wtorek, Sierpień 21, 2018
Facebook
Home Archiwa 2018 Luty 8

Dzienne archiwaLut 8, 2018

Największy związek zawodowy w Niemczech, IG Metall, wywalczył o umowę zakładającą większą elastyczność pracy oraz podwyżki o 4,3 proc. dla pracowników sektora przemysłu metalowego i elektrotechnicznego – m.in. koncernów motoryzacyjnych czy producentów sprzętu AGD.

Porozumienie zakłada możliwość, od przyszłego roku, skrócenia na wniosek pracownika tygodnia pracy z 35 do 28 godzin nawet na dwa lata. Taka opcja ma być wsparciem dla pracowników zajmujących się dziećmi czy innymi członkami rodziny. Podczas skróconego tygodnia pracy również wynagrodzenie byłoby proporcjonalnie obniżane. Z drugiej strony, porozumienie zakłada także możliwość pracy przez 40 godzin w tygodniu w celu „dorobienia sobie” przez pracowników.

Protestujący lekarze podpisali porozumienie z ministrem zdrowia. Do 2024 r. nakłady na służbę zdrowia wzrosną do 6 proc PKB. To tylko 0,20% więcej niż zakłada ustawa uchwalona w listopadzie 2017 r.

Porozumienie dotyczy problemów lekarzy zostawiając na boku inne bolączki  ochrony zdrowia. Obawiam się, że nawet jeżeli lekarze na nowo zaczną pracować w ramach tzw. klauzuli „opt-out” stoimy przed ogromnym wyzwaniem związanym z urealnieniem zakresu i wartości świadczeń wykonywanych w ramach środków publicznych oraz niedoborem kadr medycznych.

Mam nadzieję, że to, na co zwrócili uwagę protestujący, czyli głównie braki kadrowe w ochronie zdrowia, będzie przedmiotem zmian, również we współpracy z pracodawcami.

 

Komentarz dr Dobrawy Biadun, ekspertki Konfederacji Lewiatan

Jedna z rynkowych zasad głosi, że spadki na giełdach kończą się w momencie, kiedy dobrze zostaną poznane ich przyczyny. Na pierwszy rzut oka może wydawać się to nieco śmieszne, gdyż wyjaśnień ruchów na rynkach można codzienne znaleźć od groma. Problem w tym, że nierzadko są one nieprecyzyjne bądź wręcz błędne. Warto w tym kontekście prześledzić historię ostatniego „krachu”.

W dość częstej opinii rozpoczął się on w piątek po publikacji comiesięcznego raportu z rynku pracy, w którym uwagę inwestorów zwrócił najsilniejszy wzrost płac od 2009 roku. Miałoby to wpłynąć na wzrost oczekiwań inflacyjnych i w konsekwencji również ilości podwyżek stóp procentowych w USA. Z kolei silniejsza skala zacieśnienia monetarnego wywołała odwrót od ryzyka na parkietach giełdowych. Z tym tłumaczeniem jest jednak kilka problemów. Po pierwsze, pierwsza silniejsza wyprzedaż miała miejsce dzień wcześniej w Europie. Zbiegło się to z początkiem kolejnego miesiąca kalendarzowego i już wówczas złamane zostały ważne techniczne wsparcia w przypadku DAX-a czy WIG20. Po drugie, dla uważnego obserwatora piątkowe dane z USA wcale nie miały wymowy proinflacyjnej.

Aby to zrozumieć trzeba mieć świadomość, że zarobki podawane są jako średnia za jedną godzinę pracy. Wspomniana średnia wzrosła w styczniu o 2,9% rok do roku, co w istocie było przyspieszeniem względem wcześniejszych odczytów. Miało ono jednak naturę bardzo techniczną. Otóż nastąpił silny spadek ilości godzin przeprowadzonych przez Amerykanów. Był on najsilniejszy od początku ubiegłego roku, nie licząc września, w którym niski odczyt wynikał z huraganowych zniszczeń. Zresztą spadała też ogólna wielkość zarobków, ale mniej niż ilość godzin pracy, i stąd obserwowany wzrost średniej płacy za przepracowaną godzinę.

Sam raport był dodatkowo pod wpływem obserwowanego w ostatnim czasie uderzenia zimy w USA, więc nie warto na jego bazie wyciągać zbyt pochopnych wniosków. Efektywny rynek nie powinien przynajmniej tego robić. Co więc było prawdziwą przyczyną spadków? Odpowiedź wszyscy poznali we wtorek. Była nią implozja popularnych ostatnimi czasy funduszy zarabiających na spadku rynkowej zmienności. Strategia ta była bardzo zyskowna z uwagi na niemalże niczym nieprzerwany, jednostajny i spokojny wzrost najważniejszych indeksów.

Koniec tej sielanki musiał kiedyś nastąpić, a że trwała ona nadzwyczaj długo, to i zakończenie było gwałtowne. Co ważne, wyraźnie spokojniejsze były rynki walut oraz surowców. Oznacza to, że giełdowych zniżek nie można wiązać z obawami o osłabienie koniunktury gospodarczej. To teoretycznie dobra wiadomość, ale gdyby za miesiąc nie zmienił się obraz wspomnianego wyżej raportu z rynku pracy, to jego wymowa nie byłaby korzystana dla perspektyw dla wzrostu czy inflacji, co lekki niepokój może już budzić.

 

Autor: Łukasz Bugaj, CFA, Analityk Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

                                                                                                                    

 

Nowe prawo wodne, które weszło w życie 1 stycznia br. jest powszechnie krytykowane, bo zawiera wiele wątpliwości dotyczących opłat, czy obowiązywania przepisów przejściowych. Grupa posłów PiS przygotowała propozycje nowelizacji  tej ustawy. Konfederacja Lewiatan uważa, że idą one w dobrym kierunku.

Po wejściu w życie nowego prawa wodnego pojawiło się wiele wątpliwości i pytań dotyczących m.in. opłat za zmniejszenie naturalnej retencji terenowej, stawek opłat zmiennych za odprowadzanie wód opadowych i roztopowych czy przepisów  przejściowych związanych z  wprowadzaniem nowych taryf.

