Home Archiwa 2017 Wrzesień 8

Dzienne archiwaWrz 8, 2017

Za metr mieszkania od dewelopera w Warszawie płaciliśmy w ostatnich miesiącach średnio 7,7 tys. zł, a rok wcześniej o 200 zł mniej. W drugim kwartale br. nabywcy stołecznych kawalerek wykładali za nie niespełna 8,6 tys. zł za mkw. Wraz ze wzrostem liczby pokoi średnia cena metra kupowanych mieszkań jednak malała. Wyjątek stanowiły lokale czteropokojowe i większe, które w wyższej jakości inwestycjach zlokalizowanych centralnie traktowane są często jako dobra luksusowe. Średnio za mieszkania w nowych, warszawskich projektach nabywcy płacili przeciętnie prawie 438 tys. zł.

Nie tylko jednak w największej aglomeracji w kraju za nieruchomości z pierwszej ręki wydawaliśmy więcej. Z danych zawartych w najnowszym raporcie AMRON-SARFiN wynika, że w ciągu ostatniego roku prawie we wszystkich największych miastach w Polsce ceny transakcyjne na rynku deweloperskim poszły w górę. Na przykład w Łodzi w ciągu roku przeciętna stawka wzrosła z 3,6 tys. zł/mkw. do 3,9 tys. zł/mkw. Nowe mieszkania o 300 zł/mkw. zdrożały też w Gdańsku.

Kroczące podwyżki

Systematyczny wzrost cen nieruchomości analitycy notują już od dłuższego czasu. W ciągu ostatnich trzech lat w Warszawie i Gdańsku mieszkania deweloperskie zdrożały o ponad 6 proc., we Wrocławiu ceny poszły w górę o 5 proc., a w Krakowie o niespełna 3 proc. Jedynie w aglomeracji katowickiej stawki spadły w tym czasie o 5 proc.

Wyższe ceny nie odstraszają kupujących. Chętnych do inwestowania w nieruchomości ciągle przybywa. Z roku na rok padają kolejne rekordy sprzedaży na rynku deweloperskim. Eksperci są zgodni, że wśród nabywców mieszkań można wyróżnić dwie podstawowe grupy. Jedna skupia osoby kupujące swoje, pierwsze mieszkanie oraz właścicieli nieruchomości zmieniających lokal na większy w celu poprawy warunków mieszkaniowych.

W drugiej są inwestorzy, którzy traktują zakup mieszkania jako lokatę kapitału. W dłuższym terminie taka inwestycja ma zapewnić wyższe zyski, a tymczasem stale przynosić regularne dochody z najmu.

Nieruchomości klasycznym modelem inwestowania

Tomasz Sadłocha z firmy Ochnik Development, która w centrum Warszawy prowadzi projekt Dzielna 64 i Studio Centrum, potwierdza, że rosnący popyt na mieszkania generują przede wszystkim osoby planujące zarabiać na wynajmie. – To obecnie klasyczny model inwestowania. Atrakcyjny dla posiadających nadwyżki kapitału z uwagi na to, że nie jest związany z ryzykiem. Inwestycja ma dawać zysk na stabilnym poziomie, a w perspektywie długoterminowej ma zagwarantować profit związany ze wzrostem wartości nieruchomości – wyjaśnia Tomasz Sadłocha.

W ocenie przedstawiciela Ochnik Development, oferta mieszkaniowa jest teraz bardzo duża, ale zapotrzebowanie na nowe lokale jeszcze większe. – Zainteresowanie zakupem nie tylko nie słabnie, ale nieustannie wzrasta, co możemy obserwować w naszych, warszawskich projektach. Widoczna jest też wyraźnie pewna zależność. Im inwestycja jest wyższej jakości i zlokalizowana bliżej centrum, tym wśród kupujących jest więcej takich osób, które płacą gotówką – informuje Tomasz Sadłocha.

Dwukrotnie większa sprzedaż niż w boomie przed dekadą

– W tak przygotowanych projektach, jak Studio Centrum, kupują przeważnie inwestorzy. I to głównie dzięki nim zwiększa się wolumen sprzedaży na rynku mieszkaniowym. To nic dziwnego, bo na wynajmie lokalu można zarobić dużo więcej niż na lokacie. Dlatego właśnie sprzedaje się teraz dwa razy więcej mieszkań niż w okresie boomu sprzed dekady – komentuje Tomasz Sadłocha.

Poza oszczędnościami lokowanymi w nieruchomości, koniunkturę  na rynku nakręcają również tanie kredyty. W drugim kwartale bieżącego roku sektor bankowy powtórzył spektakularne wyniki w kredytowaniu hipotecznym, jakie odnotował w pierwszych trzech miesiącach roku. W lipcu wartość udzielonych kredytów wzrosła jeszcze wyraźniej, bo o ponad jedną piątą w porównaniu z lipcem 2016 roku.

Na podstawie  danych z połowy bieżącego roku Związek Banków Polskich podwyższył prognozę dotyczącą kredytów hipotecznych udzielonych w całym 2017 roku. Według informacji z AMRON-SARFIN zapowiada się najlepszy rok w hipotekach od 2012 roku. Znaczący udział w strukturze wszystkich nowo udzielonych kredytów w Polsce ma Warszawa, jego wielkość w drugim kwartale roku wzrosła do prawie 43 proc.

 

 

 

Autor: Ochnik Development

Polacy z roku na rok wymieniają coraz więcej walut. Mogłoby się wydawać, że największe kwoty wymieniamy w okresie wiosenno – letnim z powodu zbliżających się wakacji. Okazuje się jednak, że kantory, zarówno te stacjonarne, jak i internetowe mają najwięcej pracy w grudniu. Dlaczego? KantorBox.pl przyjrzał się poniżej tematowi.

