wtorek, Grudzień 12, 2017
Home Archiwa 2017 Grudzień 1

Dzienne archiwaGru 1, 2017

W najbliższy weekend, 2 i 3 grudnia, Audi po raz pierwszy w historii firmy wystartuje w serii wyścigów samochodów elektrycznych jako zespół fabryczny. Koncern z Ingolstadt jest pierwszym niemieckim producentem pojazdów, który weźmie udział w dwóch wyścigach w Hongkongu, potwierdzając tym samym akces do całej serii Formuła E. Za sterami Audi e-tron FE04 teamu Audi Sport ABT Schaeffler zasiądą Daniel Abt i Lucas di Grassi.

Ostatnich kilka tygodni, to dla całej naszej drużyny bardzo intensywny, ale też ekscytujący czas – mówi szef Audi Motorsport Dieter Gass. Program obejmował nie tylko skrupulatne przyszykowanie do wyścigu wszystkich czterech bolidów, ale też komputerowe symulacje różnych strategii i sytuacji, dopracowanie wszystkich procesów oraz dokładne przygotowanie całego sprzętu – by wymienić tylko kilka pozycji z listy. Teraz wszyscy nie mogą się już doczekać by wrócić na tor i ponownie zawalczyć o punkty i wygrane.

W Hongkongu, sezon Formuły E po raz pierwszy wystartuje w systemie dwóch równoprawnych wyścigów w jeden weekend. Zarówno w sobotę, jak i w niedzielę, kibice będą świadkami realizacji identycznych programów z pełnym treningiem, rundą kwalifikacyjną i właściwym wyścigiem. W sumie, w dwa dni zawodnicy będą mogli zdobyć nawet 58 punktów, wliczając w to punktację za pole position i za najszybsze okrążenie.

– Naszym celem jest zdobycie najlepszej pozycji już od pierwszych minut wyścigu. Nowy sezon chcemy rozpocząć jak najlepiej – podkreśla Lucas di Grassi. Mistrz z niecierpliwością czeka na występ w Hongkongu. To miasto jest wspaniałe, a kibice bardzo entuzjastyczni. Całe wydarzenie jest niesamowitym widowiskiem.

Trasę wyścigu o długości 1 km. 860 m. wytyczono wzdłuż nabrzeża, a po drodze zawodnicy miną słynny diabelski młyn. Tor przygotowano specjalnie na tę okazję i biegnie on ulicami, którymi na co dzień przepływa normalny, miejski ruch. Składa się z jednej bardzo długiej prostej, dającej doskonałą okazję do wyprzedzania oraz z wymagającej wielu umiejętności sekcji ciasnych zakrętów. Nawierzchnia to dodatkowe wyzwanie dla zawodników – zmienia się w kilku miejscach z asfaltu w beton. W sobotę kierowcy pokonają 43 okrążenia, w niedzielę – 45.

Również Daniel Abt nie może się już doczekać startu:

– Przez ostatnie tygodnie ciężko pracowaliśmy – podczas testów na torze, w symulatorze oraz przygotowując się wraz z inżynierami, ale o tym ile nasza praca w porównaniu z konkurencją była warta, dowiemy się oczywiście dopiero w Hongkongu. W każdy razie, z pewnością odrobiliśmy naszą pracę domową.

Abt poprowadzi bolid ze szczęśliwym dla siebie numerem 66, natomiast mistrz di Grassi, zasiądzie w samochodzie z numerem 1. Dodatkową motywacją dla Abta, by osiągnąć jak najlepszy wynik, będą jego dwudzieste piąte urodziny przypadające w niedzielę.

W kalendarzu imprez Formuły E, Hongkong pojawił się w ubiegłym sezonie. Team ABT Schaeffler pamięta go głównie z racji ogromnego chaosu. Zarówno Daniel Abt, jak i Lucas di Grassi, już na pierwszym okrążeniu mieli wypadek. Bolid Abta okazał się być na tyle zniszczony, że ten musiał opuścić wyścig, natomiast di Grassi postanowił walczyć dalej i przebił się z samego końca na miejsce drugie. Spektakularna walka na torze przyniosła sukces głównie dzięki odważnej strategii teamu oraz dzięki rozważnemu zarządzaniu energią.

W czasach, gdy elastyczność zawodowa i przebranżowienie są modnym tematem, wielu pracodawców stawia wciąż na doświadczonych specjalistów w danych obszarach. Sporo kandydatów deklaruje gotowość do zmiany branży i otwartość na nowe wyzwania. Jak to się jednak ma do działań agencji rekrutacyjnej?

Decydując się na współpracę z headhunterem, pracodawca liczy na pozyskanie kandydatów, którzy będą odpowiadali w jak największym stopniu założonym oczekiwaniom i aktualnym potrzebom, co wiąże się z gotowością do realizacji zastanych zadań i projektów w stosunkowo krótkim czasie.

Pracownik poszukiwany

Oczywiście istnieją procesy i stanowiska, gdzie najbardziej istotnym czynnikiem jest tzw. potencjał (który de facto jest najtrudniej ocenić w ramach standardowego procesu rekrutacji). Zdarza się to nieraz w rekrutacjach na stanowiska handlowe (choć też w pewnym ograniczonym zakresie) i naturalnie – na stanowiska typu entry level. Problematyczne natomiast staje się zaproszenie do rozmów osoby, która do tej pory zdobywała kompetencje, np. jako instruktor fitness, a obecnie aplikuje na stanowisko inżyniera w dziale R&D, gdyż informacja zwrotna będzie dosyć przewidywalna: „Kandydat nie w profilu”. Nie trudno domyślić się, że sytuacja byłaby analogiczna w odwrotnym przypadku.

– Pracodawcy są skłonni inwestować w rozwój pracownika w danym obszarze (szczególnie w przypadku niespotykanej nigdzie specyfiki produkcji, czy też produktu) jednakże z ich perspektywy jest to dosyć ryzykowne. Często powiela się schemat, gdzie kandydat rezygnuje po kilku miesiącach ze stanowiska, gdyż „wyobrażał to sobie inaczej” – twierdzi Izabela Ostapowicz, Consultant w firmie HRK Engineering & Technology

Zmianami, które można zaobserwować częściej są te bardziej płynne, jak np. zmiana stanowiska z inżyniera automatyka na programistę czy chociażby doradcy technicznego/robotyka na inżyniera sprzedaży w zakresie robotyki (choć to również wiąże się z ryzykiem wynikającym z rozbieżności pomiędzy specyfiką pracy). Powracając do roli agencji rekrutacyjnej – każde tego typu poszerzenie zakresu poszukiwań danej osoby jest konsultowane z pracodawcą, zaś ich decyzja wynika najczęściej z dotychczasowych doświadczeń, tego co sprawdzało się, bądź też nie, w przeszłości.

Ciężko jest zatem podważać model rekrutacji pracodawcy, któremu zależy, aby jego handlowcy znali rynek, klientów i produkt, a inżynierowie realizowali jak najbardziej efektywnie swoje projekty, w obu przypadkach wiedząc z czym się to wiąże i na ile ich to spełnia.

(Nie)wielkie doświadczenie

Brak pomysłu na swoją karierę zawodową często widać w życiorysach kandydatów. Niełatwo jest uwierzyć, że w przeciągu 5-letniej kariery dana osoba była w stanie wyspecjalizować się w obszarze finansów, HR, marketingu, logistyki i inżynierii, pracując wszędzie po kilka miesięcy. Niestety z perspektywy rekrutera wygląda to bardziej jak niska skuteczność w poszczególnych miejscach niż nadzwyczajna multizadaniowość, co nie wróży dla pracodawcy długiej współpracy z daną osobą.

„Jak zdobyć doświadczenie, jeśli nikt nie daje mi na to szansy?” – to pytanie często pada z ust kandydatów. Modelem, który się często sprawdza jest przebranżowienie się w ramach danej firmy, dzięki awansom poziomym lub pionowym (w przypadku ambicji do stanowisk kierowniczych). Jest to bezpieczne pole do przekwalifikowania się i dobry punkt wyjściowy do dalszej drogi.

Aplikowanie na wszelkie możliwe ogłoszenia o pracę, aby zwiększyć swoje szanse na zatrudnienie, nie jest dobrze widziane wśród rekruterów, gdyż nie kojarzy się z interdyscyplinarnym profilem zawodowym, a raczej (niestety) z brakiem umiejętności czytania ze zrozumieniem.

Zmiany nie zawsze odbywają się w sposób drastyczny, a „rzucenie się na głęboką wodę” nie sprawdza się u wszystkich. Dla własnego komfortu, nieraz bardziej wskazane jest, aby był to proces. Sytuacja rynkowa, czy po prostu chęć „sprawdzenia się” motywuje do zmiany branży i zawodu, jednakże warto podejść do tego w sposób bardzo świadomy i systematyczny.

 

 

Autor: Izabela Ostapowicz – Consultant HRK Engineering & Technology

W czwartek w Wiedniu 24 kraje zdecydowały, że utrzymają ograniczenie wydobycia ropy naftowej do końca 2018 r. Jak to wpłynie na notowania podstawowego surowca energetycznego i czy spowoduje wzrost cen paliw dla kierowców?  

Zgodnie z oczekiwaniami 30 listopada kraje kartelu OPEC oraz dziesięciu innych eksporterów ropy naftowej (w tym Rosja) przedłużyły porozumienie o zmniejszeniu produkcji „czarnego złota” do końca przyszłego roku.

Wprawdzie w ub. miesiącu pojawiały się spekulacje, że Moskwa może być sceptyczna co do tak długiego okresu wydłużenia cięć w obawie przed zbyt dużym wzrostem podaży z USA, ale finalnie również Rosja zgodziła się na utrzymanie redukcji swojego wydobycia.

Dla OPEC oraz Rosji najważniejsze są zapasy

Analizując działania producentów poprzez notowania ropy naftowej, można stwierdzić, że odnieśli oni krótkoterminowy sukces. Ograniczenie produkcji o ok. 4 proc. przez OPEC i inne kraje (w ujęciu globalnym ok. 1,5 proc.) przyczyniło się do wzrostu cen o ok. 25-30 proc. Oznacza to, że przychody eksporterów wzrosły, mimo że wydobycie było mniejsze.

Warto jednak zauważyć, że to nie tylko efekt działania kartelu. Przede wszystkim załamanie się cen ropy w latach 2015-2016 spowodowało, że w tym okresie wydobycie z amerykańskich łupków uległo poważnemu ograniczeniu (o ponad 10 proc. od szczytów; globalnie ok. 1 proc.). Pozwoliło to najpierw na zatrzymanie trendu zwiększania zapasów, a później, wraz z działaniami OPEC, na ich wyraźne ograniczenie.

Według listopadowego raportu IEA (Międzynarodowej Agencji Energetycznej) na koniec września zapasy ropy i jej produktów w krajach OECD spadły do 2-letnich minimów i wyniosły 2,97 mld baryłek. Dodatkowo inna miara zapasów (różnica pomiędzy ich 5-letnią średnia) także wyraźnie się obniżyła. Jeszcze na początku roku bieżące zapasy o ponad 300 mln baryłek przekraczały przeciętną wartość z ostatnich 5 lat, a obecnie nadwyżka obniżyła się do 119 mln.

