piątek, Listopad 24, 2017
Home Archiwa 2017 Sierpień

Miesięczne archiwaSierpień 2017

Inaugurujemy kolejny sezon, który będzie należał do koszuli. Ten ponadczasowy element garderoby już dawno przekroczył granicę biura czy urzędu i w swojej wędrówce trafił aż na salony. Patrząc na propozycje z jesienno-zimowej kolekcji marek Wólczanka i Lambert, w której obok koszul czysto biznesowych pojawiły się także modele ozdobione kobiecymi bufkami czy uszyte ze szlachetnej koronki, jest to w pełni zrozumiałe. Damska koszula zasługuje na to, aby wreszcie błyszczeć na pierwszym planie.

Pożegnaliśmy wiosnę, ale bynajmniej nie mamy zamiaru rozstawać się z kwiatami. Wysmakowane printy w klimacie baśniowego ogrodu doskonale sprawdzą się także jesienią i zimą. Mnogość dostępnych wariacji może onieśmielać. Pąki o rozmytych konturach czy  drobna kwiatowa łączka stoją w opozycji do nowoczesnych multiplikacji i surowych
w formie graficznych nawiązań do świata flory. Do królestwa zwierząt nawiązują z kolei  wielokolorowe cętki oraz desenie zainspirowane fakturą wężowej skóry. Wśród zdobień wyróżniają się efektowne żaboty, kobiece fontazie oraz romantyczne falbanki zdobiące linię kołnierzyka, stójki czy mankietów. Na uwagę zasługują również rozszerzane rękawy, które na nowo definiują proporcje sylwetki.

Oprócz kwiatów na koszulach Wólczanki przewija się także perski motyw paisley z charakterystycznym elementem w kształcie przypominającym zakręconą łzę. W kolekcji na jesień i zimę posłużył on jako punkt wyjścia do stworzenia fantasmagorycznych, wielokolorowych mozaik w orientalnym klimacie obecnych m.in. na koszulach z kokardami wiązanymi pod szyją.

W kolekcji na jesień i zimę obok wielobarwnych, działających na zmysły wzorów pojawiły się także bardziej stonowane modele koszul, stworzone z myślą o paniach, których strój w miejscu pracy powinien nawiązywać do zasad tradycyjnego dresscode’u. Dominują tu przede wszystkim czerń i biel wyeksponowane w formie ciemnych nadruków na jasnym tle lub też ich negatywu. Silne kontrasty budują melancholijny klimat bliski stylistyce kina noir, dzięki czemu każda Klientka marki będzie miała szansą choć na chwilę jak współczesna wersja femme fatale.

Kolekcję koszul uzupełniają damskie swetry – w tym golfy, z mieszkanki wełny i kaszmiru oraz szeroki wybór eleganckich chust uszytych z tkaniny wełnianej lub wysokogatunkowego jedwabiu.

Nową kolekcję Wólczanki promuje sesja zdjęciowa zrealizowana w designerskim wnętrzu, którego wystrój z jednej strony podkreśla biurowy, a z drugiej casualowy charakter prezentowanych stylizacji. Fotografowi Kamilowi Strudzińskiemu pozowali Paulina Wyka z agencji Model Plus oraz Francuz John Esposito. Dopełnieniem zdjęć są filmy zrealizowane przez Jacka Jabłońskiego.

Pierwsza odsłona kolekcji jest już dostępna w butikach stacjonarnych oraz sklepie online wolczanka.pl. Kolejne modele z oferty jesienno-zimowej będą pojawiać się w sprzedaży sukcesywnie w trakcie trwania całego sezonu.

 

Źródło: Wólczanka

 

W styczniu pojawi się ostatnia szansa na dołączenie do programu „Mieszkania dla młodych”. Expander zwraca jednak uwagę, że nie będzie to zupełny jego koniec. Do 2023 r. dodatkową dopłatę w wysokości nawet 17,5 tys. wciąż będą mogli otrzymać uczestnicy, którym urodzi się 3 lub kolejne dziecko. Duże szanse na to ma 23 tys. rodzin, które w momencie przystąpienia do programu miały już przynajmniej jedno dziecko.

W styczniu 2018 r. pojawi się ostatnia szansa na dołączenie do programu „Mieszkanie dla młodych”. Jeśli ktoś spełnia jego wymogi, to powinien rozważyć możliwość uzyskania dopłaty, gdyż może otrzymać nawet 113 537 zł. Tak wysokie wsparcie dotyczy jednak tylko uczestników posiadających przynajmniej troje dzieci. Większość (57%) uczestników programu w momencie wnioskowania o wsparcie nie miała jednak w ogóle dzieci. Nie powinno to dziwić, gdyż Polacy zanim się zdecydują na potomstwo zwykle chcą już mieć własne mieszkanie.

W najbliższych latach uczestnicy MdM, mogą więc zacząć starać się o dzieci. Co ważne, jeśli w ciągu 5 lat od zakupu urodzi się im trzecie lub kolejne dziecko, to dostaną dodatkową dopłatę w wysokości 5%. W przypadku Warszawy wyniesie ona ok. 17,5 tys. zł. Ze względu na 5-letnie ograniczenie, największe szanse na takie wsparcie mają jednak ci, którzy w momencie wnioskowania o dofinansowanie mieli już przynajmniej jedno dziecko. Takich rodzin było 23 tysiące. Niestety, jak na razie, przez 3,5 roku skorzystało z tej możliwości zaledwie 355 rodzin. Pamiętajmy jednak, że dopiero w ubiegłym roku zaczął działać program „Rodzina 500+”, który dodatkowo mobilizuje do posiadania większej liczby dzieci. Dlatego w przyszłości takich wniosków może być zdecydowanie więcej.

Jak zawnioskować o dodatkową dopłatę

Jeśli w rodzinie biorącej udział w programie urodzi się lub zostanie adoptowane trzecie lub kolejne dziecko, może ona złożyć wniosek o dodatkową dopłatę. Należy to zrobić w ciągu 6 miesięcy od narodzin czy przysposobienia. Wniosek trzeba złożyć w tym banku, w którym spłacany jest kredyt hipoteczny. Istotne jest także to, że tych pieniędzy nie dostanie do ręki. Dopłata trafi od razu do banku i obniży zadłużenie kredytu, a więc pomniejszy ratę lub skróci jego okres spłaty. Istotne jest również to, że takie wsparcie może być udzielone tylko raz. Jeśli więc otrzymamy je na trzecie dziecko, to na czwarte już nie zostanie nam wypłacone. Warto też dodać, że bank nie może naliczyć w takiej sytuacji prowizji za wcześniejszą spłatę.

Na koniec warto dodać, że Ci, którzy chcieliby jeszcze dołączyć do programu, nie powinni zwlekać do stycznia 2018 r. Co prawda dopiero od początku przyszłego roku będzie można składać wnioski. Już teraz warto jednak poszukać mieszkania spełniającego warunki programu. W listopadzie lub pierwszej połowie grudnia najlepiej odwiedzić banki lub pośrednika kredytowego w celu przygotowania wszystkich niezbędnych dokumentów.  Wiele wskazuje bowiem na to, że pieniądze na dopłaty mogą się skończyć nawet już w drugim tygodniu stycznia. Ci, którzy będą odkładać formalności na ostatnią chwilę mogą więc nie zdążyć ich dopełnić zanim pieniądze się skończą.

 

Źródło: Expander

W ponad połowie z niemal 2 milionów polskich przedsiębiorstw z sektora MŚP samochody służbowe są użytkowane od 5 do 10 lat – wynika z najnowszego badania zrealizowanego na zlecenie Carefleet S.A.  Niemal 40 proc. mikro, małych i średnich firm wymienia auta, kiedy nie nadają się już do użytku.

Jak wynika z badania, 36,5 proc. przedsiębiorców wymienia samochody służbowe z powodu złego stanu technicznego, który uniemożliwia ich dalsze użytkowanie. Nieco ponad 20 proc. ankietowanych przedstawicieli sektora MŚP deklaruje natomiast, że przyczyną wymiany firmowych pojazdów są coraz wyższe nakłady ponoszone na ich eksploatację i naprawy. W prawie 13 proc. firm samochody wymieniane są z powodu  zakończenia umów leasingu lub wynajmu długoterminowego.

– Polski sektor MŚP coraz częściej idzie w ślady korporacji i dużych przedsiębiorstw, czerpiąc dobre wzorce w odniesieniu do sposobów zarządzania samochodami służbowymi. Obecnie właściciele mikro, małych i średnich firm bardziej niż  kilka lat temu cenią sobie możliwość użytkowania pojazdów nowych i ich częstszej wymiany – twierdzi Ilona Ochęduszko, dyrektor account management w Carefleet S.A. – Jednocześnie nadal wielu przedsiębiorców użytkuje samochody służbowe do ich śmierci technicznej lub wymienia je dopiero wtedy, kiedy koszty eksploatacyjne i napraw mechanicznych stają się zbyt wysokie. Jak wynika z naszych badań, ponad 10 proc. przedsiębiorców z sektora MŚP korzysta z samochodów powyżej 11 lat. Co istotne, pojazdy nabywane przez małe i średnie  firmy pochodzą często z rynku wtórnego, stąd w ich flotach spotyka się auta nawet 15 letnie i starsze – dodaje Ilona Ochęduszko.

Według danych zebranych na zlecenie Carefleet S.A. w niemal 6 proc. badanych podmiotów samochody służbowe wymieniane są w związku z wewnętrznych zmianami w firmie, takimi jak nowe zlecenia czy nowi pracownicy w przedsiębiorstwie. Jedynie 0,6 proc. ankietowanych wskazało względy bezpieczeństwa jako powód wymiany auta na nowe.

Koszty najbardziej istotne dla branży transportowej

Analiza wyników badania uwzględniająca podział firm na branże nie uwidacznia znacznego zróżnicowania w argumentacji przyczyn wymiany samochodów służbowych. Jako główny powód zmiany samochodów na nowe na pierwszym miejscu wymieniany jest ich zły stan techniczny. Odstępstwo od tej reguły można zauważyć w przypadku firm transportowych. Ponad 40 proc. ankietowanych przedstawicieli tego typu podmiotów deklaruje, że powodem do wymiany służbowych samochodów są coraz wyższe koszty związane z ich utrzymaniem. Zły stan techniczny został wymieniony na 2. miejscu (23,9 proc. wskazań).

– Dla przedsiębiorców z sektora MŚP samochód służbowy to przede wszystkim narzędzie pracy. Widać to szczególnie w przypadku firm transportowych, które nie mogą sobie pozwolić na przestoje wynikające ze złego stanu technicznego pojazdów. Jednocześnie koszty eksploatacyjne floty stanowią jedną z najważniejszych pozycji w bilansie tego typu przedsiębiorstw. Kiedy koszt utrzymania służbowych pojazdów zaczyna przekraczać akceptowalny poziom, wymieniają je zazwyczaj na nowe – dodaje Ilona Ochęduszko.

 

Źródło:  Carefleet S.A.

