piątek, Luty 7, 2020
Facebook
Home Archiwa 2016 Maj 9

Dzienne archiwaMaj 9, 2016

Prezydent  Andrzej Duda przekaże do Sejmu wniosek o powołanie prof. Adama Glapińskiego na stanowisko prezesa Narodowego Banku Polskiego – podała Kancelaria Prezydenta RP.

Decyzja Prezydenta RP dotycząca wniosku o powołanie prof. Adama Glapińskiego na stanowisko Prezesa NBP nie jest niespodzianką, tym bardziej że w marcu br. powołany on został w skład zarządu NBP. Rynki finansowe od dawna już uwzględniały to w swoich decyzjach. Brały to także pod uwagę agencje ratingowe, w tym zapewne agencja Moody’s, której opinia o polskiej gospodarce ma zostać przedstawiona za tydzień. Dlatego dzisiejszy wniosek Prezydenta RP nie wpłynie na kształt tej opinii.

Zgodnie z ustawą o NBP celem działalności Banku jest „…utrzymanie stabilnego poziomu cen, przy jednoczesnym wspieraniu polityki gospodarczej Rządu, o ile nie ogranicza to podstawowego celu NBP”. Prezes NBP, jako szef Banku przewodniczy Zarządowi NBP, jest przełożonym wszystkich pracowników NBP, przewodniczy także Radzie Polityki Pieniężnej, oraz reprezentuje NBP na zewnątrz (art. 11). Prezes NBP jest też członkiem Komitetu Stabilności Finansowej (art. 22a). Ma zatem wszystkie instrumenty do realizacji celu działania NBP. Od niego w dużej mierze zależy kształt polityki pieniężnej w Polsce, stabilność złotego, a także postrzeganie polskiej gospodarki przez inwestorów. Jego decyzje i współdecyzje decydują o koszcie, a pośrednio także o dostępności kapitału na polskim rynku, a także mają wpływ na kurs złotego do innych walut, a przede wszystkim jego stabilność.

Koszt oraz dostępność kapitału, a także stabilność złotego są jednymi z najważniejszych parametrów działania przedsiębiorstw. A ponieważ przedsiębiorstwa wytwarzają ponad 70 proc. PKB, to czynniki wpływające na ich działanie i decyzje, wpływają także na potencjał rozwojowy polskiej gospodarki.

Koszt pieniądza i jego dostępność wpływa na decyzje inwestycyjne firm, a te oddziałują na wzrost gospodarczy chociażby dlatego że stanowią ok. 10 proc. PKB. Kurs złotego w stosunku do innych walut – jego stabilność, przewidywalność – wpływa m.in. na efektywność eksportu i eksporterów, a także na skłonność do importu. A eksport netto to także czynnik decydujący o wzroście PKB. Brak stabilności kursu złotego zwiększa ryzyko działalności nie tylko eksporterów i importerów, ale także – przez ceny – firm nie uczestniczących w wymianie zagranicznej. A ryzyko to koszty.

Nowy Prezes NBP, którym bez wątpienia zostanie prof. Adam Glapiński, doskonale zna te wszystkie uwarunkowania. Nie tylko dlatego, że jest ekonomistą, ale także dlatego, że przez ostatnie 6 lat zasiadając w RPP uczestniczył w podejmowaniu istotnych dla przedsiębiorstw i gospodarki decyzji i mógł obserwować ich skutki. Przedsiębiorcy liczą, że wiedzę tę wykorzysta dla utrzymania stabilnego poziomu cen, przy jednoczesnym wspieraniu polityki gospodarczej Rządu, o ile nie ogranicza to podstawowego celu NBP. Przedsiębiorcy liczą na stabilność i przewidywalność polityki pieniężnej.

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek22Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Rekrutacja pracowników to dla pracodawców nie tylko stres, ale coraz częściej także strata czasu i wysokie koszty.  Na przestrzeni ostatnich 4 lat wydatki związane z pozyskaniem pracownika wzrosły o 40% – wynika z raportu Saratoga Human Capital Benchmarking 2015 autorstwa PwC. Wniosek? Coraz bardziej opłaca się zatrzymać pracownika w firmie i inwestować w jego rozwój niż szukać nowego.

