Home Archiwa 2017 Marzec

Miesięczne archiwaMarzec 2017

Raty kredytów mieszkaniowych mocno wahają się w całym okresie spłaty. Dla kredytu w złotym z 2008 roku różnica między najwyższą a najniższa zapłaconą ratą wyniosła 917 zł, czyli prawie 70 proc. W przypadku kredytów we franku ta różnica wyniosła 567 zł, czyli około 38 proc. Dziś zaciągane kredyty są szczególnie narażone na przyszły wzrost rat.

Kredyty hipoteczne w Polsce były, z niewielkimi wyjątkami, udzielane ze zmienną stopą procentową.  Oprocentowanie takiego kredytu składa się z dwóch komponentów: marży banku i stopy rynkowej – WIBOR, LIBOR lub EURIBOR. Elementem stałym jest marża, bo w zasadzie nie zmienia się przez cały okres spłaty zadłużania. Inaczej jest z wysokością rynkowej stopy procentowej, ta waha się i to w niektórych okresach bardzo dynamicznie. W przypadku kredytu zaciągniętego w złotym zmiana raty wynika tylko ze zmiany stopy procentowej. Dla zobowiązania w walucie dodatkowo na wysokość raty wpływa także jej kurs.

Przyjrzeliśmy się temu jak w praktyce ten mechanizm wpływa na wysokość rat kredytów. Zbadaliśmy jak zmieniała się wysokość rat kredytów zaciąganych w złotym i franku szwajcarskim w okresie od września 2006 do marca 2009 roku w całym okresie ich spłaty. Analizowaliśmy kredyt na kwotę 300 tys. zł (lub jej równowartość) na 30 lat ze średnią rynkową marżą i spreadem (dla kredytu we franku szwajcarskim). W przypadku kredytu w złotym z czerwca 2008 najwyższa zapłacona rata była aż o 70 proc. wyższa od najniższej.  Dla złotego przeciętnie różnica między najwyższą a najniższą zapłaconą ratą wyniosła 65 proc. W przypadku kredytów we franku ta różnica była praktycznie niezmienna i dla wszystkich badanych kredytów wyniosła około 38 proc. To paradoksalne, że wahania rat kredytu w złotych były wyższe niż kredytu w walucie. W przypadku kredytu we franku mieliśmy do czynienia z mechanizmem bilansującym, bo gdy stopy procentowe rosły frank taniał, gdy zaś drożał jednocześnie spadały stopy.

Te wyniki po części tłumaczą dlaczego kredyty we franku, pomimo mocnego wahania kursu, nadal są dobrze spłacane przez kredytobiorców. Od połowy 2006 roku, czyli od wprowadzania Rekomendacji S każda osoba zaciągająca kredyt w walucie musiała posiadać zdolność kredytową taką jak dla kredytu w złotym powiększoną o 20 proc. We wrześniu 2006 roku by zaciągnąć kredyt na 300 tys. zł w złotych konieczna była zdolność do spłaty raty w wysokości 2235 zł, zaś dla takiego samego kredytu we franku szwajcarskim 2682 zł. Obecna wysokość raty zaciągniętego wtedy kredytu frankowego wynosi 2066 zł i jest o ponad 600 zł niższa niż rata zakładana w rekomendacji. Przed wejściem w życie Rekomendacji S banki podchodziły bardziej liberalnie do wyliczania zdolności kredytowej we franku, jednak ceny nieruchomości, a tym samym kwoty zaciąganych kredytów były niższe. Raty tych kredytów choć wzrosły, stanowią znacznie mniejszą cześć budżetu domowego niż raty zobowiązań zaciąganych po 2006 roku.

Nie można zapominać, że każdy  kredyt mieszkaniowy, bez względu na walutę, niesie ze sobą ryzyko zmiany wysokości raty. Kredytobiorcy frankowi obecnie płacą najwyższe raty w historii (za sprawą wysokiego kursu tej waluty). Kredytobiorcy w złotym są w odwrotnej sytuacji, bo obecnie płacą najniższe raty. Największe płacili w listopadzie 2008 roku i od tego czasu ich miesięczne obciążenia spadały. W przyszłości sytuacja ta się zmieni, bo rosnąca inflacja może pchnąć Radę Polityki Pieniężnej do podwyżek stóp procentowych, a to wpłynie na wzrost rat.

Dziś zaciągane kredyty mieszkaniowe, choć dzieje się to w sytuacji, gdy warunki ich udzielania są znacznie zaostrzone wobec kredytów z lat 2006-2009, z powodu niskich stóp i rosnącej inflacji są szczególnie zagrożone wzrostem rat w przyszłości. Dlatego konstruując narzędzia pomocy dla kredytobiorców mieszkaniowych powinniśmy tworzyć mechanizmy uniwersalne, mogące służyć pomocą każdemu kredytobiorcy mieszkaniowemu w kłopotach.

Źródło: Paweł Majtkowski, Główny Analityk Wolfs Private Equity

Ruszyła kolejna odsłona kampanii wspierającej projekt Polska Moda, który jest koordynowany przez Międzynarodowe Targi Poznańskie. W nowym spocie, promującym rodzimy przemysł odzieżowy i obuwniczy, pojawili się Julia Adamczyk i Bartosz Wójcik, tancerze You Can Dance.

Jak tłumaczą pomysłodawcy, projekt Polska Moda ma pomagać klientom w znalezieniu wysokiej jakości produktów stworzonych w 100% w Polsce. W nowej kampanii programu wystąpili tancerze You Can Dance – Julia Adamczyk oraz Bartosz Wójcik, którzy w swojej choreografii udowadniają, że konstrukcja oraz jakość materiałów noszonych ubrań i dodatków mają olbrzymi wpływ na wygodę. Hasło przewodnie kampanii „Znajdź swoją Miłość!” zachęca do poszukiwań najlepszego dla siebie kroju, modelu i marki.

Film promuje ideę „wybieram polskie”, pokazuje doskonałe konstrukcje, ale też różnorodność stylistyczną rodzimych producentów. W spocie pojawiają się stylizacje codzienne, koktajlowe, w stylu swobodnej elegancji i stroje wieczorowe. Chcieliśmy pokazać tym samym pełen przekrój firm, które zostały wyróżnione znakiem Polska Moda – wyjaśnia Edyta Bonin-Kanikowska, koordynator projektu.

W filmie można zobaczyć nowe kolekcje marek: Mapepina, Carl Verssen, Lanieri Fashion, Sempre, Kastor, Dorota Goldpoint, Gioiello, L’Ame de Femme i Vizard. Spot został nagrany w loftowych halach Międzynarodowych Targów Poznańskich. Za realizację odpowiada Poznańska Wytwórnia Filmowa.

Źródło:www.fashionbusiness.pl

Nadeszła długo oczekiwana wiosna, a więc początek okresu względnej poprawności stopnia zanieczyszczenia powietrza w Polsce, którym przez jakiś czas będzie można oddychać bez większej obawy o samopoczucie i drastyczne konsekwencje zdrowotne. Nie ma jednak najmniejszej wątpliwości, że problem za około pół roku powróci niczym bumerang, ponownie budząc obawy o zdrowie wśród mieszkańców dziesiątek polskich miast.  

Byle czym i byle jak

Ostatni raport Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) o stanie zanieczyszczenia powietrza w 3 tys. miast na całym świecie ukazał się już na tyle dawno, że jego dość porażające przesłanie dotyczące rodzimych lokalizacji jest już powszechnie znane. Dla porządku przypomnijmy więc tylko, że Polska niestety jest niechlubnym liderem rankingu najbardziej zanieczyszczonych państw UE, a aż 33 na 50 unijnych miast z najbardziej zatrutym powietrzem to rodzime miejscowości. Co jednak najbardziej niepokojące, globalny poziom zanieczyszczenia podniósł się w okresie od poprzedniego badania aż o 8 proc. Czy w tej sytuacji można oczekiwać znaczącej poprawy wyników w tegorocznej edycji raportu WHO?

Przyczyn takiego stanu rzeczy, tudzież atmosfery w Polsce jest co najmniej kilka – tłumaczy Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Bodajże tą fundamentalną jest dotkliwie niekorzystny stosunek średnich dochodów rodaków do kosztów ogrzewania mieszkań, czy też cenników nowoczesnych systemów grzewczych. Pali się więc powszechnie byle czym i byle jak, często najchętniej darmowymi śmieciami. Swoje robi też coroczny masowy import używanych samochodów, z których przeważającą część wg. standardów zachodnich można zakwalifikować do „motoryzacyjnego szrotu”, jak najlepiej dopasowanego do dość cienkiego portfela ogromnej większości rodzimych amatorów czterech kółek. Smutnym dopełnieniem tego jest krajowa gospodarka oparta na energii wytwarzanej w 90 proc. z węgla, ze wszelkimi tego konsekwencjami. Wszystko to razem tworzy wybuchową mieszankę, której neutralizacja to na dzień dzisiejszy misja absolutnie niewykonalna.

Dlatego też na szybką i znaczącą poprawę stanu zanieczyszczenia powietrza w Polsce bardzo trudno jest liczyć. To kwestia raczej dekad niż lat. Co prawda coraz częściej uruchamiane są stosowne inicjatywy, mające za zadanie manifestację determinacji władz, jeśli nie centralnych to samorządowych, w dążeniu do redukcji emisji trujących gazów i pyłów do atmosfery. Dobrym tego przykładem jest styczniowa uchwała antysmogowa Sejmiku Województwa Małopolskiego (notabene obszaru najbardziej w kraju zanieczyszczonego), która do roku 2023 ma uznania godne ambicje wyeliminowania nie trzymających norm palenisk na paliwa stałe.

Efektem migracja ekologiczna

Podstawą oceny jakości powietrza jest zawartość tzw. pyłu zawieszonego PM2.5 lub PM10, którą komunikuje się w mikrogramach na metr sześcienny w skali roku. Tak określony średnioroczny dopuszczalny poziom pyłu PM2.5 wynosi 25 µg/m³ i jest w wielu polskich miastach przekraczany. Z największych polskich metropolii zjawisko to najbardziej daje się we znaki w Krakowie (37 µg/m³), ale także w Warszawie i Wrocławiu (odpowiednio 26 i 29 µg/m³), czyli na głównych krajowych rynkach nieruchomości.

Coraz szerzej opisywanym w mediach skutkiem fatalnego stanu powietrza w licznych ośrodkach miejskich kraju jest swoista „migracja ekologiczna”, czyli coraz powszechniejszy trend przeprowadzek z miast o najbardziej trującej atmosferze do lokalizacji o znacznie przyjaźniejszych parametrach zanieczyszczenia powietrza – tłumaczy ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Zjawisko to tymczasem dotyczy głównie Krakowa, w którym ekologiczny dyskomfort zamieszkiwania staje się dla coraz większej liczby osób po prostu nie do zniesienia. Z kolei głównym beneficjentem problemu zatrutej rodzimej atmosfery jest Trójmiasto, którego problem smogu (13 µg/m³) dotyka w nieporównywalnie mniejszym stopniu niż resztę kraju, przyciągając coraz częściej „ekologicznych migrantów” nie tylko z Krakowa ale ponoć już także z Warszawy.

Obecnie najczęściej mówi się o przeprowadzających się z Krakowa do Trójmiasta informatykach, czy też wszelkiej maści specjalistach IT, czyli przedstawicieli bodaj najbardziej dziś uprzywilejowanej pod każdym względem grupy zawodowej w kraju. Czy już wkrótce ów trend rozszerzy się na inne profesje i branże? – czas pokaże. Tymczasem problem smogu może już w niedalekiej perspektywie dokonać szeregu korekt w statystykach inwestycyjno-sprzedażowych krajowej mieszkaniówki, czego pierwsze symptomy być może już obserwujemy.

Trójmiasto na celowniku

W statystykach pierwotnego rynku mieszkaniowego Trójmiasto w okresie ostatnich 2-3 lat wyraźnie aspiruje do miana najbardziej atrakcyjnej lokalizacji mieszkaniowej kraju. Widać to zarówno w trendach cenowych jak i popytowych nowych mieszkań. Z kolei dokładnie na drugim biegunie znajduje się Kraków, którego mieszkaniówka pod każdym względem pozostaje w wyraźnej stagnacji. Czy to początki rynkowej reakcji na akcję powszechnego zatruwania największych polskich miast cząstkami PM2.5? To całkiem niewykluczone.

Wyraźnie widać, że Trójmiasto znalazło się na rynkowym celowniku zarówno deweloperów jak i inwestorów. Wzrost cen mieszkań z pierwszej ręki, jaki obserwuje się tu od 2-3 lat, jest zjawiskiem w skali kraju absolutnie niepowtarzalnym. Szczególnie widać to na przykładzie Gdyni, w której zwyżka stawki mkw. jest rekordowa. Wynika ona nie tylko z rosnącego popytu przy stosunkowo ograniczonej podaży, ale przede wszystkim z wprowadzania tu przez deweloperów w ostatnim okresie inwestycji o coraz to wyższym standardzie. Bezpośrednie sąsiedztwo Sopotu, najdroższej i najbardziej prestiżowej lokalizacji mieszkaniowej kraju, najwidoczniej zaczęło robić swoje.

Z kolei jak wynika z ostatniego raportu REAS, w ubiegłym roku na fali historycznych rekordów sprzedażowych na pierwotnym rynku mieszkaniowym, w Krakowie deweloperzy sprzedali zaledwie 5 proc. więcej lokali niż w roku 2015. W Trójmieście natomiast analogiczny progres sprzedaży wyniósł aż 26 proc. i należał do jednych z najwyższych w kraju.

Komentarz wydaje się zbyteczny. Natomiast perspektywa systematycznego przesuwania środka ciężkości popytu na mieszkania w kierunku rodzimych lokalizacji najmniej narażonych na atak smogu w przewidywalnej przyszłości, a dysponujących perspektywicznym rynkiem pracy, jak najbardziej prawdopodobna.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

 

 

 

 

Dzięki szerokiemu strumieniowi kapitału płynącemu od inwestorów indywidualnych do deweloperów tworzy się w naszym kraju skonsolidowany rynek najmu .     

