poniedziałek, Wrzesień 24, 2018
Facebook
Home Archiwa 2018 Marzec 13

Dzienne archiwaMar 13, 2018

Największą popularnością wśród inwestorów cieszy się rynek mieszkaniowy. Potężny kapitał wpłynął też do funduszy inwestycyjnych. Spadł za to popyt na złoto, którego kupić mogliśmy mniej niż 5 ton. Stopniały też oszczędności trzymane na lokatach.

Na zakup nieruchomości Polacy mogli wydać nawet ponad 111 mld złotych – wynika z szacunków Open Finance opartych o dane NBP, REAS i SARFiN. Jest to kalkulacja zakładająca, że w skali całego kraju połowa transakcji jest finansowana kredytem z 20-proc. wkładem własnym, a druga połowa to zakupy gotówkowe. Jest to o tyle uzasadnione, że dostępne szacunki NBP na temat skali zakupów gotówkowych w 2017 roku mówią o tym, że w największych miastach dwa na trzy nowe mieszkania są kupowane bez udziału kredytu.

Nie każde mieszkanie to inwestycja

Pamiętajmy jednak, że spora część pieniędzy trafiająca na rynek, to środki pochodzące ze sprzedaży innych nieruchomości. Poza tym nie każda złotówka wydana na zakup nieruchomości jest inwestycją – szczególnie jeśli nabywany lokal, dom lub działka mają służyć zaspokajaniu własnych potrzeb mieszkaniowych. Jaka więc część tej potężnej kwoty ponad 111 miliardów może być potraktowana jako inwestycja? W ubiegłym roku firma doradcza REAS sugerowała, że taki charakter może mieć nawet co trzeci zakup mieszkania w dużym mieście. Gdyby zachowawczo przyjąć, że w skali całego kraju odsetek ten topnieje do 15%, to może to oznaczać, że Polacy zainwestowali w nieruchomości na wynajem i tak niebagatelną kwotę 16,7 miliardów złotych. Kwota porażająca, bo jeśli przyjąć, że przeciętne mieszkanie trafiające na rynek wynajmu warte jest 250 tys. zł, to i tak oznaczałoby to około 67 tysięcy nowych mieszkań kupionych z myślą o czerpaniu dochodów z czynszu.

Za dużo? W ostatnich latach liczba podatników, którzy zaczęli rozliczać się z zarobków z wynajmu rosła przeciętnie o 12% r/r – wynika z danych do których dotarło Stowarzyszenie właścicieli mieszkań na wynajem „Mieszkanicznik”. To sugeruje, że w 2017 roku do grona inwestorów na rynku mieszkaniowym mogło dołączyć aż 60 tysięcy osób. Są to ci, którzy dotychczas nie osiągali przychodów z wynajmu, a więc dopiero dołączyły do grona inwestorów na tym rynku. Część z nich mogła kupić więcej niż jeden lokal, co wbrew pozorom nie jest wcale rzadką praktyką. Z drugiej strony do tej liczby dolicza się też tych, którzy wychodzą z szarej strefy i decydują się rozliczać z fiskusem zgodnie z prawem.

Nie zapominajmy jednak, że mamy już w Polsce grono przynajmniej 500 – 600 tysięcy inwestorów posiadających mieszkanie na wynajem. Wystarczy że co dwudziesty z nich kupił w 2017 roku dodatkowe lokum, a okaże się, że w sumie z nieruchomościami kupionymi przez początkujących inwestorów mogło na rynek trafić nawet ponad 85 tysięcy dodatkowych lokali na wynajem. Wspominane wyżej 67 tysięcy nie wydaje się więc przesadzone.

Fundusze inwestycyjne na plusie

Potężny kapitał trafił też do funduszy inwestycyjnych. W 2017 roku było to łącznie ponad 14 mld złotych – wynika z danych udostępnianych przez Izbę Zarządzających Funduszami i Aktywami. Polacy inwestują przez te podmioty głównie zachowawczo wybierając fundusze rynku pieniężnego, dłużne i mieszane. Najmniejsze dodatnie saldo wpływów zanotowały najbardziej ryzykowne podmioty, czyli fundusze akcji.

Na giełdę wysłaliśmy prawie 4 miliardy

Sporo inwestorów pokusiło się też o samodzielne inwestowanie poprzez rachunki w biurach maklerskich. Choć tu także opierać musimy się na szacunkach, to niewątpliwie rok 2017 był na giełdzie przełomowy. Może o tym świadczyć dynamiczny wzrost obrotów generowanych przez inwestorów indywidualnych. W 2017 roku opiewały one na ponad 76 miliardów złotych. To o prawie 55% więcej niż rok wcześniej. Przyrost (26,9 mld zł), to jednak nie jest kwota, która napłynęła na rynek. Powodów jest kilka. Po pierwsze obrót to suma wartości wszystkich przeprowadzonych transakcji. Wystarczy więc, że jeden gracz giełdowy sprzeda innemu pakiet akcji wart 2 tys. zł, a już okaże się, że obrót giełdowy opiewa na 4 tysiące. Do tego dokonanie 5 takich wymian w ciągu jednego dnia – nawet pomiędzy tymi samymi inwestorami sumuje się do obrotu w kwocie 20 tysięcy złotych. Jako pierwszy krok w szacunkach należy więc wspomniany przyrost obrotów podzielić na dwa.

Jak dalej na tej podstawie oszacować ile pieniędzy mogło trafić na rynek giełdowy 2017 roku? Do tego niezbędna będzie informacja o tym jak często przeciętny inwestor obraca papierami wartościowymi. W tym wypadku z pomocą przychodzą wyniki ankiety przeprowadzonej przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Można z niej wysnuć wniosek, że przeciętny inwestor operuje kwotą 50 tysięcy złotych, którą dzieli pomiędzy około 6 spółek i dokonuje około 2 transakcje miesięcznie. Możemy więc założyć, że statystyczny gracz giełdowy „obraca” swoim portfelem w ciągu roku czterokrotnie. Wcześniej ustaloną kwotę prawie 13,5 miliardów należałoby więc podzielić przez cztery. W ten sposób otrzymujemy kwotę niecałych 3,4 mld złotych. Właśnie na tyle oszacować można kwotę, którą w całym 2017 roku Polacy wtłoczyli na giełdę.