Producentom ropy szczególnie zależy, by na rynku nie było zbyt wysokich zapasów, gdyż nie pozwala im to uzyskiwać dodatkowej premii przy nagłych spadkach podaży (wydarzenia pogodowe, geopolityczne, strajki, awarie itp.) lub wzrostach popytu. Wypełnione po brzegi magazyny powodują, że nawet niewielkie ograniczenie popytu czy podniesienie się podaży skutkuje nagłymi spadkami ceny.

W rezultacie to właśnie zapasy ropy oraz jej produktów są najważniejsze dla OPEC oraz dla Rosji. Jeżeli będą one spadać i dojdą do stanów średnich z perspektywy wielu lat, wtedy znacznie zmaleje ryzyko wyraźnego obniżenia ceny „czarnego złota”. Zwiększy się natomiast szansa na przynajmniej krótkotrwałe wzrosty cen, o ile warunki okażą się sprzyjające.

Więcej dobrych niż złych informacji dla kierowców

Rewolucja łupkowa w USA spowodowała, że rynek ropy naftowej przeszedł olbrzymią przemianę. Przez dekady kartel w znacznym stopniu zarządzał ceną surowca tak, aby maksymalizować swoje korzyści finansowe, ale jednocześnie nie doprowadzić do poważnych zaburzeń w podaży czy zgubnej dla gospodarki światowej eksplozji kosztów „czarnego złota”.

Cała ta koncepcja uległa załamaniu, gdy okazało się, że co roku średnie dzienne wydobycie w USA rośnie o ok. 1 mln baryłek i w znacznym stopniu zaspokaja zwiększenie popytu globalnego, a Stany Zjednoczone zaczynają dorównywać w produkcji Arabii Saudyjskiej czy Rosji. Inwestycje w innych krajach (Kanada, Brazylia) także spowodowały, że wpływ na ceny ze strony OPEC został wyraźnie ograniczony, a rynkowe koszty zakupu ropy dla konsumentów dzięki pojawieniu się faktycznej, niezrzeszonej w kartelu konkurencji, zauważalnie spadły.

Teraz tak naprawdę OPEC czy Rosja są uzależnione od tego, jaka jest średnia relacja kosztów wydobycia ropy z łupków do bieżącej ceny. Obecnie prawdopodobnie opłacalność produkcji w Stanach Zjednoczonych jest w przedziale 50-60 dol. za baryłkę. I to ta wartość stanowi poziom równowagi dla rynku ropy naftowej. IEA szacuje, że dzienne wydobycie w USA wzrośnie w przyszłym roku o 1,1 mln baryłek r/r, czyli w znacznym stopniu zaspokoi wzrost popytu. To powinno utrzymywać średnioroczne ceny blisko bieżących poziomów, co również oznacza, że przeciętne koszty tankowania dla kierowców w 2018 r. prawdopodobnie nie będą wyraźnie odbiegać od tych obserwowanych obecnie.

 

autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Według GUS inflacja wzrosła do poziomu 2,5%. Oznacza to, że nasze oszczędności tracą na wartości najszybciej od 5 lat. Niestety, bardzo trudno jest się przed nią bronić. Nawet jeśli szczęśliwie uda nam się znaleźć lokatę z oprocentowaniem 3%, to po odjęciu podatku odsetki wyniosą 2,43%, czyli mniej niż inflacja. Z wyliczeń Expandera wynika, że aby nasze oszczędności nie przyniosły strat oprocentowanie musi wynieść przynajmniej 3,09%. Znalezienie ofert z takimi stawkami nie jest łatwe.

Lokaty promocyjne

Pierwszym sposobem na uzyskanie oprocentowania wyższego niż 3,09% są lokaty promocyjne, dostępne dla nowych klientów. Problem polega jednak na tym, że zwykle można je założyć na bardzo krótki okres – zwykle 1-3 miesiące.  Później oprocentowanie spada do standardowego poziomu, który wynosi średnio ok. 1,5%. Aby w dłuższym okresie zapewnić sobie oprocentowanie wyższe niż 3,09%, trzeba byłoby więc co kilka miesięcy przenosić oszczędności z banku do banku. Postępując w ten sposób po pewnym czasie skończą nam się jednak banki, w których możemy być nowym klientem. Dodatkowym kłopotem jest to, że zwykle nie da się ulokować na takiej lokacie zbyt dużej kwoty. Przeważnie nie może to być ona wyższa niż 10 000 zł.

Obligacje skarbowe

Innym rozwiązaniem pozwalającym ochronić oszczędności przed inflacją są obligacje skarbu państwa. O ile w przypadku promocyjnych lokat kłopotem jest krótki okres inwestycji, to w tym przypadku może być on dla niektórych zbyt długi. Gwarancję, że oprocentowanie będzie wyższe niż inflacja dają bowiem obligacje 4-letnie i 10-letnie. Trzeba też dodać, że gwarancja realnych zysków działa dopiero od drugiego roku. W pierwszym oprocentowanie wynosi odpowiednio 2,4% i 2,7%, a więc poniżej inflacji. Warto też dodać, że oprocentowanie oparte o inflację dają też 6-cio i 12-letnie obligacje kierowane dla beneficjentów programu „Rodzina 500+”. Tu z kolei problem polega na tym, że można na nie wpłacić tylko taką kwotę jaką dana osoba otrzymała w ramach wspomnianego programu.

Obligacje przedsiębiorstw

Kolejnym sposobem na uzyskanie odsetek wyższych niż inflacja są obligacje przedsiębiorstw, na których oprocentowanie nierzadko przekracza 5%. Dla przykładu, w trwającej właśnie emisji obligacji firmy Kredyt Inkaso wynosi ono 5,5%. Zdarzają się jednak poziomy znacznie niższe jak i znacznie wyższe. PKN Orlen ofertuje oprocentowanie wynoszące tylko 2,81%. Z kolei w przypadku małych lub nowych firm może to być nawet ponad 10%. Poziom oprocentowania w dużej mierze zależy od ryzyka. Warto pamiętać, że w sytuacji upadłości przedsiębiorstwa oferującego swoje obligacje, możemy nie odzyskać części lub nawet całości zainwestowanej kwoty. Dlatego należy kierować się nie tylko wysokością oprocentowania, ale również dokładnie zapoznać się z kondycją firmy, której chcemy pożyczyć pieniądze. Lepiej wybierać takie, które działają od lat i przynoszą zyski.

autor: Jarosław Sadowski, Główny analityk Expander Advisors

 

 

Polacy chętnie korzystają z nowoczesnych metod płatności. W drugim kwartale 2017 r. już ponad 8,2 mln osób korzystało z bankowości mobilnej. W pierwszych trzech kwartałach 2017 r. Polacy sięgnęli po BLIKA 21 mln razy. Konstrukcja systemu płatności BLIK zapewnia użytkownikom wygodę, bezpieczeństwo i kontrolę nad transakcjami.

Dzięki BLIKOWI możemy płacić szybko i wygodnie w sklepach tradycyjnych i internetowych, wpłacać i wypłacać gotówkę, a nawet wykonywać natychmiastowe przelewy na numer telefonu. Obecnie dostęp do BLIKA ma blisko 70 proc. Polaków korzystających z usług bankowych.

Mimo rosnącej popularności płatności mobilnych w Polsce aż 38 proc. internautów wątpi w ich bezpieczeństwo. Z badań panelu Ariadna wynika, że tylko w najmłodszej badanej grupie wiekowej (18-24 lata) ponad połowa osób ufa płatnościom smartfonem. Nowoczesne metody płatności zasługują jednak na większe zaufanie niż mogłoby się wydawać sceptykom.

Płatności mobilne to wygoda i oszczędność czasu

BLIK jest częścią aplikacji mobilnej banku, dzięki czemu nie trzeba pobierać oddzielnej aplikacji, rejestrować się itd. Aby skorzystać z BLIKA, wystarczy wejść do aplikacji banku i wybrać BLIKA. Na ekranie pojawi się sześciocyfrowy kod BLIK, który jest jednorazowy i ważny tylko przez dwie minuty. Kodami BLIK można płacić w sklepach, wypłacać i wpłacać gotówkę i robić przelewy na telefon. Użytkownik akceptuje transakcje BLIKIEM w swoim smartfonie – potwierdza PIN-em aplikacji bankowej.

Jeśli użytkownik wie, że nie będzie miał przy sobie telefonu, to może wcześniej pobrać z aplikacji bankowej jednorazowy czek BLIK. Czek BLIK to też kod, ale dziewięciocyfrowy. Użytkownik określa jego wartość i termin ważności w aplikacji bankowej oraz ustawia hasło służące do jego realizacji. Potem może wykorzystać czek BLIK lub udostępnić go innej osobie, bez akceptacji w smartfonie, zatwierdzając czek ustalonym samodzielnie hasłem. Jeśli czek BLIK nie zostanie wykorzystany w ustalonym terminie, to pieniądze wrócą na konto użytkownika.

Polski Standard Płatności – operator systemu – ciągle rozwija funkcjonalności BLIKA. „Jedno kliknięcie” BLIK (One Click) jest obecnie najszybszą metodą płatności BLIK w internecie – niezależnie od urządzenia, przez które kupujemy. W trakcie pierwszej transakcji użytkownik dostaje możliwość „zapamiętania” sklepu. Robi to, zaznaczając odpowiednią opcję w swojej aplikacji bankowości mobilnej. Przy kolejnych zakupach w tym samym sklepie wystarczy tylko wybrać BLIKA jako metodę płatności i zatwierdzić operację w swoim telefonie, już bez potwierdzenia PIN-em.

Bezpiecznie jak w banku

BLIK funkcjonuje w ramach systemu bankowego – jest częścią aplikacji mobilnych banków. Aplikacja banku jest przypisana do konkretnego urządzenia i ma dodatkowe zabezpieczenia skojarzone z użytkownikiem jak PIN czy odcisk palca. Transakcje BLIK również potwierdza się PIN-em do aplikacji bankowej. Proces akceptacji będzie przebiegał inaczej, jeśli użytkownik zmieni domyślne ustawienia i zrezygnuje z wpisywania PIN przy wybranych operacjach.

Warto pamiętać, że aplikacje bankowości mobilnej nie przechowują w swojej pamięci PIN-ów klientów. Ich weryfikacja odbywa się na serwerach banku, a więc w szczególnie strzeżonym środowisku. Połączenie aplikacji z serwerami banku jest szyfrowane, aby zapewnić maksymalny poziom bezpieczeństwa.

– Tworząc BLIKA, udało nam się znaleźć optymalne połączenie wygody i bezpieczeństwa. Jednocześnie użytkownicy w prosty sposób kontrolują swoje transakcje. BLIK łączy dwie strony transakcji, na dodatek w bezpiecznej aplikacji banku. Użytkownik widzi szczegóły płatności na ekranie smartfona i potwierdza, czy są one prawidłowe. Kod BLIK jest przypisany do użytkownika, aktywny zaledwie dwie minuty i może być wykorzystany tylko do jednej operacji – mówi Krzysztof Stępień, odpowiedzialny za bezpieczeństwo w Polskim Standardzie Płatności.