Kto i jak wymienia waluty w Polsce?

Zanim ustalimy, dlaczego w grudniu przeprowadzamy najwięcej transakcji, zwróćmy uwagę na to, kto i dlaczego wymienia waluty w Polsce. Część z nas wyjeżdża na wakacje, spłaca kredyty czy robi zakupy w sieci. Cały czas największy odsetek osób wymieniających waluty są ci, których bliscy pracują za granicą. Jak wskazują statystyki, wielu emigrantów regularnie przesyła swoim bliskim pieniądze. Ci natomiast najchętniej wymieniają obcą walutę na złotówki w grudniu. W szale przygotowań do świąt oraz bożonarodzeniowych prezentów zawsze przydaje się większa ilość pieniędzy, więc waluty wymieniamy wtedy znacznie częściej.

Osoby pracujące poza granicami kraju przesyłają do Polski od 500 do nawet 2000 złotych miesięcznie. Niezależnie od tego, w jaki sposób przekazywane są pieniądze, czy za pośrednictwem, transferów, np. Western Union czy za pośrednictwem systemów przesyłania pieniędzy takich jak PayPal, zawsze ponosimy dodatkowe koszty przekazu. Najczęściej wysokość prowizji uzależniona jest od wartości transakcji. Nie dziwi więc fakt, że emigranci coraz częściej przesyłają pieniądze za pośrednictwem kantorów internetowych. Czas realizacji jest podobny, natomiast całkowite koszty przewalutowania znacznie są znacznie niższe niż np. prowizje bankowe.

Tańsze zakupy w Polsce

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że pracując na zachodzie Europy, bardzo często możemy pozwolić sobie na znacznie lepszą jakość życia niż w Polsce. Jeśli jednak przyjrzymy się cenom konkretnych produktów to bardzo szybko zauważymy, że sprzęt RTV, książki, kosmetyki czy np. płyty są w Polsce znacznie tańsze. Oczywiście za wiele produktów musimy zapłacić nieco więcej (np. perfumy lub ubrania). Pamiętajmy jednak, że kupując je na miejscu nie musimy martwić się o sposób ich przewiezienia, czy opłaty za dodatkowy bagaż. Jest to kolejny czynnik wpływający na dużą ilość transakcji wymiany walut w grudniu. Osoby pracujące za granicą przyjeżdżają na święta i wymieniają pieniądze, aby móc kupić prezenty dla bliskich.

Grudzień – czas częstych i wysokich transakcji

Koniec roku to również czas, w którym firmy zamykają swoje budżety i finalizują większość rozpoczętych transakcji. To okres, w którym więcej eksportujemy oraz znacznie więcej importujemy, a co za tym idzie częściej wymieniamy waluty. Ponadto firmy zamykają okresy rozliczeniowe, spłacają zadłużenia i rozliczają się ze swoimi kontrahentami. Jest to okres bardzo intensywnej pracy dla wszystkich branż. Szybka i tania wymiana walut jest w tym czasie szczególnie istotna. Z początkiem roku stan ten znacznie się uspokaja. Wiele firm decyduje się na przerwę noworoczną, wstrzymywane są produkcje a nowe rozmowy handlowe dopiero się rozpoczną. W związku z tym początek roku to również spokój i stabilizacja na rynku wymiany walut.

Czy w grudniu za wymianę walut płacimy więcej?

Można spodziewać się, że każdy, kto przeczytał powyższy artykuł, szuka odpowiedzi na to pytanie. Zwiększone zapotrzebowanie na wymianę walut oczywiście może mieć znaczny wpływ na koszty transakcji. Pamiętajmy jednak, że na wysokość danego kursu wpływa wiele czynników, a nie tylko ilość przeprowadzanych transakcji. Zarówno w grudniu, jak również przez cały rok musimy regularnie obserwować rynki i porównywać kursy. Dzięki temu będziemy pewni, że zawsze za wymianę walut ponosimy najmniejsze możliwe koszty.

Od 5 września obowiązuje nowe prawo w zakresie roszczeń pracowników. Otrzymają oni wcześniej zaległe świadczenia, a ochroną objęta zostanie również rodzina pracodawcy, która była u niego zatrudniona.

Nowelizacja ustawy o ochronie roszczeń pracowniczych w razie niewypłacalności pracodawcy pozwala na przyspieszenie udzielania pomocy finansowej pracownikom, którzy zostali pozbawieni pracy i świadczeń po zaprzestaniu działalności przez pracodawcę.

Od lat pracodawcy płacą składki na Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. To państwowy fundusz, który wypłaca należne pracownikom świadczenia w razie niewypłacalności pracodawcy lub zagrożenia nią. Chodzi o wynagrodzenia za pracę, usprawiedliwione nieobecności w pracy, urlopy wypoczynkowe, odprawy itp. Zadania nałożone na FGŚP realizowane są przez marszałków województw, a dysponentem funduszu jest minister pracy.

Do tej pory pracodawcy nie odprowadzali składek za członków swojej rodziny pracujących w ich firmach, a oni nie otrzymywali świadczeń z funduszu. Teraz ochroną roszczeń pracowniczych objęci zostali także: małżonka pracodawcy, jego dzieci własne i przysposobione, a także dzieci małżonka, rodzice, macocha i ojczym, osoby przysposabiające, rodzeństwo, wnuki, dziadkowie, zięciowie i synowe, bratowe, szwagierki i szwagrowie oraz osoby wykonujące pracę zarobkową w gospodarstwie domowym. Oczywiście jeżeli pozostają z pracodawcą w stosunku pracy lub świadczą pracę na podstawie umowy zlecenia.

