wtorek, Grudzień 12, 2017
Home Archiwa 2017 Kwiecień 6

Dzienne archiwaKwi 6, 2017

Z obliczeń Home Brokera wynika, że do końca tego roku w programie Mieszkanie dla Młodych do wykorzystania zostało niecałe 54 mln zł. Przewidujemy, że najpóźniej w połowie kwietnia Bank Gospodarstwa Krajowego ogłosi koniec przyjmowania wniosków o dopłaty, co oznacza, że do 2 stycznia przyszłego roku MdM będzie programem martwym.

Marcowe statystyki sprzedaży kredytów w ramach programu Mieszkanie dla Młodych opublikowane przez Bank Gospodarstwa Krajowego prezentują się ciekawie. Otóż okazuje się, że mimo znacznych ograniczeń dostępności, liczba chętnych na dofinansowanie wzrosła i wszystko wskazuje na to, że już w kwietniu BGK zaprzestanie przyjmowania wniosków. Przez ostatni miesiąc kredytobiorcy wnioskowali o dopłaty na 2018 rok w łącznej kwocie 102,6 mln zł, należy jednak zauważyć, że wartość środków zarezerwowanych z puli na 2017 r. spadła o 24,8 mln zł. Może to oznaczać, że część wniosków złożonych wcześniej na 2017 r. została przeniesiona na 2018 r. Zsumowanie obu wartości daje kwotę 77,8 mln zł – o tyle dofinansowania (w ujęciu netto) ubiegali się kredytobiorcy w marcu.

Z punktu widzenia osób zainteresowanych dofinansowaniem kluczowa jest kwota środków dostępnych na 2018 rok, gdyż 2017 został już wyłączony w styczniu. Z 381 mln zł „puli 2018” dostępnej w tym roku, zablokowane zostało już 327,2 mln zł, co oznacza, że na chwilę obecną do wzięcia jest zaledwie 53,8 mln zł. Patrząc na dynamikę sprzedaży kredytów MdM można z dużą dozą prawdopodobieństwa uznać, że pieniądze skończą się najpóźniej w połowie kwietnia.

MdM dostępny falami

Osoby chcące skorzystać z Mieszkania dla Młodych muszą być czujne, by wpasować się w okres, kiedy dopłaty są dostępne. Aktualnie korzystać można tylko z puli na 2018 rok, ale 53,8 mln zł zniknie w tydzień lub dwa, co oznacza, że do końca roku program będzie martwy. 2 stycznia przyszłego roku odblokowana zostanie druga część środków na 2018 rok i czeka nas wtedy powtórka z pierwszych tygodni 2017 r., kiedy to kredytobiorcy dosłownie rzucili się na banki z wnioskami w ręku.

Gra warta świeczki

Trudno dziwić się popularności programu, skoro maksymalna kwota możliwa do uzyskania to przeszło 113 tys. zł, dostępne w Warszawie dla klientów z co najmniej trójką dzieci kupujących mieszkanie o powierzchni 65 mkw. lub większej. W innych miastach dopłaty są niższe, ponad 100 tys. zł dostać można jeszcze tylko w Poznaniu.

Wysokość dopłat w programie Mieszkanie dla Młodych zależna jest od wielkości i lokalizacji mieszkania. Dofinansowanie wyliczane jest na podstawie ogłaszanej przez wojewodów wartości wskaźników przeliczeniowych kosztu odtworzenia 1 mkw. powierzchni użytkowej budynków mieszkalnych. Zmieniają się one co pół roku i decydują zarówno o wysokości dopłat, jak i limitów cenowych, w których trzeba się zmieścić przy zakupie mieszkania, by móc ubiegać się o dopłatę.

Program Mieszkanie dla Młodych funkcjonuje od początku 2014 roku. W pierwszych kwartałach nie był zbyt popularny, potrzeba było zmiany ustawy. Po dopuszczeniu do dofinansowania osób kupujących mieszkanie z rynku wtórnego (wrzesień 2015 r.) liczba chętnych kilkakrotnie wzrosła i pojawił się problem wyczerpujących się przedwcześnie środków. Z danych BGK wynika, że do końca marca łączna kwota złożonych wniosków wyniosła 2,44 mld zł, z czego 2,3 mld zostało już faktycznie wykorzystane, a reszta jest w trakcie procesowania wniosku.

 

Źródło: Home Broker

Azimo, brytyjsko-polski startup oferujący międzynarodowe przelewy pieniężne, uruchamia innowacyjną usługę finansową, która rewolucjonizuje sposób, w jaki przekazywane są pieniądze pomiędzy krajami.

W świecie, w którym na 7 miliardów mieszkańców tylko 2 miliardy mają konto w banku, ale ponad 3 miliardy mają już smartfona, Azimo uruchamia aplikację, w której mieszkańcy Europy, USA i Kanady mogą dzielić się pieniędzmi bezpośrednio na numer telefonu, bez potrzeby wymiany jakichkolwiek danych kont bankowych. Od teraz każdy w Polsce ma możliwość poproszenia o wpłatę na swoje konto każdego mieszkańca strefy Euro i Wielkiej Brytanii, a pieniądze dotrą do nich natychmiast – wystarczy do tego numer telefonu komórkowego.

Według danych zebranych przez Azimo 9/10 osób zna numery telefonu wszystkich swoich bliskich, podczas gdy niewiele z nas ma dostęp do danych kont bankowych swoich bliskich. Tradycyjne przelewy to proces jednostronny, w którym odbiorca ma niewielką lub żadną kontrolę nad tym, w jaki sposób otrzyma pieniądze.

Na te problemy odpowiada nowa funkcja w aplikacji Azimo. Wystarczy, że użytkownicy wybiorą odbiorców ze swoich kontaktów telefonicznych, aby wysłać im pieniądze. Odbiorca otrzyma wiadomość SMS z linkiem, dzięki któremu pobierze aplikację Azimo i odbierze pieniądze, które dotrą bezpośrednio na jego konto. Jednocześnie odbiorca w Polsce może za pomocą tej samej aplikacji poprosić o przelew – koniec z telefonami za granicę z prośbą o pieniądze. Ta innowacyjna technologia sprawia, że wystarczy jedno kliknięcie, a przelew dotrze za granicę w najszybszy i najprostszy z istniejących sposobów.

„W 2021 na świecie będzie 6,3 miliarda użytkowników smartfonów, więc przelewy z telefonu na telefon to przyszłość” – mówi współzałożycielka i Dyrektor Generalny Azimo, Marta Krupińska.  “Nie ma powodu, dla którego wysłanie przelewu za granicę powinno być trudniejsze, niż wysłanie smsa”.

Klienci w Polsce mogą już ściągnąć aplikację Azimo ze sklepu Apple lub Google Play na swój smartfon by poprosić o przelew rodzinę i przyjaciół mieszkających w Wielkiej Brytanii lub strefie Euro. Wszystkie funkcje, czyli wysyłanie pieniędzy, prośba o wpłatę i otrzymywanie przelewów na numer telefonu zostaną uruchomione w ciągu roku większości z ponad 190 krajów obsługiwanych przez Azimo.

Aby uczcić inaugurację usługi, wszystkie międzynarodowe przelewy pieniężne wykonane za pomocą nowej funkcji są pozbawione opłat i oferują ten sam świetny kurs funta i euro do złotówki.

Jednym z inwestorów w Azimo jest fundusz MCI.TechVentures, powiązany z MCI Capital, który obok inwestycji w europejskie firmy fintechowe, jest także zaangażowany w rozwój spółek Dotpay i eCard w Polsce.

 

Źródło: Azimo

Jednym z założeń, na którym opiera się Program Budowy Kapitału opracowany przez Ministerstwo, jest osiąganie przez uczestniczące w jego realizacji instytucje wynoszącej 3 proc. realnej stopy zwrotu z inwestycji. Przy obecnym poziomie inflacji, oznaczałoby to konieczność wypracowania 5 proc. wzrostu wartości kapitału.

Wkrótce powinniśmy poznać projekty ustaw, w oparciu o które nastąpi transfer 75 proc. środków zgromadzonych w OFE na Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego oraz przekształcenie zarządzających nimi Powszechnych Towarzystw Emerytalnych w fundusze inwestycyjne. Jednak nie mniej ważnym elementem projektowanego systemu emerytalnego mają być Pracownicze Plany Kapitałowe, które miałyby zacząć powstawać już od stycznia 2018 r. To one docelowo miałyby stanowić jeden z kluczowych elementów budowy emerytalnego kapitału Polaków, wspierając obowiązkowy „ZUS-owski” filar oraz sprzyjać wzrostowi krajowych oszczędności. Niezależnie od rozwiązań instytucjonalnych, jakie zostaną w tym względzie ostatecznie przyjęte, z opublikowanego jeszcze w ubiegłym roku Programu Budowy Kapitału wynika, że jednym z głównych założeń jest takie inwestowanie gromadzonych w jego ramach składek, by osiągnąć realną roczną stopę zwrotu w wysokości 3 proc. Realną, czyli uwzględniając obecny poziom inflacji, nominalna stopa zwrotu z inwestycji powinna sięgać 5 proc. Biorąc pod uwagę fakt, że chodzi o oszczędności w ramach systemu emerytalnego, powinny one jednocześnie być inwestowane w sposób ograniczający ryzyko. Średnie oprocentowanie lokat wynosi 1,5 proc. i trudno oczekiwać od banków, nawet tych, w których znaczącym udziałowcem jest Skarb Państwa, by na potrzeby Programu zaoferowały dwu-trzykrotnie wyższe odsetki. W ciągu ostatnich kilkunastu lat realne zyski z lokat bankowych jedynie sporadycznie, przez krótki czas, przekraczały 3 proc. i nie ma podstaw by sądzić, że w przyszłości będzie inaczej. Oprocentowanie obligacji detalicznych wynosi, w zależności od terminu wykupu, od 2,1 do 2,7 proc. w pierwszym okresie odsetkowym. W przypadku papierów indeksowanych inflacją, marża odsetkowa wynosi w kolejnych okresach 1,25 punktu procentowego dla obligacji czteroletnich i 1,5 punktu w przypadku dziesięcioletnich. A więc także i tym instrumentom daleko od 3 proc. realnej stopy zwrotu. Niewiele lepsze efekty można uzyskać z obligacji hurtowych, sprzedawanych inwestorom instytucjonalnym, w tym zagranicznym. Biorąc pod uwagę wyniki ostatniego przetargu, jedynie rentowność papierów dziesięcioletnich przekraczała 3 proc., ale nadwyżka wyniosła zaledwie 0,57 punktu procentowego, a więc do 5 proc. brakowało niemal 1,5 punktu. Ministerstwo Finansów nie stroni zaś od sięgania po emisje na rynkach zagranicznych, także egzotycznych, jak na przykład chiński, choć w Programie Budowy Kapitału zwraca się uwagę na fakt, że za granicę wypływają znaczne kwoty z tytułu odsetek.