W ciągu ostatnich pięciu, sześciu lat krajowy rynek najmu podwoił swoją ofertę. W wynajętych lokalach mieszka obecnie ponad 2 mln Polaków, a prognozy mówią o 10 proc. wzroście w ciągu bieżącego roku. Pomimo ciągłego rozwoju, nasz rynek najmu jest wciąż niezbyt duży w porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej. Według szacunkowych danych Eurostatu wynajem w Polsce zaspokaja zaledwie 6 proc. potrzeb mieszkaniowych, podczas gdy w krajach unijnych jest to średnio trzy razy tyle. W najbardziej rozwiniętych państwach współczynnik najmu przekracza nawet 50 proc.

W krajach zachodnich duża część oferowanych przez deweloperów mieszkań trafia na wynajem. W Polsce dopiero rozpoczyna się proces tworzenia silnego rynku najmu. W porównaniu z innymi w kraju mamy w ogóle mało mieszkań. Wyraża to jeden z najniższych współczynników wśród państw unijnych, określający ilość nieruchomości przypadających na liczbę mieszkańców. Żeby wyrównać do przeciętnego europejskiego poziomu musielibyśmy zwiększyć krajowe zasoby mieszkaniowe o 2-3 mln mieszkań.

Wynajem zamiast kredytu 

Rozwojowi rynku najmu w Polsce sprzyja coraz większa rezerwa młodych ludzi do zaciągania kredytów, o czym świadczy regularnie malejąca liczba osób zadłużających się na zakup mieszkań. Przemawia za nim także zwiększająca się mobilność pracowników oraz przyrost nowych mieszkańców w największych aglomeracjach. Poza tym, wzrost rynku najmu wspiera napływ do Polski obcokrajowców, szczególnie z Ukrainy, którzy w minionym roku uzyskali dwa razy więcej pozwoleń na pracę niż rok wcześniej i coraz liczniej zasilają grupę najemców.

Najbardziej rozwiniętym rynkiem najmu może pochwalić się Warszawa, która jako największe centrum biznesowe w kraju, przyciąga rzesze osób poszukujących pracy i jako największy ośrodek akademicki skupia bezkonkurencyjną ilość, ponad ćwierć miliona studentów. Pomimo najwyższych cen w Polsce, chętnych na wynajem mieszkań w Warszawie nie brakuje.

Przypływ inwestorów indywidualnych

Zachęca to inwestorów indywidualnych do lokowania kapitału w zakup stołecznych nieruchomości. Ich uwagę przyciągają głównie nowe mieszkania o niewielkim metrażu w dobrych lokalizacjach. Jak wyjaśnia Tomasz Sadłocha, członek zarządu Ochnik Development, pod wynajem wybierane są zwykle mieszkania zapewniające najlepszą relację powierzchni do liczby pomieszczeń.

– Osoby kupujące mieszkania z myślą o wynajmie w inwestycji Dzielna 64, którą prowadzimy na warszawskim Muranowie, decydują się głównie na mieszkania dwupokojowe o powierzchni do 45 mkw. i trzypokojowe do 55 mkw. Większe apartamenty trafiają z kolei przeważnie do nabywców, którzy chcą zaspokoić własne potrzeby lokalowe i podnieść standard życia – przyznaje Tomasz Sadłocha.

Zdaniem przedstawiciela Ochnik Development, budowa drugiej linii metra spowodowała, że inwestorzy w Warszawie skierowali uwagę z Mokotowa i Ursynowa na Wolę, na terenie której poza osiedlami mieszkaniowymi rośnie także nowe zagłębie biurowe. – Odpowiedzią na zapotrzebowanie zgłaszane ze strony klientów inwestycyjnych są również liczniej pojawiające się w ostatnim czasie projekty mieszkaniowe w centralnych obszarach miasta. Do tej grupy kupujących skierowana jest oferta w inwestycji Studio Centrum, którą realizujemy przy ulicy Pawiej. Dostępne są w niej mikro-apartamenty o metrażu od 14 do 41 mkw., co daje możliwość zakupu lokali w bardzo niskiej kwocie – od 180 tys. zł – szczególnie jak na centrum Warszawy – podkreśla Tomasz Sadłocha.

Ceny mieszkań i stawki najmu stabilne

Na przestrzeni ostatnich trzech lat ceny nieruchomości w Warszawie i stawki najmu ulegały tylko niewielkim wahaniom. Dopiero w ostatnich miesiącach czynsze poszły lekko w górę.

Miesięczny koszt wynajęcia małego mieszkania dwupokojowego wynosi średnio około 2200 zł, a kawalerki 1600-1700 zł.  Na warszawskim rynku najmu stawki są o około 40 proc. wyższe od cen obowiązujących w Krakowie, czy Wrocławiu.

W zależności od lokalizacji i wielkości oraz standardu mieszkania stawki czynszowe mogą się bardzo różnić. Najdrożej jest w Śródmieściu, gdzie za wynajem kawalerki trzeba przeciętnie zapłacić 2300 zł, mieszkania dwupokojowego – 3300 zł, trzech pokoi średnio – 5300 zł, a wynajmując lokal czteropokojowy należy się liczyć z wydatkiem 7400 zł za miesiąc. Ale już w najtańszych warszawskich dzielnicach jak Wesoła, Rembertów, Białołęka, Ursus, czy Wawer jednopokojowe lokum wynajmiemy przeciętnie w kwocie 1200-1300 zł, dwa pokoje w cenie 1750-1950 zł, a trójkę za 2100-2700 zł miesięcznie.

Na Woli, która jest najszybciej rozbudowującą się dzielnicą w Warszawie miesięczny czynsz za wynajem kawalerki wynosi około 2150 zł, dwóch pokoi 2850 zł, a trzech 3750 zł.

Zysk z najmu dużo wyższy niż z depozytów

Na długoterminowym wynajmie lokalu w Warszawie można zyskać około 6 proc. w skali roku. To trzykrotnie więcej niż na lokacie bankowej. Utrzymujące się na niskim poziomie stopy procentowe sprawiają, że o wiele mniej zyskowne niż nieruchomości jest również lokowanie kapitału w obligacje skarbowe, czy fundusze inwestycyjne. Dodatkowo, w dłuższej perspektywie czasu na inwestycji w mieszkania można także zyskać z tytułu wzrostu wartości nieruchomości.

Zwrot z inwestycji w mieszkanie na wynajem szacowany jest obecnie na 12-15 lat, podczas gdy jeszcze dwa lata temu, gdy inwestorów na rynku było dużo mniej, rentowność była wyższa, a inwestycja zwracała się nawet w ciągu 10 lat. Mimo to jednak chętnych do zarabiania na wynajmie z roku na rok przybywa. Deweloperzy podają, że inwestorzy stanowią około 30 proc. klientów, a w niektórych projektach tacy nabywcy to większość wśród kupujących. Z ostatnich danych NBP wynika, że aż około 65 proc. zakupów w nowych inwestycjach mieszkaniowych finansowanych jest w formie gotówkowej.

Słuszność wyboru tego typu inwestycji zdaje się potwierdzać zainteresowanie polskim rynkiem mieszkaniowym międzynarodowych funduszy inwestycyjnych, które w ubiegłym roku zawierały w Warszawie pierwsze transakcje na zakup nieruchomości z przeznaczeniem na wynajem.

 

Źródło: Ochnik Development

Niski koszt eksploatacji to najważniejszy wyróżnik idealnego samochodu firmowego dla niemal połowy przedsiębiorców z sektora MŚP. Jak wynika z badania Instytutu Keralla zrealizowanego na zlecenie Carefleet S.A. ta cecha aut służbowych jest szczególnie istotna dla firm budowlanych i usługowych. Przedsiębiorstwa transportowe stawiają z kolei na pozytywne doświadczenia z marką, handel i produkcja na preferencyjne warunki zakupu, a HoReCa na wielofunkcyjność.

Małe i średnie firmy, decydując się na zakup samochodów służbowych, zwracają uwagę przede wszystkim na koszty. Auta w biznesie pełnią funkcję narzędzia pracy, dlatego dla przedsiębiorców priorytetem jest ich efektywność ekonomiczna. Niski koszt eksploatacji i preferencyjne warunki zakupu to najczęstsze kryteria wyboru pojazdów w sektorze MŚP – twierdzi Bartosz Olejnik, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu w Carefleet S.A., jednej z czołowych polskich firm specjalizujących się w wynajmie długoterminowym samochodów.

Koszty najważniejsze

Polski sektor MŚP liczy ponad 2 miliony przedsiębiorstw. Niskie koszty eksploatacji samochodów służbowych są szczególnie istotne dla firm budowlanych – niemal 59 proc. ich przedstawicieli wskazało tę cechę jako najważniejszy wyróżnik idealnego auta. To również kluczowe kryterium wyboru pojazdów dla firm z branży usługowej – 50,4 proc. wskazań. W sektorze MŚP na niskie koszty eksploatacji służbowych pojazdów zwracają ponadto uwagę przedsiębiorstwa produkcyjne (47,3 proc. wskazań) oraz handlowe (34 proc. wskazań), choć dla nich zdecydowanie ważniejsze są oszczędności w krótkiej perspektywie czasu. 74 proc. badanych przedstawicieli sektora handlowego i niemal połowa respondentów z branży produkcyjnej, decydując się na nabycie nowych aut służbowych, kieruje się  przede wszystkim preferencyjnymi warunkami zakupu.

HoReCa i usługi chcą aut wielofunkcyjnych 

Niemal 60 proc. ankietowanych przedstawicieli małych i średnich przedsiębiorstw z branży HoReCa za najważniejszą cechę idealnego samochodu służbowego uważa wielofunkcyjność, czyli łączenie funkcji auta dostawczego i osobowego. To również istotny czynnik dla firm usługowych (50,4 proc wskazań).

Im mniejsze przedsiębiorstwo, tym zazwyczaj większa potrzeba posiadania samochodu uniwersalnego. Poszukiwanie kompromisu pomiędzy autem biznesowym a użytkowym to domena przede wszystkim branż, w których w specyfikę biznesu wpisane jest częste przewożenie niewielkich ładunków, czyli np. branży  usługowej, handlowej czy gastronomicznej – dodaje Bartosz Olejnik.

Wysoko w rankingu cech idealnego samochodu służbowego uplasowały się również wcześniejsze pozytywne doświadczenia z daną marką motoryzacyjną. To cechy szczególnie istotne dla firm transportowych (48,3 proc. wskazań) i budowlanych (39,7 proc. wskazań)

Bezpieczeństwo na szarym końcu

Najmniej istotną cechą idealnego samochodu służbowego dla sektora MŚP okazało się bezpieczeństwo, które znalazło się na samym końcu rankingu we wszystkich badanych branżach. Co ciekawe, również bogate wyposażenie nie jest kryterium decydującym o wyborze doskonałego pojazdu (11 proc wskazań w branży produkcyjnej i budowlanej, 17,2 proc. w HoReCa, 26 proc w handlu).

Źródło: Carefleet S.A.

Wynajem mieszkania to ciekawy i popularny pomysł na bezpieczną i przyszłościową inwestycję. Nieruchomości z reguły nie tracą swojej wartości z upływem czasu (a najczęściej na niej zyskują) oraz pozwalają na korzystanie z nich dla własnych celów w razie potrzeby. Tak atrakcyjny dodatkowy dochód warto jednak zarejestrować. Formalności towarzyszące rejestracji wynajmu nie są wcale tak skomplikowane, jak mogłoby się wydawać.

Mieszkania na wynajem to coraz popularniejszy sposób inwestowania wśród Polaków. Wynajmowanie wymaga stosunkowo niewiele wysiłku, a jednorazowy, większy wydatek poniesiony na nieruchomość skutkuje obecnie wyższą stopą zwrotu niż np. ta oferowana przez banki na lokatach. Rejestracja wynajmu mieszkania nie jest skomplikowana, pozwala czerpać korzyści z inwestycji całkowicie bezpiecznie, daje dodatkowe uprawnienia wynajmującemu a nawet… może się finansowo opłacić właścicielowi mieszkania.

Krok pierwszy: umowa

Każdy, choćby najkrótszy, wynajem warto uregulować odpowiednią umową. Przy jej konstruowaniu po raz pierwszy – zasięgaj porady prawnika. W przypadku nieuregulowania kwestii umowy, mogą wystąpić trudności z ewentualną eksmisją osoby, która np. przestała płacić czynsz. Przed podpisaniem umowy z wynajmującym warto sprawdzić także dokładnie tożsamość lokatora. Warto zapytać go także o aktualną pracę – obniży to ryzyko niepłacenia czynszu. Przed zniszczeniem mieszkania zabezpieczy nas kaucja. Jej wysokość najczęściej kształtuje się w przedziale jednej miesięcznej płatności za mieszkanie. Wynajmując mieszkanie obcej osobie możemy się spodziewać, że poprosi nas ona o udowodnienie właścicielstwa za pomocą odpowiednich dokumentów (np. wpis w księdze wieczystej).

Z wizytą w urzędzie

Po podpisaniu umowy, czas na jej zgłoszenie w odpowiedniej instytucji. Formalizując wynajem, nie możemy pominąć wizyty w urzędzie skarbowym. Wynajęcie mieszkania nie spowoduje obowiązku zakładania działalności gospodarczej, bo aby prywatnie udostępnić własne „M” lokatorowi, możemy rozliczać się jako osoba fizyczna.