– Posłowie zaproponowali wprowadzenie zmian, które mogą pozytywnie wpłynąć na proces inwestycyjny toczący się m.in. na podstawie ustawy o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko. Dotyczą one przepisów przejściowych, które są najistotniejsze z punktu widzenia  pewności obrotu gospodarczego oraz szybkości postępowań administracyjnych – mówi Dominik Gajewski, radca prawny, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Zgodnie z propozycjami zmian w nowym prawie wodnym, do spraw wszczętych i  niezakończonych przed dniem wejścia w życie ustawy, dotyczących decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach oraz tzw. oceny ponownej, mają być stosowane przepisy obowiązujące przed 1 stycznia 2018 r. (obowiązywać więc będą „stare” przepisy).

Istotne jest również, że dla decyzji wydanych w oparciu o dotychczasowe przepisy obowiązujące przed 1 stycznia 2018 r.,  ocena wodnoprawna nie będzie zastępowana decyzją o środowiskowych uwarunkowaniach.

– Pozytywnie oceniamy zaproponowane zmiany w prawie wodnym, gdyż mogą się przyczynić do ograniczenia opóźnień w toczących się postępowaniach – dodaje Dominik Gajewski.

Pewne wątpliwości jednak jeszcze pozostają. Czy będzie dokonywana ocena wodnoprawna (a więc nowa decyzja administracyjna wynikająca z prawa wodnego), a jeśli tak, to w jakim trybie. Co z okresem od dnia wejścia w życie nowego prawa wodnego do momentu, kiedy zaczną obowiązywać zmienione przepisy? Czy czynności dotychczas dokonane/dokonywane pozostają w mocy? Jaki skutek wywołały?

Po wprowadzeniu programu 500 plus coraz mniej osób korzysta z pomocy społecznej. Zdaniem ekspertów potrzebni są jednak asystenci rodzinni w samorządach, którzy sprawdzą, jak te pieniądze są wydawane.

Z danych resortu rodziny, pracy i polityki społecznej wynika, że wraz z wprowadzeniem programu 500 plus o prawie 10 proc. spadła liczba osób, które korzystają z pomocy społecznej. Chodzi przede wszystkim o zasiłki okresowe i celowe.

„Rzeczywiście poziom ubóstwa spadł. Mam na myśli klientów pomocy społecznej. Konsumpcja wzrosła, poprawiła się jakość życia w wielu rodzinach” – przyznaje prof. Julian Auleytner, ekonomista, specjalista od spraw polityki społecznej w Wyższej Szkole Pedagogicznej im. Janusza Korczaka.

Jednak – jego zdaniem – potrzebni są doradcy, asystenci rodziny, którzy będą rozwiązywali problemy socjalne, ale na poziomie lokalnym, gminnym, powiatowym.

„To praca bardzo niewdzięczna, ale asystent rodziny to jest poprawa jakości życia w ramach programu 500 plus. Nie wystarczy dać pieniądze, trzeba za tymi pieniędzmi pójść i zobaczyć jak one są wydawane” – uważa ekspert.

W przypadku sygnałów o marnotrawieniu świadczenia, u rodziny może być przeprowadzony wywiad środowiskowy, aby ustalić, jak wygląda sytuacja w danej rodzinie. Jeśli rodzina wydaje środki z programu 500 plus niezgodnie z przeznaczeniem, można je zamienić na pomoc w formie rzeczowej, np. jedzenie, ubrania, lekarstwa.

Ze świadczenia 500 plus w Polsce korzysta 2,4 mln rodzin, a w nich 3,65 mln dzieci. W 2017 r. do rodzin trafiło prawie 13,932 mld zł, w tym 13,768 mln zł w ramach świadczenia wychowawczego oraz 164 mln zł w ramach dodatków wychowawczych.

 

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

Francuski właściciel wódek Krupnik i Sobieski ma za sobą fatalną końcówkę roku. Wyniki grupy Marie Brizard Wine & Spirits spadły w Polsce o 75 proc., podczas gdy niemal na całym świecie statystyki firmy są całkiem dobre. Władze tłumaczą to m.in. wojną cenową na polskim rynku – czytamy w Rzeczpospolitej.

Francuska grupa Marie Brizard Wine & Spirits (MBWS) odnotowała ogromny spadek sprzedaży alkoholi w Polsce. Szczególnie zadziwiający jest fakt, że przychody producenta i dystrybutora m.in. popularnych wódek Krupnik i Sobieski zmniejszyły się aż o 75 proc. w ostatnim kwartale 2017 roku, a więc w czasie, gdy biznes raczej powinien mieć się bardzo dobrze ze względu na święta i sylwestra.

Nieco lepiej wypadają statystyki za cały rok, chociaż i tu Francuzi nie mają się czym chwalić. Wyniki w Polsce są gorsze o 28 proc.

Z najnowszego raportu finansowego wynika, że całoroczna sprzedaż alkoholi MBWS w Polsce wyniosła 47,1 mln euro, a więc o 17 mln euro mniej niż w 2016 roku. Cała ta różnica powstała tylko w czwartym kwartale, w którym przychody spadły z 23 do 6 mln euro.

W Europejskim Konsumenckim Teście Zdrowia Polska znajduje się na drugiej pozycji od końca. Za nami jest tylko Czarnogóra. Na górze indeksu znajduje się Holandia, w której służba zdrowia jest bardzo dobrze oceniana przez pacjentów.

– Podstawową zaletą Holenderskiego systemu zdrowia jest jego dostępność i fakt, że do lekarza pierwszego kontaktu pacjent może dostać się bardzo łatwo. Lekarz pierwszego kontaktu udziela bardzo szerokich porad. Dzięki temu pacjent trafia do szpitala w ostateczności – mówi newsrm.tv Łukasz Kamiński, dyrektor zarządzający LekSeek Polska.

Raport „E-Zdrowie oczami Polaków”, przygotowany na zlecenie LekSeek Polska, pokazał, że lekarze więcej czasu poświęcają na przygotowanie się do wizyty i uzupełnienie dokumentacji niż na diagnostykę. 72% ankietowanych uważa, że wypełnianie dokumentacji medycznej pochłania lekarzom za dużo czasu. W grupie wiekowej 50+ uważa tak aż 76,8% badanych. Według ankietowanych, lekarz podczas przeciętnej wizyty poświęca ponad 16 minut na czynności organizacyjne. Przy założeniu, że wizyta trwa 20 minut, lekarzowi zostają nieco ponad 3 minuty na zbadanie pacjenta.