Warto samodzielnie przestrzegać zasad bezpieczeństwa w internecie, także w przypadku płatności

Banki stosują najwyższe standardy bezpieczeństwa w swoich aplikacjach mobilnych. Jednak to nie zwalnia użytkowników z pamiętania o podstawowych zasadach, które zwiększają ochronę przed nieuprawnionymi działaniami osób trzecich.

Po pierwsze, jeżeli wykorzystujemy nasze smartfony do obsługi finansów czy bankowości, to nie należy przełamywać ich fabrycznych zabezpieczeń, ani wgrywać na nie oprogramowania z nieznanych źródeł. Warto także regularnie aktualizować oprogramowanie producentów danego urządzenia.

Po drugie telefon powinien być zabezpieczony kodem, wzorem lub odciskiem palca. Warto ustawiać możliwie najdłuższy PIN – do telefonu i aplikacji mobilnej banku. Oczywiście powinny to być zupełnie różne kody. Różnica jest ogromna – 4-cyfrowy kod to blisko 10 tys. kombinacji, sześciocyfrowy to już niemal milion kombinacji.

Także w systemie bankowości internetowej należy pamiętać o odpowiednio skomplikowanym haśle i jego regularnym zmienianiu. Należy unikać popularnych ciągów znaków jak „qwerty” czy „123”, a także łatwych do odgadnięcia fraz: dat urodzin czy imion członków rodziny.

Jak zabezpieczyć się w sieci

Mimo powszechności zakupów internetowych powinniśmy również pamiętać o sprawdzaniu wiarygodności samych e-sklepów i generalnych zasadach bezpieczeństwa w internecie.

Najłatwiej poszukać w internecie opinii innych kupujących. Jeśli nadal mamy wątpliwości, to przed zamówieniem warto sprawdzić warunki sprzedaży w regulaminie i dane kontaktowe oraz identyfikacyjne sprzedawcy np. w bazach KRS i CEIDG.

Kolejną ważną kwestią jest polityka prywatności sklepu, czyli to, jak sprzedawca chroni dane osobowe klientów. Warto również porównać cenę towaru w różnych sklepach internetowych. Jeśli towar jest dostępny w wielu e-sklepach, a diametralnie tańszy tylko w jednym, to powinniśmy dowiedzieć się dlaczego.

Zakupy w wiarygodnym e-sklepie mogą jednak nie uchronić nas przed cyberzagrożeniami w sieci. Dlatego powinniśmy również zadbać o nasze komputery i przeglądarki. Chodzi o aktualizowanie programów antywirusowych, ostrożność przy pobieraniu plików z internetu i otwieraniu e-maili.

W szczególności nie powinniśmy klikać w linki zewnętrzne oraz otwierać załączników, które dostajemy w e-mailach z nieznanych adresów. Jakiekolwiek dane osobowe udostępniamy tylko zaufanym witrynom, które mają odpowiednie zabezpieczenie, jak certyfikat SSL. System operacyjny komputera, programy, przeglądarki czy wtyczki powinny być na bieżąco aktualizowane – najlepiej ustawić automatyczne aktualizacje. Przeglądarki internetowe wysyłają alerty bezpieczeństwa, kiedy internauta próbuje wejść na podejrzaną stronę. Jeśli nie jesteśmy pewni, czy dana strona jest bezpieczna, to lepiej nie ryzykować.

Z raportu Związku Banków Polskich wynika, że na koniec 2016 roku aż 15,3 mln Polaków miało zaciągnięty kredyt. Łączna kwota zobowiązań wynosiła 576 mld złotych. Wśród produktów bankowych najpopularniejsze wciąż są kredyty konsumpcyjne – zdecydowało się na nie blisko 8,3 mln Polaków. Dużą popularnością cieszą się też karty kredytowe, posiada je prawie 5 mln klientów banków. Coraz większe zainteresowanie budzą pożyczki medyczne, najczęściej udzielane na leczenie stomatologiczne, chirurgię plastyczną, medycynę estetyczną, czy okulistykę. 

Jak podaje ZBP ubiegły rok zamknęliśmy z 27,3 mln aktywnych umów kredytowych, co daje średnio 1,8 umowy na każdego zadłużonego.

– Kredyty konsumpcyjne coraz częściej zaciągają osoby zarabiające powyżej średniej krajowej, które chcą dokonać zaplanowanych zakupów np. telefonu, komputera, sprzętu RTV. W przypadku pożyczek medycznych w większości przypadków wciąż decyduje konieczność. Polacy finansują pożyczką leczenie stomatologiczne, okulistyczne, ortopedyczne, a nawet rehabilitację. W wielu przypadkach nie mogą czekać na leczenie w państwowych placówkach medycznych, a nie stać ich na samodzielne finansowanie prywatnej opieki. Wyjątkiem jest zazwyczaj chirurgia plastyczna i medycyna estetyczna, które są na drugim miejscu wśród najczęściej finansowanych przez nas zabiegów. Tutaj decydują względy estetyczne – podkreśla Krzysztof Sokalski Prezes Medical Finance Group, właściciela marki MediRaty, która od ponad 5 lat finansuje zabiegi medyczne w Polsce.

Na co najchętniej pożyczamy?

W przypadku kredytów bankowych, w ubiegłym roku ponad 30 proc. osób za pożyczone pieniądze kupiło sprzęt elektroniczny lub AGD, 27 proc. przeznaczyło pieniądze na remont domu lub mieszkania, 25 proc. zdecydowało się na nowy samochód, 20 proc. wymieniło bądź poszerzyło wyposażenie domu, 11 proc. pożyczyło na wakacyjny wyjazd, a 9 proc. na ubrania i kosmetyki. Pożyczki na leczenie to zupełnie inna kwestia. Tutaj zaciągający zobowiązanie pożyczają bezpośrednio na leczenie czy zabieg. Natomiast pośrednio – na życie bez bólu czy wstydu oraz możliwość normalnego funkcjonowania.

W 2016 roku ponad połowa, bo aż 52,5 proc. udzielonych przez nas pożyczek dotyczyła implantologii, ortodoncji lub endodoncji. Czyli ogólnie mówiąc – stomatologii. Za nią znalazła się chirurgia plastyczna – 14,8 proc. i medycyna estetyczna – 12,9 proc. Dalej, za nimi, znalazła się okulistyka, która stanowiła 3,3 proc. finansowań. Obszarami, w których zaczynamy obserwować wzrost zainteresowania są: rehabilitacja (wzrost liczby zapytań o 65 proc.), terapia leczenia uzależnień (53 proc.), leczenie bezpłodności (wzrost o 33 proc.) oraz ortopedia (22 proc.).

Kto pożycza najczęściej? Większość z wnioskodawców (70 proc.) stanowią pracownicy etatowi, tylko 10 proc. to osoby zatrudnione na umowę o dzieło/zlecenia, kolejne 10 proc. prowadzące własną działalność gospodarczą. Pozostałe 10 proc. to renciści, pracownicy na kontraktach i inni. Warto odnotować, że wśród wnioskujących dominują kobiety (75 proc.). Prym wiodą osoby w wieku 36-50 lat  stanowiące blisko 40 proc. pacjentów składających wnioski o pożyczkę na leczenie .

 

 

W listopadzie 2017 r. PMI wzrósł do poziomu 54,2 z 53,4 w październiku br. – podał Markit.

Listopadowy PMI osiągnął poziom z lutego br. – 54,2. Wyższy był jedynie w styczniu – 54,8. Znajduje się on powyżej granicy 50,0 wyznaczającej dobrą koniunkturę w przemyśle już od 38 miesięcy. Przedsiębiorstwa wskazywały w listopadzie na szybki wzrost produkcji w wyniku wzrostu popytu tak na rynku polskim, jaki na rynkach zagranicznych. Wszystkie pozostałe parametry też są dobre, jednak przy nich pojawia się niestety „ale”. Liczba nowych zamówień rośnie, ale wolniej niż w ostatnich 2. miesiącach. Nowe miejsca pracy są też tworzone, ale wolniej niż w poprzednich miesiącach. Firmy kupują więcej surowców i materiałów do produkcji, ale muszą za nie więcej płacić, bo ich podaż jest niewystarczająca. Prognozy na najbliższe 12 miesięcy są dobre, ale najsłabsze od 4 miesięcy.

Tymczasem w krajach strefy euro PMI bije rekordy. W Niemczech osiągnął poziom 62,5 (najwyższy od 81 miesięcy), w Holandii – 62,4 (najwyższy w historii), we Francji – 57,7 (najwyższy od 84 miesięcy), we Włoszech 58,3 (najwyższy od 81 miesięcy), w Hiszpanii 56,1. PMI w Czechach osiągnął poziom 58,5, najwyższy od kwietnia 2011 r. Dane te pokazują potencjał gospodarek UE. Sygnał ważny dla polskiej gospodarki i polskiego przemysłu, bowiem tylko te 6 wymienionych gospodarek to ponad 50 proc. naszego eksportu.

PMI dla polskiego przemysłu na poziomie 54,2, ze wszystkimi „ale” nie jest imponujący. Pojawia się pytanie, czy polski przemysł osiągnął już szczyt swojego wzrostu, czy – dzięki bardzo dobrej koniunkturze w przemyśle europejskim – to może trochę wolniejsza niż gdzie indziej, ale droga na szczyt. Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Z jednej strony na pewno możemy liczyć w najbliższych miesiącach na wysoki popyt i na rynku polskim i na rynkach naszych głównych partnerów biznesowych. Z drugiej strony niewystarczająca podaż surowców i materiałów do produkcji, a co za tym idzie ich rosnące ceny, coraz trudniejsza sytuacja na rynku pracy (BAEL-owska stopa bezrobocia wyniosła w październiku 4,6 proc.), a przede wszystkim ciągle słaba skłonność firm do inwestycji ograniczają możliwości zaspakajania tego rosnącego popytu.

Rynek tworzy możliwości rozwoju dla polskiego przemysłu. Pytanie tylko czy będziemy w stanie te możliwości wykorzystać. Odpowiedź tkwi w dużej mierze w rękach rządu i Sejmu. Jeśli dalej rząd będzie proponował, a Sejm akceptował rozwiązania prawne, które zwiększają koszty działania firm i podnoszą ryzyko działalności gospodarczej (zmiany w systemie podatkowym, split payment, zniesienie limitu 30-krotności przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce przy płaceniu składek na FUS, obowiązek tworzenia pracowniczych planów kapitałowych, zakaz handlu w niedzielę, wysokie opłaty za wodę, zmiany w systemie sądowniczym, ….), to przedsiębiorcy nie zwiększą nakładów na inwestycje w stopniu potrzebnym dla sprostania rosnącym potrzebom rynku. Już w tej chwili coraz częściej rozglądają się za możliwością inwestowania poza granicami Polski.

Jeśli dalej rząd będzie proponował, a Sejm akceptował rozwiązania prawne, które zwiększają koszty działania firm i podnoszą ryzyko działalności gospodarczej, to bardzo szybko polska gospodarka wejdzie na ścieżkę znacznie wyższej inflacji, czego przedsmak mieliśmy w październiku, gdy wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych wzrósł r/r o 2,5 proc., czyli znalazł się w celu inflacyjnym. I cały wzrost zostanie przez inflacje zjedzony.