Wystarczy zaprzestanie działalności

Ustawa na nowo definiuje faktyczne zaprzestanie działalności przez pracodawcę. Możemy o niej mówić wtedy, gdy w okresie ponad dwóch miesięcy pracodawca nie prowadził działalności gospodarczej, nie uzyskiwał z tego tytułu przychodów, nie przebywał w siedzibie firmy albo w miejscu wykonywania działalności, nie wypłacał wynagrodzenia pracownikom ani nie odprowadzał za nich składek do ZUS-u czy podatków do urzędów skarbowych.

– Wcześniej była również możliwość uzyskania świadczeń pracowniczych w przypadku faktycznego zaprzestania działalności przez pracodawcę. Było to jednak utrudnione, ponieważ ustawodawca nie doprecyzował, co rozumie przez faktyczne zaprzestanie działalności – uważa Sławomir Anisimowicz, dyrektor zarządzający kancelarii PMR Restrukturyzacje SA.

Większa ochrona pracownika

Pracownik otrzyma ekwiwalent finansowy za urlop wypoczynkowy nie tylko za rok, w którym ustał stosunek pracy, ale również za rok poprzedzający. Zdaniem Sławomira Anisimowicza to ważna zmiana, bo dotychczasowe przepisy były dla pracowników krzywdzące.

Poza tym wydłużone zostały z 9 do 12 miesięcy tzw. okresy referencyjne, czyli okresy pomiędzy rozwiązaniem stosunku pracy a datą wystąpienia niewypłacalności pracodawcy, uprawniające do uzyskania świadczeń z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Dzięki temu ochroną zostanie objętych więcej osób.

– To jest istotna zmiana, bo ustawodawca dostrzegł, że kłopoty przedsiębiorcy rozpoczynają się na długo przed datą złożenia wniosku o restrukturyzację czy też upadłość, a przecież od momentu złożenia wniosku do daty jego otwarcia przez sąd mija czasem kilka miesięcy – uważa przedstawiciel kancelarii PMR Restrukturyzacje SA.

Ustawodawca rozszerzył również katalog uprawnień na rzecz pracowników w sytuacji, gdy wniosek o ogłoszenie upadłości przedsiębiorcy zostaje oddalony przez sąd, gdyż majątek przedsiębiorcy nie wystarcza lub jedynie wystarcza na zaspokojenie kosztów postępowania. W przypadku oddalenia przez sąd wniosku o ogłoszenie upadłości z opisanych przyczyn pracownik zyskuje uprawnienia do wypłaty wynagrodzeń za okres 3 miesięcy od daty wydanie przez sąd postanowienia, a dodatkowo również w okresie do 4 miesięcy po tym terminie.

Dług można rozłożyć na raty

Ustawa nakłada również obowiązki na pracodawcę. W ciągu miesiąca od daty wystąpienia roszczenia musi on (albo zarządca czy syndyk firmy) złożyć u marszałka województwa wykaz niezaspokojonych roszczeń pracowniczych, które powstały przed datą niewypłacalności firmy. Określa w nim osoby uprawnione do nich, wysokość ich roszczeń oraz z jakiego tytułu one powstały.

W ten sposób przedsiębiorstwo, które jest w trakcie restrukturyzacji lub upadłości, staje się dłużnikiem FGŚP i może wystąpić do niego za pośrednictwem marszałka województwa w sprawie określenia warunków zwrotu tych należności, rozłożenia ich na raty, odroczenia terminu spłaty lub umorzenia ich w całości lub części.

 

Źródło: PMR Restrukturyzacje S.A.

Koniec laby na drogach. Kierowcy w największych miastach znów muszą odstać swoje w korkach. Pokonanie ulic w godzinach szczytu może zajmować nawet 60% czasu więcej niż zwykle. Dlaczego wrzesień przynosi takie zmiany, bo to tzw. „korkowy efekt motyla”.

Po wakacyjnym rozluźnieniu na drogach następuje tzw. „korkowy efekt motyla”. Polega on na tym, że nawet niewielkie zwiększenie liczby samochodów powyżej standardowej wielkości owocuje zmniejszeniem prędkości jazdy. Jako że przepustowość ulic zależy od natężenia ruchu, po przekroczeniu pewnego progu zaczyna dramatycznie spadać. Dzieje się tak również z powodu wzrostu liczby sytuacji drogowych powodujących utrudnienia (wymuszone zwolnienia na skrzyżowaniach, „zapchane” lewoskręty itp.). Oczywiście, po kilku dniach sytuacja się normuje. Kolejny taki efekt zobaczymy np. w październiku, gdy na uczelnie wrócą studenci.

Jak korkują się miasta?

Jak wynika z analiz NaviExpert, każde z polskich miast ma swoją specyfikę. „Najrówniejsze” wyniki prezentował Kraków. Zarówno w szczycie porannym, jak i popołudniowym, kierowcy podróżujący na początku września po centrum spędzali w swoich autach średnio o jedną czwartą czasu więcej niż podczas podróży w tych rejonach w drugiej połowie sierpnia. Co to znaczy? Jeśli standardowo, w sierpniu przykładową trasę pokonywali w 30 minut, we wrześniu musieli na nią przeznaczyć prawie 8 minut więcej. Pamiętajmy jednak, że to tylko średnia z wielu tras. Były i takie odcinki, na których czasy przejazdu wydłużyły się nawet o połowę!

Wrocław i Poznań – poranne ptaszki

Ciekawie sytuacja wyglądała także w Poznaniu. Z większymi niż zwykle korkami podróżujący po centrum kierowcy musieli się liczyć głównie rano. Średnie czasy przejazdów na analizowanych trasach wydłużyły się rok temu o blisko 20%. Lepiej było w szczycie popołudniowym. Między godzinami 15 a 18, kierowcy spędzali w swoich autach średnio 7% więcej czasu niż zwykle. Oczywiście i w tym przypadku były trasy, które tę średnią znacznie przekraczały – nawet ponad 8-krotnie.

