piątek, Grudzień 15, 2017
Home Archiwa 2017 Kwiecień 4

Dzienne archiwaKwi 4, 2017

Już w maju w Katowicach odbędzie się globalny hackathon 24H-CodING. To kolejna inicjatywa ING, której celem jest dotrzymanie kroku najbardziej innowacyjnym firmom na rynku. Na początku roku ING jako pierwszy bank w Polsce wdrożył na tak szeroką skalę metodę Agile – wykorzystywaną głównie w firmach technologicznych – łącząc w jednych zespołach ekspertów z biznesu i IT. Wspiera ją PACE – autorskie rozwiązanie ING wprowadzania na rynek nowych produktów.

Szybki rozwój technologii cyfrowych zmienia zachowania i oczekiwania klientów. Coraz silniejsze znaczenie nowych technologii sprawia, że ING pracując nad nowymi produktami coraz bardziej przypomina firmę softwarową. Choć metoda Agile nie jest nowością na rynku, do tej pory była ona kojarzona właśnie głównie z firmami IT. Wykorzystanie jej, w tak dużym stopniu, w instytucji finansowej, jest nowością.

Agile oznacza organizację pracy opartą na większej swobodzie i elastyczności w określaniu priorytetów oraz odchodzenie od sztywnych podziałów na IT i zespoły biznesowe. Pozwala na krótszy czas wprowadzenia produktu na rynek i szybszą reakcję na zmieniające się potrzeby klientów i rynku. Od stycznia zgodnie z tą metodą pracuje ok. 600 pracowników ING Banku Śląskiego – w jednym zespole są zarówno osoby odpowiadające za rozwój produktu, jaki i programiści. W oparciu o Agile powstawała także bankowość internetowa Moje ING. Nie jest to pierwsze zetknięcie ING z metodą Agile – Grupa ING wykorzystuje ją w obszarze nowych technologii od kilku lat. W taki sposób projekty realizuje ING Services Polska, globalna firma IT. Część firmy pracuje już w zespołach DevOps, skupiających specjalistów z różnych obszarów IT.

Ważnym elementem wspierającym ING we wprowadzaniu na rynek nowych produktów, jest autorska metodologia PACE. Opiera się ona na pracy w małych, niezależnych i międzydyscyplinarnych zespołach, które skupiają osoby z różnych dziedzin. PACE bazuje na bezpośredniej pracy z klientami, aby od początku wykluczać projekty, które nie odpowiadają na rzeczywiste potrzeby użytkowników. Metodologia pozwala eliminować błędne założenia na każdym etapie prac – od wizji do prototypów – i wprowadzać na rynek tylko właściwe rozwiązania.

12 i 13 maja po raz pierwszy w Polsce odbędzie się globalny hackathon Grupy ING. Podczas 24hCodING w Katowicach kilkuset programistów z całego świata będzie przez 24 godziny pracować nad innowacyjnymi usługami i narzędziami, które mają ułatwiać życie klientom ING. Hackathon będzie więc formą szybkiego tworzenia eksperymentów oraz prototypów. PACE i Agile promują podejście, w którym na pierwszym miejscu jest klient i właśnie takie rozwiązania mają największą szansę na zwycięstwo. Jeśli jakiś pomysł będzie miał wartość biznesową, ING będzie rozmawiać z twórcami na temat możliwości jego dalszego rozwoju na komercyjnych zasadach. Ponadto na autorów najlepszego prototypu czeka wycieczka do Doliny Krzemowej.

24H-CodING to międzynarodowa inicjatywa Grupy ING, współorganizowana w tym roku przez ING Bank Śląski oraz ING Services Polska.

Źródło: ING Bank Śląski

Porażka Donalda Trumpa w Kongresie, bo tak trzeba nazwać nieudaną próbę zniesienia Obamacare, wprowadziła rynek w prawdziwą huśtawkę nastrojów. Co prawda piątkowa sesja na Wall Street zakończyła się neutralnie, jednak już w poniedziałek globalny sentyment rynkowy uległ wyraźnemu pogorszeniu. Komentatorzy rynku obwieścili początek korekty. Tymczasem na koniec dnia okazało się, że wiele najważniejszych amerykańskich i europejskich indeksów giełdowych zdołało odrobić większość strat. Ta chwilowa zadyszka rynku potwierdza, że Donald Trump stanowi bardzo ważny element całej układanki – to bowiem od niego mogą zależeć dalsze losy dotychczasowej hossy na światowych parkietach. Mimo wszystko niewykluczone, że, póki co, piątkowe wydarzenia z amerykańskiego Kongresu wzbudzą jedynie czujność inwestorów.

Przeprowadzenie reformy systemu ochrony zdrowia miało być pierwszym poważnym testem efektywności politycznej Donalda Trumpa. Zmiana miała odciążyć budżet federalny, toteż umożliwić wprowadzenie zapowiedzianego pakietu stymulacji fiskalnej. Tymczasem nie wszyscy Republikanie postanowili poprzeć nowe rozwiązanie. Aby uniknąć jeszcze bardziej medialnej porażki, prezydent zdecydował się wycofać projekt. Na pierwszy rzut oka brak partyjnej jedności oraz umiejętności głowy państwa do wypracowania konsensusu może niepokoić inwestorów w kontekście oczekiwanych reform gospodarczych, tym bardziej że te wiążą się ze znacznymi wydatkami środków publicznych.

Piątkowa porażka Donalda Trumpa stanowi sygnał ostrzegawczy. Brak jedności w Partii Republikańskiej wynika z faktu, że w oczach części jej przedstawicieli proponowane zmiany w systemie zdrowotnym były nadal zbyt kosztowne (tj. zbyt hojne dla Amerykanów), natomiast administracja Donalda Trumpa nie włożyła wystarczająco wielu starań, aby wypracować porozumienie. W efekcie nie stanowi zaskoczenia fakt, że prezydent za swoją porażkę obarcza wszystkich, tylko nie siebie, podczas gdy to właśnie on nie zdał egzaminu z negocjacji.

Czy taki sam los może czekać pakiet stymulacji fiskalnej? Oczywiście nie można tego wykluczyć, jednak wydaje się, że ta kwestia budzi znacznie mniej kontrowersji w Kongresie. Reformy mają bowiem jeszcze bardziej ożywić amerykańską gospodarkę i zapewnić jej dobrą koniunkturę w kolejnych latach. Zatem brak zapowiedzianych zmian niewątpliwie zostanie negatywnie oceniony przez rynek, tym bardziej że niniejsze obietnice od czasu wyborów prezydenckich w USA są głównym motorem napędzającym wzrosty indeksów giełdowych.

Warto dodać, że cała sprawa nabiera pikanterii poprzez fakt, że 15 marca wygasło amerykańskie moratorium dla limitu długu, co oznacza, że rząd USA nie może się zadłużać. Podobne sytuacje miały miejsce za kadencji Baracka Obamy. Wtedy to pracownicy urzędowi musieli skorzystać z bezpłatnych urlopów. Administracja Trumpa podkreśla, że takowa sytuacja nie powtórzy się, a Kongres uchwali nowy limit długu. Jednak dlaczego nie zostało to jeszcze zrobione? Ubiegło piątkowe wydarzenia sugerują, że część Republikanów być może nie chce zwiększać długu publicznego. Jeżeli to prawda, to kapitałochłonne dla budżetu federalnego reformy gospodarcze mogą zakończyć się fiaskiem. Tym niemniej, limit długu zapewne zostanie podwyższony, bowiem inaczej państwo oraz gospodarka nie będą mogły funkcjonować.

