dla kandydatów, którzy chcą wejść na pokład EFL – mówi Liwia Kwiecień, członek zarządu ds. HR w EFL.

Celem konkursu zorganizowanego przez agencję informacyjną Newseria Inspiratorzy Biznesu: Najlepszy Pracodawca jest wyłonienie najatrakcyjniejszych pracodawców, których wybiera niezależna komisja. W jej skład wchodzą Krzysztof Przybył, prezes Teraz Polska, Jolanta Augustyniak, prezes Libris Polska, dr Bogusław Feder z Akademii Liderów oraz dr Mateusz Grzesiak, redaktor Rita Schultz. Konkurs jest skierowany do firm zatrudniających powyżej 50 pracowników. Komisja docenia te organizacje, które wyróżniają się na tle rynkowym w takich obszarach jak warunki pracy, systemy motywacyjne, możliwości rozwoju pracowników oraz poziom fluktuacji pracowników.

EFL jest jedną z pierwszych i największych firm leasingowych w Polsce. W 2017 roku spółka leasingiem i pożyczką sfinansowała aktywa o łącznej rekordowej wartości 5,5 mld zł. EFL to również duży pracodawca – w całej Polsce zatrudnia ponad 600 pracowników. Leasingodawca prowadzi liczne działania zwiększające komfort pracy oraz umożliwiające rozwój pracowników. W ubiegłym roku EFL uruchomił m.in. program work-life balance „Doładuj Baterie”, który jest odpowiedzią na potrzeby pracowników w zakresie zachowania równowagi między pracą zawodową a życiem prywatnym. Takie inicjatywy jak „Dzień bez windy”, „Fruit day” czy treningi grupowe mają przyczynić się do promowania wśród personelu Grupy zdrowego trybu życia.

Ogłoszenie wyników odbyło się podczas uroczystej gali 25 kwietnia br. w Pałacu Sobańskich w Warszawie. Przed wręczeniem statuetek miały miejsce dwie debaty z udziałem laureatów. W pierwszej uczestnicy zastanawiali się, jak motywować i budować relacje, aby zatrzymać pracowników. W drugiej, z udziałem Liwii Kwiecień, członka zarządu ds. HR w EFL, prelegenci próbowali odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób pracownicy budują sukces firmy.

Klient zainteresowany zakupem nowego mieszkania, zazwyczaj chce kupić nowe lokum w jak najlepszej cenie i jak najszybciej. W obecnej dynamicznej sytuacji rynkowej te dwa założenia się wykluczają. Nabywcy finansujący zakup przy pomocy kredytu muszą mieć też na uwadze, że uzyskanie kredytu może być trudniejsze niż zwykle z uwagi na duże zainteresowanie hipotekami.

– Jest oczywiście nadal wielu deweloperów gotowych na negocjacje cenowe i sprzedaż mieszkań w „atrakcyjnych” cenach, ale proponowane terminy odbioru są bardzo odlegle i sięgają nawet 2021 roku. Natomiast mieszkania gotowe do odbioru charakteryzują się wysokim pułapem cenowym i nie są tak atrakcyjne w oczach klienta popytowego, twierdzi Mateusz Skolimowski, doradca ds. nieruchomości z Metrohouse. Wobec powyższych każdy zainteresowany zakupem nowego mieszkania na rynku deweloperskim musi jasno określić priorytety i wybrać czy „szybko” czy „tanio”. Problem ten jest oczywiście najbardziej widoczny na dużych rynkach np. warszawskim, gdzie duzi, sprawdzeni deweloperzy, budujący w atrakcyjnych lokalizacjach, sprzedają większość mieszkań w pierwszych miesiącach od momentu wprowadzenia inwestycji do oferty. U mniejszych deweloperów sytuacja wygląda inaczej i można znaleźć lokale gotowe do odbioru w dobrych cenach.

Dane portalu RynekPierwotny.pl wskazują, że w I kw. 2018 r. Warszawa była metropolią cechującą się najszybszym wzrostem średniej ofertowej ceny za 1 mkw. nowych mieszkań. Wspomniana cena wzrosła z 7724 zł/mkw. do 7860 zł/mkw. To oznacza kwartalny wzrost o 1,8%. W dotychczasowej historii analiz portalu RynekPierwotny.pl, notowano już większe podwyżki dotyczące stolicy. – Warto jednak zwrócić uwagę, że stołeczny rynek deweloperski obecnie znajduje się pod wpływem kilku wyjątkowych czynników. Mowa o kurczącym się banku ziemi firm deweloperskich, wzroście cen materiałów budowlanych oraz robocizny i zakończeniu MdM-u, które zmniejszyło popyt na najtańsze warszawskie mieszkania, komentuje Andrzej Prajsnar, analityk portalu RynekPierwotny.pl. Nie można wykluczyć, że wymienione czynniki jeszcze w 2018 r. wywindują średnią ofertową cenę za 1 mkw. nowego warszawskiego lokalu na poziom wyższy niż 8000 zł.

Na razie warto jednak dokładniej omówić wzrost średniej ofertowej ceny, który w I kw. 2018 r. odnotowano na terenie Warszawy. Ta zmiana wynikała z rozbudowy oferty mieszkań deweloperskich posiadających cenę wyższą od przeciętnej (8000 zł/mkw. – 10 000 zł/mkw.). Udział wspomnianych lokali względem IV kw. 2017 r. wzrósł o 2,7 punktu procentowego. Równocześnie zmniejszył się odsetek mieszkań kosztujących 6000 zł/mkw. – 7000 zł/mkw. (-2,3 punktu procentowego) i 7000 zł/mkw. – 8000 zł/mkw. (-1,5 punktu procentowego). Zmiany dotyczące lokali z ceną ofertową od 6000 zł/mkw. do 7000 zł/mkw. mogły być wynikiem dynamicznego finiszu programu MdM na przełomie roku.

Osoby, które planują w najbliższym czasie kupić w Warszawie mieszkanie z pomocą kredytu hipotecznego powinny przygotować się na to, że obecnie uzyskanie finansowania może być nieco utrudnione. Wynika to z faktu, że zainteresowanie kredytami jest obecnie ogromne. Jak twierdzi Jarosław Sadowski, ekspert Expandera, według BIK w w styczniu i lutym udzielono aż 37 tysięcy kredytów, czyli o prawie 10% więcej niż przed rokiem. – Taka sytuacja oznacza, że procedura kredytowa może trwać dłużej, zwłaszcza w bankach, które cieszą się największą popularnością. Poza tym więcej wniosków niż zwykle może być rozpatrywanych negatywnie. W takiej sytuacji szczególnie istotne jest, aby nie ograniczać się do oferty jednego banku. Najlepiej wnioskować do przynajmniej dwóch, a najlepiej do trzech jednocześnie. Dzięki temu, jeśli jeden z nich odmówi nam kredytu, będziemy mogli od razu wybrać konkurencyjną ofertę bez konieczności rozpoczynania wszytego od początku, dodaje Jarosław Sadowski. Gdyby bank odmówił nam po 21 dniach i dopiero wtedy złożylibyśmy wniosek w innym banku, to całość trwałaby aż 42 dni. Jednoczesne wnioskowanie do kilku banków jest więc zabezpieczeniem, które może oszczędzić nam dużo czasu.

Jeśli chodzi o parametry kredytów, to nadal są one dość tanie dzięki utrzymującym się rekordowo niskim stopom procentowym. W przypadku kredytu zaciągniętego na mieszkanie w Warszawie, o powierzchni 50 m2, kupione za przeciętną cenę, rata wyniesie ok. 1 908 zł (przy założeniu 10% wkładu własnego). Trzeba jednak pamiętać, że jeśli w przyszłości wzrosną stopy procentowe, to rata również będzie rosła

Warszawa, Kraków, Poznań, Trójmiasto, a może Wrocław – polskie aglomeracje miejskie to często siedziby większych przedsiębiorstw, w tym korporacji. W przypadku startupów sytuacja wygląda zgoła odmiennie – okazuje się, że lokalizacja w obrębie tych ośrodków wcale nie jest konieczna, by odnieść światowy sukces.

Ostatnia dekada to nie tylko okres szybkiego rozwoju polskich innowacyjnych przedsiębiorstw, ale też czas wzmożonej dyskusji wokół ich bieżącego funkcjonowania oraz perspektyw. Jaki jest dzisiejszy rynek startupów? Czy do dalszego rozwoju potrzebujemy Polskiej Doliny Krzemowej? A może lokalizacja to kwestia drugorzędna?

Startup – kiedyś i dziś

Młody rynek polskich startupów w ciągu ostatnich lat notuje zauważalne wzrosty. W latach 2014-16 innowacyjnie przedsiębiorstwa przemysłowe oraz usługowe stanowiły odpowiednio 20,3% oraz 14,5% ogólnej liczby tych podmiotów (wobec 18,9% i 10,6% w latach 2013-2015, skala wzrostu to odpowiednio 1,4 oraz 3,9%). Ponadto wokół polskich startupów panuje dobry klimat – aż 65% właścicieli polskich firm już współpracuje lub rozważa współpracę ze startupami (badanie PwC „Kierunek innowacje”).

– Wraz z rozwojem startupów, zmienia się również postrzeganie młodych inwestorów z sektora innowacyjności. Dziś to już nie tylko grupa młodych pasjonatów z pomysłem i zapałem, często trudnym do przekucia w realny biznes – a raczej wciąż młodzi, ale już bardziej doświadczeni, prężnie działający przedsiębiorcy z konsekwentnie realizowanym planem – mówi Michał Sędzielewski, współwłaściciel startupu Voucherify, dostarczającego praktyczne narzędzia do automatyzacji i personalizacji kampanii promocyjnych.

Potwierdzają to liczby – według aktualnych danych fundacji Startup Poland aż 58% budujących dzisiaj w Polsce startupy to trzydziestolatkowie (53% w roku ubiegłym). Co więcej, wśród założycieli startupów udział grupy 20-latków i młodszych wyraźnie spadł – dziś to tylko 26% (33% rok wcześniej). Warto też zauważyć, że około 35% badanych to tzw. seryjni przedsiębiorcy. To z kolei pokazuje, że rośnie profesjonalizm i doświadczenie polskich innowacyjnych przedsiębiorców, co może mieć wpływ na ich wymierne wyniki.