Podobną do poznańskiej specyfiki miał Wrocław. Także i tu większą różnicę zauważyli kierowcy podróżujący rano (15% wzrost czasów przejazdów), niż popołudniami (7%). W przypadku Wrocławia jednak odchylenia od średniej na najbardziej zakorkowanych odcinkach dróg nie były tak spektakularne, jak w przypadku Poznania, i w szczycie porannym dochodziły do 30%, a popołudniowym do 17%.

Warszawa i popołudniowy horror na drogach

O ile zeszłoroczne, poranne podróże stołecznych kierowców po centrum nie wiązały się ze zbytnim wydłużeniem czasów przejazdów (średni wzrost o 6%), tak już po południu zmiana ta była bardzo wyraźna i oznaczała konieczność spędzania w aucie średnio prawie 1/3 czasu więcej niż zwykle. Na najbardziej zakorkowanych warszawskich trasach czasy przejazdu wydłużyły się natomiast nawet o 60% względem wartości z dwóch ostatnich tygodni sierpnia.

Wypowiedź: Katarzyna Przybylska, firma NaviExpert.

Z szacunków AllClear ID wynika, że europejskie banki mogą zapłacić nawet 4,7 miliarda euro kar
w ciągu pierwszych trzech lat od momentu obowiązywania nowej unijnej regulacji o ochronie danych (GDPR), czyli od maja 2018 r., jeżeli nie zastosują się do wprowadzonych zmian. W ciągu minionej dekady tylko największe europejskie banki padły ofiarą ataków co najmniej 27 razy, z czego niektóre więcej niż jednokrotnie. Z raportu Capgemini wynika, że naruszenia bezpieczeństwa dotyczą nawet 1 na 4 instytucje z sektora finansowego. Jednocześnie, tylko co drugi bank lub ubezpieczyciel posiada dziś adekwatną politykę bezpieczeństwa.

Jak pokazują badania, ataki, których celem są przechowywane przez instytucje finansowe dane osób fizycznych, stanowią realne zagrożenie biznesowe. Jeden na czterech przedstawicieli banków i firm ubezpieczeniowych, który brał udział w tegorocznym badaniu Capgemini przyznał, że jego instytucja padła ofiarą ataku hakerskiego.  Z kolei firma AllClear ID przeanalizowała średnią częstotliwość takich incydentów. Na jej podstawie obliczyła, że z momentem obowiązywania nowych przepisów, europejskie banki mogą się liczyć z koniecznością zapłacenia nawet 4,7 mld euro kar, jeśli nie spełnią wymogów stawianych przez nowe prawo.

Ważnym wyzwaniem jest nowy obowiązek poinformowania o naruszeniu bezpieczeństwa danych w ciągu 72 godzin od incydentu. Sankcjom podlega także m.in. użycie danych do innych celów niż te, na które użytkownik wyraził zgodę w momencie ich gromadzenia. Bowiem wedle nowego prawa, zakres wykorzystania danych zbieranych od użytkownika powinien zostać szczegółowo określony – instytucja finansowa, która pobiera dane od osoby wnioskującej o kredyt, nie może ich użyć do innych działań, np. do oceny wiarygodności klienta w innym obszarze. Ograniczeniom może podlegać także profilowanie i segmentowanie klientów i usług pod kątem wybranych danych, na wykorzystanie których nie została udzielona osobna zgoda.

Najpierw zmiana podejścia, potem inwestycje

Nowe regulacje w zakresie bezpieczeństwa danych osobowych wprowadzają na tyle rozległe zmiany, że instytucje finansowe obawiają się o nakłady finansowe potrzebne do ich wdrożenia.

Zanim instytucja zdecyduje się na inwestycje w konkretny produkt związany z nową infrastrukturą zarządzania danymi, powinna zacząć od zmiany swojego dotychczasowego podejścia do prowadzenia biznesu, w szczególności obrotu danymi osób fizycznych. Pierwszym krokiem powinien być audyt tego, w jaki sposób pozyskiwane i przechowywane są dane, do czego są później wykorzystywane, a także, jak zminimalizować ilość przetwarzanych informacji. Inwestycje w narzędzia IT, które pozwolą spełnić wymogi stawiane przez regulację, to dopiero kolejny etap przygotowań – komentuje Marek Najmajer, ekspert Linux Polska.

W świetle dotychczasowych przepisów instytucjom finansowym wystarczała ogólna zgoda na wykorzystanie danych osobowych pobieranych od klientów. Administrator tych danych pozostawał prawnie chroniony, jeśli wdrożył ogólne zasady bezpieczeństwa. Nowe regulacje oznaczają, że wiele systemów IT stosowanych w bankach i instytucjach od wielu lat i działających bez zarzutu, teraz przestanie spełniać swoje funkcje. Nawet dla dużego i dobrze prosperującego przedsiębiorstwa, kompletna zmiana dotychczas używanej infrastruktury IT i wymiana oprogramowania dbającego o bezpieczeństwo baz danych osobowych, byłaby niezmiernie kosztowna. Eksperci sugerują podejście minimalizujące koszty zmian w systemach, zapewniające szybkie korzyści ze wdrożenia. Takie rozwiązanie  polega na ograniczeniu zmian w istniejących już, trudnych do modyfikacji, aplikacjach i otoczeniu ich rozwiązaniami czuwającymi nad przepływem danych.