Możliwości rozliczenia się z fiskusem są dwie: w formie ryczałtu albo na ogólnych zasadach.
W pierwszym przypadku musimy zapłacić podatek w wysokości 8,5% od kwoty przychodu. Jest to najniższy i najczęściej wybierany rodzaj opodatkowania przez osoby zarabiające na wynajmie.
W tym przypadku nie można odliczyć żadnych kosztów związanych z eksploatacją mieszkania (np. remont, umeblowanie). Podatek ten uiszczamy jednak dopiero wtedy, gdy lokator zapłaci nam czynsz.

Przy opodatkowaniu na zasadach ogólnych, mamy prawo do odliczenia poniesionych kosztów, np. na prace remontowe. Gdy zarobek na lokalu nie przekracza miesięcznie 528 złotych, rozliczamy się wedle stawki 18%, powyżej tej kwoty należy opłacić już stawkę 32%.  Podstawą opodatkowania na zasadach ogólnych jest dochód pomniejszony o nakłady na remonty, zakup wyposażenia itp. Powinien on zostać wykazany na wykazie przychodów i kosztów.

Decyzja o tym, którą formę wybrać, powinna zależeć od tego, czy właściciel mieszkania ponosi jakiekolwiek koszty związane z wynajmem. Jeśli sam płaci rachunki za media czy opłaty administracyjne, a dodatkowo przeprowadza w mieszkaniu remont, to podstawa opodatkowania się zmniejsza i rozliczanie na zasadach ogólnych może się dla niego okazać bardziej opłacalne niż płacenie kwoty zryczałtowanej.

Legalny wynajem = czysta korzyść

Przygotowanie odpowiedniej umowy najmu działa dwojako. Będzie odpowiednio zabezpieczało nasze interesy, ale da także poczucie bezpieczeństwa lokatorowi. Podpisanie jej na czas określony zapewnia właścicielowi mieszkania większą swobodę działania w przypadku, gdy konieczne będzie podjęcie kroków mających na celu rozwiązanie umowy lub eksmisję lokatora ze względu na niewywiązywanie się przez niego z postanowień umowy. Zgłoszenie do urzędu skarbowego daje natomiast poczucie bezpieczeństwa. Można powiedzieć, że jest przejawem troski o naszą nieruchomość. Zgłaszając wynajem do fiskusa nie musimy się obawiać kontroli ze strony urzędu skarbowego i ewentualnych konsekwencji karno-skarbowych z tytułu nielegalnego wynajmu.

– Dobrze sporządzona  umowa to połowa sukcesu inwestowania w wynajem, chroni nas bowiem przed przykrymi konsekwencjami współpracy z nieuczciwym  lokatorem. Rejestracja wynajmu w urzędzie skarbowym spowoduje zaś, że środki czerpane z wynajmu są dla nas uregulowanym prawnie źródłem dochodu, co pozytywnie wpływa na naszą zdolność kredytową, np. w przypadku starania się o kredyt bankowy na kolejną nieruchomość – mówi Kuba Karliński z Magmillon.

Źródło: Magmillon

O jedną czwartą wzrosła liczba firm realizujących działania społecznie odpowiedzialne w Polsce, prezentowanych w tegorocznej edycji Raportu „Odpowiedzialny biznes w Polsce. Dobre praktyki”. Ogłoszenie raportu, opracowywanego przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu od 15 lat, miało miejsce 30 marca br. w Centrum Kreatywności Targowa w Warszawie.

Raport „Odpowiedzialny biznes w Polsce. Dobre praktyki” stanowi największy w Polsce przegląd działań biznesu społecznie odpowiedzialnego w danym roku. 30 marca w Warszawie ogłoszony został po raz 15. Jubileuszowa edycja raportu zawiera opisy praktyk 180 firm, które swoje działania realizowały w 2016 roku. W porównaniu z rokiem 2015 liczba ta wzrosła o około jedną czwartą (w roku ubiegłym – 137 firm). Nigdy wcześniej tak wiele firm nie zgłosiło swoich działań CSR do publikacji. Rekordowa jest również reprezentacja małych i średnich przedsiębiorstw – 48 (w roku ubiegłym – 35; w raporcie za rok 2013 – 47), a także liczba zakwalifikowanych praktyk do raportu – 880 (w roku ubiegłym – 811), stanowiących sumę praktyk nowych i długoletnich. 461 to inicjatywy zgłoszone po raz pierwszy do raportu (w roku ubiegłym – 454), 419 z kolei było praktyk zgłoszonych po raz kolejny, ale realizowanych w 2016 roku (w roku ubiegłym – 359).

Tak duży wzrost liczby firm w Raporcie „Odpowiedzialny biznes w Polsce. Dobre praktyki” to świetna wiadomość dla wszystkich osób, które od lat namawiają do odpowiedzialnego zarządzania. W roku jubileuszowego wydania cieszy tym bardziej, gdyż udowadnia, że koncepcja CSR rozwija się i coraz więcej firm chce patrzeć na swój biznes w kategoriach wartości a nie tylko kategoriach zysku finansowego. To efekt wielu lat pracy menedżerów, menedżerek, organizacji pozarządowych, instytucji i środowisk akademickich, które pokazują, że da się współpracować i działać wspólnie na rzecz zrównoważonego rozwoju. Cieszę się, że Forum Odpowiedzialnego Biznesu zawsze inspirowało środowisko związane z CSR-em i nadal jest platformą dobrej współpracy – mówi Mirella Panek-Owsiańska, prezeska Forum Odpowiedzialnego Biznesu.

Praktyki w 7 obszarach

Podobnie jak w minionych edycjach praktyki z raportu zostały uporządkowane według siedmiu obszarów normy ISO 26000: ład organizacyjny, prawa człowieka, praktyki z zakresu pracy, środowisko, uczciwe praktyki operacyjne, zagadnienia konsumenckie, zaangażowanie społeczne i rozwój społeczności lokalnej. Wciąż widoczna jest duża dysproporcja między liczbą działań zgłaszanych przez firmy do raportu, np. 11 nowych praktyk w obszarze „prawa człowieka”, a 190 zakwalifikowanych do „zaangażowanie społeczne i rozwój społeczności lokalnej”. Do kwestii tej odnoszą się sami autorzy publikacji, przypominając potrzebę rozumienia CSR w sposób kompleksowy, nie tylko w ramach działań filantropijnych: „Choć działania w obszarze »zaangażowanie społeczne i rozwój społeczności lokalnej« przynoszą namacalne korzyści dla otoczenia, w którym funkcjonuje biznes, dojrzałe podejście do CSR wymaga dostrzeżenia i szukania zmian oraz konkretnych rozwiązań na innych polach, dla których wytyczne wyznaczyła wspomniana wcześniej norma” [cyt. s. 95 raportu].

Praktyki nowe

Nie pojawił się znaczący wzrost liczby nowych praktyk. W jubileuszowej edycji raportu działań firm zgłoszonych po raz pierwszy znajduje się 461, natomiast w ubiegłorocznej było ich 454. Obszarami, w których zauważalnie zwiększyła się ich liczba, są „środowisko” i „zagadnienia konsumenckie”.

W tym roku osiągnięta została rekordowa liczba 72 inicjatyw (w roku ubiegłym – 57) realizowanych w obszarze środowiska naturalnego. Tematycznie wciąż najchętniej działania z tego obszaru wyrażają się w edukacji ekologicznej. Coraz istotniejsze stają się praktyki, poprzez które firmy wspierają bioróżnorodność (widoczne zaangażowanie branży energetycznej), a także inwestują w zrównoważone budownictwo już nie tylko biur, ale także sklepów, fabryk czy hal produkcyjnych.

W porównaniu z poprzednią edycją raportu znacząco zwiększyła się liczba praktyk w obszarze „zagadnienia konsumenckie”. 42 zakwalifikowane praktyki (w roku ubiegłym – 26) dotyczyły w dużej mierze uczynienia bardziej dostępnymi dla np. osób starszych czy niepełnosprawnych produktów czy usług, a także bardziej zrozumiałymi proces zakupu czy podpisywania umów. Wskazywały także na konieczność edukowania klientów,  zarówno z zakresu procedur, jak i ostrzegania przed nieuczciwymi dostawcami usług.

Więcej praktyk pojawiło się również w obszarze „uczciwe praktyki operacyjne” – 28 (w roku ubiegłym – 22). Podejmowane inicjatywy skierowane są najczęściej do dostawców. Podnoszą ich świadomość w zakresie społecznej odpowiedzialności biznesu i bezpieczeństwa pracy. Zgłaszane były również praktyki mające na celu promocję CSR, zrównoważonego rozwoju wśród swoich interesariuszy. Firmy organizowały spotkania biznesowe, konferencje, wydawały publikacje.

Do obszaru „zaangażowanie społeczne i rozwój społeczności lokalnej” zakwalifikowanych zostało 190 praktyk (w roku ubiegłym 186). Podobnie jak w minionych edycjach duża ich część dotyczyła aktywności filantropijnej firm. Firmy prowadziły także działalność edukacyjną np. w zakresie zdrowia czy bezpieczeństwa. Wiele projektów skierowanych było do dzieci i młodzieży, część z nich skupiona na kształtowaniu i rozwijaniu ich umiejętności zawodowych, a także ducha przedsiębiorczości.

Wolontariat pracowniczy i bezpieczeństwo w miejscu pracy to wiodące zagadnienia podejmowane przez firmy w obszarze „praktyki z zakresu pracy”. Wśród 99 inicjatyw (w roku ubiegłym – 114) znalazły się między innymi te dotyczące partycypacji i integracji pracowniczej, rozwoju pracowników, przyjaznej rekrutacji i adaptacji. Nowością jest tzw. „mobilna rekrutacja” aktywizująca zawodowo wybrane społeczności lokalne.

W obszarze „ład organizacyjny” znalazło się 19 dobrych praktyk CSR (w roku ubiegłym 36). Wśród zgłaszanych działań uwagę zwracają rozwijanie przez firmy różnorodne formy angażowania interesariuszy w procesie dialogu. Nie są to już tylko panele, ale tworzone rady interesariuszy, zaproszenia do „okrągłego stołu” czy włączające warsztaty.

Podobnie jak we wcześniejszych edycjach, najmniej praktyk zgłoszonych zostało do obszaru „prawa człowieka” – 11 (w roku ubiegłym – 13). Dominuje temat zarządzania różnorodnością: popularyzacji zagadnienia wśród pracowników, wdrażania projektów mających na celu przeciwdziałanie wykluczeniu w miejscu pracy. Coraz częściej firmy także wprowadzają polityki i procedury różnorodnościowe czy antymobbingowe.

Po raz pierwszy z SDG

W tym roku raport „Odpowiedzialny biznes w Polsce. Dobre praktyki” po raz pierwszy połączony został z globalnymi 17 Celami Zrównoważonego Rozwoju (Sustainable Development Goals – SDG), ustanowionymi przez ONZ w 2015 roku. Obok tradycyjnego zakwalifikowania do danego obszaru normy ISO 26000 praktykom w raporcie zostały przyporządkowane również realizowane przez nie cele SDG. „W niniejszej edycji Raportu po raz pierwszy postanowiliśmy powiązać dobre praktyki firm z Celami Zrównoważonego Rozwoju, do osiągnięcia których się przyczyniają. Chcemy w ten sposób promować Cele i zachęcać wszystkie firmy, aby tworząc i realizując czy to pojedyncze działania, czy też całe strategie odpowiedzialnego biznesu – brały pod uwagę wyzwania zrównoważonego rozwoju zdefiniowane na poziomie globalnym” – tłumaczą autorzy raportu [s. 18 raportu].

Na podstawie danych z raportu można stwierdzić, że biznes w Polsce najczęściej przyczynia się do realizacji celu 4. Dobra jakość edukacji – 92 praktyki, a także celu 3. Dobre zdrowie i jakość życia – 69 praktyk. Ważnym, ale mniej popularnym jest cel 11. Zrównoważone miasta i społeczności – 38 praktyk. Najmniej praktyk reprezentuje cel 17. Partnerstwo na rzecz Celów – 6 praktyk i cel 14. Życie pod wodą – 1 praktyka.

Podsumowanie 2016 roku

Jubileuszowa edycja raportu to, obok rekordowej liczby firm i praktyk CSR, zbiór informacji podsumowujących miniony rok w odpowiedzialnym biznesie. We wstępie opublikowanych zostało 8 artykułów eksperckich. W przeglądzie mediów rekomendowano do przeczytania 33 artykuły, a także zestawienia najważniejszych wydarzeń i inicjatyw minionego roku.

Podczas ogłoszenie raportu „Odpowiedzialny biznes w Polsce 2016. Dobre praktyki” 30 marca br. w Centrum Kreatywności Targowa w Warszawie, odbyło się również wręczenie nagród w konkursie „Pióro odpowiedzialności” autorom najlepszych artykułów 2016 roku poświęconych tematowi odpowiedzialnego biznesu. Nagrodzone i wyróżnione zostały osoby publikujące na łamach następujących tytułów: As Biznesu, Dziennik Gazeta Prawna, gazetaprawna.pl, Gazeta Wyborcza, Hotelarz, Nienieodpowiedzialni.

W tym dniu do grona firm partnerskich Forum Odpowiedzialnego Biznesu dołączyło także 5 organizacji. Z branży handlowej – Carrefour Polska, energetycznej – Enea i Fundacja Veolia Polska należąca do Grupy Veolia w Polsce, technologicznej i IT – IBM Polska, budowlanej – LafargeHolcim w Polsce.

Raport „Odpowiedzialny biznes w Polsce. Dobre praktyki” to najważniejsza cykliczna publikacja Forum Odpowiedzialnego Biznesu, wydawana od 2002 roku. Raport jest przeglądem aktywności firm, które zgłosiły swoje działania w zakresie CSR, oraz podsumowuje najważniejsze kwestie związane z odpowiedzialnym biznesem w danym roku w Polsce. W części wprowadzającej znajdują się artykuły i komentarze ekspertów/ekspertek. Stałym elementem publikacji jest także przegląd wybranych artykułów prasowych oraz kalendarium wydarzeń związanych z CSR.