65,2% badanych ocenia stan telemedycyny w Polsce jako słabo lub bardzo słabo rozwinięty. Telemedycynę w Polsce najgorzej oceniają osoby w grupie wiekowej 50+: aż 71,6% twierdzi, że jest słabo lub bardzo słabo rozwinięta.

– E-recepta została wprowadzona jako podstawowe narzędzie w Szwecji po roku 2000. To pokazuje, że Polska niestety jest dość daleko jeśli chodzi o cyfryzację. Przypuszczalnie w Polsce podstawowym problemem są pieniądze. Przeznaczamy na służbę zdrowia nieco powyżej 4 procent PKB. W Europie normalnie przeznacza się ponad 10 procent PKB na opiekę zdrowotną – dodaje Łukasz Kamiński.

Elektroniczne recepty są już od 7 lat w Estonii. Z takiego rozwiązania korzystają także mieszkańcy Norwegii, Finlandii, Szwecji, Belgii, Włoch, Islandii i Grecji.

Już 2,17 mln Polaków korzysta z prywatnej opieki zdrowotnej, dzięki dodatkowym ubezpieczeniom zdrowotnym, jak wynika z najnowszych danych Polskiej Izby Ubezpieczeń. Prognozuje się, że liczba ta będzie nadal rosła, zwłaszcza w kontekście zmniejszających się wydatków na świadczenia specjalistyczne zapewniane w ramach publicznej opieki zdrowotnej oraz coraz niższą ocenę jakości publicznej opieki zdrowotnej.

W III kwartale 2017 r. składka przypisana brutto na rynku dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych wzrosła o 21 proc. rdr i osiągnęła wartość 482,4 mln zł. Jak wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń, liczba korzystających z prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych wzrosła aż o 23 proc. po III kwartale ubiegłego roku.

 – Polacy dostrzegają problemy, z jakimi boryka się publiczna opieka zdrowotna, dlatego też coraz częściej sami inwestują w swoje zdrowie. Już teraz wydają ponad 40 mld zł, a niektóre zestawienia pokazują, że nawet 46 mld zł. To ogromna kwota – zauważa Dorota M. Fal, ekspert ds. ubezpieczeń zdrowotnych Polskiej Izby Ubezpieczeń. – Z najnowszego Europejskiego Konsumenckiego Indeksu Zdrowia wynika, że nasz kraj znalazł się na szóstym miejscu od końca. To pokazuje, że konieczne są niezbędne zmiany legislacyjne. Wzór powinniśmy czerpać z takich krajów europejskich, które znajdują się na szczycie rankingu jak Holandia, Szwajcaria, czy z państw skandynawskich.

Duży wpływ na wzrost kosztów publicznej opieki zdrowotnej ma także rozwój coraz nowszych technologii medycznych oraz leków. Ponadto obciążony i słabo regulowany bezpłatny dostęp do świadczeń medycznych powoduje m.in. nadmierne wykorzystywanie publicznej opieki zdrowotnej przez część pacjentów.

– Dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne gwarantują szybki dostęp do lekarza pierwszego kontaktu, większość zapewnia go w ciągu jednego, maksymalnie dwóch dni. To pozwala na szybką interwencję w przypadku zwykłego przeziębienia lub grypy. Gwarantowane najczęściej w polisach 5-7 dni oczekiwania na specjalistę, w porównaniu z czasem oczekiwania w publicznej opiece zdrowotnej, to ogromna różnica – podkreśla Dorota M. Fal. – Jak pokazują ostatnie statystyki na wizytę u ortopedy trzeba czekać 9-10 miesięcy, na tomografię dolnego odcinka kręgosłupa blisko pół roku, a na rezonans magnetyczny blisko 10 miesięcy.

Dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne stanowią również dużą wartość dla pracodawców. Jak wynika z raportu PIU „Jak ubezpieczenia zmieniają Polskę i Polaków opublikowanego w listopadzie ubiegłego roku, dostęp do opieki medycznej jest w stanie skutecznie ograniczać nawet o 70 proc. absencję chorobową pracowników. To w dużej mierze wpływa na fakt, że obserwuje się dziś nie tylko wzrost liczby osób objętych ochroną, ale także rozszerzenie jej zakresu. Wyniki raportu potwierdzają, że przedsiębiorcy dostrzegają wartość prywatnej opieki zdrowotnej i zdają sobie sprawę z kosztów związanych z nieobecnością pracowników z powodu choroby. Straty określają nawet na 30 tys. zł w przeliczeniu na jednego pracownika rocznie.

Do 500 zł mandatu od straży miejskiej lub gminnej może zapłacić właściciel nieruchomości za nieodśnieżenie chodnika lub niestrącenie sopli lodu zagrażających przechodniom. Warto znać swoje obowiązki, bo w niektórych przypadkach mandat może okazać się najmniejszym problemem.

Ustawa o utrzymaniu czystości i porządku w gminach z 1996 r. dość precyzyjnie określa odpowiedzialność za otoczenie nieruchomości – to właściciel (lub użytkownik wieczysty) ma w obowiązku utrzymanie czystości i porządku. Ustawa mówi o „uprzątnięciu błota, śniegu, lodu i innych zanieczyszczeń z chodników położonych wzdłuż nieruchomości”.

Istotnym jest, że chodzi o chodnik położony bezpośrednio przy granicy nieruchomości. Jeżeli pomiędzy nieruchomością a chodnikiem jest pas miejskiej zieleni lub inny element infrastruktury, za który odpowiada gmina, to zapis takiego chodnika nie dotyczy. Dodatkowo ustawa zwalnia właściciela nieruchomości z obowiązku utrzymania chodnika w porządku gdy znajdują się na nim płatne miejsca parkingowe lub przystanek. Chodnik powinien być odśnieżony z należytą starannością, śniegu nie wolno zgarniać na drogę ani utrudniać przejazdu samochodom, czy przejścia pieszym.

Mandat to dopiero początek

Reperkusje nieutrzymywania chodnika w należytym stanie mogą być poważniejsze niż większość osób się spodziewa. Zwykle rozpoczyna się od pouczenia lub niewysokiego mandatu, ale kolejne zaniedbania mogą zwiększać wymiar kary i prowadzić do rozstrzygnięcia sądowego, a tam  grę wchodzi art. 117. kodeksu wykroczeń, który mówi, że osoba niewywiązująca się z „obowiązku utrzymania porządku w obrębie swojej nieruchomości podlega karze grzywny do 1500 złotych albo karze nagany”.