Podsumowując, porażka polityczna Donalda Trumpa nie powinna być bagatelizowana, jednakże z drugiej strony nie może być wyolbrzymiana. Obecnie, zajęcie pozycji na rynku pod któryś ze scenariuszy tj. pod wprowadzenie pakietu stymulacji fiskalnej lub jego odrzucenie, można porównać do rzutu monetą. Na rynku pojawiła się niepewność, ale to zbyt mało, aby odwrócić dotychczasowy trend. To nie zmienia faktu, że po okresie wyraźnych wzrostów na światowych parkietach, w tym na GPW w Warszawie, nieco szersza korekta nie stanowiłaby zaskoczenia. Zatem być może warto zachować spokój i inwestować łyżeczką, a nie chochlą, nie zapominając tym samym o analizie sytuacji politycznej w Stanach, która póki co nie jest tak napięta, jak wskazywałyby na to pierwsze emocje i komentarze rynkowe.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Wśród 19 najbiedniejszych regionów Unii Europejskiej cztery znajdują się w Polsce – wynika z danych Eurostatu. Na przeciwległych biegunach pod względem PKB na mieszkańca znajdują się: bułgarski Severozapaden (niespełna 30 proc. średniej unijnej) i londyńskie City (580 proc.).

Jak poinformował europejski urząd statystyczny, w 2015 r. w 19 regionach Unii Europejskiej odnotowano PKB na mieszańca na poziomie poniżej 50 proc. średniej unijnej. Cztery z tych regionów to polskie województwa: lubelskie (47 proc.), podkarpackie (48 proc.), warmińsko-mazurskie (49 proc.) oraz podlaskie (49 proc.). Dodatkowo do obszarów o najniższym PKB per capita zaliczono woj. świętokrzyskie, w którym wskaźnik ten wyniósł dokładnie połowę średniej UE.

Według danych Eurostatu, najbogatszym polskim regionem było woj. mazowieckie, które osiągnęło 109 proc. średniej unijnej. W tym samym czasie w drugim pod tym względem polskim regionie, w woj. dolnośląskim, wskaźnik ten wyniósł 76 proc.

Kolejne polskie województwa w zestawieniu to: wielkopolskie (75 proc.) oraz śląskie (71 proc.). Jak podał Eurostat, regionalny PKB na jednego mieszkańca w całej Unii Europejskiej w 2015 r. wahał się od niecałych 30 proc. do 580 proc. średniej unijnej.

Najbiedniejszym terytorium UE był położony w północno-zachodniej Bułgarii region Severozapaden, najbogatszym – część Londynu obejmująca tamtejsze City (Londyn Wewnętrzny-Zachód). W czołówce najbogatszych regionów znalazły się ponadto: Luksemburg (264 proc.), Hamburg (206 proc.), Bruksela (205 proc.) oraz Bratysława (188 proc.).

Wśród 19 najbiedniejszych obszarów, w których PKB na mieszkańca był poniżej połowy średniej unijnej, pięć znajduje się w Bułgarii, po cztery na Węgrzech i w Polsce, trzy w Rumunii, dwa w Grecji, a jeden to francuskie terytorium zamorskie (Mayotte).

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Co było pierwsze – jajko czy kura? Na to pytanie nie udało się znaleźć niepodważalnej odpowiedzi ani naukowcom, ani filozofom. Niezależnie od tego, to właśnie jajko stało się przedmiotem inspiracji wielu twórców – w tym architektów, konstruktorów, budowniczych czy designerów. Dlaczego budowle w kształcie jajka zachwycają nie tylko kształtem?

Jajko na stałe zagościło w wielu dziedzinach życia, nie tylko na wielkanocnym stole w postaci pisanek czy świątecznych potraw. Oto 7 budowli z całego świata, które powstały dzięki inspiracji jajkiem i kilka budowlanych faktów.

Średniowieczne zamki powstawały dzięki… jajkom?

Dawniej wierzono, że dom, w którego oknach umieszczone zostały jajka, omijają pioruny. Niektórzy zakopywali również jajka na miejscu budowy domu, mając nadzieję, że ten symboliczny gest zapewni mieszkańcom pomyślność i dobrobyt. Faktem jest, że to właśnie kurze jaja wraz z ich skorupkami stały się w średniowieczu istotnym elementem zaprawy murarskiej. Dzięki takim zaprawom średniowieczne mosty i budynki nie rozsypały się przez wieki w proch. Jaj w zaprawie murarskiej używali zarówno Krzyżacy, wznosząc swoje zamki, jak i Anglicy, naprawiając chociażby iglicę wieży kościoła w malowniczym Newark. Między innymi Most Karola w Pradze zbudowano dzięki zaprawie z kurzych jaj. Król Karol IV kazał każdemu czeskiemu miastu dostarczyć ich wyznaczoną ilość.

Londyn, Pekin, Bombaj, Wrocław i budynki inspirowane jajkiem

Opływowa forma budowli, często zbliżona do kształtu jajka lub zaokrąglonego stożka wykorzystywana jest w budownictwie ekologicznym, a obecnie także przy projektowaniu w ramach architektury high-tech. Nieocenionymi zaletami takich budowli jest zmniejszenie parcia wiatru, a dzięki temu wyeliminowanie zjawiska przeciągów na poziomie ulicy, które często zdarzają się w wysokich budynkach. Zjawisko to możemy odczuć, przechodząc pomiędzy dwoma źle zaprojektowanymi wieżowcami. Odczuwamy wtedy nieprzyjemny i nadmierny podmuch wiatru, który uniemożliwia poruszanie się.

Na świecie można odnaleźć wiele budowli inspirowanych idealnym i niepowtarzalnym kształtem jajka.

Teatr Narodowy w Pekinie zaprojektował francuski  architekt Paul Andreu. Teatr z lotu ptaka przypomina rozbite jajko (budowla ma owalny kształt i umiejscowiona jest na środku sztucznego jeziora). Dodatkowo z boku również przypomina swoją formą jajko. Pekiński Teatr Narodowy wykonano ze szkła i tytanu, zaś nowoczesny design i sztuczne jezioro podkreślają wyjątkowy kształt budynku.

Ratusz w Londynie został zaprojektowany przez sir Normana Fostera. Swoim kształtem przypomina przechylone jajko. Ratusz jest jednym z najbardziej energooszczędnych budynków w Londynie i wykorzystuje jedynie 25% energii, jaką zużywają typowe budowle tej wielkości. Na szczycie ratusza zbudowanego ze szklanych płytek znajdują się taras widokowy i galeria. Nowoczesna, nieco futurystyczna konstrukcja, sprawia, że nie sposób nie zwrócić na nią uwagi.

Biurowiec 30 St Mary Axe w Londynie to również dzieło Normana Fostera. Tym razem biurowiec został wyciągnięty do góry i sięga aż 180 metrów wysokości – co plasuje go w pierwszej dziesiątce najwyższych budowli w Londynie. Biurowiec uznaje się również za najsłynniejszy londyński wieżowiec.