Rekordowy popyt na papiery skarbowe

To mniej niż kwota, za którą Minister Finansów sprzedał w 2017 roku obligacje skarbowe. Polacy kupili bowiem w ubiegłym roku detaliczne obligacje skarbowe aż za 6,9 miliardów. To o połowę więcej niż rok wcześniej i najwięcej od 2007 roku, od kiedy ministerstwo publikuje odpowiednie dane.

Wyraźnie mniejszą popularnością cieszyły się obligacje korporacyjne. W ich przypadku rentowność jest przeważnie wyższa niż w przypadku obligacji skarbowych, ale wyższy zysk jest pokłosiem ponoszenia wyższego ryzyka. Wartość nowych publicznych emisji obligacji korporacyjnych opiewała w ubiegłym roku na trochę ponad 1,8 mld złotych – wynika z szacunków portalu obligacje.pl.

Złota kupiliśmy 5 ton

Szacunki World Gold Council sugerują ponadto, że w 2017 roku wyraźnie spadł w naszym regionie popyt na złote sztabki i monety wykorzystywane w celach inwestycyjnych. Niestety raporty tej organizacji nie wyznaczają popytu przypadającego konkretnie na nasz kraj. Polska wylądowała w kategorii „inne kraje europejskie”. Znaleźć w niej można wszystkie kraje starego kontynentu oprócz Francji, Niemiec, Włoch, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i Austrii. Polska w swojej kategorii stanowi bardzo ważny rynek. Z szacunków różnych instytucji publikowanych w poprzednich latach wynika, że na Polskę przypada około 20% popytu zgłaszanego we wspomnianych „innych krajach europejskich”. W 2016 roku w grupie krajów, do której należy Polska, sprzedano 27 ton złota inwestycyjnego. W roku 2017 popyt spadł do poziomu 23,3 ton. Jeśli „Nad Wisłą” ruchy były podobne, to popyt na inwestycyjne złoto można ostrożnie oszacować na 4,7 ton. Za gram królewskiego metalu Polacy musieli płacić w ubiegłym roku przeciętnie niecałe 153 zł. To oznacza to, że skala rodzimych inwestycji w żółty kruszec opiewała na 0,72 mld złotych.

Lokaty w odwrocie

Skąd te wszystkie pieniądze? Częściowo mogą to być nowe oszczędności, ale też pieniądze uwalniane z rachitycznie oprocentowanych depozytów bankowych. Wszystko przez to, że dziś przeciętna nowo założona lokata roczna była w styczniu 2018 roku oprocentowana na niewiele ponad 1,6% (dane NBP), a od tego wyniku należy odjąć podatek (19%), co daje odsetki „na rękę” na poziomie około 1,3%. Efekt jest więc zbyt mizerny, aby pokonać inflację, która zgodnie z ostatnią projekcją inflacji NBP ma być pod koniec 2018 roku na poziomie około 2,4%.

Nie powinno więc dziwić, że saldo depozytów terminowych wyraźnie stopniało. Podczas gdy pod koniec 2016 roku Polacy trzymali na lokatach bankowych prawie 310 mld zł (w tym depozyty złotowe), to rok później było to 289 mld zł, czyli prawie 21 miliardów mniej – wynika z danych NBP.

 

Autor: Bartosz Turek

Ponad połowa polskich studentów i absolwentów w przyszłości chciałaby pracować dla kogoś, a 13 proc. planuje założyć własną firmę. Jak wynika z piątej edycji badania „Pierwsze kroki na rynku pracy 2018” – przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte – zwiększa się liczba młodych osób, które nie mają sprecyzowanych planów na przyszłość. Najmłodsi milenialsi coraz krytyczniej podchodzą do swoich kompetencji. Jako swoje słabe strony postrzegają brak umiejętności przywódczych, delegowania zadań i zarządzania pracą innych. Sześciu na dziesięciu badanych widzi się w roli eksperta, spada natomiast odsetek tych, którzy chcą być menedżerami.

Cykliczne badanie Deloitte zostało przeprowadzone w 14 krajach Europy Środkowej na próbie 5,8 tys. osób. W Polsce było to ponad 2,5 tys. respondentów, którzy kończą lub skończyli uczelnie w dużych miastach, przede wszystkim na kierunkach ekonomicznych, technologicznych i prawniczych. Ich średnia wieku wyniosła 23,6 lat.

Etatowcy, przedsiębiorcy i niezdecydowani

– Choć młodzi są coraz bardziej zainteresowani pracą „na swoim”, to nadal najwięcej przedstawicieli pokolenia Y wybiera pracę w firmie prywatnej lub posadę w sektorze publicznym. Aż 51 proc. badanych opowiada się za pracą „u kogoś”, a nie na własny rachunek. Jest to jednak spadek o 7 pp. w porównaniu do ubiegłej edycji badania – mówi Michał Olbrychowski, Dyrektor, Lider zespołu ds. zarządzania kapitałem ludzkim w Deloitte. W badaniu zostali oni nazwani „etatowcami”. Pomimo, że nadal większość z nich chce pracować w międzynarodowych korporacjach (61 proc.), to zauważalny jest spadek o 5 pp. w porównaniu do poprzedniej edycji badania. Z kolei aż o 5 pp. procentowych wzrosła liczba tych, którzy chcą pracować w mniejszych i średnich polskich firmach (12 proc.).