Wyraźna decentralizacja

Młodzi, ale już jednocześnie doświadczeni Polacy, znaleźli swoją niszę, dzięki czemu nie muszą bezpośrednio konkurować z sąsiadami ze Słowacji czy Czech. Specjalizujemy się głównie w tworzeniu rozwiązań big data, do analityki, internet of things, dostarczeniu narzędzi dla programistów czy marketingu. Z kolei specjaliści zza naszej południowej granicy stali się mistrzami głównie w rozwiązaniach Saas, aplikacjach i technologiach mobilnych.

Na Słowacji i Czechach 2/3 startupów swoje siedziby ma w stolicach. Rynek polskich startupów dotychczas nie doczekał się stworzenia jednego silnego ośrodka, w którym zostałyby scentralizowane najważniejsze nowopowstałe innowacyjne przedsiębiorstwa. Dziś największym nasyceniem startupów może cieszyć się Warszawa (25%), Wrocław (12%), Kraków i Poznań (po 7%) oraz Trójmiasto (6%).

Widoczny jest za to silny trend decentralizacji lokalizacji siedzib – pozostałe miasta stanowią aż 43% lokalizacji polskich startupów. Fachowcy podkreślają, że taki stan rzeczy wynika z dwóch czynników. Po pierwsze, uczelnie kształcące inżynierów będących motorem napędowym innowacji znajdują się zarówno w dużych aglomeracjach, jak i nieco mniejszych ośrodkach, a po drugie liczy się otwartość instytucji wspierających startupy, a nie tylko lokalizacja.

– Zarówno centralizacja, jak i decentralizacja mają swoich fanów. Myślę, że nie wydarzy się już druga Dolina Krzemowa, bynajmniej nie na Ziemi.  Oczywiście, wiodący ośrodek np. w stolicy musi być mocny, jest to ważne dla efektywnych prac w obszarze legislacji czy planowania makroekonomicznego dla branży. I choćby z tego powodu pełna decentralizacja nie sprzyjałaby budowaniu gospodarki opartej o innowacje – tłumaczy Wojciech Bachta, Ambasador Fundacji Startup Poland.

Śląsk z dobrym klimatem startupowym

Oprócz pięciu głównych ośrodków startupowych, warto zwrócić uwagę na coraz dynamiczniej rozwijające się regiony: łódzki, kujawsko-pomorski czy śląski, gdzie nie brakuje obiecujących i już prężnie działających projektów.

– W ostatniej dekadzie przeprowadzka do większego ośrodka, np. stolicy przestała być koniecznością, szczególnie, gdy miejsce nie ma znaczenia dla codziennego funkcjonowania startupu. Firmy technologiczne, które sprzedają swoje usługi dla klientów globalnych przez Internet jak np. branża SaaS, nie wymagają lokalizacji siedziby w jednym z pięciu największych ośrodków. Postępująca cyfryzacja pozwala firmom takim jak nasza na zdalną współpracę z ludźmi z całego świata. To prawda, że Śląsk, czyli rynek pracy liczący 2 mln ludzi, pomógł nam zbudować bazę naszego zespołu. Natomiast nowoczesne narzędzia komunikacji oraz nasza kultura pracy zespołu pozwoliły nam sięgnąć po pracowników z Krakowa, Berlina, ale też z tak odległych miejsc jak Sao Paulo czy Szanghaj – dodaje Michał Sędzielewski.

Właśnie Śląsk wskazywany jest przez ekspertów jako jeden z prężniej rozwijających się ośrodków startupowych w kraju i bardzo atrakcyjny region to rozpoczęcia nowego przedsięwzięcia. – To bardzo ciekawy obszar. Górnośląski Okręg Przemysłowy z rozwiniętą społecznością przedsiębiorców ułatwia budowanie relacji biznesowych, pozyskiwanie partnerów i kontrahentów. Z drugiej strony już 50 km na południe można znaleźć Bielsko-Białą, wybitne miasto pod kątem zrównoważonego rozwoju, oferujące mieszkańcom świetne warunki do życia, odpoczynku, sportu, relaksu, ale też rozwoju biznesu – uzupełnia Wojciech Bachta.

Przypadek przedsiębiorców z Katowic pokazuje, że wręcz nie warto kurczowo trzymać się większego ośrodka, a lepiej poszukać miejsca, które sprawi, że bez problemów znajdziemy wykwalifikowanych pracowników, gdzie będzie można sprawnie realizować cel lub gdzie po prostu panuje dobry klimat dla rozwijania konkretnego biznesu.

Z raportu opublikowanego przez Uniwersytet Oksfordzki oraz Yale wynika, że już w 2024 roku nie będą potrzebni tłumacze, a za 45 lat roboty wykonają wszystkie zadania, które dziś wykonują ludzie. Tak szybki postęp oznacza, że walkę o pozycję Polski w zrobotyzowanej rzeczywistości, gdzie koszty gospodarki się wyrównają, należy zacząć już teraz. Eksperci Personnel Service wskazują, że na uprzywilejowanej pozycji znajdą się kraje rozwinięte, z dostępem do tańszej energii i bogatym zapleczem naukowym.

Już za dziesięć lat nasze dzieci będą funkcjonowały w zupełnie innej rzeczywistości niż ta, którą znamy obecnie. A to oznacza, że o ich przyszłość musimy zadbać już teraz. Zaczyna się wyścig z czasem o miejsce naszego kraju w świecie, który, jak już wiemy, bardzo szybko się zrobotyzuje. Sztuczna Inteligencja wyrówna koszty gospodarki i będzie promowała państwa bardziej rozwinięte, które mają dostęp do tańszej energii, jak np. Niemcy czy Francja. Jeżeli nie spróbujemy dogonić tych krajów, zostaniemy po prostu w tyle – mówi Krzysztof Inglot, Prezes zarządu Personnel Service.

Zawrotne tempo rozwoju Sztucznej Inteligencji

Wykorzystanie na szeroką skalę Sztucznej Inteligencji (AI) będzie miało poważne konsekwencje społeczne. Według szacunków 325 naukowców z całego świata, którzy wyrazili swoją opinię w raporcie opublikowanym przez Oxford i Yale, roboty już za 45 lat będą wykonywały wszystkie zadania, które dziś wykonują ludzie. Sztuczna Inteligencja będzie w stanie ułożyć dowolny zestaw klocków LEGO, w 2026 roku napisze esej, a rok później zastąpi kierowców ciężarówek. Natomiast pod koniec wieku sztuczna inteligencja będzie w stanie samodzielnie projektować, programować i modyfikować nowe roboty.

Triumf nauki

Wyścig o wysoką pozycję w zrobotyzowanym świecie wygrają też te kraje, które mogą pochwalić się bogatym zapleczem naukowym. Państwa inwestujące w badania naukowe rozwój technologii związanych ze Sztuczną Inteligencją i promujące te specjalizacje na studiach będą miały przewagę. Do tego ważna jest stopniowa zmiana sytemu nauczenia, który powinien promować kreatywne myślenie. W świecie zdominowanym przez Sztuczną Inteligencję, rozwijanie krytycznego podejścia powinno stanowić podstawę edukacji, bo w kreatywnych pomysłach roboty nie będą w stanie jeszcze długo zastąpić człowieka.

Wiele krajów już zdaje sobie sprawę jaka rewolucja nas czeka. Pora, aby również nasz kraj zaczął intensywne przygotowania. Wszystko po to, żebyśmy nie zostali w tyle tego wyścigu. W tym momencie gospodarka naszego kraju bardzo dobrze się rozwija. Należy to wykorzystać, żeby skupić swoją uwagę na ważnych kwestiach z punktu widzenia naszego miejsca w zrobotyzowanym świecie – podsumowuje Krzysztof Inglot.

Cyfryzacja sektora leasingowego, mobilne kanały dostępu, szanse i zagrożenia wynikające z „uberyzacji branży leasingowej”, dyrektywa PSD2, elektroniczny podpis czy niezakłócony dostęp do rejestrów danych – to wybrane tematy, które pojawiły się podczas pierwszej edycji „E-Leasing Day”, konferencji zorganizowanej przez Związek Polskiego Leasingu pod koniec kwietnia.

 Konferencja „E-Leasing Day” to wydarzenie mające na celu umożliwienie wymiany doświadczeń i stymulujące poszukiwanie inspiracji dla rozwoju sektora leasingowego. Ta nowa inicjatywa Związku Polskiego Leasingu zgromadziła w Warszawie ponad 100 osób. Wśród uczestników konferencji znaleźli się przedstawiciele firm leasingowych i firmy wynajmu, eksperci rynku oraz partnerzy, dostarczający innowacyjne rozwiązania. Tematem przewodnim spotkania była przyszłość branży leasingowej w kontekście cyfrującego się otoczenia gospodarczego.

Ewa Łuniewska, Wiceprzewodnicząca Komitetu Wykonawczego ZPL, witając uczestników „E-Leasing Day” podkreśliła, że leasingodawcy chcą być nie tylko odbiorcą trendów, które są na rynku, ale także sami je wyznaczać. Marcin Balicki, Wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL dodał, że u źródeł pomysłu związanego z digitalizacją, leżała wiara w to, że mimo, iż technologia jest źródłem przewagi konkurencyjnej dla każdej z firm leasingowych, to branża będzie rozwijać się szybciej, jeśli znajdzie wspólne inicjatywy.

Myślenie o digitalizacji ma – w opinii Marcina Balickiego – także wymiar czysto związkowy, ponieważ ZPL zrzesza zarówno firmy bankowe, mające duże zaplecze, jak i podmioty nie bankowe, a digitalizacja jest obszarem, w którym wszyscy mogą zyskać.  Marcin Balicki podkreślił także, że wprowadzenie dyrektywy PSD2 może oznaczać dla sektora leasingowego pojawienie się na rynku silnej konkurencji. Wiceprzewodniczący KW ZPL w perspektywie od 3 do 5 lat widzi zagrożenie, które nazwał „uberyzacją branży leasingowej”. Jedną z inicjatyw branży, mających m.in. sprostać tego typu zagrożeniom jest Grupa ds. Digitalizacji, która powstała w ramach Związku Polskiego Leasingu, pod koniec ubiegłego roku.