Cybernetyczne Jajo w Bombaju zaprojektował James Law. Budynek to połączenie designu oraz inteligentnych i przyjaznych środowisku rozwiązań. Dodatkowo jest energooszczędny, a do jego budowy zużyto o 20% mniej materiałów budowlanych, w porównaniu do innych budowli o podobnej wielkości. Co ważne, taka konstrukcja wykorzystuje również około 10-20% mniej powierzchni w porównaniu z tradycyjnym budynkiem. Na szczycie 13-piętrowego budynku stworzono imponujący ogród. Na dachu zamontowano również specjalne panele, system filtracji wody oraz turbiny, a wszystko po to, aby dbać o środowisko.

Torre Agbar w Barcelonie, zaprojektowany przez francuskiego architekta Jeana Nouvela, ma owalny kształt z daleka przypominający wydłużone jajo. Nocą wieżowiec podświetlają 4 tysiące świateł LED, co dodatkowo wyróżnia go na tle całego miasta. Dodatkowo budynek wyposażono w zespół urządzeń mierzących temperaturę i sterujących zamykanie i otwieranie okien. Taki mechanizm pozwala zaoszczędzić energię potrzebną na klimatyzowanie każdego pomieszczenia.

Apartamenty i biurowce OVO we Wrocławiu, czyli nowoczesność i luksus. Patrząc na ten budynek, trudno się nie zgodzić z tym, że jego kształt nawiązuje do owalnej formy jajka. Co więcej, „ovo” to po łacinie „jajko”, a biel budynku przywodzi na myśl skorupkę. W budynku znajdują się apartamenty usługowe, pięciogwiazdkowy hotel Hilton, czy ekskluzywne miejsca relaksu, wypoczynku i rozrywki.

Muzeum Salvadora Dalego w Figueres zlokalizowane jest około 140 km od Barcelony. Na wieżach tej osobliwej budowli znajduje się kilka ogromnych jaj. To nie przypadek, ale fascynacja katalońskiego malarza, który w swoich pracach odnosił się do znaczenia i kształtu jajka.Otwarte w 1974 roku muzeum projektu samego artysty wzniesiono na ruinach dawnego teatru.

W domowym zaciszu, czyli fotel-jajko

Kształt jajka stał się również inspiracją dla projektantów mebli oraz dodatków do wnętrz. Popularne są wzorowane na nim poduszki, koce, legowiska dla zwierząt, akcesoria do kuchni, a także lampy np. przypominające rozbite jajko oraz fotele i krzesła. Najpopularniejszym projektantem tych ostatnich jest duński architekt Arne Jacobsen, który ponad 60 lat temu zaprojektował Egg Chair – designerski fotel przypominający swoim kształtem skorupkę jajka. Mebel pomimo upływu lat nadal stanowi inspiracje dla współczesnych projektantów.

Źródło: www.hrs.com/pl/blog/po-godzinach/jajko-nie-tylko-na-wielkanocnym-stole.html

Nowe regulacje prezydenta USA pomogą przede wszystkim producentom ropy i gazu. Amerykanów nie czeka powrót do węgla, bo tani gaz i OZE wycinają elektrownie węglowe.
28 marca prezydent USA Donald Trump wydał dekret o niezależności energetycznej. Anulował w nim m.in. dekret Baracka Obamy zwany Clean Power Plan. Krok ten został przedstawiony w Polsce omalże jako powrót Ameryki do energetyki sprzed stu lat i ostry zwrot w polityce energetycznej USA. I rzeczywiście jest to pewnego rodzaju zwrot, ale na pewno nie przełom dla przemysłu węglowego w USA.

Clean Power Plan to był sztandarowy pomysł energetyczny Baracka Obamy. Dekret poprzedniego prezydenta z 2015 r. zobowiązał poszczególne stany do wprowadzenia planów obniżenia emisji CO2, przy czym stany miały bardzo dużą swobodę w określaniu środków jakimi to osiągną. Co prawda Barack Obama wprowadził plan dekretem, a Trump dekretem go cofnął, więc teoretycznie nie ma sprawy. Ale to Ameryka, a w całą sprawę wmieszane zostały już sądy, więc nie obędzie się bez prawniczych popisów na salach rozpraw.

27 stanów oraz kilkanaście organizacji zaskarżyło dekret Obamy, a Sąd Najwyższy wstrzymał jego wejście w życie do czasu rozpatrzenia przez federalny sąd apelacyjny dla Dystryktu Kolumbii. Teoretycznie decyzja Trumpa kończy sprawę, ale w praktyce organizacje ekologiczne mogą zdobyć status strony i zażądać kontynuowania procesu. Na razie nie wiadomo czy tak się stanie.

Ale dekret Obamy, podobnie jak Trumpa, to regulacje na poziomie federalnym. Wiele stanów, nie czekając na decyzje administracji w Waszyngtonie dawno wprowadziło własne przepisy, nieraz idące znacznie dalej niż CPP. Powszechne jest na przykład ustanawianie celów zużycia energii z OZE, zwanych RPS (Renewable Portofolio Standards) nie tylko na poziomie stanowym, ale i jeszcze bardziej lokalnym.

Inną kwestią jest jak realizacja CPP wpłynęłaby na krajobraz energetyczny USA w przyszłej dekadzie. Wpływ ten został oszacowany i o ile jest dość wyraźny, to jednak nie decydujący. Czy skuteczne skasowanie planu oznacza, że w USA powstaną nowe elektrownie na węgiel i nowe kopalnie?

Po upadłości układowej kilku kluczowych producentów węgla w USA, m.in. Peabody czy Alpha Resources naprawdę trudno uwierzyć, że dekret Trumpa przywróci im świetność sprzed kilkunastu lat. Akcje Peabody kosztowały 28 marca 1,82 dol. 29 marca 2,68 dol., 30 marca już 3,27 dol, ale 31 marca entuzjazm inwestorów po dekrecie Trumpa nagle ostygł i cena spadła do 68 centów. Nie widać też boomu na akcjach Arch Coal, jedynej na razie spółki górniczej, która z sukcesem wyszła z upadłości.

Według amerykańskich firm analitycznych konsumpcja węgla energetycznego będzie od 2018 ciągle spadać. Z niedawnego raportu Moody’s Investors Service z raportu można się m.in. dowiedzieć, że wiatraki na Środkowym Zachodzie i Wielkich Równinach bezpośrednio zagrażają elektrowniom na węgiel kamienny o łącznej mocy ponad 50 GW. Średnia cena zakupu energii z wiatraków w długoterminowych kontraktach w regionie wynosi ok. 20 $/MWh, tymczasem zagrożone elektrownie mają koszty operacyjne rzędu 30 $/MWh. Co oznacza, że ich właściciele, jak tylko dogadają się z lokalnymi regulatorami w kwestii sposobu zrekompensowania sobie strat, zamkną te elektrownie na cztery spusty. Według Moody’s – regulatorzy są jak najbardziej za.

Ale wiatraki to tylko część konkurencji. W 2016 r. w USA pojawiło się ponad 14,5 GW nowych mocy w fotowoltaice, co w stosunku do roku 2015 stanowi wzrost o 95 proc. To także prawie 40 proc. wszystkich nowych mocy, oddanych do użytku w amerykańskiej energetyce w zeszłym roku. Po raz pierwszy w historii PV wylądowało na pierwszym miejscu, detronizując wiatraki (numer 1 w 2015 r.) i spychając gaz z drugiego na trzecie miejsce.