Przedsiębiorcami chce być o 2 pp. młodych więcej niż w ubiegłej edycji badania (13 proc.). Nie oznacza to wcale, że widzą się oni jako zarządzający zespołami. Wśród „przedsiębiorców” ponad połowa (53 proc.) myśli o byciu freelancerem, podczas gdy aż 40 proc. chciałoby mieć jednego kluczowego klienta, któremu świadczyłoby usługi. Co trzeci badany (36 proc.) nie jest zdecydowany, co do rodzaju firmy, w jakiej chciałaby pracować. W 2015 roku było to 31 proc.

Elastyczne godziny pracy są dla pokolenia Y priorytetem. Więcej osób woli pracę w biurze w elastycznych godzinach pracy, niż pracę w różnych lokalizacjach, ale w sztywnym wymiarze godzin (wzrost o 7 pp. w stosunku do poprzedniego badania). – Mniej osób na wybranych kierunkach studiów i wreszcie mniejsza konkurencja sprawiają, że młodzi ludzie mogą dzisiaj świadomie decydować: własna firma lub praca u kogoś. Otwartym pytaniem pozostaje też forma zatrudnienia – mówi Piotr Arak, Menedżer w zespole analiz ekonomicznych Deloitte.

Work-life balance to nie slogan

Pomimo różnic, młodzi Polacy mają podobne wartości. Najważniejsze jest dla nich szczęście rodzinne, na które w każdej z tych grup wskazało ponad 70 proc. badanych. Na drugim miejscu uplasowało się zachowanie dobrego zdrowia (od 58 do 64 proc.). Dla „etatowców” ważna jest również praca zawodowa (48 proc.). Z kolei „przedsiębiorcy” i „niezdecydowani” ponad karierę stawiają grono przyjaciół (odpowiednio 41 i 45 proc.). – Trudna sytuacja na rynku sprawia, że pracodawcy muszą aktywnie pozyskiwać bardzo młodych ludzi, już nawet wśród absolwentów szkół średnich. Struktura naszej gospodarki i zatrudnienia dopiero przyzwyczaja się do tej sytuacji, w której przewagą rynkową nie jest tania siła robocza, a wiedza i umiejętności młodego pokolenia – mówi Piotr Arak.

Połowa młodych (48 proc.) uważa, że praca nie powinna zmuszać ich do rezygnowania z innych rzeczy w swoim życiu. 32 proc. chciałoby, by praca zostawiała im więcej wolnego czasu na inne aktywności oraz odpoczynek (to więcej o 4 pp. niż w badaniu z 2015 r.). Ponadto zaledwie 23 proc. jest gotowa do wielkich poświęceń dla swojej pracy (dwa lata wcześniej było to 31 proc.).

Częściej eksperci, rzadziej menedżerowie

Blisko połowa badanych (46 proc.) najchętniej chciałaby zostać ekspertem w swojej dziedzinie. Jest to wzrost o 2 pp. w porównaniu do ubiegłej edycji badania. Wzrosło także o 2 pp. zainteresowanie wszechstronnym rozwojem oraz zdobywaniem zróżnicowanego doświadczenia – 16 proc. młodych chciałoby rozwijać się w wielu obszarach. Nieco mniej, bo 14 proc. uważa, że celem dla nich jest osiągnięcie średniego, bądź wysokiego stanowiska kierowniczego.

Z 28 proc. do 24 proc. spadła natomiast deklarowana ambicja zajmowania w firmie kluczowych funkcji menedżerskich. Co ciekawe, trend ten uzależniony jest od wieku. Im ktoś jest starszy (bliżej 30. roku życia), tym mniej chętny do awansowania i odpowiadania za zarządzanie na najwyższych szczeblach organizacji. – Firmy we współpracy z odpowiednimi agendami rządowymi powinny niezwłocznie podjąć zdecydowane działania reformatorskie w systemie edukacji, który obecnie nie jest nastawiony na rozwój umiejętności przywódczych, a raczej na wyrównanie szans i umiejętności wszystkich uczniów do poziomu średniego. Bez liderów i liderek przyszłości dalszy dynamiczny rozwój gospodarczy nie będzie możliwy – mówi Michał Olbrychowski.

Większość badanych przez Deloitte młodych ludzi już pracuje (67 proc.). To wzrost o 6 pp. w stosunku do 2015 r., co pokazuje, że studia stają się powoli dodatkiem do pierwszych kroków na rynku pracy.

Spadająca samoocena

Młodzi, badani w 2017 r., gorzej oceniają swoje umiejętności od rówieśników z 2015 r. Przede wszystkim są bardziej krytyczni – uważają, że nie radzą sobie ze stresem (odporność na stres deklaruje tylko 33 proc. młodych – dwa lata wcześniej 37 proc.) oraz nie czują się liderami. Najwyższy odsetek badanych deklaruje, że dysponuje wysokimi umiejętnościami analizy informacji oraz wyciągania wniosków (65 proc.), z kolei posiadanie umiejętności radzenia sobie w sytuacjach konfliktowych deklaruje 41 proc. młodych.

Młodzi uważają, że mają zdolność do uczenia się nowych zagadnień (63 proc.), są komunikatywni (59 proc.), a także efektywnie pracują w zespole (59 proc.). Słabymi stronami pozostają dla nich przywództwo (37 proc.) oraz delegowanie i zarządzanie pracą innych (40 proc.), co jest typowe dla osób dopiero rozpoczynających karierę zawodową.

Ile chcą zarabiać młodzi Polacy? Średnio jest to 812 euro na rękę (czyli około 3400 zł według kursu na koniec 2017 roku). Pod tym względem najwyższe oczekiwania mają Łotysze, którzy chcieliby otrzymywać średnio 1591 euro i Estończycy (1399 euro). Niższe oczekiwania finansowe od Polaków mają jedynie milenialsi z Rumunii, Kosowa i Albanii. Najczęstszym powodem zmiany pracy w ocenie igreków są pieniądze. Stresująca praca oraz niezaspokojone potrzeby samorozwoju, to także silne czynniki skłaniające do zmiany pracodawcy. Lokalizacja, czy pewność zatrudnienia nie są tak istotne, jak dla osób z poprzedniej edycji badania.