Spotkanie otworzyła debata, dotycząca „Przyszłości branży leasingowej w cyfryzującym się otoczeniu gospodarczym”. Do dyskusji zostali zaproszeni: Anna Streżyńska – była Minister Cyfryzacji, Prezes Zarządu MC2 Solutions Sp. z.o.o, Andrzej Dopierała – Prezes Zarządu Asseco Data Systems S.A., Kamil Portka – Agile Leasing Division Director, Ailleron S.A., Sławomir Szopa – Prezes Zarządu Big Consulting Sp. z o.o., Łukasz Wojcieszak – Partner Enxoo Sp. z o.o. oraz Łukasz Wróbel – Wiceprezes i CBDO WEBCON Sp. z o.o. Rozmowę moderował Marcin Balicki, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL. Głównym  wyzwaniem „E-Leasing Day” było znalezienie pomysłów, które mogą być istotne dla branży leasingowej w ciągu 2-3 lat.

Anna Streżyńska zauważyła, że dzisiejszemu klientowi zależy na mobilnych kanałach dostępu, co wiąże się z dążeniem do rozwijania technologii mobilnych, stosowaniem dużych uproszczeń, dążeniem do dostępu do elektronicznej tożsamości, wykorzystania jej w całym procesie transakcyjnym, wreszcie do tego – jak zauważyła Anna Streżyńska – aby cały proces transakcyjny mógł odbyć się poza światem realnym. Była Minister Cyfryzacji zaznaczyła też, że to, co się dzieje w świecie cyfrowym nie zmienia tylko branży leasingowej. Dodała, że ten proces należy rozpatrywać w kategorii szans jak i zagrożeń, kiedy inne firmy, także spoza sektora finansowego, będą zainteresowane wejściem na rynek cyfrowych usług finansowych, dzięki dyrektywie PSD2 i rozwiązaniom sprzyjającym cyfryzacji tych procesów.

Anna Streżyńska podkreśliła też, że „uberyzacja” branży leasingowej może być szansą, jeżeli zostanie rozpatrzona jako ucieczka do przodu i będzie oznaczała gotowość na nowe technologie, wcześniej niż zrobią to inni.

Anna Streżyńska przedstawiła także analizę procesu leasingu, z punktu widzenia elementów, których będzie dotyczyła cyfryzacja (począwszy od identyfikacji tożsamości stron umowy, poprzez podpisanie tej umowy, w sposób bezpieczny i bez wad prawnych, a skończywszy na poszczególnych etapach jej realizacji).  Anna Streżyńska odnalazła aż 20 korzyści wynikających z cyfryzacji tego procesu i 20 miejsc, których cyfryzacja dotyka. Według niej każdy etap podlega intensywnej cyfryzacji i ma ewidentne korzyści wynikające z zastosowań rozwiązań cyfrowych. Zdaniem ekspertki najczęściej nie będą to klasyczne rozwiania informatyczne, ale wyzwania takie jak sztuczna inteligencja, blockchain czy internet rzeczy.

Andrzej Dopierała, prezes Asseco Data Systems, zapytany o to dokąd zmierza branża leasingowa i w jakim miejscu będzie za 3 lata zauważył, że działalność nowego zespołu w ramach ZPL, może być  dobrym fundamentem, który pozwoli wszystkim podmiotom współpracującym w ramach branży leasingowej, osiągnąć podobny pułap rozwoju. Dalsze doskonalenie tego procesu będzie już indywidualną sprawą firm i będzie zależało od kreatywności, pomysłów, inwencji i ciężkiej pracy każdej z firm leasingowych.

Kamil Portka, szef zespołu Agile Leasing Division w firmie Ailleron, zauważył obecność na rynku silnych polskich firm leasingowych, które technologicznie wyprzedzają firmy z pozostałych krajów Europy Środkowej. Zdaniem Kamila Portki, nawet najlepsze technologie, które mogą się pojawić w związku z wejściem na rynek leasingu „Ubera”, nie zastąpią lat doświadczeń. Dodatkowo – w opinii eksperta – firmy leasingowe mają świetną obsługę klienta, a nowoczesna technologia może obniżyć jej koszty. Już dziś część firm leasingowych przejawia technologiczną gotowość do wydania decyzji kredytowej w ciągu kilku sekund.

Prowadzący debatę, Marcin Balicki stwierdził, że jeśli jakiś podmiot wejdzie na rynek bankowy, wykorzystując PSD2 i zbuduje tam masę krytyczną, będzie miał bazę danych o klientach mikro-biznesowych, to zbudowanie na tej podstawie modelu scoringowego, który będzie w stanie automatycznie przyznać rating tego klienta, który ubiega się o finansowanie, będzie bardzo proste. Według niego przewaga konkurencyjna w tym segmencie wynika wyłącznie z posiadanych danych. Ktoś, kto chciałbym zbudować przykładowego „Ubera”, w formule leasingu i od niego zacząć jest bez szans. Natomiast jeśli zacznie z drugiej strony  – ta przewaga zniknie.

Ekspert Ailleron, jako rozwiązanie dla branży, zaproponował wirtualizację kanałów sprzedaży i obsługi. Wirtualizacja oddziału zapewnia kontakt z klientem poprzez stronę internetową, poprzez portal obsługi klienta na urządzeniu stacjonarnym lub mobilnym klienta lub w placówce banku, gdzie udostępnione zostanie mu takie urządzenie.  Pracownik firmy leasingowej – według Kamila Portki – w dalszym ciągu będzie potrzebny, ponieważ zajmie się dokończeniem sprzedaży oraz doradztwem posprzedażowym. Wirtualizacja na początku ma być przedłużeniem ręki handlowca – poprzez czaty, czatboty. Kolejnym etapem będzie pojawienie się awatara, znającego odpowiedz na najbardziej nurtujące pytania.

Zadaniem Sławomira Szopy, Prezesa Zarządu Big Consulting, cyfryzacja powoduje, że ogólne koszty transakcji maleją, a proces leasingowy przyspiesza. Klient, oczekujący szybkiej obsługi, wymusza na firmie leasingowej przeprowadzenie w bardzo krótkim czasie procesu weryfikacji klienta, który pozwoli go poznać i odpowiedzieć na pytanie czy nie jest wirtualny, co oznaczałoby ryzyko sprzedaży produktu nieistniejącemu podmiotowi. Zadaniem eksperta Big Consulting, mała ilość czasu powoduje, że dla firm leasingowych kluczowy jest sprawny dostęp do danych, a rejestry – szczególnie te państwowe – nie pozwalają dzisiaj w kilka sekund zebrać wszystkich informacji na temat podmiotu gospodarczego, który stara się o finansowanie.

W trakcie dalszej dyskusji panelowej pojawiły się wątki odnoszące się do CRM, RODO czy gotowości firm do wdrażania nowych technologii. Łukasz Wojcieszak, Partner w Enxoo zauważył, że dzisiaj konsument może ściągnąć aplikację mobilną, dzięki niej wsiąść do samochodu, który stoi na ulicy i nim odjechać. Przy czym ekspert podkreślił, że tego typu rozwiązania nie będą funkcjonować bez integracji z wewnętrznymi systemami informatycznymi firmy. Zdaniem Łukasza Wojcieszaka, nie każdy system wymaga samodzielnej budowy lub budowy wspólnie z dostawcą od podstaw, ponieważ na świecie są dostępne technologie, z których można skorzystać, m.in. po to, aby cyfryzację w branży leasingowej popchnąć do przodu.

Łukasz Wróbel, Wiceprezes i CBDO Webcon, podsumowując dotychczasową dyskusję stwierdził, że w jej trakcie pojawiły się takie rozwiązania jak blockchain, chmura, podpis i cyfryzacja dokumentów, aplikacje mobilne, internet of things. Według eksperta Webcon nie jest to lista skończona, co stanowi największe wyzwanie, nie tylko dla branży leasingowej, ale dla każdej branży. Tempo zmian i tempo pojawiania się nowych technologii powodują, że firmy stają przed nieco innymi, niż dotychczas, wyzwaniami. Zdaniem Łukasza Wróbla dużo większym wyzwaniem – niż wybór technologii – jest wewnętrzna restrukturyzacja firm, która pozwoli pracownikom nieustannie wdrażać nowe rozwiązania. Zdaniem eksperta, zmiana i to, w jaki sposób firma jest w stanie na zmianę reagować, jest największym wyzwaniem dla firm.

Interesujące ujęcie dyrektywy RODO zaprezentowała Anna Streżyńska. Według słów byłej Minister Cyfryzacji, RODO poddaje się cyfryzacji i może zostać zneutralizowanie, poprzez rozwiązania blockchainowe, poprzez zaszyfrowanie danych klienta, w taki sposób, aby profil cech był rozpatrywany bez identyfikacji z konkretną osobą z imienia i nazwiska i pozostałych cech tożsamości. Jak wytłumaczyła Anna Streżyńska, dopiero na poziomie decyzji leasingowej, następowałoby ponowne przypisanie tej tożsamości do ocenianego wzorca.

Podsumowując dyskusję, dotyczącą cyfryzacji w branży leasingowej, Anna Streżyńska stwierdziła, że musimy uwolnić się od myślenia o cyfryzacji tych procesów, które znamy. Według ekspertki, w przyszłości, cyfryzacji nie będą poddawane duże ilości dokumentów. Wymiana informacji między różnymi jednostkami administracji i biznesu, biurami informacji kredytowej, bankami, administracją, ZUS czy urzędami skarbowymi będzie odbywała się z wykorzystaniem platform wymiany informacji i usług. Dane pozyskiwane w bardzo krótkim czasie staną się częścią całego procesu. Według Anny Streżyńskiej ten proces będzie wyglądał całkowicie inaczej, niż obecnie funkcjonujący model.

Konferencja „E-Leasing Day” odbyła się 19 kwietnia w Hotelu DoubleTree by Hilton w Warszawie. Organizatorem wydarzeniem był Związek Polskiego Leasingu, a partnerami głównymi: Asseco Data Systems S.A. oraz Enxoo Sp. z o.o. Partnerzy: Ailleron S.A, Big Consulting Sp. z o.o., SI- Consulting Sp. z o.o., WEBCON Sp. z.o.o.

W tegorocznej, 16. edycji Rankingu kancelarii prawniczych „Rzeczpospolitej”, która odbyła się pod hasłem „Prawnicy na 100-lecie Polskiej Niepodległości”, firma prawnicza Kochański Zięba i Partnerzy znalazła się w czołówce najlepszych kancelarii prawniczych w Polsce, osiągając przy tym wysoki awans w zestawieniu. W kategorii liczby prawników z uprawnieniami zawodowymi uplasowała się na 6. pozycji, natomiast w kategorii liczby prawników ogółem zajęła wysoką 5. lokatę spośród ponad 300 firm prawniczych zgłoszonych do rankingu.

