wtorek, Październik 24, 2017
Home Archiwa 2017 Wrzesień

Miesięczne archiwaWrzesień 2017

Polscy przedsiębiorcy jako jedyni w Europie pozytywnie oceniają szansę na poprawę swojej sytuacji gospodarczej w najbliższym czasie – wynika z badania Global Business Monitor opracowanego na zlecenie firmy faktoringowej Bibby Financial Services. Ponad połowa (55%) z nich uważa, że ​​rodzimy rynek pozostanie w dobrej kondycji. W ubiegłym roku optymizm wykazywało 47% badanych. Aż 45% ankietowanych sądzi, iż w ciągu najbliższych 12 miesięcy kondycja kraju nie zmieni się.

Z wyników Global Business Monitora wynika, że polscy przedsiębiorcy z sektora MŚP są zaniepokojeni stanem globalnej gospodarki i wykazują mniejszy optymizm w jej ocenie niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, obecnie jedynie jedna trzecia badanych uważa, że funkcjonuje ona poprawnie.

Wskaźnik aktywności gospodarczej w sektorze produkcyjnym Polski (PMI) wzrósł w sierpniu do 52,5 (z 52,3 w lipcu). Odnotowano wzrost produkcji i nowych zamówień oraz poprawę nastrojów biznesowych, które osiągnęły najwyższy poziom w ciągu czterech miesięcy.

Bank Światowy przewiduje, że w perspektywie dwóch najbliższych lat poprawa sytuacji na polskim rynku utrzyma się na stałym poziomie 3,2% w skali roku. Głównymi czynnikami przyspieszenia gospodarczego w bieżącym roku są nowe inwestycje w kraju oraz wsparcie Unii Europejskiej. Przez zwyżkę spożycia indywidualnego, z uwagi na stabilną sytuację panującą na rynku pracy odnotowano wzrost dynamiki rynkowej odnotowano również komentuje Jerzy Dąbrowski Dyrektor Generalny Bibby Financial Services specjalizującej się w faktoringu.

Produkcja mebli wciąż ma znaczący wpływ na dynamiczny rozwój gospodarki. Warto zwrócić uwagę, że w lipcu obrót z eksportu wyniósł 14,4 mld euro, czyli ponad 2 mld euro mniej niż w poprzednim miesiącu. W ostatnim czasie eksport wzrósł na wszystkich rynkach, z wyjątkiem Polski i Irlandii. Odnotowano również zmniejszenie obrotów w imporcie o ponad 1 mld euro w porównaniu do poprzedniego miesiąca.

Za poprawę koniunktury gospodarczej w ciągu ostatnich 12 miesięcy odpowiadają również produkcja, budownictwo i usługi. W omawianym okresie nastąpiło zwolnienie dynamizmu rozwoju w handlu i transporcie. W Polsce zauważalna jest również zwyżka wskaźnika CPI, który określa zakres cen towarów i usług konsumpcyjnych, w sierpniu 2017 r. wyniósł 1,8%. Odnotowano wzrost cen mieszkań i transportu.

Ponad połowa badanych (52%) twierdzi, że wzrosła sprzedaż, w porównaniu z ubiegłym rokiem, liczba respondentów podzielających to zdanie podniosła się o 11%. Optymizm Polaków jest odczuwalny również w ocenie sprzedaży, która przekracza średnią z badania Global Business Monitor wynoszącą 49%. Zaledwie jeden na pięciu badanych w Polsce uważa, że sprzedaż spadła.

Należy pamiętać, że wpływ na koniunkturę gospodarczą Polski, podobnie jak w innych krajach europejskich ma szereg czynników zewnętrznych w tym Brexit i zmiany w strefie euro. Przedsiębiorcy specjalizujący się w eksporcie obawiają się zmian w przepisach prawnych, w tym w prawie podatkowym, które mogłyby utrudnić ich pracę w najbliższych miesiącach a nawet latach. Te same zmiany mogą negatywnie wpłynąć na gospodarkę, zmniejszając poziom inwestycji, a tym samym rzutuje na zmniejszenie dynamiki wzrostu dodaje Jerzy Dąbrowski Dyrektor Generalny Bibby Financial Services.

Prawie połowa badanych (47%) przewiduje, że w nadchodzącym roku ich sprzedaż wzrośnie. Jednak szacuje się, ze rozwój tego typu transakcji w Polsce nie przekroczy średniej wynoszącej 55% wyliczonej na podstawie analizy wyników Global Business Monitor z jedenastu państw biorących udział w badaniu.

 

Źródło: Bibby Financial Services

Jesteśmy świadkami rekordowego roku dla polskiego rynku nieruchomości. W 2017 roku oddano już 108 tysięcy mieszkań i zapowiada się, że ta liczba będzie dalej rosnąć. Duża podaż mieszkań powoduje, że kupujący mogą przebierać w ofertach i stają się coraz bardziej wymagający. Na co zwracają szczególną uwagę podczas poszukiwań swojego wymarzonego „M” ?

Coraz większa liczba oddawanych mieszkań (niemal 10 proc. dynamika w porównaniu do roku 2016) powoduje, że obecnie na rynku nieruchomości spotykamy się z rynkiem klienta. W tej sytuacji zarówno deweloperzy, jak i biura nieruchomości muszą dostosowywać swoją ofertę do obecnych wymagań klientów i trendów rynkowych. – Rynek jest w fazie rozkwitu i mamy prawdziwy boom na mieszkania. Jednakże zauważalne jest też to, że kupujący są coraz bardziej wymagający i najczęściej szukają mieszkania mając już skomponowaną własną listę oczekiwań, zarówno wobec samego lokalu, jak i jego otoczenia – mówi Agata Stradomska, ekspert RE/MAX Polska, części globalnej sieci nieruchomości RE/MAX. – Obecnie największą przewagę osiągają ci sprzedawcy, którzy najlepiej dostosują ofertę do swoich potencjalnych klientów – dodaje Stradomska.

Kupujący stawiają przede wszystkim na jakość i wygodę. W końcu mieszkanie to inwestycja na długie lata i większość kupujących spędzi tam znaczny okres swojego życia. Obecnie najpopularniejsze oczekiwania Polaków to:

  1. Lokalizacja

Niezmiennie w czołówce oczekiwań klientów znajduje się lokalizacja. To właśnie ten czynnik jest jednym z kluczowych podczas wyboru mieszkania i to nie zmienia się od lat. Warto zauważyć, że jest on równie ważny zarówno dla osób kupujących lokal w celach mieszkalnych, jak i inwestycyjnych.

W każdym mieście są lepsze, droższe, i tańsze dzielnice. W ostatnim czasie zauważyliśmy, że większość osób woli zapłacić więcej pieniędzy za korzystniej położone mieszkanie. Taka inwestycja zazwyczaj gwarantuje zarówno atrakcyjniejsze połączenie komunikacyjne, jak i lepszą infrastrukturę, m.in. szkoła, basen, sklep, czy park – mówi Agata Stradomska z RE/MAX Polska. – Dobra lokalizacja to jednak przede wszystkim krótszy czas codziennego dojazdu do pracy, który, szczególnie w dużych miastach, może przekraczać nawet 3 godziny. Stąd też dobre umiejscowienie domu to oszczędność czasu, który można przeznaczyć na rodzinę, rozrywkę, hobby czy po prostu na wypoczynek – dodaje Stradomska.

  1. Miejsce parkingowe

Coraz większa liczba samochodów na polskich drogach powoduje, że – szczególnie w miastach – ciężko znaleźć wolne miejsce parkingowe zarówno w centrum, jak i na osiedlach mieszkalnych. Stąd też deweloperzy oprócz budowy mieszkań muszą skupić się na budowie garaży oraz miejsc parkingowych dla swoich potencjalnych klientów. – Obecnie coraz więcej osób kupuje mieszkanie już nie z jednym, a z dwoma miejscami postojowymi. Wszystko przez to, że w rodzinie najczęściej występuje model z dwoma autami. O ile problem z miejscami parkingowymi jest do rozwiązania na rynku pierwotnym, to na rynku wtórnym jest dużą przeszkodą dla sprzedawców – mówi Stradomska.

  1. Bezpieczeństwo

Ważnym aspektem dla kupujących mieszkania jest bezpieczeństwo. Zamknięte osiedle, ochrona oraz pełen monitoring to wymagania, które coraz częściej są stawiane sprzedającym mieszkania. Deweloperzy starają się spełniać te oczekiwania już w fazie projektowania, a kroku dotrzymują im wspólnoty mieszkaniowe oddanych już budynków. Wiele wspólnot mieszkaniowych, jeśli mają takie możliwości zamykają osiedla i wprowadzają monitoring.

  1. Wygoda

Sprzedawcy prześcigają się w udogodnieniach oferowanym potencjalnym kupcom. Wpływa na to konsumpcyjny styl życia, który rozprzestrzenił się na cały świat. Dzisiaj każdy dąży do jak największej wygody, uzyskanej jak najmniejszym nakładem. Stąd też na rynku pierwotnym standardem stają się takie udogodnienia jak winda, balkon (ewentualnie loggia), czy druga łazienka w mieszkaniach przekraczających 60 m kw. – Co ciekawe, ostatnio ponownie modna staje się osobna lub częściowo odseparowana kuchnia. Bardzo duży wpływ na to obecny trend na gotowanie, co wpływa na chęć posiadania osobnego pomieszczenia, w którym można realizować swoją pasję – mówi Agata Stradomska z RE/MAX Polska.

Zakup mieszkania – trudny wybór?

Osoby poszukujące mieszkania, oprócz zbudowania swojej hierarchii potrzeb i oczekiwań odnośnie nowego lokum, muszą przede wszystkim podjąć decyzję czy dokonają zakupu na rynku pierwotnym, czy na rynku wtórnym. Kupując mieszkanie prosto od dewelopera zdecydowanie łatwiej będzie spełnić wszystkie stawiane wymagania. Zazwyczaj inwestor dysponuje większą pulą mieszkań o podobnym metrażu, co daje wybór lokalu z interesującym nas położeniem względem stron świata, na wybranym piętrze czy możliwością dokupienia dodatkowych opcji (m.in. miejsca postojowe czy komórki). Nowe mieszkanie jest też łatwiej i taniej przearanżować, ponieważ kupujący lokal na wczesnym etapie budowy bloku może wprowadzić własne modyfikacje bez zbędnych wyburzeń, czego nie da się uniknąć przy zmianie układu pomieszczeń na rynku wtórnym.

Jednak myśląc o połączeniu konkretnej lokalizacji lub korzystniejszej ceny kupującym najczęściej pozostaje rynek wtórny. – Szukając mieszkania należy pamiętać o tym, że warto szukać kompromisów względem wcześniejszych oczekiwań, w innym wypadku poszukiwania mieszkania mogą znacznie się wydłużyć – radzi Agata Stradomska z RE/MAX Polska.

 

 

Źródło: RE/MAX

Jednoosobowa działalność gospodarcza czy spółka z o.o., a może akcyjna? W jakiej formie zorganizować startup, aby jak najmniej oddać organom podatkowym od zebranych pieniędzy ze zrzutek w internecie? Różnice sięgają kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Prześwietlamy obowiązujące przepisy prawne – kiedy i ile należy się urzędowi skarbowemu?

Środki finansowe zgromadzone w ramach finansowania społecznościowego, tzw. crowdfundingu, są w świetle obowiązujących przepisów prawnych traktowane jako darowizny, tzn. że od takich wpłat firmy muszą odprowadzić podatek. Czy takie koszty ponosi tylko obdarowany? Czy firmy płacą tylko podatek dochodowy PIT lub CIT, czy także VAT?

Ile od jednoosobowych?

Najczęstszą formą prawną  startupów w Polsce są jednoosobowe działalności gospodarcze. W tym  przypadku mamy do czynienia z sytuacją, w której darowizny pieniężne są przekazywane de facto osobie fizycznej. Dlatego też,  zastosowanie mają  tu przepisy o podatku od spadków i darowizn od osób fizycznych  i nie ma znaczenia, że darowizny są powiązane z prowadzoną działalnością gospodarczą.

Zgodnie z art. 9 ust. 1 ww. ustawy, opodatkowaniu podlegają środki o wartości przekraczającej:

1) 9 637 zł – jeżeli obdarowanym jest osoba wchodząca w skład I grupy podatkowej (zaliczamy tu małżonka, zstępnych, wstępnych, pasierba, zięcia, synową, rodzeństwo, ojczyma, macochę i teściów)

2) 7 276 zł – jeżeli obdarowanym jest osoba wchodząca w skład II grupy podatkowej (zaliczamy tu zstępnych rodzeństwa, rodzeństwo rodziców, zstępnych i małżonków pasierbów, małżonków rodzeństwa i rodzeństwo małżonków, małżonków rodzeństwa małżonków, małżonków innych zstępnych)

3) 4 902 zł – jeżeli obdarowanym jest osoba wchodząca w skład III grupy podatkowej (zaliczamy tu innych nabywców, czyli osoby obce).

Co ważne, kwoty opisane powyżej sumują się na przestrzeni 5 lat. Jednak dotyczą sytuacji, w których wpłaty przekazane są tylko przez pojedyncze osoby, a nie całościowej wartość internetowej zbiórki.

100 wpłat po 2 000 zł na jedną zrzutkę przekazane przez 100 różnych osób nie wymaga zgłoszenia i opodatkowania zbiórki, gdyż żadna z wpłat nie przekracza kwoty zwolnionej z podatku tj. kwoty 4 902 PLN. W tym przypadku nie trzeba więc płacić podatku – wyjaśnia Tomasz Chołast, współzałożyciel Zrzutka.pl. – Najlepiej, aby na potwierdzenie powyższego, obdarowany był w posiadaniu imiennego spisu darczyńców i wpłaconych przez nich sum pieniędzy – dodaje Chołast.