Wymarzony lider? Charyzmatyczny strateg

Etatowcy od szefa oczekują przed wszystkim ponadprzeciętnych zdolności myślenia strategicznego i charyzmy, czyli siły zjednywania sobie ludzi (odpowiednio 68 proc. i 60 proc. odpowiedzi). Ponadto lider powinien skupiać się na rozwoju pracowników (45 proc.), w tym także ich inspirować (44 proc.) oraz podejmować twarde decyzje, ale w atmosferze dialogu z pracownikami (43 proc.). Podobną opinię wyrazili również ankietowani z pozostałych krajów. Lider powinien także być osobą wspierającą nowe, innowacyjne idee pozwalające stworzyć nowy produkt, bądź usługę (35 proc.).

Młodych Polaków w pracy motywują przede wszystkim środowisko ograniczające stres, uznanie kolegów i co ciekawe – technologia. – Sama możliwość wykorzystywania technologii w ramach obowiązków zawodowych zwiększa atrakcyjność pracy. Firmy, które nie wprowadzają nowoczesnych rozwiązań mogą być postrzegane przez młodych pracowników niekorzystnie, jako staromodne – wyjaśnia Piotr Arak.

„Opiekun bezpieczeństwa” to program, którego celem jest wzmocnienie poczucia odpowiedzialności i zaangażowania pracowników wobec przestrzegania zasad bhp w codziennych zadaniach, niezależnie od zajmowanego stanowiska. W ubiegłym roku został on wdrożony w zakładzie w Małogoszczu należącym do firmy Lafarge w Polsce, członka Koalicji Bezpieczni w Pracy.

Zapewnienie pracownikom bezpieczeństwa i stworzenie odpowiednich warunków pracy jest obowiązkiem każdego pracodawcy. Przedsiębiorstwa w branży budowlanej, ze względu na swoją specyfikę, muszą mierzyć się ze zwiększonym ryzykiem wystąpienia wypadków przy pracy. Z tego względu dbałość o przestrzeganie zasad bezpieczeństwa w takich organizacji powinna być na szczególnie wysokim poziomie. Program stworzony przez firmę Lafarge opiera się na personalizacji bezpieczeństwa – jednym z jej strategicznych filarów –  a tzw. „Opiekunem Bezpieczeństwa”, czyli osobą odpowiedzialną za przestrzeganie zasad bhp, może zostać każdy pracownik niezależnie od zajmowanego stanowiska czy stażu pracy.

Odpowiedzialni za siebie i innych

Celem programu jest wykształcenie wyższej kultury bezpieczeństwa wśród pracowników, a przez to wytworzenie poczucia odpowiedzialności i zaangażowania w codziennych zadaniach. Opiekun, poza swoimi standardowymi obowiązkami, stoi na straży realizacji poszczególnych zasad Systemu Zarządzania Bezpieczeństwem i Ochrony Zdrowia w swoim otoczeniu, informuje innych pracowników o właściwych praktykach, a sam służy wzorowym przykładem. Cykliczne spotkania Opiekunów  z różnych działów sprzyjają tworzeniu kultury otwartego dialogu, szybkiemu poprawianiu niedociągnięć i wyciąganiu wniosków na przyszłość.

– Niezależnie od tego, jak zaczynamy pracę i jakie zadania wykonujemy – ma być bezpiecznie.
To często wyzwanie, bo na zmianie jest mała grupa ludzi, przed nami dużo rzeczy do zrobienia, wszystko trzeba dokładnie rozplanować i omówić potencjalne zagrożenia, tak, żeby bezpieczeństwo zostało zachowane i każdy wyszedł z sytuacji bez uszczerbku – mówi Czesław Janikowski, Pracownik Działu Ekspedycji w firmie Lafarge w Polsce, Opiekun Bezpieczeństwa w cementowni w  Małogoszczu. – Jestem szeregowym pracownikiem i doceniam fakt, że jeśli widzę jakieś niedociągnięcia, to mogę się wypowiedzieć, mam głos – w końcu na co dzień mam do czynienia z wytycznymi, które zostały stworzone. Pracuje w firmie 26 lat, w tym czasie technologia poszła do przodu, ale bezpieczeństwo nigdy nie jest gwarantem i zawsze musimy się o nie zatroszczyć – dodaje.

Stosowane w organizacji zasady bezpieczeństwa nie obejmują tylko pracowników danego zakładu, ale dotyczą wszystkich osób przebywających na jego terenie, w tym także zewnętrznych dostawców i firm podwykonawczych. Jeśli osoba z zewnątrz nie spełnia wymogów bezpieczeństwa, np. nie posiada odpowiedniej odzieży ochronnej, może nie zostać wpuszczona na teren zakładu.

– Personalizacja bezpieczeństwa jest jednym z filarów strategii Lafarge w Polsce. Realizując ten program, chcemy, aby pracownicy traktowali kulturę bezpieczeństwa jako swoją drugą naturę, działali w sposób właściwy nie dla innych, ale dla siebie, nawet wtedy, kiedy nikt nie patrzy. I nie ważne, czy osoba, której zdarzyło się zapomnieć np. kamizelki odblaskowej czy ochronnych gogli jest pracownikiem produkcji, czy dyrektorem. Opiekun bezpieczeństwa może, a nawet musi zwrócić takiej osobie uwagę –  mówi Jarosław Wilk, Dyrektor ds. Bezpieczeństwa i Ochrony Zdrowia Lafarge Polska. – Wdrożenie pionierskiego programu rozpoczęliśmy od cementowni w Małogoszczu, jednak coraz więcej naszych zakładów adaptuje go na własne potrzeby, dostrzegając rosnące zaangażowanie pracowników w budowanie kultury bezpieczeństwa i realne korzyści, jakie z tego wynikają.