 

Ministerstwo Środowiska szykuje zmiany w funkcjonowaniu dyrekcji ochrony środowiska. Ich efektem będzie centralizacja i upolitycznienie zarządzania środowiskiem – ostrzega Konfederacja Lewiatan.

W projekcie ustawy o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz ocenach oddziaływania na środowisko oraz ustawy o ochronie przyrody, przewiduje się centralizację funkcjonowania Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska oraz regionalnych dyrekcji ochrony środowiska, a także modyfikację zakresu ich kompetencji.

Dotychczasową Generalną Dyrekcję Ochrony Środowiska i 16 regionalnych dyrekcji ma zastąpić nowa jednostka – Dyrekcja Ochrony Środowiska kierowana przez generalnego dyrektora ochrony środowiska z oddziałami regionalnymi, które jako urzędy będą obsługiwały regionalnych dyrektorów ochrony środowiska.

– Wątpliwości budzi uchylenie przepisów dotyczących obowiązku przeprowadzania konkursu na stanowisko Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska. Obecnie powołuje go premier, spośród osób wyłonionych w drodze otwartego konkursu, na wniosek ministra środowiska. Rezygnacja z konkursu spowoduje całkowitą dowolność w obsadzaniu tego stanowiska. Niepokoi również zmiana struktury organizacyjnej – mówi Dominik Gajewski, radca prawny, ekspert Konfederacji Lewiatan.

W projekcie ustawy przyjmuje się, że jednostkami organizacyjnymi Dyrekcji Ochrony Środowiska są: centrala oraz odziały regionalne, a jednocześnie pozostawia się przepis, że regionalni dyrektorzy ochrony środowiska podlegają Generalnemu Dyrektorowi Ochrony Środowiska.

– Nie znajduje uzasadnienia wprowadzanie rozwiązania, że zakres działania regionalnych dyrekcji ochrony środowiska nie pokrywa się z terytorium województw. Taka dowolność poszczególnych oddziałów regionalnych nie będzie pozytywnie wpływała na pewność obrotu prawnego w trakcie toczących się postępowań administracyjnych – dodaje Dominik Gajewski.

 

Źródło: Konfederacja Lewiatan

Najnowszy raport zintegrowany PGE Polskiej Grupy Energetycznej za 2016 rok w kompleksowy, a zarazem przystępny i atrakcyjny sposób, przedstawia działalność największej firmy sektora elektroenergetycznego. Opowieść krąży wokół trzech fundamentalnych wartości Grupy PGE, którymi są: partnerstwo, rozwój i odpowiedzialność.

Budowanie długoterminowej wartości naszej firmy uwzględnia, poza priorytetami biznesowymi, także trwałe relacje z otoczeniem oparte na zaufaniu, otwartości i dialogu. Celem PGE jest bycie dobrym sąsiadem i partnerem na wszystkich płaszczyznach działalności – mówi Henryk Baranowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Raport zintegrowany Grupy PGE został opracowany w taki sposób, że nie wymaga specjalistycznej wiedzy z zakresu energetyki, ekonomii czy rachunkowości. Standardowe rozwiązania technologiczne, takie jak nowoczesny interfejs, animacje, infografiki, możliwość przeglądania na smartfonie, tablecie i komputerze stacjonarnym to nie jedyne zalety tego raportu. Główny nacisk został w nim położony na treść i kompleksową analizę otoczenia. Obszerne dane i statystyki pozwalają na szeroką ocenę interakcji ze wszystkimi interesariuszami Grupy PGE oraz przegląd szans rozwoju i ryzyk działalności w średnim i długim terminie, a także ilustrują zmieniające się otoczenie rynkowe i prawne.

Robimy wszystko, by nasza komunikacja z otoczeniem była przejrzysta. Założenie to spełnia raport zintegrowany za 2016 r., w którym wprost wykładamy krótko, średnio i długoterminowe wartości firmy. Jesteśmy świadomi naszego wpływu na otoczenie. Dlatego każdego dnia podejmujemy inicjatywy, by zarządzać nim w zrównoważony sposób. W tym celu współpracujemy z wieloma środowiskami. Uważamy, że dialog z otoczeniem jest naszym obowiązkiem i przejawem odpowiedzialności. Jesteśmy dumni z wyjątkowej roli, jaką odgrywamy w polskim systemie elektroenergetycznym. Swoją pasją, 38 tys. najwyższej klasy specjalistów zatrudnianych w PGE, chcemy dzielić się z milionami naszych obecnych i przyszłych klientów – mówi Henryk Baranowski.

Jak Grupa PGE rozumie trzy kluczowe wartości charakteryzujące kulturę jej organizacji?

PARTNERSTWO – to charakterystyka i opis naszego otoczenia, z którym nawiązujemy interakcję  w naszej codziennej działalności. Zależy nam, by uwzględnić oczekiwania różnych środowisk, a jednocześnie wykonywać codzienna pracę polegającą na budowaniu wartości firmy.

ROZWÓJ – to opis i analiza coraz dynamiczniej zmieniającego się świata, w którym funkcjonujemy. Tutaj przedstawiamy perspektywę rozwoju PGE, która zawiera się w idei zrównoważone i odpowiedzialnej transformacji.

ODPOWIEDZIALNOŚĆ – przedstawia działania służące realizacji naszych projektów oraz oczekiwań interesariuszy. To mechanizmy zarządzania, raportowania i nadzoru w organizacji, służące realizacji założonych celów.

 

Źródło: Grupa PGE

Dlaczego kupujemy mieszkanie? Sieć biur nieruchomości Metrohouse na podstawie przeprowadzonych w tym roku transakcji przygotowała opracowanie dotyczące najpopularniejszych przesłanek, które przyświecają zakupowi lokalu.

Powód nr 1: Idę „na swoje”

Najsilniejszą grupę nabywców mieszkań na rynku wtórnym stanowią kupujący, którzy podjęli decyzję o „pójściu na swoje”. Są to osoby, które dotychczas wynajmowały mieszkanie, ew. mieszkały z rodzicami w domach wielopokoleniowych. Tacy klienci stanowią obecnie aż 34 proc. wszystkich kupujących mieszkania za pośrednictwem Metrohouse. Zapewne spora w tym zasługa programu Mieszkanie dla Młodych, który wspierał dotychczas nabywców pierwszego M. W Polsce nadal istnieje silne przywiązanie do własności, a korzystanie z najmu traktowane jest jako faza przejściowa w dążeniu do własnego mieszkania.

Powód nr 2: Kupuję inwestycyjnie

To, że inwestowanie w nieruchomości jest w ostatnich latach bardzo popularną formą lokowania oszczędności, wiedzą już pewnie wszyscy. Popierają to liczby, z których wynika, że co czwarta transakcja na rynku wtórnym dotyczy mieszkań, które trafiają potem na rynek wynajmu. W rzeczywistości udział inwestorów w dokonywanych transakcjach może być jeszcze wyższy z racji tego, że nie zawsze klienci ujawniają prawdziwy cel przyświecający zakupowi.

Powód nr 3: Zamieniam na większe

11 proc. transakcji dotyczyło klientów, którzy deklarują, że powodem zakupu jest potrzeba znalezienia większego mieszkania, aby poprawić dotychczasowy standard zamieszkania. Na rynku wtórnym już od pewnego czasu zauważalny jest trend nabywania coraz większych mieszkań. Przeprowadzka do większego, docelowego lokum następuje zwykle po powiększeniu rodziny, kiedy okazuje się, że dotychczasowe mieszkanie nie spełnia już swoich funkcji.

Powód nr 4: Przeprowadzam się do innego miasta

Dla 10 proc. kupujących zakup mieszkania wiąże się z przeprowadzką do innego miasta. Najczęściej przeprowadzka jest wynikiem znalezienia nowej stałej pracy.

Powód nr 5: Zamieniam na mniejsze mieszkanie

Jednocześnie 7 proc. transakcji związanych było z potrzebą zakupu mniejszego mieszkania. Geneza takich decyzji jest bardzo różna – począwszy o kłopotów finansowych, zmiany sytuacji życiowej (wyprowadzka dzieci), aż po np. potrzebę zainwestowania części uzyskanych ze sprzedaży środków.

Inne powody

W pozostałej części transakcji powody nabycia mieszkania były bardzo różne. W niektórych przypadkach chodziło o rozwód, ale wiele odpowiedzi dotyczyło zakupu mieszkań dla rozpoczynających studia dzieci. Jak widać, nawet przy bogatej ofercie mieszkań na wynajem, część klientów decyduje się na zakup studenckiego mieszkania, często z myślą o wynajęciu jednego z pomieszczeń innemu studentowi, co pokryje choćby miesięczne koszty utrzymania lokum. Z drugiej strony pojawiały się odpowiedzi o zakupie mieszkania wnukom, ale też rodzicom, którzy na emeryturze chcieliby być bliżej swoich dzieci. W kilku przypadkach zakupiona za pośrednictwem Metrohouse nieruchomość miała być prezentem dla dziecka, które wychodzi za mąż/żeni się. Jako coraz częściej podawany powód zakupu klienci skazują na potrzebę posiadania mieszkania z przeznaczeniem na wyjazdy weekendowe – w tym celu kupują niewielkie mieszkania w popularnych miejscowościach turystycznych, głównie nad Bałtykiem.

Źródło: Metrohouse

Rada Ministrów przyjęła we wtorek projekt ustawy o zmianie ustawy o ewidencji ludności, który przewiduje uchylenie przepisów znoszących obowiązek meldunkowy, co oznacza, że od 1 stycznia 2018 r. obowiązek ten będzie nadal istniał.

Pozostawiając obowiązek meldunkowy zaproponowano istotne uproszczenia przy jego realizacji – od 1 stycznia 2018 r. przewidziano możliwość elektronicznego meldunku, czyli bez konieczności osobistej wizyty w urzędzie. W tym celu ma powstać specjalna e-usługa, za pomocą której każda osoba posiadająca profil zaufany ePUAP albo kwalifikowany podpis elektroniczny będzie mogła się zameldować.

Jednocześnie przy użyciu jednego formularza meldunkowego możliwe będzie zameldowanie na pobyt czasowy z jednoczesnym wymeldowaniem z pobytu stałego, a także zameldowanie na pobyt stały i jednoczesne wymeldowanie z pobytu czasowego. Obecnie trzeba wypełniać dwa formularze: zameldowania i wymeldowania. Rozwiązanie to ma ułatwić czynności meldunkowe np. studentom i pracownikom, którzy wyjeżdżają poza stałe miejsce zamieszkania.

Projekt zakłąda też, że numer PESEL nadawany będzie wszystkim cudzoziemcom  dokonującym zameldowania w Polsce na pobyt stały lub czasowy. Oznacza to gromadzenie informacji o wszystkich cudzoziemcach przebywających w naszym kraju w centralnym rejestrze PESEL. W rezultacie zlikwidowane zostaną dotychczasowe rejestry zamieszkania cudzoziemców (gromadzone są w nich dane o cudzoziemcach którym nadano numer PESEL, jak i o tych którzy go nie otrzymali). Słabą stroną tych rejestrów jest niska referencyjność zgromadzonych w nich danych, ponieważ nie są one odpowiednio często aktualizowane, a także ich rozproszenie (każda gmina prowadzi własny rejestr). Po zmianach nie będzie mnożenia danych w rejestrach i ich dublowania.