A to i tak nie koniec możliwych kłopotów. Gdy na nieodśnieżonym lub oblodzonym chodniku ktoś się poślizgnie i zrobi krzywdę, ma prawo domagać się odszkodowania od tego, czyim obowiązkiem jest utrzymanie chodnika w porządku.

Nie tylko chodnik

Ale odśnieżanie chodnika to nie koniec zimowych prac, które trzeba wykonać. Z prawa budowlanego wynika jeszcze obowiązek usunięcia śniegu z dachu oraz strącenie zwisających sopli lodu i nawisów śnieżnych. Warto dodać, że dotyczy to zarówno o dachów budynków mieszkalnych jak i garażu czy budynku gospodarczego – chodzi po prostu o usunięcia zagrożenia dla zdrowia i życia przechodniów. Tu, podobnie jak w przypadku chodnika, także należy liczyć się z odpowiedzialnością gdy np. nieuprzątnięty sopel na kogoś spadnie. 

Kto odśnieża chodnik pod blokiem

W przypadku domów wielorodzinnych odpowiedzialność za odśnieżenie chodnika spoczywa na wszystkich mieszkańcach, czyli w praktyce zajmuje się tym spółdzielnia lub wspólnota. Która zresztą zwykle zleca to firmie zewnętrznej przejmującej nie tylko obowiązek dbania o porządek, ale i odpowiedzialność za nieutrzymanie go.

Zasadność obowiązku odśnieżania chodnika trafiła swego czasu przed oblicze Trybunału Konstytucyjnego, jednak ten nie dopatrzył się jakiejkolwiek sprzeczności z konstytucją, zaznaczając m.in., że z prawa własności nieruchomości wynikają także obowiązki społeczne i to jest właśnie tego rodzaju obowiązek.

Coraz częściej pojawiają się niepokojące informacje o braku chętnych do pracy zarówno w przemyśle, handlu, jak i usługach, których ten problem dotyka najbardziej. Ostatnio to właśnie z sektora usług coraz więcej pracowników przechodzi do lepiej płatnego zatrudnienia w przemyśle. Co zrobić, by brakowi kadr zapobiec?

Więcej dzieci to za mało

Brak pracowników to nic innego jak zbyt mała liczba obywateli zdolnych do pracy. Jest nas po prostu za mało. Rząd co prawda z sukcesem wprowadził program 500+, którego celem jest zachęcenie Polek do rodzenia dzieci. Pierwsze efekty są już widoczne: według statystyk w ubiegłym roku urodziło się więcej dzieci niż w latach poprzednich. Nie można więc odmówić racji tym, którzy mówią o skuteczności programu.

Jednak zanim urodzone w roku 2017 dzieci trafią na rynek pracy, minie ok. 20 lat. Gospodarka nie może tak długo czekać, zwłaszcza że ubytek pracowników z roku na rok jest większy niż przypływ nowych. Według danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w 2017 r. prawa emerytalne uzyskało około 380 tys. Polaków i aż 50 proc. z nich zdecydowało się z nich skorzystać. Spośród niezdecydowanych po rozmowie z doradcą emerytalnym 20 proc. postanowiło jeszcze popracować, a 30 proc. jednak poszło na emeryturę.

Gdyby udało się zatrzymać na rynku pracy owe 30 proc. niezdecydowanych, nie rozwiązałoby to co prawda wszystkich problemów, ale wpłynęło na zmniejszenie zapotrzebowania. Byłoby to również wyjście naprzeciw oczekiwaniom przedsiębiorców, którzy w ostatnim czasie zatrudniają bardziej doświadczonych pracowników w wieku 50+.

Problemem jest jednak to, że większość stosowanych dziś zachęt do późniejszego przechodzenia na emeryturę jest nieskuteczna. Najczęściej pracownicy nie zastanawiają się, jak długo będą żyć na emeryturze, i dlatego przedkładają korzyści bieżące nad przyszłe. Zachęta w postaci późniejszej emerytury wyższej o 50 czy nawet 100 zł miesięcznie jest dla nich nieatrakcyjna.

Zachęcić do pracy przyszłych emerytów

Należy więc poszukać innych zachęt do pozostania na rynku pracy i mechanizmów powodujących także wzrost otrzymywanego wynagrodzenia. Można to osiągnąć poprzez zwiększanie wynagrodzenia miesięcznego (co będzie trudne, skoro może obciążyć pracodawcę) lub w postaci wypłacania rocznych bonusów, które wzrastałyby z każdym przepracowanym rokiem. Problemem będzie znalezienie systemu finansowania, ale w obliczu możliwych korzyści i zwiększenia aktywności zawodowej przyszłych emerytów każde rozwiązanie może okazać się opłacalne.

Stworzenie mechanizmów zachęcających do pozostania na rynku pracy będzie jednak tylko połowicznym sukcesem. Nadal odpływ pracowników będzie większy niż ich przypływ. Dlatego konieczne jest stworzenie systemu zachęcającego cudzoziemców (szczególnie z Ukrainy) do podejmowania pracy w naszym kraju.

Obecne przepisy temu nie sprzyjają. Przeciwnie, sprawiają liczne kłopoty zarówno potencjalnym pracownikom, jak i chcącym zatrudnić ich przedsiębiorcom. W obecnej sytuacji większość przybywających do pracy w Polsce traktuje pobyt u nas jako możliwość doraźnego zarobku przed dalszą podróżą na Zachód lub powrotem do domu. Powinniśmy ich zatrzymać.

Konieczne jest stworzenie warunków zachęcających cudzoziemców do przeniesienia swojego centrum życiowego do naszego kraju. Aby to osiągnąć, należy umożliwić im nie tylko podjęcie pracy, ale też sprowadzenie rodziny.

Zdecydowaną zachętą do pozostania w Polsce byłoby zrównanie praw pracujących u nas cudzoziemców z prawami polskich pracowników, pomoc w pozyskaniu mieszkania, przedszkola lub szkoły dla dzieci. Niezbędne jest przygotowanie systemu nauki języka polskiego oraz w razie konieczności zmiany kwalifikacji zawodowych.