– Od wielu lat DHL Express – nowy członek Koalicji Bezpieczni w Pracy – zwraca szczególną uwagę na angażowanie pracowników w budowanie kultury bezpieczeństwa w miejscu pacy i przestrzeganie zasad bhp. Jako międzynarodowa firma logistyczna przestrzegamy najwyższych światowych standardów bezpieczeństwa w każdym aspekcie funkcjonowania organizacji. Przystąpienie do Koalicji daje nam możliwość współpracy nie tylko na poziomie propagowania kultury bezpieczeństwa na zewnątrz – wśród innych przedsiębiorstw, lecz także nieustannego ulepszania naszych własnych praktyk, właśnie poprzez wymianę wiedzy czy doświadczeń z innymi Koalicjantami – mówi Dorota Ruzik Koordynator ds. BHP w DHL Express.

Szybko rosnący PKB i niski poziom długu sektora finansów publicznych sugerują, że turecka gospodarka ma się świetnie. Tymczasem Moody’s właśnie obciął rating tego kraju, a lira osiągnęła historyczne minima w relacji do euro. 

Wzrost gospodarczy w granicach 7 proc., a zadłużenie do PKB na poziomie 27,5 proc. Tak wyglądają szacunki podstawowych wskaźników makroekonomicznych przedstawione przez S&P Global Ratings w lutowym przeglądzie ratingu Turcji. To nie wystarczyło, by choć minimalnie poprawić rating Turcji. Agencja utrzymała wiarygodność tego kraju na poziomie śmieciowym (BB) z perspektywą negatywną.

Moody’s z kolei w środę obciął rating Turcji z poziomu Ba1 do Ba2. Jest on obecnie na analogicznym poziomie co w przypadku S&P, czyli dwa stopnie poniżej granicy inwestycyjnej. W czwartek lira (TRY) osiągnęła historyczne rekordy słabości do euro. Jeszcze pięć lat temu za europejską walutę trzeba było płacić 2,30 TRY. Teraz jest to ponad dwa razy więcej, czyli ok. 4,70. Czym spowodowane są tak surowe oceny wiodących agencji ratingowych i dramatyczna przecena tureckiej waluty?

Pierwszy winowajca – inflacja

Względnie szybko można jednak się zorientować, że w tureckiej gospodarce brakuje równowagi. Według cokwartalnego Raportu o Inflacji banku centralnego ceny w 2017 r. wzrosły o niemal 12 proc. O niespełna 14 proc. podniosły się koszty żywności, o 27 proc. zdrożały np. samochody. Również inflacja bazowa (z wyłączeniem paliw i żywności) jest bardzo wysoka – w lutym 12 proc. r/r.

Niepokojąco wygląda także fakt, że wcześniejsze prognozy inflacji banku centralnego zostały znacznie przekroczone. To może sugerować, że polityka pieniężna władz monetarnych jest zbyt łagodna i zamiast ograniczać wzrost cen i sprzyjać powrotowi inflacji do celu zbyt mocno stymuluje gospodarkę.

Potwierdzają to chociażby dane o wzroście udzielanych kredytów – w stosunku rocznym o ok. 20 proc. To prawdopodobnie silnie pomaga konsumpcji oraz inwestycjom, ale powoduje również bardzo wysoką inflację. Gospodarce grozi więc przegrzanie i znaczny spadek aktywności w kolejnych latach.

Zewnętrzna nierównowaga

Poza zbyt dużą stymulacją monetarną czy fiskalną mamy także do czynienia w Turcji ze znaczną zewnętrzną nierównowagą. Deficyt na rachunku obrotów bieżących (przede wszystkim spowodowany wyższym importem od eksportu) przekroczył w zeszłym roku 47 mld dol., co stanowi ok. 5 proc. PKB. W porównaniu do 2016 r. deficyt zwiększył się o 14 mld dol. i to mimo lepszej kondycji sektora usług (wyższe przychody z turystyki).

Finansowanie deficytu może odbywać się albo poprzez inwestycje bezpośrednie (lepsze rozwiązanie) lub przez kapitał portfelowy. Jak zwraca uwagę S&P, do 2015 r. finansowanie odbywało się przede wszystkim tą pierwszą metodą. Teraz jednak trend się zmienił i deficyt jest finansowany przez bardziej zmienne inwestycje portfelowe, które są wrażliwe chociażby na sentyment globalny. Gdyby on uległ pogorszeniu, to koszty obsługi tej zewnętrznej nierównowagi (np. poprzez rynek długu) mogą znacznie wzrosnąć. To poważne ryzyko zarówno dla waluty, jak i dla stabilności gospodarki.

Problemy instytucjonalne

Poza silną stymulacją gospodarczą i poważna zewnętrzną nierównowagą Turcja zmaga się z innym problemem. Są to szeroko pojęte kwestie instytucjonalne, częściowo związane z sytuacją z połowy 2016 r. oraz sytuacją geopolityczną.

Według Moody’s wydarzenia, które nastąpiły po „nieudanym zamach stanu z lipca 2016 r. negatywnie wpływają na klimat inwestycyjny oraz relacje Turcji ze Stanami Zjednoczonymi oraz z Unią Europejską”.

Szeroko kwestie instytucjonalne opisuje także S&P. Agencja ratingowa uważa, że „Stany Zjednoczone mogą rozważyć wprowadzenie grzywien lub innych kar na jedną bądź więcej tureckich instytucji finansowych, włączając w to jednostki publiczne, i potencjalnie firmy z innych sektorów, rzekomo umożliwiające Iranowi uniknięcie amerykańskich sankcji. Eskalacja napięć ze Stanami Zjednoczonymi może mieć poważne konsekwencje finansowe i gospodarcze dla Turcji, biorąc pod uwagę, że tureckie banki korzystają z zewnętrznego finansowania”.