Nawet atom wyprzedził węgiel, bo w zeszłym roku Amerykanie w końcu dokończyli po 20-letniej przerwie i uruchomili 1165 MW reaktor Watts Bar 2. Tymczasem jedyną nową elektrownią węglową miał być supernowoczesny 600 MW blok Kemper County korzystający z technologii zgazowania węgla brunatnego (IGCC). Z wielomiesięcznym opóźnieniem elektrownia wyprodukowała pierwszy prąd w lutym 2017. Za to w trakcie budowy zdrożała z niecałych 3 do 7 mld dol. CAPEX na megawat jest tam najwyższy w historii energetyki w USA, sporo wyprzedzając elektrownie atomowe. Za to lista odstawionych w 2016 r. bloków węglowych liczy ok. 40 pozycji, a w kolejnych latach wcale nie będzie krótsza. CPP mógłby jedynie opóźnić to, co wydaje się nieuchronne.

Żeby dać węglowi cień szansy Trump musiałby powstrzymać jego największego konkurenta – tani gaz. Obecnie to największe już źródło energii elektrycznej w USA. Tymczasem dekret „ O niepodległości energetycznej USA” usuwa znaczną część barier w wydobyciu gazu, które nałożyła poprzednia administracja, co oznacza, że błękitne paliwo będzie jeszcze tańsze. Dekret Trumpa znosi m.in. moratorium na wydawanie nowych koncesji na wydobycie węgla, ale spółki wcale się nie spieszą do otwierania nowych kopalń, zwłaszcza, że – jak wspomnieliśmy- większość z nich jest w stanie upadłości układowej, co nie nastraja entuzjastycznie potencjalnych kredytodawców.

Źródło: www.rynekinfrastruktury.pl

Polskie firmy od niedawna muszą wdrażać w swoich systemach księgowych rozwiązania do przygotowywania Jednolitego Pliku Kontrolnego. Od stycznia przyszłego roku przed podobnym wyzwaniem staną przedsiębiorcy prowadzący działalność na Litwie i w Norwegii, gdzie zacznie obowiązywać SAF-T. Będzie to dotyczyło również firm z Polski, które mają tam swój oddział lub powiązaną spółkę. Litewski i norweski obowiązek raportowania do urzędów skarbowych jest oparty na standardzie OECD. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte nauczone doświadczeniami ekspresowego wprowadzenia JPK w Polsce, przedsiębiorstwa, które operują w tych krajach, powinny już teraz rozpocząć dostosowywanie swoich systemów księgowych.

Standard Audit File for Tax (SAF-T) to format wymiany danych księgowych, zalecany krajom należącym do OECD. Zmierza on do zwiększenia efektywności kontroli podatkowych przy zmniejszeniu kosztów. Dane w formacie SAF-T mogą być przekazywane przez podatników do organów podatkowych oraz zewnętrznych audytorów. Obowiązuje on już w Portugalii, Luksemburgu, Austrii, Francji i w Polsce (polskim odpowiednikiem jest Jednolity Plik Kontrolny). „Polski standard raportowania znacząco odbiega jednak od swojego pierwowzoru, rekomendowanego przez OECD. Dostawcy systemów księgowych, którzy przystosowali swoje programy do międzynarodowych rozwiązań, nie byli przygotowani na to, co ogłosił polski resort finansów. Rynek szybko wypełnił tę niszę, ale pozostało poczucie, że polskie rozwiązanie raportowe stawia przed podatnikami nadzwyczajne wyzwania” – mówi Paweł Hulewicz, Senior Technology Officer w Zespole Tax Management Consulting, Deloitte Doradztwo Podatkowe.

Zarówno w Norwegii, jak i na Litwie, podatnicy będą musieli składać plik SAF-T na żądanie organów podatkowych, np. w toku kontroli. Wdrożony w obu krajach standard SAF-T, bazujący w prostej linii na zaleceniach OECD, przewiduje tylko jeden plik, w odróżnieniu od JPK, który obejmuje ich aż siedem. „Aby odpowiednio przygotować się do nowego obowiązku, podatnicy powinni wdrożyć w swoich systemach komputerowych mechanizmy, które umożliwią automatyczne generowanie pewnych typów danych, w określonym zestawieniu. Po wdrożeniu odpowiednich rozwiązań informatycznych, zgodnie z zaleceniami OECD, firmy mogą, a nawet powinny prowadzić samodzielną kontrolę swoich rozliczeń w oparciu o zaimplementowany standard raportowy” – mówi Paweł Hulewicz.

Przystosowanie danych z systemów finansowo-księgowych do SAF-T wymaga czasu. SAF-T różni się od typowych deklaracji podatkowych, w których pokazuje się zagregowane dane, czyli sumy mające wpływ na wynik podatkowy. Wymaga on przekazania urzędowi skarbowemu danych wprost z ksiąg rachunkowych. W pliku należy wykazać każdą pojedynczą transakcję, produkt czy ruch magazynowy. Ogromna ilość danych w praktyce uniemożliwia przygotowanie SAF-T ręcznie.

Wygenerowanie danych podlegających raportowaniu w SAF-T wymaga przeprowadzenia tzw. mapowania, czyli dopasowania pól i sekcji w systemie księgowym do odpowiednich pól w pliku raportowym. Biorąc pod uwagę poziom skomplikowania plików, które obowiązują w Norwegii i na Litwie oraz ilości informacji, etap ten może wymagać asysty specjalistów. Źle przeprowadzone mapowanie spowoduje, że plik SAF-T będzie zawierał nieprawidłowe dane. Podatnicy muszą więc przystosować swoje systemy księgowo-finansowe (zainstalować tzw. nakładki do SAF-T). Mogą również skorzystać z oprogramowania, które pośredniczy pomiędzy księgami a resortem finansów: wyciąga odpowiednie dane z systemów podatnika, zestawia je, układa zgodnie ze strukturą SAF-T i konwertuje do wymaganego formatu XML. Przedsiębiorców w tym procesie wspiera stworzona przez Deloitte aplikacja taxCube, która automatyzuje rozliczenia podatkowe. Oprócz Polski, korzystają z niej już klienci w wielu krajach Europy, a międzynarodowy zasięg aplikacji ciągle się zwiększa. Dzięki temu program może obsłużyć różnorodne obowiązki raportowe oparte na standardzie SAF-T. „Na potrzeby klientów dostosowaliśmy aplikację taxCube również do litewskiego i norweskiego obowiązku składania pliku SAF-T. Dzięki temu firmy działające na Litwie i w Norwegii już wkrótce będą mogły wykorzystać sprawdzone rozwiązanie do elektronicznego raportowania. W tym zakresie wykorzystaliśmy doświadczenia, które zdobyliśmy podczas tworzenia i wdrażania oprogramowania do przygotowywania i wysyłki plików JPK w Polsce” – mówi Ernest Frankowski, Dyrektor w Zespole Tax Management Consulting, Deloitte Doradztwo Podatkowe.

Źródło: Deloitte

Ponad połowa skontrolowanych Stacji Kontroli Pojazdów (SKP) wykonywała badania samochodów powierzchownie – w niepełnym zakresie lub urządzeniami, które nie spełniały wymagań – wynika z ustaleń kontroli Najwyższej Izby Kontroli.

Jak informuje NIK w dużej mierze jest to konsekwencja słabego nadzoru starostów nad przedsiębiorcami prowadzącymi stacje kontroli pojazdów i zatrudnionymi w nich diagnostami. Izba ustaliła, że niemal wszystkie starostwa (19 z 21 skontrolowanych) nie przeprowadzały obowiązkowych, corocznych kontroli stacji kontroli pojazdów, bądź przeprowadzały je po terminie.