Dokonując przeglądu innych dostępnych aktualnie możliwości, jakie daje rynek finansowy, okazuje się, że nie da się tego założenia spełnić bez znaczącego udziału akcji i obligacji korporacyjnych. Z akcjami wiąże się jednak podwyższone ryzyko i duża zmienność notowań, powodująca wahania wartości inwestowanego kapitału. W przypadku obligacji firm ten drugi czynnik ma zdecydowanie ograniczone znaczenie, zaś poziom ryzyka można zredukować wybierając do portfela papiery największych i najbardziej wiarygodnych emitentów. Problem w tym, że ta grupa spółek szuka tańszego kapitału w bankach lub lokując obligacje na rynkach zagranicznych. Przykłady z ostatnich tygodni można mnożyć. W marcu obligacje za 300 mln euro sprzedała Energa, emisję euroobligacji planuje Tauron, PZU zamierza za granicą szukać kapitału o wartości 500 mln euro. Te zaś, które zdecydowały się na sprzedaż papierów inwestorom krajowym, odsetkami nie szastały. Enea w 2015 r. oferowała 0,85 punktu procentowego ponad WIBOR, Energa w 2012 r. płaciła 1,7 punktu powyżej WIBOR, PGNIG także w 2012 r. oferował marżę w wysokości 1,25 proc., a rok później PGE płaciła tylko 0,7 proc. powyżej WIBOR.

W Programie Budowy Kapitału przewiduje się również nowe instrumenty, takie jak Polski Fundusz Nieruchomości, czy fundusze typu REIT, obligacje infrastrukturalne, także detaliczne, czy obligacje premiowe (te jednak zamiast odsetek brałyby udział w losowaniu premii, a więc przeznaczone byłyby raczej dla oszczędzających indywidualnie). Jednak i w ich przypadku trudno oczekiwać realnej stopy zwrotu znacząco przekraczającej 3 proc., być może poza REIT-ami, dla których dopiero tworzy się prawne podstawy działania. Wszystko więc wskazuje, na to, że nie obędzie się bez twardej walki zarządzających funduszami na szerzej pojmowanym rynku finansowym, obejmującym także akcje oraz obligacje mniejszych spółek, oferujących odsetki sięgające powyżej 5 proc.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk Gerda Broker

Wiele komentarzy odnośnie do koniunktury giełdowej przyrównać można do politycznej analizy dotyczącej poczynań nowego prezydenta USA. Uznawany jest on za główny czynnik sprawczy wcześniejszych wzrostów oraz najważniejszy determinant przyszłych zmian cen ryzykownych aktywów. Takie założenie wydaje się być błędnym, co zresztą stało się typową charakterystyką wobec wszelkich politycznych wydarzeń. Poczynając od pamiętnego Brexitu wszelkie założenia dotyczące wpływu polityki na koniunkturę giełdową nie sprawdziły się i raczej trudno oczekiwać większej zmiany na tym froncie. Co interesujące, wiele inwestorów tak sceptycznie podchodzących do Trumpa przed wyborami, po nich zmieniło zdanie niemalże o 180 stopni i w konsekwencji wiązało z nową administracją niemałe nadzieje. Teraz te nadzieje wydają się topnieć, a wraz z nimi narastać ma niebezpieczeństwo większej korekty na parkietach. Ten tok rozumowania wydaje się błędny, a główną tego przyczyną jest mylenie cyklicznych trendów z tymi sekularnymi, czyli bardzo długoterminowymi. Otóż cykliczne trendy gospodarcze, które pozostają najważniejsze dla inwestorów z czysto fundamentalnego punktu widzenia, rozpoczęły się jeszcze przed wyborami prezydenckimi w USA. Mowa tutaj o cyklicznym ożywieniu oraz pojawieniu się presji inflacyjnej. Te dwa czynniki pozwolił przejść inwestorom z paradygmatu deflacyjnego do inflacyjnego, który okazał się szczególnie korzystny dla rynków wschodzących, w tym GPW. Po wyborach w USA połączenie tych trendów z zapowiedziami Trumpa hucznie nazwano „reflacją”. Błędem jest jednak jej łączenie z nowym prezydentem USA, gdyż ten jeszcze niczym realnym nie przyłożył się do pobudzenia koniunktury bądź inflacji. Ponadto nie wiemy, czy w ogóle się znacząco przyłoży, gdyż jak na razie przed jego wielkimi zapowiedziami wydają się jedynie piętrzyć przeszkody. Wpływ Trumpa był więc wyraźny na zupełnie odmiennym froncie i wiązać go należy z trendami sekularnymi. Mowa między innymi o pobudzeniu „zwierzęcych instynktów” businessu i po części również inwestorów. Te z kolei mogły rodzić nadzieję na wyrwanie się gospodarki USA oraz później całego świata z długoterminowej stagnacji, którą obserwujemy od pamiętnego kryzysu finansowego z 2008 roku. Tym samym Trump nie wpływał na obserwowane cykliczne trendy w gospodarce, ale bardziej oddziaływał na długookresowe założenia co do możliwej zmiany nastrojów przedsiębiorców i przez to na wysokość potencjalnego wzrostu gospodarczego. Teraz wydaje się, że Trump poniesie porażkę w zakończeniu sekularnej stagnacji, ale nie oznacza to, że wywrze negatywny wpływ na cykliczne ożywienie gospodarcze. Ono może dalej postępować, a wraz z nim również hossa.

Autor: Łukasz Bugaj, CFAAnalityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Jedną z inicjatyw w ramach strategii Jednolitego Rynku Cyfrowego jest reforma reżimu dotyczącego praw autorskich. Udostępnianie treści audiowizualnych czy e-booków w Internecie jest coraz bardziej powszechne, dlatego najwyższy czas na wprowadzenie odważnych i przemyślanych zmian w tym obszarze.

Skuteczniejsza ochrona praw autorskich w obliczu technologicznych zmian sposobu dostarczania usług audiowizualnych i innych treści cyfrowych w Internecie jest jednym z wyzwań, przed którymi stoi obecnie Unia Europejska. Toczące się prace nad opublikowanym we wrześniu 2016 roku pakietem proponowanych regulacji, w tym projektem dyrektywy w sprawie praw autorskich na Jednolitym Rynku Cyfrowym, budzą wśród twórców, dostawców i odbiorców wiele wątpliwości – nie tylko o podłożu ekonomicznym.

Naukowcy w obronie wolności prasy

Opublikowany 22 lutego 2017 r. list otwarty naukowców uniwersytetów z całej Europy zajmujących się prawami autorskimi wskazuje jako problematyczne dwa artykuły z proponowanej dyrektywy w sprawie praw autorskich na JRC: art. 11 dotyczący praw wydawców publikacji prasowych oraz art. 13 dotyczący odpowiedzialności za objętą prawami autorskimi treść umieszczaną na platformach internetowych. Propozycja zawarta w artykule 11 dotyczy m.in. wprowadzenia trwającego 20 lat wyłącznego prawa wydawców publikacji prasowych do: „zezwalania lub zabraniania bezpośredniego lub pośredniego, tymczasowego lub stałego zwielokrotniania utworu, przy wykorzystaniu wszelkich środków i w jakiejkolwiek formie, w całości lub częściowo”.

Zgodnie z projektem dyrektywy ma ona nie dotyczyć tzw. „czynności linkowania” oraz cytowania artykułów w celu dokonania ich krytyki lub recenzji. Ta z pozoru konkretnie określona propozycja została poddana miażdżącej krytyce w liście Copyright Reform: Open Letter from European Research Centres. Autorzy wskazują, że za sprawą tego przepisu zostałaby stworzona konstrukcja podwójnego prawa dotyczącego tego samego utworu. Pierwsze nabywałby wydawca prasy od autora danego artykułu. Drugie zaś tworzone byłoby przez proponowany artykuł i przysługiwałoby wydawcy z samego tytułu bycia wydawcą.

Propozycja jest niekorzystna zarówno dla autorów, jak i dla chętnych do nabycia danego utworu: pozostaje niejasne, od kogo prawa do danego utworu powinny zostać nabyte – od autora? wydawcy? obu? Ponadto Komisja nie oceniła, jakie będą konsekwencje wprowadzenia propozycji wśród małych wydawców, których możliwości zdobywania artykułów czy negocjowania cen licencji są ograniczone.

Przede wszystkim jednak proponowana forma ochrony wydawców publikacji prasowych już w momencie ewentualnego jej przyjęcia byłaby regulacją przestarzałą. Nie odnosi się bowiem w ogóle do możliwości tworzonych przez nowe technologie innych niż „czynności linkowania”. Jak wskazują autorzy listu nie odnosi się ona także do stosowania wobec publikacji prasowych metod text mining, czyli do wydobywania danych z tekstu i ich późniejszej obróbki. Komisja nie podjęła się regulacji palących problemów wymagających dostosowania prawa autorskiego do nowej rzeczywistości technologicznej.

Ochrona praw autorskich a cenzura

Kontrowersje wokół proponowanego art. 13 mają bardziej uniwersalny charakter. Przyjęcie przepisu w tej formie odwracałoby funkcjonujące w prawie unijnym mechanizmy dotyczące ponoszenia odpowiedzialności za treści umieszczane na platformach internetowych. Dotychczasowy porządek, w którym dane utwory naruszające prawa autorskie były usuwane w następstwie zgłoszenia naruszenia, zostałby zastąpiony prewencyjną kontrolą. Dostawcy usług w Internecie byliby zobowiązani wprowadzić filtry, które odsiewałyby treści naruszające prawa autorskie. Obowiązek ten stanowiłby – podobnie jak w wypadku art. 11 – większe obciążenie dla mniejszych portali, platform i start-upów. Ponadto wskazuje się na niezgodność proponowanych regulacji z Kartą Praw Podstawowych: zarówno ze względu na utrudnienie w prowadzeniu własnego biznesu, jak i możliwy wpływ na ograniczenia wolności słowa z punktu widzenia użytkowników. 