To rynek walutowy mówi prawdę

Przykład Turcji dobrze pokazuje, że niska relacja długu do PKB i wysoki wzrost gospodarczy mogą wysyłać złudne sygnały o bardzo dobrej kondycji ekonomicznej kraju. W tym przypadku wielość i kompleksowość ryzyk prawdopodobnie względnie dobrze wycenia rynek walutowy, który w tym tygodniu sprowadził lirę do historycznych minimów.

 

Autor: Marcin Lipka

Wraz z początkiem roku, Facebook wprowadził zmiany, które spowodowały wiele zamieszania wśród wydawców i firm. Chodzi o modyfikacje w algorytmie odpowiedzialnym za treści wyświetlane w News Feedach użytkowników. To wyzwanie dla marek, które chcą utrzymać wysoką jakość i statystyki działań prowadzonych na Facebooku. Co zrobić, aby zmiany narzucone przez portal nie wpłynęły negatywnie na prowadzone kampanie? 

Co uległo zmianie?

Przede wszystkim Facebook wraca do modelu portalu, którego głównym celem jest utrzymywanie relacji międzyludzkich – ze znajomymi, bliskimi czy rodziną. Tym samym Zuckerberg chce odejść od postrzegania jego firmy wyłącznie jako przestrzeni reklamowej dla marek.

Jak algorytm działa w praktyce? Przeciętny użytkownik ma około 1500 postów rywalizujących o pojawienie się w News Feedzie. Algorytmy Facebooka następnie wybierają około 300 z tych postów, kierując się tym, czy są one istotne dla danego odbiorcy. Po tych zmianach priorytetowe w News Feedzie są treści publikowane przez znajomych, a nie przez marki, firmy i media, co powoduje spadek ich zasięgów organicznych.

Od teraz w News Feedzie nie będzie miejsca dla stron i wydawców, których publikacje były zgłaszane i weryfikowane jako fake newsy oraz te, które nie zachęcają do interakcji.

Wyzwania dla marketerów

Ostatnie zmiany oznaczają szereg nowych wyzwań dla marketerów. Jedno jest pewne – dotychczasowe działania muszą przejść wiele modyfikacji. Po pierwsze należy zweryfikować sposób publikowania treści. Ważne, aby informacje były podawane z wiarygodnych źródeł, zawierały angażujące treści, które zachęcają do dyskusji.

Ilość interakcji będzie odgrywała teraz kluczową rolę. Oznacza to, że im więcej zaangażowania tj. polubień, komentarzy, udostępnień, tym bardziej nasze posty będą widoczne. Najnowsze zmiany mogą spowodować, że profile przestaną być widoczne, a głównym celem marek jest utrzymanie widoczności w News Feedzie.

Co robić żeby nie stracić na zmianach?

  1. Na pewno należy zainteresować odbiorców publikacjami. Jak to zrobić? Tworzyć treści, które wywołują zaangażowanie – skłaniają do dyskusji i reakcji w postaci like’ów, komentarzy oraz udostępnień.
  2. Wiele marek wprost poinformowało swoich odbiorców o problemie spadających zasięgów, wywołanym zmianami w algorytmie. Marketerzy zachęcali ludzi do użycia opcji „wyświetlaj najpierw”, która sprawia, że posty danej marki są wyświetlane w News Feedzie jako pierwsze.
  3. Kolejnym sposobem jest zastosowanie crowdsourcingu. Marki zyskają większe zaufanie i zaangażowanie użytkowników, gdy pozwolą im wpływać na prowadzone przez siebie działania. Użytkownicy poczują więź z daną marką, jeśli będą wiedzieli, że mają wpływ na jej kształtowanie, na przykład poprzez wypowiadanie się na tematy związane z działaniami prowadzonymi przez firmę.
  4. Postaw na wideo. Ten rodzaj treści wywołuje największe zaangażowanie i generuje średnio 135% więcej zasięgu organicznego niż chociażby zdjęcia. Nawet jeśli nie będą to filmy tworzone w najwyższej jakości i tak pozwolą na utrzymanie wysokiego miejsca w News Feedzie.

Po wprowadzeniu zmian toczy się dyskusja, czy marki powinny wycofać się z prowadzenia działań na Facebooku. Zdania w tym temacie są podzielone, jednak jeśli wprowadzimy do naszej strategii powyższe rady, nie odczujemy spadku zasięgów organicznych. Stracić mogą jedynie te firmy, których content jest niewiarygodny bądź mało angażujący. W obecnym systemie wprowadzonym przez portal nie ma już miejsca na baiting, czyli sztuczne generowanie zaangażowania użytkowników oraz na fake newsy.

Dnia 13.03.2018 r. odbędzie się debata z głównym negocjatorem UE Michelem Barnierem nad rezolucją określającą stanowisko Parlamentu w sprawie przyszłych stosunków między UE a Zjednoczonym Królestwem.

Projekt rezolucji, przygotowany przez Grupę Sterującą ds. Brexitu w Parlamencie Europejskim i zatwierdzony 7 marca przez Konferencję Przewodniczących (Przewodniczącego PE i szefów grup politycznych), sugeruje, że dobrym formatem dla przyszłych stosunków między Unią Europejską a Zjednoczonym Królestwem mógłby być układ o stowarzyszeniu UE-Zjednoczone Królestwo.

Jednocześnie jednak tekst daje jednoznacznie do zrozumienia, że kraj niebędący członkiem Unii Europejskiej nie może mieć takich samych uprawnień i dostępu do wspólnego rynku jak państwa członkowskie UE, nawet, jeśli kraj ten jest do Unii bardzo zbliżony i ma identyczne do unijnego prawodawstwo.