Hojniejszy darczyńca

Co jeśli jednak suma wpłat przekazanych przez jedną osobę, z którą nie jesteśmy w żaden sposób spokrewnieni, w okresie 5 lat przekracza kwotę 4 902 zł?

W takiej sytuacji należy zgłosić tę jedną wpłatę w odpowiednim urzędzie skarbowym, poprzez deklarację SD-3 i odprowadzić należny podatek – wyjaśnia  Chołast z Zrzutka.pl.

Bez znaczenia dla obowiązku podatkowego jest natomiast charakter zbiórki. Zatem, bez względu czy organizujemy zrzutkę na cele prywatne czy charytatywne, opisane powyżej zasady mają identyczne zastosowanie. Co warto także podkreślić, w przypadku darczyńców, czyli osób wpłacających na internetowe zbiórki, taka czynność pozostanie neutralna z punktu widzenia obowiązku podatkowego. Nie zapłacą więc one podatku od przekazanych środków.

Jaki podatek płacą osoby prawne?

W przypadku zbiórek organizowanych przez spółki prawa handlowego, czyli z ograniczoną odpowiedzialnością oraz akcyjne, czyli tzw. osoby prawne, na platformie finansowania społecznościowego, mamy do czynienia z wielowątkową sytuacją.

Pierwszy przypadek, najczęściej występujący, to tzw. model „fanowski”, kiedy spółka zbiera środki na cele własne i w którym zrzutka jest nieodpłatna, czyli wpłacający nie otrzymują w zamian tzw. świadczeń wzajemnych (np. produktu po niskiej cenie lub kodu rabatowego umożliwiającego zakup towaru po niższej cenie, czy długopisu z logo firmy). Wówczas wpłata taka traktowana jest jako darowizna i  będzie opodatkowana podatkiem dochodowym CIT. Jednak beneficjent takiej zbiórki nie będzie zobligowany do odprowadzenia podatku VAT – podstawa prawna art. 5 ust. 1 ustawy o podatku od towarów i usług. Zatem dla przykładu, kiedy uzbieramy za pośrednictwem platformy crowdfundingowej 100 tys. zł, będziemy musieli odprowadzić podatek w wysokości 19% (chyba, że mamy do czynienia z tzw. małą spółką z o.o., wówczas 15%). Czyli ze zgromadzonych środków zostanie nam 81 tys. zł dla naszej firmy.

W przypadku drugim, w tzw. modelu finansowania społecznościowego mieszanego, kiedy zbiórka jest odpłatna, czyli w zamian za środki finansowe, wpłacający otrzymuje świadczenie wzajemne, np. usługę lub rzecz, nawet o bardzo niskiej wartości i zbiera środki na cele własne, to urząd skarbowy, zgodnie z artykułem 12 ust. 1 pkt 1 Ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, będzie traktował zgromadzone fundusze, jako przychód z prowadzonej działalności podlegający opodatkowaniu podatkiem dochodowym CIT.

Dodatkowo, jeżeli beneficjent jest płatnikiem podatku VAT i w zamian za wsparcie finansowe będzie realizował tzw. świadczenia wzajemne, to powinien także tym podatkiem opodatkować uzbierane fundusze. Zatem ze zgromadzonych w zrzutce przykładowych 100 tysięcy zł, będzie musiał odprowadzić 23% podatku VAT i 19% CIT. W związku z czym firmie zostanie do wykorzystania 65 853 zł, czyli o ponad 15 tys. zł mniej, niż w przypadku pierwszym, czyli w modelu „fanowskim”.

Będąc startupem poszukującym finansowania poprzez model crowdfundingowy, z punktu widzenia podatkowego najlepiej ubiegać się o środki finansowe prowadząc jednoosobową działalność gospodarczą. Wówczas obciążenie ze strony fiskusa będzie najmniejsze, praktycznie równe lub bliskie 0 zł. W przypadku spółek z o.o. i akcyjnych, najlepiej zorganizować tzw. zbiórkę „fanowską” bez oferowania darczyńcom świadczeń wzajemnych. Wówczas będziemy musieli odprowadzić do organów podatkowych „tylko” 19% od zgromadzonych środków finansowych – podsumowuje Tomasz Chołast, współzałożyciel Zrzutka.pl.

Jedynym przypadkiem, w którym osoba prawna jest zwolniona z podatków, zarówno CIT jak i VAT, jest sytuacja, kiedy taki podmiot organizuje zbiórkę w celach charytatywnych.

 

Źródło: Zrzutka.pl

Fed nie do końca rozumie siły kształtujące poziom cen w USA, a przede wszystkim to, że pomimo świetnej sytuacji na rynku pracy inflacja utrzymuje się poniżej 2-proc. celu – przyznała ostatnio w przypływie szczerości szefowa amerykańskiego banku centralnego. Jednocześnie bank centralny USA zaostrzył swoją retorykę i ustami Janet Yellen ogłosił, że utrzymywanie obecnej polityki monetarnej do czasu wzrostu inflacji byłoby nierozsądne.

Dla rynków finansowych najważniejsze są dwie informacje. Po pierwsze, że Fed będzie kontynuował cykl podwyżek stóp procentowych w USA, nawet jeśli inflacja nie osiągnie progu 2 proc. W grudniu tego roku rynek spodziewa się jeszcze jednej podwyżki, a w 2018 roku kolejnych trzech. Po drugie, Fed rozpocznie już od października redukcję bilansu, czyli proces zmniejszania ilości posiadanych papierów wartościowych (które wcześniej bank skupił w ramach programu luzowania ilościowego) o 10 mld dolarów miesięcznie. Z biegiem czasu tempo redukcji może jeszcze wzrosnąć.

Podnoszenie stóp procentowych w USA zazwyczaj wiąże się z odpływem kapitału z rynków rozwijających się i surowcowych, a także umocnieniem dolara. Taki ruch obserwujemy też w ostatnich dniach. Oceniamy jednak, że nie jest to jeszcze początek trwalszego trendu, a techniczna korekta.

Hossa ma jeszcze paliwo

Hossa na światowych giełdach jest zaawansowana, ale wiele argumentów przemawia za dalszymi wzrostami. Amerykański indeks S&P 500 znajduje się w pobliżu historycznych szczytów, ale spółki notowane na Wall Street nie są zadłużone, a na rok 2018 analitycy prognozują ok. 10 proc. wzrostu ich zysków. Jest więc za wcześnie, aby ogłosić koniec rynku byka. Jeśli już, możemy mieć do czynienia z trwającym jakiś czas trendem bocznym i pojawieniem się dysproporcji pomiędzy poszczególnymi segmentami rynku.

W Polsce duże spółki notowane na GPW niezmiennie utrzymują przewagę nad „misiami”, co ma swoje uzasadnienie w fundamentach. Przede wszystkim spółki z WIG20 zdecydowanie lepiej radzą sobie w obecnym otoczeniu i bronią się osiąganymi wynikami finansowymi. Gorsza passa małych i średnich spółek wynika z presji płacowej czy wzrostu cen surowców. Niestety, część „misiów” oblała test z zarządzania operacyjnego, co poskutkowało spadkiem marż i w konsekwencji słabszymi wynikami finansowymi.

Mimo to uważamy, że warszawska giełda ma jeszcze przestrzeń do wzrostów. Przemawiają za tym czynniki makroekonomiczne, jak i wycenowe. Optymistycznie nastrajają dane z rynku pracy (wzrost zatrudnienia i wynagrodzeń), a także produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Jeśli tak dobre odczyty się utrzymają, wpłynie to pozytywnie na dynamikę polskiego PKB. Z kolei akcje na polskiej giełdzie cały czas nie są drogie – może za wyjątkiem najbardziej dynamicznych spółek, takich jak CCC czy LPP. Prognozowany wskaźnik ceny do zysku dla indeksu WIG na 2018 rok oscyluje w okolicach 13. Dla porównania, w szczycie hossy w 2007 r. było to około 18.

Do końca roku spodziewamy się utrzymania przewagi blue chipów z WIG20,  ale pod koniec roku inwestorzy mogą ponownie zainteresować się akcjami „misiów” – licząc na ich odbicie w kolejnych miesiącach. To może zmniejszyć dysproporcję pomiędzy dużymi i mniejszymi spółkami notowanymi na GPW. Mimo to uważamy, że najlepszym wyborem dla osób, które inwestują na warszawskiej giełdzie za pośrednictwem TFI, pozostają fundusze akcyjne o uniwersalnej strategii.

Autor: Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI

Giełda, lokata, konto oszczędnościowe a może złoto? Wybór sposobu na pomnożenie swoich oszczędności nie jest prosty. Analitycy radzą dzielić środki i wskazują, że np. dodanie złota inwestycyjnego do swojego portfela powoduje jego stabilizację. Kiedy jest najlepszy czas na zakup złota?

– Kiedy warto kupić złoto? Odpowiedź na to pytanie jest tożsama z odpowiedzią na pytanie: „kiedy warto oszczędzać”. Co do zasady zawsze warto oszczędzać. Każdy z nas powinien myśleć o swojej finansowej przyszłości. Liczenie na pomoc państwa w przypadku emerytury nie jest najlepszym rozwiązaniem. Tutaj złoto fizyczne, kupowane regularnie, nawet w niewielkie ilości np. w postaci monet, sztabek jest bardzo dobrym narzędziem do oszczędzania – dr Wojciech Kaźmierczak, prezes Goldenmark SA.

Kruszec jest także narzędziem do inwestowania. Analitycy wskazują, że dodanie złota inwestycyjnego do swojego portfela powoduje jego stabilizację. – Jeżeli byśmy inwestowali wszystkie środki tylko w akcje, to możemy się spodziewać w niektórych latach spektakularnych zysków, w innych spektakularnych strat. Dodanie złota do swojego portfela sprawia, że te wyniki się spłaszczają. Jeżeli chodzi o rentowność to dużych różnic nie ma, natomiast jeżeli chodzi o stabilność to zdecydowanie mamy tutaj lepszą sytuację. Dlatego warto rozważyć dodanie złota inwestycyjnego do swojego portfela – opowiada dr Wojciech Kaźmierczak.

Ciężko jest przewidzieć jak cena złota będzie wyglądała w perspektywie przyszłych tygodni, miesięcy, czy w kolejnych latach. Na rynku można dostrzec też pewne wskazówki jak rynek może się zachować. Gdy mamy niskie stopy procentowe typowe sposoby na inwestowanie jak np. lokaty bankowe przynoszą mniejsze zyski. W tym czasie uwaga inwestora częściej koncentruje się wokół innych źródeł np. złota. Należy też pamiętać, że wycena surowców może się zmieniać i ma na nią wpływ wiele elementów. Przykład? Wzrost wartości dolara amerykańskiego, często pokrywa się ze spadkiem notowań na rynku złota.

– Kiedy warto kupować złoto?Jeżeli jesteśmy inwestorem i nie mamy złota lub mamy go mało, to warto rozważyć kupienie kruszcu. Dzięki niemu w średniej i długookresowej perspektywie nasz portfel inwestycyjny zyska stabilność – mówi dr Wojciech Kaźmierczak i dodaje – Moim zdaniem najważniejszą funkcją złota, szczególnie fizycznego w postaci sztabek czy monet to oszczędzanie. Każdego na to stać.

Wypowiedź: dr Wojciech Kaźmierczak, prezes Goldenmark SA.

Predyspozycje i kompetencje, jakich wymagają pracodawcy od idealnego doradcy finansowego wynikają przede wszystkim z charakteru jego pracy. Które z nich pojawiają się najczęściej w ogłoszeniach o pracę i tym samym liczą się na rynku najbardziej?.

Rynek pracy sektora finansowego cały czas potrzebuje specjalistów, w tym doradców finansowych. W jednym z portali z ofertami pracy tylko w jednym kwartale 2017 r. pojawiło się 15 tys. ogłoszeń. Doradca finansowy może działać niezależnie lub współpracować z doświadczonym integratorem bankowym, tj. agencją pośrednictwa finansowego. Do jego głównych zadań należy przede wszystkim pomaganie klientom w wyborze najlepiej dopasowanych produktów finansowych.

Prezentujemy pięć najważniejszych umiejętności i kompetencji dobrego doradcy finansowego.

Wiedza na temat finansów

Klienci mogą dzisiaj wybierać spośród wielu ofert bankowych dostępnych na rynku. Doradca finansowy potrafi udzielić klientowi informacji o zdolności kredytowej, czy dopasować najlepszą ofertę kredytu gotówkowego. Zawód doradcy finansowego, poza sprzedażą kredytów hipotecznych, nie jest regulowany przez posiadanie kierunkowego wykształcenia, certyfikowanej wiedzy, kursy, czy szkolenia. Jednak profesjonalna obsługa w tym zakresie nie obędzie się bez bieżącej wiedzy na temat rynku kapitałowego.

Umiejętności sprzedażowe

Równie ważne są umiejętności sprzedażowe kandydata. W pracy doradcy finansowego ważna jest znajomość technik sprzedaży produktów i pozyskiwania klientów. – Doradcy, z którymi współpracujemy mogą liczyć na pełne wsparcie. Przygotowujemy ich do sprawnego operowania produktami banków, dedykowanymi dla klienta indywidualnego czy klienta firmowego. Organizujemy szkolenia sprzedażowe i produktowe, podczas których dzielimy się naszą wiedzą, popartą wieloletnim doświadczeniem w branży. Co ważne, pomagamy też w formalnościach związanych z wpisem na listę KNF, wymaganych zarówno przez nową ustawę o kredycie hipotecznym, jak i ustawę o kredycie konsumenckim – mówi Ryszard  Korzonek, Prezes Zarządu Fintegra, integratora bankowego.

Zdolności komunikacyjne

Zadaniem doradcy finansowego jest między innymi badanie potrzeb klienta i budowanie jego planu finansowego. W związku z tym powinien być przede wszystkim godny zaufania, odpowiedzialny i zaangażowany w wykonywane obowiązki. Tylko takie podejście zapewni mu sukces zawodowy. Aby to wdrożyć, ważna jest w tej pracy łatwość w nawiązywaniu kontaktów, wysoka kultura osobista, a nawet empatia.