Jest to wzrost adekwatnie o 10 i 7 miejsc w stosunku do roku 2017. Wynik ten jest potwierdzeniem dynamicznego rozwoju firmy Kochański Zięba i Partnerzy, która od kilku lat jest jedną z najszybciej rozwijających się firm prawniczych w Polsce.

„Znaczący skok i wysoka pozycja firmy Kochański Zięba i Partnerzy w Rankingu „Rzeczpospolitej” daje nam dodatkową motywację do dalszego rozwoju. Jest to nie tylko owoc naszej ciężkiej 20-letniej pracy, ale również efekt wdrożenia nowej strategii rozwoju, która obecnie jest na półmetku realizacji. Pragnę złożyć wyrazy uznania za ten sukces całemu KZP – zespołowi, który już teraz skutecznie i z sukcesem mierzy się z najlepszymi kancelariami prawniczymi na polskim i europejskim rynku usług prawniczych.” – powiedział mec. Piotr Kochański, Adwokat, Partner Zarządzający, założyciel firmy prawniczej KZP.
„Ponadto, na poprawę pozycji rankingowych kancelarii wpłynęło wiele różnych, profesjonalnie planowanych i skutecznie wdrażanych przez firmę działań. W tym umiejętne i motywacyjne, synergetyczne wykorzystanie wysokich kompetencji naszych zespołów, które pracują z klientami oferując im pełny zakres usług prawniczych. Jednak tym, co przesądziło o tym sukcesie, było przejęcie przez naszych Partnerów Praktyk / Liderów firmy odpowiedzialności za kluczowe projekty klientów, prowadzone w strategicznych dla nich i dla Polski, jak również dla całego regionu sektorach – dodał mec. Kochański.

Sektory w których wyspecjalizowała się kancelaria KZP to : Budownictwo, Nieruchomości, FMCG Handel Detaliczny i Motoryzacja, Energetyka, Surowce Naturalne i Przemysł Chemiczny, Media, Nowe Technologie i Telekomunikacja, Private Equity, Przemysł Farmaceutyczny i Ochrona tj. Usługi Finansowe, Infrastruktura i Zdrowia, jak i Przemysł Obronny i Lotnictwo.

Na przestrzeni ostatnich lat firma prawnicza Kochański Zięba i Partnerzy z sukcesem budowała sieć kontaktów i umacniała swoją pozycję na arenie międzynarodowej. Zastosowane innowacyjne metody zarządzania, najnowocześniejsze technologie informatyczne i bezpośredni kontakt z partnerami B2B oraz proaktywne działania rozwojowe, wprowadziły KZP do globalnej siatki kancelarii prawniczych i umożliwiły wymianę usług i korzystanie z kompetencji najlepszych prawników na całym świecie. KZP zatrudnia obecnie165 pracowników, w tym aż 111 prawników w dwóch nowoczesnych biurach w Warszawie i Krakowie.

Dane osobowe to informacje, które pozwalają zidentyfikować lub jednoznacznie identyfikują człowieka. Jeśli dostaną się w niepowołane ręce – mogą zostać wykorzystane np. do kradzieży tożsamości. Wyobrażacie sobie, że zostajecie aresztowani za przestępstwo, którego nie popełniliście, a jednak było firmowane Waszymi danymi osobowymi? Jakie byście mieli zdanie o firmie, która dopuściła do tego, że Wasze dane wyciekły? Zostawilibyście sprawę bez dochodzenia swoich praw,  odszkodowania?

W 2017, po roku utrzymywania w tajemnicy, firma Uber przyznała się do wycieku danych osobowych 57 milionów swoich klientów. Firma poinformowała, że zapłaciła 100 tysięcy dolarów hackerom, którzy byli w posiadaniu danych (żeby te nie zostały upublicznione). Gdy rozpocznie się egzekucja RODO podobna sytuacja wycieku danych może kosztować Ubera do 20 mln euro lub 4% światowego obrotu. Firma będzie musiała zgłosić do właściwego organu nadzorczego tak istotny wyciek, będący incydentem bezpieczeństwa.

Dlaczego notyfikacja?

Administratorów danych osobowych (ADO) czekają więc w związku z RODO nowe obowiązki szybkiej identyfikacji i przeciwdziałania naruszeniom bezpieczeństwa danych. Wprowadzona regulacja nakazuje powiadomienie o incydencie nie tylko organ nadzorczy, ale też osoby, których dane znalazły się w niebezpieczeństwie.

W myśl Art.34. Par.1: Jeżeli naruszenie ochrony danych osobowych może powodować wysokie ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych, administrator bez zbędnej zwłoki zawiadamia osobę, której dane dotyczą, o takim naruszeniu.

RODO identyfikuje niebezpieczeństwa w katalogu incydentów, pod wspólną definicją „naruszenia bezpieczeństwa prowadzące do przypadkowego lub niezgodnego z prawem zniszczenia, utracenia, zmodyfikowania, nieuprawnionego ujawnienia lub nieuprawnionego dostępu do danych osobowych przesyłanych, przechowywanych lub w inny sposób przetwarzanych”.

Skutki naruszenia bezpieczeństwa danych mogą być naprawdę dramatyczne – od uszczerbku fizycznego, szkód majątkowych lub niemajątkowych, takich jak utrata kontroli nad własnymi danymi, ograniczenie praw, dyskryminacja, kradzież lub sfałszowanie tożsamości, aż do strat finansowych.

Co w zgłoszeniu?

Treść zawiadomienia – notyfikacji urzędowej – powinna opisywać charakter naruszenia ochrony danych osobowych. W tym: w miarę możliwości wskazywać kategorie i przybliżoną liczbę osób, których dane dotyczą, oraz kategorie i przybliżoną liczbę wpisów danych osobowych, których dotyczy naruszenie. Dodatkowo powinno zawierać imię i nazwisko oraz dane kontaktowe inspektora ochrony danych lub oznaczenie innego punktu kontaktowego, od którego można uzyskać więcej informacji; opisywać możliwe konsekwencje naruszenia ochrony danych osobowych; opisywać środki zastosowane lub proponowane przez administratora w celu zaradzenia naruszeniu ochrony danych osobowych, w tym
w stosownych przypadkach środki w celu zminimalizowania jego ewentualnych negatywnych skutków.

Wszystkie kroki zmierzające do wyjaśnienia okoliczności zaistnienia naruszenia oraz podejmowane kroki w celu przeciwdziałania jego skutkom muszą być przez firmy formalnie udokumentowane.

Masz prawo dochodzić odszkodowania

Przedsiębiorca, który nie dopełni swoich obowiązków, prócz wspomnianych wysokich kar administracyjnych od nadzoru, po 25 maja br. będzie narażony na procesy cywilne ze strony poszkodowanych osób, które poinformuje – zgodnie z RODO – o incydencie. Przedsięwzięte po fakcie naruszenia kroki mogą okazać się niewystarczające dla zabezpieczenia wolności i praw człowieka osób, których dane wyciekły czy zostały zniszczone. Jeżeli więc poniesiesz z tytułu podobnego naruszenia szkodę możesz dochodzić adekwatnego odszkodowania. Kancelarie prawne specjalizujące się w odszkodowaniach z tytułu naruszenia bezpieczeństwa danych osobowych, z nową siłą oferują swoje usługi –  zanim jeszcze rozporządzenie zacznie być egzekwowane.

 

Autur: Tomasz Mamys, Project Manager RODO w Sage

 

Value Engineering staje się coraz chętniej wykorzystywanym narzędziem do optymalizacji produkcji i zakupów, szczególnie w branży przemysłowej. Czym jest tak zwana inżyniera wartości?

Pomimo, że pojęcie Value Engineering dopiero zaczyna zyskiwać na znaczeniu, to jednak warto wiedzieć, iż zostało wymyślone krótko po II wojnie światowej. Ze względu na braki kadrowe, a także niedobór surowców oraz komponentów, inżynierowie musieli szukać prostszych i przede wszystkim tańszych rozwiązań do zastosowania w przemyśle.

Na czym zatem polega inżyniera wartości? Według ekspertów, można to ogólnie określić jako analiza działań w łańcuchu projektu, której celem jest optymalizacja kosztów i surowców, przy jednoczesnym sprostaniu wymaganiom klienta. Innymi słowy, produkt musi spełniać dokładnie tę samą funkcję, jednak przy wykorzystaniu mniejszej ilości surowca, innego surowca, bądź wykorzystaniu innego procesu technologicznego. Inżynieria wartości jest to nowy trend, który ma miejsce szczególnie w różnych branżach przemysłu. Chodzi tu głównie o bardziej efektywne wykorzystanie zasobów, zarówno surowców, jak i zasobów potrzebnych do produkcji danego produktu, bez umniejszania wartości dla klienta. Na przykład ekspres do kawy, czy pralka do prania, kiedyś te urządzenia były w dużej mierze konstruowane z elementów metalowych, natomiast w międzyczasie wiele komponentów zostało zamienionych na części plastikowe – wyjaśnia dr Tomasz Gonsior, Partner, OptiBuy.

Zdaniem specjalistów, bardzo ważny jest fakt, że Działy Zakupów coraz częściej zajmują się tymi właśnie procesami. Nie skupiają się tylko na cięciu kosztów przez negocjacje, lecz również podejmują się poszukiwania nowych surowców lub substytutów tworzyw. Ważne w tej kwestii jest wykorzystanie wiedzy dostawców. Zamiana metalu na plastik albo np. złota na srebro ma zastosowanie w elektronice, w tym wypadku może to przynieść oszczędności rzędu kilkudziesięciu do 50., albo nawet 60. procent. Jednak średnio, oszczędności w zależności od produktu, firmy i profilu produkcyjnego, wahają się między kilkanaście a kilkadziesiąt procent, co w dobrze zorganizowanych działach zakupów nie jest do osiągnięcia poprzez negocjacje lub szukanie nowych dostawców – dodaje dr Tomasz Gonsior. Ekspert jako przykład, wskazuje na ogromne kwoty zaoszczędzonego kapitału, jakimi może się pochwalić m.in. branża automotive. Paręnaście czy parędziesiąt lat temu, średnia grubość karoserii samochodu była na poziomie 1,2 milimetra. Dzisiaj jest to 0,7 milimetra. To wynika z postępu technologicznego, lepszych specyfikacji blach, ale ma to również wpływ na to, że lepiej wykorzystujemy te surowce, które mamy – tłumaczy Partner w OptiBuy.