Debata i głosowanie odbędą się w środę, krótko przed unijnym szczytem zaplanowanym na 22-23 marca w Brukseli, na którym szefowie państw i rządów UE mają zatwierdzić wytyczne Rady dotyczące przyszłych negocjacji w sprawie stosunków między UE a Zjednoczonym Królestwem.

Mercedes klasy X ma wyjątkowego ambasadora. Jest nim Rafał Sonik, człowiek, który odnosi wielkie sukcesy zarówno w biznesie jak i w sporcie. Odpowiada to doskonale dualnemu charakterowi pierwszego pikapa z gwiazdą na masce.

Klasa X, która zadebiutowała na rynku pod koniec 2017r., łączy dwa światy – użytkowy i luksusowy. Choć jest tradycyjnym pikapem, zbudowanym na ramie, świetnie radzącym sobie w ciężkim terenie, posiada wyróżniające ją w segmencie elementy ze świata samochodów luksusowych. W Klasie X znajdziemy m.in. unikalne systemy wpływające na bezpieczeństwo jazdy. Możemy także wyjątkowo komfortowo zaaranżować wnętrze. Do tego stylistyka Klasy X bezpośrednio nawiązuje do SUVów Mercedes-Benz, wyróżniając ją na tle innych pikapów.

Wszystkie te cechy wyjątkowo odpowiadają Rafałowi Sonikowi, który na co dzień potrzebuje m.in. samochodu uniwersalnego w zastosowaniu, a jednocześnie reprezentacyjnego. Klasa X będzie tym samym towarzyszyć Rafałowi Sonikowi m.in. w treningach do kolejnych zawodów. Dzięki dużej przestrzeni ładunkowej pikap Mercedesa potrafi przewieźć np.: małego quada lub motocykl.

– Długo nie było na rynku samochodu, który tak dobrze wpisał się w mój sposób funkcjonowania. Jestem sportowcem, a moim naturalnym środowiskiem jest jazda poza utartymi szlakami. Przede wszystkim jestem jednak przedsiębiorcą, dla którego samochód często bywa miejscem pracy. Mercedes-Benz Klasy X zapewnia komfort podróży, posiada charakterystyczny dla marki stylowy design oraz niezaprzeczalną klasę. Jednocześnie mogę nim bez najmniejszych obaw wjechać w nawet bardzo trudny teren i przy okazji mieć trochę przyjemności z off-roadu – powiedział utytułowany rajdowiec.

Rafał Sonik jest jedynym Polakiem, który indywidualnie wygrał Rajd Dakar. Wcześniej trzykrotnie stawał na podium tej legendarnej rywalizacji. Jest również sześciokrotnym zdobywcą Pucharu Świata FIM. Krakowianin jest również dobrze znany jako przedsiębiorca oraz filantrop, który aktywnie wspiera działalność kilku stowarzyszeń i fundacji.

Rafał Sonik jeździ Klasą X 250d 4MATIC w najwyższej wersji wyposażeniowej POWER. Samochód ten wyposażony jest m.in. w reflektory LED High Performance, elektrycznie regulowane w 8 płaszczyznach fotele i system bezkluczykowego dostępu KEYLESS-GO. Zdolności terenowe poprawiają opcjonalna blokada mechanizmu różnicowego tylnej osi i zawieszenie o zwiększonym prześwicie. Jazdę w terenie i w mieście ułatwia także kamera 360°, zintegrowana z wyświetlaczem systemu COMAND online.

W 2017 roku ogłoszono 900 przypadków niewypłacalności przedsiębiorstw, to o 12 proc. więcej niż w 2016 roku. W styczniu tego roku liczba niewypłacalności wzrosła jeszcze mocniej – o 19%. Przedsiębiorcy cierpią z powodu braku ludzi do pracy i zatorów w płatnościach.

W poszukiwaniu utraconej płynności

Przedsiębiorcom w 2017 roku najbardziej doskwierały rosnące koszty wynagrodzeń i brak pracowników, ostra konkurencja w wielu branżach, wpływająca na wielkość marż, drogi i trudno dostępny kapitał inwestycyjny – szczególnie dla firm MSP oraz problemy kilku ważnych branż np. transportowej czy budowlanki. Niezmiennie istotnym zagrożeniem dla biznesu w Polsce są długie terminy płatności i powiększające się zatory płatnicze.

900 przypadków niewypłacalności (dane z Monitora Sądowego i Gospodarczego) to średnio 75 firm miesięcznie, o kilka więcej niż rok wcześniej.  Co więcej, tyko w styczniu tego roku niewypłacalność ogłosiło 82 firmy, to wzrost o 19% w porównaniu ze styczniem 2017. Firmy szukają poprawy płynności, dla wielu przedsiębiorców powszechne w krajowym obrocie gospodarczym 90 – czy nawet 120-dniowe terminy płatności faktur są nie tylko problemem, ale wręcz okolicznościami, które bardzo trudno przezwyciężyć i pozostać na rynku.

– W mojej ocenie to jest rzeczywisty problem dla wielu firm. Zresztą widzimy to po rosnącej liczbie firm zwracających się do nas z zapytaniami o możliwość finansowania za pomocą faktoringu. Wg niektórych badań już ponad 14% firm* z sektora MŚP korzysta z tej metody, która zresztą staje się coraz tańsza. W sytuacji, kiedy pozabankowe firmy faktoringowe, takie jak nasza, są w stanie połączyć dużą elastyczność z niskim kosztem finansowania, nawet na poziomie 0,045% dzienne, to ta metoda staje się coraz bardziej konkurencyjna np. wobec kredytu – mówi Piotr Gąsiorowski prezes zarządu eFaktor S.A.