Zmiany regulacyjne wymagają uzupełnienia infrastruktury IT, która pozwoli na śledzenie nieupoważnionych prób pozyskania danych osobowych i rejestrację takich działań. Te systemy powinny z kolei współpracować
z rozwiązaniami takimi jak platformy SIEM (Security Information and Event Management), które służą do zaawansowanej analityki zdarzeń i powinny zostać poszerzone o analizę zachowań użytkownika. Takie rozwiązanie pozwala z jednej strony na ochronę przed incydentami złamania bezpieczeństwa, z drugiej dostarcza dodatkowych informacji o wszystkich udostępnieniach, odczytach, zapisach, przekazaniach danych. Pozwala też na zweryfikowanie, czy na każde z tych udostępnień, została udzielona zgoda właściciela danych. Dodatkowo umożliwia sprawdzenie, czy dane nie zostały nielegalnie pobrane
– wyjaśnia Marek Najmajer, Linux Polska.

Zdążyć na czas

Jednym z ważniejszych wyzwań związanych z przystosowaniem się przez instytucje finansowe do wprowadzenia GDPR jest krótki czas pozostały do momentu, kiedy zaczną obowiązywać regulacje (maj 2018), przy jednoczesnych wątpliwościach związanych z interpretacją przepisów.

Firmy, które do tego momentu nie rozpoczęły jakichkolwiek działań, już są spóźnione. Jeżeli chodzi o czekające je kary, jeszcze nie ma wykładni prawnej, więc nie ma pewności, jak będzie wyglądało w praktyce egzekwowanie nowego prawa. Dopiero pierwszy wyrok skazujący będzie wskazówką dla sądów, jak rozpatrywać takie sprawy. Wydaje się, że pomóc w uniknięciu lub ograniczeniu kar tym firmom, które jeszcze nie zaczęły przygotowań do wdrożenia nowych regulacji może rzetelna ocena ryzyka i analiza tych aplikacji i oprogramowania, którym dysponują obecnie oraz realny i wdrażany plan działań zmierzających do ograniczenia tego ryzyka – dodaje Marek Najmajer, Linux Polska.

 

 

Wypowiedź: Marek Najmajer, Linux Polska

Podstawą transakcji jest umowa kupna-sprzedaży samochodu, która stanowi potwierdzenie, że auto zmieniło właściciela. W prawidłowo skonstruowanym dokumencie powinny znajdować się przede wszystkim takie informacje jak: data zawarcia umowy, cena, pełne dane sprzedającego i kupującego, szczegółowe informacje dotyczące pojazdu, oświadczenie o jego stanie prawnym, potwierdzenie kupującego, że zapoznał się ze stanem technicznym auta, pokwitowanie jego odbioru, określenie kto ponosi koszty związane z transakcją, liczba egzemplarzy umowy, podpisy obu stron oraz zapis, że w sprawach nieuregulowanych umową stosuje się przepisy kodeksu cywilnego.

Część informacji zawartych w tak skonstruowanej umowie jest bardzo ważna z ubezpieczeniowego punktu widzenia.

Nowy właściciel może korzystać z OC poprzednika

Należy pamiętać, że zgodnie z ustawą o ubezpieczeniach obowiązkowych[*] po zakupie używanego samochodu prawa i obowiązki wynikające z polisy OC poprzednika „przechodzą” na nowego właściciela.

W tym kontekście bardzo istotna jest data sprzedaży, określająca, od którego momentu nabywca odpowiada za szkody wyrządzone autem i kto powinien uregulować pozostałą ewentualnie do zapłaty część składki. Co ważne, sprzedający samochód musi na piśmie poinformować ubezpieczyciela o zmianie właściciela w ciągu maksymalnie 14 dni od zawarcia umowy, dzięki czemu OC nie zostanie wznowione na jego dane po zakończeniu okresu ochrony – tłumaczy Damian Andruszkiewicz, dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Komunikacyjnych Klienta Indywidualnego w Compensa TU S.A. Vienna Insurance Group.

Po zmianie właściciela ubezpieczyciel może dokonać ponownej kalkulacji składki, wykorzystując m.in. informacje o historii polis OC nabywcy. Nowy właściciel samochodu może korzystać z polisy OC otrzymanej wraz z pojazdem do końca jej okresu ubezpieczenia. Zakupu kolejnej polisy OC dokonuje już samodzielnie. W tej sytuacji nie może liczyć, że ubezpieczenie OC zostanie zawarte „automatycznie” (czyli przy braku aktywności z Jego strony). Wielu kierowców nie zdaje sobie sprawy z istnienia tej reguły, a w konsekwencji nieświadomie zostaje bez polisy OC i naraża się na karę za brak ubezpieczenia ze strony Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego (UFG). Według zeszłorocznych szacunków UFG ponad 30% łapanych nieubezpieczonych to właściciele, którzy nie zakupili kolejnej polisy OC po zakupie samochodu.

Należy też pamiętać, że po zakupie pojazdu można zrezygnować z OC poprzedniego właściciela, który otrzyma w takiej sytuacji zwrot składki za niewykorzystany okres ubezpieczenia. Ochrona przestaje obowiązywać w momencie złożenia wypowiedzenia umowy. W takiej sytuacji, aby zachować ciągłość ubezpieczenia OC, najlepiej w tym samym momencie zakupić nową polisę OC z datą początku ochrony od dnia następnego po dniu złożenia wypowiedzenia. Najlepiej jednak mieć już zawczasu kupioną inną polisę, bo to na pewno pozwoli uniknąć kary – dodaje Damian Andruszkiewicz z Compensy.

AC bez kontynuacji po zakupie auta

Zdecydowanie inne są formalności w przypadku autocasco (AC), które jest ubezpieczeniem dobrowolnym. Tym samym nie dotyczą go przepisy wspomnianej ustawy, a każdy ubezpieczyciel samodzielnie określa warunki dla oferowanego AC. Co z tego wynika? Zazwyczaj odpowiedzialność zakładu ubezpieczeń kończy się wtedy, gdy klient traci prawo własności pojazdu, np. sprzeda go czy przekaże w formie darowizny. Niektóre zakłady ubezpieczeń dopuszczają przeniesienie umowy AC na nowego właściciela, jednak tego typu rozwiązanie nie jest regułą. Oznacza to, że w większości przypadków nowy właściciel pojazdu dokonuje zakupu AC na własną rękę. Takie same zasady, jak w przypadku AC, dotyczą innych ubezpieczeń dobrowolnych związanych z posiadaniem pojazdu, jak np. NNW czy ASSISTANCE.