Trzy starostwa w latach 2014-2015 nie przeprowadziły okresowej, corocznej kontroli we wszystkich nadzorowanych stacjach. W rezultacie niektóre stacje diagnostyczne funkcjonowały poza kontrolą nawet przez kilkanaście lat.

Według NIK nie przeprowadzano powtórnych kontroli w SKP, które dopuściły pojazdy do ruchu, a których stan techniczny został w niedługim czasie zakwestionowany przez policję. Jak informuje izba starostowie nie interesowali się również znaczną liczbą zatrzymanych dowodów rejestracyjnych ze względu na stan techniczny, a nieodebranych przez właścicieli pojazdów.

„Należy podkreślić, że w ciągu 6 lat do skontrolowanych urzędów przesłano ponad 114 tys. zatrzymanych dowodów, z czego ponad 14 tys. nie zostało odebranych” – napisano w komunikacie NIK. Z ustaleń kontroli wynika, że zdecydowana większość starostów (18 z 21) nienależycie nadzorowała stacje kontroli pojazdów pod względem tego czy mają odpowiednie warunki lokalowe i sprzęt do prowadzenia diagnostyki pojazdów.

„W toku kontroli NIK okazało się, że dwie trzecie zbadanych stacji (41 z 63 SKP) nie spełniało wszystkich wymagań do prowadzenia badań diagnostycznych. W 27 stacjach wyposażenie kontrolno-pomiarowe było niesprawne bądź niedopuszczone do użytkowania przez właściwe organy dozoru technicznego, a w 21 stacjach stwierdzono też szereg braków w zakresie wymaganej dokumentacji” – informuje NIK.

W ocenie NIK, konieczne jest wprowadzenie zmian obowiązujących uregulowań prawnych, które stanowią podstawę funkcjonowania systemu badań technicznych pojazdów.

Źródło: www.kurier.pap.pl

3 na 10 Polaków chce zmienić pracę z powodu nudy i rutyny – wynika z najnowszych badań Work Service. Na znaczeniu zaczynają tracić pieniądze, ale zyskują potrzeba awansu i samorealizacji. Zmianę widać również w sposobach szukania pracy. Już nie tylko znajomości, ale w coraz większym stopniu Internet ma pomóc w znalezieniu najlepszych ofert. Blisko 60% pracowników szuka ich na portalach pracy, a 45% bezpośrednio na stronach firm. To wymusza na pracodawcach większą aktywność w sieci, bo właśnie tam są kandydaci.

Pieniądze to główny powód, dla którego ludzie codziennie idą do pracy. Dla 45,5% to też podstawowy czynnik motywujący do zmiany pracodawcy. Ludzie szukają firm, gdzie mogliby zarabiać więcej, ale jak pokazują najnowsze badania Work Service pieniądze tracą na znaczeniu. W ciągu ostatniego pół roku odsetek osób deklarujących zmianę miejsca zatrudnienia z powodów finansowych zmniejszył się o 13,6 p.p. Tak duży spadek oznacza, że dziś prawie równie ważny jest inny czynnik – brak perspektyw awansu. Nie bez znaczenia dla pracowników jest także możliwość samorealizacji i nuda oraz rutyna, która do zmiany pracy skłania 29,3% osób.

Obserwowana zmiana to efekt poprawy sytuacji na rynku pracy. Już w zeszłym roku uwidocznił się trend wzrostowy w poziomie wynagrodzeń, który w nadchodzących miesiącach powinien się jeszcze umocnić. Wyższe pensje spowodowały, że pracownicy zaczęli zwracać większą uwagę na inne aspekty niż finanse – na rozwój, atrakcyjność i ciekawość wykonywanej pracy. To wyraźny sygnał dla pracodawców. Tym bardziej, że 1/3 Polaków twierdzi, że nową pracę znajdzie w miesiąc. Część niezadowolonych pracowników może zatem odejść z dnia na dzień, bo uważa, że nie będzie mieć problemu ze znalezieniem innego pracodawcy – komentuje Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz Work Service S.A.

Pracy szukamy przez znajomych i Internet

Obserwowany w ostatnim czasie wzrost wynagrodzeń wpłynął na odsetek tych, którzy zastanawiają się nad zmianą pracy. Z „Barometru Rynku Pracy VII”, przygotowanego przez Work Service, wynika, że myśli o tym 17,9% pracowników i jest to najniższy wynik w historii. Ci, którzy jednak się na to decydują najczęściej korzystają z pomocy znajomych (58,3%) i portali pracy (57,2%), których popularność rośnie. Właśnie w Internecie kandydat ma szeroki dostęp do różnorodnych ofert i nie musi już chodzić po urzędach pracy i targach, żeby zdobyć kompleksowe informacje dotyczące pracodawcy i stanowiska, na które chce aplikować. To wszystko może zrobić nie wychodząc z domu.

Rynek pracy ulega ciągłym zmianom, ale jeden trend jest niezmiennie kontynuowany. To narastająca rola nowych technologii i opanowywanie procesów rekrutacyjnych przez narzędzia on-line. Sami pracodawcy zaczynają podążać ścieżkami, którymi poruszają się kandydaci, przez co stawiają na rozwijanie swojego wizerunku w sieci i budowanie nowych narzędzi promujących ich warunki zatrudnienia. Na tym trendzie zyskują portale pracy, których popularność na przestrzeni ostatnich 6 miesięcy wzrosła o niemal 10 p.p. – twierdzi Piotr Adamczyk, Prezes Zarządu serwisu Kariera.pl.

Strony firmowe z ofertami pracy

Szukanie pracy w Internecie to nie tylko odwiedzanie portali. 45,5% osób samodzielnie przegląda też oferty w zakładkach „Kariera” na stronach firm, dzięki czemu ma bezpośredni dostęp do stanowisk, na które prowadzona jest rekrutacja. W związku z tym pracodawcy powinni zwrócić uwagę na czytelność i atrakcyjność zamieszczonych tam treści. Pozwoli to przyciągnąć uwagę kandydatów, tak bardzo poszukiwanych w wielu branżach.

Wpisując się w panujące na rynku trendy postawiliśmy na nowy standard komunikacji z kandydatami. Przygotowaliśmy stronę internetową dedykowaną w całości kandydatom i poszukiwaniu pracy. Wystarczy, że kandydat wejdzie na naszą stronę i wpisze swoje podstawowe dane, a my skontaktujemy się z nim i zaproponujemy oferty dopasowane do jego potrzeb. Tym, którzy preferują samodzielnie przeglądać oferty pracy, służy prosta i intuicyjna wyszukiwarka. Kandydaci mogą również skorzystać z praktycznych poradników, np. jak efektywnie poszukiwać pracy, jak przygotowywać dokumenty aplikacyjne czy rozwijać swoje kompetencje. Zależy nam, aby kandydat czuł się odpowiednio otoczony opieką we wszystkich kanałach obsługi, czy to odwiedzając nasz oddział czy aplikując na ofertę online. – komentuje Katarzyna Kowol, Digital Marketing Manager Work Service S.A.

Źródło: Work Service S.A.

Eksperci podają, że w 2020 r. zabraknie wykwalifikowanych pielęgniarek i położnych do opieki nad polskimi pacjentami. Rośnie średnia wieku personelu medycznego, a przeciętnie 46,7% absolwentów studiów pielęgniarskich i położniczych uzyskuje prawo wykonywania zawodu. Wobec braków kadrowych w tym zawodzie należy zadać pytanie: jak zachęcić młode pokolenie do wykonywania profesji? Kluczowe kwestie – wymagające systemowych rozwiązań – to odciążenie pielęgniarek i położnych pod względem obowiązków nieadekwatnych do ich kwalifikacji, które mogłyby być wykonywane np. przez personel pomocniczy, i zapewnienie wynagrodzenia na poziomie stosownym do wymagającej pracy.