Dzięki zrównaniu praw pracowników ukraińskich i polskich unikniemy niekorzystnych zjawisk związanych z zaniżaniem wynagrodzeń tych pierwszych i tym samym konkurowania kosztem pracy z Polakami. Niewątpliwie zachętą do dłuższego pozostania w naszym kraju byłaby możliwość uzyskania obywatelstwa, np. po pięciu latach pracy.

 

 

 

 

Źródło: Federacja Przedsiębiorców Polskich

Trudno wyobrazić sobie dziś pracę bez spotkań. Niestety wiele z nich jest nie do zniesienia. Trudno się dziwić, że większość ludzi ich nienawidzi. Z czego wynika ten problem? Sens spotkań leży w dyskusji. A jednak podczas większości zebrań brakuje autentycznej debaty. Aby usprawnić prowadzone przez siebie spotkania lub uratować te, na które cię zapraszają, skoncentruj się na ożywieniu dyskusji.

Zacznij od pytania, a nie opinii
Jedno ze spotkań, na które zostałem zaproszony jako doradca, szef rozpoczął od stwierdzenia: „Uważam, że powinniśmy zrobić X, chciałbym poznać wasze opinie”. Następnie zapytał wszystkie osoby o zdanie. Wszyscy obecni podnieśli rękę w akceptacji, nikt nie zgłosił jakichkolwiek zastrzeżeń.

Jeśli zależy ci na autentycznej dyskusji, zacznij od pytania. Dlaczego?

Po pierwsze, formułuje ono problem, który ma być poddany dyskusji. Jeśli problem jest zbyt ogólny, rozmowa będzie się toczyć o wszystkim i o niczym – jeśli jest zanadto zawężony, ograniczy to możliwości. Dlatego zastanów się nad najlepszym pytaniem. Zadbaj, aby nie było sugerujące, przez co nie będzie wpływać na odpowiedzi.
Po drugie, pytanie sygnalizuje, że zależy ci na autentycznej, a nie tylko udawanej debacie.
Po trzecie, zaprasza do wypowiedzi osoby mające odmienne opinie.

Pomóż wypowiedzieć się osobom małomównym – nie pozwól, aby osoby gadatliwe zdominowały rozmowę.

Nawet jeśli zadajesz dobre pytania, wiele osób będzie się powstrzymywać przed wypowiedzią. Niektóre, ponieważ się boją, szczególnie osoby nowo zatrudnione lub na niższych stanowiskach. Inne, ponieważ obawiają się konsekwencji. Jeszcze inne ze względów politycznych. Introwertycy nie lubią dyskomfortu, jaki odczuwają podczas twardej, burzliwej dyskusji, prowadzonej podniesionym głosem. Wiele z tych osób ma coś ważnego do powiedzenia.

Aby ich wciągnąć w rozmowę, postaraj się ich „rozgrzać” przed spotkaniem. Tak robił jeden z najbardziej skutecznych respondentów w moim badaniu:

Czasami rozmawiam z uczestnikami przed spotkaniem, mówiąc: „Słuchaj, będziemy mieli to spotkanie. Wiem, że masz określone zdanie, i bardzo ważne jest, aby usłyszeli je inni, dlatego zależy mi, żebyś podzielił się nim z grupą”.

Okaż następnie wsparcie takiej osobie („Dziękuję za twój ważny głos w tej sprawie”). Lepiej zachęcać ludzi do wypowiedzi podczas dyskusji grupowych niż podczas indywidualnych spotkań. Kiedy zachęcasz innych do wypowiedzi podczas spotkań, możesz skorzystać ze zbiorowej mądrości całej grupy, dzięki czemu uczestnicy mogą się wzajemnie odwoływać do komentarzy i pomysłów innych osób oraz je rozwijać.

Zadbaj, aby uczestnicy mogli bezpiecznie podejmować ryzyko – nie daj rządzić rekinom

Stwórz atmosferę bezpieczeństwa psychicznego, którą profesor z Harvardu Amy Edmondson nazywa „klimatem, w którym ludzie ze swobodą wypowiadają swoje przemyślenia i odczucia związane z pracą”. W moim badaniu prawie jedna piąta uczestników (19%) potrafiła tworzyć taki klimat. Jak pokazują dane, osoby, które osiągały wysoki wynik w tym względzie, były bardziej efektywne (korelacja wynosiła 0,63; idealna korelacja wynosiłaby 1,0, a losowa – 0).
Aby stworzyć taki klimat, sam służ przykładem („Pozwólcie, że zaproponuję pomysł, z którym wiąże się ryzyko…”), wspieraj osoby, które podejmują próby („Naprawdę dziękuję za twoje sugestie”), nie dopuszczaj osób, które wyśmiewają innych („Nie chcę tu słyszeć takiego języka…”).

Przyjmij przekorną postawę

Kiedy w HBS prowadziłem zajęcia poświęcone restrukturyzacji American Express, odwiedził nas ówczesny prezes firmy Harvey Golub. Wyjaśnił, że często prezentuje przekorne opinie. Kiedy spotkanie dotyczy np. podniesienia ceny za usługę, zabiera głos i pyta, czy nie należałoby obniżyć ceny. Zmusza podwładnych do przygotowania naprawdę solidnych argumentów na poparcie swoich tez.

Jeden z najbardziej efektywnych uczestników mojego badania korzystał z podobnej taktyki, aby sprowokować reakcję:

Czasami rzucam śmieszną odpowiedź – okazuje się, że inni zabierają wtedy głos i mówią: „To w ogóle nie ma sensu”.

Można też poprosić współpracownika, aby odegrał rolę adwokata diabła, prosząc go, aby dla dyskusji przyjął przeciwstawne stanowisko. Zadbaj jednak, aby przedstawiona została odmienna opinia.

Zweryfikuj trzy podstawowe założenia

Podczas niesławnej inwazji w Zatoce Świń, podczas której ekipa prezydenta John F. Kennedy’ego zdecydowała się na próbę ataku na Kubę, jego zespół nie potrafił zweryfikować podstawowego założenia – tego, że inwazja ok. 1400 kubańskich uchodźców doprowadzi do powszechnego powstania przeciwko reżimowi Castro. Prezydent Kennedy mógł zrezygnować z realizacji tego chybionego planu, gdyby wiedział, na jakich chwiejnych podstawach się on opierał.