Zgodnie z wyliczeniami twórców raportu firma, która chce zatrudnić nową osobę, musi liczyć się ze średnimi kosztami rekrutacji na poziomie 2640 zł. Jeśli przedsiębiorstwo działa w branży produkcyjnej, to koszt rekrutacji rośnie znacząco – nawet do 4300 zł. To jednak dopiero początek wydatków – Należy liczyć się z tym, że na początku pracownik nie będzie wykonywał swoich obowiązków ze 100% wydajnością. Potrzebuje przynajmniej kilku tygodni na wprowadzenie do firmy i zaadoptowanie się do jej oczekiwań i kultury organizacyjnej. Szacuje się, że pracownik dopiero po 3 miesiącu pracy zaczyna przynosić firmie zysk – zauważa Anna Węgrzyn, kierownik projektu mHR EVO w BPSC SA i wieloletni praktyk HR. Warto pamiętać też o tym, że rekrutacja wcale nie musi zakończyć się sukcesem – Może się okazać, że wybór danego kandydata był nietrafiony. Wówczas koszty całego procesu diametralnie rosną. Nietrafiona rekrutacja może też wpływać destrukcyjnie na atmosferę w zespole, do którego trafia pracownik, jakość i ilość wykonanej pracy i w konsekwencji na wyniki całej firmy  – dodaje Anna Węgrzyn z BPSC.

Koszty rosną już od kilku lat

PwC podkreśla, że nakłady na rekrutację zewnętrzną rosną nieprzerwanie od 2011 r., wydłuża się też czas niezbędny do pozyskania nowego pracownika. Obecnie wynosi on 33 dni, na przestrzeni ostatnich czterech lat zwiększył się o 43%. Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka: to m.in. zwiększona rotacja pracowników, deficyt osób o pożądanych kompetencjach a także wieloetapowe procesy weryfikacji kandydatów. Nie bez znaczenia jest także odpływ wielu, bardziej przedsiębiorczych Polaków w wieku produkcyjnym za granicę, który zmniejszył podaż kompetencji na rynku pracy. Ewelina Rypińska-Cywińska, Partner Zarządzający w firmie doradczej Exellon zwraca uwagę, że tylko w samej Wielkiej Brytanii mieszka blisko milion naszych rodaków. Zmienia się także struktura naszej gospodarki a w konsekwencji zapotrzebowanie na określone kompetencje – Problemy o charakterze społeczno – demograficznym oraz rynku pracy, z którymi dziś stykają się kraje Europy Zachodniej – stale zwiększający się odsetek osób w wieku poprodukcyjnym w stosunku do osób aktywnych zawodowo, czy też problem z obsadzeniem stanowisk nie wymagających wysokich kwalifikacji, a zatem także niezbyt atrakcyjnie opłacanych – dosięgają także nas. Wzrost kosztów rekrutacji jest w tej sytuacji nieunikniony – tłumacz Ewelina Rypina-Cywińska z Exellon.

Można byłoby je zmniejszyć gdyby analizowano skuteczność całego procesu rekrutacji. Z badań  przeprowadzonych w ubiegłym roku przez firmę BPSC wynika jednak, że robi to zaledwie połowa firm i to w ograniczonym zakresie. W większości dlatego, że HR-owcy nie mają do tego odpowiednich narzędzi – Jeśli rekruterzy nie wiedzą które metody i kanały rekrutacji sprawdzają się najlepiej, jacy kandydaci aplikują do firmy, to w obliczu deficytu specjalistów i udziału kandydatów w kilku projektach rekrutacyjnych jednocześnie, szanse na szybką, efektywną i tanią rekrutację maleją – zauważa Anna Węgrzyn z BPSC.

Rezygnacja? To jakby stracić ponad 50 tys. zł

To jednak i tak nie rozwiązałoby wszystkich problemów. Wyniki badania PwC wskazują, że w firmach rosną nie tylko koszty rekrutacji, ale też absencji oraz rezygnacji pracowników. W ciągu ostatnich czterech lat oba te wskaźniki wzrosły o odpowiednio 21% i 14%. Wynika to w dużej mierze z większej otwartości pracowników na zmianę pracodawcy. Coraz liczniejsze na rynku pracy pokolenie Y czy Z chętniej zmienia pracodawcę, który nie spełnia ich oczekiwań – Powoli do lamusa odchodzą postawy dotychczas dość często reprezentowane przez pracowników, którzy w czasie choroby nadal wykonywali swoje obowiązki służbowe. Także firmy patrzą bardziej dalekowzrocznie wysyłając pracowników na zwolnienie, by nie dopuścić do rozprzestrzenienia się choroby – zwraca uwagę Ewelina Rypina-Cywińska z Exellon.