Jedynie poprawa warunków zatrudnienia obecnej kadry może unormować sytuację w polskiej służbie zdrowia i zagwarantować realizację świadczeń. Zwiększenie komfortu pacjentów i maksymalizacja efektywności placówek są możliwe do osiągnięcia również na drodze zlecania czynności pomocniczych personelowi niższego szczebla.

Niepokoi fakt, że mimo zwiększonego zainteresowania studiami na kierunkach pielęgniarskich o ok. 20% nadal stosunkowo niski jest odsetek osób, które wystąpiły do Okręgowych Izb Pielęgniarek i Położnych po prawo wykonywania zawodu. Stanowią one jedynie 46,7% ogółu absolwentów tych studiów – na 21,07 tys. osób, które ukończyły w tej dziedzinie studia I i II stopnia jedynie 4,02 tys. uzyskało prawo wykonywania zawodu. Jednocześnie od 2008 roku wzrasta średni wiek pielęgniarek – wynosi on w chwili obecnej ponad 50 lat, a ponadto według statystyk blisko 69,5% aktywnych zawodowo pielęgniarek jest w wieku powyżej 45 lat.

„Kadry medyczne są najcenniejszym zasobem systemu ochrony zdrowia. Ich niedobór spowoduje zachwianie całej istniejącej struktury opieki zdrowotnej, co będzie bezpośrednim zagrożeniem dla wszystkich Polaków. Rząd powinien podjąć intensywne działania, których celem jest zwiększenie liczby pielęgniarek i położnych w kraju i zapewnienie im godnych zarobków. Obecnie praca pielęgniarki i położnej w Polsce to duża odpowiedzialność i niskie wynagrodzenie. Trzeba także zwrócić uwagę, że z powodu braku kadr zdarza się, że personel medyczny pracuje w większym wymiarze godzinowym niż jest to wykazane oficjalnie. W miarę możliwości należy przekierowywać usługi pomocnicze na personel niższego szczebla, np. salowe, opiekunów medycznych lub wyspecjalizowane firmy zewnętrzne– mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Jednym z działań podjętych przez rząd jest organizacja Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój (PO WER), który uzyskał pomoc finansową Unii Europejskiej. Jego celem jest wspieranie rozwoju kompetencji zawodowych i kwalifikacji kadr medycznych. Na te działania dla obszaru zdrowia na kształcenie zostanie przeznaczone 221 mln euro. Dzięki temu do końca 2023 r. uprawnienia do wykonywania zawodu pielęgniarki lub położnej uzyskać może dodatkowo 10 625 osób.

„Poprawę stanu służby zdrowia należy rozpocząć od weryfikacji obowiązków personelu i wysokości pensji. Bez zwiększenia nakładów na wynagrodzenia nie będzie możliwe zachęcenie młodych osób do podejmowania pracy w zawodzie, który jest niezwykle wymagający zarówno pod względem wiedzy, którą musi posiadać każda pielęgniarka i położna, jak i wobec spadających na nią obowiązków. Troska o higienę pacjentów czy proste czynności pomocnicze nie powinny leżeć w gestii wykwalifikowanego personelu medycznego. Świadomość niekorzystnych warunków pracy z pewnością ma wpływ na niski odsetek osób zainteresowanych uzyskaniem prawa wykonywania zawodu pielęgniarki i położnej” – mówi Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych.

Zawód pielęgniarki jest zawodem w pełni samodzielnym, chronionym przez korporacyjny samorząd zawodowy. Kwestią kluczową dla poprawy obecnej sytuacji jest zagwarantowanie pielęgniarkom i położnym minimalnej płacy – wedle autorów jednego z projektu skierowanego do rządu niezbędne jest określenie jej na poziomie półtorej średniej krajowej, co daje ok. 6.000 zł brutto dla pielęgniarek rozpoczynających karierę zawodową.

Wśród rekomendacji Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych na temat działań naprawczych – zawartych w dokumencie „Zabezpieczenie społeczeństwa w świadczenia pielęgniarskie i położnicze” – znajdują się m.in.:

  • Stworzenie polityki zatrudnienia pielęgniarek i położnych oraz mechanizmów zapewniających wynagrodzenie pielęgniarek i położnych
  • Zabezpieczenie możliwości realizacji obowiązku kształcenia ustawicznego pielęgniarek i położnych
  • Uregulowanie kwestii minimalnych norm zatrudnienia pielęgniarek i położnych wymaganych przy udzielaniu świadczeń w poszczególnych zakresach będących przedmiotem kontraktowania przez NFZ (w szczególności świadczeń udzielanych w trybie całodobowym) oraz ich ujednolicenia dla wszystkich podmiotów udzielających świadczeń finansowanych ze środków publicznych
  • Monitoring specjalistów na potrzeby określenia minimalnej liczby w poszczególnych dziedzinach pielęgniarstwa/położnictwa dla każdego województwa
  • Prowadzenie kampanii informującej o działaniach rządowych na rzecz niwelowania konsekwencji braku pielęgniarek i położnych dla zabezpieczenia społeczeństwa w świadczenia zdrowotne

Źródło: Federacja Przedsiębiorców Polskich

Po latach spadków cen surowce znowu zaczynają zyskiwać na wartości. W górę idą kursy metali przemysłowych. Przed kapryśną ropą również otwiera się perspektywa wzrostu. Niepewne są prognozy dla metali szlachetnych, choć i one potrafią nieźle zaskoczyć.

Bank Światowy ocenia, że bieżący rok będzie rokiem surowców. Po latach spadków i wieloletnich minimach osiągniętych w 2016 r. teraz są na ścieżce wzrostowej. W styczniu ekonomiści organizacji zweryfikowali swoje prognozy wzrostu cen metali w 2017 do 11 proc. wobec 4 proc. szacowanych w październiku 2016 r. Nieznacznie, ale mimo wszystko w górę, mają iść ceny produktów rolnych. Znacznie więcej, bo aż 26 proc. na koniec roku może podrożeć ropa. Tylko metale szlachetne czeka przecena o 7 proc.

Ostatnia rewizja prognoz Banku Światowego z marca potwierdza kontynuację wzrostu cen metali i umiarkowany surowców rolnych. W przypadku ropy oczekiwania rozmijają się z zachowaniem rynku. Podobnie jest ze złotem, srebrem i innymi metalami szlachetnymi.

Wielki powrót

Po pięciu latach spadków kurs miedzi zmienił kierunek na północ. Od 2011 r. metal taniał aż do końca 2015 r., kiedy cena sięgnęła siedmioletniego minimum – 4330 dolarów za tonę. Od tamtego momentu miedź zyskuje na wartości i według prognoz do końca roku może osiągnąć cenę 7000 USD.

Miedź jest o tyle interesującym aktywem, że ruchy cen na giełdach tego surowca mają bardzo duże przełożenie na wyceny akcji spółek ją wydobywających. Wynika to z bardzo dużej przeceny, jaka dotknęła te walory w ostatnich latach. Lewar jest na tyle duży, że 5-procentowy wzrost ceny surowca zwiększa cenę akcji o 14-28 proc.