Wątpliwa przyszłość propozycji

Nie tylko naukowcy zajmujący się prawami autorskimi wyrazili gwałtowny sprzeciw wobec proponowanych zmian i zaniepokojenie brakiem uzasadnień dla proponowanych rozwiązań. Zarówno Komisja Kultury i Edukacji, jak i Komisja Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów w swoich wstępnych opiniach zaproponowały szereg poprawek do obu artykułów. Proponowane poprawki mają jednak dość zróżnicowany charakter. W przypadku art. 11 opinia Komisji Kultury i Edukacji zawiera m.in. sugestię ograniczenia czasu trwania prawa do trzech lat, w porównaniu do proponowanych przez Komisję dwudziestu. Opinia Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów sugeruje zaś usunięcie całego artykułu. Podobnie w wypadku art. 13 propozycje zmian są dosyć rozbieżne (zob.: komentarze L. Blanco, źródło poniżej). Stąd też niemożliwa wydaje się ocena, na ile poważnie potraktowane zostaną uwagi formułowane przez specjalistów w obszarze praw autorskich, a także jak ich apele zostaną odzwierciedlone w ostatecznej formie dyrektywy.

Można jednak stwierdzić z pewnością, że wnioski legislacyjne z pakietu, który ma unowocześnić system ochrony praw autorskich w Unii Europejskiej, nie dostarczają odpowiedzi na pytanie, jak powinno się współcześnie chronić interesy twórców. Zdaniem specjalistów wstępne propozycje doprowadzić mogłyby jedynie do wzmocnienia dużych – głównie amerykańskich – graczy na rynku dostarczania treści audiowizualnych w sieci. Niekoniecznie zaś przyniosłyby realne korzyści czy to samym twórcom, czy nawet europejskim wydawcom, producentom czy start-upom – do czego teoretycznie miała prowadzić reforma.  

Autor:Joanna Mazur, Analityk DELab UW

 

Znajomość języków obcych jest dziś właściwie warunkiem koniecznym na rynku pracy i w każdej branży. Posługiwanie się płynne językami nie tylko zwiększa szanse na lepsze zatrudnienie, ale również wpływa realnie na zarobki. Osoby deklarujące poziom zaawansowany z języka niemieckiego, francuskiego czy angielskiego średnio zarabiają od 1,5 tysiąca do 2,5 tysiąca zł więcej niż osoby z podstawową znajomością tych języków.

Dobra znajomość języków obcych nie jest jedynym warunkiem przyznania wysokiego wynagrodzenia. Jest to jednak czynnik, który w połączeniu z innymi umiejętnościami czy kwalifikacjami może pomóc w osiągnięciu wyższych przychodów i lepszego stanowiska. Jak wykazał Raport EF English Proficiency Index 2016, biegłość języka angielskiego faktycznie łączy się z lepszym poziomem życia, większą mocą zarobkową oraz innowacjami. Polska w tym zestawieniu biegłości języka angielskiego zajęła 10 miejsce. Pierwsze dwa miejsca zajęły: Holandia oraz Dania.

Angielski bez niego nic nie zdziałasz

Język angielski, minimum na poziomie B2, to najczęściej podstawa w CV – jego znajomość to „must have” na liście cech pracownika idealnego. Swobodne i komunikatywne posługiwanie się tym językiem jest konieczne na wielu stanowiskach: od stażystów po managerów i dyrektorów. Dobra znajomość angielskiego jest wymagana nie tylko w zawodach, których praca opiera się na kontaktach biznesowych z zagranicznymi klientami, ale również chociażby w zawodzie sekretarki, księgowego, pracownika restauracji i hotelu, a także sprzedawcy w sklepie.

W ostatnich latach widzimy ponad 20% wzrost zainteresowania kursami za granicą dla osób powyżej 25 roku życia – komentuje Sylwia Rogalska, Country Manager EF Education First, firmy, która od 51 lat organizuje wyjazdy językowe za granicę. Są to osoby wkraczające albo będące już na rynku pracy, uczące się od lat angielskiego w kraju bez zadowalających rezultatów. Popularnym miejscem wśród tych kursantów jest Malta. Połowa tych osób wybiera kurs biznesowy, aby poznać język branżowy, który pozwoli im na lepszą pracę i zarobki.

Jak wynika z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń, przeprowadzonego w 2016 roku przez Sedlak & Sedlak, pracownicy oceniający swoją znajomość języka angielskiego jako zaawansowaną zarabiali średnio 5800 zł brutto miesięcznie, natomiast zatrudnieni z podstawową znajomością języka angielskiego uzyskiwali przeciętnie 3450 PLN. Różnica płacowa pomiędzy tymi samymi stanowiskami, ale różną znajomością języka angielskiego, wynosi nawet od 1300 czy 1700 zł.

Dodatkowy język gwarancją podwyżki

Na rynku nieustannie pojawiają się również oferty dotyczące zapotrzebowania na mniej popularne języki, takie jak włoski, francuski czy japoński, a nawet duński czy szwedzki. Znajomość języka innego niż angielski, w stopniu zaawansowanym, pozwala wyróżnić się na rynku pracy. Według Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń deklarujący poziom zaawansowany z języka niemieckiego średnio zarabiają 5500 zł, z języka francuskiego – 6000 zł. Jeśli nie mamy więc smykałki do angielskiego – warto wykorzystać taką niszę, żeby zabłysnąć u potencjalnego pracodawcy.

Na dzisiejszym rynku pracy brak umiejętności posługiwania się przynajmniej jednym językiem obcym w stopniu umożliwiającym swobodną komunikację, zwyczajnie się nie opłaca – komentuje Paulina Młodzianka, Koordynator ds. Rekrutacji z firmy QiBit. – Idealnym połączeniem jest znajomość przynajmniej dwóch języków oraz wysoko rozwinięte kompetencje techniczne. Taka osoba ma duże szanse na znalezienie pracy nie tylko ciekawej, ale także dobrze opłacanej.

Badania Wharton and LECG Europe wykazały, że dobra znajomość chociażby jedynego języka obcego może podnieść nasz roczny dochód od 1,5% do 4%. Różnica zależy od języka: 1,5% dla języka hiszpańskiego, 2,3% dla języka francuskiego i 3,8% dla języka niemieckiego. Kumulowane przez lata sumy mogą w znacznym stopniu wpłynąć na naszą przyszłość. Wyliczono, że mieszkańcy USA mogą w ten sposób odłożyć całkiem pokaźną sumę na emeryturę. W przypadku znajomości języka hiszpańskiego odłożona kwota wyniosła $51 tys., języka francuskiego – $77 tys., a języka niemieckiego – $128 tys. Warto więc poświęcić swój czas na naukę języków obcych i potraktować to jako inwestycję na przyszłość.

 

Education First

Dzięki infrastrukturze IoT, drużyny w USA i w Europie oraz ich sponsorzy dynamicznie pomnażają swoje zyski. Komunikaty, wysyłane w trakcie meczu na aplikacje klubowe, znacznie zwiększają wpływy z reklam oraz sprzedaży gadżetów. W Polsce, jako pierwszy obiekt sportowy, wdrożył to rozwiązanie INEA Stadion w Poznaniu.

Według Raportu Proxbook Q2, obecnie istnieje około 8,2 miliona czujników zbliżeniowych rozmieszczonych na całym świecie. W sprawozdaniu podano też prognozy, które sygnalizują, że do 2020 roku na poziomie globalnym zostanie wdrożonych ok. 400 milionów beaconów. Zdaniem Krzysztofa Łuczaka, eksperta z firmy technologicznej Proxi.cloud, za 5 lat w Polsce będzie co najmniej milion tego typu nadajników. Znajdą się na stadionach, lotniskach, dworcach, a także w sklepach, galeriach handlowych i restauracjach.

– Nowy kanał komunikacji interaktywnej daje specjalistom z zakresu marketingu szerokie pole do działania. Ograniczona zostanie rola statycznych banerów reklamowych, ponieważ nie pozwalają one na bezpośredni i spersonalizowany kontakt z klientami. A trzeba zauważyć, że obecnie konsumenci bardzo chętnie nawiązują relacje z markami. Angażują się w konkursy i akcje rabatowe, np. firm odzieżowych. W zamian za „dodatkową wartość”, udostępniają ich statusy na swoich profilach w social mediach. To ogromny potencjał do wykorzystania, przy użyciu infrastruktury IoT – mówi Krzysztof Łuczak.

Milionowe zyski

W USA beacony ma już 93% stadionów baseballowych, 75% – futbolowych, 53% – do gry w koszykówkę i 46% – hokejowych. Zespoły, które je zaimplementowały na swoich obiektach sportowych, osiągnęły zwrot z inwestycji nawet o 40% od przyrostowych przychodów ze sprzedaży już w pierwszym sezonie. Przykładem tego są drużyny NBA, m.in. Cleveland Cavaliers czy Golden State Warriors. Równocześnie z klubami zyski odnotowują ich partnerzy biznesowi, np. McDondald’s jako sponsor aplikacji Milwaukee Bucks. Kanały nawigacyjne otworzyły bowiem zupełnie nowe możliwości zarabiania pieniędzy, poza sprzedażą towarów i biletów, łącząc fanów ze sponsorowanymi treściami.

– Dzięki rozmieszczeniu beaconów na stadionie, amerykański Orlando Magic podniósł zasięg aplikacji aż o 30%, podczas gdy średnia branżowa wynosiła 5%. Klub zwiększył tym samym sprzedaż biletów o przeszło milion dolarów. Obecnie ponad 80% posiadaczy karnetów tej drużyny korzysta z jej aplikacji. Popularność takiego oprogramowania w połączeniu z sygnałem Bluetooth pomnaża przychody z reklam w dniu meczu. Marki docierają ze spersonalizowaną wiadomością do fanów danego klubu. To podnosi efektywność komunikacji i ogranicza inne, zbędne już wydatki reklamowe – zapewnia Krzysztof Łuczak.

W Europie infrastrukturę IoT posiada m.in. FC PORTO i FC Barcelona. Gdy zawodnik hiszpańskiego klubu strzela bramkę, kibice na stadionie niemal od razu dostają powiadomienia o rabatach na akcesoria klubowe. To zachęca ich do zakupów po zakończonym meczu i zwiększa zaangażowanie użytkowników aplikacji. Takie rozwiązanie marketingowe z powodzeniem można wdrożyć na naszym „podwórku”. Jesteśmy narodem otwartym na innowacje, zwłaszcza te, które podnoszą komfort życiowy. Według eksperta, świadczy o tym fakt, że jako jeden z dwóch krajów na świecie, obok Turcji, chętnie korzystamy z płatności zbliżeniowych.