Źródło: Forum Odpowiedzialnego Biznesu

W przeddzień uruchomienia procedury wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii w szkockim parlamencie przegłosowano decyzję o zorganizowaniu drugiego referendum niepodległościowego, które wedle zapowiedzi Nicoli Strugeon mogłoby się odbyć przed opuszczeniem Wspólnoty. Na przeprowadzenie plebiscytu zgodę musi wydać jeszcze Londyn, a taką możliwość w trakcie Brexitowych negocjacji zdecydowanie odrzuca Theresa May. To jednak wyraźny sygnał dla Europy, że administracja w Edynburgu chciałaby pozostać częścią Unii i wspólnego rynku, mimo że wymiana handlowa Szkocji ze Wspólnotą jest czterokrotnie niższa niż z resztą Zjednoczonego Królestwa.

Stosunkiem głosów 69 do 59 przeforsowano we wtorek decyzję o wystąpieniu do administracji w Londynie z wnioskiem o przeprowadzenie drugiego referendum niepodległościowego w Szkocji. Miałoby się ono odbyć gdzieś pomiędzy jesienią 2018 a wiosną 2019, czyli jeszcze przed formalnym wystąpieniem Wielkiej Brytanii z Unii. Według Nicoli Strugeon, przewodniczącej Szkockiej Partii Narodowej to dobry czas, aby świadomi warunków Brexitu Szkoci mogli ponownie wypowiedzieć się w kwestii niepodległości ich kraju. Decyzja w tej sprawie miała zapaść już tydzień temu, ale z uwagi na zamach terrorystyczny w Londynie przerwano posiedzenie szkockiego parlamentu. Ostatnie głosowanie niepodległościowe zorganizowano w 2014 roku. Wtedy 55 proc. głosujących opowiedziało się za pozostaniem Szkocji w Unii Brytyjskiej. Co więc się zmieniło?

Przede wszystkim zeszłoroczne referendum o odłączeniu się Wielkiej Brytanii od EU sprawiło, że Szkocja została zmuszona do opuszczenia Wspólnoty wraz z resztą Zjednoczonego Królestwa. W plebiscycie dotyczącym Brexitu Szkoci zdecydowaną większością głosów (62 do 38 proc.) opowiedzieli się za pozostaniem w Unii. Nie bez znaczenia pozostaje także fakt, że Londyn zdecydował się na twardy Brexit wychodząc tym samym ze wspólnego europejskiego rynku, na czym z kolei bardzo zależało władzom w Edynburgu. Poza tym ważnym argumentem przed poprzednim referendum niepodległościowym, była obietnica ówczesnego premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona o zwiększeniu szkockich praw w ramach federacji. Aktualne badania szkockiej opinii publicznej wskazują, że wciąż ponad połowa Szkotów jest za pozostaniem w Wielkiej Brytanii, różnice są jednak niewielkie i w rzeczywistym referendum szalę zwycięstwa może przechylić grupa obecnie niezdecydowanych.

Decyzja o wystąpieniu z żądaniem do Londynu o przeprowadzenie ponownego referendum jest rzecz jasna nie na rękę brytyjskiej premier, która w obliczu czekających ją negocjacji z Brukselą będzie musiała stawić czoła także postulatom Nicoli Strugeon. Złagodzenia napiętych relacji między Londynem a Edynburgiem nie poprawiło poniedzialkowe spotkanie w Glasgow, po którym szkocka premier mówiła, że jest już sfrustrowana ciągłym ignorowaniem jej postulatów, a Szkoci mają pełne prawo, aby decydować o własnej przyszłości, w tym o relacjach z Unia Europejską i byciu częścią wspólnego rynku. W tym samym czasie Theresa May apelowała o jedność Królestwa, bo ewentualne spory doprowadzą do podziałów i osłabienia pozycji negocjacyjnej z Unią, z którą Wielka Brytania właśnie zaczyna się żegnać.

Nicoli Strugeon natomiast przy każdej okazji podkreśla, że jednym z najważniejszych argumentów, które przekonały Szkotów do pozostania w Wielkiej Brytanii był właśnie udział we wspólnym rynku Unii, choć najnowsze dane opublikowane przez Scottish National Statistics (odpowiednik polskiego GUS) wskazują, że rachunek ekonomiczny przemawia za sojuszem ze Zjednoczonym Królestwem.

Szkocja daje wyraźnie do zrozumienia, że ponad Unię Brytyjską w obecnym kształcie wolałaby dotychczasowe zasady współpracy z krajami zrzeszonymi we Wspólnocie. Wielu jednak twierdzi, że do secesji nie dojdzie, ale wiele osób zakładało także, że nie ma większych szans na Brexit, którego początek właśnie obserwujemy. Jeśli jednak dojdzie do podziału Zjednoczonego Królestwa przed Szkocją otworzą się nowe możliwości związane ze współpracą z 27 krajami Wspólnoty. Do Szkocji zamiast do kontynentalnej Europy może przenieść się na przykład ta część biznesu, dla którego priorytetem jest udział we wspólnym rynku. Szkocja spełnia ponadto wszystkie warunki polityczno-gospodarcze, aby jako niepodległe państwo mogło szybko zastąpić Wielką Brytanię Unii, przez dziesięciolecia była przecież jej częścią. To z kolei może oznaczać rywalizację z resztą UK, o to, kto zaproponuje lepsze warunki do prowadzenia biznesu. May zrobiła już w tym kierunku pierwsze kroki sugerując, że w przypadku niezadowalającego rezultatu Brexitowych negocjacji nie zawaha się uczynić z Wielkiej Brytanii raju podatkowego. Miałoby się tak stać tylko w obliczu konieczności ratowania brytyjskiej gospodarki. Z punktu widzenia konkurencyjności i niepodległościowych dążeń Nicoli Strugeon taka rywalizacja mogłaby być bardzo opłacalna na tle innych europejskich gospodarek, a oferta Szkocji wyjątkowo atrakcyjna dla firm na kontynencie, ale nie tylko – mówi Agnieszka Moryc, dyr. zarządzająca w Admiral Tax, polsko-brytyjskiej firmie doradztwa podatkowego.

Póki co Szkocji po drodze nieco bardziej z Wielką Brytania niż z Unią Europejską, co potwierdzają dane Scottish National Statistics. Spośród całkowitej wartości szkockiego eksportu w 2015 roku (78,6 mld funtów) tylko 12,3 mld funtów (16 proc.) stanowił eksport do krajów Unii. To nieporównywalnie mniej niż eksport do reszty Zjednoczonego Królestwa, który w tym samym czasie oszacowano na 49,8 mld funtów (63 proc.). Pozostałe dobra o wartości 16,4 mld funtów (21 proc.) wyeksportowano do innych krajów na świecie, a największym beneficjentem międzynarodowego eksportu Szkocji były Stany Zjednoczone (4,6 mld funtów).

Cały międzynarodowy eksport Szkocji w 2015 roku (wyłączając jednak ropę i gaz) wyniósł 28,7 mld funtów i wzrósł o miliard funtów (3,6 proc.) w porównaniu do 27,7 mld funtów rok wcześniej. Do najważniejszych eksportowanych usług i gałęzi przemysłu Szkocji należną natomiast: przemysł spożywczy (żywność i napoje – 4,8 mld funtów), usługi profesjonalne, naukowe i techniczne, a wśród nich prawne, księgowe, zarządcze, architektoniczne, inżynieryjne, testy techniczne i usługi analityczne (3,5 mld funtów), przemysł chemiczny i rafineryjny (2,8 mld funtów), górnictwo i przemysł wydobywczy (2,1 mld funtów). Wśród największych odbiorców szkockiego eksportu w Unii Europejskiej zaliczają się kolejno: Holandia (2,3 mld funtów), Francja i Niemcy (po 1,8 mld funtów).

Władze w Edynburgu wiedzą, że udział w Zjednoczonym Królestwie jest z ekonomicznego punktu widzenia zdecydowanie bardziej opłacalny i to od obecnego sojuszu w dużej mierze zależy dobrobyt Szkocji. Jednocześnie jednak nie chcą tracić możliwości wolnego handlu z europejskimi partnerami, a już na pewno nie chcą wybierać pomiędzy wolnym eksportem do Unii Brytyjskiej czy Unii Europejskiej. Z drugiej jednak strony Edynburg zdaje sobie sprawę ze swojej silnej pozycji negocjacyjnej, choćby dlatego, że szkockie pokłady ropy to nawet 90 proc. pozostałych rezerw Wielkiej Brytanii. Niewykluczone także, że kolejne referendum niepodległościowe to próba politycznego szantażu Londynu mająca na celu zwiększenie autonomii wewnątrz federacji, bo jak wskazują zwolennicy Nicoli Strugeon – Wielka Brytania jest silna dzięki Szkocji. Jeśli jednak ponownie niemożliwe stanie się rzeczywistością, tak jak to było z Brexitem i Szkocja odłączy się od Zjednoczonego Królestwa to jedynym racjonalnym kierunkiem dla Szkotów będzie Unia Europejska

Autor: Krzysztof Oflakowski

O 20-30 groszy spadły ceny podstawowych paliw na polskich stacjach benzynowych. Niestety, trend z kilku ostatnich tygodni już wyhamował i prawdopodobnie dość szybko się odwróci. Stanie się tak przede wszystkim w następstwie rosnącego popytu i ograniczonej podaży – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Miesiąc temu ropa (odmiana Brent) kosztowała ok. 56-57 dolarów za baryłkę, ale w drugiej połowie marca potaniała o 10 proc., a przez osłabienie amerykańskiej waluty i wzmocnienie polskiej, spadek cen wyrażony w złotym dochodził nawet do 15 proc.

Ceny gotowych paliw podążały w podobnym kierunku. Litr benzyny bezołowiowej 95 na rynku ARA (Amsterdam – Rotterdam – Antwerpia) spadł z ok. 1,8 do 1,5 zł. Podobnie wyglądała sytuacja diesla w holenderskich portach, których notowania wyznaczają koszt paliw w Europie. Wartość paliwa do silników wysokoprężnych obniżyła się w miesiąc z 1,75 do 1,52 zł za litr.

Nieudana gra na wzrosty

Rynek ropy, podobnie jak innych surowców, w krótkim terminie ulega wpływom kapitału spekulacyjnego. Jednak już w perspektywie kilku kwartałów notowania Brent najczęściej odzwierciedlają fundamentalne zmiany, czyli trendy popytu i podaży.

Pod koniec listopada, gdy kraje z OPEC zawarły porozumienie o ograniczeniu wydobycia ropy naftowej, znaczna część inwestorów oceniła, że gasną szanse na obniżki cen ropy, natomiast podwyżki stają się bardzo prawdopodobne. To spowodowało, że liczba kontraktów terminowych, nastawiona na dalszą aprecjację tego surowca (potocznie nazywanych pozycją długą), zwiększyła się według danych CFTC z 276 tys. do ponad 550 tys. To było jednocześnie największe zaangażowanie kapitału spekulacyjnego na rynku ropy w historii.

Jednak pod koniec lutego, mimo wypełnienia porozumienia o ograniczeniu wydobycia przez kraje OPEC i państwa spoza kartelu, ropa zamiast zyskiwać na wartości zaczęła lekko tracić. To prawdopodobnie wywołało małą panikę wśród inwestorów spekulacyjnych, którzy zaczęli po coraz niższych cenach zamykać długie pozycje, zwiększając przy tym skalę spadku. Między 10 a 17 marca o 100 tys. spadła liczba otwartych kontraktów nastawionych na wzrosty.

Tym sposobem odmiana Brent kosztowała w marcu najmniej od listopada ub.r. Wydarzenia na rynkach finansowych pomogły więc również sprowadzić ceny na polskich stacjach niżej. Trudno jednak liczyć na równie tanie tankowanie w niedalekiej przyszłości.

Fundamenty przemawiają za wyższymi cenami

Według danych Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) od sierpnia do grudnia ub.r. zapasy ropy naftowej i jej produktów spadły o 120 mln baryłek – do poziomu 2,98 mld. Wiązało się to głównie ze znacznym wzrostem popytu w czwartym kwartale 2016 r. Ten trend, według marcowego raportu IEA, został zatrzymany, ale perspektywy dla surowca pozostają względnie dobre.

Agencja szacuje, że w pierwszej połowie roku, o ile porozumienie o ograniczeniu produkcji utrzyma się do czerwca, zapasy ropy naftowej w krajach OECD (organizacja zrzeszająca najbardziej uprzemysłowione i rozwinięte ekonomicznie państwa demokratyczne) będą się obniżać średnio o 500 tys. baryłek dziennie. To oznacza, że do lipca rezerwa zmagazynowanego surowca zmniejszy się o kolejne 100 mln baryłek.

Teoretycznie można mieć nadzieję, że producenci ropy łupkowej w drugiej połowie 2017 r. mogliby wywołać presję spadkową na ceny. Jednak, nawet biorąc pod uwagę wyjątkowo szybki wzrost wydobycia tego surowca w USA (z 8,5 mln baryłek w październiku do 9,1 mln baryłek dziennie obecnie), trudno będzie spełnić te oczekiwania.

IEA ocenia, że globalny popyt na ropę wzrośnie w tym roku o 1,4 mln baryłek w ujęciu dziennym. Dodatkowo istnieje duże ryzyko, że OPEC i inni producenci przedłużą ograniczenie wydobycia również na drugą połowę roku, co przełoży się na skuteczną przeciwwagę dla rosnącej produkcji w USA.
W rezultacie kolejne miesiące na rynku ropy naftowej upłyną pod dyktando spadających globalnych zapasów. To z kolei zwiększy prawdopodobieństwo, że ceny surowca przesuną się ponownie z ok. 50 USD za baryłkę w rejon 55-60 USD za baryłkę. Skutki tego dość szybko odczujemy przy dystrybutorach. W porównaniu z cenami obowiązującymi obecnie benzyna bezołowiowa i diesel podrożeją o ok. 20 groszy.