Umiejętności negocjacyjne

Z komunikatywnością powiązane są także predyspozycje negocjacyjne. W przypadku tej kompetencji nacisk kładziony jest jednak nie tylko na sprawnym przekonywaniu do swoich racji i wywierania wpływu, ale też znajdowania kompromisów czy poszukiwania optymalnych rozwiązań, elastyczności w działaniu oraz w prowadzeniu rozmów. – Startując w biznesie pośrednictwa finansowego trzeba się  przygotować m.in. na negocjacje współpracy z poszczególnymi bankami. Inaczej jest w przypadku współpracy z integratorem bankowym, który na starcie zapewnia wypracowane już z bankami prowizje oraz kontakty biznesowe. Pomoc doświadczonego i wypróbowanego integratora pozwala zaoszczędzić czas i pieniądze – tłumaczy  Piotr Tabor, Dyrektor Zarządzający FinUp.

Motywacja do rozwoju

Inicjatywa i motywacja do rozwoju to kolejne cechy pożądane przez pracodawców u doradców finansowych. Formy zatrudnienia doradców są różnorodne, jednak w większości firm są wynagradzani  przynajmniej częściowo w formie prowizji za wartość sprzedaży. Im bardziej aktywny doradca, tym otrzyma większe wynagrodzenie. Dlatego największe sukcesy i satysfakcję z wykonywanego zawodu osiągną osoby o silnej motywacji i zaangażowaniu w wykonywane obowiązki. Tacy pracownicy są także cenieni i poszukiwani przez pracodawców.

Źródło; FinUp

Wrzesień jest zwykle gorącym okresem na rynku wynajmu. Całe rzesze studentów poszukują na ostatnią chwilę mieszkań na nowy rok akademicki i właśnie wtedy wiele jest przypadków  oszustw. Agencja Metrohouse przygotowała zestawienie trzech z nich, na które trzeba szczególnie uważać poszukując mieszkania.

Metoda „na właściciela”

Jest to najczęściej spotykana forma oszustwa na rynku wynajmu mieszkań. Oszust wynajmuje mieszkanie i na początku wszystko nie wskazuje na jakiekolwiek „przekręt”. Przez pierwsze dwa-trzy miesiące opłaca sumiennie czynsz właścicielowi i nie ma do niego żadnych zastrzeżeń. Jednak po wzbudzeniu zaufania, podając się za właściciela lokalu, ogłasza się w Internecie z ofertą wynajmu tego samego mieszkania kolejnym nieświadomym niczego klientom. Wabikiem jest atrakcyjna cena, co gwarantuje duży napływ klientów. Umawia się z nimi w mieszkaniu, pobiera zaliczki, kaucje, a czasem czynsz za pierwsze miesiące wynajmu, podpisuje sfingowane umowy. Czynności te powtarza z wieloma klientami zainteresowanymi wynajmem na tak dobrych warunkach. Cały proceder trwa bardzo krótko, zaledwie kilka dni. Oszust znika pozostawiając za sobą swoje ofiary, które zwykle spotykają się pod drzwiami mieszkania nie mogąc skontaktować się z „właścicielem”.

Porada sieciowej agencji Metrohouse:  Poproś właściciela mieszkania o zestaw dokumentów świadczących o jego prawie do lokalu oraz dokument tożsamości. Dane te można skonfrontować z zapisami w księgach wieczystych – dostępnych także w Internecie. Pamiętajmy, żeby nie podejmować decyzji pod wpływem impulsu, nie wpłacać zaliczek, kaucji, w przypadku jeśli mamy wątpliwości co do osoby właściciela lub przedstawionych przez niego dokumentów. Dodatkowo oferty po cenach znacznie niższych od średniej rynkowej zawsze powinny wzbudzać czujność.

Metoda na „sprzedaż adresów”

Grupą szczególnie narażoną na oszustwa są studenci poszukujący mieszkań do wynajmu – zwykle przed rozpoczęciem roku akademickiego. Wtedy również rozpoczynają działalność pseudo-agencje nieruchomości, które w Internecie oferują atrakcyjne cenowo oferty wynajmu mieszkań. Odwiedzając takie biuro okazuje się, że za samo przekazanie adresów do ofert wynajmu należy zapłacić kwoty rzędu 200-300 zł. Mimo uiszczenia takich opłat, klient otrzymuje często nieaktualne lub nieistniejące oferty, ew. wydruki z popularnych serwisów. Podobnie rzecz się ma z podejrzanymi portalami ogłoszeniowymi, które oferują ujawnienie adresów nieruchomości na wynajem dopiero po przelewie odpowiedniej kwoty z karty kredytowej.

Porada sieciowej agencji Metrohouse: Wiele osób rozpoczynających poszukiwania nieruchomości w obcym mieście narażonych jest na działania oszustów podszywających się pod profesjonalne biura nieruchomości. W przypadku braku znajomości lokalnego rynku pośredników wybór biura warto oprzeć na rekomendacji lub udać się do biura działającego na rynku od wielu lat lub znanych marek funkcjonujących na terenie całego kraju. Pamiętajmy, że pośrednik nigdy nie będzie żądał wynagrodzenia za samo przekazanie adresów. W przypadku propozycji tego typu współpracy należy udać się do innego biura, które wynagrodzenie pobierze dopiero po znalezieniu odpowiedniego mieszkania i podpisaniu umowy najmu.

Metoda na „inwestora z zagranicy”

Ostatnio coraz głośniej mówi się o nowych metodach oszustwa, które polegają na przekazaniu kaucji lub zaliczki na wskazane przez „właściciela” konto w zamian za przekazanie kluczy do mieszkania. Zazwyczaj historia ma swój początek na portalach ogłoszeniowych, gdzie niczego nieświadomy internauta odnajduje ofertę ciekawego mieszkania w przystępnej cenie. Jednak poza mailem kontaktowym brakuje możliwości telefonicznego kontaktu z ogłoszeniodawcą. Po wysyłce maila okazuje się, że otrzymujemy historię np. o tym, że mieszkanie należy do zagranicznego inwestora, który nie ma możliwości osobistego spotkania z potencjalnym najemcą oferując wysłanie kluczy w zamian za wpłatę zaliczki/kaucji w poczet przyszłej współpracy. Oczywiście zastrzega, że jeżeli mieszkanie nie przypadnie do gustu pieniądze wrócą na konto klienta. Niby sprawa jest od początku podejrzana, ale znajdują się chętni do skorzystania z takiego układu. Jak można się spodziewać, nie mają co liczyć na jakiekolwiek klucze do mieszkania.

 

Źródło: Metrohouse

1. Rekordowy popyt i nowa podaż   

Bicie rekordów stało się już domeną sektora nieruchomości biurowych w naszym kraju. Ta tendencja rynku, którą możemy obserwować od kilku kwartałów, bardzo znacząco pokazuje jego obecny charakter. Pierwsze półrocze bieżącego roku zapisało się rekordowym wolumenem – ponad 720 tys. mkw. wynajętej powierzchni w największych miastach w Polsce, co oznacza poprawę o 15 proc. w porównaniu do roku ubiegłego. Swój, najlepszy rezultat w historii odnotowały przede wszystkim rynki regionalne (poza Warszawą), na których wynajęte zostało ponad 330 tys. mkw. biur, o jedną czwartą więcej niż przed rokiem.

Podobnie rzecz się ma, jeśli chodzi o podaż. W budowie w największych aglomeracjach w kraju pozostaje około 1,8 mln mkw. biur, z czego 800 tys. mkw. przypada na Warszawę, a 1 milion mkw. na rynki regionalne. W tym przypadku zeszłoroczny wynik poprawiony został o prawie jedną trzecią.

2. Inwestycje realizowane w myśl zrównoważonego rozwoju

Nowe kompleksy biurowe projektowane są teraz najczęściej tak by płynnie integrowały się z otoczeniem i wpływały na poprawę infrastruktury miejskiej. Deweloperzy nie skupiają się dziś tylko na samych budynkach, ale także zagospodarowują całą przestrzeń wokół nich, w taki sposób, żeby była jak najbardziej atrakcyjna dla pracowników biur i okolicznych mieszkańców. Coraz liczniej włączają się w realizację idei miastotwórczości, kreując nową tkankę miejską.

W pobliżu biurowców aranżują przestrzeń publiczną, w tym strefy rekreacyjne, deptaki oraz zielone dziedzińce i skwery, a także śródmiejskie pasaże z restauracjami i kafeteriami, sklepami i usługami. W pobliżu biurowców pojawiają się też place z fontannami, otoczone miejscami do wypoczynku i ogródkami kawiarnianymi. W niektórych lokalizacjach inwestorzy tworzą przestrzeń na kształt miejskich podwórek, gdzie latem można włączyć się w gry zespołowe, poćwiczyć na świeżym powietrzu, czy obejrzeć film w kinie letnim.

W wielu projektach biurowych kładziony jest również mocny nacisk na sport i rekreację. Poza kompleksowymi udogodnieniami dla rowerzystów, które stają się powszechne, można w nich znaleźć też boiska do koszykówki, do gry w badmintona, czy do siatkówki plażowej, tory do gry w bule, czy ścianki wspinaczkowe.

Deweloperzy śledzą zmieniające się preferencje, co do formy spędzania wolnego czasu i wychodzą  z inicjatywą, chcąc stworzyć w częściach wspólnych w budynkach i ich otoczeniu jak najbardziej atrakcyjne warunki do pracy. I sprawić, by biurowce żyły także poza godzinami pracy.

3.Wielofunkcyjność projektów 

Coraz większą rolę na rynku odgrywają obiekty typu mix-use. W wielu kompleksach, poza biurami, projektowane są również powierzchnie handlowe, usługowe, rekreacyjne, a także hotelowe i mieszkalne. Dywersyfikacja funkcji zmniejsza ryzyko inwestycji, a pracownicy biur mają na miejscu sklepy, usługi i miejsca, w których mogą odpocząć i zrelaksować się.

Wielofunkcyjność obiektów wzbogacona jest też w wielu przypadkach strefami konferencyjnymi, eventowymi, gastronomią, a także lokowanymi w biurowcach już powszechnie klubami fitness, czy placówkami medycznymi i SPA oraz innymi usługami. Bo to właśnie obiekty kompleksowo zaspokajające zapotrzebowanie na różnego rodzaju usługi cieszą się obecnie na rynku największym powodzeniem.

4. Eko faza

Nowe inwestycje z segmentu biurowego realizowane są teraz zwykle zgodnie ze standardami budownictwa ekologicznego i energooszczędnego. Są obiektami przyjaznymi dla środowiska i ludzi, co potwierdzają przyznawane im certyfikaty.

Ekologiczne budownictwo przynosi jednocześnie korzyści najemcom, którzy płacą mniej za media, dzięki systemom pozwalającym oszczędzać i ponownie wykorzystywać wodę i energię, czerpaną przeważnie ze źródeł odnawialnych. Zielone budynki zapewniają bardzo dobrej jakości środowisko pracy, co jest niezwykle istotne dla samopoczucia ludzi, którzy spędzają w biurowcach sporą ilość czasu.

5. Budowa wież biurowych

Od niedawna w Polsce  rosną spektakularne wieże biurowe. W ubiegłym roku w Warszawie oddany został 155 metrowy biurowiec Q22 i 220 metrowa wieża w kompleksie Warsaw Spire. Pod koniec minionego roku przy dworcu Centralnym rozpoczęła się też budowa inwestycji Varso, w której powstanie najwyższy budynek w Polsce. Wraz z iglicą wysokościowiec będzie sięgać 310 metrów.

Ponadto nieopodal ronda Daszyńskiego powstaje wieżowiec Skyliner, który ma mieć 195 metrów wysokości. W tej samej okolicy w kompleksie Mennica Legacy Tower wyrośnie 140 metrowy biurowiec. Dwie podobnej wysokości wieże powstaną również w realizowanej w tym samym rejonie inwestycji Warsaw HUB, a kolejna w projekcie Spark.

Poza tym, do budowy przy Pańskiej przygotowywana jest też Spinnaker Tower.

Ale nie tylko w Warszawie realizowane są widowiskowe projekty. Gdańsk ma 180 metrową Olivię Star, a Gdynia Sea Towers wysokości 142 metrów. W realizowanym w Katowicach projekcie .KTW powstanie 133 metrowa wieża, która będzie najwyższym budynkiem w mieście, a w Krakowie nie będzie miał sobie równych 102 metrowy budynek, który wejdzie w skład będącego już także w budowie Unity Centre.

6. Inwestycje biurowe przy dworcach

Szeroko zakrojone inwestycje biurowe powstają też coraz częściej przy największych dworcach, czego przykładem w Warszawie może być kompleks Gdański Business Center przy dworcu Gdańskim i West Station przy dworcu Zachodnim oraz wspomniany już projekt Varso przy Centralnym. Planowana jest również realizacja inwestycji Dworzec Warszawa Gdańska.  W ramach tego projektu powstanie nowoczesny budynek dworca i duży kompleks obiektów biurowo-usługowych oraz przestrzeń publiczna.

Obiektów komercyjnych usytuowanych w bezpośrednim sąsiedztwie dworców będzie przybywać, bo to idealne lokalizacje, tak z punktu widzenia dojeżdżających pracowników, jak również inwestorów. Kolejne tego typu projekty są już zapowiadane w różnych miastach. Hub biurowy wyrośnie m.in. w Łodzi w okolicy nowego dworca Łódź Fabryczna. A w Krakowie 21 tys. mkw. nowej powierzchni ma dostarczyć kompleks biurowo-usługowy Central Railway Station Office Park zlokalizowany przy dworcu Głównym.