Wypowiedź: dr Tomasz Gonsior, Partner, OptiBuy.

Zapraszamy do zapoznania się z 5  kierujących zespołami. 

Zasada #1 – Stosuj bezkonfliktową komunikację

Na czym tak naprawdę polega ten styl komunikacji z zespołem? Kiedy rozmawiam ze doświadczonymi menedżerami, nieraz słyszę, że to popularna nowomowa, która niczego nie zmienia. Szkopuł w tym, że jeśli na przykład rozmawiam z osobą z zespołu bez przekonania do takiego, czy innego sposobu nawiązywania dialogu, to nie pomoże tu żadna „technika”.

Powinienem wtedy zacząć na przykład od zastanowienia się nad własnymi przekonaniami – czy uważam, że nie mam wsparcia od członków zespołu i wszystko jest na mojej głowie? Czy moja głowa jest najważniejsza w tym procesie, czy raczej służy do uzyskania synergii zespołowej? Za określoną moją postawą będzie postępował styl mojej komunikacji, albo siłowy – albo partnerski. Jeśli, zespół rzadko mi pomaga, nie ma inicjatywy i moja głowa jest przeciążona problemami, mogę pomyśleć; „Nie mam od nich wsparcia. A jak już coś mówią to i tak nie pomagają.” Wobec tego do pracownika odezwę się w sposób siłowy; „Wiesz, co, zrób tak jak ja powiedziałem, to będzie dobrze!”. To, czego często doświadczają menedżerowie to zamkniętego cyklu, w którym ich własna postawa wyzwala niekorzystne postawy w zespole, a to z kolei wpływa na dalsze pogłębianie siłowej postawy menedżera wykorzystującego taki styl zarządzania . Aby zmienić ten cykl potrzebuję poczucia pewności siebie i uwagi na to, co dzieje się w zespole. Nawyk stosowania bezkonfliktowej komunikacji nawet w sytuacjach, kiedy w zespole panuje „ciężka atmosfera” sprzyja szybkiemu uzyskiwaniu synergii i efektów.

Zasada #2 – Wyznaczaj adekwatnie motywujące cele zespołowi

O różnych technikach wyznaczania celów napisano już wiele. Nie każdy jednak orientuje się, że menedżer w różnych momentach powinien w inny sposób komunikować cele zespołom. Ktoś mógłby pomyśleć po przeczytaniu pierwszego akapitu, że radzi się tu zarządzać miękko i niepewnie. Są sytuacje, że próby nadmiernego zaprzyjaźnienia się z zespołem nie opłacą się. Zależy to od cyklu życia zespołu, jego gotowości na przyjmowanie różnych komunikatów. Z pewnością wyznaczanie celów, kiedy zespół stoi przed nowym zadaniem wymaga wyrazistości menedżera i struktury przekazu.

Zasada #3 – Obserwuj zmienność motywacji i zachowań w zespole

Odnosząc się do różnych funkcji zarządzania, warto wspomnieć, że menedżer przyjmuje na siebie też rolę diagnosty swojego zespołu. Temu również służą rozmowy z pracownikami, zamiast odgradzania się w gabinecie. Diagnostyczna rola wymaga od szefa zrozumienia motywacji pracowników. Zazwyczaj różne osoby kierują się trzema głównymi motywacjami. Są to władza, samorozwój i przynależność społeczna. W tych trzech kluczach ukryte są rozmaite dążenia ludzi. Na przykład samorozwój, to nie tylko nauka, także osiągnięcia, doświadczanie odpowiedzialności. Warto też powiedzieć w tym miejscu o często obserwowanym braku spójności między prawdziwymi wartościami osoby i jej świadomą motywacją, a realnymi celami i działaniami. Ten brak spójności wpływa na osłabienie osoby i zespołu. Wiele, więc zależy zarówno od przydziału odpowiednich zadań, oraz indywidualnego doboru motywatorów. Do tego warto wziąć pod uwagę fakt, że motywacja zespołu, jako grupy jest zmienna w czasie i zależy od tzw. faz rozwoju zespołu. W każdej z faz rozwoju zachowanie menedżera powinno być adekwatne do sytuacji.

Zasada #4 – Integruj i promuj postawę otwartości w konfliktach

Kiedy dochodzi do sytuacji trudnych w zespole, menedżer potrzebuje wykorzystania swojej roli diagnosty, aby zrozumieć, co się dzieje. Doświadcza też różnych emocji, które wpływają na komunikację z zespołem. Komunikacja menedżera bywa też naśladowana przez pozostałe osoby z zespołu. Zazwyczaj w konflikcie obserwuje się niższy poziom ujawniania siebie i własnych interesów, ze względu na postawę obronną, brak zaufania, lęk. Menedżer może przełamywać ten sposób reagowania na konflikty. Udrożnienie komunikacji, czyli rozmowa o rzeczywistych problemach i narastających uczuciach zamiast udawania i gry aktorskiej, stwarza sytuację optymalną do poszukiwania różnych rozwiązań poradzenia sobie z rzeczywistym problemem.

Zasada #5 – Buduj swój autorytet poprzez postawę asertywną

Niektórzy mówią, że zarządzanie zespołem to autorytet, który się po prostu ma albo nie. Jednak, kiedy następują zmiany w zakresie nawyków we własnej postawie, można dokonać wielkiej zmiany we własnym wizerunku i wpływie na innych. Co za tym idzie autorytet menedżera może wzrosnąć. Ze zwiększeniem autorytetu szefa związane są kompetencje z zakresu inteligencji emocjonalnej, społecznej i in. Według badań D. Golemana większość kompetencji stosowanych w pracy to nie wiedza ekspercka i IQ (tylko około 27%), a kompetencje z obu grup wymienionych wcześniej. W takim razie jak wspierać rozwój tych kompetencji. Jednym z czynników jest praca nad własną postawą asertywną rozumianą nie tylko, jako sposób na stawianie granic, ale sposób przeżywania własnego monologu wewnętrznego, własnego przeświadczenia o asertywnych prawach takich jak prawo do błędów, czy wyrażania uczuć, oraz poziomu integracji tych wartości ze swoim ja. Menedżerowi wytknięto błąd na zebraniu zespołu. Co robi? Jak się zachowuje? Jeśli przyjął postawę obronną to jak to wpływa na jego autorytet? Albo, jeśli udaje, że nic się nie stało i jest nienaturalnie przy tym wesoły to jak to wpływa na jego autorytet? W obu przypadkach nieadekwatność zachowania wpływa niekorzystnie na autorytet. Uzyskanie spójności wewnętrznej i samoakceptacji to jedno z wyzwań, które można zaobserwować w grupach wielu menedżerów. To właśnie tu tkwi źródło siły i poczucia sprawczości.

Autor: Paweł Wojciechowski

Polska energetyka przeżywa rewolucję i modernizację. W dużej mierze wynika to z regulacji unijnych – tzw. pakietu zimowego i regulacji BAT, dotyczących technologii oraz ich emisyjności. Jest to również spowodowane reformą systemu UE ETES (Europejski System Handlu Emisjami) – czyli handlu certyfikatami CO2. Na to wszystko nakłada się program rządowy, będący wynikiem powyższych zmian.

– Jest to plan klimatyczno-energetyczny, określający w jaki sposób będziemy produkować energię w najbliższych latach. Bardzo duże zmiany zapowiadane są w zakresie nowych, powstających mocy – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes zarządu Instytutu Jagiellońskiego – Węgiel straci zajmowaną dotychczas pozycję i nie będzie odgrywać już głównej roli. Unia Europejska i polski rząd zmierzą się z nowymi wyzwaniami. Będzie to program dla Śląska – czyli wsparcia dla regionów, które zajmują się wydobyciem węgla kamiennego. Drugą kwestią będzie program dla górnictwa, który jest obecnie procedowany w rządzie. Wypadkowa powyższych czynników przesądzi, jak w Polsce wytwarzane będą ciepło i prąd.

Internet to dziś potężne i niezwykle bogate źródło informacji. W sieci można zamieścić dowolną ilość informacji, porad czy opinii. Niestety, niektóre z nich mogą okazać się nieprawdziwe (tzw. fake newsy), niesprawdzone, naruszające cudze dobra osobiste, czy wręcz niebezpieczne (np. materiały zachęcające do wstępowania do organizacji terrorystycznych). Rodzi się więc pytanie, czy i jaką odpowiedzialność ponoszą twórcy tego rodzaju fałszywych czy groźnych materiałów.

Czy można zaryzykować stwierdzenie, że „internet wszystko przyjmie”, a osoba zamieszczająca w nim konkretne treści może robić to bez obaw poniesienia konsekwencji?

Absolutnie nie. Internet, jak każde inne medium podlega zasadom dotyczącym zamieszczania w nim odpowiednich treści. W pewnych sytuacjach, za publikację nieodpowiednich materiałów należy liczyć się z możliwością poniesienia konsekwencji cywilno- lub karnoprawnych.

Ale czy to nie kłóci się z wolnością słowa i prawem do swobodnej wypowiedzi?

Rzeczywiście można odnieść takie wrażenie, ale jest ono nieprawdziwe. Owszem, obywatel państwa demokratycznego cieszy się swobodą wypowiedzi i wolnością słowa, ale musi też pamiętać, ze każda wolność ma swoje granice; filozoficzna idea głosi, że wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Innymi słowy, za przekroczenie granic każdej wolności, w tym wypadku wolności słowa, grożą sankcje.

Na ile precyzyjnie określone są owe granice określone w stosunku do działalności w internecie?