Spadek podaży miedzi w ostatnich latach spowodował wzrost jej cen. Dopiero teraz rynek odbudowuje moce wydobywcze. Metal drożeje również dlatego, że znacząco rośnie na niego popyt.

Co z tą ropą

Bank Światowy swoją prognozę odnośnie czarnego złota oparł na założeniu, że cięcia wydobycia surowca uzgodnione przez państwa OPEC i producentów nienależących do kartelu, jak Rosja, zmniejszą presję na ceny, które wzrosną powyżej 50 dolarów za baryłkę. Ograniczenia w produkcji obowiązują od stycznia do czerwca tego roku.

Tymczasem okazało się, że w lutym rafinerie wyprodukowały o 10 proc. surowca więcej, niż zakładał uzgodniony plan. Rynek natychmiast zareagował przeceną ropy poniżej 50 dolarów. Oliwy do ognia dolały spekulacje, że za nadwyżkę częściowo odpowiada Arabia Saudyjska. Co ciekawe, to właśnie ten kraj będąc liderem negocjacji między producentami, usilnie dążył do osiągnięcia porozumienia. Czyżby po cichu sabotował z trudem zawarty sojusz przekraczając limity, by ratować budżet królestwa? Większość wpływów do kasy państwowej Saudów, bo aż 90 proc., pochodzi z handlu ropą.

Wraz z kurczeniem się ceny dochody królestwa zaczęły maleć. Żeby uciąć spekulacji następca tronu wydał bezprecedensowe oświadczenie w mediach, że Arabia Saudyjska absolutnie wspiera porozumienie i go dotrzymuje. Nadwyżka produkcji to kwestia techniczna związana z rozliczaniem magazynów.

Okazało się zresztą, że za większe wydobycie odpowiadają amerykańscy nafciarze, którzy uruchomili wydobycie z rafinerii szczelinowych. To właśnie oni byli odpowiedzialni za wstrzymanie wzrostów ropy w ostatnim czasie. Liczba czynnych szybów naftowych wynosi blisko 650 i jest największa od października 2015r. Dla wielu firmy wydobywczych cena 50 USD stanowi próg rentowności. Wzrost ceny powyżej skłania ich więc do wznowienia produkcji. To z kolei powoduje wzrost podaży i tym samym presję na spadek cen.

W ostatnim czasie pojawiły się pogłoski o nowym porozumieniu krajów – producentów, zakładającym kolejne ograniczenia w wydobyciu ropy. To może doprowadzić do zwiększenia jej ceny, na czym bardzo zależy Arabii Saudyjskiej, która przygotowuje do giełdowego debiutu państwowy koncern naftowy. Wartość IPO ma wynieść 68 mld dolarów.

Złoto się nie poddaje

Niezgodnie z prognozami zachowują się też metale szlachetne. Złoto po ostrym rajdzie w górę w lutym, na początku marca mocno wyhamowało w związku z oczekiwanym wzrostem stóp procentowych w USA. Dość niespodziewanie, po tym jak bank rezerwy federalnej rzeczywiście podwyższył koszt pieniądza na marcowym posiedzeniu kurs żółtego metalu skoczył w górę. Odbicie było efektem rozliczeń kontraktów terminowych na złoto i dolara. Wielu inwestujących zajęło krótkie pozycje na kruszcu i długie na walucie. Kiedy metal zaczął tanieć część inwestorów ruszyła do kupna przecenionego aktywa. W konsekwencji uderzyło to w dolara, którego kurs obniżył się. Wtedy inwestorzy zaczęli zamykać długie pozycje walutowe i dla minimalizowania strat zaczęli kupować złoto.

Historycznie przy podwyżkach stóp w 2015 r. i w 2016 r. złoto zawsze zyskiwało tuż po ogłoszeniu decyzji FED.

Notowania w kolejnych dniach po podwyżce zepchnęły kurs złota w kierunku 1200 dolarów za uncję. Dalszy rozwój wypadków na tym rynku zależy przede od ruchów FED i wzrostu inflacji. Seria podwyżek może stanowić mocne uderzenie w ceny metalu. Z drugiej strony, jeśli inflacja będzie rosła szybciej od stóp kruszec może błysnąć jako aktywo chroniące kapitał przed wzrostem cen.

Warto przypomnieć, że w latach 2004-07 FED 17 razy podnosił stopy z 1 proc. do 5,25 proc., a w tym czasie złoto zyskało na wartości 49,8 proc. rosnąc z 393 dolarów do 589 USD za uncję.

Pallad odporny na ruchy stóp

Od początku roku śladem złota podąża srebro, które po wzrostach zapoczątkowanych jeszcze w grudniu wyhamowało marsz na północ w oczekiwaniu na decyzję FED.

Ten sam los podzieliła platyna. Jej cena spadła w okolice 1000 dolarów, podczas gdy jeszcze we wrześniu 2016 r. wynosiła 1100 USD. Platyna, podobnie jak złoto, szczytową formę osiągnęła w 2011 r., kiedy jej kurs doszedł do 1900 dolarów. Od tamtego czasu nie odzyskała wigoru, a w tym roku niewykluczone, że potanieje poniżej 1000 USD.

Generalnej przecenie na rynku metali szlachetnych nie oparł się pallad, taniejąc do 760 dolarów. Jest on jednak bardziej odporny na ruch stóp, niż inne metale z tej rodziny, ze względu na szerokie zastosowanie w przemyśle. Pallad od dłuższego czasu znajduje się w fazie wzrostowej a perspektywa inwestycji infrastrukturalnych zapowiedzianych przez Donalda Trumpa dodaje mu skrzydeł.

Rynek wnikliwie obserwuje oznaki ożywienia w światowej gospodarce. Szczególną uwagę poświęca danym z Chin, pod kątem sygnałów potwierdzających koniec spowolnienia w Państwie Środka – mówi Konrad Grzelec, ekspert BGŻOptima.

Oznaki ożywienia nie są jeszcze jednoznaczne i oczekiwania inwestorów rozmijają się czasem z fundamentami. Widać to na przykładzie rynku rudy żelaza, rosnącego od początku 2017 r. w związku ze spodziewanym wzrostem zapotrzebowania z Chin. Tymczasem popyt chińskich producentów wciąż jest umiarkowany, co doprowadziło do ostrej przeceny surowca w drugiej połowie marca.

Sytuacja jeszcze nie jest klarowna, niemniej na rynku surowców panuje ożywienie i choć ceny wahają się, sentyment inwestorów jest pozytywny – zaznacza Konrad Grzelec.

To dobra informacja dla posiadaczy funduszy inwestycyjnych zaangażowanych na rynku surowców, którzy weszli w inwestycje kilka lat temu na fali hossy. Wraz ze wzrostem cen poprawi się wycena ich inwestycji. Po latach spadków ceny surowców są niskie, co może stanowić okazję do zainteresowania się tym rynkiem, dla tych którzy dotąd omijali go szerokim łukiem.

 

Źródło: BGŻ Optima

iCCTV to nowa, innowacyjna i kompleksowa usługa firmy Konsalnet dla klientów biznesowych, dostępna od kwietnia br. Polega ona na inteligentnej analizie obrazu z kamer, co pozwala Klientom zyskać wyższy poziom bezpieczeństwa i skuteczności ochrony bez konieczności jego rozbudowy. Wdrożenie systemu pozwala na dodawanie nowych funkcji do już istniejących urządzeń. Jak to działa?