Aby uniknąć podobnych katastrof, śledź założenia z podobną uwagą, z jaką prokurator przygląda się przestępcy: samodzielnienie szczegółowo przeanalizuj problem, zaangażuj do tego innych ekspertów oraz zleć drobiazgowe zbadanie sprawy twojemu zespołowi. Jeden z menedżerów w naszym badaniu zawsze zadawał swojemu zespołowi jedno trudne pytanie: na czym polegają nasze główne założenia i jakie dane mogą wykazać ich błędność?

 

 

Źródło: hbrp.pl

Przerwa na papierosa, przejażdżka w windzie, służbowa podróż pociągiem – to wszystko sytuacje, w których może dochodzić do nieświadomego wycieku poufnych informacji. 

Winda i palarnia pod biurem – to miejsca, w których przez nieuwagę czy roztargnienie czasami dochodzi do ujawnienia wrażliwych informacji. W pozornie bezpiecznych miejscach i w otoczeniu zaufanych osób (współpracowników) wymieniane są informacje, które pozornie są niegroźnymi strzępkami wyrwanymi z kontekstu. Wystarczy jednak, że rozmowie przysłuchuje się ktoś z konkurencji i potrafi ułożyć z tych wyrywkowych informacji całościowy obraz.

Miesięcznik „My Company Polska” opisał sytuację kiedy to jadący Pendolino zespół sprzedażowy omawiał prezentację dla klienta i głośno opowiadał, jaką strategię zastosuje w negocjacjach, a także jaki rabat jest w stanie dać. Konwersacji przysłuchiwał się pracownik konkurencyjnej firmy, który akurat jechał tym samym pociągiem. Opisana sytuacja pojawiła się najpierw na Linkedin jako anegdota, jednak doskonale obrazuje, z jaką skalą problemów możemy mieć do czynienia.

Ludzie mają naturalną chęć dzielenia się informacjami również poza pracą. Nawet niezobowiązująca rozmowa w konwencji „small talk” podczas wieczornego bankietu może niektórym służyć do zdobywania poufnych informacji od nieświadomych niczego pracowników, którzy po godzinach tracą czujność. Istnieją specjalnie do tego przeznaczone techniki zdobywania informacji (z ang. elicitation technique).

Zagrożenie wyciekiem informacji może pochodzić nie tylko z zewnątrz, ale również wewnątrz firmy. Problem nadużyć wewnątrz przedsiębiorstw zbadała w 2015 r. firma EY. Z ankiety przeprowadzonej wśród 300 aktywnych zawodowo osób z trzech regionów: Śląska, Małopolski i Mazowsza wynika jednoznacznie, że zjawiska nadużyć i korupcji w ich firmach są palącym problemem. Co trzeci respondent na Mazowszu i w Małopolsce oraz co drugi na Śląsku uważał, że praktyki nadużyć i korupcji są rozpowszechnione w biznesie w ich regionie. Ankietowani z Mazowsza odpowiadali, że ich województwo jest szczególnie narażone na te zjawiska.

 

 

 

 

Źródło:rynkiinfrastruktury.pl

Opóźnienie w przyjęciu nowelizacji ustawy o OZE i zawartych w niej regulacji doprecyzowujących zasady udzielania pomocy publicznej w systemie aukcyjnym może też wstrzymywać decyzje banków o udzielaniu finansowania na projekty, które już uzyskały wsparcie w przeprowadzonych dotąd dwóch pierwszych aukcjach dla nowych instalacji. Ten problem może dotyczyć zwłaszcza projektów, w przypadku których wcześniej zapewniono pomoc inwestycyjną w postaci np. unijnych dotacji.

Choć brak jasnych reguł oraz wytycznych jest wskazywany jako problem dalszego rozwoju klastrów,  które uniemożliwiałyby realizowanie bardziej innowacyjnych i niestandardowych pomysłów. Andrzej Kaźmierski, dyrektor departamentu Energii Odnawialnej w Ministerstwie Energii uważa, że jest to celowe działanie, ponieważ z Warszawy nie dałoby się sztywno zdefiniować klastrów, nie osłabiając przy okazji ich kreatywności. Swoboda działania pozostawiona przez ME sprawiła, że w konkursie na modelowe klastry energii pojawiło się wiele inicjatyw. Zgłosiło się 115 klastrów, część z nich otrzyma dotacje na realizację inwestycji. Dyrektor Kaźmierski zaznacza, że reszta klastrów oraz nowe inicjatywy klastrowe nie zostaną pozostawione samym sobie i w dalszej perspektywie będą również wspierane.

ŹRÓDŁA FINANSOWANIA PROJEKTÓW KLASTROWYCH

W połowie ubiegłego miesiąca Komisja Europejska poinformowała o zatwierdzeniu zasad pomocy publicznej w nowych mechanizmach wsparcia, które mają skutkować przyznaniem pomocy publicznej – jak wyliczyła KE – sięgającej kwoty 40 mld zł. Klastry energii dają impuls, aby szukać lokalnych okazji do synergii, a dofinansowanie z zewnątrz przyczynia się do złamania pewnej krzywej finansowania, co przekłada się na przyśpieszenie inwestycji. Innymi słowy, bez dofinansowania dalej byłyby to racjonalne inwestycje, ale musiałyby być rozłożone w czasie. Ważniejszą od gwarancji finansowej jest chęć współpracy lokalnych uczestników oraz poszukiwania możliwości synergii.

AUTOMATYZACJA KLASTRÓW ENERGII – WIRTUALNE ELEKTROWNIE

Automatyka może przyczynić się do przejrzystszego oraz efektywniejszego zarządzania siecią oraz wypełniania celów klastra. Dzięki Wago-Cloud możemy efektywnie sterować wytwarzaniem, magazynowaniem oraz zużywaniem energii, a dodatkowo wszystkie dane będą wizualizowane, co powinno w znaczny sposób ułatwić ich analizę. System Wago-cloud umożliwia zarządzanie energii z dowolnego miejsca. Zarządzanie klastrem w „chmurze” umożliwia uporanie się z takimi wyzwaniami jak bezpośrednie podłączenie uczestników, efektywne sterowanie wytwarzaniem, magazynowaniem i zużyciem energii, a także komunikacją z systemami dyspozytorskimi, bezpieczeństwem danych oraz wcześniej wspomnianą współpracą z OSD.