7. Rewitalizacja zabytkowych zabudowań pofabrycznych

W wiodących aglomeracjach w Polsce możemy obserwować inwestycje, prowadzone w oparciu o modernizację historycznych zabudowań industrialnych. Tego typu projekty, świadczące o dojrzewaniu rynku, stanowią ekskluzywne uzupełnienie oferty. Do rewitalizacji dawnych fabryk, kompleksów przemysłowych, elektrowni, czy browarów zachęca inwestorów, nie tylko wyjątkowy potencjał zabytkowych obiektów, ale także ich doskonałe, zwykle centralne położenie.

Do retro-nowoczesnych projektów realizowanych w Warszawie należy m.in. Centrum Praskie Koneser, Elektrownia Powiśle, czy hotel Europejski oraz oddana niedawno Hala Koszyki. Na starcie budowy jest fabryka Norblina przy Żelaznej, która przekształci się w kompleks Art N. Na swoją kolei czeka również fabryka Polleny przy ulicy Szwedzkiej. Niepowtarzalnym w skali europejskiej tego rodzaju przedsięwzięciem jest Nowe Centrum Łodzi. W Gdańsku zaś inwestycją bazującą na rewitalizacji historycznej tkanki miejskiej jest Wyspa Spichrzów.

8. Przestrzenie coworkingowe

Na naszym rynku biurowym rośnie nowa grupa najemców. To operatorzy przestrzeni coworkingowych, którzy zaznaczyli już swój udział w kreowaniu popytu na powierzchnie biurowe w największych aglomeracjach, a w najbliższym czasie będą go systematycznie zwiększać.

Przestrzeń coworkingowa, wspierająca przedsiębiorczość i rozwój start-upów, powstaje w najnowocześniejszych i największych obiektach biurowych, które budowane są w całej Polsce. A operatorzy obecni na rynku, jak Business Link, the Brain Embassy, The Heart, Mindspace, czy TechHub współpracują z największymi deweloperami w kraju.

9. Sektor nowoczesnych usług dla biznesu winduje popyt na rynkach regionalnych

U podstaw rozwoju polskiego rynku biurowego, szczególnie w miastach regionalnych, leży intensywna działalność firm z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Ten segment rynku rośnie w naszym kraju tak szybko, jak żaden inny, w tempie 15 – 20 proc. rocznie.

W pierwszej połowie 2017 roku firmy z tej branży, które nieustannie rozwijają w Polsce swoje struktury, wynajęły przeszło 200 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej na największych rynkach biurowych w kraju, poza Warszawą. Sektor odpowiada za 60 proc. całego popytu na biura w aglomeracjach regionalnych.

Firmy sektorowe z roku na rok zwiększają swoje zapotrzebowanie na powierzchnię biurową. Największym ośrodkiem BPO w kraju jest Kraków, w którym firmy świadczące nowoczesne usługi dla biznesu wynajęły 66 tys. mkw. z 98 tys. mkw. biur, jakie znalazły najemców w pierwszej połowie tego roku w stolicy Małopolski.

W opinii doradców Walter Herz, na wyjątkową uwagę zasługuje Łódź, w której udział BPO/SSC w popycie na powierzchnię biurową jest rekordowo wysoki. W pierwszych sześciu miesiącach roku sektor wygenerował na rynku łódzkim prawie 80 proc. zapotrzebowania na biura.

10. Umowy przednajmu w regionach i wydłużanie się kontraktów

Dominującą formą kontraktów w miastach regionalnych, poza Warszawą, gdzie wolnych biur jest mało są umowy typu pre-lease, polegające na wynajmowaniu powierzchni jeszcze przed rozpoczęciem lub w trakcie realizacji inwestycji. Kilkanaście lat temu podpisywano je w Polsce bardzo rzadko, a w pierwszym półroczu tego roku w siedmiu największych miastach poza Warszawą obejmowały niespełna jedną trzecią kontraktów. W regionach firmy poszukujące dużych biur często nie znajdują odpowiednich powierzchni w istniejących obiektach, stąd przednajem nie ma tam alternatywy.

Taką sytuację od dłuższego czasu można obserwować w Krakowie, a od niedawna w Łodzi. Na rynku trójmiejskim również najemcy czekają na oddanie do użytku kolejnych, dużych inwestycji. W Trójmieście transakcje typu pre-lease od dwóch lat stanowią od 30 do 45 proc. transakcji.

Specjaliści obserwują też trend związany z wydłużaniem się terminów najmu, co dowodzi stabilizacji na rynku. Firmy podpisują umowy na dłuższy okres niż wcześniej, chcąc zagwarantować sobie najem na tych samych warunkach. Inwestorzy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu to najemcy należący do podpisujących największe umowy najmu. Wynajmują nie tylko biura o największym metrażu, ale też zawierają najdłuższe kontrakty, nawet na kilkanaście lat.

 

Autor: Walter Herz

 

Przyspieszający proces cyfrowej transformacji sprawia, że firmy praktycznie w każdej branży rokrocznie generują coraz więcej danych. O uzyskaniu przewagi biznesowej decyduje dziś nie tylko zdolność organizacji do zagwarantowania wysokiej dostępności danych ale także do wykorzystania ukrytego w nich potencjału. Dlatego firmy coraz częściej decydują się sięgnąć po bardziej zaawansowane rozwiązania do analizy danych niż arkusz kalkulacyjny. Małe i średnie organizacje mogą skorzystać np. z analityki biznesowej opartej na chmurze. Jakie argumenty skłaniają je do wdrożenia takich rozwiązań?

Big Data, Bug Data – ogrom danych stanowi wyzwanie dla współczesnych firm

Tak jak dotychczas ropa naftowa, tak dziś dane zaczynają stanowić główną siłę napędową światowej gospodarki. Proces cyfryzacji obejmuje już nie tylko najbardziej rozwinięte rynki ale także te wschodzące. Organizacje powszechnie wykorzystujące komputery, aplikacje, a od niedawna także sensory Internetu rzeczy, zainicjowały wzrost ilości danych, jakiego nie obserwowaliśmy nigdy wcześniej. Analitycy IDC przewidują, że do 2025 roku cyfrowy wszechświat osiągnie wielkość 180 zetabajtów (tj. 180 i 21 zer). To oznacza, że przez 10 lat ilość danych wzrośnie ponad 18-krotnie. Skąd takie liczby? Wystarczy wspomnieć, że nowoczesny samochód może mieć kilkadziesiąt sensorów IoT i mikroprocesorów generujących nawet 100 GB danych na godzinę. Z kolei według szefa Intela, tylko jeden autonomiczny pojazd będzie wytwarzać lub zużywać około 4 tysięcy GB w ciągu doby. Danych przybywa w ogromnym tempie a organizacje mają coraz większy problem z wykorzystaniem ich potencjału. Firmy przechowują na serwerach także coraz więcej bezużytecznych, przeterminowanych informacji (tzw. Bug Data), które straciły wartość biznesową. Przewagę konkurencyjną osiągają dziś te przedsiębiorstwa, które potrafią szybko i skutecznie przeanalizować posiadane dane, odrzucić zbędne informacje, a z tych wartościowych wyciągnąć wnioski usprawniające pracę i planowanie działań.

Coraz więcej organizacji używa chmury do usprawnienia analityki biznesowej

Firma analityczna Gartner przewiduje, że do 2020 roku niewykorzystywanie chmury będzie w przedsiębiorstwach zjawiskiem tak rzadkim, jak obecnie brak dostępu do Internetu. W ramach usługowego IT firmy mogą skorzystać z najróżniejszych rozwiązań, począwszy od samej infrastruktury w chmurze aż po rozmaite aplikacje w modelu SaaS. Spośród nich firmy i instytucje coraz częściej wdrażają aplikacje typu BIaaS (Business Intelligence as a service, czyli analityka biznesowa w oparciu o chmurę). Według niedawnego badania firm Vanson Bourne i Barracuda, w regionie EMEA już 51 proc. organizacji korzysta z usług analityki danych w chmurze publicznej. Z kolei raport agencji badawczych BARC i Eckerson mówi, że w ciągu najbliższego roku 78 proc. przedsiębiorstw planuje zwiększyć wykorzystanie chmury do analityki biznesowej i zarządzania danymi. Prognozy MarketsandMarkets mówią, że wartość całego rynku Business Intelligence wzrośnie z 17 mld dol. w 2016 roku do blisko 27 mld dol. w 2021 roku. Co istotne, jednym z głównych bodźców rozwoju tego rynku będzie coraz powszechniejsze wykorzystywanie chmury obliczeniowej oraz rosnąca popularność urządzeń w ramach Internetu rzeczy.

Dzięki chmurze analityka danych wychodzi poza krąg wielkiego biznesu

Do niedawna grupa użytkowników rozwiązań Business Intelligence ograniczała się do największych organizacji, szczególnie tych z sektora bankowego, ubezpieczeniowego czy telekomunikacyjnego. Tylko te największe podmioty stać było na przeprowadzenie skomplikowanych i kosztownych wdrożeń, czasem jedynie pilotażowych. Duże przedsiębiorstwa z tych branż dostrzegały też największe korzyści z inwestycji w systemy BI, ponieważ odkrycie trendów związanych np. z zachowaniami klientów pozwala im optymalizować działania marketingowe i sprzedażowe. Obecnie także średnie i małe firmy mogą, m.in. dzięki aplikacjom BIaaS, przekonać się o atutach analityki biznesowej, a chęć uzyskania przewagi rynkowej sprawia, że tego typu rozwiązania stają się wręcz nieodzowne.

Model cloud pozwala MŚP uniknąć wysokich kosztów wdrożenia analityki biznesowej

Na korzyść sektora MŚP przemawia widoczny w ostatnich latach rozwój narzędzi BI udostępnianych w chmurze. Zazwyczaj są one uproszczone względem tych on-premise dla sektora korporacyjnego, jednak z reguły w pełni zaspokajają potrzeby MŚP. Co najważniejsze, zastępują nieadekwatne już do dzisiejszych realiów biznesowych, a wciąż najbardziej rozpowszechnione narzędzie do analityki w Polsce, czyli arkusze kalkulacyjne. Dla małych i średnich firm częstym wyzwaniem są koszty inwestycyjne nowych projektów, w tym opłaty za licencje. Analityka w chmurze ma tę zaletę, że zakup narzędzia w modelu cloud pozwala uniknąć wysokich kosztów wstępnych, ponieważ firma uiszcza opłatę za usługę w postaci comiesięcznego abonamentu. Raport BARC i Eckerson pokazuje, że mniejsze organizacje są bardziej skłonne wdrażać narzędzia BI lub hurtownie danych w chmurze niż sektor dużych przedsiębiorstw. Jedną z przyczyn takiego trendu jest fakt, że mniejsze firmy z reguły nie mają rozbudowanej infrastruktury IT starszej generacji ani działu IT, który niejednokrotnie spowalnia proces migracji do chmury. To pozwala sektorowi MŚP przeskoczyć bezpośrednio z ery arkusza kalkulacyjnego do zaawansowanego narzędzia analitycznego w chmurze, z pominięciem pośrednich etapów.

Moduły Cloud BI skutecznie wspierają inne narzędzia do zarządzania działalnością firmy

Wiele organizacji korzysta z popularnych narzędzi zarządzania danymi i procesami w firmie. Wśród najbardziej rozpowszechnionych są systemy CRM (zarządzanie relacjami z klientami), ERP (planowanie zasobów przedsiębiorstwa), czy oprogramowanie finansowe. W przypadku specyficznych branż mogą to być też systemy zarządzania magazynem (WMS) lub produkcją (MES). Każde z tych narzędzi spełnia swoją funkcję, jednak dopiero uzupełnienie go modułem analitycznym pozwala wykorzystać pełny potencjał danych, które nieustannie gromadzi i przetwarza dany system. Stąd coraz więcej firm skłania się do zainwestowania w dodatkowy moduł analityczny bazujący na chmurze, szczególnie że zastosowanie modelu usługowego znosi wiele barier związanych z wdrożeniem i uruchomieniem usługi. Przejście od rozwiązań lokalnych do chmurowych sprzyja też rozwojowi analityki mobilnej, gdzie przedsiębiorca może monitorować dane, procesy i trendy za pośrednictwem urządzeń przenośnych.

Analityka w chmurze a kwestia bezpieczeństwa danych

Jednym z czynników spowalniających wykorzystanie chmury w analityce biznesowej, ale też innych obszarach, jest obawa o bezpieczeństwo danych. Wiele polskich firm i instytucji wciąż boi się wyprowadzać dane na zewnątrz – poza swoją organizację, a w przypadku chęci migracji do chmury lub zewnętrznego centrum danych, poza obszar kraju. W Aruba Cloud zauważamy ten problem i między innymi dlatego postanowiliśmy rozszerzyć europejską sieć chmurowych centrów danych o kolejny obiekt, który jeszcze w tym roku zostanie uruchomiony w Polsce. To szczególnie ważne dla tych podmiotów, które chciałby np. ulokować aplikacje do analityki biznesowej w naszej infrastrukturze IaaS, ale zależy im na przechowywaniu danych wyłącznie w Polsce.

Co więcej, praktyka pokazuje, że większość nowoczesnych organizacji wykonuje zdecydowany zwrot ku chmurze m.in. właśnie w celu lepszej ochrony zasobów IT. Niedawne badanie firmy NetApp, technologicznego partnera Aruba Cloud, pokazało, że główną motywacją przedsiębiorstw z regionu EMEA przy wdrażaniu chmury jest chęć zwiększenia poziomu bezpieczeństwa. 60 proc. dyrektorów ds. IT z tego regionu dostrzega możliwość usprawnienia ochrony zasobów informatycznych poprzez wykorzystanie modelu cloud.