Obywatelom państw członkowskich UE i członkom ich rodzin numer PESEL będzie nadawany przy zameldowaniu powyżej 3 miesięcy. Zmniejszone zostaną także formalności związane z zameldowaniem tych osób. Numer PESEL nie zostanie nadany przy zameldowaniu cudzoziemców, których pobyt w Polsce będzie krótkotrwały lub tranzytowy (nie przekraczający 30 dni).

Nowa ustawa ma także uprościć zasady nadawania numeru PESEL obywatelom polskim. Osobom mieszkającym w Polsce, które będą ubiegać się o wydanie dowodu osobistego numer PESEL zostanie nadany z urzędu. Obecnie numer PESEL nadawany jest przy ubieganiu się o dowód osobisty lub paszport obywatelom, którzy mieszkają poza Polską. W rezultacie, osoby mieszkające w Polsce, które nie posiadają numeru PESEL, a chcą otrzymać dowód osobisty – muszą w pierwszej kolejności ubiegać się o numer PESEL.  Obywatel taki musi złożyć odpowiedni wniosek do organu gminy o nadanie PESEL, a dopiero potem może ubiegać się o wydanie dowodu osobistego (numer PESEL jest podstawą wydania dowodu osobistego).

Zdaniem autorów projektu taki sposób działania wprowadza dodatkowe formalności i wydłuża czas oczekiwania na dowód osobisty przez obywateli polskich zamieszkałych w naszym kraju. Dzięki nowym rozwiązaniom wszystkie czynności związane z nadaniem numeru PESEL wykona urzędnik.

Obecnie obowiązek rejestracji miejsca zamieszkania funkcjonuje w kilkunastu krajach Unii Europejskiej, w tym m.in. w Finlandii, Litwie, Austrii, Chorwacji, Wielkiej Brytanii, Łotwie, Danii, Bułgarii, Belgii, Luksemburgu, Szwecji, Hiszpanii, Włoszech, Estonii, Holandii, czy Niemczech. W wielu krajach obowiązek meldunkowy ma bardziej rygorystyczną formę niż w Polsce, a za jego niedopełnienie wymierzane są wysokie kary finansowe.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Tygodnie błogiego lenistwa na plaży, intensywnej wędrówki po górach lub w jakikolwiek sposób spędzony urlop bez rygoru wstawania o określonej godzinie – najważniejsze, że chodziło o naładowanie akumulatorów, tymczasem sama myśl o pourlopowym powrocie do pracy wywołuje lęk. Czy znacie ten stan?

Post holiday blues, czyli powakacyjny smutek doczekał się swojej definicji i miejsca w anglojęzycznej Wikipedii. Gorszy nastrój może trwać od kilku dni do kilku tygodni, a źródło smutku wypływa z chwil, w których wracający z udanego urlopu człowiek zdaje sobie sprawę, że przed nim długie miesiące jednostajności i rutyny. Pierwsza wskazówka dotycząca terapii brzmi: przeczekać.

Każda zmiana stresuje

Najczęściej wtedy, gdy kończą się wakacje, w sieci pojawiają się opisy objawów napięcia powakacyjnego oraz porady, jak neutralizować ich przyczyny i skutki. Tymczasem psycholog dr Marcin Florkowski skłania się ku wersji, by nie demonizować pourlopowego powrotu do pracy: – Tworzenie z tego jednostki chorobowej trąci bzdurą. Niepodważalne jest natomiast to, że zmiany w życiu wywołują stres, a konieczność przestawienia się z jednego rytmu na inny bywa trudna. Jeśli zatem wracamy z długiego wypoczynku, mamy do czynienia właśnie z taką koniecznością. Tyle że podobnie może się dziać w drugą stronę. To znaczy dla wielu ludzi kłopotliwe stają się pierwsze dni urlopu. Miotają się z kąta w kąt i nie bardzo wiedzą, co z sobą począć. A kiedy jeszcze ich wolne dni są puste, ci ludzie tracą spokój i np. sięgają po alkohol. Dzieje się tak, ponieważ nuda w psychologii także jest formą stresu. Długotrwały okres nicnierobienia niektórych może męczyć o wiele bardziej niż praca i oni dzień powrotu do fabryki czy urzędu przyjmują z ulgą – tłumaczy psycholog.

Przyczyna może tkwić głębiej

Co jednak z tymi, którzy tęsknie wyczekują urlopu? Odliczają najpierw miesiące i tygodnie, a po tym dni i godziny, wreszcie szczęśliwi opuszczają stanowisko pracy. W szampańskim nastroju wypoczywają, cieszą się każdym dniem wolnym od zadań, celów, raportów, kaprysów szefa. I tak ich błogostan trwa, lecz do czasu, w którym zdają sobie sprawę, że urlop się kończy. Wtedy zaczyna się lęk, że znów praca i znów co rano to samo…

Nie wystarcza, że można przed koleżankami i kolegami pochwalić się opalenizną oraz wakacyjnymi przeżyciami. Bo lęk przed związaną z zawodową monotonią i kieratem znaczy więcej i odbiera niemal cały wigor uzyskany na plażach Wysp Kanaryjskich czy stromych tatrzańskich szlakach.

– Jeśli ktoś rzeczywiście z tak dużym bólem traktuje swój pourlopowy powrót do pracy, przyczyna może tkwić głębiej niż w zaakceptowaniu zmiany rytmu życia. Czasem pod płaszczem problemowego wznowienia zawodowych obowiązków ukrywa się fakt, że wykonywana praca jest po prostu nie nasza. Na co dzień zmuszamy się do czegoś, do czego nie jesteśmy predysponowani, a z perspektywy kilku wolnych tygodni dostrzegamy jeszcze wyraźniej i odczuwamy jeszcze boleśniej zgrzyt pomiędzy pragnieniami a rzeczywistością. Istnieje np. paradoks nauczycieli, którzy wprost nie cierpią dzieci. W takim wypadku nie pomaga nawet roczny urlop. Ponieważ zamiast zapału do pracy na choćby kilka miesięcy już po trzech dniach wraca ten sam syndrom zmęczenia i zniechęcenia, z którym nauczyciel zmagał przed rozpoczęciem rocznej przerwy w nauczaniu – mówi Marcin Florkowski.

Nie skacz na zbyt głęboką wodę

Pourlopowy powrót do pracy może się okazać dość kłopotliwy nawet dla ludzi, których nie trapią żadne lęki, lubią swój fach i zawodową codzienność. Nagłe rzucenie się w wartki wir obowiązków nie jest wtedy najlepszym pomysłem na pierwszy dzień po kilku tygodniach wypoczynku. W każdym razie psychologowie nie zalecają metody zbliżonej do skoku na głęboką wodę. – Warto sobie łagodzić próg zmiany z rytmu wakacyjnego na normalny. Pierwszy dzień potraktować adaptacyjnie i jeszcze nie brać na siebie pełnych obciążeń – doradza Marcin Florkowski.

Po prostu czasem warto zwolnić

Gdyby nawet powrót do pracy okazał się bolesny, urlopować trzeba. I to wcale nie dlatego, że tak stanowią zapisy w Kodeksie Pracy. – Każdy, nawet najsilniejszy i przyzwyczajony do pracy na najwyższych obrotach człowiek, musi czasem zwolnić i odpocząć. W przeciwnym razie organizm sam się o ten odpoczynek upomni. I nie będzie to miłe. Choroby często dopadają przemęczonych – tych, którym wydaje się, że stale mają na głowie coś ważniejszego niż urlop. Tymczasem najważniejsze jest zdrowie – przestrzega Robert Sapa, lekarz rodzinny. – Opakowanie tabletek kosztuje wprawdzie mniej niż wyjazd na wakacje. Jednak takie myślenie szybko może okazać się zgubne, ponieważ utraconego zdrowia nie da się odkupić. Jeśli kogoś nie stać, nie musi porywać się na zagraniczne wczasy, lecz ogólnie rzecz biorąc odpoczynek warto sobie zafundować, bo to daje zbawienne korzyści – zapewnia Robert Sapa.

Urlop oznacza rozbrat nie tylko z zawodowymi obowiązkami, ale także ze zmianą rytmu życia, które – zwłaszcza w dużych miastach – stało się coraz bardziej stresujące.

– Naukowcy zauważyli, że mieszkańcy metropolii chodzą dziś szybciej niż kilkadziesiąt lat temu, nawet gdy donikąd się nie spieszą. Taki bezwiedny pęd wiąże się prawdopodobnie z tym, że codzienność stała się ogólnie bardziej wymagająca i stresująca, co jednak wcale nie musi odnosić się pracy – ocenia psycholog Marcin Florkowski.

Jeździmy coraz częściej, wydajemy coraz więcej

– GUS poinformował, że w 2016 r. mieszkańcy Polski odbyli łącznie 64,3 mln podróży z co najmniej jednym noclegiem, a to było o 2,1 proc. więcej niż w ub.r. Według danych urzędu dominowały podróże krajowe, których było 51,5 mln. Za granicę Polacy wyjeżdżali 12,8 mln razy i przeważnie były to podróże na pięć dni lub dłużej – przytacza dane Bartosz Grejner, analityk serwisu Cinkciarz.pl. – 34 proc. wszystkich podróży przypadło na wakacyjne miesiące – lipiec i sierpień. Z kolei wg Eurostatu w 2015 r. Polacy przeciętnie wydawali 502 euro na wyjazd zagraniczny. To o połowę mniej od Szwajcarów czy Francuzów. Z kolei przeciętne wydatki naszych zachodnich sąsiadów Niemców wynosiły 841 euro na wyjazd, nieco powyżej średniej dla całej Unii Europejskiej, wynoszącej 756 euro – informuje analityk Cinkciarz.pl. – Polska w tej klasyfikacji znajduje się ogonie państw Unii Europejskiej. Nieco mniej na zagraniczne wyjazdy przeciętnie w 2015 wydawali Litwini (436 euro), Czesi (396), Rumuni (388 euro), Bułgarzy (375 euro), Łotysze (355 euro), Słoweńcy (328 euro) oraz Węgrzy (312 euro) – wyliczył analityk Cinkciarz.pl, serwisu oferującego usługę internetowej wymiany walut.

 

Źródło: Cinkciarz.pl

Deweloperzy mieszkaniowi z roku na rok uruchamiają coraz więcej inwestycji o charakterze „zielonych osiedli”, a także poszerzają katalog innowacyjnych rozwiązań  budownictwa ekologicznego, a więc energooszczędnego, co w przypadku rynku biurowego od dobrych kilku lat jest już absolutną normą. Tej właśnie idei podporządkowane jest opracowywanie i zastosowanie najnowszych technologii w budownictwie mieszkaniowym.