 
Źródło: Seminarium pt. „Klastry energii, spółdzielnie i wirtualne elektrownie w Polsce

Ameryka, motor napędowy rozwoju świata i lider w wielu dziedzinach globalnej gospodarki, zmaga się z dość poważnym problemem. Okazuje się, że mężczyźni w USA nie garną się do pracy. Nie uwierzycie, dlaczego .

„Ameryka też się sypie”… chciałoby się zacytować słynne słowa piosenki Kazika. Literalnie może to nawet i prawda – Stany Zjednoczone potrzebują setek miliardów dolarów, jeśli nie kilku bilionów, na inwestycje infrastrukturalne. „Sypanie się” może mieć także zupełnie inne znaczenie. Dane pokazują, że mężczyźni w kwiecie wieku (25-54 lata) w znacznej części nie pracują, ani pracy nie szukają – są nieaktywni zawodowo, inaczej bierni.

USA na szarym końcu

Od ponad pół wieku aktywność zawodowa mężczyzn powyżej 15. roku życia w Stanach Zjednoczonych utrzymuje się w trendzie spadkowym. Jeszcze w drugiej połowie lat 50. odsetek aktywnych przekraczał 85 proc. Jednak od kilku lat pozostaje poniżej poziomu 70 proc., czyli najmniej w historii badań. Brak chęci do pracy lub jej szukania (bierność zawodowa) to w znacznym stopniu skutek zmian demograficznych.

Przy rosnącej średniej długości życia naturalne staje się, że coraz więcej starszych osób opuszcza rynek pracy. Warto jednak zauważyć, że aktywność jest bardzo niska również dla mężczyzn w wieku 25-54 lata (prime age). Przez 50 lat spadła ona o niespełna 10 pkt proc. i od kilku lat nie przekracza 89 proc. mimo silnego popytu na pracę w USA. Dodatkowo Stany zajmują trzecie miejsce od końca wśród krajów OECD (dane z 2016 r.) w rankingu aktywności. Dlaczego?

Powód I – wykształcenie

W opracowaniu Białego Domu z 2016 r. analizującym problem niskiej aktywności zawodowej mężczyzn zwraca się uwagę na różnice w wykształceniu. Aktywność osób z dyplomem uczelni wyższej pozostaje przez lata wysoka – od 94-96 proc. Wyraźne spadki widoczne są natomiast u tych, którzy zakończyli edukację na szkole podstawowej – obecnie w przedziale 82-83 proc, czyli mniej o 15 pkt proc. niż 50 lat temu.

Powód II – różnica pokoleniowa

Szczególnie interesująco przedstawia się porównanie aktywności pomiędzy pokoleniami. Dane Białego Domu pokazują, że aktywność 30-latków z każdą dekadą zauważalnie malała. Zatrudnienie lub chęć jego podjęcia dla najmłodszego pokolenia (1983-1992) jest o ponad 10 pkt proc. niższa niż dla osób urodzonych w latach 1933-1942.

Powód III – młodzi mają inne zajęcia niż praca

Pół biedy, gdyby bierność zawodowa wynikała z tego, że młodzi mężczyźni częściej wyręczają kobiety w obowiązkach domowych, pozwalając im rozwijać karierę zawodową. Tak jednak nie jest. W opracowaniu wiodącego think-tanku „Brookings Institution” na temat bierności zawodowej praktycznie nie ma różnic w czasie spędzonym z dziećmi czy na obowiązkach domowych pomiędzy mężczyznami aktywnymi i nieaktywnymi zawodowo.

Jest natomiast diametralna różnica w spędzaniu wolnego czasu. Bierni zawodowo młodzi mężczyźni na relaks czy odpoczynek (sen, telewizja, filmy, spotkania ze znajomymi) przeznaczają ok. 150 godzin tygodniowo. Aktywni zawodowo natomiast odpoczywają przez ok. 100 godzin tygodniowo. Czas zarezerwowany na pracę praktycznie jest więc w całości „spożytkowany” na relaks przez tych, którzy nie mają i nie szukają zatrudnienia.

Powód IV – duży odsetek w więzieniu

Wracając do wcześniej cytowanego opracowania Białego Domu (The Long-Term Decline Prime-Age Male Labor Force Participation”), należy także podkreślić wysoki odsetek Amerykanów w kwiecie wieku, którzy siedzą w więzieniach. W 2014 r. aż 1,1 mln mężczyzn w prime-age było za kratkami. To ok. 50 proc. więcej niż ćwierć wieku temu przy niewielkim wzroście populacji.

Odsetek więźniów w prime-age jest pięciokrotnie wyższy w Stanach Zjednoczonych niż średnio w OECD. W czasie odsiadywania wyroku to nie ma wpływu na aktywność zawodową (nie są oni zaliczani statystyk), ale później takie osoby mają problemy, by aktywnie uczestniczyć w życiu zawodowym, co już wpływ na dane ma.

Z czego się utrzymują?

Naturalnie nasuwa się pytanie, z czego utrzymują się gospodarstwa domowe, w których mężczyźni w kwiecie wieku nie pracują. Poza oszczędnościami czy dochodem współmałżonka opracowanie Białego Domu zwraca uwagę, że ponad 6 tys. dol. rocznie przekazywane jest tym rodzinom w formie różnego rodzaju zasiłków. Z kolei w tych gospodarstwach domowych, gdzie mężczyzna w sile wieku pracuje, transfery socjalne odpowiadają przeciętnie za ok. 1 tys. dol. dodatkowego dochodu.

Konsekwencje

Spadająca aktywność zawodowa młodych mężczyzn pogarsza ogólną efektywność gospodarki, a także skazuje ich na znacznie gorsze warunki życia na starość. Poważną kwestią są również różnego rodzaju uzależnienia (np. od leków opioidowych), które z jednej strony utrudniają wyjście z bierności zawodowej, a z drugiej mogą w nią popychać.

W pewnym stopniu zawodowa bierność Amerykanów może wynikać z systemowego podejścia w USA do pracy. Polityka niewielkiego wsparcia na starcie kariery (drogie studia, braki edukacji zawodowej) dla obywateli powoduje, że Stany zdecydowanie gorzej radzą sobie z rosnącą konkurencją światową w przemyśle niż np. Niemcy. Teraz te zaniedbania odbijają się czkawką właśnie w postaci zbyt wysokiej bierności zawodowej mężczyzn w kwiecie wieku.