Na naszym „podwórku”

– INEA Stadion to pierwszy obiekt sportowy w Polsce, który posiada infrastrukturę IoT. Rozmieszczono tam 54 nadajniki tak, by sygnał Bluetooth docierał do kas, bramek wejściowych i trybun. Użytkownicy aplikacji Lecha Poznań, przychodząc na mecz, dostaną np. powiadomienia powitalne z aktualnymi informacjami o drużynie. W trakcie gry mogą odebrać komunikat o rabacie na koszulki, jak hiszpańscy kibice. Telewidzowie nie będą mieli tej opcji. A zgromadzeni na stadionie fani dodatkowo otrzymają prośbę o wystawienie opinii na temat rozgrywki. To będzie budowało ich więź z klubem – przewiduje Krzysztof Łuczak.

Dzięki nowemu narzędziu, aplikacja drużyny z pewnością będzie częściej pobierana przez fanów „Kolejorza”. Wpłyną na to m.in. specjalne oferty klubowe dla użytkowników. W dalszej perspektywie, zarząd drużyny powinien zaangażować swoich sponsorów i partnerów biznesowych do szerszego wykorzystania infrastruktury beaconowej. Można bowiem podłączyć do niej wiele różnych aplikacji mobilnych. Koszt zainstalowania nadajników, liczony w tysiącach złotych, jest niewspółmiernie niski w porównaniu do szeregu korzyści, jakie oferuje.

– Inwestycja poznańskiego obiektu ma szansę zwrócić się już po pół roku. W najbardziej pesymistycznym wariancie, może to nastąpić po 18 miesiącach. Takie obliczenia poczynili partnerzy biznesowi, mający swój udział w projekcie. W dłuższej perspektywie infrastruktura IoT powinna też zwiększyć przychody z dnia meczu i zakupu gadżetów klubowych, podobnie jak w przypadku amerykańskich drużyn. Oczywiście skala sukcesu będzie zależeć od skutecznej strategii marketingowej. Jej najważniejszym elementem będzie budowanie interakcji z kibicami – zapewnia ekspert z firmy technologicznej Proxi.cloud.

Wachlarz możliwości

Poza INEA Stadionem, beacony zostały zamontowane również w 7 sklepach Lecha Poznań. Mogą wysyłać do klientów komunikaty, brzmiące np. w ten sposób, „tylko dziś otrzymujesz 20% rabatu na akcesoria klubowe”. Jeśli kibic dostanie tego typu powiadomienie, będąc blisko danej placówki „Kolejorza”, to możliwość zrealizowania zakupu z pewnością wzrośnie kilkakrotnie. Takie właśnie wyniki osiągają kampanie realizowane w Stanach Zjednoczonych. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że okażą się skuteczne również w Polsce.

– Przechodząc obok sklepu klubowego lub stadionu piłkarskiego, kibic powinien otrzymywać wiadomości np. o najświeższym transferze piłkarskim lub nadchodzącym meczu. Dzięki takim komunikatom, nie zapomni np. o planowanej rozgrywce. Co więcej, może otrzymać powiadomienie o treści, np. zrób selfie z lokomotywą i wrzuć na Facebooka z tagiem #LechPoznan, a wygrasz szalik z nowej kolekcji. Taka forma grywalizacji szerzej angażuje użytkowników aplikacji do udzielania się w social mediach, a to podnosi rozpoznawalność klubu – przekonuje Krzysztof Łuczak.

Co ciekawe, kibice będą odbierać powiadomienia, znajdując się też poza strefą beaconów. Działanie systemu uzupełni wówczas geofencing. Ta technologia polega na określaniu wirtualnych granic obszaru geograficznego, w którym odbiorca, z zainstalowaną aplikacją, może dostać wiadomość. Jak zapewnia ekspert, to bezpieczne rozwiązanie, a także takie, które nie powoduje większej konsumpcji baterii w telefonie. Okaże się pomocne również na stadionie, gdy fan piłki nożnej zapomni włączyć Bluetooth. Oczywiście usługa zadziała, jeśli wcześniej użytkownik wyrazi zgodę na wykorzystywanie sygnału GPS przez aplikację.

Szansa do wykorzystania

– W mojej opinii, rodzimi konsumenci wyjątkowo szybko adoptują innowacje marketingowe. Może o tym świadczyć np. poziom zaangażowania klientów Biedronki w ostatnią kampanię reklamową z wykorzystaniem aplikacji do skanowania kart ze zwierzętami. Polacy uwielbiają promocje i akcje rabatowe. Perspektywa dodatkowych korzyści dla użytkowników aplikacji ulubionej drużyny powinna być dla nich również atrakcyjna. Dlatego, warto aby za poznańskim przykładem poszły kolejne obiekty sportowe w naszym kraju – stwierdza ekspert z Proxi.cloud.

Montując infrastrukturę IoT na stadionach sportowych w kolejnych miastach, możemy wyróżniać się na tle sąsiednich krajów, którzy często wolniej adoptują nowinki technologiczne. Co więcej, na arenie międzynarodowej Polska zdobyła już mocną pozycję jako producent beaconów. Zatem nie powinno być problemów z wdrożeniem samych nadajników na terenie naszych obiektów. Jednak istnieje inna bariera w rozwoju rodzimego marketingu sportowego. Podstawą interaktywnego kanału komunikacji jest bowiem aplikacja mobilna, której wiele klubów piłkarskich jeszcze nie wdrożyła.

– Koszt stworzenia tego typu aplikacji sukcesywnie spada i przestaje być przeszkodą, tym bardziej dla dużych i średnich klubów. Warto pamiętać o tym, że korzyści płynące z komunikacji interaktywnej z kibicami są nie tylko liczone w pieniądzach. Uruchomienie tego kanału pozwala na lepsze poznanie oczekiwań konsumentów, choćby za pomocą udzielanych przez nich opinii. Oczywiście w dalszej perspektywie to również przekłada się na zyski finansowe, ponieważ zdobyta wiedza pozwala całkowicie spełniać potrzeby klientów – podsumowuje Krzysztof Łuczak.

Źródło: MondayNews

Najmniejsi przedsiębiorcy, o niskich przychodach, zapłacą dużo mniej na ubezpieczenia społeczne – proponuje Ministerstwo Rozwoju.

Dwuletnia ulga w składkach na ubezpieczenia społeczne, z której mogą  obecnie korzystać osoby podejmujące własną działalność gospodarczą, jest uzasadniona, ponieważ przynosi więcej korzyści niż strat. Natomiast dodatkowe, stałe  obniżenie składek ubezpieczeniowych, które proponuje rząd, ma więcej wad niż zalet.

Osobom rozpoczynającym własną działalność gospodarczą warto pomóc wystartować, ale później powinny one konkurować na równych zasadach z pozostałymi przedsiębiorcami. Przywileje podatkowe przyznane dla wybranych, dla pozostałych stanowią dodatkowe obciążenie. Płacenie ulgowych składek przez dwa lata, w trakcie mniej więcej 40 lat pracy zawodowej, nie będzie miało znaczącego wpływu na wysokość ich emerytur i rent. Ale stała ulga (jaką proponuje ministerstwo rozwoju) spowoduje, że mali przedsiębiorcy nie zgromadzą środków nawet na minimalną emeryturę. Obciąży więc pozostałych podatników, którzy będą musieli sfinansować gwarantowane przez państwo minimalne emerytury i renty dla osób uprzywilejowanych i ich rodzin.

Po drugie, prowadzi do nieuczciwej konkurencji na rynku pracy, między małymi przedsiębiorcami a pracownikami obciążonymi pełnymi składkami na ubezpieczenia społeczne. O ile ulga w fazie rozpoczynania działalności gospodarczej, w której firma już ponosi koszty, a jeszcze uzyskuje niskie przychody, jest uzasadniona, o tyle jej kontynuowanie przez kilkadziesiąt lat byłoby niesprawiedliwe i ekonomicznie nieuzasadnione.

 

Komentarz Jeremiego Mordasewicza, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan

Spośród 14 narodów, które pojawiły się w badaniu ilościowym przeprowadzonym na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) przez firmę Maison&Partners  wynika, że Polacy są najbardziej otwarci na przyjmowanie jako imigrantów naszych najbliższych sąsiadów: Ukraińców, Czechów, Słowaków i Litwinów, z czego zdecydowanie największa otwartość jest wobec Ukraińców (26% to popiera– 2017 r.).

Głównym celem badania było poznanie opinii Polaków na temat przyjęcia imigrantów różnych narodowości (porównanie wyników z poprzednią falą badania przeprowadzoną w 2016 r.) oraz postrzeganie przez nich wybranych narodowości.

W naszym kraju brakuje rąk do pracy. Mówimy tutaj o zawodach, w których Polacy po prostu nie chcą pracować. Aby zapewnić dotychczasowy poziom rozwoju i usług publicznych do 2020 roku potrzebujemy ściągnąć milion rąk do pracy. Polacy przychylnie odnoszą się do tego, aby w naszym kraju pracowali Ukraińcy, Czesi, Słowacy, Litwini, ale także Wietnamczycy. Łatwo się asymilują, nie ma z nimi problemów, sami uczą się języka i przede wszystkim sumiennie wykonują zlecone im prace. Uprzedzenia co do tych nacji są bezpodstawne – skomentował Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP.

Z badania wynika, że na przestrzeni 2016 roku zmniejszyła się otwartość Polaków wobec przyjęcia imigrantów z niemalże wszystkich krajów: w przypadku Ukraińców z 33% w 2016 do 26% w 2017, w przypadku Czechów z 24% do 19%, a Białorusinów z 14% do 9%. Cały czas jednak poparcie dla naszych wschodnich i południowych sąsiadów jest zdecydowanie większe niż poparcie dla imigrantów z krajów afrykańskich (7%) lub Bliskiego Wschodu (5%).

Polacy są również otwarci wobec idei przyznania Ukraińcom przebywającym w Polsce obywatelstwa. Połowa Polaków popiera takie rozwiązanie, szczególnie gdy w pytaniu nastąpi odwołanie do sytuacji, w jakiej znaleźli się Polacy w 1982 roku w USA. Również duże poparcie wzbudza rozwiązanie, w którym Polakom przebywającym aktualnie w Polsce przyznawane byłoby prawo pobytu, a po 15 latach obywatelstwo – obecnie 54% jest za takim rozwiązaniem. Poparcie to jednak nieco spadło w porównaniu z 2016 rokiem kiedy 61% Polaków było za takim rozwiązaniem.