Prawo, a dokładnie kodeksy karny i cywilny określają je dosyć precyzyjnie. Np. artykuł 23 Kodeksu Cywilnego wymienia cały katalog dóbr osobistych, których naruszyć nie wolno m.in. w publikacjach medialnych:

„...Dobra osobiste człowieka, jak w szczególności zdrowie, wolność, cześć, swoboda sumienia, nazwisko lub pseudonim, wizerunek, tajemnica korespondencji, nietykalność mieszkania, twórczość naukowa, artystyczna, wynalazcza i racjonalizatorska, pozostają pod ochroną prawa cywilnego niezależnie od ochrony przewidzianej w innych przepisach…”

Ten sam kodeks daje poszkodowanym możliwości walki o swoje, naruszone wcześniej, prawa. Jako przykład można podać kroki, jakie może zgodnie z art. 24 k.c. oraz art. 83 w zw. z art. 78 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych podjąć osoba, której wizerunek został bezprawnie opublikowany w internecie, są to:

  • – żądania zaniechania dalszego rozpowszechniania wizerunku
  • – doprowadzenia do usunięcia skutków naruszenia prawa do wizerunku
  • – otrzymania nawet trzykrotności wartości wynagrodzenia za wykorzystanie wizerunku (gdy naruszenie tego prawa ma charakter zawiniony)
  • – odszkodowania za doznaną krzywdę związaną z naruszeniem
  • – przekazania określonej sumy na wskazany przez uprawnionego cel społeczny

W sukurs kodeksowi cywilnemu idzie kodeks karny, precyzując m.in. pojęcie zniesławienia, jako pomówienia, poniżającego w oczach opinii publicznej lub narażającego na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, a także określając karę za nie – ograniczenie wolności lub grzywna, a jeżeli zniesławienia dokonano za pośrednictwem mediów, karą może też być pozbawienie wolności do 1 roku. Powyższe przykłady pokazują wyraźnie granice wolności wypowiedzi i odpowiedzialność jaką poniesie ktoś, kto je naruszy.

Załóżmy jednak sytuację, w której publikowane treści nie naruszają niczyich dóbr, nie są nielegalne, a mimo to prowadzą do negatywnych skutków; chociażby porady dotyczące ćwiczeń fizycznych, po których ktoś odniósł ciężką kontuzję?

To rzeczywiście skomplikowany problem, któremu starają się zaradzić regulaminy dotyczące zamieszczania treści w sieci,zawierające klauzule ostrzegające czytelników. Mogą one brzmieć chociażby tak:

„Poniższe stanowisko jest jedynie moją prywatną opinią a nie potwierdzonym stanem faktycznym”, „Zanim rozpoczniesz moją dietę skonsultuj się z lekarzem”, „Zaprezentowane tricki przeprowadzili specjaliści, nie próbujcie ich naśladować” itp. Generalnie mają one przenieść ciężar odpowiedzialności z twórcy na odbiorcę. Z życia wziętym przykładem może być popularny program „Śmierć na 1000 sposobów” – jego twórcy wyraźnie przestrzegają widzów przed naśladowaniem zaprezentowanych scen, ponieważ w ich konsekwencji można ponieść poważne obrażenia, a nawet śmierć.

Gdyby jednak takich klauzul zabrakło, twórca takich materiałów faktycznie mógłby ponieść konsekwencje, związane z naruszeniem cudzych dóbr osobistych.

Jednak nie każda nieodpowiedzialna treść musi wiązać się z tak drastycznymi konsekwencjami jak w przytoczonym programie. Co jeżeli na skutek porad dotyczących stylu życia, nastolatkowie opuszczą się w nauce, a małżeństwo wpadnie w kryzys czy nawet rozpadnie się?

W tym momencie, cytując klasyka: „Skończyła się zabawa, zaczęły się schody”. A dzieje się tak dlatego, że prawo to nie jedyny system normatywny obejmujący kwestie odpowiedzialności za działalność internetową. Drugim jest moralność (etyka).

Moralność, z racji swojej ogólności, nie precyzuje tak dokładnie jak prawo zasad twórczości w sieci. Raczej odnosi się bezpośrednio do poczucia odpowiedzialności i przyzwoitości twórców; jak wykazały badania Natalii Hakalskiej z 2016 roku, zawarte w raporcie „Rola blogerów i youtuberów we współczesnym świecie”, już 95% twórców treści internetowych zdaje sobie sprawę z wpływu, jaki wywierają na swoich odbiorców. Kładzie to zatem na ich barki troskę o los tych, którzy im po prostu zaufali. Tak pojmowana odpowiedzialność etyczna wymusza na nich tworzenie takich materiałów, które nie spowodują negatywnych konsekwencji dla tych, którzy się z nimi zapoznają.

Dotąd mówiliśmy tylko o twórcach. A co z odpowiedzialnością administratorów stron i serwerów, na których pojawiają się kontrowersyjne treści?

Tutaj sprawa jest o wiele prostsza; dostawcy usług nie ponoszą odpowiedzialności za zamieszczane na ich serwerach treści, chyba że otrzymają oni sprawdzoną informację,  iż przechowywane przez nich materiały naruszają prawa osób trzecich (lub łamią prawo w inny sposób, np. propagując treści nazistowskie, rasistowskie czy tez faszystowskie). To konsekwencja zasady „Notice and takedown” (dosł. powiadom/zauważ i usuń), mówiącej że prawo nie pociąga dostawcy usług do odpowiedzialności za zamieszczone na jego serwerze sprzeczne z prawem treści, ale pod warunkiem, że nie dysponuje on wiedzą dotyczącą tychże treści:

„…odpowiedzialność podmiotu świadczącego hosting jest możliwa w dwóch przypadkach, a mianowicie: gdy posiada on wiedzę o bezprawnym charakterze udostępnionych za jego pośrednictwem danych a także wtedy, gdy mimo otrzymania urzędowego zawiadomienia lub uzyskania wiarygodnej wiadomości o bezprawnym charakterze udostępnionych danych nie uniemożliwił on dostępu do tych danych…”

Autor: Nico Bałazy

Minimalne wynagrodzenie ma równowartość dwóch dolarów amerykańskich, ale za jednego dolara można kupić trzy cysterny benzyny. Brakuje leków i żywności, a w ledwie miesiąc do samej tylko Kolumbii uciekło 100 tys. obywateli. Katastrofa ekonomiczna i absurdy Wenezueli przekraczają wyobrażenia.

Praktycznie żadne wskaźniki ekonomiczne nie mogą oddać bieżącej sytuacji w Wenezueli. Przede wszystkim dlatego, że nie publikuje się oficjalnych danych, a kondycja kraju pogarsza się dosłownie z każdym dniem i wszelkie obliczenia są obarczone olbrzymim błędem. Jedną z niewielu miar podpowiadających, jak może wyglądać życie w Republice Boliwariańskiej, jest kurs walutowy i wynagrodzenia.

2 zł do ręki, a reszta w bonach żywnościowych

Od 1 marca z wielką pompą zostało podniesione miesięczne wynagrodzenie minimalne. Przysłowiowy „enter” potwierdzający tę decyzję wciskał sam prezydent Nicolas Maduro. Obecnie pracownicy nie mogą zarabiać mniej niż 392 tys. boliwarów (VEF) w gotówce, a dodatkowo dostają bony żywnościowe na 915 tys. VEF. Już dwa miesiące temu kwota ta była niewiarygodnie niska, gdyż za dolara amerykańskiego trzeba było zapłacić ok. 200 tys. VEF.

Teraz jednak, gdy dolar kosztuje 625 tys. VEF (dane Dolartoday), oznacza to, że całkowite wynagrodzenie na poziomie 1,3 mln VEF jest warte ok. 2 dolary amerykańskie. Z tego tylko ok. 60 centów (2 zł) jest dostępne w gotówce.

Wynagrodzenie minimalne niewiele różni się od oficjalnych zarobków pozostałej części obywateli. Trzy tygodnie temu, zgodnie z informacjami Ministerstwa ds. Komunikacji i Informacji, podniesiono również pensje dla nauczycieli o 100 proc. Będą oni obecnie zarabiać od ok. 2 do 4 mln VEF, czyli od 12 do 25 zł miesięcznie.

Absurd goni absurd

Wyniszczająca od lat polityka ekonomiczna, polegająca na nacjonalizacji całej gospodarki i zapewnieniu obywatelowi wszystkich możliwych dóbr i usług praktycznie za darmo, doprowadziła ten kraj nie tylko do niewyobrażalnego kryzysu. Wykreowała także szereg abstrakcyjnych sytuacji.

Wenezuela od lat była znana z niskich cen paliw. Teraz jednak przez hiperinflację są one dosłownie rozdawane. Litr benzyny bezołowiowej 91 oktanów (dane Dolartoday) kosztuje 1 VEF, a popularnej również w Polsce „95” – 6 VEF. Za jednego dolara możemy więc kupić aż 100 tys. litrów tego droższego paliwa, czyli mniej więcej trzy cysterny.

Innym absurdem w państwie posiadającym największe na świecie złoża ropy naftowej jest fakt, że kraj może stanąć pod przymusem importowania gotowego paliwa. Dane Bloomberg z 3 kwietnia pokazują, że ze względu na awarie i brak personelu wykorzystywana jest tylko jedna trzecia mocy rafineryjnych. Oznacza to produkcję 424 tys. baryłek dziennie. Tymczasem Reuters szacował (na podstawie danych państwowego koncernu PDVSA), że w marcu popyt na paliwo przekraczał 430 tys. baryłek.

Gdyby rzeczywiście Wenezuela została zmuszona do importu paliwa, byłaby to jeden z największych paradoksów na świecie. Nie dość, że wydobycie jest najniższe w historii ze względu na brak inwestycji, to jeszcze z powodu niewystarczających mocy przerobowych rafinerii możemy być świadkami konieczności importu gotowego paliwa. Cena benzyny czy diesla na świecie wynosi ok. 2 zł za litr, natomiast obywatelom Wenezueli byłoby ono rozdawane za darmo.

Gotówka w cenie

Według szacunków MFW inflacja w tym roku przekroczy w Wenezueli 13 tys. proc. To oznacza, że średnio usługi i towary zdrożeją o 130 razy. Z kolei dolar wyrażony w boliwarach w porównaniu do kursów sprzed roku jest obecnie 200-krotnie droższy. Poza olbrzymimi reperkusjami gospodarczymi generuje to także problemy natury logistycznej – nie ma gotówki.

Banknoty są potrzebne m.in. po to, by zapłacić za paliwo czy bilet w metrze. Gdy czegoś brakuje, to zwykle rośnie cena danego towaru. W tym przypadku gotówka kosztuje dwa razy więcej niż wynosi jej wartość nominalna widoczna na banknocie. Cały proceder jej zakupu jest nawet dość prosty dzięki szybkim przelewom online i sieci osób, które mają do niej dostęp – opisuje cały proceder Bloomberg w serii „Life in Caracas”.

Agonia trwa dalej

Trudno powiedzieć, kiedy sytuacja w Wenezueli się poprawi. Reżim prezydenta Maduro cały czas prowadzi szeroką kampanię propagandową pokazującą że sytuacja w kraju jest normalna, a przejściowe problemy są spowodowane działaniami USA. Na kontach Twittera instytucji publicznych bez przerwy pokazywany są sukcesy jego administracji (nowe fabryki, dostawy sprzętu medycznego) oraz wiece popierające wenezuelskiego przywódcę. Jednak utopijny socjalizm wcześniej czy później upadnie, co powinno stać się nowym otwarciem dla bogatego w surowce, a jednocześnie pogrążonego w ekonomicznym i humanitarnym kryzysie, kraju.