Według danych PwC przeciętny koszt rezygnacji pracownika wyniósł 50 300 zł a absencji 10 500 zł.  To sygnał dla pracodawców, że muszą zmienić strategię zarządzania pracownikami – W sytuacji, gdy rośnie chęć do zmiany pracodawcy a jednocześnie wzrastają koszty zewnętrznej rekrutacji, firmy powinny przede wszystkim postawić na rekrutację wewnętrzną, rozwój kompetencji już zatrudnionych osób i zwiększenie poziomu dopasowania do stanowiska, bo to jedna z przyczyn absencji i rezygnacji z pracy. Nie da się jednak tego zrobić bez informatyzacji i narzędzi analitycznych. Liczba danych i zmiennych już w tej chwili jest ogromna a przecież cały czas się zwiększa – tłumaczy Anna Węgrzyn z BPSC.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Cedefop, Europejskie Centrum Kształcenia Zawodowego, Polska znajduje się w pierwszej dziesiątce państw o najwyższym poziomie niedopasowania kompetencyjnego. Aż 39% Polaków wykonuje zadania poniżej swoich kompetencji. W przypadku liderów zestawienia poziom niedopasowania jest niemal dwukrotnie niższy.

 

 

Potencjał rynków rozwiniętych i rozwijających się analizuje Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami asset allocation w Union Investment TFI.

Obserwacja cen instrumentów pochodnych w Europie pokazuje, że wzrosło ryzyko inwestowania na europejskich rynkach akcji. Jakie są tego główne przyczyny?

Sytuacja w Europie jest obecnie nieco skomplikowana. Głównym problemem dla rynków jest to, że zbliża się moment, w którym może zmaterializować się część ryzyk specyficznych, o których mówi się już od jakiegoś czasu. Na pierwszy plan wysuwa się ryzyko Brexitu. Główne sondaże wskazują na remis pomiędzy zwolennikami a przeciwnikami opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej. Pewną wskazówką, jak zagłosują Brytyjczycy może być wynik wyborów na burmistrza Londynu. Zwyciężył w nich Sadiq Khan – zdeklarowany zwolennik pozostania Wielkiej Brytanii w UE. Z ryzyk mniejszego kalibru można wymienić chociażby czerwcowe wybory parlamentarne w Hiszpanii. Do pozytywów można natomiast zaliczyć wyjątkowo szybkie przegłosowanie przez grecki parlament nowego pakietu oszczędnościowego, którego realizacja jest warunkiem otrzymywania przez Grecję dalszej pomocy od międzynarodowych wierzycieli.

 A co mówią nam twarde dane?

Dane z europejskich gospodarek nie są może bardzo dobre, ale co najmniej przyzwoite. Cześć odczytów jest lepsza od oczekiwań analityków. To pozytywny sygnał dla niezwykle ważnej dla giełdowych inwestorów sfery mikro. Dzięki poprawie twardych danych z gospodarki zyski europejskich spółek mają szansę zacząć w końcu rosnąć. Obecnie raportowane przez spółki wyniki finansowe są w sporej części słabsze niż rok wcześniej.

 Czy w tej sytuacji zamiast akcji z rynków rozwiniętych lepiej skoncentrować się na giełdach rynków rozwijających się?

Rynki rozwijające się mają generalnie wyższy potencjał wzrostu niż rynki rozwinięte. Nasze pozytywne nastawienie do części z nich wynika m.in. z ich relatywnie atrakcyjnych wycen – ceny akcji nie są zbyt wygórowane w porównaniu do zysków generowanych przez spółki. To rezultat wieloletniego gorszego zachowania akcji notowanych na giełdach rynków wschodzących w porównaniu do walorów z rynków rozwiniętych. Do tego dochodzi dużo większy potencjał wzrostu wyników finansowych spółek z rynków wschodzących. Trzeba jednak mieć na uwadze, że rynki wschodzące są po trzech miesiącach silnych wzrostów, a część z nich osiągnęła niedawno tegoroczne szczyty. Należy im się więc chwila oddechu. Tym bardziej, że globalnie znajdujemy się w dość newralgicznym okresie, m.in. powracających obaw o wzrost gospodarczy. Gdzieniegdzie obserwujemy też materializację lokalnych czynników ryzyka, np. w Turcji.

 Na jakie klasy aktywów powinien obecnie zwrócić uwagę inwestor akceptujący wyższe ryzyko inwestycyjne?