Autor:  Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

 

 

W części I tego mini-cyklu dla frankowiczów opisywałem moją ulubioną metodę walki z bankowym oprawcą, tj. zastosowanie „techniki Rambo”. Nie w każdej sytuacji jest to działanie, które polecam. Kiedy taka walka ma sens, tj. kiedy kredytobiorca zawsze wygra, wybierając tę metodę walki?

Na pewno, jeśli znajduje się w opisanej poniżej sytuacji.

  1. Frankowicz nie ma środków na spłatę kredytu, lub podjął decyzję, że czas stanąć do walki z kredytodawcą (także w sytuacji, kiedy jest w stanie spłacać zadłużenie).
  1. Wartość nieruchomości to mniej więcej tyle samo, ile wynosi obecna kwota kredytu (po przeliczeniu na PLN), lub zadłużenie przewyższa wartość rynkową nieruchomości.
  1. Kredytobiorca ma silne nerwy i nie boi stanąć do walki z bankowym oprawcą.

Jeśli więc jesteś frankowiczem i w Twoim przypadku trzy powyższe warunki są spełnione, nie mam wątpliwości, że walka „techniką Rambo” to działanie w pełni optymalne. Lecz są także sytuacje, kiedy

Rambo mówi NIE

Jeśli frankowicz radzi sobie ze spłatą zobowiązania – lepiej, lub gorzej, ale na ratę zawsze środki uzbiera. To jest warunek podstawowy,  jeśli bowiem  kredytobiorca środków na spłatę nie posiada – musi jakieś działania obronne podjąć.

Rambo powinien powiedzieć NIE, jeśli dodatkowo:

  1. Frankowicz posiada inne nieruchomości, stałą pracę i niespecjalnie chce wchodzić w kilkuletni spór z bankiem, który nie wiadomo jak się zakończy

lub

  1. Wartość nieruchomości w sposób istotny jest wyższa od kwoty kredytu;

lub

  1. Kredytobiorca (czy też jego rodzina) są przeciwni takiemu rozwiązaniu, ze względu na słabą psychikę, lub uznanie, że zaprzestanie spłaty kredytu jest czynem nie do końca moralnym.

Krótko mówiąc przed podjęciem walki robimy analizę potencjalnych zysków i strat (także moralnych) i w przedstawionych powyżej sytuacjach odradzam podjęcie walki „techniką Rambo”. Więc albo płacisz i płaczesz, albo pozywasz bank – jest to metoda polecana przez kancelarie prawne, które w tego typu postępowaniach się wyspecjalizowały.

Kiedy jest sens pozwać bank?

„Atak” na funkcjonującą umowę to metoda walki dla bogatych. Bowiem poza środkami na spłatę zobowiązania musisz jeszcze znaleźć pieniądze na rozliczenie się z kancelarią, której zlecisz tę sprawę. Jeśli spór w sądzie przegrasz, musisz jeszcze pokryć koszty zastępstwa procesowego, a to jest od kilku do kilkunastu tysięcy złotych, zależy jak długo będzie trwał spór.

Przechodzimy więc do kolejnej, bardzo ważnej kwestii, tj. jakie są koszty, które poniesiesz walcząc w sądzie z bankiem. Szacunkowo wygląda to mniej więcej tak:

  1. Koszty sądowe – 1000 zł za każdą instancję, ale pod warunkiem, że jesteś konsumentem (w większości przypadków ten warunek będzie spełniony).
  1. Koszty prowadzenia sprawy w sposób standardowy (tj. poza opcją opisaną ust. 3. poniżej) – średnio to 10 tys. zł za jedną instancję.
  1. Koszty prowadzenia postępowania zmierzającego do podważenia istnienia długu (jak nie wiesz o co chodzi – wróć do lektury Części I.) – to około 5% wartości przedmiotu sporu. Uwaga – ta forma walki z bankiem dotyczy wyłącznie sytuacji, kiedy jesteś pozwanym, a nie powodem. Czyli nie możemy iść tą drogą, jeśli planujemy zaatakować funkcjonującą umowę.

Zwykle kancelaria prowadząca sprawę zastrzega sobie jeszcze premię za sukces, tj. dodatkowe wynagrodzenie w przypadku wygrania sprawy.

No tak, wtedy chętnie się zyskiem podzielisz. Gorzej, jeśli sąd przyzna rację drugiej stronie. Jak widać z powyższego, decydując się na ten sposób walki z bankiem, czyli atak na funkcjonującą umowę, ryzykujesz całkiem niezłą sumkę. W razie przegranej w sądzie twoja sytuacja się nie poprawi, a ty musisz wysupłać dodatkowo kwotę od 30 do 40 tysięcy złotych, aby pokryć koszty nieudanej sądowej batalii. Z tej właśnie przyczyny w większości przypadków odradzam klientom tę drogę, szczególnie, jeśli nie posiadają oni znacznych nadwyżek w budżecie domowym.

 A może upadłość konsumencka?

Kolejny sposób rozstania się na dobre z toksycznym kredytem to upadłość konsumencka.

Z pewnością świetnie brzmi w uszach taka forma pozbycia się długów, szczególnie, że do „sądowej „niszczarki zobowiązań” możemy wrzucić nie tylko kredyt „frankowy”. Jako osoba nieźle zaprawiona w bojach z sądami upadłościowymi, przestrzegam: z roku na rok sędziowie coraz surowiej podchodzą do wniosków o upadłość. Na początek należy zrobić pełną analizę danego przypadku, czy nie napotkamy na problem i wtedy sprawa zakończy się oddaleniem wniosku. A to z kolei zamyka nam drogę do upadłości konsumenckiej na okres kolejnych 10 lat (tu są wyjątki, ale nie chcę tematu tego rozwijać). Zakładając, że w twoim przypadku prawdopodobieństwo oddalenia wniosku o upadłość jest niewielkie, warto zastanowić się, kiedy takie rozwiązanie jest najlepsze. Oto moja opinia w tym względzie.

  1. Oprócz kredytu „frankowego” posiadasz inne zobowiązania.
  2. Nie jesteś nastawiony na wieloletnią walkę w sądach (z jednym lub z kilkoma wierzycielami). Czyli chcesz w miarę szybko uwolnić się od długów i zacząć „Życie II”,  godząc się na utratę nieruchomości oraz środków jakie w nią zainwestowałeś.

Pytanie o koszty przeprowadzenia upadłości konsumenckiej. To wyjątkowo tani sposób pozbycia się długów. W sądzie zapłacisz … 30 zł, plus to co będziesz musiał zapłacić kancelarii, której zlecisz opracowanie wniosku. (możesz także sam napisać taki wniosek, jeśli czujesz się na siłach). Jeśli chodzi o wartość takiej usługi, mogę napisać jedynie jak wyceniamy taką pracę w kierowanej przeze mnie Kancelarii. Opracowanie wniosku to koszt od 2 do 3 tysięcy złotych, w zależności od trudności sprawy. Mogą dojść jeszcze koszty „przygotowania do upadłości”, tu już wyceniamy indywidualnie każdy przypadek. Ma to miejsce, jeśli w okresie zgłoszenia zamówienia na taką usługę, klient nie spełnia warunków, lub musi uprzednio wykonać kilka działań (zgodnych z duchem stosownej ustawy), aby nie wszystko oddać syndykowi do sprzedaży.

Jeśli jednak kredytobiorca „frankowy” nie ma innych zobowiązań i ma choć trochę siły na podjęcie walki w słusznej sprawie, wtedy zdecydowanie odradzam upadłość konsumencką. No tak, zapytasz, chętnie bym powalczył, ale nie stać mnie na to. Nawet jak zaprzestanę spłaty kredytu, to mogę ledwie zarobić na chleb i utrzymanie. Czy jest dla mnie nadzieja na wejście w spór z bankiem? I co mogę wygrać?

Tak, opracowałem metodę działania także w takiej sytuacji, co opisuję w kolejnym akapicie. Można wygrać mnóstwo czasu, czyli minimum 6 lat „darmowych obiadków”: przez tak długi okres czerpiesz korzyści z nieruchomości, nie płacąc nic a nic na poczet toksycznego kredytu.

Bieda – obrona, czyli jak walczyć w sądzie z bankiem nie posiadając środków opłacenie kancelarii prawnej

Bieda – obrona, to wejście w merytoryczny spór z bankiem, a nie prawny. Bo do tergo nie potrzeba profesjonalnej kancelarii prawnej. Najpierw trzeba pisać do banku podania o restrukturyzację, ale proponując takie warunki spłaty, jakie jesteś w stanie udźwignąć. Bank każe ci spłacać po 3 tys. zł miesięcznie, a ty możesz na ratę wysupłać ledwie 500 zł – to wystąp z takim podaniem. Bank się nie zgodzi? Pisz dalej, drugi raz, trzeci, aż bankowi się znudzi ta zabawa i otrzymasz wypowiedzenie umowy. Już zyskałeś na tym około pół roku… Bo oczywiście w okresie korespondencji nie spłacasz nic ponadto co deklarujesz w swoich podaniach. Po jakimś czasie, znowu pewnie upłynie kolejne pół roku otrzymasz pocztą grubą korespondencję. Tym razem z sądu. Będzie to pozew.  Od dnia odbioru masz dokładnie 14 dni na odpowiedź. Albo napiszesz sam – tu powołujesz się na całą twoją wiedzę o kredytach pseudo-frankowych (w razie co masa informacji na ten temat jest dostępna w Internecie) oraz zarzucasz bankowi, że nie umiał przeprowadzić prostej restrukturyzacji. Odpowiednimi sztuczkami – na ten temat także wiedzę pozyskasz w sieci – możesz przedłużać znacząco procedurę w sądzie. A tam są co najmniej dwie instancje, przy czym przerwa pomiędzy I-szą, a II-gą to minimum 1.5 roku. Co dalej?

 Przegrasz, ale … i tak wygrasz!

No właśnie, pewnie w sądzie polegniesz. Tyle, że nie wydając prawie nic, zyskałeś już 4 lata (a może więcej?), oczywiście wtedy nawet nie pomyśl, aby spłacać kredyt!

Przed tobą jeszcze 2 lata od przegranej do egzekucji komorniczej. Bank będzie chciał cię wyekspediować z mieszkania wraz z rodziną przy pomocy komornika. Pozwolisz na to? Nigdy w życiu! Jak będzie zbliżał się termin licytacji po prostu składasz wniosek o upadłość konsumencką. Zobacz ile zyskałeś: gdybyś zrobił to na początku, nie mógłbyś sobie mieszkać jak Lord Cox w swoim mieszkaniu: całkiem za frico. A jeśli nie mieszkasz w kredytowanej nieruchomości – przez 6 lat możesz ją wynajmować, przy czym cała kasa z tego tytułu (poza podatkiem) jest dla ciebie!

Jeśli nie czujesz się na siłach, aby tworzyć stosowne pisma do sądu, idź do sprytnego bankowca i ten pomoże ci stworzyć takowe za maks. 2 tysiące zł. Apelację możesz napisać sam, powtórzysz swoje zarzuty, które zgłaszałeś w I instancji. Plus coś tam dopiszesz, odnosząc się do przebiegu postępowania. Na przykład wpiszesz zarzut, że sąd nie powołał w twojej sprawie danego świadka, o co wnioskowałeś w piśmie procesowym.

Składasz broń, czy staniesz do walki w słusznej sprawie?

Jak widzisz, możliwości podjęcia walki z bankowym oprawcą jest sporo. I niemal zawsze wychodzisz z tego boju wygrany (poza sytuacją, kiedy to ty pozwiesz bank i sąd nie przyzna ci racji).  Nie wiadomo tylko ile wygrasz. Dlatego też zdecydowanie odradzam asekuranctwo i przyjęcie założenia, że w sądzie jesteś na z góry przegranej pozycji, szczególnie, jeśli nie stać cię na profesjonalną kancelarię.

To Twoje życie, Twoja Rodzina i Twoje pieniądze! Pokaż, że Polak potrafi. Nie ułatwiaj bank-dytom życia. Nawet nie mając odpowiednich zasobów finansowych, możesz im nieźle zaleźć za skórę. I przede wszystkim: będzie to z korzyścią dla Ciebie i Twoich najbliższych.

Autor: Krzysztof OPPENHEIM

Polacy coraz chętniej sięgają po nowe rozwiązania dokonując codziennych płatności. Jak podaje NBP, częściej już płacimy zbliżeniowo (59% transakcji) niż poprzez tradycyjne włożenie karty do terminala. Według Mastercarda, pod względem zbliżeniowego płacenia za codzienne zakupy jesteśmy najlepsi w Europie. Nasza otwartość na nowe formy płatności sprawia, że bez obaw wprowadzane są kolejne nowinki – płatności za pomocą smartfonów. Choć wprowadzają jeszcze większą wygodę w zakresie płatności, sprawiają również, że coraz ważniejsza staje się kwestia bezpieczeństwa naszego smartfona. Eksperci Expandera i Linuxa podpowiadają, jak bezpiecznie poruszać się po świecie mobilnych płatności.

Jak korzystać z portfela nie zabierając go z domu

Na naszym rynku funkcjonuje już wiele rozwiązań, dzięki którym możemy dokonywać płatności przy użyciu telefonu. Jednym z nich jest BLIK, który pozwala szybko i wygodnie płacić pieniędzmi zgromadzonymi na rachunku bankowym bez użycia karty płatniczej. System jest już dostępny w siedmiu bankach i opiera się na ich aplikacjach mobilnych. Dzięki niemu nie tylko zapłacimy za produkty w sklepie (tradycyjnym lub internetowym). BLIK pozwala również wypłacić pieniądze z wybranych bankomatów. Dzięki niemu możemy też dokonywać natychmiastowych przelewów na numer telefonu innych użytkowników BLIKa. Nie trzeba więc już zapamiętywać długich numerów rachunków bankowych, gdy chcemy przesłać komuś pieniądze.