Transport daleko nie zajedzie

Największe problemy z pozyskiwaniem zarówno pracowników jak i taniego kapitału mają przedsiębiorcy mikro. Ci wg BIK stanowią już 96 proc. aktywnych działalności w Polsce i generują 30 proc. PKB Polski, a liczba mikroprzedsiębiorstw wzrasta z roku na rok. Dużą grupę stanowią wśród nich transportowcy. Ta branża w 2017 roku mogła się „pochwalić” niepokojąco wysokim wzrostem liczby odnotowanych przypadków niewypłacalności sięgającym 43-procent. Podobne problemy były w branży budowlanej: na koniec pierwszego półrocza 2017 firmy budowlane miały do oddania ponad 4 mld zł, o 259 mln zł więcej niż rok wcześniej.  Ponad 25 tys. budowlanych działalności gospodarczych jest zadłużonych.

– Problemy tych branż są powszechnie znane, wiedzą o nich także banki, nic dziwnego, że o kredyt jest im szczególnie trudno. Banki zaostrzenie dla tych branż wymagań tłumaczą wzrostem ryzyka związanego z kredytowaniem. Warto zwrócić uwagę, że jeśli przy obecnie najniższych od kilku lat, stopach procentowych jest tak źle, to w przyszłości może być jeszcze gorzej, bo z pewnością stopy procentowe kiedyś pójdą w górę. Firmy faktoringowe wydają się lepiej przygotowane do radzenia sobie z tego rodzaju ryzykami, co jest możliwe przy dobrej znajomości i rozumieniu branży oraz indywidualnym podejściu przy układaniu transakcji – mówi Piotr Gąsiorowsk

Proces wyborczy niezależnie od szczebla zdecydowanie wymaga przetwarzania danych osobowych. Jednoznaczna identyfikacja wyborcy jest warunkiem oddania głosu tylko jeden raz przez konkretną osobę fizyczną. Czy dane osobowe wyborców są odpowiednio zabezpieczane? Czy zapewnia się poufności danych w procesie rejestracji wyborców? Czy członkowie komisji wyborczej wiedzą jak chronić dane osobowe wyborców? Powyższe aspekty potrafią być bardzo problematyczne.

Przykładowo udając się do lokalu wyborczego i składając własnoręczny podpis w rejestrze wyborców, często udostępniane są nam pełne dane osobowe pozostałych wyborców. Możemy się dowiedzieć m.in. czy ktoś brał udział w wyborach lub też nie. Równie często jesteśmy proszeni o podanie na głos swoich danych osobowych przez przedstawicieli komisji wyborczej, w obecności wielu innych osób. Proces ten zdecydowanie narusza nasze prawo do prywatności. Bardzo często spisy wyborców są pozostawiane bez nadzoru, szczególnie w godzinach małego ruchu w lokalu wyborczym, a zakres danych znajdujący się w spisie to m.in. nazwisko i imiona, imię ojca, datę urodzenia, numer PESEL, adres zamieszkania. Ostatecznie warto zwrócić uwagę na przezroczyste urny wyborcze, gdzie w przypadku nie złożenia kart do głosowania można zobaczyć zaznaczony wybór przez konkretną osobę.

Kolejnym problemem praktycznym jest monitoring wizyjny wykorzystywany w lokalach wyborczych. Często lokale wyborcze są to zaadoptowane pomieszczenia szkół lub urzędów, gdzie prowadzony jest monitoring wizyjny w celu zapewnienia bezpieczeństwa lokalizacji. Przedstawicie komisji wyborczej rzadko kiedy zastanawiają się nad obszarem objętym monitoringiem oraz dostępem do nagrań, gdzie poprzez rejestracje wizualną może dojść do naruszenia podstawowej zasady poufności wyborów.

Ochrona danych osobowych powinna być zapewniona w tak istotnym elemencie życia obywateli jak wybory. Częste lekceważenie podstawowych zabezpieczeń lub niski poziom świadomości członków komisji wyborczej mogą prowadzić do poważnych naruszeń prawa do prywatności. Aspekt ten powinien być szczególnie ważny w świetle nowych przepisów RODO, które zaczną obowiązywać 25 maja 2018 r.

Eksperci

Pistolet przystawiony do głowy, czyli walutowe zawirowania kluczowych rynków

Globalny rynek finansowy pozostaje obciążony asymetrią ryzyk, gdyż najwyraźniej w temacie wojen hand...

Turek: 10 lat po upadku Lehman Brothers ceny znowu są rekordowe

Gwałtowne przeceny, a potem ożywienie na rynkach mieszkaniowych – tak prosto można podsumować ostatn...

Przasnyski: Praca jest, ale brakuje pracowników

Firmy nadal tworzą sporo nowych miejsc pracy, ale wciąż mają kłopoty z ich obsadzeniem. Problem ten ...

Kondycje gospodarek wschodzących, przyszłość wojen handlowych i odczyty infacji – zobacz n

Chociaż niepokoje o kondycję gospodarek wschodzących i przyszłość wojen handlowych powinny skraść gł...

Raport, który znaczy coraz mniej

Moment uspokojenia objął waluty rynków wschodzących, ale spadające kolejny dzień indeksy w Azji nie ...

AKTUALNOŚCI

Juncker o UE: potrzebujemy silnej i zjednoczonej Europy

Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker w swoim dorocznym przemówieniu do Parlamentu...

Podatek dochodowy i kryptowaluty – co zmienią nowe przepisy?

Od 2019 r. w polskim systemie podatkowym obowiązywać mają nowe przepisy dotyczące podatku dochodoweg...

Jak wzrost stóp procentowych i wynagrodzeń wpłynie na zdolność kredytową Polaków?

Rada Polityki Pieniężnej nie spieszy się z podwyższaniem stóp procentowych. Niemniej jednak z uwagi ...

Eksporterom coraz trudniej

Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury (WWK), informujący z wyprzedzeniem o przyszłych tendencjach w gos...

Innovation Box – ulga podatkowa z tytułu sprzedaży innowacyjnych rozwiązań

W dniu 24 sierpnia 2018 r. Rząd opublikował projekt ustawy zakładającej szereg zmian w podatkach doc...