 

Źródło: Compensa TU S.A. Vienna Insurance Group.

[*] Pełna nazwa ustawy: Ustawa o ubezpieczeniach obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych.

Upatrzona w niemieckim sklepie konsola do gier, która miał być prezentem urodzinowym, nie dotarła na czas. Perfumy z Francji nie przypominają z wyglądu tych wystawionych na stronie. A w sprowadzonym z Włoch rowerze szwankują przerzutki. Jak powinien zareagować klient z Polski, gdy internetowe zakupy w jednym z państw UE skończyły się fiaskiem?

Większy wybór towarów, szybszy dostęp do nowości, modele nieosiągalne w Polsce, przekonanie o wyższej jakości produktów, czasami także niższe ceny – chociaż różnią się motywy kupujących, to układają się w zbieżny trend: coraz więcej Polaków korzysta z usług zagranicznych sklepów internetowych. Nie zniechęca nas wyższy koszt przesyłki ani dłuższy okres oczekiwania na realizację zamówienia. Z raportu pt. “E-commerce in Europe” wynika, że w ub.r. na całym Starym Kontynencie liczba amatorów e-zakupów poza granicami kraju najdynamiczniej zwiększyła się (r/r) właśnie w Polsce.

Wolne od cła

Kupując przez internet, w teorii nie trzeba zwracać uwagi na granice. Jednak w praktyce sytuacja wygląda inaczej. E-zakupy w unijnych państwach są o tyle przejrzyste, że tu w ogóle nie występuje kwestia opłat celnych. Tymczasem okazyjne oferty z azjatyckich lub amerykańskich sklepów mogą dotrzeć do Polski już w nieco mniej atrakcyjnych cenach. I nie chodzi tu o droższy transport, tylko o cło.

W ogóle nie trzeba się tym przejmować, o ile wartość towaru nie przekracza 22 euro. Wówczas przesyłki nie podlegają dodatkowym opłatom. Przy droższej zawartości paczki sprawa robi się bardziej skomplikowana. Rolę odgrywa nie tylko cena zamówionych przedmiotów, lecz także ich przeznaczenie. Np. smartfony, konsole do gier i aparaty fotograficzne obejmuje zerowa stawka cła. To nie koniec zasad. Przesyłki warte mniej niż 150 euro nie podlegają ocleniu, lecz mogą zostać objęte 23-procentowym VAT-em. Kiedy zaś wartość nie przekracza 45 euro, można także uniknąć opodatkowania.

Maksymalnie 30 dni

Sprzedawcy w każdym z unijnych krajów zobowiązują się do zachowania 30-dniowego terminu na wywiązanie się z zamówienia. W takim limicie czasowym paczka powinna dotrzeć do klienta. Wyjątek od tej reguły następuje tylko po indywidualnym ustaleniu z klientem, że doręczenie wybranego towaru potrwa dłużej.

Co jeśli handlowiec nie dotrzyma słowa? Wówczas zamawiającemu przysługuje prawo do odstąpienia od umowy. Tzn. może nie przyjmować zamówionego produktu, żądając zwrotu przelanych pieniędzy. Podobny przywilej przysługuje każdemu, kto zostałby zaskoczony finalną kwotą transakcji. Prawo zobowiązuje bowiem sprzedających, by klarownie informowali o cenach artykułów i kosztach dostawy. Kupujący, o ile wyrażą taką wolę, akceptują wszelkie ew. dodatkowe opłaty (np. za ekspresową wysyłkę lub dodatkowe opakowanie), zanim odbiorą towar. Jeśli tego nie zrobią, powinni domagać się zwrotu pieniędzy za tzw. ukryte składowe części kosztów zamówienia.

Kto zapłaci za zwrot?

Klient musi się liczyć z drobnymi konsekwencjami, jeśli nie odbierze zamówionego towaru, który dotarł w określonym terminie. Firma handlowa najprawdopodobniej obciąży kupującego stawką za przesyłkę zwrotną.

Jednak każdą zakupioną przez internet rzecz na terenie UE można odesłać do sprzedawcy bez zagłębiania się w przyczyny, tyle że wtedy kupujący także na ogół bierze na siebie koszt wysyłki zwrotnej. “Na ogół” – ponieważ czasami oferty handlowe zawierają opcje darmowego odesłania towaru. Taki zapis staje się oczywiście wiążący, a przy tym bardzo korzystny dla klienta.

Wymagana zgodność koloru, modelu, wyglądu

Nie tylko cena, lecz także opis, jakość wykonania, rodzaj użytych materiałów, kolor, wygląd, rozmiar, ew. typ, model, parametry techniczne itp. – po prostu wszelkie podane na stronie internetowej informacje zobowiązują sprzedawców, aby wysłali klientom produkty tożsame z charakterystyką zawartą w ofercie. Kiedy zaś dojdzie do pomyłki sprzedawcy, klientowi przysługuje tytuł, by żądać wymiany lub naprawy zamówionego towaru. Sprzedający nie tylko musi dostarczyć to, co zaoferował, lecz także odpowiada za ew. wadliwość produktów aż do chwili, w której doręczy zamówienie. Jeżeli wymiana lub naprawa – z różnych przyczyn – nie wchodzi w grę, wówczas nabywcy przysługuje zwrot pieniędzy.