Drugim rozwiązaniem, które pozwala przemienić telefon w portfel, jest wykonywanie mobilnych płatności dzięki technologii NFC. Sprawia ona, że telefonem można płacić w taki sam sposób jakby był on kartą zbliżeniową. – Aby skorzystać z tej opcji po pierwsze trzeba posiadać model smartfona, który ma wbudowaną funkcję NFC. To jednak nie wszystko. Usługa musi pobierać pieniądze z jakiegoś rachunku. Trzeba więc również włączyć taką formę płatności w swoim banku lub poprzez Android Pay – mówi Jarosław Sadowski, ekspert Expandera. – Warto też dodać, że podobnie jak w przypadku kart zbliżeniowych, płatności do 50 zł nie trzeba zatwierdzać PIN-em. System pozwala jednak na dokonanie płatności tylko jeśli włączona jest funkcja NFC i jeśli telefon został wybudzony (nie jest wyłączony ani uśpiony)

Zadbajmy o bezpieczeństwo

Podobnie, jak miało to miejsce najpierw w przypadku kart płatniczych, które zrewolucjonizowały dokonywanie płatności, również wprowadzenie smart-technologii w świecie finansów, może wywołać pytania dotyczące bezpieczeństwa. – Dane pokazują, że w 2015 r. ponad co piąte przestępstwo bankowe popełnione w Polsce miało związek właśnie z e-bankowością. Zapewnienie bezpieczeństwa transakcji online i mobilnych to dziś jedno z największych wyzwań stojących przed instytucjami finansowymi, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę tempo rozwoju nowych technologii. Stawką dla banków jest ich własna reputacja, która ma bezpośredni wpływ na pozyskanie nowych i utrzymanie dotychczasowych klientów. Dlatego inwestycje w bezpieczeństwo są dla nich priorytetem. Według badań, to właśnie w tym obszarze instytucje finansowe lokują największą część budżetu przeznaczonego na inwestycje technologiczne – mówi Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska, organizator konferencji Open Source Day, największego w Europie wydarzenia poświęconego otwartemu oprogramowaniu.

Podstawowe zasady bezpieczeństwa

Instalując na telefonie aplikację bankową czy wykorzystując płatności NFC warto pamiętać o kilku zasadach bezpieczeństwa, które mogą uchronić nas przed kłopotami. – Przede wszystkim dbajmy o to, aby na naszym telefonie nie znalazły się wirusy. Warto więc zainstalować program antywirusowy, nie wchodzić na podejrzane strony internetowe ani nie instalować na telefonie aplikacji z niepewnych źródeł. – przypomina Jarosław Sadowski, ekspert Expandera. – Chrońmy także nasze dane, które są potrzebne do logowania się. PIN do telefonu czy hasło do aplikacji bankowej wprowadzajmy w taki sposób, aby nikt nie był w stanie ich podejrzeć. Poza tym powinny być one odpowiednio skomplikowane, aby nie można było w łatwy sposób ich odgadnąć. W aplikacji dedykowanej bankowości elektronicznej czy na wirtualnej karcie płatniczej zwykle możemy również wprowadzić limity, które ograniczą liczbę możliwych do przeprowadzenia transakcji czy ich wysokość.

Jeśli będziemy stosować się do tych zasad, transakcje wykonywane przy użyciu telefonu powinny być równe bezpieczne, jak te z wykorzystaniem kart płatniczych. Dzięki możliwości wykonywania mobilnych płatności, zyskujemy komfort w sytuacjach, kiedy np. zapomnimy zabrać z domu portfel.

Należy też dodać, że same systemy płatności też mają wbudowane pewne zabezpieczenia. Dla przykładu aby zaakceptować transakcję BLIK-iem musimy podać sześciocyfrowy kod prezentowany w aplikacji mobilnej banku. Jest on jednak aktualny tylko przez 2 minuty. W ten sposób, nawet jeśli ktoś podejrzy cyfry, będzie mu niezwykle trudno je wykorzystać. Sama znajomość kodu nie wystarczy bowiem do dokonania płatności. Po jego wpisaniu na terminalu trzeba jeszcze zaakceptować płatność w telefonie, który wyświetla  szczegóły dokonywanej transakcji: nazwa, kwota, a także punkt, w którym dokonujemy zakupów. Wtedy dopiero podejmujemy ostateczną decyzję o płatności. Jeżeli kwota transakcji będzie wyższa niż ustalony próg (np. 50 zł), w trakcie potwierdzania płatności będziemy proszeni o podanie kodu PIN. Taki proces zapewnia pełne bezpieczeństwo transakcji i ochronę danych klienta.

Źródło: Lightscape

Przedstawiciele linii Ryanair przestrzegają, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż po marcu 2019 roku przez pewien czas nie będzie połączeń lotniczych między Wielką Brytanią a Unią Europejską. Wszystko za sprawą Brexitu.
Umowa w sprawie przemysłu lotniczego między UE a Wielką Brytanią powinna być, zdaniem szefa marketingu Ryanaira Kenny Jacobsa, zawarta jak najszybciej. Chodzi bowiem o harmonogramy lotów na lato 2019 roku, które linie lotnicze muszą sfinalizować w pierwszej połowie przyszłego roku.

Linie lotnicze z siedzibą w UE mają prawo obsługiwać loty do, z i w granicach dowolnego państwa unijnego dzięki powstałemu w latach 90. wspólnemu europejskiemu obszarowi lotniczemu. W środę rząd w Londynie uruchomił jednak oficjalnie procedury wystąpienia ze Wspólnoty. Dlatego teraz kraj musi w ciągu zaledwie dwóch lat, do marca 2019 roku, renegocjować warunki dostępu do dotychczasowego rynku lub stworzyć alternatywny system.

Skutki Brexitu najdotkliwiej dotkną linie lotnicze z siedzibą w Wielkiej Brytanii. To one bowiem najbardziej korzystają z prawa do obsługiwania połączeń między innymi krajami UE oraz do lotów z i do Wielkiej Brytanii.

Od referendum w czerwcu 2016 roku, w którym Brytyjczycy zdecydowali o wyjściu kraju z UE, kurs akcji easyJet spadł o 35 proc., Wizz Aira o 18 proc., a Ryanaira i IAG, właściciela linii British Airways, wzrosły o 4 proc. i 0,7 proc. W tym samym czasie notowania niemieckiej Lufthansy wzrosły o 24 proc.

Za opracowaniem planu awaryjnego są europejskie lotniska, które twierdzą, że należy uniknąć powrotu do wynegocjowanych dekady temu praw przewozowych.

Źródło: www.rynekinfrastruktury.pl

Wprowadzenie od 1 stycznia 2018 r. niższych danin od firm o niskich dochodach, „w ramach małej działalności i działalności pozarejestrowej”, zapowiedział wicepremier, minister rozwoju i finansów Mateusz Morawiecki w czwartek w Krakowie.

„W ramach małej działalności i działalności pozarejestrowej chcemy te zasady dopracować i od 1 stycznia 2018 r. one będą wdrożone. Z większymi ulgami dla tych, którzy mają niskie dochody miesięczne: 1 tys. zł, 2 tys. zł, 3 tys. zł, 4 tys. zł, będą lepsze zasady z punktu widzenia łącznych danin: zarówno tego, co płacimy do ZUS, jak i opodatkowania dla tych małych przedsiębiorców” – powiedział wicepremier.

Tzw. działalność nierejestrowa to jedno z rozwiązań Konstytucji Biznesu. Jak tłumaczył zimą w rozmowie wiceminister rozwoju Mariusz Haładyj, ma ona polegać na tym, by „osoby prowadzące działalność gospodarczą, których przychody nie przekraczają 50 proc. minimalnego wynagrodzenia, czyli obecnie 1 tys. zł, nie musiały rejestrować swojej działalności i tym samym płacić składek na ZUS”.

Z kolei w przypadku tzw. małej działalności gospodarczej, mówił wiceszef MR, „chodzi o to, by niewielkie firmy, których wpływy przekraczają 1 tys. zł, ale wciąż nie są wysokie, płaciły niższy ZUS”.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Echo Polska Properties N.V. (EPP) – spółka inwestycyjna działająca według formuły REIT, wraz z Echo Investment S.A. – największym polskim deweloperem, podpisali porozumienie, aby wspólnie nabyć 100% udziałów w spółce Rosehill Investments sp. z o.o., będącej jedynym wspólnikiem spółki, która jest właścicielem Galerii Młociny, nieruchomości znajdującej się w północnej części Warszawy.

W nowym projekcie EPP i Echo Investment posiadać będą odpowiednio 70% i 30% udziałów. Ponadto, po zakończeniu budowy inwestycji, EPP będzie odpowiedzialne za zarządzanie Galerią Młociny, natomiast Echo Investment za dokończenie budowy oraz kwestie związane z marketingiem oraz komercjalizacją powierzchni użytkowych galerii. Cena nabycia to ponad 180 milionów złotych (42 mln EUR).

Galeria Młociny to 81.900 m.kw. wielofunkcyjnej powierzchni, z czego 71.000 m.kw. to sklepy, restauracje i strefa rozrywki. Wśród atrakcji dla użytkowników dostępne będą nowoczesne sale kinowe, centrum fitnessu, ale również rozległe przestrzenie gastronomiczne, a także nowoczesne centrum medyczne. Obecnie trwa finalna faza pierwszego etapu budowy, która rozpoczęła się w październiku 2016 roku. Zakończenie całego procesu budowlanego przewidziane jest na rok 2019. Na chwilę obecną już ponad 60% powierzchni Galerii Młociny zostało wynajęte (pomimo tego, iż galeria jeszcze nie powstała), przy czym większość tej powierzchni stanowić będą punkty gastronomiczne, strefa rozrywki oraz sklepy światowych marek odzieżowych.

To nasz siódmy zakup projektu handlowego od czasu debiutu na giełdzie w Luksemburgu i Johannesburgu. Tak realizowana strategia pozwala EPP wykorzystać w pełni jej potencjał i  zapewnić naszym klientom kompleksową i zróżnicowaną ofertę na polskim rynku” – stwierdził Hadley Dean, CEO Echo Polska Properties.

Echo Polska Properties to spółka działająca według formuły REIT, inwestująca w sektorze nieruchomości, zwłaszcza nieruchomości handlowych, biurowych i magazynowych na terenie całej Polski. EPP jest notowana na giełdach w Luksemburgu i Johannesburgu. Celem EPP jest stworzenie w Polsce wiodącego, wyspecjalizowanego w nieruchomościach komercyjnych podmiotu generującego wysokie zyski dla akcjonariuszy.

Możliwość świadczenia usług prawnych dla Echo Polska Properties przy kolejnej spektakularnej transakcji to ogromny zaszczyt. EPP silnie umacnia swoją pozycję jako wiodący inwestor na polskim rynku nieruchomości komercyjnych. Jesteśmy dumni mogąc ściśle współpracować z naszym Klientem w drodze do realizacji jego celów biznesowych”- skomentował Rafał Zięba, Partner Zarządzający w KZP.

Zespół Kochański Zięba & Partners kierowany był przez Rafała Ziębę (Adwokat, Partner Zarządzający), oraz Kamila Osińskiego (Adwokat, Partner, Szef Praktyki Nieruchomości), przy udziale Szymona Gałkowskiego, (Partner, Szef Praktyki Sektora Usług Finansowych), Pawła Mardasa (Adwokat, Starszy Prawnik), Klaudii Szymańskiej – Rutkowskiej (Starszy Prawnik) oraz Piotra Ząbkiewicza (Adwokat).

Echo Investment S.A. reprezentowany był przez Weil Gotshal & Manges, podczas, gdy Rosehill Investments sp. z o.o. był wspierany przez Greenberg Traurig.

 

Źródło: KOCHAŃSKI ZIĘBA & PARTNERS

Włoski dom mody Gucci to kolejna już marka, która zwraca się bezpośrednio w stronę młodszych pokoleń. Mimo niemalże 100 letniej tradycji, firma zaprojektowała niezwykle nowoczesną kampanię zegarków – bazującą na popularnych internetowych memach.

Alessandro Michele, dyrektor kreatywny Gucci, do współpracy zaprosił grupę specjalistów od tworzenia viralowych treści. Zamysłem kolekcji oraz całej kampanii jest ułatwienie odbiorcom wyrażania siebie. Projekt opisuje moment umieszczenia jednego z zegarków na ręce, co skutkuje natychmiastowym przeniesieniem do alternatywnego, wirtualnego świata.

Kolekcja Le Marché des Merveilles opatrzona została hasłami: To uczucie, gdy Gucci… lub #TFWGucci. Marka na swoim Instagramie ukazuje fotografie z kampanii opatrzone słynnymi hasłami z memów w swojej własnej interpretacji. To z pewnością nowatorski sposób na zwrócenie na siebie uwagi. Czy przełoży się również na sukces sprzedażowy?

Źródło: http://fashionbiznes.pl

Aż 97% Polaków deklaruje korzystanie z krótkich wiadomości tekstowych. Zalety SMS-ów doceniają nie tylko prywatni użytkownicy czy przedsiębiorcy, ale coraz częściej także instytucje publiczne, wykorzystując je do kontaktu z mieszkańcami danego regionu.

Urzędowe komunikaty i powiadomienia, bankowość mobilna, dostęp do multimediów – to tylko wybrane z wielu możliwości wykorzystywania SMS-ów. Jaki jest ich potencjał i jak mogą nam one ułatwić życie? Prezentujemy kilka funkcjonalnych rozwiązań, z których warto korzystać na co dzień.

SMS-y z urzędu

Coraz więcej mieszkańców gmin z całej Polski otrzymuje komunikaty SMS z regionalnymi informacjami o statusach spraw urzędowych, zagrożeniach pogodowych i drogowych, bezpłatnych badaniach lekarskich, czy wydarzeniach kulturalnych.