Pomimo chwilowego neutralnego nastawienia do akcji, w średnim terminie pozostaję umiarkowanym optymistą. Jednakże trzymanie w portfelu wyłącznie akcji oraz funduszy akcyjnych nie jest najlepszym wyjściem, bo chociaż na rynkach akcji będzie można zarobić, to trzeba się liczyć z okresowymi, także głębszymi, korektami. W tych okolicznościach mogą się sprawdzić fundusze akcyjne absolutnej stopy zwrotu oraz inne, stosujące strategie typu long/short oraz market neutral. W pewnym uproszczeniu strategie tego typu zakładają minimalizowanie ryzyka inwestycji poprzez równoczesne zajmowanie „długich” pozycji na niedowartościowanych aktywach (zakładamy wzrost ich cen) oraz „krótkich” pozycji na przewartościowanych aktywach, co do których spodziewamy się, że ich ceny będą spadały. Tę drugą pozycję zajmuje się poprzez instrumenty pochodne, np. kontrakty terminowe. Przykładem strategii market neutral może być wyselekcjonowanie do portfela spółki lub spółek z wybranego indeksu giełdowego (pozycja długa) i jednoczesne sprzedanie kontraktu terminowego na ten indeks giełdowy (pozycja krótka). Portfel inwestycyjny można także uzupełnić o wybrane towary, np. złoto, i waluty.

 

Nie można już swobodnie kupować ziemi rolnej nie będąc rolnikiem. Tuż przed wejściem w życie nowego prawa ruch na rynku był bardzo ożywiony. Miastowi uciekając przed ograniczeniami chętniej kupowali ziemię. W pierwszym kwartale za hektar płacono przeciętnie 35,5 tys. zł – wynika z najnowszego odczytu indeksu wartości ziemi rolnej stworzonego przez Lion’s Bank.

Gdyby wierzyć informacjom publikowanym przez GUS, to w pierwszym kwartale za hektar ziemi trzeba było płacić o 963 zł mniej niż kwartał wcześniej (39 tys. zł za ha kontra prawie 40 tys. zł za ha). W praktyce spadki te nie były aż tak spektakularne. Dane GUS świadczą raczej o zmianie tego jakie grunty były w ostatnim czasie sprzedawane. I tak na początku bieżącego roku mniej sprzedano najżyźniejszych hektarów, a więcej słabej ziemi. Dobrą ziemię zwykli kupować rolnicy. Skoro wiedzieli oni, że od końca kwietnia br. zostaną uprzywilejowanymi kupującymi, to nie powinno dziwić, że nie spieszyło im się z zakupami. Po prostu w ich przypadku oczekiwanie może oznaczać atrakcyjniejszą cenę, gdy już nie będą mieli na rynku konkurencji ze strony „nierolników”. Z drugiej strony na ostatnią chwilę, przed ograniczeniem wolnego obrotu ziemią rolną, wiele osób („nierolników”) chciało jeszcze kupić hektary. W poszukiwaniu okazji lub gruntu, który docelowo można by wykorzystać na cele budowlane nabywcy tacy wybierali często parcele gorszej jakości, które nie są gratką dla rolników. Efekt to spadek średniej ceny raportowanej przez GUS.

2016 05 09 wykres 1

Dynamika topnieje w oczach

Metodologia stosowana przez urząd nie jest jednak idealna, bo nie uwzględnia ani ilości, ani jakości ziemi w poszczególnych województwach. Bardziej wiarygodne dane płyną z indeksu wartości ziemi rolnej stworzonego przez Lion’s Bank. Pokazuje on, że nie powinniśmy jeszcze mówić o spadkach, ale raczej o tym, że od dwóch kwartałów wzrosty cen ziemi rolnej w Polsce wyraźnie zahamowały. Podczas gdy wcześniej, nikogo nie dziwiły wzrosty cen hektara o 1-2 tys. zł z kwartału na kwartał, to ostatnie odczyty sugerują stopnienie tej dynamiki do 200-300 zł kwartalnie.

Czemu stworzyliśmy indeks wartości ziemi rolnej?