Celem mieszkaniówka przyjazna środowisku

Wdrażanie rozwiązań ekologicznych nie jest jak wiadomo czymś w rodzaju nowej mody, ale koniecznością wynikającą z obligatoryjnego procesu dostosowywania się krajowych przepisów do unijnego prawa poprzez wdrażanie znanej unijnej dyrektywy 2010/31/UE z 2010 roku w sprawie charakterystyki energetycznej budynków. W efekcie, osiedla mieszkalne mają zużywać coraz mniej energii, co docelowo w nieodległej już przyszłości doprowadzi do budownictwa w pełni zeroenergetycznego. Oczywistą korzyścią dla mieszkańców „zielonych osiedli”, na którą zwracają uwagę eksperci portalu RynekPierwotny.pl, już teraz są spadające salda rachunków za wszelkiego rodzaju media. Jednak najbardziej pożądanym efektem budownictwa ekologicznego i jego zasadniczym celem jest ochrona rodzimego środowiska naturalnego przez zdecydowane ograniczenie ilości gazów cieplarnianych emitowanych do atmosfery, a przy okazji także spadek zużycia surowców naturalnych.

Jak to się robi?

Budownictwo ekologiczne (często określane też jako zrównoważone) oznacza energooszczędne. Chodzi więc o to, by stopniowo wdrażać coraz więcej technologicznych rozwiązań w coraz większej ilości inwestycji, ograniczających w możliwie maksymalny sposób zużycie dostarczanej z zewnątrz energii przez nowo powstające osiedla mieszkaniowe, przy utrzymaniu maksimum komfortu zamieszkiwania. W jaki sposób jest to możliwe?

Podstawowe rozwiązania ekologiczne powstają już w trakcie projektowania architektury osiedli, zarówno domów jedno- jak i wielorodzinnych. Pierwsze korzyści energooszczędności wynikają bowiem ze specyficznej konstrukcji, odpowiedniej formy architektoniczno-budowlanej, czy wreszcie właściwego umiejscowienia budynków mieszkalnych w terenie – tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl. Ma to służyć jak najlepszej absorbcji, a następnie wykorzystaniu zmagazynowanej energii promieniowania słonecznego.

Kolejna kwestia to gwarancja optymalnego zabezpieczenia termicznego ścian budynków mieszkalnych. Urzędowo regulowane co roku wymagania techniczne, jakim powinny odpowiadać nowo powstające budynki mieszkalne, w istotnym stopniu dotyczą tej właśnie kwestii. Oznacza to systematyczne podnoszenie kryteriów termicznych dla budynków mieszkalnych, co warunkuje windowanie wymogów izolacji cieplnej, a także nie mniej istotnej kwestii jakości systemów okiennych.

Szczególną wizytówką mieszkaniowego budownictwa ekologicznego już dziś są najnowocześniejsze systemy grzewcze,  najczęściej wykorzystujące energię odnawialną w postaci pomp ciepła, systemów rekuperacji, kolektorów słonecznych, czy też ogniw fotowoltaicznych. Już niedługo powszechnym, acz nie budzącym większego zdziwienia zjawiskiem powinny też stać się przydomowe elektrownie wiatrowe.

Smart home w służbie ekologii

Pojęcia „smart home” czy „smart office” dotyczą innowacyjnych rozwiązań, których głównym zadaniem jest zapewnienie jak najwyższego komfortu zamieszkiwania, w biurach natomiast optymalnych warunków pracy, a w każdym przypadku mają gwarantować maksimum bezpieczeństwa. Chodzi tu więc o zaawansowane technologicznie systemy elektroniczne, obejmujące czujniki, wskaźniki, różnego typu urządzenia sterujące.  Z ich pomocą w prosty sposób za sprawą zdalnego sterowania można zaprogramować i kontrolować temperaturę pomieszczeń, parametry oświetlenia, klimatyzację, system alarmowy, rolety okienne, wyposażenie RTV i AGD, oraz wszelkie sprzęty elektryczne i elektroniczne znajdujące się w inteligentnym mieszkaniu czy biurze.

Wg ekspertów portalu RynekPierwotny.pl popularność systemów domu inteligentnego z roku na rok dynamicznie rośnie wśród rodzimych klientów deweloperskich biur sprzedaży. Pytanie, ilu amatorów smart domu zdaję sobie sprawę z faktu, że tego rodzaju rozwiązania pozwalają zaoszczędzić nawet do jednej czwartej energii elektrycznej i grzewczej, doskonale wpisując się do katalogu najbardziej efektywnych rozwiązań ekologicznych budownictwa mieszkaniowego.

Już za kilka lat ekologia standardem

Wprowadzanie z każdym rokiem coraz to bardziej restrykcyjnych przepisów dotyczących budownictwa mieszkaniowego, ma na celu, zgodnie z unijnymi dyrektywami, skorelowanie ekologiczno-energooszczędnych norm z powszechnie obowiązującym w budownictwie standardem.

W dobie wszechobecnego w warunkach sezonu grzewczego smogu, trudno się dziwić determinacji unijnych władz, za którą podąża rodzime ustawodawstwo. W świetle oficjalnych statystyk, mieszkaniówka stanowi dziś źródło aż 40 proc. zanieczyszczenia atmosfery europejskich miast. Najwyższy więc czas na radykalną zmianę takiego stanu rzeczy.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Kierowców będą pilnować tzw. inteligentne tachografy. Nowe urządzenia będą wyposażone m.in. w lokalizację GPS, dzięki czemu rejestrowane będzie dokładne położenie pojazdu w momencie rozpoczęcia oraz zakończenia jazdy, a także co 3h jazdy. Ponadto, pojawi się możliwość szybszego i bezprzewodowego odczytu niektórych danych przez służby kontrolne. Od czerwca 2019 r. każdy nowy pojazd wykonujący usługi transportowe na terenie UE będzie musiał być wyposażony w tzw. inteligentny tachograf.

W związku z różnorodnością oraz rosnącą częstotliwością manipulacji stosowanych przez kierowców zawodowych, Komisja Europejska opracowała załącznik IC do Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) Nr 165/2014, który szczegółowo określa budowę i użytkowanie tzw. inteligentnych tachografów. Jak zapowiada organ unijny, proponowane zmiany mają ograniczyć możliwości ingerowania w pracę urządzeń, a jednocześnie zwiększyć wykrywalność manipulacji w czasie kontroli. Obowiązek montowania inteligentnych tachografów we wszystkich nowych pojazdach zostanie wprowadzony od 15 czerwca 2019 r. Jednak firmy transportowe, które w najbliższym czasie planują zmianę bądź zakup nowych samochodów ciężarowych, już teraz powinny szczegółowo zapoznać się z propozycjami Komisji Europejskiej. Znajomość planowanych poprawek do Rozporządzenia 165/2014 może uchronić przedsiębiorstwa przed poniesieniem dodatkowych kosztów, związanych z wymianą tachografów w dopiero co zakupionych pojazdach.

– Zminimalizowanie manipulacji jest jednym z najważniejszych wyzwań, przed którym stoi branża transportowa. Wprowadzenie tachografów cyfrowych w 2006 r. miało zapobiec nielegalnym praktykom. Okazało się jednak, że urządzenia cyfrowe, podobnie jak analogowe, są narażone na zewnętrzną ingerencję. Potwierdzają to dane opublikowane w 2014 r. przez Komisję Europejską, z których wynika, że w co trzecim pojeździe dochodzi do oszustw dotyczących rejestrowania czasu pracy oraz odpoczynku – zauważa Małgorzata Stocerz,  Kierownik ds. Kluczowych Klientów i Obsługi Służb Kontrolnych INELO, która uczestniczy w konsultacjach KE dotyczących załącznika IC.

Lokalizowanie pojazdu

Inteligentne tachografy mają być następnym krokiem w walce z manipulacjami. Wszelkie ingerencje w pracę urządzeń nie tylko mają wpływ na branżę przewozów oraz rynkową pozycję uczciwych przewoźników, ale stwarzają także zagrożenie dla bezpieczeństwa innych uczestników ruchu. Dotychczasowe doświadczenie inspekcji i służb kontrolnych pokazało, że w celu zapewnienia skuteczności i sprawności tachografów, należy wprowadzić́ kolejne poprawki do pewnych elementów technicznych i samych procedur kontroli.

– Nowe urządzenia będą wyposażone m.in. w lokalizację GPS, dzięki czemu rejestrowane będzie dokładne położenie pojazdu w momencie rozpoczęcia oraz zakończenia jazdy, a także co 3h jazdy. Ponadto, pojawi się możliwość szybszego i bezprzewodowego odczytu niektórych danych, poprzez wbudowany model Bluetooth. Co więcej, przesyłanie informacji będzie dostępne także poprzez systemy ITS, czyli Inteligentne Systemy Transportowe. Nowoczesne urządzenia są elementem tworzenia bardziej zrównoważonego, bezpiecznego, innowacyjnego i konkurencyjnego europejskiego sektora drogowego  – mówi Małgorzata Stocerz.

Tachografy nowej generacji mają także zwiększyć skuteczność kontroli drogowych. Do dyspozycji inspekcji i służb kontrolnych zostanie oddane narzędzie, które pozwoli na zdalne sprawdzanie kierowców, bez konieczności zatrzymywania pojazdu.

– Poprzez urządzenia stosujące mikrofale, podobne do dzisiejszych systemów poboru opłat, możliwe będzie odczytywanie niezbędnych danych z tachografów, bez konieczności zatrzymywania ciężarówki. Ponadto nowe, inteligentne urządzenia umożliwią inspekcjom sprawdzenie masy całego zespołu pojazdów. Dzięki temu łatwiejsze będzie wykrycie zbyt dużego obciążenia, które w istotny sposób wpływa na stan dróg oraz zagraża bezpieczeństwu w ruchu drogowym. W tachografach zmieni się także struktura zapisywanych danych, a także pojawią się nowe certyfikaty, które tym razem będą wydawane na określony czas – 15 lat. Zmusi to firmy transportowe do wymiany tachografów w samochodach ciężarowych właśnie w takim okresie – podsumowuje Małgorzata Stocerz.

Jak wskazuje ekspert, zdalna kontrola nie będzie jednak równoznaczna z nałożeniem mandatu lub grzywny na kierowcę czy przedsiębiorstwo transportowe w momencie wykrycia nieprawidłowości. Na podstawie tak pozyskanych danych, właściwy organ kontrolny będzie mógł efektywniej i bardziej szczegółowo sprawdzić pojazd i dopiero wtedy rozpocząć procedury związane z nałożeniem  odpowiednich kar finansowych.

Wypowiedź: Małgorzata Stocerz, kierownik ds. Kluczowych Klientów i Obsługi Służb Kontrolnych INELO.

Czy po powodzi lub huraganie, może zabraknąć ubezpieczycielom pieniędzy na wypłaty? Przystępnie odpowiadamy na to bardzo ważne pytanie.