W badaniu „Komunikacja SMS w Polsce 2015”, które przeprowadziliśmy, Polacy zadeklarowali dużą chęć otrzymywania powiadomień od instytucji publicznych, a co więcej, niemal 100% badanych oceniła je jako przydatne lub bardzo przydatne – mówi Edyta Godziek, PR & Marketing Manager Platformy SerwerSMS.pl. – Za taką opinią przemawia niewątpliwie fakt, że dla mieszkańców jest to szybka, czytelna i bezpłatna wiadomość, a dla urzędów korzystających z masowej wysyłki, to koszt usługi tylko kilku groszy za wysłanego SMS-a – dodaje Edyta Godziek.

Coraz częściej interesanci sami pytają o takie udogodnienia i chętnie udostępniają swój numer kontaktowy różnym placówkom użyteczności publicznej. Wiadomości SMS o awariach prądu, braku wody w kranach, zmianie terminu odbioru odpadów lub nawet wynikach egzaminów, z dnia na dzień zyskują na popularności. Dzięki nim komunikacja na linii mieszkaniec – urząd/szpital/placówka edukacyjna przebiega dużo sprawniej i przyjaźniej.

Autoryzacja przelewów

Polacy polubili również korzystanie z przelewów elektronicznych. Jak wynika z danych Express Elixir w styczniu 2017 roku przez system ten rozliczono 306,57 tys. przelewów, a rok wcześniej – 135,57 tys. transakcji (liczba zrealizowanych przelewów zwiększyła się więc aż o 126%). Bankowość elektroniczna wymaga jednak autoryzacji, a w tym przypadku rola SMS-a jest szczególnie ważna.

Banki stosują różne sposoby zabezpieczenia transakcji, m.in. wykorzystują jednorazowo wygenerowane kody SMS, które są rozwiązaniem prostym i wygodnym. Autoryzacja za pomocą SMS-ów ma też inną ważną zaletę – bezpieczeństwo. Bez numeru telefonu, do którego przypisany jest nasz rachunek, nie wykonamy bowiem przelewu – tłumaczy Edyta Godziek.

Ważne przypomnienia

Automatycznie generowane wiadomości SMS to sprytne narzędzie służące do przypominania o wielu sprawach dnia codziennego – statusie przesyłki kurierskiej, aktywowanych usługach, niezapłaconej fakturze, czy umówionej wizycie u lekarza. Coraz częściej przewoźnicy informują pasażerów o awariach, opóźnieniach w transporcie i innych zdarzeniach dotyczących podróży. SMS-y z aktualnościami wysyłają m.in. Polskie Koleje Państwowe i Polskie Linie Lotnicze LOT.

Dostęp do internetowych platform

Możliwość otrzymania kodu SMS-em bywa też pomocna podczas uzyskiwania dostępu do treści płatnych, takich jak telewizja internetowa, e-gazety, filmy wideo oraz gry i to bez konieczności wykonania przelewów. Za pomocą kilku kliknięć na telefonie użytkownicy mogą wykupić interesujący ich content. Najczęściej do tego celu wykorzystywane są SMS-y Premium, które dzięki prostej formie rozliczenia są szczególnie przydatne w przypadku osób starszych. Z badań przeprowadzonych przez Urząd Komunikacji Elektronicznej wynika bowiem, że prawie 60% seniorów w ogóle nie korzysta z internetu, a dla porównania niemal 50% z nich wykorzystuje SMS-y.

Zniżki na produkty i usługi

SMS to również sposób, aby otrzymywać informacje od firm, sklepów czy punktów usługowych o aktualnych promocjach oraz nowościach. Grupą szczególnie zainteresowaną odbieraniem tego typu powiadomień są przede wszystkim kobiety, które chciałyby być zawiadamiane o rabatach na zakupy bądź usługi np. o zniżkach do fryzjera czy kosmetyczki. Z badań Platformy SerwerSMS.pl wynika, że mężczyźni wolą z kolei otrzymywać SMS-owe powiadomienia o usługach bankowych, produktach finansowych czy ubezpieczeniach. Co ciekawe Ci, którzy już takie SMS-y otrzymują, w większości skłonni są otrzymywać je nadal i najchętniej raz na tydzień.

Krótkie wiadomości tekstowe są zatem zarówno szybkim i sprawnym narzędziem do komunikacji, jak i sposobem zdobywania informacji o aktualnych promocjach – jednym słowem dla wielu stają się podstawą codziennego funkcjonowania.

Źródło: Platforma SerwerSMS.pl

Czy decyzja o ekspansji paczkomatów od Integer.pl w Rumunii była dobrym posunięciem? Czym kierował się producent rowerów Kross S.A. przejmując holenderską spółkę Multicycle B.V.? Coraz częściej słyszymy o ekspansji polskich firm na zagranicznych rynkach. Mimo szans, firmy stają przed wyzwaniami związanymi z nieznajomością obcego rynku. Jak zatem zdobyć odpowiednią wiedzę gdy nie mamy własnych doświadczeń i sprawdzonych partnerów? Z pomocą przychodzą dane i możliwości ich analizy z uwzględnieniem czynnika lokalizacji.

Pewny krok na nowej ziemi

Jak wynika z raportu GUS z 2016 roku, działalność poza granicami kraju prowadziło około 15 tys. polskich firm. Prognozy wskazują, że w 2017 liczba ta wzrośnie o 5 proc. Rodzimi przedsiębiorcy są świadomi wysokiej jakości swoich produktów co skłania ich do poszukiwania  dywersyfikacji źródeł przychodów za granicą. Kusi ich również wysoki popyt i możliwość sprzedaży po wyższej cenie niż w kraju. Z drugiej strony odstraszają odmienne przepisy, potrzeba wysokich inwestycji i trudności z pozyskaniem kapitału. Nie bez znaczenia jest także  nieznajomość specyfiki lokalnego rynku co utrudnia podjęcie decyzji o wyborze odpowiedniego miejsca na rozpoczęcie działalności.

Potwierdza to badanie przeprowadzone przez Fundację Kronenberga, które wskazuje, że ponad połowa firm rozpoczynających działalność za granicą koncentrowała się właśnie na zdobyciu wiedzy o nowych rynkach. Aby osiągnąć sukces należy doskonale znać potrzeby kontrahentów i potencjalnych klientów. Niezbędne jest także dokładne poznanie konkurencji, która w wielu przypadkach funkcjonuje na rynku od dziesiątek, a nawet setek lat.

Z tym wzywaniem firmy radzą sobie na różne sposoby. Po pierwsze opierają swoją na osobistych doświadczeniach właścicieli lub menedżerów. Jak wskazują badania, 63% firm zdecydowało się na zatrudnienie nowych pracowników i nawiązanie relacji z zagranicznymi partnerami w związku z podjęciem działalności międzynarodowej. Jest to gwarantem zdobycia wiedzy na temat innych krajów, tamtejszych języków, kultury, a co za tym idzie rynków zagranicznych.

Drugim rozwiązaniem jest skorzystanie z doradztwa pośredników, które jest pomocne nie tylko w początkowym okresie działalności, ale także ułatwia utrzymanie się na rynku w dalszej perspektywie. Mimo zalet takiego rozwiązania tylko 5% firm korzysta z tego typu usług przy wejściu na rynki zagraniczne. Wynika to z niedopasowania oczekiwań obu grup oraz  wysokich cen. Jednak, jak pokazują badania, co czwarta firma byłaby zainteresowana takimi usługami gdyby były tańsze i odpowiadały na wyzwania związane z dostarczaniem aktualnych i rzetelnych informacji o specyfice rynku. Jakie jest zatem alternatywa dla kosztownych usług pośredników?

Analityka kołem ratunkowym

Sprzedawca biżuterii, producent mebli, eksporter mleka – każdy, kto chce działać na zagranicznym rynku dąży, by zająć na nim idealne dla siebie miejsce. Jak je znaleźć? Alternatywą dla kosztownego doradztwa pośredników i źródłem rzetelnej wiedzy na temat konkurencji, potencjalnych klientów i ich preferencji jest analityka biznesowa. Dzięki połączeniu narzędzi, danych o rynkach zagranicznych i wiedzy eksperckiej, systemy analityczne dają użytkownikom możliwość lepszego poznania rynków, ich specyfiki, wariantowania oraz zaplanowaniu strategii rozwoju zagranicznego. Zaletą rozwiązania jest duża skalowalność w obszarze wykorzystania samego narzędzia i danych oraz prostota obsługi, która umożliwia osobom nie mającym specjalistycznej wiedzy na własnoręczne tworzenie prognoz rynkowych.

Coraz częściej firmy polegają na analityce przestrzennej (Location Analytics), która łączy ze sobą dane geograficzne o nieruchomościach, transporcie, infrastrukturze i środowisku z danymi o istniejących i planowanych centrach handlowych, strukturze społecznej oraz funkcjonowaniu konkurencji na danym rynku. Jednym z głównych wyzwań w tym obszarze pozostaje nie tylko wybór technologii analitycznej, ale także pozyskanie odpowiednich danych. Duże firmy odpowiedzialne za tworzenie narzędzi analitycznych ściśle współpracują z podmiotami, które odpowiadają za pozyskiwanie wysokiej jakości danych. Przykładem może być współpraca firmy Esri z firmami badawczymi z zagranicy, która zapewnia klientom kompleksowe narzędzie łączące technologię GIS i dane o rynkach zagranicznych

„Głównym wyzwaniem przed jakimi stoją obecnie małe i średnie przedsiębiorstwa w kontekście wykorzystania rozwiązań analitycznych, jest nie tyle samo pozyskanie narzędzi, co dostęp do odpowiedniej jakości danych. Dostęp do informacji przestrzennych takich jak dane socjodemograficzne, umiejscowienie placówek własnych i konkurencji, sieć drogowa czy mapa planowanych inwestycji oraz zestawienie ich z danymi statystycznymi daje ogromną wiedzę, która ułatwia podjęcie decyzji biznesowych.”  – mówi Weronika Kuna, odpowiedzialna za  wykorzystanie rozwiązań Esri w ekspansji zagranicznej przedsiębiorstw.

Jest to szczególnie przydatne w przypadku wyboru miejsca pod sklep, określanie najbardziej efektywnych tras dojazdu, określenia miejsc występowania konkurencji i potencjalnych klientów. Co więcej, łącząc dane z informacją o pogodzie jesteśmy w stanie zaplanować dostawy i dostosować nasz asortyment do specyficznych warunków atmosferycznych panujących w danym regionie. Z takiego rozwiązania skorzystała między innymi firma Starbucks, która określa miejsca gdzie najlepiej będą sprzedawały się mrożone napoje.

Niepewnie, ale do przodu

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez portal Firmy.net aż 1/3 polskich przedsiębiorstw rozwinęła swoją działalność na rynkach zagranicznych. Niektóre z nich osiągnęły wręcz spektakularny sukces. Polska spółdzielnia mleczarska Mlekpol znajduje się wśród 20 największych przetwórców mleka w Europie. Krzesła firmy Nowy Styl sprzedawane są w 60 krajach świata, wyposażają sale spotkań podczas szczytów NATO i G20. Na drogach 29 krajów można napotkać autobusy Solaris, a odwiedzając Oxford Street w Londynie zakupić ubrania rodzimej marki Reserved koncernu LPP S.A. Sukcesy tych firm, a także zadowolenie innych eksporterów (jak wynika z badań Fundacji Kronenberga aż 97 proc. przedsiębiorców nie zmieniłaby decyzji o wejściu na obcy rynek) zachęcają innych inwestorów do rozpoczęcia działalności poza granicami naszego kraju. Choć ich liczba rośnie, polskim przedsiębiorcom nadal brakuje odwagi, by zaryzykować, co wciąż stawia ich w tyle za znacznie śmielszymi zachodnimi konkurentami. „Teraz odwaga może zostać zastąpiona przez rzetelną analizę danych, badanie rynków i tworzenie różnych wariantów przed podjęciem ostatecznej decyzji.” – dodaje Weronika Kuna z Esri.

Źródło: Esri Polska,

Przez ostatni miesiące nie było tygodnia bez doniesień na temat cyberataków. Hakerzy do ataków wykorzystują również ruch szyfrowany. Nie zraża to firm, które cały czas chcą inwestować w cyfrową transformację, ale teraz  większą uwagę zwracają na bezpieczeństwo. Po raz pierwszy w historii szybkość wdrożenia aplikacji oraz dostępność do nich zostały uznane za mniej istotne niż ogólne bezpieczeństwo – pokazują najnowsze badania F5 Networks.

– Ostatnie zagrożenia spowodowały, że tak zwany „time to market”, czyli czas wdrożenia aplikacji na rynek, zszedł na plan dalszy a na pierwszym miejscu jest  ich bezpieczeństwo. Ostatnie ataki wcale nie spowodowały spowolnienia procesu transformacji cyfrowej. Większość respondentów mówi, że w 2017 roku średnio firma planuje wdrożyć 17 usług aplikacyjnych. W zeszłym roku planowano ich wdrożyć zaledwie 12 – mówi Ireneusz Wiśniewski, Country Manager F5 Networks w Polsce.

Wyzwania dotyczące bezpieczeństwa, na które wskazują badania to:
•    większe wyrafinowanie ataków (64%),
•    niedocenianie następstw ataku i niestosowanie się do przyjętych dobrych praktyk (53%).

Co ciekawe, pomimo iż ponad połowa badanych wskazuje, że wyzwaniem są pracownicy i ich zachowania, jedna trzecia z nich (32%) przyznaje, że problemem jest niedostateczny poziom kompetencji w zakresie bezpieczeństwa IT, jak również niedostateczna liczba szkoleń w tym zakresie.

– Obecnie ok. 60 proc. ruchu internetowego jest szyfrowana i ten proces cały czas rośnie. To dobrze ale z drugiej strony niesie to ze sobą kolejne zagrożenie. Hakerzy za pośrednictwem zaszyfrowanego ruchu mogą przemycić złośliwe oprogramowanie. Wynika to z tego, że wiele obecnych na rynku rozwiązań nie może poradzić sobie z deszyfracją ruchu, są po prostu bezradne – wyjaśnia Ireneusz Wiśniewski.