Oferowana przez Konsalnet nowa usługa iCCTV umożliwia optymalizację kosztów przy jednoczesnym rozszerzeniu funkcjonalności dotychczasowego systemu ochrony. W zależności od potrzeb klient ma możliwość wyboru jednego z trzech dostępnych pakietów: podstawowego, rozszerzonego lub pełnego. iCCTV – w zależności od wybranego wariantu – oferuje takie funkcje jak:

  • Wideo weryfikacja
  • Wideo obchód
  • Wykrywanie intruza
  • Rozpoznawanie rodzaju obiektu
  • Transkodowanie obrazu
  • Rozpoznawanie twarzy
  • Funkcja znikającego obiektu
  • Wykrywanie pojawiającego się obiektu
  • Zliczanie osób
  • Rozpoznawanie tablic rejestracyjnych
  • Automatyczny monitoring poruszającego się obiektu.

Ochrona obiektu jest skuteczna jeśli wykorzystujemy niezawodne rozwiązania. Usługa iCCTV oferuje monitoring wideo, weryfikację sygnałów i zdarzeń alarmowych z danego obiektu, inteligentną analitykę wideo wspierającą rozwiązywanie problemów związanych z bezpieczeństwem.

Wdrożenie iCCTV pozwala zwiększyć bezpieczeństwo mienia przedsiębiorcy, zoptymalizować biznes i wygenerować oszczędności.  Usługa pozwala na wykorzystanie dotychczasowych rozwiązań i urządzeń klienta, wzbogacając je o dodatkowe funkcje i tworząc zintegrowany monitoring. Dzięki temu system ochrony zostaje uproszczony, reakcja na zagrożenia następuje w czasie rzeczywistym, a koszty są zoptymalizowane.  Poza kwestiami bezpieczeństwa obiektu, iCCTV może być także narzędziem wsparcia dla komórek organizacyjnych przedsiębiorstwa – sprzedaży czy marketingu. Pozwala bowiem wskazać miejsca największego ruchu i najczęściej wybierane przez klientów. Monitoring może również określić współczynnik konwersji pomiędzy liczbą odwiedzających dany punkt handlowy i liczbą dokonanych transakcji czyli sprzedażą.

Wdrożenie proponowanych przez Konsalnet rozwiązań  iCCTV pomoże np. skrócić proces dostaw do magazynu dzięki systemowi rozpoznawania tablic rejestracyjnych. Funkcjonalność zliczania osób pozwoli zoptymalizować reklamy w centrach handlowych, zredukować koszty działania klimatyzacji czy usprawnić działanie parkingu dzięki integracji kamer z systemem kasowym i szlabanem. System rozpoznawania twarzy jest szczególnie przydatny w ochronie obiektów bo pozwoli szybko udaremnić próbę kradzieży. Intruz jest natychmiast wychwytywany gdyż jego wizerunek jest już doskonale znany pracownikom ochrony. Wszystkie funkcje dzięki innowacyjnej technologii transkodowania obrazu firmy Konsalnet mogą działać niezależnie od stałego łącza internetowego a dostęp do podglądu kamer możliwy jest nawet ze smartfona.

Usługa iCCTV to nie tylko dobra inwestycja w innowacyjny i skuteczny system ochrony, ale przede wszystkim zwiększenie efektywności prowadzonych działań biznesowych przy jednoczesnym zoptymalizowaniu kosztów.

Deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych w 2016 r. wyniósł 2,4 proc. PKB wobec 2,6 proc. PKB w 2015 r., 3,5 proc. PKB w 2014 r. i 4,1 proc. PKB w 2013 r. – podał w poniedziałek we wstępnej informacji Główny Urząd Statystyczny.

Zgodnie z komunikatem dług sektora finansów publicznych wyniósł w 2016 r. 54,4 proc. PKB. wobec 51,1 proc. PKB na koniec 2015 r., 50,2 proc. PKB w roku 2014 i 55,7 proc. PKB w 2013 r. Urząd poinformował, że dane o relacji deficytu i długu do PKB prezes GUS przesłał do Komisji Europejskiej (Eurostatu) jako tzw. notyfikację fiskalną.

Urząd statystyczny wyjaśnił, że dane mają charakter wstępny i mogą się zmienić. Komunikat w sprawie deficytu i długu sektora instytucji rządowych i samorządowych zawierający dane zweryfikowane przez Komisję Europejską (Eurostat) zostanie opublikowany 21 kwietnia 2017 r.

Jednocześnie GUS opublikuje szacunek PKB za lata 2015-2016. Wyjaśniono, że dane zostały opracowane zgodnie z metodyką Europejskiego Systemu Rachunków Narodowych i Regionalnych w Unii Europejskiej (ESA2010). Uwzględniono przy tym najnowsze (z 27 marca 2017) wytyczne Eurostatu dotyczące rejestracji dochodów ze sprzedaży licencji czy zezwoleń na użytkowanie częstotliwości telefonii komórkowej i innych tzw. aktywów nieprodukowanych.

„Wpłynęło to na wartości deficytu we wszystkich latach objętych notyfikacją, a na relację deficytu do PKB tylko w roku 2014” – zastrzegł GUS. Pod koniec stycznia br. wiceminister finansów Leszek Skiba informował, że zgodnie z wyliczeniami resortu finansów deficyt sektora finansów publicznych w 2016 roku wyniósł 2,8-2,9 proc. PKB.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Eksperci

Bugaj: Obniżka podatków niekoniecznie korzystna

W minionym miesiącu, a szczególnie w jego drugiej połowie, globalny kapitał zaczął ponownie preferow...

Kowalski: To Rząd a nie ZUS powinien rozwiązać kwestię ozusowania umów zleceń

Ozusowanie umów zleceń zawieranych przed 2016 rokiem pozostaje kwestią sporną pomiędzy przedsiębiorc...

Przasnyski: Zróżnicowane tempo inwestycji w przemyśle

Najnowsze dane GUS dotyczące nakładów i wyników przemysłu po trzech kwartałach 2017 r. dają mocno zr...

Sawicki: Inflacja bazowa obojętna na pędzącą gospodarkę

W listopadzie dynamika inflacji bazowej podniosła się z 0,8 do 0,9 proc. r/r. To wartość minimalnie ...

Lipka: Jak w Polsce marnotrawiony jest kapitał ludzki

Co sprawia, że znakomite wyniki polskiej młodzieży w badaniach kapitału ludzkiego nie przekładają si...

AKTUALNOŚCI

Bruksela zatwierdziła polski program dotyczący energii odnawialnej o wartości 40 mld zł

Na mocy przepisów UE w dziedzinie pomocy państwa Komisja Europejska zatwierdziła polski program doty...

Wirtualne „waluty”, takie jak bitcoin, litecoin czy ether nie są emitowane i gwarantowane p

Czym są wirtualne „waluty" Organizatorzy akcji przypominają, że kryptowaluty nie są ani emitowane, a...

Polskie instytucje finansowe pozytywnie oceniają swój stopień przygotowania do RODO

3 na 4 przedstawicieli polskiego sektora bankowego biorących udział w najnowszym badaniu Linux Polsk...

Trendy sprzedaży w sklepach małoformatowych w listopadzie 2017

Jak wynika z danych CMR, w listopadzie 2017 r. obroty sklepów małoformatowych do 300 m2 były o 9,0% ...

Przełomu w służbie zdrowia raczej nie będzie

Służba zdrowia jest pierwszym najważniejszym zadaniem – stwierdził premier Mateusz Morawiecki w expo...