Autor: dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

Powoli zbliżamy się do końca roku, który na krajowym parkiecie zapisze się jako okres dużych kontrastów. O ile bowiem duże spółki utrzymują swoją drugą lokatę pod względem wygenerowanych stóp zwrotu w całym spektrum rynków wschodzących (mierzonej dla indeksu MSCI Poland w dolarach), o tyle rynek szeroki znalazł się pod sporą presją, którą dobrze oddaje wciąż ujemna stopa zwrotu indeksu cenowego całego rynku. Ten ostatni indeks od początku roku traci 8%, podczas gdy WIG20 zyskuje 25%. Dodając do tego słabszego dolara oraz dobre zachowanie wybranych większych spółek średnich otrzymujemy stopę zwrotu indeksu MSCI Poland na poziomie 50%. Lekko lepszy okazał się tylko indeks MSCI China.

Oznacza to, że ten rok był bardzo udany przede wszystkim dla operujących na naszym parkiecie inwestorów zagranicznych. Oni zarobili najwięcej. Środowisko było z kolei najgorsze dla krajowych inwestorów indywidulanych, którzy działają głównie w spektrum spółek mniejszych, czyli w tym roku najsłabszych. Wydaje się, że powoli fortuna może się zmieniać i teraz duże spółki złapać mogą zadyszkę, a obraz poturbowanych mniejszych podmiotów może ulec poprawie. Sprzyjać temu będą efekty kalendarzowe. Koniec roku powinien stać pod znakiem wstępnego przygotowywania portfeli na kolejny rok, co sprowadzać się może do redukcji zaangażowania w silniejszych dotychczas blue chipach i budowania pozycji w przecenionych maluchach. Sam początek roku wraz z tzw. efektem stycznia powinien faworyzować rynek szeroki, który przecież na samym początku tego roku też radził sobie bardzo dobrze. Dopiero w drugim kwartale publikowane przez spółki słabsze wyniki podcięły mu skrzydła.

Podawane aktualnie wyniki za III kw. na przełom jeszcze nie wskazują, ale można znaleźć pozytywne zaskoczenia, które podchwytywane są przez inwestorów. To dobry znak, gdy dobre informacje nie są ignorowane, ale wykorzystywane do zakupów. Sam indeks sWIG80 w połowie miesiąca spadł do najniższych poziomów od ubiegłego lata i naruszył istotne wsparcie przebiegające na wysokości maksimów z maja 2016 roku oraz minimów sprzed dokładnie roku. Nasz rynek znany jest jednak z wysyłania fałszywych sygnałów technicznych. Naruszone wsparcie uruchomiło bowiem pokłady popytu, a nie podaży. Ponowne wejście we wzrostową fazę nie będzie jednak łatwe, co pokazuje indeks cenowy całego rynku, który równie sprawnie nie odbija, a na dniach nawet poprawił tegoroczne minima. Warto jednak pamiętać, że w nowy rok mniejsze podmioty wejdą z pomocną niższą bazą wynikową. Podobne szczęście w tym roku miały blue chipy, które jednocześnie ten atut zaczynają tracić.

Autor: Łukasz Bugaj, CFA,  Analityk Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Firma Scroot opublikowała raport podsumowujący zakończenie pierwszego sezonu Systemu Skuterów Miejskich. Innowacyjny projekt start-upowej spółki przypadł do gustu mieszkańcom stolicy, skutery na minuty stały się ciekawą alternatywą dla samochodów, taksówek i komunikacji miejskiej.

W tym roku Warszawa dołączyła do grona kilkudziesięciu europejskich miast, w których na stałe zadomowiła się usługa scootersharingu. Nową usługę systemu skuterów miejskich firma Scroot rozpoczęła 30 kwietnia br., oficjalnie sezon zakończył się 30 listopada. W pierwszym etapie – do końca czerwca – po stołecznych ulicach jeździły 24 skutery o pojemności silnika 125 ccm, od lipca ich liczba zwiększyła się do 38 dwuosobowych pojazdów. Początkowo użytkownicy mogli poruszać się skuterami po centralnych dzielnicach Warszawy (Śródmieście, Ochota, Mokotów), jednak z każdym kolejnym tygodniem firma rozszerzała strefy wypożyczeń i zwrotów skuterów na życzenie użytkowników. Dzisiaj strefa ta obejmuje większość stołecznych dzielnic, w innych miejscach powstały tzw. mniejsze strefy lub mikrostrefy, gdzie można zostawić skuter.

Nowa usługa cieszyła się dużym zainteresowaniem nie tylko mieszkańców Warszawy, ale i turystów odwiedzającym stolicę. W ciągu siedmiu miesięcy liczba osób zarejestrowanych w systemie przekroczyła 1,5 tys., użytkownicy dokonali blisko 6 tys. wypożyczeń pojazdów. Chętnych do wypożyczania skuterów było jednak znacznie więcej, ale nie wszyscy spełniali postawione przez Scroot wymagania dotyczące posiadanych uprawnień, wieku oraz doświadczenia w prowadzeniu jednośladów . Skutery mają pojemność silnika 125 ccm, dzięki czemu zapewniają szybki i wygodny przejazd dla kierowcy i pasażera. Ale oznacza to, że do ich prowadzenia konieczne jest posiadanie prawa jazdy jednej z następujących kategorii: A, A1, A2 lub B (w przypadku kat. B – zgodnie z przepisami kodeksu drogowego od co najmniej trzech lat).

Plany na przyszłość

W tym roku nasza usługa miała charakter pilotażowy. Pilotaż zakończył się dużym sukcesem – mówi Michał Michalak, właściciel spółki Scroot i pomysłodawca całego przedsięwzięcia. W przyszłym roku chcielibyśmy zwiększyć flotę naszych pojazdów w Warszawie co najmniej trzykrotnie, jak również uruchomić usługę w innych miastach. W tym celu poszukujemy inwestorów i partnerów do realizacji naszych planów. Michalak chce, by za kilka lat po stołecznych drogach jeździło 1 tys. skuterów z logo Scroot. – Marzy mi się, by Warszawa była drugim Berlinem, ba nawet drugim Paryżem w scootersharingu – dodaje.

Charakter naszego systemu sprawia, że usługę możemy skalować globalnie – o tym już dzisiaj myślimy, bowiem sektor „Shared Mobility” rozwija się na całym świecie bardzo dynamicznie.

Zalety wypożyczenia skuterów

Skąd tak duże zainteresowanie wynajmem skuterów na minuty wśród warszawiaków? – Skutery są idealnymi pojazdami do szybkiego poruszania się po zatłoczonych miastach, zwłaszcza kiedy dużym problemem jest też zaparkowanie auta. Pojazdy te są znacznie tańsze niż poruszanie się samochodem po mieście i znacznie szybsze od komunikacji miejskiej. Jadąc skuterem nie trzeba się przesiadać, nie tracimy czasu czekając na autobus czy tramwaj. Kolejnym atutem jest łatwość obsługi, skuter wypożyczymy za pomocą specjalnej aplikacji w telefonie bądź smartfonie.

Kolejną zaletą jest udogodnienie dla klienta. System nie wymaga stałych punktów parkowania pojazdów (inaczej niż w przypadku rowerów miejskich) – podróż można rozpocząć z miejsca, w którym znajduje się skuter i zakończyć ją tam, gdzie jest to najwygodniejsze dla kierującego. Najczęściej użytkownicy wypożyczali skutery w pobliżu miejsca zamieszkania, zostawiali je pod firmą lub miejscem spotkania.

Kto korzystał ze skuterów?

– Naszymi klientami są osoby, między 21 a 40 rokiem życia, w dużej mierze są to pracownicy korporacji, którym zależy na szybkim dojeździe do i z pracy – dodaje Michał Michalak. Najwięcej wypożyczeń spółka odnotowała wśród osób pracujących w zagłębiu biurowym na Służewcu, w okolicach budynków biurowych na Woli, Ochocie czy Pradze. Użytkownicy – jak wynika z ankiet – korzystali ze skuterów, by ominąć korki, nie chcieli szukać miejsc parkingowych, chcieli uniknąć dodatkowych opłat za miejsce postojowe.

Drugą grupą klientów były osoby, które są zafascynowane wszelkimi nowinkami technologicznymi, dla których innowacje to codzienność, chleb powszedni. W tym przypadku nasi klienci byli ciekawi nowej usługi, skorzystali ze skuterów i chwalą sobie nowy sposób poruszania się po Warszawie. Duży odsetek użytkowników to osoby, które wpisują się w ideę „sharing economy” – użytkowanie bez posiadania (podobna zasada, jak przy rowerach Veturilo).

Scroot powstał właśnie z przekonania o tym, że więcej osób będzie jeździć skuterami, gdy nie będą musiały ich kupować. Kolejna grupa użytkowników to osoby udające się na spotkania służbowe w miejsca, gdzie jest kłopot ze znalezieniem miejsca postojowego. Skuter sprawdzał się w tej kwestii idealnie. Nie zawiedli fani dwóch kółek, którzy od lat poruszają się motocyklami czy skuterami. Wielu z nich wypożyczało skuter kilka razy w tygodniu i wyjeździło kilkaset kilometrów naszymi skuterami. Liderzy przekroczyli 1 tys. km w ciągu całego sezonu.

Już od kilku miesięcy pasażerowie portów lotniczych regionalnych oraz lotniska Chopina w Warszawie są świadkami unikalnej kampanii reklamowej dla Samsung realizowanej przez Synergic. Kampania na lotniskach ma charakter wielopoziomowy – od użycia klasycznych nośników reklamowych i siatek po nowatorskie wykorzystanie sprzętu Samsung do wyposażenia saloników VIP, Business Lounge i Executive Lounge.

Samsung realizuje równolegle dwie kampanie. Pierwsza z nich, rozpoczęta już w maju br. trwać będzie do grudnia, wykorzystuje lotniska w Warszawie, Krakowie, Gdańsku i Katowicach i z hasłem „Uwolnij swój smartfon” promuje telefon Galaxy S8, S8 +. W ramach tej kampanii wymieniono telewizory w salonikach VIP, Business Lounge i Executive Lounge oraz przekazano do użytku podróżnych tablety oraz telefony. Na lotnisku Chopina promowane są trzy grupy produktowe: smarfony Galaxy S8/S8 +, pralki Add Wash i lodówki Space Max oraz QLed TV. Dodatkowo w Gdańsku na nośnikach LCD emitowane są trzy wersje spotów dla trzech dywizji: smartfony, AGD i TV.

Druga kampania realizowana jest na lotnisku w Poznaniu i wykorzystuje siatkę wielkoformatową 14×7 m2 umieszczoną nad wyjściem z hali przylotów Terminala T3 z motywami pralki Add Wash czy lodówki Space Max.