Przeprowadzone badanie pokazuje wiele obaw Polaków wobec osób innych narodowości, a szczególnie wobec przyznania im prawa pobytu w naszym kraju. Widać jednak, że nie wszyscy potencjalni imigranci postrzegani są tak samo. Na większą akceptację wpływa bliskość geograficzna i kulturowa (sąsiedzi: Ukraińcy, Czesi, Słowacy), ale też kontakt z daną grupą (Wietnamczycy). Znaczenie kontaktu w budowaniu większej przychylności potwierdza również to, że osoby znające jakiegoś Ukraińca są do tego narodu dużo lepiej nastawione, niż ci, którzy nie mieli nigdy takich doświadczeń – uważa dr hab. Dominika Maison, profesor Uniwersytetu Warszawskiego.

Nie negujemy tego, że w zakresie polityki demograficznej należy działać wielotorowo. Efekty programu „500 plus”, który ma wpłynąć na poprawę w tym zakresie będą widoczne dopiero za kilkanaście lat, Polaków, którzy wyjechali na Zachód należy zachęcić do powrotu do kraju, zapewniając im godne zarobki i warunki życia, ale to nie będzie łatwe. Na rynku pracy wspomóc nas mogą nasi wschodni i południowi sąsiedzi, którzy rzetelnie wykonują swoje obowiązki i nie boją się pracy. Polskiego podatnika nie stać na przyjmowanie imigrantów na przykład z Afryki. W Szwajcarii 90 procent imigrantów z Afryki Północnej jest na zasiłkach, nie pracuje i utrzymuje ich podatnik szwajcarski. Polacy są zdecydowanie przeciwni wprowadzaniu takich praktyk w naszym kraju – powiedział Cezary Kaźmierczak.

Ukraińcy wywołują w Polakach ambiwalentne odczucia – równie duża grupa ma do nich pozytywny stosunek (27%), co negatywny (25%). Zdecydowanie mniej pozytywny stosunek mają Polacy do osób z krajów Afrykańskich (15% deklaruje, że je lubi, a aż 50%, że nie lubi). W przypadku osób z Bliskiego Wschodu (Syryjczycy i Irakijczycy) jest jeszcze mniej Polaków wyrażających pozytywny stosunek do tych osób (7-8%). Ukraińcy są postrzegani jako podobni do Polaków i zdecydowanie bardziej pozytywnie na wielu wymiarach od Syryjczyków (m.in. bardziej uprzejmi, życzliwi, uczciwi, zaradni, wykształceni). Widać również, że pozytywne postrzeganie Ukraińców wzrasta wraz z kontaktem z nimi: osoby, które osobiście znają jakiegoś Ukraińca są bardziej przychylne wobec tego narodu niż te, które znają ich tylko z widzenia lub słyszenia, a zdecydowanie bardziej od tych, które nie znają nikogo tej narodowości.

Źródło: ZPP

Wiosenny piknik, weekend spędzony w gronie przyjaciółek lub wypad do SPA w „babskim gronie” to idealny plan na pierwsze tygodnie wiosny. Pogoda sprzyja, a po długiej zimie chętnie korzystamy ze słońca. Jeżeli planujemy podróż samochodem, warto odpowiednio się przygotować. Część urlopowiczek zabierze swojego pupila, o którego bezpieczeństwo też warto zadbać. Co zrobić w przypadku, gdy złapiemy gumę? Jaki jest średni koszt holowania samochodu i dlaczego warto przygotować się na każdą ewentualność?

Jak wynika ze statystyk policyjnych za rok 2016, wiosną miało miejsce prawie 8 tys. kolizji, co stanowi aż 23 proc. wszystkich zdarzeń w skali roku. – Kapryśna pogoda, trudne warunki na drogach i zaniedbane auto to jedne z najczęstszych przyczyn wypadków wiosną. Jeśli wybieramy się na wiosenną wycieczkę powinniśmy zadbać o odpowiedni stan samochodu, wykonać przegląd i upewnić się, że mamy odpowiednie ubezpieczenie – mówi  Marek Dmytryk, Zastępca Dyrektora Biura Ubezpieczeń Detalicznych Gothaer. Co więcej, z badania przeprowadzonego przez Pactor Sp. z o.o. wynika, że większość kobiet nie jest przygotowana na wypadek nieprzewidzianych sytuacji drogowych. Aż 42 proc. z nich dzwoni do swojego partnera, gdy złapią przysłowiową „gumę”. Jak poradzić sobie samodzielnie i przede wszystkim – co zrobić, by zapewnić sobie bezpieczną i spokojną podróż?

Kiedy złapiesz gumę

Podstawową kwestią, którą panie powinny się zająć zanim wyruszą na wiosenną wycieczkę, jest wymiana opon zimowych na letnie. Ogumienie powinno się zmienić w czasie, gdy średnia temperatura powietrza ustabilizuje się na poziomie ok. +7 st. C. Pamiętajmy, że względów bezpieczeństwa nie warto spieszyć się z ich wymianą, ponieważ lepiej jest zmienić opony zbyt późno, niż dać się zaskoczyć mroźnemu porankowi czy opadom śniegu. Wybierając się nawet na krótką wycieczkę, powinniśmy również sprawdzić koło zapasowe. Okazuje się, że wielu kierowców nie wie czy ma koło zapasowe w samochodzie, ani w jakim stanie się ono znajduje. Kobiety liczą na pomoc swoich partnerów, ale warto, by wzięły sprawy w swoje ręce. – Nowy komplet letnich opon, czy sprawne koło zapasowe, nie gwarantuje nam, że podróż odbędzie się bez niespodzianek. Wśród wielu zdarzeń, które mogą spotkać na drodze kierowców jest również sytuacja, w której opona ulega uszkodzeniu. Jeżeli nie chcemy martwić się pękniętą lub przebitą oponą, warto posiadać ubezpieczenie Auto Assistance Opony, za które zapłacimy jedynie 7 zł rocznie. W ramach ubezpieczenia Gothaer zorganizuje i pokryje koszty wymiany koła, holowania pojazdu do najbliższego warsztatu, jeżeli wymiana opony na miejscu nie jest możliwa lub naprawy uszkodzonego ogumienia – mówi Marek Dmytryk, Zastępca Dyrektora Biura Ubezpieczeń Detalicznych Gothaer.

Zwierzak bezpieczny w podróży

Piknik nad wodą, wycieczka do lasu lub zwiedzanie – wiosenny weekend to okazja do aktywnego spędzenia czasu z naszym czworonogiem. Wiele osób podróżuje ze zwierzętami – nie zawsze jednak zdajemy sobie sprawę, że podczas kolizji, niezabezpieczony odpowiednio pupil może ucierpieć. Przede wszystkim powinniśmy unikać przewożenia zwierząt na fotelu obok kierowcy lub na desce rozdzielczej. Małe koty i psy (do 10 kg) należy przewozić w odpowiednio dostosowanym transporterze. Pamiętajmy, by przypiąć transporter pasami do tylnego siedzenia (najlepiej bokiem do kierunku jazdy). Dla pupila, który podróżuję z nami samochodem pamiętajmy, aby zabrać ulubioną karmę, miskę na wodę, koc, czy zabawki. Na wszelki wypadek, przed samym wyjazdem powinniśmy też przygotować listę z adresami najbliższych weterynarzy czy aptek. – Pamiętajmy, że jeśli podczas wycieczki doszło do stłuczki, a nasz zwierzak ucierpiał – również może liczyć na fachową pomoc, np. w ramach ubezpieczenia Auto Assistance Gothaer TU S.A. Natychmiastowa reakcja, może uratować naszego ulubieńca. Poszkodowany w wypadku pupil, będzie przetransportowany do lecznicy i otrzyma odpowiednią pomoc weterynaryjną. W sytuacji, gdy sami doznaliśmy obrażeń i nie możemy sprawować opieki nad zwierzęciem, ubezpieczyciel zorganizuje i pokryje koszty przewiezienia zwierzęcia do wyznaczonego opiekuna lub jego pobytu w schronisku, czy hotelu – mówi Marek Dmytryk, Zastępca Dyrektora Biura Ubezpieczeń Detalicznych Gothaer TU

Co robić w przypadku stłuczki?

Trudno przewidzieć wszystkie zdarzenia na drodze. Dla kobiet, które pierwszy raz uczestniczą w kolizji, taka sytuacja może okazać się stresująca. Często panikujemy, nie wiemy od czego zacząć i jak się zachować. Po pierwsze powinniśmy sprawdzić, czy nikomu nie stała się krzywda, a także zabezpieczyć pojazd, tak, by nie zagrażał innym uczestnikom ruchu. Kiedy nie ma wątpliwości, po czyjej stronie leży wina, uczestnicy kolizji powinni spisać oświadczenie – obecność policji nie zawsze jest konieczna. Spisuje je zawsze sprawca i robi to ,,od ręki”, podpisując się na oświadczeniu. Taki dokument jest niezbędny, kiedy ubiegamy się o odszkodowanie z polisy OC sprawcy. Warto jednak zawiadomić policję, kiedy sprawca zdarzenia uchyla się od przyjęcia odpowiedzialności za szkodę i napisania stosowanego oświadczenia  Zgłoszenie szkody możemy dokonać w Gothaer TU, nawet kiedy sprawca zdarzenia jest ubezpieczony w innym zakładzie ubezpieczeń, z uwagi na posiadaną opcję Bezpośredniej Likwidacji Szkody.

Holowanie – po wypadku albo z powodu usterki

Każdemu kierowcy może się zdarzyć przykra niespodzianka podczas podróży samochodem. Często w takiej sytuacji nie mamy wyjścia i musimy skorzystać z pomocy drogowej i holowania. Średnia cena za przewóz samochodów w Polsce na krótkich trasach (do 300 km) wynosi około 400 zł. Przy trasach powyżej 300 km stawka to około 1,4 – 1,7 zł  za kilometr – wtedy zapłacimy od 600 do 900 zł. Sytuacja wygląda jeszcze gorzej, gdy razem z koleżankami wybrałyśmy się za granicę, np. do naszych sąsiadów. – Ubezpieczenie, które ma w swoim zakresie także holowanie pojazdu może okazać się ratunkiem dla naszego portfela. Koszt przywiezienia na lawecie samochodu zza granicy może wynosić kilka tysięcy złotych. Dla pań, które chcą mieć dodatkową ochronę w przypadku sytuacji awaryjnych – mowa oczywiście o pomocy mechanika, holowaniu pojazdu, samochodzie zastępczym itd., polecam ubezpieczenie Assistance – mówi Marek Dmytryk, Zastępca Dyrektora Biura Ubezpieczeń Detalicznych Gothaer TU. Pamiętajmy, że przezorny jest zawsze ubezpieczony.