Wrocław otrzymał tytułu European Best Destination 2018 zostawiając w tyle Pragę, Paryż, Barcelonę i Amsterdam. Swój sukces miasto stu mostów zawdzięcza ogromnemu zaangażowaniu mieszkańców i turystów, jak również efektywnym działaniom z zakresu marketingu online. Kampania wyświetlana w oparciu o profile behawioralne internautów przekonała do opowiedzenia się za Wrocławiem ponad 27,5 tys. osób, co stanowi 67 proc. wszystkich głosów oddanych w konkursie.

Za spektakularnym zwycięstwem Wrocławia stoi wielu oddanych mu ludzi. Ciężka praca włożona w przygotowanie do udziału w konkursie European Best Destination 2018 przyniosła rezultat i to najlepszy z możliwych. Położone nad Odrą miasto zdobyło 41 tysięcy głosów ze 146 krajów. W tegorocznej edycji konkursu uczestniczyły m.in. hiszpańskie Bilbao, francuski Colmar, Mediolan, Amsterdam, Ateny Barcelona oraz Paryż. W rywalizacji wzięło udział 20 miast, ale zwycięstwo przypadło stolicy Dolnego Śląska. – Wszystkim osobom, które głosowały na Wrocław, bardzo dziękuję. Dokonaliście dobrego wyboru. Szczęśliwie żyjemy w czasach – i oby tak pozostało – gdy podróżowanie jest łatwe, a Europa otwarta i dostępna. Serdecznie zapraszamy wszystkich do Wrocławia – powiedział Rafał Dutkiewicz, Prezydent Wrocławia. Najnowsze rozwiązania z obszaru e-marketingu pomogły odnieść sukces kampanii. – Wrocław to nowoczesne miasto, które dostrzega potencjał nowych technologii i zamiast sięgać po standardowe, mało skuteczne rozwiązania postawiliśmy na promocję wykorzystującą zaawansowaną analitykę danych i big data marketing, co z pewnością pomogło nam w osiągnięciu sukcesu – stwierdziła Ewelina Bartoszewska-Kman z Biura Promocji Miasta i Turystyki Urzędu Miejskiego Wrocławia.

Zespół Audience Network, który odpowiadał za kompleksowy zakup mediów i targetowanie reklam, przeprowadził dokładną analizę profili osób odwiedzających serwisy wroclaw.pl oraz visitwroclaw.eu. Agencja specjalizująca się w data consultingu, będąca częścią grupy Cloud Technologies, zdiagnozowała w ten sposób najlepiej konwertujących internautów i na podstawie utworzonych profili behawioralnych precyzyjnie określiła grupę docelową, do której skierowała internetową kampanię reklamową. –  Takie rozwiązania potrafią być niezwykle skuteczne, szczególnie w branży e-commerce. Jeśli firma chce poznać, kim naprawdę są jej klienci, przygotowanie w ten sposób profili behawioralnych jest ku temu najlepszym sposobem. Na podstawie takich analiz można nie tylko docierać z reklamą internetową do osób o zbliżonej charakterystyce, lecz również tworzyć lub optymalizować całe strategie marketingowe marek – tłumaczy Marcin Filipowicz, Wiceprezes Audience Network.

I tak też było tym razem. Wykorzystanie technologii pomogło w opracowaniu efektywnej strategii komunikacji. – Już na wstępie przygotowań tejże strategii byliśmy przekonani, że jej znaczący zakres musi opierać się na Big Data. Działania naszych partnerów z Audience Network doskonale się w to wpisały. Dzięki pogłębionej wiedzy o osobach, które charakteryzują się większą konwersją, mogliśmy zoptymalizować ogólny plan marketingowy. Dokładnie poznaliśmy potencjał i rozumieliśmy, jak kreować komunikat, aby odnieść końcowy sukces – wyjaśnia Michał Szydlik, Managing Partner agencji Brand Bridge.

Aby rozszerzyć grono odbiorców, zespół Audience Network skorzystał z OnAudience.com, należącej do Cloud Technologies hurtowni danych o internautach, która obserwuje ponad 12 miliardów urządzeń z całego świata dokładnie analizując aktywność internetową ich użytkowników. Na podstawie opracowanej wcześniej analizy utworzono specjalny segment look-alike. Zawierał on profile osób o cechach najbardziej zbliżonych do określonej grupy docelowej, którym następnie wyświetlano reklamę w modelu programmatic buying. Obrana przez Audience Network strategia okazała się być wyjątkowo skuteczna, o czym świadczy współczynnik konwersji przekraczający 60 proc.

Kampania objęła również retargeting osób odwiedzających wrocławskie profile (wroclaw.pl oraz visitwroclaw.eu, targetowanie behawioralne (mieszkańcy, internauci interesujący się Wrocławiem), działania na Facebooku oraz targetowanie wykorzystujące geotrapping, czyli kierowanie reklam do osób przebywających w konkretnej lokalizacji. Bannery wyświetlane były internautom, którzy w danej chwili znajdowali się w konkretnych punktach użyteczności publicznej we Wrocławiu: na rynku miasta, dworcu, lotnisku lub galeriach handlowych.  – Cieszę się, że mieliśmy okazję wziąć udział w tym projekcie, a nasze działania pomogły polskiemu miastu zdobyć prestiżowy tytuł European Best Destination. Efektem naszej współpracy są bardzo dobre wyniki i oszczędności, które udało się wygenerować dzięki przemyślanej strategii, odpowiedniemu doborowi narzędzi i precyzyjnemu targetowaniu – mówi Grzegorz Kosiński, Prezes Audience Network.

Strzałem w dziesiątkę okazało się skierowanie reklam do wrocławian przebywających za granicą. Zdaje się, że topos ziemi ojczystej w tej grupie docelowej daje o sobie znać w postawach patriotycznych przekładających się na zaangażowanie online. Polscy emigranci chętnie oddawali głosy na bliskie im miasto, przez co wskaźnik konwersji sięgnął wśród nich 51 proc. Równie skutecznym kanałem dotarcia okazał się również Facebook, gdzie wskaźnik konwersji wyniósł także ponad 50 proc

Przejście z technologii analogowej na rzecz cyfryzacji dla wielu prywatnych przedsiębiorców stanowi sporą trudność. Problem szczególnie dotyczy małych i średnich firm, które nie czują się pewnie, poruszając się w zdigitalizowanym świecie.

Według danych Komisji Europejskiej, Polska zajmuje obecnie 23. miejsce w europejskim rankingu indeksu gospodarki cyfrowej i społeczeństwa cyfrowego – DESI (ang. Digital Economy and Society Index). Dzięki ogromnej dynamice procesu digitalizacji w Polsce, coraz częściej jesteśmy postrzegani jako liderzy cyfryzacji w Europie. Ta jednak wciąż stanowi wyzwanie dla przedsiębiorców, zwłaszcza w kontekście korzystania z usług e-handlu czy komunikacji z odbiorcami poprzez kanały społecznościowe. Polska ma dużo przestrzeni do wzrostu jeżeli chodzi o wykorzystanie zalet cyfryzacji w B2B, szczególnie w przypadku małych i średnich przedsiębiorstwmówi Andreas Maierhofer, Prezes T-Mobile Polska S.A.

Jak wynika z badań, blisko 55% Polaków decyduje się na zakupy w internecie, a wynik ten z każdym rokiem rośnie. Zdaniem ekspertów otwiera to zupełnie nowe możliwości dla przedsiębiorców. Około 30% małych firm nie ma strony internetowej, blisko 60% firm nie korzysta z mediów społecznościowych, a swoje usługi w internecie sprzedaje tylko co czwarty przedsiębiorca. To pokazuje, że istnieje bardzo duża szansa, zarówno dla operatorów telekomunikacyjnych, jak i przede wszystkim dla przedsiębiorców, żeby skutecznie działać w tym obszarze i rozwijać swój biznes, korzystając z nowych technologii wyjaśnia Piotr Markowski,  Dyrektor Pionu B2B T-Mobile.

Klienci poszukują innowacji

Przedsiębiorcy w Polsce nadal nie wykorzystują w pełni potencjału świata cyfrowego. Ich obecność w mediach społecznościowych, posiadane strony www czy wykorzystanie e-commerce zostawia jeszcze pole do rozwoju. Jestem całkowicie przekonany, że każdy kto teraz dołączy do tego procesu, przestawiając się na cyfryzację i oferując swoim klientom cyfrowe rozwiązania, stanie się zwycięzcą. Jednocześnie ci, którzy nie zmienią swojego podejścia, będą mieli problemy w przyszłości, ponieważ już teraz konsumenci oczekują innowacji dodaje Prezes T-Mobile Polska, Andreas Maierhofer.

Jak twierdzą eksperci, właściciele małych i średnich firm w Polsce mają coraz większy dostęp do narzędzi, dzięki którym rozwój digitalizacji jest możliwy. Dużą rolę odgrywają operatorzy komórkowi, którzy swoje oferty dostosowują wedle potrzeb rynkowych. Telekomy potrafią pomóc w dwóch obszarach. Po pierwsze, zapewniając dostęp do usług, w tym przypadku przede wszystkim do Internetu. Drugi element to zaproponowanie usług dodatkowych. Odpowiadając na potrzeby klientów, wprowadziliśmy podejście Magenta biznes, w którym pozwalamy klientom – naszym partnerom, małym firmom, korzystać z usług internetowych bez zastanawiania się, jaki limit danych jest im w danym momencie potrzebny. Dodatkowo, wprowadziliśmy zestaw usług, takich jak pomoc księgowa, wsparcie IT czy korzystanie z licencji Microsoft Office – tłumaczy Piotr Markowski z T-Mobile.

 

Wypowiedź: Andreas Maierhofer, Prezes T-Mobile Polska S.A.

Tąpnięcia na Giełdzie Papierów Wartościowych są nieodłączną częścią tego rynku i inwestując należy brać je pod uwagę. Ostatnie problemy GetBack S.A. – dużej firmy windykującej długi – dobitnie to pokazują. Firma rozwijała się szybko, ale niestety na kredyt. To prawdopodobnie główny powód jej kłopotów.