Gdyby do uszkodzenia towaru doszło w transporcie, konsekwencje znów spadają na handlowca, jednak nie w każdym wypadku. Wyjątek może stanowić sytuacja, w której klient zdecydował się na usługi innego przewoźnika niż zalecanego w ofercie. Roszczenia za zniszczenia w trakcie dostawy kupujący musi wtedy kierować do wybranej przez siebie firmy.

Liderzy rynku

Europejczykom trudno równać się z azjatyckimi i amerykańskimi gigantami pokroju: alibaba.com, aliexpress.com czy amazon.com. Tym niemniej każdy rynek ma swoich liderów i potentatów. Na Starym Kontynencie mnóstwo klientów korzysta z usług amazon.co.uk, amazon.de, eBay.co.uk, eBay.de – czyli brytyjskich i niemieckich kuzynów wywodzących się z USA kolosów. Należy przy tym odróżnić sklepy od serwisów aukcyjnych, a na tych drugich można napotkać zarówno oferty sklepów, jak i aukcje np. używanych rzeczy od ich prywatnych właścicieli. Ludzi, którzy nie prowadzą działalności gospodarczej i sprzedają swoje używane np. ubrania, telefony czy rowery też obowiązuje odpowiedzialność za jakość towaru i dostarczanie produktów zgodnych z opisem, bez ukrytych wad. Sytuacja kupującego zmienia się jednak o tyle, że traci prawo do bezpodstawnego zwrotu zakupionej rzeczy.

Daleko za Brytyjczykami, ale grubo przed Rumunią i Bułgarią

Czy Polacy robią zakupy w sieci? – Można zażartować, że w naszym kraju taka forma nabywania towarów jest w niemal w połowie powszechna – odpowiada Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl. – Wg Eurostatu w ub.r. 42 proc. naszych rodaków zdecydowało się na jakikolwiek e-zakup – dodaje analityk Cinkciarz.pl. – To ponad dwa razy więcej niż w 2008 r., kiedy ten odsetek wynosił 18 proc.

W Unii Europejskiej nie należymy jednak do liderów internetowego kupowania, dla równowagi nie ma nas także wśród autsajderów. – Według tych samych statystyk, jesteśmy poniżej unijnej średniej, która wynosi 55 proc. Największy odsetek kupujących przez internet jest w Wielkiej Brytanii, w 2016 r. wynosił on 83 proc., czyli prawie dwa razy więcej niż w Polsce. Nieco mniejszy odsetek zanotowano w Danii – 82 proc., Luksemburgu czy Norwegii – po 78 proc. – wymienia analityk rynkowy Cinkciarz.pl. – Na drugim biegunie z kolei znajdowała się Rumunia z 12 proc. ludności, która dokonała zakupu przez internet w 2016 r. To dokładnie taki sam odsetek, jaki odnotowano w Polsce, ale w 2006 r. W ub.r. tylko nieco lepiej pod tym względem wyglądała w UE Bułgaria, która charakteryzowała się 15-procentowym odsetkiem kupujących przez internet – dodaje Bartosz Grejner z Cinkciarz.pl.

 

 

Źródło: Cinkciarz.pl

Zatrudnimy informatyka nie ruszając się z domu. Będzie on dla nas pracował zdalnie, z dowolnego miejsca na świecie. Podpisanie umowy oraz wystawienie faktury za usługę jest teraz prostsze niż kiedykolwiek – wszystko dzieje się w chmurze.

Firmy  zmagają się ze znalezieniem deweloperów, których na rynku nieustannie brakuje. Szczególnie do projektów, które trwają od kilku tygodni do kilkunastu miesięcy. Jest na to sposób. Wystarczy wykupić dostęp do chmury, która działa w systemie Saa S (oprogramowanie jako usługa) i wybrać odpowiadającego nam programistę.

Oprócz specjalistów wysokiej klasy, znajdziemy w niej również początkujących deweloperów. Zaletą tego rozwiązania jest koszt wykonanej pracy. Poprzez nieumiejętne zdefiniowanie poziomu wymaganych kompetencji specjalisty IT na potrzeby projektu, firmy ponoszą większe koszty. Zdarza się, że do mniej skomplikowanych zadań, firmy szukają specjalistów z wieloletnim doświadczeniem.  Okazuje się, że nie zawsze zatrudnienie  informatyka z wieloletnią praktyką jest najlepszą decyzją. Dlaczego? Ponieważ, często wykwalifikowany informatyk, który dostaje mniej wymagające zlecenie – nie rozwija się i jest mniej zadowolony z pracy jaką wykonuje. Na tak trudnym rynku pracownika kluczowe jest dobranie kompetencji specjalisty do wymagań projektu. Pozwala to na optymalizację kosztową.

– System pracy na odległość jest sporym ułatwieniem dla obu stron, ponieważ zleceniodawca nie potrzebuje organizować kolejnego miejsca pracy. W chmurze rozlicza faktury, przyjmuje wnioski urlopowe oraz może umawiać się z członkami zespołu na spotkania.  – mówi Michał Gierczak, CEO Connectis.

W przyszłości chmury będą udoskonalone o algorytmy sztucznej inteligencji, dzięki czemu będzie możliwy jeszcze trafniejszy wybór dewelopera do danego projektu. Nad takim obecnie pracuje Connectis udoskonalając C_cloud wraz z naukowcami z Politechniki Warszawskiej. Platforma zostanie ulepszona o programy takie jak: machine learning, web mining i web harvesting. Co to oznacza? Machine learning to system, dzięki któremu wyszukiwarka uczy się preferencji wyboru podczas selekcji kandydatów. System zapamięta propozycje, które odpowiadały pracodawcy i zacznie sugerować podobne osoby. Web mining na bieżąco będzie aktualizował doświadczenie oraz osiągnięcia, których informatyk nie zawarł w CV. Natomiast web harvesting zbierze informacje o kandydatach z forów internetowych i portali. Pod warunkiem tego, że specjalista wpisze w systemie pod jakim nickiem wypowiada się na stronach internetowych

– W przyszłości platforma zwiększy wykrywalność niespójnych lub nieprawdziwych danych o ok. 90%. Będzie to bardzo dużym ułatwieniem, dla każdego przyszłego pracodawcy. System automatycznie sprawdzi prawdziwość wszystkich danych zawartych w CV  – dodaje Michał Gierczak, CEO Connectis.