Polscy ubezpieczyciele podobnie, jak zakłady ubezpieczeniowe z innych krajów, muszą w swojej działalności uwzględniać ryzyko powstania szkód katastroficznych. Takie szkody cechują się niską częstością występowania (np. raz na 20 – 50 lat) i ogromnym kosztem likwidacji szkód. Co więcej, odszkodowania za zniszczony majątek, muszą być wypłacane stosunkowo szybko. „Wyniki przeprowadzanych analiz wskazują, że już po sześciu miesiącach od typowej szkody katastroficznej, ubezpieczyciele wypłacają świadczenia wynoszące około 40% wartości szkód. W trakcie kolejnego roku, ten wskaźnik wzrasta do 80%” – mówi Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Ubezpieczyciele na dwa sposoby radzą sobie z możliwością wystąpienia szkód katastroficznych. Pierwszy wariant polega na zawiązaniu dodatkowych rezerw, pomagających w likwidacji ogromnych szkód. Konieczność utworzenia rezerw na katastroficzne szkody, może być przewidziana w statucie zakładu ubezpieczeń.

Innym sposobem na zabezpieczenie się przed katastroficznymi szkodami, jest tak zwany transfer ryzyka. Dzięki podziale i rozproszeniu kosztów ubezpieczeniowych klęski żywiołowej, możliwe jest sfinansowanie odszkodowań bez zagrożenia upadłością ubezpieczycieli. Dobry podział ryzyka to ważna kwestia, gdyż w przeszłości zdarzały się już bankructwa ubezpieczycieli na wskutek katastrof naturalnych. Takie przypadki na szczęście nie dotyczyły naszego kraju. „Jednym z najbardziej znanych przykładów jest upadłość amerykańskiego ubezpieczyciela Poe Financial po przejściu ośmiu kolejnych huraganów (Charley, Frances, Ivan, Jeanne, Dennis, Katrina, Rita i Wilma)” – informuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

Wspomniany już transfer ryzyka ubezpieczeniowego zasługuje na uwagę, gdyż jest ważnym sposobem zabezpieczenia się zakładów ubezpieczeń przed szkodami o ogromnej skali. Ubezpieczyciele zwykle stosują trzy główne warianty transferu ryzyka:

  • tradycyjną reasekurację
  • emisję tzw. obligacji katastroficznych
  • zawieranie kontraktów typu Industry Loss Warranties

W ramach tradycyjnej reasekuracji, ubezpieczyciel przekazuje reasekuratorowi część zebranej składki. Z tym transferem składki jest związana również proporcjonalna odpowiedzialność reasekuratora za pokrycie kosztów ewentualnej szkody. W przypadku szkód katastroficznych, ważne staje się rozproszenie ryzyka pomiędzy możliwie dużą liczbę reasekuratorów (niekoniecznie działających na tym samym obszarze, co dany ubezpieczyciel).

Ciekawszym rozwiązaniem są tak zwane obligacje katastroficzne (CAT). Te papiery wartościowe (popularne głównie na amerykańskim rynku), w przypadku wystąpienia katastrofy naturalnej, zapewniają ubezpieczycielowi preferencyjne warunki spłaty długu (np. brak odsetek, odroczony termin płatności), a nawet umorzenie zobowiązania związanego z obligacją. Obligacje katastroficzne są stosunkowo zyskowne i gwarantują inwestorowi możliwość uniezależnienia się od koniunktury panującej na rynku finansowym.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym rozwiązaniu, które ubezpieczyciele stosują w celu ochrony przed katastrofalnymi stratami. Kontrakty reasekuracyjne Industry Loss Warranties (ILW), podobnie jak obligacje katastroficzne, najczęściej są wykorzystywane w Stanach Zjednoczonych. Wspomniane kontrakty zapewniają ubezpieczycielom wypłatę określonej kwoty przez reasekuratora lub fundusz hedgingowy, gdy straty na danym obszarze (dla całej branży ubezpieczeniowej) przekroczą ustalony limit. Co ciekawe, ubezpieczyciele zawierają kontrakty ILW nawet po wystąpieniu jakiejś katastrofy naturalnej (np. po przejściu huraganu). Takie rozwiązanie jest możliwe, gdy nie można jeszcze dokładnie określić wartości strat dla branży ubezpieczeniowej.

Jak widać, duża częstość występowania szkód katastrofalnych w USA, zmotywowała ubezpieczycieli do poszukiwania ciekawych sposobów transferu ryzyka. „Polskie zakłady ubezpieczeń nie mają tak dużego problemu ze szkodami katastrofalnymi, jak ich odpowiedniki działające w Stanach Zjednoczonych. Prognozy klimatyczne sugerują jednak, że w następnych dekadach wzrośnie liczba i wartość katastrofalnych szkód na terenie naszego kraju” – podsumowuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.

 

Źródło: Ubea

Cloud Technologies, notowana na NewConnect spółka zwiększyła liczbę analizowanych anonimowych profili internautów do ponad 9 mld. Oznacza to, że zna zainteresowania i preferencje niemal każdego użytkownika Sieci, niezależnie od lokalizacji i urządzenia z jakiego ten łączy się z internetem.

Trzy razy więcej danych

Liczba anonimowych profili internautów analizowanych przez Cloud Technologies, firmę specjalizującą się w obszarze Big Data i monetyzacji danych, wzrosła do 9 mld.  To trzy razy więcej niż rok temu. Wówczas stworzona przez spółkę platforma do zbierania, przetwarzania i analizy danych OnAudience.com, przetwarzała 3 mld anonimowych profili ograniczając się przy tym do analizy internautów korzystających z komputerów stacjonarnych. Obecnie Cloud Technologies przetwarza także dane mobilne, co pozwala na bardziej precyzyjne określenie preferencji użytkowników Sieci.

– Dzięki wdrożeniu nowych rozwiązań technologicznych oraz pozyskaniu nowych partnerów biznesowych udało nam się istotnie zwiększyć ilość przetwarzanych danych. Największe wzrosty zanotowaliśmy na rynku amerykańskim oraz kluczowych rynkach europejskich. Co ważne, obecnie przetwarzamy również anonimowe informacje pozostawione przez internautów na urządzeniach mobilnych. Analiza informacji z wielu źródeł i lokalizacji w znaczącym stopniu ułatwia dopasowanie przekazu reklamowego do indywidualnych potrzeb. Rozdzielczość danych jest w tej chwili na tyle duża, że mogą one z powodzeniem zasilać systemy CRM firm ułatwiając im podjęcie lepszych decyzji biznesowych – mówi Piotr Prajsnar, prezes Cloud Technologies.

9 mld to więcej niż wynosi liczebność światowej populacji

W tej chwili liczba anonimowych profili użytkowników i identyfikatorów reklamowych analizowanych przez Cloud Technologies przewyższa liczbę światowej populacji, którą szacuje się na 7,5 mld. Jak to możliwe? Odpowiedź na to pytanie jest dość prosta: dziś statystyczny internauta korzysta z wielu urządzeń, a platforma OnAudience.com przetwarza poza plikami cookies z urządzeń stacjonarnych, również dane z urządzeń mobilnych. To wpływa na liczbę przetwarzanych danych.

Szacuje się, że z Internetu korzysta około 4 mld osób. Jednak użytkownik globalnej sieci loguje się do niej zazwyczaj z wielu urządzeń – zarówno z laptopa, telefonu komórkowego, czy tabletu. To sprawia, że liczba wszystkich cookies przewyższa liczbę populacji. Warto podkreślić, że w cyfrowym świecie nie sztuką jest zebrać gigantyczne wolumeny danych, wyzwaniem jest znalezienie między nimi właściwych korelacji i w konsekwencji ich monetyzacja. Analiza informacji z wielu źródeł i lokalizacji w znaczącym stopniu to ułatwia– zwraca uwagę Piotr Prajsnar z Cloud Technologies. 

Aktualne dane o preferencjach i zachowaniach internautów mają coraz większą wartość, co potwierdza raport „The Value of Our Digital Identity”, autorstwa Boston Consulting Group.Wynika z niego, że wartość cyfrowej tożsamości internautów z Unii Europejskiej w 2020 roku zbliży się do okrągłego biliona euro, co stanowi równowartość blisko 8 proc. PKB, generowanych przez wszystkie państwa Wspólnoty.
 

Źródło: Cloud Technologies

W pierwszy wrześniowy weekend plac Europejski zamieni się w wielką przestrzeń turniejową pétanque – słynnej francuskiej gry towarzyskiej. W sobotę 2 września rozegrany zostanie Ghelamco Boules Cup 2017 – jeden z najważniejszych w tym sezonie turniejów buli w Polsce, w którym zmierzą się licencjonowani gracze z całej Polski. Kolejnego dnia, w niedzielę 3 września, odbędą się rodzinne gry i zabawy podczas wydarzenia Ale Bule! otwarte dla wszystkich mieszkańców Warszawy.

Pétanque, zwana także boules lub w spolszczonej wersji bule albo petanka, to jedna z najpopularniejszych gier towarzyskich w Europie, która swoje korzenie ma we Francji, a w Polsce zdobywa coraz większe uznanie. W najbliższy weekend, 2-3 września na placu Europejskim, odbędą się dwie wielkie imprezy w całości poświęcone tej dyscyplinie: Ghelamco Boules Cup 2017 dla licencjonowanych graczy i Ale Bule! dla mieszkańców Warszawy.

Plac Europejski idealnie sprawdza się nie tylko jako przestrzeń do odpoczynku i relaksu, ale również jako miejsce do uprawiania aktywności fizycznej. Tym razem oddajemy ją w ręce miłośników pétanque. To kolejna nasza inicjatywa o społecznym charakterze, która mam nadzieję na stałe wpisze się w kalendarz wydarzeń na placu Europejskim – mówi Jarosław Zagórski, Dyrektor Handlowy i Rozwoju Ghelamco Poland.

Organizatorami wydarzeń są Ghelamco Poland i Warszawski Klub Gry w Petanque Ule Boules.

Ghelamco Boules Cup 2017

W sobotę 2 września odbędzie się jeden z najważniejszych w tym sezonie turniejów buli w Polsce – Ghelamco Boules Cup 2017. Zmierzą się w nim ze sobą profesjonalni gracze pétanque z całej Polski, a ponadto także m.in. z Francji, Litwy i Ukrainy. W rozgrywkach udział wezmą w sumie 32 drużyny liczące blisko 100 zawodników, które zgodnie z klasyfikacją Polskiej Federacji Pétanque należą do najsilniejszych składów w kraju. Uczestnicy będą ze sobą rywalizować na 16-stu specjalnie wytyczonych boiskach, zwanych bulodronami.

To będzie pierwszy od kilku lat turniej pétanque w Warszawie i jeden z najważniejszych w tym sezonie – mówi Grzegorz Dróżdż, prezes Warszawskiego Klubu Gry w Petanque Ule Boules. – Cieszymy się, że zostanie rozegrany w tak wspaniałej oprawie placu Europejskiego, który dzięki odpowiedniej nawierzchni stwarza znakomite warunki do gry w bule – dodaje.

Turniej rozpocznie się o godz. 9:30 i potrwa do godz. 20:00. Dla najlepszych drużyn do wygrania będą pamiątkowe puchary i nagrody pieniężne. Rozgrywki będzie można śledzić na żywo na placu Europejskim oraz na wielkim telebimie w przestrzeni turniejowej.

Ale Bule!