Dane o cenach ziemi publikowane przez GUS pokazują jedynie średnią cenę wszystkich sprzedanych w trakcie kwartału hektarów. W efekcie większe zainteresowanie ze strony kupujących słabą (tańszą) ziemią może doprowadzić do obniżenia średniej ceny transakcyjnej dla całego kraju i odwrotnie, co wcale nie będzie odwzorowywało faktycznej zmiany na rynku (pisaliśmy o tym szerzej 22 lipca 2013 r. w analizie „Pozorny spadek cen ziemi rolnej”). Stworzony przez Lion’s Bank indeks ma za zadanie wskazywać zmiany cen nieruchomości rolnych w Polsce, odnosząc zaobserwowane ceny transakcyjne do wszystkich gruntów w kraju. Ich skład jakościowy jest znany dzięki danym pochodzącym z Głównego Urzędu Geodezji i Kartografii. Wyniki indeksu mają więc za zadanie pokazać, jaka jest wartość przeciętnego hektara ziemi w całym kraju, a nie wskazywać jedynie średnią cenę sprzedanego w ostatnim czasie hektara. Z punktu widzenia inwestora czy właściciela ziemi jest to więc bardziej użyteczne źródło danych niż informacje publikowane przez GUS.

Wszystko za sprawą zapowiedzi ograniczenia wolnego obrotu ziemią rolną „nad Wisłą”. Nowe regulacje zaczęły obowiązywać 30 kwietnia br., ale już od końca 2015 roku widmo nowego prawa kładło się cieniem na rynku obrotu ziemią. W efekcie po pierwszym kwartale można mówić, że przeciętny hektar ziemi rolnej w Polsce kosztował 35,5 tys. zł. To jedynie o 206 zł więcej niż kwartał wcześniej.

Jest to potężna zmiana. Przypomnijmy, że przez ostatnie 11 lat hektary drożały w zastraszającym tempie. Pod koniec 2004 roku (z tego okresu pochodzą najstarsze dane) za hektar trzeba było płacić 6,2 tys. zł, podczas gdy w ostatnim kwartale 2015 roku za identyczną parcelę płacono w obrocie prywatnym 35,3 tys. zł – wynika ze stworzonego przez Lion’s Bank indeksu wartości ziemi rolnej w Polsce. Oznacza to wzrost o 17,1% co roku przez 11 lat.

Tylko indywidualny rolnik może kupić ziemię

Nowe prawo mówi, że co do zasady od 30 kwietnia 2016 roku nabywcą ziemi może być tylko rolnik indywidualny. W rozumieniu ustawy jest to osoba posiadająca kwalifikacje rolnicze i nie więcej niż 300 ha, która od 5 lat mieszka na terenie gminy, gdzie posiada działkę rolną i od 5 lat samodzielnie na niej gospodaruje.

Jest jednak kilka wyłączeń spod tej ogólnej zasady. Z grona „nierolników” działkę rolną może nabyć np. gmina, skarb państwa, kościoły i związki wyznaniowe, osoba bliska zbywcy lub osoba dziedzicząca po zmarłym rolniku. W innych przypadkach na transakcję zgodę może wydać prezes ANR.

Inne wyłączenia dotyczą powierzchni działek. Po 30 kwietnia 2016 roku wciąż możliwy jest wolny obrót działkami o powierzchni nieprzekraczającej 0,3 ha. Działki większe – do 0,5 ha – nierolnik kupi jedynie jeśli na działce znajduje się dom. Ciekawą furtką jest też zapis, zgodnie z którym zbywalność pod rządami nowej ustawy zachowały działki, dla których do 30 kwietnia 2016 roku wydane zostały warunki zabudowy.

Staniała najlepsza ziemia

Indeks stworzony przez Lion’s Bank pokazuje, że jedynymi gruntami, które faktycznie w ostatnim kwartale staniały są ziemie najżyźniejsze. Podczas gdy za taki właśnie hektar trzeba było pod koniec roku płacić 49,9 tys. zł, to dziś jest to o 261 zł mniej. Sytuacja taka potwierdza, że rolnicy czekają z zakupami, aż nowe prawo zacznie działać, czyli ceny spadną. Nie zmienia to faktu, że od końca 2004 roku najlepsza ziemia zdrożała o 440% z niespełna 9,2 tys. zł do prawie 49,9 tys. zł.

W tym samym czasie wyraźnie lepiej radziły sobie grunty najsłabsze, o najmniejszej przydatności rolniczej. Licząc od końca 2004 r., ziemia ta (grunty o klasie V i VI) zdrożała o 523%. Ponad dekadę temu za hektar takiego gruntu trzeba było płacić średnio 4,3 tys. zł, a dziś jest to prawie 26,9 tys. zł.

2016 05 09 wykres 2

Jak obliczamy wartość indeksu?