Chmura, Cloud BI i perspektywa wejścia w życie RODO

Warto też zwrócić uwagę na to, jakie korzyści oferuje chmura w kontekście RODO, czyli rozporządzenia ogólnego o ochronie danych osobowych (ang. GDPR), które zacznie obowiązywać 25 maja 2018 roku. Jedną z nich jest możliwość przeniesienia części obowiązków i odpowiedzialności na dostawcę usług w modelu IaaS. Sprawdzony usługodawca posiada zarówno certyfikowaną infrastrukturę jak też rygorystyczne procedury, które pozwalają zachować bezpieczeństwo danych i zgodność z wymogami prawa. Warto wspomnieć, że dostawcy usług w chmurze od samego początku śledzili unijną inicjatywę RODO, a niektórzy z nich byli zaangażowani w jej rozwój. Bezpieczeństwo danych powierzonych przez klientów, to absolutny priorytet dla naszej branży. Dlatego Aruba Cloud wspólnie z koalicją ponad 20 dostawców usług infrastruktury chmurowej w Europie (CISPE) wprowadziła kodeks postępowania w dziedzinie ochrony danych. Zgodnie z nim dostawcy usług IaaS nie mogą eksplorować danych ani profilować danych osobowych klientów na potrzeby marketingu, reklamy lub podobnych działań. Nie mogą tego czynić ani na potrzeby własne ani w celu odsprzedaży stronom trzecim. To tylko jedno z wielu obostrzeń, jakie nałożyli na siebie usługodawcy. Istotnym faktem jest to, że kodeks CISPE wyprzedził wprowadzenie RODO i jest on zgodny z wymaganiami określonymi w unijnym rozporządzeniu, które zacznie obowiązywać w 2018 roku.

Autor: Marcin Zmaczyński, dyrektor regionalny Aruba Cloud w Europie Środkowo-Wschodniej

System przechowywania dokumentacji osobowej i płacowej sprzed 1999 r. jest nieskuteczny; wielu obywateli ma problemy z udokumentowaniem zarobków, a od tego zależy wysokość emerytury – wskazano w raporcie Najwyższej Izby Kontroli.

Izba podkreśliła w raporcie, że wielu obywateli, którzy pracowali przed 1999 r., w nieistniejących już dzisiaj zakładach pracy, ma problemy z udokumentowaniem zarobków na potrzeby ustalenia kapitału początkowego i wyliczenia wysokości emerytur. ZUS, do wyliczenia kapitału początkowego, uwzględnia bowiem dokumentację płacową zlikwidowanych zakładów pracy tylko wtedy, kiedy ta została poświadczona ze zgodnością z oryginałem przez uprawnione do jej przechowywania, zarejestrowane podmioty.

Z danych Naczelnego Dyrektora Archiwów Państwowych przedstawionych w 2015 r. wynika, że obowiązku rejestracji nie dopełniło ok. 400 prywatnych firm, przechowujących dokumenty. Przedsiębiorców zarejestrowanych było dwa razy mniej.

Według NIK, państwo nie stworzyło systemu przechowywania dokumentacji osobowo-płacowej sprzed 1999 r., który zapewniłby jednolite traktowanie wszystkich obywateli.

„Pracownicy zlikwidowanych zakładów pracy nie mieli wpływu na to, do którego przechowawcy trafiły dokumenty potwierdzające przebieg ich zatrudnienia. Mimo to, miejsce przechowywania dokumentacji, zarejestrowane bądź niezarejestrowane, ma dzisiaj znaczący wpływ na to, czy przez ZUS będzie ona traktowana jako wiarygodny dowód, wystarczający do obliczenia wynikającej z dokumentów wysokości emerytury, czy też nie” – wskazano.

NIK podkreśla, że w przypadku osób, których dokumentacja płacowa sprzed 1999 r. przechowywana była przez nieupoważnione do tego podmioty, ZUS (do 2008 r.) – przy wyliczaniu wysokości emerytury – uznawał jedynie lata pracy, a za podstawę zarobków przyjmował stawkę zero; od początku 2009 r. zaś kwotę minimalnego wynagrodzenia (obowiązującą w danym okresie).

„ZUS oszacował, że skutki finansowe ustanowienia nowej zasady przejścia ze stawki zero na płacę minimalną pochłoną rocznie 300 mln zł. Świadczy to o skali problemu i liczbie obywateli, którzy z powodu problemów ze swoją dokumentacją płacową mogą mieć wyliczoną niższą emeryturę” – napisano w raporcie.

NIK zwraca też uwagę, że nie stworzono jednej bazy danych, w której znajdowałyby się wszystkie informacje o miejscach przechowywania dokumentacji sprzed 1999 r. „Dlatego pracownicy zlikwidowanych zakładów pracy często mają ogromne problemy z odnalezieniem dotyczących ich dokumentów” – zaznaczono.

W raporcie podkreślono, że ustalenie miejsc przechowywania dokumentacji przed 1999 r. może się nie udać. „Istnieje ryzyko jej utraty lub zniszczenia albo wywozu za granicę. Bowiem przechowawcy niezarejestrowani nie są kontrolowani” – podkreślono.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Ponad 218 tysięcy tegorocznych maturzystów może z początkiem października pójść na studia. Wielu z nich będzie chciało połączyć naukę z aktywnością zawodową. Jak wynika z danych zebranych przez Work Service studenci mogą znaleźć pracę np. jako barmani, hostessy albo pracownicy call center. Zarobki wahają się od 13 do 20 zł za godzinę brutto. Co jednak niepokojące to fakt, że aż co szósty młody człowiek w wieku 20-24 lata ani się nie uczy ani nie pracuje. Ich aktywizacja to dziś duże wyzwanie dla rynku pracy.

Dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują, że wśród Polaków w wieku 20-24 lata, aktywnych zawodowo jest 59% osób. To nie powinno dziwić, bo studia to nie tylko czas poświęcony na naukę. Młodzi ludzie bardzo często łączą edukację ze stawianiem pierwszych kroków na swojej drodze zawodowej. Praca ma nie tylko pomóc zdobyć doświadczenie, które przydaje się w przyszłości. Niejednokrotnie jest bowiem koniecznością, zwłaszcza dla osób przyjezdnych lub takich, które wybierają płatną uczelnię. Są i tacy, którzy decydują się na studia zaoczne bądź wieczorowe, aby już od samego początku móc pracować i zwiększać swoje szanse na lepszą pozycję w przyszłości.

Spadające bezrobocie i dobra koniunktura na pracę może cieszyć wielu młodych, którzy dopiero będą rozpoczynać swoją ścieżkę zawodową. Obecnie największe niedobory kadrowe występują w handlu i produkcji, a najłatwiej o pracę jest w sektorze usługowym. Biorąc pod uwagę obecne oferty zatrudnienia, studenci mogą liczyć np. na zatrudnienie jako barmani i hostessy, gdzie średnie zarobki to 17 złotych brutto za godzinę pracy. Złotówkę więcej dostanie pracownik biurowy. Aktywnie poszukiwani są również magazynierzy, pracownicy produkcji i call center. Bardzo często osoby, które zdecydują się na podjęcie zatrudnienia mogą liczyć chociażby na kartę sportową albo prywatną opieką medyczną. To na pewno atrakcyjne benefity dla studentów – komentuje Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz w Work Service S.A.

1 na 6 młodych nie uczy się i nie pracuje

Młodzi ludzie od zawsze byli grupą, którą najbardziej dotykały problemy na rynku pracy. Jednocześnie stopa bezrobocia była wśród tych osób największa. Nie inaczej jest teraz. Dane Głównego Urzędu Statystycznego (według metodologii BAEL) pokazują, że w grupie wiekowej 20-24 bez pracy jest aż 13,9% Polaków. Dla porównania wśród ludzi pomiędzy 55 a 64 rokiem życia odsetek ten wynosi tylko 4%. Co dodatkowo niepokoi to fakt, że 16,8% osób w wieku 20-24 lata nie pracuje i nie uczy się – tak wynika z danych Eurostatu. Oznacza to, że co szósta młoda osoba w Polsce nie podejmuje żadnej aktywności.

Problemy demograficzne już teraz mocno dają się we znaki pracodawcom, z których połowa miała w ostatnim czasie kłopoty z pozyskaniem kandydatów. Z prognoz GUS wynika, że w ciągu najbliższych 10 lat populacja osób w wieku 19-25 zmniejszy się o pół miliona. To ogromny cios dla rynku pracy, bo właśnie ludzie młodzi są naturalną grupą, która powinna go zasilać. Bierność edukacyjna i zawodowa nie jest niczym nowym w Europie Zachodniej. W całej Unii Europejskiej 5 mln młodych nie uczy się i nie pracuje. W Polsce do tej pory nie mieliśmy z tym kłopotów na taką skalę, teraz i my musimy się z nimi zmierzyć. Znalezienie skutecznego sposobu będzie jednym z największych wyzwań dla rynku pracy, który bez dopływu dodatkowych rąk może wkrótce dojść do ściany – dodaje Andrzej Kubisiak.

Ostatnie wybory do Bundestagu nie wywołały tak wielu emocji jak ubiegłoroczne referendum ws. Brexitu, czy też tegoroczne wybory prezydenckie we Francji. Zwycięstwo CDU/CSU wydawało się być formalnością. Pewnym zaskoczeniem może być bardzo dobry wynik ultraprawicowej AFD, choć w gruncie rzeczy ten wpisał się w obecne trendy polityczne w Europie. Angela Merkel ponownie zostanie kanclerzem Niemiec. Tym razem jednak stoi przed nią nie lada wyzwanie, bowiem w związku z brakiem chęci SPD do utworzenia koalicji, pani kanclerz będzie musiała porozumieć się z FDP i Zielonymi (tzw. koalicja jamajska). Tymczasem różnice w poglądach niniejszych ugrupowań w pewnych kwestiach są bardzo wyraźne. Co to oznacza dla Polskiej gospodarki?

Odpowiedź na tytułowe pytanie wydaje się być krótka: niewiele. W kwestiach gospodarczych raczej nie należy oczekiwać jakichkolwiek zmian. Kondycja polskiej gospodarki w bardzo istotnym stopniu zależy od koniunktury w Niemczech, co wynika z bogatych relacji handlowych oraz z licznych powiązań kapitałowych w sferze prywatnej między oboma krajami. W dobie globalizacji oraz Unii Europejskiej niniejsze zależności nie znikną, zwłaszcza że Angela Merkel znana jest jako osoba szczególnie wspierająca niemiecki biznes. Co więcej warto dodać, że polski wątek w niemieckiej kampanii wyborczej był naprawdę znikomy w przypadku niemal wszystkich ugrupowań, toteż nie należy oczekiwać jakiś diametralnych zmian w niemieckiej polityce wobec Polski.

Można wskazać obszar, w którym wyniki wyborów wydają się być korzystne z perspektywy Polski. Nowa koalicja może okazać się siłą przeciwko postulatom Emmanuela Macrona dotyczących dalszego kształtu polityki europejskiej. Prezydent Francji chce przyspieszyć integrację UE oraz jest zwolennikiem Europy wielu prędkości. To dobra wiadomość dla Polski, która póki co nie kwapi się do przyjęcia euro oraz jest największym beneficjentem wspólnego budżetu UE.

Z drugiej strony, potencjalną koalicję jamajską należy postrzegać jako zdecydowanie proimigrancką. Do tej pory polska niechęć do przyjmowania uchodźców uchodziła na sucho naszym władzom. Jednak niewykluczone, że stosunek Niemiec w tej kwestii może się zaostrzyć, a to nieco mniej dobre wiadomości dla polskiego rządu, który przyjmuje postawę antyimigrancką. Warto poruszyć także temat reparacji wojennych, o którym ostatnio dosyć głośno. W tym aspekcie, niezależnie od wyników niemieckich wyborów sprawa jest jasna – nasi zachodni sąsiedzi zrobią wszystko, aby nie wypłacić tych odszkodowań.

Inną istotną kwestią jest wątek naruszania praworządności w Polsce. Niemcy mają sporo do powiedzenie w tym temacie w organach unijnych. Póki co, aspekt ten nie ciążył w szczególny sposób złotemu, czy też polskim obligacjom. Jednak dla Angeli Merkel wartości unijne i demokratycznie są bardzo ważne. Choć w ostatnich tygodniach niniejszy temat znajdował się na drugim planie, to po wyborach może ponownie zyskać na znaczeniu, tym bardziej jeżeli spór o reformę polskiego sądownictwa nie zostanie rozwiązany.

Mimo wszystko wyniki do Bundestagu należy ocenić pozytywnie z polskiej perspektywy, zwłaszcza że dodatkowo nie należy oczekiwać zmian w niemieckiej polityce zagranicznej. Oczywiście nie można wykluczyć, że potencjalna koalicja jamajska nie zostanie zawiązana, a to w przypadku podtrzymania decyzji o przejściu SPD do opozycji będzie oznaczało kolejne wybory. Taki scenariusz wydaje się jednak mało prawdopodobny w dojrzałych i stabilnych politycznie Niemczech. Dlatego też wiele wskazuje na to, że nasi zachodni sąsiedzi rozpoczną nowy etap, bowiem w Bundestagu pojawi się silna opozycja. To zapewne nieco utrudni pracę Angeli Merkel, która powinna potraktować zakończone właśnie wybory jako lampkę ostrzegawczą – następnym razem, gdy Niemcy pójdą do urn wyborczych o zwycięstwo CDU/CSU może być jeszcze trudniej.

 

 

Autor: Adrian Apanel, MM Prime TFI S.A.

W ostatnich latach za sprawą płatności zbliżeniowych i ekspansji gospodarki bezgotówkowej coraz bardziej uniezależniamy się od banknotów i monet. Choć już 40 proc. Polaków wyobraża sobie życie bez gotówki, to 17 proc. wciąż nie ma konta bankowego. Eksperci akcji „Warto bezgotówkowo” wskazują, że wymiana gotówki na kartę czy płatności mobilne smartfonem przynosi nie tylko wygodę i bezpieczeństwo, ale także jest mniej kosztowna.