Źródło:  Gothaer

 

Pomimo korekty, hossa na warszawskim parkiecie nie wydaje się być zagrożona. Globalny sentyment rynkowy jest bardzo dobry, stan polskiej gospodarki wyraźnie się poprawia, wskaźniki rynkowe pozostają atrakcyjne, a wyniki finansowe spółek odnotowały istotną poprawę – tym razem na szczególne wyróżnienie zasługują blue chipy, których łączny zysk w 2016 r. wzrósł kilkukrotnie. Co prawda sezon wynikowy trwa nadal, jednak lwia część podmiotów opublikowała już swoje sprawozdania finansowe, dlatego warto pokusić się o podsumowanie tego okresu.

W sektorze bankowym na wyróżnienie zasługują PKO BP oraz Alior. Ten pierwszy w 2016 r. wypracował najwyższy zysk w całym sektorze – 2,87 mld zł (10% rdr). Z kolei ten drugi odnotował solidne wyniki, których tempo wzrostu wyróżniało się na tle branży – efekt przejęcia Banku BPH. Na uwagę zasługuje także ambitna strategia, która może zapewnić bankowi potencjał wzrostowy. Po drugiej stronie znalazły się mBank, BZ WBK oraz Bank Handlowy, które w 2016 r. nie zdołały poprawić swoich wyników. Jednak warto podkreślić, że ten ostatni, w przeciwieństwie do pozostałych wypłaci dywidendę. W sektorze finansowym na uwagę zasługuje również PZU. Wyniki operacyjne ubezpieczyciela okazały się przyzwoite, choć dynamika zysku netto była ujemna. Mimo wszystko w oczach inwestorów obrana przez firmę strategia ma sens, toteż ostatnia karuzela stanowisk negatywnie wpłynęła na oczekiwania rynku co do jej dalszej realizacji.

Na słowa pochwały zasługują spółki energetyczne, które zdołały istotnie poprawić swoje wyniki, zwłaszcza PGE, Tauron i Enea. Ta sztuka nie powiodła się Enerdze, choć spółka zdołała wygenerować zysk netto. Z drugiej strony należy pamiętać, że branża nadal walczy z wieloma wyzwaniami. Wydatki na inwestycje będą znaczącym obciążeniem dla wyników. Ponadto, spore ryzyko polityczne, zaangażowanie w PGG oraz brak presji na podwyżkę cen energii istotnie uderza w atrakcyjność sektora. W efekcie inwestorzy nie powinni oczekiwać dywidend. Póki co, ta została zarekomendowana jedynie przez zarząd spółki ENEA.

W sektorze górniczym obserwujemy wyraźną poprawę, która jest przede wszystkim efektem odbicia cen surowców. JSW w 2016 r. zdołała wygenerować 6,7 mln zł zysku netto, choć spółka nadal stoi przed nie lada wyzwaniem tj. przeprowadzeniem skutecznej restrukturyzacji swojej działalności, bez której będzie nieefektywna. Znacznie lepiej poradziła sobie Bogdanka, która dzięki optymalizacji kosztów wypracowała 182 mln zł zysku netto w 2016 r. vs 279 mln zł straty w 2015 r. W minionym roku do łask inwestorów powrócił KGHM. Spółka odnotowała solidne wyniki na poziomie operacyjnym, jednak ogromne odpisy mocno obciążyły wynik netto. Mimo wszystko spółka planuje wypłacić dywidendę z zysków nagromadzonych we wcześniejszych latach.

Odbicie cen na ryku ropy oraz ich dalsza stabilizacja, przy zachowaniu wysokiego kursu USD/PLN, pozytywnie wpłynęło na marże rafineryjne oraz wyniki PKN Orlen i Lotosu. Dodatkowo, spółki okazały się beneficjentami walki państwa z szarą strefą. Tym niemniej, w tym roku trudno będzie o poprawę wyników, a co więcej, większość argumentów fundamentalnych wydaje się być zdyskontowana. Rok 2016 okazał się również kolejnym okresem stabilnych wzrostów wyników PGNiG. Ponadto, spółka opublikowała strategię na lata 2017 – 2022. Ta zakłada ogromne inwestycje, które negatywnie odbiją się na jej zyskowności. W efekcie nastroje rynkowe wokół walorów tej firmy zdecydowanie się pogorszyły.

Spółki przemysłowe mają za sobą kolejny udany rok, choć jego pierwsza połowa była dla nich znacznie lepsza. Wtedy to ponad 60% z nich wypracowało zyski wyższe od prognoz, podczas gdy w drugiej połowie roku wielkość ta spadła do około 30%. W efekcie rok 2016 był bardzo udany dla Forte, Wielton, Uniwheels, Boryszew czy też Grupy Kęty. Niemniej, Uniwheels może niebawem opuścić warszawski parkiet, dynamika wyników Grupy Kęty może znaleźć się pod presją, a wycena rynkowa Boryszewa wydaje się wymagająca. Natomiast z sektora chemicznego na uwagę zasługuje Ciech. Pomimo wymagającej konkurencji, spółka wypracowała bardzo dobre wyniki. Po drugiej stronie znalazł się Synthos, którego zyskowność w 2016 r. skurczyła się. Co więcej, zniżkujące ceny kauczuków nie pozwalają z optymizmem spoglądać w najbliższą przyszłość.

Wyniki finansowe za rok 2016 potwierdzają, że kondycja sektora budowlanego poprawia się, choć w dalszym ciągu redystrybucja środków unijnych bardzo powoli się rozkręca. Na uwagę zasługują przede wszystkim wyniki Budimeksu, Elektrobudowy, Trakcji, Unibepu czy też Erbudu. Niemniej, w centrum uwagi rynku znaleźli się po raz kolejny deweloperzy. Sprzyjająca koniunktura rynkowa napędza ten sektor gospodarki. Na wyróżnienie zasługuje m.in. Atal, Dom Development, GTC i Robyg. Warto dodać, że deweloperzy kuszą także inwestorów sowitymi dywidendami. Póki co, wszystko wskazuje na to, że rok 2017 przyniesie dalszą kontynuację hossy w tym segmencie rynku. Z drugiej strony, dobiegający do końca już program Mieszkanie dla Młodych oraz rosnące prawdopodobieństwo podwyżek stóp procentowych mogą spowodować, że już w 2018 r. branża może złapać zadyszkę.

Ostatni kwartał 2016 r. był udany dla spółek informatycznych, choć ogólny obraz pozostaje znacznie mniej efektowny. Branża ciągle boryka się z brakiem zamówień z sektora publicznego, co znalazło swoje odzwierciedlenie w wynikach za cały 2016 r. np. te w przypadku Comarchu oraz Asseco były gorsze niż w 2015 r. Sytuacja wydaje się systematycznie poprawiać, jednakże środki unijne mogą trafić przede wszystkim do mniejszych spółek. Oczywiście na wyróżnienie zasługuje Livechat, który może pochwalić się rosnącym portfolio klientów oraz wysokimi zyskami. Ponadto, spory potencjał wzrostowy wydaje się tkwić w Atende, które w 2016 r. wyraźnie poprawiło swoje marże oraz wyniki. Znaczniej mniej atrakcyjny wydaje się nasycony i wymagający rynek telekomunikacyjny. Po dwóch stronach bieguna znajdują się Orange oraz Netia. Ta pierwsza generuje coraz to większe straty, podczas gdy druga poprawia swoją sytuację finansową. Na ich tle neutralnie wypada Cyfrowy Polsat, którego wyniki w 2016 r. odnotowały ujemną dynamikę.

W sektorze handlowym mieliśmy słabe wyniki Eurocashu oraz solidne Emperii. Tymczasem zyski AmRestu ciągle rosną, a spółka utrzymuje dotychczasowe trendy sprzedażowe oraz realizuje kolejne akwizycje. Z kolei Bytom prezentuje się znacznie gorzej na tle Vistuli, choć należy podkreślić, że w obu przypadkach marcowe dane sprzedażowe wypadły bardzo obiecująco. Na wyróżnienie zasługuje CCC. Obuwniczy gigant po raz kolejny poprawił swoje wyniki oraz zapowiedział kontynuację szerokiej ekspansji. Tymczasem nie najlepsze wyniki LPP nie znajdują swojego odbicia na rynku – sentyment rynkowy sprzyja walorom tej spółki.

Sezon wyników finansowych za rok 2016 zbliża się do końca. Wszystko wskazuje na to, że trwająca hossa na GPW w Warszawie ma swoje podstawy w wynikach spółek, które w 2016 r. uległy wyraźnej poprawie. Niemniej to już przeszłość, a kluczem do sukcesu pozostaje analiza dalszych perspektyw rozwojowych i finansowych danych branż i spółek.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Jedynie co czwarty rodzic rozmawia z dzieckiem na temat właściwego korzystania z internetu – taki wniosek płynie z badania Kapitalni.org. Wraz z rozwojem sieci www zwiększa się liczba i rodzaje zagrożeń, na które narażone są w świecie wirtualnym młode osoby. Tymczasem ponad 27 proc. uczniów szkół podstawowych nie potrafi sobie wyobrazić niebezpieczeństw związanych z korzystaniem z sieci. Eksperci Kapitalni.org podpowiadają, jak dorośli mogą wspierać dzieci w odkrywaniu zasobów internetu i chronić je przed zagrożeniami.

Jak wynika z raportu Gemius/PBI, w Polsce w grudniu 2016 r. było już 27,5 mln internautów. Co ciekawe, aż 97,7 proc. gospodarstw domowych, w których mieszkają dzieci, ma dostęp do internetu. Tymczasem wskaźnik ten dla gospodarstw, które tworzą sami dorośli, jest o ponad 25 p.p. niższy. Rozwój cyfryzacji jest na tyle dynamiczny, że zgodnie z prognozami McKinsey Global Institute do 2020 r. wszyscy Polacy będą mieć bezpośredni dostęp do sieci. Wobec tak szybkiego postępu technologicznego ważnym aspektem staje się ochrona młodych użytkowników internetu. Zwłaszcza, że jak wynika z raportu „Cybernauci – diagnoza wiedzy, umiejętności i kompetencji”, co trzeci uczeń szkoły podstawowej nie potrafi wskazać potencjalnych zagrożeń czyhających w internecie.