– Samsung jest nowoczesną firmą, która posiadając bardzo nowatorskie produkty stara się promować je w unikalny sposób. Jako Synergic przekonaliśmy Klienta do pierwszej kampanii z wykorzystaniem na tak dużą skalę lotnisk regionalnych. Rozmach działań jest duży, a sposób ekspozycji okazał się być bardzo efektywny, stąd Samsung zdecydował się na przedłużenie kampanii do końca roku. – powiedziała Joanna Hutnik, Wiceprezes Zarządu Synergic

– Cieszy nas fakt, że nasz Klient dał się przekonać do niestandardowego podejścia z użyciem regionalnych lotnisk i co ważne już odnotowuje pozytywne rezultaty wizerunkowe. Naszą mantrą w Synergic jest podkreślanie, że kontekstowość miejsca jest kluczowym czynnikiem wpływającym na odbiór przekazu reklamowego, a do takich z pewnością należą lotniska, gdzie konsumpcja treści ma charakter bardzo jakościowy. Co więcej planując działania dla Samsung również same nośniki dobieraliśmy selektywnie, robiąc wizje lokalne w każdym z portów lotniczych w Polsce – dodała Joanna Hutnik, Wiceprezes Zarządu Synergic

W kontekście wykorzystywania lotnisk jako efektywnej przestrzeni dla realizacji kampanii OOH na uwagę zasługują najnowsze dane i prognozy dotyczące wzrostu ruchu podróżnych. Z najnowszych danych Urzędu Lotnictwa Cywilnego wynika, że tylko w I kwartale 2017 roku polskie lotniska obsłużyły ponad 7,5 mln pasażerów, czyli o ponad 950 tysięcy więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Natomiast analiza PwC wskazuje, że polski rynek lotniczy charakteryzuje się jednym z największych potencjałów wzrostu w całej Europie, co jest zasługą coraz prężniej rozwijających się lotnisk regionalnych. Odnotowany w ostatnim czasie wzrost ruchu na lotniskach regionalnych sprawia, że obsłużyły one 61% całości ruchu pasażerskiego w Polsce.

Do oferty deweloperów trafia coraz więcej mieszkań w wysokim standardzie, bo chętnych na dobrej klasy nieruchomości przybywa, mimo że ceny na rynku rosną     

Rekordowe wyniki sprzedaży notowane przez deweloperów od wielu miesięcy zachęcają firmy do szybszego rozpoczynania kolejnych inwestycji. Na rynek wprowadzanych jest więcej droższych mieszkań w wyższym standardzie i luksusowych apartamentów, bo rośnie na nie popyt.

Poprawiająca się sytuacja ekonomiczna Polaków sprawia, że coraz więcej osób przeprowadza się do lepszych mieszkań, oferujących dodatkowe walory i niestandardowe rozwiązania, które zlokalizowane są w atrakcyjnym otoczeniu. Mieszkania z wyższej półki kupowane są chętnie, zarówno na potrzeby własne, jak i inwestycyjnie, a segment premium zaczyna na powrót rozkwitać.

Sprzedaje się więcej luksusowych mieszkań

W ciągu dziewięciu pierwszych miesięcy tego roku tylko w pięciu największych miastach w Polsce (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto i Poznań) deweloperzy sprzedali więcej apartamentów niż w całym ubiegłym roku. Do nabywców trafiło niespełna pół tysiąca lokali odznaczających się, nie tylko najwyższym standardem, ale i ceną – powyżej 17 tys. zł za mkw. Wartość sprzedaży w tym segmencie sięgnęła 222 mln zł.

Najszerszy wybór apartamentów w kraju można znaleźć w Warszawie. Na stołecznym rynku dostępne są dwa na trzy luksusowe mieszkania, wystawione do sprzedaży w największych miastach w Polsce. Średnie ceny najbardziej ekskluzywnych ofert przekraczają w Warszawie 30 tys. zł za mkw. W tym roku największym powodzeniem wśród najzamożniejszych nabywców cieszyły się apartamenty w wieży przy Złotej 44. Na zakup mieszkań w tym reprezentacyjnym budynku poszła jedna trzecia tegorocznych wydatków. W segmencie upper middle największe wzięcie miały apartamenty oferowane w projekcie Mennica Residence przy Grzybowskiej. Dobrze sprzedawały się również lokale w prestiżowych inwestycjach w Trójmieście, które chętnie wynajmowane są w sezonie przez turystów, zarówno z kraju, jak i z zagranicy.

W Polsce wciąż taniej

Choć segment nieruchomości luksusowych ma się coraz lepiej, nadal obejmuje niewielki procent oferty deweloperów. W Polsce, jak podaje GUS, nowe mieszkania kupowane są średnio w cenie 309 tys. zł. Nabywane lokale mają przeciętnie powierzchnię 54 mkw. Najwięcej sprzedaje się mieszkań dwu i trzypokojowych, a nabywcy mieszkań z czterema lub większą liczbą pokoi odpowiadają za 18 proc. popytu. Po najbardziej ekskluzywne mieszkania sięga wąskie grono nabywców, ale ta grupa systematycznie się powiększa.

W Polsce luksusowe mieszkania w porównaniu z krajami Europy Zachodniej, czy Stanami Zjednoczonymi sprzedawane są w znacznie mniej wygórowanych cenach. Poza tym, nieporównywalnie niższym stawkom towarzyszy wyraźnie mniejszy niż gdzie indziej metraż projektowanych lokali.

Ceny mieszkań idą w górę

W tym roku ceny mieszkań budowanych w największych aglomeracjach w Polsce zaczęły jednak dość znacząco wzrastać. Tomasz Sadłocha z firmy Ochnik Development przyznaje, że wyższe stawki dyktowane są przede wszystkim w inwestycjach zlokalizowanych w centralnych obszarach miast, które oferują zwykle nieruchomości z segmentu premium. Zaznacza, że chodzi o projekty realizowane na działkach zakupionych w cenach, które obecnie obowiązują na rynku. – W przypadku budynków w zaawansowanej fazie budowy, powstających na gruntach nabytych przed laty, ceny mieszkań utrzymują się wciąż na stabilnym poziomie. Tak jest w przypadku naszych inwestycji Dzielna 64 i Studio Centrum, które od ponad roku prowadzimy na warszawskim Muranowie. Apartamenty w budynku przy Dzielnej dostępne są w cenie od ponad 9,9 tys. zł/mkw., a w Studiu Centrum mikro-apartamenty o średniej powierzchni 25 mkw. można nabyć w cenie od 180 tys. zł netto – podaje Tomasz Sadłocha.

Zdaniem eksperta, na podwyżki cen w projektach wprowadzanych teraz na rynek wpływa wzrost kosztów realizacji inwestycji, z którym mamy do czynienia w tym roku. – Drożeją materiały budowlane, usługi i siła robocza, ale w przypadku inwestycji usytuowanych w najatrakcyjniejszych miejscach największy wpływ mają rosnące koszty zakupu gruntów inwestycyjnych – informuje Tomasz Sadłocha.

Drożeje ziemia  

Przedstawiciel Ochnik Development zaznacza, że firmy walczą o działki na terenach śródmiejskich, których podaż jest coraz mniejsza. – W ciągu minionego półtora roku ceny najatrakcyjniejszych parceli w zależności od lokalizacji wzrosły nawet o około 30 proc. A w niektórych przypadkach nawet więcej. Podwyżka w istotny sposób przełoży się na ceny mieszkań, ponieważ udział gruntu w kosztach projektu deweloperskiego zwiększył się ostatnio do około 20-25 proc. – podaje Tomasz Sadłocha.

Według szacunków deweloperów w ciągu ostatniego roku koszty materiałów budowlanych rosły w tempie dwucyfrowym, w tym ceny stali, betonu, czy cementu, a także transportu. Wyraźnie, nawet o 30 proc. zwiększyły się też koszty pracy różnego rodzaju specjalistów budowlanych. Będzie to rzutowało na wycenę mieszkań, bo udział robocizny w cenie kompleksowej usługi budowlanej sięga około jednej trzeciej. Towarzyszy temu coraz bardziej ograniczony dostęp do pracowników budowlanych, pogarszający się także ze względu na planowane projekty infrastrukturalne.

W liście do marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego oraz senatorów, NSZZ „Solidarność” i Konfederacja Lewiatan apelują o odrzucenie projektu ustawy dotyczącego zniesienia górnego limitu składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe. W przyszłym tygodniu ma się nim zająć Senat.

Partnerzy społeczni negatywnie wyrazili się na temat sposobu  procedowania i krytycznie ocenili propozycje zniesienia limitu, czego wyrazem jest wspólne stanowisko pięciu organizacji pracodawców i związków zawodowych wchodzących w skład Rady Dialogu Społecznego. Odrzucenie projektu umożliwi partnerom społecznym powrót do rzeczowej dyskusji z rządem nad reformą systemu ubezpieczeń.

Liczymy, napisali w liście związkowcy i pracodawcy,  że podczas prac w Senacie uwzględnione zostaną zastrzeżenia partnerów społecznych. Poniżej sygnalizujemy podstawowe kwestie:

  1. Dialog społeczny

Sposób i tempo procedowania projektu narusza podstawowe zasady i standardy dialogu społecznego, który ma swoje umocowanie w art. 20 Konstytucji RP.  Partnerom społecznym w praktyce uniemożliwiono  ocenę projektu na etapie prac Rady Ministrów. Skierowanie projektu do Sejmu RP po 5 dniach od jego przedstawienia do wiadomości publicznej, traktujemy jako naruszenie podstawowych zasad dialogu i procesu legislacyjnego.

W przypadku projektu o tak zasadniczym znaczeniu społeczno-gospodarczym nie można przeprowadzić adekwatnej analizy oraz rzeczowej dyskusji w ciągu kilku dni, na półtora miesiąca przed zaplanowanym wejściem w życie proponowanych zmian.

  1. Błędny argument sprawiedliwości społecznej

W trakcie prac w Sejmie RP powtarzane były argumenty z uzasadnienia do projektu, iż nowelizacja jest wyrazem realizacji zasady sprawiedliwości społecznej oraz potrzeby redystrybucji dochodów.  Przypominamy, że wprowadzenie do systemu ubezpieczeń społecznych górnego limitu składek wiązano z potrzebą zagwarantowania jego stabilności w przyszłości i niedopuszczenia do tworzenia tzw. „kominów” emerytalnych (dużych różnic wysokości przeciętnej emerytury w stosunku do emerytur najwyższych). Powstawanie dużych rozbieżności w wysokości świadczeń emerytalnych w przyszłości będzie także wpływało nie tylko na wysokość, ale i na sposób waloryzacji świadczeń, który stanie się ułomny i niesprawiedliwy, a koszty z tego wynikające przekroczą spodziewane zyski.

  1. Dalsze obciążanie umów o pracę

W trakcie prac w Sejmie RP padały argumenty, iż nowelizacja likwiduje wyjątek w systemie ubezpieczeń społecznych i dotyczy tylko 350 tys. pracowników, tj. 2% . Należy jednak pamiętać, że regulacja obejmie jedynie osoby zatrudnione w oparciu o umowę o pracę. Dotychczasowa debata nie dostarcza informacji na temat tego, jak będzie się kształtowała sytuacja pracowników na tle pozostałych grup ubezpieczonych. Proponowane w projekcie rozwiązanie spowoduje dalsze zróżnicowanie obowiązków składkowych i przenoszenie ciężarów utrzymania systemu ubezpieczeń społecznych na osoby posiadające status pracowników.