Polacy powoli odzwyczajają się od gotówki. W ciągu ostatnich siedmiu lat odsetek Polaków, którzy preferują płatności kartą wzrósł z 36 do 61 proc. Do prawie 65 proc. wzrósł także udział transakcji zbliżeniowych w ogólnej liczbie transakcji kartą. Aż 40 proc. z nas deklaruje, że już dziś – gdyby było to możliwe – chętnie funkcjonowałoby w pełni bezgotówkowo. Te dane pokazują, że rozwój gospodarki bezgotówkowej następuje w Polsce bardzo szybko. Wciąż także istnieje ogromne pole do dalszych wzrostów, związane z rozwojem nowych technologii i rynku finansowego.

– Wkrótce proste rezerwy wzrostu gospodarki bezgotówkowej mogą się wyczerpać. Aby dalej rosnąć, trzeba będzie dotrzeć do osób dotychczas wykluczonych z tych zmian. Dziś nadal 17 proc. Polaków wciąż nie ma konta w banku. Wśród posiadaczy kont bankowych aż 31 proc. nie korzysta z bankowości elektronicznej. Do takich osób trzeba dotrzeć i pokazać im, ile mogą zyskać na bezgotówkowych rozliczeniach. Tak, aby wzrost był zrównoważony i nie powodował finansowego wykluczenia – wskazuje Włodzimierz Kiciński, przewodniczący Koalicji na Rzecz Obrotu Bezgotówkowego i Mikropłatności.

Jak budować nową gospodarkę

Jak pokazują badania fundamentem gospodarki elektronicznej jest zaufanie, które Polacy mają do bezgotówkowych form płatności. Dziś cieszą się one zaufaniem większym niż gotówka. Najważniejszy udział w budowaniu gospodarki bezgotówkowej mają instytucje związane z płatnościami: banki, instytucje płatnicze, organizacje wydające karty, akceptanci, a także telekomy czy nawet producenci smartfonów, które coraz częściej służą do płatności. Kluczową rolę odgrywa także wsparcie administracji publicznej, która bardzo intensywnie wspiera obrót bezgotówkowy. – Aby skutecznie propagować obrót bezgotówkowy, państwa powinny budować sojusze z sektorem prywatnym, który oferuje rozwiązania umożliwiające płatności bezgotówkowe – mówi Dariusz Marcjasz, Wiceprezes Zarządu KIR, odpowiedzialny za Obszar Usług Kartowych i Internetowych. – W Polsce takim sojusznikiem są banki oraz podmioty infrastrukturalne sektora, takie jak KIR. Przykładem inicjatywy, która ma duże znaczenie dla popularyzacji płatności bezgotówkowych jest umożliwienie powszechnego płacenia kartami lub smartfonami w instytucjach publicznych. Od kwietnia tego roku wspólnie z Min. Rozwoju realizujemy ogólnopolski Program upowszechniania płatności bezgotówkowych, skierowany urzędów wojewódzkich, marszałkowskich, urzędów miast i gmin oraz starostw powiatowych. Wkrótce objęta nim zostanie także Policja drogowa – dodaje Dariusz Marcjasz.

Karta pomaga przedsiębiorcy

Firmy są ważnym uczestnikiem bezgotówkowej gospodarki. Obecnie 210 tys. firm oferuje swoim klientom płatności kartą. Jednak zestawiając to z liczbą 1,8 mln. aktywnych przedsiębiorstw w Polsce, widzimy, że wciąż zaledwie 1 na 9 udostępnia taką możliwość. Dziś akceptacja kart staje się koniecznością i w najbliższych latach będą musiały się na to zdecydować wszystkie firmy o profilu handlowo-usługowym. Także wiele działających w innych branżach postawi na rozliczenia bezgotówkowe.

Celem niedawno powołanej Fundacji Polska Bezgotówkowa jest realizacja Programu Wsparcia Obrotu Bezgotówkowego, przygotowanego przez sektor finansowy przy współpracy z Ministerstwem Rozwoju. Inicjatywa ta wpisuje się w realizację założeń rządowej Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju (SOR), a jej głównym celem jest podniesienie poziomu akceptacji płatności bezgotówkowych w Polsce.  Pozostałe działania Fundacji  są skoncentrowane między innymi na poszerzeniu infrastruktury akceptacji płatności bezgotówkowych i  instalacji nawet 600 tys. terminali w ciągu 3 lat, dzięki czemu ich liczba w Polsce podwoi się a to z kolei będzie miało przełożenie na zwiększenie udziału płatności bezgotówkowych w Polskiej gospodarce nawet do 80 proc. (taki poziom notowany jest obecnie w Szwecji). Przedsięwzięcie jest w całości finansowane przez sektor prywatny.

– Na upowszechnienie rozwiązań bezgotówkowych będzie też wpływać sytuacja na rynku pracy. Coraz większe trudności z zatrudnieniem nowych pracowników zmuszą firmy do stosowania rozwiązań samoobsługowych. Będą one korzystać głownie z płatności bezgotówkowych, bo jest to tańsze i wygodniejsze dla przedsiębiorcy. Już dziś mamy tego przykłady w handlu, gdzie część kas samoobsługowych przyjmuje tylko płatności mobilne i kartowe – wskazuje Włodzimierz Kiciński.

Płacąc bezgotówkowo, korzystamy z rozwiązań, które w opinii większości Polaków są szybkie i wygodne. Są także postrzegane jako bezpieczniejsze niż zapłata gotówką. Nikt nie powiem mieć zatem obaw by włączyć się w budowanie bezgotówkowego społeczeństwa. Konsumentów uwolni to od dźwigania portfeli, a przedsiębiorcom pozwoli zmniejszyć koszty obsługi gotówkowej. W ten sposób ograniczymy ogromy – wynoszący aż 18,5 mld zł – koszt korzystania z gotówki w naszej gospodarce (czyli 1 proc. PKB).

Finansowanie edukacji pracownika, związanej z jego pracą i profilem działalności firmy, to dla przedsiębiorcy opłacalna inwestycja. W określonych przypadkach odliczy ją od podatku. Ma też prawo zobowiązać zatrudnionego do pozostania na etacie nawet do 3 lat po zakończeniu szkolenia, kursu czy też studiów podyplomowych. Gdyby jednak, we wskazanym czasie pracobiorca został zwolniony z przyczyn wyraźnie leżących po jego stronie, to istnieje możliwość obciążenia go wydatkami za takie szkolenie.

W toku zatrudnienia pracownik przechodzi obowiązkowe szkolenia, np. z zakresu BHP. Ale ma też szansę podnosić swoje kwalifikacje w ramach kursów czy szkoleń, których częściowy lub całkowity koszt może pokryć pracodawca. Odbywa się to na podstawie umowy szkoleniowej. Jej treść reguluje m.in. art. 103[4] § 1 kodeksu pracy. We własnym interesie, zatrudniony powinien zapoznać się z tym aktem prawnym, jeszcze przed podpisaniem dokumentu. Dzięki temu, będzie mógł zweryfikować zapisy umowne z wymogami ustawowymi oraz wychwycić niekorzystne dla siebie postanowienia.

– Pracodawca i pracownik winni zawrzeć umowę szkoleniową na piśmie. Dokument ten powinien regulować wszystkie kwestie związane z wybraną formą kształcenia. Musi wyraźnie wskazywać, w jakim zakresie przedsiębiorstwo pokrywa koszt zajęć, podręczników, a czasem nawet zakwaterowania i podróży uczestnika zagranicznego kursu. W przypadku obowiązkowych szkoleń BHP wystarczy jedynie skierowanie, podpisane przez przełożonego. Wygląda ono jednolicie dla wszystkich zatrudnionych i nie zawiera żadnych kruczków prawnych – mówi adwokat Joanna Jasiewicz z międzynarodowej kancelarii Gide Loyrette Nouel.

Zgodnie z art. 103[5] § 2 kodeksu pracy, pracodawca ma prawo zobowiązać pracownika do pozostania w firmie maksymalnie do 3 lat po zakończeniu nauki. Przedsiębiorstwo zyskuje pewność, że zatrudniony odpracuje poczynioną inwestycję. Ponadto, art. 103[5] kodeksu pracy przewiduje, że gdyby we wskazanym czasie pracownik został zwolniony ze swojej winy, to istnieje możliwość obciążenia go kosztami edukacji. Dlatego, warto starannie przeczytać treść podpisywanego dokumentu i oczywiście nie doprowadzać do sytuacji, w których trzeba będzie odpowiadać finansowo za otrzymane już szkolenie.

– Niezależnie o tego, czy zapis o zwrocie kosztów szkolenia znajdzie się w umowie, w sytuacji ciężkiego naruszenia obowiązków, pracownik musi zwrócić pieniądze. Z kolei, opisane w dokumencie zasady nie mogą być mniej korzystne dla niego, niż przewiduje to art. 103[5] kodeksu pracy. W wielu przypadkach opłaty za szkolenia czy studia, refundowane przez pracodawcę, są znaczące dla zatrudnionych. Firma ich raczej nie odczuwa, gdyż odpisuje je sobie od podatku. Na podstawie ustawy z dnia 15 lutego 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych, można rozliczyć taką inwestycję jako koszt uzyskania przychodu. Każdorazowo wymaga to jednak pogłębionej analizy podatkowej – podkreśla adwokat.

Jeżeli dochodzi do zwrotu kosztów poniesionych przez pracodawcę, to z reguły jest to związane z rzeczywistym naruszeniem obowiązków pracowniczych. Tak wynika z obserwacji eksperta. Podpisując umowę szkoleniową, zatrudniony powinien wiedzieć, jakie ryzyko na siebie przyjmuje. Zdaniem Joanny Jasiewicz, nie należy jednak przesadnie obawiać się, że w przypadku redukcji etatu pracownik będzie musiał zapłacić za wcześniejsze szkolenie. Zwykle umowa szkoleniowa bardzo jasno wskazuje, w jakich sytuacjach wina za utratę stanowiska nie będzie leżała po stronie pracownika.

– Jasno ustalone i precyzyjnie opisane w umowie szkoleniowej zasady mają na celu m.in. zachęcić pracowników do tego, żeby punktualnie przychodzili na opłacone zajęcia. Czasem zdarza się tak, że uczestnicy nie pojawiają się na szkoleniach i traktują ten czas jako wolny. To oczywiście również może być powodem zwrotu kosztów pracodawcy, ale w praktyce raczej do tego nie dochodzi. Zwykle kończy się na uwadze od przełożonego – podsumowuje Joanna Jasiewicz.

Art. 103[5] kodeksu pracy przewiduje jednak przypadki, kiedy konieczny jest zwrot kosztów szkolenia przez pracownika. Z taką sytuacją mamy do czynienia np. gdy następuje zwolnienie dyscyplinarne, spowodowane ciężkim naruszeniem podstawowych obowiązków pracowniczych. Oddanie kosztów poniesionych przez pracodawcę jest należne w pełnej wysokości albo w ilości proporcjonalnej do okresu zatrudnienia po ukończeniu podnoszenia kwalifikacji. Jeśli pracownik przepracuje połowę okresu, do którego zobowiązuje go umowa, musi oddać jedynie połowę wydatków.

Rynek pracy nieustająco się zmienia i w ostatnich latach staje się coraz bardziej przychylny dla pracownika. Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że obecnie w wielu przypadkach to pracownicy dyktują warunki potencjalnemu pracodawcy. Znaczącą część z nich stanowią bowiem tzw. „Milenialsi” – pokolenie, które przedkłada indywidualizm i samorealizację nad zarabianie pieniędzy. Co więcej jest to pokolenie komunikacji mobilnej. Zmusza to niejako pracodawców do znalezienia odpowiedniego systemu motywacyjnego, który jest nowoczesny i dostosowany do bieżących potrzeb pracowników. W przypadku nowego pokolenia nie jest to takie proste.

Obecnie większość prestiżowych firm oferuje dodatkowe udogodnienia i pozapłacowe benefity, które mają zachęcić najlepszych na rynku do wybrania ich oferty. Pakiety medyczne, karty wejść na siłownie i do innych obiektów sportowych, kursy językowe czy roczne karnety do teatru są już niemalże standardem i nie stanowią atrakcyjnego wyróżnika. Wiele firm idzie o krok dalej i organizuje strefy relaksu w miejscu pracy, czy wręcz całe biura projektuje w sposób przyjazny dla pracowników. O tym, jak istotną rolę odgrywają obecnie wspomniane systemy motywacyjne świadczyć może fakt, iż ponad 76% kandydatów już podczas rozmowy wstępnej lub kwalifikacyjnej pyta o dodatkowe korzyści. Co zadziwiające, często to właśnie te korzyści decydują o wyborze konkretnej oferty pracy, czasem nawet w przypadku wyższej oferty finansowej u konkurencji.

Pokolenie „Milenialsów” jest pod tym względem wyjątkowo czułe, bo skupione na rozwoju indywidualnym. Dodatkowo ci młodzi ludzie „od zawsze” funkcjonują w cyberświecie. Urządzenia mobilne, laptopy i portale społecznościowe to ich codzienność. Nie chcą jednak przy tym tracić cennego czasu na rozwiązywanie „przyziemnych” problemów, jak jeżdżenie do serwisów czy poszukiwanie informatyka. Czas wolny stanowi bowiem dla nich ogromną wartość. Dlatego też warto w przypadku wspomnianego pokolenia (ale także innych grup wiekowych) zaoferować wyjątkowy i innowacyjny na rynku benefit: nielimitowany całodobowy zdalny help-desk informatyczny, jakim jest iMe. Dzięki możliwości połączenia się online z doświadczonym specjalistą IT pracownik przede wszystkim nie traci czasu na samodzielne szukanie serwisu, dostarczanie lub wysyłanie sprzętu do naprawy, nie musi martwić się o to, czy potencjalny opis rozwiązania problemu znaleziony w Internecie jest właściwy i czy stosując się do niego nie spowoduje jeszcze większych szkód. Dodatkowo zaoszczędzone w ten sposób kwoty (średni koszt dobrej jakości serwisu przekracza 250 zł netto) może przeznaczyć na przyjemności swoje czy swoich najbliższych. Z tego powodu, w wielu firmach lokalne działy wsparcia IT często są proszone indywidualnie przez pracowników o wyświadczenie „przysługi” i pomoc z prywatnym komputerem. Niestety nadal blisko 81% pracowników w wieku 25-45 lat nie posiada takiej możliwości zarówno w pracy jak i w domu. Istotne jest również to, że osoby pracujące w nietypowych miejscach i godzinach mogą mieć trudność, żeby dotrzeć do tradycyjnego serwisu. iMe to natomiast serwis całodobowy i dostępny z każdego miejsca na ziemi.