 

 

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

 

Tylko 27 proc. przedsiębiorców jest konsekwentnych w stosowaniu sankcji wobec firm, które nie płacą im za towary i usługi. Mimo że zapowiadają podjęcie różnorodnych działań zmierzających do odzyskania pieniędzy, to z ich wdrażaniem w życie jest gorzej. Jeszcze dwa lata wcześniej prawie połowa przedsiębiorców deklarowała żelazną konsekwencję w dochodzeniu zapłaty za wystawione faktury.

Połowa przedsiębiorców sprawdza wpływy na konto codziennie. 15 proc. robi to raz na tydzień, a 11 proc. tylko raz w miesiącu. Aż 81 proc. firm ma problemy z uzyskaniem zapłaty za sprzedane towary i usługi, co oznacza 10 proc. wzrost w stosunku do poprzedniego badania. Z tego grona niemal 60 proc. przedsiębiorstw skarży się, że co 10. faktura wystawiana przez nich każdego miesiąca pozostaje nieopłacona. Jedna trzecia firm potwierdza, że przeterminowane płatności to 11-50 proc. ich wszystkich faktur. A środki na rachunku są niezbędne, aby wypłacić wynagrodzenia pracownikom, czy pokryć podatki i składki ZUS, ale też zapłacić własnym dostawcom.

Rzadziej do sądu, częściej negocjacje

Jak zatem radzą sobie firmy, kiedy minął akceptowalny termin oczekiwania na zapłatę i mimo wcześniejszych działań motywujących kontrahenci nadal nie przelewają pieniędzy za faktury?

Zmalał odsetek firm, które decydują się na korzystanie z radykalnych rozwiązań, jak zaangażowanie kancelarii prawnych czy skierowanie sprawy do sądu. Teraz na drogę sądową występuje co piąty przedsiębiorca, podczas kiedy wcześniej opcję tę wybierało 22 proc. badanych. W 2015 r. dochodzenie należności kancelariom prawnym zlecało 26 proc. firm, obecnie niecałe 20 proc.

Od 2015 roku zwiększył się natomiast odsetek firm korzystających z polubownych sposobów dochodzenia płatności za sprzedane towary i usługi. Przedsiębiorcy częściej niż poprzednio powierzają odzyskanie długu firmom windykacyjnym. Decyduje się na to ponad 13 proc. firm (wobec 11 proc. wcześniej). Poza tym jedna trzecia dzwoni do partnerów i negocjuje warunki spłaty (poprzednio metodę tę wykorzystywało 26 proc.). Więcej firm wysyła też wezwanie do zapłaty – obecnie robi to 57 proc., a w badaniu przeprowadzonym w 2015 r. wskazała tak połowa z nich.

Przedsiębiorcy preferują także „miękkie” metody prewencyjne. Już w momencie wystawiania faktury ponad 11 proc. umieszcza na niej pieczęć informującą o przekazywaniu niezapłaconych należności do firmy windykacyjnej. Wcześniej robiło tak  tylko niecałe 2 proc. Zwiększyło się także grono tych, którzy na fakturze uprzedzają kontrahentów, że jeśli nie zapłacą oni za towar lub usługę, zostaną wpisani do biura informacji gospodarczej, np. Krajowego Rejestru Długów. Rozwiązanie to wykorzystuje teraz prawie co dziesiąta firma, a poprzednio tylko 6 proc.

Na dobrych chęciach się kończy 

Badanie pokazuje, że znacznie mniej firm jest konsekwentnych w realizacji swoich zapowiedzi i deklaracji. W 2015 r. niemal połowa, jeśli uprzedziła kontrahenta, że podejmie działania zmierzające do odzyskania należności, rzeczywiście to robiła. Aktualnie taki plan realizuje tylko niespełna 27 proc.

– Dobra koniunktura rozleniwiła wiele firm. Zwiększają one przychody i zyski, nie narzekają na brak zamówień, więc uważają, że niepłacący kontrahenci nie są dla nich poważnym zagrożeniem. Pogorszenie koniunktury, a często nawet chwilowa zadyszka, może sprawić, że takie podejście mocno odbije się na koncie firmy. Dlatego na kwestie płynności trzeba patrzeć w długoterminowej perspektywie. Jeśli kontrahent odwleka płatności, a próby polubownego nakłonienia do zapłaty nie przynoszą efektu, warto rozważyć wpisanie jego zobowiązania do biura informacji gospodarczej. To efektywny sposób na odzyskanie należności – ocenia Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów.

 

 

 

 

 

 

 

Eksperci

Letnia „hossa”

Za oknem piękna pogoda, sezon wakacyjny w pełni, a na giełdzie długo wyczekiwany wzrost. Z czysto se...

Ludwiczak: Majowe spowolnienie na rynku mieszkaniowym

Odczyty makroekonomiczne za maj 2018 r. można by uznać za bardzo dobre, gdyby nie spowolnienie na ry...

Przasnyski: Stopy procentowe niskie, ale kredyty drożeją

Rada Polityki Pieniężnej od ponad trzech lat utrzymuje stopy procentowe na rekordowo niskim poziomie...

Sawicki: Nowy tydzień, nowe szanse

Ubiegły tydzień inwestorzy zaczynali we wręcz szampańskich nastrojach, ale kończyli go w minorowych....

Lipka: Znów fatalne wieści dla frankowiczów

Za szwajcarską walutę trzeba płacić już ok. 3,70 zł, to ponad 20 gr więcej niż jeszcze miesiąc temu....

AKTUALNOŚCI

Gospodarka rozpędzona na piątkę

W drugim kwartale br. PKB wzrósł o 5,1 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. W p...

Obrót energią możliwy tylko przez giełdę – rząd ustabilizuje ceny?

Ministerstwo Energii chce, żeby już we wrześniu zostały uchwalone zmiany, które podniosą obligo gieł...

Rosyjskie embargo nie działa – mamy alternatywne rynki zbytu. Eksport żywności rośnie

Bilans handlowy Polski po wprowadzeniu rosyjskiego embarga systematycznie się poprawia. Struktura ek...

Polskie startupy z szansą na udział w pierwszym programie grantowym dla państw Grupy Wyszehradzki

Do 24 sierpnia polskie startupy mają szansę aplikować do programu V4 Startup Force - pierwszego proj...

Niską inflację czas pożegnać

Wskaźnik Przyszłej Inflacji (WPI), prognozujący z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem kierunek zmian cen ...