Drugiego dnia weekendu, w niedzielę 3 września, plac Europejski zostanie oddany w ręce mieszkańców Warszawy, którzy będą mogli spróbować swoich sił w rodzinnym pikniku Ale Bule! Tego dnia każdy, bez względu na wiek i poziom zaawansowania, może przyjść i odkryć swój talent do gry w petanque. Będzie to też niepowtarzalna okazja, aby odbyć szkolenie i skorzystać z porad profesjonalistów z Warszawskiego Klubu Gry w Petanque Ule Boules, którzy pomogą zdobyć pierwsze szlify. Instruktorzy będą pokazywać jak rzucać prawidłowo kulami, od początku ucząc prawidłowych odruchów niezbędnych do opanowania gry, a także trenować celność. W programie przewidziane są również konkursy i zabawy dla dzieci, m.in. zawody w strzale precyzyjnym. Wydarzenie Ale Bule! rozpocznie się o godz. 11:00 i potrwa do godz. 16:00, wstęp wolny.

Pétanque to jedna z najpopularniejszych dyscyplin sportowych na świecie – mierzona liczbą graczy ustępuje tylko piłce nożnej! W ponad 70 krajach należących do Światowej Federacji Petanque kulami miota już ponad 600 000 licencjonowanych graczy. Popularność zdobyła przede wszystkim dzięki swojej dostępności, rodzinnemu charakterowi i prostym zasadom gry. To sport, który nie wymaga od zawodników dobrej kondycji fizycznej, a uprawiać go może każdy, bez względu na wiek – zaczynając od dzieci, a na seniorach kończąc. Zawodnicy mogą grać w pojedynkę lub łączyć się w dwu lub trzyosobowe zespoły. Do gry używają metalowych kul, którymi rzucają w kierunku drewnianej kulki zwanej „świnką”. Rundę wygrywa ta drużyna, która zgromadzi wokół świnki – w bliższej odległości niż przeciwnik – więcej swoich kul. W Polsce gra w bule w ostatnich latach zyskuje na popularności, a o profesjonalizm i wysokie standardy dbają Polska Federaja Pétanque oraz lokalne kluby. Teraz, aby przekonać się jak wspaniała jest to zabawa, wystarczy przyjść na plac Europejski!

Ghelamco Boules Cup 2017

2 września, godz. 9:30 – 20:00

Wstęp wolny
Szczegóły i bieżące informacje o wydarzeniu: https://www.facebook.com/events/110436936301238/?ref=br_rs

Ale Bule!

3 września, godz. 11:00 – 16:00

Wstęp wolny
Szczegóły i bieżące informacje o wydarzeniu: https://www.facebook.com/events/2012273898798797/

Źródło: Ghelamco Poland

Nie istnieje podstawa prawna do tego, żeby na obszarze prywatnym, np. na hotelowym parkingu, dać kierowcy pozwolenie na złamanie przepisu drogowego. Zastawienie „koperty” bez odpowiedniego uprawnienia jest wykroczeniem. Nie ma jednak możliwości ukarania osoby, która wyraziła zgodę na popełnienie czynu zabronionego.

Trzeba pamiętać o tym, że tzw. „koperta” to znak drogowy, nawet jeśli znajduje się w miejscu, wyłączonym z drogi publicznej. Zgodnie z art. 8 ust. 3 ustawy prawo o ruchu drogowym, a także w związku z art. 92 § 1. kodeksu wykroczeń, naruszenie tego zakazu jest wykroczeniem. Grozi za to grzywna w wysokości od 20 zł do 5 tys. zł lub nagana, a także 5 punktów karnych. W sytuacji, gdy dochodzi do popełnienia tego czynu zabronionego, odpowiedzialność ponosi wyłącznie kierujący pojazdem. Jeżeli świadek zdarzenia zawiadomi policję, a sprawca odmówi przyjęcia mandatu, to wówczas będzie wszczęte przeciw niemu postępowanie dowodowe przed sądem rejonowym, jako sądem pierwszej instancji.

– Sąd ustala rzeczywisty przebieg zdarzenia. Zgodnie z art. 33 kodeksu wykroczeń, wymierza wysokość kary, według własnego uznania, w granicach przewidzianych przez ustawę za dane wykroczenie, w tym przypadku – parkowanie na miejscu dla inwalidy. Organ orzekający bierze pod uwagę stopień społecznej szkodliwości czynu i cele kary, m.in. zapobiegawcze. Ocenia w szczególności stopień winy, pobudki, sposób działania, stosunek do pokrzywdzonych, jak również warunki osobiste i majątkowe sprawcy. Liczy się też jego sytuacja rodzinna, sposób życia i zachowanie po popełnieniu wykroczenia – mówi adwokat Przemysław Rosati, Członek Naczelnej Rady Adwokackiej.

Jeśli pojazd nie jest uprzywilejowany, to wówczas nawet zgoda właściciela terenu czy obiektu, np. restauracji, zajazdu lub osiedla, nie uchyla odpowiedzialności za popełnienie wykroczenia. Kierowca nie ma żadnego prawa, aby posiłkować się taką decyzją. Ekspert porównuje to do sytuacji, w której jeden z uczestników ruchu drogowego zezwoliłby innemu jechać pod prąd na autostradzie. Przecież trudno sobie wyobrazić, żeby dorosły człowiek wziął to za dobrą monetę i powoływał się na to później przed sądem. „Koperta” dla inwalidów tak, jak każdy inny znak drogowy, musi być bezwzględnie przestrzegana.

– Natomiast niemożliwe jest ukaranie właściciela terenu, który nielegalnie wyraził zgodę na złamanie poziomego znaku drogowego na swoim obszarze. W takiej sytuacji nie mamy do czynienia z odpowiedzialnością za podżeganie lub pomocnictwo, ponieważ kodeks wykroczeń tego nie przewiduje. Moim zdaniem, nie należy zmieniać prawodawstwa w tym zakresie. Wszelkie konsekwencje swoich czynów powinien zawsze ponosić kierujący pojazdem. Wynika to z tego, że podmiotem, który dopuszcza się wykroczenia, jest uczestnik ruchu drogowego. Każdego kierowcę obowiązuje znajomość wszystkich znaków drogowych – podsumowuje mecenas Rosati.

 

Źródło: MondayNews

Spadek może wiązać się nie tylko z majątkiem, który pozostawił nam zmarły, ale także z jego długami. Co zrobić, kiedy wraz z pieniędzmi dziedziczymy zobowiązania finansowe drugiej osoby i jak się przed tym chronić? Podpowiadają eksperci Kapitalni.org.

Według danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK, obecnie ponad 2,4 mln Polaków ma niezapłacone kredyty lub rachunki.  Z długami do czynienia ma bardzo duża część społeczeństwa. Nieuregulowane zobowiązana finansowe i pozafinansowe mogą być problemem nie tylko dla dłużnika, ale także jego najbliższych. W przypadku jego śmierci, mogą sprawić wiele kłopotów osobie, która odziedziczy po nim spadek. Jak oszczędzić problemów rodzinie, a także co zrobić w sytuacji, gdy otrzymaliśmy spadek wraz z długami?

Do jakiej wysokości dziedziczymy długi?

Nie wszyscy dłużnicy zdają sobie sprawę z tego, że ich długi są dziedziczne i w przypadku ich śmierci zobowiązania spadają na najbliższych. Gdy nie ma zostawionego testamentu, przepisy decydują o kolejności dziedziczenia – pierwszeństwo ma mąż/żona i dzieci.

– Jeszcze kilka lat temu spadkobierca dziedziczył w tzw. sposób prosty, czyli jeśli nie zdążył złożyć specjalnego oświadczania, odpowiadał za długi zmarłego całym swoim majątkiem. Na szczęście od 2015 r. działają przepisy, które mówią o tym, że spadkobierca dziedziczy zobowiązania finansowe do wysokości wartości majątku pozostawionego przez zmarłego. Jest to tzw. dziedziczenie z dobrodziejstwem inwentarza – mówi Tomasz Jaroszek, ekspert Kapitalni.org.

Jak sprawdzić, czy spadkodawca miał długi?

Często rodzina nie ma pojęcia o długach najbliższych. Dlatego, aby uchronić ich przed problemami, warto poinformować, jaka jest nasza sytuacja finansowa. W innym wypadku możemy narazić ich na poważne problemy. Co jednak w sytuacji, gdy odziedziczyliśmy majątek, ale nie mamy pewności, co dziedziczymy? Jak to sprawdzić?

Przede wszystkim należy przeanalizować, jak wyglądała sytuacja finansowa zmarłego tuż przed śmiercią. Możemy to zrobić poprzez zwrócenie się do sądu o sporządzenie tzw. spisu inwentarza, który pokazuje górną granicę wartości dziedziczonych zobowiązań. W ten sposób otrzymamy informacje, co wchodzi w skład majątku, w tym także jakie zobowiązania. Za przygotowywanie takiego spisu odpowiada komornik. Niestety sporządzenie go jest dość kosztowne. Musimy się liczyć z wydatkiem od kilkuset do nawet kilku tysięcy złotych.

Innym sposobem jest określenie majątku i zobowiązań zmarłego poprzez samodzielne sporządzenie tzw. wykazu inwentarza. Aby to zrobić należy wypełnić formularz dostępny na stronie internetowej Ministerstwa Sprawiedliwości i złożyć go u notariusza.

– Jednak w tym wypadku należy pamiętać o bardzo ważnej rzeczy. Spis należy wykonać bardzo skrupulatnie, ponieważ w przypadku zatajenia, jakiegoś składnika majątku, możemy odpowiadać za to przed sądem. Dodatkowo grozi nam utrata ochrony w postaci przejęcia z dobrodziejstwem inwentarza – przestrzega Tomasz Jaroszek z Kapitalni.org.

Przyjąć czy nie?

Gdy odziedziczyliśmy spadek, musimy rozważyć, czy na pewno opłaca nam się go przyjmować. Mamy na to pół roku od śmierci osoby, po której dziedziczymy. To czas, który warto dobrze wykorzystać na sprawdzenie, czy spadek może być obciążony roszczeniami, a jeśli tak to w jakiej wysokości. Należy przejrzeć dokumenty spadkodawcy dotyczące zaciągniętych zobowiązań i zobaczyć, czy nie przekraczają one wartości odziedziczonego majątku.

– Jeśli nie mamy pewności, czy zmarły posiadał, jakieś zobowiązania, a pozostawiony przez niego majątek jest niewielki, również warto rozważyć, czy jego przyjęcie będzie dla nas opłacalne. Może się bowiem okazać, że spadkodawca zaciągał pożyczki i kredyty, o których nie mieliśmy pojęcia – mówi Tomasz Jaroszek z Kapitalni.org.

Niezależnie od tego, jaką decyzje podejmiemy, mamy sześć miesięcy na złożenie oświadczenia u notariusza. Możemy albo odrzucić spadek w całości, przyjąć go z pełną odpowiedzialnością za długi, albo z dobrodziejstwem inwentarza. Gdy nie złożymy stosownego oświadczenie, zgodnie z prawem dziedziczymy z dobrodziejstwem inwentarza.

Czy małoletnie dzieci dziedziczą długi?