Z naszego rozwiązania skorzystało już wiele firm, w tym Samo Centrum Wszechświata – innowacyjne miejsce na mapie Warszawy. Pracujący tam ludzie to profesjonaliści i pasjonaci. Świetnie orientują się w bieżących trendach. Takim pracownikom niełatwo było zaproponować benefit szyty na miarę ich potrzeb. Okazało się, że iMe jest idealną odpowiedzią.

„Zdecydowaliśmy się na zakup oferty iMe jako benefitu dla pracowników, ponieważ chcieliśmy wyróżnić nas jako pracodawcę, oraz zapewnić naszemu teamowi innowacyjne wsparcie IT. Nie ukrywajmy, na co dzień nie rozstajemy się z naszymi komputerami, tabletami czy smartfonami. Dopiero gdy sama zaczęłam korzystać z iMe zauważyłam jak wiele spraw załatwiam za pomocą urządzeń mobilnych. Ogromną ilość czasu traciłam także na walkę ze sprzętem wówczas gdy któreś z nich zostało zainfekowane wirusem lub nie chciało połączyć się z nową drukarką. Nie wspomnę już o tworzeniu na nowo dokumentów po utracie danych. Teraz wszystkim zajmuje się iMe, a ja mam wówczas czas dla siebie czy dla dziecka. Oszczędzam nerwy, a także pieniądze. Za jednorazową pomoc informatyka w ekstremalnych sytuacjach zdarzało mi się zapłacić w granicach 150 – 250 zł. Jednorazowa pomoc iMe to natomiast zaledwie 19 zł. Moi pracownicy po pierwszym miesiącu testowania iMe przyznali, że jest to helpdesk na miarę XXI wieku. Dotychczas nie wyobrażali sobie, że ich problemy mogą zostać załatwione „od ręki”. Dla iMe nie istnieją bowiem słowa takie jak „później”, „trudno”, „nie da się”. iMe to dla mojego zespołu osobisty IT concierge dostępny na każde żądanie, 24 godziny na dobę. Realizujący potrzeby, tak by mogli oni w tym czasie oddawać się swoim pasjom bez konieczności stałego uaktualniania technowiedzy. iMe to ich lifestyle. To manifest dbałości o własny komfort technologiczny. W obecnej dobie cyfryzacji po prostu nie można go nie mieć. iMe to nasz najlepszy przyjaciel, tak mówią moi pracownicy” powiedziała Anna Kurnicka, Dyrektor Generalna i Artystyczna SCW.

Możliwości, które oferuje iMe oraz prostota użycia sprawiają, że jest to idealne narzędzie w dzisiejszym cyfrowym, zabieganym świecie.

 

Autor: Piotr Majdan, Członek Zarządu iMe Polska

27 września w Centrum Giełdowym w Warszawie odbyło się rozstrzygnięcie XII edycji Rankingu Banków Polskiego Związku Firm Deweloperskich. Deweloperzy ocenili jakość współpracy z bankami kredytującymi ich inwestycje biorąc pod uwagę takie aspekty jak warunki umów, szybkość rozpatrywania wniosków, elastyczność banku w trakcie procesu kredytowania czy zgodność wstępnych deklaracji z faktycznymi procedurami.

Ranking Banków to jedna z inicjatyw Polskiego Związku Firm Deweloperskich – organizacji pracodawców działającej na rzecz poprawy otoczenia prawnego inwestorów działających w szeroko pojętej branży deweloperskiej – od rynku mieszkaniowego, przez centra handlowe i biurowce, po parkingi i to właśnie przedstawiciele tych firm odpowiadali na pytania postawione w ankiecie.

Tradycyjnie już liderem zestawienia okazał się Getin Noble Bank, który prym w rankingu deweloperów wiedzie od 2013 roku. Drugie miejsce, również tak jak w ubiegłym roku, zajęła Grupa mBank (mBank oraz mBank Hipoteczny). Na trzecim miejscu tegorocznego zestawienia znalazły się ex aequo Bank Millennium oraz Bank Polskiej Spółdzielczości.

Ranking Banków to świetne narzędzie dla banków, które chcą współpracować z deweloperami. Dzięki niemu łatwiej jest zdefiniować, jakie czynniki są najistotniejsze dla inwestora, a to z kolei pozwala „skroić na miarę” ofertę i wypracować standard współpracy, który będzie satysfakcjonujący dla obu stron – mówi Grzegorz Kiełpsz, Prezes Polskiego Związku Firm Deweloperskich

Wyniki tegorocznego Rankingu Banków pokazują, że banki, które są wysoko plasowane w poprzednich edycjach tego zestawienia, w kolejnych latach notują większy udział w puli kredytów zaciąganych przez deweloperów. Co szczególnie nas cieszy, to fakt, że deweloperzy zauważyli poprawę w kwestii warunków współpracy z bankami oraz partnerskiego podejścia do kredytobiorców, a to oznacza, że Ranking spełnia swoją rolę. Widać więc, że wykształca się grupa banków, która specjalizuje się w finansowaniu inwestycji deweloperskich oraz dostosowuje swoją ofertę do potrzeb tego rynku – komentuje wyniki Konrad Płochocki, Dyrektor Generalny PZFD

Tegoroczne zestawienie Rankingu Banków potwierdza, że banki, które znalazły się w czołówce mają najlepiej dostosowaną do potrzeb deweloperów ofertę. Jednak 10-letnie doświadczenie Upper Finance we wspieraniu branży nieruchomości wskazuje, że nadszedł już czas na szersze otwarcie się banków na mniejsze ośrodki. W miastach typu Lublin czy Kalisz działają deweloperzy, którzy także powinni móc skorzystać z doświadczenia największych graczy na rynku. Tam także powstają ciekawe i warte uwagi projekty, które warto dofinansować – mówi Iwona Załuska, Prezes Upper Finance Consulting, wiodącej firmy pozyskującej finansowanie dla projektów deweloperskich w Polsce.

 

Źródło: PZFD

Popyt na rynku mieszkaniowym jest obecnie wyższy niż produkcja deweloperska, a mieszkania sprzedają się na etapie dziury w ziemi. Deweloperzy prześcigają się w pomysłach na przyciągnięcie kolejnych kupujących nie tylko za pośrednictwem reklamy, ale również przez coraz ściślejsze pozycjonowanie produktu. A co, jeśli przy planowaniu inwestycji źle odczytają oczekiwania tych, na zainteresowanie, których liczą? Jak naprawdę chcą mieszkać Polacy i czy wiedzą to na pewno w chwili, gdy postanawiają kupić mieszkanie?

Wiadomo, że inaczej chcą mieszkać rodziny, a inaczej osoby, które prowadzą gospodarstwo domowe w pojedynkę. Ale czy wg podobnego klucza wyboru dokonują ci, którzy swoje mieszkania chcą wynajmować? Jak się okazuje nie do końca. Jeśli przyjąć, że preferencje najemców są zbieżne z oczekiwaniami kupujących, to w najbardziej potencjalnie zainteresowanych najmem grupach: bezdzietnych par lub singli, na koniec września br. skala zainteresowania mieszkaniami 1-pokojowymi nie przekracza 25%. W tym samym czasie aż 36% nabywców, którzy chcą potem mieszkanie wynajmować myśli o tym, że zakup kawalerki to dobry pomysł. Kolejne 50% z nich celuje w mieszkania dwupokojowe. Co ciekawe jeszcze w maju inwestorzy byli bardziej skłonni do zakupu większych mieszkań, a proporcje te wyglądały odpowiednio 26% i 56%.

Pytanie o preferencje nabywców mieszkań nie od dzisiaj zadają sobie zarówno deweloperzy jak i podmioty związane z rynkiem mieszkaniowym – architekci, samorządowcy, banki udzielające finansowania, inwestorzy na rynku najmu.REAS prowadził badania preferencji praktycznie od początku istnienia firmy. Problemem był jednak zawsze dobór miarodajnej grupy badawczej i przeprowadzenie badania z taką częstotliwością i na skalę, która umożliwiałaby obserwowanie dynamiki zmian.komentuje Kazimierz Kirejczyk, Prezes Zarządu REAS.Z pomocą przyszła nam nowoczesna technologia pod postacią OBIDO.

Wykorzystanie zaawansowanego sposobu gromadzenia i przetwarzania danych, na którym bazuje platforma OBIDO, pozwoliło zaobserwować jak preferencje nabywców zmieniają się nie tylko w dłuższych okresach i w dużych grupach nabywców, ale również w trakcie jednego procesu zakupowego.

Dla statystycznego Polaka kupującego mieszkanie najłatwiejszą – o dziwo – jest zmiana dotycząca ceny zakupu. Najtrudniej przychodzi mu zmiana preferowanej lokalizacji. Przy tym od chwili podjęcia decyzji o poszukiwaniu mieszkania do zakupu potrafi zmienić zdanie aż 18 razy!

Stworzyliśmy OBIDO po to by pomóc Polakom kupić ich wymarzone mieszkanie, ale im dłużej analizowaliśmy ten proces, tym bardziej przekonywaliśmy się jak bardzo jest skomplikowany. Nie wystarczyło poznać wieku, statusu rodzinnego czy zasobności portfela, a później przedstawić ofertę. Musieliśmy podejść do każdego indywidualnie, przeanalizować jego wymagania i dać mu poczucie, że dokonał najlepszego z możliwych wyborów.tłumaczy Paweł Gniadkowski, Prezes Zarządu i współzałożyciel OBIDO.Okazało się, że przy tej okazji gromadzimy niezliczoną ilość danych, które mogą posłużyć do znacznie szerszych analiz.

Skala jest faktycznie imponująca. Badanie przeprowadzone przez REAS we wrześniu oparte było na próbie 7380 osób. Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że dotychczas z platformy OBIDO skorzystało ponad 30 tys. kupujących, można mówić o największym w Polsce projekcie badawczym w tym obszarze. Ze względy na tę skalę, projekt do którego przystąpiły REAS i OBIDO pozwoli na dogłębną analizę zmian i trendów oraz uprawnionych statystycznie wniosków. Jednocześnie umożliwi dojście do dokładności opinii o konkretnych mieszkaniach czy inwestycjach deweloperskich dostępnej tylko w badaniu fokusowym.

Z punktu widzenia dyrektora sprzedaży w firmie deweloperskiej badania te wydają się nieocenione.

Szczególnie cenne jest powiązanie konkretnych typów nabywców z cechami, które są dla nich najistotniejsze. Jeśli wiemy, że np. dla kobiet w wieku 25-35 lat jakiś szczególny atrybut ma istotne znaczenie przy podejmowaniu decyzji – to tę cechę możemy uwypuklić w komunikacji, pomijając jednocześnie to, co dla tej grupy klientów jest nieistotne. Tym cenniejsza to wiedza, że oparta o twarde dane, a nie o intuicję sprzedawcy. – mówi Monika Śliwa, Dyrektor Marketingu Victoria Dom. – Badania te dadzą też szansę na uzyskanie odpowiedzi dla dewelopera absolutnie wyjątkowej, czyli dlaczego ktoś NIE kupił mieszkania. To pozwala na lepsze przygotowywanie kolejnych projektów.

 

Źródło: REAS

Znaki drogowe nie powiedzą wszystkiego o zasadach prowadzenia pojazdów w różnych rejonach Europy. Np. w Hiszpanii auto trzeba wyposażyć w dwa trójkąty ostrzegawcze, w Holandii doświadczeni kierowcy mogą mieć wyższe stężenie alkoholu we krwi niż początkujący, a samochodach osobowych na norweskich szosach nie trzeba wozić gaśnicy.

Nawet rutyniarz za kółkiem może się poczuć niepewnie, gdy wyjeżdża za granicę Polski. Czy poradzi sobie, polegając na sygnalizacji świetlnej oraz pionowych i poziomych znakach drogowych? Tyle powinno wystarczyć, by ustrzec się przed łamaniem elementarnych zasad bezpieczeństwa. Jeżeli dołożyć do tego przezorność, powinno się obyć także bez mandatu z zagranicznych podróży. Jednak gwarancję poruszania się zgodnie z obowiązującymi normami zyskamy dopiero, poznając najważniejsze zasady charakterystyczne dla różnych państw.

Zapinamy pasy, nie rozmawiamy przez telefon

Istnieją uregulowania zbieżne niemal dla całej Europy. Gdziekolwiek jedziemy, powinniśmy trzymać przy sobie dokumenty – prawo jazdy, dowód rejestracyjny, ważne badania techniczne. Należy też pamiętać o zapinaniu pasów bezpieczeństwa i – jeśli nie korzystamy z zestawu głośnomówiącego – o zakazie rozmów przez telefon komórkowy.

Chociaż nie wszędzie wymagają tego przepisy, przez całą dobę warto jeździć z włączonymi światłami, jesienią zmieniać opony z letnich na zimowe, a wiosną na odwrót. “Zimówki”, wprawdzie jeszcze nie w Polsce, w wielu państwach stały się już obowiązkiem, który dotyczy posiadacza każdego samochodu.

O ograniczeniach prędkości najczęściej informują umieszczane przy drogach znaki. W terenie zabudowanym z reguły obowiązuje zakaz przekraczania 50 km/h. Poza miejscowościami – w terenie niezabudowanym najczęściej można się poruszać maksymalnie 90 km/h. Na drogach ekspresowych rozbieżności robią się już spore. Np. na niemieckich autostradach istnieją fragmenty bez ograniczeń prędkości, tymczasem na Malcie, Łotwie i w Finlandii w ogóle nie wolno wykraczać poza barierę 80 km/h. Amatorzy szybkiej jazdy nie poszaleją także w Norwegii, gdzie na najlepszych nawet szosach kierowców ogranicza 100 km/h. W Estonii dozwolona prędkość zależy od pory roku. I tak latem na ekspresowych drogach dwujezdniowych można jechać 110 km/h, lecz zimą już tylko 90 km/h.