Obliczenia bazują na danych GUS publikowanych za okresy kwartalne. Dotyczą one przeciętnych cen transakcyjnych gruntów ornych, które były przedmiotem transakcji w obrocie prywatnym. GUS wyróżnia ceny dla poszczególnych województw i grup jakościowych gleb (dzieli na trzy grupy w zależności od klasy bonitacyjnej ziemi). W związku jednak z tym, że nie są znane wolumeny transakcji w wyodrębnionych przez urząd grupach, to na przykład większa popularność w jednym kwartale gruntów o niższej przydatności rolniczej (tańszych) zaniża średnią cenę obliczoną przez urząd dla całego kraju i odwrotnie. Aby uniknąć takich błędów, należy odnieść ceny transakcyjne w poszczególnych grupach gruntów do składu jakościowego ziemi w całym kraju. Większa wiarygodność wyników możliwa jest ponadto do uzyskania dzięki przeprowadzeniu obliczeń oddzielnie dla każdego województwa i uśrednienie wyników, uwzględniając wagę zależną od ilości konkretnej ziemi rolnej w poszczególnych województwach.

image012

 

 

gdzie:

W – wartość indeksu cen gruntów rolnych,

czi – ceny transakcyjne ziemi rolnej w poszczególnych grupach jakościowych gleb w województwach w badanym okresie

cb – cena transakcyjna ziemi rolnej w poszczególnych grupach jakościowych gleb w województwach w okresie bazowym (IV kw. 2004 r.)

azi – całkowity areał ziemi rolnej w poszczególnych grupach jakościowych gleb w województwach

fota (300 DPI, 1024 PNG)Bartosz Turek, Lion’s Bank

Komisja Europejska (KE) opublikowała najnowsze prognozy gospodarcze dla krajów członkowskich Unii Europejskiej, a także Stanów Zjednoczonych, Japonii i Chin. Organ wykonawczy UE zrewidował wcześniejsze szacunki dotyczące Polski. Tym razem KE nieco łaskawiej oceniła polskie możliwości wzrostu gospodarczego, wskazując na solidne fundamenty, które zapewnią stabilny i wysoki wzrost dochodu narodowego na tle pozostałych krajów europejskich.

Polski PKB wzrośnie o 3,7% w bieżącym roku oraz o 3,6% w 2017. W lutym Komisja Europejska szacowała, że wzrost dochodu narodowego wyniesie  3,5% zarówno w 2016, jak i w 2017 roku. Europejski organ podkreśla, że katalizatorem wzrostu gospodarczego będzie konsumpcja prywatna. Wnioski te są zgodne z krajowymi danymi za ubiegły rok, które wykazały, że motorem napędzającym PKB był popyt krajowy. Co więcej, oczekiwania KE oraz polskich instytucji co do dynamiki konsumpcji prywatnej są zgodne. Dzięki licznym transferom rządowym, zwłaszcza programowi ,,Rodzina 500+” tempo wzrostu konsumpcji prywatnej powinno przyśpieszyć. Według ekspertów nowy program rodzinny może zwiększyć dynamikę wzrostu PKB nawet o 0,5 punktu procentowego. Ponadto Komisja Europejska zwraca uwagę na pokaźny przypływ inwestycji prywatnych, który będzie drugim najważniejszym czynnikiem zapewniającym wzrost dochodu narodowego. Co więcej, najbliższe lata mają być dobrym okresem dla polskiego eksportu. Niemniej jednak, KE wskazuje, że decyzje inwestorów będą zależały od przyszłej polityki gospodarczej rządu, która obecnie jest przedmiotem wielu kontrowersji. Siłą polskiej gospodarki będzie również rynek pracy – stopa bezrobocia wyniesie kolejno 6,8% i 6,3% w 2016 i w 2017 roku.

Organ wykonawczy UE szacuje także, że relacja deficytu publicznego do PKB w 2016 roku nie zmieni się względem ubiegłorocznego wyniku i wyniesie 2,6%. Komisja Europejska wskazuje, że tegoroczne wydatki związane z nowym, a zarazem kapitałochłonnym programem ,,Rodzina 500+” zostaną pokryte ze środków uzyskanych ze sprzedaży częstotliwości mobilnego Internetu oraz wpływów z podatku bankowego. Dodatkowym źródłem dochodów będą środki uzyskane dzięki uszczelnieniu systemu podatkowego. Warto dodać, że budżet zostanie również zasilony rekordowym zyskiem NBP – niespełna 8,3 mld zł. Dochody te mają jednak charakter jednorazowy. Dlatego też, według KE w kolejnym roku deficyt budżetowy wzrośnie do poziomu 3,1% PKB. W efekcie, wzrośnie także relacja długu publicznego do PKB – w 2017 roku wyniesie ona 52,7%.