Ważną kwestią, o której wiele osób zapomina jest, przechodzenie spadku na innych członków rodziny. W sytuacji, gdy odrzucimy spadek, np. po naszych rodzicach, a nie zrobimy tego również w imieniu naszego dziecka, przechodzi on na zstępnych, czyli właśnie np. na wnuczków.

– To, że odrzucimy spadek, nie jest równoznaczne z tym, że nasze dzieci również go nie przyjęły. Aby nie dziedziczyły długów po dziadkach, muszą złożyć odpowiednie oświadczenie. W przypadku, gdy są niepełnoletnie, należy udać się do sądu, aby ten wyraził zgodę, na złożenie oświadczenia przez jednego z rodziców w imieniu dziecka – tłumaczy Tomasz Jaroszek, ekspert portalu Kapitalni.org.

Źródło: Kapitalni.org

Nadzór nad przepływem ruchu pasażerskiego sprawują specjalnie wykwalifikowani pracownicy. Działając w charakterze podobnym jak Straż Ochrony Lotniska, firma branży security, Konsalnet, stała się jedną z pierwszych w Polsce firm, która przejęła te zadania. Firma ma też bogate doświadczenie w kontroli bezpieczeństwa na lotniskach – głównie w zakresie kontroli bezpieczeństwa przesyłek, wykonywanej dla spedytorów. Zajmujemy się też ochroną obiektów o znaczeniu strategicznym, takich jak lotniska sportowe i wojskowe, a także bazy militarne.

Wykwalifikowani pracownicy firmy Konsalnet odpowiadają za sprawdzenie, czy do przewozu lotniczego nie dopuszczono przedmiotów zabronionych oraz niezabezpieczonych.  Konsalnet swoimi działaniami wykracza poza standardowe usługi takie jak ochrona obiektu czy też ochrona budynku.

Pracownicy zatrudnieni do kontroli bezpieczeństwa w Porcie Lotniczym muszą spełnić wysokie wymagania i przejść cykl szkoleń:

  • każdy pracownik musi legitymować się licencją Pracownika Ochrony Fizycznej, otrzymywaną po pomyślnym przejściu egzaminów przed komisją Policji,
  • następnie przechodzi szkolenie Operatora Kontroli Bezpieczeństwa, kończące się sprawdzeniem kwalifikacji przez Urząd Lotnictwa Cywilnego i wydaniem Certyfikatu Operatora Kontroli Bezpieczeństwa.

Dopiero takie uprawnienia pozwalają na wykonywanie zadań ochrony lotniska.

Firma Konsalnet posiada własny Ośrodek Szkoleniowy Kadr Ochrony Lotnictwa Cywilnego.  Ośrodek kształci przyszłych Operatorów Kontroli Bezpieczeństwa zgodnie z programem zatwierdzonym przez ULC.

Więcej informacji o Ośrodku Szkolenia Ochrony Lotnictwa, oferowanych szkoleniach i wymaganiach dla Operatorów Kontroli Bezpieczeństwa można znaleźć na stronach Ośrodka: www.osolc.konsalnet.pl

Dom przyszłości dba o oszczędność energii, bezpieczeństwo lokatorów i kieruje działaniem poszczególnych urządzeń. Dzięki najnowszym technologiom nie musimy już myśleć, czy wyłączyliśmy żelazko, zamknęliśmy drzwi i uzbroiliśmy alarm. Brzmi jak science-fiction? Nie, to tylko przyszłość. I wbrew pozorom wcale nie tak odległa.

– Coraz więcej deweloperów inwestuje w technologie typu smart home. Wawel Service ma w swojej ofercie inteligentne domy w Czorsztynie i Michałowicach. Obecnie projektujemy dom jednorodzinny, który będzie spłacał za siebie ratę kredytu. Nazwaliśmy go Freedom – komentuje Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży Wawel Service.

Jak wynika z raportu „The Future Smart Home” Gartnera w przeciętnym domu w 2022 roku będzie około 500 inteligentnych urządzeń podłączonych do sieci. Wszystkie mają być zintegrowane i zarządzane za pomocą smartfona, pilota lub ekranu dotykowego. Nie ma wątpliwości – inteligentne domy to przyszłość. Co będzie je wyróżniać?

B jak bezpieczeństwo

Technologia typu smart home zadba o bezpieczeństwo mieszkańców. Dzięki niej będziemy mogli monitorować m.in. poziom dymu czy wody w mieszkaniu. Czujniki temperatury zareagują również podczas pożaru, nawet jeśli mieszkanie nie będzie zadymione. Wszystkie informacje o uszkodzeniach (np. przeciek z zepsutej pralki czy zmywarki) dostaniemy na telefon. Z kolei wyposażenie domu w czarną skrzynkę pozwoli ustalić przyczyny każdego zdarzenia.

C jak ciepło

Nowoczesne technologie zastosowane podczas budowy domu pozwolą sterować ogrzewaniem – grzejniki zostaną wyłączone, jeśli temperatura osiągnie górną granicę lub wyłączone, jeżeli zrobi się za zimno. Domowy system może również zarządzać klimatyzacją i oczyszczaniem powietrza.

D jak dostęp dla dzieci  

W końcu będziemy mogli przestać martwić się o niebezpieczeństwo naszych dzieci. Dzięki czujnikom alarmującym m.in. o otwarciu drzwiczek do apteczki, barku czy bramek schodowych będziesz wiedział, kiedy maluch znajdzie się w niebezpieczeństwie. System szybko przypomni o konieczności zamknięcia szuflady lub półki z produktami, które powinny być niedostępne dla dzieci.

M jak monitoring

System smart home wyposażony w czujniki ruchu zaalarmuje nas, kiedy wykryje coś niepokojącego. Możesz ustawić go tak, aby o ewentualnym włamaniu od razu informował ochronę. System będzie reagował na podejrzane sytuacje nie tylko podczas nieobecności domowników. Integracja czujników otwierania okien czy ruchu sprawi, że alarm da o sobie znać, jeśli zostawiamy uchylone na noc drzwi.

O jak oszczędność

Nowoczesny dom to także najwyższe standardy energetyczne, które pozwalają zaoszczędzić. Coraz bardziej powszechne stają się odnawialne źródła energii, m.in. kolektory słoneczne do podgrzewania wody, ogniwa fotowolkaniczne, pompy ciepła czy rekuperatory do odzyskania energii z wentylacji. Udoskonalane są rozwiązania hybrydowe, które łączą różne odnawialne źródła energii (np. kolektory hybrydowe wykorzystują ogniwa fotowoltaiczne i kolektory słoneczne – jednocześnie podgrzewają wodę i wytwarzają energię elektryczną).

Dzięki nowoczesnym technologiom będziemy mogli znacząco zmniejszyć rachunki za prąd. Koszty eksploatacji domu wyposażonego w systemy inteligentne są zdecydowanie niższe. Na ogrzewaniu możemy zaoszczędzić do 40%, a na elektryczności około 15%.

Inteligentny dom zadba o nasze samopoczucie, bezpieczeństwo i umożliwi korzystanie z wielu urządzeń jednocześnie. Technologie typu smart home oraz odnawialne źródła energii to przyszłość budownictwa oraz wysoki komfort życia domowników.

Źródło: Wawel Service

W ubiegłym tygodniu rząd przyjął wstępnie projekt budżetu na rok 2018. Zakłada on m.in. wzrost PKB o 3,8% i deficyt budżetu na poziomie 2,7% PKB.

Do budżetu państwa powinniśmy podchodzić podobnie jak do budżetów rodzinnych. Kilkanaście lat temu moi sąsiedzi postanowili w finansach rodzinnych wzorować się na polityce kolejnych polskich rządów, które od 20 lat wydają średnio rocznie o 10 procent więcej niż wynoszą przychody budżetu. On prowadził z sukcesem firmę, ona miała stabilną i dobrze płatną pracę, a dwoje dzieci chodziło do szkoły. Zaciągane kredyty przeznaczyli na rozsądne cele: wyposażenie firmy, rozbudowę domu, większy samochód, dodatkowe zajęcia dla dzieci, atrakcyjne wakacje. Kilka lat temu pogorszyła się jednak koniunktura w branży, w której sąsiad działał, a wkrótce potem jego żona straciła pracę i choć szybko znalazła następną, to jednak znacznie gorzej płatną. Nie byli w stanie spłacać kredytów. Ich standard życia wyraźnie się obniżył. Ostatnio wystawili dom na sprzedaż.

Jeżeli w okresie wyjątkowo dobrej koniunktury, z którą obecnie mamy do czynienia, rząd wydaje o 10 procent więcej niż wynoszą przychody, to co się stanie w czasie pogorszenia koniunktury, kiedy wydatki na bezrobotnych będą rosły a wpływy podatkowe będą malały? Wyhamujemy inwestycje publiczne wysyłając setki tysięcy pracowników na bruk i prowadząc do bankructwa wielu firm? Obetniemy wydatki na opiekę zdrowotną, edukację, świadczenia socjalne? Przyspieszymy zadłużanie państwa wpadając w spiralę podobnie jak Grecy?

W czasie dobrej koniunktury powinniśmy gromadzić oszczędności na czarną godzinę, czyli wypracować nadwyżkę przychodów nad wydatkami. Jeżeli tego nie robimy, to zwiększamy ryzyko kryzysu przy najbliższym spowolnieniu gospodarki. Już to przerabialiśmy, a mimo to niczego się nie nauczyliśmy. Dlatego deficyt finansów publicznych w czasie dobrej koniunktury, nawet mniejszy od założonego, nie jest powodem do dumy, lecz wyrazem krótkowzroczności i braku poczucia odpowiedzialności.

Szkoda, że politycy, którzy zazwyczaj dbają o zrównoważenie budżetów własnych rodzin, nie podchodzą podobnie do budżetu państwa.

Rządy Niemiec i Czech utrzymują w pełni zrównoważone finanse publiczne, uznając, że deficyt jest dopuszczalny jedynie w sytuacji silnego spowolnienia gospodarki, a w czasie dobrej koniunktury należy gromadzić oszczędności na złą godzinę. Polski rząd mimo wyjątkowo dobrej koniunktury wydaje znacznie więcej niż wpływa do kasy państwa. Kto postępuje słusznie?

 

Komentarz Jeremiego Mordasewicza, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan

Mikroprzedsiębiorcy z branży budowlanej mogą nieco odetchnąć – zwrot z tytułu VAT otrzymają nawet półtora miesiąca wcześniej niż pozostali podatnicy, o ile prześlą fiskusowi plik JPK_VAT. Jedyny możliwy sposób wysyłki tych plików nakłada na właściciela firmy obowiązek opatrywania ich podpisem elektronicznym.

Od początku tego roku przedsiębiorca, który w roli podwykonawcy świadczy określone usługi budowalne, nie otrzymuje od ich nabywcy kwoty VAT, co za tym idzie, nie odprowadza VAT do urzędu skarbowego. Jednocześnie jednak płaci VAT przy zakupach i ten VAT może nadal odliczać lub występować o jego zwrot.