Jak polscy rodzice dbają o ochronę dziecka w sieci?

Jak wynika z badania Kapitalni.org, tylko co czwarty rodzic uczula swoje pociechy na niebezpieczeństwa, na jakie mogą być narażone w sieci. Taki sam odsetek badanych chroni dziecko przed zagrożeniami w internecie, np. poprzez zezwolenie na korzystanie z sieci tylko w obecności dorosłego.

Niestety, trudno jest kontrolować dzieci cały czas, dlatego przekonanie, że nasze pociechy korzystają z sieci tylko w naszej obecności, jest złudne. Obecnie dostęp do internetu jest wszędzie – na dworcu, w szkole, sklepie. Dlatego należy stosować także inne formy ochrony przez zagrożeniami płynącymi z sieci, np. rozmawiać z dziećmi czy też ustawić blokadę rodzicielską na niektórych stronach – mówi Tomasz Jaroszek, ekspert portalu Kapitalni.org.

Jak wynika z badania Kapitalni.org, 12 proc. rodziców sprawdza historię przeglądarki na urządzeniach, z których korzystają najmłodsi. Taki sam odsetek badanych twierdzi, że ufa swojemu dziecku i nic nie robi, aby zabezpieczyć je przed zagrożeniami z sieci. Jak pokazało badanie Kapitalni.org występują też pewne różnice pomiędzy metodami ochrony najmłodszych w internecie wybieranymi przez matki i ojców. Najwięcej kobiet decyduje się na towarzyszenie dziecku podczas surfowania po sieci, tymczasem mężczyźni preferują ustawienie kontroli rodzicielskiej. – Co ciekawe, ponad 16 proc. ojców ufa swoim dzieciom i nie podejmuje żadnej aktywności w celu ochrony ich przed ewentualnymi zagrożeniami. Wśród kobiet odsetek ten jest znacznie niższy i wynosi blisko 8 proc. – mówi Tomasz Jaroszek, ekspert Kapitalni.org.

Mali internauci nie zawsze zdają sobie sprawę z zagrożeń związanych z wykorzystywaniem sieci, dlatego warto, by dorośli pomogli im w zdobyciu tej wiedzy. Pierwszym krokiem zawsze jest szczera rozmowa z dzieckiem. – Warto wspólnie z nim odkrywać zasoby internetu, ale też uświadamiać, że w sieci mogą nas spotkać również różne zagrożenia. Dzieci powinny wiedzieć, na jakie rodzaje niebezpieczeństw są narażone oraz w jaki sposób mogą minimalizować ryzyko ich napotkania – dodaje Tomasz Jaroszek.

Ustal zasady korzystania z internetu

Dobrze mieć kontrolę nad tym, o jakiej porze i ile czasu dziecko poświęca na surfowanie po sieci. Ustalmy wspólnie liczbę godzin, jaką może przeznaczyć na używanie komputera i przestrzegajmy tej zasady. Unikajmy też pozostawiania dziecka samego w trakcie korzystania z internetu. Możemy ustawić komputer w salonie, gdzie najczęściej domownicy spędzają wspólnie czas. Wówczas będziemy mogli na bieżąco reagować w sytuacji zagrożenia.

– Jeżeli z tego samego komputera korzystają zarówno dzieci, jak i rodzice, dobrze założyć osobne konto dla najmłodszych bez uprawnień administratora. Warto też wykorzystać programy czy filtry blokujące strony ze szkodliwymi treściami, np. promującymi przemoc czy nietolerancję. Natomiast gdy młody użytkownik posiada własny komputer, sprawdzajmy od czasu do czasu, czy są na nim zaktualizowane programy antywirusowe i funkcjonujące zabezpieczenia – radzi Tomasz Jaroszek, ekspert platformy edukacyjnej Kapitalni.org.

Ochrona prywatności to podstawa

Wraz z rozwojem mediów społecznościowych, z których, jak wynika z badania instytutu NASK, codziennie korzysta aż 78 proc. nastolatków, wzrosło ryzyko związane z upublicznianiem wrażliwych danych. Ich ochrona to podstawa, dlatego warto uczulić dziecko, że takie informacje jak imię i nazwisko, adres czy numer telefonu nie powinny być udostępniane przez małych internautów. Należy też uświadomić podopiecznym, że za każdym razem, kiedy odchodzą od komputera, powinni wylogować się z własnego konta, a także jak ważne jest stosowanie haseł i nieudostępnianie ich innym osobom.

(Nie)bezpieczne media społecznościowe

Internet to w dużej mierze narzędzie służące do komunikacji. Nastolatki aktywnie wykorzystują serwisy, zamieszczając posty i komentując aktywności kolegów czy koleżanek. Social media mogą być pomocne w codziennym życiu, ale także być źródłem zagrożeń.

– Coraz częściej słyszy się o zjawisku przemocy rówieśniczej w internecie. Dlatego warto uczulić nasze dzieci, że profil społecznościowy nie może być wykorzystywany do zamieszczania niewłaściwych treści, np. złośliwych komentarzy ośmieszających innych. Warto, aby dziecko wiedziało, że w sytuacji, gdy samo doświadcza bądź jest świadkiem obrażania przez innych użytkowników sieci, powinno poinformować o tym fakcie rodziców – podkreśla Tomasz Jaroszek z Kapitalni.org.

Znajomości zawarte online

Wraz z rozwojem internetu, coraz częściej spędzamy czas online. Jak wynika z  raportu „Cyfrowi Polacy” McKinsey & Company, Polacy są podłączeni do sieci przez średnio 6 godzin dziennie. Dostęp do internetu umożliwia nam nawiązywanie nowych przyjaźni. Z tej możliwości korzystają również dzieci. Dobrze jednak, aby kierowały się zasadą ograniczonego zaufania, zarówno co do osób poznanych w sieci, jak i co do treści w niej zmieszczonych. Jeżeli dziecko będzie planowało spotkać się z nowym kolegą, z którym jak dotąd miało kontakt jedynie wirtualny, niech towarzyszy mu osoba dorosła.

Warto pamiętać, że samo stosowanie blokad rodzicielskich i programów filtrujących nie wystarczy, szczególnie że wraz z wiekiem dziecko będzie korzystać z internetu za pomocą własnego telefonu komórkowego i do tego, często poza domem. Dlatego należy mieć na uwadze, że żadne zabezpieczenia nie zwalniają rodziców od rozmowy z dzieckiem na temat niebezpieczeństw, jakie czyhają w sieci oraz metod ich przeciwdziałania. Tylko tłumacząc zagrożenia i ustalając pewne zasady korzystania z internetu, zwiększamy bezpieczeństwo naszych dzieci –  konkluduje Tomasz Jaroszek, ekspert portalu Kapitalni.org.

 

Źródło:Kapitalni.org

Budżet osiągnął nadwyżkę w wysokości 855,1 mln zł – poinformowało Ministerstwo Finansów. Dochody w styczniu i lutym 2017 r. stanowiły 18,7 proc. całkowitych dochodów zaplanowanych na 2017 r., wydatki 15,6 proc. Nie ma rekordu dochodów z VAT – ocenia r. Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

– Zgodnie z harmonogramem, które przygotowało Ministerstwo Finansów na cały 2017 rok, na poszczególne miesiące, to wpływy do budżetu są idealnie skorelowane z tym co zostało zaplanowane. To oznacza, że Ministerstwo Finansów spodziewało się, że i w styczniu i w lutym te wpływy będą ponadprzeciętne – mówi dr. Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Zestawienie danych z Harmonogramu z Szacunkowym wykonaniem budżetu państwa za styczeń-luty 2017 r. pokazuje tę precyzję – wykonanie dochodów tak po styczniu 2017 r., jak i łącznie po dwóch miesiącach br. jest minimalnie różne od tych zaplanowanych przez Ministerstwo Finansów.

Harmonogram przygotowany przez MF wyraźnie także pokazuje, że w marcu 2017 deficyt budżetowy będzie wynosił 6,65 mld zł (a łącznie po 3 miesiącach – 5,8 mld zł). W kwietniu wzrośnie o kolejne 4,7 mld zł, dając łącznie po 4 miesiącach 2017 r. deficyt na poziomie 10,5 mld zł.

Zestawienie tych danych pokazuje, że MF bardzo umiejętnie planuje swoje budżetowe działania tak, aby zminimalizować ryzyko przekroczenia przez deficyt 3 proc. PKB. Dlatego przyspieszyło wypłaty VAT w grudniu 2016 r. zwiększając co prawda w ten sposób deficyt budżetowy w 2016 r. (mogło sobie na to pozwolić znając wykonanie budżetu po 11. miesiącach ubiegłego roku), ale tym ruchem poprawiło sytuację budżetu w pierwszych miesiącach 2017 r., i tym samym w całym 2017 r.

Od stycznia 2017 r. weszła także w życie zmiana dotycząca terminów rozliczeń podatku VAT – wszystkie przedsiębiorstwa (poza małymi podatnikami) rozliczają się w trybie miesięcznym, a nie kwartalnym. W efekcie w styczniu i w lutym wpłynęły do budżetu państwa dochody z VAT, które w latach poprzednich  wpływały dopiero w kwietniu. We wpływach VAT do budżetu widoczny jest także efekt odwróconego VAT w budownictwie. To ostatnie rozwiązanie jest, jak widać po wynikach, dobre dla budżetu, ale może silnie negatywnie wpłynąć na płynność finansową podwykonawców w projektach budowlanych w pierwszej połowie roku. Budownictwo ciągle jest w dołku i pozbawienie mniejszych firm budowlanych (bo to w większości one są podwykonawcami) możliwości wspierania swojej płynności finansowej VATem może tylko sytuację w tym sektorze pogorszyć (firmy te przestają być płatnikami VAT, a swój VAT np. za styczeń 2017 r. będą mogły odebrać najwcześniej w kwietniu).

Patrząc na Harmonogram dochodów i wydatków budżetu na rok 2017 oraz dotychczasowe wykonanie budżetu, widać wyraźnie, że rekordów w dochodach VAT nie ma i nie będzie. I raczej należy trzymać kciuki, aby udało się osiągnąć planowane dochody ogółem na poziomie 325,4 mld zł, gdzie VAT stanowi istotną ich część.