Ochrona danych klientów wymaga pełnego wglądu w ruch aplikacyjny i zachowania użytkowników. Im więcej tego ruchu szyfrowane jest za pomocą SSL (np. w social media czy bankowość), tym bardziej bezradne stają się dotychczasowe rozwiązania w zakresie bezpieczeństwa, których zadaniem jest wychwytywanie malware oraz innego, potencjalnie złośliwego oprogramowania

Jak oceniają eksperci F5 Networks kluczowe jest posiadanie zarówno pełnego wglądu w bieżącą sytuację, jak również zaawansowanej strategii na wypadek wystąpienia zagrożenia, przy jednoczesnej prostej kontroli dostępu do aplikacji i danych.

– Z tego powodu postanowiliśmy wyjść naprzeciw temu wyzwaniu. Zaprojektowaliśmy od początku nową rodzinę produktów do zabezpieczeń o nazwie Herculon. To nowe rozwiązanie w zaledwie ułamkach sekund potrafi dokonać głębokiej analizy szyfrowanego ruchu tak aby zapobiec ewentualnym zagrożeniom – wyjaśnia Ireneusz Wiśniewski.

Wypowiedź: Ireneusz Wiśniewski, Country Manager F5 Networks w Polsce.

Jak podaje GUS, w naszym kraju działa ok. 1,9 mln firm, z czego aż 99 proc. to mikro i małe firmy zatrudniające do 49 osób. Jednocześnie, jak wynika z badania PBS, tylko 38 proc. mikro i małych przedsiębiorstw współpracuje z kancelariami prawnymi. Własny dział prawny posiada jedynie 4 proc. MŚP niepotrzebnie narażają się na problemy, które mogą naprawdę dużo kosztować, w skrajnych przypadkach nawet zamknięcie firmy, podkreślają eksperci D.A.S. Towarzystwa Ubezpieczeń Ochrony Prawnej S.A.

Ryzyka prawne w działalności firm mają wiele źródeł: od faktu zatrudniania pracowników, poprzez możliwe szkody w majątku przedsiębiorstwa, aż do przestępstw i wykroczeń w związku z prowadzoną działalnością. – Z naszych obserwacji wynika, że mikro i mali przedsiębiorcy wiedzą, że powinni zadbać o jakąś formę ochrony prawnej. Zdają sobie sprawę, że skrupulatne przestrzeganie wszystkich, nierzadko bardzo skomplikowanych przepisów, jest nieodzowne. Ale brakuje przełożenia świadomości na działanie i profilaktykę. To niepotrzebne narażanie się na straty – mówi Piotr Kuźmiński, prawnik z D.A.S. Towarzystwa Ubezpieczeń Ochrony Prawnej S.A.

Bezpieczeństwo prawne – wyjścia są dwa

Dlaczego przedsiębiorcy czasem podchodzą nieodpowiedzialnie do aspektów prawnych swojej działalności? – Mikro i małym firmom często wydaje się, że skoro działają na małą skalę, to uda im się ominąć trudniejsze kwestie prawne i „jakoś to będzie”. Nic bardziej mylnego. Potencjalne ryzyka są takie same jak w dużych firmach – mówi Piotr Kuźmiński.  Zwraca jednak uwagę, że dla mniejszych firm kluczową kwestią w podejściu do usług prawnych jest koszt. – Warto jednak przemyśleć i przeliczyć dostępne rozwiązania. Jednym z nich jest sięganie po pomoc prawnika dopiero wtedy, gdy mamy problem lub sprawa zaszła bardzo daleko i jest skomplikowana. To często wymaga akceptacji wyższych kosztów lub przygotowania się na niekorzystny finał sprawy – zauważa prawnik z D.A.S. TUOP. Innym rozwiązaniem może być ubezpieczenie ochrony prawnej. Takie ubezpieczenie jest relatywnie niedrogie i przystępne cenowo nawet dla mniejszych firm. – Ubezpieczenie ochrony prawnej pokrywa koszty prowadzenia sporów, także na drodze sądowej. Co ważne, ubezpieczenie obejmuje również koszty przegrania procesu, a więc pokrywa ewentualne opłaty zasądzone na rzecz strony przeciwnej lub Skarbu Państwa. Ryzyko porażki na sali sądowej przechodzi więc w całości na ubezpieczyciela – podkreśla Piotr Kuźmiński. – Ubezpieczenie tego typu ma jeszcze jedną, bardzo istotną zaletę – pozwala na bieżąco utrzymywać wysokie standardy prawne w firmie i zapobiegać problemom. Klienci D.A.S. TUOP mogą konsultować z nami swoje sprawy przez telefon i korzystać z zawsze aktualnych wzorów umów. To wszystko sprawia, że ubezpieczenie ochrony prawnej zapewnia spokój w codziennej działalności – dodaje Kuźmiński.

Problemy prawne MŚP

Jak wskazuje Piotr Kuźmiński z D.A.S. TUOP, w mniejszych firmach konsekwencje prawne powstają na ogół z racji sporów z ubezpieczycielami, zarzutów karnych z tytułu szkody wyrządzonej przez pracowników, sporów z pracownikami z tytułu umowy o pracę oraz zarzutów naruszenia przepisów BHP. Przedsiębiorcom zdarzają się także spory z Sanepidem, Państwowym Zakładem Higieny oraz Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumenta czy problemy z wynajmującym lokal. Ubezpieczenie ochrony prawnej firm zapewnia fachowe wsparcie prawne we wszystkich tych sferach. Prawnicy D.A.S. TUOP wspierają firmy również w wyegzekwowaniu ich praw, np. przy kłopotach z reklamacją wadliwych urządzeń zakupionych do firmy.

Gąszcz zmieniających się przepisów

Niezabezpieczenie swojej firmy od strony prawnej jest tym większym ryzykiem, że prawo dla przedsiębiorców w Polsce podlega ciągłym zmianom, na co od lat wskazują sami zainteresowani. Podobne wnioski znajdują potwierdzenie w raportach. Z badania Domu Badawczego Maison na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców wynika, że niestabilność prawa jako główną przeszkodę w prowadzeniu działalności gospodarczej postrzega aż 66% przedsiębiorców. – Ubezpieczenie ochrony prawnej daje firmie dostęp do telefonicznych porad prawnych. Dzięki nim przedsiębiorcy mogą zawsze zwrócić się do ubezpieczyciela z pytaniem o bieżący stan prawny interesujących ich zagadnień i otrzymać pełną informację o sposobach rozwiązania danej sprawy. Możliwość takiej konsultacji pozwala uniknąć ewentualnych komplikacji lub poradzić sobie z nimi na samym początku – podkreśla Piotr Kuźmiński.

Ubezpieczenia ochrony prawnej – z czym to się je

W dużym skrócie, ubezpieczenie ochrony prawnej pokrywa koszty prowadzenia sporów prawnych. Dokładny zakres ochrony jest zależny od wybranego wariantu ubezpieczenia, ale w praktyce jest bardzo szeroki. Chodzi m.in. o wynagrodzenia adwokata lub radcy prawnego, koszty z tytułu reprezentacji ubezpieczonego przed organami administracji rządowej i samorządowej. Ubezpieczenie ochrony prawnej pokryje też, w razie potrzeby, koszty sądowe, w tym koszty udziału biegłych i rzeczoznawców czy przegranego procesu (opłat zasądzonych na rzecz strony przeciwnej lub Skarbu Państwa). Dodatkowo, ubezpieczenie ochrony prawnej może obejmować koszty dojazdu na rozprawy w obydwie strony do sądów poza granicami RP, tłumaczenia niezbędnych dokumentów związanych ze sprawą, postępowania egzekucyjnego czy poręczenia majątkowego (kaucji). Zakres ubezpieczenia ochrony prawnej dla firmy może być dostosowany bezpośrednio do jej potrzeb.

Prawnicy D.A.S. TUOP zwracają jednak uwagę, żeby przed podpisaniem umowy ubezpieczenia ochrony prawnej dokładnie zapoznać się z wyłączeniami, czyli sprawami, których ubezpieczenie nie dotyczy. Ochrona ubezpieczeniowa nie obejmuje swoim zakresem spraw związanych z upadłością, układem lub postępowaniem naprawczym czy dotyczących ochrony praw autorskich lub znaków towarowych.

Źródło:  D.A.S. Towarzystwo Ubezpieczeń Ochrony Prawnej S.A.

Deloitte Digital uruchamia DigitalMix – nową, wielofunkcyjną platformę ekosystemu cyfrowego. Platforma umożliwia zintegrowanie rozwiązań w różnorodnych obszarach biznesu, takich jak CRM, przetwarzanie w chmurze czy marketing cyfrowy i wielokanałowość. DigitalMix to efekt współpracy wiodących dostawców technologii, w tym Salesforce i Adobe.

Wielokanałowe aplikacje użytkowników oraz systemy klasy CRM, ERP, BPM są kluczowymi komponentami architektury korporacyjnej wszystkich przedsiębiorstw opierających swój model biznesowy i operacyjny na rozwiązaniach IT.

– Obecnie trudno sobie wyobrazić organizację nie wykorzystującą potencjału tych systemów, ale bardzo łatwo spotkać takie, w których systemy nie wymieniają się danymi i nie przekazują sobie kroków procesu podczas sprzedaży lub obsługi klienta. Co nie jest optymalne, i często powoduje duplikację zadań lub ręczne przepisywanie informacji pomiędzy systemami – mówi Daniel Martyniuk, Dyrektor w Deloitte Digital. – Platforma DigitalMix jest odważną propozycją rozwiązania głównego wyzwania stojącego przed CIO oraz CTO, czyli wybrania stosu technologicznego pozwalającego na maksymalizację korzyści płynących z inwestycji w technologie, np. dzięki eliminacji silosów systemowych, skróceniu czasu wdrożenia, zmniejszeniu wydatków na integrację i przechowywanie danych oraz świadomej koncentracji umiejętności zespołów deweloperskich – dodaje.

Jak zaznaczają eksperci Deloitte Digital, platforma DigitalMix jest odpowiedzią na coraz większą potrzebę integracji platform cyfrowych w obszarach takich jak CRM, przetwarzania w chmurze czy marketing cyfrowy. DigitalMix to zestaw zintegrowanych rozwiązań, które łączy elementy zarówno platform w chmurze, jak i stacjonarnych w domenie cyfrowej. Umożliwia to połączenie i spersonalizowanie rozwiązań w zakresie różnorodnych kanałów komunikacji z klientem. DigitalMix skupia wiodących dostawców technologii, w tym Salesforce i Adobe oraz wiele innych firm z sektora usług CRM, ERP, marketing cyfrowy, omnichannel oraz tweet-to-cash.

– Przedsiębiorstwa decydując się na transformację cyfrową, szukają sprawdzonych narzędzi. Często są one kosztowne, a po wdrożeniu okazuje się, że nie zawsze dobrze ze sobą współpracują. Firma ponosi duże wydatki i nie może w pełni wykorzystać potencjału płynącego z integracji – mówi Jan Michalski, Partner w Deloitte Digital. – Obecnie jesteśmy w stanie zaproponować firmie cały ekosystem narzędzi, które zostały już sprawdzone łącznie u naszych klientów – dodaje.

Rozwiązanie DigitalMix w kompleksowy sposób odpowiada na wyzwania biznesowe naszych klientów. Integracja zarządzania wartością klienta, docelowych ścieżek i działań marketingowych stanowi idealne narzędzie do budowy przewag konkurencyjnych i jest nieodzownym elementem transformacji cyfrowych realizowanych aktualnie przez wiele firm – podsumowuje Wojciech Górniak, Dyrektor w Deloitte Digital.

Deloitte Digital zaprezentował platformę DigitalMix w trakcie Salesforce World Tour w Sydney.

 

Eksperci

Greenspan: Grzeczne euro

Pasmo terroru, które przeszło przez Hiszpanię mogło przyczynić się do strat zanotowanych na giełdach...

Lipka: Czy to ostatni tak dobry wzrost PKB w Polsce?

16 sierpnia GUS ogłosił wstępne dane o PKB za drugi kwartał. Dostaliśmy bardzo dobre informacje - wz...

Greenspan: Bitcoin osiągnął rekord

Wszyscy mówią o rekordowej cenie Bitcoina, która ciągle rośnie i w trakcie weekendu udało jej się po...

Rozbicki: Sezon wynikowy na GPW nabiera tempa

Wakacje w pełni, a na warszawskim parkiecie wakacyjną nudę powoli zaczyna przerywać sezon publikacji...

Lipka: Przed nami ostatnie kwartały szybkiego wzrostu PKB?

16 sierpnia GUS ogłosi wstępne dane o PKB za drugi kwartał. Z dużym prawdopodobieństwem dowiemy się,...

WIADOMOŚCI

Bezgotówkowe płatności w urzędach

Od rozpoczęcia ogólnopolskiego Programu upowszechniania płatności bezgotówkowych w administracji pub...

Aplikacje pomogą przetrwać burze

Afrykański skwar a później burze, grad i ulewny deszcz - pogoda w najbliższych dniach ma być niebezp...

Opóźnienia w wydawaniu funduszy unijnych

Wykorzystanie funduszy unijnych utrzymuje się na wysokim poziomie, nadal jednak niektóre regiony - j...

Zmiany w stosowaniu stawek VAT na żywność

MF nie wyklucza zmian w stosowaniu obniżonych stawek VAT na żywność, weźmie pod uwagę propozycję sta...

„500 plus” nie wpływa na zwiększenie liczby kobiet biernych zawodowo

„Ten, kto twierdzi, że kobiety rezygnują z pracy zawodowej z powodu wsparcia otrzymanego na dzieci, ...