Powyższa regulacja wynika z objęcia usług budowlanych z dniem 1 stycznia 2017 r. mechanizmem odwrotnego obciążenia. Niestety już pod koniec zeszłego roku, w momencie jej zapowiedzi, zgłaszano wątpliwości, które po wejściu w życie nowelizacji ustawy o VAT przerodziły się w realne problemy przedsiębiorców z branży budowlanej. Chodzi nie tylko o wątpliwości interpretacyjne (o których świadczy m.in. liczba wydanych interpretacji indywidualnych w kwestii odwrotnego obciążenia, poruszanych niedawno przez Tax Care), ale i zaburzenia płynności finansowej podwykonawców, zwłaszcza tych najmniejszych, dla których budowlanka to jedyne źródło utrzymania. Problem tkwi bowiem w tym, że taki przedsiębiorca nie otrzymuje VAT-u od kontrahentów, a równolegle może czekać aż dwa miesiące na zwrot VAT-u zapłaconego przez samego siebie.

VAT na koncie w ciągu 15 dni

Resort finansów podał ostatnio szczegóły nowego przywileju związanego z podatkiem od towarów i usług, jaki przygotował specjalnie i wyłącznie dla mikrofirm z branży budowlanej. Jak wynika z komunikatu zamieszczonego na stronie Ministerstwa Finansów, zwroty VAT zadeklarowane przez mikroprzedsiębiorców świadczących usługi budowlane urzędnicy mogą realizować szybciej, tj. nawet do 15 dni od wpływu deklaracji VAT (co do zasady mają na to do 60 dni lub 25 dni). Warunkiem jest, że taki mikroprzedsiębiorca wraz z deklaracją VAT przekaże fiskusowi plik JPK_VAT za okres, z którego wynika zwrot podatku.

Potrzebny podpis elektroniczny

Plik JPK_VAT zawiera ewidencję sprzedaży i zakupu VAT. Jego wygenerowanie nie wymaga zmiany sposobu, w jaki właściciel firmy prowadzi ewidencję VAT, ale konieczne jest sporządzenie go w określonym przez Ministerstwo Finansów schemacie oraz opatrzenie podpisem elektronicznym. Pliki JPK przekazuje się do urzędu skarbowego wyłącznie w wersji elektronicznej i wyłącznie po potwierdzeniu zawartych w nich danych, a takie potwierdzenie zapewnia e-podpis.

Na wygenerowanie, wysyłkę i podpisanie JPK_VAT pozwalają profesjonalne oprogramowania księgowe, z jakich korzystają biura rachunkowe. Jeśli przedsiębiorca przekazywałby JPK na własną rękę, musiałby pobrać oprogramowanie ze strony ministerstwa oraz nabyć płatny e-podpis albo udać się do urzędu po jego bezpłatną alternatywę.

Wysyłka JPK_VAT na własną rękę

Od 25 marca br. pliki JPK można podpisywać na dwa sposoby (wynika to ze zmienionego rozporządzenia ministra finansów w sprawie sposobu przesyłania za pomocą środków komunikacji elektronicznej ksiąg podatkowych oraz wymagań technicznych dla informatycznych nośników danych, na których te księgi mogą być zapisane i przekazywane, Dz.U. z 2017 r., poz. 632). Po pierwsze można to zrobić przy pomocy płatnego elektronicznego podpisu kwalifikowanego, którego bezpieczeństwo zapewnia wykupiony certyfikat (przykładowy koszt to ok. 360 zł/rok). Drugą opcją, wprowadzoną właśnie w marcu, jest skorzystanie z bezpłatnego e-podpisu – tzw. profilu zaufanego –  dostarczanego przez platformę ePUAP.

Samodzielne przygotowanie pliku JPK może chwilę potrwać. Aby stworzyć bezpłatny e-podpis, trzeba w pierwszej kolejności zarejestrować się na stronie www.pz.gov.pl. Następnym krokiem, na którym zaczynają się schody, jest potwierdzenie danych wpisanych we wniosku. Zakończyć proces online mogą bowiem tylko właściciele wybranych banków, konta w Envelo lub posiadacze… płatnego podpisu kwalifikowanego. Pozostali muszą potwierdzić wniosek osobiście w jednym z tzw. punktów potwierdzających. Z kolei narzędzie do stworzenia JPK_VAT oraz aplikacja do jego wysłania udostępnione są do pobrania na stronie www.mf.gov.pl w zakładce „Krajowa Administracja Skarbowa”, „Jednolity Plik Kontrolny”.

Marchewka na kiju

Przyspieszony zwrot VAT będzie możliwy tylko, gdy w ciągu wspomnianych 15 dni zostanie zweryfikowana jego prawidłowość. Niemniej jednak, jak się okazuje, resort finansów nie rzucił słów na wiatr, bo pracownicy izb administracji skarbowej informują, że faktycznie stosują nowy wariant zwrotu.

Z drugiej strony warto pamiętać, że przesyłanie przez mikroprzedsiębiorcę plików JPK_VAT jest obecnie dobrowolnie. Mikrofirmy będą zobowiązane wysyłać JPK_VAT dopiero od 1 stycznia 2018 r. Jak widać zatem, fiskus, pomagając właścicielom najdrobniejszych firm budowlanych, równocześnie pomógł sam sobie. Może bowiem na kilka miesięcy wcześniej dysponować niemałą ilością danych podatników – jak podawał resort finansów, za sam kwiecień 2017 r. organy podatkowe przyjęły w sumie około 10 tys. deklaracji VAT-7 z wykazaną kwotą do zwrotu w związku z zastosowaniem odwrotnego obciążenia na usługi budowlane.

 

 

Źródło: Tax Care

Z badania „Przedsiębiorczość Polaków” przeprowadzonego przez TNS na zlecenie Grupy Muszkieterów, wynika, że w porównaniu z reprezentantami pozostałych grup wiekowych, osoby między 25 a 34 rokiem życia są znacznie bardziej skłonne założyć własną działalność gospodarczą. Gdyby nadarzyła się odpowiednia okazja, na rozpoczęcie własnego biznesu zdecydowałby się co 5 respondent w tym przedziale wiekowym. Badanie pokazało również niską świadomość Polaków w zakresie zasad prowadzenia działalności franczyzowej, a co za tym idzie potrzebę edukacji w tym zakresie. Z badania TNS wynika bowiem, że blisko 80 proc. Polaków nigdy nie słyszało słowa „franczyza” albo nie wie, co ono oznacza.

Obraz przedsiębiorczego Polaka

Zdaniem Polaków prowadzenie własnej działalności gospodarczej ma zarówno wiele zalet, jak i pewne minusy. Do zalet zaliczają oni m.in. samodzielność podejmowania decyzji (52 proc. respondentów) oraz poczucie niezależności i wyższe zarobki (kolejno 44 i 43 proc.). Natomiast najczęściej wymienianymi czynnikami, które zniechęcają Polaków do prowadzenia własnej firmy są: skomplikowany system podatkowy (43 proc.), konieczność walki z konkurencją (40 proc.) oraz zbyt wysokie koszty pracy (37 proc.).

Zaledwie 12 proc. respondentów zadeklarowało, że myślało kiedyś o założeniu własnej firmy, choć współczynnik ten jest wyższy u osób młodych (w przedziale 25-34 lata wyniósł 21 proc.). Głównym czynnikiem, przez który Polacy zrezygnowali z uruchomienia własnej działalności gospodarczej był brak wystarczających środków finansowych (33 proc. wskazań).

Wyniki badania TNS wskazują, że dla ponad 1/3 respondentów handel jest nadal najatrakcyjniejszą branżą, jeśli chodzi o prowadzenie własnego biznesu. Nie dziwi mnie to. Bricomarché na przykład, działając na rynku produktów do domu i ogrodu, systematycznie zwiększa swoje obroty – o około 20 proc. rok do roku. Przekłada się to w oczywisty sposób na zyski właścicieli sklepów – komentuje Eliza Orepiuk-Szymura, Dyrektor ds. Komunikacji i Informacji Grupy Muszkieterów w Polsce.

W badaniu sprawdzono również skąd respondenci czerpią informacje na temat zakładania własnej działalności. Najczęściej wskazywani byli znajomi oraz członkowie rodziny (36 proc.), Internet (32 proc.) oraz osoby, które już prowadzą własną firmę (30 proc.).

 Franczyza – słabo poznana przez Polaków

Z badania TNS wynika, że blisko 80 proc. Polaków nigdy nie słyszało słowa „franczyza” albo nie wie, co ono oznacza. Natomiast dane rynkowe pokazują, że zarówno liczba sieci, jak i placówek franczyzowych sukcesywnie rośnie.

Franczyza w Polsce ma bardzo duży potencjał wzrostu. Prowadząc działalność w ramach franczyzy łatwiej jest zmierzyć się z konkurencją, a właśnie tego, zgodnie z przeprowadzonym badaniem, obawia się aż 40 proc. myślących o własnym biznesie. Biznes w ramach franczyzy to również znany szyld oraz potrzebne wsparcie, szczególnie w zakresie szkoleń oraz know-how. Reasumując, działanie w grupie pozwala szybciej dostosować się do zmian na rynku i oczekiwań klientów – mówi Eliza Orepiuk-Szymura.

Franczyza w wydaniu Muszkieterów

Działalność biznesowa Grupy Muszkieterów opiera się na zasadach franczyzy, jednak nie jest to zwykła struktura franczyzowa. Grupa proponuje unikalny w Polsce tego rodzaju model, który zakłada, że przedsiębiorstwa mają charakter rodzinny i społeczny oraz dają członkom możliwość samorealizacji na polu zawodowym i osobistym. Model bazuje na dwóch kluczowych zasadach: niezależności oraz współdecydowaniu o przyszłości organizacji. Każdy właściciel Intermarché i Bricomarché spełnia bowiem podwójną funkcję kierowniczą: jest niezależnym szefem zarządzanego przez siebie przedsiębiorstwa oraz pełni funkcję zarządczą w ramach Grupy. Dzięki temu przedsiębiorcy mają wpływ na kształtowanie polityki Grupy oraz wyznaczanie kierunków jej rozwoju. Jednocześnie pozwala im to na wymianę wiedzy i doświadczenia między sobą oraz tworzenie dobrych praktyk.

Członkostwo w organizacji wiąże się również z zaakceptowaniem Karty Muszkietera, określającej metody działania, standardy i misję Grupy. Zgodnie z nią członkowie Grupy podejmują działania dobroczynne na rzecz lokalnych społeczności. Są to m.in. zbiórki krwi, badania mammograficzne, współpraca z bankami żywności czy budowa placów zabaw.

 

 

Źródło: Grupa Muszkieterów

 

Eksperci

Lipka: Młodzi Polacy nie garną się do pracy. To problem

Tylko 10 procent młodych Polaków, którzy kształcą się po 18. roku życia, decyduje się na łączenie na...

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

AKTUALNOŚCI

Firmy szkoleniowe apelują o VAT bez wad

Firmy muszą pokrywać koszty VAT na usługi doradcze finansowane z funduszy europejskich. Tracą na tym...

Apel do Szydło i Kaczyńskiego w sprawie limitu składek na ZUS

Konfederacja Lewiatan w listach do premier Beaty Szydło i prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego apeluje...

Konsumpcja dalej będzie ciągnęła gospodarkę

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wy...

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...