Zniesienie limitu ma przynieść FUS kwotę 5,5 mld zł w przyszłym roku. O tyle samo zmniejszą się wynagrodzenia netto pracowników o wysokich kwalifikacjach lub wzrosną koszty przedsiębiorstw ich zatrudniających. Zwiększenie kosztów uderzy w szczególności w firmy zatrudniające wysoko wykwalifikowanych specjalistów z dziedziny zaawansowanych procesów biznesowych oraz nowych technologii. W tych firmach odsetek pracowników, których dotyczy limit to 10-20% załogi, a w niektórych przypadkach nawet 30%.

Spodziewamy się, że wprowadzona zmiana odbije się niekorzystnie na sytuacji wszystkich pracowników w związku z modyfikacją planów podwyżek. Może mieć także negatywny wpływ na planowane inwestycje. Proponowana zmiana, w szczególności dotknie sektor IT, w tym start-upy i  spółki giełdowe. Poszczególne firmy wyceniają podwyższone koszty działalności na kilka – kilkanaście mionów złotych tylko w 2018 r.

  1. Brak szeregu informacji w uzasadnieniu i Ocenie Skutków Regulacji (OSR)

Procedowanie projektu ustawy na etapie Sejmu RP obarczone jest błędem, ponieważ został on przekazany przez stronę rządową bez szeregu informacji, które powinny być zawarte w Ocenie Skutków Regulacji. Dotyczy to, w szczególności, braku informacji na temat konsultacji społecznych (pkt 5 Oceny Skutków Regulacji). Zgodnie z art. 34 ust. 3 Regulaminu Sejmu RP uzasadnienie do projektu powinno przedstawiać wyniki przeprowadzanych konsultacji oraz informować o przedstawionych wariantach i opiniach, w szczególności, jeżeli obowiązek zasięgania takich opinii wynika z przepisów ustawy. Ponadto w OSR brakuje informacji o źródłach finansowania, w szczególności, w zakresie potencjalnej wysokości przyszłych świadczeń emerytalnych i rentowych osób przekraczających obecny limit. OSR i uzasadnienie zawierają także nieścisłości dotyczące sytuacji mikro, małych i średnich przedsiębiorstw w związku z nowelizacją.

Wyliczenia zawarte w OSR nie uwzględniają wpływu wielu czynników, które zwiększą deficyt funduszu emerytalnego w długim okresie: waloryzacja kapitału początkowego i składek zgromadzonych na wszystkich rachunkach w funduszu emerytalnym (a nie tylko osób opłacających wyższe składki) w wyniku zwiększenia wpływów ze składek do FUS, dłuższy od średniej oczekiwany czas życia i pobierania emerytury osób o wysokich dochodach, które zazwyczaj bardziej dbają o zdrowie, możliwość pobierania emerytury po małżonku zamiast własnej niższej emerytury. W rezultacie wysokie emerytury i renty dla współmałżonków będą pobierane dłużej od średniej i deficyt FUS zwiększy się, a nie zmniejszy jak sugeruje OSR.

Źródło: Konfederacja Lewiatan

Moda aż kipi od plagiatów i podróbek, a prawnicy tylko zacierają ręce. Wygląda na to, że będą mieli co robić i w tym wypadku, bo choć polskiej edycji „Vogue’a” jeszcze nie wydano, to aż roi się od osób, które próbują na brandzie coś ugrać. Mamy złe wiadomości, mogą o wiele więcej stracić.

To ile jest tych kont?

Wiadomość o polskiej edycji „Vogue” ucieszyła tysiące, a każda rewelacja o magazynie biła rekordy popularności. Znaleźli się też i tacy, którzy postanowili stworzyć własnego „Vogue’a” w mediach społecznościowych poprzez założenie kont o tej nazwie. @VoguePolska, @CzyjestesVogue, @InstaVoguePolska, @VogueramPolska, to tylko niektóre z nich. Ostrzegamy, żadne z nich nie jest prawdziwe, przynajmniej na razie, dopóki wydawca nie odzyska dostępu.

– Skontaktowaliśmy się już w tej sprawie z centralą w Londynie – mówi Karla Gruszecka odpowiedzialna za dział mody w przyszłym magazynie.

Użytkowanie nazwy zastrzeżonej to jedno, a próba wykorzystania jej w celach biznesowych to drugie. Okazuje się, że osoby odpowiedzialne za powyżej wymienione fejkowe konta kontaktują się z innymi podmiotami w celu uzyskania np. wejściówek na imprezy. Dwa tygodnie temu, jedna z pań (nie podajemy nazwiska) skontaktowała się z organizatorami Katowickiego Fashion Weeka w celu uzyskania akredytacji dziennikarskiej dla uwaga – magazynu „Vogue”. Nie był to na pewno nikt z właściwej redakcji.

A co na to prawnicy

Czy można od tak sobie po prostu utworzyć konto znanej marki bez konsekwencji prawnych? Zapytaliśmy Magdalenę Korol, znaną w świecie mody prawniczkę o legalność takich działań. Omawiany przypadek można rozpatrywać pod kilkoma względami: jako naruszenie renomowanego znaku towarowego, jako czyn nieuczciwej konkurencji oraz jako fanart„Vogue” nie widnieje póki co w rejestrze zastrzeżonych znaków towarowych w Polsce, możliwe więc, że wydawnictwo nie złożyło stosownych wniosków lub sprawa jest w toku.

W orzecznictwie renomowany znak towarowy określony został jako: „znak towarowy znany znacznej części odbiorców towarów i usług oznaczonych tym znakiem, posiadający atrakcyjną siłę przyciągania i wartość reklamową wynikającą z utrwalonego w świadomości odbiorców przekonania o bardzo dobrych cechach towaru nim opatrzonego. Renoma znaku towarowego powstaje w wyniku jego długotrwałego używania, intensywnej promocji i utrwalenia u odbiorców przekonania o dobrej jakości towarów nim oznaczonych” (tak wyrok SA w Warszawie z dnia 26 lutego 2013 r., I ACa 1001/12, LEX nr 1322738; podobnie wyrok SN z dnia 10 lutego 2011 r., IV CSK 393/10, LEX nr 785888).

Biorąc powyższe pod uwagę nie ulega wątpliwości, że VOGUE to znak towarowy o renomowanym charakterze, a jego naruszenie (naruszenie prawa ochronnego na ten znak) polega na przynoszeniu osobie używającej go niezgodnie z prawem nienależnej korzyści albo jest szkodliwe dla odróżniającego charakteru bądź renomy znaku renomowanego – pisze Magdalena Korol.

Powyższe działania są również czynem nieuczciwej konkurencji. Zgodnie z definicją: czynem nieuczciwej konkurencji jest działanie sprzeczne z prawem lub dobrymi obyczajami, jeżeli zagraża lub narusza interes innego przedsiębiorcy lub klienta.

Przy omawianym przypadku można rozważać także zarzut pasożytnictwa – tzn. jednego z rodzajów naśladownictwa. Zgodnie z ustawą o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji: czynem nieuczciwej konkurencji jest naśladowanie gotowego produktu, które polega na tym, że za pomocą technicznych środków reprodukcji jest kopiowana zewnętrzna postać produktu, jeżeli może wprowadzić klientów w błąd co do tożsamości producenta lub produktu. Pasożytnictwo polega właśnie na wykorzystywaniu czyjejś renomy i osiąganiu w ten sposób korzyści. Przedsiębiorca, który dopuszcza się pasożytnictwa niejako skraca sobie drogę do osiągnięcia podobnego rezultatu co jego konkurent.

Takie naśladownictwo jest karane i w przypadku, gdy ktoś, kto za pomocą technicznych środków reprodukcji kopiuje zewnętrzną postać produktu lub tak skopiowany wprowadza do obrotu, stwarzając tym możliwość wprowadzenia klientów w błąd co do tożsamości producenta lub produktu, czym wyrządza poważną szkodę przedsiębiorcy może podlegać grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

A może to po prostu Fanart

Istnieje jeszcze zjawisko tzw.„fanartu”, czyli zakładania fanpage’a, czy dedykowania strony internetowej idolowi, którym może być również znana marka. Jednakże należy odróżnić niekomercyjny z reguły fanart, od sytuacji tworzenia konta/fanpage/strony www w celu zdobycia popularności poprzez wykorzystanie znanej na całym świecie marki. W tym drugim przypadku ta popularność właśnie będzie miała ścisły związek z wykorzystaniem cudzej renomy i pasożytnictwem, co właśnie jest prawnie niedopuszczalne.

Bez względu na to, czy właściciele fejkowych kont w mediach społecznościowych nadużyli cudzego znaku towarowego, czy dopuścili się zarzutu pasożytnictwa, grożą im spore kary pieniężne. Czyn, który zapewne w oryginalnym zamyśle autorów miał doprowadzić do zysku, może doprowadzić do bankructwa. Czy warto więc udawać kogoś innego?

 

Źródło: fashionbiznes.pl

W listopadzie wskaźnik PMI dla polskiego przemysłu wzrósł z 53,4 do 54,2 punktu, osiągając wartość najwyższą od stycznia i wyrównując wynik z lutego. Trudno wciąż mówić o euforycznych nastrojach przedsiębiorców, szczególnie w porównaniu do bardzo dobrych danych płynących z realnej gospodarki, ale poprawa jest wyraźnie widoczna. Przedstawiciele ankietowanych firm sygnalizują znaczący wzrost produkcji, zamówień i kosztów. Jednocześnie zwraca uwagę nasilające się zjawisko opóźnień w realizacji dostaw, co świadczy o rosnącym niedostosowaniu możliwości podaży do potrzeb po stronie popytu. Z jednej strony ten czynnik może zwiastować narastające kłopoty i napięcia, z drugiej zaś sygnalizuje potrzebę zwiększenia inwestycji, którego wszyscy usilnie od dłuższego czasu wypatrują. Problem w tym, że na efekty trzeba będzie trochę poczekać. Tymczasem rosnące koszty produkcji, w tym surowców i pracy, przekładają się, choć w mniejszym stopniu na wzrost cen. Widoczna już spora presja inflacyjna może więc jeszcze bardziej się zwiększyć.

autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Autorem pierwszej w historii krótkiej wiadomości tekstowej był pracujący w Sema Group brytyjski inżynier Neil Papworth. 3 grudnia 1992 r. wysłał SMS-a o treści „Merry Christmas” do dyrektora spółki Vodafone Richarda Jarvisa. Dziś to najbardziej rozpowszechniony na świecie komunikacyjny standard. Tylko w 2016 roku Polacy wysłali 50,2 mld wiadomości tekstowych. Coraz więcej firm i instytucji wykorzystuje SMS-y również w ramach kampanii marketingowych.

 Jak to się zaczęło?

Za pomysłodawcę krótkich wiadomości tekstowych uważa się Niemca Friedhelma Hillebranda pracującego w międzynarodowym zespole badawczym Groupe SpécialMobile. To właśnie jemu zawdzięczamy m.in. liczbę znaków, jakie zawiera pojedynczy SMS. Przeanalizował długości tekstów na kartkach pocztowych i w 1984 roku zaproponował dla wiadomości tekstowych limit długości 160 znaków. Był to jednak etap prac koncepcyjnych, a na wysłanie pierwszego SMS-a w historii trzeba było poczekać jeszcze 8 lat.