Dość powszechnie wiadomo, że w Wielkiej Brytanii obowiązuje nietypowy dla Europy ruch lewostronny. Zjednoczone Królestwo nie stanowi jednak na Starym Kontynencie jedynego wyjątku. Lewej strony należy się trzymać także w Irlandii oraz na Cyprze i na Malcie.

Po spożyciu najlepiej w ogóle nie prowadzić, ale…

Ogólna zasada mówi: Piłeś? Nie jedź! Większość europejskich państw dopuszcza jednak margines na prowadzenie samochodu np. po obiedzie z kieliszkiem wina.

Dopuszczalne stężenie alkoholu we krwi w Szwecji wynosi np. 0,2 g/l. Podobnie wyglądają zasady u sąsiadów z Norwegii i Finlandii, a także w Polsce. Bardziej liberalne przepisy stosują np.: Francuzi, Grecy, Holendrzy, Hiszpanie, Irlandczycy – 0,5 g/l oraz 0,2-0,3 dla kierowców początkujących. Największą tolerancję zachowują Brytyjczycy i Maltańczycy – 0,8 g/l. Istnieją też w Europie kraje, w których nie wolno sobie pozwolić nawet na odrobinę alkoholowej domieszki we krwi. W Czechach, Bułgarii i na Słowacji limit wynosi 0,0.

Nie trzeba pamiętać wszystkiego

W europejskich państwach różnią się także przepisy dotyczące obowiązkowego wyposażenia samochodów. W Polsce wymaga się tylko gaśnicy i trójkąta ostrzegawczego. Gdy wybieramy się za granicę, lepiej doposażyć auto w kamizelkę odblaskową. W wielu krajach przyda się także zestaw do udzielania pierwszej pomocy. W Chorwacji kierowcy pojazdów z tradycyjnymi reflektorami muszą mieć przy sobie zapasowe żarówki. Z kolei hiszpańskie reguły wymagają dwóch przenośnych trójkątów ostrzegawczych na pokładzie jednego auta.

Samochodowa wyprawa po całej Europie wiązałaby się z koniecznością zapamiętania wielu norm. Na szczęście istnieją narzędzia, które pozwalają na bieżąco sprawdzić, co w kwestii drogowych przepisów warto wiedzieć, jadąc do różnych krajów. Wystarczy pobrać darmową aplikację np. Going Abroad, by uzyskać pod ręką dostęp do reguł poruszania się po drogach wszystkich państw członkowskich UE. Aplikacja jest dostępna w języku polskim i działa na smartfonach wyposażonych w systemy: Android, iOS i Windows.

Za nieznajomość lub nierespektowanie przepisów się płaci

Kierowcy w Polsce, nawet w kontekście ostatniego zaostrzenia kar za łamanie przepisów, nie powinni narzekać na wysokość mandatów, jeśli porównają stawki z Norwegią, Danią, Szwajcarią czy Holandią. – Różnią się oczywiście także średnie zarobki między pracownikami w europejskich krajach. W Polsce przeciętna pensja w sektorze przedsiębiorstw w przeliczeniu na europejską walutę wynosi ok. 1 tys. euro, podczas gdy w Niemczech średnia sięga 3,7 tys. euro, a jeszcze wyższa jest np. w Danii, Irlandii, Szwecji, Belgii – mówi Bartosz Grejner, analityk spółki Cinkciarz.pl. Różnice w zarobkach nie są jednak proporcjonalne do stawek mandatowych. W niektórych krajach łamanie przepisów kosztuje naprawdę słono. Za przekroczenie prędkości o 20 km/h w Polsce płaci się najczęściej 100 zł, czyli ok. 23-24 euro. Za identyczne wykroczenie w Czechach kara byłby już niemal dwukrotnie wyższa, w Szwecji dziesięciokrotnie, a w Norwegii nawet 20-krotnie i według kursów Cinkciarz.pl z 25 września 2017 r. sięgałaby w przeliczeniu na polską walutę niemal 1,8 tys. zł.

Statystycznie blisko Niemców

Polacy należą do europejskiej czołówki, jeśli chodzi o liczbę zarejestrowanych aut osobowych w stosunku do liczby obywateli. Ostatnie dane Eurostatu (dostępne za 2015 r.) pokazują, że czołówkę utworzonego pod tym względem rankingu tworzą: Liechtenstein – 766, Luksemburg – 661 i Malta – 634. Czwarta jest Finlandia – 590, a szóste są Niemcy – 548.

– Co ciekawe, w Polsce było tylko o dwa samochody mniej na 1000 mieszkańców niż u zachodniego sąsiada. Tym samym nasz kraj już znajduje się wśród państw z najwyższą średnią aut na 1000 mieszkańców, wyprzedzając znacznie bogatsze europejskie gospodarki – zauważa analityk Cinkciarz.pl. – Dane nie określają jednak średniego wieku i wartości samochodów – dodaje analityk Cinkciarz.pl. W końcówce europejskiego rankingu (z 2015 r.) posiadaczy samochodów osobowych są: Rumunia z 261 samochodami na 1000 mieszkańców oraz Węgry – 325.

 

Źródło: Cinkciarz.pl

Dostać się na Harvard, Stanford czy MIT? Czemu nie. To marzenie można spełnić i problemem wcale nie muszą być pieniądze. W 2017 roku kontynuować edukację za granicą będzie 25 proc. więcej Polaków niż w roku 2016 – wynika z danych Elab Education Laboratory. 

Uczelnie amerykańskie niezmiennie okupują miejsca na podium wszelkich rankingów. Aby dostać się na Harvard, Stanford czy MIT, kandydat musi przede wszystkim zmierzyć się z egzaminami SAT. Egzamin składa się z trzech części. Pierwsza sprawdza umiejętność czytania ze zrozumieniem i zdolności językowe. Kolejna, matematyczna, obejmuje geometrię, algebrę, prawdopodobieństwo, analizę danych i arytmetykę. Niektóre uczelnie wymagają dodatkowo napisaniu eseju na zadany temat. Tak więc niezależnie od tego, czy uważamy się za humanistę, czy umysł ścisły, przyjdzie nam zmierzyć się ze wszystkimi częściami egzaminu i wykazać wszechstronnością. W zależności od wybranego kierunku studiów należy także przystąpić do, zwykle dwóch, Subject SAT, czyli egzaminów przedmiotowych.

Polscy licealiści mogą przystąpić do testów SAT kilka razy w roku w Warszawie, Krakowie i Gdańsku. Optymalnie powinni to zrobić w drugiej klasie liceum. Ze względu na zakres programowy w polskich szkołach, zdanie egzaminu rok wcześniej niż robią to Amerykanie od strony merytorycznej nie powinno stanowić problemu. Zwłaszcza po opanowaniu strategii rozwiązywania tego typu zadań.

Kolejnym krokiem w procesie aplikacji jest egzamin językowy TOEFL. Osoby, które wcześniej zmierzyły się z SAT poradzą sobie bez trudu. Certyfikat honorowany jest nie tylko przez uczelnie amerykańskie, ale wszystkie z wykładowym językiem angielskim.

Pokaż nam kim jesteś, a powiemy ci czy dostałeś się na Harvard

Prestiżowe zagraniczne uczelnie przykładają ogromną wagę do osiągnięć i aktywności nie związanych z edukacją bezpośrednio. Liczą się sukcesy sportowe, zaangażowanie w organizacje pozarządowe, wolontariaty i praktyki. Jednym z istotnych elementów aplikacji są listy referencyjne od nauczycieli, trenerów czy pracodawców. Przyszły student musi wykazać się zaangażowaniem społecznym, pracą na rzecz innych i chęcią rozwoju osobistego. W cenie będzie nieszablonowe myślenie, a należy się nim wykazać m.in. podczas pisania eseju – kolejnego z wymaganych dokumentów. Przykładowy temat jednego z podopiecznych Elab Education Laboratory aplikującego na astrofizykę to „Mój plan na skolonizowanie drogi mlecznej.” W pozornie odległych tematach nie należy jednak dać się ponieść wyobraźni, a możliwie precyzyjnie podeprzeć szeroką wiedzą merytoryczną.

Uzbieranie wystarczającej liczby punktów i skompletowanie dokumentacji wymaga świadomych przygotowań od początku szkoły średniej. Co jednak ciekawe, wynik polskiej matury nie ma znaczenia w trakcie rekrutacji. Istotne jest jedynie, aby ją zdać.

Europejczykom najłatwiej w Europie

Z uwagi na przynależność do Unii Europejskiej studia na starym kontynencie mogą okazać się najbardziej dostępną i atrakcyjną opcją. Co prawda należy zdać egzamin językowy w zależności od języka, w jakim planujemy studiować, na większości uczelni nie ma jednak egzaminów wstępnych. O przyjęciu decydują wyniki matury. Wyjątek stanowią oblegane zwykle uczelnie medyczne i artystyczne.

W krajach Unii, podobnie jak w US, bardzo istotne są w tym przypadku działania pozaszkolne. Na przykład chcąc studiować medycynę, należy odbyć wolontariat/staż, podczas którego przyszły student obserwuje w praktyce pracę lekarza bądź pielęgniarki. Oxford i Cambridge może zażądać świadectwa wolontariatu związanego z wybranym kierunkiem studiów. Także kraje skandynawskie przyjrzą się pracy na rzecz innych.

Polskie uniwersytety zajmują odległe miejsca na Liście Szanghajskiej – najbardziej uznanym ogólnoświatowym rankingu uczelni wyższych. Uniwersytet Warszawski i Jagielloński w 2017 roku znalazły się dopiero w trzeciej setce zestawienia.

 

Wypowiedź: Łukasz Ośmiałowski, Elab Education.

Wideo obchód, realizowany przez Stację Monitorowania Alarmów Konsalnet, jest uzupełnieniem i wsparciem systemów bezpieczeństwa na chronionym obiekcie. Polega na okresowej weryfikacji obrazu z kamer, realizacji scenariuszy i procedur ustalonych z klientem.

Wideo obchód wykorzystuje kamery monitoringu zewnętrzne oraz wewnętrzne w chronionym budynku. Co obejmuje taki obchód?

  • odbywa się w określonych interwałach czasowych, obejmując obraz ze wszystkich kamer w obiekcie,
  • polega na dokładnym weryfikowaniu obrazu z każdej kamery osobno – pracownik musi potwierdzić kontrolę w systemie,
  • obejmuje podejmowanie działań prewencyjnych i interwencji, gdy dojdzie np. do niepożądanej wizyty, włamania, zagrożenia pożarowego i innych,
  • optymalizuje ochronę, zapewniając Tobie pełną kontrolę nad bezpieczeństwem budynku.

Dlaczego warto wybrać wideo obchód?

Usługa ta, daje możliwość weryfikacji wnętrza obiektu oraz terenu zewnętrznego z zachowaniem najwyższego stopnia dyskrecji. Osoby obce nie są w stanie stwierdzić, kiedy usługa jest wykonywana.

Specjalny system firmy Konsalnet gwarantuje weryfikację obrazu z każdej kamery objętej usługą oraz realizację ustalonych procedur. Obraz rejestrowany podczas weryfikacji jest archiwizowany, a Klient otrzymuje raport z wykonanej usługi.

Firma ochroniarska Konslanet innowacyjną usługę wideo obchodu realizuje dla klientów z każdej branży, dostosowując rozwiązanie do jej specyfiki. Zarówno przedział czasowy wykonywania wideo obchodu, częstotliwość oraz ilość i wybór kamer ustalany jest indywidualnie na podstawie audytu bezpieczeństwa.

Jeśli chodzi o monitoring firmy, Konsalnet wykracza poza standardy.

 

Więcej na www.konsalnet.pl

Eksperci

Bugajski: „Problematyczny” wzrost gospodarczy

Przez kilka ostatnich pokryzysowych lat wiele ekonomistów narzekało na stan globalnej koniunktury i ...

Grejner: Znów wzrosły płace w Polsce. A kiedy dogonimy Niemców?

4473 zł - tyle, wg opublikowanych we wtorek danych GUS, Polacy zarabiali we wrześniu br. Średnia pen...

Kalata: Część firm straci prawo do udzielania ulg

Zmiana ustawy z dnia 29 września 2017 roku o zmianie ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej o...

Gontarek: Pracodawcy coraz częściej zatrudniają starszych pracowników

We wrześniu br. przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw było wyższe o 4,5% r/r. Natomiast...

Przasnyski: Żywność drożeje najmocniej od pięciu lat

We wrześniu ceny żywności były wyższe niż rok wcześniej aż o 5 proc. To najmocniejszy wzrost od pięc...

AKTUALNOŚCI

Zadłużone e-sklepy

Aż o jedną trzecią wzrosło w ciągu roku zadłużenie sprzedawców internetowych działających na polskim...

Wybieramy płatności elektroniczne zamiast gotówki

Większość Polaków wybiera płatności elektroniczne zamiast gotówki. Cenione są za innowacyjność, wygo...

Spotkanie MŚP rozpoczęte

35 tys. m2 – właśnie tyle przestrzeni potrzeba, aby ponad 6 tys. uczestników z ponad 30 krajów mogło...

Emigrujemy do Norwegii – mieszka tam już 85 tys. Polaków

W ubiegłym roku z Polski wyemigrowało prawie 120 tys. osób. Na koniec 2016 r. poza granicami przebyw...

Najszybciej rozwijającym się regionem w UE jest Mazowsze

Mazowsze było w latach 2007-2015 jednym z czterech najszybciej rozwijających się regionów w Unii Eur...