Europejski raport został skomentowany przez Ministerstwo Finansów (MF), które zwróciło uwagę na pozytywną ocenę polskich fundamentów gospodarczych. Z drugiej strony, MF podkreśliło, że szacunki dotyczące wskaźnika deficyt budżetowy/PKB nie uwzględniają dodatkowych dochodów, jakie zostaną uzyskane dzięki poprawie ściągalności podatków oraz zastosowaniu stabilizującej reguły wydatkowej. MF prognozuje, że w latach 2016 – 2018 niniejszy wskaźnik wyniesie 2,6%, 2,9% i 2%. Natomiast wzrost PKB ma wynosić kolejno 3,8%, 3,9% oraz 4%. Szacunki te wydają się nader optymistyczne, zwłaszcza te dotyczące stanu finansów publicznych. Co więcej, europejskie projekcje są również obarczone względnie wysokim ryzykiem, gdyż nie został w nich uwzględniony szereg istotnych czynników.

Obecny, pozostawiający wiele do życzenie stan finansów publicznych może pogorszyć się znacznie bardziej niż przewiduje to KE, a zwłaszcza MF. Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na ekspansywną politykę fiskalną obecnego rządu. Realizacja części obietnic wyborczych, chociażby w postaci programu ,,Rodzina 500+”, zostanie sfinansowana głównie z jednorazowych dochodów Skarbu Państwa. W kolejnych latach powstanie luka w budżecie, którą rząd będzie zmuszony zapełnić. Co więcej, lista zobowiązań wyborczych jest długa: obniżenie wieku emerytalnego, podwyższenie kwoty wolnej od podatku, darmowe leki dla seniorów i wiele innych. Realizacja obietnic będzie niezmiernie kosztowna. Rząd ma wiele pomysłów skąd pozyskać dodatkowe środki. W tym miejscu jednak pojawia się szereg wątpliwości.

Pierwszym źródłem dochodów jest podatek bankowy. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, pomysł został zrealizowany. Niemniej jednak, promesa wprowadzenia nowego podatku, którym miały być obciążone sklepy wysokopowierzchniowe nie ujrzała światła dziennego. Co więcej, projekt ustawy spowodował wiele kontrowersji. Te natomiast były uzasadnione, gdyż podatek uderzał przede wszystkim w małe, rodzime sklepy. W efekcie konsensus nie został uzyskany, a jego przyszłość obarczona jest wysoką niepewnością. Bardzo dobrą inicjatywą obecnego rządu jest podjęcie działań, które mają zapewnić poprawę ściągalności podatków. Szacuje się, że rozbudowana szara strefa oraz liczne strategie optymalizacyjne powodują, że Skarb Państwa traci około 40 mld zł rocznie. Wiele obozów politycznych próbowało zmierzyć się z niniejszym problemem, lecz żadnemu z nich nie udało się osiągnąć sukcesu. Można przypuszczać, że jeżeli metody walki nie ulegną zmianie, to obecny rząd niczego nie zmieni. Kontrole podatkowe, coraz bardziej restrykcyjne i skomplikowane przepisy prawne oraz nadmierna biurokracja nie są lekarstwem na tę dolegliwość. Nie wydaje się jednak, aby rząd spróbował wybrać inną drogę, poprzez likwidację przyczyn niniejszego zjawiska.

Z drugiej strony, prognozy dotyczące wzrostu polskiego PKB mogą okazać się trafne. Z całą pewnością, czynniki endogeniczne będą silnym fundamentem polskiej gospodarki . Niemniej jednak warto pamiętać, że sytuacja gospodarcza w naszym kraju zależy bardzo mocno od kondycji europejskiej, a zwłaszcza niemieckiej gospodarki. Ta natomiast nie prezentuje się obiecująco – europejska gospodarka w bieżącym roku będzie rozwijać się w tempie 1,8%. Dlatego też, w europejskiej klasyfikacji Polska zajmuje wysoką czwartą lokatę (za Irlandią, Rumunią i Maltą). Obecnie, największym zewnętrznym zagrożeniem jest Brexit. Prawdopodobieństwo opuszczenia UE przez Wielką Brytanię jest nadal wysokie – według agencji Bloomberg41% społeczeństwa opowiada się za opuszczeniem struktur europejskich, 40% jest za pozostaniem, a 19% obywateli pozostaje niezdecydowanych. Trudno sobie wyobrazić, jakie konsekwencje geopolityczne i ekonomiczne mogłyby być następstwem Brexitu. Nie można także bagatelizować problemów gospodarczych Chin, czy też trudności gospodarek wschodzących.