W grudniu 1992 roku dokonał tego brytyjski inżynier Neil Papworth. Co ciekawe, pierwszą wiadomość tekstową wysłał z komputera stacjonarnego, ponieważ telefony komórkowe w tamtym czasie nie były wyposażone w klawiatury. Odpowiednie urządzenia pojawiły się na rynku rok później za sprawą firmy Nokia. Jako pierwsi po wynalazek sięgnęli operatorzy w Finlandii i Wielkiej Brytanii. W pierwszych latach abonenci nie musieli płacić za SMS-y, ale mogli je wymieniać między sobą użytkownicy tej samej sieci. Dopiero od 1999 roku SMS uzyskał status usługi dostępnej dla użytkowników różnych sieci.

– Sekretem sukcesu SMS-ów jest to, że w ciągu ostatniego ćwierćwiecza zachował swoją prostą konstrukcję. To wciąż te same 160 znaków, chociaż dzisiaj nasze smartfony radzą sobie doskonale z łączeniem kilku wiadomości tekstowych w jedną. Fenomenem SMS-ów jest to, że od 25 lat nikomu nie udało się opracować bardziej uniwersalnego komunikacyjnego standardu. Działa na wszystkich telefonach, niezależnie od marki i rodzaju urządzenia, we wszystkich sieciach, na całym świecie. Obecnie na horyzoncie nie widać technologii, która miałaby wyprzeć SMS-y z codziennego użytku. – mówi Kamila Górna, Menedżer ds. Rozwoju w firmie Infobip zajmującej się komunikacją mobilną.

2010: 200 tysięcy SMS-ów na minutę!

Z danych udostępnionych przez Międzynarodowy Związek Telekomunikacyjny (ITU) wynika, że najwięcej SMS-ów na świecie wysłano w 2010 roku. Naliczono ich wówczas aż 6,1 biliarda, co oznacza, że każdej minuty wysyłanych było 200 tysięcy wiadomości tekstowych!

Z opublikowanego w lipcu 2017 roku przez Urząd Komunikacji Elektronicznej „Raportu o stanie rynku telekomunikacyjnego w Polsce w 2016 roku” wynika, że na koniec 2016 roku w naszym kraju aktywnych było 55,5mln kart SIM, czyli o 2 procent mniej, niż rok wcześniej. Ten spadek to efekt wprowadzenia przepisów wprowadzających obowiązek rejestracji kart prepaid. Znacznemu zmniejszeniu uległa również liczba wysłanych SMS-ów. Użytkownicy polskich sieci komórkowych w ubiegłym roku wysłali ogółem 50,2 mld wiadomości tekstowych, o 1,7mld mniej niż w 2015 roku. Mimo spadku wysyłanych SMS-ów dane w raporcie wskazują, że wśród wybranych państw Unii Europejskiej Polska wciąż znajduje się powyżej średniej, z wykorzystaniem na poziomie 83 krótkich wiadomości tekstowych miesięcznie. Średnia dla wybranych państw europejskich jest niższa o 19 wiadomości i wynosi 64 SMS-y przypadające na jednego aktywnego użytkownika.

Mniej SMS-ów między użytkownikami, więcej na linii firma-klient

Na przestrzeni ostatnich lat popularność SMS-ów stopniowo spada, zwłaszcza w komunikacji między użytkownikami. Wpływa na to coraz większa powszechność mobilnych komunikatorów takich jak WhatsApp czy Messenger. Wolumen wysłanych wiadomości utrzymuje się jednak wciąż na wysokim poziomie m.in. dzięki coraz częstszemu wykorzystywaniu SMS-ów jako narzędzia usprawniającego komunikację między firmami i na linii firma – klient.

Do głównych zalet wiadomości tekstowej należy m.in. bezpośrednie dotarcie wprost na ekran urządzenia mobilnego w kilka sekund od wysłania, niezależnie od tego czy urządzenia mobilne znajduje się w zasięgu Internetu czy korzysta z technologii Bluetooth. Ważny jest również wysoki współczynnik otwarć wiadomości tekstowych. Jak ustaliła firma Infobip dla SMS-ów wynosi on 95 procent, podczas gdy dla wiadomości e-mail ten sam wskaźnik to zaledwie 21 procent. Poza tym wszystkie wiadomości tekstowe trafiają wprost do skrzynki odbiorczej, a część komunikacji mailowej ląduje w folderze ze spamem.

– SMS może być bardzo skutecznym narzędziem w komunikacji firm z klientami, ale należy pamiętać, że jego użycie uzależnione jest od zgody odbiorcy na otrzymywanie takich informacji. Kluczem do sukcesu jest tutaj dopasowanie treści wiadomości do preferencji i oczekiwań klientów, do których kierowany jest przekaz. Wysyłanie SMS-ów do przypadkowych osób może przełożyć się na utratę zaufania do nadawcy komunikatu, a przecież nie to jest celem marki realizującej kampanię. Najlepszym rozwiązaniem jest budowa własnych baz danych klientów, którzy mogą być zainteresowani otrzymywaniem np. kodów rabatowych lub innych specjalnych ofert przekazywanych ekskluzywnie w postaci SMS-ów. – podkreśla Kamila Górna.

Urzędnicy też wysyłają SMS-y

Szybko rośnie również liczba SMS-ów wysyłanych do abonentów poprzez aplikacje używane przez urzędy, placówki służby zdrowia czy szkoły. Za ich pośrednictwem urzędnicy wysyłają m.in. pogodowe alerty ostrzegawcze, przypominają o zapłacie podatków lub zapraszają na lokalne imprezy. Dla sektora medycznego SMS-y to narzędzie m.in. usprawniające proces zapisów na wizyty.

Oczywiście trudno sobie wyobrazić urzędnika, który mozolnie wpisuje treść SMS-a, później numer i wysyła nam wiadomość. Dzisiaj proces ten jest całkowicie zautomatyzowany. Istnieją platformy, które sprawnie wysyłają SMS-y o określonej treści do wskazanych odbiorców. Rozwiązanie to można zintegrować z pozostałymi systemami informatycznymi, aby pozyskiwać z nich konkretne informacje, które mają znaleźć się w wiadomości. W polu ‘nadawca’ może znaleźć się np. nazwa urzędu. Taki rodzaj komunikacji to model A2P (Application to Person), a więc sytuacja, w której SMS-a wysyła nam program komputerowy, a nie prywatna osoba. – tłumaczy Kamila Górna.

  • Technologia niczym prąd w gniazdku. Model „as-a-service” w każdej dziedzinie – od oprogramowania po sprzęt

Stały dostęp do danych czy aplikacji jest obecnie dla przedstawicieli biznesu czymś naturalnym. Biznes nie może sobie pozwolić na brak zasobów fizycznego serwera, ponieważ bieżąca infrastruktura przestała być wystarczająca. Nie dziwi zatem fakt, że przedsiębiorcy chętnie decydują się na skorzystanie z usług zewnętrzengo dostawcy. Według danych IDC udział outsourcingu IT w 2016 r. wyniósł 38 proc., natomiast w 2020 r. wzrośnie on już do 44 proc. Jednocześnie, wykorzystywanie tradycyjnych usług IT spadnie z 63 do 57 proc.

Wśród przedsiębiorców rośnie popularność wyceny na podstawie zużycia zdalnie udostępnionej usługi, czyli zjawiska, które zaczęło się od oprogramowania i przeniosło na sprzęt. W latach 2015-2016 przychody z infrastruktury jako usługi (IaaS) i platformy jako usługi (PaaS) wzrosły o 53 proc., czyniąc z nich najszybciej rozwijające się segmenty usług w chmurze i infrastrukturze.

„Z roku na rok obserwujemy znaczący zwrot w kierunku rozwiązań as-a-service. Firmy widzą korzyści wynikające z wykorzystania usług dostępnych w abonamencie lub wręcz rozliczeniu minutowym czy godzinowym. Ten typ usług zyskał powszechne uznanie i jest stosowany m.in. przez firmy wynajmujące samochody lub skutery na minuty. Klienci wychodzą z założenia, że nie warto wiązać się umową długoterminową. W przypadku usług data center, za niższą opłatą, przy zachowaniu najwyższej wydajności mają zapewnioną moc obliczeniową, która jest im potrzebna w danym momencie. W razie potrzeby mają możliwość rozszerzenia usługi w każdej chwili i zrezygnowania z niej, kiedy nie jest konieczne uruchamianie dodatkowych zasobów” – komentuje Robert Paszkiewicz, dyrektor sprzedaży w OVH Polska.

Przeniesienie wydatków inwestycyjnych na wydatki operacyjne pomaga zmniejszyć ryzyko, uwolnić kapitał i zapewnić większą elastyczność biznesu. Jednostki mocy obliczeniowej i pamięci masowej mogą być bowiem tańsze nawet od 40 do 50 proc. Dodatkowo, poza przechodzeniem z usług on premise, czyli na miejscu lub u klienta, na usługi w chmurze, dostawcy IT i klienci eksperymentują także z płatnościami ratalnymi za tradycyjny sprzęt.

  • Zwiększenie roli chmury publicznej i wejście do „mainstreamu”

Podczas gdy mniejsi, bardziej elastyczni gracze od lat przenoszą swoje zasoby do chmury publicznej, to w dużych przedsiębiorstwach dopiero ostatnio wzrosło zainteresowanie tym rozwiązaniem. Większe firmy potrzebowały czasu, aby przekonać się, że cloud jest bezpieczny i się opłaca. Na tej fali takie tuzy, jak bank Capital One, General Electric czy Netflix drastycznie zmniejszyły lub nawet wyeliminowały swoje prywatne centra danych, migrując zasoby do chmury. McKinsey przewiduje, że do 2018 roku dostawcy usług w chmurze powinni odpowiadać za około 80 proc. dostarczanych serwerów i pojemności pamięci masowych.

„Rozwój cloud zmienił i uprościł postrzeganie tematu przechowywania danych. Nie dziwi nas więc fakt, że rozwiązania oparte na cloud computingu stają się pierwszym wyborem. Dzisiaj firmy mogą zrezygnować z serwera czy kolokacji na rzecz usługi abonamentowej i nie martwić się np. miejscem na przechowywanie sprzętu, jego amortyzacją, serwisem, zakupem licencji czy korzystaniem z pomocy administratora. Dostarczeniem i konserwacją sprzętu zajmuje się usługodawca. Chmura staje się autostradą dla rozwoju biznesu, oferując bezpieczną przestrzeń, która zapewnia wzrost przy jednoczesnej obsłudze kluczowych procesów” – mówi Robert Paszkiewicz.

„Mamy świadomość rosnącego zapotrzebowania klientów na usługi w sektorze Public Cloud. O zapewnianiu najwyższej wydajności usług OVH przy zachowaniu konkurencyjnych cen może świadczyć niezależny ranking Cloud Spectator, w którym wśród dostawców chmury publicznej zajęliśmy pierwsze miejsce w Europie oraz drugie w Ameryce Północnej” – dodaje.