Autor: dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

W 2017 roku wartość rynku e-commerce na świecie powinna wynieść 23,445 bilionów dolarów, czyli o 6,3 proc więcej niż rok wcześniej. Do 2020 roku będzie to już 27,726 bilionów dolarów, zdaniem firmy badawczej e-Marketer. Część z tych pieniędzy mogłaby trafić do polskich firm pod warunkiem, że zdecydują się one na szerszą skalę rozwijać sprzedaż online poza granicami kraju.

Podjęcie decyzji o wyjściu z lokalnego rynku za granicę jest trudne. Z reguły towarzyszy temu obawa przed nieznanym, co dotyczy w równym stopniu dużych, jak i małych firm. Warto jednak zdobyć się na ten krok, aby zagwarantować rozwój własnego biznesu. Mniejsze firmy mogą do tego celu wykorzystać branżowe lub horyzontalne platformy e-commerce (jak np. Amazon, eBay, Aliexpress), za których pośrednictwem można szybko i łatwo rozpocząć sprzedaż na świecie. Wiąże się z tym jednak zgoda na znaczącą prowizję. Z tego względu dla większych graczy korzystniejszym rozwiązaniem jest posiadanie własnej platformy e-commerce.

Dlaczego warto sprzedawać za pośrednictwem własnej platformy?

Własna jednolita platforma umożliwi nam łatwe zarządzanie treścią strony internetowej w wielu różnych językach i transakcjami w różnych walutach, z zachowaniem scentralizowanej bazy danych klientów oraz produktów, jak również specyfiki poszczególnych rynków (uwarunkowań kulturowych, cenowych, prawnych). Własna platforma pozwala też łatwo i elastycznie integrować się z systemami zewnętrznymi wykorzystywanymi w firmie, a także, jeśli zaistnieje taka potrzeba, z systemami IT partnerów biznesowych.

Rozwiązanie dla dużego, międzynarodowego e-commerce jest czymś więcej niż systemem dla lokalnego e-sklepu. Różnica jest nie tylko ilościowa, ale i jakościowa. Myśląc o ekspansji międzynarodowej potrzebujemy na tyle elastyczne narzędzie, aby odpowiedziało na wymagania nowych rynków i realizowało założony model biznesowy” – mówi Łukasz Łagudza, Senior Solution Architect w firmie e-point, która specjalizuje się w realizacji rozbudowanych systemów e-commerce w Polsce i na świecie.

Jednolita platforma dla wielu rynków obniża koszty tworzenia, utrzymania i rozwoju systemów e-commerce. Dzięki niej możemy łatwo i tanio wprowadzać nowe moduły i innowacje, które od razu stają się dostępne w każdej wersji językowej. Własna platforma umożliwi nam również bezproblemowe dostosowanie się do kontekstu prawnego i kulturowego w poszczególnych krajach, bo jej podsystemy mogą się od siebie różnić w funkcjonalności i logice biznesowej.

Koszty stworzenia takiej platformy są atrakcyjne, bo z reguły nie tworzy się jej od podstaw, ale w oparciu o frameworki, np. SAP Hybris. W procesie implementacji można te rozwiązania dostosowywać do własnych potrzeb i wymagań, mając przy tym możliwość zaoferowania klientom doświadczenia omnichannel, czyli spójnej komunikacji we wszystkich kanałach sprzedaży, w tym w internecie, sklepach fizycznych, aplikacji mobilnej czy przez call center” – tłumaczy Łukasz Łagudza.

Dobre praktyki Amway

Świetnym przykładem, jak odnieść sukces w międzynarodowym e-commerce, jest firma Amway. Ta amerykańska korporacja od lat działa jako dystrybutor i producent środków czystości, sprzedając je w systemie sprzedaży bezpośredniej. Pierwsze kroki w e-commerce Amway postawił już w 1999 roku, rozwijając swoją platformę do sprzedaży online dla tzw. Niezależnych Przedsiębiorców Amway (NPA) w Europie Zachodniej. Od 2001 roku Amway zaczął także tworzyć odrębne rozwiązania dla krajów Europy Wschodniej.

W 2006 roku firma podjęła decyzję o stworzeniu jednej wspólnej platformy e-commerce dla Europy Wschodniej. Zadanie to zostało powierzone firmie e-point. Platforma miała umożliwić obsłużenie znacznie większej grupy użytkowników, a także łatwe i tańsze dostosowanie do wymagań różnych rynków. Ważnym celem było także dostarczenie nowej, czytelnej i atrakcyjnej warstwy informacyjnej systemu, która miała ułatwić składanie zamówień i zachęcić do związania się z Amway.

Nowy system został początkowo wdrożony tylko w krajach Europy Wschodniej. Jednak skala sukcesu tego projektu, mierzona wielkością zamówień, udziałem procentowym zamówień internetowych w całości oraz znaczącym ograniczeniem kosztów eksploatacji, skłoniła Amway do rozszerzenia platformy także na 16 krajów Europy Zachodniej” – mówi Jarosław Walczuk, E-commerce Strategist z e-point.

W ten sposób Amway w sposób istotny ograniczył zarówno koszty operacyjne, jak i koszty utrzymania platformy e-commerce w całej Europie oraz skrócił time-to-market dla nowych funkcji i krajów. Wynika to z faktu, że platforma jest obecnie utrzymywana w jednym wspólnym centrum hostingowym, a wszystkie zmiany są wprowadzane przez tę samą aplikację. Również czas tworzenia dedykowanych wersji platformy dla nowych krajów jest bardzo krótki. Przykładowo: od grudnia 2011 do marca 2012 roku, czyli w ciągu zaledwie 4 miesięcy, Amway był w stanie udostępnić swoją platformę dla 17 różnych krajów! W sumie jest ich już 35, w 46 wersjach językowych. Korzysta z niej 1,5 miliona użytkowników.

Platforma umożliwia Amwayowi stosowanie ciekawej strategii, która polega na włączaniu nowego kraju najpierw w sprzedaż e-commerce i testowaniu w ten sposób zainteresowania rynku ofertą firmy. Dopiero kiedy testy te wypadają pozytywnie, Amway rozbudowuje fizyczną obecność na nowym rynku. Taką strategię firma zastosowała np. w krajach bałtyckich i Bułgarii, które wydzieliły się odpowiednio z Polski i Rumunii. Obecnie taki proces trwa w Kazachstanie – wyodrębniającym się z Rosji.

Warto dodać, że platforma Amwaya została dostosowana do prawnych regulacji specyficznych dla każdego kraju, gdzie została wdrożona. Od 2012 roku system rozszerzono o wersją mobilną, która jest obecnie jednym z podstawowych narzędzi codziennej pracy dla współpracujących z Amway przedstawicieli.

Dostosuj się do każdego rynku i wszystkich grup docelowych

Jak wynika z case’a Amwaya, kluczem do sukcesu na międzynarodowym rynku e-commerce jest dostosowanie się do preferencji użytkowników i rynku danego kraju w tak dużym stopniu, jak to tylko możliwe.  Dotyczy to w równym stopniu klientów indywidualnych i partnerów biznesowych, jak i uwarunkowań prawnych w danym kraju.

Zaoferowanie klientom możliwości dokonywania zakupów w ojczystym języku i z uwzględnieniem różnic kulturowych, płacenia we własnej walucie i metodą, która jest najpopularniejsza w danym kraju, a także dostosowanie się do ich preferencji w zakresie dostarczenia towaru oraz spełnienie wymogów prawnych dotyczących zwrotów czy reklamacji – to absolutne podstawy międzynarodowego e-commerce. Bez tego trudno osiągnąć realne korzyści z działań na rynku międzynarodowym” – tłumaczy Jarosław Walczuk.

W podobny sposób powinniśmy podejść do potrzeb i oczekiwań partnerów handlowych (B2B). Należy przy tym pamiętać, że zmieniają się one pod wpływem nowych rozwiązań w takich obszarach, jak metody płatności, dostawa towaru, czy coraz większy nacisk na mobile.

E-commerce to bardzo dynamiczne środowisko. Dlatego, aby myśleć o długoterminowym sukcesie warto zawczasu zapewnić sobie spokój od strony technologicznej i skupić się na innych aspektach rozwoju naszego biznesu na międzynarodowym rynku” – podsumowuje Jarosław Walczuk.

Źródło: e-Point SA.

Eksperci

Sawicki: Inflacja bazowa obojętna na pędzącą gospodarkę

W listopadzie dynamika inflacji bazowej podniosła się z 0,8 do 0,9 proc. r/r. To wartość minimalnie ...

Lipka: Jak w Polsce marnotrawiony jest kapitał ludzki

Co sprawia, że znakomite wyniki polskiej młodzieży w badaniach kapitału ludzkiego nie przekładają si...

Baczewski: Firmy mogłyby bardziej zwiększyć zatrudnienie, ale boją się nowych przepisów

Do 42% wzrósł w stosunku do poprzedniego kwartału odsetek przedsiębiorców, którzy planują podwyżki -...

Bugaj: Małe spółki – reaktywacja

Powoli zbliżamy się do końca roku, który na krajowym parkiecie zapisze się jako okres dużych kontras...

Przasnyski: Gospodarka pędzi, inwestycje kroczą

Dynamika PKB w trzecim kwartale wyniosła 4,9 proc. i okazała się wyższa niż oczekiwane przez ekonomi...

AKTUALNOŚCI

NBP i KNF stworzyło stronę ostrzegającą przed kryptowalutami

Miesiąc temu Prezes NBP stwierdził, że kryptowaluty to jazda bez trzymanki oraz przestrzegał przed l...

Europarlament wydał oświadczenie w sprawie kebabów

W związku z pojawiającymi się w mediach nieprawdziwymi informacjami o planowanym ograniczeniu produk...

Dłużej poczekamy na odpowiedź mailową z banku

Liderem najnowszego rankingu infolinii bankowych jest Bank Pekao SA, który okazał się najlepszy zaró...

Nowe wymagania dla transportu odpadów wchodzą w życie w dniu 24 stycznia 2018 roku

Rozporządzenie to określa szczegółowe wymagania dla transportu odpadów, w tym dla środków transportu...

Żywność i paliwa podbiły inflację

Potwierdziły się wstępne szacunki GUS, mówiące o 2,5 proc. wzroście cen towarów i usług konsumpcyjny...