Pracowników możemy znaleźć w chmurze oraz przez chmurę kontrolować. Nie oznacza to jednak, że specjaliści mają głowę w chmurach – wręcz przeciwnie. Projekt zrealizowane poprzez chmurę są dobrze zorganizowane, kontrolowane a przede wszystkim zoptymalizowane kosztownie.

Źródło: Come Creations Group

Zniechęcenie Polaków do lokat nie ustaje. W lipcu wypłacili z nich 1,6 mld zł, a od lutego 2016 r. łącznie już 25,6 mld zł. Co prawda, część tych pieniędzy pozostała w bankach np. na nieoprocentowanych rachunkach. Z wyliczeń Expandera wynika jednak, że w ostatnich latach coraz chętniej trzymamy oszczędności w gotówce. Przyczyną tego zjawiska jest oczywiście niskie oprocentowanie lokat, które w dużych bankach nierzadko wynosi zaledwie 0,5%.

Mamy coraz mniej pieniędzy na lokatach. Rosną natomiast kwoty zgromadzone na rachunkach bankowych i wartość gotówki. Tej ostatniej przybywa najszybciej. W lipcu poza kasami banków było aż 190 mld zł. Dla porównania, suma pieniędzy zgromadzonych przez gospodarstwa domowe i firmy na kontach i lokatach wynosiła 851 mld zł. Udział gotówki w łącznym portfelu sięgał więc 18%. Jeszcze niedawno, bo w 2013 r. było to 15%. Powoli zmierzamy natomiast w kierunku 20%, które po raz ostatni obserwowaliśmy 9 lat temu.

Gotówka w stosunku do depozytów gospodarstw domowych i firm

Gotówka zyskuje na znaczeniu m. in.  ze względu na bardzo niskie oprocentowanie lokat. Sprawdziliśmy oferty depozytów bez gwiazdek na okres 3 miesięcy w pięciu największych bankach, które mają łącznie aż 25,7 mln klientów indywidualnych. Okazało się, że najczęściej oferowana jest obecnie stawka 0,5%. To oznacza, że wpłacając 5000 zł na 3 miesiące otrzymujemy jedynie 5 zł odsetek. Nie powinno więc dziwić, że Polakom lokaty wydają się zbędne.

Oprocentowanie lokat 3-miesięcznych w 5 największych bankach

Należy jednak zaznaczyć, że trzymając pieniądze w gotówce czy na nieoprocentowanym rachunku tak naprawdę ponosimy straty. Oszczędności w takiej sytuacji tracą na wartości ze względu na inflację, która według prognoz ma wynosić ok. 2%. To oznacza, że aby choćby utrzymać realną wartość oszczędności trzeba znaleźć produkt z oprocentowaniem nie niższym niż 2,47% (więcej niż wspomniane 2% ze względu na podatek).

Nie jest to oczywiście proste, ale można znaleźć oferty lokat dające nawet 3% – 4% w skali roku. To jednak zwykle promocje kierowane przede wszystkim do nowych klientów. Często warunkiem koniecznym do założenia lokaty jest wymóg otwarcia konta. Uzyskanie wyższego oprocentowania wymaga więc nieco zachodu. Trzymając się wyłącznie jednego banku trzeba się pogodzić z bardzo niskimi stawkami.

 

Źródło: Expander

Eksperci

Gontarek: Pracodawcy intensywnie poszukują pracowników

Stopa bezrobocia w sierpniu br. wyniosła 7 proc., wobec 7,1 proc. w lipcu br. - podał GUS. Dobre dan...

Bugaj: Czekając na powrót inflacji

Tegoroczny wrzesień jak na razie zapisuje się w giełdowej historii bardzo spokojnie. Na rynkach utrz...

Rozbicki: Czy polska gospodarka łapie zadyszkę?

Wbrew zapowiedziom agencja Moody’s we wrześniu nie opublikowała aktualizacji ratingu kredytowego dla...

Przasnyski: W inwestycjach lokalne przejaśnienia

Oczekiwane od dawna ożywienie inwestycji wciąż nie nabiera zadowalającego tempa, a sygnały są nadal ...

Lipka: “Opioidowa epidemia” dusi rynek pracy w USA

Mimo silnego popytu na pracę aktywność zawodowa Amerykanów jest niezwykle niska. W niektórych grupac...

WIADOMOŚCI

CETA dobra dla polskich firm

Wczoraj weszła w życie unijno-kanadyjska umowa o wolnym handlu CETA. Negocjacje trwały ponad siedem ...

Polacy oczekują cyfrowego urzędu

Czterech na pięciu interesantów, by skorzystać z usług administracji publicznej, musi udać się do ur...

Pracodawcy niezadowoleni z budżetu Funduszu Pracy

Nie można zaakceptować archaicznej, niedostosowanej do wyzwań rynku pracy, formuły wykorzystania śro...

Pytania dotyczące kredytu studenckiego

Tylko do 20 października studenci, doktoranci, a także osoby ubiegające się o przyjęcie na studia mo...

Pracodawcy chcą przekazywać dane elektronicznie, ale mają własne propozycje

Najlepszym rozwiązaniem byłoby przejście do systemu elektronicznego przekazywania danych do Urzędu K...