  • Security w abonamencie

Cyberbezpieczeństwo pozostanie najwyższym priorytetem decydentów w przedsiębiorstwach. Mimo że 80% pracowników odpowiedzialnych za wdrożenia technologii przyznaje, że ich organizacje starają się zapewnić możliwie najsolidniejszą obronę, to jednak we wszystkich branżach cyberataki będą coraz bardziej złożone. Dodatkową bolączką jest niedobór specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa, co powoduje, że firmy mają trudność z rekrutacją pracowników. Wymusza to na nich inwestowanie w serwisy zarządzania bezpieczeństwem (ang. managed security services). Stąd oferta zabezpieczeń opartych na chmurze również staje się atrakcyjniejsza dla firm. McKinsey szacuje, że do 2020 roku będzie ona obejmować 60 proc. wszystkich produktów dotyczących bezpieczeństwa, co stanowi 10-proc. wzrost w stosunku do 2015 roku.

„W kwestii ochrony przeciw zagrożeniami firmy oferują często w pakiecie dodatkową ochronę antyDDoS. Atak DDoS polega na przesyłaniu wielu zapytań jednocześnie, a ich ilość może doprowadzić do przerw w dostępie, a nawet do całkowitego braku połączenia z serwerem. OVH domyślnie chroni wszystkie swoje usługi i klientów przed tego typu atakami” – dodaje Robert Paszkiewicz.

  • Wsparcie DevOps dla oprogramowania i sprzętu

Według twórców badania, DevOps, rozumiane jako metodyka zespolenia rozwoju (ang. development), eksploatacji (ang. operations) oraz zapewnienia jakości (ang. quality assurance), jest kluczem do zwinności firmy, oczekującej błyskawicznej realizacji biznesowych potrzeb przez dział IT. DevOps wspiera wysoki poziom współpracy w całym łańcuchu wartości IT. Coraz więcej firm rozumie korzyści wynikające z tego rozwiązania. Według badania McKinsey „IT-as-a-Service Survey”, 80 proc. respondentów wdrożyło praktyki DevOps w niektórych częściach swojej organizacji, a 53 proc. z nich stwierdziło, że do 2020 roku zastosuje te praktyki w całej organizacji (37 proc. obecnie).

Zgodnie z tymi trendami popyt na talenty DevOps w najbliższym czasie wzrośnie. Firmy mogą mieć jednak problemy ze znalezieniem pracowników do wypełnienia wszystkich ról, ponieważ 40 proc. respondentów biorących udział w ankiecie McKinsey stwierdziło, że niedobór pracowników o odpowiednich umiejętnościach był głównym czynnikiem uniemożliwiającym DevOps odgrywanie większej roli w organizacjach.

  • Rządowym deklaracjom o dobrym stanie finansów publicznych towarzyszy intensywne szukanie dodatkowych pieniędzy w kieszeni podatnika, czego najnowszym przykładem są postępujące prace nad zniesieniem limitu 30-krotności składek ZUS. W efekcie proponowanych zmian już przy zarobkach ok. 6 tys. zł netto miesięcznie każda kolejna złotówka wypłacona przez pracodawcę będzie obłożona aż 52 groszami podatkówi składek, a tylko 48 groszy trafi do pracownika.
  • Dalszy wzrost opodatkowania osób pracujących na etacie będzie tworzył silne bodźce do fikcyjnego samozatrudnienia, gdzie analogiczne opodatkowanie zamiast 52 groszy wynosi tylko 19 groszy. Związany z tym spadek dochodów państwa będzie prowokował kontrole w firmach i liczne spory między podatnikami a administracją.
  • Tak ostre podnoszenie opodatkowania osób o wyższych kwalifikacjach i zarobkach stoi w sprzeczności z rządowymi deklaracjami o wspieraniu innowacyjności. Wysokie opodatkowanie już relatywnie niskich, na tle unijnego rynku pracy, wynagrodzeń sprawi, że praca w Polsce dla wysokiej klasy specjalistów stanie się jeszcze mniej opłacalna.
  • Zniesienie limitu składek ZUS będzie oznaczało dodatkowy wzrost długu ukrytego o 5 mld zł rocznie, pomimo że już teraz wynosi on ponad 3250 mld zł. Rosnące koszty wypłaty emerytur oraz niska wysokość świadczeń (szczególnie kobiet po obniżeniu wieku emerytalnego) będą tworzyły w przyszłości presję, by ZUS ograniczył najwyższe emerytury. Dlatego pomimo wzrostu składek ZUS po zniesieniu limitu 30-krotności nie będzie towarzyszył proporcjonalny wzrost emerytur w przyszłości.

 

Źródło: FOR

Eurobank, Bank Handlowy i Bank Ochrony Środowiska to kolejne banki, które znalazły się na celowniku Urzędu. Ochrony Konkurencji i Konsumentów za niewłaściwe informowanie klientów o zmianie wysokości opłat. Najczęściej modyfikacje dotyczą podwyżek w tabelach opłat i prowizji. Zarzuty UOKiK dotyczą tego, że banki, wprowadzając zmiany, nie informują klientów o podstawach prawnych i faktycznych takich działań. Urząd kwestionuje również to, że propozycje tych zmian są udostępniane tylko w wewnętrznym systemie e-bankowości, który nie spełnia obecnie cech trwałego nośnika – czytamy w komunikacie.

Wątpliwości wzbudziły praktyki 18 banków. Zakończyły się już kolejne postępowania w sprawie: Euro Banku, Banku Handlowego i Banku Ochrony Środowiska.

Nie nakładaliśmy kar finansowych, ponieważ banki zobowiązały się do zmiany praktyk. Łączna wartość przysporzenia konsumenckiego może wynieść nawet ok. 80 mln zł. Klienci otrzymają od banków informacje o tym, jak mogą skorzystać z rekompensaty – mówi Marek Niechciał, prezes UOKiK. – Od 2007 r. obowiązują przepisy dyrektywy o usługach płatniczych, która reguluje tematykę trwałego nośnika. Sektor finansowy miał więc dużo czasu na dostosowanie się do przepisów. Nasze stanowisko potwierdził Trybunał Sprawiedliwości UE – dodaje Niechciał.

Trwały nośnik

Zastrzeżenia UOKiK dotyczą tego, że wewnętrzne systemy e-bankowości – za pośrednictwem których rozsyłane były do klientów informacje o zmianach warunków umowy – stosowane przez: Euro Bank i Bank Ochrony Środowiska nie posiadają obecnie cech trwałego nośnika.

Zdaniem Urzędu, wewnętrzne systemy bankowości elektronicznej są całkowicie pod kontrolą banków, a zastosowana w nich technologia nie daje konsumentom gwarancji, że przedsiębiorcy nie zmienią treści udostępnionych tam dokumentów. Ponadto instytucje finansowe nie zapewniają dostępu do tych informacji po zakończeniu umowy, a także wymuszają na konsumentach dowiadywanie się, czy informacja o zmianach została zamieszczona w serwisie.

W rezultacie nie mogą stanowić jedynego kanału do przesyłania konsumentom informacji o planowanych zmianach umów.

Nie chcemy powrotu do listu w kopercie. E-bankowość jest jednym z najbezpieczniejszych sposobów informowania o zmianach. Jednak musi spełniać cechy trwałego nośnika. Czyli informacje muszą być przechowywane w niezmienionej postaci, przez odpowiedni czas, bank nie może ich usuwać. Takie stanowisko prezentuje również Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej – uważa Marek Niechciał. Euro Bank i Bank Ochrony Środowiska zaniechały tych praktyk oraz rozpoczęły prace nad tym, aby dostosować swoje systemy do cech trwałego nośnika.

Brak informacji o podstawie prawnej i faktycznej

Prezes UOKiK ustalił, że Euro Bank, Bank Handlowy i Bank Ochrony Środowiska informowały klientów o podwyżkach, ale nie wskazywały konkretnych podstaw prawnych umożliwiających im takie działanie ani okoliczności, które miały na nie wpływ. Zdarzało się, że w piśmie bank odsyłał klienta jedynie do ogólnego paragrafu w umowie. W efekcie konsument mógł nie wiedzieć, z czego wynika podwyżka za wypłatę gotówki w bankomacie i czy została wprowadzona prawidłowo.

– Przykładowo – jeżeli podwyżka opłat wynika ze wzrostu inflacji, to bank powinien o tym poinformować klienta. Musi on też wiedzieć, w jakim okresie i o ile zmienił się ten czynnik i w jakim zakresie mogło to mieć wpływ na zmianę obowiązującej tabeli opłat i prowizji dodaje Marek Niechciał.

Decyzje UOKiK – rekompensata publiczna

Euro Bank, Bank Handlowy i Bank Ochrony Środowiska zobowiązały się do usunięcia negatywnych skutków kwestionowanych praktyk, w tym zrekompensowania klientom strat, które mogły z nich wynikać. Łączna suma tych rekompensat może wynieść nawet ok. 80 mln zł. Konsumenci, w zależności od banku, będą mogli np. za darmo korzystać z bankomatów, bezpłatnych powiadomień sms, dostaną zwrot nadpłat. O szczegółach poinformują klientów banki w osobnej korespondencji.

Źródło: uokik.gov.pl

Eksperci

Lipka: Jak w Polsce marnotrawiony jest kapitał ludzki

Co sprawia, że znakomite wyniki polskiej młodzieży w badaniach kapitału ludzkiego nie przekładają si...

Baczewski: Firmy mogłyby bardziej zwiększyć zatrudnienie, ale boją się nowych przepisów

Do 42% wzrósł w stosunku do poprzedniego kwartału odsetek przedsiębiorców, którzy planują podwyżki -...

Bugaj: Małe spółki – reaktywacja

Powoli zbliżamy się do końca roku, który na krajowym parkiecie zapisze się jako okres dużych kontras...

Przasnyski: Gospodarka pędzi, inwestycje kroczą

Dynamika PKB w trzecim kwartale wyniosła 4,9 proc. i okazała się wyższa niż oczekiwane przez ekonomi...

Starczewska-Krzysztoszek: Inwestycje publiczne nieznacznie ruszyły

PKB wzrósł w 3. kwartale 2017 r. o 4,9 proc. r/r. Nakłady brutto na środki trwałe były wyższe o 3,3 ...

AKTUALNOŚCI

Inspekcja Transportu Drogowego zajmie się poborem opłat

Sejm uchwalił nowelizację ustawy o drogach publicznych, która zakłada przeniesienie zadań związanych...

Nowe opłaty za usługi wodne

Obecnie rozliczenie należności za pobór wód z własnego ujęcia oraz odprowadzanie ścieków do środowis...

Wystartowała nowa kampania społeczna „2h 51 minut”

Eksperci alarmują: uzależnienie od telefonów może skutkować nie tylko pogorszeniem wzroku, ale równi...

Seniorzy dostaną refundację szczepionki przeciwko grypie?

Ministerstwo Zdrowia rozważa wprowadzenie refundacji szczepionki przeciwko grypie dla osób starszych...

Umowa handlowa UE – Japonia przyniesie korzyści Polsce

8 grudnia, po pięciu latach rozmów, udało się sfinalizować negocjacje umowy o wolnym handlu i partne...