Problemy spółki wzięły się z faktu, że ekspansję opierała głównie na finansowaniu dłużnym, czyli emitowaniu obligacji korporacyjnych. Tymczasem szybki i stabilny rozwój powinien być oparty na bardziej zróżnicowanych źródłach finansowania, czyli na przykład na kapitale z emisji akcji. Po utracie zdolności regulowania własnych długów, w GetBack zaczęło się nerwowe poszukiwanie pieniędzy. Spółka w ryzykownym oświadczeniu poinformowała, że rozmawia o pomocy z bankiem PKO BP i Polskim Funduszem Rozwoju. I wszystko byłoby w porządku, gdyby obie instytucje nie stwierdziły, że to nieprawda.

Krajobraz po bitwie, gdzie notowania spółki są zawieszone na giełdzie, firma traci wiarygodność, prezes pracę, a GetBack prawdopodobnie nie znajdzie pieniędzy i nie odda ich inwestorom, którzy kupili jej obligacje – to problem nie tylko tej konkretnej spółki. Może on dotknąć wszystkich inwestujących w obligacje korporacyjne.

Jak uchronić się przed niebezpieczeństwami inwestycji w tego typu papiery dłużne, a dodatkowo skorzystać na tym finansowo? Z odpowiedzią przychodzą inwestycje w faktury z odroczonym terminem płatności, czyli faktoring.

To, co odróżnia obligacje korporacyjne od faktoringu, to przede wszystkim ryzyko, rentowność oraz okres inwestycji. Ryzyko występuje oczywiście w obu formach lokowania kapitału, ale diabeł jak zawsze tkwi w szczegółach. Przy obligacjach płatnik ponosi duże ryzyko kredytowe. Nie ma też możliwości bezkosztowego wycofania się z inwestycji, jeżeli sytuacji finansowa lub makroekonomiczna uległa pogorszeniu. W faktoringu ryzyko kredytowe płatnika jest z kolei pomniejszone o solidarną odpowiedzialność za zapłatę faktury przez sprzedającego (faktoring z regresem). Dodatkowo inwestujący może przestać kupować kolejne faktury, których terminy najczęściej nie przekraczają 90 dni.

Najważniejsze pytanie z reguły dotyczy jednak zwrotu z inwestycji. W wypadku obligacji, rentowność jest uzależniona wprost proporcjonalnie od ryzyka kredytowego emitentów, które czasami trudno przewidzieć. Przy faktoringu zysk zależy w pewnym stopniu od ryzyka, jakim jest niewypłacalność płatnika. Opłacalność zakupu faktury zależy przede wszystkim od wielkości firmy, która ją sprzedaje. Małe firmy, które nie mają dostępu do taniego finansowania, akceptują zwykle wyższe stawki dla tych samych płatników, niż średnie firmy. Warto przy tym pamiętać, że obecna rentowność faktoringu u tych samych płatników oscyluje średnio w wysokości 12%   w skali roku.

Nie należy zapominać o czasie. Przy porównaniu obu opcji warto więc przeanalizować jeszcze okres inwestycji. Przy obligacjach to zazwyczaj ponad 2 lata. Przy fakturach    z odroczonym terminem płatności, czas ten jest nieporównywalnie krótszy – od 30   do maksymalnie 120 dni.

W Polsce faktoring wciąż jest jeszcze dziedziną stosunkowo młodą. Dynamika rozwoju jest jednak wysoka. Obecnie zauważyć można ewolucję rynku w kierunku obsługi coraz to mniejszych podmiotów. Wynika to z dużej liczby ofert – koszty pozyskania klientów z segmentu średnich i dużych firm są coraz wyższe, a to powoduje, że przyjaźniej spogląda się na ten niezagospodarowany jeszcze zbyt dobrze segment gospodarki. Takie firmy jak Faktorama skutecznie docierają do tej grupy kontrahentów, skupiając się na obsłudze części z nich, czyli małych przedsiębiorstw, które współpracują z dużymi, wiarygodnymi odbiorcami.

 

Autor: Jakub Ananicz, Prezes Zarządu, Faktorama Sp. z o.o.

Jednymi z najważniejszych dokumentów regulujących funkcjonowanie wdrożonego w organizacji Pracowniczego Programu Emerytalnego są umowa zakładowa i umowa z instytucją finansową, które określają m.in. jak będą inwestowane środki jego uczestników.

Jeszcze kilkanaście lat temu, na ogół był zdefiniowany jeden – wspólny dla wszystkich pracowników danej organizacji – sposób lokowania ich kapitałów. Najczęściej był to fundusz stabilnego wzrostu, inwestujący około 30% – 40% aktywów na rynku akcji. Przez wielu młodych ludzi był on uważany za zbyt konserwatywne rozwiązanie, podczas gdy osoby mające już tylko kilka lat do wypłaty, często uważały, że taki poziom akcji w portfelu jest stanowczo zbyt agresywny. Obecnie oczywistym jest, że – oprócz PPE w formie pracowniczego funduszu emerytalnego, gdzie przepisy takiej możliwości nie dają – pracownicy mają do wyboru kilka sposobów inwestowania gromadzonych w PPE środków. W najprostszej wersji jest to po prostu kilka funduszy. Przystępując do PPE uczestnik określa, które spośród dostępnych produktów wybiera i w jakich proporcjach wpłacane środki mają być pomiędzy nimi dzielone. Z czasem jednak okazało się, że to co w zamyśle miało być ukłonem w stronę pracowników – dla niektórych z nich stało się dużym problemem.

Ludzie, którzy do tej pory nie interesowali się rynkiem kapitałowym i, siłą rzeczy, mają ograniczoną na temat jego funkcjonowania wiedzę – nagle muszą podjąć, bądź co bądź, niełatwą a istotną dla ich przyszłości, decyzję. Przed nimi bowiem nie tylko dylemat czy w ogóle przystąpić do PPE – ale również konieczność wyboru określonej polityki inwestycyjnej. Podczas spotkań informacyjnych – wielu pracowników pytało prowadzących, który fundusz powinni wybrać. Wiele razy słyszałam zdanie „to ja się jeszcze zastanowię – najwyżej złożę deklarację później”. Aby ułatwić przystępowanie do PPE coraz częściej pracodawcy decydują się na rozwiązania modelowe – np. model cyklu życia, w którym obowiązuje generalna zasada, że im uczestnik młodszy tym większą część jego portfela stanowią akcje po to, aby wraz z wiekiem wzrastał w jego portfelu udział instrumentów bezpieczniejszych. Są też modele bazujące nie na wieku, a na ryzyku inwestycyjnym. W końcu nigdzie nie jest powiedziane, że gdy ktoś jest młody to zawsze musi inwestować agresywnie, a osoba starsza zawsze będzie lokować środki konserwatywnie – praktyka pokazuje, że ludzie mają różny apetyt na ryzyko. W efekcie – pracodawcy coraz częściej wdrażają następujący schemat: w PPE istnieje kilka możliwości inwestycyjnych, w tym model domyślny – co oznacza, że jeśli pracownik wypełni deklarację przystąpienia do Programu i nie podejmie żadnych decyzji co do sposobu inwestowania – to właśnie ten domyślny model będzie miał dla niego zastosowanie. Jeśli jednak pracownik zechce – to będzie mógł dokonać samodzielnego wyboru. Uczestnik może też zmieniać wybrany sposób inwestowania – składając pracodawcy pisemne oświadczenie woli. Do ustalenia pozostaje dopuszczalna częstotliwość zmian. Część pracodawców nie stawia tu żadnych ograniczeń, często jednak pojawia się limit do czterech razy w roku kalendarzowym. W opinii wielu ekspertów, to wystarczająca liczba, pozwalająca uczestnikowi mieć poczucie kontroli nad swoimi pieniędzmi, a jednocześnie nie zachęcająca do „gry giełdowej” środkami z założenia przeznaczonymi na emeryturę. Tutaj decyzja powinna należeć do pracodawcy i reprezentacji pracowników – przy czym należy pamiętać, że wszelkie oświadczenia woli związane z uczestnictwem w PPE – zgodnie z art. 20 ustawy o pracowniczych programach emerytalnych – uczestnik składa pisemnie, za pośrednictwem pracodawcy. Należy więc oszacować spodziewane obciążenie z tego tytułu dla działu HR.

 

Autor: Agnieszka Łukawska, Dyrektor ds. programów emerytalnych Skarbiec TFI S.A.

Eksperci

Lipka: Znów fatalne wieści dla frankowiczów

Za szwajcarską walutę trzeba płacić już ok. 3,70 zł, to ponad 20 gr więcej niż jeszcze miesiąc temu....

Bugaj: Pogarszające się inwestycyjne warunki

Po względnie stabilnym kwietniu drugi tydzień maja przyniósł dość zaskakującą poprawę koniunktury, k...

Przasnyski: Płacowa zadyszka. Górnicy, handlowcy, lekarze i budowlańcy mogą się jednak cieszyć

W pierwszym kwartale 2018 roku tempo wzrostu wynagrodzeń nieznacznie spadło. To prawdopodobnie jedyn...

Dzień Wolności Hipotecznej: od dziś nie pracujesz już na kredyt

128 dni zajęło w bieżącym roku zarabianie na 12 rat kredytu hipotecznego – wynika z szacunków Open F...

Moryc: Wyższa kwota wolna od podatku w Wielkiej Brytanii i nowe progi podatkowe

Początek kwietnia to w brytyjskim systemie podatkowym czas, od którego obowiązują nowe ustalenia pod...

AKTUALNOŚCI

Czy rynek nieruchomości znów doprowadzi do kryzysu?

W ciągu ostatnich 12 miesięcy na sześciu głównych rynkach nieruchomości w kraju cena metra kwadratow...

Przez 5 ostatnich lat zadłużenie Polaków wzrosło niemal dwukrotnie

Z roku na rok wzrasta wartość zaległości Polaków. Jak wynika z najnowszych danych Grupy KRUK łączne ...

Dzień Matki: na prezenty wydamy przynajmniej 750 milionów złotych

Na przeciętny upominek dla mamy Polacy wydają w bieżącym roku 67 złotych - wynika z danych zebranych...

Niespokojnie na rynku walutowym

Po kilku dniach spokoju i próbie wyhamowania aprecjacji dolara nadchodzi najważniejszy tym tygodniu ...

Ponad 27 miliardów złotych zostało w portfelach Polaków

Od ponad trzech lat Rada Polityki Pieniężnej utrzymuje stopy procentowe na najniższych poziomach w h...