Biorąc pod uwagę wszystkie wyżej wymienione czynniki, można sformułować następujące wnioski. Po pierwsze, wzrost PKB Polski powinien pozostać na wysokim poziomie, aczkolwiek należy pamiętać, że czynniki egzogeniczne mogą negatywnie wpłynąć na jego dynamikę, zwłaszcza Brexit. Z drugiej strony, szacunki dotyczące deficytu budżetowego wydają się zbyt optymistyczne. Pogarszający się stan finansów publicznych będzie efektem ekspansywnej polityki fiskalnej, której celem jest realizacja hojnych obietnic wyborczych. Czego zatem można oczekiwać za dwa, trzy lata? Wydaje się, że newralgicznym punktem pozostaną finanse publiczne. Nie można wykluczyć, że już wcześniej na Polskę ponownie zostanie nałożona procedura nadmiernego deficytu. Natomiast wzrost gospodarczy, zakładając neutralność czynników egzogenicznych, powinien zostać solidny i stabilny. Ponadto, w kolejnych latach polska gospodarka znajdzie wsparcie w postaci unijnych środków. Martwić może jednak fakt, że wraz ze wzrostem dochodu narodowego systematycznie zwiększa się deficyt budżetowy i, co gorsza, nie wydaje się, aby sytuacja uległa zmianie.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Eksperci

Lokata 10 tysięcy to mniej niż 100 złotych odsetek!

98 złotych - tyle w ciągu roku zarobi ktoś, kto powierzył bankowi 10 tysięcy złotych zakładając prze...

Co czeka branżę Consumer Finance? Prognoza 2020

Początek nowej dekady będzie dla branży pożyczkowej pełen wyzwań. Katarzyna Jóźwik, Dyrektor General...

Polacy puszczają z dymem 105 tysięcy mieszkań rocznie

W bieżącym roku Polacy wydadzą na wyroby tytoniowe około 28 miliardy złotych – wynika z szacunków HR...

Na mieszkanie wydajemy co czwartą złotówkę

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej ...

To nie jest kraj dla bogatych ludzi – zmiany Małego ZUS-u

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po k...

AKTUALNOŚCI

S19 – kolejna ekspresówka z 2km tunelem

S19 na południe od Rzeszowa będzie biegła w wyjątkowo długim tunelu. Porównywalnym z tym budowanym n...

Najem telefonów zamiast zakupu. UOKIK ostrzega.

Najem telefonów może być dla wielu ich posiadaczy ogromym zaskoczeniem. Bo telefon najprawdopodobnie...

Pieniądze partii politycznych. Pokazujemy konkretne kwoty.

Pieniądze partii politycznych liczone są w milionach złotych. Przychody partii w 2018 r. wyniosły 12...

L4 – kontrole chorobowego prowadzone przez ZUS to kropla w morzu

W 2019 roku statystycznie na każdego Polaka aktywnego zawodowo przypadało co najmniej jedno zwolnien...

Lokaty bankowe nie dadzą zarobić. Stopy bez zmian

Lokaty bankowe tak jak były nisko oprocentowane tak dalej pozostaną. Co więcej stan ten potrwa przyn...

S19 – kolejna ekspresówka z 2km tunelem

S19 na południe od Rzeszowa będzie biegła w wyjątkowo długim tunelu. Porównywalnym z tym budowanym n...

Najem telefonów zamiast zakupu. UOKIK ostrzega.

Najem telefonów może być dla wielu ich posiadaczy ogromym zaskoczeniem. Bo telefon najprawdopodobnie...

Pieniądze partii politycznych. Pokazujemy konkretne kwoty.

Pieniądze partii politycznych liczone są w milionach złotych. Przychody partii w 2018 r. wyniosły 12...

L4 – kontrole chorobowego prowadzone przez ZUS to kropla w morzu

W 2019 roku statystycznie na każdego Polaka aktywnego zawodowo przypadało co najmniej jedno zwolnien...

Lokata 10 tysięcy to mniej niż 100 złotych odsetek!

98 złotych - tyle w ciągu roku zarobi ktoś, kto powierzył bankowi 10 tysięcy złotych zakładając prze...